Pejzaż nocnych rozmów - Wanda Majer-Pietraszak

Reflow text when sidebars are open.
Która godzina?
Odchylam rękaw i patrzę na swój stary, niemodny zegarek. Jestem do niego bardzo przywiązana. Dostałam go od mamy za z trudem zdaną maturę. Matematyka! O bogowie, jak to było dawno. Miałam wtedy dziewiętnaście lat i byłam o krok od zrealizowania marzenia o wyższej szkole teatralnej. Dwa egzaminy wstępne za mną, ostatni, najważniejszy, i jestem na liście przyjętych! Może mój zegarek przyniósł mi szczęście? Byłam szczęśliwa, gdy go dostałam, i wierzyłam, że musi pomnażać szczęście. Atlantic - niebieski jak nocne niebo nad oceanem.
Minęła dwudziesta druga, jestem gotowa, ale mam jeszcze kwadrans do wyjścia. W kuchni pakuję do torby termos z kawą. Zawsze biorę tylko kawę i kawałek gorzkiej czekolady.
Kawą dzielę się z Miśkiem, przecież on nigdy nie pomyśli, żeby sprawić sobie termos - po co, ma go u mnie. Kiedy przed rozpoczęciem audycji nalewam do kubka cudownie pachnący, parujący płyn, posyła mi przez szybę reżyserki błagalne, niemal psie spojrzenie. Niezmiennie mnie tym rozbraja, kiwam na niego, jeszcze przed rozpoczęciem zdąży wpaść do studia po termos. Lubię Miśka, lubimy i cenimy się nawzajem. To świetny realizator, ze znakomitym, bliskim mi gustem muzycznym, sam dobiera utwory z płytoteki do naszej nocnej audycji - Nocne largo.
Robi to z wyczuciem, jego przerywniki, przeważnie sweet jazz, budują nastrój. Przez lata puszczał "muzykę nocą" i lepszego realizatora niż Misiek nie ma.
Dużo robię, jak to się mówi, w radiu. Zawsze lubiłam i ceniłam, gdy zapraszano mnie do audycji czy rozmów. Kiedy Iza, szefowa Dwójki, zaproponowała mi dwie noce w tygodniu, od dwudziestej trzeciej do drugiej, na prowadzenie nowego programu, byłam zaskoczona. Taka samodzielność? Rozmowy z tymi, którzy nie śpią i chcą pogadać. Zapaliłam się jak sztormowa zapałka. Mogłam sama zaproponować nazwę i w jakimś stopniu określić charakter audycji, a kiedy poprosiłam o Miśka, dostałam zgodę. Pomijając dumę i frajdę z samodzielności (no, w pewnych granicach, ale jednak), taka formuła rozmowy na żywo, wymagająca czujności, refleksu, improwizacji, niezwykle mnie ekscytowała.
- Ale uprzedzam - powiedziała szefowa - może być różnie, oszołomów nie brakuje, prymitywów, pijaków też, jeżeli ci się taki wpakuje na antenę, musisz znaleźć wyjście z zaistniałej sytuacji, musisz być czujna, Misiek też. Trzeba z tego wybrnąć. Elegancko. Nie dać się sprowokować. O pyskówce nie ma mowy. Liczę na ciebie.
- Jasne.
Szefowa uniosła kciuk.
- A kiedy zaproponujesz nazwę? Muszę ją wprowadzić.
- Dziś w ciągu dnia. Będę główkować. Zadzwonię.
- W porządku.
Już wychodząc z radia, wpadłam na pomysł, ale zatelefonowałam po południu, żeby nie wydać się genialna...
- Iza?
- Tak?
- Tu Danka. Mam.
- Co masz? - spytała trochę nieprzytomnie, bo zawsze ma za dużo na głowie.
- Tytuł do nocnej.
- Dawaj.
- Skup się. To audycja moja i Miśka, słowo i muzyka, a do tego noc. A więc Nocne largo. Largo to termin muzyczny, oznacza "szeroko, wolno". To czas na rozmowy i dobrą muzykę. Co o tym sądzisz?
- Kupuję. Trzymam kciuki. Płyń po morzach i oceanach nocnych zwierzeń.
I tak zostało.
Z komody w sypialni zabieram małą terakotową sówkę i delikatnie układam ją w bocznej kieszonce torby. Bez niej nie ruszam się nigdy, ani do teatru, ani do radia. Sówka ma powierzchnię utrzymaną w jasnych beżach i szarościach, z delikatnym niebieskim rysunkiem rozkwitłego kwiatu na grzbiecie i listkami po bokach. Do tego nieco rozpłaszczony pomarańczowy dziób i wpatrzone we mnie wielkie czarne oczy. Urocze dzieło nieznanego meksykańskiego artysty dostałam kiedyś od Sowy. Z ostatnim listem.
Sowa była najmłodsza na naszym roku i chyba najbardziej spragniona wiedzy. Przez wszystkie lata studiów kosiła same oceny bardzo dobre, z literatury, historii sztuki, wiedzy o teatrze i angielskiego. Może tylko w zadaniach aktorskich była zaledwie dobra, zapewne trochę brakowało jej talentu, ale zdolności miała na pewno i była świetna ruchowo - w szermierce, gimnastyce czy w balecie. Do tego znakomite warunki do ról amantek, zgrabna, o wielkich, intensywnie czarnych oczach. Zawsze czujnym spojrzeniem ogarniała rozmówcę i notatki podczas wykładów. Stąd przezwisko Hanki - Sowa. Mądra, wielkooka Sowa.
Przyjaźniłyśmy się przez cztery lata studiów, od pierwszego wejścia do sali wykładowej i znalezienia miejsc przy tym samym stole. Planowała, że po dyplomie pójdzie jeszcze na Akademię Sztuk Pięknych, na wydział scenografii. Ale to udało jej się tylko zacząć w Kanadzie. Pod koniec studiów zakochała się z wzajemnością w utalentowanym architekcie wygrywającym konkursy w kraju i za granicą dzięki projektom, które zakładały nowe spojrzenie, łączące urodę i użyteczność. Szykował się do wyjazdu do Kanady, gdzie miał realizować jakieś obiekty sportowe. Pobrali się zaraz po dyplomie Hanki. Byłam jej świadkiem w urzędzie stanu cywilnego, gorąco życzyłam im szczęścia, które im się należało, bo byli dla siebie całym światem.
Dotąd z Sową byłyśmy jak siostry, nawet nazywano nas papużki nierozłączki, a teraz połykały nas dwa różne, odległe światy. Płakałyśmy obie. Potem oni wylecieli z kraju żegnani przez wszystkich z naszego roku, były śpiewy - "za rok, za dzień, za chwilę, razem nie będzie nas" - uściski i zapewnienia o nieblaknącej przyjaźni.
Dostałam angaż do jednego z miejskich teatrów. To było ważne. Dużo grałam. Trzy lata później poznałam mężczyznę, o którym tylko można było marzyć, i wyszłam za niego. To też było ważne. Daniel, kilka lat starszy ode mnie, przystojny, opiekuńczy, inteligentny, tyle że bez poczucia humoru na swój temat, samiec alfa, przyjmujący za naturalne, że kobiety miękły pod wpływem jego uroku, traktujący siebie ogromnie serio, może też trochę przesadnie dbający o wygląd. Te jego garnitury, koszule szyte na miarę, kupowane w czasie częstych wyjazdów zawodowych włoskie buty, no i dobre perfumy. Przyznaję, że przywoził je i dla mnie. Bawiło go, iż lata temu zatrzymałam się na Chanel No. 5.
Był przedstawicielem zachodniej firmy samochodowej, znał języki, był rzutki, przedsiębiorczy, zupełnie inny niż ja. Na początku znajomości ciekawił go i chyba w jakimś sensie imponował mu mój zawód, który uprawiałam z powodzeniem i satysfakcją, natomiast ja przejawiałam zupełny brak zainteresowania jego pracą. Nie umiałam udawać, że płonę z zachwytu nad linią czy osiągiem, zupełnie nie znając się na modelach samochodów. Dużo podróżował. Później, gdy przebywał w kraju przez dłuższy czas, stopniowo przestał wykazywać entuzjazm dla moich sukcesów, pokrętnie sugerując, że aktorstwo nie jest poważnym zawodem. "To zabawa" - ironizował, pokpiwał i namawiał, bym zrezygnowała z pracy i podróżowała razem z nim. Miałam ocieplać jego wizerunek.
Ostatecznie poczułam się dotknięta i zlekceważona, a przywożone prezenty nie mogły mi tego wynagrodzić. Wszystko to niezbyt dobrze wpływało na nasze małżeństwo, ale jakoś udawało się nam przez te progi i wiry przepływać w codzienność. Wbijane szpileczki wyjmowałam bezboleśnie. Nawet gdy któregoś dnia z prawie nieuchwytną satysfakcją powiedział: "We wtorek lecę do Toronto, widzisz, mogłabyś się zobaczyć z przyjaciółką, ale cóż, jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz". Nawet wtedy, choć zabolało, nie podjęłam tematu.
Założyłam sobie, że małe sprawy są jak ukłucie komara, prawie nieistotne. Wystarczy się podrapać, użyć kilku kropel spirytusu salicylowego i można zmienić temat.
Kiedy niespodziewanie, a może i przewidywalnie, tragicznie odszedł mój ojczym, a w jakiś czas potem na serce zmarła mama, Daniel trwał przy mnie. Przejął wszystkie sprawy dotyczące organizacji pogrzebu, potem kremacji mamy, kwiatów, nekrologów i za duże pieniądze zdobył miejsce tak na cmentarzu, jak i w kolumbarium. Sprawny, zdecydowany, uczynny Daniel, mój mąż. Do dziś odczuwam wdzięczność. Ale wyraźnie niecierpliwiło go, że nie miał wpływu na moje niezłomne postanowienie co do jednego. Już następnego dnia po pogrzebie wróciłam do grania, i to co wieczór, wesolutkiej spryciuli Lizetty w Igraszkach trafu i miłości Marivaux na zmianę ze zmysłową, zakochaną Zuzanną w Don Juanie Rittnera.
Byłam też przewidziana w nadchodzących próbach Celestyny Rojasa. Słodka, oczekująca miłości bohaterka, którą tytułowa Celestyna, uprawiająca najstarszy zawód świata, bardzo chciała zdeprawować. Cieszyłam się na myśl o zapowiadanych próbach, po spektaklach wracałam do domu podekscytowana, wzmocniona, z dobrą energią. Wymykałam się Danielowi z rąk, nie mógł mnie pocieszać, utulać zawieszoną na nim, ciągle bolejącą i tonącą we łzach. Moje zachowanie, według niego, nie było przyzwoite i normalne. Myślę, że chciał mnie mieć na własność, słabą, uzależnioną i posłuszną. Może chciał, żebym tylko jemu zawdzięczała posklejanie z kawałków po ostatnich przejściach.
Wreszcie otwarcie oświadczył, że to go przerasta, jestem osobą "wielbiącą siebie i swój zawód", nieczułą, wątpliwe nawet, czy zrównoważoną, i zimną, co jest przerażające. Śmierć wymaga żałoby, łez, rozpaczy i bezradności. Nie rozumiał, że moja praca, obowiązki, wysiłek umysłowy dawały mi energię na każdy nadchodzący dzień, dzięki nim mogłam oderwać się od rozpamiętywania sieroctwa. Twierdził, że nikt nie jest mi potrzebny. Bardzo się mylił. Każdy artysta, każdy człowiek, bez względu na zawód, potrzebuje akceptacji. Kogoś życzliwego, kto wysłucha, zrozumie, będzie obok. Doceniałam, że Daniel był przy mnie. Może tylko nie umiałam tego okazać, tak jak on by chciał. Czułam się osamotniona, nie było przy mnie Sowy, odeszli dobry przybrany ojciec, bliska mi matka. Był tylko teatr i Daniel. Tak, właśnie on. Przecież byłam w nim zakochana, gdy zaproponował mi małżeństwo, powiedziałam wtedy "tak". Chociaż, no właśnie, podświadomie odczuwałam niepokój. Nie umiałam go skonkretyzować. Tłumaczyłam sobie, że jest to stan normalny, gdy dwoje dorosłych ludzi, każdy z własną ziemią pod stopami i niebem nad głową, nie zawsze słonecznym, będą się nimi dzielić, starać się rozumieć, uczyć.
Daniel był na tyle mądry, że wreszcie zamilkł na temat mojego zawodu, któremu byłam bardziej oddana i podporządkowana niż jemu. Na ślub - za bogaty, za wystawny, jakbyśmy odgrywali przedstawienie dla jego rodziny i znajomych, a nie skupiali się na sobie - Sowa nie mogła przylecieć. Rodziła córkę. Obie życzyłyśmy sobie dużo szczęścia i wierzyłyśmy w nie, bo dlaczego by nie. Do licha, to jest prawo młodości!
Minęły cztery lata, dużo i mało. Myślę, że Daniel uświadamiał sobie coraz wyraźniej, że związek z aktorką to bardzo specyficzna okoliczność dla tak zwanego w naszym środowisku cywila. Że ona nigdy nie będzie w całości należała do mężczyzny. Nie może. Rywalem był teatr.
Ale starałam się. Czy był szczęśliwy? Myślałam, że mimo wszystko tak. Do czasu... Zaczął mnie zdradzać. Choć zaskoczona, byłam jednak coraz bardziej tego pewna. To, że przez sen wyszeptał imię obcej kobiety, mogło nic nie znaczyć, kobiet w jego kontaktach zawodowych było sporo, więc mogła być i wyszeptana przez sen Samanta, ale jakiś czas później okazało się, że to ma znaczenie. Wsypał się nieostrożnym esemesem od niej zbyt późnym wieczorem, przejęzyczył się, zwracając się do mnie, a ostatecznym dowodem była niespodziewana przesyłka. Z miasta, do którego pojechał "służbowo", z dobrego hotelu. Zapomniana para damskich zamszowych rękawiczek, przesyłka była adresowana na nasze nazwisko, aczkolwiek nie na moje imię. Obok imienia Daniela pojawiła się... tak, Samanta. To głupie, pretensjonalne imię, ostatnio częsty gość w naszym związku. W przesyłce był list na hotelowym papierze, mój mąż zameldował siebie i ją jako małżeństwo. Cyniczne? Zapewne, ale przede wszystkim wygodne. Nie umiałam zachować się z klasą i otworzyłam kopertę. Przyznaję, że doznałam lekkiego zawrotu głowy i ucisku w gardle. A więc to tak?
"Szanowni Państwo, pozwalamy sobie odesłać zapomniane przez Szanowną Małżonkę rękawiczki, zostawione u nas podczas pobytu w dniach...
Serdecznie zapraszamy do ponownych odwiedzin w naszym hotelu. Będzie nam bardzo miło gościć Państwa.
Z wyrazami szacunku - podpis, data".
Mnie zabrakło szacunku dla "Szanownych Państwa" i eleganckich zamszowych rękawiczek pachnących znajomymi perfumami. Wielki flakon So Elixir Yves Rocher niedawno i mnie przywiózł z Hiszpanii. Nam obu...
Czy skóra Samanty, ciekawe - blondynki czy brunetki też tak zachłannie przyjmowała ten cudowny, wyrafinowany zapach? I jakież to było mądre posunięcie ze strony mego męża, ten długo utrzymujący się zapach. Był doskonale bezpieczny, gdy mogłam jeszcze wyczuć delikatną woń perfum na szyi, szalu czy ciele Daniela.
Przed wyjściem na spektakl miałam jeszcze czas, żeby sięgnąć po nożyczki i dość brutalnie - bo używałam ich do prac ogrodowych - skrócić wszystkie dziesięć palców w rękawiczkach, zmniejszając ich wielkość do rozmiarów mitenek. Działanie to leciutko uspokoiło bicie mego serca. Sprawiło mi satysfakcję, zwłaszcza gdy wyobraźnia podsuwała mi wyraz jego pięknej twarzy, gdy będzie brał w dłonie rękawiczki tej suki i otwarty hotelowy list. Napisałam też i dołączyłam kartkę od siebie: "Kategorycznie żądam, aby po moim powrocie z teatru już cię tu nie było ("cię" małą literą)! Później we wszystkich sprawach już tylko przez mojego adwokata".
Kartkę położyłam na stole, tuż obok firmowej koperty hotelu, otwartego pisma i stojących w szklanym wazonie róż od Daniela. Lubił przynosić mi kwiaty. Czy tylko mnie? Wątpliwe.
I to był koniec z nami. Nic nie miało wartości i wspólnej przyszłości. Jedynym, co nas jeszcze z konieczności łączyło, była sprawa rozwodowa.
Jadąc wtedy do teatru, ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że boli, ale nie rozpaczam, za to jest mi wstyd za Daniela. I że doznaję ulgi. Być może on doznawał tego samego uczucia, jeśli chodzi o ulgę. I to był koniec. Nie wierząc w jego prawdziwe intencje, nie zgadzałam się na jakieś, pozorne przecież, próby porozumienia. Dokonał wyboru, więc o co chodziło? Może był to dla niego cios ambicjonalny - wolałby sam odejść, niż by kobieta odchodziła od niego. Odrzuciłam też jego nazwisko, dotąd używałam dwóch, Krasecka, które przyjęłam od ojczyma, i jego, Dener, a teraz chciałam wrócić do pierwszego. Kategorycznie.
Już w jakiś czas po rozwodzie zjawiłam się w urzędzie w sprawie zmiany nazwiska i okazało się, że przewidywany na te kwestie termin minął. Za późno? Skąd mogłam wiedzieć?! Wpadłam więc w dziką rozpacz, łkałam, zalewając się łzami, błagałam... Zresztą naprawdę byłam załamana, a że nauczono mnie, jak się rozpacza, wykonałam zadanie na piątkę. Udało się. Z wdzięczności zaprosiłam dwie urzędniczki i panią kierownik do teatru. W programie, pod moim nazwiskiem, napisałam każdej kilka czułych słów.
Mieszkanie, które miałam po matce, zamieniłam na mniejsze i zarówno Daniel, jak i ja zaczęliśmy swoje życie.
Wkrótce potem nagle dokonałam jeszcze jednego odkrycia. Bolesnego. Zniknęła sówka. Co się mogło stać? Zawsze mieszkała na komodzie lub w mojej torbie. Była częścią mnie, przywiązywałam do niej wielką wagę, traktując ją jako przedmiot o mistycznym znaczeniu. Jej obecność w jakimś sensie była obecnością Hanki, bliskiej przyjaciółki. Przekopałam cały dom, rozpakowałam wszystkie rzeczy, przetrząsając dokładnie. Ci, którzy mieli się zabrać za przeprowadzkę, jeszcze nie pojawili się w mieszkaniu, mieli przyjechać za kilka dni. Nikogo obcego nie było, a więc? Płakałam. Sówka od mojej Sowy. Której już nie było. Zmarła w Meksyku, gdzie jej mąż budował jakiś obiekt, a u niej odkryto postępującą w zawrotnym tempie chorobę krwi. On przerwał budowę, z dzieckiem i chorą Hanką chcieli wrócić do Toronto, gdzie czekał na nią szpital i świetny zespół lekarzy. Nie zdążyli.
Czy wiedziała wcześniej o stanie swego zdrowia? Przypuszczam, że tak, ale nie zdradziła się w żadnym liście czy rozmowie telefonicznej. Troszczyła się o mnie, o moje rozpadające się małżeństwo, cierpiała z powodu rozwodu. Ciągle czekała, że przyjadę.
Tuż przed swoim odejściem przysłała paczuszkę i ostatni list. W nim otwarcie już żegnała się ze mną, dziękując za przyjaźń, przepraszając za prawie nieczytelne pismo, dzielna i mądrze pogodzona z nieodwołalnym. W jakimś stopniu spokojna o córkę, która była silnie związana uczuciowo z ojcem. Zapewniała ich oboje, że mają iść do przodu, że ich kocha, z trudem próbowała oszukać, że nie cierpi, choć była już cieniem dawnej, pięknej Sowy. To był dopisek od jej męża.
Otwierałam pudełeczko, jeszcze nie znając jego zawartości. W środku, czule otulona bąbelkową folią, siedziała ceramiczna sówka, która wywołała mój uśmiech i zachwyt. I ten list, i dołączony do niego wiersz pisane były rozchwianymi literami, rozchodzącymi się w górę i w dół, jakby wspinały się w poszukiwaniu ucieczki z kartki papieru.
Przy pierwszych słowach wpadłam w najczarniejszą rozpacz, a przez łzy z trudem odczytywałam ostatnie słowa do mnie od mojej Sowy. Dlaczego? Kto tak zdecydował, okrutnie i bezdusznie. Dobry Bóg?! Los?!
Wyjęłam sóweczkę z pudełka i czytając, gładziłam ją, aż ceramiczny grzbiecik stał się ciepły w mojej dłoni.
Meksykańska sówka,
to jest mnie połówka,
wpatrzona w Ciebie. Nieduża,
będzie z Tobą, gdy zniknę w chmurze,
bo trąci mnie paluch losu
i wchłonie bezmiar kosmosu.
Danuś, jestem gotowa,
Odchodzę.
Zostaje sowa.
Długo zadręczałam Świętego Antoniego, który zawsze pomaga w sprawie zgub, ale moje zwracanie się do niego nie dawało żadnego rezultatu. Dlaczego? Coś było na rzeczy, że ten bezinteresownie życzliwy święty był bezradny.
Uznałam, że nie ma innego wyjścia - sprawcą musi być Daniel. To on ją zwinął. Zemsta? Bezmyślność? Zniszczył, wiedząc, jak jest dla mnie ważna? Wystukałam numer jego komórki. Odebrał.
- Halo?
- Tu Danka.
- O! - powiedział zaskoczony i zawołał do kogoś będącego gdzieś dalej: - Za chwilę!
- Danielu... - Starałam się opanować, a on wykorzystał pauzę, żeby cicho zażartować.
- Ktoś sobie o mnie przypomniał?
- Tak. Zabrałeś moją własność. Mam nadzieję, że przez przypadek. Bardzo drogą mi pamiątkę. Glinianą sowę.
- Nadal jesteś przesądna i potrzebujesz amuletów? - śmiał się ironicznie.
- To bardzo cenna dla mnie rzecz, wiesz o tym.
Nie mogłam wybuchnąć, nie mogłam użyć najgorszych wyrazów, żeby powiedzieć, co o nim myślę. Miał sowę i mnie w ręku. Mógł się odegrać za wszystko, ale za co? Co ja mu zrobiłam? Uwolnił się ode mnie, powinien być szczęśliwy!
- O czym mówisz?
- Figurka małej sowy. Pamiątka po nieżyjącej przyjaciółce, wiesz przecież, po Hance z Kanady. Czemu to zrobiłeś?!
- Aż taki robisz problem? Jest zabawna, te wytrzeszczone ślepia mnie urzekły, zaplątała się w moje rzeczy i... - zawiesza głos, a wtedy wpadam mu w słowo:
- Bardzo, bardzo cię proszę, oddaj. Potrzebuję jej, to irracjonalne, wiem, ale muszę ją mieć. Przywieź mi, podam ci mój nowy adres, albo...
- Nie mogę.
- Bardzo cię proszę - żebrzę. - Ona nie ma dla ciebie żadnego znaczenia, a dla mnie jest taka ważna. Danielu, przecież rozstaliśmy się w pokoju, dlaczego mi to robisz? To jakaś zemsta? Za co? Masz satysfakcję, że muszę cię prosić? Że dzwonię do ciebie? Oddaj mi ją. Bardzo cię proszę!
- Może jakoś przy okazji, jeżeli naprawdę tak ci na niej zależy - roześmiał się znowu.
W tle odezwał się wysoki głos kobiecy:
- Danielu, czekamy!
- To ja przyjadę - mówię szybko. - Powiedz, gdzie ci będzie najwygodniej, w jakiejś kawiarni?
Śmieje się nadal.
- Nie wiem, czy ją znasz, to tawerna.
- Tawerna? - Jestem pewna, że żartuje ze mnie.
- Tak.
- W Warszawie? Gdzie?
- W Madrycie. Nazywa się Alhambra.
- Jak to?
- W Hiszpanii. Przeniosłem się i mieszkam w Madrycie.
- Mój Boże. - Gasnę, jestem oszołomiona. - Żartujesz ze mnie?
- Nie. Mówię całkiem serio.
- To znaczy, że tylko tam możemy się zobaczyć?
- Będzie zabawnie zobaczyć cię tutaj.
- To niedorzeczne.
- No cóż, jeżeli naprawdę tak ci na niej zależy, nie masz innego wyjścia. Nie bywam w kraju.
- Dobrze - mówię z rozpaczą. - Zorganizuję sobie jakieś dwa dni w teatrze i dam ci znać. Nie zawiedziesz? Proszę, Danielu.
- W porządku, ale może to być dopiero w czerwcu. W drugiej połowie.
Kiedy znowu odzywa się wołająca go kobieta, odkrzykuje, że już kończy rozmowę z kimś z Toledo. Kłamie. Boi się powiedzieć, że to eksżona, której ukradł ważną dla niej pamiątkę, a teraz zaproponował spotkanie w Madrycie.
I to był koniec rozmowy z moim byłym. Drań. Ale nie mogłam głośno życzyć mu wszystkiego najgorszego, bo nie odzyskałabym sówki. Zostawiam sobie to na kiedyś.
Za wszelką cenę muszę polecieć.
Zadręczam sekretariat o takie ułożenie planu, żeby mieć dwa dni - piętnasty i szesnasty czerwca - do swojej dyspozycji, siedemnasty na powrót i tu dobrze się składa, bo to poniedziałek, w teatrze dzień wolny. Przez internet załatwiam prawie wszystko: bilety na samolot w obie strony (jest taki luksus, że mogę zdecydować, czy chcę siedzieć przy oknie, czy przejściu), rezerwację w hotelu Regina, bo z niego mam dość blisko do muzeum Prado. Taka okazja może nie zdarzyć mi się nigdy więcej. Cieszę się podwójnie. Kiedyś kupione - wtedy myślałam, że bez sensu - euro wystarczy mi tam na wszystko.
*
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji