PRZEDMOWA
ŻYCIE W POKOJU
Pax Romana to jeden z łacińskich zwrotów, co do których dziennikarze i karykaturzyści wciąż zakładają, że czytelnicy zrozumieją je bez
konieczności tłumaczenia, podobnie jak wyrażenia w rodzaju mea culpa czy
Szekspirowskie "et tu Brute". Rysownik może przedstawić współczesnego
polityka w todze, sandałach i wieńcu laurowym, niczym Juliusza Cezara
lub bliżej nieokreślonego rzymskiego cesarza, wiedząc, że odbiorcy
pomyślą o przywódcy zdradzonym przez ludzi z najbliższego otoczenia albo
opętanym pychą i szaleństwem jak Kaligula bądź Neron. Niewiele szkół
naucza łaciny lub greki, ale w telewizji pojawia się mnóstwo programów
dokumentalnych na temat Rzymu, a jeszcze więcej filmów fabularnych,
prezentujących ostatnio coraz bardziej drastyczne wizje świata zdrady,
seksu i przemocy - raczej krew i golizna niż dawny miecz i sandały.
Takie przerysowania mniej nam mówią o antycznej przeszłości, a więcej o aktualnych trendach w rozrywce, uderzające jednak jest, że ich twórcy
bez wahania osadzają takie historie w rzymskim kontekście, wierzą
bowiem, że publiczność rozpozna ten świat.
Rzymianie nie przestają nas fascynować, mimo że od upadku imperium
rzymskiego na Zachodzie minęło już przeszło piętnaście stuleci. Ich
język, prawa, idee, nazwy miejscowe i architektura wywarły głęboki wpływ
na zachodnią kulturę, a znaczna tego część dotarła nawet w regiony
zupełnie im nieznane. Wiele państw i wielu przywódców, od Karola
Wielkiego począwszy, starało się usankcjonować swą władzę, przywołując
ducha Rzymu i jego cesarzy. Rzym często pojawia się w amerykańskich
debatach na temat roli Stanów Zjednoczonych w świecie oraz ich
przyszłości i nawiązują do niego ludzie o najróżniejszych przekonaniach
politycznych. Wykorzystywanie siły militarnej i nacisków dyplomatycznych
dla krzewienia w świecie pax Americana jest propagowane przez jednych
i przedstawiane jako złowrogi spisek przez innych. Imperia nie są w modzie i zdaniem wielu wszystko, co kojarzy się z imperiami i imperializmem, musi być złe. W takim ujęciu pokój, czy to rzymski, czy
zaprowadzony przez współczesne mocarstwo, jest przykrywką dla podboju i dominacji. Nie jest to nowy pogląd. Pod koniec I wieku n.e. rzymski
historyk Tacyt przypisał pewnemu kaledońskiemu wodzowi stwierdzenie, że
Rzymianie "grabić, mordować i porywać nazywają fałszywym mianem
panowania, a skoro pustynię uczynią - pokoju"1.
Słowa te pojawiają się w biografii sławiącej teścia Tacyta, Agrykolę, i poprzedzają dramatyczną relację z bitwy, w której odnosi on zwycięstwo
nad kaledońskimi plemionami. Ani w tym, ani w innych dziełach autor nie
prezentuje się raczej jako zażarty krytyk rzymskiego imperium, a ogólny
ton literatury z okresu rzymskiego to apologia potęgi i sukcesu.
Oczywiście nie ma w tym nic dziwnego, gdyż w ludzkiej naturze leży
chcieć myśleć o sobie dobrze. Jak większość imperialnych mocarstw,
Rzymianie uważali, że ich dominacja jest rzeczą ze wszech miar słuszną,
zrządzeniem bogów i dobrodziejstwem dla świata. Cesarze szczycili się,
że ich rządy przyniosły pokój prowincjom, z korzyścią dla wszystkich
mieszkańców.
Jednak podziwu godny sukces imperium rzymskiego był długotrwały; pax
Romana panował na pokaźnych obszarach Europy Zachodniej, Bliskiego
Wschodu i Afryki Północnej przez setki lat. Region ten był stabilny i najwyraźniej dostatni, bez większych śladów spustoszeń. Wydaje się, że
pokój rzymski był prawdziwy, gdyż bunty i zamieszki na wielką skalę
wybuchały bardzo rzadko. Nawet krytycy imperiów muszą pod tym względem
oddać Rzymowi sprawiedliwość. Imperium rzymskie było niezwykłe wedle
wszelkich norm, a to - obok fascynacji, jaką wciąż budzi, i roli, jaką
odgrywa w obecnych debatach - sprawia, że tym ważniejsze jest
zrozumienie, co naprawdę oznaczał pax Romana. Nie bez znaczenia jest,
czy był on wytworem wyłącznie brutalnej potęgi militarnej i ucisku czy
subtelniejszych, bardziej podstępnych metod przymusu. Równie istotne
jest wyrobienie sobie pojęcia o kosztach cesarskich rządów ponoszonych
przez podległe ludy i o odczuciach, jakie budziła w nich przynależność
do obcego imperium. Pokaźna część populacji żyła w cesarstwie rzymskim i już sam ten fakt jest dobrym powodem, by chcieć zrozumieć, co to
oznaczało. Warto zadać sobie pytanie, na ile pełny i bezpieczny był w rzeczywistości pax Romana, jednak na początek zastanówmy się przez
chwilę, co oznacza pokój jako taki.
Urodziłem się w czasie pokoju, moi rodzice przeżyli drugą wojnę
światową. Matka podczas nalotów na Cardiff była małą dziewczynką i do
dziś pamięta wycie syren przeciwlotniczych, strach, jaki czuła, wchodząc
do mrocznego, zimnego schronu przeciwlotniczego w ogrodzie, rozmaite
odgłosy bomb, min lądowych i dział przeciwlotniczych, stukot spadających
szrapneli, smród po nalocie i domy obrócone w gruzy, niekiedy z pogrzebanymi w nich ludźmi. Opowiada też, jak razem z koleżankami
urządzały koncerty i zbierały drobniaki, by "kupić spitfire'a", o wszechobecnych mundurach i o tym, jak nie mogła przejść na drugą stronę
ulicy z powodu strumienia ciężarówek wiozących do portu żołnierzy i sprzęt przed desantem w Normandii. Wspomnienia te są wciąż żywe i napływają falą, ilekroć mama rozmawia o tamtych dniach. Mój ojciec był
praktykantem we flocie handlowej, przepłynął Atlantyk, a potem służył na
Morzu Śródziemnym, wspierając lądowania w Tunezji i we Włoszech. Jego
statek znajdował się w Zatoce Neapolitańskiej podczas erupcji Wezuwiusza
w 1944 roku, i zapamiętał, że musiał sprzątać popiół z pokładu. Jedynie
z rzadka wspomina o nieustannym zagrożeniu ze strony U-Bootów i nieprzyjacielskich samolotów, o eksplodujących okrętach amunicyjnych i o morzu płonącym od rozlanego paliwa, w którym pływali ludzie, szukając
ratunku. Odszedł z floty handlowej, a wkrótce potem, już w wieku
poborowym, trafił do Brytyjskiego Mandatu Palestyny, między żydowskich i arabskich bojowników, atakowany tak przez jednych, jak i drugich. Jego
ojciec walczył w pierwszej wojnie światowej na froncie zachodnim, pod
Gallipoli oraz w Egipcie i Palestynie. Żaden z nich nie był zawodowym
żołnierzem. Podobnie jak miliony ich rówieśników "zrobili swoje", po
czym z ulgą wrócili do cywilnego życia.
W roku 2015, kiedy pisałem tę książkę, obchodzono siedemdziesiątą
rocznicę zwycięstw nad Niemcami i Japonią, obok setnej rocznicy wydarzeń
z pierwszej wojny światowej, ale wciąż naturalne wydaje się mówienie o latach 1939-1945 jako o WOJNIE - nawyk ten przejąłem od rodziców i ich
rówieśników. Mój brat i ja należymy do ostatniej generacji, dla której
naoczne wspomnienie drugiej wojny światowej jest odległe zaledwie o jedno pokolenie. Nie było to niczym niezwykłym w naszej szkole, gdzie
rodzice byli nieco starsi niż średnia krajowa i ojcowie wielu uczniów
służyli w siłach zbrojnych, a przynajmniej jeden został wysłany jako
"chłopiec Bevina"2 do kopalni węgla. Wojna wciąż wydawała się
bardzo bliska i większość chłopców w naszym wieku miała mniejszą lub
większą obsesję na jej punkcie. Nadawano nowe słuchowiska radiowe, a filmy wojenne kręcone masowo w latach czterdziestych, pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku zestarzały się już na tyle, że
pokazywano je regularnie w telewizji. Oglądaliśmy je nałogowo,
pochłanialiśmy książki i komiksy o wojnie, sklejaliśmy plastikowe modele
myśliwców, bombowców, czołgów i okrętów i uzbrojeni w zabawkowe karabiny
toczyliśmy wyimaginowane bitwy, w których jedna strona wcielała się
zwykle w Niemców lub Japończyków, naśladując najwierniej, jak
potrafiliśmy, odgłosy wystrzałów i eksplozji. Czasami w zabawach
przenosiliśmy się też na Dziki Zachód lub w kosmos - dwa dyżurne tematy
telewizji z lat siedemdziesiątych XX w. - najczęściej jednak
odtwarzaliśmy drugą wojnę światową. Była to dobra wojna przeciwko złym
wrogom i "nasi" wygrali ją, dowodzeni przez znanych aktorów na ekranie,
przez bohaterów naszych komiksów oraz naszych ojców. W oczach chłopca
wydawała się ona znacznie bardziej ekscytująca niż szkoła - a w naszych
zabawach nikomu nie działa się krzywda, jeśli nie liczyć sporadycznych
siniaków lub zadrapań od przedzierania się przez krzaki jeżyn.
Wojna została wygrana w roku 1945, tak więc urodziłem się i dorastałem w czasach pokoju. Była to epoka zimnej wojny, z groźbą trzeciej wojny
światowej czającą się w tle, ale nierealną dla dziecka, i jak pamiętam,
dopiero w latach osiemdziesiątych XX w. media zaczęły straszyć
perspektywą rychłej zagłady nuklearnej. A potem zimna wojna skończyła
się nagle, niespodziewanie, nieomal z dnia na dzień - słyszałem, jak
wiele osób pracujących w wywiadzie wojskowym NATO przyznawało, że było
to dla nich zaskoczeniem. Politycy mówili o "pokojowej dywidendzie", co
oznaczało redukcję sił zbrojnych i przeznaczenie pieniędzy na rzeczy,
które miały pozyskać im głosy wyborców. Jako student w początkach lat
dziewięćdziesiątych przechodziłem szkolenie wojskowe na Uniwersytecie
Oksfordzkim i w programie były wciąż zajęcia z rozpoznawania pojazdów
Układu Warszawskiego, ale już bez poczucia, że może to być wróg w przyszłej wielkiej wojnie. Trudno było wyobrazić sobie kolejną wojnę
światową, a ja byłem już wtedy wystarczająco dojrzały, by docenić, jakie
mam szczęście, że żyję w tych czasach. Panował pokój, przynajmniej w tym
sensie, że nie było żadnych większych wojen, w które uwikłane byłyby
państwa Zachodu. Jednak ani wtedy, ani na żadnym etapie mojego życia
pokój nie oznaczał całkowitego braku konfliktów zbrojnych z udziałem
Wielkiej Brytanii, nie mówiąc już o szerokim świecie.
