Pępowina - Majgull Axelsson

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Minna

Otwie­rają się drzwi, zostaję wypchnięta z przy­jem­nego ni­gdzie ku lekko odstrę­cza­ją­cemu dokądś. Nie chcę się obu­dzić, ale co z tego? Żółte świa­tło lampy roz­kłada się na pod­ło­dze jak wachlarz. Ktoś wśli­zguje się i zatrza­skuje za sobą drzwi, zerka na mnie z uśmie­chem. Dziew­czyna. Może młoda kobieta. Ma sta­ran­nie zacze­sane do tyłu blond włosy, nad kar­kiem ster­czy kró­ciutki kucyk. Jest ubrana w nie­bie­ską bluzę z dekol­tem w serek i białe spodnie.

W tej sekun­dzie przy­po­mi­nam sobie, kim jestem. Natych­miast wypie­ram tę świa­do­mość. Precz. Z drogi. Won. Dziew­czyna bar­dzo cicho się poru­sza, pod­cho­dzi do bia­łych sza­fek obok łóżka, otwiera jedną z nich, bo skrzy­pią drzwiczki, krzywi się, a potem odwraca do mnie i jesz­cze raz uśmie­cha, pod­nosi palec i dotyka gór­nej wargi. Czyn­ność nad­obo­wiąz­kowa. Nic nie mówi­łam, nie jestem w sta­nie nic powie­dzieć, zamy­kam oczy i pró­buję z powro­tem wpaść w nicość. Nie udaje się. Sły­szę, jak dziew­czyna wyj­muje coś z szafki, jakiś sze­lest, drzwi szafki ponow­nie skrzy­pią przy zamy­ka­niu. Przez sekundę jest kom­plet­nie cicho, potem czuję na czole chłodną rękę.

- Prze­pra­szam - szep­cze dziew­czyna.

Nie odpo­wia­dam, nie otwie­ram oczu, całą ener­gię wkła­dam w redu­ko­wa­nie sie­bie samej. Nie ma mnie. Nie ist­nieję. Jestem jedy­nie parą oczu, które przy­glą­dają się kra­jo­bra­zowi pod powie­kami. To kra­jo­braz w tur­ku­sie, z ciem­nymi wzgó­rzami i jasnymi doli­nami. Bar­dzo piękny. Pie­lę­gniarka stoi jesz­cze chwilę, potem sły­szę jej ostrożne kroki w stronę wyj­ścia. Przez parę sekund z kory­ta­rza docho­dzi stłu­miony głos, który zostaje ucięty w środku zda­nia. Dziew­czyna wycho­dzi, zamy­ka­jąc za sobą drzwi. Zosta­wiła mnie. Zosta­wiła samej sobie.

Oczy mimo­wol­nie się otwie­rają. W pokoju jest ciemno, tylko skądś wśli­zguje się słabe szare świa­tło. Może cią­gle trwa noc. Jeśli nie jest to popo­łu­dnie, czarne, szwedz­kie, jesienne popo­łu­dnie. Na zewnątrz na­dal wyje burza i pada deszcz, ale może nie tak mocno jak wczo­raj. Stu­ka­nie w szybę nie jest już tak inten­sywne, brzmi raczej jak gde­ra­nie, a nie wybuch wście­kło­ści. Jestem za to wdzięczna nie­bio­som. Sto­krotne dzięki. Nawet małe bło­go­sła­wień­stwa są bło­go­sła­wień­stwami.

Pró­buję jesz­cze raz zamknąć oczy, ale mi się nie udaje. Na nowo się otwie­rają, chcą widzieć, wie­dzieć. Gdzie jestem? Nie w szpi­tal­nej sali. Ale w szpi­talu. W jakimś maga­zy­nie. Dużo sza­fek, zle­wo­zmy­wak. Pokój rezer­wowy, który wyko­rzy­stuje się tylko wtedy, gdy szpi­tal jest prze­peł­niony, kiedy w każ­dej dwójce stoją trzy łóżka. Ale mają tu pełne wypo­sa­że­nie, widzę to. Małe, lśniące przy­ci­ski na ścia­nie obok. Krótki gumowy wąż z ust­ni­kiem, który pod­łą­cza się do dru­giego ust­nika. Tro­chę więk­szy czer­wony guzik. Ma rato­wać życie. I na co to komu?

Znowu zamy­kam oczy i prze­krę­cam głowę. Ruch jest zbyt gwał­towny, muszę teraz leżeć spo­koj­nie, żeby powstrzy­mać wiru­jący świat. Chwilę to trwa i kiedy cze­kam, sły­szę ciche bul­go­ta­nie. Nie z kranu, tu nie ma kapią­cych czy ciek­ną­cych kra­nów. Nie z kalo­ry­fera. Naj­wy­raź­niej leży obok mnie czło­wiek wyda­jący z sie­bie gar­dłowy bul­got.

Nie jestem w sta­nie otwo­rzyć oczu, żeby zoba­czyć kto to. Oczy, które dopiero co chciały zoba­czyć i poznać wszystko, nagle nie chcą widzieć ani wie­dzieć. Chcą tylko, żeby świat prze­stał wiro­wać, a świat nie zamie­rza się zatrzy­mać. Kręci się dalej, coraz szyb­ciej, zakręca, zmie­nia kie­ru­nek, czuję, jak wzbie­rają we mnie mdło­ści i nagle uty­kają w gar­dle niczym kula. Nie zwra­cam na to uwagi. Poza wzro­kiem mam też inne zmy­sły, cho­ciaż nad­wy­rę­żone, więc pomimo bólu wycią­gam lewą rękę, żeby poma­cać wokół. Tak, obok mojego łóżka stoi dru­gie. Bar­dzo bli­sko. Zale­d­wie dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów dalej. Pod pal­cami wyczu­wam prze­ście­ra­dło i kwa­dra­towy wzór przy­dzia­ło­wego koca...

Potem wymio­tuję...

Przez jedną dzie­siątą sekundy zdą­żam pomy­śleć, że nad­szedł mój czas, brama do wiecz­no­ści stoi otwo­rem i jeśli tylko lekko poru­szę głową, a potem będę leżeć bez ruchu, udu­szę się wła­snymi rzy­go­wi­nami. Sekundę póź­niej ciało prze­szywa skurcz i z brzu­cha wylewa mi się nie tylko cuch­nąca maź, ale także dźwięk, gutu­ralne wycie, za któ­rym przy­cho­dzi następne, kiedy ciało kur­czy się ponow­nie. Otwie­rają się drzwi, sły­szę jakieś głosy i stłu­mione krzyki, wokół mnie zbiera się kilka pie­lę­gnia­rek, prze­su­wają mnie do przodu i na bok, żeby ostat­nie wymioty wylą­do­wały na pod­ło­dze. Ktoś pod­trzy­muje mi głowę, ktoś inny stoi obok, przez smród swo­ich wymio­cin czuję, że pie­lę­gniarki pachną mydłem. Są czy­ste i świeże.

- Ostroż­nie - mówi jedna z nich, a pozo­stałe się jej słu­chają. Pod­no­szą mnie sil­nymi rękami, bujam nad łóż­kiem, potem opusz­czają na czy­ste prze­ście­ra­dło, roz­pi­nają koszulę i nacią­gają nową, gła­dzą twarz cie­płą myjką. Nie patrzę na nie. Nie otwie­ram oczu nawet na sekundę, ale i tak mam wra­że­nie, że je widzę, trzy iden­tyczne dziew­czyny, w nie­bie­skich blu­zach z dekol­tem w serek i bia­łych spodniach. Ann, Anna i Annika. Może to tro­jaczki. Mają ten sam uśmiech, te same gesty, tę samą sta­ran­nie zacze­saną do tyłu fry­zurę: krótki kucyk ster­czący nad kar­kiem.

- Już dobrze - mówi któ­raś, a pozo­stałe powta­rzają jak echo. - Dobrze, dobrze...

Chłodna ręka na moim czole i już ich nie ma.

Teraz leżę na boku. Świat powoli się uspo­kaja. Wysu­wam język, żeby obli­zać usta, ale nagle robię się tak zmę­czona, że nie mam nawet siły narze­kać. Brama wiecz­no­ści na razie się zamknęła, wszystko jedno. Leżę z lewą ręką tuż przy twa­rzy, nie­mal doty­kam nosem rzad­kiej tka­niny ban­daża, przy­glą­dam się kolo­rom pod powie­kami. Zmie­niły się. Kra­jo­braz zro­bił się żół­to­czer­wony, po zardze­wia­łym nie­bie w rytm mojego pulsu prze­su­wają się powolne pło­myki. Pie­lę­gniarki musiały zapa­lić lampkę, któ­rej nie zga­siły, wycho­dząc. A więc to nie noc. Musi być rano, wie­czór lub popo­łu­dnie.

Stwo­rze­nie obok mnie znowu wydaje gar­dłowy bul­got. Pełen pap­ko­wa­tej flegmy obrzy­dliwy dźwięk docho­dzący z głębi gar­dła. Gadzi odgłos. Otwie­ram oczy i pró­buję zer­k­nąć, ale zaraz znów je zamy­kam. Muszę pod­no­sić powieki bar­dzo powoli, mili­metr po mili­metrze, żeby tym razem unik­nąć zawro­tów głowy. Naj­pierw widzę coś żół­tego. Szpi­talny koc. Potem coś sza­rego. Kalo­ry­fer powi­nien być przy oknie. Coś pasia­stego. Zasło­nięte żalu­zje. Sto­jak z kro­plówką przy dru­gim łóżku. Pościel nacią­gnięta do ramion na bul­go­czą­cej isto­cie. Widzę pomarsz­czoną szyję, ale to już wszystko, muszę znów zamknąć oczy i bar­dzo powoli unieść głowę o cen­ty­metr. Świat buja się, w brzu­chu wzbie­rają mdło­ści, ale się nie pod­daję, leżę bez ruchu, aż przejdą. Ponow­nie otwie­ram oczy. Widzę cię.

Tak. To ty. Wpraw­dzie masz dla mnie tylko pro­fil, ale to pro­fil bar­dzo dobrze mi znany. Roz­po­zna­ła­bym go wszę­dzie. Ary­sto­kra­tyczny nos. Wyso­kie czoło. Loczki, które nawet tu w szpi­talu, kiedy tak leżysz, bul­go­cząc jak jasz­czurka, wyglą­dają, jak­byś wła­śnie wyszła od fry­zjera. Tylko usta są inne. Nie tak zaci­śnięte jak kie­dyś, wąskie wargi nie przy­ci­skają się do sie­bie, nie uśmie­chasz się zim­nym gadzim uśmiesz­kiem. Broda opa­dła. Masz roz­dzia­wione usta. Tak się wygląda, kiedy przy­cho­dzi śmierć. Leżysz tu i umie­rasz.

- Och nie - mówi ktoś i mija sekunda, nim zdam sobie sprawę, że tą osobą jestem ja. Gdzieś tam trze­po­cze skrzy­dłami mie­dziany anioł. Jak przy­po­mnie­nie. Nie odzy­ska­łam głosu, ale i tak mogę go sły­szeć.

- Jesz­cze nie - mówię. - Jesz­cze nie.

Nie odpo­wia­dasz, ale myślę, że sły­szysz. Jestem świę­cie prze­ko­nana, że sły­szysz każde słowo z tego, co mam ci do powie­dze­nia.

***

Niebo było wczo­raj całe żółte. Żarzyło się jasną smugą nad hory­zon­tem.

Przez kilka sekund myśla­łam, że na dru­gim brzegu zatoki Kyr­kvi­ken pali się las, ale potem ochło­nę­łam. Las nie pło­nął, po pro­stu nie mógł. Był na to zbyt nasy­cony wodą, zbyt mokry, ciężki od wil­goci. Od tygo­dni padało. A jed­nak nad lasem uno­siła się żółta smuga. Zamru­ga­łam. Może to zachód słońca? Nie. Inny kolor. Poza tym zachodu nie dałoby się zoba­czyć, chmury są zbyt cięż­kie, zbyt szare.

Poło­ży­łam rękę na mokrej klamce samo­chodu, ale nie otwo­rzy­łam drzwi. Sta­łam przez chwilę, wpa­tru­jąc się w ów żółty kolor, aż przy­po­mnia­łam sobie, że w tym mie­ście nie wolno się dziw­nie zacho­wy­wać. Gwał­tow­nie wypro­sto­wa­łam plecy, otwo­rzy­łam drzwi i wrzu­ci­łam do środka pla­sti­kową siatkę; była mokra. Ścią­gnę­łam kurtkę prze­ciw­desz­czową i ją też rzu­ci­łam na tylne sie­dze­nie, a potem usia­dłam za kie­row­nicą. Zapar­ko­wany samo­chód zwró­cony był na pół­noc, mój wzrok natra­fił na kościół Świę­tej Trójcy. Biała fasada nabrała żół­ta­wo­siar­ko­wego odcie­nia. Lustrzane odbi­cie nieba.

Uro­je­nia, pomy­śla­łam ze zło­ścią, prze­krę­ci­łam klu­czyk, sil­nik zawar­czał. Sły­sza­łam też por­towe pompy, były jak uspo­ka­ja­jący puls serca w oddali. Chod­ni­kiem prze­szła pospiesz­nie jakaś kobieta w śred­nim wieku, miała pochy­lone plecy, trzy­mała przed sobą para­solkę, jak tar­czę prze­ciw desz­czowi. Przez setną sekundy wyda­wało mi się, że to możesz być ty, ale zaraz zorien­to­wa­łam się, że to pomyłka. Kobieta była dużo młod­sza i nie tak wymu­skana. Na nogach miała zwy­kłe buty Ecco a la ciotka, a takich ni­gdy byś nie wło­żyła. Czarne spodnie kobiety były już cał­ko­wi­cie prze­mo­czone, dało się to zauwa­żyć, bo kiedy szła wiel­kimi kro­kami pod górę, uty­tłane bło­tem oble­piały się wokół kostek. Zatem to nie ty. Gdy­byś to ty wyszła na dwór w taką pogodę, gdy­byś w ogóle mogła wyjść, w magiczny spo­sób pozo­sta­ła­byś sucha, kro­czy­ła­byś cał­ko­wi­cie wypro­sto­wana, z para­solką nad głową, pod odpo­wied­nim kątem, pod­czas gdy wszy­scy inni ludzie kuli­liby się przed wia­trem. Może była­byś w swoim zie­lo­nym twe­edo­wym kostiu­mie, który jest tak dobrej jako­ści, że po pięt­na­stu latach na­dal wygląda na zupeł­nie nowy, a na nogach na pewno mia­ła­byś parę bar­dzo porząd­nych butów wyj­ścio­wych. Z brą­zo­wej skóry i oczy­wi­ście na nie­wiel­kim pół­ob­ca­sie. Ze sprzączką z żół­tego metalu na wierz­chu - w ramach ustęp­stwa na rzecz kokie­te­rii i jako sygnał dla świata, że doprawdy nie jesteś byle kim.

Choć i tak wszy­scy to wie­dzą. Moja babka z pew­no­ścią nie jest byle kim.

Mia­łam na sobie kalo­sze, nowe czer­wone kalo­sze i spodnie wpusz­czone w te kalo­sze. Nie żeby mi to w czymś pomo­gło. Byłam prze­mo­czona do suchej nitki, od kolan aż do połowy ud. Poza tym zmar­z­łam na kość. Ręce sztyw­niały mi na kie­row­nicy, a z grzywki spły­wały po nosie lodo­wate kro­ple. Zanim ruszy­łam, zer­k­nę­łam szybko na swoje odbi­cie w lusterku wstecz­nym. Nie. W tym roku także nie zostanę Miss Uni­ver­sum. Szkoda. Naprawdę szkoda.

Musia­łam porząd­nie nad­ło­żyć drogi, żeby unik­nąć zala­nych ulic w cen­trum, objazd zapro­wa­dził mnie do dziel­nicy wil­lo­wej. Nie­mal we wszyst­kich domach paliły się świa­tła. Ludzie na pewno wró­cili wcze­śniej z pracy, żeby spraw­dzić sytu­ację w piw­nicy. Lekko się uśmiech­nę­łam. W ostat­nich latach modny jest widok na wodę. Praw­dziwy sym­bol sta­tusu. Jed­nak jezioro w piw­nicy wydaje się nieco mniej atrak­cyjne.

Kara za zło­śliwą myśl przy­szła natych­miast. Z małej uliczki wyje­chał inny samo­chód, tuż przede mną. Wyglą­dał jak łabędź, biały łabędź, który zaraz się pode­rwie. Wokół niego, jak zło­żone skrzy­dła, uno­siły się ogromne ilo­ści wody, zalało mi przed­nią szybę, zmu­szona byłam zwol­nić, jechać bar­dzo powoli, żeby zwięk­szyć odle­głość mię­dzy nami. Po krót­kiej chwili samo­chód skrę­cił w lewo. Ode­tchnę­łam z ulgą.

Na szo­sie było bar­dzo ciemno, dłu­gie świa­tła nie­wiele poma­gały. Zbyt mocno padało, widzia­łam tylko prze­su­wa­jącą się po szy­bie szarą taflę wody. Musia­łam zmie­nić świa­tła na krót­kie, pochy­lić się do przodu nad kie­row­nicą i mru­żąc oczy, zga­dy­wać, któ­rędy pro­wa­dzi droga. Samo­chód wibro­wał na asfal­cie, minęła chwila, zanim zorien­to­wa­łam się, że to przez deszcz. Drogę też zaczy­nało zale­wać. Teraz jesz­cze moc­niej wiało, cho­ciaż po obu jej stro­nach był las. Cza­sami odno­siło się wra­że­nie, że ktoś spy­cha samo­chód na bok, jakby gigan­tyczne dziecko pró­bo­wało go chwy­cić i wepchnąć do lasu, ale dziecko gigant nie miało wcze­śniej do czy­nie­nia ze mną. Nie dam się do niczego zmu­sić. Dzia­ła­łam wolno i zde­cy­do­wa­nie, pod górkę wjeż­dża­łam na niskim biegu, lekko hamu­jąc, jeśli ześli­zgi­wa­łam się w dół, i uważ­nie patrząc na odbla­ski na pobo­czu. Wie­dzia­łam, co robię, tysiąc razy prze­jeż­dża­łam tą drogą. Co naj­mniej. Znam każde pęk­nię­cie asfaltu, każdy nie do końca dobrze wypro­fi­lo­wany zakręt, jed­nak i tak byłam tro­chę zasko­czona, gdy doje­cha­łam pod naj­bar­dziej strome wznie­sie­nie. Nowy dźwięk. Szu­miący. Jak­bym prze­je­chała przez kilka decy­li­trów wody. Może wła­śnie to zro­bi­łam. Wci­snę­łam gaz, ale to nie pomo­gło, nie dało się przy­spie­szyć. Woda sta­wiała opór.

- Ostroż­nie! - powie­dzia­łam do sie­bie na głos, ale się nie posłu­cha­łam, tylko doda­łam gazu przed następ­nym wznie­sie­niem. Teraz poszło lepiej. Wpraw­dzie wiatr pró­bo­wał porwać samo­chód i ścią­gnąć go w prawo, ale wie­dzia­łam, że droga skręca lekko w lewo i jecha­łam w tym kie­runku. Kiedy dotar­łam na szczyt, naresz­cie zoba­czy­łam świa­tła domu. Moje dzie­dzic­two. Czer­wony neon świe­cił tuż nad szosą i po pra­wej stro­nie, w oknach restau­ra­cji żarzyło się świa­tło. Pię­tro wyżej paliła się też lampka w pokoju Sofii.

Mój dom leży na wzgó­rzu. Nie może zostać zalany. Cho­ciaż rzecz jasna ma widok na jezioro.

***

Jesteś na tyle stara, że musisz wie­dzieć, jak się roz­wi­jała histo­ria tego słowa. Musisz też wie­dzieć, że ono rośnie, że robi się cią­gle więk­sze i więk­sze, że powięk­sza się jak źre­nica w ciem­no­ści. Kie­dyś było tak małe jak główka szpilki, mie­ści­ły­śmy się w nim tylko mama i ja, małe miesz­ka­nie w Bot­kyrka i plac zabaw na podwó­rzu. Jed­nak teraz jest duże, czarne i głę­bo­kie, jest w nim miej­sce na Arvikę i Sztok­holm, i na cały świat, mie­ści się w nim marze­nie o lito­ści­wych wodach Lete, wspo­mnie­nie Sally, jej uśmie­chu, mil­czący Tyrone i gada­tliwa Anette, wiecz­nie wsta­wiony Sonny i Ritva o lekko sza­lo­nym spoj­rze­niu, nie­mal piękna Mar­gu­erite i cyniczny do cna Hen­rik. A poza tym ty i twój syn.

No i rzecz jasna Sofia. Zwłasz­cza Sofia.

Wymie­niam jedy­nie kil­koro z tysięcy ludzi, któ­rych obej­muję pamię­cią. Pamię­tam. Więc jestem. Cho­ciaż nie chcę ani być, ani pamię­tać.

Moje wspo­mnie­nia róż­nią się stop­niem wyra­zi­sto­ści. Gra­nicą jest tam­ten dzień trzy­dzie­ści lat temu, kiedy moja ciotka Sally ode­brała mnie ze sta­cji kole­jo­wej, dzień, w któ­rym też po raz pierw­szy zoba­czy­łam cie­bie. Wszystko, co było przed­tem, wydaje się mętne i nie­wy­raźne. To, co potem, jest wyraźne i ostre. Pamię­tam, jak Sally uśmiech­nęła się i wzięła moją walizkę, a potem poło­żyła mi rękę na ple­cach. To było bar­dzo lek­kie dotknię­cie, dobrze dopa­so­wane do czter­na­sto­latki, którą byłam. Nie uścisk, ale obiet­nica. Obiet­nica, któ­rej potrze­bo­wa­łam, ale nie byłam w sta­nie przy­jąć.

- Wszystko w porządku? - zapy­tała, kiedy zaczę­ły­śmy iść, i po sekun­dzie sama sobie odpo­wie­działa. - Nie. Jasne. Oczy­wi­ście, że nie.

Mil­cząc, szłam obok niej.

- Ale będzie dobrze - powie­działa Sally. - Za jakiś czas. Uwierz mi.

Skrzy­wi­łam się wewnętrz­nie. Pew­nie. Wszystko na pewno będzie dobrze, ale nie tak, jak się wydaje Sally. Nie będę miesz­kać w tej dziu­rze. Mama wróci do domu z kli­niki onko­lo­gicz­nej zdrowa i silna, a ja będę stała w drzwiach do raju - to zna­czy naszego dwu­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia w Bot­kyrka, tego samego, które jesz­cze przed chwilą, jesz­cze tydzień temu, wcale rajem nie było - by ją powi­tać. Wokół będzie wio­sna, piękna pogoda, otwarte drzwi na bal­kon, a na podwó­rzu będą bawiły się dzieci, tak jak zawsze. Ich piskliwe głosy wedrą się do salonu, który jest także moją sypial­nią. Na sto­liku będzie stał bukie­cik zebra­nych przeze mnie przy­lasz­czek i mama od razu je zauważy.

- Och! Widzisz? - powie, robiąc wyraźne pauzy mię­dzy sło­wami. - Mają taki inten­sywny kolor, że nie­mal zni­kają... Kiwnę pota­ku­jąco głową, bo ja też to zauwa­ży­łam, a potem przy­niosę kawę i tort, naprawdę wielki, śmie­tan­kowy tort z tru­skaw­kami i gala­retką, i mama się uśmiech­nie, bo przy­niosę jej też łyżkę sto­łową. Czyżby naresz­cie mogła jeść tort łyżką? Tak, oczy­wi­ście, jest teraz tak chuda, że może...

Do dziś dobrze pamię­tam to marze­nie, wyraź­niej niż wszystko, co się wcze­śniej wyda­rzyło. Nie mogę sobie nawet przy­po­mnieć, jaką twarz miała mama, pamię­tam tylko jej nagie ciało. Obwi­słe piersi, wydęty brzuch, grube wałki na ple­cach. Mama miała wiele wyra­zów na okre­śle­nie tego stanu. Pulchna albo zażywna, kiedy była w dobrym humo­rze, gruba i naprawdę cho­ler­nie, obrzy­dli­wie tłu­sta kiedy indziej. Pamię­tam jej słowa. Wyle­wały się z niej potęż­nym poto­kiem, a każde z nich zle­wało się z kolej­nym. "Kiedy schud­nę­bę­dę­ja­dła­tor­tłyż­ką­sto­ło­wą­tak­na­praw­dę­ku­pię­wiel kitort­tru­skaw­ko­wy­zbi­tą­śmie­ta­ną­i­po­tem­sa­ma­go­zjem.Łyż­ką­sto­łową.Tyl­ko­bę­dę­mu­sia­ła­po­je­chać­do­mia­sta­że­by­go­ku­pić­bo­tu­czło­wie­kje­st­zaw­sze­ob­ser­wo­wa­ny­przez­ko­gośk­to­po­tem­plot­kuje.Jasło­wo­da­ję­mam­już­do­ść­plo­tek­do­koń­ca­ży­cia­już­wy­star­czy!Nie­ka­pu­jesz?!

Już­cał­ko­wi­cie­wy­star­czy.Apo­za­tym­to­nie­mo­żesz­cho­dzić wtych­spod­niach­są­po­dar­tez­ty­łu­iw­szy­scy­po­wie­dzą­że­ja­to­ta­ka­co­nieu­mie­się­za­jąć­dzie­cia­kiem­nie­da­ję­sło­wo­mu­si­szje­za­szyć­nie­sprze­ci­wiaj­się.Zaszyj­to­mó­wię­bo­ina­czejw­ściek­nę­się­na­cie­bie..."

Ni­gdy nikomu o tym nie opo­wia­dam. Nawet po trzy­dzie­stu latach wsty­dzę się, bo brzmi to, jak­bym źle mówiła o swo­jej matce, a tego nie chcę, naprawdę nie chcę o niej źle mówić ani myśleć. Rozu­miem, dla­czego musiała tak dużo gadać, cho­wać się za murem ze słów, przed kim i przed czym usi­ło­wała się bro­nić. Może ty też to wiesz? Albo się domy­ślasz. Chęt­nie przy­znam, że nie zawsze była taka, że zda­rzały się chwile, gdy była mil­cząca, spo­kojna i uśmiech­nięta albo kiedy mówiła stłu­mio­nym gło­sem i wyraź­nie roz­dzie­lała słowa. Tyle że, prawdę mówiąc, nie pamię­tam tych chwil. Mam w pamięci jedy­nie wła­sną iry­ta­cję, która rosła w tym samym tem­pie, co ja. Swę­dze­nie oczu. Próby zatka­nia każ­dego otworu w ciele, żeby jej nie sły­szeć. Kiedy mia­łam dwa­na­ście lat, idąc spać, wpy­cha­łam sobie do uszu watę, a potem zagi­na­łam i doci­ska­łam płatki, żeby się wyłą­czyć, ale mi się nie uda­wało. Napie­rała na mnie, sie­działa parę metrów dalej i oglą­dała tele­wi­zję, do nosa wci­skał mi się dym z jej nie­od­łącz­nych papie­ro­sów, docie­rał do mnie brzęk butelki ude­rza­ją­cej o brzeg kie­liszka, a jeśli był sobotni wie­czór, sły­sza­łam, jak zaczyna kolejną ze swo­ich odwiecz­nych roz­mów z face­tem z tele­wi­zji. W tam­tych cza­sach nie wie­dzia­łam, że to mój ojciec, myśla­łam, że matka ma nie po kolei pod sufi­tem...

Dziwne, jak uci­chła, kiedy dowie­działa się, że ma raka. Cał­ko­wi­cie ode­brało jej mowę. To ja musia­łam zadzwo­nić do Sally, żeby powie­dzieć, że mamę poło­żyli na onko­lo­gii. Sta­łam w budce tele­fo­nicz­nej na sza­rym kory­ta­rzu i usi­ło­wa­łam wytłu­ma­czyć, co się stało. Z początku nie mogłam skle­cić zda­nia, ale potem słowa wylały się ze mnie nie­mal tak szybko, jak z mamy, nie mogłam ich zatrzy­mać. Opo­wie­dzia­łam, jak z początku mama miała dziwny kolor twa­rzy, taki żół­tawy, i jak wyda­wało mi się, że to nowy krem brą­zu­jący, aż zoba­czy­łam, że żółte zro­biły jej się też białka oczu. Przez wiele tygo­dni odma­wiała odwie­dze­nia przy­chodni. "Boprze­cież­wia­do­mo­ilez­te­go­bę­dzie­plo­tek­nie­dzię­ku­ję­je­st­do­brze­ja­kjest", ale wtedy zaczął jej puch­nąć brzuch, miała mdło­ści i bóle, więc w końcu zgo­dziła się iść do leka­rza. Oczy­wi­ście pod warun­kiem, że razem ze mną. Natu­ral­nie z nią poszłam. Moja klasa jechała tego dnia na wycieczkę do Muzeum Histo­rii Natu­ral­nej, cie­szy­łam się na to od wielu tygo­dni. Zamiast tego wybra­łam się z moją wiecz­nie gada­jącą mamą do przy­chodni i razem z nią weszłam do leka­rza, żeby zoba­czyć, jak jej ode­brało mowę, kiedy usły­szała, że musi udać się pro­sto do kli­niki onko­lo­gicz­nej. Tak­sówką. Były­śmy bez pie­nię­dzy, więc pie­lę­gniarka w przy­chodni dała mi kar­teczkę, którą mia­łam wrę­czyć kie­rowcy tak­sówki. Kiedy doje­cha­ły­śmy na miej­sce, od razu nas przy­jęli, naj­pierw przy­szedł jeden lekarz, potem jesz­cze dwóch, a w końcu nawet pro­fe­sor - miał to napi­sane na pla­sti­ko­wej pla­kietce na bia­łym far­tu­chu - rzu­cali sobie szyb­kie spoj­rze­nia, a potem powie­dzieli, że dobrze to nie wygląda. Wypro­wa­dzono mnie na kory­tarz, a mamę wysłano na rent­gen czy coś takiego. A potem, parę godzin póź­niej, mama wró­ciła na noszach, wto­czono ją do małego poko­iku, w któ­rym i ja mogłam posie­dzieć. Potem wró­cił pierw­szy lekarz, wes­tchnął i powie­dział, że no tak, nie­stety, twoja mama ma wszę­dzie nowo­twór, zwłasz­cza w wątro­bie i meta... meta... coś tam w masie innych miejsc. Musi być hospi­ta­li­zo­wana. W kli­nice onko­lo­gicz­nej. Mama nic nie powie­działa, ani słowa, dziw­nie wyglą­dała, cały czas miała zamknięte oczy, w jakiś tajem­ni­czy spo­sób zassała wargi, aż zupeł­nie znik­nęły, tak, to nie­po­jęte, ale praw­dziwe, moja mama prze­stała mówić.

Sally w mil­cze­niu słu­chała mojej gada­niny, a potem głę­boko wes­tchnęła.

- Aha - powie­działa w końcu. - Że też tak to się uło­żyło. Biedna Kri­stin.

Nie wie­dzia­łam, co odpo­wie­dzieć, nagle zabra­kło mi słów.

- Przy­jedź do mnie, Minna - powie­działa Sally. - Jesteś za mała, żeby być z tym sama.

Zaiskrzyło mi przed oczami. Za mała? Ta pie­przona baba twier­dzi, że ja jestem za mała? Do cho­lery, mam czter­na­ście lat, a za pięć mie­sięcy i trzy dni skoń­czę pięt­na­ście! Nic nie odpo­wie­dzia­łam, bo czu­łam, że już zbyt dużo się naga­da­łam. Życie nauczyło mnie, że zde­cy­do­wa­nie naj­lep­szym spo­so­bem na to, by prze­pro­wa­dzić swoją wolę, jest mil­cze­nie. Odło­ży­łam bez słowa słu­chawkę i mocno wypro­sto­wana wyszłam z kli­niki onko­lo­gicz­nej. Nie zoba­czy­łam wię­cej mamy, nie poszłam do niej, żeby ją pocie­szyć i obie­cać, że nie­długo wrócę. Po pro­stu wyszłam. Wsia­dłam w auto­bus jadący do dworca cen­tral­nego, sie­dzia­łam bez ruchu na samym prze­dzie, nie myśląc i nie czu­jąc zupeł­nie nic. Dłu­ba­łam przy prysz­czu w dol­nym kąciku ust. Przy­glą­da­łam się świa­tłom mia­sta za szybą, jaskra­wym oknom wystaw i restau­ra­cji, które mie­niły się i mru­gały. Wcią­gnę­łam miej­ski zapach ben­zyny i oleju do sma­że­nia. Byłam spo­kojna. Cał­ko­wi­cie spo­kojna. Jed­nak kiedy dotar­łam do dworca i zaczę­łam wspi­nać się po scho­dach do kolejki podmiej­skiej, usły­sza­łam, jak jacyś chłopcy gwiż­dżą za mną, i wtedy znowu zaiskrzyło mi w gło­wie, przed oczami zro­biło mi się lśniąco i biało. Odwró­ci­łam się z zaci­śnię­tymi pię­ściami. Chłopcy zare­cho­tali, ale mieli dość rozumu, żeby ześli­zgnąć się ze scho­dów i znik­nąć. Szczę­ścia­rze. Gdyby nie znik­nęli, pobi­ła­bym ich. Mogła­bym ich zatłuc.

Kiedy otwo­rzy­łam drzwi do domu, zadzwo­nił tele­fon. To była Sally.

- Ja albo opieka spo­łeczna - powie­działa. Sku­li­łam się i zro­zu­mia­łam, że ma rację.

Potem wystar­czyło parę dni i nagle sta­łam na rynku głów­nym w Arvice z ręką mojej ciotki na ple­cach. Było późne paź­dzier­ni­kowe popo­łu­dnie, paliły się latar­nie, a ich świa­tło odbi­jało się na mokrym od desz­czu bruku. Sally wycią­gnęła rękę i uśmiech­nęła się.

- Witaj u źró­deł - powie­działa.

Rozej­rza­łam się. Na rynku było nie­mal pusto, prze­cho­dziła go tylko na ukos jakaś samotna kobieta. Była ubrana w beżowy płaszcz naj­wyż­szej jako­ści, z dużym futrza­nym koł­nie­rzem, na pewno z szopa albo ze srebr­nego lisa, i dopa­so­wany do niego mały kape­lu­sik. Miała cał­ko­wi­cie pro­ste nogi, bez naj­mniej­szego zwę­że­nia przy kostce, a na sto­pach lśniące wyj­ściowe buty na pół­ob­ca­sie z małą sprzączką błysz­czącą jak złoto. Dro­gie. To było widać. Szła ze wzro­kiem wbi­tym w coś w oddali i z zaci­śnię­tymi ustami, a nad głową cał­ko­wi­cie pro­sto trzy­mała para­solkę.

- Spójrz - powie­działa Sally ści­szo­nym gło­sem. - Tam idzie twoja babka.

Może usły­sza­łaś, co powie­działa Sally, bo rzu­ci­łaś mi szyb­kie spoj­rze­nie, zanim jesz­cze bar­dziej wyprę­ży­łaś wypro­sto­wane już plecy, i minę­łaś nas, nie zauwa­ża­jąc. Nie przy­wi­ta­łaś się. Oczy­wi­ście, że się nie przy­wi­ta­łaś.

Sally przez chwilę stała w mil­cze­niu, patrząc, jak odpro­wa­dzam cię wzro­kiem, a potem pochy­liła się i wzięła moją walizkę.

- Chodź już - powie­działa. - Pada.

To mówi wła­ści­wie wszystko o Sally. Taka była. Moja sio­stra, która tak naprawdę była moją ciotką, a z cza­sem stała się matką. Moja przy­ja­ciółka, która ni­gdy mi niczego nie zarzu­cała i o nic mnie nie oskar­żała.

Nie żyje już od wielu lat, ale jestem pewna, że gdy­bym zatrzy­mała jakie­goś męż­czy­znę na rynku w Arvice, jakie­go­kol­wiek męż­czy­znę powy­żej trzy­dzie­stego pią­tego roku życia, uśmiech­nąłby się na wspo­mnie­nie o niej. Żaden męż­czy­zna nie może zapo­mnieć Sally, przy­naj­mniej żaden z tych, któ­rzy spo­tkali ją w ciągu jej pierw­szych czter­dzie­stu lat. Może także żaden z tych, któ­rzy znali ją przez ostat­nie trzy, cho­ciaż z zupeł­nie innych powo­dów. Późną Sally pró­buję zapo­mnieć. Wcze­sną, praw­dziwą Sally wspo­mi­nam z rado­ścią. Roz­bu­jane bio­dra. Znaj­du­jące się zawsze w ruchu ręce. Ciemne loki, które prze­kli­nała, ale z któ­rych w głębi duszy była bez­gra­nicz­nie dumna. Uśmiech. Skore do śmie­chu oczy. Białe jak kość sło­niowa policzki.

Nic dziw­nego, że inte­resy szły dobrze. Ledwo zdą­żyła otwo­rzyć gospodę U Sally, a już każ­dziutki męż­czy­zna w Arvice czuł silną potrzebę, by choć raz w tygo­dniu zjeść tam lunch lub coś prze­ką­sić po dro­dze do Sulvik. Cza­sem po pro­stu pako­wał do samo­chodu żonę z dziećmi i jechał z nimi do Sally na nie­dzielny obiad na tara­sie. Sally uśmie­chała się i liczyła pie­nią­dze, zacią­gała się papie­ro­sem i liczyła pie­nią­dze, odsła­niała prze­rwę mię­dzy zębami i liczyła pie­nią­dze. I ni­gdy nie uśmie­chała się z takim zado­wo­le­niem, jak wtedy, kiedy już je poli­czyła i sko­czyła do banku. Kri­stin, moja matka, star­sza sio­stra Sally, nie była w podobny spo­sób zachwy­cona życiem. Mówiąc szcze­rze, cier­piała z powodu czwar­tego spo­śród grze­chów głów­nych - zazdro­ści. Sally ni­gdy nie musiała się wysi­lać. Ni­gdy nie zaszła w ciążę (kwa­śne spoj­rze­nie w stronę yours truly), choć rów­nież ni­gdy - to Kri­stin musiała naprawdę pod­kre­ślić - nie mogła poczuć, jak to jest mieć maleń­kie dziecko. Co w zasa­dzie jest bar­dzo spra­wie­dliwe. Osoba, która tak strasz­nie oszu­kuje naturę jak Sally, zostaje w końcu sama przez naturę oszu­kana. Tak już jest. Natura oszu­kała Sally, co można uznać zarówno za spra­wie­dliwe (cha, cha!), jak i za niespra­wie­dliwe (cho­lerna bume­lantka!), zależ­nie od nastroju. To zna­czy od nastroju Kri­stin.

Prze­pra­szam. To poboczny wątek tej histo­rii, ale powi­nien cię zain­te­re­so­wać. Pod warun­kiem że pamię­tasz Kri­stin, a na pewno pamię­tasz, bez względu na to, czy tego chcesz, czy nie. Dwa lata star­sza od Sally, wyrzu­cona z liceum w wieku sie­dem­na­stu lat za to, że zaszła w ciążę. Dag, twój syn i mój uko­chany ojciec nie został za to wyrzu­cony. Przez tydzień miał ponurą minę, jak w odpo­wied­nim momen­cie zwie­rzyła mi się Sally, ale potem odzy­skał rezon, zro­bił maturę i przez parę lat stu­dio­wał na uni­wer­sy­te­cie w Uppsali, aż w końcu dostał pracę w tele­wi­zji.

Od tego czasu minęło już pięt­na­ście lat, mama leżała w kli­nice onko­lo­gicz­nej, a ja wylą­do­wa­łam tam, gdzie kie­dyś mnie poczęto, i szłam obok Sally w stronę jej żół­tego fiata. Pra­wie nowego. Usia­dłam na przed­nim sie­dze­niu i pozwo­li­łam, żeby Sally pomo­gła mi zapiąć pasy. Ni­gdy wcze­śniej nie uży­wa­łam pasów bez­pie­czeń­stwa, mówiąc szcze­rze, wła­ści­wie nawet nie jecha­łam samo­cho­dem, który nie był tak­sówką, i ni­gdy nie sie­dzia­łam z przodu. Sally nie sko­men­to­wała mojej nie­po­rad­no­ści, uśmiech­nęła się tylko i pomo­gła mi, a potem wsa­dziła klu­czyk do sta­cyjki i zapa­liła. Włą­czyło się radio, patrzy­łam na jego bla­do­zie­lone świa­tełka, a Sally ści­szyła tak, że głosy przy­bla­kły i zamie­niły się w nie­wy­raźne mru­cze­nie w tle.

Babka? Praw­dziwa? Pyta­nie zabły­sło w ciem­no­ści samo­chodu, ale spró­bo­wa­łam je ode­pchnąć. W takim razie muszę prze­cież też mieć tatę. Naprawdę. Czy on też mieszka tutaj, w Arvice? Czy zechciałby... Nie, oczy­wi­ście, że nie. Jestem prze­cież dzie­cia­kiem Kri­stin. Precz. Z drogi. Won. Zaklę­cie tym razem nie poma­gało. Nagle uru­cho­miła się moja wyobraź­nia i wyda­wało mi się, że widzę cię, idącą jak kró­lowa ulicą Stor­ga­tan. Ludzie naprawdę kła­niali ci się, kiedy tak szłaś, kła­niali, dygali i spusz­czali wzrok. A ty kiwa­łaś im głową przy­jaź­nie i nieco wynio­śle, potem skrę­ci­łaś w stronę dużego czar­nego domu z cegły, prze­szłaś przez ciemny i bar­dzo oka­zały ogród - nie­mal park - i zbli­ży­łaś się do potęż­nych dębo­wych drzwi. Otwo­rzy­łaś je, żeby wejść do holu. Był wielki, z malo­wi­dłami na sufi­cie i dębo­wymi pane­lami na ścia­nach. Cze­kała w nim kor­pu­lentna kobieta, miała na sobie czarną sukienkę z bia­łym far­tu­chem, jak słu­żąca w fil­mie z lat trzy­dzie­stych. Dygnęła, kiedy zna­la­złaś się w środku. W odpo­wie­dzi otrzy­mała sztywne ski­nie­nie. Zdję­łaś płaszcz, poda­łaś jej, a potem sta­nę­łaś przed gigan­tycz­nym lustrem w świę­cą­cej maho­nio­wej ramie i zdję­łaś kape­lusz, który też poda­łaś słu­żą­cej, i zapy­ta­łaś, nie patrząc na nią, czy panicz jest w domu. Słu­żąca jesz­cze raz dygnęła i odpo­wie­działa, że tak, tak, jest. Pani może zna­leźć pani­cza w biblio­tece...

No tak. Oczy­wi­ście były to jedy­nie marze­nia. Nie wie­dzia­łam wtedy nic o Arvice, nie mia­łam poję­cia, że na ulicy Stor­ga­tan ni­gdy nie było żad­nego oto­czo­nego par­kiem domu z cegły i że ludzie z praw­dzi­wych wyż­szych sfer ni­gdy nie miesz­ka­liby w tym mie­ście. W rze­czy samej nie mia­łam nawet poję­cia, co to posia­dłość. Ni­gdy prze­cież żad­nej nie widzia­łam, nawet w tele­wi­zji. Teraz jest ina­czej. Widzia­łam już twój dom - Tyn­ne­berg, dwór rodu Tynne. To zna­czy z zewnątrz.

- Dawno cię tu nie było - powie­działa Sally, a ja powró­ci­łam do rze­czy­wi­sto­ści i żół­tego fiata. Zamru­ga­łam oczami.

- Tak. Cztery lata.

- Od pogrzebu babci.

- Tak.

Na chwilę zro­biło się cicho, zaci­snę­łam powieki, żeby nie przy­po­mnieć sobie, jak wtedy brzmiała mama, jak piskliwy był jej głos, kiedy wpy­chała do torebki srebrne sztućce babki, mówiąc, że ma do nich prawo, "napraw­dę­na­le­ży­mi­się", bo prze­cież Sally na pewno pod­bie­rała babce każdy gro­sik z eme­ry­tury. Jak ina­czej byłoby ją stać na kupie­nie przy­droż­nej restau­ra­cji? "Co? Czy­je­stja­ka­śo­so­bak­tó­ra­mo­że­to­wy­ja­śnić?"

Sally domy­śliła się, co mi cho­dzi po gło­wie.

- Wzię­łam pożyczkę z banku - powie­działa spo­koj­nie. - Ale twoja mama nie umiała tego zro­zu­mieć. Nie wie, jak to się robi...

Wyda­łam z sie­bie cichy dźwięk, który mógł ozna­czać cokol­wiek. Jecha­ły­śmy ulicą Prästg?rdsvägen. W wil­lach po pra­wej stro­nie paliły się w oknach małe lampki, białe, żółte i czer­wone. Przy­glą­da­łam im się przez chwilę, zanim odwró­ci­łam głowę i zaczę­łam patrzeć na zatokę Kyr­kvi­ken. Ciem­no­szare niebo nad czarną wodą, mia­łam wra­że­nie, że za chmu­rami znaj­duje się lśniący bielą księ­życ w pełni.

- Przy­go­to­wa­łam pokój dla cie­bie - powie­działa Sally. Spra­wiło mi to radość.

Poczu­łam łasko­ta­nie w żołądku - wła­sny pokój? Pil­no­wa­łam się, żeby Sally nic nie zauwa­żyła, zacho­wa­łam dokład­nie ten sam ton głosu, co wcze­śniej.

- Dzię­kuję. Ale ja nie zostanę na długo. Tylko dopóki mama nie wróci do domu ze szpi­tala.

Sally nie odpo­wie­działa od razu. Sły­sza­łam, jak wstrzy­mała na chwilę oddech, a potem wypu­ściła powie­trze, jakby wes­tchnęła.

- Tak. Tylko że to może tro­chę potrwać. Roz­ma­wia­łam z jej leka­rzem i mówił, że naj­le­piej, żeby­śmy to wie­działy.

To dla­tego zadzwo­ni­łam do szkoły. Możesz zacząć w ponie­dzia­łek.

Zacząć szkołę? Tutaj? Świat zako­ły­sał się, może dla­tego, że Sally skrę­ciła w lewo, na szosę, a może przez to, że uświa­do­mi­łam sobie coś, czego nie chcia­łam. Nie przy­je­cha­łam tu w gości. Prze­pro­wa­dzi­łam się. Będę musiała zacząć nową szkołę. Szkołę bez mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki Ulriki. Szkołę z nowymi nauczy­cie­lami. Szkołę, w któ­rej nikt nie będzie wie­dział, jak się nazy­wam, w któ­rej będę tą nową...

Szosa pociem­niała. Po obu stro­nach roz­po­ście­rał się czarny, głu­chy las. Sie­dzia­ły­śmy przez dłuż­szą chwilę w mil­cze­niu, jadąc przez małą miej­sco­wość, skrę­ci­ły­śmy w lewo, ześli­zgnę­ły­śmy się w dół, potem wje­cha­ły­śmy na kolejne wznie­sie­nie, i znów w dół, i w górę.

- Jeste­śmy na miej­scu - powie­działa Sally. - To tutaj. To moja gospoda.

Wysia­dłam z samo­chodu i popa­trzy­łam na czer­wony neon na słu­pie przy dro­dze. U Sally, Restau­ra­cja & Kawiar­nia. Biały dom migo­tał, paliło się we wszyst­kich oknach, w dużych na dole i w mniej­szych na pię­trze. Znaj­do­wa­ły­śmy się na wzgó­rzu, nie­da­leko brzegu jeziora Gla­fs­fjor­den. Obok domu stał wielki dąb z nagimi gałę­ziami wycią­gnię­tymi ku niebu, ten sam, który wczo­raj pozna­łam nieco lepiej, niż chcia­łam. Dąb był ciemny, ale woda jesz­cze ciem­niej­sza. Po dru­giej stro­nie zatoki iskrzyło się kilka żół­tych świa­teł. Było cicho. Ciszej wokół mnie niż kie­dy­kol­wiek przed­tem.

- Halo - Sally stała tuż za mną, wycią­ga­jąc z samo­chodu moją walizkę.

- Prze­pra­szam - powie­dzia­łam. - Nie chcia­łam...

Sally roze­śmiała się.

- Prze­pra­szam? Za co? Chodź, pokażę ci mój dom.

To była stara szkoła, poma­lo­wana na biało szkoła z cza­sów, kiedy także lasy wokół Arviki były zamiesz­kane. Kie­dyś na par­te­rze mie­ściły się trzy duże klasy, a na pię­trze dwa nie­wiel­kie miesz­ka­nia, teraz jed­nak znaj­do­wała się tu gospoda Sally i jej dom. Kiedy pode­szły­śmy bli­żej, oczy jej zalśniły, wzięła mnie pod rękę i powie­działa:

- Prawda, że tu ład­nie... Kupi­łam ruinę, ale chyba teraz jest ład­nie?

I naprawdę było ład­nie, był to chyba najład­niejszy dom, jaki kie­dy­kol­wiek widzia­łam. Naprze­ciw wej­ścia z poma­lo­wa­nymi na nie­bie­sko drzwiami znaj­do­wała się zdo­biona drew­nia­nymi orna­men­tami weranda, a na tyłach domu kamienny taras z wido­kiem na jezioro.

- Zajęło mi to trzy lata - powie­działa Sally. - Przez trzy lata pra­co­wa­łam jako kie­row­niczka sali w hote­lo­wej restau­ra­cji w Arvice i każdą wolną chwilę poświę­ca­łam na remon­to­wa­nie tego miej­sca. Nie kupo­wa­łam żad­nych ubrań, ni­gdzie nie podró­żo­wa­łam, w domu jadłam tylko śnia­da­nia, resztę w pracy. Oszczę­dza­łam każdy grosz. Liczni faceci poma­gali mi nosić cięż­kie rze­czy za obiet­nicę dar­mo­wych obia­dów, kiedy miej­sce będzie już gotowe. Zapła­ci­łam tylko elek­try­kowi i czło­wie­kowi, który zro­bił kuch­nię w restau­ra­cji, w prze­ciw­nym razie nie dosta­ła­bym zezwo­le­nia na ser­wo­wa­nie posił­ków. Jed­nak resztę zro­biłam sama. Poma­lo­wa­łam każdy mili­metr, zarówno na zewnątrz, jak i w środku. Poukła­da­łam kafelki w łazience. Zbu­rzy­łam ściany. Kito­wa­łam okna. Zerwa­łam stare lino­leum i wyszli­fo­wa­łam pod­łogi.

Spoj­rza­łam na nią. Wyglą­dała na zako­chaną. Nagle odnio­słam wra­że­nie, że jeste­śmy w jed­nym wieku. Jak­by­śmy naprawdę mogły zostać przy­ja­ciół­kami.

- Bar­dzo ład­nie - przy­zna­łam szcze­rze. - Naprawdę bar­dzo ład­nie.

W świe­tle z okna widzia­łam, jak lśnią jej oczy.

- Tak - powie­działa. - Tak jest. I to mój dom. Jest moją wła­sno­ścią. Cza­sem na­dal nie mogę w to uwie­rzyć...

Przez chwilę sta­ły­śmy w mil­cze­niu, patrząc na dom, potem Sally ści­snęła moje ramię i powie­działa:

- Chodź, zoba­czysz swój pokój!

I poszły­śmy, cią­gle przy­tu­lone, w stronę kuchen­nych drzwi na górze.

Ten pokój należy dziś do Sofii. Mojej córki. Mojej pięk­nej i uta­len­to­wa­nej córki. Nie wiem dokład­nie, jak on teraz wygląda, ale ostat­nim razem, kiedy się tam wśli­zgnę­łam, nic nie było zmie­nione. Łóżko na­dal stało pod ścianą i na­dal przy­kry­wała je stara szy­deł­kowa narzuta. Białe biurko znaj­do­wało się pod oknem, tam gdzie zawsze, obok niego półka na książki, a stary śliczny fotel wikli­nowy tkwił na­dal w swoim kącie. Tak, poza tym była jesz­cze jedna nowa rzecz. Może dwie. Kiedy Sofia skoń­czyła trzy­na­ście lat, kupi­łam nowe zasłony i nowy dywan, ale pil­no­wa­łam, żeby wyglą­dały nie­mal dokład­nie tak samo jak wcze­śniej­sze. Były tylko tro­chę lep­szej jako­ści. Dywa­nik ze szma­tek zamie­nił się w dywan z przę­dzy, który na­dal jest nie­bie­ski, z wąskimi paskami tur­kusu na ciem­nej powierzchni. Bar­dzo piękny. Zasłony są białe jak te, które wisiały poprzed­nio, może jesz­cze biel­sze.

Jestem w domu, pomy­śla­łam nie­chcący, kiedy po raz pierw­szy prze­kro­czy­łam ten próg. Naresz­cie dotar­łam do domu.

Ni­gdy wię­cej nie zoba­czy­łam mamy. Kiedy pół­tora mie­siąca póź­niej przy­je­cha­ły­śmy z Sally na jej pogrzeb, trumna była już zamknięta. Potem sta­ły­śmy obok sie­bie, wymie­nia­jąc uści­ski rąk z pozo­sta­łymi gośćmi pogrze­bo­wymi. Z Bir­gittą i Dougla­sem z pracy mamy. Z Wero­niką z tej samej klatki scho­do­wej. I z Tovą, z którą mama cho­dziła na tańce. Nie było ich wielu. Każ­demu bar­dzo uważ­nie się przy­glą­da­łam. Czy to ich tak się bała? Ich plo­tek? Ich roz­mów za ple­cami? Nie. Nie sądzę. To jacyś inni plot­ko­wali o mamie. Obcy.

Złe duchy. Szep­czące postaci z prze­szło­ści. Może ich znasz?

Następ­nego dnia poszłam do mojej kole­żanki Ulriki, żeby się z nią poże­gnać. Otwo­rzyła drzwi i wpa­try­wała się we mnie, jak­bym była duchem, potem wcią­gnęła powie­trze i zapro­siła mnie do pokoju, nazy­wa­nego jej wła­snym, a który w rze­czy­wi­sto­ści dzie­liła z dwoma młod­szymi braćmi. Pró­bo­wali wejść do nas, co chwila uchy­lali drzwi ze sklejki, aż w końcu Ulrika stra­ciła cier­pli­wość. Dała star­szemu w twarz. To musiał być mocny poli­czek, bo odsko­czyła mu głowa i ciężko upadł pupą na pod­łogę. Gapił się na nią z ustami otwar­tymi jak do krzyku, ale Ulrika tylko ponow­nie pod­nio­sła rękę i się uspo­koił, ucichł i nie spusz­cza­jąc z niej oczu, pod­pełzł pod ścianę. Przez kilka sekund Ulrika obser­wo­wała go bez ruchu, a potem bar­dzo cicho zamknęła drzwi i spoj­rzała na mnie, wci­ska­jąc ręce w kie­sze­nie.

- Aha - powie­działa. - To twoja matka wzięła i umarła... Kiw­nę­łam głową i odwró­ci­łam wzrok, obser­wo­wa­łam brą­zową pręgę na ścia­nie. Naj­wy­raź­niej tapeta odkle­iła się na styku i ktoś ode­rwał odsta­jący kawa­łek.

- Par­szy­wie - stwier­dziła Ulrika.

- No.

- To gdzie teraz będziesz miesz­kać? Pró­bo­wa­łam lekko wzru­szyć ramio­nami.

- U ciotki... W Arvice.

Ulrika unio­sła brwi, w kąciku ust czaił się uśmiech. Była śliczna. Śliczna blon­dynka z zim­nymi oczami.

- Nie u ojca?

Rzu­ci­łam jej szyb­kie spoj­rze­nie.

- Nie wiem, kto jest moim ojcem. Wiesz prze­cież.

Powie­dzia­łam to dość chłodno, pra­wie jak Sally, kiedy ser­wo­wała kolejne piwo zanadto wsta­wio­nemu dżen­tel­me­nowi. Ni­gdy wcze­śniej nie mówi­łam tym tonem. Wie­dzia­łam, że Ulriki nie można bez­kar­nie nara­żać na coś, co przy­po­mina znie­wagę, i czu­łam napi­na­nie się mię­śni karku goto­wych już do obrony, ale, co dziwne, Ulrika wzru­szyła tylko ramio­nami i odpu­ściła. Może ze względu na temat. Pyta­nie o to, kto jest czy­imś ojcem, zawsze wywo­ły­wało napię­cie, nie tylko u mnie.

- Ale mam babkę ze strony ojca - powie­dzia­łam. - W Arvice.

- Babkę? Praw­dziwą?

Teraz to ja się uśmie­cha­łam.

- Jak to, czy praw­dziwą? Babka jest chyba zawsze babką?

Ulrika usia­dła na jed­nym z łóżek, patrzyła na mnie badaw­czo.

- Jest miła?

- Kto?

- Twoja babka, oczy­wi­ście. Miła? Skrzy­wi­łam się lekko.

- Nie­spe­cjal­nie. Ale bogata.

Ulrika prych­nęła. Wie­dzia­łam, co to zna­czy. "Kłam­stwo! Tak jak­byś ty, tak jakby taka jak ty mogła mieć bogatą babkę!" Pode­szłam do okna, odwró­ci­łam się do niej ple­cami i zaczę­łam oglą­dać domy po dru­giej stro­nie podwórka. Przed­mie­ście. Szare fasady. Setki takich samych miesz­kań. We wszyst­kich kuch­niach było ciemno, ale w paru poko­jach żarzyły się małe lampki. Było popo­łu­dnie. Czas zmierz­chu. Czas nasto­lat­ków.

- Ona o mnie nie wie - powie­dzia­łam w końcu. - Nie wie, że ist­nieję. Sally mi ją tylko poka­zała.

- Sally? Twoja ciotka?

Kiw­nę­łam głową, ale nie odwró­ci­łam się do niej. Na zewnątrz prze­fru­nął anioł, błysz­czący, meta­lowy anioł z wiel­kimi skrzy­dłami koloru mie­dzi i lśnią­cymi biało wło­sami. Zamru­ga­łam oczami i znik­nął.

- A o twoim ojcu nic nie powie­działa?

W mil­cze­niu potrzą­snę­łam głową. Zamknę­łam oczy, żeby powstrzy­mać nagle wzbie­ra­jące łzy. Zaraz wszystko będzie jak daw­niej. Za krótką chwilę zapo­mnę o nowym życiu, które wła­śnie zaczę­łam, zaraz wsta­nie z grobu moja mama, zacznie gadać, zaraz będę musiała wró­cić do życia, w któ­rym byłam naj­lep­szą przy­ja­ciółką Ulriki. Cho­ciaż nie, chyba nie. Może z Ulriką też coś się dzieje, sły­szę, jak wstaje i pod­cho­dzi do okna. Jest teraz obok mnie. Bli­sko, ale nie za bar­dzo. Otwie­ram oczy. Znowu są suche.

- A twoja ciotka? Jest miła?

Miała teraz zmie­niony głos. Brzmiała pra­wie smutno. O ile Ulrika potra­fiła być smutna.

- Tak - odpo­wie­dzia­łam. - Jest miła. Naprawdę miła.

Ulrika lekko wes­tchnęła. Wie­dzia­łam, co ozna­cza to wes­tchnie­nie, ale uda­łam, że nie wiem, i wypro­sto­wa­łam plecy, mówiąc:

- Dosta­łam wła­sny pokój. Z bia­łymi meblami.

Ulrika, sto­jąc wciąż w tym samym miej­scu, zamknęła oczy, poczu­łam pie­kące współ­czu­cie i unio­słam rękę, żeby pogła­skać ją po policzku, ale opu­ści­łam w pół drogi, Ulrika nic nie zauwa­żyła.

- Tylko cza­sem zmu­sza mnie, żebym jej poma­gała w restau­ra­cji - powie­dzia­łam. - I nie płaci mi za to ani gro­sza.

Kłam­stwo pomo­gło. Ulrika rzu­ciła mi szyb­kie spoj­rze­nie, obru­szyła się:

- Tak, takie są te babsz­tyle!

- Dokład­nie - odpo­wie­dzia­łam. - Babsz­tyle!

Kiedy chwilę potem szłam z powro­tem do miesz­ka­nia mamy, wie­dzia­łam, że już ni­gdy nie spo­tkam Ulriki. I tak się stało. Ni­gdy nie napi­sa­łam do niej listu i ni­gdy nie dosta­łam żad­nego listu od niej. W sumie nic dziw­nego. Chcia­łam zapo­mnieć o Ulrice i jej życiu z równą inten­syw­no­ścią, z jaką ona chciała pew­nie zapo­mnieć o mnie i o mojej nowej sytu­acji. Nie chcia­łam myśleć, jak to jest żyć z matką, która z pełną świa­do­mo­ścią dąży do zaćpa­nia się na śmierć, a Ulrika pew­nie nie mogła znieść myśli, że ist­nieją czter­na­sto­latki, które ura­to­wano do innego życia, dziew­czynki mogące sie­dzieć sobie popo­łu­dniami przy wła­snych bia­łych biur­kach i patrzeć na wody jeziora Gla­fs­fjor­den, zasta­na­wia­jąc się nad następ­nym sta­ran­nie sfor­mu­ło­wa­nym zda­niem w pamięt­niku. Dziew­czynki, które z wła­snej woli zaczęły czy­tać książki i ni­gdy nie musiały poma­gać swoim ciot­kom w restau­ra­cji i, co wię­cej, cał­ko­wi­cie nie­za­słu­że­nie, dostają w każdy pią­tek białą kopertę z bar­dzo przy­zwo­itą tygo­dniówką.

Zatrzy­ma­łam się przed budyn­kiem, który kie­dyś był moim domem, i na moment zasty­głam, patrząc, jak zmierzch prze­kształca się w ciem­ność. Myśla­łam. Wspo­mi­na­łam. Pró­bo­wa­łam się zmie­rzyć z wła­snym poczu­ciem winy. Co by się stało, gdyby moje pierw­sze marze­nie oka­zało się praw­dziwe? Gdyby mama wró­ciła z kli­niki onko­lo­gicz­nej zdrowa i krzepka? Gdy­bym nazbie­rała dla niej przy­lasz­czek? Gdy­bym kupiła jej tort tru­skaw­kowy?

Straszne. To byłoby straszne.

Nagle orien­tuję się, że na ławce przy pia­skow­nicy sie­dzi mama, wygląda na nie­szczę­śliwą. Spo­glą­dam na nią, a ona na mnie, jed­nak nie ma nic, co mogły­by­śmy powie­dzieć lub zro­bić, żeby do sie­bie dotrzeć. Roz­kła­dam bez­sil­nie ręce: gdzie mam nazbie­rać przy­lasz­czek? Przez całe życie nie widzia­łam w Bot­kyrka ani jed­nej przy­laszczki, zwłasz­cza w grud­niu. Gdy­bym była zmu­szona tutaj zostać i na­dal być córką Kri­stin, ni­gdy nie byłoby mnie stać na zakup całego tortu tru­skaw­ko­wego. Taka jest prawda. Tak to wygląda.

Roz­glą­dam się. Jakiś maluch zosta­wił w pia­skow­nicy czer­wony kube­łek, na wygię­tej powierzchni zjeż­dżalni leży wąska wstążka żwiru. Wszystko jak zawsze. Tylko w sypialni mamy na górze pali się świa­tło i widzę, jak Sally ściąga zasłony, jak je otrze­puje, wzbi­ja­jąc tumany kurzu, a potem składa w równe kwa­draty. Przez cały czas poru­sza ustami.

- Śpiewa - mówię w końcu do mamy. - Twoja sio­stra Sally cią­gle śpiewa.

Mama nic nie odpo­wiada, tylko wstaje i odwraca się do mnie ple­cami. Odcho­dzi. Przez chwilę patrzę za nią, dopóki nie roz­pły­nie się w ciem­no­ści, a potem idę w stronę swo­jej sta­rej klatki scho­do­wej i po raz ostatni otwie­ram drzwi, żeby wejść do środka.

Posprzą­ta­nie wszyst­kiego zajęło zale­d­wie parę godzin. Kiedy skoń­czy­ły­śmy, usia­dłam obok Sally w małej wyna­ję­tej cię­ża­rówce i poje­cha­ły­śmy do Arviki. Za nami iskrzyły się ozdoby cho­in­kowe w Alby Cen­trum, ale nie chcia­łam patrzeć wstecz. W Bot­kyrka nie było niczego, za czym mogła­bym tęsk­nić.

***

Wczo­raj też padało. Pada od tygo­dni.

Kiedy pod domem wysia­dłam z samo­chodu, popa­trzy­łam w stronę hory­zontu. Żółta smuga znik­nęła, ciem­no­szare niebo pochy­lało się ciężko nad wodą. Nagle poczu­łam, jak bar­dzo nasą­czona jest zie­mia, kalo­sze zanu­rzyły się i utknęły w czymś, co przed mie­sią­cem było traw­ni­kiem. Zasta­na­wia­łam się pospiesz­nie, czy nie poje­chać na par­king przy jezio­rze, ale uświa­do­mi­łam sobie, że i on musi być zalany. Pod­nio­słam prawą nogę, błoto puściło z cmok­nię­ciem, a odcisk stopy natych­miast wypeł­nił się wodą. Świeża trawa, pomy­śla­łam. Posieję tu na wio­snę świeżą trawę...

Nagle wiatr ponow­nie nabrał roz­pędu, naparł na mnie, zerwał mi kap­tur, szarp­nął kurtkę prze­ciw­desz­czową, wydął ją z tyłu jak spi­na­ker, zmu­sza­jąc, bym się zgar­biła. Przy­ci­snę­łam do brzu­cha siatkę z księ­garni i pobie­głam truch­tem do kuchen­nego wej­ścia. Kiedy nie­zdar­nie wycią­ga­łam klucz, szybko zer­k­nę­łam na dom. Przez sekundę zama­rzy­łam, że zoba­czę w oknie Sofię, że będzie tam sie­dzieć, śle­dząc mnie wzro­kiem, że poma­cha ręką, kiedy ja zama­cham do niej. Oczy­wi­ście nie było jej. Precz. Z drogi. Won.

