1. Wiedźma marnotrawna
1
Wiedźma marnotrawna
Ledwie przekroczyłam granice miasta, poczułam na skórze Thistle Grove.
Nieważne, że jechałam swoją starą, gównianą toyotą; być może nawet po
pięciu latach mojej nieobecności miasto umiało wyczuć, że do domu wraca
jedna z jego córek. Do samochodu sfrunęła fala czystej magii, aż
powietrze wokół mnie niemal rozbłysło możliwościami; było jasne, żywe,
uderzało do głowy mocniej niż szampan. Jakby samo magiczne serce Thistle
Grove pulsowało ku mnie, witało mnie z powrotem. Najwyraźniej nie
gniewało się, że nie było mnie tak długo.
Przynajmniej ono.
Kaskada magii spływająca w odpowiedzi na mój jej brak była tak
odurzająca, że pochyliłam się nad kierownicą, oddychając płytko i zastanawiając się nieco nerwowo, czy po tak długiej przerwie da się
przedawkować magię. Siedzący na fotelu pasażera Jasper spojrzał na mnie
z troską spod srebrnej grzywy i położył na moim kolanie niezdarną łapę.
-?Wszystko w porządku, chłopcze -?wymamrotałam przez ściśnięte gardło,
sięgając ku jego ciepłej szyi. -?Po prostu... dużo się dzieje, wiesz?
Tak to już jest, gdy dorasta się w otoczeniu magii: póki nie porzucisz
jej na dobre, nie wiesz, jak niesamowita jest jej obecność.
Nie tylko powietrze wydawało się inne. Przez porysowaną szybę patrzyłam
na nocne niebo, które stało się nagle ultrawyraźne, jakbym patrzyła na
nie przez skalibrowany teleskop. Nad Hallows Hill, wyjątkowym wzgórzem,
do którego przytulone jest miasto, księżyc unosił się niczym świeżo
naostrzony sierp. "Sierp ubywający" -?wyszeptał mój mózg wiedźmy,
obmyślający już zaklęcia, które najlepiej rzucać w tej fazie. Jego zarys
wyglądał, jakby mógł ściąć trawę, precyzyjny i doskonały -?taki księżyc,
jaki można zobaczyć w snach. Konstelacje otaczające go niczym iskrzące
się krople mleka były ułożone tak samo, jak poza miastem, ale
jednocześnie jakby lepiej, bardziej umyślnie; wyraźne i świetliste
niczym mozaika z drogich kamieni. Były tak nęcące, że miałam ochotę
zatrzymać samochód i wysiąść, odchylić głowę i usta, i tylko przyglądać
się ich blaskowi.
To pieprzone miasto. Zawsze takie cholernie wyjątkowe.
Z trudem oparłam się pokusie. Ale kiedy po mojej lewej stronie pojawiły
się sady przynależące do Thornów, poddałam się na tyle, by otworzyć
okno.
Nocne powietrze uderzyło mnie w twarz, pachniało jak pełnia jesieni;
palone drewno i więdnące liście, i jeszcze delikatny podmuch przyszłego
śniegu. A dalej zapach magii Thistle Grove, którego nie spotkałam dotąd
nigdzie indziej. Ostry i ziemisty, jakby duch kadzidła palonego przez
wiedźmy w ciągu trzystu lat nigdy nie uleciał. Wieczna woń Halloween,
która wprawia cię w jednocześnie przerażające i przyjemne drżenie.
I, oczywiście, jabłka, które spadły z drzew. Całe rzędy rosnących u Thornów odmian gala, honeycrisp, pink lady, słodkich, cydrowych,
niewytłumaczalnie przywodzących na myśl dom.
Wszystko to sprawiało, że ta część mnie, która kiedyś kochała to miejsce
-?Emmy, nie pierdol, ta część kocha to miejsce nadal i nigdy nie
przestanie -?poczuła ukłucie jak przy pierwszym zakochaniu. Do moich
oczu napłynęły ciepłe łzy, które wytarłam dłonią gwałtowniej, niż
trzeba, wściekła, że już poddałam się nostalgii.
Czując, że humor mi się pogarsza, Jasper prychnął smutno i trącił mnie
swoim wąsatym pyskiem.
-?Wiem, wiem -?jęknęłam, pocierając twarz dłonią. -?Obiecałam, że nie
ulegnę emocjom. Jestem po prostu zmęczona. Od tej pory zajmujemy się
tylko interesami, a potem uciekamy.
Znów fuknął, jakby znał mnie zbyt dobrze, by uwierzyć w te stoickie
bzdury. Być może przyjechałam tylko dlatego, że "tradycja wymaga
obecności potomkini Harlowów", ale w Thistle Grove nic nie jest takie
proste. Zwłaszcza kiedy mowa o dziedziczce jednego z założycielskich
rodów.
Dziesięć minut później zaparkowałam na wybrukowanym podjeździe na
obstawionym dębami osiedlu moich rodziców. Na widok rodzinnego domu
poczułam się tak, jakby pięść zacisnęła mi się mocno wokół serca. To
całkiem ładny dom, choć nie tak okazały jak niektóre posiadłości
założycielskich rodzin. Blackmoore'owie mieli swój okazały Tintagel,
Thornowie -?Honeycake Orchards, zaś Avramovowie -?pełną zakamarków,
wiktoriańską rezydencję, którą kazali nazywać The Bitters, bo bardzo
lubili melodramatyczne nazwy rodem ze starego świata.
A my, Harlowowie, mamy... no cóż, dom.
Okazałe domostwo w stylu kolonialnym, niemal równie stare, co samo
miasto -?chociaż trudno byłoby się tego domyślić, patrząc na jego
odporną na pogodę fasadę -?Harlow House nie miał nigdy żadnej specjalnej
nazwy, co tylko podtrzymywało reputację rodziny Harlowów jako
jednocześnie najmniej pretensjonalnego i najmniej istotnego z założycielskich rodów. Jak zawsze w każdym oknie paliła się świeca;
trzynaście płomieni miało chronić dom i przynosić mu bogactwo.
Wiatrowskaz w kształcie latającej sowy kręcił się leniwie, a dzwonki
łapacza snów, zawieszone przy drzwiach wejściowych, uderzały o siebie z delikatnym brzękiem. Z ceglanego komina wznosił się zwinięty wiecheć
dymu, który zaraz znikał w aksamitnej ciemności.
Wyglądał jak idealny dom należący do najrozsądniejszej z wiedźm -?a tak
w zasadzie można by określić oboje moich rodziców.
Wyglądał też tak, jak go zapamiętałam, tyle tylko, że na samą myśl o wejściu do środka czułam, że się duszę. Mój dawny dom otaczała
niewidzialna fosa smutku, całe lata pełne pytań bez odpowiedzi.
Niespokojne wody pełne emocjonalnych odpowiedników piranii i parzących
meduz.
Niewiele mogłam z tym bólem zrobić, a wyjaśnienie: "Bo przez Garetha
Blackwooda nienawidzę tego miasta" było kiepską próbą odpowiedzi na
najważniejsze pytanie: "Emmy, dlaczego nie wracałaś do domu przez tak
długi czas?".
Zgasiłam więc silnik i siedziałam z opuszczoną głową, wsłuchując się w jego gasnące tykanie i ciche jęczenie Jaspera, próbując skupić się na
oddechu. Kiedy uspokoiłam się na tyle, na ile było to w tym momencie
możliwe, wysiadłam z samochodu na zesztywniałych po podróży nogach i wypuściłam Jasa, żeby ochrzcił cichą uliczkę, po czym wyciągnęłam z bagażnika moją zniszczoną walizkę i gigantyczną sportową torbę. Zanim
pies wrócił, zdążyłam już wyłożyć wszystko na otoczony kolumnami ganek,
i to z godną podziwu wstrzemięźliwością, jeśli chodzi o liczbę
wypowiedzianych przy tym przekleństw.
Wciąż miałam klucz, ale samodzielne otworzenie sobie drzwi po pięciu
latach nieobecności wydało mi się okrutnie niegrzeczne i aroganckie,
więc zapukałam. Kiedy drzwi się otworzyły, udało mi się tylko lekko
wzdrygnąć. Zmrużyłam oczy, gdy ze środka wydostało się ciepłe światło.
-?Kochanie -?powiedziała po prostu moja matka, która wyszła mnie
powitać. Jej głos był opanowany jak zawsze, jak to wśród brytyjskiej
klasy wyższej, ale w jej zielonych oczach -?w moich oczach -?dostrzegłam
podejrzany blask. Były w nich te same stłumione emocje, które
przepełniały i mnie.
-?Mamo -?wyszeptałam przez ściśnięte gardło.
Nie to, żebyśmy się nie widziały przez tych pięć lat, bo jednak żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku. Nawet taka magiczna przystań jak Thistle
Grove ma niezły zasięg i wi-fi -?jeśli nie liczyć zakłóceń wywołanych od
czasu do czasu przez magiczne napady złości. Jednak patrzenie na nią na
ekranie to co innego. Kiedy pochyliłam się, żeby ją objąć, i poczułam
znajomy zapach cytryny i polnych kwiatów, musiałam się bardzo postarać,
żeby się nie rozryczeć. Chociaż jesteśmy niemal tego samego wzrostu,
nagle czas między moim szóstym a dwudziestym szóstym rokiem życia jakby
wyparował. Przez krótką chwilę znów byłam mała, a ona była mamusią,
którą wołałam, kiedy śniły mi się koszmary, która koiła mnie swoimi
delikatnymi dłońmi i nieskończoną ilością ślicznych brytyjskich
kołysanek.
Potem, niczym lodowaty deszcz wlewający się za kołnierz, powróciło
między nas poczucie niezręczności. Kiedy odsunęłam się od niej,
przełykając ślinę, pochyliła się, żeby dać Jasperowi powąchać swoją
dłoń.
-?Naprawdę masz chowańca? -?powiedziała, uśmiechając się, kiedy pies
delikatnie ją wąchał. -?Przyznam, że jestem nieco zaskoczona.
-?Nie, nie. Jas to... to po prostu uroczy szczeniak -?powiedziałam wesoło,
tłumiąc lekką irytację na myśl o tym, że tego nie przewidziałam. W żadnym innym miejscu twoja matka nie założyłaby z góry, że twój dobrze
wychowany sznaucerek jest chowańcem. -?Zazwyczaj ma więcej energii, ale
teraz jest zmęczony. Zresztą oboje jesteśmy. Myślisz, że moglibyśmy...
-?Oczywiście -?powiedziała pospiesznie i sięgnęła po moją ciężką jak
kamień torbę, zanim zdążyłam ją powstrzymać. -?Za wami bardzo długa
podróż, prawda? Rozgośćcie się.
Zapach domu był jak uderzenie obuchem: płyn do podłóg o zapachu trawy
cytrynowej, liście herbaty, topniejąca słodycz woskowych świec.
Zostawiłam gigantyczną walizkę w korytarzu i zawiesiłam denimową kurtkę
na stojącym wieszaku, po czym poszłam za mamą do ciemnej kuchni. Zamiast
zapalić lampę sufitową, machnęła ręką na ustawione na stole i granitowej
ladzie wysokie świece. Ich płomienie posłusznie ożyły, oświetlając
przytulny kącik śniadaniowy, gdzie znajdował się wazon brzoskwiniowych
tulipanów, żółte zasłony i mój stary ścienny zegar w kształcie kota,
którego ogon był jednocześnie wahadłem. Zapalanie świec to skromne,
domowe czary, które nawet Harlowom wciąż nie sprawiały żadnego problemu.
Zanim wyjechałam, potrafiłam czarować w ten sposób, nawet o tym nie
myśląc.
Od niemal czterech lat nie umiałam już jednak przywołać nawet płomienia
świecy, a swoboda, z jaką uczyniła to moja matka, sprawiła, że ogarnęło
mnie dobrze znane poczucie straty. To dlatego członkowie założycielskich
rodów rzadko opuszczali Thistle Grove: odległość osłabia nasze magiczne
zdolności. Im dłużej jest się z dala od domu, tym mniej zaklęć da się
rzucić, aż wreszcie umiejętności całkiem zanikają -?tak jak zanikły
moje.
Wciąż czułam fantomowy ból ich braku, puste pulsowanie nigdy
niesłabnącej do końca tęsknoty. Nawet ta drobna iskierka magii tylko
pogłębiła moje pożądanie.
Zaraz jednak ustawiłam się do pionu, przypominając sobie, że to cena,
którą zgodziłam się zapłacić za moje nowe życie. Za prawdziwe życie, w którym mam prawdziwą pracę, prawdziwy dyplom ukończenia studiów, a także
-?niestety -?równie prawdziwy dług studencki. Na taki poszłam kompromis
-?za cenę utraty magii wybrałam życie, które mogłam uformować tak, by
naprawdę mi pasowało.
-?Niestety, spóźniłaś się na kolację -?powiedziała mama, opierając się o ladę z ramionami skrzyżowanymi na szczupłej piersi. Jasper rozłożył się
na trawertynowych kaflach, a ja opadłam na jedno z drewnianych krzeseł
przy śniadaniowym stole i zrobiłam przepraszającą minę, jakbym wcale nie
zaplanowała precyzyjnie godziny przybycia tak, żeby uniknąć obowiązkowej
godziny w więzieniu towarzystwa rodziców.
-?A tata wrócił na parę godzin do sklepu, żeby uporządkować rachunki -
dodała. -?Cholerne szaleństwo Samhain każdego roku rozpoczyna się coraz
wcześniej. Już teraz zalewają nas turyści, a wiesz, jak reaguje na to
twój biedny ojciec.
-?Domyślam się -?skrzywiłam się ze współczuciem. -?Ci wszyscy obcy
ludzie, z którymi musi rozmawiać, to dla niego horror.
Co roku w okresie "strachów" -?od początku października do czasem aż
połowy listopada -?Thistle Grove zwiększało obroty. Przez resztę roku
również był to popularny cel podróży wśród wielbicieli Halloween -?choć
turyści nie mieli oczywiście pojęcia, jak głęboko zakorzeniona i prawdziwa jest mityczna magia tego miasta -?ale wtedy było dość
spokojnie, by mój introwertyczny ojciec mógł to jakoś znieść.
-?Jeśli jesteś głodna, zrobię ci kanapkę -?zaproponowała mama.
Posmutniała lekko, kiedy pokręciłam głową. -?Może chociaż herbaty? Sama
się chętnie napiję.
Jechałam wiele godzin i zdecydowanie wolałam pójść pod gorący prysznic i potem prosto do łóżka, zanim będę musiała zmierzyć się z kolejnymi
scenami z historii o powrocie córy marnotrawnej. Jednak, kiedy mama
proponowała mi herbatę, zdawała się tak pełna nadziei, że nie potrafiłam
się zmusić do odmowy.
-?Bardzo chętnie się napiję, dzięki -?poddałam się. -?Czy mogłabym też
poprosić o wodę dla Jaspera?
-?Oczywiście. Ależ z niego niezwykle uprzejmy jegomość. -?Zmrużyła oczy
i przechyliła głowę na bok. -?Jesteś pewna, że nie jest chowańcem?
-?Absolutnie pewna, mamo.
Patrzyłam, jak porusza się z rozmysłem po kuchni, emanując sprawnością i kompetencją; jej bladoniebieski kardigan wirował wokół niej, a błyszczący, ciemny warkocz zwisał z ramienia. Kiedy postawiła przede mną
mój ulubiony kubek -?duży, z wizerunkiem złotej ważki -?delikatnie
dotknęła go palcem wskazującym, żeby ostudzić herbatę do odpowiedniej
temperatury. Była to znana sztuczka Harlowów, dość nijaka jak na
zaklęcia podobieństwa. Moja matka, Cecily Fletcher Harlow, nie urodziła
się, rzecz jasna, w tej rodzinie, ale małżeństwo z członkiem
założycielskiego rodu było jak małżeństwo z członkiem rodziny
królewskiej. Tyle że zamiast życia wypełnionego ozdobnymi kapeluszami,
anemicznymi kanapkami z ogórkiem i publicznym noszeniem cielistych
rajstop, można było samej stać się wiedźmą.
-?No dobrze, kochanie -?zaczęła, zaplatając palce wokół swojego kubka i siadając naprzeciwko mnie. -?Powiedz, co u ciebie.
-?Wszystko dobrze -?powiedziałam, kiedy wypity rooibos rozluźnił nieco
moją klatkę piersiową. Zapomniałam o leczniczej wartości naparów mamy. -
Parę dni temu dostałam nawet awans. Nie chciałam o tym wspominać, póki
wszystkie papiery nie zostaną podpisane, ale tak. Oficjalnie zajmuję
teraz stanowisko dyrektorki kreatywnej w Enchantify.
-?O rany, to fantastycznie! -?rozpromieniła się, chociaż dostrzegłam
drganie w kącikach jej oczu, kiedy zarejestrowała, że z opóźnieniem
poznaje dobrą nowinę. -?Gratulacje, skarbie. Co za triumf.
-?I to w świetnym momencie. Miałam kartę przetargową podczas rozmowy o długim urlopie.
-?A dla nas miesiąc w twoim towarzystwie to ogromna przyjemność! Mówiąc
szczerze, obawiałam się, że w ogóle nie będziesz mogła przyjechać.
Zagryzłam policzek, nieco zaskoczona nietypową dla niej szczerością. W domu Harlowów rzadko rozmawialiśmy w ten sposób. Nie byliśmy
ograniczonymi elitarystami jak Blackmoore'owie, nie byliśmy pogrążeni w chaosie i współuzależnieni jak Avramovowie ani niemal nierozerwalnie
związani ze sobą jak Thornowie. Woleliśmy trzymać trudne sprawy i siebie
nawzajem na dystans.
Być może czasem zbyt duży.
-?Dziedzic Harlowów ma być arbitrem turnieju, pamiętasz? -?powiedziałam
z wymuszoną lekkością. -?Nie tak łatwo wymigać się od czarodziejskiego
obowiązku spoczywającego na nas od setek lat. Czy mogłabym mieć
absolutną pewność, że jeśli sprzeciwię się tradycji, nie zmienię się w jeża?
Uśmiechnęła się i upiła łyk herbaty.
-?Pomijając nie-całkiem-niemożliwą-lecz-dość-nieprawdopodobną
jeżyfikację, grymuar nie zabrania zająć twojego miejsca kolejnej wiekiem
osobie z młodego pokolenia. Delilah z pewnością mogłaby cię zastąpić.
-?Och, Delilah z pewnością by mogła -?mruknęłam pod nosem, starając
powstrzymać się przed odruchowym przewróceniem oczami na dźwięk imienia
kuzynki.
-?Nie bądź dla niej niemiła, kochanie. Ona jest po prostu... gorliwa.
Padł jeden z epickich brytyjskich eufemizmów mojej matki, jako że
Delilah to zarówno najgorliwsza osoba na świecie, jak i największa fanka
Harlowów. Była ode mnie rok starsza, ale na jej nieszczęście nie
przyszła na świat jako pierworodna córka głównej linii rodu, co
automatycznie dyskwalifikowało ją jako sędzię -?mogła nią zostać tylko
wtedy, gdybym ja zrezygnowała.
Obsesja Delilah na punkcie historii naszej rodziny zawsze bardzo mnie
bawiła, biorąc pod uwagę, jaką rolę Harlowowie odegrali w założeniu
miasta. Wedle legendy niewiele ponad trzysta lat temu czworo
czarodziejów zostało ściągniętych do Hallows Hill przez dobiegający z tego miejsca magiczny śpiew syreny. By uczcić założenie miasta, Caelia
Blackmoore wywołała spektakularną burzę, Margarita Avramov wezwała na
świadków duchy zza magicznej przesłony, Alastair Thorn zgromadził wokół
siebie stado ptaków, zaś Elias Harlow wyciągnął swe potężne pióro i...
Zrobił notatki.
Serio, to tyle. Mój wybitny przodek brał udział w tym czarodziejskim
wydarzeniu o wzniosłości i wadze bez precedensu i zajął się opisywaniem
go w najnudniejszy z możliwych sposobów, świadomie unikając wszelkich
ozdobników i żartów; Boże broń, by ta historyczna kronika stała się choć
trochę interesująca dla przyszłych czytelników. Zasadniczo był
odpowiednikiem pani Irmy o nieintencjonalnie fioletowych włosach,
zapisującej najważniejsze punkty każdego zebrania rady miasta.
Gwoli sprawiedliwości dodajmy, że Elias był odpowiedzialny także za
grymuar -?księgę zawierającą zebrane zaklęcia wszystkich czterech rodów
i zasady odprawianego co pięćdziesiąt lat turnieju o nazwie Zawody w Zagajniku, decydującego, który z założycielskich rodów ma zarządzać
wszystkim, co w Thistle Grove magiczne. Wedle zasad, w konkursie miało
wziąć udział młode pokolenie, tak by każdy zwycięzca rozpoczynał
panowanie w kwiecie wieku -?a to oznaczało, że rywalizowali ze sobą
pierworodni dziedzice każdej linii, "następcy tronu", którzy ukończyli
osiemnasty rok życia.
Harlowowie nawet nie biorą udziału w tej rywalizacji -?nasze czary są
tak skarlałe, że jesteśmy jedynie arbitrami. Jako dziedziczka Harlowów i rówieśniczka pozostałych dziedziców, wedle zasad grymuaru to ja mam być
arbitrem, nie mój ojciec.
Świetna tradycja.
-?No cóż, to zła wiadomość dla Delilah -?burknęłam. -?Ale oto jestem!
Nie zajmie mojego miejsca Emmeline, dziedziczki Rodu Harlowów,
czarodziejskich zarządców Thistle Grove.
Mama zmarszczyła brwi zza kubka.
-?Jeśli zamierzasz być taka gburowata, być może naprawdę powinna zająć
twoje miejsce. Wiesz, że poszanowanie ducha tego wydarzenia jest bardzo
ważne dla twojego ojca.
Oparłam się, czując, jak ściska mi się żołądek. Owszem, wiedziałam.
Dowiedziałam się tego z rozpaczliwie wylewnego i imponująco
obciążającego poczuciem winy listu, który wysłał mi kilka miesięcy
wcześniej. Na samą myśl o zamaszystym piśmie na ziarnistej papeterii z Woluminów i Wróżb czuję w gardle ucisk i smak niepokoju przeznaczonego
dla rozczarowujących córek.
Najdroższa iskierko, wiem, że zdecydowałaś, że twoje życie będzie
odmienne -?i oddzielone od naszego. Bardzo cię jednak proszę, byś
rozważyła powrót na sabat czarownic, tylko ten jeden raz, w imię
tradycji. Rozważ wypełnienie tego ostatniego obowiązku wobec twojej
historii i krewnych, wobec twojej matki i mnie, a obiecuję, że nigdy
więcej nie będziemy podnosić tego tematu.
Jak mogłabym odmówić? Zwłaszcza rodzicom, którzy zawsze tak bardzo
wspierali moje wybory i moje pozbawione magii życie w Chicago? Życie,
którego nigdy nie rozumieli i w którym wyraźnie nie było dla nich
miejsca?
-?Wiem -?odparłam, nie wspominając o liście. Gdyby matka o nim
wiedziała, nigdy nie pozwoliłaby ojcu wysłać tekstu opartego na
emocjonalnej manipulacji. Moi rodzice byli ucieleśnieniem hasztagu
#relationshipgoals, a ja nie miałam najmniejszego zamiaru tego popsuć.
-?Poza tym duch owego "czegoś" wymaga tego ode mnie. A jako że
Blackmoore'owie wygrywają w zasadzie od zarania dziejów, zapewne nie
będę miała przed sobą zbyt wiele sędziowania.
Technicznie rzecz biorąc, była to nieprawda. W 1921 roku raz zwyciężyli
Thornowie, ale to tylko dlatego, że Evrain Blackmoore był tak
beznadziejnym pijakiem, że podpalił siebie i rywala z rodu Avramovów
podczas próby przemienienia stawu w fontannę płonącego rumu.
Widzicie? Bujaj się, Delilah, też znam historię Thistle Grove.
Mama westchnęła lekko i skapitulowała. Potarła skronie.
-?Pewnie masz rację. Masz kilka dni na odpoczynek, turniej zaczyna się
dopiero w środę. Zdążysz się zaaklimatyzować.
Kiedy usłyszałam słowo "odpoczynek", poniosłam sromotną porażkę w konfrontacji z ziewnięciem. Omal mi szczęka z zawiasów nie wypadła.
-?Przepraszam. Jestem wykończona.
Matka odsunęła się od stołu, szybko zebrała puste kubki i wstawiła je do
zlewu.
-?W porządku, skarbie. Przygotowałam dla ciebie powozownię. -?Zerknęła
na mnie przez ramię, opłukując dłonie. -?Pomyślałam, że skoro będziesz
tu przez miesiąc, wygodniej ci będzie w osobnej przestrzeni niż w pokoju
gościnnym.
-?Wspaniale -?powiedziałam, szczerze uradowana. Jako dziewczynka
uwielbiałam powozownię i większość nocowanek z Linden Thorn spędzałam
właśnie tam, oddalona od rodziców, ale wciąż na tyle blisko, żeby mogli
nam pomóc w razie potrzeby. Zapewne wyobrażali sobie, że kiedy dorosnę,
będzie nas dzielił podobny dystans, a nie ponad trzysta kilometrów nizin
Illinois, które rozciągały się teraz między nami, ogromne i nieustępliwe.
Wspólnie wyniosłyśmy moje rzeczy tylnymi drzwiami na dróżkę prowadzącą
przez kwiatowy ogród mamy. Kwitnące nocą rośliny przeciągały się w łóżkach, pochylały ku sobie nawzajem i chichotały piskliwie niczym
plotkujące wróżki. Jasper podszedł powąchać szczególne ożywiony
wiesiołek i odskoczył od niego jak zając, kiedy ten przechylił się ku
niemu i z chichotem uderzył go w nos.
Było to proste zaklęcie animujące, dalekie od tego, co mogliby zrobić
Thornowie. Kwiaty w ogrodzie animowanym przez Thornów miałyby własne
imiona, osobowości i zdolność porozumiewania się, wszystkie cechy istot
żywych. Wiem o tym dobrze, bo moja najlepsza od dwudziestu lat
przyjaciółka Linden Thorn z okazji moich urodzin zanimowała kiedyś
drzewo wiśniowe w Honeycake Orchards. Cherry -?nazwana tak przez niżej
podpisaną, najbardziej dosłowną ośmiolatkę świata -?ograła mnie w szachy
cztery razy na pięć i dzieliła się ze mną swoimi cudnymi, niesamowitymi
snami.
Czasem wciąż tęsknię za tamtym drzewem.
Jednocześnie upuściłyśmy torby na progu, wydając z siebie podobne,
bardzo nieeleganckie chrząknięcia, i uśmiechnęłyśmy się do siebie
szeroko. Mama podała mi klucze.
-?Całkiem niewykluczone, że jeśli tacie czas przeleci przez palce, to
będzie spał w sklepie -?powiedziała, z czułością przewracając oczami. -
Często się tak zdarza, więc nie musisz pędzić na śniadanie, żeby się z nim zobaczyć.
-?Umówiłam się już na brunch z Linden. -?Napisałam do Lin kilka tygodni
wcześniej, żeby dać jej znać, że przyjeżdżam na turniej, i zapytać, czy
chce się spotkać zaraz po moim przyjeździe. Wciąż byłyśmy blisko,
głównie dzięki jej wysiłkom, byśmy mimo odległości pozostawały na
bieżąco z tym, co się u każdej z nas dzieje, uznałam więc, że to ja
powinnam wyjść z inicjatywą pierwszego spotkania na żywo po latach. -
Ale zaraz potem zajrzę do Woluminów & Wróżb, OK?
-?Oczywiście -?powiedziała matka, pochylając się nade mną, żeby
pocałować mnie w czoło. -?Dobranoc, kochanie. Jeśli będziesz czegoś
potrzebować -?wołaj. Naprawdę bardzo się cieszę, że przyjechałaś.
2. Katastrofa w Koniczynowym Kotle
2
Katastrofa w Koniczynowym Kotle
Wnętrze powozowni przypominało przestrzenny loft z widocznymi krokwiami,
aneksem kuchennym, rustykalnym kominkiem i łóżkiem umiejscowionym
bezpośrednio pod świetlikiem. Zazwyczaj służyła mojej matce za gabinet
do topienia świec, ale nigdzie nie było śladu jej twórczego bałaganu.
Wszystkie powierzchnie lśniły, zostawiła mi nawet miskę moich ulubionych
pomarańczy sumo.
Wysiłek, jaki włożyła w moje powitanie, sprawił, że zapragnęłam się
napić i to tak bardzo, że gdyby ktoś się nad tym dłużej zastanowił,
mógłby to uznać za problematyczne.
Kiedy ustawiłam ostatnią parę
zapewne-niepotrzebnych-ale-a-co-jeśli-się-jednak-przydadzą butów i włożyłam walizkę pod łóżko, poczułam, że moje zmęczenie zmieniło się w to irytująco brzęczące znużenie, które nie pozwoli mi zasnąć bez
wspomagania. A ostatnim, na co miałam ochotę, był powrót do domu w poszukiwaniu jakiegoś skomplikowanego alkoholu, którego moi rodzice,
należący do osób "trzymających butelkę szkockiej na specjalne okazje",
zapewne i tak nie mieli.
Pozostawała mi tylko jedna opcja.
Pół godziny później zasiadłam na stołku w Koniczynowym Kotle, omiatając
wzrokiem znajomą plątaninę radosnych lampek w kształcie nietoperzy
wiszących wciąż nad żłobionym barem, te same psychodelicznozielone i fioletowe pajęczyny lśniły na ścianach. No i oczywiście Martwego
Fryderyka: plastikowy szkielet w kapeluszu leprechauna i kolorowym
naszyjniku pozostałym z Mardi Gras, który siedział na tyłach baru z ukulele na kościstych kolanach.
Zaprawdę trudno byłoby o miejsce wyższej klasy.
Bar znajdował się na tyle daleko od głównej trasy, że nie przychodziło
tu zbyt wielu turystów, dzięki czemu stał się doskonałą lokalną
spelunką. O wpół do dziesiątej w niedzielny wieczór było tu prawie
pusto, jeśli nie liczyć jakiejś samotnej panny ze zwisającą ozdobą "żony
Frankensteina" na rozczochranych włosach, ponuro wysysającej
jasnozielony koktajl.
Przynajmniej ktoś bawił się jeszcze gorzej ode mnie.
Kiedy sięgałam po kartę drinków, barman odstawił wytarty kubek i pochylił się ku mnie, po czym na jego twarz wstąpił szeroki uśmiech.
-?Hej... Emmy Harlow? Cholera, to naprawdę ty!
Spojrzałam na niego pustym wzrokiem, kompletnie zagubiona -?ale wtedy
jego dorosła twarz nałożyła się na mętne wspomnienie twarzy młodszej,
którą rozpoznawałam z lat szkolnych. Te same rozczochrane, ciemne włosy,
ten sam eyeliner wokół jasnoniebieskich oczu, nawet strój złożony z ogrodniczek i luźnej koszulki wydawał mi się znajomy, choć teraz
wystawały spod niego wytatuowane przedramiona. Byliśmy z Mortym tylko
znajomymi, ale ze zdziwieniem odkryłam, że bardzo mi miło go widzieć, a tym bardziej słyszeć, że pamięta moje imię.
-?Nikt inny -?odwzajemniłam uśmiech. -?To mój pierwszy wieczór po
powrocie. Co słychać, Morty?
-?Nie narzekam. Tata parę lat temu przeszedł na emeryturę i powierzył mi
tę elegancką instytucję. -?Szerokim gestem wskazał wnętrze Kotła. -?Z radością donoszę, że nasze enchilady buffalo są obecnie jadalne.
Zlitowaliśmy się również i odświeżyliśmy listę koktajli. Podać ci coś?
Przeciągnęłam palcem po nowym zestawie tandetnie brzmiących
halloweenowych drinków, aż dotarłam do klasycznych koktajli. -?Na
początek poproszę Old Fashioned.
-?Już się robi. -?Raz jeszcze uśmiechnął się do mnie szeroko i rozbrajająco, a potem sięgnął po shaker. -?Chętnie bym się z tobą
umówił, kiedy już się rozgościsz. Jestem strasznie ciekawy, czym
zajmowałaś się w mieście przez te wszystkie lata.
Serce zabiło mi zaskakująco mocno, kiedy usłyszałam, że kolega z klasy
nie tylko jest ciekawy, czym się zajmuję, ale nawet zainteresował się
mną na tyle, żeby wiedzieć, dokąd wyjechałam. Kiedy postawił przede mną
drinka, wypiłam połowę trzema słodko-dymnymi łykami, myśląc, że być może
miesięczny pobyt tutaj nie będzie aż tak straszny, jak w moich
najgorszych przypuszczeniach.
Wtedy otwarły się drzwi pubu, wpuszczając do środka chłodny, jesienny
wiatr. I usłyszałam jego głos, a zaraz po nim niepodrabialny śmiech.
Gareth Blackmoore wtoczył się do środka, za nim jego młodszy brat Gawain
i kłębowisko kuzynów Blackmoore'ów, a wszyscy tylko o pół kroku od
kompletnego pijaństwa.
-?Wszechświecie, pogrzało cię? -?jęknęłam przez zaciśnięte zęby, ledwo
powstrzymując się przed ukryciem twarzy w dłoniach.
I, jako że najwyraźniej w przeszłym życiu dopuściłam się
niewyobrażalnych zbrodni na dzieciach i małych kotkach, Gareth podszedł
do baru i opadł na stołek obok mojego. Jego ekipa podążyła za nim, wciąż
przepychając się i rechocząc, i zajęła pozostałe miejsca przy barze.
-?Heeej! -?zawołał Gareth, jakbyśmy wpadali na siebie regularnie.
Uśmiechnął się tym krzywym uśmiechem, który kiedyś zmienił całe moje
życie. Kiedy odgarnął z czoła kosmyk piaskowych włosów, całe moje ciało
napięło się, zażenowane bliskością i okrutnie znajomym gestem, który
dawno powinnam była zapomnieć. -?Zajęte?
-?Tak -?wydusiłam, czując, jak serce podchodzi mi do gardła. -?To
krzesło jest zajęte.
-?Serio? -?Gareth uniósł brew i zamaszystym gestem wskazał puste miejsca
w pubie. -?Nie widzę tu nikogo.
-?Widzisz, chodzi o to, że to miejsce zawsze było zajęte. Ma długą
tradycję bycia wiecznie zajętym, więc...
Zmrużył oczy, wciąż uśmiechając się nonszalancko i starając ustalić, czy
robię sobie z niego jaja.
-?To może posiedzę na nim, póki prawowity właściciel nie wróci... Co o tym myślisz? -?zaproponował konspiracyjnym szeptem, pochylając się nade
mną. Był tak blisko, że czułam dobiegający z jego ust zapach piwa. -?To
będzie taki kompromis.
Odsunął się ode mnie, gwałtownie kołysząc całym ciałem, i stuknął
kłykciami o bar. Kiedy nie doczekał się odpowiedzi, pstryknął palcami w kierunku Morty'ego, jak karykatura samego siebie -?zarozumiały pijak.
-?Hej, stary, rundka Don Julio Real dla całej ekipy!
Wpatrywałam się w Garetha, przerażona faktem, że jakimś cudem jego
prawdziwa postać była jeszcze gorsza niż moje najgorsze wspomnienia.
-?Czy ty... serio pstryknąłeś palcami na żywego człowieka?
-?Przecież to tylko Morty! -?zawołał Gareth, rozkładając szeroko ramiona
z pijacką serdecznością, na tyle gwałtownie, że omal nie walnął mnie
łokciem w czoło. -?Morty to stary kumpel. Nie przeszkadza mu to, prawda,
Morty?
Morty wyglądał, jakby rozważał, czy nie wejść na drogę przemocy, jeśli
Gareth jeszcze raz wypowie jego imię tym wstrętnie lekceważącym tonem.
Pokiwał jednak tylko głową, zacisnął wargi, aż zbladły, i odwrócił się,
żeby odstawić na najwyższą półkę butelkę ze srebrną nakrętką.
Najważniejsza zasada Thistle Grove, mająca swoje zastosowanie zarówno w społecznościach czarodziejskich, jak i niemagicznych, brzmiała: z Blackmoore'ami się nie zadziera. Blackmoore'owie byli jak arystokraci,
którzy nie reagują zbyt miło, kiedy ktoś próbuje sobie z nimi pogrywać.
Byłam dobrym przykładem, jako że dziewięć lat temu pierdolenie się z Blackmoore'em dosłownie skłoniło mnie do udania się na dziewięcioletnie
wygnanie.
Kiedy znów otworzyłam usta, żeby zaprotestować, Morty napotkał mój wzrok
i lekko pokręcił głową. "Nie warto" -?powiedział do mnie bezgłośnie,
nalewając tequilę do sześciu kieliszków w kształcie czaszek, ze
spojrzeniem pełnym dystansu, które towarzyszy mu zapewne w takich
właśnie, paskudnych sytuacjach.
Kiedy Gareth podniósł kieliszek i wzniósł jakiś bełkotliwy toast za
Camelot, koronny klejnot Blackmoore'ów, szczęśliwie odwrócił uwagę ode
mnie. Zacisnęłam na kubku obie dłonie w śmiertelnym uścisku, jakby mógł
powstrzymać mnie przed utratą kontroli, która wysłałaby mnie wpierw do
mezosfery, a potem dalej w kosmos; byłam pełna takiej wściekłości i takiego niepokoju, które autentycznie byłyby w stanie uwolnić mnie od
ziemskiej grawitacji.
Kiedy już sądziłam, że udało mi się w miarę ogarnąć, Gareth przemówił do
mnie.
-?Wracając do tematu -?powiedział, jakbyśmy wcześniej prowadzili
przyjemną konwersację. -?Przyjechałaś na weekend? Chyba nigdy cię tu nie
widziałem?
Wpatrywałam się w niego z zaskoczeniem, które walczyło o pierwszeństwo
ze złością, że z biegiem czasu stał się jeszcze przystojniejszy. Miał na
sobie nieco pomięty garnitur w paski, który elegancko układał mu się na
szerokich ramionach, a jego jasne włosy, bez wątpienia podcięte przez
drogiego fryzjera, były zaczesane do tyłu i odsłaniały ciemniejsze brwi
i błękitne ogniki oczu, które uwiodły mnie, kiedy miałam siedemnaście
lat. Jego twarz była nieco szczuplejsza, niż zapamiętałam, a szczęka i brwi -?cięższe i wyrazistsze. Niestety, dziewięć lat później wyglądał
jeszcze lepiej.
Jego osobowość z kolei najwyraźniej wciąż wymagała generalnego remontu.
-?Garecie Blackmoore, czy ty robisz sobie ze mnie jaja? -?zapytałam. -
Nie widziałeś mnie tutaj? Czy to jakiś nowy sposób na podryw? Bo jeśli
tak, jest wyjątkowo żenujący nawet jak na ciebie.
-?Hej, spokojnie -?wycedził, unosząc ręce i brwi. -?Cholera, źle
zaczęliśmy. Mam na imię Gareth, ale... zaraz, ty już znasz moje imię! Skąd
je znasz, nieznajoma?
Kiedy jego twarz powoli rozciągnęła się w uśmiechu, ja poczyniłam jedno
z najtragiczniejszych odkryć w moim życiu. Gareth Blackmoore -?moja
pierwsza miłość, rozstanie z którą było najbardziej upokarzającym,
najstraszniejszym wydarzeniem w moim życiu, powodem, dla którego
porzuciłam cały mój dotychczasowy świat -?naprawdę mnie nie pamiętał.
Niewyobrażalne zbrodnie? Najwyraźniej w poprzednim życiu po prostu
zjadałam dzieci i kotki, aż tłum wygonił mnie z miasta widłami.
Faktycznie ostatni raz widzieliśmy się dziewięć lat temu, jeśli nie
liczyć przelotnych spojrzeń, jakie rzucałam mu, kiedy jeszcze wracałam
do Thistle Grove na obchody wiedźmińskich świąt. Od tamtego czasu mój
styl mocno się zmienił. Zamiast dzikiej, rozjaśnionej słońcem czupryny,
sięgającej niemal do pasa, miałam na głowie gładki, ciemny, asymetryczny
bob, który kończył się w okolicach podbródka. Przedramiona pokrywały mi
drobne tatuaże, no i za nic w świecie nie pokazałabym się teraz w jednej
z tych białych, zwiewnych sukienek, które tak się Garethowi podobały.
A jednak ten mężczyzna był we mnie wiele, wiele razy. Pomijając naszą
relację uczuciową, czy sam ten fakt nie powinien zagwarantować mi choćby
przebłysku wspomnienia? Mnie nie było trudno rozpoznać jego. A jednak w jego oczach nie było nic prócz typowego spojrzenia pijanego samca, który
chciałby mi się dostać do majtek.
Przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć, tak zażenowana, że
żałowałam, że nie mogę się zapaść pod ziemię, a jednocześnie
przygnieciona przez tsunami. Morty tymczasem przenosił wzrok z niego na
mnie i z powrotem, jakby oglądał najżałośniejszy mecz tenisowy świata.
Nie mógł wiedzieć, co dokładnie się dzieje -?lista osób świadomych tego,
co się między nami wydarzyło, była tak krótka, że nie obejmowała nawet
moich rodziców -?ale zapewne był w stanie dostrzec istotę rzeczy.
-?Jasna cholera -?wymamrotał pod nosem, a na jego życzliwej twarzy
pojawił się wyraz współczucia, który natychmiast zmienił moje
upokorzenie w gniew.
Jakby na zawołanie, kubek roztrzaskał się na kawałki w moich dłoniach.
-?O cholera, twoja szklanka! -?zawołał Gareth, szeroko otwierając oczy,
w których pojawiła się szczera troska. Trzeba przyznać, że mimo licznych
wad, nigdy nie był intencjonalnym sadystą. -?Poczekaj, pomogę ci.
Nie pytając o pozwolenie, zacisnął dłoń wokół mojej ręki i garści pełnej
odłamków. Łaskoczące czary z jego dłoni przeniosły się na moją,
zmieniając połamane resztki kubka w opalizujący płyn, falujący i lśniący
jak rtęć. Wirowały i kołysały się w miejscu, po czym kubek powrócił do
swojego poprzedniego kształtu, z cichym trzaskiem na powrót
skrystalizował się w ciało stałe.
W tym właśnie Blackmoore'owie byli najlepsi -?potrafili manipulować
materią, bez trudu zmieniać jeden żywioł w drugi, dla kaprysu łamać
rzeczy i sklejając je na nowo. Podobno pochodzili od legendarnej
arturiańskiej czarodziejki Morgan le Fay, jak można by się zresztą
domyślić dzięki ich absurdalnym imionom. (Garetha potraktowano całkiem
łagodnie, ale reszta... no, nie bardzo. Jego młodszy brat ma na imię
Gawain, a siostra -?Nineve). Są najsilniejszymi czarownikami, bez
wątpienia najpotężniejszym z rodów.
Ale nawet oni nie byli zazwyczaj na tyle bezwstydni, żeby czarować na
oczach zwykłych ludzi, takich jak Morty -?który wciąż patrzył na nas jak
zahipnotyzowany, poruszając ustami, kiedy próbował pogodzić prawa fizyki
z nieprzystawalną rzeczywistością całego kubka w mojej dłoni.
Chociaż uczono nas, żeby unikać publicznego rzucania zaklęć, wieki temu
Avramovie zaczarowali też na wszelki wypadek miasto, tak by lokalni
mieszkańcy nie mogli spojrzeć z bliska na żadne zabłąkane czary.
Widziałam, jak ich magia działa teraz na Morty'ego, w którego oczach
pojawiła się niepewność, kiedy przepisywał swoje wspomnienie niczym
redagowany dokument.
Garethowi moje zaskoczenie pomyliło się chyba z fascynacją i podziwem,
bo pozwolił swoim palcom dalej ściskać moje.
-?Fajna sztuczka, co? -?Pochylił się nieco bliżej, chuchając na mnie
kwaśnym, alkoholowym powietrzem i próbując skupić się na mojej twarzy.
Zmarszczyłam nos, zastanawiając się, jak to możliwe, że kiedyś ten
mężczyzna, będący ucieleśnieniem banału, wydawał mi się atrakcyjny. -
Znam ich znacznie więcej. Jeśli chcesz, możemy stąd pójść, pokażę ci
zdecydowanie fajniejsze rzeczy.
-?Albo może ty sobie stąd pójdź -?zasugerowałam ze złością, wyrywając mu
dłoń. -?Może umówmy się tak, że ja mrugnę, a ciebie już tu nie będzie.
Odchylił się na krześle, potarł dłonią kark, a w jego oczach pojawiła
się konsternacja.
-?Albo, czekaj, może zostanę i kupię ci jeszcze jednego drinka? -
zaproponował, wciąż niezdolny, by pogodzić się z odrzuceniem przez
turystkę, która musi przecież być pod wrażeniem spotkania ze słynnym
dziedzicem Blackmoore'ów.
-?Już ci odmówiła, stary -?wtrącił się Morty. Jego twarz rozluźniła się;
prawdopodobnie zapomniał już o rozbitej szklance albo ułożył sobie w głowie jakąś historię, która lepiej pasowała do jego zwyczajowego
postrzegania świata. -?A dżentelmenowi jedno "nie" powinno wystarczyć,
prawda?
Przez twarz Garetha przemknęła iskra przytomności, a jego szczęki
zacisnęły się wojowniczo. Spojrzał najpierw na Morty'ego, potem na mnie,
składając usta w dzióbek i przebiegając językiem po zębach. Z tego, co
pamiętałam, chociaż Gareth był zarozumiały, rozpieszczony i nie
przyjmował do wiadomości własnych błędów, nie był tyranem, przynajmniej
nie na trzeźwo. Ale za to Blackmoore'em, a poza tym też wysokim, dobrze
zbudowanym mężczyzną, mającym za sobą ekipę podobnych towarzyszy. Kiedy
patrzyłam, jak zastanawia się, co zrobić, poczułam, że adrenalina uderza
mi do głowy.
Napięcie zebrało się wokół nas jak przed burzą -?a wtedy Gareth
teatralnie przewrócił oczami, odsunął się od baru i ziewnął przeciągle.
-?Masz rację, Morty -?powiedział, odwracając się ode mnie i klepiąc po
ramieniu najbliższego kuzyna. -?Wiecie co, tu się zrobiło czerstwo.
Chodźcie do Avalonu.
Rozbrzmiał refren złożony z okrzyków w stylu "dobra, stary" i zaraz
wszyscy znaleźli się za drzwiami, a atmosfera niemal natychmiast się
rozluźniła. Przez chwilę siedzieliśmy z Mortym w milczeniu, zszokowani,
odzyskując rezon. Potem Morty cały się zatrząsł, jakby chciał oczyścić
głowę, i nalał nam po szocie wódki. Zmęczonym gestem stuknęliśmy się
kieliszkami, po czym wychyliłam swój na raz i zasyczałam przez
zaciśnięte zęby.
-?Wszystko w porządku, Emmy? -?zapytał, a w jego ciepłych oczach
malowała się szczera troska. -?Nie do końca zrozumiałem, co tu się
wydarzyło, ale widzę, że Gareth wciąż jest dupkiem na skalę przemysłową,
co mnie szczególnie nie zaskakuje.
-?Przeżyję -?wymamrotałam, chowając twarz w dłoniach. -?Dzięki, że
interweniowałeś, zanim zdążyłam zrobić coś naprawdę głupiego. Czekaj...
czy on w ogóle zapłacił za te szoty?
-?Ma otwarty rachunek -?odparł Morty, przygotowując kolejny Old
Fashioned, nim zdążyłam o niego poprosić. Co za skarb. -?Szczerze
mówiąc, wszystko mi jedno, byle się tu nie pchał. Blackmoore'owie mnie
stresują, wiesz? Banda wkurwiających dupków, zachowują się, jakby całe
miasto należało do nich. OK, wiem, że spora część miasta faktycznie do
nich należy, ale mogliby trochę zmienić podejście.
-?Wypijmy za to -?powiedziałam, śmiejąc się gorzko. Nowy kubek wyglądał
identycznie jak ten, który rozbiłam, ale wydał mi się zaskakująco
solidny. Zrobiony był z tak grubego szkła, że nie dałabym rady strzaskać
go uściskiem dłoni.
A to oznacza, że zrobiłam to dzięki instynktownej magii.
A to oznacza, że moje zdolności wracały.
3. Seksowna wilczyca syberyjska
3
Seksowna wilczyca syberyjska
Wciąż ze zdziwieniem wpatrywałam się w kubek, kiedy moje myśli przerwał
rozbawiony chrapliwy głos.
-?Gdybym podeszła się przywitać, musiałabyś zbić coś innego? Czy
tradycja każe ci zachować te czary dla Blackmoore'ów?
Podskoczyłam na krześle i spojrzałam w prawo. Trzy krzesła ode mnie, w cieniu, na samym końcu baru, tuż obok Martwego Freda, siedziała Natalia
Avramov. Dziedziczka uniosła dłoń na powitanie w sympatyczny i swobodny
sposób, jakby wcale nie pojawiła się właśnie znikąd.
-?Talia -?przypomniała mi, dotykając obojczyka dwoma palcami z paznokciami barwy błyszczącego granatu. Jakby ktokolwiek mógłby ją
zapomnieć.
Owszem, Talia była dwie klasy wyżej ode mnie, ale była też powalająco
piękna. Cały klan Avramovów był niesamowicie atrakcyjny, wszyscy mieli
wyraziste kości policzkowe, piękne oczy i szczęki, które mogłyby rzeźbić
szkło; jak uwodzicielscy nikczemnicy, którzy wydostali się z jakiejś
ponurej baśni, wciąż z wrzoścami we włosach. Twierdzili, że pochodzą od
cieszącej się złą sławą słowiańskiej wiedźmy Baby Jagi -?która, sądząc
po genetycznym bogactwie, jakie przekazała kolejnym pokoleniom, musiała
być w młodości naprawdę gorącą laseczką.
Jednak nawet jak na standardy Avramovów, Talia była boska. Błyszczące,
atramentowe włosy, kremowa skóra o blasku, którego nie zawdzięczała
raczej koreańskiej maseczce, nieprawdopodobnie miękkie usta, które
budziły różne, nie zawsze przyzwoite skojarzenia. Niemal przezroczyste,
szare oczy z pierścieniem koloru sadzy wokół każdej bladej tęczówki
sprawiały, że wyglądała jak syberyjska wilczyca. Bardzo, bardzo seksowna
syberyjska wilczyca, jeśli rozumiecie, co mam na myśli.
Patrzyła na mnie tymi irytująco pięknymi oczyma, a na jej twarzy pojawił
się cień rozbawienia. Jakby dokładnie wiedziała, jaki wpływ wywiera na
ludzi.
-?Emmeline -?odpowiedziałam bezmyślnie, trochę skonfundowana
intensywnością jej spojrzenia. -?Yyy... to znaczy Emmy. Harlow.
-?Wiem, kim jesteś, Harlow. -?Przechyliła głowę na bok i uśmiechnęła
się, powoli rozciągając spektakularne wargi. Talia zawsze miała
niebezpiecznie zachwycający uśmiech, a także gigantyczne pokłady
pewności siebie. Na sam widok zatrzęsły mi się kolana, choć przecież
siedziałam. Zastanawiałam się, czy kolano w ogóle jest się w stanie
zatrząść.
Najwyraźniej tak.
Przełknęłam ślinę i wzięłam łyk, po to tylko, żeby zrobić coś bardziej
akceptowanego społecznie niż wgapianie się w nią i trzęsienie kolanami.
-?Cieszę się -?wymamrotałam, czując w gardle ciepło alkoholu. -?Są
osoby, które mnie nie pamiętają.
Prychnęła i przewróciła oczami.
-?Nie jestem pewna, czy Gareth Blackmoore jest osobą, czy może
beznadziejnym dupkiem. Albo chujkiem. Wybierz sobie część ciała.
Zachichotałam.
-?To prawda. Ale pobawię się w adwokata diabła i zauważę, że
przynajmniej mogłam zobaczyć, jak wchodzi do środka.
Pokręciła głową, jakby chciała powiedzieć: touché. Potem podniosła
swojego drinka i ślizgiem przesunęła się na stołek koło mnie, z leniwym,
długonogim wdziękiem seksownej zawodniczki tai chi. Z tak bliska mogłam
poczuć zapach jej perfum -?kremową słodycz z nutami drzewa sandałowego i kakao. Były zaskakująco dekadenckie jak na kogoś z takim pazurem i tylko
obudziły we mnie jeszcze więcej skojarzeń.
-?Rzeczywiście zaklęcie odwracania uwagi jest dość niegrzeczne -
przyznała, ale jej ton nie był ani odrobinę przepraszający. -?Ale nie
byłam w nastroju na miłe pogawędki. A nawet ja czułabym się jak potwór,
gdybym odrzuciła najsmutniejszą singielkę na świecie, kiedy tak bardzo
pragnęła wypłakać się na czyimś ramieniu.
Zerknęłam za siebie: dziewczyna pozostawiła za sobą resztki zielonego
koktajlu i kilka zgniecionych banknotów.
-?Blech, myślisz, że poszła z Blackmoore'ami? -?Aż dreszcz mnie
przeszedł. -?Nie postawiłaby na właściwego konia. Z którymkolwiek nie
wyląduje, ten nawet nie zaprosi jej jutro na śniadanie.
-?W teorii się zgadzam. W praktyce? -?Wzruszyła ramionami i pociągnęła
przez słomkę łyka swojego podejrzanie tropikalnego drinka z parasolką. -
Chyba każda z nas przez to przeszła?
Otworzyłam szeroko usta, zaskoczona.
-?Kiedy mówisz "każda", masz na myśli...?
-?Siebie -?odpowiedziała, energicznie chwytając ustami słomkę. -?I, o ile mój radar emocjonalnych rzezi kompletnie się nie popsuł, także
ciebie.
Patrzyłam, jak bierze kolejnego łyka swojego nieprawdopodobnego drinka.
Zakręciło mi się w głowie. Talia i Gareth? Coś... coś tu się nie zgadza.
W liceum, kiedy ja dawałam wszystkim równe szanse, Talia umawiała się
niemal wyłącznie z dziewczynami. I to z najpiękniejszymi dziewczynami,
gibkimi cheerleaderkami i rumianymi piłkarkami, i pyskatą
wiceprzewodniczącą rady uczniowskiej. Wszystkie były w niej
beznadziejnie zakochane i wszystkie załamywały się, kiedy traciła nimi
zainteresowanie i zabierała się za poszukiwanie nowego obiektu. Nie była
okrutna, raczej szybko się nudziła i szczerze okazywała brak
zainteresowania związkami trwającymi dłużej niż miesiąc czy dwa. Dać
sobie złamać serce Talii Avramov było właściwie rytuałem przejścia dla
każdej queerowej dziewczyny w Thistle High i można było za to winić
tylko siebie. Mojego istnienia nigdy nie zauważała.
A żaden z nielicznych facetów, których zdobyła, nie należał do
wymachującego fiutami plemienia Garetha.
-?Uwierz, zdaję sobie sprawę z dysonansu poznawczego -?powiedziała
sucho, jakby czytała mi w myślach. Choć jednak wróżbiarstwo należało do
umiejętności Avramovów, znacznie chętniej nawiązywali kontakt z duchami,
niż czytali w myślach żywych ludzi. -?Nie jestem z tego dumna. Ale byłam
akurat po okropnym rozstaniu, a on się napatoczył i sama rozumiesz.
Potrafi być dziwnie uroczy, kiedy wyjmie głowę z dupy i trochę się
postara.
-?Wiem, wiem -?powiedziałam zażenowana drżeniem w moim głosie.
Zacisnęłam szczęki: nie zamierzałam popłakać się na wspomnienie mojego
głupiego, złamanego serca.
-?A więc to przez niego -?powiedziała łagodnie Talia, wciąż przypatrując
mi się z intensywnym skupieniem. -?To przez niego przestałaś tu
przyjeżdżać po zakończeniu szkoły.
-?Po części tak. Ale... to było bardziej skomplikowane. -?Przerwałam, żeby
dokończyć drinka, zaskoczona tym, jak bardzo zapragnęłam nagle, żeby
zrozumiała, co naprawdę się wydarzyło.
Nie było między mną a Talią jakiejś wieloletniej, głębokiej więzi, jeśli
nie liczyć wspólnych obchodów wikańskich świąt, które nasze rodziny
spędzały razem nad Lady's Lake, w równonoc oświetlaną blaskiem księżyca.
Żadna z nas nigdy jednak nie wyszła na tych spotkaniach z inicjatywą
rozmowy, jako że ona była starsza i onieśmielająco atrakcyjna, a ja -
zbyt nieśmiała i powściągliwa, by inicjować kontakt. Byłyśmy co najwyżej
dwoma ciałami niebieskimi, których orbity regularnie się przecinały.
Może byłam po prostu trochę pijana, a przy okazji poturbowana po kolizji
z Garethem. Albo może Talia była niewypowiedzianie piękna, pachniała jak
bogini i patrzyła na mnie magnetycznymi oczami z uwagą, która upijała
mnie mocniej niż alkohol. Cokolwiek by to nie było, bardzo chciałam jej
wszystko opowiedzieć. I raz w życiu moja duma nie wydawała się dość
dobrym powodem, by zapomnieć o rozsądku.
-?Chodzi o to, że to było bardziej skomplikowane, niż mógłby podejrzewać
ktoś, kto rzuca czar, żeby móc w ukryciu migdalić się z Martwym
Frederickiem, a unika interakcji z żywymi ludźmi -?dodałam, zapewniając
sobie drogę ucieczki na wypadek, gdyby po prostu próbowała być miła.
Chociaż z tego, co pamiętałam, nigdy szczególnie nie zważała na dekorum.
Talia zaśmiała się, a ten bogaty dźwięk wywołał niemal rzeczywistą
reakcję gdzieś poniżej mojego pępka, niczym uderzenie krzesiwa o żelazo.
-?Załóżmy, że tym razem wyjątkowo odłożę na bok swoją wygodną
mizantropię i cię wysłucham. Dołożę nawet parę drinków, by złagodzić
ból. Dobry plan?
Uniosła zapraszająco ciemną brew i przeczesała włosy dłonią ze srebrnymi
pierścieniami. Kiedy założyła je za ucho, dostrzegłam kolczyk w kształcie podwójnej helisy -?srebrnego węża owijającego się wzdłuż jej
ucha -?i cienką, czarną obróżkę wokół jej długiej szyi, z tradycyjnym
granatem Avramovów pośrodku. Wyglądała w nich jak osoba, którą
zapamiętałam, chaotyczna-neutralna dziewczyna, podczas przerw paląca
papierosy bez filtra na trybunach, która nieironicznie nosiła rękawiczki
bez palców i jakimś cudem wyglądała w nich świetnie.
Taka dziewczyna zdecydowanie nie powinna z takim upodobaniem upijać się
w turystycznym barze.
-?Technicznie rzecz biorąc, owszem -?powiedziałam, zerkając na jej
drinka z drżeniem. -?Ale mam pewne obawy co do tego, jaki napój uznasz
za odpowiedni na tę okazję. Co to w ogóle jest? Sex on the beach
aspirujący do miana Scorpion bowl?
Przyłożyła palec do ust i szeroko otworzyła oczy w udawanym oburzeniu.
-?Cicho, dziecko, zanim wypowiesz słowa, których nie da się cofnąć. Otóż
jest to Rainbow's end gimlet, najwspanialsze z dzieł Morty'ego. Domowe
bittersy naprawdę podkreślają aromat smakowych wódek, których jest tu co
najmniej trzy. Jest pyszny i, owszem, gdy go wypijesz, wywalisz się na
dupę.
Pokiwałam powoli głową.
-?To bardzo... hmmm... interesujące, że taki właśnie koktajl wybierasz w niedzielny wieczór.
-?Co mam powiedzieć? W zasadzie jestem Rosjanką. Randomowe chlanie to
część mojej filozofii życiowej, a od teraz także i twojej. Przepraszam,
skarbie -?powiedziała i zawołała Morty'ego, który wyłonił się z zaplecza. Odwrócił się do niej i uśmiechnął znacznie szerzej niż do
Garetha i reszty Blackmoore'ów. W odróżnieniu od nich, ona wyraźnie była
tu mile widzianą stałą klientką. -?Mógłbyś przygotować nam koniczynowy
specjał?
Morty zasalutował wesoło.
-?Już się robi, kochana.
Kiedy zaczął miksować i nalewać, Talia oparła łokieć o ladę, ułożyła
brodę w dłoni i znów na mnie spojrzała. -?No dobra, zanim przejdziemy do
ciężkich tematów... Czym zajmowałaś się przez te wszystkie lata, Harlow?
Żyłaś szczęśliwym życiem normalsów?
Skrzywiłam się trochę na dźwięk obelgi, którą kiedyś rzucałam pewnie
równie swobodnie, a która teraz nie wydawała mi się już aż tak fajna.
-?W zasadzie tak. Zaczęłam od dyplomu z komparatystyki literackiej na
uniwersytecie w Chicago i licencjatu z biznesu.
-?Pasuje. -?Kolejny naładowany uśmiech, lekkie przechylenie głowy na
bok. -?Zawsze byłaś ambitna. Miałaś najwyższe oceny w klasie?
Zamrugałam, zaskoczona, że o tym pamiętała, zwłaszcza że skończyła
szkołę dwa lata przede mną.
-?Mhm, miałam. Chyba byłam po prostu jedną z tych dziwaczek, które lubią
się uczyć. Przez chwilę myślałam, że mogłabym zostać na uczelni, ale że
podoba mi się wizja spłacenia moich studenckich długów, zanim będę miała
wnuki, parę lat temu zaczęłam pracować w start-upie, który wysyła
pudełka subskrypcyjne.
Uniosła kruczoczarne brwi o naturalnie dramatycznym wyrazie i pokiwała z podziwem głową.
-?Och, nieźle. Są chyba bardzo modne, prawda? Co w nich jest?
-?Cóż... -?Moje policzki zrobiły się ciepłe i zagryzłam dolną wargę,
zastanawiając się, czy tylko to sobie wyobrażam, czy naprawdę popatrzyła
na moje usta. -?Firma nazywa się, yyy... Enchantify. "Czarodziejskie
skarby, które obudzą w tobie wiedźmę". Kadzidło, kule do kąpieli
oczyszczające czakry, stylowe wahadła, te sprawy. Ja mam wymyślać
koncepcję, a potem co miesiąc pozyskiwać przedmioty od lokalnych
producentów.
-?Rozumiem... -?Na jej wargi wstąpił podejrzliwy uśmiech. -?Mogę zapytać,
jaki był wrześniowy temat?
-?"Odnajdź swoją wewnętrzną boginię" -?przyznałam, a moje policzki
zapłonęły. Zdawałam sobie sprawę, że w fakcie, że była wiedźma sprzedaje
pseudomagiczne artefakty, tkwi pewna ironia. -?Znajdowało się w nim
pudełko trufli z ręcznie malowaną talią kart tarota i kryształami do
medytacji. Tak żebyś mogła odnaleźć swoją wewnętrzną boginię, gładząc
kawałek pozyskanego ze zrównoważonych źródeł selenitu i podjadając
rzemieślniczy nugat. Jak wiesz, wiedźmy nic innego nie robią.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki