Pedagogika żartobliwa - Janusz Korczak

Kup ebooka

12.50 zł
10.25 zł (5,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wieś - miasto

W zimie mieszkańcy miast duszą się w zaduchu dusznego miejskiego powietrza. Ich zadymiony miejski organizm, wyczerpany kurzem i wyczerpującą miejską pracą, tęskni za łonem natury. Zima składa się z długich miejskich wieczorów, z czterech ścian i czterech pór roku: radosnej wiosny, skwarnego lata, śnieżnej zimy i słotnej jesieni.....

Fu. Co ja tu za banialuki popisałem. Zima składa się z zimy, czterech ścian i czterech pór roku. - Zaduch zadymionej duszności... Nigdy wypracowania szkolne nie udawały mi się. Zresztą początek trudny i trzeba inaczej... Już wiem. Zacznę tak. Wakacje i młodzież. Nie - Wakacje! - Młodzież i dziatwa szkolna wyruszają, - gwarnie wyruszają, - za mury, na kolonie, obozy, z murów, oo, w góry, morza, sporty, jeziora, wycieczki. Zadymiona i wyczerpana książka szkolna... Iii... Znów bez sensu... Byłem młody, - jeździłem z dziećmi na kolonie. A teraz sam... Tak... Tempora cavant lapidem. Więc sam, zdezelowany. - Teraz zaciszny dworek wiejski, - pensjonat, - mleczko zsiadłe, książka, jajko prosto od krowy na miękko. Pragnę, też pragnę w góry. - Na przyszły rok? - Kupiłem dwa tomy mineralogii, żeby się przygotować. - Geologia, - nie narty. Skały, granity, formacje, monolity... Nie narty. - Bo co? Nawet młodzi też. - Sporty: Idę do nich w zimie (do znajomych) w odwiedziny. Dzwonię. Służąca otwiera drzwi. - "Zastałem pana?" - "Nie: jest w szpitalu chirurgii urazowej, bo samochód zarzucił". - "A pani jest?" - "Nie wróciła jeszcze, - leży w górach, - nogę złamała". - "A dziecko?" - "Poszedł z boną do doktora, zwichnął na saneczkach staw żebrowy". Zapewne. Nęcą góry i wołają. Chciałoby się porozmawiać z kamykami, bo nie umiem z ludźmi. - Nie, żebym miał nie chcieć, ale jakiś defekt wrodzony. Bo na przykład trzy lata temu w pensjonacie. Postanowiłem od zaraz pierwszego dnia nawiązać życzliwe kontakty. - Wychodzę na werandę. - Uśmiecham się uprzejmie, przedstawiam się - tak i tak - i mówię: "ładną mamy pogodę". - A ona: "Proszę głośniej". - Więc ja drugi raz - głośniej: "ładną mamy pogodę". - A ona prosi jeszcze głośniej. - Niezręcznie jakoś trzy razy powtarzać, że - oczywiście, - pogoda. - Zapewne, drobiazg, - ale speszyło na samym wstępie. - - - A potem mówią, że odludek. No, dobrze. - Więc dwa lata temu też w pensjonacie, jestem już ostrożniejszy. - Wychodzę dopiero na śniadanie. Ale sąsiadce przy stole spadła na ziemię łyżeczka. - Nachylam się szybko uprzejmie pod stół, podnoszę; ale stuknąłem głową w tacę Marysi, a dziewczyna widocznie niezwyczajna z tacą, więc - gibnęły się filiżanki z kawą ze śmietanką, - i sąsiadka syknęła: "niepotrzebnie się pan fatygował". - I pobiegła zmienić białą sukienkę. - Też drobiazg, ale zniechęciło. - Bo nie moja wina, a niby niedołęga. W zeszłym roku jeszcze mniej pochopny. - Ale przed wieczorem już same mnie zagadnęły, - pani i młoda panienka. - (Kawy