Klucz nie wcho­dził do zamka, mrok był na to zbyt gęsty, maca­łam nie­po­rad­nie ręką, zanim utra­fi­łam w dziurkę. Mój, prze­le­ciało mi przez głowę, kiedy naci­ska­łam klamkę sztyw­nymi z zimna pal­cami. Mój dom. Moja restau­ra­cja. Zawsze tak myśla­łam, otwie­ra­jąc te drzwi, rów­nież w cza­sach, gdy nie były to ani mój dom, ani moja restau­ra­cja, kiedy cała ta wspa­nia­łość nale­żała do Sally, a ja byłam zale­d­wie ubogą sio­strze­nicą, tro­chę wycho­wanką. Sally dosta­wała na mnie pie­nią­dze, wie­dzia­łam o tym, bo sły­sza­łam, jak zale­d­wie parę dni po pogrze­bie mamy odwie­dziła nas paniu­sia z opieki spo­łecz­nej. Jed­nak to nie miało zna­cze­nia, moje nowe życie było i tak bez porów­na­nia lep­sze od tego, któ­rym żyłam wcze­śniej. Bar­dzo powoli przy­zwy­cza­ja­łam się do wła­snego pokoju, do cho­dze­nia po szkole do biblio­teki i jazdy auto­bu­sem do domu, do szyb­kiego obiadu na dole w restau­ra­cyj­nej kuchni, a póź­niej do szklanki her­baty z Sally, już po zamknię­ciu. Sally była doro­sła, ale nie przy­po­mi­nała mojej mamy ani żad­nej innej doro­słej osoby, którą zna­łam. Pozwa­lała mi na samo­dzielne decy­do­wa­nie o tym, jak się ubiorę czy ucze­szę, słu­chała, gdy mówi­łam, a kiedy mil­cza­łam, ni­gdy nie robiła mi wyrzu­tów, pozwa­lała dokoń­czyć każdą myśl i samej wybrać, czym chcę się podzie­lić, a co zmil­czeć. Cza­sem zda­rzało się, że i ona mi o czymś opo­wia­dała.

Za pierw­szym razem był stycz­niowy wie­czór, czy­ta­ły­śmy w salo­nie, ona na nie­bie­skiej kana­pie, a ja w wytar­tym skó­rza­nym fotelu. To musiał być ponie­dzia­łek, bo Sally wcze­śnie zamknęła i obiad zja­dły­śmy na górze, w miesz­ka­niu. Potem napa­li­ły­śmy w piecu kaflo­wym, zga­si­ły­śmy górną lampę, sku­li­ły­śmy się każda przy swo­jej lampce i znik­nę­ły­śmy każda w swo­jej książce. Sie­dzia­ły­śmy tak w mil­cze­niu ponad godzinę, a na zewnątrz, wokół bia­łego domu, pano­wała rów­nie cicha zima.

- Nie wie­rzę w to - powie­działa nagle Sally. Pod­nio­słam oczy, sie­działa z pod­ku­lo­nymi nogami. Nic nie odpowie­działam. Nie patrzyła na mnie, na­dal miała otwartą książkę, ale spo­glą­dała w stronę pieca. Może mówiła do sie­bie.

- Nie - potrzą­snęła głową. - Nie. Nie sądzę, że wszystko musi być fatalne tylko dla­tego, że miało się fatalne dzie­ciń­stwo. Naprawdę można stwo­rzyć sie­bie samą. Wiem o tym.

Unio­słam lekko brwi.

- Mia­łaś fatalne dzie­ciń­stwo?

Przez moment była zasko­czona, jakby o mnie zapo­mniała, ale potem się pozbie­rała, zer­k­nęła na mnie i się­gnęła po papie­rosy.

- Chyba tro­chę o tym sły­sza­łaś, co? Od Kri­stin?

- Nie za dużo. Mówiła tylko, że bab­cia ją biła. I uwa­żała, że byłaś roz­piesz­czana.

Sally prych­nęła.

- Och, bzdury. Wcale nie byłam roz­piesz­czana. A bab­cia ude­rzyła ją tylko raz i to dla­tego, że coś ukra­dła, więc na tam­ten poli­czek sobie zasłu­żyła... Nie, w domu nie było fatal­nie. Tylko w mie­ście.

- W mie­ście?

- Tak. Plotki, wiesz...

- Jakie plotki?

- O złej repu­ta­cji babci. Lekko się uśmiech­nę­łam.

- To bab­cia miała złą repu­ta­cję?

Sally wzięła zakładkę, która leżała na sto­liku, i wło­żyła mię­dzy kartki. Rzu­ciła mi szyb­kie spoj­rze­nie.

- Nie wiesz o tym?

Ja też zamknę­łam swoją książkę. Chcia­łam posłu­chać.

- Że bab­cia miała złą repu­ta­cję? Nie. Ni­gdy nie sły­sza­łam o tym ani słowa.

- To Kri­stin ni­gdy o niej nie mówiła?

- No, mówiła, oczy­wi­ście... Tylko że ni­gdy nie powie­działa, że bab­cia miała złą opi­nię. Dla­czego? Co takiego zro­biła?

Sally skrzy­wiła się.

- Dwa razy zaszła w ciążę. Z dwoma róż­nymi face­tami. A nie była mężatką. Wystar­czyło. W tam­tych cza­sach nie potrzeba było wię­cej, żeby otrzy­mać stem­pel takiej, co to... Tak, no takiej, co bie­rze za to pie­nią­dze.

Bie­rze za to pie­nią­dze? Moja bab­cia? Myśl była tak absur­dalna, że nie­mal wybu­chłam śmie­chem. Ta miła, siwo­włosa babu­nia, którą w dzie­ciń­stwie spo­tka­łam zale­d­wie parę razy, zawsze, naprawdę zawsze, co roku wysy­łała mi na uro­dziny pięć­dzie­siąt koron i tyle samo na święta, dosta­wa­łam też od niej uro­cze kar­teczki z kocię­tami i szcze­nia­kami zaadre­so­wane tylko na mnie... Czyżby ona miała być dziwką?

- Nie rób takiej zszo­ko­wa­nej miny - powie­działa Sally. - To nie była prawda. Zwy­kłe pie­prze­nie, wszystko razem. Tylko że było to pie­prze­nie, z któ­rym Kri­stin i ja musia­ły­śmy żyć. W tam­tych cza­sach były­śmy bękar­tami. Jesz­cze nie weszły­śmy w okres doj­rze­wa­nia, a już spo­dzie­wano się, że pój­dziemy w ślady babci.

- Naprawdę?

- Jasne, że naprawdę. Dziwi mnie, że o tym nie sły­sza­łaś. Kri­stin cią­gle o tym gadała. Przy­naj­mniej do czasu, kiedy sama zaszła w ciążę.

Teraz była bli­sko tematu, któ­rego poru­sze­nie sta­ra­łam się jej bez­gło­śnie wyper­swa­do­wać. Zde­cy­do­wa­nie zbyt bli­sko. Zaczę­łam gwał­tow­nie trzeć oko, jakby coś mi do niego wpa­dło. Nie chcia­łam wie­dzieć, kto jest moim ojcem, przy­naj­mniej nie w tej chwili, nie byłam na to przy­go­to­wana. Sally zer­k­nęła na mnie, wyda­wało się, że zro­zu­miała, zacią­gnęła się głę­boko i na nowo wbiła wzrok w ogień.

- Mój ojciec miał na imię Rosso. A może tak go nazy­wano. Poja­wił się u nas w domu parę razy, kiedy byłam mała. Był piju­sem. Okre­sowo porząd­nie chlał, ale poza tym był miły. Przy­naj­mniej dla mnie. Uto­pił się, gdy mia­łam sie­dem lat.

- Uto­pił?

- Tak. To zna­czy tak mi powie­dziano. Nie wiem. Ale wydaje się to dość logiczne. Trzech pija­ków, któ­rzy wybrali się na ryby w małej łódeczce...

Zamil­kła, a ja spu­ści­łam oczy na trzy­maną na kola­nach książkę. Na okładce był męż­czy­zna. Odwró­cony ple­cami. - To kim w takim razie był tata mamy? - zapy­ta­łam w końcu. - Mój dzia­dek? Sally wzru­szyła ramio­nami.

- Nie wiem. Nikt nie wie. Bab­cia ni­gdy tego nie powie­działa, cho­ciaż na nią naci­skano... W tam­tych cza­sach każde dziecko uro­dzone poza mał­żeń­stwem miało opie­kuna spo­łecz­nego, dla któ­rego jedną z naj­waż­niej­szych spraw było dowie­dze­nie się, kto jest ojcem. Jed­nak babka mil­czała jak głaz. Nie pisnęła sło­wem, kim był. Więc...

Zacią­gnęła się głę­boko, a potem powoli wypu­ściła dym. - Można z tego wycią­gnąć wnio­sek, że był żonaty. A twoja bab­cia, jako poczciwa dusza, nie chciała go uzie­mić... Na chwilę zapa­dła cisza.

- A co z mamą? - zapy­ta­łam w końcu. - Dowie­działa się kie­dyś, kto to był?

Sally zga­siła papie­rosa.

- Nie sądzę. Kiedy była mała, twier­dziła cza­sem, że wie kto to i że się do niego prze­pro­wa­dzi, ale to były mrzonki... Potem sama zaszła w ciążę. I rów­nie szybko znik­nęła. Co było zresztą nie­głu­pie, bio­rąc pod uwagę, że...

Wsta­łam, szy­ku­jąc się do ucieczki. Udało mi się zacho­wać nie­mal obo­jętny ton głosu, kiedy powie­dzia­łam:

- Więc stwo­rzyła sobie mnie. Sally wstała z uśmie­chem.

- Nie - rze­kła. - Kri­stin cię nie stwo­rzyła. Sama musisz to zro­bić. Możesz być dokład­nie tym, kim chcesz. Oczy­wi­ście pod warun­kiem że odro­bisz lek­cje.

Jej głos uspo­koił mnie. Opa­dły mi ramiona, uśmiech­nę­łam się.

- Zawsze odra­biam lek­cje, Sally. Dobrze wiesz.

Moje lek­cje były dla Sally ważne. Nie było z tym pro­ble­mów, bar­dzo pil­nie je odra­bia­łam, sta­łam się prze­cież kimś innym. Nie chcia­łam spra­wiać wra­że­nia głu­piej. Chcia­łam na­dal cie­szyć się pre­sti­żem, który towa­rzy­szył mi od pierw­szego dnia w nowej szkole. Było to nie­zwy­kłe, ale zde­cy­do­wa­nie przy­jemne. Prze­cież ni­gdy wcze­śniej nie błysz­cza­łam. Dla­tego trzy­ma­łam się w kącie, bar­dzo uwa­ża­jąc, żeby nikomu nie opo­wie­dzieć, kim naprawdę jestem i jakim życiem dotąd żyłam. Na wszyst­kie pyta­nia odpo­wia­da­łam lako­nicz­nie, z nie­przy­stęp­nym uśmie­chem, ale za to bar­dzo uważ­nie przy­glą­da­łam się szkol­nym zna­jo­mym, ucząc się, co jest uzna­wane za dobre, a co za złe.

Dobrze było być córką leka­rza, ale być synem kogoś, kto posiada fabrykę lub wielki mają­tek - jesz­cze lepiej. Oczy­wi­ście pod warun­kiem, że czło­wiek taki potra­fił wypeł­nić swój sta­tus spo­łeczny wła­ściwą tre­ścią. Brzydka córka leka­rza się nie liczyła, więc ruda Alice była w kiep­skiej sytu­acji, cho­ciaż jej tata był ordy­na­to­rem. Podob­nie Pon­tus, który wpraw­dzie miał pew­nego dnia odzie­dzi­czyć wielki mają­tek, nie­mal dwór, ale pomimo skoń­czo­nych pięt­na­stu lat nie wszedł jesz­cze w okres doj­rze­wa­nia.

Tym­cza­sem Jeanette mogła rekom­pen­so­wać sobie gów­nianą pracę taty, który był stró­żem, nie­skoń­cze­nie piękną kar­na­cją (brą­zowe oczy, ciem­no­blond włosy i brzo­skwi­niowa skóra), a Anders zyskał pewne powa­ża­nie iro­nią, sar­ka­zmem i ogól­nie inte­lek­tu­al­nym sty­lem, mimo że w ogóle nie miał ojca, a jego matka pra­co­wała jako zwy­kła eks­pe­dientka w spo­żyw­czym. Zarówno Jeanette, jak i Anders krzy­wili się na szkolne jedze­nie i pod­czas każ­dej prze­rwy na lunch cho­dzili do cukierni Ritz razem z super­paczką wybrań­ców - synów i córek, któ­rzy mieli zarówno rodzica dyrek­tora, den­ty­stę czy archi­tekta, jak i wygląd oraz umie­jęt­ność ubra­nia się dokład­nie tak, jak powinno się ubie­rać i wyglą­dać. W pierw­szym roku w Arvice nie byłam ani razu w Ritzu, choć Anders i Jeanette naprawdę mnie tam zapra­szali. Ostat­niego dnia przed świę­tami sta­łam na kory­ta­rzu obok swo­jej szafki, kiedy nagle poja­wiła się Jeanette i zadała mi owo magiczne pyta­nie. Czy mam ochotę iść na ciastko do Ritza? Sekundę potem stał obok nas krzywo uśmiech­nięty Anders.

Oczy­wi­ście pod warun­kiem, że wytrzy­masz dym, bo w piw­nicy kawiarni widocz­ność jest gor­sza niż pod Lützen1, cha, cha. W pierw­szej chwili nie­mal dałam się sku­sić, cho­ciaż wie­dzia­łam, dla­czego mi to pro­po­nują, rozu­mia­łam, że chcą się jedy­nie o mnie poocie­rać, by odro­bina magicz­nego sztok­holm­skiego pyłu, który mnie pokry­wał, mogła bły­snąć także na ich bar­kach. Jed­nak potem miło się uśmiech­nę­łam i odpowie­dzia­łam, że byłoby faj­nie, ale nie­stety naprawdę obie­ca­łam swo­jej ciotce Sally, że zała­twię coś dla niej w mie­ście. Może innym razem? Uśmiech­nęli się nie­wy­raź­nie, mówiąc, że tak, no tak, oczy­wi­ście innym razem. Jed­nak ni­gdy wię­cej mnie nie zapro­sili.

Moja pozy­cja spo­łeczna była dość nie­pewna. To, że byłam sie­rotą, powo­do­wało trud­no­ści w umiesz­cze­niu mnie w szkol­nych hie­rar­chiach, a trzy­ma­nie się z boku i mil­cze­nie na temat wcze­śniej­szego życia, czy­niło mnie tak tajem­ni­czą, że budzi­łam iry­ta­cję. Myślę, że jakieś kole­żanki z klasy - może Helena i ewen­tu­al­nie Johanna, które pocho­dziły z rodzin miesz­ka­ją­cych od wielu poko­leń w Arvice - pró­bo­wały oży­wić dawne plotki o repu­ta­cji mojej babci, ale z mar­nym skut­kiem. Zmie­niły się czasy, a poza tym mia­łam Sally, która była znana w całym mie­ście dzięki wyjąt­kowo dobrze pro­spe­ru­ją­cej restau­ra­cji i coraz więk­szemu kontu w banku. Gdy­bym była jej córką, pla­so­wa­łoby mnie to wyżej od dziew­czyn, któ­rych rodzice pro­wa­dzili sklep, i tuż za chło­pa­kami mają­cymi odzie­dzi­czyć małą fabryczkę. Nie­mniej pocho­dzi­łam z rodu samot­nych matek i gdyby Sally była moją matką, w dodatku matką samotną - a cze­goś innego nie mogłam sobie wyobra­zić - to spa­dła­bym przez to w dół o kilka szcze­bli. Nie byłam jed­nak jej córką, tylko sio­strze­nicą, a jeśli cho­dzi o face­tów, to Sally była nie­ty­kalna. Wpraw­dzie nie­ustan­nie uśmie­chała się zapra­sza­jąco i krę­ciła bio­drami, ale nikt ni­gdy nie widział, żeby szła z jakimś pod ramię i ni­gdy nie przy­tu­lała się do nikogo na wie­czor­kach tanecz­nych dla doj­rza­łej mło­dzieży.

- Boję się tylko jed­nego - powie­działa kie­dyś, gdy popi­ja­ły­śmy naszą wie­czorną her­batę. - Żeby ludzie nie nazwali mnie napa­loną na chło­pów. Bar­dzo się pil­nuję.

- Dla­czego?

- W tym mie­ście ludzie nie są przy­jemni dla takich napa­lo­nych kobiet.

- Coś im robią? Wykrzy­wiła się.

- Plot­kują. A to nie jest dobre dla inte­re­sów. Twoja mama...

Przy­mknę­łam oczy i to wystar­czyło, żeby prze­rwała. Minęła chwila, zanim znów zaczęła mówić. Teraz się uśmie­chała:

- Poza tym według mojego doświad­cze­nia faceci wię­cej kosz­tują, niż sma­kują. Pomyśl o tym. Bo tyczy się to też chłop­ców.

Przez głowę prze­le­ciało mi wspo­mnie­nie. Ulrika i ja z paczką moto­ro­we­rzy­stów z Bot­kyrka... Ich ręce. Prze­tłusz­czone włosy. Zapa­chy. Wygię­łam się cała, żeby odsu­nąć od sie­bie wspo­mnie­nie twar­dych pal­ców grze­bią­cych mię­dzy moimi udami.

- Nie znam tu żad­nych chło­pa­ków. Nie ma pro­blemu.

Sally wypiła łyk her­baty.

- Dobrze. Bądź tylko ostrożna.

Byłam ostrożna. Tak bar­dzo, że w cza­sie pierw­szego roku w Arvice zro­bi­łam się naprawdę samotna. W dro­dze do szkoły sie­dzia­łam w auto­bu­sie sama i rów­nie samot­nie wra­ca­łam do domu. Wypo­ży­cza­łam książkę za książką z biblio­teki, bar­dzo pil­nie odra­bia­łam lek­cje i godzi­nami pra­so­wa­łam nowe bluzy, T-shirty i bie­li­znę, robi­łam też sta­ranny mani­kiur i pre­cy­zyj­nie nakła­da­łam maseczki. Przez cały czas myśla­łam, zasta­na­wia­łam się, roz­trzą­sa­łam. Czy naprawdę nie tęsk­nię za mamą? Nie. Nie mogłam tego poczuć, bez względu na to, jak głę­boko w sobie szu­ka­łam. Czy naprawdę wolę Sally od wła­snej matki? Może. Jeśli tak, to czemu? Czy tylko dla­tego, że dała mi wła­sny pokój i masę ubrań? Czy dla­tego, że zosta­wiała mnie w spo­koju, gdy tego potrze­bo­wa­łam? Tylko dla­czego tak bar­dzo sta­rała się trzy­mać mnie na dystans? Czy w głębi duszy wie­działa, że jestem obrzy­dliwą osobą, nędzną istotą, która nie potrafi nawet opła­ki­wać wła­snej mamy? Tchó­rzem, bo nie mam odwagi roz­ma­wiać o ojcu, ani nawet dowie­dzieć się, kim był i jak się nazy­wał? Dla­czego śnił mi się każ­dej nocy, chore sny o tym, jak nad­la­tuje niczym ste­ro­wiec, nagle obniża się nade mną, otwiera brzuch i mnie w nim chowa? Chore. Kom­plet­nie obłą­kane. Kto kie­dy­kol­wiek sły­szał o ojcu, który cho­dzi z dziec­kiem w brzu­chu? "Co?! Osza­le­jęz­to­bą­cho­ler­ny­stuk­nię­ty­dzie­ciaku!"

I dla­czego tak czę­sto czu­łam się nie­szczę­śliwa? Nie potra­fi­łam tego pojąć. Prze­cież wszystko się tak dobrze ukła­dało. Mia­łam jedze­nie i ubra­nia, wła­sny pokój. Byłam nie­mal naj­lep­sza w kla­sie. Nie opła­ki­wa­łam matki. Mia­łam gdzieś ojca, tak jak i on miał gdzieś mnie. Tylko dla­czego tak czę­sto chciało mi się ryczeć? "Bez­po­wo­du­bo­tyl­ko­cho­ler­nie­się­nad­so­bą­roz­czu­lasz­ma­rudo! Ale­to­nie­cie­biesz­ko­da­są­prze­cie­żi­ta­cy­co­nie­żyją! Sły­szysz! Cho­ler­nie­praw­dzi­wieu­marli!"

Nie byłam nie­szczę­śliwa. Byłam ładna, fascy­nu­jąca i zdolna. Codzien­nie rano wsta­wa­łam na tyle wcze­śnie, żeby zdą­żyć się ubrać i sta­ran­nie uma­lo­wać, przy śnia­da­niu powta­rza­łam pracę domową, a potem ze sple­cio­nymi dłońmi sie­dzia­łam w auto­bu­sie jadą­cym do Arviki, usi­łu­jąc nie patrzeć na cią­gnący się wzdłuż drogi las, który kusił mnie ciem­no­ścią i obiet­nicą, że może mnie uni­ce­stwić. Na dzie­dzińcu szkol­nym od razu ucie­ka­łam spoj­rze­niem, jeśli popa­trzył na mnie jakiś chło­pak. Odwra­ca­łam wzrok i szybko prze­jeż­dża­łam ręką po wło­sach, a potem spie­szy­łam się do wej­ścia. Pod­czas prze­rwy na lunch rów­nie szybko masze­ro­wa­łam w prze­ciw­nym kie­runku. Mia­łam prze­cież sprawy do zała­twie­nia, rze­czy, w któ­rych muszę pomóc ciotce Sally. Naj­czę­ściej był to po pro­stu list czy dwa do wysła­nia, "oszukanelistyboprze­cieżtaknaprawdęniemusisz nicze­go­Sal­ly­wy­sy­łać­ty­cho­ler­na­gów­nia­ro­gów­niaro". Szłam jak naj­da­lej, mija­jąc jedną, potem drugą skrzynkę pocz­tową, by póź­niej biec z powro­tem do szkoły, żeby się nie spóź­nić.

Któ­re­goś dnia pod­czas takiego spa­ceru zoba­czy­łam cie­bie. Cie­bie i two­jego syna.

To była wio­sna, parę dni przed feriami wiel­ka­noc­nymi. Wyszłaś ze sklepu Arvika - Rze­mio­sło Arty­styczne, tak się nazy­wał, spoj­rza­łaś na mnie prze­lot­nie. Pozna­łaś mnie. Wiem, że tak, bo na chwilę przy­sta­nę­łaś, a potem zro­bi­łaś jesz­cze krok i odwró­ci­łaś się do blon­dyna, który wyszedł za tobą. To był twój syn. Dag Tynne. Męż­czy­zna, który w wiel­kiej poko­rze wyrzu­cił z nazwi­ska małe ary­sto­kra­tyczne "af".

Też od razu go roz­po­zna­łam. To był ten facet z tele­wi­zora, z któ­rym zwy­kła roz­ma­wiać mama. Męż­czy­zna robiący wywiady z lau­re­atami Nagrody Nobla. Pro­wa­dzący kilka nie­zmier­nie wyra­fi­no­wa­nych pro­gra­mów roz­ryw­ko­wych. Mający - co pod­kre­ślali recen­zenci tele­wi­zyjni - nie­mal magiczną zdol­ność docie­ra­nia do widzów. Teraz stał ubrany w jasno­szary płaszcz i uśmie­chał się do cie­bie swym olśnie­wa­ją­cym tele­wi­zyj­nym uśmie­chem. Potem obró­cił się wokół wła­snej osi, żeby owym uśmie­chem olśnić całą Arvikę.

Mój ojciec. Tata.

Może się w cie­bie wro­dzi­łam. Tak sądzę. Nie odwza­jem­ni­łam jego uśmie­chu, tylko sku­li­łam się, powstrzy­mu­jąc mdło­ści, które szybko pod­cho­dziły mi do gar­dła, a potem wypro­sto­wa­łam plecy i prze­ci­snę­łam się obok was. Musnę­łam cię nawet, mój łokieć dotknął two­jego ele­ganc­kiego wio­sen­nego płasz­cza.

- Ojej! - powie­dział za moimi ple­cami Dag Tynne. Potem roze­śmiał się, a ty zawtó­ro­wa­łaś mu pustym chi, chi. Nie wie­dział, kim jestem. Za to ty wie­działaś.

Nie obej­rza­łam się. Pobie­głam truch­tem, po chwili odkry­łam, że minę­łam nie jedną skrzynkę na listy, ale trzy. Wszystko jedno. Było mi naprawdę wszystko jedno.

- Źle się czu­jesz? - zapy­tała Sally, kiedy weszłam do restau­ra­cji parę godzin przed cza­sem.

- Tak - odpo­wie­dzia­łam. - Jest mi nie­do­brze...

- Naj­le­piej, jak pój­dziesz się poło­żyć. Po lun­chu przyjdę na górę.

Nie odpo­wie­dzia­łam, kiw­nę­łam tylko głową i prze­szłam przez kuch­nię z przy­mknię­tymi oczami, nie mówiąc dzień dobry nikomu z pra­cow­ni­ków. Pchnę­łam drzwi do szatni znaj­du­ją­cej się obok kuchni i wbie­głam po scho­dach. Ręką przy­trzy­my­wa­łam usta. Naprawdę było mi nie­do­brze.

"Pie­przo­na­ma­ruda!"

Dzi­siaj, w desz­czowe popo­łu­dnie wiele lat póź­niej, wszyst­kie głosy już we mnie uci­chły, pod sufi­tem w bar­dzo upo­rząd­ko­wa­nej szatni z bla­do­żół­tymi ścia­nami świeci biała lampa, jedne białe drzwi pro­wa­dzą do restau­ra­cyj­nej kuchni, a dru­gie do toa­lety. Zer­kam na schody po lewej stro­nie, można po nich wejść do miesz­ka­nia na pię­trze. Mojego miesz­ka­nia. Albo raczej mojego i Sofii. Czy zej­dzie na dół? Czy moja córka kie­dy­kol­wiek jesz­cze zej­dzie tymi scho­dami?

- Dom - mówię na głos, ścią­ga­jąc kurtkę prze­ciw­desz­czową. - Jestem w domu.

Na chwilę nie­ru­cho­mieję. Nie roz­ma­wiaj z samą sobą! Doprawdy, ileż razy muszę to sobie jesz­cze powtó­rzyć! Rzu­cam wście­kłe spoj­rze­nie wła­snemu odbi­ciu w lustrze i otrzy­muję rów­nie wście­kłe w odpo­wie­dzi, wcią­gam powie­trze i zamy­kam oczy, przy­go­to­wu­jąc się do ode­gra­nia roli sie­bie samej. Zado­wo­lo­nej. Oży­wio­nej. Ale nie­skłon­nej do żar­tów. Odsta­wiam swoją pozę damy, która jest prze­ra­żona wła­snym odbi­ciem w lustrze. Grrrrr! Faj­nie. Bar­dzo faj­nie. Jestem cho­ler­nie fajną osobą. W następ­nej sekun­dzie popy­cham drzwi do kuchni i rzu­cam pla­sti­kową torbę na blat.

