Pech i inne stany emocjonalne - Anna Szymańska

Kup ebooka

39.00 zł
32.37 zł (31,98 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

- Gośka, natychmiast przyjeżdżaj! On mnie zaraz zabije! - krzyknęłam do słuchawki, kiedy przytrafił mi się kolejny w tym dniu nieoczekiwany zwrot wydarzeń.

U mnie takie zaskakujące sytuacje zdarzały się często, ale tym razem naprawdę przesadziłam. Tak, ja przesadziłam. Ściągam na siebie każde nieszczęście. Kiedy pomyślę o spadającej z nieba cegle, ona właśnie przelatuje przed moim nosem, o mało nie pozbawiając mnie życia. Boję się myśleć o czymkolwiek, bo wszystko się spełnia. Ale dziś serio przegięłam. Jechałam, jak codziennie o tej godzinie, do domu z pracy, a ten bałwan nagle wyszedł mi na drogę. Przecież mógł się nie pchać! Niezdecydowany był i tyle, więc na niego wjechałam. A teraz straszył policją, więzieniem czy inną prokuraturą. Dlatego musiałam zadzwonić po pomoc.

- Co się znowu stało? - Gośka zawsze interweniowała, bo była przyzwyczajona do mojego pecha.

- Przejechałam tego bałwana! - krzyknęłam do słuchawki najszybciej, jak potrafiłam, osłaniając się przy tym torebką, bo facet, któremu wyrządziłam krzywdę - oczywiście niechcący - próbował walnąć mnie parasolem.

- Co zrobiłaś?! - Kumpela nie mogła uwierzyć w to, co słyszy, ale taka była prawda. To się nadawało do wyemitowania w głównych wiadomościach. Jak nic, zamkną mnie!

- Natychmiast tutaj przyjedź i mnie uratuj! - błagałam.

- Chociaż powiedz, na co powinnam być przygotowana, bo aż się boję, co zastanę na miejscu. Mimo mojego zawodu nie przepadam za trupami. - Małgorzata jakby nadal nie wierzyła, że naprawdę uszkodziłam człowieka.

- Żadnych trupów tu na razie nie ma! - krzyknął facet z parasolem, który robił się coraz bardziej agresywny - ale jak się nie pospieszysz, za chwilę jeden będzie i właśnie z nim rozmawiasz!

Zdążyłam tylko podać koleżance lokalizację i rozładowała mi się bateria w telefonie. No oczywiście, jakby mogło być inaczej! Mój pech lubi towarzystwo.

- Czyli pani uważa, że to moja wina? - Gość nadal się rzucał, ale zwiększył dystans, przez co poczułam się bezpieczniejsza.

- To pan nie mógł się zdecydować, czy wleźć na te pasy czy nie. Nie będę wiecznie stała i czekała, aż ktoś się zdecyduje. Chciałam przejechać. Wtedy pan wlazł i ma za swoje. Trzeba było czekać! - próbowałam nagadać temu gogusiowi, ale wyszło jak zawsze.

Myślałam, że zapuszczę korzenie, czekając na przyjaciółkę. Wymienianie uprzejmości z facetem zaczęło się już robić niewygodne. Dobrze, że Gośka zjawiła się w odpowiednim momencie, bo ten znów wyciągał parasol w moją stronę.

- Dzień dobry. Starsza posterunkowa Małgorzata Rezolutna, proszę opowiedzieć pańską wersję wydarzeń. - Gośka od razu poświeciła przed nim profesjonalnie odznaką i bałwan trochę spokorniał.

- Wersja wydarzeń jest jedna. Ta wariatka najechała na moją stopę i teraz próbuje zrzucić winę na mnie. Miałem pierwszeństwo. Byłem na pasach, więc powinna mnie przepuścić. A ona się zatrzymała i po chwili znów ruszyła. I właśnie w tym momencie zdążyłem zrobić dwa kroki na jezdnię - streścił. - Proszę jej zabrać prawo jazdy!

Gośka nagle wzięła mnie na bok i próbowała wypytać, jak było naprawdę. Znałyśmy się wiele lat, była ode mnie starsza i mądrzejsza. Wiedziała też, że nigdy nie kłamię. Tak było i już.

- Jeśli coś poszło nie tak, to tylko wina tego mojego wiecznie łażącego za mną pecha.

- Ty się tutaj nie zasłaniaj pechem! Przejechałaś chłopa, a na to są paragrafy! - Gośka była wyraźnie wzburzona.

- No to mi pomóż. Jako policjantka znasz jakieś sposoby. Chyba nie muszę cię ich uczyć? - Małgorzata była rasową funkcjonariuszką i za każdym razem, kiedy to podkreślałam, jej ego znów pozwalało jej pracować tak, jak powinna.

- Doznał pan fizycznego uszczerbku na zdrowiu? - wróciła do ustalania biegu wydarzeń.

- Na szczęście nie - przyznał mężczyzna.

- Nie? - zdziwiła się kumpela. - Ta wariatka najechała panu kołem na stopę i nic się panu nie stało? - Gośkę nieco zaskoczył przebieg sytuacji.

- Przezorny zawsze ubezpieczony. Mam metalowe ochraniacze na buty, by właśnie takie wariatki ja pani koleżanka nie zrobiły mi krzywdy. - Wskazał na mnie palcem.

Przewróciłam tylko oczami, bo facet okazał się jeszcze bardziej walnięty niż ja! Nosił metalowe ochraniacze na buty. Serio? Dobrze, że nie wkładał zbroi!

- No to po co ta awantura? - zapytała Gośka, a po chwili nie wytrzymała i musiała użyć ciętego języka: - Zawracasz, pan, głowę kobiecie na służbie! Uszedłeś z życiem, to się ciesz, a nie jeszcze napadasz na tę osobę z użyciem parasola! - I to była prawdziwa Gośka.

Pajac w metalowych ochraniaczach na buty nie dawał za wygraną. Groził nam, że pójdzie z tym do sądu i złoży skargę na Małgorzatę za obrażanie go. Moja kumpela pracuje jednak w policji za długo, by się bać takich typków.

Mężczyzna oddalił się od nas z różnymi epitetami na ustach, na co Małgorzata zareagowała pokazaniem mu pałki policyjnej. Po czym wsiadła do swojego służbowego samochodu, mając dosyć interwencji z udziałem mojej osoby, a ja zastanawiałam się, co zrobić, by było ich coraz mniej. I tak zakończyła się ta jakże dziwna sytuacja.

***

- Dzięki za interwencję. Trochę się wystraszyłam, że faktycznie mogłam mu coś zrobić - przyznałam, kiedy dojechałyśmy do mnie do domu.

- Ciesz się, że nie wezwał do ciebie antyterrorystów! Uważaj, proszę, bo naprawdę stracisz prawko. Ostatnio za dużo chodzi - tu zrobiła palcami cudzysłów - za tobą tych pechowych zdarzeń, szczególnie na drodze. Opanuj się, Anka, bo ja wiecznie żyć nie będę.

- Masz jakiś pomysł? Może po prostu przestanę wychodzić z domu przez tego pecha!

Uznałam, że ten dzień musiał się zakończyć butelką wina, a nawet dwiema, jak będzie trzeba. Zabrałam więc kumpelę do siebie, bo należało jej się coś za tę interwencję. Zawsze mogłam na nią liczyć, chociaż czasem naprawdę narażała się na nieprzyjemności. Oczywiście ja zrobiłabym dla niej to samo. Na szczęście nie wpadała w tarapaty tak często jak ja.

- Oddaj nerkę. Wtedy opuści cię pech. - Gośka usadowiła się na kanapie z kieliszkiem wina.

- Co ty gadasz? Lepiej wymyśl coś bardziej realnego. - Zaczęłam się śmiać z jej, jak mi się wtedy wydawało, durnego pomysłu.

- Ale ja mówię poważnie - nie ustępowała. - Kilka dni temu oglądałam program z wróżką w roli głównej. Doradzała jednej kobiecie, by oddała nerkę swojemu mężowi, to pech przejdzie na męża - streściła.

- Jest tylko jeden problem. Nie mam męża - skwitowałam, popijając wino. - I wcale nie chcę się pozbywać nerki. Jesteśmy zżyte.

- No to ja już nie wiem, jak ci pomóc. Próbowałaś wszystkiego. Nie pomógł ani rytuał z jajkami, ani sól pod łóżkiem, ani kąpiele w czarcim żebrze. Anka - pochyliła się w moją stronę, jakby dla podkreślenia kolejnych słów - to ten pech jest z tobą bardzo zżyty. Może ty się po prostu z nim zaprzyjaźnij. - Wino już wyraźnie uderzyło Małgorzacie do głowy.

A ja naprawdę zaczęłam rozważać ten pomysł z nerką. Może warto spróbować?

- Wiesz może, gdzie... przyjmuje ta wróżka? - wolałam spytać.

- Tak się dobrze składa, że w naszym mieście. Wróżka Katastrofa. Zapisałam adres, wyślę ci w wiadomości. To na przedmieściach. Masz zamiar ją odwiedzić? - dociekała.

- Muszę się dowiedzieć, czy w moim przypadku oddanie nerki faktycznie pomoże mi się pozbyć pecha. Pogadać zawsze warto. Nie zaszkodzi. Pójdziemy tam jutro z samego rana - zakomunikowałam i dolałam sobie wina. Takie sprawy należało przeanalizować z każdej możliwej strony, a wino zdecydowanie poszerzało perspektywę.

- Jak to pójdziemy? Ja się nigdzie nie wybieram. Mam zamiar się byczyć do południa. Jestem na urlopie, jakbyś zapomniała. - Gośka była lekko wzburzona.

- I tak nie pracowałabyś w sobotę, więc nie kradnę ci żadnego urlopu. Zabieram za to na wycieczkę. Przymusową. Koniec i kropka. Nie masz wyboru. - Dolałam jej wina i do końca naszego spotkania rozważałyśmy to, jak przygotować się do spotkania z wróżką Katastrofą. Swoją drogą to dość osobliwe imię dla kogoś, kto przewiduje przyszłość...

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