Kilka miesięcy po moich narodzinach zaognił się konflikt w Irlandii
Północnej. Przez kilkadziesiąt lat wiadomości telewizyjne pokazywały
zamieszki uliczne i koktajle Mołotowa oraz skutki zamachów bombowych i innych ataków. Jest pewnie kwestią semantyki i zapatrywań politycznych,
kiedy kampania terrorystyczna staje się wojną, ale ofiary śmiertelne
były faktem. Choć ataki skupiały się głównie na stosunkowo niewielkim
obszarze geograficznym, niekiedy zwiększały zasięg, gdy IRA Tymczasowa
lub inne republikańskie ugrupowania paramilitarne organizowały zamachy w Anglii, a czasem i w Europie, na cele zarówno wojskowe, jak i cywilne.
Przez znaczną część mojego życia na stacjach kolejowych nie było koszy
na śmieci, ponieważ uważano, że łatwo można ukryć w nich bomby. W jednostce szkoleniowej wyraźnie zakazano nam noszenia mundurów poza
koszarami, jeśli nie braliśmy udziału w ćwiczeniach lub defiladzie, z powodu domniemanego ryzyka, że zostaniemy obrani za cel przez
terrorystów. Dopiero stosunkowo niedawno siły zbrojne odeszły od tej
zasady.
Od zakończenia drugiej wojny światowej zdarzył się tylko jeden rok, w którym żaden brytyjski żołnierz nie zginął podczas służby czynnej.
Oprócz wojny koreańskiej toczyły się liczne konflikty towarzyszące
wycofywaniu się z imperium. Za mojego życia były Falklandy, pierwsza
wojna w Zatoce Perskiej oraz - po erze "pokojowej dywidendy" - Sierra
Leone, Irak i Afganistan, nie mówiąc już o operacjach powietrznych na
Bałkanach, w Libii oraz w innych krajach albo o inicjatywach pokojowych
tam, gdzie pokój pozostawiał sporo do życzenia. Nawet gdy Wielka
Brytania nie jest zaangażowana bezpośrednio, rzadko zdarza się, by prasa
czy telewizja nie informowały o jakimś konflikcie gdzieś na świecie.
Podobnie jak głód czy trzęsienia ziemi, wojny dają się aż nazbyt łatwo
zbagatelizować jako jedna z tych strasznych rzeczy, jakie zdarzają się w odległych krajach, relacje zaś są zwykle pobieżne, wypierane przez
kolejne tematy.
Lista konfliktów po roku 1945 byłaby długa i przygnębiająca. Żaden z nich nie spowodował nawet w przybliżeniu tylu zniszczeń co wojny
światowe, ale to kiepska pociecha dla ludzi uwikłanych w owe walki,
wśród których były zarówno jawne wojny między państwami, jak i długotrwałe kampanie przemocy toczone przez niewielkie społeczności,
bojówki lub inne nieregularne wojska. Jednak dla większości mieszkańców
Zachodu nawet konflikty, w których uczestniczyły ich własne kraje, były
odległymi sprawami, prowadzonymi przez zawodowców, niemającymi
bezpośredniego wpływu na życie codzienne. Wielka Brytania nie zaznała
groźby inwazji od czasów drugiej wojny światowej, Stany Zjednoczone
jeszcze dłużej. Żaden konflikt po roku 1945 nie stanowił poważnego
zagrożenia dla istnienia tych krajów ani nie groził odcięciem dostaw
żywności lub innych niezbędnych dóbr. Zimna wojna mogła eskalować do
takiego poziomu, ale mimo momentów kryzysu tak się nie stało.
Dziś główne zagrożenie dla zachodnich państw stanowi terroryzm. To on
dominuje obecnie w mediach, gdyż piszę tę przedmowę w listopadzie 2015
roku, zaledwie parę dni po brutalnych atakach terrorystycznych w Paryżu,
w których zginęła ponad setka niewinnych osób, a inne odniosły ciężkie,
być może śmiertelne obrażenia. Przy całej swej grozie tego rodzaju
potworny czyn nie sprawi, że Paryż przestanie funkcjonować jako miasto,
ośrodek handlu, siedziba rządu i dom dla przeszło dwóch milionów ludzi.
Życie będzie toczyć się dalej, nawet jeśli jest to bolesne dla tych,
którzy stracili swych bliskich, tak jak toczyło się dalej w Nowym Jorku,
Waszyngtonie, Londynie, Brukseli, Madrycie i Sydney po terrorystycznych
atakach na te miasta. Liczebność terrorystów oraz dostępne dla nich
środki i broń ograniczają zakres szkód, jakie mogą wyrządzić. W czasie
drugiej wojny światowej potrzeba było długotrwałych nalotów, niosących
śmierć, rany i zniszczenia na znacznie większą skalę, by sparaliżować
ośrodek miejski.
Głównym celem terrorystów jest zdobycie rozgłosu, szerzenie strachu i budowanie własnej reputacji. Nie mając szans na militarne zwycięstwo,
liczą jedynie na wywołanie wstrząsu w krajach, które atakują, zmieniając
nastroje publiczne, by osiągnąć taki czy inny polityczny cel. Walka z ruchami terrorystycznymi jest bardzo trudna, prawdopodobnie więc ataki
te będą się powtarzać, mniej lub bardziej sporadycznie, przez długi
czas. Bez względu na to, jak skutecznie służby bezpieczeństwa
ograniczają terrorystom swobodę manewru i utrudniają działalność, należy
wątpić, czy kiedykolwiek będą w stanie udaremnić każdy ich plan.
Statystycznie ryzyko śmierci w zamachu pozostanie niskie, ponieważ
współczesne populacje są bardzo duże, a ludzie się przystosują, być może
bardziej nerwowi niż przed pojawieniem się tego zagrożenia, ale wciąż
znacznie bardziej zaabsorbowani troskami codziennego życia.
Niewykluczone, że takie ataki budzą w społeczeństwie raczej gniew niż
lęk. Olbrzymia większość ludzi w krajach Zachodu będzie nadal mieć
poczucie, że żyje w czasach pokoju. Wielu z nich będzie traktować
stabilność, bezpieczeństwo, wydłużenie życia i dostatek powojennego
świata jako rzecz naturalną i normalną, czy wręcz jako należne sobie
prawo. Łatwo zapomnieć, że jest tylko kwestią przypadku, że urodziliśmy
się właśnie tu i teraz.
Ta książka mówi o rzymskim świecie oraz imperium rzymskim. Poświęciłem
tak wiele miejsca na opowieść o swoim życiu i obecnych czasach, by
przypomnieć, że pokój nie jest rzeczą absolutną, lecz względną. Ludzie
mogą uważać, że żyją w spokojnym świecie, nawet kiedy dokonują się akty
zorganizowanej przemocy i trwają poważne operacje wojskowe. Ogromny
wpływ na perspektywę ma odległość. Ci, którzy służą w siłach zbrojnych,
zwłaszcza na froncie, oraz ich rodziny, będą zapewne mieli bardzo
odmienne wyobrażenie o tych dziesięcioleciach. Trzeba o tym pamiętać,
kiedy patrzymy na świadectwa z okresu rzymskiego. Nie powinniśmy być
zaskoczeni, znajdując dowody walk i wojen toczących się gdzieś w imperium nawet w szczytowym okresie domniemanego pax Romana. Istotne
jest rozpoznanie ich skali i częstotliwości oraz próba oceny, jak dalece
wpływały one na życie ogółu ludności. Odpowiedź nie będzie prosta, ale w tym właśnie tkwi sedno sprawy. Nawet we współczesnym świecie pokój jest
rzeczą rzadką i cenną. Jeśli Rzymianie faktycznie stworzyli warunki, w których większość prowincji żyła przez długi czas w pokoju, to warto się
przyjrzeć, jak tego dokonali.
Jestem historykiem i książka ta jest próbą zrozumienia pewnego aspektu
przeszłości na jego własnych prawach. Nie ma ona być ani
usprawiedliwieniem, ani potępieniem imperium rzymskiego czy imperializmu
w ogóle, ale przedstawieniem wydarzeń oraz wyjaśnieniem, dlaczego do
nich doszło. Nie zamierzam też przeprowadzać szczegółowego porównania
między Rzymem a innymi imperialistycznymi potęgami, czy też doszukiwać
się lekcji dla czasów obecnych. Inni mają do tego znacznie większe
kwalifikacje - a mnóstwo ludzi niemających zbytniego pojęcia o historii
ani o współczesności niewątpliwie będzie twierdzić stanowczo, że
rzymskie doświadczenie dowodzi tego czy tamtego. Historia uczy, ale
rozsądek nakazuje dobrze zrozumieć daną epokę, nim zacznie się wysnuwać
jakiekolwiek wnioski. Ta książka stawia sobie taki właśnie cel.
WSTĘP
CHWAŁA WIĘKSZA NIŻ WOJENNA
Im [Rzymianom] w przestrzeni i w czasie żadnej granicy nie kładę:
Bezkresne dałem panowanie.
Słowa Jowisza w Eneidzie Wergiliusza, lata dwudzieste I w. p.n.e.3
PAX ROMANA
"Gdyby kto musiał wskazać w historii świata okres, w którym ludzkość
cieszyła się największą szczęśliwością i dobrobytem, bez wahania
wymieniłby okres od śmierci Domicjana do wstąpienia na tron Kommodusa
[tzn. 96-180 n.e.]. Rozległym obszarem Cesarstwa Rzymskiego rządziła
wówczas władza nieograniczona pod przewodem cnoty i rozumu"4.
Opinia Edwarda Gibbona na temat imperium rzymskiego u szczytu potęgi
była nadzwyczaj przychylna, podkreślając wagę zasadniczego motywu jego
dzieła śledzącego schyłek i upadek cesarstwa. Z perspektywy końca XVIII
wieku nie był to pogląd zupełnie nieuzasadniony. Europa w czasach
Gibbona poszatkowana była na mniejsze i większe państwa, nieustannie
rywalizujące o władzę i często toczące między sobą wojny, podczas gdy -
słusznie lub nie - Afryka Północna i Azja wydawały się prymitywne. Cały
ten obszar zjednoczony pod egidą Rzymu przynależał do wyrafinowanej
kultury grecko-rzymskiej. Była to monarchia, ledwo zamaskowana "ideą
wolności", ale przynosząca powszechne dobro, kiedy władca był
człowiekiem przyzwoitym i kompetentnym. Pomniki jej świetności -
świątynie, drogi, akwedukty, amfiteatry i łuki - przetrwały do czasów
Gibbona. Większość istnieje do dziś, a stulecia wykopalisk znacząco
pomnożyły ich liczbę i dostarczyły mnóstwa innych zabytków, wielkich i małych. Imperium prosperowało, gdyż panował w nim pokój; wojna została
wygnana na granice, których strzegło wojsko. Był to pax Romana, czyli
pokój rzymski, który umożliwił rozkwit znacznej części znanego świata.
Nawet dziś wielu ludzi pozostaje pod wrażeniem technicznych umiejętności
Rzymian i pozornej nowoczesności ich świata. Ten obraz zaawansowania
cywilizacyjnego współistnieje z obrazem dekadencji, ukrytego
okrucieństwa masowego niewolnictwa i brutalnych walk gladiatorskich oraz
nieobliczalnego i bardzo zindywidualizowanego okrucieństwa szalonych i złych cesarzy. Mimo to powszechne jest odczucie, że świat poza granicami
Rzymu był smętny i ponury. Rzym był cywilizowanym światem o granicach
wyznaczonych przez bariery takie jak wał Hadriana, kolejny wielki
monument, który do dziś wije się przez wzgórza Nortumbrii jako
pozostałość nieistniejącego już imperium. W rzeczywistości wał Hadriana
był wyjątkiem i takie liniowe granice zdarzały się rzadko. Kiedy Rzym
upadł, Europa pogrążyła się w mrokach średniowiecza, umiejętność
czytania i pisania oraz wiedza naukowa popadły w zapomnienie, a tam,
gdzie niegdyś panował pokój, szalały wojny i wszelkiego rodzaju przemoc.
Pokój jest dziś zjawiskiem niemal równie rzadkim jak dla Gibbona i jego
współczesnych i jeśli Rzymianie naprawdę utrzymali go przez długi czas
na tak rozległym obszarze, zasługuje to na wyjaśnienie. Starożytni
autorzy greccy i rzymscy powszechnie wychwalali pokój, zarazem jednak
uważali za rzecz naturalną, że wojny są częste. Słowo pax zaczęło
oznaczać coś bardzo zbliżonego do naszego "pokoju" w I wieku p.n.e.
Opiewali go poeci, często przedstawiając jako najbardziej pożądany stan.
Rzymscy cesarze szczycili się pielęgnowaniem go i niekiedy używali
wyrażenia "pokój rzymski", mówiąc o korzyściach, jakie dawało imperium.
Mówili także sporo o chwale zwycięstw. Imperator, słowo, od którego
pochodzi angielskie emperor, "cesarz", oznaczało "zwycięskiego wodza",
a reputacja władcy doznawała uszczerbku, jeśli jego wojska ponosiły
poważne klęski, bez względu na to, czy dowodził nimi osobiście.
Wojna odgrywała doniosłą rolę w dziejach Rzymu. Rzymianie toczyli wiele
wojen, dzięki którym władali imperium rozciągającym się od Atlantyku po
Eufrat i od Sahary po północną Brytanię. Sama jego wielkość pozostaje
imponująca nawet dziś - żadne inne państwo nie kontrolowało nigdy
wszystkich ziem wokół Morza Śródziemnego - było to zwłaszcza godne uwagi
w epoce nieznającej współczesnych środków komunikacji i transportu.
Jeszcze bardziej uderzająca jest jego długowieczność. Sycylia, pierwsza
z rzymskich prowincji, pozostawała pod władzą Rzymu ponad osiemset lat.
Brytania, jeden z ostatnich nabytków, była częścią imperium przez trzy i pół wieku. Cesarstwo wschodnie, które uważało się za rzymskie,
przetrwało jeszcze dłużej i niektóre tamtejsze regiony pozostały
"rzymskie" przez półtora tysiąclecia. Inne potęgi, na przykład imperia
Aleksandra Wielkiego i Czyngis-chana, dokonały ekspansji szybciej niż
Rzymianie, a kilka kontrolowało nawet większe terytorium - z grubsza
ćwierć kuli ziemskiej w wypadku imperium brytyjskiego. Jednak żadne z nich nie przetrwało tak długo; jest też rzeczą sporną, czy którekolwiek
miało tak wielki wpływ na późniejszą historię.
Rzymianie byli wojowniczy i agresywni, ale o tym nie trzeba chyba mówić,
gdyż imperium nie da się stworzyć ani utrzymać bez przemocy. Dokładne
liczby są nie do ustalenia, możemy jednak śmiało stwierdzić, że na
przestrzeni wieków miliony zginęły w toku wojen toczonych przez Rzym,
miliony trafiły do niewoli, a jeszcze więcej żyło pod rzymskimi rządami,
czy im się to podobało czy nie. Rzymianie byli imperialistami - słowo
to, tak samo jak "imperium", wywodzi się od łacińskiego imperium, choć
Rzymianie używali go w nieco odmiennym sensie. Takie stwierdzenie jest
oczywiście zwykłym truizmem. Sukcesy Rzymian świadczą o tym, że byli oni
biegli w sztuce wojennej i zręczni w podporządkowywaniu sobie innych.
Inne imperia robiły w zasadzie to samo, żadne jednak nie dorównało
Rzymowi talentem do wchłaniania ościennych ludów. Kiedy cesarstwo w zachodniej części Morza Śródziemnego w końcu upadło, w żadnej z prowincji nie pojawił się choćby ślad ruchów niepodległościowych, co
ostro kontrastuje z rozpadem dwudziestowiecznych imperialnych potęg po
roku 1945. Gdy wokół nich system walił się w gruzy, mieszkańcy prowincji
wciąż chcieli być Rzymianami. Trudno im było wyobrazić sobie świat bez
Rzymu i najwyraźniej wizja ta nie wydawała się wcale kusząca.
Potęga Rzymu trwała tak długo, że wspomnienia czasów sprzed rzymskiej
dominacji musiały być nikłe. Bunty były zaskakująco rzadkie i niemal
zawsze wybuchały pokolenie lub dwa od podboju. W okresie największego
rozkwitu imperium lwia część rzymskiej armii stacjonowała na jego
obrzeżach, w strefach granicznych, limes - pewien grecki mówca z II
wieku n.e. porównał żołnierzy do muru obronnego otaczającego imperium,
jak gdyby całe stanowiło jedno miasto. Wojny wciąż trwały, ale toczyły
się głównie na tych granicach. Prowincje wewnętrzne mieściły niewielkie
garnizony, a wiele obszarów rzadko widywało sformowane oddziały
rzymskich żołnierzy. Ogromne połacie imperium pozostawały całkowicie
wolne od wojen przez sto albo i więcej lat z rzędu.