- Cześć!

Mam zachryp­nięty głos, który zawsze dono­śnie sły­chać w wyło­żo­nym kafel­kami wnę­trzu. Brzmię jak stara palaczka, cho­ciaż przez całe życie ani razu się nie zacią­gnę­łam. Za to miesz­ka­łam z mamą, któ­rej ni­gdy nie widy­wało się bez papie­rosa w kąciku ust, a potem z Sally, która paliła za dwóch, zanim w końcu powa­lił ją rak płuc, prze­kształ­ca­jąc mnie z peł­nej wąt­pli­wo­ści samot­nej matki w przed­się­bior­czą dzie­dziczkę i sze­fową przy­droż­nej restau­ra­cji.

- Cześć - odpo­wiada Anette, nie odwra­ca­jąc się do mnie. Jej głos jest znacz­nie czyst­szy. Wątły, mogłaby sama powie­dzieć, gdyby kie­dy­kol­wiek przy­szło jej do głowy, że głos można opi­sać tymi samymi sło­wami, co wygląd. Cała wydaje się wątła. Jest taka szczu­pła, blada i popie­la­to­blond. Nie­mal jej nie widać, co zresztą mogłoby być mądrą stra­te­gią dla kobiety w związku mał­żeń­skim z pija­kiem, ale w przy­padku Anette, nie­stety, nie jest zgodne z rze­czy­wi­sto­ścią. Wygląda sła­bo­wi­cie, ale ma szkie­let z tytanu. Wszystko wytrzyma, wszystko prze­trwa, jest uro­dzoną zwy­cięż­czy­nią, choć wola­łaby dać się zabić niż się do tego przy­znać. Sama uważa, że jest kru­cha. Wręcz słaba. Teraz stoi z ple­cami lekko pochy­lo­nymi nad zle­wem, w pozy­cji, która ma wzbu­dzać litość. Nad Anette trzeba się zawsze bar­dzo uża­lać. Mówiąc szcze­rze, w ciągu pięt­na­stu lat jej pracy w gospo­dzie U Sally każ­dego dnia było mi jej szkoda.

- Są jacyś goście? - zapy­ta­łam, otwie­ra­jąc drzwi do zamra­żarki z mię­sem. Prze­su­nę­łam wzro­kiem po prze­peł­nio­nych pół­kach, pró­bu­jąc się powstrzy­mać od jęk­nię­cia z zado­wo­le­nia, czego jestem zawsze bli­ska, gdy zaglą­dam do moich prze­ła­do­wa­nych chłodni. Jedze­nie. Mam tyle jedze­nia, że mogły­by­śmy z Sofią prze­żyć nie­sa­mo­wi­cie długo, niczego nie doku­pu­jąc. Anette wes­tchnęła w odpo­wie­dzi:

- Nie. Ani jed­nego.

Pozwo­li­łam, żeby drzwi się zatrza­snęły, ukry­wa­jąc mój skarb, i wzru­szy­łam ramio­nami.

- Nic dziw­nego. Połowa mia­sta zamknięta. Na uli­cach przy jezio­rze jest nie­mal metr wody, a na rynku trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów. Cały czas przy­biera. To tylko kwe­stia czasu, zanim cał­kiem zaleje szosę.

Anette była prze­ra­żona, aż zasło­niła ręką usta, cho­ciaż powinna się była na to przy­go­to­wać, bo woda przy­bie­rała prze­cież od paru dni.

- Naprawdę?

Opar­łam się o blat, się­gnę­łam do torby i wyję­łam nową książkę. Pogła­ska­łam ręką lśniącą okładkę. Może się ucie­szy. Moja Sofia.

- Tak. Mówili w radiu, że jest też kwe­stią czasu, kiedy zatrzy­mają ruch auto­bu­sowy.

- O mój Boże! To jak ja wrócę wie­czo­rem do domu? Teraz nale­żało się już nad nią ogrom­nie lito­wać. Obiema rękami chwy­ciła się za gar­dło. Kiw­nę­łam głową w stronę tele­fonu.

- Zadzwoń do komu­ni­ka­cji miej­skiej i sprawdź... Możesz iść, kiedy chcesz, jest, jak jest.

Oczy Anette zwę­ziły się, a głos nagle nabrał mocy. - Potrą­cisz mi z pen­sji?

Ukry­łam uśmiech, zer­ka­jąc na książkę i jesz­cze raz gła­dząc dło­nią okładkę. Spodoba się Sofii. Byłam tego pewna.

- Nie - odpo­wie­dzia­łam. - Nie potrącę ci z pen­sji. Anette zło­żyła ręce na pier­siach.

- Mogę poży­czyć twoje kalo­sze? Pod­nio­słam oczy.

- Nie. Nie możesz. Są mi potrzebne.

Anette wypro­sto­wała plecy. - Masz prze­cież kilka par...

Miała na myśli buty Sofii. Ta cho­lerna baba miała czel­ność powie­dzieć, że chce wziąć kalo­sze Sofii! Odwró­ci­łam się, żeby scho­wać książkę do pla­sti­ko­wej torby, pró­bu­jąc przy tym się uspo­koić.

- Nie - odpo­wie­dzia­łam, bar­dzo wyraź­nie wyma­wia­jąc to słowo. - Tak naprawdę to nie mam.

- Aha. Nie masz - rze­kła cierpko.

Zapa­no­wa­łam nad wyra­zem twa­rzy i bio­rąc się pod boki, ponow­nie odwró­ci­łam w jej stronę, popa­trzy­łam na nią.

- Nie - powtó­rzy­łam. - Tak naprawdę to nie mam. Anette spu­ściła wzrok. Potem wes­tchnęła.

- To nie mogę poje­chać do domu. Sta­łam w miej­scu, jak zasty­gła.

- Rób, jak chcesz.

Anette znowu wes­tchnęła, pró­bo­wała nawet, żeby zabrzmiało to jak chlip­nię­cie. Jakby mnie to mogło obejść.

- No, cóż - powie­działa z lek­kim drże­niem w gło­sie. - Made­le­ine jest u mamy. W sumie nic się nie sta­nie.

Made­le­ine to jej dzie­wię­cio­let­nia córka. Nie­mal cią­gle zostaje u babki, co sta­nowi pocie­sze­nie dla nas, któ­rzy znamy mał­żeń­stwo Anette. Jej mąż, Sonny Karls­son, to nie­ule­czalny alko­ho­lik. Przy­ci­snę­łam torbę do piersi.

- Nie. Na pewno nic się nie sta­nie. Potem poszłam do jadalni.

Wszystko było na swoim miej­scu. Stare stoły z ciem­nego drzewa, kupione kie­dyś przez Sally na jakichś wyprze­da­żach. Zaku­pione na tych samych wyprze­da­żach i sta­ran­nie wypo­le­ro­wane mosiężne świecz­niki stały dokład­nie pośrodku wykroch­ma­lo­nych bia­łych ser­we­tek słu­żą­cych za obrusy. W kaflo­wym piecu nie pło­nął ogień, mosiężne drzwiczki były zamknięte. Brudne naczy­nia zostały pozbie­rane, w oknach paliły się małe lampki, przy barze pię­trzyły sta­ran­nie poukła­dane tace, a w nie­bie­skich pla­sti­ko­wych pudeł­kach pełno było świeżo wymy­tych szkla­nek i bia­łych fili­ża­nek. Wła­snej roboty babeczki z mali­nami leżały sta­ran­nie poukła­dane w rząd­kach, a obok nich kilka świe­żych kana­pek. Wzię­łam jedną z serem i szynką, nala­łam sobie fili­żankę kawy i zanio­słam do sto­lika przy oknie. Mogłam tam posie­dzieć, bo poja­wie­nie się gości było mało praw­do­po­dobne. Chcia­łam oddać się swemu nie­gdyś ulu­bio­nemu zaję­ciu. Poroz­ko­szo­wać się desz­czem.

Kiedy byłam w liceum, lubi­łam takie dni, ciemne, jesienne dni, kiedy nie było gości i sły­szało się jedy­nie dzwo­nie­nie desz­czu o szyby. Bra­łam do restau­ra­cji książkę i sie­dzia­łam sobie sama, w ciszy. Jeżeli było naprawdę ciemno, czarno jak nocą, cza­sem dało się zoba­czyć jedno lub dwa świa­tła stat­ków prze­su­wa­ją­cych się po jezio­rze. Lubi­łam te świa­tła, pobu­dzały moją wyobraź­nię. Któ­re­goś dnia, myśla­łam, ja też popłynę w dal, przejdę po pomo­ście z bia­łym mary­nar­skim wor­kiem na ramie­niu, rzucę go na pokład, potem sta­tek odcu­muje i powie­zie mnie jezio­rem Gla­fs­fjor­den i dalej, w stronę wód Vänern. Wśliź­niemy się na rzekę Göta i wkrótce będziemy już w cie­śni­nie Kat­te­gat z dzio­bem zwró­co­nym na pół­nocny zachód i Atlan­tyk. I nikt, ani jeden czło­wiek w Nowym Jorku, Buenos Aires czy Tokio nie będzie wie­dział, kim jestem...

Poka­zuje to, jaka byłam durna, pomimo świet­nych stopni. Jakby w tam­tych cza­sach kobieta mogła zostać mary­na­rzem. Jakby cała załoga natych­miast nie zastraj­ko­wała w chwili, gdy jakaś dziew­czyna posta­wi­łaby stopę na pokła­dzie, bo baby na statku, a zwłasz­cza baby w zało­dze przy­no­szą pecha. Teraz już to wiem.

Za oknem nie zapa­dły jesz­cze nocne ciem­no­ści, pano­wał jedy­nie mrok. Ciem­no­szare niebo nad jesz­cze ciem­niej­szą wodą. Na jezio­rze nie było widać żad­nych świa­teł. Roz­trop­nie. Taka pogoda powstrzy­muje naj­więk­szych śmiał­ków. Deszcz walił w okna jesz­cze moc­niej niż w szyby samo­chodu przed godziną. Wiatr wył i szar­pał brzozy na dole, nad jezio­rem, biczo­wał krzaki tawuły za oknem i zamie­niał świa­tło latarni na tara­sie przy brzegu w żółte migo­ta­nie. Sztorm nara­stał. Wiało i padało gorzej niż kie­dy­kol­wiek. Dosłow­nie, gorzej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

Byłam cie­kawa, jak to się zaczęło. No bo jak zaczyna się burza? Sofia oczy­wi­ście by to wie­działa, ale nawet przez myśl mi nie prze­szło, żeby ją zapy­tać. Co by to dało? Poza tym, prze­ko­ny­wa­łam pospiesz­nie sama sie­bie, odpo­wie­dzi Sofii nie mają końca. Jeżeli w ogóle decy­do­wała się ze mną roz­ma­wiać, mogła gadać, gadać i gadać godzi­nami, a w związku z tym i ja musia­łam być we wła­ści­wym nastroju, żeby jej słu­chać. Od razu zauwa­żała, gdy tra­ci­łam kon­cen­tra­cję, jeśli mia­łam roz­bie­gane oczy lub prze­le­ciało mi coś innego przez głowę. "Jak ona naprawdę się czuje?" Wtedy jej twarz kur­czyła się i wykrzy­wiała, Sofia odwra­cała się do mnie ple­cami i szła do swego pokoju, zatrza­sku­jąc za sobą drzwi.

Nie wytrzy­muję zamknię­tych drzwi. Wpę­dzają mnie w roz­pacz, despe­ra­cję, wście­kłość. Żadna pustka, żaden dra­mat nie są gor­sze od nie­odwza­jem­nio­nej miło­ści, ale i tak z łatwo­ścią zno­si­ła­bym to wszystko, gdyby cho­ciaż...

Precz. Z drogi. Won.

Sofia. Moja córka. Moja nie­skoń­cze­nie piękna córka. Moja wybit­nie zdolna córka.

Kiedy się uro­dziła, zmie­nił się świat. Ozdro­wiał. Nabrał barw. Ostrzej­szych kształ­tów. Wszyst­kie głosy stały się bar­dziej wyraźne, wszyst­kie gesty zyskały na zna­cze­niu, każdy ton miał głęb­szy sens. Czas też się zmie­nił. Teraz ważna była każda sekunda. Każda minuta. W pierw­szych tygo­dniach godzi­nami sie­dzia­łam przy jej koły­sce, przy­glą­da­jąc się, jak śpi, z napię­ciem śle­dzi­łam każdy jej oddech, każdy wydech... Sally to rozu­miała. Nie uwa­żała, że zwa­rio­wa­łam, jak mówili pra­cow­nicy kuchni, rozu­miała, że Sofia potrze­buje mnie i mojego spoj­rze­nia, żeby chcieć oddy­chać, żeby pozwo­lić bić swo­jemu sercu. Dla­tego przy­no­siła mi na tacy jedze­nie i zastę­po­wała mnie, sia­da­jąc przy koły­sce, kiedy musia­łam wziąć prysz­nic lub pójść do toa­lety, a raz, kiedy zasnę­łam w wikli­no­wym fotelu, pogła­skała mnie po policzku i wyszep­tała, że postawi koły­skę Sofii obok mojego łóżka, żebym w nocy miała ją jak naj­bli­żej. Prze­cież potrze­bo­wa­łam snu. Świeżo upie­czona mama niczego bar­dziej nie potrze­buje niż snu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki