Tego dnia, kiedy chciałam zacząć pisać dla ciebie tę opowieść, mój wzrok padł nagle na mały bawełniany woreczek. Przechowuję w nim wyjątkowy przedmiot - drewniany różaniec. Jest prosty i skromny, ale jego energia jest silna, wibrująca. Powiesiłam go sobie na szyi, choć przecież nigdy go w ten sposób nie noszę. Towarzyszy mi już trzydzieści pięć lat...
Otrzymuję dary
Mam dwanaście lat. Moi rodzice przez długi czas zbierali pieniądze na samochód. Zapisali się na specjalną listę (takie były wtedy czasy) i cierpliwie czekali na przydział. Wreszcie pod naszym blokiem pojawia się wymarzony duży fiat w kolorze kości słoniowej. Jest duma, ekscytacja, ale też ogromny strach mojej mamy za każdym razem, gdy tato siada za kierownicą. Mama ma prawo jazdy, ale boi się prowadzić. Jak się później okazuje, boi się również jeździć jako pasażer.
W każdym razie marzenie o samochodzie się spełniło, a ja mam jeszcze zbyt mało życiowych doświadczeń, aby wiedzieć, że z marzeniami trzeba... uważać. "Dobrze się zastanów, o czym marzysz".
Miesiąc później wracamy z wizyty u mojej cioci, która mieszka za miastem. Jest początek listopada. Po drodze zabieramy "autostopowiczów" - dwoje starszych ludzi, którzy idą z kościoła po niedzielnym nabożeństwie. Pada pierwszy śnieg i nagle pojawia się gołoledź. Samochód wpada w poślizg, nie ma opon zimowych (tak się wtedy jeździło). Jest tak, jakby ktoś potrząsał nami niczym kukiełkami. Lądujemy w rowie, kołami do góry. Wybijam głową szybę.
Gdy otwieram oczy, na białym, świeżym śniegu widzę krew, która płynie z mojej twarzy. Nie straciłam przytomności. Nadjeżdżający samochód zabiera mnie i mamę do szpitala. Nic się jej nie stało - nikomu nic się nie stało, oprócz mnie. Lekarze mówią, że przeżyłam cudem. Wspaniały, cierpliwy chirurg precyzyjnie zszywa moją powiekę porozcinaną szkłem. Następnego dnia mama znajduje w rozbitym aucie dwie rzeczy, które należały do naszych "autostopowiczów": obrazek Matki Bożej Hodyszewskiej (nazywanej Królową Podlasia i Matką Pojednania) i drewniany różaniec. Przynosi mi je do szpitala. Są ze mną do dzisiaj jako moje talizmany, mocno już wysłużone latami podróży.
WIEDZIAŁAM, ŻE MUSZĘ ŻYĆ NAPRAWDĘ! ODWAŻNIE PODĄŻAĆ ZA MARZENIAMI, BO NIE MA CZASU DO STRACENIA.
To doświadczenie, tak trudne dla moich rodziców, dla mnie okazało się bardzo ważne - otrzymałam dary na dalszą drogę życia. Blizna, która pozostała po wypadku, w przyszłości przypominała mi, że życie jest bardzo kruche i bardzo cenne. Wiedziałam, że muszę żyć naprawdę! Odważnie podążać za marzeniami, bo nie ma czasu do stracenia. Dostałam wielki prezent: życie. "Nie zmarnuj go" wciąż tkwiło w mojej głowie.
Drugi dar to świadomość, że niczego nie mogę odkładać na jutro - bo jutra może nie być. Trzeci: nie mogę budować poczucia własnej wartości na wyglądzie, ponieważ jest nietrwały. Kolejny: rany się goją, po nocy przychodzi dzień, a po burzy słońce. Piąty dar to wiara w siłę marzeń - taka, która wykracza poza logikę. Pomimo blizny na oku zostałam przecież modelką i pracowałam na całym świecie!
Za to z pozoru trudne doświadczenie jestem ogromnie wdzięczna. I nigdy nie obwiniałam za nie mojego taty. Przeciwnie - podnosiłam rodziców na duchu, mówiąc, że przecież nic się nie stało. "Wspaniale, że przeżyłam, i wspaniale, że w ogóle mam oko". Bo to prawda. Nauczyłam się widzieć pozytywne strony nawet w dramatach. To również wielki dar.
Od tamtej pory coś popychało mnie, abym doznawała życia w pełni. Nie mogłam się doczekać, aż będę dorosła, aż spakuję walizkę i wyruszę w świat! Jak szalona marzyłam o Nowym Jorku, o drapaczach chmur Manhattanu. Każdej nocy przed snem wyobrażałam sobie, że chodzę Piątą Aleją, mijam żółte taksówki i szczęśliwych, wolnych ludzi. Tamten świat był tak różny od naszej komunistycznej szarości i poczucia beznadziei.
Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to były moje pierwsze, bardzo intuicyjne wizualizacje. Wysyłałam w kosmos ogromne ładunki czystych pragnień, które musiały się stać rzeczywistością. Wiem to dopiero dzisiaj. Wtedy po prostu radośnie wyobrażałam sobie, jak to jest chodzić ulicami sławnej metropolii, uśmiechać się do ludzi i czuć nieograniczoną swobodę.
Wtedy też zaczęłam prowadzić dziennik. Nie opisywałam w nim, co dzieje się wokół mnie, bo nie uważałam, by działo się coś ciekawego. Pisałam o swoich uczuciach - z całego serca pragnęłam przeżyć życie ekscytujące, głębokie, jedyne w swoim rodzaju.
Dzisiaj już wiem, że moje pisanie również było bardzo intuicyjną, zupełnie jeszcze nieuświadomioną, głęboką pracą nad sobą - a jednocześnie kreacją mojego świata. Moje pisanie nie tylko pomagało mi ułożyć w sobie uczucia, ale również projektować scenariusze mojego życia, wtedy jeszcze chaotyczne. Dzienniki towarzyszyły mi zawsze, także w podróżach. Tak jest do dzisiaj. Mając pod ręką zeszyt i długopis, czuję się bezpieczna w każdej przestrzeni. Nawet doświadczając zupełnej samotności, zawsze mam z kim pogadać.
W domu moich rodziców nadal schowane są wielkie tekturowe pudła pełne moich zapisków, notatek, listów, wierszy i rysunków. Nie wracam do nich. Ciągle idę do przodu.
Jestem prowadzona
Wtedy, tego listopadowego wieczoru, obudziła się we mnie głęboka wiara w duchowe wsparcie, w opiekę - w boskie przewodnictwo. Wielokrotnie byłam potem wystawiana na próbę. Ciągle na nowo szukałam Boga.
Kiedy byłam mała, pragnęłam zostać księdzem. Doskonale pamiętam dzień, gdy ustrojona w długi szalik, który udawał stułę, z okrągłym ciastkiem w dłoni bawię się w odprawianie mszy. Jest właśnie moment podniesienia, do pokoju wchodzi mama:
- Co robisz, kochanie? - pyta, patrząc na mnie zdumionym wzrokiem.
- Odprawiam mszę. Jak będę duża, zostanę księdzem! - odpowiadam lekko zawstydzona, ale ze szczerym entuzjazmem.
- Ależ, skarbie, to niemożliwe. Tylko mężczyzna może być księdzem - mówi zmartwiona.
- Dlaczego?! Ja tak nie chcę! - protestuję.
- Nie wiem dlaczego, ale tak to już jest.
Już wtedy byłam wewnętrznie rozdarta. Pamiętam z czasów podstawówki katechetkę, kobietę głęboko sfrustrowaną, która chodziła po klasie z metalową linijką w ręku. Jeśli uznała zachowanie jakiegoś dziecka za niewłaściwie, wymierzała mu karę - biła linijką po rękach. Jedni rozcierali czerwone, obolałe od uderzeń dłonie, inni przez godzinę katechezy bali się oddychać ze strachu, że mogą stać się ofiarą tego niezrozumiałego ataku. Bóg jest dobry, Bóg jest miłosierny... Kto miałby w to uwierzyć! Czułam, że coś jest nie tak. Byłam pewna, że Bóg nie mógł być z tego zadowolony...
Mam trzynaście, może czternaście lat. Podczas niedzielnej mszy młodzi ludzie z gitarą śpiewają piękną pieśń. Nie znam jej. Poruszają mnie jej wzniosłe słowa, jej melodia. Dziś myślę, że to była jedna z tych chwil, kiedy ktoś lub coś dotyka samego środka twojej duszy. To było jak powiew świeżego powietrza!
Spływało na mnie słodkie, radosne uczucie. Jakaś błogość. Chciałam śpiewać razem z nimi. Poczułam ogarniające mnie miłość i spokój. Uniesienie. Jakby otulało mnie błogosławieństwo. Postanowiłam za tym pójść. Natychmiast! Właśnie takich uczuć pragnęłam doznawać.
Najpierw myślałam tylko o chórze, ale wkrótce z zapałem brałam udział we wszystkich spotkaniach grupy oazowej. Codziennie czytałam i analizowałam Pismo Święte, bardzo lubiłam poznawać żywoty świętych. Spędzałam dużo czasu, śpiewając w scholi. Modliłam się, serdecznie, głęboko. Przychodziło ukojenie. Było wtedy inaczej niż w smutnym kościele pełnym cierpienia. Tu Bóg stawał się bliski, dobry, pełen akceptacji - i ja takiego Go doświadczałam. O tym, że nas prowadzi, przekonałam się podczas pierwszego wakacyjnego wyjazdu z Oazą.
Znalazłam się w Pieninach. Zaraz po przyjeździe ja i kilka innych dziewczyn pod opieką osiemnastoletniej animatorki wybrałyśmy się na spacer. Szłyśmy przez las, wdychając oszałamiający zapach drzew. Beztroskie, rozgadane, nie zwracałyśmy uwagi na drogę. Zbliżał się czas powrotu, musiałyśmy zdążyć na kolację. Zorientowałyśmy się, że nie mamy pojęcia, gdzie jesteśmy i którędy wrócić. Nie wzięłyśmy mapy, telefony komórkowe z nawigacją wtedy nie istniały, nawet w naszej wyobraźni. Nikogo też nie poinformowałyśmy, że wychodzimy. Zapadał zmrok, robiło się coraz chłodniej. Ile czasu upłynie, zanim ktoś nas tu znajdzie?
Nasza opiekunka, coraz bardziej przestraszona, zaczyna cicho się modlić. Idziemy za nią. Pojawia się kolejne rozwidlenie. Dziewczyna się zatrzymuje, wybiera jedną z dróg. "Będzie dobrze", mówi. "Ach, akurat!", odpowiada mój wewnętrzny sceptyk. Animatorka prosi nas, byśmy stanęły w kręgu i z ufnością, po cichu się pomodliły. Wokół słychać szum wiatru, drzewa lekko falują... Czuję, jak cały świat oddycha w jednym rytmie. Jesteśmy skupione na modlitwie. Nagle zaczynam odczuwać naszą wspólną energię, która spływa na nas niczym światło. Jeśli można jakąś chwilę nazwać magiczną - ta taka była!
Dziewczyna otwiera na chybił trafił Pismo Święte, które cały czas niosła ze sobą (nic innego nie zabrałyśmy, nawet odrobiny wody!). Czyta na głos: "Idźcie tą drogą. Ta droga jest właściwa". Jesteśmy oszołomione, a nawet porażone.
Poszłyśmy tą drogą w milczeniu. Mój umysł stale pytał: "Czy to prawda? Czy można temu zaufać?". Ale moja dusza była już spokojna. Doszłyśmy prosto do celu, zdążyłyśmy na kolację. Nikt nawet nie zauważył naszego zniknięcia.
W tamtym czasie z całych sił pragnęłam zrozumieć Jezusa, pragnęłam pojąć przekaz, z jakim przybył na świat. Chciałam to wiedzieć, ponieważ jego słowa - pełne miłości, współczucia i przebaczenia - nie zawsze były spójne z tym, co często słyszałam od księży. Niektórzy z nich byli wspaniali, nieśli pokój niczym posłańcy światła. Inni zaś straszyli okrutnym Bogiem, piekłem i karą za grzechy, nakazywali bojaźń Bożą.
Wiele razy, gdy podawałam w wątpliwość niektóre kościelne tezy, słyszałam: "A kim ty jesteś, żeby wysuwać takie wnioski?!". Zawsze wewnętrznie się buntowałam, gdy ktoś uważał, że to, co czuję i myślę, jest nic niewarte. Przecież jestem dzieckiem Boga, codziennie zwracam się do niego słowami Ojcze nasz. Dla niego jestem ważna i cenna.
Już jako młoda dziewczyna dostrzegałam ogromny rozdźwięk obecny w Kościele. Poznałam duchownych z prawdziwym powołaniem i takich, którzy z pewnością nie byli blisko Boga. Po wielu latach dowiedziałam się, że podobne odczucia miał papież Jan XXIII - co opisał w swoim Dzienniku duszy. Jego wątpliwości, zagubienie i rozdarcie były mi bardzo bliskie i pomogły zrozumieć, że ja również mam prawo do podobnych - skoro wątpił sam papież, w dodatku uznany za świętego!
Czułam, że Bóg, którego mam się bać, nie może być prawdziwie serdeczny, ponieważ miłość i strach to dwa przeciwstawne uczucia. Nie mogę kochać ze strachu przed karą - mogę albo kochać, albo się bać. Próba połączenia tych skrajnie oddalonych od siebie stanów rodzi w człowieku rozdarcie, "miłość" toksyczną, a więc niszczącą. Dlatego tym chętniej związałam się z Oazą - to była inna, czysta i świeża strona Kościoła. Powrót do prawdziwych korzeni chrześcijaństwa. Do prostego, skromnego życia i pięknych wartości. Tego nowego ducha zmian wnosił Jan Paweł II. To on zainicjował niezwykły ruch ekumeniczny dążący do pojednania i zjednoczenia ludzi wszystkich religii i ras jako jednej wielkiej rodziny braci i sióstr, niezależnie od wyznawanej wiary.
W październiku 1986 roku w Asyżu doszło do niezwykłego spotkania. Przyjechało na nie czterdzieści siedem delegacji z całego świata, ich członkowie wyznawali aż trzynaście religii. Nikt nikogo nie chciał "nawracać" ani przekonywać do swoich racji. Proszono Boga, by zostały wybaczone błędy, "które doprowadziły do naruszenia pokoju oraz cierpienia i krzywdy innych ludzi, rozdźwięków i niezgody".
Zgromadzeni modlili się w różnych językach, zgodnie z wyznawaną wiarą, medytowali, śpiewali. Żałuję, że takie spotkania nie odbywają się przynajmniej raz w roku, aby przypominać nam, jacy naprawdę jesteśmy jako ludzie - dobrzy, zjednoczeni w duchu miłości.
Miałam wówczas siedemnaście lat. Pamiętam, jak pierwszy raz w życiu uczestniczyłam w mszy ekumenicznej, która odbyła się w moim Białymstoku. Byłam poruszona pięknem tej idei. W poniedziałkowy wieczór (poniedziałek to dzień, który w żadnej religii nie jest uznawany za święty) wyznawcy wielu wyznań modlili się wspólnie. Wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Stwórcy. Wtedy naprawdę czułam obecność Ducha Świętego. Byłam w świetle. Do dziś to jedno z moich najpiękniejszych przeżyć! I nawet późniejsze, przykre, wydarzenia nie zatarły w mojej pamięci tych chwil. Bóg już był w moim sercu - a tego nie da się wymazać.
Do Oazy należałam jeszcze przez kolejny rok. W sumie spędziłam tam pięć lat - sporo. Chętnie włączałam się w prace na rzecz naszej społeczności. Ale wciąż zadawałam niewygodne pytania, a i kwestionowałam niezrozumiały dla mnie porządek hierarchii, jaki panował w Kościele. Ksiądz stoi na ambonie i naucza, a siostra zakonna sprząta i gotuje... Nie może sam posprzątać albo przynajmniej wziąć udziału w tych pracach?
Jednocześnie, pieląc parafialny ogródek, czułam, że mogłabym odnaleźć szczęście w tych prostych, codziennych czynnościach wykonywanych "na chwałę Pana". W głębi serca zaczęłam marzyć, by poświęcić się życiu duchowemu jako zakonnica. Tak, to poczucie naprawdę mnie wypełniło! Niestety "zgrzeszyłam" i zostałam srodze ukarana. Było to podczas wakacyjnego wyjazdu naszego zgrupowania.
Jest ciepłe popołudnie, czas wolny. Rozpiera mnie radość, wszystkich nas. Wcześniej śpiewaliśmy, modliliśmy się, stąd ta niezwykła energia! Chcę dać jej upust, inicjuję wspólną zabawę. Czujemy się tak wspaniale, że nic, tylko biegać, krzyczeć i cieszyć się, że jesteśmy razem, żyjemy!
Jednak ksiądz prowadzący nasz wyjazd uznaje moje zachowanie za wysoce niestosowne. Karci mnie przy wszystkich, grozi natychmiastowym usunięciem ze zgrupowania. Nie rozumiem, dopytuję o prawdziwy powód. I znów reprymenda - tym razem za zadawanie pytań. Słyszę, że brak mi pokory. Zostaję do końca zgrupowania, ale mam już podcięte skrzydła, a w sercu wielką dziurę.
"Bóg to cierpienie", "musimy nieść swój krzyż" - tyle razy to słyszałam. A przecież mój Bóg, którego mam w sercu, jest czystą radością. Nie znalazło to jednak zrozumienia w społeczności tak dla mnie ważnej i bliskiej! Poczułam się odrzucona i samotna, wewnętrznie rozdarta. Przestałam wiedzieć, jaka jest prawda.