Pergamonia - Jan Drzeżdżon

Kup ebooka

31.50 zł
25.20 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Śpiewampieśń o Pergamonii.

Otowidzę starego człowieka jak klęczy w swoim domu z głową opartą ołóżko. Wokół panuje cisza. Jest sam. Najpewniej się modli. Nie maniczego, co można by mu zabrać. Nie wiadomo też, czy zareagowałby,gdyby coś do niego powiedzieć. Może już zresztą nie żyje od tysięcylat, a jedynie istnieją o nim pieśni. W każdym razie widzę jegopochylone plecy, które są świadectwem jego istnienia.

Chciałbymzawołać: "O, dobry człowieku, masz tutaj ten twój szarypiedestał i wycierasz go każdego ranka o wschodzie słońca". MójBoże, czy to naprawdę piedestał, czy też tylko szara przestrzeń, pozaktórą niczego nie widać i nic nie ma? Rzecz do zastanowienia.

Jakieżma imię ten człowiek? Jaką ma twarz?

Należałobyzaczekać, aż się odwróci. Może to idiota, który nie panuje ani nadświatem, ani nad swoimi pragnieniami?

Zaczekajmy,popatrzmy wokół na okolicę i na wschodzące słońce.

Otoklęczy stary człowiek w swoim domu z głową opartą na łóżku. Z dalekawidać jego plecy i nogi wyciągnięte do tyłu.

Biegnieczas bez opamiętania, płyną pieśni ponad ziemią.

Śpiewampieśń o Pergamonii, pieśń, która, być może, nie ma końca i niechciałbym, aby kiedykolwiek się zakończyła. Będę ją niósł na rękachwśród kwiatów.

Jegonogi zajmują niewielką przestrzeń tuż obok łóżka. Łokcie wysunął doprzodu, tak aby mógł swobodnie oprzeć głowę na dłoniach.

Naniewielkiej przestrzeni klęczy człowiek zatopiony w modlitwie, takmożna by powiedzieć. Może zajął tu czyjeś miejsce albo też gotuje siędo lotu ponad obrazami, które wiszą w domach Pergamonii? Ktoś powie,zestarzał się, klęcząc, ktoś inny będzie czekał, aż wstanie. Możnateż zająć się czymkolwiek, na przykład rozmową z sąsiadem na tematostatnich igrzysk w Pergamonii. Pamiętamy, jak pod koniec igrzyskjakiś szaleniec niósł przez miasto zapaloną świecę w ręku, a światłojej poraziło niektórych mieszkańców.

Wielkajest Pergamonia, a sprawy, którymi żyje, mają wymiar wieczny.

Jestna południu źródło wody życia, do którego mają dostęp elfy leśne ipotępione duchy. Nieraz przystanie tam człowiek zabłąkany albopielgrzym idący od jednego świętego miejsca do drugiego. Nad źródłemrosną sosny i drzewa cedrowe. Kołyszą się nad wodą, a elfy wsłuchująsię w ich pieśń.

Klęczącyprzy łóżku człowiek przesunął nieco oba kolana i teraz wygląda, jakbysię zgarbił.

Ktośzapukał do drzwi.

Onnie odwraca się.

Znowupukanie.

Wkońcu dała się zauważyć głowa kobiety.

- Czytu mieszka Maksymilian Holender? - zapytała.

- Nie- mruknął klęczący człowiek.

Drzwipozostały półotwarte, a głowa zniknęła.

Człowiekwstał i zamknął drzwi. Usiadł przy stole na drewnianej ławie iprzyglądał się miejscu, na którym uprzednio klęczał. W spojrzeniujego nie było ani zaciekawienia, ani nawet zainteresowania. Patrzyłmoże dlatego, że gdzieś w ogóle musiał patrzeć. Jedną rękę oparł nastole, a druga zwisała obok.

- Holender- mruknął. - W Pergamonii mieszka kilku Holendrów, alenie tutaj. Zawsze pytają o coś, czego tu nie ma. Przecież mogłazapytać w ogóle o co innego. Ciekawe, kto to był? Jakaś kobieta, alenie poznałem jej po głosie.

Siedziałw dalszym ciągu bez ruchu i przyglądał się miejscu, w którym przedchwilą klęczał.

Drzwiznów się otworzyły i ukazała się ta sama twarz kobiety. Mężczyznaprzyjrzał się jej.

- Panipytała o niejakiego Holendra - rzekł on. - Taki tu niemieszka.

- Panjuż to mówił - powiedziała ona. - Teraz chciałabym tuwejść - dodała.

- Adlaczego? - Mężczyzna zdziwił się. - Może pani o cośzapytać, chętnie odpowiem - dodał.

- Czymogę jednak wejść? - zapytała ona.

- Tunie mieszka żaden Holender - powtórzył mężczyzna.

- Towiem - rzekła ona. - Holender mieszka na sąsiedniejulicy.

- Więcpani teraz wie - rzekł mężczyzna.

Kobietazaczęła powoli wsuwać się do pokoju. On siedział w dalszym ciągu iprzyglądał się jej.

- Panitu weszła - rzekł w końcu.

- Tak,weszłam - potwierdziła ona.

Mężczyznawstał, podszedł do łóżka i ukląkł, tak jak uprzednio. Ona uczyniła tosamo. Teraz oboje klęczeli z głowami nieco opuszczonymi. Ramiona ichdotykały się, tak że czuli wzajemnie swoją obecność. Drzwi stałypółotwarte i można było wejść na próg domu i spojrzeć na Pergamonię.Ława przy oknie też była pusta, nikt na niej nie siedział. Mężczyznawstał z niej przed chwilą, aby pójść i uklęknąć przy łóżku. Kobietamiała bose nogi, zostawiła bowiem swoje buty na progu. Nie musiałatego robić, sama, widać, pomyślała, że po tych drewnianych deskachpodłogi należy iść boso. Suknia jej opadła na podłogę i tworzyłakształt dzwonu, szarego zresztą, bo taki był kolor sukni. Mężczyznamiał spodnie z grubego sukna koloru zielonkawego, a na nogach butypodbite drewnem. Patrząc od okna, miało się wrażenie, że tych dwojeludzi dokądś idzie, wprawdzie na kolanach, ale jakby się posuwają.Może było to złudzenie spowodowane padającym z okna światłem albo teżkształtem ich sylwetek.

Stopykobiety były znacznie mniejsze aniżeli mężczyzny i znajdowały siędość blisko siebie. Stopy mężczyzny, oparte o czubki drewnianychbutów, były ułożone prosto i pochyliwszy się do tyłu, można by odrazu na nich stanąć. Stopy kobiety, wsparte na palcach, byłyrozchylone w obie strony i można było sądzić, iż upadła na kolana zrozbiegu. Tak zresztą nie było, weszła przez drzwi bardzo wolno i taksamo wolno podeszła do łóżka. Łokciami oboje oparci byli o rógpierzyny. Pierzyna również zakrywała ich twarze. Za łóżkiem byłaściana, na której wisiał obraz z lecącymi ptakami. Chwilami możnabyło mieć wrażenie, że lecące ptaki i tych dwoje ludzi znajdują się wtej samej przestrzeni, mało tego, że nie tylko ptaki na obrazie, alei ludzie na podłodze dokądś lecą. Nie wiadomo dokąd, bo żaden malarznie wie, dokąd lecą postaci, które namalował. Buty mężczyzny nie byłysznurowane, po prostu skórzane wierzchy przylegały ściśle do nóg i wlocie mogłyby służyć jako stery. Kobieta mogłaby się orientowaćwedług niego, z tym że lecieliby osobno, chociaż tuż obok siebie.

Przedtakimi obrazami warto przystanąć i spojrzeć na ich tło. Dno tła jestbezbarwne, z czasem zostaje naznaczone gestami i one to dająwyobrażenie gamy kolorów, którymi potem bawią się poeci. Dom teżmieści się w tym pejzażu, choć jego kontury są ruchome i zależą odwielkości Pergamonii.

Kobietawypchnęła nieco bardziej pierzynę przed siebie aniżeli mężczyzna, wpewnym momencie zaczęła kichać.

- Czyktoś leży pod tą pierzyną? - zapytała. - Czuć potem.

Mężczyznauniósł nieco pierzynę i jął ją obwąchiwać.

- Tak,czuć potem - potwierdził. - Ale nie sądzę, aby tam ktośbył. Możemy zresztą zobaczyć.

- Nietrzeba - rzekła kobieta. - Po co patrzeć pod pierzynę,skoro tam nikogo nie ma. Czuć potem i to wszystko.

- Możepani zbadać ręką, czy ktoś tam jest - rzekł on.

Kobietawsunęła rękę pod pierzynę i jęła macać naokoło.

- Ktośmnie złapał za rękę - rzekła nagle.

- Niechpani ją wyrwie - rzekł mężczyzna.

- Niemogę - skarżyła się ona. - Co to jest? Żeby tylko mi rękinie odgryzło.

- Nieodgryzie - rzekł mężczyzna. - Pod pierzyną jest ciemno.Może to jest Holender? Pani go przecież szukała.

- Pantwierdził, że Holender tu nie mieszka - rzekła ona.

- Niemieszka - rzekł on. - To prawda.

Możeto był Holender, kobieta go przecież nie widziała. Ktoś tam w każdymrazie musiał być. Może trzymała ją sama Pergamonia? Mężczyzna takiegodoświadczenia nie miał i nie mógł zrozumieć kontaktu z niewiadomym,którego doświadczyła kobieta. Poza tym oboje wpisani byli w wiszącyna ścianie pejzaż z lecącymi ptakami.

Naobrazie mógłby być, na przykład, staw ze złotą rybką. Miałoby to możejakiś sens. Zresztą obraz to jeden świat, a tych dwoje klęczącychludzi - drugi, jakby niezależny. Sporo jest takich niezależnychświatów. Owszem, pejzaż obrazu nieraz służy jako symbol wspólnoty,ale jedynie na jedną drobną chwilkę. Gdyby sprzedano im na własnośćte ptaki z obrazu, może ugotowaliby je w garnku na święta albo nazakończenie igrzysk.

Kobietawyciągnęła rękę spod pierzyny i obejrzała ją dokładnie, a następniezbliżyła do oczu mężczyzny. On spojrzał przelotnie na rękę, po czymwstał i rzekł:

- Nicnie widzę, nawet śladu ucisku, niech pani tę rękę weźmie. - Potych słowach ukląkł z powrotem.

Nicsię nie działo naokoło, zresztą cóż mogłoby się dziać.

- Wydajemi się, że znalazła się tu pani przypadkowo - dał się słyszećgłos mężczyzny. - Poza tym, jak pani widzi, jestem tutaj sam,więcej nikt tu nie mieszka.

- Niezamierzam pana oszukać - rzekła kobieta. - Taka jużjestem, nikogo w życiu nie oszukałam.

- Widzipani, starzejemy się - rzekł mężczyzna. - Tak po prostu.Ale chciałoby się jeszcze żyć. Czy ma pani dzieci? - zapytał. -Bo to ma swoje znaczenie.

- Mamsyna i córkę - odrzekła. - Syn jest zegarmistrzem, acórka handluje używanymi ubraniami. Pan wie, jak to jest, nikomu niejest łatwo żyć. Nieraz pomagam w sklepie mojej córki i zachwalamkupującym używane ubrania. Wie pan, że ludzie kupują te ubrania. Panmoże tego nie rozumie, ale lubię dopasowywać ludziom ubrania, to jestcoś takiego jak bal maskowy albo dość trudna szarada. Patrzy pan natwarz, potem na ramiona człowieka i dziwi się, dlaczego on jestwłaśnie taki. Potem nakłada mu pan jakieś ubranie, on patrzypytająco, a następnie się uśmiecha, tak jakby mu się to bardzopodobało. Tak naprawdę to nie wie, czy mu się to podoba, czy nie, aleuśmiecha się. Wie pan, jest się wtedy tym uśmiechem zniewolonym itrzeba również się uśmiechać. I tak tańczymy wokół siebie,uśmiechając się i patrząc sobie pytająco w oczy. Tak, lubię pomagaćcórce w jej sklepie. Czuję się wówczas potrzebna i jakby wciąż nanowo odkrywana. Każdy, kto przymierza te ubrania, przygląda się moimrękom i całej sylwetce, a ja staram się być bardzo usłużna. Nieprzymilam się, po prostu tam, gdzie można być, jestem, i to możliwieszybko. Pan pewnie nie ma takiego doświadczenia. Wie pan, co to jestpełnia lata w takim sklepie? To jest zapach ludzkich ciał i wielkiinteres dla mojej córki. Ubrania zbiera jej mąż, raz ludzie dają muje za darmo, jako dla nich bezużyteczne, a innym razem płaci za nie,ale niewiele. Nieraz trafi się zupełnie dobra sztuka, ale tak na ogółsą to ubrania dość znoszone. Czy pan mnie słucha? - zapytałakobieta.

- Tak,słucham - odparł on. - Pani bardzo dużo mówi. Nie jestemdo tego przyzwyczajony, zresztą nie mam do kogo mówić. Nieraz ktośprzyjdzie, tak samo przypadkowo jak pani teraz, i też opowiada, więcna ogół słucham. Zdarza się to jednak rzadko.

- Możepan zachodzi nieraz do sklepu mojej córki? - zapytała kobieta.

- Niezdarzyło mi się kupić używanego ubrania, choć pamiętam, że kiedyś wtakim sklepie byłem, ale wiele lat temu. Może pani córka powinnazajmować się zabytkami - rzekł mężczyzna.

- Pansobie żartuje - odparła kobieta. - Co tu do rzeczy majązabytki? Interes z ubraniami ma przyszłość. Pewna grupa ludzi stajesię coraz bogatsza i może odprzedawać lub po prostu wymienić swojeużywane ubrania, poza tym moda się zmienia, to wszystko trzeba braćpod uwagę.

- Panijest tu niepotrzebna! - krzyknął nagle mężczyzna. - Niechpani stąd idzie!

- Aledokąd? - zdziwiła się ona.

- Doswojej córki - odparł on.

- Niemieszkam u niej - odrzekła. - Chodzę jedynie do jejsklepu pomagać w sprzedaży. Rozumie pan - powtórzyła. -To zupełnie co innego mieszkać i chodzić pomagać w sklepie. Zresztąwiem, że córka i bez mojej pomocy dałaby sobie doskonale radę. Idętam jednak z przyjemnością, lubię ruch i gwar w sklepie, to ten cośpowie, to tamten, a nieraz można się nieźle ubawić. Pan pewnie niemiał nigdy sklepu?

- Nie,nie miałem - odparł on. - Prowadzenie sklepu nigdy mniejakoś nie pociągało.

Klęczeliw dalszym ciągu i nie było słychać żadnej rozmowy. Kobieta niezareagowała na okrzyk mężczyzny, że ma wyjść, może miała jeszcze cośdo powiedzenia, albo chciała, aby ją tutaj zaakceptowano.

- Wiepani, że nie lubię słuchać takich opowiadań - rzekł mężczyzna.- Zresztą nie jestem do nich przyzwyczajony.

- Jużpan to mówił - rzekła kobieta. - Ale musiałam to komuśpowiedzieć. A skoro pan już tutaj jest, więc powiedziałam.

- Faktycznie,jestem - mruknął on i wtulił głowę głębiej w pierzynę. Terazpodobny był do ptaka, który źle usiadł i wszył się w ten domowypejzaż. Sylwetka kobiety była bardziej wyprostowana i można było miećwrażenie, iż chce wzlecieć i że w dowolnej chwili to nastąpi. Wkażdym razie była zasadnicza różnica w nachyleniu ich sylwetekwzględem łóżka.

Mężczyznawsadził rękę pod pierzynę i błądził nią tam dość długo. Wreszciewyciągnął ją i oparł na dłoni głowę. Nic nie powiedział. Kobietachwilę czekała na jego słowa, po czym schowała twarz z powrotem wotwarte dłonie. Następnie i ona włożyła pod pierzynę obie ręce idługi czas czegoś tam szukała. W końcu wyjęła je, ale też nic niepowiedziała. Czegoś szukali pod pierzyną, może chcieli sobie coś wten sposób podać, albo też dotykali wrót Pergamonii?

- Rozumiem,że pani córka jest przesiąknięta ludzkim potem, przecież on został wtych ubraniach - rzekł w końcu mężczyzna .

- Pansię myli - odparła kobieta. - Ubrania zostały oczyszczonew pralni chemicznej.

- Wtakim razie czuć je chemikaliami - rzekł on. - To jestwłaściwie to samo. Nie lubię ani jednego, ani drugiego, zwłaszczastarego potu.

- Niktnie lubi zapachu starego potu - odparła ona. - A zapachchemikaliów z czasem ustąpi, należy ubrania odpowiednio wietrzyć, anajlepiej umieścić je w przeciągu.

- Ipani stoi w tym przeciągu i przymierza klientom ubrania? -zapytał mężczyzna.

- Robimyprzeciąg, gdy nie ma klientów - rzekła ona.

- Tak,wtedy można otworzyć drzwi i okna na oścież - zgodził sięmężczyzna.

- Todobry interes - rzekła kobieta. - Moja córka możedziękować Bogu, że tak jej się życie ułożyło.

- Niechpani stąd idzie! - wrzasnął mężczyzna. - Po co ja tegosłucham? Cóż mnie obchodzi pani córka? Może ona jest pluskwą, którażyje w tych ubraniach? Wie pani, pluskwy lubią takie starocie. Niechcę więcej słuchać tego, co ma pani do powiedzenia!

Obojewstali i przez chwilę na siebie patrzyli.

- Japana znam - rzekła w końcu ona. - Pan jest jednym zbocznej linii Holendrów, syn Jana. Nich się pan nie broni, to prawda.

- Nie,droga pani - odrzekł mężczyzna. - Nazywam się zupełnieinaczej, ktoś panią źle skierował. Nazywam się Jonatan i nie jestemspokrewniony z rodziną Holendrów. Wiem, że mieszkają na sąsiedniejulicy, zresztą sama pani to powiedziała.

- Zrobiępanu herbaty - rzekła kobieta. - Proszę sobie usiąść naławie.

- Ależja dziękuję za herbatę - rzekł. - W ogóle piję mleko isam sobie je przygotuję.

Wpewnej chwili mężczyzna spojrzał w kierunku drzwi i zauważył stojącątam walizkę.

- Tojest pani walizka? - zapytał i zbladł.

- Tak,to moja - odparła ona.

- Więcbędzie pani tu mieszkać? - zapytał.

- Tak,będę - odparła ona.

- Wtakim razie życzę pani wszystkiego najlepszego - rzekł on. -Gdzie pani będzie spała, jest tylko jedno łóżko.

- Zmieścimysię - rzekła ona. - Jest dość szerokie.

- Aleja nikogo tutaj nie zapraszałem - rzekł mężczyzna.

- Tonie ma nic do rzeczy - rzekła kobieta, wciągnęła walizkę dopokoju, a mężczyzna się jej przyglądał. Patrzył, jak wyjmuje swojesuknie i płaszcz, i wiesza je w szafie, ścieśniając jego dwa ubrania,jak układa bieliznę. Potem zamknęła szafę, a pustą walizkę postawiłaobok.

- Zatempani przyszła tutaj na zawsze - rzekł.

- Tak- odparła i dodała: - Przyniosę panu mleka.

Mężczyznaodwrócił się, wyszedł z pokoju i usiadł na progu. W głębi domu niebyło słychać niczyich kroków.

- Czypani tam jest? - zawołał po jakimś czasie.

- Jestem- odrzekła kobieta. - Mogę panu podać mleko.

- Niechcę mleka - mruknął on. - Wydaje mi się to jakimśszaleństwem. W końcu, co pani tu robi?

- Nicnie robię - rzekła kobieta. - Po prostu jestem.

- Anie mogłaby pani opuścić mojego domu? - zapytał.

- Dlaczegopanu tak na tym zależy? - rzekła kobieta. - Proszę sięnaprawdę nie martwić, zmieścimy się, tu jest dość miejsca.

- Aczy ma pani zezwolenie od Rady Miejskiej? - zapytał po chwili.

- Niemam - odrzekła. - Ale mogę się postarać. Jutro panuprzyniosę.

- Tonie jest takie pewne - rzekł on. - Wniosę protest. RadaMiejska nie może pani na siłę zakwaterować w moim domu.

- Mamznajomego członka Rady Miejskiej. On mi to załatwi, pański protestnie będzie się więc liczył.

- Oskarżępanią o samowolne wtargnięcie do tego domu - rzekł mężczyzna. -Uważam, że i pani wpływowy znajomy musi liczyć się z prawemustanowionym przez Radę.

- Radamoże wydać dodatkowe instrukcje - rzekła kobieta. -Pańskie protesty na niewiele się zdadzą.

Mężczyznapodszedł do szafy i otworzył ją.

- Coto jest? - mruknął, wskazując na jej suknie.

- Tosą moje ubiory - odrzekła.

- Niechpani je stąd zabierze - powiedział on. - Dlaczego mająbyć w tej szafie?

- Ależtam jest dość miejsca - powiedziała ona. - Nie zabioręich, niech pan zamknie szafę.

Złapaładrzwi szafy i usiłowała je zamknąć. Mężczyzna natomiast przytrzymywałje, tak aby pozostały otwarte. Stali bardzo blisko siebie i jednousiłowało szafę zamknąć, a drugie otworzyć. Nikt im w tym nieprzeszkadzał, z tyłu stało łóżko, przy którym uprzednio klęczeli, adrzwi do pokoju i sieni były otwarte. Pergamonia żyła życiem na miaręjej wielkości. Ludzie starzeli się, umierali, starali się zrozumiećfenomen życia i tak schodził czas. Wiedzieli tylko tyle, że wielkierzeczy zawarte są w codziennych drobiazgach.

Żyłw Pergamonii człowiek imieniem Abraham. Miał duży, bardzo przeszklonydom i pełno psów. Rzadko wychodził na ulicę, toteż prawie nie znanojego twarzy. Często mówiono, że o zachodzie słońca widziano nahoryzoncie Abrahama. Była to jakaś olbrzymia postać stojąca, opartana kiju i przyglądająca się Pergamonii. Mówiono też, że ten, ktozamieni słowo z Abrahamem, pozna najgłębszą tajemnicę Pergamonii.Nikomu się to nie udało i niemal nie było nadziei, aby rzecz tęzrealizować.

WielkiAbraham pojawiał się co wieczór na horyzoncie, ale mogły to być mgłyalbo cienie drzew. W każdym razie istniała wśród mieszkańcówPergamonii tęsknota, aby dotrzeć do tej postaci i tą drogą zgłębićtajemnicę.

Tużpod kręgiem horyzontu, gdzie pojawiała się postać Abrahama, byłałąka, na której rosło drzewko, niewielka jodła. Z daleka wydawałosię, iż jest biała. Tymczasem była to zwykła, zielona jodła, samotnawprawdzie, ale podobna do innych drzew. Kiedyś podobno, pod tą jodłąsiedział pół-wilk, pół-człowiek. W legendach, rzecz jasna, żyją takiestwory, ale tu zanotowano obecność kogoś takiego w kronikach.Pojawienie się tego wilka-człowieka wiązano z zarazą, która potem wPergamonii wybuchła. Najbardziej intrygujące było dla wszystkich to,dlaczego usiadł pod samotną jodłą i dlaczego nie bał się, że możektoś do niego strzelać.

Szławówczas od strony horyzontu jakaś kobieta i gdy go zobaczyła, upadłaze strachu, a on ją podniósł i kazał, by szła dalej. Jednak zamiastsłów usłyszała wycie wilka. Nie mogła zrobić kroku ze strachu, więcon ją lekko popchnął w kierunku Pergamonii, a sam usiadł pod owąjodłą. Piszą o tym kroniki leżące w archiwum Rady Miejskiej i żyje toteż w pamięci mieszkańców Pergamonii. Fotografowano go z daleka, a nazdjęciach widać siedzącą postać z dziwną twarzą i tułowiem wilka. Anikroniki, ani też przekazy ustne nie mówią, aby wilk-człowiek chodziłpo ulicach Pergamonii. Sprzeczne zdania są jedynie co do tego, czywidziano go pod owym drzewem raz, czy też kilkakrotnie. Więcej ludzibyło zdania, iż pojawiał się tam wielokrotnie. Niektórzy twierdzili,że stwór ten mieszka w podziemiach ratusza, a że w tym czasie trwałyigrzyska, on po prostu wyszedł. Ale potem nie było na niego żadnegopolowania - oponowali inni - a on po prostu zginął.Czyżby udał się dobrowolnie do podziemi ratusza po zakończeniuigrzysk? Nie było co do tego pewności.

DomJonatana stał niedaleko tejże łąki i Jonatan, patrząc przez okno,mógł widzieć samotne drzewo, pod którym kiedyś siedział pół-wilk,pół-człowiek. On, niestety, nigdy z nikim na ten temat nie rozmawiał.Zresztą, w ogóle mało wychodził, chyba że do ogrodu po kwiaty lub takpo prostu posiedzieć. Uważał swój dom za Arkę, a żaglem, albo lepiejmasztem, mogło być owo drzewo rosnące na łące. Kiedyś pisał do RadyMiejskiej, aby drzewa tego nie ścinano. Rada odpowiedziała mu, że narazie nic takiego nie przewiduje, ale gdyby podjęto inną decyzję,niezwłocznie go poinformuje. Napisał zaraz drugi list, że nie chodzio informację, ale o to, aby tego drzewa nikt nie tknął. Radaodpowiedziała, że nie może tej prośby brać pod uwagę, ponieważ jestto bardzo młode drzewo i nie podlega ochronie.

Jonatanpobierał rentę z kasy Rady Miejskiej. Podobno przez całe życierzeźbił jakąś postać, a gdy była już na ukończeniu, mianozorganizować wystawę w największej galerii Pergamonii. Gdy nadszedłoznaczony dzień wystawy, Jonatan nie przyszedł i nikt też niezobaczył tej rzeźby. Do Rady Miejskiej doszły wieści, że stał zeswoją wyrzeźbioną postacią pod owym drzewem i słychać było jegośmiech. Podobno kilka kobiet siedziało wówczas na łące i wszystko towidziały.

Otożar Pergamonii, albo jej muzyka, którą wykrzesali swoimi rękami tacyludzie jak Jonatan.

Terazdo jego domu weszła kobieta. Nie zapytał jej, jak się nazywa, możezapomniał. Oboje trzymali drzwi szafy, jedno usiłowało je zamknąć, adrugie otworzyć. Kobieta pomagała sobie ramieniem i nogą, ale widaćbyła słabsza, choć młodsza od niego.

Kimona była?

Otóżnazywała się Angelika i była znana w zachodniej części Pergamonii,gdzie nazwano ją "matką boską". W ostatnim czasie zostaławyrzucona z domu przez swoją córkę i tułała się po parkach. Podobnopisała wiersze i utrzymywała się ze sprzedaży guzików i nici wmalutkim jak nora sklepiku.

- Właściwiemogłabym iść gdziekolwiek indziej - rzekła kobieta.

- Właśnieto samo chciałem powiedzieć - rzekł mężczyzna. - Dlaczegowięc pani zamyka z taką siłą szafę?

- Botam są moje ubrania, dlatego szafa ma być zamknięta - rzekłaona.

- Wcalenie chcę, aby szafa była zamknięta - powiedział mężczyzna. -I muszę wyrzucić stamtąd pani suknie.

- Dlaczego?- zdziwiła się ona. - Przecież mogą tam wisieć.

- Dobrze- rzekł on i puścił w końcu drzwi szafy - ale do tegołóżka proszę nie wchodzić. - Przyniósł topór i postawił przyścianie. - Odrąbię pani nogi lub głowę tym toporem, jeżelibędzie pani usiłowała się tam dostać - rzekł.

- Tojest bardzo wygodne łóżko - rzekła ona. - Naprawdęwystarczy dla nas obojga, nawet mógłby tam spać ktoś trzeci.

- Zanimjednak pani się w nim położy, proszę spojrzeć na ten topór -rzekł mężczyzna.

Gdyw Pergamonii świta, dom Jonatana jest cały ozłocony promieniamisłońca. To jego Arka na głębinach tego miasta z horyzontem, na którympojawia się sylwetka Abrahama, a masztem jest miejsce, na którymsiedział kiedyś wilk-człowiek.

- Gdybym,na przykład umarła - rzekła kobieta - czy pochowałby mniepan z szacunkiem, jaki należy się człowiekowi?

- Pochowałbym,ale czy przyszła tu pani umrzeć? - odrzekł Jonatan.

- Możliwe- rzekła ona. - Córka zajęła cały mój dom i teraz będęsię starała, aby mnie pan stąd nie wyrzucił.

- Niewiem, czy dobrze pani robi. W końcu córka jest pani bliższa aniżelija, może wasze nieporozumienie było chwilowe. Niech pani wniesiepodanie do Rady Miejskiej, aby nakazali córce odstąpić pani choćjeden pokój.

- RadaMiejska ma tyle spraw na głowie - rzekła. - Cóż ja tamznaczę ze swoim zmartwieniem.

- Jakpani uważa, ale jest to dobra droga - rzekł mężczyzna. Janatomiast wniosę podanie do Rady Miejskiej, aby panią stąd zabrano.

- Jużpanu mówiłam, że to daremne - stwierdziła ona. - Jestemco do tego zupełnie spokojna.

Drzwiszafy były półotwarte, mężczyzna przyglądał się stojącemu tuż przyłóżku toporowi, a kobieta jakby plecami zasłaniała szafę. Przezdłuższy czas przyglądała się mężczyźnie. Wyglądało to tak, jakby nacoś lub na kogoś czekała. Nie rozglądała się po pokoju, przyglądałasię uważnie mężczyźnie. Nie bała się, chciała widocznie skoordynowaćswoje ruchy z jego ruchami. Poza tym, raz po raz, patrzyła na topór.Mężczyzna wziął go do ręki i badał ostrze. Następnie postawił zpowrotem, opierając żelazną częścią o ścianę.

- Niepotrzebniestawia pan ten topór - rzekła kobieta. - I tak wejdę dołóżka.

- Drogapani, przecież to nie jest pani łóżko - rzekł mężczyzna.

- Nieszkodzi - odparła ona. - Zmieścimy się, niech pan będziedobrej myśli. Poza tym przyniosę panu kwiaty z ogrodu i postawię nastole - dodała.

- Kwiatyz ogrodu - mruknął mężczyzna. - I pani chce je postawićna stole.

Stałbardzo blisko łóżka, tak że jedną nogą opierał się o jego kant. Topórstał obok drugiej jego nogi, a on sam zwrócony był twarzą w stronęobrazu z lecącymi ptakami. Czekał, być może, na poruszenie siękobiety, a ona zasłaniała plecami szafę. Można było mieć wrażenie, żeoboje dokądś idą albo że akurat przyszli i chcą się tu rozgościć,lecz nie mają pewności, jak to zrobić. W tym są podobni do owychlecących ptaków na obrazie i w ogóle do mieszkańców Pergamonii.

Pergamoniama swoje prawa, to ona rozdziela ludziom ich role i dba też o to, abyzachowały one posmak wieczności. Mówi się nieraz, że rola została źleobsadzona i że wówczas figura taka wypada z obrazu, widać jedynieostry błysk przeszywający niebo i słychać jakby huk wodospadu. RadaMiejska prowadzi kronikę takich wypadków i publikuje ją na początku ina końcu sezonu teatralnego. Sezon teatralny jest w Pergamoniiświętem. Uważa się, iż figury, które wypadły z obrazu, nigdy nieistniały, a ogłoszenie tego faktu przed sezonem teatralnym, lub ponim, kasuje je z pamięci mieszkańców Pergamonii. Podobno wogłoszeniach Rady Miejskiej pojawiają się nazwiska postaci, którenigdy w Pergamonii nie istniały, ale wynika to z nadgorliwościniektórych urzędników. Zdarza się, że podczas sezonu teatralnegopostacie z teatru zamieniają się rolami ze zwykłymi mieszkańcamiPergamonii i wówczas niektórzy urzędnicy Rady Miejskiej pilnieuważają, czy jakieś figury w ogóle nie wypadły z roli. Wówczas jesttak, że kronika w części zostaje wypełniona nowymi nazwiskami.

O,piękna Pergamonio, jak bardzo czcisz swoich mieszkańców, ile masz dlanich szacunku, jak dbasz o to, aby rzetelnie rejestrowano tych,którzy wypadają ze swych ról.

O,potężna Pergamonio, ile w tobie ciepła i uśmiechu, ile łez otarłaśswym mieszkańcom. Na twoim skraju przesiaduje nieraz wilk-człowiek,on jednak nigdy nie będzie w rejestrze figur, które wypadły z obrazu.Wilk-człowiek pozostanie natchnieniem poetów i sygnałem istnieniazapomnianego czasu. Wilk-człowiek to koniec igrzysk, a począteksezonów teatralnych. Szuka swojej gwiazdy na pergamońskim niebie iswego miejsca w dziejach Pergamonii.

O,dobry duchu Pergamonii, spraw, aby zapaliła się kiedyś lampa w rękuAbrahama na horyzoncie. Wprawdzie podczas sezonu teatralnego pali sięzielona lampa na rynku, ale nie jest to światło Abrahama. Możezresztą istnieje ono w jego ręku, ale - jak dotąd - niemożna było tego stwierdzić. Fotografowano postać Abrahama i byłojakieś światło poza nią, ale może to odbicie świateł Pergamonii -myślano - lub też spóźniony zachód słońca.

Kobietawysunęła do przodu nogę, jakby zamierzała iść w kierunku łóżka.

Mężczyznaspojrzał na nią, po czym uważnie obserwował jej drugą nogę. Niczegonie postanowił, wszystko uzależnił od ruchu drugiej nogi. Ta na razienie poruszała się. Nie spuszczał jej jednak z oka, podejrzewał, żemoże nastąpić bardzo gwałtowny ruch, i nie chciał dać się zaskoczyć.Sam nie uczynił niczego, nawet nie spojrzał w kierunku topora. Międzynim a toporem była na tyle szeroka przestrzeń, że kobieta mogła tamsię przedostać. Prawdę mówiąc, nie istniało tu żadne zabezpieczenie,poza ewentualnymi ruchami mężczyzny.

Iw tę przestrzeń kobieta weszła.

Stałamiędzy nimi a toporem, z tym że do topora miała znacznie bliżej.Mężczyzna nie mógł teraz złapać topora bez przewrócenia kobiety.Spojrzał też na szafę i widać było wyraźnie jego zdezorientowanie.

- Dokądpani idzie? - zapytał w końcu.

- Dołóżka - odrzekła ona.

- Apo co? - rzekł on. - Po pierwsze, nie jest to pani łóżko,a po drugie, daleko jeszcze do nocy.

- Chcęzobaczyć, jak pan operuje toporem - powiedziała ona. -Gdy będzie pan uderzał, proszę pamiętać, aby mnie gdzieś pogrzebać.

- Achtak, więc mam panią pogrzebać - rzekł mężczyzna. -Najpierw porąbać toporem, a potem pogrzebać?

- Wszystkona to wskazuje - rzekła kobieta. - Zatem nie mam innegowyjścia.

Mężczyznaodepchnął ją w kierunku szafy, a sam starał się zatarasować przejściedo łóżka.

- Niepójdzie pani tam - rzekł w końcu. - Może pani bronićszafy, jeżeli pani chce, ale tam na pewno pani nie dojdzie. -Wskazał palcem łóżko.

Czyżbymiędzy obrazem a łóżkiem również istniała postać Abrahama? Wszystkona to wskazuje. Jeżeli tak, to należałoby czekać, aż zapali on swojązieloną latarnię. Jego ręka wówczas bez trudu utrzyma topór wrozmachu mężczyzny, a na skraju Pergamonii zakwitnie może jakiśprzypadkowy kwiat, o którym podróżny poeta ułoży wiersz. Wszystko tojest możliwe, skoro Pergamonia ma w sobie tyle żaru i jeszcze tylesezonów teatralnych jest przed nią.

Wpokoju Jonatana, podczas jednego z sezonów teatralnych, zamieszkawilk-człowiek. Nikt nie będzie wówczas stał z toporem przy łóżku, aniteż zasłaniał szafy, bo nie zaistnieje tu żadne zagrożenie.Wilk-człowiek to po prostu jedna z postaci teatralnych i musi gdzieśmieszkać podczas sezonu, aby móc być pod ręką, a skoro dom ten stoiniemal na skraju Pergamonii, więc na pewno Rada Miejska przydzieli godla wilka-człowieka jako chwilowe mieszkanie.

Oboje,zarówno mężczyzna, jak i kobieta, usiedli. On patrzył na swój topór,a ona na mężczyznę. Widać było, iż na razie niczego nie zamierzaliprzedsiębrać. Ich wzrok był obojętny i mogliby tak patrzeć nacokolwiek, w okno, na obraz czy na łąkę. Zostali jakby osadzeni w tympejzażu. Być może, ich znieruchomienie było spowodowane jakimiśregułami rządzącymi w Pergamonii. W każdym razie miasto przysłałotutaj postać Abrahama ze światłem w ręku. Miał przekraczać granice,które mężczyzna chciał ustanowić swoim toporem, a kobieta swoimirękami. Wiedzieli, że ich poczynania zostały zamienione w obraz, nieten z ptakami, ale taki, który codziennie od nowa maluje Pergamonia.Pozostali więc wobec tego obrazu bezsilni, stąd ich obojętność ideterminacja. Mogli usiąść gdziekolwiek, ale obrali miejsca przyłóżku i szafie, jakby w ten sposób chcieli bronić resztek swojejgodności. Byli przyzwyczajeni do swojej godności, trudno się więcdziwić, że nie mogli się pogodzić z tym, że jej, losy rozstrzygałysię na ich oczach.

Godnośćmieszkańca Pergamonii, co to jest? Może worek złota albo iskraprzecinająca niebo? Co to jest? Może czapka, którą się zakłada, jadącsaniami albo też złota rosa wokół nóg w letni dzień? Jesteśmyprzyzwyczajeni do takich pytań, ale któż nam udzieli na nieodpowiedzi.

Kobietawyciągnęła jedną rękę w kierunku topora, a drugą w stronę okna iwyglądała teraz jak stojący krzyż. Mężczyzna stał wciąż odwrócony doniej tyłem i nic nie wskazywało na to, aby chciał się odwrócić.Odległość między ręką a toporem była znaczna i, jak na razie, niezmniejszała się.

Pochwili on również wyciągnął rękę w kierunku topora, a drugą w stronęokna. Wyszło na to, że stoją teraz tutaj dwa osobne krzyże. Słońcepadało na ich ramiona, a topór wciąż stał w znacznej odległości.Mogliby się jakoś odwrócić, frontem do Pergamonii lub ku wiecznymlądom, o których się tu często mówi. Dwoje ludzi na skraju miasta.

- Niechpan spojrzy - rzekła kobieta. - Widzę wyraźnie cień naścianie, możliwe, że ktoś jeszcze tu przyszedł.

- Byłobyto dziwne - odparł mężczyzna. - W pobliżu nie mam anikrewnych, ani znajomych, mieszkam tu sam. Pani widzi cień na ścianie.

- Niechpan spojrzy - rzekła ona. - To jest cień, wyraźnie widzę.

- Cień- mruknął mężczyzna. - Niech będzie, co mnie to obchodzi?Może pani widzi rzeczy, których nie ma - dodał.

- Ależskąd - odrzekła. - Widzę rzeczy, które są. Jeżeli niechce pan odwrócić głowy, to może mi pan spokojnie wierzyć.

Odległośćmiędzy ręką mężczyzny a toporem zmniejszyła się. Kobieta spostrzegłato.

Wchwilę potem trzymała obiema rękami ostrze topora, natomiast sylwetkamężczyzny zachwiała się. Palce kobiety, można powiedzieć, owinęłyostrze topora i w miejscach zagięć lekko się zaczerwieniły.

- Nicpani nie grozi - rzekł mężczyzna. - Można puścić ostrzetopora.

- Zachwiałsię pan - rzekła kobieta. - Muszę powiedzieć, żeuniknęliśmy wielkiego niebezpieczeństwa.

- Możliwe- odrzekł - i to dzięki temu, że tak znakomicie panizareagowała.

Topórbył dość szeroki i ciężki, na razie opierał się o ścianę i istniałomałe prawdopodobieństwo, że zsunie się na podłogę. Szafa byłaodsłonięta, ale mężczyzna zajęty był swoimi wzniesionymi rękami, wdodatku stał do niej tyłem.

Wtedykobieta podniosła topór i podała go mężczyźnie. On wykonał zamach itopór, świszcząc, upadł tuż za progiem, na ganku.

Kobietausiadła i oparła się plecami o ścianę w tym miejscu, gdzie uprzedniostał topór. Mężczyzna przyglądał się jej, jakby zdumiony jejobecnością.

- Panitutaj na długo? - zapytał

- Chciałabymtu zamieszkać - odrzekła ona. - Bardzo mnie ucieszyło to,że wyrzucił pan topór - dodała. - Wyraźnie przeszkadzał wtym pokoju.

- Narazie - rzekł on. - Niech pani pamięta, że w każdejchwili mogę go przynieść z powrotem, leży tuż za progiem.

- Widzę- powiedziała. - Nawet ostrze połyskuje, różnie można tosobie tłumaczyć.

- Tak- odrzekł. - Można było nawet kogoś zabić, gdyby tamsiedział. Szczęście, że nikogo nie było.

Któżto wie, w kogo wycelowany był topór, może w cień, który padł naścianę domu, albo w pustkę, z której oni oboje starali się wydobyć.Trudno powiedzieć, w co lub kogo wycelowany był topór.

Natwarzy kobiety widać było cierpienie. A błysk jej oczu jakbypochodził z podziemi Pergamonii.

- Jestpani bardzo uprzejma - rzekł mężczyzna. Włożył do kieszenijedną rękę i przyglądał się swojej szarej koszuli.

- Panjest również niezwykle uprzejmy - rzekła ona. - Czuję siętutaj jak w swoim domu.

Potych słowach zegar wybił godzinę. Był to zegar spoza tego domu, ale,jak się wydaje, z tej samej dzielnicy Pergamonii.

- Jestpora obiadowa - rzekł mężczyzna.

Znówprzyglądał się uważnie swojemu ubraniu. Oboje siedzieli na podłodze,ona oparta plecami o ścianę, a on o szafę. Twarz mężczyzny niewyrażała niczego. Zresztą zmartwienie z twarzy kobiety też znikło.Można by mieć wrażenie, że są nieobecni. Mogli wyjrzeć na dwór izobaczyć topór leżący za progiem. Drzwi stały uchylone.

- Musielibyśmywstać - rzekł mężczyzna.

- Wstać- powtórzyła kobieta. - Dobrze by było. Może pan jestgłodny? - zapytała.

- Jestpora obiadowa - mruknął mężczyzna - ale nie jestemgłodny. Pomogę pani wstać - dodał.

- Dobrze- zgodziła się i podała mu rękę. - Jakoś mi ciężko -mruknęła. - Nie wiem, jak panu?

- Owszem,kiedyś było lżej - mruknął. - Teraz trudno wstać.

Gdystanęli, długą chwilę trwało milczenie.

Stali,zwróceni bokiem do siebie.

- Niemogę się skupić - rzekł mężczyzna. - Bardzo trudno jestcoś postanowić.

- Niemyślę o tym - rzekła kobieta. - Wszystko ma swoje miejscei czas, więc myślenie również, a teraz jest pora obiadowa.

- Panisądzi, że to coś zmienia? - zapytał.

- Sądzę,że zmienia - potwierdziła kobieta.

- Muszęsię przeciągnąć - rzekł mężczyzna. Przeciągnął się tak, żesłychać było chrzęst, a nawet trzaskanie kości. - Niech paniteż się przeciągnie.

- Owszem- zgodziła się kobieta i przeciągnęła się, ale nie było słychaćtakiego trzasku kości jak u mężczyzny. - Przeciągnęłam się -oznajmiła. Znów pojawił się na jej twarzy lęk, coś jakby cień, iszybko zniknął.

Trudnopowiedzieć, czy mężczyzna go zauważył, patrzył tak samo obojętnie naobraz, jak i na kobietę.

- Możewyszlibyśmy za próg domu? - zaproponował.

- Dobrze,dlaczego nie - rzekła kobieta i oboje wyszli za próg. Mieliprzed oczami tę część Pergamonii, którą bardzo dobrze znali, ibezwiednie przyglądali się ulicom i sąsiednim domom.

Mężczyznamógł teraz błyskawicznie zamknąć drzwi i w ten sposób kobietazostałaby na zewnątrz domu. Nie zrobił tego jednak, widać, alboodstąpił od zamiaru wyrzucenia jej z domu, albo chwilowo o tymzapomniał.

- Moglibyśmyna tym progu usiąść - zaproponował w końcu.

Usiedlii okazało się, że próg był wystarczająco obszerny, aby oboje moglisię zmieścić.

- Nieznam pani imienia - rzekł mężczyzna.

- Nazywamsię Angelika - odrzekła ona. - Ja pana znam, nazywa siępan Jonatan.

Mężczyznamachnął ręką i mruknął coś, czego nie można było zrozumieć.

- Widzipani te domy? - zapytał. - Mieszkają tam jacyś ludzie,czy pani ich zna?

- Nieznam - odparła ona. - Mimo że ich nie znamy, oni tamżyją, mieszkają, jeżdżą gdzieś. Czy ma pan jakieś marzenia? -zapytała kobieta.

- Owszem,mam - odparł on. - Chciałbym znaleźć łąkę wiecznegoistnienia.

- Panjest poetą... - Kobieta roześmiała się. - Nie ma takiejłąki - dodała. - Ona istnieje jedynie jako przenośniapoetycka.

Podługim milczeniu mężczyzna rzekł:

- Gdybyśmytutaj mieli choćby psa. Wie pani, zupełnie zwykłego psa, wówczasmielibyśmy jakiś punkt odniesienia, a tak pozostają nam nasze ręce ispojrzenia donikąd. Nie chciałaby pani, aby tutaj był pies?

- Możetak, ale wolałabym, aby tutaj w pobliżu był mały sklepik z używanąbielizną - odparła ona.

- Zczym? - zdziwił się mężczyzna. - Z używaną bielizną?

- Tak,właśnie - powiedziała ona.

- Wolałbymsklepik ze złotymi bransoletkami i srebrnymi papierośnicami. Mógłbymto wszystko oglądać i podziwiać z okna. Droga pani, czegóż byśmychcieli!? Może, żeby ulicą szedł na przykład bocian albo stadoprzepiórek, małp i szakali. Droga pani, to byłaby ulica. Ulica, poktórej nie moglibyśmy chodzić. Może gdzieś w Pergamonii nakryto bystół dla porcelanowych figur, a my, skoro jesteśmy po tak celnymrzucie toporem, nie nadawalibyśmy się nawet na cienie ulicznychpostaci.

- Chciałabymsię gdzieś dostać - rzekła kobieta. - Jakimś pojazdem.

Mężczyznaprzyglądał jej się chwilę, po czym opuścił głowę.

- Pojazdem- mruknął. - A dokąd?

- Niewiem - odparła kobieta. - Tam, gdzie by się zatrzymał, naprzykład w pustym polu lub gdzieś między dwoma jadącymi samochodami.To musiałoby coś znaczyć - dodała ona.

- Cóżmogłoby to znaczyć? - spytał mężczyzna. - Poza tym, żebyłaby to jakaś pustka.

Tużobok ich stóp leżał topór. Gdyby chcieli, mogliby na nim oprzeć swojenogi, ale nie zrobili tego. Nikt po niego nie sięgał, widać, jego lotskończył się na zawsze i nawet w rozmowie do niego nie nawiązywali. Itak na skraju Pergamonii toczyła się jakaś rozmowa. Nawiązywała domarzeń o łące wiecznego istnienia. Rozpraszała mrok wokół zdarzeń iwokół rzeczy. Mogła nadać Pergamonii jakieś znaczenie, ale w sumiedotyczyła rzeczy, ich układu i wzajemnego powiązania. Być może, samaw sobie była ona głębokim misterium, zabawą w istnienie. W każdymrazie istniała poza wolą mieszkańców Pergamonii.

- Widziałabymteraz na pani kolanach białego ptaka - rzekł mężczyzna. -Mógłby nawet ulecieć w niebo, ale istotny byłby fakt, iż siedziałbytu chociaż chwilę.

- Lubięwyobrażać sobie szklane ptaki - rzekła kobieta.

- Tonie jest wyobrażenie, a pragnienie - wyjaśnił mężczyzna. -To, co mówiłem o białym ptaku. W tej chwili pani postać jestwymarzona do tego, aby przez chwilę siedział tu biały ptak. Proszęwciąż pamiętać, że to jest mój próg, a pani jest tutaj gościem.Gościom przysługują pewne prawa, ale obliczone na krótki czas.

- Sądzipan, że wyczerpałem swój czas? - zapytała ona.

- Trudnomi powiedzieć - odparł on. - Wciąż jest pora obiadowa, wkońcu nie ode mnie zależą decyzje w tej sprawie. Dziwię się, że niema pani gdzie mieszkać. Ja nie wynajmuję pokoi - dodał.

- Panchyba niczego nie rozumie - rzekła kobieta. - Właśnietutaj zamieszkałam.

- Aleja nie mam pokoju do wynajęcia - powtórzył.

- Niechcę wynająć pokoju - wyjaśniła kobieta. - Po prostuzamieszkałam w tym domu.

- Ach,tak - rzekł mężczyzna. - Zatem cóż ja mam robić,wyprowadzić się?

- Dlaczegomiałby się pan wyprowadzać? - odpowiedziała ona. - Toprzecież pański dom.

- Tak,to mój dom - powtórzył on. - I moje łóżko, i moja szafa,a co pani tu robi?

- Poprostu jestem - odparła. - Musi się pan do tegoprzyzwyczaić, nic na to nie poradzę. Zauważyłam, że łóżko jestszerokie, więc zmieścimy się.

- Zmieścimysię - mruknął. - Ale nie o to chodzi - dodał. -Jakim prawem pani tam w ogóle wejdzie? Nie pomógł topór, więc cóżpozostało? Droga urzędowa jest dla mnie zamknięta, bo mówi pani, iżma kogoś znajomego w Radzie Miejskiej. Pozostaje mi jedynie stąd sięwyprowadzić.

- Możesię pan wyprowadzić, ale przecież nie ma po temu żadnego powodu -rzekła kobieta.

- Panisię chce tu zmieścić... - Roześmiał się. - Ale w czym? Wtym łóżku, w poranku, który tu wstaje, czy może w ogóle kazano paniudać się na kraniec Pergamonii, a trafiła pani tutaj? Mówiono pani ołące z poziomkami, o przezroczystej mgle, chciała pani uciec odsklepiku z używanymi ubraniami. Wiele z tych ubrań było czystych, aleteż sporo wydzielało zapach potu i to przyprawiło panią o zawrótgłowy. Kto skierował panią do mnie? Nie nadaje się pani na to, abyzostać matką moich dzieci, więc o co tu chodzi?

- Jużnie będę matką niczyich dzieci - odrzekła ona. - Jestemza stara. Ale ma pan rację, szłam na skraj Pergamonii i natrafiłam naten dom, przy którym teraz siedzę. To, że pan jest tutaj również, maznacznie mniejsze znaczenie... Moglibyśmy wstać - dodała.

Obojewstali i oparli się o framugę drzwi. Wyglądali jakby zmęczeni lubutrudzeni, mający zamiar odpocząć i niemal po omacku szukającyoparcia. Można było sądzić, iż skądś przyszli i teraz, przed wejściemdo domu, patrzą na pejzaż, który przed chwilą minęli. Są tooczywiście światła Pergamonii i rozległa łąka z samotną jodłą,miejsce odpoczynku wilka-człowieka. Nie mówi się tu o wielkiejpostaci Abrahama, która może być również we wnętrzu tego domu. Niepatrzą na siebie może dlatego, że nie chcą rozmawiać ani oPergamonii, ani o domu, przed którym stoją. Może też się czegoś boją.Ptak, o którym wspomniał mężczyzna, siada tutaj nad ranem niedalekookna, na gałęzi młodej wiśni. Gdy mężczyzna pierwszy raz go zobaczył,wydawało mu się, że śni, ale podszedł bliżej do okna i w pełniksiężyca zobaczył owego białego ptaka, pod którego ciężarem uginałosię młode drzewko. Widać, o nim myślał mówiąc, iż mógłby wzlecieć wniebo z kolan kobiety. Potem ptak przylatywał tu wielokrotnie.

Bywało,że Jonatan wychodził do ogrodu i wówczas księżyc otaczał ich obu tąsamą aureolą.

- Moglibyśmysię zamienić miejscami - rzekł on.

- Czyto ma jakieś znaczenie? - zapytała kobieta.

- Możenie ma, ale dlaczego nie moglibyśmy tego zrobić? - powiedziałpytająco mężczyzna.

Zamienilisię miejscami i w dalszym ciągu stali oparci o framugę drzwi.

- Niema to żadnego znaczenia - powtórzył mężczyzna. - Ale, wiepani, przez to coś się dzieje. Nieraz lubię tego typu zmiany, idęgdzieś, przestawiam kamienie, a nawet krzyczę, tak aby słyszała mniezwierzyna z łąki i przeniosła się w inne miejsce. - Mężczyznaroześmiał się. - Pytałem ludzi czy też lubią takie zmiany,odpowiadali na ogół, że przywiązuję wagę do rzeczy nieistotnych, a miwydaje się na odwrót, że to oni żyją sprawami błahymi, ale niepotrafię im tego wytłumaczyć.

- Czypan sądzi, że teraz również mógłby z moich kolan ulecieć ptak? -zapytała kobieta.

- O,nie - odparł on. - Teraz pani stoi, to zupełnie coinnego.

- Mógłbylecieć jakiś czas poziomo - powiedziała ona.

- Owszem,ptaki latają poziomo, ale zawsze muszą się odbić z jakiejś poziomejpowierzchni - stwierdził mężczyzna. - Co innego, gdy panisiedzi. Teraz sądzę, że jest to niemożliwe. Możemy najwyżej dokądśiść.

- Aczy pan wie dokąd? - zapytała ona.

- Niewiem, może w głąb Pergamonii?

- Wolałabympójść na skraj łąki, którą stąd tak wyraźnie widać.

- Naskraj łąki - powtórzył mężczyzna. - A cóż by tam panirobiła? To dość daleko i nie jest pewne, czy tam dotrzemy, mamy jużswoje lata. Nie jest pewne, czy dotrą tam nasze dzieci lub wnuki iczy w ogóle tam ktokolwiek dotrze.

- Drogipanie, przecież łąkę stąd widać, a pan mówi takie rzeczy -rzekła kobieta. - Przecież był pan tam zapewne wielokrotnie.

- Możliwe,że tam byłem - mruknął on. - Mówimy o zupełnie innychłąkach.

- Jestmi dość niewygodnie - rzekła kobieta. - To oparcie maostry kant, może zmienilibyśmy nasze pozycje.

- Aco pani proponuje? - zapytał.

- Proponuję,abyśmy zamienili się oparciami - wyjaśniła. - W tym celumusielibyśmy się przesunąć, pan w moją stronę, a ja w pańską. Z tym,że należy pilnie strzec się zderzenia, wie pan, mogłoby to miećskutki opłakane. Pan sobie wyobraża takie zdarzenie w samym wejściudo naszego domu?!

- Mojegodomu - mruknął mężczyzna. - Ale faktycznie, takiezdarzenie byłoby dla nas obojga fatalne - przyznał. -Wolałbym tego uniknąć i, jak słyszę, pani również. Droga pani -rzekł Jonatan - oboje ruszymy, ja w kierunku łąki, a pani wstronę Pergamonii, a gdy usłyszymy dźwięk dzwonu, zawrócimy w stronędomu i, jak sądzę, miniemy się w odpowiedniej odległości.

Zgodniez jego słowami oboje ruszyli, mężczyzna w stronę łąki, ona w kierunkuPergamonii, a gdy rozległ się dźwięk dzwonu, skierowali się w stronędomui w ten sposób zmienili swoje pozycje i znów oparli się o futrynędrzwi.

- Jakpan sądzi, czy skończyła się pora obiadowa? - zapytała kobieta.

- Myślę,że jeszcze nie - odparł on. - Wie pani, że byłem bliskołąki? - dodał. - Wyraźnie czułem jej zapach.

- Przyglądałamsię pana sylwetce - powiedziała ona. - Pomyślałam sobie,że powinien pan nieść nad głową duży słonecznik i obracać nim w koło,można byłoby wówczas powiedzieć, że łąka idzie razem z panem.Chciałoby się wyciągnąć w pańską stronę rękę lub coś powiedzieć.Niech mi pan powie, dlaczego nie szliśmy w tę samą stronę? Mogłabymnieść słonecznik nad pańską głową.

- Stracilibyśmywówczas z pola widzenia ten dom - rzekł mężczyzna. - Ajestem do niego bardzo przywiązany.

- Więcnie chciałby go pan stracić z pola widzenia? - zapytałakobieta.

- Niechciałbym - mruknął. - Poza tym, nie było takiejpotrzeby. Dźwięk dzwonu i tak słyszeliśmy w tym samym czasie. Czyteraz jest pani nieco wygodniej? - zapytał.

- Owszem,jest - odrzekła. - Ale z czasem ucisk ostrego kantuframugi drzwi znów będzie mi dokuczał.

- Wtedydokonamy następnej zmiany - rzekł mężczyzna. - Tym razempani pójdzie w stronę łąki, a ja w kierunku Pergamonii.

Pojakimś czasie tak się też stało. Gdy wrócili, mężczyzna zacząłwychwalać uroki Pergamonii, zwłaszcza jej światła i niezmierzonągłębię, którą się przeczuwa. Twierdził, że owe pulsujące światła sązapowiedzią czegoś, jakiejś odległej ery, o której wie jedyniewilk-człowiek.

- Niktz nas - mówił - nie zna tego czasu.

- Przeczucienowej ery w Pergamonii - powtórzyła kobieta. - A jawidziałam pana ze słonecznikiem nad głową na tle łąki.