nie ma, obie słyszą). - "Pogodne będzie lato, wieś nie to, co miasto". - I pytam się, - licho skusiło, - pytam się z miłym uśmiechem tej starszej: "czy to - pani córeczka?" - No! - Ona oczy zmrużyła, - wiatr północny - i: "czy ja wyglądam na matkę takiej dorosłej panny?" I zaraz nazajutrz siedzę na ławeczce z córeczką mecenasowej (rozgarnięta, rozmowna dziewczynka), pokazuje ona tę panią z daleka paluszkiem i mówi: "o, - ta pani, co tam idzie, - powiedziała na pana, ale ja nie powtórzę. Bo u nas, - chłopcy ulepili też ze śniegu - bałwana. Pan kierownik pochwalił, że ładny. Udał się bałwan..." Więc teraz tu - wybrałem pokoik na uboczu. Chociaż gospodyni odradzała, że ponury; że słoneczny na pierwszym piętrze. - Nie szkodzi. - Postawiłem walizkę. Umyłem się. - Idę poznać okolicę. Spotkałem dziedzica-gospodarza. - Tam las. Tu rzeka. - Zacisznie. Pytam go się: "Czy miejscowość zdrowa?" - "Nie bardzo". - "Dlaczego?" - "Podobno malaryczna". Pytam się: "kuchnia dobra?" - A on: "jeśli żona w sezonie nie będzie miała żółciowych kamieni, to dojrzy; mnie smakuje". Pytam się: "czy pluskwy są?" - "Czemu nie? Są. Goście nazwozili z rzeczami". - "A towarzystwo (wspominała małżonka) doborowe?" - "Iii tam, zbieranina". Pytam się o ten swój pokój. Zdziwił się: "Dała? chyba go panu odbierze?" - Powiadam, że nie, że zająłem. - "To nic: ten pokój zaciszny zamówiło młode małżeństwo, - da panu lepszy". - "Ależ ja się nie zgodzę". - "Zgodzi się pan". - Proszę go, żeby z żoną pomówił. Żeby zostawiła. Nie chce: "to jej sprawy; ja się nie wtrącam, ja jej trochę tylko pomagam". Spodobaliśmy się sobie. - Zwierzyłem tajemnicę: że mam zamiar, że muszę, że chcę tu - powieść mówioną do radia. - Jak to zrobić? - Hm. - Trudno będzie. - Choć kto wie: jeżeli pan jej się spodoba. Żona panu poradzi. - No tak. Ale co zrobić, żeby jej się spodobać? I trzeba prędko. - Niech pan przyjdzie do nas wieczorkiem, - niech pan ją poprosi o igłę z nitką. Zapyta się do czego. - Pan powie, że musi przyszyć. - Nic tak kobiety nie wzruszy, nie rozczuli, jak kiedy mężczyzna szyje. - Zaraz powie, że po co, że ona chętnie i zręcznie, - i wzruszona przebaczy, poradzi i zrobi. - Ma pan coś podartego, - jakiś guzik niezbędny? - Ba. Cisza. - Szmer drzew. - Z dala krówki pasą się. Wiejski kogut pieje. - I to ma być powieść dla dzieci, o dzieciach. Tych tu u nas? - pyta się. - Aha. - A co pan o nich powie ciekawego? - zdziwił się. - Zobaczę, pomyślę, nie wiem jeszcze. - Panie szanowny, powiada. Ja im się, powiada, co rok przyglądam i oczom nie wierzę. - Ona tu będzie ta mała: od ziemi nie odrosła, a z pretensją do mnie, - ba, jaką: że wygód nie ma, że twardo, że ciemno, że deszcz, że płaci, więc wymaga. - Fornalowi zrobiła awanturę, że przepowiedział pogodę, a ona zmokła na wycieczce. Bo my tu na wsi powinniśmy wiedzieć, kiedy pogoda i żniwa. - Pozna ją pan: o niej powieść; jej ciocia była na Riwierze, więc wie... - A chłopcy? - A no: kamieniami rzucają w kury; gałęzie łamią, bo i tak wszystko tylko do jesieni. Cóż? - Niszczycielski naród. - Sami nie sadzą i nie sieją. Oni wszystko tylko kupują. My powinniśmy tu na wsi, a wam się tylko należy. - Kazała żona zrobić plac na siatkówkę. - Mało. Kupiłem siatkę. Mało. Powinny być i piłki, i rowery. Obroniłem skutecznie. Przyznał rozżalony, że nie wszystkie są takie, że nawet nieliczne; ale mówi się o nich i dobrze pamięta, bo te nieliczne właśnie dają się we znaki. - Nie wiedzą: trzeba, można im wytłumaczyć. - Można rodzicom... Machnął ręką. Więc pytam się: - A dorośli? - Dziwię się i nie rozumiem, jak oni mi tu jeszcze wszystkiego nie spalili. Znów tuzin popielniczek kupiłem. - Co rok inwestycje: kubły do gorącej wody, leżaki, płyty gramofonowe. - Płacą? - Różnie próbują. Co rok żona przepowiada, że teraz już nie dołożymy. - No tak. Ale przyzna pan, że w monotonnym życiu pewne urozmaicenie? - Nie! Właściwie, co rok to samo. Teraz bawią mnie już tylko ich zbawienne rady. Jeden radzi, żeby bobry hodować, ten znów morwy, sadzawkę i ryby. Sery, raki i konserwy na eksport. Albo krzyżować. Na przykład skowronka ze słowikiem; po co sprowadzać kanarki z zagranicy? Konie każą karmić bawełną, a z mleka robić kilimy. - Teraz wszystko maszyna i szczepienia (Widział w kinie traktory). Na przykład szczepić melony na dębach, - to nawet pikantne - miałyby goryczkę. - Jeden znów był w Danii i widział: kury w inkubatorach składają po trzy jaja dziennie. I plantacje tytoniu dla monopolu. - Bo u nas zacofanie, szablon i marnotrawstwo. - Jakże? - łąki? po co? - Taki obszar - łąka - siać trawę i polewać. Kiedy można przecież drenować: żeby nie było komarów. - I dojazd bryczką, kiedy można samochód? (Pewien eks-poseł ze stosunkami obiecał mi nawet kolej). Markotno mi się zrobiło. Powiadam: - No, pewnie. Głupstwa plotą, bo nie wiedzą. - Nie - żywo zaprzeczył. - W mieście wiedzą, wszystko wiedzą. Jak nic odróżni łubin od jęczmienia, kozę od zająca. Wiedzą, czytają gazety. - A pan? - Prenumeruję. W zimie czasem przejrzę, ale więcej tylko prasę popieram. - Za mądre. Wolę książki. - Tak, panie, kryzys inteligencji. Potrzebny nam jakiś taki prowizoryczny instruktorski kurs racjonalnej realizacji eksploatacji i interpretacji regestracji. Zamilkliśmy. Zamyśliliśmy się. - O, widzi pan. Ten chłopiec mały z kijem idzie. Matka mówi, że żywy. Powinien go pan poznać bliżej. Okaz. - Pewnie nie ma apetytu? - Zgadł pan. Od urodzenia. - Czy u was naprawdę trzeba dzieci namawiać do jedzenia? Cisza. - Przystanąłem. - Zwróciliśmy się twarzą ku polu i łąkom. - Pierwszy dzień. - Wieś. - Ładnie. - Patrzę. - Cicho. - Co to za drzewo? - Co to za ptak śpiewa? - Jak to to się nazywa? - pytam się. A on uprzejmie, łagodnie, życzliwie: - "Widzi pan?" - "Gdzie?" - "Tam na łące, ooo, to, co się tam porusza? Ma cztery nogi i rogi, i ogon?" - "Widzę". - "To są, uważa pan profesor - to, to - to są krowy". - "Krowy?" - "Taaak". - "Wiem. Pan sądzi, że nie znam, nie widziałem?" Uśmiechnął się i powiada: - Tym lepiej. Bo myślałem... Może nie?