Ann
Berlin, 24 grudnia 2017 roku
(sześć tygodni później)
Opustoszałe miasto, nie widać samochodów, ludzi, nawet bezdomnego psa. Ciemne witryny lokali usługowych, zabarykadowane kratami wejścia do sklepów. Berlin jest martwy, wszyscy tacy są. Wszyscy poza mną. Ostatnią ocaloną, jedyną, która przetrwała koniec świata. Tylko ja i Berlin, i zwisające zewsząd świąteczne dekoracje, które mrugają w zwodniczym rytmie, jakby serce wciąż biło, jakby miasto miało w sobie jeszcze jakąś resztkę życia.
Spieszę się, stawiam szybkie, ociężałe kroki. Brodzę po kolana w pośniegowej brei. Mniejsza o to, moje spodnie i tak od dawna nadają się do prania. Kiedyś byłam próżna, ale te czasy dawno minęły. Zoe wymieniła zamki w drzwiach naszego mieszkania i wystawiła na klatkę tylko małą torbę z moimi rzeczami. Od czasu do czasu wyobrażam sobie, jak siedzi na uniwersytecie w moich ciemnoczerwonych spodniach lub wkłada na randkę mój wyszywany złotymi cekinami top. W porządku. A może raczej tak, jak powiedział niedawno w jednym z wywiadów ojciec Saskii E.: "Granica bólu się przesuwa". To, co kiedyś odczuwało się jak głęboką ranę, z czasem przypomina delikatne zadrapanie. Saskia E., ofiara numer siedem, została zamordowana przed trzema laty, w Boże Narodzenie dwa tysiące czternastego roku.
Podkręcam tempo, gonię cienie i kroki przede mną, których prawie nie widać. Czasem zamiast śniegu pod moimi stopami rozpryskuje się krew. Ojciec Saskii również to trafnie opisał w tamtym wywiadzie: "Człowiekowi nieuchronnie zaczyna odbijać". Podczas gdy on chodzi po mediach, żeby zająć czymś myśli, ja rzuciłam się w wir pracy. Nawet jeśli trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś może dziś zabłądzić do tak obskurnej budy z fast foodami jak Big Murphy - jeśli już, będą to jacyś bardzo, ale to bardzo samotni ludzie. Prawda jest taka: to miasto wcale nie jest martwe. Ono wciąż żyje, rzecz jasna, tak samo jak i my - tylko zaszyło się w ciepłych, pieczołowicie udekorowanych salonach. Siedzi przy suto zastawionych stołach, na których leżą złożone serwetki i eleganckie sztućce. Wymienia się prezentami i cieszy się na błysk w oczach obdarowywanych. To miasto jest szczęśliwe, a ten, kto odstaje, znajduje się na samym dnie, i tyle. Jest niedziela. Wigilia.
- Nareszcie! - Anthony wymachuje rękami za kasą. Jest Kubańczykiem, niedawno skończył dwadzieścia jeden lat, z których dwa ostatnie spędził w Berlinie, całkiem sam, bez rodziców i czwórki rodzeństwa, którzy wciąż mieszkają w Moa, przemysłowym mieście na północno-wschodnim wybrzeżu Kuby. Za zarobione w Big Murphym pieniądze opłaca studia i wynajmuje pokój, chociaż są mu głównie potrzebne po to, żeby co miesiąc puścić do domu przelew za pośrednictwem Western Union.
Zamykam za sobą szklane drzwi lokalu i się rozglądam. Zajęty jest tylko jeden stolik, siedzi przy nim starszy mężczyzna, którego twarz składa się niemal z samych oczu i brody. Ma na sobie brudny brązowy płaszcz i dziurawe rękawiczki bez palców, które dostrzegam, gdy wgryza się w sflaczałego burgera. Keczup kapie z bułki jak duże czerwone łzy.
- Tak, całe szczęście, takie tu tłumy - mamroczę, mijając go, i znikam w szatni.
Mój strój roboczy składa się z zielonej poliestrowej koszulki z krótkimi rękawkami i brązowych spodni rozpinanych po bokach; szczelin służących do wietrzenia, które człowiek zaczyna doceniać, gdy rozgrzany do stu osiemdziesięciu stopni olej bulgocze jednocześnie w pięciu frytkownicach w ciasnej kuchni restauracji z fast foodami.
Nie jest to może najlepsza praca na świecie, ale wręcz karygodnie łatwo było ją dostać. Obeszło się bez listu motywacyjnego, okazywania świadectw, CV. Wystarczył jeden telefon i rozmowa kwalifikacyjna kolejnego dnia. Przedstawiłam się panieńskim nazwiskiem matki. Menedżerka od razu mnie polubiła, zrobiłam na niej wrażenie, że nie będę stwarzać trudności. Zmiany, nadgodziny, nawet wynagrodzenie: dowolne. Interesowało mnie tylko to, czy jest możliwość wypłacania pensji gotówką. Była, o ile poręczę otrzymanie pieniędzy swoim podpisem. Po szkoleniu sanitarno-epidemiologicznym z zakresu ochrony przed infekcjami oraz z BHP zostałam od razu odprawiona do pracy.
Dzisiaj w restauracji jest nas tylko troje: stojący za kasą i odpowiadający za napoje Anthony, Michelle, która szykuje burgery w kuchni, i ja - jej asystentka, bo do okienka drive-in i tak pewnie nikt nie podjedzie. Oczywiście, że nie, jest w końcu Boże Narodzenie.
- Ann? Wszystko w porządku? Jesteś dziś jakaś cicha. - Droga, słodka, prostolinijna Michelle. Około czterdziestopięcioletnia, o żółtawych, farbowanych włosach, zawsze mocno umalowana, dzięki czemu na początku zmiany wygląda co najmniej pięć lat młodziej, ale potem, kiedy makijaż osadzi się jej w zmarszczkach koło oczu, efekt jest odwrotny.
- Jasne, wszystko świetnie - mówię, bezcelowo grzebiąc w pojemniku z pomidorami.
Żeby dodać mi otuchy, Michelle szturcha mnie w bok.
- Też uważam, że Boże Narodzenie jest dołujące, jeśli to cię dręczy. Przez trzy dni ludzie zachowują się tak, jakby na świecie nie działo się nic złego, włączają światełka miłości i pokoju. Jakby to była prawda. - Michelle jest samotną matką dwóch nastoletnich synów i dorosłej córki. Jej pierworodna już od dawna nie celebruje z nią Bożego Narodzenia, a chłopcy spędzają w tym roku święta u swojego ojca. - A twoja?
Ma na myśli moją córkę. Ponieważ nic lepszego nie przyszło mi na poczekaniu do głowy, nazwałam ją Dianą (na cześć rzymskiej bogini łowów, a nie - jak sądzi Michelle - zmarłej księżnej). Jednak w gruncie rzeczy wszystko jedno, jak się nazywa moja córka. Była to wpadka w życiu beztroskiej i naiwnej osiemnastolatki, jednej z tych młodych, głupich siks, które nie wiedzą, jak należy się zabezpieczać. Teraz mam dwadzieścia cztery lata i muszę ją utrzymywać, tak jak wszyscy w Big Murphym muszą kogoś utrzymywać.
- Też u ojca - odpowiadam krótko i dalej dłubię w pomidorach. Wolę nie spoglądać przy tym na Michelle.
- Co kupiłaś jej pod choinkę? - pyta po chwili, a mnie do głowy jako pierwsza przychodzi trampolina.
Tak jak trampolina, którą dostałam na Boże Narodzenie, kiedy miałam tyle lat co Diana. Pudełko ze stelażem było brązowe i tak ogromne, że na jego owinięcie poszłoby kilka rolek papieru do pakowania. Dlatego tata przewiązał je tylko grubą czerwoną wstążką. Obiecał, że rozstawi trampolinę w ogrodzie, gdy tylko nadejdzie wiosna i słońce wessie ostatni rozmoczony śnieg z powierzchni ziemi. Miał to zrobić ze wzruszającą niezdarnością pracownika naukowego o dwóch lewych rękach. W takim miejscu, że kiedy będzie siedział przy biurku w gabinecie, to wystarczy, że wyjrzy przez okno, a zobaczy, jak na niej skaczę. Podobał mi się ten prezent, bez dwóch zdań. Tyle tylko, że na razie, w środku zimy, nie miałam z niego zbyt wiele pożytku. Poprosiłam więc tatę, żeby wyjął z pudełka metalowy stelaż. Potem weszłam do kartonu i zamknęłam wieko. Tata uznał to za ciekawe, zaskakujące i osobliwe. Popatrzył na mnie wzrokiem, który stale pragnął wszystko analizować, i spytał, o czym myślę, kiedy leżę w pudełku w bezruchu, z zamkniętymi oczami, cichutko jak myszka. Sądził, że być może ma to coś wspólnego z moją mamą. Że chcę sprawdzić, jak to jest leżeć w trumnie.
- Ależ tato - odparłam. - Przecież to nie jest trumna. To najzwyklejsze pudełko, a ja w nim tylko leżę.
- Super! - Michelle wydaje się naprawdę podekscytowana, ale sekundę później na jej twarzy pojawia się smutek. Wiem, że się boi, że jej synowie wdali się w ojca, który już dwukrotnie siedział w więzieniu za pobicie. - Ciesz się tym czasem, kiedy twoja Diana jest jeszcze mała. - Wzdycha i wyciera świecące od potu czoło wierzchem dłoni. - Skończy dwanaście lat i cię skreśli, będzie podkradać ci pieniądze z portfela, żeby kupić sobie trawkę. - Kiedy zabiera rękę z twarzy, na dłoni widać brązowe ślady, a jej lewa brew jest nieco bardziej pozbawiona kolorów, niż była jeszcze chwilę wcześniej. Teraz Michelle znów się śmieje, tak jak zawsze, gdy stwierdza, że najwyraźniej nie ma lepszego środka do demakijażu niż tłuszcz po pieczeniu. Być może śmieje się tylko po to, żeby nie płakać. Znam to uczucie, ale mimo wszystko się wstydzę. Tyle kłamstw. Może Michelle by mnie zrozumiała, gdybym jej to wszystko wyjaśniła. Może wcale by mnie z miejsca nie potępiła, jest dobrym człowiekiem. Z drugiej strony tak samo myślałam o Zoe.
- Ziemia do Ann! Ann proszona do okienka! - Michelle mówi zmienionym głosem do zaciśniętej pięści, jakby trzymała w dłoni krótkofalówkę. Matki tak mają. Kiedy ich dzieci są małe, przyzwyczajają się do robienia głupot i później nigdy nie udaje im się wyzbyć tych nawyków.
- Sorry, zamyśliłam się.
- Zauważyłam. - Michelle z szerokim uśmiechem na ustach wskazuje na monitor z podglądem na drive-thru. - Klienci.
Pospiesznie zakładam słuchawki na głowę i biorę głęboki wdech, po czym naciskam przycisk, który łączy mikrofon z zewnętrznym głośnikiem.
- Wesołych Świąt. Serdecznie witamy w restauracji Big Murphy's Burgers and Fries. - Nie mogę pojąć, skąd ten radosny ton, jakby nic nie robiło na mnie wrażenia. Jakbym miała w głowie taki sam przycisk jak ten w słuchawkach, który przełącza mnie na zupełnie inny tryb, gdy tylko go nacisnę. "Jakoś trzeba żyć", powiedział ojciec Saskii E. w gazecie, i to prawda. - Co przygotować?
Na początku słychać tylko szelest.
- Halo?
Poirytowana wyciągam szyję przez okienko do wydawania zamówień. Zewnętrzny mikrofon jest oddalony o pięć, sześć metrów i dopiero po złożeniu zamówienia klienci podjeżdżają do punktu wydawania jedzenia. Z tej odległości widzę jednak wyłącznie zarys samochodu i dwa jaskrawe punkty - reflektory odznaczające się w ciemności, która zdążyła już zapaść tego późnego popołudnia.
Wtem szelest milknie i rozlega się trzeszczenie męskiego głosu:
- Nie sądziłaś chyba, że tak łatwo się mnie pozbędziesz?
Strach. (Ann, 7 lat)
Strach jest kiedy jakiś człowiek w głembi siebie dostaje jakby wstrząsu elektrycznego. Jego serce ucieka nagle z swojego miejsca a kiedy na nie wraca bije szybciej nisz wcześniej i czasem może to nawet boleć. W uszach słuchać szum i człowiekowi robi się tak zimno że od razu cały drrzy. Wtedy ten strach jusz wie, że zadziałał i może przestać. czasem też ten strach jest tylko na żarty. Wtedy człowiek wystrasza się na nic i musi się śmiać bo był z niego taki głuptas który popadł w strach.
- Ty idioto!
Śmieję się histerycznie. To Jakob, tylko siedzący w samochodzie Jakob, to on napędził mi tego wielkiego stracha. Jakob, który teraz też się śmieje.
- Cóż to za maniery? Coś mi się wydaje, że będę musiał poskarżyć się u kierownika.
- Żeby wylali mnie w Boże Narodzenie? Bardzo miło z twojej strony. - Spostrzegam wzrok Michelle i szepczę do niej: - Jakob.
Ta, szczerząc się od ucha do ucha, unosi tylko lewą, bezbarwną brew. Głupio mi, że o nas wie, chociaż w gruncie rzeczy nie ma czego wiedzieć. Poprawiam mikrofon przy ustach i znów wystawiam głowę przez okienko do wydawania jedzenia. Wciąż nie widzę nic poza samochodem w ciemności i dwoma odznaczającymi się kręgami światła.
- Co tu robisz, Jakob?
- Mówiłaś, że nienawidzisz świąt i nie zamierzasz ich obchodzić. A ja powiedziałem, że nie mogę do tego dopuścić.
- No, fakt.
Było to wczoraj. Stałam na kasie, kiedy wyrósł przy niej Jakob i zamówił zestaw Big Murphy's Mega. Często tu zaglądał, niemal codziennie. Zaczęłam sobie nawet ustawiać pod niego przerwy. Zgarnialiśmy śnieg z ławki na parkingu przed Big Murphym i siadaliśmy tam w krępującej odległości od siebie, jak dwoje ludzi, którzy najchętniej poszliby na prawdziwą randkę. Nie umawiali się jednak na nią - dziewczyna miała ku temu swoje powody, a chłopak najwyraźniej tyle wyczucia, że przypuszczał, że dostanie od niej kosza. Brał ją za studentkę germanistyki, która pracuje w Big Murphym, żeby mieć na czynsz. I prawdopodobnie uważał, że jest nieco niedostępna. Starał się więc do niej dotrzeć, opowiadając zabawne anegdoty ze swojej pracy w punkcie recyklingu na Kreuzbergu. Ann podobała się myśl, że Jakob pomaga tam ludziom pozbyć się ich starych gratów. Gabarytów, znoszonych ubrań, puszek z farbą, kartonów, akumulatorów, odpadów z ogródka. A najbardziej podobała się jej wizja tego, jak wspina się po przeładowanym kontenerze z papierem i depcze po stosach makulatury, żeby papier zgniótł się pod jego ciężarem i zrobił dodatkowe miejsce. O tym, jak wymachuje przy tym chudymi ramionami, jak jego krótkie ciemne loki kołyszą się, a w niebieskich oczach lśni dziecinna swawola. Wydaje się jej taki beztroski, taki wolny.
- No cóż i dlatego sobie pomyślałem, że moglibyśmy...
Wzdycham. Że też akurat dziś musiał wpaść na pomysł, żeby zmniejszyć między nami dystans.
- Przepraszam, ale nie ma takiej opcji.
- Przecież nawet nie wiesz...
- Muszę wracać do pracy.
- Nie ma sprawy, zaczekam na ciebie.
- Mam zmianę do dziewiątej.
- Nic nie szkodzi.
- Nie, to za długo. Poza tym będę zmęczona i cuchnąca starym olejem.
Przyciągam tłusty kosmyk czarnych włosów przed oczy, przyglądam mu się i zaczynam zastanawiać, czy wczoraj przed pójściem do łóżka w ogóle brałam prysznic. Nic mi nie świta w głowie. Przypominam sobie tylko mgliście o jakimś pozbawionym smaku daniu z mikrofalówki i o tym, że leżąc na kanapie w dużym pokoju niczym worek mąki, oglądałam E.T., bo chciałam sobie popłakać, dla odmiany tak zupełnie oczyszczająco, z samego tylko wzruszenia, nie z bólu.
- Innym razem, okej? - Ku swojej uldze widzę na monitorze kolejny samochód, który ustawia się za autem Jakoba na pasie do drive-in. - Zamów coś albo odjedź.
Słyszę jeszcze, jak mamrocze coś niezrozumiałego. Potem mija moje okienko, bardzo płynnie, nie zerkając na bok. Na moment zamykam oczy i biorę głęboki wdech. Naciskam przycisk na słuchawkach oraz ten drugi, wewnętrzny, uśmiecham się i mówię:
- Wesołych Świąt. Serdecznie witamy w restauracji Big Murphy's Burgers and Fries. Co przygotować?
Pamiętasz jeszcze...?
Dwudziesty drugi grudnia dwa tysiące czternastego roku, Boże Narodzenie trzy lata temu.
- A co jest nie tak z naszą choinką?
- Jest z plastiku, Ann.
- To tradycja, tato! Mamy tę choinkę, odkąd pamiętam.
- Tym gorzej.
- A teraz?
- Znam takie jedno miejsce w Blumenthaler Wald...
- Sam chcesz ściąć drzewko? Nie no, serio, tato. Siekierą?
- Nie, zamierzam gryźć pień, aż go przegryzę. No oczywiście, że siekierą!
- A pamiętasz jeszcze, jak kiedyś chciałeś złożyć mi trampolinę? Przewierciłeś sobie wtedy palec wkrętarką.
- Ale koniec końców ją złożyłem, czyż nie?
- Koniec końców musieliśmy jechać na ostry dyżur, czyż nie?
- Daj spokój, Żuczku. Tam, gdzie chcę z tobą pojechać, jest przepięknie. I będziemy mieli prawdziwą choinkę, jak normalni ludzie.
- A od kiedy chcemy być jak inni? Nie mówiąc już o tym, że nie można ot tak wejść do lasu i wyciąć drzewko. Tylko sobie wyobraź, co by było, gdyby każdy tak zrobił!
- Nie damy się złapać.
- Jesteś nienormalny.
- A ty jesteś moją córką, więc witaj w klubie.
*
Ann umiera w czwartek, zdycha dość marnie. Leży na plecach, wyciąga sztywne nogi, drżące ręce przyciska do otwartej rany w klatce piersiowej. Mężczyźni zabrali jej serce, wyrwali i ot tak je ze sobą wzięli. Chce krzyczeć, ale nie ma jak - z jej gardła wydobywają się inne dźwięki: bulgot, pisk. Na siatkówce eksplozja świateł, co jest męczące, nawet bardzo, do tego stopnia, że chciałaby po prostu, żeby było już po wszystkim; dłużej nie wytrzyma. Rzuca się w otchłań, spada, zamyka oczy, jest przygotowana. Świat za zamkniętymi powiekami zdaje się lepszy. Promieniste słońce, błękitne niebo i ona - siedzi na barana u taty i porusza rękami, jakby leciała. Wiele lat minęło od tamtej pory; nagle znów ma siedem lat, a tata nazywa ją swoim Żuczkiem. Mocno trzyma ją za nogi i Ann nie musi się o nic martwić, już nie.
Tak to już jest, stwierdza. Tak właśnie wygląda śmierć.
I tak nagle może nadejść.
Ten czwartek, zaledwie jedno pstryknięcie palcami temu, był najzwyklejszym czwartkiem. Czekali na kolację - pizzę z Casa Mamma. Tata włączył muzykę - płytę Lou Reeda z lat siedemdziesiątych, z czasów, kiedy Ann nie było jeszcze na świecie, a tata przeżywał szaloną, nierozsądną młodość. Ann zawsze szeroko się uśmiechała, kiedy tata tak mówił. Nie mieściło jej się to w głowie: tata nierozsądny - akurat! Tę płytę jednak mimo wszystko lubiła. Żadnej innej tata nie puszczał równie często; to nią rozbrzmiewało dzieciństwo Ann. W kominku strzelało drewno i pachniało tak, jakby tata użył na rozpałkę starego papieru. Ann nie znosiła tego zapachu, krył w sobie jakieś nagłe niebezpieczeństwo. Jakby lada chwila cały dom miał stanąć w płomieniach.
- No gdzie ten dostawca? - Typowe marudzenie Ann i tata, który sobie z niej żartuje.
- Może zrobiłabyś coś pożytecznego, żeby choć na chwilę zająć myśli, i przyniosła drewna na opał - powiedział i podał jej kosz. Ann się skrzywiła. Kiedy doskwierał jej głód, nie w głowie były jej żarty.
Listopad ukształtował w ogrodzie twory, które w półmroku - ciemności rozświetlonej lampami na tarasie - zdawały się jeszcze dziwniejsze. Krzaki uginające się pod ciężarem śniegu jak garbaci starcy zmierzały jakby ku górce, u stóp której stała stara trampolina. Brnąc w śniegu, Ann podeszła do szopy na opał, wrzuciła kilka szczap do kosza i ruszyła z powrotem do domu.
I wtedy się to zaczęło, to umieranie.
Najpierw wpadające przez okno światła z drugiej strony domu, od frontu. Tańczące po pomieszczeniu niebieskie kręgi. Ann stała tam, rozzłoszczona, z koszem na drewno, a tata oddawał się żartobliwym spekulacjom, czy przysłano pizzę ekspresem z włączonym kogutem, bo dostawca wyczuł, jak niemiły potrafi być jego Żuczek, kiedy dopadnie go głód.
I nagle.
Drzwi frontowe gwałtownie się otworzyły, do środka wpadli jacyś mężczyźni. Rzucili się na tatę i powalili go na podłogę. Zapewne było przy tym sporo krzyku, Ann widziała ich rozdziawione usta. Niczego jednak nie słyszała. Krzyki były nieme wobec wysokiego tonu, który wypełniał jej czaszkę niczym szum uszy. Mężczyźni szarpnęli jej tatę, postawili go na nogi i pociągnęli do drzwi. Ann kurczowo złapała się kosza. Widziała, jak tata dziko się szamocze, żeby jeszcze choć raz się do niej obrócić. Widziała jego kompletnie pozbawioną wyrazu twarz. Potem mężczyźni go zabrali, prosto w noc. Dwóch z nich zostało, starając się jej wyjaśnić, co się tu wydarzyło. Ich słowa przeszywały pierś Ann, wbijały się coraz głębiej i głębiej, aż w końcu natrafiły na serce. Odpłynęła z niej cała krew. Kosz runął na podłogę. Najpierw z głuchym odgłosem rozsypało się drewno, potem gruchnęła o nią czaszka Ann. Dostała skurczy, zaczęła drżeć, rzęzić i piszczeć; było z nią kiepsko, aż dotarła tutaj: do świata za zamkniętymi powiekami, gdzie serce zdaje się wciąż nietknięte, gdzie panuje lato, a ona dzięki tacie może latać. Ma siedem lat i jest jego Żuczkiem, a Lou Reed śpiewa o perfekcyjnym dniu...
- Będziemy potrzebować karetki! - Gdzieś z oddali dociera do niej obcy głos, coraz bardziej natarczywy. Każe Ann oddychać: - Wdech na jeden, wydech na dwa, spokojnie, tylko spokojnie.
- Trzymaj, inhalator na astmę!
Ann czuje, jak ktoś porusza jej głową. Szorstkie palce rozwierają jej usta i wkładają w nie coś twardego. W gardle czuje zimno, jej klatka piersiowa się rozkurcza. Z trudem otwiera oczy. Ktoś się nad nią pochyla.
- Dobrze, że jest pani znowu z nami - mówi szczęśliwy idiota, który nie ma pojęcia o piekle.