Pawian - Anna Karolina
39.90 zł
29.93 zł
(18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
1
Kurwa! Adnan spojrzał w lusterko wsteczne. Cholerny saab wciąż za nim jechał. Nie ma wątpliwości. Gonili go. Gaz do dechy albo śmierć. Niech to szlag.
Widział go na stacji Statoil, gdzie stał krzywo zaparkowany. Nie zwrócił na to większej uwagi. Zatankował i wciągnął kilka razy powietrze głęboko w płuca. Uwielbiał zapach benzyny. Strzepnął płyn z węża, nie mógł dopuścić do tego, by choć jedna kropla spadła na diamentowoczarny lakier. Kiedy dostał kluczyki, był niesłychanie dumny. Rósł z tym samochodem. Rósł jego prestiż. Widział, jak inni faceci patrzą na niego z dziwnym błyskiem w oku. Był kimś. On i samochód - razem stanowili najlepszy magnes na kobiety.
Gdy płacił, przyjrzał się dokładnie lasce za kasą. Rzucił na ladę paczkę gumek. Nadeszły nowe czasy. Cudowne czasy. Czas poruchać po prawie półtora roku zjeżdżania na ręcznym w kiciu. W celi z zimnymi betonowymi ścianami i krzywym miniaturowym łóżkiem nie ma niczego szczególnie podniecającego. Fantazja musiała mu wystarczyć.
Pieprzony saab właśnie go dogonił. Na ulicy Drottningholmsvägen. Dranie wpuścili między nich inny samochód. Myśleli, że są tacy cwani. Na Ulvsundavägen wjechali na pas obok niego. Znów się cofnął. Kurwa mać. Tym razem goryle Milorada go zarąbią. Obedrą ze skóry.
Ostatnio tylko cudem udało mu się przeżyć. Ale jego honor legł w gruzach. Całował ich brudne buciory. Lizał je. A oni chichotali, tak jak potrafią chichotać tylko jugolskie świnie. Domagali się pieniędzy. Najlepiej na wczoraj.
- Razem z odsetkami to trzysta pięćdziesiąt tysi - powiedział Milorad swoim chrapliwym głosem, który mógłby śmiertelnie przerazić nawet głuchego. Rzucił swoim adiutantom spojrzenie mówiące "jeszcze jeden kopniak". Żołnierz przypominający budową ciała goryla zamachnął się potężnie i trafił go dokładnie w splot słoneczny. Na szczęście brakowało mu techniki, ale efekt i tak był powalający. Adnan chciałby zobaczyć gwiazdy. Zamiast tego wszystko zrobiło się czarne. Dostał ataku paniki. Jego płuca błagały o powietrze. Leżał w pozycji płodowej jak pieprzone niemowlę. A oni stali wokół niego. Mur brudnych buciorów. Śmiali się. Kopali. Pluli. Sikali. I znów się śmiali. Nacierali mu twarz gliną. Wciskali mu ją do ust. Glinę ze szczynami pełnymi anabolików.
- Ty i twój arabski kumpel macie jeszcze tydzień. A potem będziecie żreć coś innego niż glinę.
Śmiechy. Kopniaki. To było wtedy. Ale już nigdy więcej.
Saab znów był widoczny w lusterku wstecznym. Adnan musiał wymyślić coś sprytnego. I to szybko. Kiedy serce wali jak młotem, trudno zdobyć się na genialne pomysły. Niedaleko znajdowała się stacja Shell. Na prawo dzielnica willowa. Tam na pewno ich zgubi. Jego samochód miał ogromnego kopa. Pięćset dwadzieścia koni pod maską. Wcisnął gaz do dechy i oddalił się od nich. Widział, jak po bokach znikają kolejne domy. Ścisnął kurczowo kierownicę i wjechał w tę dzielnicę. Zrobił to co zwykle - skręcił najpierw w prawo, a potem znowu w prawo. Klasyczny manewr. Kręcił kierownicą jak szalony. Potem wrócił na właściwy kurs.
Kolejne skrzyżowanie, znów w prawo. Wkrótce powinien pozbyć się z ogona tego saaba. Albo i nie. Na jezdni nagle pojawiły się betonowe blokady. Adnan wcisnął hamulec. Wrzucił wsteczny. I znów do przodu. Oślepiły go reflektory, które pojawiły się w lusterku wstecznym.
Bum! Uderzył głową w kierownicę. Zakręciło mu się w głowie, ale wciąż myślał na tyle trzeźwo, że wiedział, iż musi stamtąd uciekać. Jego duma nie przeżyłaby kolejnej porażki. Podobnie jak jego matka. A wtedy zauważyła tylko guza na czole i niknący już siniak pod okiem. Ojciec powiedział, że potem przez kilka tygodni nie mogła spać. Adnan próbował w jak największym stopniu unikać swoich rodziców, ale jego młodszy brat Samir miał zakończenie roku i trzeba było pokazać swoją zdemolowaną twarz.
Adnan wcisnął gaz. Saab puknął go od tyłu jak napalony pedał. Bum! Cofnął się nieco, bum! Znowu się cofnął. Ten gość się nie poddawał. Adnan przyspieszył jeszcze, ale kierowca saaba wydawał się coraz bardziej podniecony. Uderzył z jeszcze większą siłą. Bum! Adnan wpadł w poślizg i z trudem ominął drzewo. Stracił przyczepność i sunął jak mistrz jazdy figurowej na lodzie, aż w końcu się zatrzymał.
Ktoś otworzył drzwi pasażera i zakrył mu usta dłonią. Wyciągnął z samochodu, przycisnął twarz do ziemi. Wykręcił ręce. Adnan próbował się uwolnić. Protestował. Wywijał. I znów protestował.
Nagle poczuł, jakby ktoś wbił mu noże w oczy. Paliło go straszliwie, lały się łzy, nic nie widział. Te dranie miały gaz łzawiący i wrzeszczały jak zwierzęta. Adnan też zaczął krzyczeć. Po całej tej wrzawie usłyszał głos zbyt wysoki, by należał do mężczyzny. Coś tu było nie tak. Zupełnie się nie zgadzało. Spróbował rozpoznać ten krzyk i wkrótce odetchnął z ulgą.
To policjantka. A więc nie umrze. Nie dziś.
- Policja! Nie ruszaj się, do diabła. Inaczej zrobi się jeszcze gorzej.
Wrzeszczała jak najęta. Wszyscy krzyczeli. Ktoś przyciskał mu ramiona kolanem.
- Pieprzone dranie! - ryknął Adnan. - Próbowaliście mnie rozjechać!
Gaz sprawiał, że Adnan płakał jak rozhisteryzowana panienka, kiedy na nich krzyczał. Upokorzenie było totalne.
- Po co ten gaz łzawiący? Pieprzone tchórze!
- To nie gaz łzawiący. To gaz pieprzowy. Jeśli tylko się uspokoisz, to zaczniemy go neutralizować. To nic groźnego.
Adnanowi zwisały z nosa gluty aż do podbródka, jak białko ze świeżo rozbitego jajka.
- W dupie mam, co to jest. Kurwa.
Oczy piekły go potwornie.
- To tylko chili, nic groźnego.
Jeśli ta suka zaraz się nie zamknie, to da jej klapsa. Obije jej ryj. Pieprzyć sytuację. Pieprzyć konsekwencje.
Mroczniejszy głos.
- Wiem, że to strasznie boli. Ale jeśli się uspokoisz, będziemy mogli cię posadzić i szybko poczujesz się lepiej.
- Jestem spokojny.
- Rozluźnij ramiona, żebyśmy mogli cię posadzić.
Adnan zmniejszył napięcie bicepsów, które jeszcze tego samego dnia pompował do granicy możliwości. Chyba trzeba odpuścić.
- No właśnie, doskonale. To teraz cię posadzimy. Tylko spokojnie.
Adnan próbował otworzyć oczy, żeby zobaczyć, co to za oferma pociesza go jak przedszkolanka. Odruch mrugania mu to uniemożliwił. W tych krótkich chwilach, kiedy udawało mu się utrzymać oczy otwarte, zauważył trzy osoby, może cztery.
- Masz tu ściereczkę - powiedziała przedszkolanka, dając mu coś wilgotnego. - Dlaczego próbowałeś uciekać?
- Skąd mogłem wiedzieć, że jesteście gliniarzami?
- Adnan, próbujemy być mili. Traktujemy cię tak jak ty nas. To chyba uczciwe.
Przedszkolanka wydawała się tu rządzić.
- To, co robicie, jest miłe? Próbujecie mnie zepchnąć z drogi, a potem pryskacie w twarz gazem łzawiącym.
- To gaz pieprzowy, zrobiony z chili. Nic groźnego.
Suka po prostu nie mogła przestać mówić o tym chili.
Adnan tym razem postanowił nie odpowiadać. Lepiej przyjąć nonszalancką postawę. Nie zamierzał się zniżać do rozmowy z pieprzoną gliną.
- Sygnalizowaliśmy i użyliśmy lizaka - powiedziała przedszkolanka. - Nie widziałeś?
Nie widział. Jedyne, co stało mu przed oczami, to Jugole, glina i szczyny. Zniszczona godność.
- A w ogóle to skąd wiecie, kim jestem?
- Pracujemy przy projekcie Novej. Znasz go?
Adnan aż wyprostował się z dumy. Przemiana z mażącej się panny w siejącego postrach przestępcę.
A więc był na liście Novej. Tak się go bali, że włączyli do największego policyjnego projektu obejmującego najgorszych przestępców w całym Sztokholmie. Był jednym z najniebezpieczniejszych w całym mieście, a może i kraju. Najgroźniejszy. Najpotworniejszy.
- Wiem, czym się zajmujecie - odpowiedział.
- Masz coś przy sobie? - Suka ścisnęła Adnana. - Przeszukamy cię, więc możesz równie dobrze wyjąć to, co masz.
- A szukajcie sobie, ile chcecie. Nic nie znajdziecie.
Był czysty jak łza. Nie wciągał nic od czasu, kiedy go zamknęli.
- Możesz teraz wstać. Kiedy ostatnio coś brałeś?
- Przygłupia jesteś czy co? Nie biorę już tego gówna.
- A co brałeś wcześniej?
Ta suka naprawdę przesadzała. Adnan zaprotestował milczeniem.
- A co wyrzuciłeś przez okno?
O czym oni, kurwa, mówią?
- Nie udawaj głupiego, sprawdzimy przecież, co to było.
Ach tak. Kiedy wyjeżdżał ze stacji, wyrzucił papierek po gumie do żucia. I w tym wszystkim o to chodzi? O papierek? Ekstra o smaku miętowym. Niech sobie szukają. I niech im to zajmie wieczność.
Inicjatywę przejęła przedszkolanka.
- Ostatnio odsiedziałeś półtora roku za posiadanie narkotyków, prawda?
- Skoro tak mówicie...
- Pewnie nie masz ochoty znowu znaleźć się za kratkami? Bo wiesz, nie masz prawa jazdy. Będzie więc prowadzenie pojazdu bez uprawnień.
Adnan mrugnął oczami, żeby móc przyjrzeć się przedszkolance.
- Za to chyba mnie nie zamkniecie? Moje wcześniejsze poważne wykroczenia zostały skreślone.
- To pewnie przez to, że jednocześnie popełniłeś przestępstwo narkotykowe, odpuścili ci wszystko inne. Mogę cię jednak poinformować, że za wykroczenia też można posiedzieć, warto więc trochę pomyśleć. A w ogóle czyj to samochód?
- Kolegi.
- A ten kolega jak się nazywa?
Adnan wytarł nos.
- A bo co? On nie ma z tym nic wspólnego.
- Chciałam tylko być miła i poinformować twojego kolegę Diara, że właśnie stracił swój nowiutki wóz.
- Kurwa, nie możecie mi zabrać samochodu!
- Wiesz, Adnan, nigdy nie robimy czegoś, czego nam nie wolno. W ciągu ostatniego miesiąca zostałeś zatrzymany w tym pojeździe trzy razy i wielokrotnie cię w nim widywano. Tak więc ty jesteś jego użytkownikiem i zostanie zabezpieczony. Możesz teraz próbować wymyślić dla swojego kolegi jakąś wiarygodną historyjkę. Przypuszczam, że nie będzie zadowolony?
Adnan zaczął się trząść.
- Proszę, dajcie mi poważne wykroczenie, róbcie, co chcecie. Ale nie zabierajcie samochodu. Ja go tylko pożyczyłem.
- Wiesz, że robimy tylko to, co do nas należy. Mamy dwa poważne powody, żeby zabrać wóz. Pierwszy jest taki, że regularnie prowadzisz bez prawa jazdy, a drugi, że masz długi u komornika. To dość dziwne, że jesteś winien prawie pół miliona, czego nie jesteś w stanie spłacić, a jednocześnie jeździsz po mieście samochodem, który jest wart mniej więcej tyle samo.
- Ale to nie mój, do cholery.
To nie wyglądało dobrze. Adnan się pocił. Mieli zabrać furę Diara. Jego grudkę złota.
Gliniarze niszczą mu życie! Bardziej niż jugolskie świnie.
10
Adnan znów siedział w ukochanym samochodzie jego ojca Hosseina. Przez ostatni tydzień hyundai był jego drugim domem.
Auto stało na parkingu galerii handlowej Kista. Parkował przed galerią. Jeździł wokół galerii.
Adnan chciał dobrze poznać rutynę przewozu pieniędzy. Wydawało się to jednak niemożliwe. Furgonetka przyjeżdżała raczej losowo. Adnan zrobił notatki na temat budowy ciała ochroniarzy. Ich pracy. Wyposażenia. Czy byli szybcy? Silni? Grubi? Czujni? Leniwi? Podnieceni?
Adnan zaczął się zastanawiać, dlaczego tak naprawdę obserwuje te transporty. Z Miranem jako jedynym towarzyszem szanse były równie duże jak wygranie miliona w lotto. Gdyby jednak miał kogoś wewnątrz... Kogoś, kto mógłby dać mu cynk o pozbawionym logiki harmonogramie transportów. Kurwa mać. Naprawdę spodobał mu się ten pomysł.
Adnan wepchnął do ust ostatnią bułeczkę cynamonową i zgniótł torebkę. Rzucił ją na podłogę po stronie pasażera. Wyglądała jak śmietnik, pełno tam było pogniecionych opakowań po chipsach, słodyczach, soku, butelek, papierów po kanapkach i kartoników z McDonalda.
Ta obserwacja źle wpływała na jego sylwetkę. Od tygodnia nie ćwiczył i od tego siedzenia urósł mu brzuch. Uchylił okno, żeby przewietrzyć. Czas wrócić do formy. Taki skok to nie żarty. Kondycja była tu równie ważna jak dla zawodowego sportowca.
Adnan odkręcił butelkę soku jabłkowego. Już prawie się napił, kiedy zauważył pomyłkę: tej samej butelki użył jako nocnika, żeby nie opuszczać swojej pozycji. Wyrzucił ją przez okno. Kilka kropel zostało mu na palcach. Czas odpocząć. Za długo pracował. Mózg przestał mu funkcjonować.
Ruszył w stronę mieszkania rodziców w dzielnicy Tensta. Wcześniej dzwoniła matka, zapraszając go na obiad. Po całym tym śmieciowym żarciu, które w siebie wciskał, było to bardzo kuszące.
Na klatce schodowej powitał go dobrze znany zapach - mieszanka smakowitego jedzenia i podupadłej nieruchomości. Nie chodziło o to, że właściciel zaniedbywał sprzątanie. Utrzymanie porządku uniemożliwiała młodzież z Tensty. Wszędzie widać było ślady niedawnej aktywności. Pety, zużyte prezerwatywy, puste puszki, kałuże moczu, wypluta guma do żucia, wszystko. Mimo zapachu Adnan czuł się tu jak w domu.
Kiedy wszedł do mieszkania, matka rozpromieniła się na jego widok.
- Adnan, kochanie.
Wzięła jego twarz w dłonie. Przyjrzała mu się dokładnie. Pocałowała. Potem matka zachmurzyła się równie szybko, jak wcześniej rozjaśniła.
- A teraz mi wyjaśnisz, o co w tym wszystkim chodzi.
Podała mu otwarty list.
Niebieska korona na kopercie zdradzała, że pismo wysłała policja. Taka właśnie niedogodność wiązała się z zameldowaniem u rodziców. A zaleta: gliniarzom trudniej było przeprowadzić przeszukanie w miejscu, w którym faktycznie mieszkał. U Diara. A tam oczywiście w spisie lokatorów nie widniało nazwisko ani jego, ani Diara. Na drzwiach zostawili wizytówkę Kjellgrena, faceta, od którego Diar podnajmował mieszkanie.
Hossein wyjrzał z kuchni. Czekał na wyjaśnienie.
Adnan przejrzał pismo.
- To nic wielkiego. Zatrzymali mnie i przeprowadzili zwykłą kontrolę.
- A dlaczego jechałeś samochodem? - Matka wyglądała na jeszcze bardziej nachmurzoną.
- Wiesz przecież, że muszę. Inaczej się nie da.
- Jak to się nie da? Możesz jeździć metrem jak wszyscy inni. Nie masz prawa jazdy. Nie wolno ci prowadzić.
Matka rzuciła mu srogie spojrzenie.
- Słyszysz, co mówię?
- Tak, tak.
- A przy okazji, jak tu przyjechałeś?
- Mam przecież hyundaia.
Hossein nagle wziął stronę Adnana.
- Ma kolegów, którzy go wożą.
Adnan wyswobodził się z matczynych objęć i wszedł do salonu. Rodzice nigdy nie przekonali się do stylu Ikei. Zamiast tego mieli rustykalne meble z wymyślonymi detalami, marmurowe posągi, stół ze szklanym blatem, perskie dywany. Jego młodszy brat leżał na ogromnej, białej skórzanej sofie i gapił się na amerykański serial Cops. Jak zwykle.
Spojrzał w górę spod czapki z daszkiem.
- Siema. Jak leci? Znowu wpadłeś w kłopoty?
Adnan zastanowił się, jak dużo powinien powiedzieć. Czasami dobrze było otworzyć serce przed bratem. Mimo że miał ledwo siedemnaście lat. Obecność rodziców sprawiała jednak, że nie mogli porozmawiać.
- Nie, nic szczególnego. Ale gliniarze ciągle się mnie czepiają jak pijawki.
- Chyba wiesz, że żeby prowadzić samochód w Szwecji, trzeba mieć prawo jazdy?
- To nie daje im prawa, żeby mnie ciągle zatrzymywać.
- To nie dawaj im okazji. Korzystaj z metra. To tylko taka wskazówka od przyszłego rodzinnego policjanta.
Samir skupił się na telewizorze, gdzie amerykański radiowóz próbował zepchnąć jakiegoś niewinnego człowieka z drogi. Świnia.
- Jeszcze nie wyrosłeś z tych popapranych marzeń?
- A dlaczego? To byłoby przecież takie zabawne. Przestępca i policjant w jednej rodzinie. Mógłbyś być moim kapusiem.
- Jesteś pieprznięty.
Adnan rzucił w brata poduszką.
- Aj! - Samir zsunął ją na podłogę i znów się położył.
- Wyobraź sobie na przykład, że masz zajebistą dziewczynę. A potem ona cię zdradza z jakimś facetem. Wtedy wystarczy, że porozmawiasz ze mną i opowiesz o jakimś skoku albo czymś takim, który ten koleś zrobił, a ja go wsadzę za kratki. W ten sposób się od niego uwolnisz i nie będziesz musiał wykonywać czarnej roboty.
Zadowolony z siebie Samir usiadł na sofie.
Adnan wpatrywał się w niego. Próbował znaleźć oznaki psychozy po haszyszu.
- Skąd ci to przyszło do głowy?
Braciszek był dziś dziwny. Co prawda często miał oryginalne pomysły, ale ten to już przesada. Adnan kochał Samira. Zrobiłby dla niego wszystko. Szanował nawet to, że chciał przyłączyć się do jego przeciwników. Mimo że sytuacja w rodzinie zrobiłaby się niezręczna.
Czy był zazdrosny? Może troszkę. On też chciał, żeby Hossein był z niego dumny. Dla Adnana jednak było już o wiele za późno, żeby stać się idealnym synem. Zresztą zawsze tak było. Robił to, co jego kumple. Zaczynał tak jak większość: popalał po kryjomu i podkradał rzeczy. Niedługo później pojawił się haszysz i napaści na ludzi. Potem prowadził podobne życie, tylko bardziej intensywne. Zanim zdążył się zorientować, był już na liście Novej i poszukiwała go jugosłowiańska mafia. Może takie życie nie było pełną idyllą. Ale było jego własne i nie zamieniłby go na żadne inne. Być może przydałoby się tylko kilka szczęśliwszych chwil.
Mimo niefortunnego początku obiad przebiegał dość dobrze. Domowe pierogi mamy zawsze były wyśmienite. Adnan zjadł cztery, jego brat pięć. Nieprzerwanie ze sobą konkurowali, ale tym razem Adnan się poddał. Obwód w talii był ważniejszy od prestiżu.
Podczas obiadu Adnan dowiedział się, że Samir został zatrzymany przez policję, ale była to pomyłka. Gliniarze przyszli nawet do domu i węszyli w pokoju brata. Zanim stwierdzono błąd, Hossein i matka odchodzili od zmysłów i wciąż nie doszli całkiem do siebie. Samir nie wydawał się szczególnie poruszony. Raczej zadowolony, że w końcu zobaczył, jak od środka wygląda jego przyszła praca marzeń. Ten brat był naprawdę dziwny.
Jakąś godzinę później Adnan pożegnał się z rodziną i wyszedł na podwórze. Rozejrzał się uważnie dookoła. Czy zza jakiegoś krzaka wyskoczą bydlaki Milorada? Termin minął już dawno i Jugole go szukali. Całe miasto wiedziało, co się dzieje. Ktoś, kto znał kogoś, kto znał kogoś, usłyszał, że jakiś Jugol o niego pytał. Adnan się cieszył, że mieszkał u Diara. Niewielu o tym wiedziało. Ciągłe napięcie jednak źle na niego wpływało. Tracił energię. Jedynym człowiekiem, który mógł mu pomóc, był Vincent. Dlaczego ten pedał nie dzwoni?
Adnan jechał hyundaiem w stronę swojej sekretnej siedziby. Tak naprawdę powinien kontynuować obserwację, ale to musiało na razie poczekać. Był zmęczony. Ostatnio dużo pracował. Potrzebował kolegi, z którym mógłby się podzielić zadaniem. A teraz, kiedy jego plany zaczęły się krystalizować, Miran wydawał się jeszcze mniej przydatny do tej roboty. Pewnie zacząłby obserwować nie tę galerię, co trzeba. Adnan od wieków nie rozmawiał z tym ćpunem. Może pora sprawdzić, w jakim jest stanie.
11
Amanda stała przed lustrem i malowała tuszem rzęsy. Uśmiała się ze swojej skupionej miny. Napięte wargi, otwarte usta. Szeroko otwarte oczy. Pełne skupienie na tym, żeby nie powstały żadne grudki ani żeby się nie pobrudzić. Tusz do rzęs był najlepszym przyjacielem Amandy. Nie miało znaczenia, że ma tylko zejść do pralni. Musiała się pomalować, inaczej czuła się naga.
Zbliżała się trzecia po południu. Amanda pracowała w nocy i czuła się jak zombie. Nocki dawały jej w kość. Znacznie bardziej, niż było to po niej widać. Jak to znosili koledzy, który pracowali na zmiany znacznie dłużej niż ona?
O szóstej miała spotkać się z Vicky w Kungsholmen. Nie widziały się przez całe lato. Vicky pracowała przez dwa miesiące na Gotlandii, na delegacji, żeby zastąpić kolegów, którzy też chcieli mieć urlop. Amandę ciekawiło, jak się tam czuła.
Pojechała metrem do miasta. Niebieską linią - tą najgłębszą. Wyszła wcześnie. Nadszedł czas, aby porozmawiać z Jensine, fryzjerką i koleżanką Sanny. Pracowały w tym samym salonie i siostra często o niej mówiła, kiedy opowiadała Amandzie o tych wszystkich ciekawych rzeczach, które robiła w Sztokholmie.
Amanda spotkała Jensine pierwszy i jedyny raz na pogrzebie Sanny. Była zrozpaczona i płakała rzewnymi łzami. Po pogrzebie Amanda usiadła obok niej, żeby dowiedzieć się więcej o wielkomiejskim życiu siostry. Jensine opowiedziała, że poznały się w salonie. Często razem wychodziły i imprezowały. Obie były przecież singielkami. Nie mogła zrozumieć, dlaczego to wszystko się stało. Sanna była przecież taką radosną dziewczyną.
Amanda zakwestionowała to, że jej siostra była samotna. To kim był wtedy Adnan?
Jensine milczała przez chwilę. Potem powiedziała, że Sanna rzeczywiście spotkała się kiedyś z Adnanem. Ale nic poważnego z tego nie wyszło. Była w nim jednak mocno zakochana.
Dlaczego Adnan nie przyszedł na pogrzeb? Jensine nie miała pojęcia.
A jak on się nazywał? Nasimi. Jensine trochę zbyt długo się wahała, zanim to powiedziała. Amanda na razie zadowoliła się tymi skąpymi informacjami. Zauważyła, że dziewczyna nie jest gotowa do rozmowy. Okoliczności nie były najbardziej sprzyjające.
Amanda znalazła imię Adnana w pamiętniku Sanny. Pojawiało się coraz częściej. Zawsze jako "Adnan" lub duże "A". Czasami "ukochany". Jensine chyba mówiła prawdę o tym, że nic poważnego z tego nie wyszło. Sanna nigdy Amandzie nie wspomniała o Adnanie. Dlaczego?
Jedynym tropem prowadzącym do Adnana, A, ukochanego, był jego numer telefonu, który Amanda znalazła tego dnia w komórce siostry. Był ostatnią osobą, do którego Sanna dzwoniła. Numer należał do telefonu na kartę i był nie do wyśledzenia.
Dzięki Jensine poznała jego pełne imię i nazwisko. Adnan Nasimi. Adnan ukochany Nasimi. Facet, który był niepoważny. Który nie przyszedł na pogrzeb swojej tymczasowej dziewczyny. Na pogrzeb cudownej, kochanej siostry Amandy.
Wściekłość.
Amanda wysiadła z metra przy ratuszu i ruszyła w stronę Fridhemsgatan. Może fakt, że od tamtych wydarzeń minęły cztery lata, sprawi, że Jensine będzie bardziej chętna do rozmowy. Salon fryzjerski leżał na skrzyżowaniu ulic Fridhemsgatan i Scheelegatan. Amanda miała nadzieję, że Jensine wciąż tam pracuje. Kiedy otworzyła drzwi, odezwał się dzwonek. Zapachniało płynem do trwałej.
Jensine stała na drugim końcu pokoju. Robiła pasemka jakieś starszej kobiecie. Dziewczyna przy kasie uśmiechnęła się przesadnie miło.
- Dzień dobry, czym mogę służyć?
- Chciałabym zamówić wizytę u Jensine.
- Sprawdzę, kiedy ma wolne.
Dziewczyna zaczęła kartkować wielki kalendarz.
- Chciałabym sama z nią pomówić. Będzie potrzebowała dla mnie trochę więcej czasu.
- Oczywiście.
Dziewczyna poszła w stronę Jensine. Porozmawiała z nią chwilę. Jensine spojrzała w stronę Amandy. Najpierw się uśmiechnęła. Potem chyba ją sobie przypomniała. Uśmiech nagle stał się sztuczny. Odłożyła folię i miseczkę, które trzymała, po czym podeszła do Amandy.
- No cześć. Jesteś siostrą Sanny, prawda?
- Tak, zgadza się.
- Mieszkasz teraz w Sztokholmie?
- Tak.
Amanda milczała przez chwilę. Zauważyła, że Jensine zrobiła się trochę nerwowa.
- Więc chcesz się do mnie zapisać?
- Nie. Pomyślałam, że powinnyśmy porozmawiać. Najlepiej teraz.
Wahanie.
- Skończę tylko pasemka klientce, a potem będziemy mogły pogadać, kiedy usiądzie pod suszarką. Możesz poczekać tutaj. - Jensine wskazała dłonią kilka różowych rokokowych foteli. Nad nimi wisiał ozdobny kryształowy kandelabr.
- Świetnie.
- Ale nie będę miała wiele czasu. Później przychodzi następna klientka.
Amanda usiadła w jednym z foteli i zaczęła przeglądać ułożone w stos czasopisma. Magazyny fryzjerskie, "Życie na Gorąco", "Naj", "Smakosz", "Dom i Ogród", "Elle", "Fantom". Dla każdego coś miłego. Wybrała jedno z czasopism fryzjerskich. Uwielbiała je przeglądać. Sprawdzać, co będzie modne w sezonie. Znaleźć coś, co mogłaby sobie zrobić. Zawsze miała chęć na zmiany. Niezmiennie jednak kończyło się na jakiejś długiej blond fryzurze, którą przycinała etapami. Takiej, jaką już miała.
Podniosła wzrok znad czasopisma i przyglądała się Jensine. Ona wyglądała na dziewczynę niebojącą się zmian. Kiedy ostatnio się widziały, miała czarne włosy na pazia. Teraz były dłuższe, brakowało im niewiele do talii. Blond z jasnoczerwonym odcieniem. Grzywka przycięta do połowy, zwisająca nad oczami. Wyglądała świetnie. Modnie. Jak większość fryzjerek.
Kwadrans później klientka schowała głowę pod hełmem i zagłębiła się w lekturze "Naj", trzymając w ręce filiżankę parującej kawy. Amanda i Jensine weszły do pokoju dla personelu. Był tam miniaturowy aneks kuchenny z rozkładanym stołem i dwoma krzesłami. Nie zmieściłyby się tam więcej niż dwie osoby. Czynsze w Kungsholmen były prawdopodobnie astronomiczne. Pomieszczenia dla personelu musiały ustąpić miejsca powierzchni salonu. Jensine zrobiła dla nich obu kawę.
- No dobrze. A więc chcesz porozmawiać o Sannie.
- Tak, mam sporo pytań. Zastanawiam się, co tak naprawdę się zdarzyło. Sama wiesz przecież, jak bardzo kochała życie. Trudno mi pójść dalej, kiedy nie rozumiem, dlaczego to się stało. Ciągle o tym myślę. Dlaczego?
- Rozumiem cię. Też byłam w szoku. W końcu widywałyśmy się prawie codziennie. I niczego nie zauważyłam.
- Nie?
- Nie, nie miałam pojęcia, że tak cierpi.
- A cierpiała?
- No na pewno, skoro... No wiesz.
- Tak - potwierdziła Amanda. - Zauważyłam, że coś było nie tak. Z jakiegoś powodu była nieszczęśliwa. Jakaś nerwowa. Ale wydaje się dziwne, że ty, choć widywałaś ją codziennie, niczego nie zauważyłaś.
- No wiesz. Czasami była smutna z powodu tego faceta, którego poznała. Ale to nie było nic takiego, przez co odebrałaby sobie życie. Każdy miewa problemy sercowe, ale to przechodzi. Prawda?
- Prawda. I jestem przekonana, że moja siostra nie zabiła się z powodu jakiegoś faceta. Była na to za mądra. Twardo stąpała po ziemi. Ale zastanawiam się teraz, dlaczego zaczęła brać narkotyki.
Jensine siedziała jak sparaliżowana.
- Nie mów mi, że nic o tym nie wiedziałaś. Ciągle razem wychodziłyście. Wiesz, kto ją wciągnął w to gówno?
Zrzucenie tej bomby podziałało.
- Ja? W życiu.
- Kto to był? Brałyście coś na imprezach?
Milczenie.
Amanda mówiła dalej:
- Chcę tylko wiedzieć. Nie winię cię, jeśli raz na jakiś czas coś brałyście. Sanna była dorosła. To był jej wybór. Ja tylko chcę wiedzieć.
- Zdarzało się czasami, że wciągnęłyśmy kreskę, kiedy szłyśmy na miasto. Ale nic więcej.
- Kreskę? - dopytywała się Amanda.
- No wiesz, kokainę.
- A ten facet, z którym się spotykała, Adnan?
- Co z nim?
- Brał prochy? Myślisz, że miał na nią zły wpływ?
- Nic o tym nie wiem. Spotkałam go tylko kilka razy, kiedy byłyśmy na mieście.
- Ale wiesz, jak się nazywał. Znałaś imię i nazwisko.
- Nic dziwnego. Sanna cały czas o nim myślała. Nie mówiła o nikim innym.
Amanda chwyciła siedzenie krzesła. Podsunęła się bliżej, pod stół. Pochyliła się w stronę Jensine.
- Słuchaj, ja wiem, że Adnan Nasimi ćpał. Nie tylko sam brał, ale też dilował.
Amanda odczekała chwilę, żeby jej słowa dotarły do dziewczyny.
- Nie mam pojęcia, dlaczego kłamiesz. Ale wiem, że chronisz tego Adnana, i dojdę do tego, co się wydarzyło. Mam nadzieję, że nie byłaś w to w żaden sposób zamieszana.
Jensine nieco zbladła. Jej skóra jeszcze mocniej kontrastowała z czerwonymi włosami.
- Skąd tyle wiesz o Adnanie?
- To jasne, że rozmawiałam też z innymi ludźmi. Ale chcę się dowiedzieć od ciebie. Byłaś jej najlepszą przyjaciółką. Dlaczego nie chcesz być ze mną szczera?
- Nie rozumiesz.
- Może i nie rozumiem. Ale przecież nikt nie wie, że tu siedzimy i rozmawiamy. Co się może stać?
- Wszystko. Wszystko się może stać.
- Na przykład co?
Jensine pociągnęła łyk kawy. Trzęsły jej się ręce.
- Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy poznała Adnana.
- Mów dalej.
- Zakochała się po uszy. Robiła dla niego wszystko, a on był dość paskudny. Nie pojawiał się umówione spotkania i tak dalej. Pewnie nie była dla niego jedyna.
- A narkotyki?
- To wtedy zaczęła brać. Adnan zawsze miał coś przy sobie. Ja też próbowałam. Ale Sanna całkiem wsiąkła. Nie mogła bez tego wytrzymać. Ja brałam tylko czasami, tak dla zabawy. W końcu zaczęła zawalać robotę. Klienci się skarżyli, zdarzało się, że w ogóle nie przychodziła. Tak nie mogło być.
- Powiedziałaś wcześniej, że nie zauważyłaś, co się z nią dzieje, a teraz opowiadasz, że nawet nie radziła sobie w pracy. Dlaczego od razu tak nie mówiłaś?
- Nie chciałam wyjść na ćpunkę. Skończyłam z tym gównem.
Jensine wstała.
- Słuchaj, muszę wracać do pracy. Nie grzeb w tym za dużo. Nie będziesz od tego szczęśliwsza.
Wyszła z małego zaplecza do salonu.
Amanda zebrała swoje rzeczy i ruszyła w stronę restauracji, w której miała spotkać się z Vicky. Nie dowiedziała się tyle, ile chciała. Ale jej podejrzenia się potwierdziły. Od początku rozumiała, że Adnan nie był spełnieniem marzeń teściowej. Do tej pory mogła tylko zgadywać, że narkotyki pochodziły od niego. Dopiero kiedy została stażystką i uzyskała dostęp do policyjnej bazy danych, mogła się dowiedzieć, czym się zajmował. Kartotekę miał długą jak praca magisterska. Podobnie było z rejestrem podejrzanych. Adnan, A, ukochany, oznaczony był jako "NIEBEZPIECZNY: BROŃ, PRZEMOC, SPORTY WALKI". Większość wpisów dotyczyła narkotyków, włamań i naruszeń przepisów ruchu drogowego, ale były też różne inne drobiazgi.
Amanda odkryła też, że dostał półtora roku za przestępstwo narkotykowe. Była rozczarowana, że musi odroczyć realizację swojego planu. Przez ten czas tym bardziej intensywnie pracowała nad tym oślizgłym komisarzem Magnusem Blombergiem. To nie był wymarzony scenariusz, ale co było robić. Musiała go trzymać na smyczy do czasu, aż Adnan wyjdzie na wolność. Cały czas kontrolowała odbywanie przez niego kary. Wiedziała, kiedy miał przepustki. Wiedziała, kiedy go wypuścili. Pozwoliła mu przez miesiąc cieszyć się wolnością, zanim przystąpiła do działania. Przez jakiś czas go obserwowała. Orientowała się, gdzie mieszka, gdzie trenuje, gdzie robi zakupy. Z którymi dziewczynami się spotyka, jakimi samochodami jeździ. Miejscem ataku stała się zamrażarka w sklepie Konsum. Rozpoczęła się operacja "Adnan".
Vicky była już na miejscu. Siedziała, czytając "Aftonbladet", kiedy Amanda stuknęła ją palcem w bark.
- Cześć, piękna. Kopę lat.
Vicky wstała i przytuliła ją.
- Prawda, ale już wróciłam na stały ląd.
- Zamówimy od razu, a potem wszystko mi opowiesz? Jestem strasznie głodna.
- Jasne. Pójdę, a ty pilnuj miejsc. To co zawsze? - zapytała Vicky.
- Pewnie, po co próbować czegoś nowego? - zawołała za nią Amanda.
Miło było znów spotkać się z Vicky. Nic się nie zmieniła. Najmodniejsze ubranie, pomalowane paznokcie i nienaganny makijaż. Poznały się, kiedy Amanda była stażystką w grupie Vicky. Regularnie się spotykały i plotkowały o najświeższych wydarzeniach.
Amanda usiadła przy stole i podziwiała widok. Tu zawsze było przyjemnie. Restauracja leżała wysoko na klifach Fredhäll, miała fantastyczny widok na wodę, nieopodal widać było most Traneberg. Słońce wciąż przygrzewało, choć zbliżał się już wieczór.
Amanda przeglądała gazetę "Aftonbladet" rozłożoną na stole. Czytała przede wszystkim nagłówki, przyglądając się jednocześnie gościom restauracji.
Niektórzy wyglądali tak, jakby właśnie przyszli z plaży. Narzucili tylko szorty lub spódnice na stroje kąpielowe. Inni byli elegancko ubrani, pewnie właśnie skończyli pracę. Część z nich zaplanowała chyba spędzenie tu całego wieczoru. Wieczorowe stroje, fryzury i makijaż.
Uwagę Amandy przyciągnął jeden nagłówek: "Kradzież pawiana". Zaintrygowana czytała dalej.
W nocy z czwartku na piątek z ogrodu zoologicznego Kolm?rden ukradziono pawiana. Opiekun zwierząt, Björn Lindqvist, jest wstrząśnięty. "Nie rozumiem, dlaczego ktoś miałby kraść pawiana. Julia była tu od dziewięciu lat i traktowaliśmy ją jak członka rodziny". Policja jest bardzo wzburzona tym zdarzeniem. "W tej chwili nie mamy żadnych podejrzanych, ale sprawców musiało być kilku i musieli dużo wiedzieć o tym zwierzęciu" - mówi rzecznik policji w Norrköping, Jens Pilgrim.
Amanda odepchnęła od siebie myśl, która pojawiła jej się w głowie. To niemożliwe. Myśl jednak wciąż powracała. Czy to tylko przypadek? Znów przeczytała artykuł.
Sanna wspominała coś o małpie, że jest jej żal. Amanda zbagatelizowała to. Później całe to gadanie o zwierzęciu znalazło się w cieniu tematu gwałtu.
Kradzież pawiana. Amanda nie mogła przestać wpatrywać się w litery. Sanna naszkicowała ołówkiem w swoim dzienniku głowę małpy. Gdzieś pod koniec.
Naprawdę? Dlaczego Amanda nie pomyślała o tym wcześniej? Czy ta kradzież ma coś wspólnego z Sanną? Prawdopodobnie nie. Sanna nie żyje od czterech lat.
- No w końcu. - Vicky wróciła z dwoma talerzami foccacii. - Koszmarna kolejka. A dziewczyny na kasie na pewno pracują tylko sezonowo. Nie mają pojęcia, co robią. Wzięłam też różowe wino. Miałam straszną ochotę.
- Idealnie. To opowiadaj teraz o Gotlandii. Musiałaś się tam świetnie bawić.
- No, można tak powiedzieć. Cały czas pracowałam, ale i tak miałam wrażenie, że to urlop. Visby to urocze miasteczko. Poza tym odwiedzały mnie przyjaciółki, ty też mogłaś przyjechać.
- Byłoby super, ale miałam tu pełne ręce roboty. Ja też pracowałam przez całe lato.
- Coś kręcisz. Poznałaś kogoś?
- Nie mam siły na takie rzeczy.
Amanda nie miała zamiaru opowiadać ani o Adnanie, ani o Magnusie. I prawdę mówiąc, nie skłamała. Trudno ich nazwać chłopakami. Raczej zadaniem. Skupiła się na Vicky.
- Ale, ale, mówiłaś, że poznałaś jakiegoś kolegę. Podinspektora, zgadza się?
- Tak, ale to już skończone. - Vicky się skrzywiła.
- Co się stało?
- W skrócie: poznaliśmy się na wyspie Munken, kiedy byłam tam z koleżanką. Znała Nicklasa i w ten sposób się skontaktowaliśmy. Potem zaczęliśmy się dość regularnie spotykać. Jedyny kłopot w tym, że on wciąż miał żonę.
- A to ci drobny szczegół... co za świnia.
- No, świnia. Twierdził jednak, że od dawna byli w separacji. Po prostu nie złożyli pozwu o rozwód.
- Akurat. - Amanda wzniosła oczy do nieba.
- Wiem, co masz na myśli. Teraz wyraźnie widzę, co się działo. Ale wtedy mu naprawdę wierzyłam. Spotykaliśmy się prawie codziennie i sypialiśmy raz u mnie, raz u niego. Zaczęliśmy nawet planować, co zrobimy, kiedy skończy się moja delegacja. On tam też był na zastępstwie, mówił więc, że spróbuje jak najszybciej znaleźć podobne stanowisko w Sztokholmie.
- Ile ma lat? Podinspektor - to brzmi staro.
- Czterdzieści trzy. A więc jedenaście lat różnicy.
- Co za staruch. - Amanda się zaśmiała. - Jesteś tak śliczna i fajna, że mogłabyś spotykać się z każdym.
- Zgadzam się. Żałuję, że zmarnowałam tyle energii na tego zakłamanego idiotę.
Vicky wydała się nieco pogodniejsza. Przyznanie się do pomyłki chyba zrobiło jej dobrze.
- I co było potem?
- Wydawało mi się, że niektóre rzeczy są trochę dziwne. Jego była cały czas dzwoniła, a on wtedy zawsze wychodził do innego pokoju, żeby z nią porozmawiać.
- To znaczy jego żona?
- Tak, ale on zawsze mówił, że to jego była. No nieważne. Zaczęłam się zastanawiać nad różnymi sprawami, na przykład nad tym, że kiedy dzwoniła, wychodził. A potem myślałam o tym, dlaczego nie złożył papierów rozwodowych. Wtedy powiedział, że wywieram na niego presję.
- A więc nie zamierzał się rozwodzić?
- Najwyraźniej nie. Czuję się, jakbym była dla niego tylko wakacyjnym flirtem.
- Powinnaś się cieszyć, że pozbyłaś się takiego palanta.
- Masz rację. Wypijmy za to.
Vicky uniosła kieliszek.
Tego wieczoru dolewały sobie wina jeszcze cztery razy i Vicky opowiadała o bardziej intymnych kwestiach swojego związku z podinspektorem niż papiery rozwodowe. Przynajmniej nie wydawała się przesadnie smutna.
Amanda musiała się mocno skupiać na rozmowie, ale nie z powodu wina. To notatka o skradzionym pawianie nie dawała jej spokoju.
12
Magnus siedział w pracy przy biurku i wcinał czekoladowe ciastko, Marabou dwieście gramów. Sprzedaż słodyczy w pomieszczeniu socjalnym to coś, co zagraża życiu. Powinni tego zabronić. Był sam w biurze, które wyglądało, jakby przeszło przez nie tornado. Wszędzie leżały teczki i inne papiery. Segregatory, na które nie było miejsca na półkach, piętrzyły się w stertach na podłodze. Magnus wiedział jednak, że w całym tym chaosie jego personel utrzymuje porządek w swoich sprawach. Magnus uważał, że jeżeli się ciężko pracuje, wyraźnie to widać. Tak samo było z kolegami oskarżanymi o przemoc, pobicia i podobne sprawy. Oni zrozumieli, co to znaczy być policjantem. Pozostali, którym nigdy niczego nie zarzucano, mogliby równie dobrze oddać odznakę.
Ludzie Magnusa byli w areszcie i pracowali nad trzema zatrzymanymi włamywaczami. Być może będą musieli wziąć nadgodziny. Dziś muszą jednak poradzić sobie sami, on miał inne plany. Powiedział Pii, że skończy pracę o trzeciej rano. A tak naprawdę o dwudziestej trzeciej. Miał więc trochę czasu na załatwianie własnych spraw na mieście.
Przed wyjściem musiał zająć się dwoma ważnymi zadaniami. Zaczął od Samira Nasimiego. Chwycił telefon i wybrał numer. Czekał. Już miał się rozłączyć, kiedy ktoś odebrał.
- Kto mówi?
- Magnus. Wiesz, rozmawialiśmy niedawno. W areszcie.
- Aha.
- Możesz rozmawiać?
- Moment.
- Znakomicie.
Ma poczekać, więc chłopak rozumie, że tej rozmowy nikt nie może podsłuchiwać. Znów usłyszał głos Samira.
- Halo, jest pan tam?
- Jestem.
- Nie może pan tak po prostu do mnie dzwonić, kiedy ma pan ochotę. Jestem tu z kolegami. To mogłoby się źle skończyć.
- Przepraszam. A poza tym wszystko w porządku?
- W porządku. A dlaczego pan pyta?
- Chciałem tylko sprawdzić, jak sytuacja, bo ściągnęli cię tu, chociaż nic nie zrobiłeś. To mogę przynajmniej zadzwonić, prawda?
- W sumie powinienem dostać odszkodowanie.
- No cóż, to niestety tak nie działa. Pozytywne jest jednak to, że możesz później dostać bardzo dobre referencje do szkoły policyjnej. Przyznasz chyba, że warto było dla tego parę godzin posiedzieć.
- Zobaczymy, jak będzie.
- Prawda. Teraz wszystko zależy od ciebie. Jeśli ty mi pomożesz, to ja pomogę tobie. To kwestia zaufania. Muszę poczuć, że mogę ci zaufać. A ty musisz poczuć, że możesz zaufać mnie. Jeśli dasz mi jakiś mniej ważny cynk i on się sprawdzi, to moje zaufanie wzrośnie. I zobaczysz, że wszystko zostanie między nami. Ja nigdy nie puszczam farby. Jesteś dla mnie na to zbyt cenny. Bez takich ludzi jak ty gówno bym wiedział. A później, kiedy dowiesz się o czymś większym, możesz nawet dostać za to kasę.
- Będę dostawał pieniądze za kapowanie?
- Owszem, jeśli cynk będzie dobry, a ja będę mógł ci ufać. Wtedy możesz zgarnąć trochę szmalu.
- O kurwa.
Samir połknął haczyk. Zawsze tak było. Kiedy ludzie dowiadywali się, że można dostać jakieś pieniądze, wątpliwości ich opuszczały.
- To jak to będzie wyglądać? Mam po prostu zadzwonić, jeśli coś usłyszę?
- Dzwoń do mnie jak najszybciej. Zawsze odbieram. I zapisz mój telefon jako Maria albo coś takiego, tak na wszelki wypadek.
- A co z kasą?
- To później. Najpierw musisz pokazać, co jesteś wart. Daj mi kilka dobrych rzeczy, a zobaczysz, że masz fajną dodatkową robotę. Słuchaj, mam tu coś do zrobienia, skontaktujemy się później. Zadzwoń, kiedy tylko coś się wydarzy.
Magnus się rozłączył. Wstał i wrzasnął:
- Yes!
Był równie podniecony jak wtedy, kiedy drużyna Djurg?rden strzeliła gola AIK. Wyciągnął paszportowe zdjęcie pieprzonego Adnana Nasimiego, które wydrukował na kartce A4. Wziął ołówek i poszerzył mu nos. Wykrzywił. Dorysował brwi, aż się zrosły. Teraz posadzenie tego Arabusa za kratkami było już tylko kwestią czasu. A najlepsze jest to, że Amanda będzie miała niezłą niespodziankę, a jej kariera w tej branży mocno wyhamuje. Pukanie się z bandziorami to niezbyt ceniona zasługa.
Jeszcze jedno zadanie, zanim wyjdzie. Wepchnął do ust ostatni kawałek czekoladki i ruszył w stronę biurka Sandéna na drugim końcu budynku. Sandén pracował nad sprawą, w której pięć somalijskich nastolatek ukradło kilku starszym paniom torebki. Wszystkie ofiary były uczciwymi obywatelkami Szwecji i każda z nich tkwiła już w zasadzie jedną nogą w grobie. Będzie gorący temat dla wieczornych gazet. Zaprzyjaźniony dziennikarz dzwonił wcześniej do Magnusa, domagając się czegoś smakowitego do opublikowania. A Magnus potrzebował dodatkowego dochodu. Policja sama jest sobie winna, że lepiej opłaca leniwych staruchów od tych, którzy zbudowali tę firmę. Takich jak on. Powinni być wdzięczni, że mają w swoich szeregach kogoś tak doświadczonego i kompetentnego jak on. A on za podziękę dostaje tylko chudą kopertę z wypłatą. Podwyżki nawet nie pokrywają inflacji.
Znalazł teczkę na samym wierzchu sterty na biurku Sandéna. Wziął ją całą i poszedł piętro wyżej. Tam rezydowali narkotykowi. Magnus nie chciał ryzykować, że jakiś papier zatnie się w kopiarce na jego własnym piętrze. Wybrał najważniejsze informacje. Na spodzie teczki leżały zdjęcia podejrzanych Somalijek. Czy je też wysłać? Postanowił to zrobić. Paskudne dziewczyny, które wykorzystywały chustę zamiast kominiarki, można było spokojnie rzucić na pożarcie wilkom.
Pół godziny później Magnus pojechał samochodem do miasta i zaparkował przy Norra Bantorget. Nocą nie było to przyjemne miejsce. Dwóch gówniarzy obszczywało jakiś krzak, a kilka dziewczyn w króciutkich spódniczkach wysączało resztki z piersiówki. Pewnie nie miały pieniędzy na picie w barze. Jakiś grubas leżał nieprzytomny na parkowej ławce. Magnus zostawił go w spokoju, miał ważniejsze rzeczy do zrobienia. Poza tym facetowi przyda się drzemka.
Kolejka do klubu Paradis była gigantyczna. Nawet ta dla najważniejszych gości. Magnus podszedł do szefa ochrony, który od razu go wpuścił. Zauważył zdziwione spojrzenia VIP-ów. Kto to, kurwa, jest?
Za szklanymi drzwiami powitała go dyskotekowa muzyka. Reflektory oświetlały tańczących ludzi zmieniającymi się kolorami. Magnus ruszył w stronę sali dla VIP-ów.
Ochroniarz wpuścił go, witając się skinieniem głowy. Powiedział coś do radiotelefonu. Teraz słychać było spokojniejsze dźwięki rhythm and bluesa. Ludzi nie było wielu, za wczesna pora. Celebryci jeszcze się nie ruszyli i nie przywabiali hord ambitnych młodych ludzi, którzy zrobiliby wszystko, żeby dostać się do tego magicznego pomieszczenia.
Magnus podszedł do kolejnego ochroniarza stojącego przy drzwiach pokrytych czerwonym zamszem. Ten bez słowa otworzył drzwi. Pewnie był zdziwiony, że odwiedził go tak honorowy gość. Tu nie mieli dostępu nawet celebryci. Magnus miał natomiast dożywotnią przepustkę.
Muzyka zmieniła się na reggae. Magnus uwielbiał ten kołyszący się rytm. To nostalgia. Czuł się znów młody. Jak ogier. Tu wystrój był inny niż w pozostałej części klubu. Nowoczesne zestawy wypoczynkowe z czarnego sztucznego rattanu i stylowe koce pomieszane były z wysepkami trójkątnych poduszek, które można było w różny sposób układać, by na nich siadać albo się kłaść. Typowy tajski styl. Magnus spojrzał na niewielki parkiet. Naliczył pięć dziewczyn. Dwie z nich obracały się na rurach. Pozostałe trzy siedziały na huśtawkach, czekając na gości. Huśtawki były zawieszone wysoko u sufitu, a dziewczyny bujały się powoli w tę i z powrotem. Spojrzały wyzywająco na Magnusa, kiedy wszedł. Na półpiętrze czekały boksy. Trzy były zamknięte, w środku odbywały się akcje.
Magnus przyjrzał się huśtającym się dziewczynom. Dwie blondynki i jedna brunetka. Jedna z blondynek była za gruba. Druga miała krótkie włosy. Zdecydował się na brunetkę. Nie była ani za chuda, ani za pulchna. Miała długie, błyszczące włosy. Złapał huśtawkę.
- Cześć, jak masz dziś na imię?
Dziewczyna przyjrzała mu się uważnie.
- Rebecka.
- No to chodź, Rebecka.
Pomógł jej zejść z huśtawki i wziął ją za rękę. Poprowadził po schodach do boksów. Wybrał ten pierwszy od lewej. Największy. Przepuścił ją przed sobą. Pogłaskał po tyłku. Wsunął rękę między nogi. Poczuł jej miękkość. Od razu przystąpił do rzeczy.
W środku stało łóżko o rozmiarach odpowiednich do zastosowania. Sufit pokryty był lustrami. Nad łóżkiem wisiało coś w rodzaju szelek. Magnus kiedyś je wypróbował. Obracał dziewczynę, która na nim siedziała. Niezwykle przyjemne. Magnus zamknął drzwi i przekręcił zamek. Otworzył i znów zamknął. Przekręcił zamek i sprawdził klamką, czy drzwi się nie otwierają.
Rebecka patrzyła na niego, ale nic nie mówiła.
Magnus rozpiął rozporek i ściągnął spodnie wraz z bokserkami do kolan. Usiadł na łóżku.
- Ile masz lat?
- Dwadzieścia dwa.
- Cudownie.
Chwycił dziewczynę za włosy i przycisnął jej twarz do swojego krocza. Robiła to, co do niej należało. Nie potrzebowała żadnych wskazówek. Magnus puścił jej włosy i odchylił się do tyłu. Z przyjemnością obserwował, jak jej głowa rytmicznie porusza się w górę i w dół.
- A ty ile masz lat? - zapytała dziewczyna, przerywając na chwilę pracę.
- Nie przestawaj - jęknął Magnus.
- Ale chcę wiedzieć.
- W tej chwili nie musisz niczego wiedzieć.
Znów chwycił ją za włosy i przycisnął do podbrzusza.
Dziewczyna zadławiła się i uwolniła z jego chwytu.
- Ale jestem ciekawa, czy jesteś równie stary jak mój ojciec.
- Chcesz, żebym był twoim ojcem? Co?
Magnus poczuł narastającą irytację. Czy ona myśli, że on jest za stary? Za gruby? Ogarnął go gniew. To jeszcze bardziej go podnieciło. Zastanawiał się przez chwilę, czy użyć szelek. Postanowił jednak odpuścić. Regulowanie wysokości trwało zbyt długo. Podniósł się i odwrócił dziewczynę na brzuch. Uniósł jej tyłek.
- Nie, przestań. Nie chcę bez gumy.
- Zamknij się. Tutaj ja decyduję, mała dziwko.
Objął jej szyję obiema rękami i zacisnął. Wszedł w nią i pchał z całej siły.
Dziewczyna się wyrywała. Chwytała ustami powietrze. Machała ramionami. Ciągnęła go za ręce. Im bardziej walczyła, tym mocniej go to podniecało. Doszedł do końca. Wyszedł z niej z jękiem i spuścił się jej na plecy. Zwolnił uścisk na szyi.
Dziewczyna drżała, opadła na brzuch.
Magnus przez parę minut dochodził do siebie. Czekał, aż jego oddech się uspokoi. Wciągnął spodnie i podziękował swojej szczęśliwej gwieździe za to, że mógł to robić. Rebecka wciąż leżała na brzuchu, a jej szloch przeszedł w coś w rodzaju cichego płaczu, którego Magnus nie mógł znieść. Przypominało mu to Pię, kiedy czasami zamykała się w toalecie, myśląc, że on nie słyszy.
Podszedł do niej i poklepał ją po ramieniu.
- Ty... - Nie usłyszał odpowiedzi. - Kurwa, było fantastycznie. Prawda?
Milczenie.
Przegiął? Ale ona chyba była do tego przyzwyczajona?
- Słuchaj, może poszedłem trochę za ostro. Przepraszam. Ale wiesz, jak to bywa, kiedy robi się gorąco.
Wciąż milczenie. Tylko cichy szloch. Pieprzyć to.
Magnus zapragnął stamtąd wyjść. Natychmiast.
13
Ten dzień był dla Adnana. Zrobił sobie wolne od obserwacji. Pomyślał, że skoro wciąż nie ma żadnych towarzyszy, to może sobie pozwolić na chwilę przerwy.
O dziewiątej rano był już na siłowni, ostro trenując tajski boks. Zmęczył się już po rozgrzewce. Skakał przez kwadrans na skakance. Jego kondycja była zdecydowanie kiepska. Potem zajął się workiem. Prawy sierpowy, lewy sierpowy, hak. Różne kombinacje. Dodał do tego kopnięcia, kolana, uniki. Bolało go całe ciało. I tak powinno być. Cudownie.
Po treningu wybierał się na lunch z tą Szwedką, Amandą. Tak naprawdę randki przy posiłku nie były w stylu Adnana, ale postanowił się poświęcić. Jedli makaron w restauracji Parma w Sundbyberg. Odpowiadało to Adnanowi, bo lokal znajdował się na skraju miasta. A to oznaczało nieco mniejsze ryzyko rozpoznania przez kogoś. Rozmawiali o wszystkim. Pytała go o jego pracę. Gdzie mieszkał? Czy miał rodzeństwo? Od jak dawna jego rodzina mieszka w Szwecji? Z jakimi dziewczynami się spotykał? Czy miał jakiś dłuższy związek?
Jak na jego gust, zadawała za dużo pytań. Trudno mu było wymyślać odpowiedzi. Ile może ujawnić? Niektórym laskom można było zaimponować opowieściami o jakichś burdach w więzieniu albo innych miłych spotkaniach z wymiarem sprawiedliwości. Z Amandą było jednak inaczej. Nie wiedział dlaczego. To nie była zwyczajna dziewczyna. A przynajmniej nie taka, do jakich Adnan był przyzwyczajony. A do tego przypominała mu kogoś. Niektóre miny. Śmiech. Czuł się tak, jakby już się kiedyś spotkali. Ale pewnie była tylko do kogoś podobna. Może do jakiejś celebrytki?
Po posiłku zrobili sobie spacer wokół jeziorek w Sundbyberg. Jak się od niej dowiedział, nazywały się Lötsjön i R?stasjön. Pięć kilometrów. Ona chyba lubiła spacery. Adnan przez większość czasu rozglądał się czujnie dookoła, mając wrażenie, że zza każdego drzewa szerszego od brzózki wygląda jakiś Jugol. Za każdym razem, kiedy widział kogoś w kapturze, był przygotowany na atak. Po jakimś czasie rozluźnił się trochę. Wszystko wskazywało na to, że ta okolica była ulubionym miejscem spacerów szwedzkich rodzin. Wszędzie widać było matki, ojców i dzieci. Siedzieli i wcinali lody koło zielonej budki. Karmili ptaszki. Inni biegali.
Wniosek: było tu zbyt wielu ludzi, żeby Jugole mogli zaatakować.
Najlepsze nastąpiło na koniec. Kiedy przyszła pora pożegnania. Adnan nie wiedział, jak się zachować. Czuł się jak nieśmiały nastolatek w filmie klasy B. Ona jednak przejęła inicjatywę i pocałowała go. Gorący, długi pocałunek. Smakowała truskawkami. Nałożyła na usta jakiś smar z błyszczykiem. Adnan poczuł się onieśmielony. Adnan Nasimi onieśmielony. Całował fantastyczną dziewczynę w biały dzień. Na romantycznym spacerze. Cholera. Co tu się dzieje? W kieszeni miał przygotowane kondomy. Jeśli sprawy będą rozwijać się w tym tempie, to ich termin przydatności dawno upłynie. Sam siebie nie poznawał, ale ta dziewczyna miała w sobie coś szczególnego. Czy właśnie wpadał w tę samą pułapkę co Hajir?
Romantycznie zakochany.
Drugi powód tego, że był to dzień Adnana, to telefon od Vincenta. Vincenta Bonneruda. Pieprzonego pedała. Imprezowicza. Bossa. Chciał, żeby Adnan tego wieczoru przyszedł do klubu. Nie powiedział, o co chodziło, ale Adnan miał to gdzieś. Bardzo potrzebował rozmowy z Vincentem i było to pilne.
Jechał teraz na to spotkanie, a wcześniej przez całe popołudnie zastanawiał się, jak przekonać Vincenta, żeby pożyczył mu kasę. I jak mu ją odda.
Podszedł do ochroniarza przy wejściu do Paradis. Dziwna sytuacja. Kiedyś sam stał tam w uniformie i wskazywał ludzi, którzy mogli przekroczyć próg. Stanowił prawdziwy magnes dla panienek. Były gotowe na wszystko, żeby zaprzyjaźnić się z bramkarzem. Ale to było, zanim razem z Miranem zostali zaskoczeni przez gliny i w pośpiechu spuszczał prochy w kiblu.
- Mam spotkanie z Vincentem.
Ochroniarz spojrzał na niego z kamienną twarzą.
- Czekaj.
Wezwał przez radio jakiegoś Oskara. Przez chwilę rozmawiali.
- Możesz wejść.
Przed wejściem czekał na niego inny ochroniarz. Pewnie Oskar.
- Idź za mną.
To chyba lekka przesada. W końcu pracował w tym miejscu przez kilka lat. Znał się na tym znacznie lepiej niż te świeżaki tutaj. Poszedł jednak grzecznie za Oskarem. W lokalu było równie dużo ludzi co zwykle. Imponujące. Przy takiej konkurencji w mieście popularność zazwyczaj szybko się zmieniała. Jednego dnia miejsce było na topie, a następnego pustoszało. Boss wiedział jednak, jak prowadzić swój interes. Stawiał na odpowiednią rozrywkę.
Minęli salę dla VIP-ów i Oskar otworzył dobrze znane Adnanowi, pokryte czerwonym zamszem drzwi, prowadzące do sklepiku z dziwkami. Adnanowi nigdy nie podobał się ten pomysł na biznes. Było to oczywiście genialne posunięcie. Adnan mógł tylko się domyślać, jakie sumy ten pedał kasował każdego wieczoru. Nie wpuszczano tu byle kogo, można powiedzieć, że goście nie jeździli hyundaiami. Adnan nigdy nie mógł pojąć, po co ludzie pieprzyli dziewczyny, które tak naprawdę nie miały na to ochoty. Rynek na to był jednak najwyraźniej duży.
Adnan zauważył, że dziewczyny zostały wymienione. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że minęły dwa lata. W tej branży termin przydatności nie jest długi. Faceci preferowali laski wyglądające jak ich własne córki. Albo nawet wnuczki.
Słynne boksy były jednak wciąż tam gdzie wcześniej. Teraz odmalowane na czerwono z czarnymi detalami. Adnanowi przypomniał się niesmak, jaki czuł, kiedy opróżniał tam kosze na śmieci wypełnione pogniecionym papierem toaletowym i zużytymi prezerwatywami.
Może jednak pomysł zwrócenia się do Vincenta był błędem. Sprzątanie brudnych boksów i pilnowanie, żeby faceci trzymali się zasad, to ostatnie, na co miał ochotę. Pilnowanie gości nie było najłatwiejszą robotą. Przez te lata pocieszał wiele dziewczyn i niejedną musiał odwieźć na pogotowie. Zostawiał je przy wejściu, żeby nikt go z nimi nie łączył. Niestety jego ulubiona praca na bramce nie wchodziła już w grę. Po tym numerze z narkotykami na zawsze stracił licencję. A Vincent bardzo pilnował, żeby przestrzegać przepisów. Przynajmniej oficjalnie.
Vincent miał swoje biuro, do którego wchodziło się przez burdel. Klub był gigantyczny. Na pewno co najmniej dwa razy większy niż przestrzenie, do których mieli dostęp zwykli goście. Adnan sam nie był pewien, czy widział już całe to miejsce.
Vincent na niego czekał. Przygotował już na stoliku cztery kreski kokainy. Elegancko usypane na kwadratowym lusterku. Gotowe do wciągnięcia.
Przy stoliku stały dwa brązowe fotele w stylu Chesterfield, które kłóciły się z pozostałym wystrojem, gdzie dominowały czerń i biel. Vincent wstał. Wyglądał jak zwykle. Wysoki i szczupły. Spodnie miał tak ciasne, że musiał kłaść się na plecach, żeby zapiąć rozporek. Obciskały mu krocze. Rasowy pedzio ze Stureplan z grzywką zaczesaną do tyłu na żel.
- Adnan, przyjacielu. Kopę lat.
- Byłem trochę zajęty.
Vincent się uśmiechnął. Adnan dobrze znał ten uśmiech. Fałszywy. Nigdy nie było wiadomo, co ten facet sobie myśli.
- Proszę. - Vincent wskazał ręką stół, na którym czekała kokaina.
Adnan miał ochotę odmówić. Powiedział gliniarzom prawdę. Był czysty od wyjścia z więzienia. Nie chciał ryzykować. Nie była to jednak odpowiednia chwila, żeby odrzucać gościnność Vincenta.
Podszedł do stolika i wciągnął jedną kreskę prawą dziurką. Zaszczypało go. Wciągnął drugą. Wytarł koniec nosa wierzchem dłoni. Nagły kop przypomniał mu, dlaczego człowiek chciał to ciągle brać. I jeszcze raz, i jeszcze raz.
Vincent wciągnął pozostałe kreski. Kiedy się wyprostował, wyglądał, jakby urósł o dziesięć centymetrów. Świeża pewność siebie rozciągnęła mu kręgosłup do granic możliwości.
Przyjrzał się Adnanowi.
- Słyszałem, że szuka cię Milorad Kraljevic.
Na dźwięk tego nazwiska Adnan niemal podskoczył.
- Kto ci tak powiedział?
- Nieważne. Ale słyszałem, że pan K. nie będzie się z tobą cackał następnym razem, kiedy się spotkacie, że tak powiem.
Dzięki za informację. Po ostatnim spotkaniu Adnan właśnie coś takiego przewidywał.
Vincent mówił dalej:
- Jeśli chcesz, mogę ci pomóc. Ostatnio mamy z panem Kraljevicem dobre układy. Mogę na jutro załatwić, powiedzmy, dwieście koła. Co ty na to?
Adnan nie musiał być geniuszem, żeby zrozumieć, że ten pedryl coś knuje. Coś, do czego przydałyby mu się umiejętności Adnana. Niezależnie od tego, co to było, pomysły Vincenta wydawały się znaczne korzystniejszą alternatywą w porównaniu ze stukniętym Jugolem. Adnan postanowił przyjąć ofertę.
- A dlaczego chcesz mi pomóc?
- Jesteśmy przyjaciółmi, Adnan. A ja pomagam przyjaciołom.
- No ale tak poważnie. Co mam dla ciebie zrobić?
- Ujmijmy to tak. Oczywiście nie lubię wyrzucać pieniędzy w błoto. Ja inwestuję. A czasami potrzebuję wokół siebie lojalnych przyjaciół. Takich, na których mogę polegać. - Vincent uniósł brwi.
Takich, na których masz haki, pomyślał od razu Adnan.
- Za kilka miesięcy otwieram nowy klub - kontynuował Vincent. - Będę tam miał dla ciebie różne zadania. Zainteresowany?
- Nie chciałbym być niewdzięczny, ale dwie stówy nie wystarczą. On chce trzysta pięćdziesiąt. O ile nie więcej. Pewnie do tej pory dołożył kolejne odsetki.
- Jutro dostaniesz dwieście. A ja zadbam, żeby pan Kraljevic na razie się tym zadowolił. Resztę dostanie później.
- Pan Kraljevic nie wydaje się człowiekiem, z którym można negocjować.
- Mówiłem, że tym ja się zajmę.
- Chcesz, żebym znowu stał na bramce? Przecież nie mam już licencji.
- Wiem, co masz, a czego nie masz, Adnanie Nasimi. I wiem, co możesz, a czego nie możesz. Ale przede wszystkim wiem, co ja sam mogę i czego ja sam potrzebuję. W tej chwili muszę pomóc ci wyplątać się z bardzo kiepskiej sytuacji. Wszystko, o co proszę, to twoja lojalność. Wchodzisz czy nie?
Nie mam pytań, pomyślał.
- Wchodzę.
Twarz Vincenta zupełnie zmieniła wyraz i rozjaśniła się jak u rozradowanej panienki. Gdyby Adnan go nie znał, uznałby, że to schizofrenik.
- Fantastycznie! Wypijmy za to.
Vincent potruchtał w stronę baru i przygotował dwie szklaneczki whisky. Podał jedną Adnanowi.
- Zdrowie.
Adnan pukał do drzwi Mirana. Robił to już od pięciu minut. Wiedział, że Miran jest w środku. Słyszał, jak ktoś się rusza. Uchylił klapkę szczeliny na listy.
- Miran, do cholery. To ja, Adnan. Otwieraj.
Ktoś z drugiej strony przysunął oko do judasza.
- Widzisz przecież, że to ja. Otwieraj.
Drzwi się uchyliły. Zatrzymały na łańcuchu.
- Jesteś sam? - W głosie Mirana słychać było strach.
- Jasne, wpuść mnie.
Drzwi się zamknęły, zabrzęczał łańcuch i Miran otworzył. Adnan wszedł do środka. Gospodarz zatrzasnął drzwi i znów założył łańcuch.
Bardzo czujnie.
W mieszkaniu było zupełnie ciemno. Zaciągnięte żaluzje. I zasłony. Tylko słaba stołowa lampka oświetlała korytarz.
- Kurwa, jak tu capi - skrzywił się Adnan. - Musisz przewietrzyć. Otwórz to pieprzone okno.
- Ocipiałeś? Popatrz, co ze mną zrobili.
- Gówno widzę w tych ciemnościach. A ty mieszkasz na czwartym piętrze.
- Mogą się tu wypuścić z dachu.
- Spuścić. Za dużo telewizji oglądasz. Daj spokój. Otwórz jakieś okno, żeby dało się oddychać. Obiecuję, że Jugole nie przylecą tu helikopterem ani nie wbiją się tu przez szybę.
Miran niechętnie otworzył okno w salonie. Adnan zapalił lampę. Miran zmrużył oczy. Pewnie od tygodni nie widział światła.
- Wyglądasz jak gówno. - Adnan wpatrywał się w Mirana.
Przestawiony nos. Cała twarz pokryta żółtymi siniakami, które właśnie zaczynały znikać. Ciemne wory pod oczami. Zapadnięte policzki. Lewa ręka w gipsie.
- Mało nie kopnąłem w kalendarz. Musisz zobaczyć, jak wyglądają moje plecy. Patrz.
Miran podciągnął koszulkę, odsłaniając potworne sińce na plecach.
- Dlaczego nie odbierasz, jak dzwonię? Od paru tygodni próbuję się z tobą skontaktować.
- Mam tak samo przesrane jak ty i musiałem trochę pomyśleć. Ale są też dobre wieści.
- No gorzej już być nie może. Masz coś przy sobie?
- Już nie biorę tego gówna. Ty też powinieneś przestać. Wyglądasz okropnie. Kiedy ostatnio coś jadłeś?
Miran podszedł bliżej do Adnana. Spojrzał mu uważnie w oczy.
- Przecież przed chwilą wciągnąłeś kreskę. Co ty mi tu pieprzysz. Potrzebuję czegoś. Inaczej oszaleję.
- Potwierdzam. Ale to część tych dobrych wiadomości. Chcesz posłuchać czy wolisz iść na miasto po prochy, żeby Milorad znów przetrzepał ci skórę?
Miran cały się trząsł. Albo z głodu narkotykowego, albo na wspomnienie Milorada.
- No to gadaj.
- Załatwiłem dwie stówy. Jutro spotkamy się z tym Jugolem i przekażemy kasę.
Miran otworzył usta ze zdumienia.
- Nie ma opcji, żebym dobrowolnie poszedł się spotkać z tym psycholem. A jak załatwiłeś kasę?
- Pożyczyłem. Więcej nie musisz wiedzieć. Ale to uratuje twoją przerażoną dupę.
- A reszta szmalu? On nie odpuści, dopóki nie dostanie całości. Całkiem mu odbije. Czy ty w ogóle myślisz?
- To już jest załatwione. Milorad zgodził się na odroczenie. Uspokój się. Jedyne, co musisz zrobić, to pójść tam jutro ze mną.
- Nigdy w życiu. Nie ma mowy.
Głos Mirana przeszedł w falset:
- Muszę coś wziąć. Pomóż mi. Mój diler się wścieka, bo nie zapłaciłem mu za ostatnie razy.
Adnan nagle zdał sobie sprawę, że Miran nie nadaje się nawet do jutrzejszego prostego zadania. Był w rozsypce. Pewnie poszczałby się w gacie, zanim dojechaliby na miejsce.
- Dobra, Miran, spoko. Sam to załatwię. Ale ty musisz się ogarnąć. Idź na odwyk albo coś. Ja mam coś w planach. Wtedy będę cię potrzebował. Rozumiesz? Nie możesz tak siedzieć i gnić w mieszkaniu ciotki. Jesteś pieprzony Miran Kudin. Idź pobiegaj czy coś. Zrób cokolwiek. Ale przestań tu siedzieć i użalać się nad sobą. Już nie musisz się bać Jugoli. Milorad jednak nie będzie czekał w nieskończoność. Potrzebujemy więcej kasy. A ja wiem, jak to załatwić. Tylko że nic nie zrobimy, jeśli będziesz zaćpany.
Miran siedział skulony na sofie. Przyciskał dłonie do twarzy i bujał się w przód i w tył. Jak małe dziecko, które nie potrafi usiedzieć na miejscu.
- Rozumiem. Ogarnę się. Ale to nie takie łatwe. Musisz mi pomóc.
- Zrobię, co będę mógł. Wrócę jutro, kiedy wszystko załatwię. Zjedz coś, wyglądasz jak najgorszy anorektyk. I kup jakieś rzeczy do domu.
Miran wpatrywał się w Adnana tak, jakby ten prosił go o przyniesienie kamienia z Księżyca. Do niczego się nie nadawał. Trzeba było czegoś mocnego, żeby znów przeszedł w tryb walki. Adnan zamierzał jednak spróbować, nie miał zbyt wielu towarzyszy do wyboru.
14
Amanda jechała samochodem do ?kersbergi. To był jej wolny dzień, ale miała ze sobą legitymację policyjną. Zamierzała odwiedzić niejakiego Stena Anderssona. To był trochę strzał na ślepo, ale być może ukradziona mu furgonetka miała coś wspólnego z uprowadzeniem pawiana.
Artykuł o małpie wbił się głęboko w świadomość Amandy. Wyjęła dziennik Sanny i ponownie przeczytała strony, które widziała już tak dużo razy. Może uda się znaleźć coś nowego. Przyjrzała się rysunkowi małpiej głowy. Małpa? Może to przezwisko? A może tylko halucynacje Sanny?
Amanda postanowiła dokładniej zbadać tę dziwaczną kradzież pawiana Julii, uprowadzonej z ogrodu zoologicznego Kolm?rden. Być może powinna wykluczyć to, że kradzież ta miała cokolwiek wspólnego ze śmiercią Sanny, co w sumie wydaje się niemożliwe, biorąc pod uwagę upływ czasu. Ale dlaczego ta niezwykła myśl nie chciała zniknąć?
Amanda zadzwoniła wcześniej do Henrika, kolegi ze szkoły policyjnej, który pracował w Norrköping. Słyszał oczywiście, jak ludzie mówią o pawianie. Wszyscy o tym gadali. I nikt nie mógł zrozumieć, po co ktoś miałby kraść małpę. Coś podobnego zdarzyło się pięć lat wcześniej. Potem w Kolm?rden zainstalowano monitoring. Tym razem można było zobaczyć, że robotę wykonali profesjonaliści. Pięciu zamaskowanych mężczyzn zachowujących się jak wojskowi. Działali szybko, efektywnie i konkretnie.
Użyli furgonetki ukradzionej w Sztokholmie.
Henrik podał Amandzie numer rejestracyjny. Pojechała do pracy i przeczytała zgłoszenie. W noc przed kradzieżą pawiana w ?kersberdze zaginęła furgonetka. Właściciel, Sten Andersson, zauważył to rano, kiedy miał jechać do pracy. Od razu zadzwonił na policję i zgłosił kradzież. Więcej informacji nie było. Dlatego Amanda postanowiła pojechać na miejsce.
Prowadząc, szukała adresu na mapie. Znalezienie czegokolwiek na wsi zawsze było równie trudne. Plątanina żwirowych dróg bez żadnych znaków i domy bez numerów. Jak listonosze mogą się w tym połapać?
W końcu dotarła do celu. Przynajmniej wydawało jej się, że to właściwy dom. Na działce stało kilka starych samochodów. Amanda naliczyła ich sześć. Wydawało się, że hobby Stena to naprawianie rozpadających się wraków. Zaparkowała na wysypanym żwirkiem podjeździe i wysiadła. Kiedy pokonała połowę drogi do domu, drzwi otworzył mężczyzna w późnym średnim wieku. Amanda przedstawiła się i poinformowała, że samochód Stena być może został użyty do poważnego przestępstwa.
- Dlatego chciałabym zapytać, czy widział pan albo słyszał coś, kiedy pojazd został skradziony.
Sten wytarł ręce w swoje upaćkane smarami ogrodniczki.
- Nie, w nocy śpię jak kamień.
- Nie zauważył pan niczego niezwykłego w dniach przed kradzieżą? Może pojawili się tu jacyś ludzie, których wcześniej pan nie widział.
- Nie, nic takiego sobie nie przypominam. A znaleźli samochód?
- Niestety nie. Ale poinformujemy pana, kiedy tylko to nastąpi.
- No szkoda. A tak przy okazji, zawsze może pani spróbować porozmawiać z Agdą z tego żółtego domu.
Sten wskazał zagajnik.
- To wścibska stara baba. Jeśli ona nic nie wie, to daję głowę, że nic się nie wydarzyło.
Amanda spojrzała w stronę żółtego budynku widocznego zza drzew.
- Dzięki, pójdę tam i zapytam.
- Powodzenia. - Sten się uśmiechnął.
Amanda podjechała pod dom i zapukała do drzwi, które natychmiast się otworzyły. Stanęła w nich drobna, siwowłosa kobieta, spojrzała w górę. Agda mogła mieć nie więcej niż sto pięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Trudno to jednak było ocenić, bo stała pochylona, opierając się na lasce.
- Ach, cóż za miła wizyta. Widziałam, że byłaś u Stena Anderssona. W czym mogę pomóc? Ależ z ciebie słodka kobietka.
- Jestem z policji i chciałabym zadać pani kilka pytań, jeśli wolno.
- Policja. Fantastycznie. Nieczęsto ma się takie wizyty. Proszę, proszę wejść.
Agda odsunęła się na bok i wpuściła ją do środka.
Podłoga zaskrzypiała pod butami Amandy.
- To nie potrwa długo. - Wpatrywała się w ciemnozielone tapety w medaliony, odklejające się na krawędziach. - Zastanawiam się tylko, czy w ostatnim tygodniu widziała tu pani coś niezwykłego?
- Ale, ale. Mój kot kiedyś przyniósł wielkiego ptaka. Jezu, mówię. Wszędzie była krew.
- O rany. Ale mnie chodzi o to, że kilka dni temu został skradziony samochód Stena. Chciałabym więc zapytać, czy pani cokolwiek widziała?
- Ach, biedny Sten. Mój mąż pomagał mu budować dom. Ale się męczyli! Ale dom wystawili elegancki. Prawda?
- Tak, wygląda wspaniale. Czy pani mąż też jest w domu?
- Och, nie. Gustav umarł piętnaście lat temu. Zostałam tylko ja. Ale ty jesteś słodka. To skąd przyszłaś?
- Jestem z policji. Zastanawiałam się, czy w ostatnim tygodniu nie widziała tu pani czegoś niezwykłego?
- No tak, biednemu Stenowi ukradli samochód. Czy to nie okropne?
Amanda zaczęła rozumieć, dlaczego Sten się uśmiechnął, gdy wspomniał o Agdzie.
- To prawda, okropne. Czy pani wie, co się z nim stało?
- Nie, nie. Biedny Sten.
Amanda zaczęła przygotowywać się do wyjścia.
- Bardzo dziękuję. Miło było panią poznać, ale nie będę już przeszkadzać.
- Ależ, kochana, wcale mi nie przeszkadzasz. Taka miła wizyta. Nieczęsto mi się zdarza z kimś porozmawiać. Kiedy ostatnio byli tu ludzie, nie zapukali do drzwi. Szwendali się tylko po lesie.
Amanda zatrzymała się z ręką na klamce.
- Kto taki?
- Dwóch facetów. Eleganckich. Rosłych jak mój Gustav.
- Rozmawiała pani z nimi?
- Nie, kiedy wyszłam i spytałam, co robią, jeden powiedział, że zbierają jagody. Ale powiem ci, kochana, że jagód raczej nie zbierali. Ten drugi powiedział coś po rosyjsku. A potem zniknęli.
- Skąd pani wie, że po rosyjsku?
- Mój Gustav kiedyś pracował w Związku Radzieckim. Jeśli potrafię rozpoznać jakiś język, to jest to rosyjski. Mogę być zapominalską babcią, ale wiem, co słyszałam. I to był rosyjski. Eleganccy byli.
- Kiedy to było?
- Niech no pomyślę. Kiedy wróciłam do domu, zjadłam grochówkę i naleśniki. Robię to w każdy czwartek. Tak więc musiał to być czwartek. Zostaniesz na kawę?
- Bardzo dziękuję, ale muszę już iść.
Zanim Amanda wróciła do samochodu, zamieniła jeszcze kilka słów z Agdą. Głównie dlatego, że jej współczuła. Siedzenie całymi dniami w domu na wsi nie może być fajne.
Jadąc do miasta, podsumowała rozmowę. Henrik mówił, że to byli wojskowi, a Agda opowiadała o rosłych Rosjanach. Co mieli ruscy żołnierze do pawiana? Amanda wiedziała, że w rejonie Sztokholmu działa kilka rosyjskich gangów. Niektóre specjalizowały się we włamaniach. Inne w handlu ludźmi. Amanda uczestniczyła kiedyś w nalocie na mieszkanie, w którym było czterech Rosjan. Byli podejrzewani o kilka włamań do mieszkań i trzech zostało aresztowanych. Czwartemu udało się wyskoczyć przez balkon w samych gaciach i ominąć patrol z psem. Opiekunka spuściła swojego owczarka ze smyczy. Krótko potem usłyszała dzikie wycie, a kiedy znalazła psa, miał połamane obie przednie łapy. Nie każdy potrafi pokonać policyjnego psa gołymi rękami. Ci Rosjanie byli specjalnie wyszkolonymi elitarnymi żołnierzami. Wyćwiczonymi tak, by przetrwać wszystko.
Amanda myślała dalej. Jeśli samochód został skradziony w Sztokholmie, sprawca najprawdopodobniej też mieszka na tym obszarze. Albo przynajmniej czasowo przebywa. W takim wypadku chodzi tu o rosyjskich żołnierzy działających w Sztokholmie i z jakiegoś powodu polujących na pawiana.
Po swoim prywatnym dochodzeniu w ?kersberdze Amanda nie czuła się o wiele mądrzejsza. To prawda, znalazła trop prowadzący do kradzieży małpy, ale nie udało jej się wykryć jakiegokolwiek powiązania ze śmiercią Sanny. Teraz pozostawało tylko czekać, aż furgonetka gdzieś się pojawi. Gdzie ją zostawili?
Amanda postanowiła nie informować policji z Norrköping o swoim przesłuchaniu Agdy. Machanie policyjną legitymacją w wolnym czasie nie jest dobrze widziane. Mogłoby ją to kosztować pracę.
Zbliżała się pora lunchu i Amanda wjechała w bardziej zwartą zabudowę. Dziś miała pozwolić sobie na McDonalda. McRoyal i bananowy shake. Czy istnieje coś lepszego?
Wczoraj była na kolacji z Adnanem. Jedli makaron w Sumpan. Zauważyła, że randkowanie nie było jego najmocniejszą stroną. Zestresował się, kiedy zadawała mu pytania, i unikał odpowiedzi w sprawach, które były dla niego niewygodne. Nic nie mówił o swoim przestępczym stylu życia. Może chciał najpierw ją wyczuć? Byłoby to oznaką, że mu zależy. Miała go na haczyku.
Wzdragała się przed pocałunkiem, ale wiedziała, że to konieczne. Zmusiła się do tego, kiedy mieli się rozstać. Zaskoczyło ją ciepło rozlewające się po jej ciele i mięśnie, które skurczyły jej się w podbrzuszu. Przekonała samą siebie, że to dlatego, że od dawna z nikim się nie spotykała. Z niechęcią myślała o kolejnym razie. Wtedy będzie zmuszona zrobić kolejny krok. Musiała go skłonić, żeby się otworzył. Opowiedział o swoim życiu. Swoim dawnym życiu.
15
Magnus znów był w pracy, nadeszła pora na odprawę. Jego ludzie siedzieli wokół stołu konferencyjnego. Wyposażeni w broń, gaz pieprzowy, pałki, kajdanki. Wszyscy chowali te rzeczy w różny sposób, co nie było proste, gdy pracowało się w cywilu. Anette nie była w stanie ukryć kamizelki kuloodpornej. Jej biust sprawiał, że wyglądała w niej jak Dolly Parton. Była jedyną dziewczyną w zespole Magnusa. Gdyby to od niego zależało, miałby samych facetów. Jego zdaniem pracowali znacznie lepiej. Dowództwu jednak się nie podobało, że nigdy nie zatrudniał kobiet. Mówili o równouprawnieniu i tak dalej. Tak więc, aby zamknąć im usta, wybrał Anette. Było przynajmniej na kim zawiesić oko. Niestety wkrótce odkrył, że jest sztywniarą. Wściekła się, kiedy pewnego dnia poklepał ją po tyłku. Przecież to były żarty. Baba zdecydowanie miała problemy z kontaktami społecznymi.
Prawdę mówiąc, Amanda pasowałaby lepiej. Potrafiłaby nawet utrzymać takie standardy jak jego chłopcy. Gdy odbywała u niego staż, błyszczała. On jednak nie chciał zatrudniać kogoś, kto go kręcił. Stwarzało to tylko mnóstwo problemów.
Nie kala się własnego gniazda - to jedno z ulubionych powiedzonek Magnusa. Okazało się prawdziwe. Byłoby strasznie ciężko oglądać ją każdego dnia, wiedząc, że właśnie ruchał ją jakiś Arab.
Od dawna nie rozmawiali. Dlaczego nie zadzwoniła? Magnus nic nie rozumiał. Chciał oczywiście, żeby go to nie obchodziło. Ale ona nieustannie była obecna w jego głowie. Chciał wypytać ją o Araba, ale jednocześnie nie zamierzał zdradzać, że o nim wie. Dostawał szału od własnych emocji. W jednej sekundzie za nią tęsknił. W następnej poświęcał całą energię na wyobrażanie sobie, jak się jej odwdzięczy za to, co mu zrobiła. To przez nią często był w złym humorze i miał krótki lont. I to przez nią miał trudności ze skoncentrowaniem się na pracy. To przez nią stracił kontrolę z tamtą dziwką w Paradis. To wszystko przez nią.
Następnego dnia właściciel zadzwonił z pretensjami. Sam wielki Vincent Bonnerud skarżył się na Magnusa Blomberga. Narzekał, że dziwka nie będzie mogła pracować przez kilka dni, a może i tygodni. Podobno miała rozległe ślady po duszeniu. A poza tym była w szoku.
Magnus wiedział, że przesadził. Ale ostatnią osobą, która powinna mu to wypominać, był Vincent. Czy on zapomniał, że jest zależny od jego dobrej woli? Jeśli tak, Magnus musi wkrótce mu o tym przypomnieć.
Wszedł do sali konferencyjnej i rzucił na stół "Expressen".
- Dzień dobry. Tu mamy w gazecie dochodzenie Sandéna. I to na pierwszej stronie.
W sali zrobiło się ciszej.
Erik, jeden z tych, którzy najdłużej pracowali w rozbojach, przyciągnął do siebie gazetę.
- O kurde. Jak oni to zdobyli?
- No cóż, najwyraźniej mamy tu w firmie kogoś, komu nie możemy ufać.
Koledzy rozmawiali ze sobą. Przeglądali prasę.
- Opublikowali nawet zdjęcia dziewczyn - powiedział ktoś.
- Tak jest. Mogę też poinformować, że Sandén nie czuje się z tym najlepiej. Rodzice i adwokaci dziewczyn przez cały dzień dzwonili i terroryzowali go. Pytali, jak, do cholery, coś takiego mogło wyciec.
- Od dawna się nad tym zastanawiałam - powiedziała Anette. - Wszystkie nasze dochodzenia leżą na wierzchu. Powinniśmy przyjąć zasadę, że zamykamy je gdzieś, kiedy nas tu nie ma.
Magnus przyznał jej rację.
- Pełna zgoda. Nie tylko my mamy też dostęp do pomieszczeń. Wszędzie przecież biegają sprzątacze. Ta nowa sprzątaczka jest okropna - stwierdził ktoś. - Łazi tylko i rozpyla odświeżacz. Ledwo tu można oddychać.
Wszyscy kiwali głową, potwierdzając jego słowa, a dyskusja przeniosła się na kobietę, która wszędzie latała ze ścierą, kiedy ludzie byli zajęci pracą. I na techników, którzy przychodzili i odchodzili. Ciężar winy stopniowo przechodził na nich. Łatwiej było winić kogoś z zewnątrz niż swoich.
Magnus skierował rozmowę z powrotem na właściwy temat. Omówili to, jakie rozboje zdarzyły się od ostatniej odprawy. Jaki obszar był najbardziej narażony? Który gang tam działał? Wszystkim przydzielono zadania. Jedni mieli przeprowadzić przeszukania w domach. Ktoś miał przesłuchać siedzącego w areszcie podejrzanego. Inni mieli pomóc ludziom od narkotyków w obserwacji jakiegoś mieszkania. Wszyscy palili się, by ruszyć do akcji. Jak głodne wilki.
16
Hajir był kumplem, który zawsze stawał na wysokości zadania. Propozycja nieszczególnie mu się spodobała. Ale w trudnej sytuacji prawdziwy kumpel nie zawodzi.
Adnan znów jechał hyundaiem Hosseina. Obok niego siedział Hajir. Na kolanach trzymał dużą czarną torbę treningową. Wypełnioną szmalem.
Wcześniej wpadli do Paradis. Vincent miał wszystko przygotowane. Po prostu wrzucił kasę do torby i powiedział, gdzie mają się spotkać z panem Kraljevicem. Obiecał, że Jugol wywiąże się z umowy. Dwie stówy teraz. Reszta później. Nikomu nie stanie się nic złego.
Jechali na zachód. Przez most Traneberg, dalej do Ulvsundavägen. Głośny ryk silnika sprawił, że Adnan podskoczył na siedzeniu. Hajir uśmiechnął się drwiąco.
- Wyluzuj, kurwa. Jesteś cały w nerwach. Mamy tylko przekazać kasę i odjechać. Wszystko będzie dobrze.
Adnan zdał sobie sprawę, że huk pochodził od samolotu podchodzącego do lądowania na lotnisku Bromma. Prawie otarł się o dach auta. Strasznie to dziwne, że lotnisko jest w środku miasta. Przeraża ludzi.
Hajir miał rację. Wszystko będzie dobrze. Dobrowolne spotkanie z Jugolami wywoływało jednak u niego bardzo nieprzyjemne emocje. Pewnie tak czuje się samobójca z bombą tuż przed eksplozją.
Adnan wypatrywał w lusterku wstecznym potencjalnych gliniarzy w cywilu. Występowanie na liście Novej miało swoje złe strony, kiedy załatwia się ważne sprawy. Kiepsko by było, gdyby zostali w tej chwili zatrzymani. Pewnie skończyłoby się na poważnym naruszeniu przepisów ruchu drogowego. Gliny na pewno zabrałyby jednak też kasę. A do tego oczko w głowie Hosseina.
Ruch był intensywny, tej pory dnia w Sztokholmie należało unikać. Wszyscy uczciwi Szwedzi wracali z pracy do domu. Tamowali ruch. Adnan nie mógł pojąć, jak ludzie wytrzymują swoją pracę od ósmej do siedemnastej. I do tego dojeżdżanie do roboty godzinę w jedną stronę. Co najmniej.
- Która godzina? - spytał.
- Za pięć.
- Kurwa mać!
- Spoko. Zdążymy.
Adnan wcale nie uważał, że jest spoko. Nie chciał dać Miloradowi okazji, żeby się zdenerwował.
- A jeśli jest tam Fatos?
Fatos - goryl, który uwielbiał kopać ludzi swoimi buciorami. Goryl mający dziecko z panną Hajira.
- Będzie tam - potwierdził Hajir. - Zawsze stoi przy boku pana Kraljevica.
- Kurde, i co będzie?
- A jakie to ma znaczenie? Tu chodzi o biznes. To drugie to prywatna sprawa. Isabella jest teraz ze mną i ten drań musi to po prostu zaakceptować.
Hajir wyglądał na przekonanego o swojej racji.
Adnan odpuścił temat. Jechali do celu. Nie mogli przerwać tego zadania tylko dlatego, że uczucia Goryla zostały urażone.
Przekazanie miało nastąpić w Husby. W zagajniku przy boisku do nogi. Vincent dał wyraźne dyrektywy.
- Macie zaparkować przy drodze. Potem przejdziecie przez boisko do zagajnika. Jest tam ścieżka prowadząca przez wzniesienie. Po drugiej stronie spotkacie się z panem Krajlevicem. Nie spóźnijcie się tylko.
Adnan wiedział, gdzie to jest. Nieraz grał tam w piłkę i popalał po kryjomu fajki w lesie pocałunków, jak go nazywali.
Zaparkowali tam, gdzie kazał im Vincent. Adnan spojrzał na zegarek. Dwie po. Kurde. Przeszli przez boisko. Hajir z torbą w zaciśniętej ręce. Adnan gratulował sam sobie, że pozwolił Miranowi zostać w domu. Pewnie do tej pory zaplątałby się w pas bezpieczeństwa. Obsikałby całe siedzenie. Jęczałby o strzykawkę. Nie, Miran to problem do rozwiązania później.
- Widzisz ich? - Adnan starał się brzmieć spokojnie.
- Nie, ale są tu.
Hajir nie widział powodu, by zwalniać.
- Skąd wiesz?
- Są tutaj.
Szli dalej szybkim krokiem. Przez zagajnik. Po wydeptanej ścieżce otoczonej brzozami, sosnami, krzakami. Na wzniesienie. Adnan rozejrzał się dookoła. Szukał Jugoli. Dziś nie tylko dlatego, że był ostrożny. Dziś oni naprawdę mieli się pojawić. Ale on nikogo nie widział. Nic nie słyszał. Nie licząc ćwierkania ptaków i stłumionego mruczenia odległych samochodów. Nabierał coraz większego przekonania, że Jugole w ogóle się jeszcze się nie pojawili. Że on i Hajir przyszli pierwsi i musieli teraz poczekać. Jeszcze bardziej się zdenerwować. Przynajmniej Adnan. Hajir wydawał się całkowicie spokojny, całkowicie skupiony na zadaniu.
I wtedy, jakby znikąd, pojawili się. Milorad Kraljevic stał zaledwie kilka metrów od nich. Obok niego Goryl. Po obu flankach zmaterializowało się jeszcze dwóch olbrzymów. Adnan nigdy wcześniej ich nie widział. Byli gigantyczni. A przecież Adnan sam nie był ułomkiem. Gdzie Milorad wynajdował tych wszystkich napakowanych Jugoli o kamiennych obliczach? Spełnienie jego wymagań musiało być niełatwe.
Mięśniaki miały przy sobie broń. Wyraźnie ją pokazywały. Trzymały ręce na kolbach. Czy Vincent nie powiedział wyraźnie, że nie można zabierać broni? Czy to dotyczyło tylko jego i Hajira? Co to za popieprzone zasady? Czy Vincent ich wystawił? Czy może pan K. wystawił Vincenta? Tak czy inaczej, sytuacja przybrała zły obrót.
Adnan przyjrzał się Miloradowi i Gorylowi. Obaj potężni i napakowani. Milorad był mniej więcej wzrostu Adnana. Goryl nieco niższy. Dla równowagi miał jednak dwa razy większe bicepsy. Koleś na pewno łykał sterydy. Wyciskał żelazo co najmniej dwa razy dziennie. Kiedy zauważył Hajira, poruszył nozdrzami. Wyglądał jak dziki byk czekający na sposobność do ataku. Mimo talentu do tajskiego boksu Adnan zdecydowanie nie chciałby być zmuszonym do walki z Gorylem. Postanowił, co zrobi, jeśli coś pójdzie nie tak - ucieknie. Jedyny problem to broń Jugoli. Byli z Hajirem w bardzo niekorzystnej sytuacji.
Milorad przerwał ciszę.
- Dzień dobry, Adnan, masz towarzystwo, jak widzę.
- Ty też.
Głuchy chichot.
- Może jednak nie powinieneś pyskować.
- Zakładałem, że dyrektywy Vincenta dotyczą też ciebie.
- Vincent, ten mały szczurek. Myślisz, że mną rządzi? Prowadzę z nim pewne interesy, bo mam na to ochotę. Rucham go w dupę, kiedy mam na to ochotę. Rucham jego matkę, kiedy mam na to ochotę. To, że dzisiaj tu jestem, nie oznacza, że cokolwiek się zmieniło. Jesteś mi winien kurewsko dużo szmalu. Masz szczęście, że jeszcze żyjesz.
- Mam przy sobie dwieście, tak jak uzgodniliśmy. - Adnan z zaskoczeniem zauważył, jak spokojnie brzmi jego głos.
- Ty i ja niczego nie uzgadnialiśmy. To ja ustalam warunki. Ale możesz dziś podziękować swojej szczęśliwej gwieździe. Na razie dwieście wystarczy. Potem negocjacji już nie będzie.
O co chodziło Miloradowi? Czy próbował wywrzeć wrażenie, że to nie Vincent rozdaje karty w tym towarzystwie? Jego potęgi nie można było nawet porównywać z ich. Miał sieć kontaktów, która rozpościerała się na cały wszechświat. A nie byli to byle jacy ludzie. Temu człowiekowi do rozpętania trzeciej wojny światowej wystarczyłoby strzelenie palcami.
Adnan postanowił jednak nic nie mówić. Lepiej pozwolić Jugolowi wierzyć, że tu rządzi.
- To jak, przekażemy dziś tę kasę czy jak?
Miloradowi zaczęło się spieszyć. Adnan kiwnął głową w stronę Hajira, który zrobił krok naprzód.
Goryl znów poruszył nozdrzami.
- Mamy szmal - powiedział Hajir. - Ale nie tutaj.
Adnan rzucił mu szybkie spojrzenie. Spocił się. Co ten kretyn robi? Życie mu niemiłe?
Milorad się zachmurzył.
- Czy to jakiś kiepski żart?
Ludzie z jego obstawy zrobili krok do przodu. Przesuwali palcami po swoich pistoletach.
Hajir spokojnie kontynuował:
- Mamy szmal w bezpiecznym miejscu niedaleko stąd. Kiedy odłożycie swoje gnaty, pójdziemy po niego. A kiedy wrócimy, dostaniecie swoją kasę.
Milorad nie był zadowolony.
- Mam nadzieję, że rozumiecie, z kim macie do czynienia. Zaczynacie łamać umowę. Kasa miała być z wami tu i teraz.
- A zgodnie z umową nikt nie miał mieć broni. Możemy zacząć od twoich karków.
Hajir pozostawał zimny jak góra lodowa. Wskazał głową olbrzymów na flankach.
Milorad wydawał się zastanawiać. Prawdopodobnie nie chciał stracić twarzy. W końcu jednak skinął głową, wydając w ten sposób rozkaz. Mięśniaki wyjęły swoje pistolety i położyły je przed sobą.
- Wy też. - Hajir spojrzał na Milorada i Goryla.
Ochroniarz mruknął coś niezrozumiałego.
A Milorad - czy jego policzki się zaczerwieniły?
Hajir nie ustępował.
- Wiem, że wy też macie broń. Nie ma co się kłócić. Jeśli chcecie kasę, to zrobicie, co mówię.
Milorad powiedział do Goryla coś, co nie brzmiało po szwedzku.
- Odpuśćcie sobie to gadanie po jugolsku. Tu wszyscy muszą rozumieć, co się mówi.
Milorad i jego urażone uczucia.
- Pewnego dnia tego pożałujesz. Nigdy nie zapominam zniewagi.
On i Goryl wyjęli swoje pistolety zza pleców i położyli przed sobą.
- Teraz wszyscy cofnijcie się o pięć metrów.
Nikt się nie ruszył.
- Cofajcie się, do cholery!
Mowa ciała Hajira wzbudzała respekt. Próba sił.
Milorad zrobił pierwszy krok. Pozostali też. Niechętnie.
- Wygląda na to, że zaczynamy się dogadywać - powiedział Hajir i cofnął się wzdłuż ścieżki. - Wrócimy za pięć minut. Broń ma leżeć tam, gdzie leży. Jeśli ruszycie się chociaż o milimetr, możecie zapomnieć o kasie.
Adnan poszedł za nim. Ciągle oglądał się przez ramię, żeby sprawdzić, co robią Jugole. Oni jednak stali bez ruchu.
Adnan odczekał, aż znaleźli się poza zasięgiem słuchu.
- Co ty tu, kurwa, odwalasz? Jeśli chcesz popełnić samobójstwo, to mogłeś powiedzieć wcześniej. Zabrałbym Mirana zamiast ciebie.
- Słuchaj, te dranie chcą tylko pokazać swoją siłę. Nigdy by nie strzelili. Ale nie mogą uważać, że zdołają mnie przestraszyć.
Adnan podejrzewał, że powodem zachowania Hajira były jego prywatne sprawy. Poczuł gniew. Nie miał ochoty poświęcać życia dlatego, że Hajir chciał się postawić Gorylowi.
- A jeśli uważałeś, że nie będą strzelać, to wszystko było zupełnie niepotrzebne. I gdzie, do cholery, są pieniądze?
- W torbie, oczywiście.
Adnan zrozumiał. Hajir oszukał i jego, i Jugoli. Musiał jednak przyznać, że mu zaimponował.
- To co teraz robimy?
- Cofniemy się troszkę. Zostawimy torbę na wzgórku. Wtedy będziemy mieli przewagę, wracając do samochodu.
- Nie pojmuję tylko, dlaczego zgodzili się na wszystko, co im kazałeś. Tak bardzo nie może im zależeć na kasie.
- W dupie mają kasę. Chcą tylko obsikać swój rewir. Ale Vincent musiał mieć potężnego haka na tę świnię. Inaczej nie zgodziliby się na odroczenie i całe to pieprzenie.
Hajir jeszcze bardziej zaimponował Adnanowi. Miał rację. To niewątpliwie dzięki Vincentowi wciąż żyli po wyskoku Hajira. Chyba jednak się nie mylił. Dlaczego ustępować przed Jugolami? Adnan nie mógł powstrzymać się od myślenia, jakiego haka mógł mieć na nich Vincent. Ale w sumie nie zaskoczyło go to. Gość rządził całą branżą rozrywkową. Znał każdego polityka, który ruchał kogokolwiek innego niż własną żonę. Każdego celebrytę, który chciał czegoś więcej niż tylko alkoholu. Każdego drania, który chciał wyjść poza nudne ramy szwedzkiego życia.
Kiedy przeszli przez szczyt wzniesienia, Hajir się zatrzymał.
- Położymy się tutaj i popatrzymy, co robią.
Padł na ziemię i podczołgał się do krzaka. Adnan zrobił to samo. Zauważył zaskoczony, że Jugole wciąż stali tam, gdzie im kazano. Jak drzewa przytrzymywane korzeniami.
Adnan zaczął szeptać.
- Widziałeś już kiedyś Goryla? Nie zrobiłeś na nim dobrego wrażenia.
- Nie, nigdy. Poza tym Isabella przekazała mu już nowinę.
- Jaką nowinę?
- Będziemy mieli dziecko.
- Żartujesz chyba.
- Jasne, że nie żartuję. Goryl wpadł w szał. Zagroził, że wbije jej nóż w brzuch. Ta świnia może zapomnieć, że jeszcze kiedykolwiek spotka się z Sandrą. Mógłby zamordować własne dziecko tylko po to, żeby odegrać się na Isabelli.
Adnan znów nagle poczuł się niepewnie. Zadanie nie polegało już tylko na dostarczeniu pieniędzy. Chodziło tu o dramat miłosnego trójkąta, do którego został wciągnięty.
- Mogłeś powiedzieć wcześniej, zanim wylądowaliśmy w tych krzakach. Teraz mamy przesrane. Absolutnie nie ufam temu draniowi. Spadajmy stąd, dostarczymy kasę kiedy indziej.
- Nie możemy teraz odjechać. Wtedy będą mieli powód, żeby zaatakować. A ty zamierzasz poczołgać się z powrotem do Vincenta i powiedzieć, że nagle narobiłeś w gacie?
Adnan zdał sobie sprawę z konsekwencji. Jedynym wyjściem było kontynuowanie misji.
- Może powinieneś mi pogratulować.
Adnan uniósł brwi.
- Z okazji dziecka - wyjaśnił Hajir.
Być może nie była to pierwsza rzecz, o której Adnan w tej chwili pomyślał, ale jednak.
- Gratulacje, bracie. Może potem o tym pogadamy?
- Jasne. Teraz ruszamy. Gotowy?
- Jazda.
Odczołgali się kawałek i wstali, kiedy byli pewni, że Jugole ich nie widzą.
Weszli na wzniesienie.
Tamci wciąż tkwili w tej samej pozycji.
- Macie kasę - ryknął Hajir i rzucił torbę w dół stoku.
Adnan zaczął biec, rzucił okiem przez ramię. Jugole wciąż tkwili bez ruchu. Wszyscy poza jednym. Gorylem.
Hajir biegł o krok za Adnanem. Stracił nieco czasu na rzucanie torbą. Adnan znów obejrzał się przez ramię. Goryl podniósł swoją broń z ziemi i ruszył za nimi.
Milorad ryczał coś w swoim języku, ale Goryl pokonał już pół drogi po wzniesieniu. Nie docenili jego szybkości. Był jak najlepszy sprinter. Mimo potężnej masy mięśni. Kurwa mać. Adnan przyspieszył. Zbliżał się do boiska. Słyszał za sobą Hajira.
Coś huknęło i świsnęło koło ucha Adnana. Wpadł w panikę. Goryl zaczął strzelać, całkiem stracił kontrolę. Kolejny huk. A potem głuchy dźwięk za Adnanem.
Hajir leżał na brzuchu. Brodę miał wgniecioną w ziemię. Szeroko otwarte oczy.
Adnan słyszał w uszach szum, a gdzieś w tym chaosie Milorad wciąż ryczał.
Goryl zatrzymał się i opuścił broń. Zawrócił i zniknął między drzewami jak duch. Adnan podbiegł do Hajira, który leżał bez ruchu, potrząsał nim, ale reakcji nie było.
Kurtyna.
2
- Sorry, że wymiękłem.
Amanda spojrzała na swojego kolegę Tobbego, który siedział obok niej w radiowozie z głową ciężko opartą o zagłówek i mokrymi policzkami.
- Spoko - odpowiedziała, myśląc jednak jednocześnie o tym, jaką paskudną pracę sobie wybrała.
Właśnie zidentyfikowali martwe niemowlę w szpitalu imienia Astrid Lindgren. Chłopczyka, który żył tylko cztery miesiące. Jego rodzice zostali zatrzymani z podejrzeniem dzieciobójstwa. Kontrowersyjne zjawisko: zespół dziecka potrząsanego.
Tobbe sam miał rocznego dzieciaka, Amanda zrozumiała więc, dlaczego wyszedł z sali. Widok misia obok ciałka - to było dla niego za wiele.
- Następnym razem to ja pęknę. - Uśmiechnęła się i włączyła wycieraczki.
Wiedziała jednak, że to nigdy się nie zdarzy. Że się nie złamie. Powiedziała to tylko po to, żeby go pocieszyć. Nie chciała, żeby czuł się głupio. Policjant z bronią i pałką, który wycierał łzy. Ale tak było dobrze. Ona sama dałaby wiele, żeby umieć płakać. Nie robiła tego od wielu lat. Od śmierci jej siostry.
W radiu było wyjątkowo cicho. Jeździli więc w kółko i obserwowali tereny przemysłowe. Camping Solvalla. Ciemne domki jednorodzinne w Äppelviken. Zatrzymali parę samochodów i przeprowadzili kontrolę trzeźwości. Rozmawiali o tym, co jeszcze czeka ich tej nocy.
Najwięcej do zaoferowania miała zachodnia część miasta. Kista: tygiel kulturowy i galeria kleptomanów. Hässelby: królestwo patusów. Vällingby: punkt zborny alkoholików. Bromma: siedziba Hells Angels i czasami alarmy przeciwlotnicze. Sundbyberg: domena gówniarzy chlejących w weekendy i podbijających sobie oczy. Tutaj próbowali również swoich sił szukający swojej tożsamości chłopcy, rapujący na chodnikach - przyszli hiphopowcy, młodociani bandyci napadający na transporty pieniędzy. Alvik: pryszczaci synalkowie bogaczy, którzy sprawiali wrażenie, jakby znali tylko jedno zdanie: "Mój ojciec jest adwokatem". Nockeby: parada psycholi. A po drugiej stronie mostu Nockeby przepiękny Drottningholm: zamek królewskiej rodziny ze stukniętymi stalkerami. Ekerö: napalone suki. Solna: kibole. Rinkeby/Tensta/ Hjulsta/Akalla: tu można znaleźć wszystkich, nie licząc "Mój ojciec jest adwokatem". Tony narkotyków: brązowych, zielonych, białych. Nic tylko przebierać. Doliniarze, poważniejsi rabusie, rabusie rabujący się nawzajem.
Coś trzasnęło w radiu i odezwał się głos operatora.
- Trzy zero do obszaru trzy. Trzy trzy trzy jeden dwa zero. Zgłoś się.
Tobbe wziął mikrofon do ręki.
- Tu Solna. Odbiór.
- Jedźcie na Maltesholmsvägen pod numer siedemdziesiąty trzeci w Hässelby, mamy tam zgwałconą kobietę. Czwarte piętro, na drzwiach "Didriksson". Odbiór.
- Zrozumiano. Odbiór.
- Kod do domofonu trzy pięć osiem osiem. Z tego, co wiemy, ofiarę zgwałcono w innym miejscu niż jej mieszkanie, a dzwoniła do nas przyjaciółka poszkodowanej.
- Tak jest, zrozumiano, jedziemy. Bez odbioru.
- Bez odbioru.
Amanda włączyła koguta i mocno się wysilała, żeby powstrzymać drżenie rąk. Zgwałcenie. Wspomnienia o jej siostrze uderzyły w nią jak potężna fala.
- Wstukaj adres, okej? - poprosił Tobbe.
- Jasne.
Amanda starała się brzmieć normalnie, kiedy po drodze rozmawiali o tym zdarzeniu. Chyba jej się to udało, bo Tobbe raczej niczego nie zauważył.
Zaparkowała przed bramą wieżowca, wysiadła z samochodu, jednocześnie w jej kieszeni zabrzęczał telefon. Wyjęła go i spojrzała na wyświetlacz.
Wiadomość od Adnana, z którym ostatnio flirtowała.
Ogarnęło ją uczucie triumfu. Czuła, że się odezwie. Pytanie tylko kiedy. Dwa dni to krócej, niż się spodziewała. Niepisana zasada mówi chyba, że powinien odczekać trzy.
Przeczytała. "Siema chcę się z tobom spotkać". "Tobom", na końcu "om".
Ten błąd ją zdenerwował. Nic o uściskach, całusach ani tym, że ostatnio było fajnie. Nawet uśmieszku. Może był nieśmiały? Albo w ogóle niezainteresowany?
- Na co się tak gapisz? - spytał Tobbe i przytrzymał jej bramę.
- To tylko esemes.
- No opowiadaj.
- Może kogoś poznałam.
- Tak? Kto to taki? Ktoś z posterunku?
Amanda schowała telefon do kieszeni i weszła do windy. Nacisnęła czwarte piętro.
- Nic z tego. Nie można się wiązać z policjantem.
- Tak myślałem. - Tobbe poklepał ją po plecach. - Mów dalej.
- W sumie sama niewiele wiem - skłamała Amanda. - Tylko trochę rozmawialiśmy. Wydawał się fajny.
Tak naprawdę wiedziała o Adnanie Nasimim wszystko. Był rasowym przestępcą z listy Novej. Niedawno skończył odsiadywać karę za przestępstwo narkotykowe. I kiedyś spotykał się z jej siostrą. O tym jednak nie mogła Tobbemu nic powiedzieć. Relacja, którą właśnie miała rozpocząć z Adnanem, stanowiła spore ryzyko. Ale musiała to zrobić - dla siostry.
- A gdzie się poznaliście? - spytał Tobbe.
Na to pytanie przynajmniej mogła odpowiedzieć zupełnie szczerze.
- Przy mrożonkach w sklepie Konsum. Wyglądał fantastycznie. Podeszłam więc do niego i zagadałam o kurczaki.
Tobbe potrząsnął głową.
- Czasami jesteś zupełnie stuknięta.
- A co miałam zrobić? Był strasznie przystojny.
- To co, spotkacie się znowu?
- Tak, jeśli dobrze interpretuję jego wiadomość. Dlaczego wy, faceci, nie potraficie mówić wprost?
- A co napisał?
- "Siema chcę się z tobą spotkać". Tak się pisze?
- Tak jest, chce się z tobą spotkać.
- Ale przecież nic by mu się nie stało, gdyby wypowiedział się trochę obszerniej. Wcale nie jest fajnie dostawać takie wiadomości.
- Daj spokój z analizowaniem. On chce się spotkać. I tyle.
- Myślisz, że chce iść ze mną do łóżka?
- Jasne, że chce.
Wyszli z windy, znaleźli właściwe drzwi i zadzwonili.
W mieszkaniu było gorąco i duszno, śmierdziało moczem z kociej kuwety stojącej w łazience. W salonie pod jedną ścianą stała wymiętolona, obita materiałem sofa, a na stoliku leżały pety, które wypadły z głębokiego talerza pełniącego funkcję popielniczki. W fotelu siedziała skulona Stella Didriksson. Tusz do rzęs zostawił czarne smugi na jej bladych policzkach, a ciemne włosy zwisały w strąkach.
- Zadzwoniła do mnie i powiedziała, że została zgwałcona.
Koleżanka Stelli zaczęła opowiadać, zanim jeszcze policjanci zdążyli się przedstawić.
- Potem nie chciała już nic więcej mówić, chyba jest śmiertelnie przerażona, nigdy tak się nie zachowuje.
Amanda ukucnęła obok Stelli.
- Rozumiem, przez co przeszłaś i że trudno ci o tym mówić, ale przy nas nie musisz czuć się głupio. Widzieliśmy wiele dziewczyn, które niestety spotkały takie rzeczy.
Amanda rozchyliła nieco kurtkę, pot ściekał jej po ciele pod kamizelką kuloodporną.
- Opowiesz, co się stało?
Stella potrząsnęła głową.
- No to zadam ci pytanie, a ty odpowiesz "tak" albo "nie". Czy zostałaś tego wieczoru zgwałcona?
Stella wydawała się wahać, a potem wymamrotała:
- Tak.
- W takim razie muszę zapytać, dlaczego nie chcesz o tym mówić.
- Po prostu nie chcę.
- Czy czujesz się niezręcznie, bo mój kolega słucha? - Amanda wskazała głową na Tobbego.
- Nie, to nie ma znaczenia. W ogóle nie chciałam, żebyście tu przychodzili. To Emma zadzwoniła, bardzo żałuję, że jej o tym powiedziałam.
Stella pociągnęła nosem i ukryła twarz w dłoniach.
Amanda odczekała chwilę i pozwoliła dziewczynie się uspokoić.
- Gdzie to się stało? Na zewnątrz czy w środku?
- W środku.
- Znasz człowieka, który to zrobił?
Stelli drżał podbródek.
- Wiem, kto to jest.
- Kto?
Stella podniosła głos.
- Nic nie rozumiecie, gówno wam mogę powiedzieć. Wtedy czeka mnie piekło. Nie mogę.
- Co to znaczy, że czeka cię piekło?
- Nic już więcej nie powiem. Idźcie sobie.
Amanda spojrzała na Tobbego stojącego w drzwiach.
Potrząsnął głową, dając jej do zrozumienia, że nie warto już więcej próbować.
- Stella - powiedziała Amanda, kładąc dłoń na jej ramieniu. - Dziś nie musimy już więcej rozmawiać, ale mam nadzieję, że postanowisz nam jednak powiedzieć, kim jest ten człowiek. Bo mam wrażenie, że ci groził. W takim wypadku jest szczególnie istotne, żebyśmy wiedzieli, kto to, bo pewnie nie jesteś jedyną, której to zrobił.
Amanda wstała i rozprostowała nogi.
- Chcemy jednak, żebyś pojechała z nami do szpitala na badania. To bardzo ważne, żebyśmy to zrobili teraz, bo mamy największą szansę na znalezienie jakichś śladów.
Stella skuliła się w fotelu.
- Już wzięłam prysznic.
- Szkoda, ale wciąż mogą być jakieś ślady i ewentualne urazy. Oni robią teraz fantastyczną robotę i nie masz się czym niepokoić.
- Nie, nie chcę.
- A jeśli potem zmienisz zdanie? - spróbowała Amanda. - Wtedy nie będziemy mieli żadnych twardych dowodów.
- Nie zmienię zdania.
- Dlaczego? Czego się tak strasznie boisz?
- Po prostu nie chcę. Wiem, jak to działa, to i tak do niczego nie doprowadzi. Będę tylko jeszcze bardziej cierpieć. Nikt mi nie uwierzy, bo niby dlaczego.
Amanda rozumiała, o czym mówi Stella. Słowo mężczyzny przeciwko słowu kobiety. Poza tym Stella była naćpana. Amanda postanowiła odpuścić. Dalsze wysiłki raczej nie skłoniłyby kobiety do mówienia.
Podjęła jeszcze jedną próbę:
- Dobrze wiem, że jest to długi proces, przez który muszą przechodzić wszystkie kobiety zgłaszające gwałt, i że nie zawsze daje się cokolwiek udowodnić. Gwałty odbywają się przecież prawie zawsze bez świadków. Dlatego jest szczególnie ważne, żeby jak najszybciej się dowiedzieć, o kogo chodzi, bo on może mieć na sobie ślady pochodzące od ciebie. Im więcej czasu upłynie, tym trudniej będzie go skazać. Poza tym może to sprawić, że przestępca tego już więcej nie zrobi.
- On to zrobi - powiedziała Stella po chwili milczenia. - Już to robił wcześniej. Jak ktoś jest głupi i zgadza się na wszystko, to czasami kończy się to źle. Ale ja przeżyję. Zawsze daję radę.
Kiedy policjanci opuścili Stellę Didriksson i jej koleżankę i wrócili do radiowozu, była piąta rano.
Chociaż Amanda rozumiała Stellę i inne kobiety, które nie miały siły przejść przez ten proces niekończących się przesłuchań i badań odbywających się po zgłoszeniu gwałtu, jednocześnie pogardzała nimi. Przez ich słabość inne kobiety były narażone na to samo. Takie jak jej siostra.
No właśnie. Amanda wyjęła telefon i wstukała odpowiedź dla Adnana.
"Też chcę się spotkać. Kiedy się zobaczymy?"
Wysłała tekst i jednocześnie zauważyła wcześniejszą wiadomość od Magnusa. Czy jemu też odpowiedzieć? Schowała komórkę do kieszeni, wyłączyła alarm w samochodzie i usiadła za kierownicą. Nie, jego trzeba jeszcze trochę pogrillować.
Tak właśnie będzie postępować i z Adnanem, i z Magnusem. Aby się dowiedzieć, dlaczego jej siostra umarła.
Teraz miała ich obu w zasięgu ręki.
3
Po południu Magnus Blomberg wyszedł z pracy wcześniej niż zwykle. Była dopiero czwarta, kiedy zamknął służbową broń w magazynie na posterunku. Ten dzień był jednak szczególny. Magnus miał odebrać swój nowy samochód. Świeżutkie audi A6. Ciemnoniebieskie.
Facet w salonie uścisnął mu dłoń i rozmawiał z nim tak, jakby znali się przez całe życie. Magnus wszedł w rolę. Tak naprawdę nie lubił nachalnych sprzedawców. Ale dziś był w znakomitym humorze. Pełen wiary w siebie po flircie z dziewczyną pracującą w restauracji, w której zjadł lunch. Myślał o niej przez całe popołudnie. O jej cudownych krągłościach i spojrzeniu pełnym zachęty. Zdecydowanie musi znów wkrótce tam pójść.
Wszystko w samochodzie pachniało nowością i błyszczało. Magnus uruchomił silnik i odjechał. Kiwnął głową sprzedawcy, który podniósł oba kciuki. Pojechał w kierunku Frösundaleden. Chwilę szukał na panelu klimatyzacji i w końcu ją włączył. Stanął na czerwonym świetle koło brązowego opla. Za kierownicą kobieta około czterdziestki. W jego wieku. Ale, kurwa, jak okropnie wyglądała. Jasne, on też miał trochę zmarszczek wokół oczu, ale to przecież tylko sprawia, że mężczyzna staje się bardziej seksowny, prawda? A on wciąż miał wszystkie włosy. Nie miał trudności z podrywaniem dziewczyn. Kiedy pojawiło się zielone światło, wcisnął gaz do dechy. Zostawił w tyle opla i smutną czterdziestkę. Położył prawe ramię na zagłówku pasażera i odchylił się do tyłu. Sunął do domu w kierunku Ekerö. Ta dzielnica stała się prawdziwym "cop landem". Co druga nieruchomość była własnością urzędnika państwowego o średnim dochodzie. Magnus i Pia kupili swój dom marzeń pięć lat temu. Pia była zachwycona, on też. Idealnie im pasował. Cisza i spokój. W pobliżu żadnych sąsiadów mówiących paskudnymi językami. Żadnych hałaśliwych dzieciaków imprezujących bez ustanku. Brak ruchu kołowego i spalin. Okolica z dala od wszystkiego, na końcu ślepej uliczki.
Magnus wjechał przez czarną kutą bramę otaczającą barwny ogród. Były tam jabłonie, śliwy, agrest, rabarbar, grządki z różami i wszelkiego rodzaju kwiatami, których nazw nawet nie znał. Pia uwielbiała grzebać w ogródku. Wolała samotne spędzanie tam czasu od spotkań z przyjaciółkami.
Magnus otworzył drzwi i wszedł do środka. Cicho zamknął je za sobą. Znów otworzył i wyszedł. Zawsze robił rzeczy dwa razy - bo inaczej mogło zdarzyć się coś okropnego. Ponownie wszedł do domu i zamknął drzwi. Tak lepiej. Spróbował wywąchać, co będzie na obiad, ale niczego nie rozpoznał. Usłyszał natomiast chichot z salonu. Zdjął buty i wszedł dalej. Słuchał. Pia musi mieć gościa. To nietypowe.
Dlaczego nic nie powiedziała? To na pewno jej głupia siostra. Magnus wszedł do salonu i potwierdził swoje podejrzenia. Annelie siedziała skulona w jego ulubionym fotelu, modelu Egg, zaprojektowanym przez Arnego Jacobsena.
Elegancki, obciągnięty miękką czarną skórą. Do tego pasujący podnóżek, na którym zwykle opierał stopy, gdy w telewizji leciał jakiś dobry mecz. Oczywiście z lodowatym guinnessem w ręce. Teraz leżała na nim czerwona torebka.
Pia przestała się śmiać, kiedy go zobaczyła.
- Cześć, wpadła do nas Annelie.
Siedząc tak na sofie, wyglądała jak przerażony szczeniak. Przeszła do defensywy, kiedy zdała sobie sprawę, że popełniła błąd. Odchrząknęła.
Magnus przywołał na twarz swój najbardziej czarujący uśmiech.
- No cześć, dziewczyny. Jak miło, że wpadłaś. Dawno cię nie było.
Annelie obróciła się w fotelu.
- No, trochę minęło. Zatęskniłam za moją małą siostrzyczką, pomyślałam więc, że czas was odwiedzić. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza?
Zawsze tak samo ostra. Magnus rozciągnął wargi w uśmiechu.
- W żadnym razie. Za rzadko tu przychodzisz.
Podszedł do Pii i pocałował ją w usta.
- Cześć, kochanie.
- Jadłyśmy jabłecznik, w kuchni jest więcej, jeśli masz ochotę.
- Nie, dziękuję. Już i tak za dużo zjadłem w pracy.
- Było stresująco? - zapytała Annelie.
- Tak, mnóstwo się dzieje. Dziś zatrzymaliśmy cztery osoby z powodu dwóch różnych włamań. Przy tym zawsze jest sporo roboty. A to przecież ja pociągam za każdy sznurek i pilnuję, żeby wszystko odbywało się, jak trzeba. Ale idzie świetnie. Jutro zgarniemy kolejną dwójkę.
Zawsze się podniecał, gdy opowiadał o pracy. Wiedział, że jest najlepszy - prawdziwy dar boży dla policji. Nikt nie był w stanie go pokonać, gdy chodziło o aresztowanie bandziorów. W każdym młodzieżowym gangu miał informatorów. Mogli do niego dzwonić o jakiejkolwiek porze dnia i nocy. To nie miało znaczenia. Telefon był zawsze włączony. Nigdy nie przegapił rozmowy. Chwalił kapujące dzieciaki. Łechtał ich ego. Sprawiał, że czuli się wyjątkowi, mieli wrażenie, że uczestniczą w poważnych dochodzeniach. Zdobywali od Magnusa uznanie, którego brakowało im w domu. A on świetnie znał się na ludziach. Dobrze wiedział, jakie guziki naciskać.
- Ciekawe - powiedziała Annelie.
Niech ją diabli wezmą. Zachowuje się, odkąd pamięta, jak baba w klimakterium. Magnus nie mógł pojąć, jak ona może być siostrą Pii. Takiej wysokiej i jasnowłosej. Pięknej jak żadna inna. Robiącej to, czego od niej wymagał. Zawsze przyznającej mu rację. Posłusznej.
A Annelie to jej całkowite przeciwieństwo. Pewnie zazdrościła siostrze i ze wszystkich sił starała się jej dorównać. Pia po spotkaniach z nią zawsze była trochę trudniejsza do sterowania. Spierała się z nim i protestowała. Czasami musiało minąć kilka dni, zanim sytuacja wróciła do normy.
- Nie, pozwolę wam dalej plotkować. Na razie wezmę prysznic. - Spojrzał na Pię. - Potem będziemy mogli coś zjeść.
Zwrócił się do Annelie:
- Mam nadzieję, że wkrótce znowu się zobaczymy.
Wyszedł z pokoju i przeskakując po dwa stopnie pomalowanych na biało schodów, poszedł na piętro.
W łazience rozebrał się, złożył porządnie ubranie i umieścił je w koszu na pranie. Stanął przed lustrem i przyglądał się swojej sylwetce. Jego wzrok przyciągnął brzuch. Wciągnął go i wstrzymał oddech. Wypuścił powietrze. Brzuch przybrał znów swój przypominający balon kształt. Magnus odwrócił się o ćwierć obrotu z nadzieją, że to zrobi jakąś różnicę. Ponownie wciągnął powietrze w płuca i wstrzymał na chwilę oddech. Wypuścił powietrze. Stwierdził, że efekt jest taki sam. Składając sam sobie niekonkretną obietnicę częstszego odwiedzania siłowni, wszedł pod prysznic i zamknął drzwi. Otworzył je i wyszedł. Zamknął. Znów otworzył i wszedł do kabiny.
Gorąca woda oblewała jego głowę i twarz. Stał tak przez dłuższą chwilę, próbując się odprężyć. Jego ciało było jednak spięte. Kark, mięśnie szczęki, barki. Irytujące myśli nie chciały zostawić go w spokoju.
Najwięcej energii odebrał mu esemes, który wysłał wcześniej tego dnia do Amandy. A raczej chodziło o to, dlaczego nie odpowiedziała. Miała na to cały dzień. To prawda, pracowała w nocy i na pewno odsypiała. Ale to było do niej niepodobne. Zawsze odpowiadała jakąś wesołą wiadomością. Zawsze pisała, kiedy kładła się spać lub wstawała. Powinna była do tej pory odpowiedzieć. Zbliżała się już szósta. A ona zazwyczaj spała najpóźniej do trzeciej. Magnusa irytowało to, że w ogóle go to obchodzi. Zaczął się też jednak trochę złościć. Co to za zachowanie, do cholery? Czy ona sobie wyobraża, że może go traktować w taki sposób?
Wycisnął na dłoń nieco peelingu Pii i mocno wtarł w ciało. Para zapachniała brzoskwiniami.
Tak naprawdę Magnus doskonale wiedział, dlaczego jego irytacja nie mija. Kiedy o tym myślał, coś łaskotało go w brzuchu. Wspomnienia z wczesnego ranka nie chciały zniknąć. Wysłał do Amandy wiadomość, kiedy zobaczył ją w sali konferencyjnej w pracy. Siedziała i pisała coś. Wyglądała na zmęczoną. Jej pedalski kolega przyniósł Amandzie kubek kawy. Usiadł blisko niej i pochylił się w jej stronę. Położył rękę na plecach kobiety. Podlizywał się. Amanda wzięła kubek i uśmiechnęła się do niego. Magnus nie był zazdrosny. W żadnym wypadku. Ale ona ciągle opowiadała o tym Tobbem, czy jak on się tam nazywa. Tak miło spędzali ze sobą czas. Pracowali i myśleli w podobny sposób. W wielu rzeczach się zgadzali. Bla, bla, bla. Amanda od roku prawie nie pracowała w terenie. Ile więc zdążyli razem zrobić? A jeśli istnieje ktoś, kto powinien ją wspierać, to był to zdecydowanie on sam. On, który zaopiekował się nią od samego początku. Kiedy przyszła tu jako nieśmiała i niepewna siebie stażystka. Wziął ją pod swoje skrzydła. Dopilnował, żeby ukończyła staż u niego w wydziale rozbojów. Tam, gdzie wszyscy chcieli się znaleźć. Ale szansę na to mieli tylko nieliczni. Starannie przez niego wybrane osoby. Jego profil: głodni nowicjusze pragnący wsadzać łotrów za kratki, którzy jeszcze nie poddali się wpływowi starszych, leniwych kolegów w mundurach. Zaradni, zdecydowani, niepatyczkujący się i uważający, że sprawiedliwość jest ponad prawem. Praca musiała być ich życiem w stu dziesięciu procentach - rodzina miała się zaś zadowolić tym, co pozostało. Jego ludzie zawsze szli do boju pierwsi, decydowali o przebiegu akcji i przecierali drogę innym. Ci, którzy spełniali te wymogi, mogli się stać jego czeladnikami.
Pamiętał, kiedy pierwszy raz zobaczył Amandę. Było włamanie do sklepu z grami w Tensta i sprawca spryskał twarz właściciela czerwonym gazem pieprzowym. Dla Magnusa i jego zespołu było to rutynowe zadanie. Już wtedy, kiedy w radiu pojawiły się rysopisy, wiedział, których trzech gości prawdopodobnie odpowiadało za ten skok. Po jednej rozmowie telefonicznej jego informatorzy potwierdzili, że był na właściwym tropie. Teraz pozostawało tylko chronić źródło informacji. To zawsze było najtrudniejsze. Najczęściej oznaczało, że musiał okłamywać kolegów, a nawet samego komendanta.
Metoda Magnusa polegała na tym, że wysyłał swoich własnych ludzi, by obserwowali domy sprawców - oczywiście nie mówiąc nic kierownikowi akcji. Można było mieć nadzieję, że przestępcy się pojawią, a ludzie Magnusa zgarną ich wyłącznie na podstawie informacji podanych w zgłoszeniu, przeszukają i znajdą fanty. Prosta robota. Jeśli podejrzani zmienili ubrania, był to sprytny ruch, ale żadna przeszkoda dla Magnusa. Jego ludzie zawsze potrafili znaleźć jakiś inny pretekst do rewizji. Pewną kartą było stwierdzenie objawów odurzenia. Wystarczyło, że koleś się stawiał. Wtedy można było przejrzeć kieszenie - oczywiście w celu znalezienia narkotyków - ale zamiast tego znajdowało się skradzione przedmioty. Ups. Jeśli kolesie schowali fanty, to mieli więcej rozumu niż średnia w tej branży. To też było niewielką przeszkodą dla Magnusa. Prawo można było wykorzystywać na wszelkie możliwe sposoby, trzeba tylko było umieć to zrobić. Zawsze można było znaleźć jakieś podejrzenie, które wystarczyło, by na kilka dni zamknąć drani w śmierdzących celach. A ten czas wystarczał, by nieszczęśnicy zaczęli wątpić w lojalność swoich kolegów, fantazjowali o dowodach, które posiada policja, nabawili się lęku przed zamknięciem, poczuli panikę, strach. Na koniec można było czytać w umysłach sprawców jak w otwartej księdze. Sypali, podając nawet najdrobniejsze szczegóły - i jeszcze więcej.
W tym przypadku Magnus spotkał się z dowódcą akcji, którym tym razem był inspektor Konradsson. Został na chwilę na posterunku, żeby ocenić sytuację. Chciał mieć pewność, że inspektor nie pominie jakichś dowodów. Zwłaszcza że Magnus wiedział, kim byli sprawcy - Konradsson natomiast oczywiście nie miał o tym pojęcia. Był to wielki, hałaśliwy mężczyzna, zdecydowanie nienależący do najbystrzejszych. Był otrzaskany z prowadzeniem większych akcji, zarządzaniem i komenderowaniem, nie miał jednak bladego pojęcia o tym, co się dzieje po zakończeniu akcji. A jeszcze mniej wiedział o tym, czego potrzeba, żeby dowody wystarczyły do uzyskania skazania w sądowej loterii.
Amanda trzymała się w cieniu i Magnus początkowo o niej nie pomyślał. Ciągle pojawiało się tak dużo świeżaków, że trudno było się w tym połapać. Potem podeszła do Konradssona. Co za kontrast! Flip i Flap. Nie żeby ona była drobna, ale inspektor to prawdziwy olbrzym.
Amanda zapytała:
- Czy nie powinniśmy zabrać też właściciela sklepu?
Konradsson uniósł brwi i zawołał:
- A to niby po co?
- Został przecież spryskany. Porównanie próbek mogłoby wtedy udowodnić, kto miał spray.
Trudno było nie zauważyć irytacji inspektora.
- Chcesz powiedzieć, że powinniśmy teraz przeprowadzić badanie techniczne każdej puszki ze sprayem, jaką znajdziemy?
Spojrzał na Magnusa. Szukał poparcia. Ale go nie znalazł.
To było ciekawe. Magnus milczał i słuchał. Amanda upierała się przy swoim. Odważnie. Nie każdego stażystę było na to stać.
Mówiła dalej:
- Przecież podczas dochodzenia zatrzymuje się większość włamywaczy, a przy przeszukaniu domu można znaleźć puszkę. Wtedy łatwo ją powiązać z właścicielem sklepu.
Magnus nie mógł już się powstrzymać.
- Świetny pomysł. Zajebisty. Naprawdę dobry. Prawda, Konradsson?
Inspektor zupełnie zmienił front.
- Owszem, zakładam jednak, że zajmie się tym patrol, który go przesłuchuje.
- Pójdę to sprawdzić - powiedziała Amanda i ruszyła w stronę kolegów zajmujących się sklepikarzem.
Magnus przeprowadził szybką analizę: sprytna dziewczyna. Wybiega myślami w przyszłość. I nie boi się mówić. A poza tym seksowna. Cholernie seksowna.
Poszedł za nią i stuknął ją w ramię.
- Cześć, jestem Magnus.
Wyciągnął do niej rękę.
- Amanda.
- Nie znam cię. - Spojrzał na srebrne korony zdobiące jej barki. - Stażystka, jak widzę?
- Zgadza się. Jestem na stażu.
Wciąż trzymał jej dłoń w swojej.
- Świetna myśl z tym sprayem. Większość młodych robi tylko to, co im każe dowódca. Lubię ludzi, którzy wykazują inicjatywę. Jestem tutaj, w Västerort, szefem wydziału rozbojów.
Przyglądał się jej, szukając oznak jakiejś reakcji, zrozumienia tego, kto ją właśnie próbuje rekrutować.
Reakcji nie było.
- Chciałbym, żebyś podczas stażu popracowała u nas kilka miesięcy.
- No proszę.
Puścił jej dłoń.
- Tak, chcę mieć u siebie dobrych, zaangażowanych ludzi, a moje pierwsze wrażenie jest takie, że pasowałabyś do nas.
- To bardzo miłe. - Amanda wyglądała, jakby przyjmowała przynajmniej część jego pochlebstw. - Ale na stażu została mi tylko kryminalistyka, więc może już nie będzie na to czasu.
- To wtedy zrób kryminalistykę u nas. My też zajmujemy się dochodzeniami, ale fajniejszymi niż drobne kradzieże, znęcanie się nad kobietami i inne drobnostki. Tak więc zaliczysz, co trzeba. Ale zamiast użerać się z małymi przestępstwami, jeśli mogę się tak wyrazić, będziesz mogła tropić włamywaczy. Często pracujemy też w terenie, więc nie przyrośniesz do krzesła.
Zachichotał z własnego dowcipu.
- Brzmi fantastycznie. - Amanda się uśmiechnęła. - Prawdę mówiąc, trochę już mi się nudzi to, że od paru miesięcy siedzę przy biurku. Lubię być w terenie i ruszać się, kiedy coś się dzieje.
- No to obiecuję, że dobrze trafiłaś. U nas dzieje się znacznie więcej niż u dochodzeniowców, którzy już dawno się wypalili. Jeśli chcesz się nauczyć prawdziwej policyjnej roboty, to na pewno powinnaś być u mnie.
Magnus patrzył za nią, kiedy odchodziła do kolegów przesłuchujących spryskanego sprayem sklepikarza. Ładna laska. Bardzo ładna. Była najbardziej seksownym stworzeniem, jakie Magnus kiedykolwiek widział w mundurze. Często miewał takie myśli, kiedy na posterunku pojawiała się świeża krew.
Woda nie była już tak gorąca jak wcześniej. Obrócił nieco regulator i spłukał z ciała resztki peelingu Pii. Chwycił za uchwyt.
Amanda Paller. Pomyśleć, że to jemu się udało. Jemu i nikomu innemu.
Magnus wyszedł spod prysznica i otworzył drzwi łazienki. Węszył przez chwilę. Tak, Pia coś gotowała. Może kurczaka? Na pewno nie będzie gotowy wcześniej niż za kwadrans. Zamknął drzwi i wrócił pod prysznic. Kwadrans dla siebie.
4
- Kurwa, jak fajnie.
Adnan usiadł obok Hajira. Kiedy uderzył pośladkami w wysłużoną drewnianą ławkę, usłyszał mlaśnięcie. Tajskie szorty: kupione w prawdziwym sklepie Lumpini w Bangkoku. Oryginał! Był tak rozkosznie spocony, jak nigdy nie będzie panienka ze Stureplan z kartą siłowni SATS. Zniszczyłoby jej to makijaż, który poprawiła przed wejściem na bieżnię czy inną maszynę. Pompowanie, core, low impact, sztanga, zumba - mogą sobie to nazywać, jak chcą. Zdaniem Adnana to ćwiczenia dla ciot. Tajski boks to zupełnie inna historia. Trening na najwyższym poziomie. Dla ciała i umysłu. Nawet jeśli umysł dostał o kilka ciosów za dużo.
- Zajebiście - potwierdził Hajir. Równie mocno spocony.
Adnan zdjął rękawice i wciągnął w nozdrza dobrze znany zapach skisłego potu. Wypluł ochraniacz zębów pokryty czerwonawą śliną. Czuł w ustach smak żelaza. Górna warga właśnie zaczęła groteskowo puchnąć. Bolała go. Cudowne uczucie. Z niczym nie da się go porównać. Nawet z dobrym seksem. Każdy mięsień w ciele dał z siebie wszystko. Puls szaleje. Cały trening stał pod znakiem wspomnienia spotkania z Miloradem i jego chłopcami: agresywne pragnienie zemsty. Grad ciosów. Kopnięć. Uderzeń kolanem. To jest życie!
Dziś szczególnie mocno pracował nad gardą. Łatwo ją tracił, gdy był zmęczony. Nie miał już takiej kondycji jak kiedyś. Nie był tak samo szybki. Ale technika pozostała. Ćwiczył ją w celi. Nie miał nic innego do roboty. Trenować albo trzepać. Trzepać albo trenować. Mniej więcej w równych proporcjach.
Nadszedł czas na poważną rozmowę z Hajirem. Od kilku dni próbował znaleźć odpowiedni moment. Nie wiedział, ile może mu powiedzieć. Zaryzykował.
- Słuchaj, jestem po uszy w gównie.
- Co się stało?
Przyjaciel od razu zrozumiał powagę sytuacji. Kto siedzi po uszy w gównie, ten ma naprawdę przesrane.
- Szukają mnie Milorad i jego dziwki.
- Tak przypuszczałem. Ile?
- Trzysta pięćdziesiąt.
Suma wydawała się niższa, gdy nie wymieniało się tysięcy.
- Trzysta pięćdziesiąt?
- No, najwyraźniej. Ta świnia dolicza sobie odsetki według własnego uznania.
- Jakiś plan?
- Może i tak.
- Mam nadzieję, że nie obejmuje on mnie.
- Przecież ty nigdy nie wymiękasz? Kasa to kasa.
- Jasne, ale ty stanowisz za duże ryzyko. Jesteś na liście Novej, do cholery. Gliny obserwują cię przez całą dobę. Pewnie stoją teraz przed siłownią i czekają, aż wyjdziesz. Wiedzą, kiedy ostatnio ruchałeś. Wiedzą, co jadłeś na śniadanie.
Adnan się zastanowił. Czy to możliwe? Czy śledzą go przez całą dobę? Wcześniej nie przyszło mu to do głowy. Taka myśl oczywiście raz na jakiś czas się pojawiała, ale tylko dlatego, że była zabawna. Był tak ważny, że stał się priorytetem dla policji. Nagle zauważył negatywne konsekwencje tego faktu. To prawdziwy kłopot. Przestał być atrakcyjny na rynku pracy.
- Kurwa, poważnie tak myślisz?
- Jestem na sto procent pewien. A twoim zdaniem dlaczego Diar i jego kompania siedzą w pierdlu? Połowa była na liście Novej. Nie rozumiem, co im strzeliło do głowy. Paskudna sprawa. Strzelanie do policyjnych helikopterów i cała reszta. A do tego nie zgarnęli żadnego szmalu. Wszystko na próżno.
- Nie mam wyboru. Potrzebuję cię do tego, Hajir.
- A Miran? Chyba jest w takim samym gównie jak ty?
Miran zdecydowanie siedział w łajnie równie głęboko. Dzwonił do niego ze sto razy od tego wieczoru, kiedy gryzł glinę wymieszaną z jugolskimi szczynami. Adnan za każdym razem odrzucał połączenie. Zrozumiał, że Miran też miał odwiedziny. Nie miał siły na rozmowę z histerycznym Arabem. Spędzony w więzieniu czas zrobił z niego rasowego ćpuna. Wcześniej czasami tylko wciągnął kreskę. Tak samo jak Adnan. Ale za kratami coś się z nim stało. Miran nigdy nie powiedział, co to było. Ale teraz miał nerwy jak panienka. Podskakiwał, kiedy tylko ktoś kichnął.
- Miran jest dostępny - powiedział. - Ale wiesz, jaki on jest. Trzeba będzie co najmniej trzech.
Hajir potrząsnął głową.
- Muszę się teraz przyczaić, chłopie.
- Dlaczego?
Hajir wahał się przez sekundę.
- Mam dziewczynę.
Adnan poczuł ulgę. A więc nic strasznego.
- To poważna sprawa. - Przerwał na chwilę. - Jestem zakochany.
Adnanowi opadła szczęka. Zakochany? Hajir? Wpatrywał się w niego w milczeniu. Przyjaciel wytrzymał to spojrzenie. Adnan zrozumiał powagę sytuacji: Hajir naprawdę był zakochany. Teraz, kiedy Adnan o tym wiedział, stało się to oczywiste. Cały jego pysk rozjaśniał głupkowaty uśmiech. Ostatnio zachowywał się inaczej niż zwykle. Był jak uskrzydlony. Pozytywnie nastawiony do wszystkiego.
Adnan zapytał:
- W kim?
Nagle ogarnęła go ciekawość. Jakaś kocica, którą znał?
- Właśnie w tym problem. Sprawa nie jest łatwa.
- Z dziewczynami nigdy nie jest łatwo. - Adnan zachichotał i trącił Hajira przyjaźnie pięścią w bark. - No, dawaj. Powiedz.
- Isabella Toros.
Adnan nagle się wyprostował.
- Żartujesz.
- Nic na to nie poradzę.
Isabella Toros: była laska Goryla. Chyba najbardziej seksowna dziewczyna w okolicy. Czy ona i Goryl nie wrócili przypadkiem do siebie? To musiało oznaczać kłopoty. Bardzo poważne kłopoty.
- A on o tym wie?
- Tak. Sandra mu powiedziała, że w łóżku mamy był inny facet. Raczej zrozumiał.
- Ile ona ma lat? To znaczy ta mała.
- Cztery.
- Kurwa, Hajir, uważaj na tego drania. Z nim nie ma żartów. Poważnie.
Adnan zrozumiał, że kopniaki Goryla zawierały w sobie więcej wściekłości, niż wynikałoby to tylko z jego długu. Czuć w nich było również urażone uczucia. Ból serca. Nawet Jugole mieli uczucia. I za to Adnan musiał dodatkowo zapłacić.
Oczy Hajira świeciły, kiedy opowiadał, jak się poznali. Jak długo byli razem. Gadał o czteroletniej Sandrze. Adnan zrozumiał, że jest oczarowany. Pełna romantyka. Adnan nie zamierzał jednak się poddawać. Naprawdę potrzebował Hajira. Był doświadczony i niezawodny. Miran to natomiast rozwiązanie awaryjne.
Siedzieli na ławce przez prawie godzinę. Mieli wyjątkowo dużo do omówienia. Kiedy skoczyli pod prysznic, byli tak zmarznięci, że Adnan miał gęsią skórkę. Hajir się spieszył. Nie chciał się spóźnić do swojej nowej donny. Aby go skusić, potrzebny będzie bardzo dobry plan i staranne przygotowania. Adnan miał przed sobą niełatwy projekt. Nie był on jednak niemożliwy do realizacji. Nic nie jest niemożliwe.
Adnan z kolei nie spieszył się pod prysznicem. Szczególnie starannie wymył fiuta. Miał wieczorem spotkać się z jedną panną, która wydawała się sexy. Podeszła do niego w sklepie Konsum. Miała długie blond włosy i była niesłychanie atrakcyjna. Dziś pójdzie z nią do łóżka. Jeszcze raz wymył fiuta. Nie spieszył się. Obiecał, że odezwie się do niej wieczorem, ale nie chciał dzwonić za wcześnie. Wiedział, co kręci dziewczyny. Jeśli się trochę podenerwują, robi im się szczególnie mokro w majtkach.
On miał w bokserkach twardą pałę.
5
Cztery lata wcześniej Amanda złożyła papiery do szkoły policyjnej z jednego konkretnego powodu. Nie był to powód podany podczas rozmowy kwalifikacyjnej, na którą elegancko się ubrała. Biała bluzka zapięta pod samą szyję i niezbyt obcisła. Dżinsy, żeby wyglądać na dość wyluzowaną. Włosy splecione w warkocz - trochę na sportowo, a trochę sympatycznie. Siedziała naprzeciw pulchnego mężczyzny - komisarza i anorektycznej kobiety - psycholożki. Rozmowa była prosta jak budowa cepa.
Kiedy pojawiło się obowiązkowe pytanie: "Dlaczego chcesz zostać policjantką?", Amanda sformułowała swoją odpowiedź tak, by idealnie opowiadała temu, co powinna myśleć uczciwa przyszła stażystka. Żadnego wychylania się na lewo ani prawo. Z odpowiednią dozą patosu i skromności. Nie, nigdy niczego nie ukradła. Nigdy, nigdy nie próbowała narkotyków. Tak, zgłosiłaby, gdyby kolega nazwał Mohammeda Abdullacha pieprzonym ciapatym. Nie, nie ma nic przeciwko temu, że szwedzki policjant nosi turban albo zasłonę na twarz. Tak i amen. Alleluja. Zastanawiała się nawet, czy nie zrobić z siebie lesbijki, ale doszła do wniosku, że to zbędne. Dostanie się do szkoły nie powinno stanowić problemu. Dobrze się przygotowała. Ciężka praca miała nastąpić później.
Dwa lata w szkole policyjnej przeleciały bez problemu. Utrzymywała się na średnim poziomie, żeby wtopić się w tłum. Jechała na dostatecznych i dobrych ocenach. Ćwiczyła z kolegami z roku, wykonywała grupowe zadania, imprezowała. Znalazła mieszkanko w dzielnicy R?sunda, ze śmieciową umową bez okresu wypowiedzenia. Na razie musiało wystarczyć. Kiedy źródłem dochodów jest stypendium, nie można wybrzydzać.
Amanda całe życie mieszkała w Finsp?ng, niewielkiej miejscowości we wschodniej Gotlandii. Miała relatywnie nienormalną rodzinę, patrząc z ówczesnej perspektywy. Matka, ojciec i siostra. Rodzice nie byli rozwiedzeni. Amanda zawsze z podziwem patrzyła na swoją siostrę Sannę, która była o dwa lata starsza. Zawsze pozwalała jej spędzać czas z nią i jej znajomymi, pewnie dlatego, że była zbyt miła, by odmówić. Wokół Sanny zawsze coś się działo i nigdy nie było nudno. Spotykała się z najbardziej popularnymi facetami. Dzieliła się z Amandą ich kumplami. Matka była fryzjerką i miała własny salon na rynku. Kiedy dziewczynki były małe, salon ten był ich drugim domem, w którym bywały tak często, jak tylko mogły. Ćwiczyły tam sztukę strzyżenia na lalkach. Ojciec co rano wsiadał do autobusu do Norrköping, gdzie pracował jako dziennikarz w "Norrköpings Tidningar". Wieczorem wracał również autobusem i wszyscy razem jedli obiad w swoim niewielkim domku. Krótko mówiąc, byli wyjątkowo szczęśliwą rodziną. Mówiącą dialektem ze wschodniej Gotlandii.
Kiedy Sanna skończyła dwadzieścia lat i wyprowadziła się do Sztokholmu, rodzinna idylla przestała istnieć. Zmiany odbywały się powoli, mniej więcej w takim tempie, w jakim mężczyźnie w średnim wieku rośnie piwny brzuszek. Z początku Sanna często odwiedzała dom. Po jakimś czasie przyjeżdżała już tylko wtedy, kiedy matka dostatecznie długo ją namawiała. A na koniec zupełnie przestała ich odwiedzać, a Amanda zauważyła, co się dzieje. Przez prochy Sanna stała się kimś zupełnie innym, a jej nastrój zmieniał się momentalnie. Amanda widziała wszystkie objawy. Jej rodzice je wypierali. Kontakt telefoniczny stopniowo zamarł i w końcu pozostały tylko nieliczne wymuszone esemesy. A potem nastąpiła ta nocna rozmowa.
- Siostra, musisz mi pomóc, po prostu musisz...
Amanda zamknęła drzwi do swojego pokoju i usiadła na brzegu łóżka. Nie chciała, żeby rodzice cokolwiek usłyszeli.
- Co się stało?
- Ta biedna małpa - szlochała Sanna. - Nie mogłam jej pomóc.
- Co ty pieprzysz? Ogarnij się.
- Małpa.
- Sanna, co się z tobą dzieje? Co brałaś?
- Nic nie rozumiesz. I nigdy nie zrozumiesz. On zawsze będzie to na mnie miał.
- O czym ty gadasz? Opowiadaj, co się stało.
Sanna nieco się uspokoiła i powiedziała tak cicho, że ledwo było ją słychać:
- On mnie zgwałcił.
- Co ty mówisz?
- No widzisz. Nie wierzysz mi. Tak samo jak ten gliniarz.
- Oczywiście, że ci wierzę. Po prostu jestem wstrząśnięta. Kiedy to się stało? Zgłosiłaś to na policję?
- Tak, ale to nie ma znaczenia. Nie uwierzyli mi, zauważyłam to. Więc on będzie to dalej robił. Będzie to robił tyle, ile będzie chciał, i zupełnie bez konsekwencji.
- Ale kto? Powiedziałaś, że policja wie, kto to jest?
- Tak, ale zachowywał się tak bezczelnie, jakby to była moja wina.
- Ale przynajmniej mają jego nazwisko. Skąd go znasz? Czy to ten facet, o którym opowiadałaś? Sanna? Halo! Czy to był...
- Muszę już kończyć, dzidzia. Kocham cię.
- Czekaj...
Sanna się rozłączyła, a Amanda nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć. Słychać było, że siostra jest pod wpływem, ale nigdy nie kłamałaby w takiej sprawie, chociaż Amanda nie mogła zrozumieć, o co chodziło z tą małpą. Zgwałcona? Boże. Ale jeśli zgłosiła to na policję, to powinni coś z tym zrobić. Znaleźć tego faceta.
Amanda próbowała oddzwonić, ale włączała się tylko poczta głosowa.
- Ja też cię kocham - wymamrotała i się rozłączyła.
Dzwoniła też następnego dnia, ale nikt nie odebrał.
Po kilku dniach Amanda pojechała pociągiem do stolicy. Nie powiedziała nic rodzicom, żeby ich niepotrzebnie nie niepokoić. Wiedziała, że dzieje się coś złego. Od razu pojechała pod adres: Näckrosvägen 27 w R?sunda. Wcześniej wysłała kilka wiadomości o tym, że jedzie, parę razy też dzwoniła i słuchała komunikatu poczty głosowej Sanny. Miło było słyszeć jej głos. Nagrała kilka wiadomości i miała nadzieję, że dostanie odpowiedź. Czuła jednak, że to nie nastąpi.
Do mieszkania weszła przy użyciu klucza, który dostała przy ostatniej wizycie rok wcześniej. Od razu zrozumiała, że coś jest nie tak. Poczta leżała na stercie przed drzwiami, a w salonie paliło się światło - mimo że na dworze świeciło słońce. Z głośników słychać było piosenkę Boba Marleya No Woman, No Cry. Ulubiony kawałek Sanny. Leciał w pętli. Zapach, który wwiercał się w nozdrza Amandy, był dla niej czymś nowym, ale od razu wiedziała, co to. Śmierć ma swoją specyficzną woń. Amanda weszła do salonu i usiadła obok Sanny, która leżała na sofie. Wzięła ją za rękę. Była zimna, a w zgięciu ramienia krzywo zwisała igła. Strzykawka była pusta. Na stole pełno było różnych leków. Niektóre w opakowaniach, kolejne rozsypane po powierzchni, jeszcze inne zmieszane z różnymi napojami. Sanna próbowała w jednej ze szklanek rozpuścić kilka tabletek w wódce Absolut z sokiem pomarańczowym. Tabletki zebrały się w grudzie na dnie. Patrząc na ilość, Amanda zrozumiała, że nie było to wołanie o pomoc. Cel był oczywisty. Na wszelki wypadek Sanna założyła sobie jeszcze na głowę plastikową torebkę, którą zaciągnęła wokół szyi. Torebka była przezroczysta z czarnym nadrukiem: "Stadium".
Amanda przez całą wieczność siedziała w milczeniu. Trzymała Sannę za rękę. Myślała. W głowie jej szumiało.
Prawda była zbyt bolesna, by się z nią pogodzić. Amanda jak w transie chodziła po mieszkaniu. Szukała czegoś. Sama nie wiedziała czego. W jej głowie ciągle pojawiała się pewna myśl. Kto był odpowiedzialny za przerwanie życia Sanny? Sanny, jej ukochanej siostry. Siostry, która kipiała życiem i energią. Która była nieustanną przygodą. I już jej nie ma. Obdukcja wykazała to, co podejrzewała Amanda. Sanna umarła wskutek uduszenia z powodu owinięcia głowy plastikową torebką. Zmarłaby też jednak bez tej torebki. Tabletki były tak silne, że wykończyłyby dziesięć dorosłych osób. Obdukcja potwierdziła również, że Sanna regularnie brała narkotyki. Sądząc z opisu, były to kokaina, amfetamina i ecstasy, dziewczyna ważyła o dziesięć kilo mniej niż wtedy, kiedy opuściła rodzinne miasto.
Rodzice nie mogli tego zrozumieć. W ich świecie Sanna była idealną córką. Jej sztokholmskie życie to inna planeta. W innym układzie słonecznym.
Matka próbowała radzić sobie ze smutkiem, podwajając liczbę klientek przyjmowanych w salonie. Tam udawała, że wszystko jest w porządku, i plotkowała o pogodzie, niepewności na rynku pracy i podwyżkach czynszu. Doradzała klientkom w sprawach związanych z ich partnerami. W domu rzeczywistość dopadała ją i matka spędzała większość czasu w swoim fotelu, milcząc i przyglądając się, jak drzewa za oknem zmieniają kolory.
Ojciec po tym zdarzeniu poszedł na zwolnienie lekarskie. Nie był w stanie napisać ani jednego wersu tekstu. Coraz więcej czasu spędzał w barze na rogu i przesuwał wszystkie sprawy na przyszłość.
Amanda cierpiała razem z rodzicami.
Szybko wymyśliła, co musi zrobić. Decyzję podjęła już wtedy, w mieszkaniu Sanny. Z czasem była coraz bardziej przekonana, że to słuszna droga. Postanowiła zacząć od tropów, które już miała.
Pierwszym krokiem na drodze do prawdy była szkoła policyjna. Do prawdy o śmierci Sanny. Ktoś musi za nią odpowiedzieć.
6
Magnus skończył pracę na dziś. Jego zespół zgarnął trzech włamywaczy i dwóch gwałcicieli. Trzech z nich siedziało już w areszcie, a pozostałych dwóch przekazał opiece społecznej ze względu na ich młody wiek. Był bardziej niż zadowolony. Magnus mógł wszystkim przestępcom w okręgu obiecać jedną rzecz - ci, których zatrzymał wydział rozbojów, nie musieli się zastanawiać, co będą robić w najbliższym czasie. Wszyscy go już tu znali. Wiedział o tym od różnych kapusiów. Bandziory z Västerort miały się na baczności. Wolały pracować w innych okręgach.
Magnus wciąż nie dostał odpowiedzi od Amandy. Minęły trzy dni i był już naprawdę wkurzony. Miał ochotę pojechać do niej i zapukać do drzwi. Rozumiał, że to wbrew wszelkim zasadom. Myślenie o niej zabierało mu jednak za dużo energii.
Amanda mieszkała w R?sunda. Rosnące na podwórzu brzozy były jedynym elementem, który odbiegał od szarej skali kolorów nieruchomości. Wszedł przez bramę i rozejrzał się, czy nikt go nie widział. Wrócił i znów wszedł. Kiedy dotarł do jej drzwi kilka pięter wyżej, poczuł ciepło na plecach. Nasłuchiwał chwilę, zanim zadzwonił. Miał już serdecznie dość pukania do niezliczonych drzwi. Niczego nie usłyszał. Znów zadzwonił i nasłuchiwał. Cisza. Otworzył klapkę szczeliny na listy i zauważył z prawej strony półkę na buty, pełno butów z cholewami, lakierek i bardziej codziennych półbutów. Jak jedna osoba może mieć tyle obuwia? Wewnątrz wciąż panowała cisza.
Wyszedł z budynku, wsiadł do samochodu i czekał. To też było wbrew zasadom. I tak ciągle czołgał się w pyle. Nie przeszkadzało mu to.
Wiedział, że nie pracowała. Sprawdził to wcześniej. Zadzwonił do kilku informatorów. Zawsze dobrze było trochę ich rozgrzać. Pochwalić i docenić. Czy coś się kroi w dzielnicy? Kto obrobił kolekturę w Hallonbergen? Kto podpala samochody w Rinkeby? A więc gang z Husby ma obrabować Konsum? Kiedy?
Dwadzieścia minut później zobaczył zbliżającą się szybko Amandę. Najwyraźniej zrobiła sobie przebieżkę. Miała na sobie ciasne spodnie do biegania i różową bluzeczkę. Czy jest coś bardziej seksownego od obcisłych spodni na wytrenowanym ciele? Magnus wysiadł z samochodu i przyjrzał się jej dokładnie. Starał się brzmieć zwyczajnie:
- Nie mogłem się z tobą skontaktować, pomyślałem więc, że tu przyjadę.
- Och, jak miło. Byłam ostatnio trochę zajęta.
Amanda uśmiechnęła się i pochyliła do przodu, opierając dłonie o kolana. Próbowała złapać oddech.
Wzrok Magnusa zatrzymał się na rowku między jej piersiami. Kłamała. Człowiek zawsze zdąży wysłać esemes.
- Tak? A co takiego robiłaś?
- Pracowałam, ćwiczyłam, spotykałam się ze znajomymi. Wiesz, jak jest. Miałam kilka nocek, jestem więc wykończona. Bardzo miło było trochę pobiegać i się obudzić.
- Mogłaś jednak odpowiedzieć na mój esemes.
Amanda się zaśmiała.
- Brzmisz prawie tak, jakby ci zależało.
Czy naprawdę mu zależało?
- To raczej zwykła uprzejmość.
- Ale ty przecież masz żonę. Nie powinieneś niczego ode mnie oczekiwać. Prawda?
- Spotykasz się też z innymi?
Magnus poczuł ukłucie zazdrości.
- To nie twoja sprawa. Dopóki masz żonę, mogę robić, co mi się podoba.
- A więc spotykasz się z kimś?
- Tego nie powiedziałam. Chodzi o to, żebyś sobie nie wyobrażał, że możesz decydować, co mi wolno. Jestem singielką. A tak długo, jak ja jestem singielką, a ty jesteś zajęty, mogę robić, co chcę. Nie zgadzasz się z tym?
- Słuchaj, jeśli spotykasz się z kimś innym, możemy od razu z tym skończyć. Nie mam z tym problemu.
Amanda kucnęła i wyciągnęła do przodu nogę.
- Jeśli już musisz wiedzieć, z nikim się nie spotykam. Ale, jak mówię, nie masz prawa mówić mi, co mam robić.
- Próbujesz stawiać mi warunki? O to chodzi? Co twoim zdaniem mam zrobić? Tak po prostu zostawić po piętnastu latach Pię, dom i całą resztę?
- Wiesz, to twój problem. Skoro jest wam ze sobą tak wspaniale, to byłoby szkoda.
Amanda ruszyła w stronę mieszkania.
- Mogę pójść z tobą na górę?
- Jasne. Ale nie zamierzam ciągnąć tej dyskusji.
Magnus też tego nie chciał. Puścił ją przodem na schody. Przyglądał się jej tyłkowi. Kiedy otwierała drzwi, chwycił ją za biodra. Przycisnął się do niej mocno. Był w tej chwili najbardziej napalonym facetem w całej Europie. Dziewczyna pachniała Gucci Rush, jej ulubionymi perfumami. Kropelki potu spływały po jej blond lokach, które uciekły spod gumki. Magnus odsunął jeden kosmyk na bok i pocałował Amandę w szyję. Słony smak. Sexy. Jeśli zaraz nie ściągnie spodni, to pękną.
Amanda wyślizgnęła mu się.
- Mam okres. Musisz dać sobie spokój.
Spodnie Magnusa groziły eksplozją.
- Mnie to nie przeszkadza. Weźmiemy prysznic.
- Nie, nie mam ochoty. Poza tym boli mnie brzuch. A ta dyskusja to kiepska gra wstępna.
Jeśli chodzi o Magnusa, była to najlepsza gra wstępna od dawna. Drobna kłótnia zawsze prowadziła do gorącego seksu na zgodę. Spróbował jeszcze raz. Chwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie. Przycisnął krocze do jej podbrzusza.
- Czujesz, jaki jestem twardy?
- Daj spokój. Zrozum, że "nie" oznacza "nie".
Amanda wyrwała mu się, weszła do łazienki i zamknęła za sobą drzwi.
- Co jest, do cholery! Nie musisz się tak wściekać.
Dziewczyna uchyliła drzwi i wystawiła głowę.
- Nie wściekam się. Ale ty musisz się nauczyć, że dziewczyna czasem odmawia.
Schowała głowę i znów zamknęła drzwi.
No dobra, może i się nie wścieka. Ale on jest tak strasznie napalony. Niech to szlag trafi.
Minęło kilka minut, zanim fiut mu zwiotczał i znów zaczął działać mózg. Myśl o tym, że Amanda może się z kimś spotykać, pojawiała się w jego głowie przy każdym mrugnięciu powiekami. Było kilka sygnałów ostrzegawczych. Nie odzywała się przez parę dni, a teraz ledwo chciała go dotykać.
Wzrok Magnusa zatrzymał się na leżącym na stoliku w korytarzu telefonie. Słuchawki wciąż były do niego podpięte. Amanda lubiła słuchać muzyki, kiedy biegała. Magnus zastanowił się przez chwilę. Zrobić to? Co za upadek. Telefon jednak mocno go kusił. Słyszał, że Amanda wciąż jest pod prysznicem. Chwycił komórkę. Otworzył wiadomości. Kilka esemesów od koleżanki, jeden od niego samego. Zauważył, że przynajmniej go przeczytała. Znów się zirytował, że nie chciało jej się odpowiedzieć. Przewijał dalej wiadomości. Adnan.
Wpatrywał się w to imię. Adnan? Spotykała się z pieprzonym Arabusem? Otworzył wiadomość: "Cześć, słodka, kiedy się znów spotkamy?". Magnus poczuł nagłe uderzenie wściekłości. Stłumił ją, przeglądał dalej. Znów Adnan. Otworzył: "Okej, odezwę się, jak będę mogła". Przeczytał też kolejny esemes od Adnana: "Teraz ćwiczę, ale później". I następny: "Siema, chcę się z tobom spotkać".
Woda przestała płynąć i słychać było, jak Amanda podzwania czymś w łazience.
Magnus oderwał kawałek papieru z leżącego w korytarzu czasopisma i zapisał numer do tej świni Adnana. Odłożył telefon na miejsce. Serce mu waliło. Nie wiedział, czy to z powodu podniecenia tym naruszeniem prywatności, czy przez Araba. Kiedy Amanda wyszła spod prysznica, Magnus starał się zachowywać normalnie. Powiedział, że musi już iść. Miał coś do zrobienia w pracy. Dziewczyna nie próbowała go zatrzymać i sprawiała wrażenie, że cieszy ją jego odejście.
Niech to szlag. Zazdrość go oślepiała.
Magnus wrócił do pracy i poszedł do wydziału włamań. Światła były zapalone i sporo się działo. W jednym końcu biura z radia leciały najnowsze przeboje. Na drugim końcu ktoś włączył płytę z delikatną hipisowską muzyką. W miejscu, gdzie dźwięki z obu stron się spotykały, Magnus zalogował się na swoim komputerze. Wpisał numer komórki Adnana. Nawet nie szukał w biurze numerów. Arab, który nie znał ortografii i ruchał blondynkę, z całą pewnością był przestępcą. A tacy używali telefonów na kartę. Magnus zalogował się do policyjnego systemu raportowania. Wyszukał numer telefonu. Od razu trafił. Klikał dalej.
Adnan Nasimi: data urodzenia. Magnus szybko obliczył w pamięci - dwadzieścia dziewięć lat. O trzynaście młodszy od niego. Magnus nagle znalazł się w niekorzystnej sytuacji. Czytał dalej. Zauważył, że Arab występował w większości rejestrów. Zaczął od ogólnego rejestru obserwacji. Ostatni wpis pochodził zaledwie sprzed kilku tygodni: stawianie oporu i nieprzepisowe prowadzenie pojazdu. Samochód zajęto. Mercedes. Koleś najwyraźniej miał kasę. Zresztą który bandzior jej nie miał? Potrafili spać na starym materacu na podłodze i oszczędzać na rachunkach za prąd, byle tylko błyszczeć w kozackiej furze. Magnus czytał dalej i dowiedział się, że merc nie należał do niego. Co za pech.
Przedzierał się przez kolejne rejestry. Analizował. Zestawiał. Arab zajmował się większością rzeczy. Rozboje od czternastego roku życia, pobicia, wymuszenia, kilka przestępstw narkotykowych. Były notatki o napadach na transporty pieniędzy, ale nic nie udało się udowodnić. Arab miał powiązania z najbardziej zatwardziałymi przestępcami - niektórzy z nich siedzieli za napad na transport w Göteborgu. Adnan wtedy zajmował się czymś innym. Pewnie dlatego nie był zamieszany w ten skok. W przeciwnym razie Magnus rozpoznałby jego nazwisko, on i jego zespół pomagali policji z Göteborga w przeszukaniach domów, bo gang pochodził z Västerort. Adnan odsiedział półtora roku za poważne przestępstwo narkotykowe. Wyszedł jakiś miesiąc temu i najwyraźniej pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było znalezienie sobie jakiejś laski.
Magnus starał się opanować wściekłość, ale nie udawało mu się to. Chciał zobaczyć, jak wygląda jego konkurent. Ściągnął jego zdjęcie paszportowe. Najświeższe pochodziło sprzed pięciu lat. Z niechęcią przyznał, że Arab wyglądał nieźle. Miał szeroką szczękę i męskie rysy. Niezłe brwi - nie były zrośnięte tak jak u większości Arabów. Normalny nos. Magnus ściągnął też cechy szczególne: wzrost sto dziewięćdziesiąt dwa centymetry, muskularna budowa ciała, liczne tatuaże na plecach i jeden na lewym przedramieniu. A więc to się Amandzie podobało. Napakowani gangsterzy z tatuażami pokrywającymi pół ciała. Włamywacze. Dilerzy. Magnus zakładał, że Arab sam nie ćpał, nie byłby wtedy w takiej formie. Pewnie przede wszystkim handlował. Czasami wciągnął coś na imprezie. Łykał ruskie sterydy.
Uczucie zazdrości zaskoczyło Magnusa. Uderzyło go jak młotem. A może jednak był wściekły? Tak, to raczej było to. Wkurzało go, że Amanda postawiła go w takiej sytuacji. A gdyby ktoś się dowiedział, że jego dziewczyna zdradza go z bandziorem? Oczywiście, to dlatego czuł się tak, jak się czuł. Nic go nie obchodziła. Ale go poniżyła. Naruszyła jego granice. Myślała tylko o sobie.
Dziwka. Magnus nie mógł na to pozwolić.
A może była tak naiwna, że nie rozumiała, że ma pod kołdrą wielkiego bandziora? Czy mogła być aż tak głupia? Kto wie.
W takim razie było to jego asem w rękawie.
Siedział przy komputerze przez dwie godziny i przeczytał wszystko, co było dostępne na temat Adnana pieprzonego Arabusa Nasimiego.
7
Adnan wjechał do garażu pod galerią Kista. Dziś pożyczył samochód od ojca. Hossein oczywiście pytał, dlaczego nie używa pięknego mercedesa Diara. Adnan był na to przygotowany i wyjaśnił, że auto jest w warsztacie - problemy ze skrzynią biegów. Hossein uniósł brwi, ale zadowolił się tą odpowiedzią. Bez zbędnego gadania dał synowi kluczyki do swojego wysłużonego hyundaia. Fakt, że Adnan nie miał prawa jazdy, był czymś, co Hossein starał się wypierać. Był uczciwym człowiekiem, który chciał przestrzegać szwedzkiego prawa. To jednak, że jego synowi nie wolno prowadzić samochodu, było dla niego wstydem tak dużym, że nie potrafił sobie z nim poradzić.
Adnan wszedł po schodach do galerii. Nie pojawił się tu, by zabić czas albo robić zakupy. Miał do wykonania zadanie. Były tu dwa ciekawe miejsca do obrobienia i chciał je sprawdzić, zobaczyć, czy da się to zrobić. Wszystko zależało od tego, ilu będzie miał ludzi.
Skierował się do kantoru wymiany walut. Zobaczył stojącą tyłem blondynkę. Zatrzymał się w pół kroku - Amanda? Dziewczyna odwróciła się: to nie ona. Adnan poczuł jednocześnie ulgę i rozczarowanie. Spotkanie jej tu i teraz byłoby jednak nie na rękę. Nie lubił niespodzianek. Dlaczego zareagował w taki sposób?
Przez chwilkę odczuwał pewną nerwowość. Myśli kłębiły mu się pod czaszką. W tej lasce było coś szczególnego. Ostatnio bezczelnie go odrzuciła. Przyszedł na randkę przygotowany na fajny seks. A zamiast tego: spacer po parku i buziak w policzek. Poczuł się jak ostatni przegryw. Uznał, że to strata czasu. Ale potem stało się coś niezwykłego - dziewczyna zaczynała pojawiać się wszędzie. Kiedy tylko widział jakąś blondynkę, myślał o niej i był pewien, że to właśnie ona. Zaciekawiło go to. Wiedział, że musi znów się z nią spotkać.
Adnan przeszedł przez Café Momo i uścisnął dłoń właściciela - Sachy. Przekazał mu wyrazy współczucia. Jego brat został pół roku wcześniej zastrzelony. Jakieś porachunki. Wszyscy wiedzieli, kto za tym stał, ale niczego nie dało się udowodnić. Napięcia między różnymi ugrupowaniami narastały. Jugole. Albańczycy. Ruscy. Arabowie. Estończycy. Gambijczycy. Wszyscy pragnęli władzy. Adnan wyczuł, że zbliża się wojna. Sacha wydawał się uszczęśliwiony wizytą Adnana. Pytał, jak było w więzieniu. Chciał zaoferować espresso. Adnan chętnie się zgodził. Potrzebował silnych starych kontaktów.
Sacha wyglądał na wyczerpanego i schudł co najmniej piętnaście kilo. Włosy przyprószyła mu siwizna, chociaż nie miał więcej niż trzydzieści pięć lat. Pewnie żył w ciągłym napięciu i czekał, aż ktoś przyciśnie mu lufę do czoła. Adnan nie pytał o jego brata. Nie miał czasu na długie opowieści.
Wtedy zadzwoniła siostra Diara. Nie odebrał i poczuł wyrzuty sumienia. To fajna dziewczyna. Ale chwila nie była odpowiednia. Będzie musiał wkrótce oddzwonić i wyjaśnić. Stres go wykańczał. Jedna noga podskakiwała rytmicznie pod stołem. Kiedy Sacha miał klientów, Adnan zadzwonił do adwokata. Był nim Johan Karlsson, jeden z najlepszych w Szwecji. To właśnie dzięki niemu przetrwał więzienie.
Johan odpowiedział już po pierwszym sygnale - jak zwykle niezawodny.
- Cześć, Adnan.
- Cześć. Zastanawiam się znów nad tym samochodem. Jak leci?
Czy brzmiał, jakby był zdesperowany? Tego zdecydowanie nie chciał.
- Złożyłem skargę od razu po naszej ostatniej rozmowie. Teraz pozostaje tylko czekać, ale obiecuję, że będę tego pilnował.
Johan był jak zwykle spokojny i cierpliwy.
- No to świetnie. A ile to może potrwać?
- Niestety prokuratorzy zwykle nie stawiają takich spraw na pierwszym miejscu, ale zrobię, co będę mógł. W każdym razie co najmniej dwa tygodnie. A może miesiące.
- Miesiące? - Adnan zestresował się jeszcze bardziej. - Ale myślisz, że dostanę go z powrotem?
- No cóż, ponieważ jest tak dużo wart, zostanie w pierwszej kolejności dokładnie sprawdzone, do kogo należy. Policja oceniła, że do ciebie, bo tak często go używałeś. A jednocześnie jest zarejestrowany na Diara. Jeśli uznają, że jest twój, to komornik prawdopodobnie go zajmie, bo masz długi. A jeśli stwierdzą, że należy do Diara, to on go dostanie z powrotem. Chyba że też ma długi albo odszkodowania, które trzeba zapłacić.
W uszach Adnana brzmiało to jak wybór między dżuma a cholerą. Był załatwiony. Finito.
- Halo, Adnan, jesteś tam?
- Jestem załatwiony. Jeśli samochód jest mój, to już po nim, prawda? A jeśli Diara, to on się o wszystkim dowie. I być może też go straci, jeśli ma problemy z komornikiem.
- Jest takie ryzyko. Najlepiej będzie, jeśli zdołamy udowodnić, że ty go tylko pożyczałeś. Potem możemy mieć nadzieję, że Diar nie ma długów. Sprawdzę to.
- Zrób to. Kurwa mać.
- To może trochę potrwać. A przez ten czas staraj się za bardzo nie martwić.
Adnan przerwał połączenie. Dlaczego życie go tak nienawidzi? Wypił ostatni łyczek espresso. Podziękował Sachy, który poprosił, żeby wkrótce znów go odwiedził. Adnan mu to obiecał. Ruszył znów do kantoru i wybrał pieniądze z bankomatu.
Nie chciał wchodzić do środka bez żadnego powodu. Zrobił rekonesans z zewnątrz. Lokal znajdował się w dobrym miejscu, blisko wyjścia - dwa szybkie kroki i już było się na ulicy. Można było zniknąć, zanim obsługa zauważyłaby, co się stało. Problemem była odporna na stłuczenie szyba.
Poza tym w ostatnim roku kantor Exchange obrobiono już pewnie ze trzy razy. Ochroniarzy prawdopodobnie jest teraz cztery razy więcej. Podobno przy jednym rabunku personel zawalił sprawę i zostawił kasę otwartą. Zdaniem Adnana był to ktoś z wewnątrz. W jego przypadku to też mogłoby zadziałać. Gdyby wszedł za ladę dokładnie w chwili, w której ktoś otworzył kasę, mógłby napełnić torby różnymi walutami. Naliczył czworo pracowników. Wydawało się, że na zapleczu jest zawsze co najmniej jedna osoba. Tutaj trzeba było atakować agresywnie. Pracownicy nie powinni nawet pomyśleć o wciśnięciu alarmu.
Ktoś stuknął go w bark. Jakaś starsza pani w kapelusiku z piórkiem i laską chciała dostać się do bankomatu. Uśmiechnął się i przepuścił kobietę. Zawsze należy okazywać szacunek starszym.
Adnan zaczął się zastanawiać nad kolejną możliwością. Ta wymagała znacznie staranniejszego planowania niż dwie pierwsze. Była to robota tak poważna, że sam się dziwił, że w ogóle ją rozważa. Ten pomysł jednak bardzo go kręcił. Adnan zszedł do garażu i wsiadł do ukochanego hyundaia Hosseina. Wpatrywał się w klapę w rogu garażu. Za nią lądowały pakiety banknotów, które sklepy galerii wkładały do wrzutni na poszczególnych piętrach. Spadały w dół tunelem. Lądowały dokładnie tam, gdzie patrzył Adnan. Oceniał możliwość włamania się do środka - łom raczej nie wystarczy. Poza tym zajmie to za dużo czasu. Ochroniarze zdążyliby jeszcze rozwiązać krzyżówkę, zanim włączyliby alarm.
Trzeba będzie napaść na furgonetkę. We właściwym momencie. Adnan rozwijał tę myśl. Wyobrażał sobie, jak wyskakuje w czarnym ubraniu i kominiarce. Wrzeszczy jak szalony i celuje z kałasznikowa w zaskoczonych ochroniarzy. Zmusza ich, żeby położyli się na ziemi. Wrzuca pieniądze do sportowej torby. Znika bez śladu z największym łupem w historii Szwecji. Albo prawie. Stanie się legendą. Wszyscy będą podejrzewać, że to on. Ale nikt nie będzie wiedział na pewno.
Ignorował największą przeszkodę: on i Miran to nie najlepszy zespół do tego zadania. Adnan opuścił mroczny parking i przestał marzyć o sobie jak o legendzie. Wyjechał na dwór. Myślał o tym, których kolegów powinien zaangażować. Na nikim nie mógł polegać. Nigdy nie wiadomo, kto puści farbę. Zdecydował się odwiedzić Vincenta i skręcił w stronę centrum. I tak musiał się z nim spotkać, żeby zapytać, czy nie ma dla niego jakiejś roboty. W tym mieście szmal znikał szybciej niż nakryty na robocie złodziej. Za samo parkowanie w garażu zapłacił pięćdziesiąt koron. W sumie mógł zostawić samochód na zewnątrz i zaryzykować. Hossein jednak raczej nie ucieszyłby się z mandatu. A zasiłek Adnana nie wystarczał na żadne nieoczekiwane wydatki. To był poważny problem. Ledwie miał na czynsz. Zatrzymał się w mieszkaniu Diara. Z jego historią trudno byłoby mu znaleźć własne. Gdy się nad tym zastanowić, powinien być wdzięczny Diarowi. A jednocześnie sam płacił czynsz, kiedy tamten siedział w więzieniu. I jeszcze podlewał mu kwiatki. Dwa kaktusy stojące na parapecie nad wanną.
Adnan wszedł do restauracji Vincenta. Młoda dziewczyna w czarnej minispódniczce zbierała talerze po posiłku. Była zestresowana i odpowiedziała krótko, że szef załatwia coś na mieście. Adnan stwierdził, że chętnie poczeka.
W sumie nie pozostało mu nic innego. Nie miał numeru do Vincenta. Facet zmieniał go co najmniej raz w miesiącu. Wystarczająco często, by Adnan podejrzewał, że zajmuje się jakimiś ciemnymi sprawkami, ale i tak uważał, że nieco przesadza. Ten koleś był chorym draniem.
Vincent był najgrubszą rybą w Stureplan. Posiadał trzy z największych klubów i jeszcze kilka mniejszych. Wystarczyło, że strzelił palcami, żeby dostać to, czego chciał. Albo kogoś, kogo chciał. Każdy go podziwiał: rozpieszczeni gówniarze, laski, celebryci. Wszyscy mu się podlizywali. Kumplowanie się z nim było przepustką do śmietanki nocnego życia Sztokholmu. To on organizował imprezy, na które warto było chodzić: przyjęcia dla sław, premiery, imprezy z koksem, wiksy z luksusowymi kobietami.
Zanim Adnan wylądował w więzieniu, pracował u Vincenta na bramce. Najlepsze w tej robocie nie było samo pilnowanie drzwi, ale wszystko to, co się z tym wiązało: blondynki, status, brunetki, banknoty w kieszeniach aspirujących młodzików, którzy chcieli przeskoczyć kolejkę, rude, świetna sieć kontaktów - koks rozchodził się szybciej, niż Adnan zdążył przygotowywać porcje.
Ale to było kiedyś. Obiecał sobie, że już nigdy nie będzie dilował. Ryzyko było zbyt duże. A półtora roku w pierdlu to o półtora roku za dużo.
Wiele razy się zastanawiał, co poszło nie tak. Razem z Miranem sprzedawali mniejsze partie i trwało to dość długo. Szło dobrze i kasa się zgadzała. Potem pan Kraljevic zażyczył sobie, żeby rozprowadzili dwa kilogramy. Jugol znalazł jakiś nowy kontakt i wyglądało na to, że może przemycać praktycznie dowolną ilość. Adnan i Miran zachłysnęli się swoimi sukcesami. Zgodzili się na taki układ. Siedzieli w salonie Mirana i odważali porcje, kiedy przy drzwiach rozpoczęło się coś na kształt trzęsienia ziemi.
Adnan od razu zrozumiał. To gliny, które zamierzają zniszczyć im życie. Wystarczyły dwie sekundy, żeby zamknął się w łazience. Spłukiwał biały proszek jak szalony. I znowu spłukiwał. Przeklinał cholerny rezerwuar, który nie napełniał się wystarczająco szybko. Miran, zareagował nieco wolniej, zdążył chwycić torebkę i wyrzucić ją przez okno. Stojący na dole gliniarz znalazł się w samym środku śnieżycy i przypadkowo wciągnął kilka porcji.
Szybka reakcja Adnana uratowała ich obu przed dziesięcioletnią odsiadką. Ilość koksu, którą gliniarze znaleźli, wystarczyła, żeby zamknąć ich na półtora roku. A jako premię dostali potężny dług u tej jugolskiej świni.
Zgodnie z policyjnym raportem wydział narkotykowy - jakoby przypadkowo - zauważył pewnego mężczyznę wchodzącego do klatki schodowej Mirana, a pięć minut później wychodzącego przez drzwi do piwnicy. Zaczęto więc podejrzewać, że sprzedawano tam narkotyki. Policjanci zatrzymali tego mężczyznę i przeszukali. Znaleźli u niego w skarpetce dilpak z kokainą. Dalsze dochodzenie ujawniło, że zatrzymany ostatnio dzwonił do Mirana. Ten od razu stał się podejrzany o dilowanie i nie minęło dużo czasu, aż specjalny zespół wyważył drzwi do jego mieszkania.
To, że jakiś mężczyzna kupił koks u Mirana, było prawdą. Adnan nigdy nie zapomni tego dwudziestolatka z nażelowanymi włosami zaczesanymi do tyłu, który stał się kluczem do policyjnej akcji. Ale to, że zauważyli go przypadkowo, było niezwykle mało prawdopodobne. Szansa równie duża jak wyruchanie księżniczki. Adnan był przekonany, że policyjny raport nie był w stu procentach rzetelny. Nie mógł tylko zrozumieć, co poszło nie tak.
Po dwóch godzinach czekania w restauracji Vincenta Adnan się poddał. Zapytał kelnerki, czy ma jakiś numer do szefa. Nie miała. Adnan wiedział, że kłamie, a ona wiedziała, że on wie. W normalnych okolicznościach Adnan zmusiłby ją, by mu go dała. Ale teraz nie chciał ryzykować konfliktu. Zamiast tego poprosił ją, by Vincent do niego zadzwonił.
Zastanawiał się: co ten cholerny pedał planuje?
8
Wszystko zadziałało tak, jak Amanda sobie zaplanowała. A nawet lepiej. Po prostu nie odzywała się do Magnusa przez kilka dni i jego potrzeba kontroli już nad nim zapanowała. Z takimi facetami sprawa była prosta: przesadnie czarujący na powierzchni, by ukryć brak poczucia własnej wartości.
Zachowała wiadomość od Adnana. Chciała, żeby Magnus ją przeczytał. Wiedziała, że to zrobił. Telefon nie leżał na stoliku w tym samym miejscu, w którym go położyła - z prawym narożnikiem dokładnie przy rysie zrobionej podczas przeprowadzki.
Ucieszyła się, że tak szybko wyszedł z mieszkania. Tego wieczoru nie miała siły na żadne gierki. Wspomnienie, jak się do niej przyciskał, kiedy otwierała drzwi, wywołało u niej w łazience nudności. Nie pojmowała, jak przetrwała wszystkie wcześniejsze spotkania z napalonym Magnusem w ostatnim półroczu. Nauczyła się doskonale odłączać od rzeczywistości. Odgrywając przed nim gorącą kochankę, myślała o czymś innym. Potem opanowywały ją nudności i paskudne samopoczucie. Motywowała ją myśl o Sannie.
Dlaczego Magnus Blomberg umorzył wstępne dochodzenie w sprawie zgłoszonego przez Sannę gwałtu? Dlaczego nie potraktował jej poważnie?
Amanda zauważyła to pismo w stosie poczty przed drzwiami tego dnia, kiedy znalazła siostrę. Była to kopia zgłoszenia na policję, o którym Sanna mówiła przez telefon. Co powiedziała? Że Amanda jej nie wierzy, tak samo jak ten policjant. Przeczytała pismo kilka razy. Było zwięzłe i nie zawierało dokładnie tego, co się stało. Tylko to, że działo się to w jakiejś knajpie w Sztokholmie. Wydawało się to dziwne, bo Amanda miała wrażenie, że Sanna wiedziała, kim był sprawca.
Czego brakowało w tym zgłoszeniu?
Potem Amanda zrobiła coś, czego absolutnie nie powinno się robić. Złamała niepisaną zasadę. Znalazła pamiętnik Sanny. Najpierw chciała zostawić go na łóżku bez czytania. Potem podjęła decyzję. Okoliczności ją usprawiedliwiały. Otworzyła dziennik i zaczęła czytać. Przesuwała wzrokiem po stronach, które cofały ją w przeszłość o dwa lata. Początkowo lekki ton stopniowo zmieniał się w miarę zbliżania się do końca. W słowach coraz mocniej wyczuwało się lęk i desperację. Potem Amanda doszła do części, która musiała opisywać gwałt. Nie było tam nic konkretnego. Ale Sanna była wściekła. Rozczarowana. Przerażona. Wyraźnie było to czuć. Pisała o tym, że była wykorzystywana. Że policja nie chciała jej słuchać. Że tak bardzo żal jej "pawiana". Niepowiązane ze sobą zdania.
Od tego czasu Amanda wielokrotnie czytała pamiętnik. Nikomu o tym nie mówiła. Nawet rodzicom. Próbowała znaleźć wyjaśnienie działań Sanny. Dlaczego odebrała sobie życie? Dlaczego policja jej nie pomogła?
W tym samym tygodniu Amanda zadzwoniła na policję z pytaniem, czy istnieją jakieś inne informacje poza tym, co podano w zgłoszeniu. Kobiecy głos po drugiej stronie odpowiedział, że dostęp do dokumentu jest niestety chroniony i tylko upoważnione osoby mogą czytać raporty z przesłuchań i podobne materiały. A osoba, z którą Amanda rozmawiała, nie miała takich możliwości. Poprosiła o rozmowę z kimś, kto miał odpowiednie uprawnienia, i połączono ją z dowódcą posterunku. Teraz odezwał się zdecydowany męski głos, który potwierdził, że ma uprawnienia, ale niestety nie może udostępnić żadnych informacji. Na tym właśnie polega ochrona zgłoszenia. Mężczyzna był uprzejmy, ale zdecydowany i Amanda nie posunęła się ani o krok dalej. Poszła na posterunek osobiście. Dzwoniła mnóstwo razy, ale za każdym razem odpowiedź była taka sama. Niestety. Zgłoszenie jest chronione przed dostępem. Prosiła o rozmowę z Magnusem Blombergiem, ale ponieważ pracował na zmiany, trudno było go złapać. Zostawiła więc swój numer, żeby mógł się z nią skontaktować, kiedy będzie na służbie, ale nigdy nie zadzwonił. Kiedy po kilku tygodniach wreszcie udało jej się z nim skontaktować, zupełnie nie był skory do współpracy. Zgłoszenie było chronione. Kropka.
Powodem tego, że nie wszczęto wstępnego dochodzenia, był brak raportu ze zdarzenia. Kropka. Osobą, u której można było uzyskać informacje o sprawie, była sama Sanna. Kropka. Amanda wyjaśniła, że jej siostra nie żyje. Że niedługo po zgłoszeniu sprawy na policję popełniła samobójstwo. Przez chwilę panowała cisza, po czym policjant przekazał jej kondolencje. Niestety nic nie mógł zrobić, żeby jej pomóc. Rozłączył się. Amanda siedziała z telefonem przy uchu, przekonana, że właśnie rozmawiała z kimś, kto wiedział znacznie więcej, niż chciał ujawnić. Zdała sobie sprawę, że nie posunie się ani o krok dalej, jeśli nie będzie gotowa postawić wszystkiego na jedną kartę. Musiała stać się jedną z nich, funkcjonariuszką. Musiała dobrać się do tego Magnusa Blomberga. Wyciągnąć z niego wszystkie informacje. Ale przede wszystkim dowiedzieć się, kogo chronił.
Trzy lata później skończyła szkołę policyjną i zatrudniła się na posterunku w Västerort. Do tego czasu Magnus Blomberg awansował na komisarza wydziału rozbojów. Amanda zadbała, żeby jak najwcześniej zwrócił na nią uwagę. Nie chciała tracić więcej czasu. Był niesłychanie charyzmatyczny i biła od niego pewność siebie. Lider, którego wszyscy koledzy podziwiali, słuchali, stawiali za wzór. Śmiali się z jego dowcipów. Poniżał innych, żeby wywyższyć samego siebie. Amanda dziwiła się, że nikt go dotąd nie przejrzał, ale on był w tym naprawdę dobry. Pewnie nawet o tym nie myślał. Był to wbudowany w jego osobowość mur obronny chroniący go przed niepewnością, która rosła w nim od dzieciństwa.
Spełniał kilka kryteriów pasujących do profilu psychopaty. Dla zwykłego człowieka zauważenie tego wcale nie było oczywiste. Amanda pochłonęła tysiące stron informacji o behawioryzmie i psychologii, widziała więc to jak na dłoni. I zamierzała wykorzystać jego słabe punkty.
9
Spocony z przerażenia facet stał, milcząc w celi między dwoma inspektorami policji, którzy w porównaniu z nim wyglądali jak giganci. Dżinsy zwisały mu poniżej krocza i Magnus wyraźnie widział markę jego bokserek: Calvin Klein. Policjanci zdjęli mu kajdanki i posadzili na ławce. Chłopak rozmasowywał zaczerwienione nadgarstki i sprawiał wrażenie bardzo nieszczęśliwego.
Dowódca posterunku, dziś był nim Bengt Tyrman, zadawał zwyczajne pytania:
- Jak się nazywasz? Ile masz lat? Czy policjanci powiedzieli ci, dlaczego tu jesteś? Zostaniesz zamknięty w areszcie w oczekiwaniu na przesłuchanie. Czy bierzesz jakieś leki, których pilnie potrzebujesz? Jak się poza tym czujesz? Nie masz depresji? Myśli samobójczych?
Koleś wyglądał na zdezorientowanego.
Magnus trzymał się z boku, pozwalając, by jego koledzy przeprowadzili rewizję. Nie dlatego, że był leniwy. Było to zagranie taktyczne. Miał być dobrym policjantem. Tym, który pomoże chłopakowi wyplątać się z tej smutnej sytuacji. Najpierw musi się trochę spocić w celi. Zastanowić nad tym, jak jego życie właśnie wali się w gruzy.
Godzinę później Magnus włożył klucz do zamka w drzwiach celi i wszedł do środka. Chciał znowu wyjść, żeby powtórzyć tę procedurę. Przywrócić równowagę. Był jednak w pracy i musiał się pilnować. Koncentracja. Skupienie na zadaniu.
Zrobił krok do środka i z niechęcią puścił klamkę. W celi śmierdziało. Czuć było zapach potu. Koleś już zdecydowanie dojrzał. Był gotowy do obróbki.
- Cześć, jestem Magnus Blomberg. Pomyślałem sobie, że powinniśmy porozmawiać.
Aresztant podejrzliwie spojrzał na niego zza swoich ciemnych rzęs.
- Czy to pan będzie prowadził przesłuchanie?
- Nie, ale jestem szefem faceta, który będzie cię przesłuchiwał. Czekamy tylko na twojego obrońcę. A kogo wezwałeś?
- Nie wiem. Miał to być jakiś urzędnik.
- Obrońca z urzędu.
- Nie rozumiem, dlaczego tu jestem.
- Zostałeś zatrzymany w związku z napaścią, a skoro tu siedzisz, to na pewno rozumiesz, że trochę na ciebie mamy.
- A co takiego?
- Nie będę ci opowiadał o naszych dowodach. Sam powiesz, co robiłeś tego wieczoru, o który chodzi.
Magnus odczekał, aż jego słowa dotrą do wymęczonego umysłu chłopaka.
- A jeśli się okaże, że robiłeś wtedy coś zupełnie innego, zostaniesz zwolniony do domu.
- I wtedy nie będę już podejrzany?
- Zgadza się.
Chłopak nieco się uspokoił.
- Nic nie zrobiłem. Sam chcę zostać policjantem, nigdy bym na nikogo nie napadł.
No proszę. Koleś chce być gliniarzem. Robi się coraz ciekawiej.
- Chcesz zostać policjantem? No to mam nadzieję, że nie straciłeś szansy dla głupiego telefonu.
- Raczej nie. Radzę sobie.
- Sprawiasz wrażenie fajnego faceta. Jeśli potwierdzi się to, co mówisz, to zadbam, żeby cię szybko puścili.
- Może pan to zrobić?
- Kiedy mój kolega Pontus cię przesłucha, porozmawiam z prokuratorem. Jeśli uznam, że jesteś niewinny, to cię stąd wyciągnę, obiecuję.
- A będę miał jakieś wpisy w rejestrze czy jak to się tam nazywa?
Magnus się uśmiechnął.
- Nie, takie wpisy nie istnieją. Jeśli będziesz potrzebował dobrych referencji, osobiście ci je dam.
- Co takiego?
- No tak, możemy przecież utrzymywać kontakt, kiedy to wszystko się skończy. Rozmawiać czasem o tym, co dzieje się w mieście, i tak dalej.
Chłopak zmarszczył czoło.
- Mam zostać kapusiem czy co?
- Nie patrz na to w ten sposób. Wyobraź sobie, że ktoś na przykład puka twoją dziewczynę. A wiesz, że zajmuje się czymś nielegalnym. Wtedy chyba dobrze będzie porozmawiać ze mną i pozbyć się tego gościa, prawda? A on nawet nie będzie się domyślał, że to twoja robota.
Cisza. Chłopak prawdopodobnie myślał ze wszystkich sił.
Magnus kontynuował obróbkę:
- A może ktoś zrobi coś zupełnie paskudnego. Pobije starszą panią albo coś w tym stylu. Czy nie byłoby wspaniale wsadzić takiego gościa za kratki? Samemu nic nie ryzykując? Musisz wiedzieć, że kiedy starasz się o przyjęcie do szkoły policyjnej, takie rzeczy są cenione. Inicjatywa i lojalność. Nie chodzi o donoszenie. Chodzi o to, żeby działać mądrze i pilnować własnego interesu. A z ciebie przecież sprytny gość.
- No tak.
Magnus pogratulował sobie świetnej roboty. Jak zwykle. Facet był już odpowiednio przygotowany.
- Zadzwonię kiedyś do ciebie i porozmawiamy sobie. Powodzenia na przesłuchaniu. Pamiętaj tylko, żeby opowiedzieć dokładnie, co robiłeś tamtego wieczoru, żebyś mógł szybko wyjść.
- Super.
- Dołożę ci do ubrania moją wizytówkę, wystarczy zadzwonić, jeśli będziesz miał jakieś pytania.
Magnus wymknął się z celi, mając nadzieję, że dowódca go nie zauważył. Bengt nie lubił, kiedy Magnus "potrząsał" jego osadzonymi. Było to całkowicie sprzeczne z jego regułami. Wszystko miało odbywać się zgodnie z odpowiednimi paragrafami. Zasady Magnusa wyglądały inaczej. Jeśli chciało się do czegoś dojść w tym świecie, trzeba było czasami olewać przepisy i działać w słynnej szarej strefie. Wszystko było kwestią interpretacji.
Wychodząc stamtąd, pogwizdywał. Załatwił sobie kolejnego informatora. I to nie byle jakiego. To Samir Nasimi. Młodszy brat zasranego Araba Adnana Nasimiego.
Wcześniej tego dnia pojechał pod adres rodziny Nasimich, siedział w samochodzie i czekał. Wkrótce potem pojawił się braciszek. Magnus analizował jego wygląd i ubranie. Wrócił do pracy i zajął się kilkoma sprawami włamań, które zalegały na jego biurku. Znalazł wśród nich zgłoszenie, w którym rysopis sprawcy nieźle pasował do Samira.
Arab, szesnaście, osiemnaście lat.
Wzrost: sto osiemdziesiąt-sto osiemdziesiąt pięć centymetrów, normalna budowa ciała. Duży nos, krzaczaste brwi.
Ubrany w czarną bluzę z kapturem i niebieskie dżinsy.
Magnus zadzwonił do prokuratora. Uzyskanie pozwolenia na zastosowanie środków przymusu wobec Samira zajęło mu minutę. Dwie godziny później on i jego ludzie mieli już w rękach klucz do arabskiego jebaki Adnana Nasimiego.