Payback - Martin Griffin

-
Proszę czekać

1. Noc jaguarów

Wszyscy wiedzą, co mają robić?

Przytaknęliśmy. Przerabialiśmy to już setki razy.

Gedge, usatysfakcjonowany odpowiedzią, nałożył maskę, a po nim wszyscy inni. Byliśmy gangiem czterech anonimowych, identycznych lisów; czerwone, smukłe twarze, sterczące uszy i ciemne nosy. Kallie poprawiła maskę, stanęła luźno i się przeciągnęła. Coke ostatni raz sprawdził kamerę, robiąc najazd na ciemny parking. Byli zawodowcami. A ja? To była moja pierwsza kradzież. Ogarniał mnie strach.

Włączyliśmy latarki w telefonach i ruszyliśmy, trzymając się blisko ścian, zgodnie ze wskazaniami sporządzonego przez Coke'a planu monitoringu, dzięki któremu omijaliśmy kamery. Gedge szybko rozprawił się z zamkiem w drzwiach i poprowadził nas przez ciemny, opuszczony korytarz galerii handlowej, który - szeroki i cichy - ciągnął się aż do lśniącej, przeszklonej kopuły. Nad nami było pierwsze piętro - dwa szerokie balkony z mosiężnymi balustradami. Tam się właśnie kierowaliśmy. Przywarliśmy do drzwi.

- Stróż wszedł o dziesiątej, tak jak zwykle - wyszeptał Gedge. - Ale teraz może być wszędzie. Pierwsza zasada: nie dajcie się złapać, zanim nie dotrzemy do samochodów, bo to będzie koniec.

Mój oddech pod plastikową maską był wilgotny i gorący. Nabuzowany paniką, ruszyłem za Kallie i Gedge'em. Coke, cały czas nagrywając, szedł z tyłu. Gdy już będziemy w domu, bezpieczni, wrzuci film. Minęliśmy cichą fontannę, której tafla wody była jak ze szkła, i przykucnęliśmy obok zamkniętej budki z lodami. Ani śladu stróża. Gedge wykonał dłonią kilka niezrozumiałych gestów, jakby był z brygady antyterrorystycznej. Domyśliłem się, że robił to głównie do kamery. Kiwnąłem głową, udając, że mam jakiekolwiek pojęcie, co ma na myśli. Przez większość czasu strach i adrenalina sprawiały, że skupiałem się na zadaniu, ale wciąż nachodziły mnie przerażające myśli.

A co będzie, jeśli nas złapią? A jeżeli policja już na nas czeka? Co będzie, jak tata się dowie?

Pożegnam się z moim kieszonkowym, to pewne. Nie będę też od nadchodzącego września korzystał z luksusów bursy dla licealistów. Ta myśl wywołała we mnie poczucie wstydu. Byłem nerwowy jak szczeniak po kofeinie, a mój numer z oddychaniem zen - zliczaniem wdechów nosem i wydechów ustami, z oczami utkwionymi w ciągu otulonych cieniem sklepów - zupełnie nie działał.

Galeria Westwater to w zasadzie dwa gigantyczne skrzydła wychodzące z centralnego atrium, które zostało zaprojektowane tak, by przypominało pokład statku pasażerskiego. W holu z wielką kopułą wisiał największy na świecie żyrandol. Były tam też egipskie kolumny, hektary włoskiego marmuru, posągi lwów, gryfów i aniołów. Tamtego lata stały tam też dwa eleganckie jaguary bez dachów. Najnowsze wersje, wysokie osiągi. Prawdziwe dzieła sztuki. Miały tam stać do końca sierpnia, ale my mieliśmy wobec nich inne plany.

Mieliśmy je wyzwolić, rozłożyć na kawałki i sprzedać przez internet.

Pierwszy z samochodów wyglądał jak srebrny pocisk z tapicerką z czerwonej skóry. Gedge i ja oparliśmy się o niego. Kallie i Coke poszli dalej, do drugiego jaguara. Znowu rozejrzałem się po galerii. Szara pustka z jasnymi punkcikami oświetlenia ewakuacyjnego. Może nocny stróż przysypia w jakimś biurze? Gedge wskoczył do samochodu i, przyświecając sobie telefonem, zabrał się do pracy. Podłączył jakieś dziwaczne ustrojstwo, które miało zablokować immobilizer i urządzenia naprowadzające. Nic się nie stało. Zaklął i bardziej się nachylił.

- Potrzymaj mi telefon. Potrzebuję obu rąk.

Wskoczyłem do środka. Samochód był niesamowity - lśniąca deska rozdzielcza, zegary, wyścigowe fotele z miękkiej skóry i do tego ten wyraźny zapach czegoś nowego i pięknego. Poczułem przypływ przyjemności.

- Rendall! - syknął Gedge.

W oszołomieniu zacząłem ściągać rękawiczki, żeby przejechać dłonią po tapicerce. Powstrzymałem się jednak.

- Przepraszam.

Gedge majstrował przy instalacji i przeklinał w świetle telefonu, a mi coś kazało podnieść wzrok.

Jakiś dźwięk.

Gedge zgasił latarkę w telefonie i usiedliśmy obok siebie, wstrzymując oddech - dwaj złodzieje, nieruchomi jak posągi, w swoich zajebistych maskach. Ktoś się zbliżał. Przed nami był szeroki pasaż o wysokim suficie. Zaprojektowano go tak, by wyglądał jak alejka orientalnego bazaru - po obu stronach marmurowego chodnika upakowane były kawiarnie, noodle bary i restauracje sushi. Ktokolwiek to był, poruszał się ostrożnie. Jeżeli miał latarkę, to jej nie włączył. Obaj instynktownie zsunęliśmy się z foteli na podłogę samochodu.

To był nasz nocny stróż. Sądząc po jego masywnej sylwetce, obstawiałem, że był w średnim wieku. Pod pachą trzymał czapkę stróża i skradał się w ciemności jak czarny charakter z pantomimy. Jeszcze nas nie zauważył, billboard zasłaniał mu przód samochodu, ale był już na drodze ku nam.

Hol z restauracjami był naszą drogą ucieczki. Gedge znowu zabrał się do pracy. Jego ruchy nie były jednak tak pewne jak wcześniej.

Nagle w silnik z hukiem wstąpiło życie.

Jego ryk niósł się echem po galerii. Zapaliły się przednie światła, stróżowi spadła czapka i zasłaniając oczy, krzyknął: "Hej!". Gedge serią desperackich ruchów zaskrzypiał skrzynią biegów i zwolnił sprzęgło. Ruszyliśmy. Zamarłem, myśląc, że Gedge skosi stróża, ale, dzięki Bogu, wrzucił wsteczny. Jadąc do tyłu, rozwaliliśmy wystawę, koła zapiszczały na wypolerowanej podłodze. Gedge obrócił jaguara w lewo, wcisnął hamulec, zakręcił kierownicą w prawo i wystrzeliliśmy wzdłuż pierwszego piętra galerii. Zobaczyłem biegnącego ku nam stróża w rozpiętej marynarce i z kołyszącym się pod koszulą brzuchem. Zdążył się już zasapać. Mieliśmy z sześć dych na zegarze, silnik wył na trzecim biegu. Gdy balustrada mignęła nam z jednej strony, a sklepowe witryny z drugiej, wzdrygnąłem się i zamarłem. Deska rozdzielcza przeraźliwym piskiem przypominała o tym, że mamy niezapięte pasy.

Gedge kilkukrotnie nacisnął klakson. Przed nami Coke i Kallie w drugim jaguarze męczyli się z urządzeniem Yate'a. Ruszyli.

- Dalej! Dalej! - krzyknął Gedge, przyśpieszając.

Zorientowałem się, że naciskam nogą na nieistniejący pedał hamulca. Kallie nagrywała, jak się zbliżamy, i chociaż miała na sobie maskę, to widziałem, jak jej oczy otwierają się coraz szerzej nad wizjerem kamery.

Usłyszałem głuche warknięcie uruchamianego silnika i reflektory jaguara zapłonęły, oślepiając nas. Coke wycofał dziko, zostawiając nam wolny wąski kawałek drogi. Przejechaliśmy z rykiem między wystawą jubilera a drugim samochodem, skręciliśmy ostro w lewo i pognaliśmy przez hol z restauracjami, rozwalając po drodze stoisko z kanapkami. Coke i Kallie ruszyli za nami, ich silnik ryczał. Gdy gnaliśmy między marmurowymi kolumnami, widziałem niewyraźnie tysiące przelatujących w mroku kawiarnianych foteli.

- To jest to! Trzymaj się!

Schody - tak jest, normalne, zaprojektowane dla pieszych schody - którymi zjechaliśmy na dół do wyjścia, były dużo bardziej strome, niż sobie wyobrażałem. Oboje krzyknęliśmy, gdy jaguar przechylił się w przód, waląc oponami po marmurowych stopniach. Z hukiem wylądowaliśmy na parterze, ostro zahamowaliśmy i zatrzymaliśmy się pod żyrandolem, zostawiając trochę miejsca Coke'owi. Wyskakując z samochodu i biegnąc do drzwi, słyszałem za nami ryk silnika jaguara, którym jechał. Jego reflektory omiatały nas swoim blaskiem niczym światła podchodzącego do lądowania samolotu.

Ferg wyłączyła alarm przy frontowych drzwiach. Składały się jak harmonijka, więc musieliśmy je tylko popchnąć. Silniki zostawiliśmy włączone. Gedge i ja pchaliśmy lewe skrzydło drzwi, a Kallie i Coke - prawe.

- Wystarczy! - krzyknął Gedge. - Jazda!

Gdy przejeżdżaliśmy przez drzwi, wstrzymałem oddech, widząc, jak Gedge rozwala boczne lusterko wozu, ale udało nam się.

Nocne powietrze było ciepłe, niebo - bladopurpurowe, oświetlone przez sodowe lampy Londynu. Wcisnęliśmy gaz i z rykiem ruszyliśmy po wymalowanej na pustym parkingu siatce linii w stronę wyjazdu, wyjąc jak wilki przy blasku księżyca.

W galerii za nami rozbłysły światła i rozległy się dźwięki alarmu, Greg odwrócił głowę i krzyknął:

- Każdego dnia rozwalam system!

Ferg zhakowała system bezpieczeństwa, więc zgłoszenie dotarło na policję z opóźnieniem, co dało nam czas na zniknięcie w mroku. Gedge włączył radio i obaj wydaliśmy z siebie ochrypły wrzask radości przy pierwszych taktach Skoszonej fury, ulubionej piosenki radia Kiss FM, w której wspominano o nas w refrenie:

"Na Crown Heights zakosili furę twą, palancie, teraz jedziesz gołą dupą po asfalcie. Payback wyciąga ci z portfela siano, byłeś bogaty - biedny wstaniesz rano".

Wykrzyczeliśmy te słowa, śmiejąc się przy tym; śpiewaliśmy je w kółko, nawet kiedy piosenka już się skończyła.

Dziwnie było sobie przypomnieć, że ledwie miesiąc temu zacząłem pracę jako portier w hotelu Midland w Manchesterze, pomagając panu Ruizowi. Tak właśnie poznałem Payback. Tak się zaczęło całe to szaleństwo.

Miałem szesnaście lat, Payback było sławne i czułem się z tym dobrze.

Nie myślałem o Ruizie.

2. Złodziej w pałacu

Gdy na najwyższym piętrze hotelu Midland było spokojnie, jeździłem tam na wózku z praniem; odpychałem się mocno przy windach, kładłem się na nim na brzuchu jak surfer na desce i śmigałem przez podwójne drzwi apartamentów. Kierując nogą, wykonywałem dwa skręty w prawo i wracałem tam, skąd wyruszyłem. Najlepszy czas toru osiągnąłem w sobotę, chociaż zaczepiłem nogą o tynk przy schodach i rozciąłem elegancką tapetę. Tego wieczoru, gdy zaczęła się przygoda z Paybackiem, szykowałem się do poprawienia tego wielkiego rekordu.

Na górze doręczałem whisky. Edison Ruiz, jak się okazało, uwielbiał whisky. Poznałem go oraz jego wspólnika, pana Gonzaleza, gdy kilka dni wcześniej niosłem ich torby przez hol. Dopiero co przybyli z Nowego Meksyku, mieli zatrzymać się w Manchesterze przez dwa tygodnie na biznesowe negocjacje i przywieźli ze sobą tyle bagaży, że przygniotłyby olimpijskiego sztangistę. Po odstawieniu walizek - pan Ruiz miał jedną przykutą do nadgarstka - upewniłem się, że apartament mu odpowiada. Dobrze było czuć się potrzebnym. Postanowiłem, że nim wrócę do lobby, uczczę to przejazdem na wózku z praniem. Wtem drzwi do pokoju starszego pana ponownie się otworzyły.

- Portierze... - powiedział.

Miał szarozielone oczy, a w naznaczonej plamami wątrobowymi dłoni trzymał jedną z hotelowych karafek.

- Będę potrzebował innej whisky.

Uniosłem brwi. Alkohol był na koszt firmy.

- Czy jest jakiś problem, proszę pana?

Pan Ruiz skinął głową.

- To jest blend, a nie single malt.

Odkorkował karafkę, jakby chciał zademonstrować jej zawartość. Wszystkie whisky wyglądają tak samo, prawda? Obejrzałem ją, udając, że wiem, o co mu chodzi.

- Nie, portierze, musisz ją powąchać.

- Tak, wiem o tym.

Gdy poczułem ten zapach, żołądek podszedł mi do gardła. W zeszłym semestrze wypiłem w internacie kilka kieliszków z butelki ukrytej przez jakiegoś szóstoklasistę. Jedyną zaletą szkół z internatem, poza kołem teatralnym, było to, że można w nich było eksperymentować z przeszmuglowanymi towarami. Ta whisky to było dla mnie fatalne doświadczenie - większość nocy spędziłem na dokładnej inspekcji muszli klozetowej w łazience na górze. Gdy wąchałem szkocką, toczyłem w sobie wewnętrzną walkę, by to wspomnienie nie pojawiło się na mojej twarzy.

- Widzisz? - spytał Ruiz, zatykając wypełnioną bursztynowym płynem karafkę i wręczając mi ją. - Poproś o single malt. Leżakowany przez dwadzieścia lat, a najlepiej jeszcze więcej. Zrozumiałeś?

W barze na dole rozpaczliwie przeglądałem pełną butelek ścianę, podczas gdy gość w hotelowej kamizelce czyścił szklanki. Powtórzyłem żądanie pana Ruiza.

Wtedy właśnie pan Gonzalez odłożył gazetę i posłał mi zimny uśmiech.

- Wysłał cię, żebyś mu zamienił whisky?

Zaśmiał się, a był to jeden z tych lodowatych śmiechów bez cienia radości, i pokręcił głową. Miał kwadratową twarz, długi nos i ciemne włosy.

- Tamta. - Wskazał na jedną z butelek.

- Dzięki.

Gonzales łyknął kawy i się uśmiechnął. Zęby miał wybielone jak Amerykanie. Poprawił swój kanarkowożółty krawat. Był w garniturze, ale miał figurę i dłonie boksera. Jego kłykcie były posiniaczone.

- Nie ma sprawy - powiedział.

W ciągu kilku następnych dni dwukrotnie uzupełniałem zapasy pana Ruiza. Wymieniliśmy się numerami telefonów. Wysyłał mi SMS-y, gdy whisky mu się kończyła, i szybko przyzwyczaił się do widoku mnie stojącego w drzwiach z nową butelką owiniętą serwetką. Napełniałem karafkę, podczas gdy on, siedząc przy kawowym stoliku, przeglądał papiery. Między nogami trzymał w walizce swój drogocenny laptop.

Tamtego wieczoru zapukałem do jego drzwi, ale nikt nie odpowiedział.

Miałem kartę magnetyczną do wszystkich apartamentów na piętrze. Dobrze było okazywać się pomocnym i nie chciałem zdenerwować staruszka. Te stalowe oczy, równo wyprasowane białe koszule, ta walizka przykuta do jego nadgarstka, wypastowane buty, to wszystko należało do gościa, który zawsze dostawał to, czego chciał. Jak wróci ze spotkania i zobaczy, że skończyła się whisky...

Uchyliłem drzwi i wślizgnąłem się do środka.

Apartament składał się z trzech pomieszczeń: wygodnej sypialni, łazienki i salonu z dywanem tak grubym, że można było w nim pływać. Czułem się jak złodziej w pałacu.

- Halo?

Czekałem. Było ciemno. Apartament wydawał się pusty. Nigdy nie dotarłem dalej niż do szafy, w której znajdował się alkohol. Dolałem whisky i omiotłem wzrokiem pokój, walcząc z pokusą, żeby szybko po nim pomyszkować. Pokusa wygrała, jak zwykle. Przeszedłem przez sypialnię pana Ruiza. Obejrzałem wielką wannę na nóżkach z pazurami i ze złotymi kurkami. Przeszedłem po dywanie przy kominku i spędziłem kilka minut, wygłupiając się na orbitreku. Potem wyszedłem przez przesuwne szklane drzwi, żeby obejrzeć ogród i basen na dachu.

W ten właśnie sposób to się zaczęło. Mała rzecz, która szybko urosła niczym śnieżna kula.

Drzwi do ogrodu na dachu były uchylone.

Stanąłem na progu, pewny, że ktoś taki jak pan Ruiz zostawił pokój zamknięty. Rozejrzałem się po tarasie, czując, jak skacze mi ciśnienie. Światła w basenie sprawiały, że woda zdawała się mlecznobiała. Na drewnianym leżaku spoczywał ręcznik. Jeden z jego rogów poruszał się na wietrze. Rozejrzałem się wokół, zakładając, że potencjalny złodziej mógł zrobić sobie przerwę na pływanie i zostawił mokre ślady. Okazało się, że tak nie zrobił. Powietrze wciąż było ciepłe, gdzieś w dole tramwaj rozwoził pasażerów do domów. Zrobiłem kilka kroków w noc, gdy coś dosłyszałem. Coś w ciemności się poruszało.

Poczułem, jak zalewa mnie fala strachu.

Nie byłem sam.

Wbiegłem z powrotem do środka, zamknąłem drzwi i pozwoliłem sobie na chwilę paniki. Ten usłyszany na tarasie dźwięk przemienił mnie w chłopaczka, który właśnie doznaje załamania nerwowego. Ktoś chciał okraść pana Ruiza. Nie mogłem tak po prostu uciec, prawda?

Muszę jakoś pomóc. Choć raz pokażę, że mam jaja.

Wtedy usłyszałem jakiś ruch. Tym razem odgłos dobiegał ze środka.

Do licha z jajami.

Zrobiłem to, co zrobiłby każdy szesnastoletni portier. Schowałem się za sofę.

Cofałem się w stronę cieni przy kominku, gdy zorientowałem się, że pokój omiata światło latarki. Skuliłem się, gdy jego snop padł na pustą ścianę nad moją kryjówką. Zacząłem się zastanawiać, co mogę w tej sytuacji zrobić, gdy światło się przesunęło. Padało teraz na podłogę, częściowo odbijało się od niej i utworzyło na suficie białą plamę w kształcie księżyca. Usłyszałem, jak ktoś otwiera drzwi i zaczyna kręcić się po pokoju.

- Gedge? - powiedział intruz. Kroki dochodziły spod szklanych drzwi. - Nic tu nie ma.

Czy ktoś jeszcze był w pokoju? Cofnąłem się głębiej i na coś wpadłem. To była wetknięta za sofę walizka pana Ruiza. Ponownie usłyszałem młody, świszczący głos:

- Zgadza się. Nic.

Zrozumiałem, że musiał rozmawiać przez telefon albo jedną z tych wymyślnych słuchawek dousznych. Powoli wziąłem do ręki walizkę. Skoro starzec miał ją przykutą do nadgarstka, gdy przyjechał, to mogłem uratować chociaż ją, prawda? Wyjrzałem zza sofy i ujrzałem smukłą sylwetkę. Miała podciągniętą na włosy maskę, dzięki czemu mogła mówić.

- Wszystko jest jasne, prawda? Tak jak mówiłem, nie ma walizki.

Postać przebiła słomką kartonik z sokiem i pociągnęła z niego łyk.

Czyli przyszli po walizkę.

- A ty, Kallie?

Chwila ciszy.

Spojrzałem przed siebie, na drzwi apartamentu Ruiza. Zostawiłem je otwarte. Intruz wypił sok i oparł się o futrynę, stając plecami do mnie.

- Szczerze wątpię, czy to konieczne, ale mogę sprawdzić - powiedział.

Miałem jedyną szansę, żeby się stamtąd wydostać. Zrobiłem swoje, prawda? Teraz czas, żeby pojawiła się policja i zrobiła swoje.

Przełknąłem ślinę, miałem zesztywniałe mięśnie.

Ruszyłem.