Perfumy Prowansji - Frédérick D'Onaglia

Reflow text when sidebars are open.
Alexandra dała Baptiste'owi prowadzić samochód wynajęty na lotnisku w Marsylii. Była zmęczona - wracali po tygodniu spędzonym w Paryżu i po dziesięciomiesięcznym pobycie w Burkina Faso. W Paryżu Baptiste rozmawiał z redaktorem naczelnym i wydawcą tygodnika, dla którego pracował. Alexandra spotkała się z przedstawicielami handlowymi trzech największych firm kosmetycznych, czterema projektantami opakowań, i nie mogła się powstrzymać od zakupów w paryskich butikach. Wieczorami bawili się do późna i mało spali. Baptiste przedstawił jej swoich przyjaciół, w większości dziennikarzy, z których każdy miał do opowiedzenia mnóstwo anegdot i fascynujących przygód. Kiedy samolot lądował w Marignane, strach nagle ścisnął serce Alexandry. Działo się tak za każdym razem, gdy tutaj wracała. Ale dziś bała się bardziej niż zwykle.
- Coś nie tak? - zapytał Baptiste i pogłaskał ją po policzku.
- Ależ nie, wszystko w porządku. Przepraszam. Od śmierci taty zawsze trochę obawiam się powrotu do domu.
Była to prawda, ale Alexandra nie powiedziała mu, co napawało ją największym lękiem: słowa Safiatou usłyszane trzy miesiące temu w Bobo-Dioulasso. Powróciły w chwili, gdy koła samolotu A320 dotknęły pasa startowego. Wciąż brzmiał jej w uszach przeszywający głos powtarzający jak mantrę: "Wrócisz do Francji i umrze czterech mężczyzn". Z tego niedorzecznego powodu odkładała podróż już dwa razy. Wcale nie wierzyła w bajki opowiadane przez czarowników. A jednak coś ją zaniepokoiło. Safiatou powiedziała, że nie chodziło o wysokiego białego człowieka, z którym Alexandra robiła "bara-bara", ale o jednego starego mężczyznę i trzech młodych. Dodała też, że unosi się wokół nich silna woń, "zapach twoich stron". Alexandra spytała ją, czy zna ludzi, o których mowa, ale Safiatou odpowiedziała tylko: "Czterech. U ciebie". Alexandra otrząsnęła się z przepowiedni jak ze złego snu. Jednak słowa wróżby wracały za każdym razem, gdy wspominała o powrocie do Sault, swojej rodzinnej miejscowości, gdzie się urodziła i mieszkała od dziecka.
Za godzinę powinni być na miejscu. Minęli Carpentras. Zmienił się krajobraz: winnice i pola uprawne przedzielane wysokimi szpalerami cyprysów ustąpiły miejsca śródziemnomorskim zaroślom i zielonym lasom dębowym. Wjechali na krętą drogę prowadzącą przez góry Lubéron. Baptiste prowadził w skupieniu, nie przerywając milczenia Alexandry, która wyglądała na wyjątkowo spiętą. Jej zdenerwowanie przypisywał temu, że miała wkrótce oficjalnie przedstawić go swojej rodzinie. On się nie bał, przeciwnie, był szczęśliwy.
Otaczający ich krajobraz dodawał magii chwili. Baptiste nie znał tego zakątka Francji. Praca reportera zawiodła go w najdalsze kraje świata i, co ciekawe, lepiej znał Meksyk, Boliwię, Chiny, Rosję i wiele innych państw niż rodzinną Francję. Dopiero teraz, mając trzydzieści siedem lat, odkrywał wreszcie Prowansję. Pochodził ze Strasburga, studiował dziennikarstwo w Paryżu, od siedmiu lat pracował w dwutygodniku, dla którego jeździł po świecie jako reporter wojenny i przeprowadzał reportaże na temat spraw głównie z okręgu paryskiego. Pewnego razu pojechał jako dziennikarz do Burkina Faso i tam poznał Alexandrę. Nie chcąc wyjeżdżać z Afryki i rozstawać się z dziewczyną, ustalił z redakcją gazety, że będzie odtąd pracował w tym rejonie - w Togo, Nigrze i na Wybrzeżu Kości Słoniowej nie brakowało aktualnych tematów dla reportera.
W Burkina Faso Alexandra dzieliła czas między kooperatywę w Bobo-Dioulasso, kierowała firmą importowo-eksportową w Wagadugu i ekologiczną produkcją masła z orzechów shea, osiem kilometrów na południe od stolicy dawnej Górnej Wolty. Jej ojciec, Francis, piętnaście lat wcześniej zbudował tam fabrykę przetwórstwa orzechów shea, rozszerzając w ten sposób działalność rodzinnej firmy kosmetycznej La Provençale z siedzibą w Sault. Alexandra, której brat, Julien, odmawiał wyjazdu z Francji, już przed śmiercią założyciela zarządzała afrykańskim oddziałem firmy i rozkręciła interes. Od kiedy poznała Baptiste'a, ani razu nie wyjechała z Burkina Faso i martwiła się, co zastanie po powrocie do Francji. Zwierzyła się Baptiste'owi, że księgowy La Provençale zgłaszał poważne problemy z dwoma bankami i że dostawcy narzekają na jakość niektórych dostaw. Baptiste nie pytał o nic i Alexandra była mu za to wdzięczna. Kochali się, ale oboje dobrze wiedzieli, że ich wielka miłość może w każdej chwili się rozpaść. Alexandra domyślała się, że Baptiste przeczuwał wielki dramat, jakim naznaczone było jej życie. Nie była gotowa mu go wyjawić, a przede wszystkim chciała na chłodno zrelacjonować fakty, a nie wikłać się w tłumaczenie i sentymentalizm, który podważałby jej wiarygodność.
Alexandra wracała do Sault, ponieważ za trzy dni jej matka obchodziła sześćdziesiąte urodziny. Françoise Arnoult przygotowywała małe przyjęcie w rodzinnej posiadłości o nazwie Vence. Zamierzała zaprosić wszystkich, których naprawdę kochała, co ograniczało liczbę gości do niewielkiej grupki dwudziestu osób, w tym dwojga jej dzieci i wnuczki Justine. Alexandra musiała pokonać ślepy strach, jakim napawały ją słowa Safiatou, choć okrutnie ją dręczył. Nie miała zwyczaju dawać się ponieść niekontrolowanym emocjom. Kierowała firmą działającą na dwóch kontynentach, do kooperatywy napływały zamówienia z Maroka, RPA, Gwinei, Kanady. Była dumna z tego, co robiła - udało jej się zrzeszyć dwieście kobiet, które tradycyjnymi metodami produkowały masło shea i dzięki temu nie musiały jechać za chlebem na Wybrzeże Kości Słoniowej. Opiekowała się również szkołą i przychodnią, ich budowę rozpoczął jej ojciec, a ona zakończyła. Mieszkała na afrykańskiej ziemi od dawna, a jednak wciąż wiele rzeczy wprawiało ją w zakłopotanie. Obyczaje, tradycje, wierzenia, podejście do problemów i sposób ich rozwiązywania przez afrykańskie robotnice - wszystko to nierzadko ją zdumiewało. Musiała nauczyć się ich hierarchii, systemu wartości, priorytetów, tego, żeby nie poddawać się afrykańskiej obsesji wołania na pomoc czarownika, tak jak w Europie biega się w byle sprawie do apteki. Z tą różnicą, że do apteki ludzie chodzą po lekarstwa, a nie po przepowiednie na przyszłość.
Seita, jedna z nadzorczyń pracujących w fabryce, umówiła Alexandrę z swoją kuzynką Safiatou, mieszkającą w wiosce na drodze do Rapadama. W ciemnym kącie obszernego podwórza, wśród poobijanych kociołków, kolorowych garnków i dwóch przenośnych kuchenek powitała Alexandrę posępna kobieta około pięćdziesiątki. Pokazała jej sobie tylko znany sposób oczyszczania orzechów masłosza, na którym Alexandrze udało się zbić spory interes. Powstałe dzięki temu masło shea miało wyjątkową konsystencję i niezrównane właściwości, co pozwalało na stworzenie zupełnie innowacyjnego produktu. Seita ulotniła się przed końcem pokazu. Wówczas Safiatou zaprowadziła Alexandrę do domu, do małego pomieszczenia z osobliwym, drewnianym siedziskiem, które okazało się niezwykle wygodne. Safiatou usiadła po turecku na kolorowej macie i rzuciła przed siebie garść ziaren zboża. Patrzyła na nią tak dziwnym wzrokiem, że Alexandra poczuła się jak mała dziewczynka...
- Mogę wyłączyć klimatyzację i otworzyć okno, jeżeli chcesz pooddychać rodzinną Prowansją - powiedział Baptiste. - Wyglądasz nieswojo.
Alexandra skinęła głową, nie mogąc wydobyć słowa. Położyła rękę na dłoni Baptiste'a i ścisnęła ją delikatnie. Do samochodu wpadł podmuch gorącego powietrza przesyconego zapachami. Zapachy dębu skalnego, rozgrzanej słońcem ziemi, wszewłogi i jałowca, czerwonego tymianku, liścia laurowego i rozmarynu mieszały się czasem z ostrzejszą wonią cyprysów. Alexandra zamknęła oczy. Od dzieciństwa ojciec uczył ją rozróżniać zapach poszczególnych gatunków roślin. Z czasem jej węch się rozwinął, wysubtelnił i nauczyła się "mieć nosa" do perfum. Jednak życie chciało inaczej...
W dolinach brzęczały cykady, kołysząc Alexandrę swoim śpiewem. Głosy i zapachy uspokajały ją, owijały w bezpieczny kokon. Nagle ponad innymi zapachami dało się odczuć woń kamfory. Aleksandra domyśliła się, że dojechali na miejsce. Przed nimi rozciągały się idealnie symetryczne pola lawendy, nad którymi w późne czerwcowe popołudnie unosiła się - równie odurzająca jak ich aromat - poświata w kolorze indygo.
- Widziałem to na zdjęciach, ale w rzeczywistości jest tu jeszcze piękniej! - wykrzyknął Baptiste. Zatrzymał samochód na poboczu i wysiadł, a Alexandra podążyła za nim. Okrążyła samochód i wtuliła się w jego ramiona.
- Cieszę się, że ci się tutaj podoba. Mamy kilka swoich pól, pokażę ci je.
- Siła i łagodność, blask i głębia, magia i orzeźwienie zarazem. Już sam widok i zapach przynosi oczyszczenie.
Baptiste stał w miejscu, nie wierząc własnym oczom. Przypominał dziecko, które po raz pierwszy widzi morze. Mocno przytulił Alexandrę i długo całował. Widziała łzy w jego oczach - łzy szczęścia. Ukryła twarz w jego ramionach. Magię chwili przerwał odległy odgłos potężnego silnika. Wrócili do samochodu i zanim ruszyli dalej, odczekali, aż minie ich nadjeżdżające auto. Najnowszy model ferrari jechał zdecydowanie za szybko jak na lokalną, niebezpieczną drogę.
- O mały włos! Całe szczęście, że mamy wynajęty samochód. Nie poznał mnie! - wykrzyknęła Alexandra. - To Marius Garbiani. Nie lubili się z tatą. Później ci opowiem, to długa historia, nie chcę zepsuć nam tego pięknego dnia.
Minęli serię zakrętów i ich oczom ukazała się wioska Sault, położona na szczycie skalistego wzniesienia. Czerwone dachówki odcinały się na tle lawendowej doliny, która widziana z góry poprzecinana była szachownicą złotych pól pszenicy. Wzdłuż przylądka biegła droga, po prawej stronie wznosiła się góra Ventoux. Alexandra poprosiła Baptiste'a, żeby zwolnił. Wskazała na wielkie drzewo oliwne, za koroną srebrzystych liści krył się potężny budynek.
- La Provençale, firma kosmetyczna taty - szepnęła głosem łamiącym się ze wzruszenia. - Nie zatrzymuj się, Julien pewnie jest tam teraz, a ja dzisiaj nie chcę widzieć nikogo z rodziny. Tę firmę założył tata, była całym jego życiem, jego dzieckiem. O nas zanadto się nie troszczył i dopiero gdy zaczęłam z nim pracować, zrozumiałam, jak bardzo był pochłonięty swoją pasją, która i mnie się udzieliła...
Rozpłakała się. Nigdy nie mówiła, jak umarł jej ojciec, a Baptiste nigdy o nic nie pytał. Dowiedział się o okolicznościach jego śmierci z archiwów prasowych, które przeglądał, przygotowując się do wywiadu z Alexandrą. Rozumiał, dlaczego rana nie chciała się zagoić. Ruszyli w dalszą drogę. Baptiste jechał wpatrzony przed siebie, nie wiedząc ani jak ją pocieszyć, ani co było przyczyną jej smutku. Bo nie chodziło tylko o śmierć ojca pięć lat temu, ale o coś jeszcze, coś gorszego od samej śmierci.
- Skręć w lewo, na ścieżkę. To tutaj - mruknęła Alexandra ze słabym uśmiechem. - Nie tak wyobrażałeś sobie powitanie w domu, co? Z zewnątrz to nic specjalnego, ale zobaczysz, w środku jest bardzo przyjemnie - wyjaśniła, ocierając łzy wierzchem dłoni.
Wyszła z samochodu i poszła otworzyć dwuskrzydłową żelazną bramę. Dom przypominał te, jakie mijali z daleka. Dach pokryty był romańską dachówką, ściany zbudowane ze złotawego kamienia, typowego dla tego regionu. Budynek otoczony był dużym ogrodem, w których rósł olbrzymi figowiec i cztery palmy. Bujne krzewy różane pięły się po fasadzie, zdobiąc ją intensywną czerwienią kwiatów. Otwarte zielone okiennice miały kolor liści drzewa oliwkowego.
Dalsza część rozdziału w pełnej wersji książki