Taki przynajmniej jest tradycyjny pogląd, który znajduje
odzwierciedlenie w powszechnych wyobrażeniach na temat Rzymu. Opinia
naukowa zmienia się znacznie częściej i każdy historyk czy archeolog
zajmujący się tym okresem zakwestionowałby w sporej części powyższy
zarys, niektórzy zaś odrzuciliby go zupełnie. Na razie powiedzmy po
prostu, że prawda jest znacznie bardziej skomplikowana niż to skrótowe
ujęcie. Nie ulega jednak wątpliwości, iż znaczne obszary imperium przez
długie okresy nie były areną poważnych działań militarnych, a co dopiero
otwartej wojny.
Należy pamiętać, jaką rzadkością było to w udokumentowanych dziejach,
zwłaszcza na terenach kontrolowanych przez Rzym. W żadnym późniejszym
okresie Europa Zachodnia, Afryka Północna czy też Bliski Wschód nie
doświadczyły ani jednego stulecia, w którym nie doszłoby do jakiegoś
poważnego konfliktu, a zwykle zdarzały się one znacznie częściej. Ci z nas, którzy żyją w świecie zachodnim w ostatnim półwieczu, są nazbyt
skłonni traktować pokój jako rzecz oczywistą, uznając go za stan
naturalny - jesteśmy zbyt zamożni, zbyt wykształceni, po prostu zbyt
cywilizowani, by pozwolić, aby zniszczyła to wojna - a sprawy
zagraniczne ogólnie, nie mówiąc już o decyzjach o zaangażowaniu
militarnym, nie odgrywają niemal żadnej roli, jeśli chodzi o wyniki
wyborów5.
W pewnym sensie być może nie różni się to zanadto od odczuć wielu
mieszkańców imperium rzymskiego. Jeśli tak, to z początku było to niemal
kwestią przypadku. Rzym nie podbił większej części znanego świata, by
zaprowadzić złotą erę pokoju. Ekspansja wynikała z pragnienia korzyści i Rzymianie zupełnie otwarcie mówili o bogactwach i chwale, jakie niosło
imperium. Mówili także dużo o pokoju jako najbardziej pożądanym stanie.
Na początku I wieku n.e. poeta Owidiusz opisał pomnik pokoju - a konkretnie pokoju będącego dziełem cesarza Augusta. Wyraził nadzieję, że
bogini Pax "subtelną obecnością" wypełni "świat cały", gdzie "choć nie
ma wrogów ani przyczyny do triumfu, ty masz wśród wodzów chwałę większą
niż wojenna. Niech żołnierz oręż chwyta gwoli swej obrony [...]. Niech
świat blisko i z dala drży przed Eneadą; gdzie się go bać nie będą,
niech tam pokochają"6.
Owidiusz był jednym z najmniej wojowniczych spośród rzymskich poetów, a jednak nawet dla niego pokój jest owocem zwycięstwa, w którym wrogowie
zostali albo pokonani, albo skłonieni do zaakceptowania rzymskiej
dominacji i "pokochania" Rzymu. Nie jest to pokój między równymi
partnerami, szanującymi siebie nawzajem. Nieco wcześniej poeta
Wergiliusz mówił swoim rodakom: "Ty, Rzymianinie, pamiętaj: masz władnie
rządzić ludami. Te są twoje kunszty: Masz pokojowi nadać prawo,
szczędzić poddanych, wojną poskramiać zuchwałych"7. Ten sam rdzeń co
pax miało łacińskie słowo pacare, "zaprowadzać spokój, podbić",
używane często na określenie agresywnej wojny przeciwko obcemu ludowi.
Pax Romana był rezultatem rzymskich zwycięstw i podbojów. Wojny
toczono, ponieważ przynosiły korzyść Rzymowi oraz - tak przynajmniej
widzieli to Rzymianie - wymagało tego ich własne bezpieczeństwo, i dopiero później, gdy dominacja stała się faktem, pojawiło się poczucie,
że istnieje obowiązek dobrego rządzenia podbitymi, zapewnienia
prowincjom pokoju i bezpieczeństwa. Nie kłóciło się to z jawnym
pragnieniem czerpania korzyści z dominacji, ale uzupełniało je. Pokój
sprzyjał dobrobytowi, co oznaczało, że wyższe mogły być dochody z podatków oraz innych źródeł.
Rzym opanował większą część trzech znanych sobie kontynentów: Europy,
Afryki i Azji. Jowisz u Wergiliusza obiecał Rzymianom imperium sine
fine - imperium lub władzę bez końca i granic. Podbici otrzymywali
"pokój rzymski", czy im się to podobało czy nie, a dokonywano tego
groźbą lub użyciem siły militarnej, którą posługiwano się bezwzględnie i brutalnie - jak ujął to Tacyt, pokojem nazywano pustkowie. Rzymianie
byli w pełni świadomi, że inni mogą nie życzyć sobie ich władzy, ale nie
oznaczało to, by kiedykolwiek poważnie wątpili w słuszność jej
rozszerzania.
Rzymianie byli wojowniczymi, agresywnymi imperialistami, którzy
wyciągali ze swych podbojów maksimum korzyści. W dzisiejszych czasach
imperia nie budzą powszechnego podziwu, a już na pewno nie wśród
zachodnich uczonych. Imperialna przeszłość Wielkiej Brytanii jest przez
nią samą w dużej mierze ignorowana (jak zresztą cała jej historia, z wyjątkiem kilku wąskich tematów i okresów) albo postrzegana mocno
nieprzychylnym okiem. W Stanach Zjednoczonych próby porównywania ich
własnej sytuacji z dawnymi imperiami, czy to brytyjskim, rzymskim czy
jakimkolwiek innym, budzą zwykle kontrowersje, odzwierciedlając bardzo
zróżnicowane poglądy na to, jaką rolę Ameryka powinna odgrywać w świecie. Sto lat temu większość - choć nie wszyscy - mieszkańców Zachodu
żyła w ogólnym przekonaniu, że imperia mogą być, i często są, rzeczą
dobrą. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Zagraniczne interwencje
USA oraz ich sojuszników są z miejsca krytykowane jako imperializm, nie
tylko przez państwa będące ich celem, ale przez samych Amerykanów.
Istnieje niebezpieczeństwo, że po prostu zastąpiliśmy jedno nadmierne
uproszczenie innym. Niechęć do imperiów skłania często do sceptycyzmu
wobec ich dokonań. Wiele powstałych niedawno prac naukowych podaje w wątpliwość sprawność państwa rzymskiego, zarówno w czasach republiki,
jak i pod rządami cesarzy. Archeolodzy, którzy dawniej mówili z entuzjazmem o procesie romanizacji prowincji, niemal bez wyjątku
odrzucili ten termin i stojącą za nim koncepcję, często z zaskakującą
furią. Wpływ i znaczenie rzymskich rządów są kwestionowane, wszelkie
oznaki oporu - czy to politycznego, czy kulturalnego - postrzegane jako
bardziej istotne, stulecia imperialnych rządów zaś traktowane jako
aberracje. Rzymianie przedstawiani są raczej jako brutalni wyzyskiwacze
niż krzewiciele cywilizacji, a w ramach tego ogólnego sceptycyzmu pod
znakiem zapytania stawia się też realność domniemanego pax Romana.
Przechwałki o ogarniającym cały świat pokoju stają się jedynie
propagandą mającą usprawiedliwić cesarskie rządy, ukrywając wszechobecny
bandytyzm, opór oraz ucisk ze strony władz. Współczesne poglądy na
rzymski świat bywają naprawdę ponure. Jeden z nich określa dzieje
imperium rzymskiego jako zwykły rozbój. Inny, mniej skrajny, ale
krytyczny, mówi:
Rzymskie stwierdzenia, jakoby mieszkańcy prowincji cieszyli się
nieprzerwanym pokojem, były przesadą i niektórzy Rzymianie wiedzieli o tym. Pomijając już powszednią przemoc, która cechowała życie we
wszystkich starożytnych społeczeństwach, prowincje nękały również bunty
i konflikty społeczne o charakterze poważniejszym, niż cesarze byli
gotowi oficjalnie przyznać. Prowincje były nie tyle spacyfikowane, ile
pacyfikowane wciąż na nowo, i nie panował w nich spokój8.
Coś z pax Romana wciąż tu pozostaje, jednak jego zakres jest poważnie
ograniczony, choć - co istotne - rzekoma "powszednia przemoc" nie jest
cechą wyłącznie rzymską. Innym podejściem jest przyznanie, że w znacznej
części imperium panował powszechny pokój, ale jego cena dla ludności
prowincji była o wiele za wysoka: "Pokój rzymski - nawet jeśli dla
olbrzymiej większości populacji był to pokój, jakim cieszy się
udomowione zwierzę, trzymane wyłącznie ze względu na korzyści, których
dostarcza - był trwałą rzeczywistością"9.
Jednak wielkości i długowieczności rzymskiego imperium nie da się
zanegować, co oznacza, że takie poglądy zakładają, iż udziałem wielu lub
większości prowincji przez znaczną część ich dziejów był albo
długotrwały ucisk, albo rozruchy i masowy rozlew krwi, a to z kolei
sprawia, że trudno wytłumaczyć ową żywotność. Ta interpretacja
implikuje, że Rzymianie byli jeszcze zręczniejsi w sztuce
podporządkowywania sobie innych, niżbyśmy oczekiwali, i gdyby była
prawdziwa, miałaby głęboki wpływ na nasze zrozumienie tego okresu. Inni
uczeni sugerują ostrożnie, że długie istnienie imperium było dziełem
przypadku, efektem ogólniejszych czynników, które skłoniły tak znaczną
część świata do zjednoczenia się w owym czasie wokół wspólnego
śródziemnomorskiego modelu gospodarczego. Jednak tak wielowiekowy sukces
nie wskazuje na zwykły zbieg okoliczności, wciąż też wyjaśnienia domaga
się kwestia, dlaczego to właśnie Rzymowi, a nie jakiemuś innemu państwu
przypadła dominująca rola.
Oznaki dobrobytu na wielkich obszarach imperium są niezaprzeczalne, co
nie oznacza, że ów komfort i zamożność były rozłożone równo lub
sprawiedliwie pod jakimkolwiek względem. Oznacza to jednak, że prowincje
nie były wyzyskiwane do tego stopnia, by to je zrujnowało i wpędziło w nędzę wszystkich ich mieszkańców - przez co nie należy rozumieć, że nie
było takich, których to spotkało. Nie ma też wyraźnych dowodów wojen na
rozległych połaciach rzymskiego świata w długich przedziałach czasu, a ich obecność trzeba wnioskować z aluzji albo po prostu z założenia, że
cesarska propaganda musiała zawierać mnóstwo przekłamań. Twierdzenie, że
ludność się buntowała, nie jest łatwe do uzasadnienia w wypadku
większości prowincji i okresów. Do tego dochodzi kwestia przemocy na
mniejszą skalę i pytanie, czy była ona tolerowana przez Rzym - albo
uważana za niemożliwą do wykorzenienia. Wielu uczonych twierdzi, że
bandytyzm był w imperium powszechną plagą, ale dowody bynajmniej nie są
oczywiste.
Okres rzymskiej dominacji oraz imperium stanowi spory wycinek dziejów
ziem, które weszły w jego skład, i jasne jest, że pod wieloma względami
znacznie różnił się on od okresów przed i po narzuceniu rzymskiej
władzy. Warto jeszcze raz przyjrzeć się pax Romana, próbując
zrozumieć, co on naprawdę oznaczał i czy Rzymianie faktycznie władali
pokojowym i stabilnym imperium, gdzie wojny były rzadkie i wygnane w większości na obrzeża świata. By odpowiedzieć na te pytania, musimy
rozważyć, w jaki sposób imperium powstało i jak było zarządzane. Co
najważniejsze, mimo wszystkich problemów, jakie wynikają z tego, że
olbrzymia większość świadectw wytworzona została przez imperialną
władzę, musimy wziąć pod uwagę doświadczenia nie tylko Rzymian, ale i podbitych ludów.
Nie liczę na to, że uda mi się omówić szczegółowo, jak dalece życie
zmieniło się po narzuceniu rzymskiej zwierzchności albo bezpośrednich
rządów, temat ten jest bowiem rozległy i skomplikowany. Świadectwa są w dużej mierze archeologiczne, uzależnione od liczby i jakości wykopalisk,
badań terenowych oraz innych prac wykonanych w danym regionie. Dla
niektórych prowincji mamy znacznie więcej danych niż dla innych; często
koncentrują się one na wybranych obszarach, pewnych typach osiedli,
rytuałach lub praktykach grzebalnych. Analizowanie tych świadectw, by
uzyskać ogólny obraz danej prowincji, a następnie porównać go z okresami
poprzedzającymi rzymskie rządy, by wykryć zmiany, nie jest proste. W prowincjach zachodnich datowanie warstw wykopaliskowych staje się
znacznie łatwiejsze po przybyciu Rzymian, kiedy to pojawiają się monety
oraz szybciej zmieniające się wzory ceramiki i innych dóbr. Tempa zmian
w przedrzymskiej epoce żelaza nie da się zmierzyć tak łatwo jak
niektórych procesów w okresie rzymskim. Wszystkie dane podlegają
interpretacji, a opinie bywają często krańcowo różne, nierzadko obalane
przez świeże odkrycia lub nowe metody badawcze. Staram się zachować
rzetelność, ale przedstawiam własne poglądy na te sprawy. Inni będą
widzieli je inaczej.
Książka ta ma charakter przeglądowy i próbuje dać wyobrażenie o skali
różnorodnych doświadczeń, ale nie rości sobie pretensji do
wyczerpującego omówienia tematu. Prace przytoczone w przypisach pozwolą
zainteresowanemu czytelnikowi zapoznać się dokładniej z licznymi
zagadnieniami poruszonymi tu tylko pobieżnie, gdyż każda dostarcza
odniesienia do dalszych studiów. Na wzmiankę zasługiwałoby znacznie
więcej książek oraz artykułów i, jak zawsze, muszę uznać swój dług wobec
pracy tak wielu uczonych. Celem, jaki mi przyświeca, jest
zaprezentowanie najbardziej istotnych materiałów i poglądów i przedstawienie w każdym wypadku nie tylko tego, co wiemy, ale i tego,
czego nie wiemy. Gdy pisze się o starożytnym świecie, niemal każde
stwierdzenie może zostać zakwestionowane. Mam nadzieję, że ukazuję tu
czytelnikowi dość świadectw i metod ich zinterpretowania, by mógł on
wyrobić sobie własny pogląd.
To samo odnosi się do ogólniejszej kwestii - czy imperium rzymskie było
rzeczą dobrą - gdyż nie wydaje mi się, żeby istniała prosta odpowiedź na
takie pytanie. Nie ma sensu pytać, co by było, gdyby imperium rzymskie
nigdy nie powstało, ale mimo to ważne jest, byśmy pamiętali, że Rzym
bynajmniej nie był jedynym agresywnym, imperialistycznym państwem w starożytnym świecie. Nie powinniśmy idealizować mieszkańców prowincji
czy też ludów spoza imperium ani trochę bardziej niż Rzymian. Musimy
brać pod uwagę częstotliwość wojen w każdym regionie przed przybyciem
Rzymian, by osądzić, czy sytuacja się pogorszyła, czy poprawiła. Imperia
są niemodne, a wiele aspektów rzymskiego społeczeństwa jest dziwacznych
i odpychających dla współczesnych oczu, jednak niechęć do Rzymu nie może
się przekładać na automatyczne współczucie dla pozostałych ani też nie
powinna skłaniać nas do zaprzeczania, jakoby Rzymianie osiągnęli
cokolwiek godnego uwagi. Równie zwodnicza jest tendencja do skupiania
się tak mocno na rzymskim imperializmie, rzymskich wojnach albo
"wielkiej strategii" Rzymu, że wszyscy inni zostają zredukowani do roli
zupełnie biernych ofiar. W owym świecie było mnóstwo innych ludów,
państw i przywódców, mających własne cele, ambicje i lęki.
Rzymianie odnieśli większy sukces niż ich rywale i stworzyli rozległe
imperium, które utrzymywali przez bardzo długi czas. Jego wpływ był
odczuwalny w prowincjach, a także daleko poza granicami. Kwestię tego, w jakim stopniu imperium cieszyło się wewnętrznym pokojem, trzeba zawsze
rozważać na tle jego kosztów, warto też zastanowić się bardziej ogólnie,
jak z tego powodu zmieniło się życie. Tak więc każda dyskusja na temat
pokoju rzymskiego - cokolwiek on naprawdę oznaczał - powinna być
osadzona w kontekście rzymskich podbojów oraz zrozumienia, jak
funkcjonowało imperium. Administracyjna i wojskowa maszyneria państwa
rzymskiego ograniczała potencjalne osiągnięcia, bez względu na aspiracje
jego przywódców. To jest książka na temat pokoju, niekiedy na temat
obrony, ale z konieczności jest to również książka na temat podboju,
agresji, wojny, przemocy i wyzysku, tak więc powinniśmy zacząć od
Rzymian jako zdobywców, a nie jako panów imperium.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki