Pęknięta kra - Magdalena Zimniak

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

AGNIESZKA - ROK 2024

Dom, w któ­rym stra­szy

Spa­dała. Ży­cie jesz­cze wi­bro­wało, ale w mó­zgu zga­sły emo­cje, wszyst­kie oprócz stra­chu. Nie chciała umie­rać. Za wcze­śnie. Ten upa­dek był po­zba­wiony lo­giki pod każ­dym wzglę­dem. Za­zwy­czaj to na­stę­puje szybko: po­czą­tek i za chwilę mocne koń­czące ude­rze­nie. To, co się z nią działo, bar­dziej przy­po­mi­nało fil­mową scenę w zwol­nio­nym tem­pie niż re­alne ży­cie. Z im­pe­tem, który kon­tra­sto­wał z po­przed­nim ob­ra­zem, jej czaszka zde­rzyła się z twar­dymi ka­mie­niami i Agnieszka otwo­rzyła oczy.

Znowu śniła jej się wła­sna śmierć. Zwol­niła od­dech, roz­luź­niła ści­śnięte pię­ści i spoj­rzała na drugą stronę łóżka. Bar­tek po­chra­py­wał, nie­świa­domy, co się z nią dzieje. Wy­su­nęła się bez­sze­lest­nie i prze­szła do ła­zienki. Do­syć, po­my­ślała. Już nie. Nie mo­gła już z nim być. Nie chciała. To było za­bawne na po­czątku. Te wszyst­kie sza­lone im­prezy. Te nie­spo­dzie­wane wy­jazdy, czę­sto w środku ty­go­dnia. Go­tówki za­zwy­czaj bra­ko­wało, więc nie do Pa­ryża, nie do luk­su­so­wych ho­teli. Brali na­miot i ru­szali na­by­tymi po oka­zyj­nej ce­nie uży­wa­nymi mo­to­cy­klami na drugi ko­niec Pol­ski. Nie­ko­niecz­nie nad mo­rze czy w góry. Gdzie­kol­wiek, byle da­lej od zgiełku War­szawy. Cza­sem przy­cho­dziła myśl, że ucieka od sie­bie. Na­wet zwią­zek z Bart­kiem był ucieczką. Za­pewne w rów­no­le­głym ży­ciu mo­głaby być z nim na stałe.

Na pod­ło­dze le­żały jej dżinsy i wczo­raj­sza ko­szulka. Czy­sta bie­li­zna była w szafce z ręcz­ni­kami. Okej. Nie bę­dzie brała ni­czego wię­cej. Zresztą w Za­ko­pa­nem zo­sta­wiła ja­kąś spód­niczkę i dwa T-shirty.

Nie chciała, żeby Bar­tek po­my­ślał, że wróci. Za­słu­gi­wał na prawdę. Usia­dła w kuchni i za­częła pi­sać.

Prze­pra­szam, ale mu­szę odejść. Spę­dzi­łam z Tobą piękne chwile. Nie szu­kaj mnie.

Agnieszka

Przyj­rzała się no­tatce. Nie pierw­szy raz pi­sała po­dobne słowa i za­wsze wra­cała. Ale te­raz to mu­siał być ko­niec. Wstrzy­mu­jąc od­dech, wy­szła z miesz­ka­nia. Do­piero na dwo­rze wcią­gnęła po­wie­trze do płuc. Obej­rzała się. Zwy­kły czte­ro­pię­trowy blok z lat sie­dem­dzie­sią­tych, ale od­no­wiony, po­ma­lo­wany na świeży brzo­skwi­niowy ko­lor. Wo­kół sta­ran­nie pie­lę­gno­wane przez ko­goś krzewy i ra­baty kwietne. Bli­sko do li­nii au­to­bu­so­wych i do tram­waju. Nie­da­leko parki. Do­bra oko­lica. Bar­tek odzie­dzi­czył miesz­ka­nie po babci. Całe szczę­ście, bo przy swoim try­bie ży­cia ni­gdy nie za­ro­biłby na wła­sne.

Te­raz to już nie jej pro­blem. Poza tym, kiedy jej nie bę­dzie przy nim, za­pewne wróci do in­trat­nej pracy. Albo nie. Może zmie­niła go na za­wsze. Tak czy ina­czej, jej pro­ble­mem jest, gdzie sama bę­dzie miesz­kać, ale po­my­śli o tym po po­wro­cie z Za­ko­pa­nego.

Na po­ciąg mu­siała po­cze­kać pra­wie go­dzinę, więc we­szła do ka­wiarni i ku­piła espresso oraz szar­lotkę. Spłu­ki­wała się z ostat­nich pie­nię­dzy. To nic. Sio­stra ją po­ra­tuje. Wła­ści­wie Ada za­wsze ją ra­to­wała. Praw­do­po­dob­nie dla­tego, że gry­zły ją wy­rzuty su­mie­nia. Jej ży­cie wy­glą­dało zu­peł­nie ina­czej niż ży­cie sio­stry bliź­niaczki. Kie­dyś Agnieszka my­ślała, że wcale nie chcia­łaby się za­mie­nić. Wcale nie chcia­łaby tego po­ukła­da­nego świata. Męża, który za­ra­biał kro­cie. Domu w gdań­skim Je­lit­ko­wie. Szumu fal i plaży. Pięk­nego ogrodu. Pracy pi­sarki, któ­rej książki sprze­da­wały się, je­śli na­wet nie re­we­la­cyj­nie, to cał­kiem do­brze. Ad­ap­ta­cji fil­mo­wych. Za­pro­szeń do te­le­wi­zji. Ro­dzi­ców.

No, ro­dzi­ców może naj­bar­dziej. Agnieszka od­cięła się od sta­rych jesz­cze przed dwu­dzie­stymi uro­dzi­nami. W za­sa­dzie od­cięła się od ca­łej ro­dziny, jed­nak Ad­rianna ją zna­la­zła, bo chciała mieć z nią kon­takt mimo wszystko. Wia­domo, bliź­niaczka. Bliź­niaczki jed­no­ja­jowe są po­łą­czone w spo­sób, który wy­myka się ra­cjo­nal­nemu poj­mo­wa­niu. One za­wsze były dwiema po­łów­kami ca­ło­ści. Agnieszka dzika, Ada ła­godna. Agnieszka eks­tra­wa­gancka, Ada uło­żona. Nie mo­gły bez sie­bie ist­nieć. Bez tej dru­giej, która uzu­peł­niała oso­bo­wość pierw­szej. Dla­tego, mimo wszyst­kiego, co je po­dzie­liło, spo­ty­kały się, cza­sem raz w mie­siącu, cza­sem raz w roku.

Agnieszka kie­dyś za­py­tała o ro­dzi­ców, ale Ada tylko po­krę­ciła głową. Sta­rzy nie chcieli mieć do czy­nie­nia z córką mar­no­trawną. Pie­przyć ich.

Tak my­ślała kie­dyś. Te­raz chciała mieć wszystko. Prze­stać być już tą dziką, tą nie­prze­wi­dy­walną. Po­winna zna­leźć w miarę stałą pracę. Może za­cznie pi­sać jak sio­stra? Nie, to chyba nie naj­lep­szy po­mysł. Żeby po­ukła­dać ży­cie, po­trze­bo­wała kasy, a z po­wie­ści się nie utrzyma. Prze­bi­cie się na tym rynku gra­ni­czyło z cu­dem, a ona nie miała żad­nego do­świad­cze­nia i na­wet nie wie­działa, czy umia­łaby wy­my­ślić in­trygę. Na­sto­let­nie próby chyba się nie li­czyły. Le­piej ude­rzyć do korpo. Co wła­ści­wie może wpi­sać do CV? Ko­re­pe­ty­cje z pol­skiego od dzie­się­ciu lat? Roz­po­częta po­lo­ni­styka, prze­rwana przed se­sją w se­me­strze let­nim pierw­szego roku? Nie wy­trwała na­wet do roz­po­czę­cia eg­za­mi­nów. Kto ją te­raz weź­mie do pracy? A może Ada coś pod­po­wie. Może jej mąż po­leci ja­kąś firmę. Osta­tecz­nie ma zna­jo­mo­ści wśród biz­nes­me­nów. A gdyby jed­nak sio­stra szep­nęła słówko swo­jemu wy­dawcy? Zdra­dzi­łaby jej kilka se­kre­tów pi­sar­skich i Agnieszka da­łaby radę. To by zro­biło do­brze im obu. I wy­daw­nic­two by za­ro­biło. Za­po­mniana bliź­niaczka Ad­rianny Le­man na­pi­sała elek­try­zu­jący ro­mans. Albo kry­mi­nał. Spe­cja­li­ści zde­cy­dują, co ma szansę sprze­dać wię­cej eg­zem­pla­rzy.

Prze­szła na pe­ron. Po­ciąg za­raz się po­ja­wił. Za­jęła miej­sce i wpa­trzyła się w okno. Szkoda Bartka. Na­prawdę po­chło­nął go zwią­zek z nią. Gdy go po­znała, był praw­ni­kiem prak­ty­ku­ją­cym w zna­nej kan­ce­la­rii. Na­wet nie mu­siała nic mó­wić, rzu­cił to i stał się rów­nie nie­okieł­znany jak ona. Nic dziw­nego, że jego ro­dzice ją znie­na­wi­dzili. Zła­mała syn­kowi ka­rierę, a te­raz może też zła­mała mu ży­cie. I nie­ważne, że do ni­czego go nie zmu­szała. Za­an­ga­żo­wał się w dar­mową po­moc lu­dziom eks­mi­to­wa­nym z miesz­kań. Żeby co­kol­wiek za­ro­bić, pra­co­wał do­ryw­czo na bu­do­wach. Była z niego dumna, na­wet go ko­chała, ale już miała do­syć.

Chciała in­nego ży­cia.

Czyżby lata poza do­mem wy­pa­liły jej bunt i nie­okieł­zna­nie? Gdyby dzie­sięć lat temu ktoś za­su­ge­ro­wał, że za­pra­gnie sta­bi­li­za­cji i cie­pełka, ro­ze­śmia­łaby się tym swoim śmie­chem nie do pod­ro­bie­nia, całą sobą. Już się tak nie śmiała. Ni­gdy. Tak czy ina­czej, wtedy sta­bi­li­za­cja i cie­pełko brzmiały od­ra­ża­jąco. Wła­śnie przed nimi ucie­kała. Nie mó­wiąc już o ka­sie. Ro­dzice nie byli mi­lio­ne­rami, ale mieli dom, dwa sa­mo­chody, a na có­recz­kach ni­gdy nie oszczę­dzali. Fajne ciu­chy, fajne wa­ka­cje. Wtedy tym gar­dziła. Gdyby nie zni­kła bez słowa, mo­głaby zwró­cić się do nich. A może jed­nak scho­wać dumę do kie­szeni i bła­gać o prze­ba­cze­nie? Po­prosi Adę, żeby przy­go­to­wała grunt. Może sio­stra się my­liła? Matka i oj­ciec nie byli prze­cież po­two­rami. No, ale ją uzna­wali za po­twora. A może Ada oszu­ki­wała? Wo­lała utrzy­mać sta­tus quo? Nie chciała wpu­ścić Agnieszki do upo­rząd­ko­wa­nego świata? Jedna bliź­niaczka na za­wsze miała po­zo­stać tą uła­dzoną, a druga wy­rzu­cona za na­wias.

Za­snęła uko­ły­sana rów­no­mier­nym tur­ko­ta­niem po­ciągu. I znów śniła jej się wła­sna śmierć.

Otwo­rzyła gwał­tow­nie oczy. Fa­cet na­prze­ciwko czy­tał ga­zetę, nie zwra­ca­jąc na Agnieszkę uwagi. Na­uczyła się nie krzy­czeć, na­wet kiedy śniła kosz­mary.

Ten kon­kretny kosz­mar za­wsze był taki sam. Kie­dyś spraw­dziła. Sen­nik mó­wił, że śmierć we śnie jest za­po­wie­dzią ja­kiejś zmiany, za­koń­cze­nia cze­goś, żeby roz­po­cząć nowy etap. To by się zga­dzało. Z dru­giej strony, spa­da­nie sym­bo­li­zo­wało po­czu­cie braku kon­troli. No okej, może i nie kon­tro­lo­wała wła­snego ży­cia. Naj­wyż­szy czas prze­jąć ster.

Na dro­dze obok li­nii ko­le­jo­wej do­strze­gła dwóch har­ley­ow­ców i po­czuła krót­kie ukłu­cie w oko­licy serca. Mo­to­cykl, który zo­sta­wiła w War­sza­wie, w ja­kiś spo­sób sym­bo­li­zo­wał jej oso­bo­wość. Tyle że to już nie jej oso­bo­wość, prawda? Je­śli jesz­cze kie­dyś prze­je­dzie się na mo­to­cy­klu, to bę­dzie ka­prys ugrzecz­nio­nej pa­niusi. Bo tym chciała się stać, czyż nie? Tak, wła­śnie. Ja­kaś głu­pia we­wnętrzna kry­tyczka nie obrzy­dzi jej ży­cia, które miała za­miar wieść. Je­śli ta ugrzecz­niona pa­niu­sia prze­je­dzie się na mo­to­cy­klu, to nie bę­dzie ja­kiś rzęch, ale wy­pa­siony Har­ley Da­vid­son.

Tym­cza­sem mu­siała dojść pie­chotą do domu, który sio­stra wy­naj­mo­wała na ich spo­tka­nia. Pła­ciła wła­ści­cielce cały rok, żeby przy­pad­kiem nikt im nie to­wa­rzy­szył. Bu­dy­nek był usy­tu­owany w po­bliżu Do­liny Ko­ście­li­skiej, z dala od in­nych za­bu­do­wań i ka­wa­łek od szlaku. Lo­ka­li­za­cja do­sko­nała. No cóż, Adę było stać, cho­ciaż twier­dziła, że koszt, roz­bity na mie­sięczne raty, wcale nie jest wielki. Wła­ści­cielka była za­do­wo­lona. Nie chciała się ni­g­dzie ogła­szać, bo miej­scowi twier­dzili, że dom jest na­wie­dzony, a ona sama też chyba w to wie­rzyła. Agnieszka po­krę­ciła głową, bo prze­cież czę­sto tam spały i nie miały spo­tkań z du­chami. Poza tym ist­nieją prze­cież łowcy przy­gód, zde­cy­do­wani za­pła­cić kro­cie za noc w bu­dynku, w któ­rym stra­szy. Tak, tak, przy­tak­nęła Ad­rianna, ale wła­ści­cielka woli trzy­mać się od nich z da­leka. Agnieszka przy­jęła ten tok ro­zu­mo­wa­nia, ale za­in­te­re­so­wała się, czemu du­chy upodo­bały so­bie ten dom. Po­dobno były tu ja­kieś wy­padki, od­po­wie­działa la­ko­nicz­nie sio­stra. Wię­cej nie umiała albo nie chciała po­wie­dzieć.

Każda z sióstr miała wła­sny klucz i Agnieszka mo­głaby tu przy­je­chać, na­wet je­śli Ada zo­sta­łaby w Gdań­sku. Ni­gdy z ta­kiej moż­li­wo­ści nie sko­rzy­stała. Może te­raz za­trzyma się na dłu­żej. Przy­naj­mniej bę­dzie miała nad głową dach, za który nie trzeba pła­cić. Na po­czą­tek no­wego ży­cia do­bre i to.

Zbo­czyła ze ścieżki w tym sa­mym miej­scu co zwy­kle, je­śli szła na pie­chotę. Z prze­ciw­nej strony można było do­je­chać sa­mo­cho­dem, a ona do­cie­rała tam­tędy mo­to­cy­klem. Dróżka tu­taj była pra­wie dzika. Za­pewne poza nią nie­wiele osób z niej ko­rzy­stało. Cza­sami Ad­rianna. Moż­liwe, że od czasu do czasu wła­ści­cielka. Może ja­kiś łowca du­chów? Tak, na pewno ktoś cho­dził tędy oprócz nich. Ina­czej za­ro­słaby za­pewne przez te trzy mie­siące, kiedy ostat­nio się spo­tkały. Jakby na po­twier­dze­nie tych my­śli Agnieszka do­strze­gła idą­cego w jej kie­runku męż­czy­znę. Uśmiech­nął się do niej.

- Pani też chce zo­ba­czyć dom No­wa­ko­wej?

A więc tak na­zy­wała się wła­ści­cielka. Mało ory­gi­nalne na­zwi­sko, bio­rąc pod uwagę, że dom przy­naj­mniej oso­bliwy. Od­po­wie­działa uśmie­chem.

- Wy­naj­mu­jemy go z sio­strą.

Cof­nął się i po­pa­trzył na nią z nie­do­wie­rza­niem po­mie­sza­nym z za­zdro­ścią.

- Na­prawdę? Ileż bym dał za taką moż­li­wość! Ten dom mnie fa­scy­nuje, od kiedy usły­sza­łem o jego hi­sto­rii. No­wa­kowa na­wet nie chciała ze mną ga­dać.

Przyj­rzała się męż­czyź­nie. Był sporo star­szy od niej, za­pewne prze­kro­czył już czter­dziestkę. To, że in­te­re­so­wały go na­wie­dzone bu­dynki, więk­szość osób uzna­łaby za dzie­ci­nadę. Jej jed­nak się to spodo­bało, a poza tym hi­sto­ria o dra­ma­tycz­nych wy­da­rze­niach z prze­szło­ści i du­chach z nimi zwią­za­nych mo­gła jej się przy­dać. Po­wieść od­wo­łu­jąca się do ta­trzań­skich złych mocy miała szanse na po­wo­dze­nie. Agnieszka po­czuła przy­jemne ła­sko­ta­nie w żo­łądku.

- A wie pan, co się tam wy­da­rzyło?

- No ja­sne. Ta­kie hi­sto­rie to moja pa­sja.

Ro­ze­śmiał się. Za­wsze do­ce­niała au­to­iro­nię. Fa­cet miał do sie­bie dy­stans, wy­da­wał się miły i był przy­stojny. Nie w ja­kiś osza­ła­mia­jący spo­sób, ale przy­jem­nie się pa­trzyło na jego ogo­rzałą, po­krytą jed­no­dnio­wym za­ro­stem twarz, in­te­li­gentne oczy o nie­okre­ślo­nej bar­wie i gę­ste siwe włosy.

- A gdy­bym pana za­pro­siła na her­batę?

- Nie wie­rzył­bym we wła­sne szczę­ście.

- No to niech pan uwie­rzy. Za­pra­szam.

- Na­prawdę?

- Na­prawdę. Ko­rzyść bę­dzie obo­pólna. Uwiel­biam wsłu­chi­wać się w ta­kie hi­sto­rie. Opo­wie mi pan do­kład­nie, do­brze?

- Pew­nie. Naj­le­piej jak umiem - obie­cał.

Nie miała po­ję­cia, jak Ada od­nie­sie się do nie­spo­dzie­wa­nego go­ścia. Po­winna skon­sul­to­wać z nią tę wi­zytę.

- Za­dzwo­nię do sio­stry i uprze­dzę, że pan przyj­dzie - po­wie­działa, wy­cią­ga­jąc te­le­fon.

- Oczy­wi­ście.

Ad­rianna nie od­bie­rała.

- Jak zwy­kle ma gdzieś scho­waną ko­mórkę i nie sły­szy. Chodźmy. Na pewno nie bę­dzie miała pre­ten­sji.

Taką Agnieszka miała na­dzieję. Wo­lała dzi­siaj nie iry­to­wać sio­stry. Na pod­jeź­dzie stał sa­mo­chód Ad­rianny. Spoj­rzała na bu­dy­nek, jakby wi­działa go pierw­szy raz. Nie przy­po­mi­nał ty­po­wej za­ko­piań­skiej za­bu­dowy. Trzy­po­zio­mowy, dość wą­ski, z pła­skim da­chem, na któ­rym sio­stry sia­dy­wały wie­czo­rami, je­śli było cie­pło, są­czyły wino i roz­ma­wiały albo mil­czały. Na­ci­snęła na klamkę, jed­nak drzwi domu były za­mknięte. Naj­wi­docz­niej sio­stra po­szła na spa­cer. To i le­piej.

- Za­pra­szam - rzu­ciła z uśmie­chem. - Przej­dziemy się po po­ko­jach, a po­tem na­pi­jemy się her­baty? Może na da­chu? Po­goda jest do­sko­nała.

- Na da­chu? - Głos męż­czy­zny za­drżał z eks­cy­ta­cji. - Bar­dzo chęt­nie. Tak bę­dzie ide­al­nie.

Na par­te­rze był nie­wielki sa­lon, gdzie mie­ściła się sofa, trzy fo­tele i stół oraz aneks ze zle­wem i małą ku­chenką elek­tryczną. Agnieszkę ba­wiło, jak męż­czy­zna przy­glą­dał się wszyst­kiemu wy­głod­nia­łymi oczyma.

- Mam na imię Agnieszka - po­wie­działa. - A pan?

- Prze­pra­szam, nie przed­sta­wi­łem się. Je­stem Bog­dan. Bog­dan Po­znań­ski.

- Idziemy da­lej, pa­nie Bog­da­nie?

- Tak, oczy­wi­ście.

Wspięli się po drew­nia­nych trzesz­czą­cych scho­dach. Na pierw­szym pię­trze były dwa ma­lut­kie po­ko­iki. Agnieszka za­wsze zaj­mo­wała ten po pra­wej stro­nie od scho­dów, Ad­rianna po le­wej.

- Tu za­zwy­czaj sy­piam - wy­ja­śniła, otwie­ra­jąc drzwi swo­jej sy­pialni. Wą­ski tap­cza­nik, nie­wielka szafa i lampka nocna sta­no­wiły całe ume­blo­wa­nie. - Tak pan so­bie to wy­obra­żał?

- My­śla­łem ra­czej, że bę­dzie łóżko, nie tap­czan, ale poza tym tak, po­dob­nie.

Uśmiech­nęła się do niego.

- A to po­kój mo­jej sio­stry. - Przez chwilę się wa­hała, ale otwo­rzyła drzwi. - Wy­gląda tak samo, tylko więk­szy ba­ła­gan.

Na pod­ło­dze stała otwarta wa­lizka, a kilka su­kie­nek le­żało po­roz­rzu­ca­nych na tap­cza­nie. Ro­ze­śmieli się oboje.

- Ła­zienka jest na ostat­nim pię­trze. Tro­chę nie­wy­god­nie, ale już się przy­zwy­cza­iłam.

Ła­zienka była spora, w ka­fel­kach z lat sie­dem­dzie­sią­tych, z lu­strem na całą ścianę, wanną, bia­łymi pół­kami i nie­wielką ko­modą w tym sa­mym ko­lo­rze. Ada roz­wie­siła już swój ręcz­nik, a na wszyst­kich pół­kach stały jej ko­sme­tyki. Oczy­wi­ście nie po­my­ślała, żeby zo­sta­wić tro­chę miej­sca sio­strze.

- To co, idziemy na dach? - za­pro­po­no­wała, za­my­ka­jąc drzwi.

- Tak.

Wy­da­wało się, że jego eks­cy­ta­cja jesz­cze wzro­sła. Im wy­żej się znaj­do­wali, tym wię­cej pod­nie­ce­nia Agnieszka wi­działa w jego oczach. Wska­zała na małą dra­binkę.

- Za­wsze tu stoi. Pod klapą, przez którą się wy­cho­dzi.

We­szła po trzech stop­niach i otwo­rzyła właz, po czym wy­do­stała się na ze­wnątrz. Pan Bog­dan po­dą­żył za nią. Na da­chu stał już sto­lik, który przed wy­jaz­dem skła­dały, żeby nie zmókł, i je­den le­żak. Drugi cze­kał na roz­ło­że­nie. Nie­umyta fi­li­żanka oraz kie­li­szek, a obok roz­po­częta bu­telka bia­łego wina. Sio­stra za­częła uczto­wać bez niej. A póź­niej z ja­kie­goś po­wodu so­bie po­szła.

- A może woli pan wino za­miast kawy? - spy­tała Agnieszka i za­raz tego po­ża­ło­wała.

Bę­dzie mu­siała to­wa­rzy­szyć no­wemu zna­jo­memu w pi­ciu, a miała za­miar za­cho­wać trzeź­wość umy­słu.

- Chęt­nie - od­po­wie­dział. - Mo­żemy zo­stać tu­taj? To jest - za­tch­nął się, szu­ka­jąc słowa, jakby chciał zna­leźć wy­star­cza­jąco mocne - nie­sa­mo­wite.

Słowo jak słowo, ale en­tu­zjazm na­gle wy­dał jej się prze­sa­dzony. No i to wino, które już za­pro­po­no­wała. Otwo­rzyła szafkę, w któ­rej skła­do­wały po dwa kie­liszki, dwie szklanki i kilka fi­li­ża­nek. Miały tu na­wet do­stęp do prądu. Dach był ide­alny, szcze­gól­nie w taki dzień jak dzi­siaj. Wy­cią­gnęła pu­sty kie­li­szek, so­bie na­lała do na­czy­nia uży­wa­nego przez Adę.

- Za hi­sto­rię - po­wie­działa z uśmie­chem.

Stuk­nął się z nią i wy­pił do dna.

- Pyszne wino. - Ski­nęła głową, jakby kom­ple­ment był dla niej. Oczy­wi­ście Ada za­wsze ku­po­wała drogi al­ko­hol. - Co do hi­sto­rii, ten bu­dy­nek po­wstał w ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym dru­gim roku. Jak pani wi­dzi, zu­peł­nie nie przy­po­mina do­mów w stylu za­ko­piań­skim. Zo­stał zbu­do­wany na zle­ce­nie mało zna­nego ma­la­rza i pi­sa­rza, który za­wsze chciał iść pod prąd. Na­zy­wał się Alek­san­der Maj­che­rek. Może pani sły­szała?

- Nie, ni­gdy.

- No tak, mało kto sły­szał poza Za­ko­pa­nem. Na­wet tu­taj tylko tacy wa­riaci jak ja go znają. Jego dzieła nie są może ja­kieś prze­ło­mowe, ale ży­cie... o, to do­piero! A szcze­gól­nie ten dom.

Po­woli za­czy­nała tra­cić za­in­te­re­so­wa­nie. Wino było rze­czy­wi­ście nie­złe, ale cho­ciaż wy­piła za­le­d­wie dwa łyki, nie­po­kój się wzmógł. Je­śli Ada te­raz przyj­dzie, może na­wet zrobi jej awan­turę. Uma­wiały się prze­cież, że ta chatka jest tylko dla nich.

- Co więc z tym do­mem? - spy­tała su­cho.

Le­piej, żeby fa­cet się stresz­czał.

- Tak, Maj­che­rek zbu­do­wał ten dom na prze­kór tren­dom. Być może wy­da­wało mu się, że dzięki temu zo­sta­nie za­uwa­żony. Dom rze­czy­wi­ście zo­stał za­uwa­żony, a sam Alek­san­der, choć na­dal miał opi­nię eks­cen­tryka, zy­skał sym­pa­tię śmie­tanki to­wa­rzy­skiej, szcze­gól­nie ko­biet. Spro­wa­dzał je tu­taj, cza­sem na jedną noc, nie­kiedy na ty­dzień, a cza­sem dwa. Żadna nie miesz­kała tu dłu­żej. To zna­czy żadna przed Ta­marą Lesz­czyń­ską. Ta­mara sama była ma­larką i muzą wielu ar­ty­stów. Alek­san­der za­ko­chał się w niej bez pa­mięci.

- A ona w nim nie? - spy­tała grzecz­nie Agnieszka.

- Za­pewne też, skoro zde­cy­do­wała się z nim miesz­kać. Była bar­dzo piękna, ale nie tylko to przy­cią­gało do niej lu­dzi. Po­dobno gdy się z nią roz­ma­wiało, nie chciało się od­cho­dzić. Miała w so­bie ja­kiś ma­gne­tyzm, cha­ry­zmę, która dzia­łała za­równo na męż­czyzn, jak i na ko­biety. To jej por­tret au­tor­stwa Maj­cherka.

Gość po­ka­zał ob­raz na ko­mórce. Ko­bieta o dłu­gich pło­mien­nych wło­sach rze­czy­wi­ście była piękna i ema­no­wała mię­dzy­wo­jen­nym sek­sa­pi­lem.

- Skoro pan o niej mówi, to za­pewne stała się ja­kaś tra­ge­dia zwią­zana z jej udzia­łem?

- Tak. Alek­san­der za­ko­chał się jak wa­riat. On chyba zresztą był wa­ria­tem od po­czątku. Ona pew­nie też go ko­chała, ale po­trze­bo­wała lu­dzi jak po­wie­trza. Po­trze­bo­wała, żeby inni ją ad­o­ro­wali, po­trze­bo­wała ich po­dziwu, za­in­te­re­so­wa­nia, kom­ple­men­tów, przy­pusz­czal­nie do­tyku też. On chciał ją mieć tylko dla sie­bie. Ro­bił awan­tury o każde spoj­rze­nie, każdą roz­mowę. Kie­dyś wy­cią­gnął ją siłą z balu. Wtedy po­wie­działa dość.

- Ale przy­szła tu z nim?

- Tak. We­dług jego pa­mięt­nika ko­chali się tak na­mięt­nie jak ni­gdy wcze­śniej. A póź­niej, nad ra­nem, przy­szli tu z bu­telką wina.

Agnieszka spoj­rzała na męż­czy­znę na­prze­ciwko. Sam na­lał so­bie kie­li­szek i pa­trzył na nią z ogniem w oczach. Nie­przy­jemny dreszcz prze­szedł jej wzdłuż krę­go­słupa. Chciała po­wie­dzieć "dość", a za­miast tego po­cią­gnęła ko­lejny łyk i mruk­nęła:

- To pra­wie tak jak my te­raz.

- Wła­śnie! W każ­dym ra­zie wy­piła tro­chę i oznaj­miła, że było przy­jem­nie, ale ona te­raz chce wró­cić do po­przed­niego ży­cia.

- I on ją wtedy...

Coś prze­szko­dziło jej skoń­czyć.

- Nie. Nie­zu­peł­nie. Chciał się z nią jesz­cze raz ko­chać i po­wie­dział jej to, a w każ­dym ra­zie tak na­pi­sał w pa­mięt­niku. Ona na to, że czemu nie. Zro­bili więc to tu­taj po raz ostatni. Kiedy wstała, po pro­stu ją zrzu­cił.

Agnieszka wbrew so­bie pod­nio­sła się i po­de­szła do ba­rierki. Na dole były uło­żone ka­mie­nie.

- Za­wsze tu były? Te ka­mie­nie? Wtedy też?

- Tak. To był jego po­mysł. Chciał, żeby było ska­li­ście pod oknami.

Od­wró­ciła się. Pan Bog­dan na­dal sie­dział, przy­glą­da­jąc się jej w za­my­śle­niu. Po­my­ślała, że gdyby stał tuż przy niej, czu­łaby się nie­swojo. Wró­ciła na miej­sce chwiej­nym kro­kiem. Jej kie­li­szek był pe­łen. Wy­chy­liła go do dna.

- I ona tu stra­szy, tak?

- Nie tylko ona.

Zer­k­nęła na ze­ga­rek. Zbli­żała się sie­dem­na­sta. Sio­stra wy­brała się na sa­motną wy­cieczkę, jed­nak na­le­żało spo­dzie­wać się jej lada chwila. W po­ukła­da­nym świe­cie Ad­rianny nie było miej­sca na po­wroty z gór po za­cho­dzie słońca.

- A kto jesz­cze?

- Mó­wią, że do­szło do tej dru­giej tra­ge­dii, bo Ta­mara ni­gdy nie opu­ściła tego miej­sca.

- Jaka to była tra­ge­dia?

Gość po­trzą­snął głową i znów na­lał wina bez py­ta­nia. To było iry­tu­jące, ale Agnieszka nic nie po­wie­działa. Sama go za­pro­siła, sama to wino za­pro­po­no­wała. Go­rzej, że bu­telka bę­dzie pu­sta.

- Ten dom długo stał pu­sty. Po woj­nie, ale dość długo po woj­nie, w la­tach sześć­dzie­sią­tych, prze­zna­czono go na wy­na­jem dla tu­ry­stów. Spę­dzali noc, cza­sem kilka, ale nie de­cy­do­wali się wró­cić. Mó­wili o ja­kichś kro­kach, krzy­kach, wes­tchnie­niach. Pani ni­gdy nic nie sły­szała?

- Nie - od­po­wie­działa chłodno.

Co za bzdury. Za­pro­siła ja­kie­goś fa­ce­cika, żeby opo­wia­dał jej ba­jeczki dla mniej grzecz­nych dzieci. A jed­nak jego słowa bu­dziły mrok, skryty pod co­dzien­nymi za­cho­wa­niami, strach, który drę­czył we śnie i zni­kał, gdy się obu­dziła.

Po­ki­wał głową.

- To wi­dać nie­wraż­liwa pani na du­chy. To do­brze - po­wie­dział ser­decz­nie. Uśmiech­nął się i kon­ty­nu­ował zu­peł­nie in­nym to­nem: - Ko­lejna tra­ge­dia wy­da­rzyła się po wielu la­tach. W dru­gim dzie­się­cio­le­ciu dwu­dzie­stego pierw­szego wieku. Był je­den młody męż­czy­zna, który wra­cał tu za każ­dym ra­zem z inną dziew­czyną. On też uwa­żał, że jest nie­wraż­liwy na du­chy. Po­cząt­kowo.

Pan Bog­dan za­śmiał się, za­pewne w swoim prze­ko­na­niu zło­wiesz­czo.

- Co? Roz­ma­wiał pan z nim?

- Nie. Oczy­wi­ście, że nie. Lu­dzie ga­dają. Chęt­nie bym go od­wie­dził w wię­zie­niu, ale mnie nie wpusz­czą. Gdy­bym był ja­kimś dzien­ni­ka­rzem, to co in­nego.

- Jest w wię­zie­niu?

- No tak. Po tym, co zro­bił, to oczy­wi­ste.

- A co ta­kiego zro­bił? - za­py­tała, cho­ciaż ła­two można było się do­my­ślić, że wy­koń­czył tu jedną ze swo­ich la­sek.

- No więc ostat­nia dziew­czyna, którą tu przy­wiózł, była po­dobno bar­dzo piękna. - Pan Bog­dan nie od­niósł się bez­po­śred­nio do py­ta­nia. - Mó­wię po­dobno, bo ro­dzina gro­ziła pro­ce­sami za upu­blicz­nia­nie jej zdjęć. Za­zwy­czaj na dzien­ni­ka­rzy to nie działa, ale chyba tamci mieli zna­jo­mo­ści. Ja­kieś mocne zna­jo­mo­ści w pro­ku­ra­tu­rze.

- I żadna ga­zeta się nie zde­cy­do­wała? - zdzi­wiła się Agnieszka. - Te­mat no­śny, a je­śli dziew­czyna ładna, chwyta jesz­cze bar­dziej.

- A jed­nak. Nie ma śladu. Może pani pró­bo­wać do woli.

- I pan ni­gdy nie wi­dział jej fo­to­gra­fii?

- Nie, ale znam na­zwi­sko tego męż­czy­zny. Na­wet te­raz pi­szą o nim ar­ty­kuły.

- I jak się na­zywa?

- Krzysz­tof Ma­ry­nar­ski.

- Za­bił tu tę su­per­la­skę?

- Tak.

- Ro­zu­miem, że tak jak jego po­przed­nik ze­pchnął ją stąd.

Po­now­nie wstała, zbli­żyła się do ba­rierki. Tym ra­zem pan Bog­dan po­dą­żył za nią. Czuła się słaba, a męż­czy­zna obok był do­brze zbu­do­wany, wy­glą­dał na sil­nego. Wy­star­czyłby ruch z jego strony, a ona by się pod­dała, prze­le­ciała przez to za­bez­pie­cze­nie, które te­raz wy­dało się pro­wi­zorką. Po dwóch mor­der­stwach po­peł­nio­nych na da­chu wła­ści­cielka po­winna bar­dziej się po­sta­rać. Agnieszka po­my­ślała, że al­ko­hol po kiep­sko prze­spa­nej nocy i po­dróży po­cią­giem po­dzia­łał zbyt mocno. Po­winna wró­cić na le­żak, jed­nak po­zo­stała na miej­scu, jakby wy­zy­wa­jąc na po­je­dy­nek wszyst­kie du­chy tego domu. Tym­cza­sem to nie duch stał przy niej, lecz po­tężny męż­czy­zna.

- Tak. - Pra­wie czuła jego od­dech na po­liczku. - Ze­pchnął ją, a po­tem po­wie­dział, że to dom tak na niego dzia­łał.

- Dom? Na­prawdę tak się bro­nił?

- Tak. Zrzu­cił wszystko na du­cha. Jego ad­wo­kat pró­bo­wał zro­bić z niego wa­riata, ale to nie prze­szło.

Miała mę­tlik w gło­wie. Te dwa du­chy, o któ­rych przed chwilą opo­wia­dał pan Bog­dan, stały tuż obok. Czuła je, pra­wie sły­szała, jak szep­czą: Zrób to. Zrób. Czy on też je sły­szał? Spoj­rzała w oczy męż­czy­zny. Ja­sne, przy­ja­zne.

- Chyba mu­szę usiąść. Za­krę­ciło mi się w gło­wie.

Pan Bog­dan nie pró­bo­wał jej za­trzy­mać. Opa­dła na le­żak i wy­piła resztę wina. Gość usiadł obok i uśmiech­nął się nie­śmiało.

- Dzię­kuję, że mnie pani za­pro­siła. To na­prawdę wiele dla mnie zna­czy.

- Wie­rzy pan w te hi­sto­rie o du­chach?

- Nie wiem. Du­chy to moja pa­sja. Lu­bię wie­rzyć. My­ślę, że na­wet je­śli nie du­chy, to coś po­zo­staje. Ja­kaś ener­gia.

- Zła ener­gia po złych wy­da­rze­niach - uzu­peł­niła. - Tu­taj we­dług pana opo­wie­ści ro­ze­grały się przy­naj­mniej dwa.

- Zła ener­gia ma to do sie­bie, że krzy­czy. Są­dzę, że są lu­dzie wraż­liwi na jej krzyk.

- A pan? Coś tu pan sły­szy? Czuje?

- Nie. Zu­peł­nie nie. Nie po tam­tych wy­da­rze­niach.

Ze­sztyw­niała.

- Co to zna­czy?

- Wy­daje mi się... - Za­wa­hał się. - Nie wiem, czy po­wi­nie­nem.

- Pro­szę mó­wić.

- Wy­daje mi się, że pani jest ze­stre­so­wana. Chce pani zmian i boi się pani no­wego ży­cia.

Pa­trzyła na niego z nie­do­wie­rza­niem.

- Aż tak to wi­dać?

Pró­bo­wał się ro­ze­śmiać.

- Nie. Po pro­stu wy­czu­wam.

Nie wie­działa, jak za­re­ago­wać.

- Chcia­łam wie­dzieć o prze­szło­ści tego domu, a te hi­sto­rie mnie roz­stro­iły. To też pan wy­czuł?

Po­krę­cił głową, ale i tak mu nie wie­rzyła.

- Wie pani, że Ma­ry­nar­ski pi­sze książkę o wła­snej zbrodni?

- Co ta­kiego?

- I o Maj­cherku. I o du­chach.

- Na pewno do­brze się sprzeda - po­wie­działa szorstko.

- Na pewno.

Ro­ze­śmiał się. Wcale nie zło­wiesz­czo, ale z ja­kie­goś po­wodu wszyst­kie wło­ski sta­nęły jej na rę­kach.

- Czy po­zwo­li­łaby mi pani zro­bić kilka zdjęć?

- Ma pan za­miar je gdzieś udo­stęp­nić? - spy­tała ner­wowo.

- Tylko w pry­wat­nej gru­pie na Fa­ce­bo­oku. Jest tam kil­ku­na­stu ta­kich wa­ria­tów jak ja.

Z pew­no­ścią je­den z nich prę­dzej czy póź­niej upu­bliczni ta­kie fotki. No i co z tego? Komu to może za­szko­dzić?

- To niech pan robi. Tylko beze mnie, do­brze?

- Oczy­wi­ście.

Cyk­nął kilka zdjęć na da­chu, po­tem po jed­nym z każ­dego po­miesz­cze­nia. To­wa­rzy­szyła mu wszę­dzie. Gdyby strze­liło mu do głowy coś ukraść, za­równo Ada, jak i wła­ści­cielka wi­ni­łyby ją. I nie­ważne, że sio­strzyczka po­kry­łaby straty.

- Jesz­cze raz dzię­kuję - po­wie­dział na dole. - Do wi­dze­nia, pani Agnieszko.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki