1.Jeden oddech więcej
Wydech- błagambłagambłagam - i wdech - tak! -wydech - proszęcięboże - i wdech - wydech -Malwinka, postaraj się - i wdech - jeszcze raz, jeszczejeden raz - wydech - medyczna aparatura pika bezdusznie,trochę zaczepnie - i wdech - wydech - ale co to zawydech? - straszny - jakby zaraz miała wyzionąćducha - i wdech - udało się! - wydech - Duduśnie może oderwać oczu od ciała umierającej narzeczonej - jeślibędzie trzeba, wyszarpie z niej kolejny oddech, wygrzebie go z jejpłuc - i wdech - wydech - świat się skurczył,zwinął, znikł - i wdech - całą planetę wypełnia ciałoMalwiny, ciało, które jest teraz także jego ciałem - wydech -pauza - przedłuża się - czyżby...?! - jezubłagam -i wdech - przerażająca... - wydech - przerażającajest ta plątanina rurek powtykanych w brzuch i ramiona Malwiny -i wdech - wydech - znowu pauza - Duduś krztusi sięnie wiadomo czym - pochyla się jeszcze bardziej nad walczącym ożycie ciałem - już cały w nim utknął - zanurzył się w nimpo czubek głowy - i wdech - wydech - każdy oddechMalwiny brzmi, jakby brała na siebie coś ciężkiego, coś, pod czymzaraz oboje skruszeją - i wdech - brawo, kochanie,jeszcze tylko jeden oddech, o nic więcej nie proszę, jeszcze tylkojeden oddech a potem pomyślimy, co dalej - i wdech - takjest! a teraz...
- Musimyumyć pacjentkę, proszę wyjść.
Duduśnie rozumie. Jak to? To jest coś więcej niż oddech Malwiny? Coświęcej niż jej ciało ledwo widoczne pod plątaniną rurek? Z trudemunosi wzrok - z trudem wynurza się ze złudzenia, że znajdujesię w środku ciała Malwiny, że jego oddychanie było ich wspólnymwysiłkiem, że to nie medyczna aparatura, ale on, skulony nadszpitalnym łóżkiem i krztuszący się, podtrzymywał je przy życiu.Jednak nie, nic od niego nie zależy. Niczego nie powstrzyma, w niczymnie pomoże. Pielęgniarka stanowczo wypycha go z sali.
- Musimyumyć pacjentkę - powtarza, pokazując głową nieprzytomnąstaruszkę leżącą na łóżku w kącie pomieszczenia. - Dam znać,gdy będzie pan mógł wrócić.
Duduśpozwala wyprowadzić się na korytarz, zawiesza mętny wzrok na brudnejścianie. Porusza się niepewnie, jakby w ciągu kilkunastu ostatnichminut powietrze zmieniło gęstość. W łazience długo wpatruje się wewłasne odbicie, w końcu wypluwa w lustro zdziwione:
- Jażyję. JA żyję.
Toprzywraca go światu. Teraz pozostaje już tylko opanowanie krótkiego,suchego płaczu i dygotu rąk - i wraca na korytarz, próbujeodnaleźć złudzenie, że nad czymkolwiek panuje, chce strząsnąć zsiebie upiorne uczucie, że coś ciężkiego cicho, lecz nieodwołalniedomknęło się ponad jego głową. Muszę sobie to wszystko ułożyć,mamrocze, muszę sobie to wszystko ułożyć, natychmiast.
Zacznijmyod tego, że w ogóle nie powinno go tu być. Przecież definitywnierozstał się z Malwiną, nie mieli ze sobą kontaktu od kilkunastu dni.Podzielił ich Smoleńsk i to podzielił bardzo radykalnie, rana, którąmu zadała, wydawała się zbyt głęboka, poczucie zdrady z jej strony -zbyt silne. Ale gdy zadzwoniła, nawet nie próbował samczych gierek,odebrał po pierwszym sygnale. Nadciągnęła ostateczna plajta -tyle zrozumiał z jej chrapliwego bełkotu. Zastał ją leżącą napodłodze, półprzytomną, wijącą się z bólu. Wezwał pogotowie. Zapytał,dlaczego ona tego nie zrobiła. Wymamrotała, że nie pamięta numeru, żepotrzebuje jego, Dudusia, obecności. Nie wpadał w panikę tylkodlatego, że nie po raz pierwszy ratował jej życie. Miała cukrzycę jużtrzy lata, przez ten czas czterokrotnie dopadły ją śmiertelnie niskiecukry, czterokrotnie wywlekał ją z zapaści. Ale tym razem byłoinaczej, nie tak gwałtownie, ale jakby bardziej radykalnie,wszechogarniająco. Gdy zapytał, co jej jest - jakoś niepotrafił znaleźć lepszego tematu na podtrzymującą życie rozmowę -odpowiedziała niewyraźnie, że od paru dni jej cukry szaleją i ona niepotrafi nad nimi zapanować. Oczywiście, nawet nie trudził siędociekaniem, czy piła. A gdy zapytała o to ratowniczka, odpowiedziałszybko, zanim Malwina zdołałaby wybełkotać jakieś kłamstwo, że tak,że piła, że od lat nadużywa.Ratowniczka nie skomentowała, lekko skinęła głową.
Gdyprzyjechali na izbę przyjęć, Duduś był prawie spokojny. Szalejącecukry, wielka mi rzecz. Połowie narodu szaleją cukry. Podadzą jejinsulinę, wyregulują, przytrzymają parę dni na obserwacji i wypuszcządo domu. Podłączyli ją do kroplówki, poczuła się nieco lepiej. Duduśgłaskał ją po dłoni. Pozostali w izbie przyjęć sami. Pół godziny.Godzinę. Półtorej. Malwina znowu zaczęła gasnąć. "Wody",wyrzęziła. Kupił niegazowaną kroplę beskidu, podtrzymał głowęnarzeczonej, Malwina próbowała unieść się, żeby złapać butelkę, niebyła w stanie, sflaczała mu w rękach. Odszukał na korytarzupielęgniarkę. Miała życzliwy wyraz twarzy.
- Mojanarzeczona fatalnie się czuje. Dlaczego nie ma przy niej żadnejlekarki?
- Czekamyna panią ordynator - powiedziała ciepło pielęgniarka. -Tylko ona może zrobić USG brzucha.
- Jakiegobrzucha? Przecież ona ma cukrzycę!
- Nofakt - zasmuciła się pielęgniarka, zmierzywszy cukier Malwiny.- Faktycznie, wysoki.
Poczym położyła obok niej strzykawkę z insuliną i poradziła uprzejmie:
- Proszęsobie zrobić zastrzyk.
Duduś,zbyt zdumiony, by cokolwiek z siebie wydusić, odprowadziłpielęgniarkę wzrokiem, a potem podszedł do szarpiącej się,oddychającej chrapliwie Malwiny, chwycił strzykawkę i uniósł ją nawysokość oczu, wszystko to oczywiście było pozbawione sensu, bo nieumiał się nią posłużyć. Choć jego narzeczona miała cukrzycę od trzechlat, choć czterokrotnie z powodu choroby - to znaczy z tegopowodu, że mimo cukrzycy nie przestawała nadużywać - otarła sięo śmierć, to jednocześnie nigdy się do tej choroby nie przyznała,mnóstwo wysiłku włożyła w udawanie, że wszystko jest w porządku. Niebyło więc mowy o tym, żeby nauczyła go, jak posługiwać się insulinączy glukagonem, ba! nie mógł jej nawet zapytać o to, czy zmierzyłasobie cukier przed posiłkiem, bo reagowała wtedy trudną do ugaszeniafurią. W efekcie stał teraz nad nią z tą strzykawką jak skończonydureń, jak ostatnia oferma, jak król palantów, Malwina była już taksłaba, że nie mogła otworzyć oczu, odłożył więc strzykawkę i zrobiłjedyną rzecz, która mu pozostała, to znaczy uniósł głowę narzeczonej,wlał w nią trochę niegazowanej kropli beskidu, jeszcze raz wybiegł nakorytarz i jeszcze raz przywołał pielęgniarkę o życzliwym uśmiechu.
- Onaumiera - pisnął.
Pielęgniarkawróciła do Malwiny, pochyliła się nad nią, zrobiła jej zastrzyk,zmarszczyła czółko.
- Bezordynatorki nic nie zrobimy. Tylko ona może zdecydować o dalszympostępowaniu.
- Agdzie jest ordynatorka?
- Jużpowinna tu być - zadumała się pielęgniarka. - Zaraz doniej zadzwonię.
Mniejwięcej wtedy w Malwinie coś zawaliło się bezgłośnie. Nie miała siłnawet się wić, teraz już tylko walczyła o każdy oddech. W Dudusiuwezbrała fala zimna.
Pielęgniarkawróciła po kilku minutach. Rozpromieniona, piękna - od razubyło widać, że niesie dobrą nowinę.
- Zadzwoniłamdo ordynatorki, a ona zdecydowała, że pana narzeczona będzie miałaUSG brzucha pozakolejką!
Pozaakcentowaniu ostatnich dwóch słów pielęgniarka spojrzała pytającona Dudusia - oczekując zapewne, że w podzięce za ten niezwykłydar klaśnie radośnie, wykrzyknie coś z ulgą albo wydusi z siebiechociaż marne "dziękuję", a gdy nic takiego nie zrobił,wzruszyła ramionami i poprosiła go, by pomógł jej przenieść Malwinęna wózek. Zawieźli jej bezwładne, rzężące ciało do salki, gdzie USGobsługiwała pucata blondynka, która na widok swojej życzliwieuśmiechniętej koleżanki powiedziała serdeczne "No cześć!".Położyli ciało narzeczonej Dudusia na łóżku, pucata rzuciła:"Ordynatorka za sekundę tu przyjdzie", i zaczęłaopowiadać ponad głową umierającej Malwiny o mieszkaniach, któreostatnio oglądała, o kredytach, o panelach w łazience, o hipotece,Duduś skulił się nad ciałem narzeczonej, podnosił jej głowę, lał wnią niegazowaną kroplę beskidu, minęło pięć minut, dziesięć,dwadzieścia, pucata nie zorientowała się w powadze sytuacji, zabardzo była pochłonięta swoimi opowieściami, ale do jej uprzejmieuśmiechniętej koleżanki chyba zaczynało coś docierać, obrzucałaspłoszonym spojrzeniem to Dudusia, to Malwinę, wyciągała komórkę,dzwoniła, nikt nie odbierał, Duduś lał kroplę beskidu i lał, Malwinanie była w stanie już przełykać, woda ściekała po jej brodzie ikoszuli na podłogę, Duduś zrozumiał, że to koniec, że wszystko zawalasię w niej ostatecznie, że za chwilę pozostanie tam niewiele więcejniż chmura pyłu, że w samym środku historyjki o trudzie dobieraniapaneli Malwina, kobieta, którą, jakkolwiek podejrzanie to brzmi,kocha, zjedzie, umrze mu, choć wcale nie musiało się tak stać, choćstało się tak tylko dlatego, że znowu nie był panem sytuacji, znowuzbyt wiele zdarzyło się poza jego wolą, poczuł, że nie wytrzyma anichwili dłużej, zemdleje albo rzuci się z pięściami na którąś zpielęgniarek, wtedy do pokoju wpadła zdyszana ordynatorka, grzecznieprzeprosiła za spóźnienie, przesunęła po brzuchu Malwiny małągłowicą, coś tam bąknęła do pucatej, a potem zakomenderowała: "Nasalę z nią!", kobiety raz-dwa zapakowały rozwalające się ciałona wózek, odwiozły je na oddział, Duduś mknął za nimi, a w salimonitorowanej przekonał się, że jego intuicja była trafna, dom waliłsię w gruzy, Malwina była o mały kroczek od ostatecznego bankructwa,cały obecny na oddziale personel rzucił się na nią z nieomalteatralnym zaangażowaniem, pielęgniarki na wyścigi wtykały w niąrurki, a po twarzy ordynatorki przemknął zupełnie nieprofesjonalnycień rezygnacji, tylko cień, ale Duduś dostrzegł go, skurczył się wsobie."Tokwasica ketonowa", powiedziała ordynatorka starannie, zbytstarannie, o czymś informowała, ale jednocześnie coś innegozagadywała tą informacją."Panaprzyjaciółka nie kontrolowała poziomu cukru. W efekcie cały jejorganizm jest mocno zatruty. Grozi jej śpiączka a potem śmierć".Śpiączka, zachłysnął się Duduś, ależ ona właśnie zapada w śpiączkę,nie powiedział jednak tego głośno, zanurzył się w ciele Malwiny,zanurzył się w złudzeniu, że może oddychać razem z nim...
Ateraz ordynatorka wychodzi z sali szybkim krokiem. Gniew, jakiodczuwa Duduś wobec tego szpitala, gdzieś się ulatnia, pozostaje ponim tylko oblepiający, wilgotny strach. Powinien wrzasnąć na lekarkę,zamiast tego uwiesza się jej kitla, jak pies.
- Coz nią?
Kobietadelikatnie strząsa go z siebie.
- Walczymy,proszę pana. Walczymy.
Iodchodzi - jakby była jakaś ważniejsza sprawa niż Malwina.
Duduśwraca na salę - mimo że nie zaprosiła go pielęgniarka! jakzrozpaczony musi być! - staje przy łóżku, na którym leży ciałonarzeczonej, chciałby je jakoś pogłaskać, ale powtykano w nie za dużorurek i kabelków, nie pozostawiono miejsca na dotyk. Stoi więc wmilczeniu, patrzy tępo i dławi coś, co w nim rośnie i co nie powinnoznaleźć ujścia. Stara się także zrozumieć. Stara się zrozumieć, jakto się stało, że tu jest, że tu utknął, że jego los zależy odzdewastowanego chorobą i ginem z tonikiem ciała sztuczniepodtrzymywanego przy życiu, że - to kicz, ale nie ma na tolepszych słów - że pęknie mu serce z rozpaczy, jeśli to ciałorozpadnie się do końca.
Boprzecież ta chwila musiała nadejść. Przecież od dawna wiedział, żezwiązał się z kobietą, która nadużywa. Z kobietą pułapką. Z tykającąbombą. Z kobietą, która postanowiła rzucić wyzwanie przyczajonej wniej śmierci. Z kobietą, która cztery razy zawlokła samą siebie nakrawędź i którą cztery razy znad krawędzi zabierał - teraz, zapiątym razem, jest bezsilny. Od dawna rozumie, gdzie ich to wszystkozaprowadzi. A mimo to nie był w stanie się przeciwstawić, poddał siępłynącemu w niej nurtowi ginu z tonikiem.
Musito przemyśleć, przeniknąć, musi to zrobić jak najszybciej,natychmiast, musi pojąć, dlaczego to zrobił, zanim ona zjedzie, onanie ma prawa zjechać, pozostawiając go w takim stanie. Może Malwinama już pozamiatane, może nie jest w stanie jej uratować, ale siebie,tak, siebie powinien jeszcze móc ocalić. Należy mu się to, po tychwszystkich latach. Zasłużył sobie ciężką pracą, poświęceniem istresem.
Dlatego,jeszcze raz - dlaczego się uzależnił? Dlaczego utraciłkontrolę, dlaczego pozwolił ją sobie odebrać? Dlaczego od lat tkwi wupokorzeniu? Na Boga, dlaczego...
2.Nowa siedziba opery
...przestałembyć panem swojego życia.
Malwinka.Hej ho. Tak jest, do ciebie mówię. Musisz mnie wysłuchać, bo tobardzo ważne. Proponuję nam układ, biznes. Ja będę mówił, abyutrzymać cię przy życiu, nie masz prawa zjechać, dopóki nie skończę -ale ta opowieść będzie wzmacniać także mnie, pozwoli mi zrozumiećwłasne zaniechania, rozplątać tkwiący we mnie kłębek. Możemy się takumówić? Zechcesz podarować mi jeszcze trochę, troszeczkę czasu, daszradę? Zabraniam tobie zjechaćteraz,kiedy nic nie rozumiem, kiedy rozumiem tylko tyle, że nie powinno wogóle mnie tu być. Słuchaj, o nic więcej nie proszę.
Straciłemkontrolę. Wszystko wymknęło mi się z rąk. Wszedłem w intymnąrelację...uzależniłem się od kobiety, która najwyraźniej zamierza sięzabić i dla której - to przecież sprawa zasadnicza - mojamiłość, dobrze, moja "miłość" nie jest wystarczającympowodem, aby zrezygnowała ze swojego pomysłu.
Tkwięw pułapce. Tylko że tkwię w niej od dawna, od wielu lat, utknąłem wniej, zanim się spotkaliśmy.
Niewiem, od czego zacząć, a więc zacznijmy od najbardziej oczywistegopunktu, od tego, od czego każdy zaczyna - od matki. Czy też,jak w tym przypadku, od mamuśki. Tak, wiem, to banał, frazes, ale cóżporadzić. Na swoje usprawiedliwienie mogę zapewnić, że nie będęprzywoływał fałszywie nostalgicznych obrazów z dzieciństwa,przydymionych sentymentem landszaftów, nie rozwinę też listy skarg izażaleń na zmarnowane dzieciństwo. Żadnych takich plugastw. Obraz,dzięki któremu pierwszy raz dotarło do mnie, że nie jestem panemswojego życia, to obraz stosunkowo świeży, z czasu, gdy byłem jużdorosły, gdy oddaliłem się od mamuśki na bezpieczną odległość,mieszkałem poza Domem Złym.
Byłemwtedy na ostatnim roku studiów i odbębniałem praktykę w lokalnejgazecie. Zlecono mi zrobienie sondy na temat przeprowadzki opery.Musisz to pamiętać - opera miała zostać przeniesiona z ZamkuKsiążąt Pomorskich do nowoczesnego, zaprojektowanego przezrenomowanych architektów budynku, dowodzącego, że Szczecin jestmiastem na wskroś europejskim. Wszyscy rozpływali się nad tymprojektem. Miałem sprawdzić, co sądzą o nim "zwyklimieszkańcy".
Snułemsię więc z fotoreporterem po placu Rodła, gadaliśmy o bzdurach, wtedyzobaczyłem ją...
Tomogła być moja mamuśka, bardzo prawdopodobne, że to była mojamamuśka, dobra, wszystko wskazywało na to, że to była moja mamuśka.Szła tym swoim charakterystycznym, nerwowym krokiem zwierzęcia, poktórym wszystkiego można się spodziewać, wymachiwała wesołoreklamówką z Netto, była ubrana w jaskrawopomarańczową kurtkę -w środku lipca, Malwina! w środku lipca! - pocerowane pantalonyi zieloną czapkę uszatkę z logo Heinekena. Nie kojarzyłem tychciuchów, ale styl, ten brawurowy styl to była ewidentnie poetykamamuśki. Chciałem coś do niej krzyknąć, pomachać, już otwierałemusta, już podnosiłem dłoń, kiedy kobieta w zielonej czapce uszatce zlogo Heinekena, najprawdopodobniej moja mamuśka, zatrzymała się i,uwaga, czas zwalnia, powietrze robi się nieznośnie gęste, można jekroić, mamuśka patrzy w głąb śmietnika i nie, o nie, wcale nie sięgado reklamówki z Netto tak, jakby chciała coś z niej wyrzucić,przeciwnie, zaczyna się pochylać tak, jakby... jakby zaraz miała...jakby zaraz miała w nim... kadr nieruchomieje, mamuśka zastyga wbezruchu, zaraz, za sekundę, w samym środku dnia, w ścisłym centrummiasta, zacznie grzebać w śmietniku, wskoczy do niego, wytarza się wnim z rozkoszą, będą z niego wystawać tylko jej pocerowane pantalony.
- Chodź,zapytamy tę panią - śmieje się fotoreporter. - Ona napewno ma ciekawe refleksje na temat nowej siedziby opery.
Fotoreporterpewnie tylko szydził, chyba wcale nie chciał do niej podchodzić, aletak mną wtedy szarpnęło, tak wywróciło mi flaki, że pomyślałem, że mujebnę. Tak, Malwinka, pomyślałem, że zaraz jebnę go w twarz tym jegoaparatem a potem wydłubię mu oczy, żeby nie widział hańby mojejmamuśki, mojej hańby, i odwróciłem się w jego stronę, gotowy zadaćśmiertelny cios, ale zamiast jebnąć, ścisnąłem go za ramię,panicznie, mocno, i pokazałem mu drugą stronę ulicy.
- Chodźmytam! - wrzasnąłem. - Chodźmy tam, chyba widzę mojegoznajomego architekta! To fachowiec światowej klasy! Na pewno udzielinam interesującej odpowiedzi!
Ipociągnąłem fotoreportera za ramię, wywlokłem go siłą z miejsca hańbyi, rzecz jasna, nie miałem odwagi się odwrócić i sprawdzić, co robimoja mamuśka, nie wytrzymałbym tego widoku, spłonąłbym ze wstydu.
Tojest właśnie to. To jest ten obraz, od niego się wszystko zaczyna.Czułem się wtedy tak jak teraz, gdy stoję przy łóżku zajętym przezciało kobiety, której nie potrafiłem odwieść od pomysłu popełnieniarozłożonego na raty samobójstwa - tak wtedy, jak i teraz słyszęszczęk zamykającej się nade mną pułapki. Z tą różnicą, że terazkompletnie nie wiem, co robić, mogę tylko gadać, zagadywać, a wtedynawiedziło mnie trudne do zniesienia poczucie odpowiedzialności,etyczne zobowiązanie, które bardziej się czuje niż rozumie,pomyślałem, że przestanę być więźniem mamuśki dopiero wtedy, gdy jąrozgryzę, gdy poznam ją i trajektorię jej życia, która doprowadziłado tego, że ona teraz nie dość, że przymierza się do grzebania wśmietniku, to jeszcze robi to jakoś tak naturalnie, bezwstydnie,ignorując fakt, że przyglądają się jej inni ludzie, a może nawetbawiąc się tym faktem. Uzmysłowiłem sobie, że tylko po opowiedzeniujej historii odzyskam władzę nad własnym życiem. Oczywiście nigdy niepodjąłem tego wysiłku. Robię to dopiero teraz.
wserii kwadratukazały się:
"2008","2011", "2014", "2017" -antologie współczesnych polskich opowiadań
MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"
WaldemarBawołek"To co obok"
KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"
DariuszBitner"Książka"
RomanCiepliński"Diabelski młyn"
TomaszDalasiński"Nieopowiadania"
KrzysztofGedroyć"Przygody K"
AndrzejGrodecki"Iluzje"
BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inneludzie"
LechM. Jakób"Ciemna materia"
BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"
WojciechKlęczar"Wielopole"
BogusławaLatawiec"Ciemnia"
RyszardLenc"Chimera"
ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz","Skerco"
MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"
AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"
JarosławMaślanek"Ferma ciał"
DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolnośćpachnie wanilią"
KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości","Second life", "Wariant do sprawdzenia","Zamęt"
EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"
Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"
PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic","Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"
PawełPrzywara"Zgrzewka Pandory"
KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"
AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczeryfacet"
GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani"
ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"
LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia","Zdjęcie"
IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"
ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"
AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncertmuzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"
AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"
EmiliaWalczak"Hey,Jude!"
MiłoszWaligórski"Ktoto widział"
Henryk Waniek "Miastoniebieskich tramwajów"
MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"
BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"
GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"
MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"
TadeuszZubiński"Rzymska wojna"