Minna
Otwierają się drzwi, zostaję wypchnięta z przyjemnego nigdzie ku lekko
odstręczającemu dokądś. Nie chcę się obudzić, ale co z tego? Żółte
światło lampy rozkłada się na podłodze jak wachlarz. Ktoś wślizguje się
i zatrzaskuje za sobą drzwi, zerka na mnie z uśmiechem. Dziewczyna. Może
młoda kobieta. Ma starannie zaczesane do tyłu blond włosy, nad karkiem
sterczy króciutki kucyk. Jest ubrana w niebieską bluzę z dekoltem w serek i białe spodnie.
W tej sekundzie przypominam sobie, kim jestem. Natychmiast wypieram tę
świadomość. Precz. Z drogi. Won. Dziewczyna bardzo cicho się porusza,
podchodzi do białych szafek obok łóżka, otwiera jedną z nich, bo
skrzypią drzwiczki, krzywi się, a potem odwraca do mnie i jeszcze raz
uśmiecha, podnosi palec i dotyka górnej wargi. Czynność nadobowiązkowa.
Nic nie mówiłam, nie jestem w stanie nic powiedzieć, zamykam oczy i próbuję z powrotem wpaść w nicość. Nie udaje się. Słyszę, jak dziewczyna
wyjmuje coś z szafki, jakiś szelest, drzwi szafki ponownie skrzypią przy
zamykaniu. Przez sekundę jest kompletnie cicho,
potem czuję na czole chłodną rękę.
- Przepraszam - szepcze dziewczyna.
Nie odpowiadam, nie otwieram oczu, całą energię wkładam w redukowanie
siebie samej. Nie ma mnie. Nie istnieję. Jestem jedynie parą oczu, które
przyglądają się krajobrazowi pod powiekami. To krajobraz w turkusie, z ciemnymi
wzgórzami i jasnymi dolinami. Bardzo piękny. Pielęgniarka stoi jeszcze
chwilę, potem słyszę jej ostrożne kroki w stronę wyjścia. Przez parę
sekund z korytarza dochodzi stłumiony głos, który zostaje ucięty w środku zdania. Dziewczyna wychodzi, zamykając za sobą drzwi. Zostawiła
mnie. Zostawiła samej sobie.
Oczy mimowolnie się otwierają. W pokoju jest ciemno, tylko skądś
wślizguje się słabe szare światło. Może ciągle trwa noc. Jeśli nie jest
to popołudnie, czarne, szwedzkie, jesienne popołudnie. Na zewnątrz nadal
wyje burza i pada deszcz, ale może nie tak mocno jak wczoraj. Stukanie w szybę nie jest już tak intensywne, brzmi raczej jak gderanie, a nie
wybuch wściekłości. Jestem za to wdzięczna niebiosom. Stokrotne dzięki.
Nawet małe błogosławieństwa są błogosławieństwami.
Próbuję jeszcze raz zamknąć oczy, ale mi się nie udaje. Na nowo się
otwierają, chcą widzieć, wiedzieć. Gdzie jestem? Nie w szpitalnej sali.
Ale w szpitalu. W jakimś magazynie. Dużo szafek, zlewozmywak. Pokój
rezerwowy, który wykorzystuje się tylko wtedy, gdy szpital jest
przepełniony, kiedy w każdej dwójce stoją trzy łóżka. Ale mają tu pełne
wyposażenie, widzę to. Małe, lśniące przyciski na ścianie obok. Krótki
gumowy wąż z ustnikiem, który podłącza się do drugiego ustnika. Trochę
większy czerwony guzik. Ma ratować życie. I na co to komu?
Znowu zamykam oczy i przekręcam głowę. Ruch jest zbyt gwałtowny, muszę
teraz leżeć spokojnie, żeby powstrzymać wirujący świat. Chwilę to trwa i kiedy czekam, słyszę ciche bulgotanie. Nie z kranu, tu nie ma kapiących
czy cieknących kranów. Nie z kaloryfera. Najwyraźniej leży obok mnie
człowiek wydający z siebie gardłowy bulgot.
Nie jestem w stanie otworzyć oczu, żeby zobaczyć kto to. Oczy, które
dopiero co chciały zobaczyć i poznać wszystko, nagle nie chcą widzieć
ani wiedzieć. Chcą tylko, żeby świat przestał wirować, a świat nie
zamierza się zatrzymać. Kręci się dalej, coraz szybciej, zakręca,
zmienia kierunek, czuję, jak wzbierają we mnie mdłości i nagle utykają w gardle niczym kula. Nie zwracam na to uwagi. Poza wzrokiem mam też inne
zmysły, chociaż nadwyrężone, więc pomimo bólu wyciągam lewą rękę, żeby
pomacać wokół. Tak, obok mojego łóżka stoi drugie. Bardzo blisko.
Zaledwie dwadzieścia centymetrów dalej. Pod palcami wyczuwam
prześcieradło i kwadratowy wzór przydziałowego koca...
Potem wymiotuję...
Przez jedną dziesiątą sekundy zdążam pomyśleć, że nadszedł mój czas,
brama do wieczności stoi otworem i jeśli tylko lekko poruszę głową, a potem będę leżeć bez ruchu, uduszę się własnymi rzygowinami. Sekundę
później ciało przeszywa skurcz i z brzucha wylewa mi się nie tylko
cuchnąca maź, ale także dźwięk, guturalne wycie, za którym przychodzi
następne, kiedy ciało kurczy się ponownie. Otwierają się drzwi, słyszę
jakieś głosy i stłumione krzyki, wokół mnie zbiera się kilka
pielęgniarek, przesuwają mnie do przodu i na bok, żeby ostatnie wymioty
wylądowały na podłodze. Ktoś podtrzymuje mi głowę, ktoś inny stoi obok,
przez smród swoich wymiocin czuję, że pielęgniarki pachną mydłem. Są
czyste i świeże.
- Ostrożnie - mówi jedna z nich, a pozostałe się jej słuchają. Podnoszą
mnie silnymi rękami, bujam nad łóżkiem, potem opuszczają na czyste
prześcieradło, rozpinają koszulę i naciągają nową, gładzą twarz ciepłą
myjką. Nie patrzę na nie. Nie otwieram oczu nawet na sekundę, ale i tak
mam
wrażenie, że je widzę, trzy identyczne dziewczyny, w niebieskich bluzach
z dekoltem w serek i białych spodniach. Ann, Anna i Annika. Może to
trojaczki. Mają ten sam uśmiech, te same gesty, tę samą starannie
zaczesaną do tyłu fryzurę: krótki kucyk sterczący nad karkiem.
- Już dobrze - mówi któraś, a pozostałe powtarzają jak echo. - Dobrze,
dobrze...
Chłodna ręka na moim czole i już ich nie ma.
Teraz leżę na boku. Świat powoli się uspokaja. Wysuwam język, żeby
oblizać usta, ale nagle robię się tak zmęczona, że nie mam nawet siły
narzekać. Brama wieczności na razie się zamknęła, wszystko jedno. Leżę z lewą ręką tuż przy twarzy, niemal dotykam nosem rzadkiej tkaniny
bandaża, przyglądam się kolorom pod powiekami. Zmieniły się. Krajobraz
zrobił się żółtoczerwony, po zardzewiałym niebie w rytm mojego pulsu
przesuwają się powolne płomyki. Pielęgniarki musiały zapalić lampkę,
której nie zgasiły, wychodząc. A więc to nie noc. Musi być rano, wieczór
lub popołudnie.
Stworzenie obok mnie znowu wydaje gardłowy bulgot. Pełen papkowatej
flegmy obrzydliwy dźwięk dochodzący z głębi gardła. Gadzi odgłos.
Otwieram oczy i próbuję zerknąć, ale zaraz znów je zamykam. Muszę
podnosić powieki bardzo powoli, milimetr po milimetrze, żeby tym razem
uniknąć zawrotów głowy. Najpierw widzę coś żółtego. Szpitalny koc. Potem
coś szarego. Kaloryfer powinien być przy oknie. Coś pasiastego.
Zasłonięte żaluzje. Stojak z kroplówką przy drugim łóżku. Pościel
naciągnięta do ramion na bulgoczącej istocie. Widzę pomarszczoną szyję,
ale to już wszystko, muszę znów zamknąć oczy i bardzo powoli unieść
głowę o centymetr. Świat buja się, w brzuchu wzbierają mdłości, ale się nie poddaję, leżę bez ruchu, aż przejdą. Ponownie
otwieram oczy. Widzę cię.
Tak. To ty. Wprawdzie masz dla mnie tylko profil, ale to profil bardzo
dobrze mi znany. Rozpoznałabym go wszędzie. Arystokratyczny nos. Wysokie
czoło. Loczki, które nawet tu w szpitalu, kiedy tak leżysz, bulgocząc
jak jaszczurka, wyglądają, jakbyś właśnie wyszła od fryzjera. Tylko usta
są inne. Nie tak zaciśnięte jak kiedyś, wąskie wargi nie przyciskają się
do siebie, nie uśmiechasz się zimnym gadzim uśmieszkiem. Broda opadła.
Masz rozdziawione usta. Tak się wygląda, kiedy przychodzi śmierć. Leżysz
tu i umierasz.
- Och nie - mówi ktoś i mija sekunda, nim zdam sobie sprawę, że tą osobą
jestem ja. Gdzieś tam trzepocze skrzydłami miedziany anioł. Jak
przypomnienie. Nie odzyskałam głosu, ale i tak mogę go słyszeć.
- Jeszcze nie - mówię. - Jeszcze nie.
Nie odpowiadasz, ale myślę, że słyszysz. Jestem święcie przekonana, że
słyszysz każde słowo z tego, co mam ci do powiedzenia.
***
Niebo było wczoraj całe żółte. Żarzyło się jasną smugą nad horyzontem.
Przez kilka sekund myślałam, że na drugim brzegu zatoki Kyrkviken pali
się las, ale potem ochłonęłam. Las nie płonął, po prostu nie mógł. Był
na to zbyt nasycony wodą, zbyt mokry, ciężki od wilgoci. Od tygodni
padało. A jednak nad lasem unosiła się żółta smuga. Zamrugałam. Może to
zachód słońca? Nie. Inny kolor. Poza tym zachodu nie dałoby się
zobaczyć, chmury są zbyt ciężkie, zbyt szare.
Położyłam rękę na mokrej klamce samochodu, ale nie otworzyłam drzwi.
Stałam przez chwilę, wpatrując się w ów żółty kolor, aż przypomniałam
sobie, że w tym mieście nie wolno się dziwnie zachowywać. Gwałtownie
wyprostowałam plecy, otworzyłam drzwi i wrzuciłam do środka plastikową
siatkę; była mokra. Ściągnęłam kurtkę przeciwdeszczową i ją też rzuciłam
na tylne siedzenie, a potem usiadłam za kierownicą. Zaparkowany samochód
zwrócony był na północ, mój wzrok natrafił na kościół Świętej Trójcy.
Biała fasada nabrała żółtawosiarkowego odcienia. Lustrzane odbicie
nieba.
Urojenia, pomyślałam ze złością, przekręciłam kluczyk, silnik zawarczał.
Słyszałam też portowe pompy, były jak uspokajający puls serca w oddali.
Chodnikiem przeszła pospiesznie jakaś kobieta w średnim wieku, miała
pochylone plecy, trzymała przed sobą parasolkę, jak tarczę przeciw
deszczowi. Przez setną sekundy wydawało mi się, że to możesz być ty, ale
zaraz zorientowałam się, że to pomyłka. Kobieta była dużo młodsza i nie
tak wymuskana. Na nogach miała zwykłe buty Ecco a la ciotka, a takich
nigdy byś nie włożyła. Czarne spodnie kobiety były już całkowicie
przemoczone, dało się to zauważyć, bo kiedy szła wielkimi krokami pod
górę, utytłane błotem oblepiały się wokół kostek. Zatem to nie ty.
Gdybyś to ty wyszła na dwór w taką pogodę, gdybyś w ogóle mogła wyjść, w magiczny sposób pozostałabyś sucha, kroczyłabyś całkowicie wyprostowana,
z parasolką nad głową, pod odpowiednim kątem, podczas gdy wszyscy inni
ludzie kuliliby się przed wiatrem. Może byłabyś w swoim zielonym
tweedowym kostiumie, który jest tak dobrej jakości, że po piętnastu
latach nadal wygląda na zupełnie nowy, a na nogach na pewno miałabyś
parę
bardzo porządnych butów wyjściowych. Z brązowej skóry i oczywiście na
niewielkim półobcasie. Ze sprzączką z żółtego metalu na wierzchu - w ramach ustępstwa na rzecz kokieterii i jako sygnał dla świata, że
doprawdy nie jesteś byle kim.
Choć i tak wszyscy to wiedzą. Moja babka z pewnością nie jest byle kim.
Miałam na sobie kalosze, nowe czerwone kalosze i spodnie wpuszczone w te
kalosze. Nie żeby mi to w czymś pomogło. Byłam przemoczona do suchej
nitki, od kolan aż do połowy ud. Poza tym zmarzłam na kość. Ręce
sztywniały mi na kierownicy, a z grzywki spływały po nosie lodowate
krople. Zanim ruszyłam, zerknęłam szybko na swoje odbicie w lusterku
wstecznym. Nie. W tym roku także nie zostanę Miss Universum. Szkoda.
Naprawdę szkoda.
Musiałam porządnie nadłożyć drogi, żeby uniknąć zalanych ulic w centrum,
objazd zaprowadził mnie do dzielnicy willowej. Niemal we wszystkich
domach paliły się światła. Ludzie na pewno wrócili wcześniej z pracy,
żeby sprawdzić sytuację w piwnicy. Lekko się uśmiechnęłam. W ostatnich
latach modny jest widok na wodę. Prawdziwy symbol statusu. Jednak
jezioro w piwnicy wydaje się nieco mniej atrakcyjne.
Kara za złośliwą myśl przyszła natychmiast. Z małej uliczki wyjechał
inny samochód, tuż przede mną. Wyglądał jak łabędź, biały łabędź, który
zaraz się poderwie. Wokół niego, jak złożone skrzydła, unosiły się
ogromne ilości wody, zalało mi przednią szybę, zmuszona byłam zwolnić,
jechać bardzo powoli, żeby zwiększyć odległość między nami. Po krótkiej
chwili samochód skręcił w lewo. Odetchnęłam z ulgą.
Na szosie było bardzo ciemno, długie światła niewiele pomagały. Zbyt
mocno padało, widziałam tylko przesuwającą się po szybie szarą taflę
wody. Musiałam zmienić światła na krótkie, pochylić się do przodu nad
kierownicą i mrużąc oczy, zgadywać, którędy prowadzi droga. Samochód
wibrował na asfalcie, minęła chwila, zanim zorientowałam się, że to
przez deszcz. Drogę też zaczynało zalewać. Teraz jeszcze mocniej wiało,
chociaż po obu jej stronach był las. Czasami odnosiło się wrażenie, że
ktoś spycha samochód na bok, jakby gigantyczne dziecko próbowało go
chwycić i wepchnąć do lasu, ale dziecko gigant nie miało wcześniej do
czynienia ze mną. Nie dam się do niczego zmusić. Działałam wolno i zdecydowanie, pod górkę wjeżdżałam na niskim biegu, lekko hamując, jeśli
ześlizgiwałam się w dół, i uważnie patrząc na odblaski na poboczu.
Wiedziałam, co robię, tysiąc razy przejeżdżałam tą drogą. Co najmniej.
Znam każde pęknięcie asfaltu, każdy nie do końca dobrze wyprofilowany
zakręt, jednak i tak byłam trochę zaskoczona, gdy dojechałam pod
najbardziej strome wzniesienie. Nowy dźwięk. Szumiący. Jakbym
przejechała przez kilka decylitrów wody. Może właśnie to zrobiłam.
Wcisnęłam gaz, ale to nie pomogło, nie dało się przyspieszyć. Woda
stawiała opór.
- Ostrożnie! - powiedziałam do siebie na głos, ale się nie posłuchałam,
tylko dodałam gazu przed następnym wzniesieniem. Teraz poszło lepiej.
Wprawdzie wiatr próbował porwać samochód i ściągnąć go w prawo, ale
wiedziałam, że droga skręca lekko w lewo i jechałam w tym kierunku.
Kiedy dotarłam na szczyt, nareszcie zobaczyłam światła domu. Moje
dziedzictwo. Czerwony neon świecił tuż nad szosą i po prawej stronie, w oknach restauracji żarzyło się światło. Piętro wyżej paliła się też lampka w pokoju Sofii.
Mój dom leży na wzgórzu. Nie może zostać zalany. Chociaż rzecz jasna ma
widok na jezioro.
***
Jesteś na tyle stara, że musisz wiedzieć, jak się rozwijała historia
tego słowa. Musisz też wiedzieć, że ono rośnie, że robi się ciągle
większe i większe, że powiększa się jak źrenica w ciemności. Kiedyś było
tak małe jak główka szpilki, mieściłyśmy się w nim tylko mama i ja, małe
mieszkanie w Botkyrka i plac zabaw na podwórzu. Jednak teraz jest duże,
czarne i głębokie, jest w nim miejsce na Arvikę i Sztokholm, i na cały
świat, mieści się w nim marzenie o litościwych wodach Lete, wspomnienie
Sally, jej uśmiechu, milczący Tyrone i gadatliwa Anette, wiecznie
wstawiony Sonny i Ritva o lekko szalonym spojrzeniu, niemal piękna
Marguerite i cyniczny do cna Henrik. A poza tym ty i twój syn.
No i rzecz jasna Sofia. Zwłaszcza Sofia.
Wymieniam jedynie kilkoro z tysięcy ludzi, których obejmuję pamięcią.
Pamiętam. Więc jestem. Chociaż nie chcę ani być, ani pamiętać.
Moje wspomnienia różnią się stopniem wyrazistości. Granicą jest tamten
dzień trzydzieści lat temu, kiedy moja ciotka Sally odebrała mnie ze
stacji kolejowej, dzień, w którym też po raz pierwszy zobaczyłam ciebie.
Wszystko, co było przedtem, wydaje się mętne i niewyraźne. To, co potem,
jest wyraźne i ostre. Pamiętam, jak Sally uśmiechnęła się
i wzięła moją walizkę, a potem położyła mi rękę na plecach. To było
bardzo lekkie dotknięcie, dobrze dopasowane do czternastolatki, którą
byłam. Nie uścisk, ale obietnica. Obietnica, której potrzebowałam, ale
nie byłam w stanie przyjąć.
- Wszystko w porządku? - zapytała, kiedy zaczęłyśmy iść, i po sekundzie
sama sobie odpowiedziała. - Nie. Jasne. Oczywiście, że nie.
Milcząc, szłam obok niej.
- Ale będzie dobrze - powiedziała Sally. - Za jakiś czas. Uwierz mi.
Skrzywiłam się wewnętrznie. Pewnie. Wszystko na pewno będzie dobrze, ale
nie tak, jak się wydaje Sally. Nie będę mieszkać w tej dziurze. Mama
wróci do domu z kliniki onkologicznej zdrowa i silna, a ja będę stała w drzwiach do raju - to znaczy naszego dwupokojowego mieszkania w Botkyrka, tego samego, które jeszcze przed chwilą, jeszcze tydzień temu,
wcale rajem nie było - by ją powitać. Wokół będzie wiosna, piękna
pogoda, otwarte drzwi na balkon, a na podwórzu będą bawiły się dzieci,
tak jak zawsze. Ich piskliwe głosy wedrą się do salonu, który jest także
moją sypialnią. Na stoliku będzie stał bukiecik zebranych przeze mnie
przylaszczek i mama od razu je zauważy.
- Och! Widzisz? - powie, robiąc wyraźne pauzy między słowami. - Mają
taki intensywny kolor, że niemal znikają... Kiwnę potakująco głową, bo
ja też to zauważyłam, a potem przyniosę kawę i tort, naprawdę wielki,
śmietankowy tort z truskawkami i galaretką, i mama się uśmiechnie, bo
przyniosę jej też łyżkę stołową. Czyżby nareszcie mogła jeść tort łyżką?
Tak, oczywiście, jest teraz tak chuda, że może...
Do dziś dobrze pamiętam to marzenie, wyraźniej niż wszystko, co się
wcześniej wydarzyło. Nie mogę sobie nawet przypomnieć, jaką twarz miała
mama, pamiętam tylko jej nagie ciało. Obwisłe piersi, wydęty brzuch,
grube wałki na plecach. Mama miała wiele wyrazów na określenie tego
stanu. Pulchna albo zażywna, kiedy była w dobrym humorze, gruba i naprawdę cholernie, obrzydliwie tłusta kiedy indziej. Pamiętam jej
słowa. Wylewały się z niej potężnym potokiem, a każde z nich zlewało się
z kolejnym. "Kiedy schudnębędęjadłatortłyżkąstołowątaknaprawdękupięwiel
kitorttruskawkowyzbitąśmietanąipotemsamagozjem.Łyżkąstołową.Tylkobędęmusiałapojechaćdomiastażebygokupićbotuczłowiekjestzawszeobserwowanyprzezkogośktopotemplotkuje.Jasłowodajęmamjużdośćplotekdokońcażyciajużwystarczy!Niekapujesz?!
Jużcałkowiciewystarczy.Apozatymtoniemożeszchodzić
wtychspodniachsąpodarteztyłuiwszyscypowiedzążejatotakaconieumiesięzająćdzieciakiemniedajęsłowomusiszjezaszyćniesprzeciwiajsię.Zaszyjtomówięboinaczejwścieknęsięnaciebie..."
Nigdy nikomu o tym nie opowiadam. Nawet po trzydziestu latach wstydzę
się, bo brzmi to, jakbym źle mówiła o swojej matce, a tego nie chcę,
naprawdę nie chcę o niej źle mówić ani myśleć. Rozumiem, dlaczego
musiała tak dużo gadać, chować się za murem ze słów, przed kim i przed
czym usiłowała się bronić. Może ty też to wiesz? Albo się domyślasz.
Chętnie przyznam, że nie zawsze była taka, że zdarzały się chwile, gdy
była milcząca, spokojna i uśmiechnięta albo kiedy mówiła stłumionym
głosem i wyraźnie rozdzielała słowa. Tyle że, prawdę mówiąc, nie
pamiętam tych chwil. Mam w pamięci jedynie własną irytację, która
rosła w tym samym tempie, co ja. Swędzenie oczu. Próby zatkania każdego
otworu w ciele, żeby jej nie słyszeć. Kiedy miałam dwanaście lat, idąc
spać, wpychałam sobie do uszu watę, a potem zaginałam i dociskałam
płatki, żeby się wyłączyć, ale mi się nie udawało. Napierała na mnie,
siedziała parę metrów dalej i oglądała telewizję, do nosa wciskał mi się
dym z jej nieodłącznych papierosów, docierał do mnie brzęk butelki
uderzającej o brzeg kieliszka, a jeśli był sobotni wieczór, słyszałam,
jak zaczyna kolejną ze swoich odwiecznych rozmów z facetem z telewizji.
W tamtych czasach nie wiedziałam, że to mój ojciec, myślałam, że matka
ma nie po kolei pod sufitem...
Dziwne, jak ucichła, kiedy dowiedziała się, że ma raka. Całkowicie
odebrało jej mowę. To ja musiałam zadzwonić do Sally, żeby powiedzieć,
że mamę położyli na onkologii. Stałam w budce telefonicznej na szarym
korytarzu i usiłowałam wytłumaczyć, co się stało. Z początku nie mogłam
sklecić zdania, ale potem słowa wylały się ze mnie niemal tak szybko,
jak z mamy, nie mogłam ich zatrzymać. Opowiedziałam, jak z początku mama
miała dziwny kolor twarzy, taki żółtawy, i jak wydawało mi się, że to
nowy krem brązujący, aż zobaczyłam, że żółte zrobiły jej się też białka
oczu. Przez wiele tygodni odmawiała odwiedzenia przychodni.
"Boprzecieżwiadomoileztegobędzieplotekniedziękujęjestdobrzejakjest",
ale wtedy zaczął jej puchnąć brzuch, miała mdłości i bóle, więc w końcu
zgodziła się iść do lekarza. Oczywiście pod warunkiem, że razem ze mną.
Naturalnie z nią poszłam. Moja klasa jechała tego dnia na wycieczkę do
Muzeum Historii Naturalnej, cieszyłam się na to od wielu tygodni.
Zamiast tego wybrałam się z moją wiecznie gadającą mamą do przychodni i razem
z nią weszłam do lekarza, żeby zobaczyć, jak jej odebrało mowę, kiedy
usłyszała, że musi udać się prosto do kliniki onkologicznej. Taksówką.
Byłyśmy bez pieniędzy, więc pielęgniarka w przychodni dała mi karteczkę,
którą miałam wręczyć kierowcy taksówki. Kiedy dojechałyśmy na miejsce,
od razu nas przyjęli, najpierw przyszedł jeden lekarz, potem jeszcze
dwóch, a w końcu nawet profesor - miał to napisane na plastikowej
plakietce na białym fartuchu - rzucali sobie szybkie spojrzenia, a potem
powiedzieli, że dobrze to nie wygląda. Wyprowadzono mnie na korytarz, a mamę wysłano na rentgen czy coś takiego. A potem, parę godzin później,
mama wróciła na noszach, wtoczono ją do małego pokoiku, w którym i ja
mogłam posiedzieć. Potem wrócił pierwszy lekarz, westchnął i powiedział,
że no tak, niestety, twoja mama ma wszędzie nowotwór, zwłaszcza w wątrobie i meta... meta... coś tam w masie innych miejsc. Musi być
hospitalizowana. W klinice onkologicznej. Mama nic nie powiedziała, ani
słowa, dziwnie wyglądała, cały czas miała zamknięte oczy, w jakiś
tajemniczy sposób zassała wargi, aż zupełnie zniknęły, tak, to
niepojęte, ale prawdziwe, moja mama przestała mówić.
Sally w milczeniu słuchała mojej gadaniny, a potem głęboko westchnęła.
- Aha - powiedziała w końcu. - Że też tak to się ułożyło. Biedna
Kristin.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, nagle zabrakło mi słów.
- Przyjedź do mnie, Minna - powiedziała Sally. - Jesteś za mała, żeby
być z tym sama.
Zaiskrzyło mi przed oczami. Za mała? Ta pieprzona baba twierdzi, że ja
jestem za mała? Do cholery, mam czternaście
lat, a za pięć miesięcy i trzy dni skończę piętnaście! Nic nie
odpowiedziałam, bo czułam, że już zbyt dużo się nagadałam. Życie
nauczyło mnie, że zdecydowanie najlepszym sposobem na to, by
przeprowadzić swoją wolę, jest milczenie. Odłożyłam bez słowa słuchawkę
i mocno wyprostowana wyszłam z kliniki onkologicznej. Nie zobaczyłam
więcej mamy, nie poszłam do niej, żeby ją pocieszyć i obiecać, że
niedługo wrócę. Po prostu wyszłam. Wsiadłam w autobus jadący do dworca
centralnego, siedziałam bez ruchu na samym przedzie, nie myśląc i nie
czując zupełnie nic. Dłubałam przy pryszczu w dolnym kąciku ust.
Przyglądałam się światłom miasta za szybą, jaskrawym oknom wystaw i restauracji, które mieniły się i mrugały. Wciągnęłam miejski zapach
benzyny i oleju do smażenia. Byłam spokojna. Całkowicie spokojna. Jednak
kiedy dotarłam do dworca i zaczęłam wspinać się po schodach do kolejki
podmiejskiej, usłyszałam, jak jacyś chłopcy gwiżdżą za mną, i wtedy
znowu zaiskrzyło mi w głowie, przed oczami zrobiło mi się lśniąco i biało. Odwróciłam się z zaciśniętymi pięściami. Chłopcy zarechotali, ale
mieli dość rozumu, żeby ześlizgnąć się ze schodów i zniknąć.
Szczęściarze. Gdyby nie zniknęli, pobiłabym ich. Mogłabym ich zatłuc.
Kiedy otworzyłam drzwi do domu, zadzwonił telefon. To była Sally.
- Ja albo opieka społeczna - powiedziała. Skuliłam się i zrozumiałam, że
ma rację.
Potem wystarczyło parę dni i nagle stałam na rynku głównym w Arvice z ręką mojej ciotki na plecach. Było późne październikowe popołudnie,
paliły się latarnie, a ich światło odbijało się na mokrym od deszczu
bruku. Sally wyciągnęła rękę i uśmiechnęła się.
- Witaj u źródeł - powiedziała.
Rozejrzałam się. Na rynku było niemal pusto, przechodziła go tylko na
ukos jakaś samotna kobieta. Była ubrana w beżowy płaszcz najwyższej
jakości, z dużym futrzanym kołnierzem, na pewno z szopa albo ze
srebrnego lisa, i dopasowany do niego mały kapelusik. Miała całkowicie
proste nogi, bez najmniejszego zwężenia przy kostce, a na stopach
lśniące wyjściowe buty na półobcasie z małą sprzączką błyszczącą jak
złoto. Drogie. To było widać. Szła ze wzrokiem wbitym w coś w oddali i z zaciśniętymi ustami, a nad głową całkowicie prosto trzymała parasolkę.
- Spójrz - powiedziała Sally ściszonym głosem. - Tam idzie twoja babka.
Może usłyszałaś, co powiedziała Sally, bo rzuciłaś mi szybkie
spojrzenie, zanim jeszcze bardziej wyprężyłaś wyprostowane już plecy, i minęłaś nas, nie zauważając. Nie przywitałaś się. Oczywiście, że się nie
przywitałaś.
Sally przez chwilę stała w milczeniu, patrząc, jak odprowadzam cię
wzrokiem, a potem pochyliła się i wzięła moją walizkę.
- Chodź już - powiedziała. - Pada.
To mówi właściwie wszystko o Sally. Taka była. Moja siostra, która tak
naprawdę była moją ciotką, a z czasem stała się matką. Moja
przyjaciółka, która nigdy mi niczego nie zarzucała i o nic mnie nie
oskarżała.
Nie żyje już od wielu lat, ale jestem pewna, że gdybym zatrzymała
jakiegoś mężczyznę na rynku w Arvice, jakiegokolwiek mężczyznę powyżej
trzydziestego piątego roku życia, uśmiechnąłby się na wspomnienie o niej. Żaden mężczyzna nie może zapomnieć Sally, przynajmniej
żaden z tych, którzy spotkali ją w ciągu jej pierwszych czterdziestu
lat. Może także żaden z tych, którzy znali ją przez ostatnie trzy,
chociaż z zupełnie innych powodów. Późną Sally próbuję zapomnieć.
Wczesną, prawdziwą Sally wspominam z radością. Rozbujane biodra.
Znajdujące się zawsze w ruchu ręce. Ciemne loki, które przeklinała, ale
z których w głębi duszy była bezgranicznie dumna. Uśmiech. Skore do
śmiechu oczy. Białe jak kość słoniowa policzki.
Nic dziwnego, że interesy szły dobrze. Ledwo zdążyła otworzyć gospodę U Sally, a już każdziutki mężczyzna w Arvice czuł silną potrzebę, by choć
raz w tygodniu zjeść tam lunch lub coś przekąsić po drodze do Sulvik.
Czasem po prostu pakował do samochodu żonę z dziećmi i jechał z nimi do
Sally na niedzielny obiad na tarasie. Sally uśmiechała się i liczyła
pieniądze, zaciągała się papierosem i liczyła pieniądze, odsłaniała
przerwę między zębami i liczyła pieniądze. I nigdy nie uśmiechała się z takim zadowoleniem, jak wtedy, kiedy już je policzyła i skoczyła do
banku. Kristin, moja matka, starsza siostra Sally, nie była w podobny
sposób zachwycona życiem. Mówiąc szczerze, cierpiała z powodu czwartego
spośród grzechów głównych - zazdrości. Sally nigdy nie musiała się
wysilać. Nigdy nie zaszła w ciążę (kwaśne spojrzenie w stronę yours
truly), choć również nigdy - to Kristin musiała naprawdę podkreślić -
nie mogła poczuć, jak to jest mieć maleńkie dziecko. Co w zasadzie jest
bardzo sprawiedliwe. Osoba, która tak strasznie oszukuje naturę jak
Sally, zostaje w końcu sama przez naturę oszukana. Tak już jest. Natura
oszukała Sally, co można uznać zarówno za sprawiedliwe (cha, cha!), jak
i za niesprawiedliwe (cholerna bumelantka!), zależnie od
nastroju. To znaczy od nastroju Kristin.
Przepraszam. To poboczny wątek tej historii, ale powinien cię
zainteresować. Pod warunkiem że pamiętasz Kristin, a na pewno pamiętasz,
bez względu na to, czy tego chcesz, czy nie. Dwa lata starsza od Sally,
wyrzucona z liceum w wieku siedemnastu lat za to, że zaszła w ciążę.
Dag, twój syn i mój ukochany ojciec nie został za to wyrzucony. Przez
tydzień miał ponurą minę, jak w odpowiednim momencie zwierzyła mi się
Sally, ale potem odzyskał rezon, zrobił maturę i przez parę lat
studiował na uniwersytecie w Uppsali, aż w końcu dostał pracę w telewizji.
Od tego czasu minęło już piętnaście lat, mama leżała w klinice
onkologicznej, a ja wylądowałam tam, gdzie kiedyś mnie poczęto, i szłam
obok Sally w stronę jej żółtego fiata. Prawie nowego. Usiadłam na
przednim siedzeniu i pozwoliłam, żeby Sally pomogła mi zapiąć pasy.
Nigdy wcześniej nie używałam pasów bezpieczeństwa, mówiąc szczerze,
właściwie nawet nie jechałam samochodem, który nie był taksówką, i nigdy
nie siedziałam z przodu. Sally nie skomentowała mojej nieporadności,
uśmiechnęła się tylko i pomogła mi, a potem wsadziła kluczyk do stacyjki
i zapaliła. Włączyło się radio, patrzyłam na jego bladozielone
światełka, a Sally ściszyła tak, że głosy przyblakły i zamieniły się w niewyraźne mruczenie w tle.
Babka? Prawdziwa? Pytanie zabłysło w ciemności samochodu, ale
spróbowałam je odepchnąć. W takim razie muszę przecież też mieć tatę.
Naprawdę. Czy on też mieszka tutaj, w Arvice? Czy zechciałby... Nie,
oczywiście, że nie. Jestem przecież dzieciakiem Kristin. Precz. Z drogi.
Won. Zaklęcie tym razem nie pomagało. Nagle uruchomiła się moja
wyobraźnia i wydawało mi się, że widzę cię, idącą jak
królowa ulicą Storgatan. Ludzie naprawdę kłaniali ci się, kiedy tak
szłaś, kłaniali, dygali i spuszczali wzrok. A ty kiwałaś im głową
przyjaźnie i nieco wyniośle, potem skręciłaś w stronę dużego czarnego
domu z cegły, przeszłaś przez ciemny i bardzo okazały ogród - niemal
park - i zbliżyłaś się do potężnych dębowych drzwi. Otworzyłaś je, żeby
wejść do holu. Był wielki, z malowidłami na suficie i dębowymi panelami
na ścianach. Czekała w nim korpulentna kobieta, miała na sobie czarną
sukienkę z białym fartuchem, jak służąca w filmie z lat trzydziestych.
Dygnęła, kiedy znalazłaś się w środku. W odpowiedzi otrzymała sztywne
skinienie. Zdjęłaś płaszcz, podałaś jej, a potem stanęłaś przed
gigantycznym lustrem w święcącej mahoniowej ramie i zdjęłaś kapelusz,
który też podałaś służącej, i zapytałaś, nie patrząc na nią, czy panicz
jest w domu. Służąca jeszcze raz dygnęła i odpowiedziała, że tak, tak,
jest. Pani może znaleźć panicza w bibliotece...
No tak. Oczywiście były to jedynie marzenia. Nie wiedziałam wtedy nic o Arvice, nie miałam pojęcia, że na ulicy Storgatan nigdy nie było żadnego
otoczonego parkiem domu z cegły i że ludzie z prawdziwych wyższych sfer
nigdy nie mieszkaliby w tym mieście. W rzeczy samej nie miałam nawet
pojęcia, co to posiadłość. Nigdy przecież żadnej nie widziałam, nawet w telewizji. Teraz jest inaczej. Widziałam już twój dom - Tynneberg, dwór
rodu Tynne. To znaczy z zewnątrz.
- Dawno cię tu nie było - powiedziała Sally, a ja powróciłam do
rzeczywistości i żółtego fiata. Zamrugałam oczami.
- Tak. Cztery lata.
- Od pogrzebu babci.
- Tak.
Na chwilę zrobiło się cicho, zacisnęłam powieki, żeby nie przypomnieć
sobie, jak wtedy brzmiała mama, jak piskliwy był jej głos, kiedy
wpychała do torebki srebrne sztućce babki, mówiąc, że ma do nich prawo,
"naprawdęnależymisię", bo przecież Sally na pewno podbierała babce
każdy grosik z emerytury. Jak inaczej byłoby ją stać na kupienie
przydrożnej restauracji? "Co? Czyjestjakaśosobaktóramożetowyjaśnić?"
Sally domyśliła się, co mi chodzi po głowie.
- Wzięłam pożyczkę z banku - powiedziała spokojnie. - Ale twoja mama nie
umiała tego zrozumieć. Nie wie, jak to się robi...
Wydałam z siebie cichy dźwięk, który mógł oznaczać cokolwiek. Jechałyśmy
ulicą Prästg?rdsvägen. W willach po prawej stronie paliły się w oknach
małe lampki, białe, żółte i czerwone. Przyglądałam im się przez chwilę,
zanim odwróciłam głowę i zaczęłam patrzeć na zatokę Kyrkviken.
Ciemnoszare niebo nad czarną wodą, miałam wrażenie, że za chmurami
znajduje się lśniący bielą księżyc w pełni.
- Przygotowałam pokój dla ciebie - powiedziała Sally. Sprawiło mi to
radość.
Poczułam łaskotanie w żołądku - własny pokój? Pilnowałam się, żeby Sally
nic nie zauważyła, zachowałam dokładnie ten sam ton głosu, co wcześniej.
- Dziękuję. Ale ja nie zostanę na długo. Tylko dopóki mama nie wróci do
domu ze szpitala.
Sally nie odpowiedziała od razu. Słyszałam, jak wstrzymała na chwilę
oddech, a potem wypuściła powietrze, jakby westchnęła.
- Tak. Tylko że to może trochę potrwać. Rozmawiałam z jej lekarzem i mówił, że najlepiej, żebyśmy to wiedziały.
To dlatego zadzwoniłam do szkoły. Możesz zacząć w poniedziałek.
Zacząć szkołę? Tutaj? Świat zakołysał się, może dlatego, że Sally
skręciła w lewo, na szosę, a może przez to, że uświadomiłam sobie coś,
czego nie chciałam. Nie przyjechałam tu w gości. Przeprowadziłam się.
Będę musiała zacząć nową szkołę. Szkołę bez mojej najlepszej
przyjaciółki Ulriki. Szkołę z nowymi nauczycielami. Szkołę, w której
nikt nie będzie wiedział, jak się nazywam, w której będę tą nową...
Szosa pociemniała. Po obu stronach rozpościerał się czarny, głuchy las.
Siedziałyśmy przez dłuższą chwilę w milczeniu, jadąc przez małą
miejscowość, skręciłyśmy w lewo, ześlizgnęłyśmy się w dół, potem
wjechałyśmy na kolejne wzniesienie, i znów w dół, i w górę.
- Jesteśmy na miejscu - powiedziała Sally. - To tutaj. To moja gospoda.
Wysiadłam z samochodu i popatrzyłam na czerwony neon na słupie przy
drodze. U Sally, Restauracja & Kawiarnia. Biały dom migotał, paliło
się we wszystkich oknach, w dużych na dole i w mniejszych na piętrze.
Znajdowałyśmy się na wzgórzu, niedaleko brzegu jeziora Glafsfjorden.
Obok domu stał wielki dąb z nagimi gałęziami wyciągniętymi ku niebu, ten
sam, który wczoraj poznałam nieco lepiej, niż chciałam. Dąb był ciemny,
ale woda jeszcze ciemniejsza. Po drugiej stronie zatoki iskrzyło się
kilka żółtych świateł. Było cicho. Ciszej wokół mnie niż kiedykolwiek
przedtem.
- Halo - Sally stała tuż za mną, wyciągając z samochodu moją walizkę.
- Przepraszam - powiedziałam. - Nie chciałam...
Sally roześmiała się.
- Przepraszam? Za co? Chodź, pokażę ci mój dom.
To była stara szkoła, pomalowana na biało szkoła z czasów, kiedy także
lasy wokół Arviki były zamieszkane. Kiedyś na parterze mieściły się trzy
duże klasy, a na piętrze dwa niewielkie mieszkania, teraz jednak
znajdowała się tu gospoda Sally i jej dom. Kiedy podeszłyśmy bliżej,
oczy jej zalśniły, wzięła mnie pod rękę i powiedziała:
- Prawda, że tu ładnie... Kupiłam ruinę, ale chyba teraz jest ładnie?
I naprawdę było ładnie, był to chyba najładniejszy dom, jaki
kiedykolwiek widziałam. Naprzeciw wejścia z pomalowanymi na niebiesko
drzwiami znajdowała się zdobiona drewnianymi ornamentami weranda, a na
tyłach domu kamienny taras z widokiem na jezioro.
- Zajęło mi to trzy lata - powiedziała Sally. - Przez trzy lata
pracowałam jako kierowniczka sali w hotelowej restauracji w Arvice i każdą wolną chwilę poświęcałam na remontowanie tego miejsca. Nie
kupowałam żadnych ubrań, nigdzie nie podróżowałam, w domu jadłam tylko
śniadania, resztę w pracy. Oszczędzałam każdy grosz. Liczni faceci
pomagali mi nosić ciężkie rzeczy za obietnicę darmowych obiadów, kiedy
miejsce będzie już gotowe. Zapłaciłam tylko elektrykowi i człowiekowi,
który zrobił kuchnię w restauracji, w przeciwnym razie nie dostałabym
zezwolenia na serwowanie posiłków. Jednak resztę zrobiłam sama.
Pomalowałam każdy milimetr, zarówno na zewnątrz, jak i w środku.
Poukładałam kafelki w łazience. Zburzyłam ściany. Kitowałam okna.
Zerwałam stare linoleum i wyszlifowałam podłogi.
Spojrzałam na nią. Wyglądała na zakochaną. Nagle odniosłam wrażenie, że
jesteśmy w jednym wieku. Jakbyśmy naprawdę mogły zostać przyjaciółkami.
- Bardzo ładnie - przyznałam szczerze. - Naprawdę bardzo ładnie.
W świetle z okna widziałam, jak lśnią jej oczy.
- Tak - powiedziała. - Tak jest. I to mój dom. Jest moją własnością.
Czasem nadal nie mogę w to uwierzyć...
Przez chwilę stałyśmy w milczeniu, patrząc na dom, potem Sally ścisnęła
moje ramię i powiedziała:
- Chodź, zobaczysz swój pokój!
I poszłyśmy, ciągle przytulone, w stronę kuchennych drzwi na górze.
Ten pokój należy dziś do Sofii. Mojej córki. Mojej pięknej i utalentowanej córki. Nie wiem dokładnie, jak on teraz wygląda, ale
ostatnim razem, kiedy się tam wślizgnęłam, nic nie było zmienione. Łóżko
nadal stało pod ścianą i nadal przykrywała je stara szydełkowa narzuta.
Białe biurko znajdowało się pod oknem, tam gdzie zawsze, obok niego
półka na książki, a stary śliczny fotel wiklinowy tkwił nadal w swoim
kącie. Tak, poza tym była jeszcze jedna nowa rzecz. Może dwie. Kiedy
Sofia skończyła trzynaście lat, kupiłam nowe zasłony i nowy dywan, ale
pilnowałam, żeby wyglądały niemal dokładnie tak samo jak wcześniejsze.
Były tylko trochę lepszej jakości. Dywanik ze szmatek zamienił się w dywan z przędzy, który nadal jest niebieski, z wąskimi paskami turkusu
na ciemnej powierzchni. Bardzo piękny. Zasłony są białe jak te, które
wisiały poprzednio, może jeszcze bielsze.
Jestem w domu, pomyślałam niechcący, kiedy po raz pierwszy przekroczyłam
ten próg. Nareszcie dotarłam do domu.
Nigdy więcej nie zobaczyłam mamy. Kiedy półtora miesiąca później
przyjechałyśmy z Sally na jej pogrzeb, trumna była już zamknięta. Potem
stałyśmy obok siebie, wymieniając uściski rąk z pozostałymi gośćmi
pogrzebowymi. Z Birgittą i Douglasem z pracy mamy. Z Weroniką z tej
samej klatki schodowej. I z Tovą, z którą mama chodziła na tańce. Nie
było ich wielu. Każdemu bardzo uważnie się przyglądałam. Czy to ich tak
się bała? Ich plotek? Ich rozmów za plecami? Nie. Nie sądzę. To jacyś
inni plotkowali o mamie. Obcy.
Złe duchy. Szepczące postaci z przeszłości. Może ich znasz?
Następnego dnia poszłam do mojej koleżanki Ulriki, żeby się z nią
pożegnać. Otworzyła drzwi i wpatrywała się we mnie, jakbym była duchem,
potem wciągnęła powietrze i zaprosiła mnie do pokoju, nazywanego jej
własnym, a który w rzeczywistości dzieliła z dwoma młodszymi braćmi.
Próbowali wejść do nas, co chwila uchylali drzwi ze sklejki, aż w końcu
Ulrika straciła cierpliwość. Dała starszemu w twarz. To musiał być mocny
policzek, bo odskoczyła mu głowa i ciężko upadł pupą na podłogę. Gapił
się na nią z ustami otwartymi jak do krzyku, ale Ulrika tylko ponownie
podniosła rękę i się uspokoił, ucichł i nie spuszczając z niej oczu,
podpełzł pod ścianę. Przez kilka sekund Ulrika obserwowała go bez ruchu,
a potem bardzo cicho zamknęła drzwi i spojrzała na mnie, wciskając ręce
w kieszenie.
- Aha - powiedziała. - To twoja matka wzięła i umarła... Kiwnęłam głową
i odwróciłam wzrok, obserwowałam brązową pręgę na ścianie. Najwyraźniej
tapeta odkleiła się
na styku i ktoś oderwał odstający kawałek.
- Parszywie - stwierdziła Ulrika.
- No.
- To gdzie teraz będziesz mieszkać? Próbowałam lekko wzruszyć ramionami.
- U ciotki... W Arvice.
Ulrika uniosła brwi, w kąciku ust czaił się uśmiech. Była śliczna.
Śliczna blondynka z zimnymi oczami.
- Nie u ojca?
Rzuciłam jej szybkie spojrzenie.
- Nie wiem, kto jest moim ojcem. Wiesz przecież.
Powiedziałam to dość chłodno, prawie jak Sally, kiedy serwowała kolejne
piwo zanadto wstawionemu dżentelmenowi. Nigdy wcześniej nie mówiłam tym
tonem. Wiedziałam, że Ulriki nie można bezkarnie narażać na coś, co
przypomina zniewagę, i czułam napinanie się mięśni karku gotowych już do
obrony, ale, co dziwne, Ulrika wzruszyła tylko ramionami i odpuściła.
Może ze względu na temat. Pytanie o to, kto jest czyimś ojcem, zawsze
wywoływało napięcie, nie tylko u mnie.
- Ale mam babkę ze strony ojca - powiedziałam. - W Arvice.
- Babkę? Prawdziwą?
Teraz to ja się uśmiechałam.
- Jak to, czy prawdziwą? Babka jest chyba zawsze babką?
Ulrika usiadła na jednym z łóżek, patrzyła na mnie badawczo.
- Jest miła?
- Kto?
- Twoja babka, oczywiście. Miła? Skrzywiłam się lekko.
- Niespecjalnie. Ale bogata.
Ulrika prychnęła. Wiedziałam, co to znaczy. "Kłamstwo! Tak jakbyś ty,
tak jakby taka jak ty mogła mieć bogatą babkę!" Podeszłam do okna,
odwróciłam się do niej plecami i zaczęłam oglądać domy po drugiej
stronie podwórka. Przedmieście. Szare fasady. Setki takich samych
mieszkań. We wszystkich kuchniach było ciemno, ale w paru pokojach
żarzyły się małe lampki. Było popołudnie. Czas zmierzchu. Czas
nastolatków.
- Ona o mnie nie wie - powiedziałam w końcu. - Nie wie, że istnieję.
Sally mi ją tylko pokazała.
- Sally? Twoja ciotka?
Kiwnęłam głową, ale nie odwróciłam się do niej. Na zewnątrz przefrunął
anioł, błyszczący, metalowy anioł z wielkimi skrzydłami koloru miedzi i lśniącymi biało włosami. Zamrugałam oczami i zniknął.
- A o twoim ojcu nic nie powiedziała?
W milczeniu potrząsnęłam głową. Zamknęłam oczy, żeby powstrzymać nagle
wzbierające łzy. Zaraz wszystko będzie jak dawniej. Za krótką chwilę
zapomnę o nowym życiu, które właśnie zaczęłam, zaraz wstanie z grobu
moja mama, zacznie gadać, zaraz będę musiała wrócić do życia, w którym
byłam najlepszą przyjaciółką Ulriki. Chociaż nie, chyba nie. Może z Ulriką też coś się dzieje, słyszę, jak wstaje i podchodzi do okna. Jest
teraz obok mnie. Blisko, ale nie za bardzo. Otwieram oczy. Znowu są
suche.
- A twoja ciotka? Jest miła?
Miała teraz zmieniony głos. Brzmiała prawie smutno. O ile Ulrika
potrafiła być smutna.
- Tak - odpowiedziałam. - Jest miła. Naprawdę miła.
Ulrika lekko westchnęła. Wiedziałam, co oznacza to westchnienie, ale
udałam, że nie wiem, i wyprostowałam plecy, mówiąc:
- Dostałam własny pokój. Z białymi meblami.
Ulrika, stojąc wciąż w tym samym miejscu, zamknęła oczy, poczułam
piekące współczucie i uniosłam rękę, żeby pogłaskać ją po policzku, ale
opuściłam w pół drogi, Ulrika nic nie zauważyła.
- Tylko czasem zmusza mnie, żebym jej pomagała w restauracji -
powiedziałam. - I nie płaci mi za to ani grosza.
Kłamstwo pomogło. Ulrika rzuciła mi szybkie spojrzenie, obruszyła się:
- Tak, takie są te babsztyle!
- Dokładnie - odpowiedziałam. - Babsztyle!
Kiedy chwilę potem szłam z powrotem do mieszkania mamy, wiedziałam, że
już nigdy nie spotkam Ulriki. I tak się stało. Nigdy nie napisałam do
niej listu i nigdy nie dostałam żadnego listu od niej. W sumie nic
dziwnego. Chciałam zapomnieć o Ulrice i jej życiu z równą
intensywnością, z jaką ona chciała pewnie zapomnieć o mnie i o mojej
nowej sytuacji. Nie chciałam myśleć, jak to jest żyć z matką, która z pełną świadomością dąży do zaćpania się na śmierć, a Ulrika pewnie nie
mogła znieść myśli, że istnieją czternastolatki, które uratowano do
innego życia, dziewczynki mogące siedzieć sobie popołudniami przy
własnych białych biurkach i patrzeć na wody jeziora Glafsfjorden,
zastanawiając się nad następnym starannie sformułowanym
zdaniem w pamiętniku. Dziewczynki, które z własnej woli zaczęły czytać
książki i nigdy nie musiały pomagać swoim ciotkom w restauracji i, co
więcej, całkowicie niezasłużenie, dostają w każdy piątek białą kopertę z bardzo przyzwoitą tygodniówką.
Zatrzymałam się przed budynkiem, który kiedyś był moim domem, i na
moment zastygłam, patrząc, jak zmierzch przekształca się w ciemność.
Myślałam. Wspominałam. Próbowałam się zmierzyć z własnym poczuciem winy.
Co by się stało, gdyby moje pierwsze marzenie okazało się prawdziwe?
Gdyby mama wróciła z kliniki onkologicznej zdrowa i krzepka? Gdybym
nazbierała dla niej przylaszczek? Gdybym kupiła jej tort truskawkowy?
Straszne. To byłoby straszne.
Nagle orientuję się, że na ławce przy piaskownicy siedzi mama, wygląda
na nieszczęśliwą. Spoglądam na nią, a ona na mnie, jednak nie ma nic, co
mogłybyśmy powiedzieć lub zrobić, żeby do siebie dotrzeć. Rozkładam
bezsilnie ręce: gdzie mam nazbierać przylaszczek? Przez całe życie nie
widziałam w Botkyrka ani jednej przylaszczki, zwłaszcza w grudniu.
Gdybym była zmuszona tutaj zostać i nadal być córką Kristin, nigdy nie
byłoby mnie stać na zakup całego tortu truskawkowego. Taka jest prawda.
Tak to wygląda.
Rozglądam się. Jakiś maluch zostawił w piaskownicy czerwony kubełek, na
wygiętej powierzchni zjeżdżalni leży wąska wstążka żwiru. Wszystko jak
zawsze. Tylko w sypialni mamy na górze pali się światło i widzę, jak
Sally ściąga zasłony, jak je otrzepuje, wzbijając tumany kurzu, a potem
składa w równe kwadraty. Przez cały czas porusza ustami.
- Śpiewa - mówię w końcu do mamy. - Twoja siostra Sally ciągle śpiewa.
Mama nic nie odpowiada, tylko wstaje i odwraca się do mnie plecami.
Odchodzi. Przez chwilę patrzę za nią, dopóki nie rozpłynie się w ciemności, a potem idę w stronę swojej starej klatki schodowej i po raz
ostatni otwieram drzwi, żeby wejść do środka.
Posprzątanie wszystkiego zajęło zaledwie parę godzin. Kiedy
skończyłyśmy, usiadłam obok Sally w małej wynajętej ciężarówce i pojechałyśmy do Arviki. Za nami iskrzyły się ozdoby choinkowe w Alby
Centrum, ale nie chciałam patrzeć wstecz. W Botkyrka nie było niczego,
za czym mogłabym tęsknić.
***
Wczoraj też padało. Pada od tygodni.
Kiedy pod domem wysiadłam z samochodu, popatrzyłam w stronę horyzontu.
Żółta smuga zniknęła, ciemnoszare niebo pochylało się ciężko nad wodą.
Nagle poczułam, jak bardzo nasączona jest ziemia, kalosze zanurzyły się
i utknęły w czymś, co przed miesiącem było trawnikiem. Zastanawiałam się
pospiesznie, czy nie pojechać na parking przy jeziorze, ale uświadomiłam
sobie, że i on musi być zalany. Podniosłam prawą nogę, błoto puściło z cmoknięciem, a odcisk stopy natychmiast wypełnił się wodą. Świeża trawa,
pomyślałam. Posieję tu na wiosnę świeżą trawę...
Nagle wiatr ponownie nabrał rozpędu, naparł na mnie, zerwał mi kaptur,
szarpnął kurtkę przeciwdeszczową, wydął ją z tyłu jak spinaker,
zmuszając, bym się zgarbiła. Przycisnęłam do brzucha siatkę z księgarni
i pobiegłam truchtem do kuchennego wejścia. Kiedy niezdarnie wyciągałam klucz, szybko
zerknęłam na dom. Przez sekundę zamarzyłam, że zobaczę w oknie Sofię, że
będzie tam siedzieć, śledząc mnie wzrokiem, że pomacha ręką, kiedy ja
zamacham do niej. Oczywiście nie było jej. Precz. Z drogi. Won.
Klucz nie wchodził do zamka, mrok był na to zbyt gęsty, macałam
nieporadnie ręką, zanim utrafiłam w dziurkę. Mój, przeleciało mi przez
głowę, kiedy naciskałam klamkę sztywnymi z zimna palcami. Mój dom. Moja
restauracja. Zawsze tak myślałam, otwierając te drzwi, również w czasach, gdy nie były to ani mój dom, ani moja restauracja, kiedy cała
ta wspaniałość należała do Sally, a ja byłam zaledwie ubogą
siostrzenicą, trochę wychowanką. Sally dostawała na mnie pieniądze,
wiedziałam o tym, bo słyszałam, jak zaledwie parę dni po pogrzebie mamy
odwiedziła nas paniusia z opieki społecznej. Jednak to nie miało
znaczenia, moje nowe życie było i tak bez porównania lepsze od tego,
którym żyłam wcześniej. Bardzo powoli przyzwyczajałam się do własnego
pokoju, do chodzenia po szkole do biblioteki i jazdy autobusem do domu,
do szybkiego obiadu na dole w restauracyjnej kuchni, a później do
szklanki herbaty z Sally, już po zamknięciu. Sally była dorosła, ale nie
przypominała mojej mamy ani żadnej innej dorosłej osoby, którą znałam.
Pozwalała mi na samodzielne decydowanie o tym, jak się ubiorę czy
uczeszę, słuchała, gdy mówiłam, a kiedy milczałam, nigdy nie robiła mi
wyrzutów, pozwalała dokończyć każdą myśl i samej wybrać, czym chcę się
podzielić, a co zmilczeć. Czasem zdarzało się, że i ona mi o czymś
opowiadała.
Za pierwszym razem był styczniowy wieczór, czytałyśmy w salonie, ona na
niebieskiej kanapie, a ja w wytartym
skórzanym fotelu. To musiał być poniedziałek, bo Sally wcześnie zamknęła
i obiad zjadłyśmy na górze, w mieszkaniu. Potem napaliłyśmy w piecu
kaflowym, zgasiłyśmy górną lampę, skuliłyśmy się każda przy swojej
lampce i zniknęłyśmy każda w swojej książce. Siedziałyśmy tak w milczeniu ponad godzinę, a na zewnątrz, wokół białego domu, panowała
równie cicha zima.
- Nie wierzę w to - powiedziała nagle Sally. Podniosłam oczy, siedziała
z podkulonymi nogami. Nic nie odpowiedziałam. Nie patrzyła na mnie,
nadal miała otwartą książkę, ale spoglądała w stronę pieca. Może mówiła
do siebie.
- Nie - potrząsnęła głową. - Nie. Nie sądzę, że wszystko musi być
fatalne tylko dlatego, że miało się fatalne dzieciństwo. Naprawdę można
stworzyć siebie samą. Wiem o tym.
Uniosłam lekko brwi.
- Miałaś fatalne dzieciństwo?
Przez moment była zaskoczona, jakby o mnie zapomniała, ale potem się
pozbierała, zerknęła na mnie i sięgnęła po papierosy.
- Chyba trochę o tym słyszałaś, co? Od Kristin?
- Nie za dużo. Mówiła tylko, że babcia ją biła. I uważała, że byłaś
rozpieszczana.
Sally prychnęła.
- Och, bzdury. Wcale nie byłam rozpieszczana. A babcia uderzyła ją tylko
raz i to dlatego, że coś ukradła, więc na tamten policzek sobie
zasłużyła... Nie, w domu nie było fatalnie. Tylko w mieście.
- W mieście?
- Tak. Plotki, wiesz...
- Jakie plotki?
- O złej reputacji babci. Lekko się uśmiechnęłam.
- To babcia miała złą reputację?
Sally wzięła zakładkę, która leżała na stoliku, i włożyła między kartki.
Rzuciła mi szybkie spojrzenie.
- Nie wiesz o tym?
Ja też zamknęłam swoją książkę. Chciałam posłuchać.
- Że babcia miała złą reputację? Nie. Nigdy nie słyszałam o tym ani
słowa.
- To Kristin nigdy o niej nie mówiła?
- No, mówiła, oczywiście... Tylko że nigdy nie powiedziała, że babcia
miała złą opinię. Dlaczego? Co takiego zrobiła?
Sally skrzywiła się.
- Dwa razy zaszła w ciążę. Z dwoma różnymi facetami. A nie była mężatką.
Wystarczyło. W tamtych czasach nie potrzeba było więcej, żeby otrzymać
stempel takiej, co to... Tak, no takiej, co bierze za to pieniądze.
Bierze za to pieniądze? Moja babcia? Myśl była tak absurdalna, że niemal
wybuchłam śmiechem. Ta miła, siwowłosa babunia, którą w dzieciństwie
spotkałam zaledwie parę razy, zawsze, naprawdę zawsze, co roku wysyłała
mi na urodziny pięćdziesiąt koron i tyle samo na święta, dostawałam też
od niej urocze karteczki z kociętami i szczeniakami zaadresowane tylko
na mnie... Czyżby ona miała być dziwką?
- Nie rób takiej zszokowanej miny - powiedziała Sally. - To nie była
prawda. Zwykłe pieprzenie, wszystko razem. Tylko że było to pieprzenie,
z którym Kristin i ja musiałyśmy żyć. W tamtych czasach byłyśmy
bękartami. Jeszcze nie weszłyśmy w okres dojrzewania, a już spodziewano
się, że pójdziemy w ślady babci.
- Naprawdę?
- Jasne, że naprawdę. Dziwi mnie, że o tym nie słyszałaś. Kristin ciągle
o tym gadała. Przynajmniej do czasu, kiedy sama zaszła w ciążę.
Teraz była blisko tematu, którego poruszenie starałam się jej bezgłośnie
wyperswadować. Zdecydowanie zbyt blisko. Zaczęłam gwałtownie trzeć oko,
jakby coś mi do niego wpadło. Nie chciałam wiedzieć, kto jest moim
ojcem, przynajmniej nie w tej chwili, nie byłam na to przygotowana.
Sally zerknęła na mnie, wydawało się, że zrozumiała, zaciągnęła się
głęboko i na nowo wbiła wzrok w ogień.
- Mój ojciec miał na imię Rosso. A może tak go nazywano. Pojawił się u nas w domu parę razy, kiedy byłam mała. Był pijusem. Okresowo porządnie
chlał, ale poza tym był miły. Przynajmniej dla mnie. Utopił się, gdy
miałam siedem lat.
- Utopił?
- Tak. To znaczy tak mi powiedziano. Nie wiem. Ale wydaje się to dość
logiczne. Trzech pijaków, którzy wybrali się na ryby w małej łódeczce...
Zamilkła, a ja spuściłam oczy na trzymaną na kolanach książkę. Na
okładce był mężczyzna. Odwrócony plecami. - To kim w takim razie był
tata mamy? - zapytałam
w końcu. - Mój dziadek? Sally wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Nikt nie wie. Babcia nigdy tego nie powiedziała, chociaż na
nią naciskano... W tamtych czasach każde dziecko urodzone poza
małżeństwem miało opiekuna społecznego, dla którego jedną z najważniejszych spraw było dowiedzenie się, kto jest ojcem. Jednak babka
milczała jak głaz. Nie pisnęła słowem, kim był. Więc...
Zaciągnęła się głęboko, a potem powoli wypuściła dym. - Można z tego
wyciągnąć wniosek, że był żonaty. A twoja
babcia, jako poczciwa dusza, nie chciała go uziemić... Na chwilę zapadła
cisza.
- A co z mamą? - zapytałam w końcu. - Dowiedziała się kiedyś, kto to
był?
Sally zgasiła papierosa.
- Nie sądzę. Kiedy była mała, twierdziła czasem, że wie kto to i że się
do niego przeprowadzi, ale to były mrzonki... Potem sama zaszła w ciążę.
I równie szybko zniknęła. Co było zresztą niegłupie, biorąc pod uwagę,
że...
Wstałam, szykując się do ucieczki. Udało mi się zachować niemal obojętny
ton głosu, kiedy powiedziałam:
- Więc stworzyła sobie mnie. Sally wstała z uśmiechem.
- Nie - rzekła. - Kristin cię nie stworzyła. Sama musisz to zrobić.
Możesz być dokładnie tym, kim chcesz. Oczywiście pod warunkiem że
odrobisz lekcje.
Jej głos uspokoił mnie. Opadły mi ramiona, uśmiechnęłam się.
- Zawsze odrabiam lekcje, Sally. Dobrze wiesz.
Moje lekcje były dla Sally ważne. Nie było z tym problemów, bardzo
pilnie je odrabiałam, stałam się przecież kimś innym. Nie chciałam
sprawiać wrażenia głupiej. Chciałam nadal cieszyć się prestiżem, który
towarzyszył mi od pierwszego dnia w nowej szkole. Było to niezwykłe, ale
zdecydowanie przyjemne. Przecież nigdy wcześniej nie błyszczałam.
Dlatego trzymałam się w kącie, bardzo uważając, żeby nikomu nie
opowiedzieć, kim naprawdę jestem i jakim życiem dotąd żyłam. Na
wszystkie pytania odpowiadałam
lakonicznie, z nieprzystępnym uśmiechem, ale za to bardzo uważnie
przyglądałam się szkolnym znajomym, ucząc się, co jest uznawane za
dobre, a co za złe.
Dobrze było być córką lekarza, ale być synem kogoś, kto posiada fabrykę
lub wielki majątek - jeszcze lepiej. Oczywiście pod warunkiem, że
człowiek taki potrafił wypełnić swój status społeczny właściwą treścią.
Brzydka córka lekarza się nie liczyła, więc ruda Alice była w kiepskiej
sytuacji, chociaż jej tata był ordynatorem. Podobnie Pontus, który
wprawdzie miał pewnego dnia odziedziczyć wielki majątek, niemal dwór,
ale pomimo skończonych piętnastu lat nie wszedł jeszcze w okres
dojrzewania.
Tymczasem Jeanette mogła rekompensować sobie gównianą pracę taty, który
był stróżem, nieskończenie piękną karnacją (brązowe oczy, ciemnoblond
włosy i brzoskwiniowa skóra), a Anders zyskał pewne poważanie ironią,
sarkazmem i ogólnie intelektualnym stylem, mimo że w ogóle nie miał
ojca, a jego matka pracowała jako zwykła ekspedientka w spożywczym.
Zarówno Jeanette, jak i Anders krzywili się na szkolne jedzenie i podczas każdej przerwy na lunch chodzili do cukierni Ritz razem z superpaczką wybrańców - synów i córek, którzy mieli zarówno rodzica
dyrektora, dentystę czy architekta, jak i wygląd oraz umiejętność
ubrania się dokładnie tak, jak powinno się ubierać i wyglądać. W pierwszym roku w Arvice nie byłam ani razu w Ritzu, choć Anders i Jeanette naprawdę mnie tam zapraszali. Ostatniego dnia przed świętami
stałam na korytarzu obok swojej szafki, kiedy nagle pojawiła się
Jeanette i zadała mi owo magiczne pytanie. Czy mam ochotę iść na ciastko
do Ritza? Sekundę potem stał obok nas krzywo uśmiechnięty
Anders.
Oczywiście pod warunkiem, że wytrzymasz dym, bo w piwnicy kawiarni
widoczność jest gorsza niż pod Lützen1, cha, cha. W pierwszej chwili
niemal dałam się skusić, chociaż wiedziałam, dlaczego mi to proponują,
rozumiałam, że chcą się jedynie o mnie poocierać, by odrobina magicznego
sztokholmskiego pyłu, który mnie pokrywał, mogła błysnąć także na ich
barkach. Jednak potem miło się uśmiechnęłam i odpowiedziałam, że byłoby
fajnie, ale niestety naprawdę obiecałam swojej ciotce Sally, że załatwię
coś dla niej w mieście. Może innym razem? Uśmiechnęli się niewyraźnie,
mówiąc, że tak, no tak, oczywiście innym razem. Jednak nigdy więcej mnie
nie zaprosili.
Moja pozycja społeczna była dość niepewna. To, że byłam sierotą,
powodowało trudności w umieszczeniu mnie w szkolnych hierarchiach, a trzymanie się z boku i milczenie na temat wcześniejszego życia, czyniło
mnie tak tajemniczą, że budziłam irytację. Myślę, że jakieś koleżanki z klasy - może Helena i ewentualnie Johanna, które pochodziły z rodzin
mieszkających od wielu pokoleń w Arvice - próbowały ożywić dawne plotki
o reputacji mojej babci, ale z marnym skutkiem. Zmieniły się czasy, a poza tym miałam Sally, która była znana w całym mieście dzięki wyjątkowo
dobrze prosperującej restauracji i coraz większemu kontu w banku. Gdybym
była jej córką, plasowałoby mnie to wyżej od dziewczyn, których rodzice
prowadzili sklep, i tuż za chłopakami mającymi odziedziczyć małą
fabryczkę. Niemniej pochodziłam z rodu samotnych matek
i gdyby Sally była moją matką, w dodatku matką samotną - a czegoś innego
nie mogłam sobie wyobrazić - to spadłabym przez to w dół o kilka
szczebli. Nie byłam jednak jej córką, tylko siostrzenicą, a jeśli chodzi
o facetów, to Sally była nietykalna. Wprawdzie nieustannie uśmiechała
się zapraszająco i kręciła biodrami, ale nikt nigdy nie widział, żeby
szła z jakimś pod ramię i nigdy nie przytulała się do nikogo na
wieczorkach tanecznych dla dojrzałej młodzieży.
- Boję się tylko jednego - powiedziała kiedyś, gdy popijałyśmy naszą
wieczorną herbatę. - Żeby ludzie nie nazwali mnie napaloną na chłopów.
Bardzo się pilnuję.
- Dlaczego?
- W tym mieście ludzie nie są przyjemni dla takich napalonych kobiet.
- Coś im robią? Wykrzywiła się.
- Plotkują. A to nie jest dobre dla interesów. Twoja mama...
Przymknęłam oczy i to wystarczyło, żeby przerwała. Minęła chwila, zanim
znów zaczęła mówić. Teraz się uśmiechała:
- Poza tym według mojego doświadczenia faceci więcej kosztują, niż
smakują. Pomyśl o tym. Bo tyczy się to też chłopców.
Przez głowę przeleciało mi wspomnienie. Ulrika i ja z paczką
motorowerzystów z Botkyrka... Ich ręce. Przetłuszczone włosy. Zapachy.
Wygięłam się cała, żeby odsunąć od siebie wspomnienie twardych palców
grzebiących między moimi udami.
- Nie znam tu żadnych chłopaków. Nie ma problemu.
Sally wypiła łyk herbaty.
- Dobrze. Bądź tylko ostrożna.
Byłam ostrożna. Tak bardzo, że w czasie pierwszego roku w Arvice
zrobiłam się naprawdę samotna. W drodze do szkoły siedziałam w autobusie
sama i równie samotnie wracałam do domu. Wypożyczałam książkę za książką
z biblioteki, bardzo pilnie odrabiałam lekcje i godzinami prasowałam
nowe bluzy, T-shirty i bieliznę, robiłam też staranny manikiur i precyzyjnie nakładałam maseczki. Przez cały czas myślałam, zastanawiałam
się, roztrząsałam. Czy naprawdę nie tęsknię za mamą? Nie. Nie mogłam
tego poczuć, bez względu na to, jak głęboko w sobie szukałam. Czy
naprawdę wolę Sally od własnej matki? Może. Jeśli tak, to czemu? Czy
tylko dlatego, że dała mi własny pokój i masę ubrań? Czy dlatego, że
zostawiała mnie w spokoju, gdy tego potrzebowałam? Tylko dlaczego tak
bardzo starała się trzymać mnie na dystans? Czy w głębi duszy wiedziała,
że jestem obrzydliwą osobą, nędzną istotą, która nie potrafi nawet
opłakiwać własnej mamy? Tchórzem, bo nie mam odwagi rozmawiać o ojcu,
ani nawet dowiedzieć się, kim był i jak się nazywał? Dlaczego śnił mi
się każdej nocy, chore sny o tym, jak nadlatuje niczym sterowiec, nagle
obniża się nade mną, otwiera brzuch i mnie w nim chowa? Chore.
Kompletnie obłąkane. Kto kiedykolwiek słyszał o ojcu, który chodzi z dzieckiem w brzuchu? "Co?! Oszalejęztobącholernystukniętydzieciaku!"
I dlaczego tak często czułam się nieszczęśliwa? Nie potrafiłam tego
pojąć. Przecież wszystko się tak dobrze układało. Miałam jedzenie i ubrania, własny pokój. Byłam niemal najlepsza w klasie. Nie opłakiwałam
matki. Miałam
gdzieś ojca, tak jak i on miał gdzieś mnie. Tylko dlaczego tak często
chciało mi się ryczeć?
"Bezpowodubotylkocholerniesięnadsobąrozczulaszmarudo!
Aletonieciebieszkodasąprzecieżitacyconieżyją! Słyszysz!
Cholernieprawdziwieumarli!"
Nie byłam nieszczęśliwa. Byłam ładna, fascynująca i zdolna. Codziennie
rano wstawałam na tyle wcześnie, żeby zdążyć się ubrać i starannie
umalować, przy śniadaniu powtarzałam pracę domową, a potem ze
splecionymi dłońmi siedziałam w autobusie jadącym do Arviki, usiłując
nie patrzeć na ciągnący się wzdłuż drogi las, który kusił mnie
ciemnością i obietnicą, że może mnie unicestwić. Na dziedzińcu szkolnym
od razu uciekałam spojrzeniem, jeśli popatrzył na mnie jakiś chłopak.
Odwracałam wzrok i szybko przejeżdżałam ręką po włosach, a potem
spieszyłam się do wejścia. Podczas przerwy na lunch równie szybko
maszerowałam w przeciwnym kierunku. Miałam przecież sprawy do
załatwienia, rzeczy, w których muszę pomóc ciotce Sally. Najczęściej był
to po prostu list czy dwa do wysłania,
"oszukanelistyboprzecieżtaknaprawdęniemusisz
niczegoSallywysyłaćtycholernagówniarogówniaro". Szłam jak najdalej,
mijając jedną, potem drugą skrzynkę pocztową, by później biec z powrotem
do szkoły, żeby się nie spóźnić.
Któregoś dnia podczas takiego spaceru zobaczyłam ciebie. Ciebie i twojego syna.
To była wiosna, parę dni przed feriami wielkanocnymi. Wyszłaś ze sklepu
Arvika - Rzemiosło Artystyczne, tak się nazywał, spojrzałaś na mnie
przelotnie. Poznałaś mnie. Wiem, że tak, bo na chwilę przystanęłaś, a potem zrobiłaś jeszcze krok i odwróciłaś się do blondyna, który wyszedł
za tobą. To był twój syn. Dag Tynne. Mężczyzna, który w wielkiej pokorze
wyrzucił z nazwiska małe arystokratyczne "af".
Też od razu go rozpoznałam. To był ten facet z telewizora, z którym
zwykła rozmawiać mama. Mężczyzna robiący wywiady z laureatami Nagrody
Nobla. Prowadzący kilka niezmiernie wyrafinowanych programów
rozrywkowych. Mający - co podkreślali recenzenci telewizyjni - niemal
magiczną zdolność docierania do widzów. Teraz stał ubrany w jasnoszary
płaszcz i uśmiechał się do ciebie swym olśniewającym telewizyjnym
uśmiechem. Potem obrócił się wokół własnej osi, żeby owym uśmiechem
olśnić całą Arvikę.
Mój ojciec. Tata.
Może się w ciebie wrodziłam. Tak sądzę. Nie odwzajemniłam jego uśmiechu,
tylko skuliłam się, powstrzymując mdłości, które szybko podchodziły mi
do gardła, a potem wyprostowałam plecy i przecisnęłam się obok was.
Musnęłam cię nawet, mój łokieć dotknął twojego eleganckiego wiosennego
płaszcza.
- Ojej! - powiedział za moimi plecami Dag Tynne. Potem roześmiał się, a ty zawtórowałaś mu pustym chi, chi. Nie wiedział, kim jestem. Za to ty
wiedziałaś.
Nie obejrzałam się. Pobiegłam truchtem, po chwili odkryłam, że minęłam
nie jedną skrzynkę na listy, ale trzy. Wszystko jedno. Było mi naprawdę
wszystko jedno.
- Źle się czujesz? - zapytała Sally, kiedy weszłam do restauracji parę
godzin przed czasem.
- Tak - odpowiedziałam. - Jest mi niedobrze...
- Najlepiej, jak pójdziesz się położyć. Po lunchu przyjdę na górę.
Nie odpowiedziałam, kiwnęłam tylko głową i przeszłam przez kuchnię z przymkniętymi oczami, nie mówiąc dzień dobry nikomu z pracowników.
Pchnęłam drzwi do szatni znajdującej się obok kuchni i wbiegłam po
schodach. Ręką przytrzymywałam usta. Naprawdę było mi niedobrze.
"Pieprzonamaruda!"
Dzisiaj, w deszczowe popołudnie wiele lat później, wszystkie głosy już
we mnie ucichły, pod sufitem w bardzo uporządkowanej szatni z bladożółtymi ścianami świeci biała lampa, jedne białe drzwi prowadzą do
restauracyjnej kuchni, a drugie do toalety. Zerkam na schody po lewej
stronie, można po nich wejść do mieszkania na piętrze. Mojego
mieszkania. Albo raczej mojego i Sofii. Czy zejdzie na dół? Czy moja
córka kiedykolwiek jeszcze zejdzie tymi schodami?
- Dom - mówię na głos, ściągając kurtkę przeciwdeszczową. - Jestem w domu.
Na chwilę nieruchomieję. Nie rozmawiaj z samą sobą! Doprawdy, ileż razy
muszę to sobie jeszcze powtórzyć! Rzucam wściekłe spojrzenie własnemu
odbiciu w lustrze i otrzymuję równie wściekłe w odpowiedzi, wciągam
powietrze i zamykam oczy, przygotowując się do odegrania roli siebie
samej. Zadowolonej. Ożywionej. Ale nieskłonnej do żartów. Odstawiam
swoją pozę damy, która jest przerażona własnym odbiciem w lustrze.
Grrrrr! Fajnie. Bardzo fajnie. Jestem cholernie fajną osobą. W następnej
sekundzie popycham drzwi do kuchni i rzucam plastikową torbę na blat.
- Cześć!
Mam zachrypnięty głos, który zawsze donośnie słychać w wyłożonym
kafelkami wnętrzu. Brzmię jak stara palaczka, chociaż przez całe życie ani razu się nie zaciągnęłam. Za to
mieszkałam z mamą, której nigdy nie widywało się bez papierosa w kąciku
ust, a potem z Sally, która paliła za dwóch, zanim w końcu powalił ją
rak płuc, przekształcając mnie z pełnej wątpliwości samotnej matki w przedsiębiorczą dziedziczkę i szefową przydrożnej restauracji.
- Cześć - odpowiada Anette, nie odwracając się do mnie. Jej głos jest
znacznie czystszy. Wątły, mogłaby sama powiedzieć, gdyby kiedykolwiek
przyszło jej do głowy, że głos można opisać tymi samymi słowami, co
wygląd. Cała wydaje się wątła. Jest taka szczupła, blada i popielatoblond. Niemal jej nie widać, co zresztą mogłoby być mądrą
strategią dla kobiety w związku małżeńskim z pijakiem, ale w przypadku
Anette, niestety, nie jest zgodne z rzeczywistością. Wygląda słabowicie,
ale ma szkielet z tytanu. Wszystko wytrzyma, wszystko przetrwa, jest
urodzoną zwyciężczynią, choć wolałaby dać się zabić niż się do tego
przyznać. Sama uważa, że jest krucha. Wręcz słaba. Teraz stoi z plecami
lekko pochylonymi nad zlewem, w pozycji, która ma wzbudzać litość. Nad
Anette trzeba się zawsze bardzo użalać. Mówiąc szczerze, w ciągu
piętnastu lat jej pracy w gospodzie U Sally każdego dnia było mi jej
szkoda.
- Są jacyś goście? - zapytałam, otwierając drzwi do zamrażarki z mięsem.
Przesunęłam wzrokiem po przepełnionych półkach, próbując się powstrzymać
od jęknięcia z zadowolenia, czego jestem zawsze bliska, gdy zaglądam do
moich przeładowanych chłodni. Jedzenie. Mam tyle jedzenia, że mogłybyśmy
z Sofią przeżyć niesamowicie długo, niczego nie dokupując. Anette
westchnęła w odpowiedzi:
- Nie. Ani jednego.
Pozwoliłam, żeby drzwi się zatrzasnęły, ukrywając mój skarb, i wzruszyłam ramionami.
- Nic dziwnego. Połowa miasta zamknięta. Na ulicach przy jeziorze jest
niemal metr wody, a na rynku trzydzieści centymetrów. Cały czas
przybiera. To tylko kwestia czasu, zanim całkiem zaleje szosę.
Anette była przerażona, aż zasłoniła ręką usta, chociaż powinna się była
na to przygotować, bo woda przybierała przecież od paru dni.
- Naprawdę?
Oparłam się o blat, sięgnęłam do torby i wyjęłam nową książkę.
Pogłaskałam ręką lśniącą okładkę. Może się ucieszy. Moja Sofia.
- Tak. Mówili w radiu, że jest też kwestią czasu, kiedy zatrzymają ruch
autobusowy.
- O mój Boże! To jak ja wrócę wieczorem do domu? Teraz należało się już
nad nią ogromnie litować. Obiema rękami chwyciła się za gardło. Kiwnęłam
głową w stronę
telefonu.
- Zadzwoń do komunikacji miejskiej i sprawdź... Możesz iść, kiedy
chcesz, jest, jak jest.
Oczy Anette zwęziły się, a głos nagle nabrał mocy. - Potrącisz mi z pensji?
Ukryłam uśmiech, zerkając na książkę i jeszcze raz gładząc dłonią
okładkę. Spodoba się Sofii. Byłam tego pewna.
- Nie - odpowiedziałam. - Nie potrącę ci z pensji. Anette złożyła ręce
na piersiach.
- Mogę pożyczyć twoje kalosze? Podniosłam oczy.
- Nie. Nie możesz. Są mi potrzebne.
Anette wyprostowała plecy. - Masz przecież kilka par...
Miała na myśli buty Sofii. Ta cholerna baba miała czelność powiedzieć,
że chce wziąć kalosze Sofii! Odwróciłam się, żeby schować książkę do
plastikowej torby, próbując przy tym się uspokoić.
- Nie - odpowiedziałam, bardzo wyraźnie wymawiając to słowo. - Tak
naprawdę to nie mam.
- Aha. Nie masz - rzekła cierpko.
Zapanowałam nad wyrazem twarzy i biorąc się pod boki, ponownie
odwróciłam w jej stronę, popatrzyłam na nią.
- Nie - powtórzyłam. - Tak naprawdę to nie mam. Anette spuściła wzrok.
Potem westchnęła.
- To nie mogę pojechać do domu. Stałam w miejscu, jak zastygła.
- Rób, jak chcesz.
Anette znowu westchnęła, próbowała nawet, żeby zabrzmiało to jak
chlipnięcie. Jakby mnie to mogło obejść.
- No, cóż - powiedziała z lekkim drżeniem w głosie. - Madeleine jest u mamy. W sumie nic się nie stanie.
Madeleine to jej dziewięcioletnia córka. Niemal ciągle zostaje u babki,
co stanowi pocieszenie dla nas, którzy znamy małżeństwo Anette. Jej mąż,
Sonny Karlsson, to nieuleczalny alkoholik. Przycisnęłam torbę do piersi.
- Nie. Na pewno nic się nie stanie. Potem poszłam do jadalni.
Wszystko było na swoim miejscu. Stare stoły z ciemnego drzewa, kupione
kiedyś przez Sally na jakichś wyprzedażach. Zakupione na tych samych
wyprzedażach i starannie wypolerowane mosiężne świeczniki stały
dokładnie
pośrodku wykrochmalonych białych serwetek służących za obrusy. W kaflowym piecu nie płonął ogień, mosiężne drzwiczki były zamknięte.
Brudne naczynia zostały pozbierane, w oknach paliły się małe lampki,
przy barze piętrzyły starannie poukładane tace, a w niebieskich
plastikowych pudełkach pełno było świeżo wymytych szklanek i białych
filiżanek. Własnej roboty babeczki z malinami leżały starannie
poukładane w rządkach, a obok nich kilka świeżych kanapek. Wzięłam jedną
z serem i szynką, nalałam sobie filiżankę kawy i zaniosłam do stolika
przy oknie. Mogłam tam posiedzieć, bo pojawienie się gości było mało
prawdopodobne. Chciałam oddać się swemu niegdyś ulubionemu zajęciu.
Porozkoszować się deszczem.
Kiedy byłam w liceum, lubiłam takie dni, ciemne, jesienne dni, kiedy nie
było gości i słyszało się jedynie dzwonienie deszczu o szyby. Brałam do
restauracji książkę i siedziałam sobie sama, w ciszy. Jeżeli było
naprawdę ciemno, czarno jak nocą, czasem dało się zobaczyć jedno lub dwa
światła statków przesuwających się po jeziorze. Lubiłam te światła,
pobudzały moją wyobraźnię. Któregoś dnia, myślałam, ja też popłynę w dal, przejdę po pomoście z białym marynarskim workiem na ramieniu, rzucę
go na pokład, potem statek odcumuje i powiezie mnie jeziorem
Glafsfjorden i dalej, w stronę wód Vänern. Wśliźniemy się na rzekę Göta
i wkrótce będziemy już w cieśninie Kattegat z dziobem zwróconym na
północny zachód i Atlantyk. I nikt, ani jeden człowiek w Nowym Jorku,
Buenos Aires czy Tokio nie będzie wiedział, kim jestem...
Pokazuje to, jaka byłam durna, pomimo świetnych stopni. Jakby w tamtych
czasach kobieta mogła zostać marynarzem. Jakby cała załoga natychmiast
nie zastrajkowała
w chwili, gdy jakaś dziewczyna postawiłaby stopę na pokładzie, bo baby
na statku, a zwłaszcza baby w załodze przynoszą pecha. Teraz już to
wiem.
Za oknem nie zapadły jeszcze nocne ciemności, panował jedynie mrok.
Ciemnoszare niebo nad jeszcze ciemniejszą wodą. Na jeziorze nie było
widać żadnych świateł. Roztropnie. Taka pogoda powstrzymuje największych
śmiałków. Deszcz walił w okna jeszcze mocniej niż w szyby samochodu
przed godziną. Wiatr wył i szarpał brzozy na dole, nad jeziorem,
biczował krzaki tawuły za oknem i zamieniał światło latarni na tarasie
przy brzegu w żółte migotanie. Sztorm narastał. Wiało i padało gorzej
niż kiedykolwiek. Dosłownie, gorzej niż kiedykolwiek wcześniej.
Byłam ciekawa, jak to się zaczęło. No bo jak zaczyna się burza? Sofia
oczywiście by to wiedziała, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby
ją zapytać. Co by to dało? Poza tym, przekonywałam pospiesznie sama
siebie, odpowiedzi Sofii nie mają końca. Jeżeli w ogóle decydowała się
ze mną rozmawiać, mogła gadać, gadać i gadać godzinami, a w związku z tym i ja musiałam być we właściwym nastroju, żeby jej słuchać. Od razu
zauważała, gdy traciłam koncentrację, jeśli miałam rozbiegane oczy lub
przeleciało mi coś innego przez głowę. "Jak ona naprawdę się czuje?"
Wtedy jej twarz kurczyła się i wykrzywiała, Sofia odwracała się do mnie
plecami i szła do swego pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.
Nie wytrzymuję zamkniętych drzwi. Wpędzają mnie w rozpacz, desperację,
wściekłość. Żadna pustka, żaden dramat nie są gorsze od
nieodwzajemnionej miłości, ale i tak z łatwością znosiłabym to wszystko,
gdyby chociaż...
Precz. Z drogi. Won.
Sofia. Moja córka. Moja nieskończenie piękna córka. Moja wybitnie zdolna
córka.
Kiedy się urodziła, zmienił się świat. Ozdrowiał. Nabrał barw.
Ostrzejszych kształtów. Wszystkie głosy stały się bardziej wyraźne,
wszystkie gesty zyskały na znaczeniu, każdy ton miał głębszy sens. Czas
też się zmienił. Teraz ważna była każda sekunda. Każda minuta. W pierwszych tygodniach godzinami siedziałam przy jej kołysce,
przyglądając się, jak śpi, z napięciem śledziłam każdy jej oddech, każdy
wydech... Sally to rozumiała. Nie uważała, że zwariowałam, jak mówili
pracownicy kuchni, rozumiała, że Sofia potrzebuje mnie i mojego
spojrzenia, żeby chcieć oddychać, żeby pozwolić bić swojemu sercu.
Dlatego przynosiła mi na tacy jedzenie i zastępowała mnie, siadając przy
kołysce, kiedy musiałam wziąć prysznic lub pójść do toalety, a raz,
kiedy zasnęłam w wiklinowym fotelu, pogłaskała mnie po policzku i wyszeptała, że postawi kołyskę Sofii obok mojego łóżka, żebym w nocy
miała ją jak najbliżej. Przecież potrzebowałam snu. Świeżo upieczona
mama niczego bardziej nie potrzebuje niż snu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki