Pawian - Anna Karolina

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Kurwa! Ad­nan spoj­rzał w lu­sterko wsteczne. Cho­lerny saab wciąż za nim je­chał. Nie ma wąt­pli­wo­ści. Go­nili go. Gaz do de­chy albo śmierć. Niech to szlag.

Wi­dział go na sta­cji Sta­toil, gdzie stał krzywo za­par­ko­wany. Nie zwró­cił na to więk­szej uwagi. Za­tan­ko­wał i wcią­gnął kilka razy po­wie­trze głę­boko w płuca. Uwiel­biał za­pach ben­zyny. Strzep­nął płyn z węża, nie mógł do­pu­ścić do tego, by choć jedna kro­pla spa­dła na dia­men­to­wo­czarny la­kier. Kiedy do­stał klu­czyki, był nie­sły­cha­nie dumny. Rósł z tym sa­mo­cho­dem. Rósł jego pre­stiż. Wi­dział, jak inni fa­ceci pa­trzą na niego z dziw­nym bły­skiem w oku. Był kimś. On i sa­mo­chód - ra­zem sta­no­wili naj­lep­szy ma­gnes na ko­biety.

Gdy pła­cił, przyj­rzał się do­kład­nie la­sce za kasą. Rzu­cił na ladę paczkę gu­mek. Na­de­szły nowe czasy. Cu­downe czasy. Czas po­ru­chać po pra­wie pół­tora roku zjeż­dża­nia na ręcz­nym w ki­ciu. W celi z zim­nymi be­to­no­wymi ścia­nami i krzy­wym mi­nia­tu­ro­wym łóż­kiem nie ma ni­czego szcze­gól­nie pod­nie­ca­ją­cego. Fan­ta­zja mu­siała mu wy­star­czyć.

Pie­przony saab wła­śnie go do­go­nił. Na ulicy Drot­t­nin­gholm­svägen. Dra­nie wpu­ścili mię­dzy nich inny sa­mo­chód. My­śleli, że są tacy cwani. Na Ulvsun­da­vägen wje­chali na pas obok niego. Znów się cof­nął. Kurwa mać. Tym ra­zem go­ryle Mi­lo­rada go za­rą­bią. Obe­drą ze skóry.

Ostat­nio tylko cu­dem udało mu się prze­żyć. Ale jego ho­nor legł w gru­zach. Ca­ło­wał ich brudne bu­ciory. Li­zał je. A oni chi­cho­tali, tak jak po­tra­fią chi­cho­tać tylko ju­gol­skie świ­nie. Do­ma­gali się pie­nię­dzy. Naj­le­piej na wczo­raj.

- Ra­zem z od­set­kami to trzy­sta pięć­dzie­siąt tysi - po­wie­dział Mi­lo­rad swoim chra­pli­wym gło­sem, który mógłby śmier­tel­nie prze­ra­zić na­wet głu­chego. Rzu­cił swoim ad­iu­tan­tom spoj­rze­nie mó­wiące "jesz­cze je­den kop­niak". Żoł­nierz przy­po­mi­na­jący bu­dową ciała go­ryla za­mach­nął się po­tęż­nie i tra­fił go do­kład­nie w splot sło­neczny. Na szczę­ście bra­ko­wało mu tech­niki, ale efekt i tak był po­wa­la­jący. Ad­nan chciałby zo­ba­czyć gwiazdy. Za­miast tego wszystko zro­biło się czarne. Do­stał ataku pa­niki. Jego płuca bła­gały o po­wie­trze. Le­żał w po­zy­cji pło­do­wej jak pie­przone nie­mowlę. A oni stali wo­kół niego. Mur brud­nych bu­cio­rów. Śmiali się. Ko­pali. Pluli. Si­kali. I znów się śmiali. Na­cie­rali mu twarz gliną. Wci­skali mu ją do ust. Glinę ze szczy­nami peł­nymi ana­bo­li­ków.

- Ty i twój arab­ski kum­pel ma­cie jesz­cze ty­dzień. A po­tem bę­dzie­cie żreć coś in­nego niż glinę.

Śmie­chy. Kop­niaki. To było wtedy. Ale już ni­gdy wię­cej.

Saab znów był wi­doczny w lu­sterku wstecz­nym. Ad­nan mu­siał wy­my­ślić coś spryt­nego. I to szybko. Kiedy serce wali jak mło­tem, trudno zdo­być się na ge­nialne po­my­sły. Nie­da­leko znaj­do­wała się sta­cja Shell. Na prawo dziel­nica wil­lowa. Tam na pewno ich zgubi. Jego sa­mo­chód miał ogrom­nego kopa. Pięć­set dwa­dzie­ścia koni pod ma­ską. Wci­snął gaz do de­chy i od­da­lił się od nich. Wi­dział, jak po bo­kach zni­kają ko­lejne domy. Ści­snął kur­czowo kie­row­nicę i wje­chał w tę dziel­nicę. Zro­bił to co zwy­kle - skrę­cił naj­pierw w prawo, a po­tem znowu w prawo. Kla­syczny ma­newr. Krę­cił kie­row­nicą jak sza­lony. Po­tem wró­cił na wła­ściwy kurs.

Ko­lejne skrzy­żo­wa­nie, znów w prawo. Wkrótce po­wi­nien po­zbyć się z ogona tego sa­aba. Albo i nie. Na jezdni na­gle po­ja­wiły się be­to­nowe blo­kady. Ad­nan wci­snął ha­mu­lec. Wrzu­cił wsteczny. I znów do przodu. Ośle­piły go re­flek­tory, które po­ja­wiły się w lu­sterku wstecz­nym.

Bum! Ude­rzył głową w kie­row­nicę. Za­krę­ciło mu się w gło­wie, ale wciąż my­ślał na tyle trzeźwo, że wie­dział, iż musi stam­tąd ucie­kać. Jego duma nie prze­ży­łaby ko­lej­nej po­rażki. Po­dob­nie jak jego matka. A wtedy za­uwa­żyła tylko guza na czole i nik­nący już si­niak pod okiem. Oj­ciec po­wie­dział, że po­tem przez kilka ty­go­dni nie mo­gła spać. Ad­nan pró­bo­wał w jak naj­więk­szym stop­niu uni­kać swo­ich ro­dzi­ców, ale jego młod­szy brat Sa­mir miał za­koń­cze­nie roku i trzeba było po­ka­zać swoją zde­mo­lo­waną twarz.

Ad­nan wci­snął gaz. Saab puk­nął go od tyłu jak na­pa­lony pe­dał. Bum! Cof­nął się nieco, bum! Znowu się cof­nął. Ten gość się nie pod­da­wał. Ad­nan przy­spie­szył jesz­cze, ale kie­rowca sa­aba wy­da­wał się co­raz bar­dziej pod­nie­cony. Ude­rzył z jesz­cze więk­szą siłą. Bum! Ad­nan wpadł w po­ślizg i z tru­dem omi­nął drzewo. Stra­cił przy­czep­ność i su­nął jak mistrz jazdy fi­gu­ro­wej na lo­dzie, aż w końcu się za­trzy­mał.

Ktoś otwo­rzył drzwi pa­sa­żera i za­krył mu usta dło­nią. Wy­cią­gnął z sa­mo­chodu, przy­ci­snął twarz do ziemi. Wy­krę­cił ręce. Ad­nan pró­bo­wał się uwol­nić. Pro­te­sto­wał. Wy­wi­jał. I znów pro­te­sto­wał.

Na­gle po­czuł, jakby ktoś wbił mu noże w oczy. Pa­liło go strasz­li­wie, lały się łzy, nic nie wi­dział. Te dra­nie miały gaz łza­wiący i wrzesz­czały jak zwie­rzęta. Ad­nan też za­czął krzy­czeć. Po ca­łej tej wrza­wie usły­szał głos zbyt wy­soki, by na­le­żał do męż­czy­zny. Coś tu było nie tak. Zu­peł­nie się nie zga­dzało. Spró­bo­wał roz­po­znać ten krzyk i wkrótce ode­tchnął z ulgą.

To po­li­cjantka. A więc nie umrze. Nie dziś.

- Po­li­cja! Nie ru­szaj się, do dia­bła. Ina­czej zrobi się jesz­cze go­rzej.

Wrzesz­czała jak na­jęta. Wszy­scy krzy­czeli. Ktoś przy­ci­skał mu ra­miona ko­la­nem.

- Pie­przone dra­nie! - ryk­nął Ad­nan. - Pró­bo­wa­li­ście mnie roz­je­chać!

Gaz spra­wiał, że Ad­nan pła­kał jak roz­hi­ste­ry­zo­wana pa­nienka, kiedy na nich krzy­czał. Upo­ko­rze­nie było to­talne.

- Po co ten gaz łza­wiący? Pie­przone tchó­rze!

- To nie gaz łza­wiący. To gaz pie­przowy. Je­śli tylko się uspo­ko­isz, to za­czniemy go neu­tra­li­zo­wać. To nic groź­nego.

Ad­na­nowi zwi­sały z nosa gluty aż do pod­bródka, jak białko ze świeżo roz­bi­tego jajka.

- W du­pie mam, co to jest. Kurwa.

Oczy pie­kły go po­twor­nie.

- To tylko chili, nic groź­nego.

Je­śli ta suka za­raz się nie za­mknie, to da jej klapsa. Obije jej ryj. Pie­przyć sy­tu­ację. Pie­przyć kon­se­kwen­cje.

Mrocz­niej­szy głos.

- Wiem, że to strasz­nie boli. Ale je­śli się uspo­ko­isz, bę­dziemy mo­gli cię po­sa­dzić i szybko po­czu­jesz się le­piej.

- Je­stem spo­kojny.

- Roz­luź­nij ra­miona, że­by­śmy mo­gli cię po­sa­dzić.

Ad­nan zmniej­szył na­pię­cie bi­cep­sów, które jesz­cze tego sa­mego dnia pom­po­wał do gra­nicy moż­li­wo­ści. Chyba trzeba od­pu­ścić.

- No wła­śnie, do­sko­nale. To te­raz cię po­sa­dzimy. Tylko spo­koj­nie.

Ad­nan pró­bo­wał otwo­rzyć oczy, żeby zo­ba­czyć, co to za oferma po­cie­sza go jak przed­szko­lanka. Od­ruch mru­ga­nia mu to unie­moż­li­wił. W tych krót­kich chwi­lach, kiedy uda­wało mu się utrzy­mać oczy otwarte, za­uwa­żył trzy osoby, może cztery.

- Masz tu ście­reczkę - po­wie­działa przed­szko­lanka, da­jąc mu coś wil­got­nego. - Dla­czego pró­bo­wa­łeś ucie­kać?

- Skąd mo­głem wie­dzieć, że je­ste­ście gli­nia­rzami?

- Ad­nan, pró­bu­jemy być mili. Trak­tu­jemy cię tak jak ty nas. To chyba uczciwe.

Przed­szko­lanka wy­da­wała się tu rzą­dzić.

- To, co ro­bi­cie, jest miłe? Pró­bu­je­cie mnie ze­pchnąć z drogi, a po­tem pry­ska­cie w twarz ga­zem łza­wią­cym.

- To gaz pie­przowy, zro­biony z chili. Nic groź­nego.

Suka po pro­stu nie mo­gła prze­stać mó­wić o tym chili.

Ad­nan tym ra­zem po­sta­no­wił nie od­po­wia­dać. Le­piej przy­jąć non­sza­lancką po­stawę. Nie za­mie­rzał się zni­żać do roz­mowy z pie­przoną gliną.

- Sy­gna­li­zo­wa­li­śmy i uży­li­śmy li­zaka - po­wie­działa przed­szko­lanka. - Nie wi­dzia­łeś?

Nie wi­dział. Je­dyne, co stało mu przed oczami, to Ju­gole, glina i szczyny. Znisz­czona god­ność.

- A w ogóle to skąd wie­cie, kim je­stem?

- Pra­cu­jemy przy pro­jek­cie No­vej. Znasz go?

Ad­nan aż wy­pro­sto­wał się z dumy. Prze­miana z ma­żą­cej się panny w sie­ją­cego po­strach prze­stępcę.

A więc był na li­ście No­vej. Tak się go bali, że włą­czyli do naj­więk­szego po­li­cyj­nego pro­jektu obej­mu­ją­cego naj­gor­szych prze­stęp­ców w ca­łym Sztok­hol­mie. Był jed­nym z naj­nie­bez­piecz­niej­szych w ca­łym mie­ście, a może i kraju. Naj­groź­niej­szy. Naj­po­twor­niej­szy.

- Wiem, czym się zaj­mu­je­cie - od­po­wie­dział.

- Masz coś przy so­bie? - Suka ści­snęła Ad­nana. - Prze­szu­kamy cię, więc mo­żesz rów­nie do­brze wy­jąć to, co masz.

- A szu­kaj­cie so­bie, ile chce­cie. Nic nie znaj­dzie­cie.

Był czy­sty jak łza. Nie wcią­gał nic od czasu, kiedy go za­mknęli.

- Mo­żesz te­raz wstać. Kiedy ostat­nio coś bra­łeś?

- Przy­głu­pia je­steś czy co? Nie biorę już tego gówna.

- A co bra­łeś wcze­śniej?

Ta suka na­prawdę prze­sa­dzała. Ad­nan za­pro­te­sto­wał mil­cze­niem.

- A co wy­rzu­ci­łeś przez okno?

O czym oni, kurwa, mó­wią?

- Nie uda­waj głu­piego, spraw­dzimy prze­cież, co to było.

Ach tak. Kiedy wy­jeż­dżał ze sta­cji, wy­rzu­cił pa­pie­rek po gu­mie do żu­cia. I w tym wszyst­kim o to cho­dzi? O pa­pie­rek? Eks­tra o smaku mię­to­wym. Niech so­bie szu­kają. I niech im to zaj­mie wiecz­ność.

Ini­cja­tywę prze­jęła przed­szko­lanka.

- Ostat­nio od­sie­dzia­łeś pół­tora roku za po­sia­da­nie nar­ko­ty­ków, prawda?

- Skoro tak mó­wi­cie...

- Pew­nie nie masz ochoty znowu zna­leźć się za krat­kami? Bo wiesz, nie masz prawa jazdy. Bę­dzie więc pro­wa­dze­nie po­jazdu bez upraw­nień.

Ad­nan mru­gnął oczami, żeby móc przyj­rzeć się przed­szko­lance.

- Za to chyba mnie nie za­mknie­cie? Moje wcze­śniej­sze po­ważne wy­kro­cze­nia zo­stały skre­ślone.

- To pew­nie przez to, że jed­no­cze­śnie po­peł­ni­łeś prze­stęp­stwo nar­ko­ty­kowe, od­pu­ścili ci wszystko inne. Mogę cię jed­nak po­in­for­mo­wać, że za wy­kro­cze­nia też można po­sie­dzieć, warto więc tro­chę po­my­śleć. A w ogóle czyj to sa­mo­chód?

- Ko­legi.

- A ten ko­lega jak się na­zywa?

Ad­nan wy­tarł nos.

- A bo co? On nie ma z tym nic wspól­nego.

- Chcia­łam tylko być miła i po­in­for­mo­wać two­jego ko­legę Diara, że wła­śnie stra­cił swój no­wiutki wóz.

- Kurwa, nie mo­że­cie mi za­brać sa­mo­chodu!

- Wiesz, Ad­nan, ni­gdy nie ro­bimy cze­goś, czego nam nie wolno. W ciągu ostat­niego mie­siąca zo­sta­łeś za­trzy­many w tym po­jeź­dzie trzy razy i wie­lo­krot­nie cię w nim wi­dy­wano. Tak więc ty je­steś jego użyt­kow­ni­kiem i zo­sta­nie za­bez­pie­czony. Mo­żesz te­raz pró­bo­wać wy­my­ślić dla swo­jego ko­legi ja­kąś wia­ry­godną hi­sto­ryjkę. Przy­pusz­czam, że nie bę­dzie za­do­wo­lony?

Ad­nan za­czął się trząść.

- Pro­szę, daj­cie mi po­ważne wy­kro­cze­nie, rób­cie, co chce­cie. Ale nie za­bie­raj­cie sa­mo­chodu. Ja go tylko po­ży­czy­łem.

- Wiesz, że ro­bimy tylko to, co do nas na­leży. Mamy dwa po­ważne po­wody, żeby za­brać wóz. Pierw­szy jest taki, że re­gu­lar­nie pro­wa­dzisz bez prawa jazdy, a drugi, że masz długi u ko­mor­nika. To dość dziwne, że je­steś wi­nien pra­wie pół mi­liona, czego nie je­steś w sta­nie spła­cić, a jed­no­cze­śnie jeź­dzisz po mie­ście sa­mo­cho­dem, który jest wart mniej wię­cej tyle samo.

- Ale to nie mój, do cho­lery.

To nie wy­glą­dało do­brze. Ad­nan się po­cił. Mieli za­brać furę Diara. Jego grudkę złota.

Gli­nia­rze nisz­czą mu ży­cie! Bar­dziej niż ju­gol­skie świ­nie.

10

Ad­nan znów sie­dział w uko­cha­nym sa­mo­cho­dzie jego ojca Hos­se­ina. Przez ostatni ty­dzień hy­un­dai był jego dru­gim do­mem.

Auto stało na par­kingu ga­le­rii han­dlo­wej Ki­sta. Par­ko­wał przed ga­le­rią. Jeź­dził wo­kół ga­le­rii.

Ad­nan chciał do­brze po­znać ru­tynę prze­wozu pie­nię­dzy. Wy­da­wało się to jed­nak nie­moż­liwe. Fur­go­netka przy­jeż­dżała ra­czej lo­sowo. Ad­nan zro­bił no­tatki na te­mat bu­dowy ciała ochro­nia­rzy. Ich pracy. Wy­po­sa­że­nia. Czy byli szybcy? Silni? Grubi? Czujni? Le­niwi? Pod­nie­ceni?

Ad­nan za­czął się za­sta­na­wiać, dla­czego tak na­prawdę ob­ser­wuje te trans­porty. Z Mi­ra­nem jako je­dy­nym to­wa­rzy­szem szanse były rów­nie duże jak wy­gra­nie mi­liona w lotto. Gdyby jed­nak miał ko­goś we­wnątrz... Ko­goś, kto mógłby dać mu cynk o po­zba­wio­nym lo­giki har­mo­no­gra­mie trans­por­tów. Kurwa mać. Na­prawdę spodo­bał mu się ten po­mysł.

Ad­nan we­pchnął do ust ostat­nią bu­łeczkę cy­na­mo­nową i zgniótł to­rebkę. Rzu­cił ją na pod­łogę po stro­nie pa­sa­żera. Wy­glą­dała jak śmiet­nik, pełno tam było po­gnie­cio­nych opa­ko­wań po chip­sach, sło­dy­czach, soku, bu­te­lek, pa­pie­rów po ka­nap­kach i kar­to­ni­ków z McDo­nalda.

Ta ob­ser­wa­cja źle wpły­wała na jego syl­wetkę. Od ty­go­dnia nie ćwi­czył i od tego sie­dze­nia urósł mu brzuch. Uchy­lił okno, żeby prze­wie­trzyć. Czas wró­cić do formy. Taki skok to nie żarty. Kon­dy­cja była tu rów­nie ważna jak dla za­wo­do­wego spor­towca.

Ad­nan od­krę­cił bu­telkę soku jabł­ko­wego. Już pra­wie się na­pił, kiedy za­uwa­żył po­myłkę: tej sa­mej bu­telki użył jako noc­nika, żeby nie opusz­czać swo­jej po­zy­cji. Wy­rzu­cił ją przez okno. Kilka kro­pel zo­stało mu na pal­cach. Czas od­po­cząć. Za długo pra­co­wał. Mózg prze­stał mu funk­cjo­no­wać.

Ru­szył w stronę miesz­ka­nia ro­dzi­ców w dziel­nicy Ten­sta. Wcze­śniej dzwo­niła matka, za­pra­sza­jąc go na obiad. Po ca­łym tym śmie­cio­wym żar­ciu, które w sie­bie wci­skał, było to bar­dzo ku­szące.

Na klatce scho­do­wej po­wi­tał go do­brze znany za­pach - mie­szanka sma­ko­wi­tego je­dze­nia i pod­upa­dłej nie­ru­cho­mo­ści. Nie cho­dziło o to, że wła­ści­ciel za­nie­dby­wał sprzą­ta­nie. Utrzy­ma­nie po­rządku unie­moż­li­wiała mło­dzież z Ten­sty. Wszę­dzie wi­dać było ślady nie­daw­nej ak­tyw­no­ści. Pety, zu­żyte pre­zer­wa­tywy, pu­ste puszki, ka­łuże mo­czu, wy­pluta guma do żu­cia, wszystko. Mimo za­pa­chu Ad­nan czuł się tu jak w domu.

Kiedy wszedł do miesz­ka­nia, matka roz­pro­mie­niła się na jego wi­dok.

- Ad­nan, ko­cha­nie.

Wzięła jego twarz w dło­nie. Przyj­rzała mu się do­kład­nie. Po­ca­ło­wała. Po­tem matka za­chmu­rzyła się rów­nie szybko, jak wcze­śniej roz­ja­śniła.

- A te­raz mi wy­ja­śnisz, o co w tym wszyst­kim cho­dzi.

Po­dała mu otwarty list.

Nie­bie­ska ko­rona na ko­per­cie zdra­dzała, że pi­smo wy­słała po­li­cja. Taka wła­śnie nie­do­god­ność wią­zała się z za­mel­do­wa­niem u ro­dzi­ców. A za­leta: gli­nia­rzom trud­niej było prze­pro­wa­dzić prze­szu­ka­nie w miej­scu, w któ­rym fak­tycz­nie miesz­kał. U Diara. A tam oczy­wi­ście w spi­sie lo­ka­to­rów nie wid­niało na­zwi­sko ani jego, ani Diara. Na drzwiach zo­sta­wili wi­zy­tówkę Kjel­l­grena, fa­ceta, od któ­rego Diar pod­naj­mo­wał miesz­ka­nie.

Hos­sein wyj­rzał z kuchni. Cze­kał na wy­ja­śnie­nie.

Ad­nan przej­rzał pi­smo.

- To nic wiel­kiego. Za­trzy­mali mnie i prze­pro­wa­dzili zwy­kłą kon­trolę.

- A dla­czego je­cha­łeś sa­mo­cho­dem? - Matka wy­glą­dała na jesz­cze bar­dziej na­chmu­rzoną.

- Wiesz prze­cież, że mu­szę. Ina­czej się nie da.

- Jak to się nie da? Mo­żesz jeź­dzić me­trem jak wszy­scy inni. Nie masz prawa jazdy. Nie wolno ci pro­wa­dzić.

Matka rzu­ciła mu sro­gie spoj­rze­nie.

- Sły­szysz, co mó­wię?

- Tak, tak.

- A przy oka­zji, jak tu przy­je­cha­łeś?

- Mam prze­cież hy­un­daia.

Hos­sein na­gle wziął stronę Ad­nana.

- Ma ko­le­gów, któ­rzy go wożą.

Ad­nan wy­swo­bo­dził się z mat­czy­nych ob­jęć i wszedł do sa­lonu. Ro­dzice ni­gdy nie prze­ko­nali się do stylu Ikei. Za­miast tego mieli ru­sty­kalne me­ble z wy­my­ślo­nymi de­ta­lami, mar­mu­rowe po­sągi, stół ze szkla­nym bla­tem, per­skie dy­wany. Jego młod­szy brat le­żał na ogrom­nej, bia­łej skó­rza­nej so­fie i ga­pił się na ame­ry­kań­ski se­rial Cops. Jak zwy­kle.

Spoj­rzał w górę spod czapki z dasz­kiem.

- Siema. Jak leci? Znowu wpa­dłeś w kło­poty?

Ad­nan za­sta­no­wił się, jak dużo po­wi­nien po­wie­dzieć. Cza­sami do­brze było otwo­rzyć serce przed bra­tem. Mimo że miał le­dwo sie­dem­na­ście lat. Obec­ność ro­dzi­ców spra­wiała jed­nak, że nie mo­gli po­roz­ma­wiać.

- Nie, nic szcze­gól­nego. Ale gli­nia­rze cią­gle się mnie cze­piają jak pi­jawki.

- Chyba wiesz, że żeby pro­wa­dzić sa­mo­chód w Szwe­cji, trzeba mieć prawo jazdy?

- To nie daje im prawa, żeby mnie cią­gle za­trzy­my­wać.

- To nie da­waj im oka­zji. Ko­rzy­staj z me­tra. To tylko taka wska­zówka od przy­szłego ro­dzin­nego po­li­cjanta.

Sa­mir sku­pił się na te­le­wi­zo­rze, gdzie ame­ry­kań­ski ra­dio­wóz pró­bo­wał ze­pchnąć ja­kie­goś nie­win­nego czło­wieka z drogi. Świ­nia.

- Jesz­cze nie wy­ro­słeś z tych po­pa­pra­nych ma­rzeń?

- A dla­czego? To by­łoby prze­cież ta­kie za­bawne. Prze­stępca i po­li­cjant w jed­nej ro­dzi­nie. Mógł­byś być moim ka­pu­siem.

- Je­steś pie­prz­nięty.

Ad­nan rzu­cił w brata po­duszką.

- Aj! - Sa­mir zsu­nął ją na pod­łogę i znów się po­ło­żył.

- Wy­obraź so­bie na przy­kład, że masz za­je­bi­stą dziew­czynę. A po­tem ona cię zdra­dza z ja­kimś fa­ce­tem. Wtedy wy­star­czy, że po­roz­ma­wiasz ze mną i opo­wiesz o ja­kimś skoku albo czymś ta­kim, który ten ko­leś zro­bił, a ja go wsa­dzę za kratki. W ten spo­sób się od niego uwol­nisz i nie bę­dziesz mu­siał wy­ko­ny­wać czar­nej ro­boty.

Za­do­wo­lony z sie­bie Sa­mir usiadł na so­fie.

Ad­nan wpa­try­wał się w niego. Pró­bo­wał zna­leźć oznaki psy­chozy po ha­szy­szu.

- Skąd ci to przy­szło do głowy?

Bra­ci­szek był dziś dziwny. Co prawda czę­sto miał ory­gi­nalne po­my­sły, ale ten to już prze­sada. Ad­nan ko­chał Sa­mira. Zro­biłby dla niego wszystko. Sza­no­wał na­wet to, że chciał przy­łą­czyć się do jego prze­ciw­ni­ków. Mimo że sy­tu­acja w ro­dzi­nie zro­bi­łaby się nie­zręczna.

Czy był za­zdro­sny? Może troszkę. On też chciał, żeby Hos­sein był z niego dumny. Dla Ad­nana jed­nak było już o wiele za późno, żeby stać się ide­al­nym sy­nem. Zresztą za­wsze tak było. Ro­bił to, co jego kum­ple. Za­czy­nał tak jak więk­szość: po­pa­lał po kry­jomu i pod­kra­dał rze­czy. Nie­długo póź­niej po­ja­wił się ha­szysz i na­pa­ści na lu­dzi. Po­tem pro­wa­dził po­dobne ży­cie, tylko bar­dziej in­ten­sywne. Za­nim zdą­żył się zo­rien­to­wać, był już na li­ście No­vej i po­szu­ki­wała go ju­go­sło­wiań­ska ma­fia. Może ta­kie ży­cie nie było pełną idyllą. Ale było jego wła­sne i nie za­mie­niłby go na żadne inne. Być może przy­da­łoby się tylko kilka szczę­śliw­szych chwil.

Mimo nie­for­tun­nego po­czątku obiad prze­bie­gał dość do­brze. Do­mowe pie­rogi mamy za­wsze były wy­śmie­nite. Ad­nan zjadł cztery, jego brat pięć. Nie­prze­rwa­nie ze sobą kon­ku­ro­wali, ale tym ra­zem Ad­nan się pod­dał. Ob­wód w ta­lii był waż­niej­szy od pre­stiżu.

Pod­czas obiadu Ad­nan do­wie­dział się, że Sa­mir zo­stał za­trzy­many przez po­li­cję, ale była to po­myłka. Gli­nia­rze przy­szli na­wet do domu i wę­szyli w po­koju brata. Za­nim stwier­dzono błąd, Hos­sein i matka od­cho­dzili od zmy­słów i wciąż nie do­szli cał­kiem do sie­bie. Sa­mir nie wy­da­wał się szcze­gól­nie po­ru­szony. Ra­czej za­do­wo­lony, że w końcu zo­ba­czył, jak od środka wy­gląda jego przy­szła praca ma­rzeń. Ten brat był na­prawdę dziwny.

Ja­kąś go­dzinę póź­niej Ad­nan po­że­gnał się z ro­dziną i wy­szedł na po­dwó­rze. Ro­zej­rzał się uważ­nie do­okoła. Czy zza ja­kie­goś krzaka wy­sko­czą by­dlaki Mi­lo­rada? Ter­min mi­nął już dawno i Ju­gole go szu­kali. Całe mia­sto wie­działo, co się dzieje. Ktoś, kto znał ko­goś, kto znał ko­goś, usły­szał, że ja­kiś Ju­gol o niego py­tał. Ad­nan się cie­szył, że miesz­kał u Diara. Nie­wielu o tym wie­działo. Cią­głe na­pię­cie jed­nak źle na niego wpły­wało. Tra­cił ener­gię. Je­dy­nym czło­wie­kiem, który mógł mu po­móc, był Vin­cent. Dla­czego ten pe­dał nie dzwoni?

Ad­nan je­chał hy­un­da­iem w stronę swo­jej se­kret­nej sie­dziby. Tak na­prawdę po­wi­nien kon­ty­nu­ować ob­ser­wa­cję, ale to mu­siało na ra­zie po­cze­kać. Był zmę­czony. Ostat­nio dużo pra­co­wał. Po­trze­bo­wał ko­legi, z któ­rym mógłby się po­dzie­lić za­da­niem. A te­raz, kiedy jego plany za­częły się kry­sta­li­zo­wać, Mi­ran wy­da­wał się jesz­cze mniej przy­datny do tej ro­boty. Pew­nie za­cząłby ob­ser­wo­wać nie tę ga­le­rię, co trzeba. Ad­nan od wie­ków nie roz­ma­wiał z tym ćpu­nem. Może pora spraw­dzić, w ja­kim jest sta­nie.

11

Amanda stała przed lu­strem i ma­lo­wała tu­szem rzęsy. Uśmiała się ze swo­jej sku­pio­nej miny. Na­pięte wargi, otwarte usta. Sze­roko otwarte oczy. Pełne sku­pie­nie na tym, żeby nie po­wstały żadne grudki ani żeby się nie po­bru­dzić. Tusz do rzęs był naj­lep­szym przy­ja­cie­lem Amandy. Nie miało zna­cze­nia, że ma tylko zejść do pralni. Mu­siała się po­ma­lo­wać, ina­czej czuła się naga.

Zbli­żała się trze­cia po po­łu­dniu. Amanda pra­co­wała w nocy i czuła się jak zom­bie. Nocki da­wały jej w kość. Znacz­nie bar­dziej, niż było to po niej wi­dać. Jak to zno­sili ko­le­dzy, który pra­co­wali na zmiany znacz­nie dłu­żej niż ona?

O szó­stej miała spo­tkać się z Vicky w Kung­shol­men. Nie wi­działy się przez całe lato. Vicky pra­co­wała przez dwa mie­siące na Go­tlan­dii, na de­le­ga­cji, żeby za­stą­pić ko­le­gów, któ­rzy też chcieli mieć urlop. Amandę cie­ka­wiło, jak się tam czuła.

Po­je­chała me­trem do mia­sta. Nie­bie­ską li­nią - tą naj­głęb­szą. Wy­szła wcze­śnie. Nad­szedł czas, aby po­roz­ma­wiać z Jen­sine, fry­zjerką i ko­le­żanką Sanny. Pra­co­wały w tym sa­mym sa­lo­nie i sio­stra czę­sto o niej mó­wiła, kiedy opo­wia­dała Aman­dzie o tych wszyst­kich cie­ka­wych rze­czach, które ro­biła w Sztok­hol­mie.

Amanda spo­tkała Jen­sine pierw­szy i je­dyny raz na po­grze­bie Sanny. Była zroz­pa­czona i pła­kała rzew­nymi łzami. Po po­grze­bie Amanda usia­dła obok niej, żeby do­wie­dzieć się wię­cej o wiel­ko­miej­skim ży­ciu sio­stry. Jen­sine opo­wie­działa, że po­znały się w sa­lo­nie. Czę­sto ra­zem wy­cho­dziły i im­pre­zo­wały. Obie były prze­cież sin­giel­kami. Nie mo­gła zro­zu­mieć, dla­czego to wszystko się stało. Sanna była prze­cież taką ra­do­sną dziew­czyną.

Amanda za­kwe­stio­no­wała to, że jej sio­stra była sa­motna. To kim był wtedy Ad­nan?

Jen­sine mil­czała przez chwilę. Po­tem po­wie­działa, że Sanna rze­czy­wi­ście spo­tkała się kie­dyś z Ad­na­nem. Ale nic po­waż­nego z tego nie wy­szło. Była w nim jed­nak mocno za­ko­chana.

Dla­czego Ad­nan nie przy­szedł na po­grzeb? Jen­sine nie miała po­ję­cia.

A jak on się na­zy­wał? Na­simi. Jen­sine tro­chę zbyt długo się wa­hała, za­nim to po­wie­działa. Amanda na ra­zie za­do­wo­liła się tymi ską­pymi in­for­ma­cjami. Za­uwa­żyła, że dziew­czyna nie jest go­towa do roz­mowy. Oko­licz­no­ści nie były naj­bar­dziej sprzy­ja­jące.

Amanda zna­la­zła imię Ad­nana w pa­mięt­niku Sanny. Po­ja­wiało się co­raz czę­ściej. Za­wsze jako "Ad­nan" lub duże "A". Cza­sami "uko­chany". Jen­sine chyba mó­wiła prawdę o tym, że nic po­waż­nego z tego nie wy­szło. Sanna ni­gdy Aman­dzie nie wspo­mniała o Ad­na­nie. Dla­czego?

Je­dy­nym tro­pem pro­wa­dzą­cym do Ad­nana, A, uko­cha­nego, był jego nu­mer te­le­fonu, który Amanda zna­la­zła tego dnia w ko­mórce sio­stry. Był ostat­nią osobą, do któ­rego Sanna dzwo­niła. Nu­mer na­le­żał do te­le­fonu na kartę i był nie do wy­śle­dze­nia.

Dzięki Jen­sine po­znała jego pełne imię i na­zwi­sko. Ad­nan Na­simi. Ad­nan uko­chany Na­simi. Fa­cet, który był nie­po­ważny. Który nie przy­szedł na po­grzeb swo­jej tym­cza­so­wej dziew­czyny. Na po­grzeb cu­dow­nej, ko­cha­nej sio­stry Amandy.

Wście­kłość.

Amanda wy­sia­dła z me­tra przy ra­tu­szu i ru­szyła w stronę Fri­dhems­ga­tan. Może fakt, że od tam­tych wy­da­rzeń mi­nęły cztery lata, sprawi, że Jen­sine bę­dzie bar­dziej chętna do roz­mowy. Sa­lon fry­zjer­ski le­żał na skrzy­żo­wa­niu ulic Fri­dhems­ga­tan i Sche­ele­ga­tan. Amanda miała na­dzieję, że Jen­sine wciąż tam pra­cuje. Kiedy otwo­rzyła drzwi, ode­zwał się dzwo­nek. Za­pach­niało pły­nem do trwa­łej.

Jen­sine stała na dru­gim końcu po­koju. Ro­biła pa­semka ja­kieś star­szej ko­bie­cie. Dziew­czyna przy ka­sie uśmiech­nęła się prze­sad­nie miło.

- Dzień do­bry, czym mogę słu­żyć?

- Chcia­ła­bym za­mó­wić wi­zytę u Jen­sine.

- Spraw­dzę, kiedy ma wolne.

Dziew­czyna za­częła kart­ko­wać wielki ka­len­darz.

- Chcia­ła­bym sama z nią po­mó­wić. Bę­dzie po­trze­bo­wała dla mnie tro­chę wię­cej czasu.

- Oczy­wi­ście.

Dziew­czyna po­szła w stronę Jen­sine. Po­roz­ma­wiała z nią chwilę. Jen­sine spoj­rzała w stronę Amandy. Naj­pierw się uśmiech­nęła. Po­tem chyba ją so­bie przy­po­mniała. Uśmiech na­gle stał się sztuczny. Odło­żyła fo­lię i mi­seczkę, które trzy­mała, po czym po­de­szła do Amandy.

- No cześć. Je­steś sio­strą Sanny, prawda?

- Tak, zga­dza się.

- Miesz­kasz te­raz w Sztok­hol­mie?

- Tak.

Amanda mil­czała przez chwilę. Za­uwa­żyła, że Jen­sine zro­biła się tro­chę ner­wowa.

- Więc chcesz się do mnie za­pi­sać?

- Nie. Po­my­śla­łam, że po­win­ny­śmy po­roz­ma­wiać. Naj­le­piej te­raz.

Wa­ha­nie.

- Skoń­czę tylko pa­semka klientce, a po­tem bę­dziemy mo­gły po­ga­dać, kiedy usią­dzie pod su­szarką. Mo­żesz po­cze­kać tu­taj. - Jen­sine wska­zała dło­nią kilka ró­żo­wych ro­ko­ko­wych fo­teli. Nad nimi wi­siał ozdobny krysz­ta­łowy kan­de­labr.

- Świet­nie.

- Ale nie będę miała wiele czasu. Póź­niej przy­cho­dzi na­stępna klientka.

Amanda usia­dła w jed­nym z fo­teli i za­częła prze­glą­dać uło­żone w stos cza­so­pi­sma. Ma­ga­zyny fry­zjer­skie, "Ży­cie na Go­rąco", "Naj", "Sma­kosz", "Dom i Ogród", "Elle", "Fan­tom". Dla każ­dego coś mi­łego. Wy­brała jedno z cza­so­pism fry­zjer­skich. Uwiel­biała je prze­glą­dać. Spraw­dzać, co bę­dzie modne w se­zo­nie. Zna­leźć coś, co mo­głaby so­bie zro­bić. Za­wsze miała chęć na zmiany. Nie­zmien­nie jed­nak koń­czyło się na ja­kiejś dłu­giej blond fry­zu­rze, którą przy­ci­nała eta­pami. Ta­kiej, jaką już miała.

Pod­nio­sła wzrok znad cza­so­pi­sma i przy­glą­dała się Jen­sine. Ona wy­glą­dała na dziew­czynę nie­bo­jącą się zmian. Kiedy ostat­nio się wi­działy, miała czarne włosy na pa­zia. Te­raz były dłuż­sze, bra­ko­wało im nie­wiele do ta­lii. Blond z ja­sno­czer­wo­nym od­cie­niem. Grzywka przy­cięta do po­łowy, zwi­sa­jąca nad oczami. Wy­glą­dała świet­nie. Mod­nie. Jak więk­szość fry­zje­rek.

Kwa­drans póź­niej klientka scho­wała głowę pod heł­mem i za­głę­biła się w lek­tu­rze "Naj", trzy­ma­jąc w ręce fi­li­żankę pa­ru­ją­cej kawy. Amanda i Jen­sine we­szły do po­koju dla per­so­nelu. Był tam mi­nia­tu­rowy aneks ku­chenny z roz­kła­da­nym sto­łem i dwoma krze­słami. Nie zmie­ści­łyby się tam wię­cej niż dwie osoby. Czyn­sze w Kung­shol­men były praw­do­po­dob­nie astro­no­miczne. Po­miesz­cze­nia dla per­so­nelu mu­siały ustą­pić miej­sca po­wierzchni sa­lonu. Jen­sine zro­biła dla nich obu kawę.

- No do­brze. A więc chcesz po­roz­ma­wiać o San­nie.

- Tak, mam sporo py­tań. Za­sta­na­wiam się, co tak na­prawdę się zda­rzyło. Sama wiesz prze­cież, jak bar­dzo ko­chała ży­cie. Trudno mi pójść da­lej, kiedy nie ro­zu­miem, dla­czego to się stało. Cią­gle o tym my­ślę. Dla­czego?

- Ro­zu­miem cię. Też by­łam w szoku. W końcu wi­dy­wa­ły­śmy się pra­wie co­dzien­nie. I ni­czego nie za­uwa­ży­łam.

- Nie?

- Nie, nie mia­łam po­ję­cia, że tak cierpi.

- A cier­piała?

- No na pewno, skoro... No wiesz.

- Tak - po­twier­dziła Amanda. - Za­uwa­ży­łam, że coś było nie tak. Z ja­kie­goś po­wodu była nie­szczę­śliwa. Ja­kaś ner­wowa. Ale wy­daje się dziwne, że ty, choć wi­dy­wa­łaś ją co­dzien­nie, ni­czego nie za­uwa­ży­łaś.

- No wiesz. Cza­sami była smutna z po­wodu tego fa­ceta, któ­rego po­znała. Ale to nie było nic ta­kiego, przez co ode­bra­łaby so­bie ży­cie. Każdy miewa pro­blemy ser­cowe, ale to prze­cho­dzi. Prawda?

- Prawda. I je­stem prze­ko­nana, że moja sio­stra nie za­biła się z po­wodu ja­kie­goś fa­ceta. Była na to za mą­dra. Twardo stą­pała po ziemi. Ale za­sta­na­wiam się te­raz, dla­czego za­częła brać nar­ko­tyki.

Jen­sine sie­działa jak spa­ra­li­żo­wana.

- Nie mów mi, że nic o tym nie wie­dzia­łaś. Cią­gle ra­zem wy­cho­dzi­ły­ście. Wiesz, kto ją wcią­gnął w to gówno?

Zrzu­ce­nie tej bomby po­dzia­łało.

- Ja? W ży­ciu.

- Kto to był? Bra­ły­ście coś na im­pre­zach?

Mil­cze­nie.

Amanda mó­wiła da­lej:

- Chcę tylko wie­dzieć. Nie wi­nię cię, je­śli raz na ja­kiś czas coś bra­ły­ście. Sanna była do­ro­sła. To był jej wy­bór. Ja tylko chcę wie­dzieć.

- Zda­rzało się cza­sami, że wcią­gnę­ły­śmy kre­skę, kiedy szły­śmy na mia­sto. Ale nic wię­cej.

- Kre­skę? - do­py­ty­wała się Amanda.

- No wiesz, ko­ka­inę.

- A ten fa­cet, z któ­rym się spo­ty­kała, Ad­nan?

- Co z nim?

- Brał pro­chy? My­ślisz, że miał na nią zły wpływ?

- Nic o tym nie wiem. Spo­tka­łam go tylko kilka razy, kiedy by­ły­śmy na mie­ście.

- Ale wiesz, jak się na­zy­wał. Zna­łaś imię i na­zwi­sko.

- Nic dziw­nego. Sanna cały czas o nim my­ślała. Nie mó­wiła o ni­kim in­nym.

Amanda chwy­ciła sie­dze­nie krze­sła. Pod­su­nęła się bli­żej, pod stół. Po­chy­liła się w stronę Jen­sine.

- Słu­chaj, ja wiem, że Ad­nan Na­simi ćpał. Nie tylko sam brał, ale też di­lo­wał.

Amanda od­cze­kała chwilę, żeby jej słowa do­tarły do dziew­czyny.

- Nie mam po­ję­cia, dla­czego kła­miesz. Ale wiem, że chro­nisz tego Ad­nana, i dojdę do tego, co się wy­da­rzyło. Mam na­dzieję, że nie by­łaś w to w ża­den spo­sób za­mie­szana.

Jen­sine nieco zbla­dła. Jej skóra jesz­cze moc­niej kon­tra­sto­wała z czer­wo­nymi wło­sami.

- Skąd tyle wiesz o Ad­na­nie?

- To ja­sne, że roz­ma­wia­łam też z in­nymi ludźmi. Ale chcę się do­wie­dzieć od cie­bie. By­łaś jej naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Dla­czego nie chcesz być ze mną szczera?

- Nie ro­zu­miesz.

- Może i nie ro­zu­miem. Ale prze­cież nikt nie wie, że tu sie­dzimy i roz­ma­wiamy. Co się może stać?

- Wszystko. Wszystko się może stać.

- Na przy­kład co?

Jen­sine po­cią­gnęła łyk kawy. Trzę­sły jej się ręce.

- Wszystko za­częło się wtedy, kiedy po­znała Ad­nana.

- Mów da­lej.

- Za­ko­chała się po uszy. Ro­biła dla niego wszystko, a on był dość pa­skudny. Nie po­ja­wiał się umó­wione spo­tka­nia i tak da­lej. Pew­nie nie była dla niego je­dyna.

- A nar­ko­tyki?

- To wtedy za­częła brać. Ad­nan za­wsze miał coś przy so­bie. Ja też pró­bo­wa­łam. Ale Sanna cał­kiem wsią­kła. Nie mo­gła bez tego wy­trzy­mać. Ja bra­łam tylko cza­sami, tak dla za­bawy. W końcu za­częła za­wa­lać ro­botę. Klienci się skar­żyli, zda­rzało się, że w ogóle nie przy­cho­dziła. Tak nie mo­gło być.

- Po­wie­dzia­łaś wcze­śniej, że nie za­uwa­ży­łaś, co się z nią dzieje, a te­raz opo­wia­dasz, że na­wet nie ra­dziła so­bie w pracy. Dla­czego od razu tak nie mó­wi­łaś?

- Nie chcia­łam wyjść na ćpunkę. Skoń­czy­łam z tym gów­nem.

Jen­sine wstała.

- Słu­chaj, mu­szę wra­cać do pracy. Nie grzeb w tym za dużo. Nie bę­dziesz od tego szczę­śliw­sza.

Wy­szła z ma­łego za­ple­cza do sa­lonu.

Amanda ze­brała swoje rze­czy i ru­szyła w stronę re­stau­ra­cji, w któ­rej miała spo­tkać się z Vicky. Nie do­wie­działa się tyle, ile chciała. Ale jej po­dej­rze­nia się po­twier­dziły. Od po­czątku ro­zu­miała, że Ad­nan nie był speł­nie­niem ma­rzeń te­ścio­wej. Do tej pory mo­gła tylko zga­dy­wać, że nar­ko­tyki po­cho­dziły od niego. Do­piero kiedy zo­stała sta­żystką i uzy­skała do­stęp do po­li­cyj­nej bazy da­nych, mo­gła się do­wie­dzieć, czym się zaj­mo­wał. Kar­to­tekę miał długą jak praca ma­gi­ster­ska. Po­dob­nie było z re­je­strem po­dej­rza­nych. Ad­nan, A, uko­chany, ozna­czony był jako "NIE­BEZ­PIECZNY: BROŃ, PRZE­MOC, SPORTY WALKI". Więk­szość wpi­sów do­ty­czyła nar­ko­ty­ków, wła­mań i na­ru­szeń prze­pi­sów ru­chu dro­go­wego, ale były też różne inne dro­bia­zgi.

Amanda od­kryła też, że do­stał pół­tora roku za prze­stęp­stwo nar­ko­ty­kowe. Była roz­cza­ro­wana, że musi od­ro­czyć re­ali­za­cję swo­jego planu. Przez ten czas tym bar­dziej in­ten­syw­nie pra­co­wała nad tym ośli­zgłym ko­mi­sa­rzem Ma­gnu­sem Blom­ber­giem. To nie był wy­ma­rzony sce­na­riusz, ale co było ro­bić. Mu­siała go trzy­mać na smy­czy do czasu, aż Ad­nan wyj­dzie na wol­ność. Cały czas kon­tro­lo­wała od­by­wa­nie przez niego kary. Wie­działa, kiedy miał prze­pustki. Wie­działa, kiedy go wy­pu­ścili. Po­zwo­liła mu przez mie­siąc cie­szyć się wol­no­ścią, za­nim przy­stą­piła do dzia­ła­nia. Przez ja­kiś czas go ob­ser­wo­wała. Orien­to­wała się, gdzie mieszka, gdzie tre­nuje, gdzie robi za­kupy. Z któ­rymi dziew­czy­nami się spo­tyka, ja­kimi sa­mo­cho­dami jeź­dzi. Miej­scem ataku stała się za­mra­żarka w skle­pie Kon­sum. Roz­po­częła się ope­ra­cja "Ad­nan".

Vicky była już na miej­scu. Sie­działa, czy­ta­jąc "Afton­bla­det", kiedy Amanda stuk­nęła ją pal­cem w bark.

- Cześć, piękna. Kopę lat.

Vicky wstała i przy­tu­liła ją.

- Prawda, ale już wró­ci­łam na stały ląd.

- Za­mó­wimy od razu, a po­tem wszystko mi opo­wiesz? Je­stem strasz­nie głodna.

- Ja­sne. Pójdę, a ty pil­nuj miejsc. To co za­wsze? - za­py­tała Vicky.

- Pew­nie, po co pró­bo­wać cze­goś no­wego? - za­wo­łała za nią Amanda.

Miło było znów spo­tkać się z Vicky. Nic się nie zmie­niła. Naj­mod­niej­sze ubra­nie, po­ma­lo­wane pa­znok­cie i nie­na­ganny ma­ki­jaż. Po­znały się, kiedy Amanda była sta­żystką w gru­pie Vicky. Re­gu­lar­nie się spo­ty­kały i plot­ko­wały o naj­śwież­szych wy­da­rze­niach.

Amanda usia­dła przy stole i po­dzi­wiała wi­dok. Tu za­wsze było przy­jem­nie. Re­stau­ra­cja le­żała wy­soko na kli­fach Fre­dhäll, miała fan­ta­styczny wi­dok na wodę, nie­opo­dal wi­dać było most Tra­ne­berg. Słońce wciąż przy­grze­wało, choć zbli­żał się już wie­czór.

Amanda prze­glą­dała ga­zetę "Afton­bla­det" roz­ło­żoną na stole. Czy­tała przede wszyst­kim na­główki, przy­glą­da­jąc się jed­no­cze­śnie go­ściom re­stau­ra­cji.

Nie­któ­rzy wy­glą­dali tak, jakby wła­śnie przy­szli z plaży. Na­rzu­cili tylko szorty lub spód­nice na stroje ką­pie­lowe. Inni byli ele­gancko ubrani, pew­nie wła­śnie skoń­czyli pracę. Część z nich za­pla­no­wała chyba spę­dze­nie tu ca­łego wie­czoru. Wie­czo­rowe stroje, fry­zury i ma­ki­jaż.

Uwagę Amandy przy­cią­gnął je­den na­głó­wek: "Kra­dzież pa­wiana". Za­in­try­go­wana czy­tała da­lej.

W nocy z czwartku na pią­tek z ogrodu zoo­lo­gicz­nego Kol­m?r­den ukra­dziono pa­wiana. Opie­kun zwie­rząt, Björn Lin­dqvist, jest wstrzą­śnięty. "Nie ro­zu­miem, dla­czego ktoś miałby kraść pa­wiana. Ju­lia była tu od dzie­wię­ciu lat i trak­to­wa­li­śmy ją jak członka ro­dziny". Po­li­cja jest bar­dzo wzbu­rzona tym zda­rze­niem. "W tej chwili nie mamy żad­nych po­dej­rza­nych, ale spraw­ców mu­siało być kilku i mu­sieli dużo wie­dzieć o tym zwie­rzę­ciu" - mówi rzecz­nik po­li­cji w Nor­r­köping, Jens Pil­grim.

Amanda ode­pchnęła od sie­bie myśl, która po­ja­wiła jej się w gło­wie. To nie­moż­liwe. Myśl jed­nak wciąż po­wra­cała. Czy to tylko przy­pa­dek? Znów prze­czy­tała ar­ty­kuł.

Sanna wspo­mi­nała coś o mał­pie, że jest jej żal. Amanda zba­ga­te­li­zo­wała to. Póź­niej całe to ga­da­nie o zwie­rzę­ciu zna­la­zło się w cie­niu te­matu gwałtu.

Kra­dzież pa­wiana. Amanda nie mo­gła prze­stać wpa­try­wać się w li­tery. Sanna na­szki­co­wała ołów­kiem w swoim dzien­niku głowę małpy. Gdzieś pod ko­niec.

Na­prawdę? Dla­czego Amanda nie po­my­ślała o tym wcze­śniej? Czy ta kra­dzież ma coś wspól­nego z Sanną? Praw­do­po­dob­nie nie. Sanna nie żyje od czte­rech lat.

- No w końcu. - Vicky wró­ciła z dwoma ta­le­rzami foc­ca­cii. - Kosz­marna ko­lejka. A dziew­czyny na ka­sie na pewno pra­cują tylko se­zo­nowo. Nie mają po­ję­cia, co ro­bią. Wzię­łam też ró­żowe wino. Mia­łam straszną ochotę.

- Ide­al­nie. To opo­wia­daj te­raz o Go­tlan­dii. Mu­sia­łaś się tam świet­nie ba­wić.

- No, można tak po­wie­dzieć. Cały czas pra­co­wa­łam, ale i tak mia­łam wra­że­nie, że to urlop. Visby to uro­cze mia­steczko. Poza tym od­wie­dzały mnie przy­ja­ciółki, ty też mo­głaś przy­je­chać.

- By­łoby su­per, ale mia­łam tu pełne ręce ro­boty. Ja też pra­co­wa­łam przez całe lato.

- Coś krę­cisz. Po­zna­łaś ko­goś?

- Nie mam siły na ta­kie rze­czy.

Amanda nie miała za­miaru opo­wia­dać ani o Ad­na­nie, ani o Ma­gnu­sie. I prawdę mó­wiąc, nie skła­mała. Trudno ich na­zwać chło­pa­kami. Ra­czej za­da­niem. Sku­piła się na Vicky.

- Ale, ale, mó­wi­łaś, że po­zna­łaś ja­kie­goś ko­legę. Pod­in­spek­tora, zga­dza się?

- Tak, ale to już skoń­czone. - Vicky się skrzy­wiła.

- Co się stało?

- W skró­cie: po­zna­li­śmy się na wy­spie Mun­ken, kiedy by­łam tam z ko­le­żanką. Znała Nic­klasa i w ten spo­sób się skon­tak­to­wa­li­śmy. Po­tem za­czę­li­śmy się dość re­gu­lar­nie spo­ty­kać. Je­dyny kło­pot w tym, że on wciąż miał żonę.

- A to ci drobny szcze­gół... co za świ­nia.

- No, świ­nia. Twier­dził jed­nak, że od dawna byli w se­pa­ra­cji. Po pro­stu nie zło­żyli po­zwu o roz­wód.

- Aku­rat. - Amanda wznio­sła oczy do nieba.

- Wiem, co masz na my­śli. Te­raz wy­raź­nie wi­dzę, co się działo. Ale wtedy mu na­prawdę wie­rzy­łam. Spo­ty­ka­li­śmy się pra­wie co­dzien­nie i sy­pia­li­śmy raz u mnie, raz u niego. Za­czę­li­śmy na­wet pla­no­wać, co zro­bimy, kiedy skoń­czy się moja de­le­ga­cja. On tam też był na za­stęp­stwie, mó­wił więc, że spró­buje jak naj­szyb­ciej zna­leźć po­dobne sta­no­wi­sko w Sztok­hol­mie.

- Ile ma lat? Pod­in­spek­tor - to brzmi staro.

- Czter­dzie­ści trzy. A więc je­de­na­ście lat róż­nicy.

- Co za sta­ruch. - Amanda się za­śmiała. - Je­steś tak śliczna i fajna, że mo­gła­byś spo­ty­kać się z każ­dym.

- Zga­dzam się. Ża­łuję, że zmar­no­wa­łam tyle ener­gii na tego za­kła­ma­nego idiotę.

Vicky wy­dała się nieco po­god­niej­sza. Przy­zna­nie się do po­myłki chyba zro­biło jej do­brze.

- I co było po­tem?

- Wy­da­wało mi się, że nie­które rze­czy są tro­chę dziwne. Jego była cały czas dzwo­niła, a on wtedy za­wsze wy­cho­dził do in­nego po­koju, żeby z nią po­roz­ma­wiać.

- To zna­czy jego żona?

- Tak, ale on za­wsze mó­wił, że to jego była. No nie­ważne. Za­czę­łam się za­sta­na­wiać nad róż­nymi spra­wami, na przy­kład nad tym, że kiedy dzwo­niła, wy­cho­dził. A po­tem my­śla­łam o tym, dla­czego nie zło­żył pa­pie­rów roz­wo­do­wych. Wtedy po­wie­dział, że wy­wie­ram na niego pre­sję.

- A więc nie za­mie­rzał się roz­wo­dzić?

- Naj­wy­raź­niej nie. Czuję się, jak­bym była dla niego tylko wa­ka­cyj­nym flir­tem.

- Po­win­naś się cie­szyć, że po­zby­łaś się ta­kiego pa­lanta.

- Masz ra­cję. Wy­pijmy za to.

Vicky unio­sła kie­li­szek.

Tego wie­czoru do­le­wały so­bie wina jesz­cze cztery razy i Vicky opo­wia­dała o bar­dziej in­tym­nych kwe­stiach swo­jego związku z pod­in­spek­to­rem niż pa­piery roz­wo­dowe. Przy­naj­mniej nie wy­da­wała się prze­sad­nie smutna.

Amanda mu­siała się mocno sku­piać na roz­mo­wie, ale nie z po­wodu wina. To no­tatka o skra­dzio­nym pa­wia­nie nie da­wała jej spo­koju.

12

Ma­gnus sie­dział w pracy przy biurku i wci­nał cze­ko­la­dowe ciastko, Ma­ra­bou dwie­ście gra­mów. Sprze­daż sło­dy­czy w po­miesz­cze­niu so­cjal­nym to coś, co za­graża ży­ciu. Po­winni tego za­bro­nić. Był sam w biu­rze, które wy­glą­dało, jakby prze­szło przez nie tor­nado. Wszę­dzie le­żały teczki i inne pa­piery. Se­gre­ga­tory, na które nie było miej­sca na pół­kach, pię­trzyły się w ster­tach na pod­ło­dze. Ma­gnus wie­dział jed­nak, że w ca­łym tym cha­osie jego per­so­nel utrzy­muje po­rzą­dek w swo­ich spra­wach. Ma­gnus uwa­żał, że je­żeli się ciężko pra­cuje, wy­raź­nie to wi­dać. Tak samo było z ko­le­gami oskar­ża­nymi o prze­moc, po­bi­cia i po­dobne sprawy. Oni zro­zu­mieli, co to zna­czy być po­li­cjan­tem. Po­zo­stali, któ­rym ni­gdy ni­czego nie za­rzu­cano, mo­gliby rów­nie do­brze od­dać od­znakę.

Lu­dzie Ma­gnusa byli w aresz­cie i pra­co­wali nad trzema za­trzy­ma­nymi wła­my­wa­czami. Być może będą mu­sieli wziąć nad­go­dziny. Dziś mu­szą jed­nak po­ra­dzić so­bie sami, on miał inne plany. Po­wie­dział Pii, że skoń­czy pracę o trze­ciej rano. A tak na­prawdę o dwu­dzie­stej trze­ciej. Miał więc tro­chę czasu na za­ła­twia­nie wła­snych spraw na mie­ście.

Przed wyj­ściem mu­siał za­jąć się dwoma waż­nymi za­da­niami. Za­czął od Sa­mira Na­si­miego. Chwy­cił te­le­fon i wy­brał nu­mer. Cze­kał. Już miał się roz­łą­czyć, kiedy ktoś ode­brał.

- Kto mówi?

- Ma­gnus. Wiesz, roz­ma­wia­li­śmy nie­dawno. W aresz­cie.

- Aha.

- Mo­żesz roz­ma­wiać?

- Mo­ment.

- Zna­ko­mi­cie.

Ma po­cze­kać, więc chło­pak ro­zu­mie, że tej roz­mowy nikt nie może pod­słu­chi­wać. Znów usły­szał głos Sa­mira.

- Halo, jest pan tam?

- Je­stem.

- Nie może pan tak po pro­stu do mnie dzwo­nić, kiedy ma pan ochotę. Je­stem tu z ko­le­gami. To mo­głoby się źle skoń­czyć.

- Prze­pra­szam. A poza tym wszystko w po­rządku?

- W po­rządku. A dla­czego pan pyta?

- Chcia­łem tylko spraw­dzić, jak sy­tu­acja, bo ścią­gnęli cię tu, cho­ciaż nic nie zro­bi­łeś. To mogę przy­naj­mniej za­dzwo­nić, prawda?

- W su­mie po­wi­nie­nem do­stać od­szko­do­wa­nie.

- No cóż, to nie­stety tak nie działa. Po­zy­tywne jest jed­nak to, że mo­żesz póź­niej do­stać bar­dzo do­bre re­fe­ren­cje do szkoły po­li­cyj­nej. Przy­znasz chyba, że warto było dla tego parę go­dzin po­sie­dzieć.

- Zo­ba­czymy, jak bę­dzie.

- Prawda. Te­raz wszystko za­leży od cie­bie. Je­śli ty mi po­mo­żesz, to ja po­mogę to­bie. To kwe­stia za­ufa­nia. Mu­szę po­czuć, że mogę ci za­ufać. A ty mu­sisz po­czuć, że mo­żesz za­ufać mnie. Je­śli dasz mi ja­kiś mniej ważny cynk i on się spraw­dzi, to moje za­ufa­nie wzro­śnie. I zo­ba­czysz, że wszystko zo­sta­nie mię­dzy nami. Ja ni­gdy nie pusz­czam farby. Je­steś dla mnie na to zbyt cenny. Bez ta­kich lu­dzi jak ty gówno bym wie­dział. A póź­niej, kiedy do­wiesz się o czymś więk­szym, mo­żesz na­wet do­stać za to kasę.

- Będę do­sta­wał pie­nią­dze za ka­po­wa­nie?

- Ow­szem, je­śli cynk bę­dzie do­bry, a ja będę mógł ci ufać. Wtedy mo­żesz zgar­nąć tro­chę szmalu.

- O kurwa.

Sa­mir po­łknął ha­czyk. Za­wsze tak było. Kiedy lu­dzie do­wia­dy­wali się, że można do­stać ja­kieś pie­nią­dze, wąt­pli­wo­ści ich opusz­czały.

- To jak to bę­dzie wy­glą­dać? Mam po pro­stu za­dzwo­nić, je­śli coś usły­szę?

- Dzwoń do mnie jak naj­szyb­ciej. Za­wsze od­bie­ram. I za­pisz mój te­le­fon jako Ma­ria albo coś ta­kiego, tak na wszelki wy­pa­dek.

- A co z kasą?

- To póź­niej. Naj­pierw mu­sisz po­ka­zać, co je­steś wart. Daj mi kilka do­brych rze­czy, a zo­ba­czysz, że masz fajną do­dat­kową ro­botę. Słu­chaj, mam tu coś do zro­bie­nia, skon­tak­tu­jemy się póź­niej. Za­dzwoń, kiedy tylko coś się wy­da­rzy.

Ma­gnus się roz­łą­czył. Wstał i wrza­snął:

- Yes!

Był rów­nie pod­nie­cony jak wtedy, kiedy dru­żyna Djur­g?r­den strze­liła gola AIK. Wy­cią­gnął pasz­por­towe zdję­cie pie­przo­nego Ad­nana Na­si­miego, które wy­dru­ko­wał na kartce A4. Wziął ołó­wek i po­sze­rzył mu nos. Wy­krzy­wił. Do­ry­so­wał brwi, aż się zro­sły. Te­raz po­sa­dze­nie tego Ara­busa za krat­kami było już tylko kwe­stią czasu. A naj­lep­sze jest to, że Amanda bę­dzie miała nie­złą nie­spo­dziankę, a jej ka­riera w tej branży mocno wy­ha­muje. Pu­ka­nie się z ban­dzio­rami to nie­zbyt ce­niona za­sługa.

Jesz­cze jedno za­da­nie, za­nim wyj­dzie. We­pchnął do ust ostatni ka­wa­łek cze­ko­ladki i ru­szył w stronę biurka San­déna na dru­gim końcu bu­dynku. San­dén pra­co­wał nad sprawą, w któ­rej pięć so­ma­lij­skich na­sto­la­tek ukra­dło kilku star­szym pa­niom to­rebki. Wszyst­kie ofiary były uczci­wymi oby­wa­tel­kami Szwe­cji i każda z nich tkwiła już w za­sa­dzie jedną nogą w gro­bie. Bę­dzie go­rący te­mat dla wie­czor­nych ga­zet. Za­przy­jaź­niony dzien­ni­karz dzwo­nił wcze­śniej do Ma­gnusa, do­ma­ga­jąc się cze­goś sma­ko­wi­tego do opu­bli­ko­wa­nia. A Ma­gnus po­trze­bo­wał do­dat­ko­wego do­chodu. Po­li­cja sama jest so­bie winna, że le­piej opłaca le­ni­wych sta­ru­chów od tych, któ­rzy zbu­do­wali tę firmę. Ta­kich jak on. Po­winni być wdzięczni, że mają w swo­ich sze­re­gach ko­goś tak do­świad­czo­nego i kom­pe­tent­nego jak on. A on za po­dziękę do­staje tylko chudą ko­pertę z wy­płatą. Pod­wyżki na­wet nie po­kry­wają in­fla­cji.

Zna­lazł teczkę na sa­mym wierz­chu sterty na biurku San­déna. Wziął ją całą i po­szedł pię­tro wy­żej. Tam re­zy­do­wali nar­ko­ty­kowi. Ma­gnus nie chciał ry­zy­ko­wać, że ja­kiś pa­pier za­tnie się w ko­piarce na jego wła­snym pię­trze. Wy­brał naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje. Na spo­dzie teczki le­żały zdję­cia po­dej­rza­nych So­ma­li­jek. Czy je też wy­słać? Po­sta­no­wił to zro­bić. Pa­skudne dziew­czyny, które wy­ko­rzy­sty­wały chu­stę za­miast ko­mi­niarki, można było spo­koj­nie rzu­cić na po­żar­cie wil­kom.

Pół go­dziny póź­niej Ma­gnus po­je­chał sa­mo­cho­dem do mia­sta i za­par­ko­wał przy Norra Ban­tor­get. Nocą nie było to przy­jemne miej­sce. Dwóch gów­nia­rzy ob­szczy­wało ja­kiś krzak, a kilka dziew­czyn w kró­ciut­kich spód­nicz­kach wy­są­czało resztki z pier­siówki. Pew­nie nie miały pie­nię­dzy na pi­cie w ba­rze. Ja­kiś gru­bas le­żał nie­przy­tomny na par­ko­wej ławce. Ma­gnus zo­sta­wił go w spo­koju, miał waż­niej­sze rze­czy do zro­bie­nia. Poza tym fa­ce­towi przyda się drzemka.

Ko­lejka do klubu Pa­ra­dis była gi­gan­tyczna. Na­wet ta dla naj­waż­niej­szych go­ści. Ma­gnus pod­szedł do szefa ochrony, który od razu go wpu­ścił. Za­uwa­żył zdzi­wione spoj­rze­nia VIP-ów. Kto to, kurwa, jest?

Za szkla­nymi drzwiami po­wi­tała go dys­ko­te­kowa mu­zyka. Re­flek­tory oświe­tlały tań­czą­cych lu­dzi zmie­nia­ją­cymi się ko­lo­rami. Ma­gnus ru­szył w stronę sali dla VIP-ów.

Ochro­niarz wpu­ścił go, wi­ta­jąc się ski­nie­niem głowy. Po­wie­dział coś do ra­dio­te­le­fonu. Te­raz sły­chać było spo­koj­niej­sze dźwięki rhy­thm and blu­esa. Lu­dzi nie było wielu, za wcze­sna pora. Ce­le­bryci jesz­cze się nie ru­szyli i nie przy­wa­biali hord am­bit­nych mło­dych lu­dzi, któ­rzy zro­bi­liby wszystko, żeby do­stać się do tego ma­gicz­nego po­miesz­cze­nia.

Ma­gnus pod­szedł do ko­lej­nego ochro­nia­rza sto­ją­cego przy drzwiach po­kry­tych czer­wo­nym za­mszem. Ten bez słowa otwo­rzył drzwi. Pew­nie był zdzi­wiony, że od­wie­dził go tak ho­no­rowy gość. Tu nie mieli do­stępu na­wet ce­le­bryci. Ma­gnus miał na­to­miast do­ży­wot­nią prze­pustkę.

Mu­zyka zmie­niła się na reg­gae. Ma­gnus uwiel­biał ten ko­ły­szący się rytm. To no­stal­gia. Czuł się znów młody. Jak ogier. Tu wy­strój był inny niż w po­zo­sta­łej czę­ści klubu. No­wo­cze­sne ze­stawy wy­po­czyn­kowe z czar­nego sztucz­nego rat­tanu i sty­lowe koce po­mie­szane były z wy­sep­kami trój­kąt­nych po­du­szek, które można było w różny spo­sób ukła­dać, by na nich sia­dać albo się kłaść. Ty­powy taj­ski styl. Ma­gnus spoj­rzał na nie­wielki par­kiet. Na­li­czył pięć dziew­czyn. Dwie z nich ob­ra­cały się na ru­rach. Po­zo­stałe trzy sie­działy na huś­taw­kach, cze­ka­jąc na go­ści. Huś­tawki były za­wie­szone wy­soko u su­fitu, a dziew­czyny bu­jały się po­woli w tę i z po­wro­tem. Spoj­rzały wy­zy­wa­jąco na Ma­gnusa, kiedy wszedł. Na pół­pię­trze cze­kały boksy. Trzy były za­mknięte, w środku od­by­wały się ak­cje.

Ma­gnus przyj­rzał się huś­ta­ją­cym się dziew­czy­nom. Dwie blon­dynki i jedna bru­netka. Jedna z blon­dy­nek była za gruba. Druga miała krót­kie włosy. Zde­cy­do­wał się na bru­netkę. Nie była ani za chuda, ani za pulchna. Miała dłu­gie, błysz­czące włosy. Zła­pał huś­tawkę.

- Cześć, jak masz dziś na imię?

Dziew­czyna przyj­rzała mu się uważ­nie.

- Re­becka.

- No to chodź, Re­becka.

Po­mógł jej zejść z huś­tawki i wziął ją za rękę. Po­pro­wa­dził po scho­dach do bok­sów. Wy­brał ten pierw­szy od le­wej. Naj­więk­szy. Prze­pu­ścił ją przed sobą. Po­gła­skał po tyłku. Wsu­nął rękę mię­dzy nogi. Po­czuł jej mięk­kość. Od razu przy­stą­pił do rze­czy.

W środku stało łóżko o roz­mia­rach od­po­wied­nich do za­sto­so­wa­nia. Su­fit po­kryty był lu­strami. Nad łóż­kiem wi­siało coś w ro­dzaju sze­lek. Ma­gnus kie­dyś je wy­pró­bo­wał. Ob­ra­cał dziew­czynę, która na nim sie­działa. Nie­zwy­kle przy­jemne. Ma­gnus za­mknął drzwi i prze­krę­cił za­mek. Otwo­rzył i znów za­mknął. Prze­krę­cił za­mek i spraw­dził klamką, czy drzwi się nie otwie­rają.

Re­becka pa­trzyła na niego, ale nic nie mó­wiła.

Ma­gnus roz­piął roz­po­rek i ścią­gnął spodnie wraz z bok­ser­kami do ko­lan. Usiadł na łóżku.

- Ile masz lat?

- Dwa­dzie­ścia dwa.

- Cu­dow­nie.

Chwy­cił dziew­czynę za włosy i przy­ci­snął jej twarz do swo­jego kro­cza. Ro­biła to, co do niej na­le­żało. Nie po­trze­bo­wała żad­nych wska­zó­wek. Ma­gnus pu­ścił jej włosy i od­chy­lił się do tyłu. Z przy­jem­no­ścią ob­ser­wo­wał, jak jej głowa ryt­micz­nie po­ru­sza się w górę i w dół.

- A ty ile masz lat? - za­py­tała dziew­czyna, prze­ry­wa­jąc na chwilę pracę.

- Nie prze­sta­waj - jęk­nął Ma­gnus.

- Ale chcę wie­dzieć.

- W tej chwili nie mu­sisz ni­czego wie­dzieć.

Znów chwy­cił ją za włosy i przy­ci­snął do pod­brzu­sza.

Dziew­czyna za­dła­wiła się i uwol­niła z jego chwytu.

- Ale je­stem cie­kawa, czy je­steś rów­nie stary jak mój oj­ciec.

- Chcesz, że­bym był twoim oj­cem? Co?

Ma­gnus po­czuł na­ra­sta­jącą iry­ta­cję. Czy ona my­śli, że on jest za stary? Za gruby? Ogar­nął go gniew. To jesz­cze bar­dziej go pod­nie­ciło. Za­sta­na­wiał się przez chwilę, czy użyć sze­lek. Po­sta­no­wił jed­nak od­pu­ścić. Re­gu­lo­wa­nie wy­so­ko­ści trwało zbyt długo. Pod­niósł się i od­wró­cił dziew­czynę na brzuch. Uniósł jej ty­łek.

- Nie, prze­stań. Nie chcę bez gumy.

- Za­mknij się. Tu­taj ja de­cy­duję, mała dziwko.

Ob­jął jej szyję obiema rę­kami i za­ci­snął. Wszedł w nią i pchał z ca­łej siły.

Dziew­czyna się wy­ry­wała. Chwy­tała ustami po­wie­trze. Ma­chała ra­mio­nami. Cią­gnęła go za ręce. Im bar­dziej wal­czyła, tym moc­niej go to pod­nie­cało. Do­szedł do końca. Wy­szedł z niej z ję­kiem i spu­ścił się jej na plecy. Zwol­nił uścisk na szyi.

Dziew­czyna drżała, opa­dła na brzuch.

Ma­gnus przez parę mi­nut do­cho­dził do sie­bie. Cze­kał, aż jego od­dech się uspo­koi. Wcią­gnął spodnie i po­dzię­ko­wał swo­jej szczę­śli­wej gwieź­dzie za to, że mógł to ro­bić. Re­becka wciąż le­żała na brzu­chu, a jej szloch prze­szedł w coś w ro­dzaju ci­chego pła­czu, któ­rego Ma­gnus nie mógł znieść. Przy­po­mi­nało mu to Pię, kiedy cza­sami za­my­kała się w to­a­le­cie, my­śląc, że on nie sły­szy.

Pod­szedł do niej i po­kle­pał ją po ra­mie­niu.

- Ty... - Nie usły­szał od­po­wie­dzi. - Kurwa, było fan­ta­stycz­nie. Prawda?

Mil­cze­nie.

Prze­giął? Ale ona chyba była do tego przy­zwy­cza­jona?

- Słu­chaj, może po­sze­dłem tro­chę za ostro. Prze­pra­szam. Ale wiesz, jak to bywa, kiedy robi się go­rąco.

Wciąż mil­cze­nie. Tylko ci­chy szloch. Pie­przyć to.

Ma­gnus za­pra­gnął stam­tąd wyjść. Na­tych­miast.

13

Ten dzień był dla Ad­nana. Zro­bił so­bie wolne od ob­ser­wa­cji. Po­my­ślał, że skoro wciąż nie ma żad­nych to­wa­rzy­szy, to może so­bie po­zwo­lić na chwilę prze­rwy.

O dzie­wią­tej rano był już na si­łowni, ostro tre­nu­jąc taj­ski boks. Zmę­czył się już po roz­grzewce. Ska­kał przez kwa­drans na ska­kance. Jego kon­dy­cja była zde­cy­do­wa­nie kiep­ska. Po­tem za­jął się wor­kiem. Prawy sier­powy, lewy sier­powy, hak. Różne kom­bi­na­cje. Do­dał do tego kop­nię­cia, ko­lana, uniki. Bo­lało go całe ciało. I tak po­winno być. Cu­dow­nie.

Po tre­ningu wy­bie­rał się na lunch z tą Szwedką, Amandą. Tak na­prawdę randki przy po­siłku nie były w stylu Ad­nana, ale po­sta­no­wił się po­świę­cić. Je­dli ma­ka­ron w re­stau­ra­cji Parma w Sund­by­berg. Od­po­wia­dało to Ad­na­nowi, bo lo­kal znaj­do­wał się na skraju mia­sta. A to ozna­czało nieco mniej­sze ry­zyko roz­po­zna­nia przez ko­goś. Roz­ma­wiali o wszyst­kim. Py­tała go o jego pracę. Gdzie miesz­kał? Czy miał ro­dzeń­stwo? Od jak dawna jego ro­dzina mieszka w Szwe­cji? Z ja­kimi dziew­czy­nami się spo­ty­kał? Czy miał ja­kiś dłuż­szy zwią­zek?

Jak na jego gust, za­da­wała za dużo py­tań. Trudno mu było wy­my­ślać od­po­wie­dzi. Ile może ujaw­nić? Nie­któ­rym la­skom można było za­im­po­no­wać opo­wie­ściami o ja­kichś bur­dach w wię­zie­niu albo in­nych mi­łych spo­tka­niach z wy­mia­rem spra­wie­dli­wo­ści. Z Amandą było jed­nak ina­czej. Nie wie­dział dla­czego. To nie była zwy­czajna dziew­czyna. A przy­naj­mniej nie taka, do ja­kich Ad­nan był przy­zwy­cza­jony. A do tego przy­po­mi­nała mu ko­goś. Nie­które miny. Śmiech. Czuł się tak, jakby już się kie­dyś spo­tkali. Ale pew­nie była tylko do ko­goś po­dobna. Może do ja­kiejś ce­le­brytki?

Po po­siłku zro­bili so­bie spa­cer wo­kół je­zio­rek w Sund­by­berg. Jak się od niej do­wie­dział, na­zy­wały się Löt­sjön i R?sta­sjön. Pięć ki­lo­me­trów. Ona chyba lu­biła spa­cery. Ad­nan przez więk­szość czasu roz­glą­dał się czuj­nie do­okoła, ma­jąc wra­że­nie, że zza każ­dego drzewa szer­szego od brzózki wy­gląda ja­kiś Ju­gol. Za każ­dym ra­zem, kiedy wi­dział ko­goś w kap­tu­rze, był przy­go­to­wany na atak. Po ja­kimś cza­sie roz­luź­nił się tro­chę. Wszystko wska­zy­wało na to, że ta oko­lica była ulu­bio­nym miej­scem spa­ce­rów szwedz­kich ro­dzin. Wszę­dzie wi­dać było matki, oj­ców i dzieci. Sie­dzieli i wci­nali lody koło zie­lo­nej budki. Kar­mili ptaszki. Inni bie­gali.

Wnio­sek: było tu zbyt wielu lu­dzi, żeby Ju­gole mo­gli za­ata­ko­wać.

Naj­lep­sze na­stą­piło na ko­niec. Kiedy przy­szła pora po­że­gna­nia. Ad­nan nie wie­dział, jak się za­cho­wać. Czuł się jak nie­śmiały na­sto­la­tek w fil­mie klasy B. Ona jed­nak prze­jęła ini­cja­tywę i po­ca­ło­wała go. Go­rący, długi po­ca­łu­nek. Sma­ko­wała tru­skaw­kami. Na­ło­żyła na usta ja­kiś smar z błysz­czy­kiem. Ad­nan po­czuł się onie­śmie­lony. Ad­nan Na­simi onie­śmie­lony. Ca­ło­wał fan­ta­styczną dziew­czynę w biały dzień. Na ro­man­tycz­nym spa­ce­rze. Cho­lera. Co tu się dzieje? W kie­szeni miał przy­go­to­wane kon­domy. Je­śli sprawy będą roz­wi­jać się w tym tem­pie, to ich ter­min przy­dat­no­ści dawno upły­nie. Sam sie­bie nie po­zna­wał, ale ta dziew­czyna miała w so­bie coś szcze­gól­nego. Czy wła­śnie wpa­dał w tę samą pu­łapkę co Ha­jir?

Ro­man­tycz­nie za­ko­chany.

Drugi po­wód tego, że był to dzień Ad­nana, to te­le­fon od Vin­centa. Vin­centa Bon­ne­ruda. Pie­przo­nego pe­dała. Im­pre­zo­wi­cza. Bossa. Chciał, żeby Ad­nan tego wie­czoru przy­szedł do klubu. Nie po­wie­dział, o co cho­dziło, ale Ad­nan miał to gdzieś. Bar­dzo po­trze­bo­wał roz­mowy z Vin­cen­tem i było to pilne.

Je­chał te­raz na to spo­tka­nie, a wcze­śniej przez całe po­po­łu­dnie za­sta­na­wiał się, jak prze­ko­nać Vin­centa, żeby po­ży­czył mu kasę. I jak mu ją odda.

Pod­szedł do ochro­nia­rza przy wej­ściu do Pa­ra­dis. Dziwna sy­tu­acja. Kie­dyś sam stał tam w uni­for­mie i wska­zy­wał lu­dzi, któ­rzy mo­gli prze­kro­czyć próg. Sta­no­wił praw­dziwy ma­gnes dla pa­nie­nek. Były go­towe na wszystko, żeby za­przy­jaź­nić się z bram­ka­rzem. Ale to było, za­nim ra­zem z Mi­ra­nem zo­stali za­sko­czeni przez gliny i w po­śpie­chu spusz­czał pro­chy w ki­blu.

- Mam spo­tka­nie z Vin­cen­tem.

Ochro­niarz spoj­rzał na niego z ka­mienną twa­rzą.

- Cze­kaj.

We­zwał przez ra­dio ja­kie­goś Oskara. Przez chwilę roz­ma­wiali.

- Mo­żesz wejść.

Przed wej­ściem cze­kał na niego inny ochro­niarz. Pew­nie Oskar.

- Idź za mną.

To chyba lekka prze­sada. W końcu pra­co­wał w tym miej­scu przez kilka lat. Znał się na tym znacz­nie le­piej niż te świe­żaki tu­taj. Po­szedł jed­nak grzecz­nie za Oska­rem. W lo­kalu było rów­nie dużo lu­dzi co zwy­kle. Im­po­nu­jące. Przy ta­kiej kon­ku­ren­cji w mie­ście po­pu­lar­ność za­zwy­czaj szybko się zmie­niała. Jed­nego dnia miej­sce było na to­pie, a na­stęp­nego pu­sto­szało. Boss wie­dział jed­nak, jak pro­wa­dzić swój in­te­res. Sta­wiał na od­po­wied­nią roz­rywkę.

Mi­nęli salę dla VIP-ów i Oskar otwo­rzył do­brze znane Ad­na­nowi, po­kryte czer­wo­nym za­mszem drzwi, pro­wa­dzące do skle­piku z dziw­kami. Ad­na­nowi ni­gdy nie po­do­bał się ten po­mysł na biz­nes. Było to oczy­wi­ście ge­nialne po­su­nię­cie. Ad­nan mógł tylko się do­my­ślać, ja­kie sumy ten pe­dał ka­so­wał każ­dego wie­czoru. Nie wpusz­czano tu byle kogo, można po­wie­dzieć, że go­ście nie jeź­dzili hy­un­da­iami. Ad­nan ni­gdy nie mógł po­jąć, po co lu­dzie pie­przyli dziew­czyny, które tak na­prawdę nie miały na to ochoty. Ry­nek na to był jed­nak naj­wy­raź­niej duży.

Ad­nan za­uwa­żył, że dziew­czyny zo­stały wy­mie­nione. Nic dziw­nego, bio­rąc pod uwagę, że mi­nęły dwa lata. W tej branży ter­min przy­dat­no­ści nie jest długi. Fa­ceci pre­fe­ro­wali la­ski wy­glą­da­jące jak ich wła­sne córki. Albo na­wet wnuczki.

Słynne boksy były jed­nak wciąż tam gdzie wcze­śniej. Te­raz od­ma­lo­wane na czer­wono z czar­nymi de­ta­lami. Ad­na­nowi przy­po­mniał się nie­smak, jaki czuł, kiedy opróż­niał tam ko­sze na śmieci wy­peł­nione po­gnie­cio­nym pa­pie­rem to­a­le­to­wym i zu­ży­tymi pre­zer­wa­ty­wami.

Może jed­nak po­mysł zwró­ce­nia się do Vin­centa był błę­dem. Sprzą­ta­nie brud­nych bok­sów i pil­no­wa­nie, żeby fa­ceci trzy­mali się za­sad, to ostat­nie, na co miał ochotę. Pil­no­wa­nie go­ści nie było naj­ła­twiej­szą ro­botą. Przez te lata po­cie­szał wiele dziew­czyn i nie­jedną mu­siał od­wieźć na po­go­to­wie. Zo­sta­wiał je przy wej­ściu, żeby nikt go z nimi nie łą­czył. Nie­stety jego ulu­biona praca na bramce nie wcho­dziła już w grę. Po tym nu­me­rze z nar­ko­ty­kami na za­wsze stra­cił li­cen­cję. A Vin­cent bar­dzo pil­no­wał, żeby prze­strze­gać prze­pi­sów. Przy­naj­mniej ofi­cjal­nie.

Vin­cent miał swoje biuro, do któ­rego wcho­dziło się przez bur­del. Klub był gi­gan­tyczny. Na pewno co naj­mniej dwa razy więk­szy niż prze­strze­nie, do któ­rych mieli do­stęp zwy­kli go­ście. Ad­nan sam nie był pe­wien, czy wi­dział już całe to miej­sce.

Vin­cent na niego cze­kał. Przy­go­to­wał już na sto­liku cztery kre­ski ko­ka­iny. Ele­gancko usy­pane na kwa­dra­to­wym lu­sterku. Go­towe do wcią­gnię­cia.

Przy sto­liku stały dwa brą­zowe fo­tele w stylu Che­ster­field, które kłó­ciły się z po­zo­sta­łym wy­stro­jem, gdzie do­mi­no­wały czerń i biel. Vin­cent wstał. Wy­glą­dał jak zwy­kle. Wy­soki i szczu­pły. Spodnie miał tak cia­sne, że mu­siał kłaść się na ple­cach, żeby za­piąć roz­po­rek. Ob­ci­skały mu kro­cze. Ra­sowy pe­dzio ze Stu­re­plan z grzywką za­cze­saną do tyłu na żel.

- Ad­nan, przy­ja­cielu. Kopę lat.

- By­łem tro­chę za­jęty.

Vin­cent się uśmiech­nął. Ad­nan do­brze znał ten uśmiech. Fał­szywy. Ni­gdy nie było wia­domo, co ten fa­cet so­bie my­śli.

- Pro­szę. - Vin­cent wska­zał ręką stół, na któ­rym cze­kała ko­ka­ina.

Ad­nan miał ochotę od­mó­wić. Po­wie­dział gli­nia­rzom prawdę. Był czy­sty od wyj­ścia z wię­zie­nia. Nie chciał ry­zy­ko­wać. Nie była to jed­nak od­po­wied­nia chwila, żeby od­rzu­cać go­ścin­ność Vin­centa.

Pod­szedł do sto­lika i wcią­gnął jedną kre­skę prawą dziurką. Za­szczy­pało go. Wcią­gnął drugą. Wy­tarł ko­niec nosa wierz­chem dłoni. Na­gły kop przy­po­mniał mu, dla­czego czło­wiek chciał to cią­gle brać. I jesz­cze raz, i jesz­cze raz.

Vin­cent wcią­gnął po­zo­stałe kre­ski. Kiedy się wy­pro­sto­wał, wy­glą­dał, jakby urósł o dzie­sięć cen­ty­me­trów. Świeża pew­ność sie­bie roz­cią­gnęła mu krę­go­słup do gra­nic moż­li­wo­ści.

Przyj­rzał się Ad­na­nowi.

- Sły­sza­łem, że szuka cię Mi­lo­rad Kral­je­vic.

Na dźwięk tego na­zwi­ska Ad­nan nie­mal pod­sko­czył.

- Kto ci tak po­wie­dział?

- Nie­ważne. Ale sły­sza­łem, że pan K. nie bę­dzie się z tobą cac­kał na­stęp­nym ra­zem, kiedy się spo­tka­cie, że tak po­wiem.

Dzięki za in­for­ma­cję. Po ostat­nim spo­tka­niu Ad­nan wła­śnie coś ta­kiego prze­wi­dy­wał.

Vin­cent mó­wił da­lej:

- Je­śli chcesz, mogę ci po­móc. Ostat­nio mamy z pa­nem Kral­je­vi­cem do­bre układy. Mogę na ju­tro za­ła­twić, po­wiedzmy, dwie­ście koła. Co ty na to?

Ad­nan nie mu­siał być ge­niu­szem, żeby zro­zu­mieć, że ten pe­dryl coś knuje. Coś, do czego przy­da­łyby mu się umie­jęt­no­ści Ad­nana. Nie­za­leż­nie od tego, co to było, po­my­sły Vin­centa wy­da­wały się znaczne ko­rzyst­niej­szą al­ter­na­tywą w po­rów­na­niu ze stuk­nię­tym Ju­go­lem. Ad­nan po­sta­no­wił przy­jąć ofertę.

- A dla­czego chcesz mi po­móc?

- Je­ste­śmy przy­ja­ciółmi, Ad­nan. A ja po­ma­gam przy­ja­cio­łom.

- No ale tak po­waż­nie. Co mam dla cie­bie zro­bić?

- Uj­mijmy to tak. Oczy­wi­ście nie lu­bię wy­rzu­cać pie­nię­dzy w błoto. Ja in­we­stuję. A cza­sami po­trze­buję wo­kół sie­bie lo­jal­nych przy­ja­ciół. Ta­kich, na któ­rych mogę po­le­gać. - Vin­cent uniósł brwi.

Ta­kich, na któ­rych masz haki, po­my­ślał od razu Ad­nan.

- Za kilka mie­sięcy otwie­ram nowy klub - kon­ty­nu­ował Vin­cent. - Będę tam miał dla cie­bie różne za­da­nia. Za­in­te­re­so­wany?

- Nie chciał­bym być nie­wdzięczny, ale dwie stówy nie wy­star­czą. On chce trzy­sta pięć­dzie­siąt. O ile nie wię­cej. Pew­nie do tej pory do­ło­żył ko­lejne od­setki.

- Ju­tro do­sta­niesz dwie­ście. A ja za­dbam, żeby pan Kral­je­vic na ra­zie się tym za­do­wo­lił. Resztę do­sta­nie póź­niej.

- Pan Kral­je­vic nie wy­daje się czło­wie­kiem, z któ­rym można ne­go­cjo­wać.

- Mó­wi­łem, że tym ja się zajmę.

- Chcesz, że­bym znowu stał na bramce? Prze­cież nie mam już li­cen­cji.

- Wiem, co masz, a czego nie masz, Ad­na­nie Na­simi. I wiem, co mo­żesz, a czego nie mo­żesz. Ale przede wszyst­kim wiem, co ja sam mogę i czego ja sam po­trze­buję. W tej chwili mu­szę po­móc ci wy­plą­tać się z bar­dzo kiep­skiej sy­tu­acji. Wszystko, o co pro­szę, to twoja lo­jal­ność. Wcho­dzisz czy nie?

Nie mam py­tań, po­my­ślał.

- Wcho­dzę.

Twarz Vin­centa zu­peł­nie zmie­niła wy­raz i roz­ja­śniła się jak u roz­ra­do­wa­nej pa­nienki. Gdyby Ad­nan go nie znał, uznałby, że to schi­zo­fre­nik.

- Fan­ta­stycz­nie! Wy­pijmy za to.

Vin­cent po­truch­tał w stronę baru i przy­go­to­wał dwie szkla­neczki whi­sky. Po­dał jedną Ad­na­nowi.

- Zdro­wie.

Ad­nan pu­kał do drzwi Mi­rana. Ro­bił to już od pię­ciu mi­nut. Wie­dział, że Mi­ran jest w środku. Sły­szał, jak ktoś się ru­sza. Uchy­lił klapkę szcze­liny na li­sty.

- Mi­ran, do cho­lery. To ja, Ad­nan. Otwie­raj.

Ktoś z dru­giej strony przy­su­nął oko do ju­da­sza.

- Wi­dzisz prze­cież, że to ja. Otwie­raj.

Drzwi się uchy­liły. Za­trzy­mały na łań­cu­chu.

- Je­steś sam? - W gło­sie Mi­rana sły­chać było strach.

- Ja­sne, wpuść mnie.

Drzwi się za­mknęły, za­brzę­czał łań­cuch i Mi­ran otwo­rzył. Ad­nan wszedł do środka. Go­spo­darz za­trza­snął drzwi i znów za­ło­żył łań­cuch.

Bar­dzo czuj­nie.

W miesz­ka­niu było zu­peł­nie ciemno. Za­cią­gnięte ża­lu­zje. I za­słony. Tylko słaba sto­łowa lampka oświe­tlała ko­ry­tarz.

- Kurwa, jak tu capi - skrzy­wił się Ad­nan. - Mu­sisz prze­wie­trzyć. Otwórz to pie­przone okno.

- Oci­pia­łeś? Po­patrz, co ze mną zro­bili.

- Gówno wi­dzę w tych ciem­no­ściach. A ty miesz­kasz na czwar­tym pię­trze.

- Mogą się tu wy­pu­ścić z da­chu.

- Spu­ścić. Za dużo te­le­wi­zji oglą­dasz. Daj spo­kój. Otwórz ja­kieś okno, żeby dało się od­dy­chać. Obie­cuję, że Ju­gole nie przy­lecą tu he­li­kop­te­rem ani nie wbiją się tu przez szybę.

Mi­ran nie­chęt­nie otwo­rzył okno w sa­lo­nie. Ad­nan za­pa­lił lampę. Mi­ran zmru­żył oczy. Pew­nie od ty­go­dni nie wi­dział świa­tła.

- Wy­glą­dasz jak gówno. - Ad­nan wpa­try­wał się w Mi­rana.

Prze­sta­wiony nos. Cała twarz po­kryta żół­tymi si­nia­kami, które wła­śnie za­czy­nały zni­kać. Ciemne wory pod oczami. Za­pad­nięte po­liczki. Lewa ręka w gip­sie.

- Mało nie kop­ną­łem w ka­len­darz. Mu­sisz zo­ba­czyć, jak wy­glą­dają moje plecy. Patrz.

Mi­ran pod­cią­gnął ko­szulkę, od­sła­nia­jąc po­tworne sińce na ple­cach.

- Dla­czego nie od­bie­rasz, jak dzwo­nię? Od paru ty­go­dni pró­buję się z tobą skon­tak­to­wać.

- Mam tak samo prze­srane jak ty i mu­sia­łem tro­chę po­my­śleć. Ale są też do­bre wie­ści.

- No go­rzej już być nie może. Masz coś przy so­bie?

- Już nie biorę tego gówna. Ty też po­wi­nie­neś prze­stać. Wy­glą­dasz okrop­nie. Kiedy ostat­nio coś ja­dłeś?

Mi­ran pod­szedł bli­żej do Ad­nana. Spoj­rzał mu uważ­nie w oczy.

- Prze­cież przed chwilą wcią­gną­łeś kre­skę. Co ty mi tu pie­przysz. Po­trze­buję cze­goś. Ina­czej osza­leję.

- Po­twier­dzam. Ale to część tych do­brych wia­do­mo­ści. Chcesz po­słu­chać czy wo­lisz iść na mia­sto po pro­chy, żeby Mi­lo­rad znów prze­trze­pał ci skórę?

Mi­ran cały się trząsł. Albo z głodu nar­ko­ty­ko­wego, albo na wspo­mnie­nie Mi­lo­rada.

- No to ga­daj.

- Za­ła­twi­łem dwie stówy. Ju­tro spo­tkamy się z tym Ju­go­lem i prze­ka­żemy kasę.

Mi­ran otwo­rzył usta ze zdu­mie­nia.

- Nie ma opcji, że­bym do­bro­wol­nie po­szedł się spo­tkać z tym psy­cho­lem. A jak za­ła­twi­łeś kasę?

- Po­ży­czy­łem. Wię­cej nie mu­sisz wie­dzieć. Ale to ura­tuje twoją prze­ra­żoną dupę.

- A reszta szmalu? On nie od­pu­ści, do­póki nie do­sta­nie ca­ło­ści. Cał­kiem mu od­bije. Czy ty w ogóle my­ślisz?

- To już jest za­ła­twione. Mi­lo­rad zgo­dził się na od­ro­cze­nie. Uspo­kój się. Je­dyne, co mu­sisz zro­bić, to pójść tam ju­tro ze mną.

- Ni­gdy w ży­ciu. Nie ma mowy.

Głos Mi­rana prze­szedł w fal­set:

- Mu­szę coś wziąć. Po­móż mi. Mój di­ler się wścieka, bo nie za­pła­ci­łem mu za ostat­nie razy.

Ad­nan na­gle zdał so­bie sprawę, że Mi­ran nie na­daje się na­wet do ju­trzej­szego pro­stego za­da­nia. Był w roz­sypce. Pew­nie po­szczałby się w ga­cie, za­nim do­je­cha­liby na miej­sce.

- Do­bra, Mi­ran, spoko. Sam to za­ła­twię. Ale ty mu­sisz się ogar­nąć. Idź na od­wyk albo coś. Ja mam coś w pla­nach. Wtedy będę cię po­trze­bo­wał. Ro­zu­miesz? Nie mo­żesz tak sie­dzieć i gnić w miesz­ka­niu ciotki. Je­steś pie­przony Mi­ran Ku­din. Idź po­bie­gaj czy coś. Zrób co­kol­wiek. Ale prze­stań tu sie­dzieć i uża­lać się nad sobą. Już nie mu­sisz się bać Ju­goli. Mi­lo­rad jed­nak nie bę­dzie cze­kał w nie­skoń­czo­ność. Po­trze­bu­jemy wię­cej kasy. A ja wiem, jak to za­ła­twić. Tylko że nic nie zro­bimy, je­śli bę­dziesz za­ćpany.

Mi­ran sie­dział sku­lony na so­fie. Przy­ci­skał dło­nie do twa­rzy i bu­jał się w przód i w tył. Jak małe dziecko, które nie po­trafi usie­dzieć na miej­scu.

- Ro­zu­miem. Ogarnę się. Ale to nie ta­kie ła­twe. Mu­sisz mi po­móc.

- Zro­bię, co będę mógł. Wrócę ju­tro, kiedy wszystko za­ła­twię. Zjedz coś, wy­glą­dasz jak naj­gor­szy ano­rek­tyk. I kup ja­kieś rze­czy do domu.

Mi­ran wpa­try­wał się w Ad­nana tak, jakby ten pro­sił go o przy­nie­sie­nie ka­mie­nia z Księ­życa. Do ni­czego się nie nada­wał. Trzeba było cze­goś moc­nego, żeby znów prze­szedł w tryb walki. Ad­nan za­mie­rzał jed­nak spró­bo­wać, nie miał zbyt wielu to­wa­rzy­szy do wy­boru.

14

Amanda je­chała sa­mo­cho­dem do ?kers­bergi. To był jej wolny dzień, ale miała ze sobą le­gi­ty­ma­cję po­li­cyjną. Za­mie­rzała od­wie­dzić nie­ja­kiego Stena An­ders­sona. To był tro­chę strzał na ślepo, ale być może ukra­dziona mu fur­go­netka miała coś wspól­nego z upro­wa­dze­niem pa­wiana.

Ar­ty­kuł o mał­pie wbił się głę­boko w świa­do­mość Amandy. Wy­jęła dzien­nik Sanny i po­now­nie prze­czy­tała strony, które wi­działa już tak dużo razy. Może uda się zna­leźć coś no­wego. Przyj­rzała się ry­sun­kowi mał­piej głowy. Małpa? Może to prze­zwi­sko? A może tylko ha­lu­cy­na­cje Sanny?

Amanda po­sta­no­wiła do­kład­niej zba­dać tę dzi­waczną kra­dzież pa­wiana Ju­lii, upro­wa­dzo­nej z ogrodu zoo­lo­gicz­nego Kol­m?r­den. Być może po­winna wy­klu­czyć to, że kra­dzież ta miała co­kol­wiek wspól­nego ze śmier­cią Sanny, co w su­mie wy­daje się nie­moż­liwe, bio­rąc pod uwagę upływ czasu. Ale dla­czego ta nie­zwy­kła myśl nie chciała znik­nąć?

Amanda za­dzwo­niła wcze­śniej do Hen­rika, ko­legi ze szkoły po­li­cyj­nej, który pra­co­wał w Nor­r­köping. Sły­szał oczy­wi­ście, jak lu­dzie mó­wią o pa­wia­nie. Wszy­scy o tym ga­dali. I nikt nie mógł zro­zu­mieć, po co ktoś miałby kraść małpę. Coś po­dob­nego zda­rzyło się pięć lat wcze­śniej. Po­tem w Kol­m?r­den za­in­sta­lo­wano mo­ni­to­ring. Tym ra­zem można było zo­ba­czyć, że ro­botę wy­ko­nali pro­fe­sjo­na­li­ści. Pię­ciu za­ma­sko­wa­nych męż­czyzn za­cho­wu­ją­cych się jak woj­skowi. Dzia­łali szybko, efek­tyw­nie i kon­kret­nie.

Użyli fur­go­netki ukra­dzio­nej w Sztok­hol­mie.

Hen­rik po­dał Aman­dzie nu­mer re­je­stra­cyjny. Po­je­chała do pracy i prze­czy­tała zgło­sze­nie. W noc przed kra­dzieżą pa­wiana w ?kers­ber­dze za­gi­nęła fur­go­netka. Wła­ści­ciel, Sten An­ders­son, za­uwa­żył to rano, kiedy miał je­chać do pracy. Od razu za­dzwo­nił na po­li­cję i zgło­sił kra­dzież. Wię­cej in­for­ma­cji nie było. Dla­tego Amanda po­sta­no­wiła po­je­chać na miej­sce.

Pro­wa­dząc, szu­kała ad­resu na ma­pie. Zna­le­zie­nie cze­go­kol­wiek na wsi za­wsze było rów­nie trudne. Plą­ta­nina żwi­ro­wych dróg bez żad­nych zna­ków i domy bez nu­me­rów. Jak li­sto­no­sze mogą się w tym po­ła­pać?

W końcu do­tarła do celu. Przy­naj­mniej wy­da­wało jej się, że to wła­ściwy dom. Na działce stało kilka sta­rych sa­mo­cho­dów. Amanda na­li­czyła ich sześć. Wy­da­wało się, że hobby Stena to na­pra­wia­nie roz­pa­da­ją­cych się wra­ków. Za­par­ko­wała na wy­sy­pa­nym żwir­kiem pod­jeź­dzie i wy­sia­dła. Kiedy po­ko­nała po­łowę drogi do domu, drzwi otwo­rzył męż­czy­zna w póź­nym śred­nim wieku. Amanda przed­sta­wiła się i po­in­for­mo­wała, że sa­mo­chód Stena być może zo­stał użyty do po­waż­nego prze­stęp­stwa.

- Dla­tego chcia­ła­bym za­py­tać, czy wi­dział pan albo sły­szał coś, kiedy po­jazd zo­stał skra­dziony.

Sten wy­tarł ręce w swoje upać­kane sma­rami ogrod­niczki.

- Nie, w nocy śpię jak ka­mień.

- Nie za­uwa­żył pan ni­czego nie­zwy­kłego w dniach przed kra­dzieżą? Może po­ja­wili się tu ja­cyś lu­dzie, któ­rych wcze­śniej pan nie wi­dział.

- Nie, nic ta­kiego so­bie nie przy­po­mi­nam. A zna­leźli sa­mo­chód?

- Nie­stety nie. Ale po­in­for­mu­jemy pana, kiedy tylko to na­stąpi.

- No szkoda. A tak przy oka­zji, za­wsze może pani spró­bo­wać po­roz­ma­wiać z Agdą z tego żół­tego domu.

Sten wska­zał za­gaj­nik.

- To wścib­ska stara baba. Je­śli ona nic nie wie, to daję głowę, że nic się nie wy­da­rzyło.

Amanda spoj­rzała w stronę żół­tego bu­dynku wi­docz­nego zza drzew.

- Dzięki, pójdę tam i za­py­tam.

- Po­wo­dze­nia. - Sten się uśmiech­nął.

Amanda pod­je­chała pod dom i za­pu­kała do drzwi, które na­tych­miast się otwo­rzyły. Sta­nęła w nich drobna, si­wo­włosa ko­bieta, spoj­rzała w górę. Agda mo­gła mieć nie wię­cej niż sto pięć­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów wzro­stu. Trudno to jed­nak było oce­nić, bo stała po­chy­lona, opie­ra­jąc się na la­sce.

- Ach, cóż za miła wi­zyta. Wi­dzia­łam, że by­łaś u Stena An­ders­sona. W czym mogę po­móc? Ależ z cie­bie słodka ko­bietka.

- Je­stem z po­li­cji i chcia­ła­bym za­dać pani kilka py­tań, je­śli wolno.

- Po­li­cja. Fan­ta­stycz­nie. Nie­czę­sto ma się ta­kie wi­zyty. Pro­szę, pro­szę wejść.

Agda od­su­nęła się na bok i wpu­ściła ją do środka.

Pod­łoga za­skrzy­piała pod bu­tami Amandy.

- To nie po­trwa długo. - Wpa­try­wała się w ciem­no­zie­lone ta­pety w me­da­liony, od­kle­ja­jące się na kra­wę­dziach. - Za­sta­na­wiam się tylko, czy w ostat­nim ty­go­dniu wi­działa tu pani coś nie­zwy­kłego?

- Ale, ale. Mój kot kie­dyś przy­niósł wiel­kiego ptaka. Jezu, mó­wię. Wszę­dzie była krew.

- O rany. Ale mnie cho­dzi o to, że kilka dni temu zo­stał skra­dziony sa­mo­chód Stena. Chcia­ła­bym więc za­py­tać, czy pani co­kol­wiek wi­działa?

- Ach, biedny Sten. Mój mąż po­ma­gał mu bu­do­wać dom. Ale się mę­czyli! Ale dom wy­sta­wili ele­gancki. Prawda?

- Tak, wy­gląda wspa­niale. Czy pani mąż też jest w domu?

- Och, nie. Gu­stav umarł pięt­na­ście lat temu. Zo­sta­łam tylko ja. Ale ty je­steś słodka. To skąd przy­szłaś?

- Je­stem z po­li­cji. Za­sta­na­wia­łam się, czy w ostat­nim ty­go­dniu nie wi­działa tu pani cze­goś nie­zwy­kłego?

- No tak, bied­nemu Ste­nowi ukra­dli sa­mo­chód. Czy to nie okropne?

Amanda za­częła ro­zu­mieć, dla­czego Sten się uśmiech­nął, gdy wspo­mniał o Ag­dzie.

- To prawda, okropne. Czy pani wie, co się z nim stało?

- Nie, nie. Biedny Sten.

Amanda za­częła przy­go­to­wy­wać się do wyj­ścia.

- Bar­dzo dzię­kuję. Miło było pa­nią po­znać, ale nie będę już prze­szka­dzać.

- Ależ, ko­chana, wcale mi nie prze­szka­dzasz. Taka miła wi­zyta. Nie­czę­sto mi się zda­rza z kimś po­roz­ma­wiać. Kiedy ostat­nio byli tu lu­dzie, nie za­pu­kali do drzwi. Szwen­dali się tylko po le­sie.

Amanda za­trzy­mała się z ręką na klamce.

- Kto taki?

- Dwóch fa­ce­tów. Ele­ganc­kich. Ro­słych jak mój Gu­stav.

- Roz­ma­wiała pani z nimi?

- Nie, kiedy wy­szłam i spy­ta­łam, co ro­bią, je­den po­wie­dział, że zbie­rają ja­gody. Ale po­wiem ci, ko­chana, że ja­gód ra­czej nie zbie­rali. Ten drugi po­wie­dział coś po ro­syj­sku. A po­tem znik­nęli.

- Skąd pani wie, że po ro­syj­sku?

- Mój Gu­stav kie­dyś pra­co­wał w Związku Ra­dziec­kim. Je­śli po­tra­fię roz­po­znać ja­kiś ję­zyk, to jest to ro­syj­ski. Mogę być za­po­mi­nal­ską bab­cią, ale wiem, co sły­sza­łam. I to był ro­syj­ski. Ele­ganccy byli.

- Kiedy to było?

- Niech no po­my­ślę. Kiedy wró­ci­łam do domu, zja­dłam gro­chówkę i na­le­śniki. Ro­bię to w każdy czwar­tek. Tak więc mu­siał to być czwar­tek. Zo­sta­niesz na kawę?

- Bar­dzo dzię­kuję, ale mu­szę już iść.

Za­nim Amanda wró­ciła do sa­mo­chodu, za­mie­niła jesz­cze kilka słów z Agdą. Głów­nie dla­tego, że jej współ­czuła. Sie­dze­nie ca­łymi dniami w domu na wsi nie może być fajne.

Ja­dąc do mia­sta, pod­su­mo­wała roz­mowę. Hen­rik mó­wił, że to byli woj­skowi, a Agda opo­wia­dała o ro­słych Ro­sja­nach. Co mieli ru­scy żoł­nie­rze do pa­wiana? Amanda wie­działa, że w re­jo­nie Sztok­holmu działa kilka ro­syj­skich gan­gów. Nie­które spe­cja­li­zo­wały się we wła­ma­niach. Inne w han­dlu ludźmi. Amanda uczest­ni­czyła kie­dyś w na­lo­cie na miesz­ka­nie, w któ­rym było czte­rech Ro­sjan. Byli po­dej­rze­wani o kilka wła­mań do miesz­kań i trzech zo­stało aresz­to­wa­nych. Czwar­temu udało się wy­sko­czyć przez bal­kon w sa­mych ga­ciach i omi­nąć pa­trol z psem. Opie­kunka spu­ściła swo­jego owczarka ze smy­czy. Krótko po­tem usły­szała dzi­kie wy­cie, a kiedy zna­la­zła psa, miał po­ła­mane obie przed­nie łapy. Nie każdy po­trafi po­ko­nać po­li­cyj­nego psa go­łymi rę­kami. Ci Ro­sja­nie byli spe­cjal­nie wy­szko­lo­nymi eli­tar­nymi żoł­nie­rzami. Wy­ćwi­czo­nymi tak, by prze­trwać wszystko.

Amanda my­ślała da­lej. Je­śli sa­mo­chód zo­stał skra­dziony w Sztok­hol­mie, sprawca naj­praw­do­po­dob­niej też mieszka na tym ob­sza­rze. Albo przy­naj­mniej cza­sowo prze­bywa. W ta­kim wy­padku cho­dzi tu o ro­syj­skich żoł­nie­rzy dzia­ła­ją­cych w Sztok­hol­mie i z ja­kie­goś po­wodu po­lu­ją­cych na pa­wiana.

Po swoim pry­wat­nym do­cho­dze­niu w ?kers­ber­dze Amanda nie czuła się o wiele mą­drzej­sza. To prawda, zna­la­zła trop pro­wa­dzący do kra­dzieży małpy, ale nie udało jej się wy­kryć ja­kie­go­kol­wiek po­wią­za­nia ze śmier­cią Sanny. Te­raz po­zo­sta­wało tylko cze­kać, aż fur­go­netka gdzieś się po­jawi. Gdzie ją zo­sta­wili?

Amanda po­sta­no­wiła nie in­for­mo­wać po­li­cji z Nor­r­köping o swoim prze­słu­cha­niu Agdy. Ma­cha­nie po­li­cyjną le­gi­ty­ma­cją w wol­nym cza­sie nie jest do­brze wi­dziane. Mo­głoby ją to kosz­to­wać pracę.

Zbli­żała się pora lun­chu i Amanda wje­chała w bar­dziej zwartą za­bu­dowę. Dziś miała po­zwo­lić so­bie na McDo­nalda. McRoyal i ba­na­nowy shake. Czy ist­nieje coś lep­szego?

Wczo­raj była na ko­la­cji z Ad­na­nem. Je­dli ma­ka­ron w Sum­pan. Za­uwa­żyła, że rand­ko­wa­nie nie było jego naj­moc­niej­szą stroną. Ze­stre­so­wał się, kiedy za­da­wała mu py­ta­nia, i uni­kał od­po­wie­dzi w spra­wach, które były dla niego nie­wy­godne. Nic nie mó­wił o swoim prze­stęp­czym stylu ży­cia. Może chciał naj­pierw ją wy­czuć? By­łoby to oznaką, że mu za­leży. Miała go na ha­czyku.

Wzdra­gała się przed po­ca­łun­kiem, ale wie­działa, że to ko­nieczne. Zmu­siła się do tego, kiedy mieli się roz­stać. Za­sko­czyło ją cie­pło roz­le­wa­jące się po jej ciele i mię­śnie, które skur­czyły jej się w pod­brzu­szu. Prze­ko­nała samą sie­bie, że to dla­tego, że od dawna z ni­kim się nie spo­ty­kała. Z nie­chę­cią my­ślała o ko­lej­nym ra­zie. Wtedy bę­dzie zmu­szona zro­bić ko­lejny krok. Mu­siała go skło­nić, żeby się otwo­rzył. Opo­wie­dział o swoim ży­ciu. Swoim daw­nym ży­ciu.

15

Ma­gnus znów był w pracy, na­de­szła pora na od­prawę. Jego lu­dzie sie­dzieli wo­kół stołu kon­fe­ren­cyj­nego. Wy­po­sa­żeni w broń, gaz pie­przowy, pałki, kaj­danki. Wszy­scy cho­wali te rze­czy w różny spo­sób, co nie było pro­ste, gdy pra­co­wało się w cy­wilu. Anette nie była w sta­nie ukryć ka­mi­zelki ku­lo­od­por­nej. Jej biust spra­wiał, że wy­glą­dała w niej jak Dolly Par­ton. Była je­dyną dziew­czyną w ze­spole Ma­gnusa. Gdyby to od niego za­le­żało, miałby sa­mych fa­ce­tów. Jego zda­niem pra­co­wali znacz­nie le­piej. Do­wódz­twu jed­nak się nie po­do­bało, że ni­gdy nie za­trud­niał ko­biet. Mó­wili o rów­no­upraw­nie­niu i tak da­lej. Tak więc, aby za­mknąć im usta, wy­brał Anette. Było przy­naj­mniej na kim za­wie­sić oko. Nie­stety wkrótce od­krył, że jest sztyw­niarą. Wście­kła się, kiedy pew­nego dnia po­kle­pał ją po tyłku. Prze­cież to były żarty. Baba zde­cy­do­wa­nie miała pro­blemy z kon­tak­tami spo­łecz­nymi.

Prawdę mó­wiąc, Amanda pa­so­wa­łaby le­piej. Po­tra­fi­łaby na­wet utrzy­mać ta­kie stan­dardy jak jego chłopcy. Gdy od­by­wała u niego staż, błysz­czała. On jed­nak nie chciał za­trud­niać ko­goś, kto go krę­cił. Stwa­rzało to tylko mnó­stwo pro­ble­mów.

Nie kala się wła­snego gniazda - to jedno z ulu­bio­nych po­wie­dzo­nek Ma­gnusa. Oka­zało się praw­dziwe. By­łoby strasz­nie ciężko oglą­dać ją każ­dego dnia, wie­dząc, że wła­śnie ru­chał ją ja­kiś Arab.

Od dawna nie roz­ma­wiali. Dla­czego nie za­dzwo­niła? Ma­gnus nic nie ro­zu­miał. Chciał oczy­wi­ście, żeby go to nie ob­cho­dziło. Ale ona nie­ustan­nie była obecna w jego gło­wie. Chciał wy­py­tać ją o Araba, ale jed­no­cze­śnie nie za­mie­rzał zdra­dzać, że o nim wie. Do­sta­wał szału od wła­snych emo­cji. W jed­nej se­kun­dzie za nią tę­sk­nił. W na­stęp­nej po­świę­cał całą ener­gię na wy­obra­ża­nie so­bie, jak się jej od­wdzię­czy za to, co mu zro­biła. To przez nią czę­sto był w złym hu­mo­rze i miał krótki lont. I to przez nią miał trud­no­ści ze skon­cen­tro­wa­niem się na pracy. To przez nią stra­cił kon­trolę z tamtą dziwką w Pa­ra­dis. To wszystko przez nią.

Na­stęp­nego dnia wła­ści­ciel za­dzwo­nił z pre­ten­sjami. Sam wielki Vin­cent Bon­ne­rud skar­żył się na Ma­gnusa Blom­berga. Na­rze­kał, że dziwka nie bę­dzie mo­gła pra­co­wać przez kilka dni, a może i ty­go­dni. Po­dobno miała roz­le­głe ślady po du­sze­niu. A poza tym była w szoku.

Ma­gnus wie­dział, że prze­sa­dził. Ale ostat­nią osobą, która po­winna mu to wy­po­mi­nać, był Vin­cent. Czy on za­po­mniał, że jest za­leżny od jego do­brej woli? Je­śli tak, Ma­gnus musi wkrótce mu o tym przy­po­mnieć.

Wszedł do sali kon­fe­ren­cyj­nej i rzu­cił na stół "Expres­sen".

- Dzień do­bry. Tu mamy w ga­ze­cie do­cho­dze­nie San­déna. I to na pierw­szej stro­nie.

W sali zro­biło się ci­szej.

Erik, je­den z tych, któ­rzy naj­dłu­żej pra­co­wali w roz­bo­jach, przy­cią­gnął do sie­bie ga­zetę.

- O kurde. Jak oni to zdo­byli?

- No cóż, naj­wy­raź­niej mamy tu w fir­mie ko­goś, komu nie mo­żemy ufać.

Ko­le­dzy roz­ma­wiali ze sobą. Prze­glą­dali prasę.

- Opu­bli­ko­wali na­wet zdję­cia dziew­czyn - po­wie­dział ktoś.

- Tak jest. Mogę też po­in­for­mo­wać, że San­dén nie czuje się z tym naj­le­piej. Ro­dzice i ad­wo­kaci dziew­czyn przez cały dzień dzwo­nili i ter­ro­ry­zo­wali go. Py­tali, jak, do cho­lery, coś ta­kiego mo­gło wy­ciec.

- Od dawna się nad tym za­sta­na­wia­łam - po­wie­działa Anette. - Wszyst­kie na­sze do­cho­dze­nia leżą na wierz­chu. Po­win­ni­śmy przy­jąć za­sadę, że za­my­kamy je gdzieś, kiedy nas tu nie ma.

Ma­gnus przy­znał jej ra­cję.

- Pełna zgoda. Nie tylko my mamy też do­stęp do po­miesz­czeń. Wszę­dzie prze­cież bie­gają sprzą­ta­cze. Ta nowa sprzą­taczka jest okropna - stwier­dził ktoś. - Łazi tylko i roz­pyla od­świe­żacz. Le­dwo tu można od­dy­chać.

Wszy­scy ki­wali głową, po­twier­dza­jąc jego słowa, a dys­ku­sja prze­nio­sła się na ko­bietę, która wszę­dzie la­tała ze ścierą, kiedy lu­dzie byli za­jęci pracą. I na tech­ni­ków, któ­rzy przy­cho­dzili i od­cho­dzili. Cię­żar winy stop­niowo prze­cho­dził na nich. Ła­twiej było wi­nić ko­goś z ze­wnątrz niż swo­ich.

Ma­gnus skie­ro­wał roz­mowę z po­wro­tem na wła­ściwy te­mat. Omó­wili to, ja­kie roz­boje zda­rzyły się od ostat­niej od­prawy. Jaki ob­szar był naj­bar­dziej na­ra­żony? Który gang tam dzia­łał? Wszyst­kim przy­dzie­lono za­da­nia. Jedni mieli prze­pro­wa­dzić prze­szu­ka­nia w do­mach. Ktoś miał prze­słu­chać sie­dzą­cego w aresz­cie po­dej­rza­nego. Inni mieli po­móc lu­dziom od nar­ko­ty­ków w ob­ser­wa­cji ja­kie­goś miesz­ka­nia. Wszy­scy pa­lili się, by ru­szyć do ak­cji. Jak głodne wilki.

16

Ha­jir był kum­plem, który za­wsze sta­wał na wy­so­ko­ści za­da­nia. Pro­po­zy­cja nie­szcze­gól­nie mu się spodo­bała. Ale w trud­nej sy­tu­acji praw­dziwy kum­pel nie za­wo­dzi.

Ad­nan znów je­chał hy­un­da­iem Hos­se­ina. Obok niego sie­dział Ha­jir. Na ko­la­nach trzy­mał dużą czarną torbę tre­nin­gową. Wy­peł­nioną szma­lem.

Wcze­śniej wpa­dli do Pa­ra­dis. Vin­cent miał wszystko przy­go­to­wane. Po pro­stu wrzu­cił kasę do torby i po­wie­dział, gdzie mają się spo­tkać z pa­nem Kral­je­vi­cem. Obie­cał, że Ju­gol wy­wiąże się z umowy. Dwie stówy te­raz. Reszta póź­niej. Ni­komu nie sta­nie się nic złego.

Je­chali na za­chód. Przez most Tra­ne­berg, da­lej do Ulvsun­da­vägen. Gło­śny ryk sil­nika spra­wił, że Ad­nan pod­sko­czył na sie­dze­niu. Ha­jir uśmiech­nął się drwiąco.

- Wy­lu­zuj, kurwa. Je­steś cały w ner­wach. Mamy tylko prze­ka­zać kasę i od­je­chać. Wszystko bę­dzie do­brze.

Ad­nan zdał so­bie sprawę, że huk po­cho­dził od sa­mo­lotu pod­cho­dzą­cego do lą­do­wa­nia na lot­ni­sku Bromma. Pra­wie otarł się o dach auta. Strasz­nie to dziwne, że lot­ni­sko jest w środku mia­sta. Prze­raża lu­dzi.

Ha­jir miał ra­cję. Wszystko bę­dzie do­brze. Do­bro­wolne spo­tka­nie z Ju­go­lami wy­wo­ły­wało jed­nak u niego bar­dzo nie­przy­jemne emo­cje. Pew­nie tak czuje się sa­mo­bójca z bombą tuż przed eks­plo­zją.

Ad­nan wy­pa­try­wał w lu­sterku wstecz­nym po­ten­cjal­nych gli­nia­rzy w cy­wilu. Wy­stę­po­wa­nie na li­ście No­vej miało swoje złe strony, kiedy za­ła­twia się ważne sprawy. Kiep­sko by było, gdyby zo­stali w tej chwili za­trzy­mani. Pew­nie skoń­czy­łoby się na po­waż­nym na­ru­sze­niu prze­pi­sów ru­chu dro­go­wego. Gliny na pewno za­bra­łyby jed­nak też kasę. A do tego oczko w gło­wie Hos­se­ina.

Ruch był in­ten­sywny, tej pory dnia w Sztok­hol­mie na­le­żało uni­kać. Wszy­scy uczciwi Szwe­dzi wra­cali z pracy do domu. Ta­mo­wali ruch. Ad­nan nie mógł po­jąć, jak lu­dzie wy­trzy­mują swoją pracę od ósmej do sie­dem­na­stej. I do tego do­jeż­dża­nie do ro­boty go­dzinę w jedną stronę. Co naj­mniej.

- Która go­dzina? - spy­tał.

- Za pięć.

- Kurwa mać!

- Spoko. Zdą­żymy.

Ad­nan wcale nie uwa­żał, że jest spoko. Nie chciał dać Mi­lo­ra­dowi oka­zji, żeby się zde­ner­wo­wał.

- A je­śli jest tam Fa­tos?

Fa­tos - go­ryl, który uwiel­biał ko­pać lu­dzi swo­imi bu­cio­rami. Go­ryl ma­jący dziecko z panną Ha­jira.

- Bę­dzie tam - po­twier­dził Ha­jir. - Za­wsze stoi przy boku pana Kral­je­vica.

- Kurde, i co bę­dzie?

- A ja­kie to ma zna­cze­nie? Tu cho­dzi o biz­nes. To dru­gie to pry­watna sprawa. Isa­bella jest te­raz ze mną i ten drań musi to po pro­stu za­ak­cep­to­wać.

Ha­jir wy­glą­dał na prze­ko­na­nego o swo­jej ra­cji.

Ad­nan od­pu­ścił te­mat. Je­chali do celu. Nie mo­gli prze­rwać tego za­da­nia tylko dla­tego, że uczu­cia Go­ryla zo­stały ura­żone.

Prze­ka­za­nie miało na­stą­pić w Husby. W za­gaj­niku przy bo­isku do nogi. Vin­cent dał wy­raźne dy­rek­tywy.

- Ma­cie za­par­ko­wać przy dro­dze. Po­tem przej­dzie­cie przez bo­isko do za­gaj­nika. Jest tam ścieżka pro­wa­dząca przez wznie­sie­nie. Po dru­giej stro­nie spo­tka­cie się z pa­nem Kraj­le­vi­cem. Nie spóź­nij­cie się tylko.

Ad­nan wie­dział, gdzie to jest. Nie­raz grał tam w piłkę i po­pa­lał po kry­jomu fajki w le­sie po­ca­łun­ków, jak go na­zy­wali.

Za­par­ko­wali tam, gdzie ka­zał im Vin­cent. Ad­nan spoj­rzał na ze­ga­rek. Dwie po. Kurde. Prze­szli przez bo­isko. Ha­jir z torbą w za­ci­śnię­tej ręce. Ad­nan gra­tu­lo­wał sam so­bie, że po­zwo­lił Mi­ra­nowi zo­stać w domu. Pew­nie do tej pory za­plą­tałby się w pas bez­pie­czeń­stwa. Ob­si­kałby całe sie­dze­nie. Ję­czałby o strzy­kawkę. Nie, Mi­ran to pro­blem do roz­wią­za­nia póź­niej.

- Wi­dzisz ich? - Ad­nan sta­rał się brzmieć spo­koj­nie.

- Nie, ale są tu.

Ha­jir nie wi­dział po­wodu, by zwal­niać.

- Skąd wiesz?

- Są tu­taj.

Szli da­lej szyb­kim kro­kiem. Przez za­gaj­nik. Po wy­dep­ta­nej ścieżce oto­czo­nej brzo­zami, so­snami, krza­kami. Na wznie­sie­nie. Ad­nan ro­zej­rzał się do­okoła. Szu­kał Ju­goli. Dziś nie tylko dla­tego, że był ostrożny. Dziś oni na­prawdę mieli się po­ja­wić. Ale on ni­kogo nie wi­dział. Nic nie sły­szał. Nie li­cząc ćwier­ka­nia pta­ków i stłu­mio­nego mru­cze­nia od­le­głych sa­mo­cho­dów. Na­bie­rał co­raz więk­szego prze­ko­na­nia, że Ju­gole w ogóle się jesz­cze się nie po­ja­wili. Że on i Ha­jir przy­szli pierwsi i mu­sieli te­raz po­cze­kać. Jesz­cze bar­dziej się zde­ner­wo­wać. Przy­naj­mniej Ad­nan. Ha­jir wy­da­wał się cał­ko­wi­cie spo­kojny, cał­ko­wi­cie sku­piony na za­da­niu.

I wtedy, jakby zni­kąd, po­ja­wili się. Mi­lo­rad Kral­je­vic stał za­le­d­wie kilka me­trów od nich. Obok niego Go­ryl. Po obu flan­kach zma­te­ria­li­zo­wało się jesz­cze dwóch ol­brzy­mów. Ad­nan ni­gdy wcze­śniej ich nie wi­dział. Byli gi­gan­tyczni. A prze­cież Ad­nan sam nie był ułom­kiem. Gdzie Mi­lo­rad wy­naj­do­wał tych wszyst­kich na­pa­ko­wa­nych Ju­goli o ka­mien­nych ob­li­czach? Speł­nie­nie jego wy­ma­gań mu­siało być nie­ła­twe.

Mię­śniaki miały przy so­bie broń. Wy­raź­nie ją po­ka­zy­wały. Trzy­mały ręce na kol­bach. Czy Vin­cent nie po­wie­dział wy­raź­nie, że nie można za­bie­rać broni? Czy to do­ty­czyło tylko jego i Ha­jira? Co to za po­pie­przone za­sady? Czy Vin­cent ich wy­sta­wił? Czy może pan K. wy­sta­wił Vin­centa? Tak czy ina­czej, sy­tu­acja przy­brała zły ob­rót.

Ad­nan przyj­rzał się Mi­lo­ra­dowi i Go­ry­lowi. Obaj po­tężni i na­pa­ko­wani. Mi­lo­rad był mniej wię­cej wzro­stu Ad­nana. Go­ryl nieco niż­szy. Dla rów­no­wagi miał jed­nak dwa razy więk­sze bi­cepsy. Ko­leś na pewno ły­kał ste­rydy. Wy­ci­skał że­lazo co naj­mniej dwa razy dzien­nie. Kiedy za­uwa­żył Ha­jira, po­ru­szył noz­drzami. Wy­glą­dał jak dziki byk cze­ka­jący na spo­sob­ność do ataku. Mimo ta­lentu do taj­skiego boksu Ad­nan zde­cy­do­wa­nie nie chciałby być zmu­szo­nym do walki z Go­ry­lem. Po­sta­no­wił, co zrobi, je­śli coś pój­dzie nie tak - uciek­nie. Je­dyny pro­blem to broń Ju­goli. Byli z Ha­ji­rem w bar­dzo nie­ko­rzyst­nej sy­tu­acji.

Mi­lo­rad prze­rwał ci­szę.

- Dzień do­bry, Ad­nan, masz to­wa­rzy­stwo, jak wi­dzę.

- Ty też.

Głu­chy chi­chot.

- Może jed­nak nie po­wi­nie­neś py­sko­wać.

- Za­kła­da­łem, że dy­rek­tywy Vin­centa do­ty­czą też cie­bie.

- Vin­cent, ten mały szczu­rek. My­ślisz, że mną rzą­dzi? Pro­wa­dzę z nim pewne in­te­resy, bo mam na to ochotę. Ru­cham go w dupę, kiedy mam na to ochotę. Ru­cham jego matkę, kiedy mam na to ochotę. To, że dzi­siaj tu je­stem, nie ozna­cza, że co­kol­wiek się zmie­niło. Je­steś mi wi­nien ku­rew­sko dużo szmalu. Masz szczę­ście, że jesz­cze ży­jesz.

- Mam przy so­bie dwie­ście, tak jak uzgod­ni­li­śmy. - Ad­nan z za­sko­cze­niem za­uwa­żył, jak spo­koj­nie brzmi jego głos.

- Ty i ja ni­czego nie uzgad­nia­li­śmy. To ja usta­lam wa­runki. Ale mo­żesz dziś po­dzię­ko­wać swo­jej szczę­śli­wej gwieź­dzie. Na ra­zie dwie­ście wy­star­czy. Po­tem ne­go­cja­cji już nie bę­dzie.

O co cho­dziło Mi­lo­ra­dowi? Czy pró­bo­wał wy­wrzeć wra­że­nie, że to nie Vin­cent roz­daje karty w tym to­wa­rzy­stwie? Jego po­tęgi nie można było na­wet po­rów­ny­wać z ich. Miał sieć kon­tak­tów, która roz­po­ście­rała się na cały wszech­świat. A nie byli to byle jacy lu­dzie. Temu czło­wie­kowi do roz­pę­ta­nia trze­ciej wojny świa­to­wej wy­star­czy­łoby strze­le­nie pal­cami.

Ad­nan po­sta­no­wił jed­nak nic nie mó­wić. Le­piej po­zwo­lić Ju­go­lowi wie­rzyć, że tu rzą­dzi.

- To jak, prze­ka­żemy dziś tę kasę czy jak?

Mi­lo­ra­dowi za­częło się spie­szyć. Ad­nan kiw­nął głową w stronę Ha­jira, który zro­bił krok na­przód.

Go­ryl znów po­ru­szył noz­drzami.

- Mamy szmal - po­wie­dział Ha­jir. - Ale nie tu­taj.

Ad­nan rzu­cił mu szyb­kie spoj­rze­nie. Spo­cił się. Co ten kre­tyn robi? Ży­cie mu nie­miłe?

Mi­lo­rad się za­chmu­rzył.

- Czy to ja­kiś kiep­ski żart?

Lu­dzie z jego ob­stawy zro­bili krok do przodu. Prze­su­wali pal­cami po swo­ich pi­sto­le­tach.

Ha­jir spo­koj­nie kon­ty­nu­ował:

- Mamy szmal w bez­piecz­nym miej­scu nie­da­leko stąd. Kiedy odło­ży­cie swoje gnaty, pój­dziemy po niego. A kiedy wró­cimy, do­sta­nie­cie swoją kasę.

Mi­lo­rad nie był za­do­wo­lony.

- Mam na­dzieję, że ro­zu­mie­cie, z kim ma­cie do czy­nie­nia. Za­czy­na­cie ła­mać umowę. Kasa miała być z wami tu i te­raz.

- A zgod­nie z umową nikt nie miał mieć broni. Mo­żemy za­cząć od two­ich kar­ków.

Ha­jir po­zo­sta­wał zimny jak góra lo­dowa. Wska­zał głową ol­brzy­mów na flan­kach.

Mi­lo­rad wy­da­wał się za­sta­na­wiać. Praw­do­po­dob­nie nie chciał stra­cić twa­rzy. W końcu jed­nak ski­nął głową, wy­da­jąc w ten spo­sób roz­kaz. Mię­śniaki wy­jęły swoje pi­sto­lety i po­ło­żyły je przed sobą.

- Wy też. - Ha­jir spoj­rzał na Mi­lo­rada i Go­ryla.

Ochro­niarz mruk­nął coś nie­zro­zu­mia­łego.

A Mi­lo­rad - czy jego po­liczki się za­czer­wie­niły?

Ha­jir nie ustę­po­wał.

- Wiem, że wy też ma­cie broń. Nie ma co się kłó­cić. Je­śli chce­cie kasę, to zro­bi­cie, co mó­wię.

Mi­lo­rad po­wie­dział do Go­ryla coś, co nie brzmiało po szwedzku.

- Od­puść­cie so­bie to ga­da­nie po ju­gol­sku. Tu wszy­scy mu­szą ro­zu­mieć, co się mówi.

Mi­lo­rad i jego ura­żone uczu­cia.

- Pew­nego dnia tego po­ża­łu­jesz. Ni­gdy nie za­po­mi­nam znie­wagi.

On i Go­ryl wy­jęli swoje pi­sto­lety zza ple­ców i po­ło­żyli przed sobą.

- Te­raz wszy­scy cof­nij­cie się o pięć me­trów.

Nikt się nie ru­szył.

- Co­faj­cie się, do cho­lery!

Mowa ciała Ha­jira wzbu­dzała re­spekt. Próba sił.

Mi­lo­rad zro­bił pierw­szy krok. Po­zo­stali też. Nie­chęt­nie.

- Wy­gląda na to, że za­czy­namy się do­ga­dy­wać - po­wie­dział Ha­jir i cof­nął się wzdłuż ścieżki. - Wró­cimy za pięć mi­nut. Broń ma le­żeć tam, gdzie leży. Je­śli ru­szy­cie się cho­ciaż o mi­li­metr, mo­że­cie za­po­mnieć o ka­sie.

Ad­nan po­szedł za nim. Cią­gle oglą­dał się przez ra­mię, żeby spraw­dzić, co ro­bią Ju­gole. Oni jed­nak stali bez ru­chu.

Ad­nan od­cze­kał, aż zna­leźli się poza za­się­giem słu­chu.

- Co ty tu, kurwa, od­wa­lasz? Je­śli chcesz po­peł­nić sa­mo­bój­stwo, to mo­głeś po­wie­dzieć wcze­śniej. Za­brał­bym Mi­rana za­miast cie­bie.

- Słu­chaj, te dra­nie chcą tylko po­ka­zać swoją siłę. Ni­gdy by nie strze­lili. Ale nie mogą uwa­żać, że zdo­łają mnie prze­stra­szyć.

Ad­nan po­dej­rze­wał, że po­wo­dem za­cho­wa­nia Ha­jira były jego pry­watne sprawy. Po­czuł gniew. Nie miał ochoty po­świę­cać ży­cia dla­tego, że Ha­jir chciał się po­sta­wić Go­ry­lowi.

- A je­śli uwa­ża­łeś, że nie będą strze­lać, to wszystko było zu­peł­nie nie­po­trzebne. I gdzie, do cho­lery, są pie­nią­dze?

- W tor­bie, oczy­wi­ście.

Ad­nan zro­zu­miał. Ha­jir oszu­kał i jego, i Ju­goli. Mu­siał jed­nak przy­znać, że mu za­im­po­no­wał.

- To co te­raz ro­bimy?

- Cof­niemy się troszkę. Zo­sta­wimy torbę na wzgórku. Wtedy bę­dziemy mieli prze­wagę, wra­ca­jąc do sa­mo­chodu.

- Nie poj­muję tylko, dla­czego zgo­dzili się na wszystko, co im ka­za­łeś. Tak bar­dzo nie może im za­le­żeć na ka­sie.

- W du­pie mają kasę. Chcą tylko ob­si­kać swój re­wir. Ale Vin­cent mu­siał mieć po­tęż­nego haka na tę świ­nię. Ina­czej nie zgo­dzi­liby się na od­ro­cze­nie i całe to pie­prze­nie.

Ha­jir jesz­cze bar­dziej za­im­po­no­wał Ad­na­nowi. Miał ra­cję. To nie­wąt­pli­wie dzięki Vin­cen­towi wciąż żyli po wy­skoku Ha­jira. Chyba jed­nak się nie my­lił. Dla­czego ustę­po­wać przed Ju­go­lami? Ad­nan nie mógł po­wstrzy­mać się od my­śle­nia, ja­kiego haka mógł mieć na nich Vin­cent. Ale w su­mie nie za­sko­czyło go to. Gość rzą­dził całą branżą roz­ryw­kową. Znał każ­dego po­li­tyka, który ru­chał ko­go­kol­wiek in­nego niż wła­sną żonę. Każ­dego ce­le­brytę, który chciał cze­goś wię­cej niż tylko al­ko­holu. Każ­dego dra­nia, który chciał wyjść poza nudne ramy szwedz­kiego ży­cia.

Kiedy prze­szli przez szczyt wznie­sie­nia, Ha­jir się za­trzy­mał.

- Po­ło­żymy się tu­taj i po­pa­trzymy, co ro­bią.

Padł na zie­mię i pod­czoł­gał się do krzaka. Ad­nan zro­bił to samo. Za­uwa­żył za­sko­czony, że Ju­gole wciąż stali tam, gdzie im ka­zano. Jak drzewa przy­trzy­my­wane ko­rze­niami.

Ad­nan za­czął szep­tać.

- Wi­dzia­łeś już kie­dyś Go­ryla? Nie zro­bi­łeś na nim do­brego wra­że­nia.

- Nie, ni­gdy. Poza tym Isa­bella prze­ka­zała mu już no­winę.

- Jaką no­winę?

- Bę­dziemy mieli dziecko.

- Żar­tu­jesz chyba.

- Ja­sne, że nie żar­tuję. Go­ryl wpadł w szał. Za­gro­ził, że wbije jej nóż w brzuch. Ta świ­nia może za­po­mnieć, że jesz­cze kie­dy­kol­wiek spo­tka się z San­drą. Mógłby za­mor­do­wać wła­sne dziecko tylko po to, żeby ode­grać się na Isa­belli.

Ad­nan znów na­gle po­czuł się nie­pew­nie. Za­da­nie nie po­le­gało już tylko na do­star­cze­niu pie­nię­dzy. Cho­dziło tu o dra­mat mi­ło­snego trój­kąta, do któ­rego zo­stał wcią­gnięty.

- Mo­głeś po­wie­dzieć wcze­śniej, za­nim wy­lą­do­wa­li­śmy w tych krza­kach. Te­raz mamy prze­srane. Ab­so­lut­nie nie ufam temu dra­niowi. Spa­dajmy stąd, do­star­czymy kasę kiedy in­dziej.

- Nie mo­żemy te­raz od­je­chać. Wtedy będą mieli po­wód, żeby za­ata­ko­wać. A ty za­mie­rzasz po­czoł­gać się z po­wro­tem do Vin­centa i po­wie­dzieć, że na­gle na­ro­bi­łeś w ga­cie?

Ad­nan zdał so­bie sprawę z kon­se­kwen­cji. Je­dy­nym wyj­ściem było kon­ty­nu­owa­nie mi­sji.

- Może po­wi­nie­neś mi po­gra­tu­lo­wać.

Ad­nan uniósł brwi.

- Z oka­zji dziecka - wy­ja­śnił Ha­jir.

Być może nie była to pierw­sza rzecz, o któ­rej Ad­nan w tej chwili po­my­ślał, ale jed­nak.

- Gra­tu­la­cje, bra­cie. Może po­tem o tym po­ga­damy?

- Ja­sne. Te­raz ru­szamy. Go­towy?

- Jazda.

Od­czoł­gali się ka­wa­łek i wstali, kiedy byli pewni, że Ju­gole ich nie wi­dzą.

We­szli na wznie­sie­nie.

Tamci wciąż tkwili w tej sa­mej po­zy­cji.

- Ma­cie kasę - ryk­nął Ha­jir i rzu­cił torbę w dół stoku.

Ad­nan za­czął biec, rzu­cił okiem przez ra­mię. Ju­gole wciąż tkwili bez ru­chu. Wszy­scy poza jed­nym. Go­ry­lem.

Ha­jir biegł o krok za Ad­na­nem. Stra­cił nieco czasu na rzu­ca­nie torbą. Ad­nan znów obej­rzał się przez ra­mię. Go­ryl pod­niósł swoją broń z ziemi i ru­szył za nimi.

Mi­lo­rad ry­czał coś w swoim ję­zyku, ale Go­ryl po­ko­nał już pół drogi po wznie­sie­niu. Nie do­ce­nili jego szyb­ko­ści. Był jak naj­lep­szy sprin­ter. Mimo po­tęż­nej masy mię­śni. Kurwa mać. Ad­nan przy­spie­szył. Zbli­żał się do bo­iska. Sły­szał za sobą Ha­jira.

Coś huk­nęło i świ­snęło koło ucha Ad­nana. Wpadł w pa­nikę. Go­ryl za­czął strze­lać, cał­kiem stra­cił kon­trolę. Ko­lejny huk. A po­tem głu­chy dźwięk za Ad­na­nem.

Ha­jir le­żał na brzu­chu. Brodę miał wgnie­cioną w zie­mię. Sze­roko otwarte oczy.

Ad­nan sły­szał w uszach szum, a gdzieś w tym cha­osie Mi­lo­rad wciąż ry­czał.

Go­ryl za­trzy­mał się i opu­ścił broń. Za­wró­cił i znik­nął mię­dzy drze­wami jak duch. Ad­nan pod­biegł do Ha­jira, który le­żał bez ru­chu, po­trzą­sał nim, ale re­ak­cji nie było.

Kur­tyna.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

2

- Sorry, że wy­mię­kłem.

Amanda spoj­rzała na swo­jego ko­legę Tob­bego, który sie­dział obok niej w ra­dio­wo­zie z głową ciężko opartą o za­głó­wek i mo­krymi po­licz­kami.

- Spoko - od­po­wie­działa, my­śląc jed­nak jed­no­cze­śnie o tym, jaką pa­skudną pracę so­bie wy­brała.

Wła­śnie zi­den­ty­fi­ko­wali mar­twe nie­mowlę w szpi­talu imie­nia Astrid Lind­gren. Chłop­czyka, który żył tylko cztery mie­siące. Jego ro­dzice zo­stali za­trzy­mani z po­dej­rze­niem dzie­cio­bój­stwa. Kon­tro­wer­syjne zja­wi­sko: ze­spół dziecka po­trzą­sa­nego.

Tobbe sam miał rocz­nego dzie­ciaka, Amanda zro­zu­miała więc, dla­czego wy­szedł z sali. Wi­dok mi­sia obok ciałka - to było dla niego za wiele.

- Na­stęp­nym ra­zem to ja pęknę. - Uśmiech­nęła się i włą­czyła wy­cie­raczki.

Wie­działa jed­nak, że to ni­gdy się nie zda­rzy. Że się nie zła­mie. Po­wie­działa to tylko po to, żeby go po­cie­szyć. Nie chciała, żeby czuł się głu­pio. Po­li­cjant z bro­nią i pałką, który wy­cie­rał łzy. Ale tak było do­brze. Ona sama da­łaby wiele, żeby umieć pła­kać. Nie ro­biła tego od wielu lat. Od śmierci jej sio­stry.

W ra­diu było wy­jąt­kowo ci­cho. Jeź­dzili więc w kółko i ob­ser­wo­wali te­reny prze­my­słowe. Cam­ping So­lvalla. Ciemne domki jed­no­ro­dzinne w Äp­pe­lvi­ken. Za­trzy­mali parę sa­mo­cho­dów i prze­pro­wa­dzili kon­trolę trzeź­wo­ści. Roz­ma­wiali o tym, co jesz­cze czeka ich tej nocy.

Naj­wię­cej do za­ofe­ro­wa­nia miała za­chod­nia część mia­sta. Ki­sta: ty­giel kul­tu­rowy i ga­le­ria klep­to­ma­nów. Häs­selby: kró­le­stwo pa­tu­sów. Väl­lingby: punkt zborny al­ko­ho­li­ków. Bromma: sie­dziba Hells An­gels i cza­sami alarmy prze­ciw­lot­ni­cze. Sund­by­berg: do­mena gów­nia­rzy chle­ją­cych w week­endy i pod­bi­ja­ją­cych so­bie oczy. Tu­taj pró­bo­wali rów­nież swo­ich sił szu­ka­jący swo­jej toż­sa­mo­ści chłopcy, ra­pu­jący na chod­ni­kach - przy­szli hi­pho­powcy, mło­do­ciani ban­dyci na­pa­da­jący na trans­porty pie­nię­dzy. Alvik: prysz­czaci sy­nal­ko­wie bo­ga­czy, któ­rzy spra­wiali wra­że­nie, jakby znali tylko jedno zda­nie: "Mój oj­ciec jest ad­wo­ka­tem". Noc­keby: pa­rada psy­choli. A po dru­giej stro­nie mo­stu Noc­keby prze­piękny Drot­t­nin­gholm: za­mek kró­lew­skiej ro­dziny ze stuk­nię­tymi stal­ke­rami. Ekerö: na­pa­lone suki. Solna: ki­bole. Rin­keby/Ten­sta/ Hjul­sta/Akalla: tu można zna­leźć wszyst­kich, nie li­cząc "Mój oj­ciec jest ad­wo­ka­tem". Tony nar­ko­ty­ków: brą­zo­wych, zie­lo­nych, bia­łych. Nic tylko prze­bie­rać. Do­li­nia­rze, po­waż­niejsi ra­bu­sie, ra­bu­sie ra­bu­jący się na­wza­jem.

Coś trza­snęło w ra­diu i ode­zwał się głos ope­ra­tora.

- Trzy zero do ob­szaru trzy. Trzy trzy trzy je­den dwa zero. Zgłoś się.

Tobbe wziął mi­kro­fon do ręki.

- Tu Solna. Od­biór.

- Jedź­cie na Mal­te­sholm­svägen pod nu­mer sie­dem­dzie­siąty trzeci w Häs­selby, mamy tam zgwał­coną ko­bietę. Czwarte pię­tro, na drzwiach "Di­driks­son". Od­biór.

- Zro­zu­miano. Od­biór.

- Kod do do­mo­fonu trzy pięć osiem osiem. Z tego, co wiemy, ofiarę zgwał­cono w in­nym miej­scu niż jej miesz­ka­nie, a dzwo­niła do nas przy­ja­ciółka po­szko­do­wa­nej.

- Tak jest, zro­zu­miano, je­dziemy. Bez od­bioru.

- Bez od­bioru.

Amanda włą­czyła ko­guta i mocno się wy­si­lała, żeby po­wstrzy­mać drże­nie rąk. Zgwał­ce­nie. Wspo­mnie­nia o jej sio­strze ude­rzyły w nią jak po­tężna fala.

- Wstu­kaj ad­res, okej? - po­pro­sił Tobbe.

- Ja­sne.

Amanda sta­rała się brzmieć nor­mal­nie, kiedy po dro­dze roz­ma­wiali o tym zda­rze­niu. Chyba jej się to udało, bo Tobbe ra­czej ni­czego nie za­uwa­żył.

Za­par­ko­wała przed bramą wie­żowca, wy­sia­dła z sa­mo­chodu, jed­no­cze­śnie w jej kie­szeni za­brzę­czał te­le­fon. Wy­jęła go i spoj­rzała na wy­świe­tlacz.

Wia­do­mość od Ad­nana, z któ­rym ostat­nio flir­to­wała.

Ogar­nęło ją uczu­cie triumfu. Czuła, że się ode­zwie. Py­ta­nie tylko kiedy. Dwa dni to kró­cej, niż się spo­dzie­wała. Nie­pi­sana za­sada mówi chyba, że po­wi­nien od­cze­kać trzy.

Prze­czy­tała. "Siema chcę się z to­bom spo­tkać". "To­bom", na końcu "om".

Ten błąd ją zde­ner­wo­wał. Nic o uści­skach, ca­łu­sach ani tym, że ostat­nio było faj­nie. Na­wet uśmieszku. Może był nie­śmiały? Albo w ogóle nie­za­in­te­re­so­wany?

- Na co się tak ga­pisz? - spy­tał Tobbe i przy­trzy­mał jej bramę.

- To tylko ese­mes.

- No opo­wia­daj.

- Może ko­goś po­zna­łam.

- Tak? Kto to taki? Ktoś z po­ste­runku?

Amanda scho­wała te­le­fon do kie­szeni i we­szła do windy. Na­ci­snęła czwarte pię­tro.

- Nic z tego. Nie można się wią­zać z po­li­cjan­tem.

- Tak my­śla­łem. - Tobbe po­kle­pał ją po ple­cach. - Mów da­lej.

- W su­mie sama nie­wiele wiem - skła­mała Amanda. - Tylko tro­chę roz­ma­wia­li­śmy. Wy­da­wał się fajny.

Tak na­prawdę wie­działa o Ad­na­nie Na­si­mim wszystko. Był ra­so­wym prze­stępcą z li­sty No­vej. Nie­dawno skoń­czył od­sia­dy­wać karę za prze­stęp­stwo nar­ko­ty­kowe. I kie­dyś spo­ty­kał się z jej sio­strą. O tym jed­nak nie mo­gła Tob­bemu nic po­wie­dzieć. Re­la­cja, którą wła­śnie miała roz­po­cząć z Ad­na­nem, sta­no­wiła spore ry­zyko. Ale mu­siała to zro­bić - dla sio­stry.

- A gdzie się po­zna­li­ście? - spy­tał Tobbe.

Na to py­ta­nie przy­naj­mniej mo­gła od­po­wie­dzieć zu­peł­nie szcze­rze.

- Przy mro­żon­kach w skle­pie Kon­sum. Wy­glą­dał fan­ta­stycz­nie. Po­de­szłam więc do niego i za­ga­da­łam o kur­czaki.

Tobbe po­trzą­snął głową.

- Cza­sami je­steś zu­peł­nie stuk­nięta.

- A co mia­łam zro­bić? Był strasz­nie przy­stojny.

- To co, spo­tka­cie się znowu?

- Tak, je­śli do­brze in­ter­pre­tuję jego wia­do­mość. Dla­czego wy, fa­ceci, nie po­tra­fi­cie mó­wić wprost?

- A co na­pi­sał?

- "Siema chcę się z tobą spo­tkać". Tak się pi­sze?

- Tak jest, chce się z tobą spo­tkać.

- Ale prze­cież nic by mu się nie stało, gdyby wy­po­wie­dział się tro­chę ob­szer­niej. Wcale nie jest faj­nie do­sta­wać ta­kie wia­do­mo­ści.

- Daj spo­kój z ana­li­zo­wa­niem. On chce się spo­tkać. I tyle.

- My­ślisz, że chce iść ze mną do łóżka?

- Ja­sne, że chce.

Wy­szli z windy, zna­leźli wła­ściwe drzwi i za­dzwo­nili.

W miesz­ka­niu było go­rąco i duszno, śmier­działo mo­czem z ko­ciej ku­wety sto­ją­cej w ła­zience. W sa­lo­nie pod jedną ścianą stała wy­mię­to­lona, obita ma­te­ria­łem sofa, a na sto­liku le­żały pety, które wy­pa­dły z głę­bo­kiego ta­le­rza peł­nią­cego funk­cję po­piel­niczki. W fo­telu sie­działa sku­lona Stella Di­driks­son. Tusz do rzęs zo­sta­wił czarne smugi na jej bla­dych po­licz­kach, a ciemne włosy zwi­sały w strą­kach.

- Za­dzwo­niła do mnie i po­wie­działa, że zo­stała zgwał­cona.

Ko­le­żanka Stelli za­częła opo­wia­dać, za­nim jesz­cze po­li­cjanci zdą­żyli się przed­sta­wić.

- Po­tem nie chciała już nic wię­cej mó­wić, chyba jest śmier­tel­nie prze­ra­żona, ni­gdy tak się nie za­cho­wuje.

Amanda ukuc­nęła obok Stelli.

- Ro­zu­miem, przez co prze­szłaś i że trudno ci o tym mó­wić, ale przy nas nie mu­sisz czuć się głu­pio. Wi­dzie­li­śmy wiele dziew­czyn, które nie­stety spo­tkały ta­kie rze­czy.

Amanda roz­chy­liła nieco kurtkę, pot ście­kał jej po ciele pod ka­mi­zelką ku­lo­od­porną.

- Opo­wiesz, co się stało?

Stella po­trzą­snęła głową.

- No to za­dam ci py­ta­nie, a ty od­po­wiesz "tak" albo "nie". Czy zo­sta­łaś tego wie­czoru zgwał­cona?

Stella wy­da­wała się wa­hać, a po­tem wy­mam­ro­tała:

- Tak.

- W ta­kim ra­zie mu­szę za­py­tać, dla­czego nie chcesz o tym mó­wić.

- Po pro­stu nie chcę.

- Czy czu­jesz się nie­zręcz­nie, bo mój ko­lega słu­cha? - Amanda wska­zała głową na Tob­bego.

- Nie, to nie ma zna­cze­nia. W ogóle nie chcia­łam, że­by­ście tu przy­cho­dzili. To Emma za­dzwo­niła, bar­dzo ża­łuję, że jej o tym po­wie­dzia­łam.

Stella po­cią­gnęła no­sem i ukryła twarz w dło­niach.

Amanda od­cze­kała chwilę i po­zwo­liła dziew­czy­nie się uspo­koić.

- Gdzie to się stało? Na ze­wnątrz czy w środku?

- W środku.

- Znasz czło­wieka, który to zro­bił?

Stelli drżał pod­bró­dek.

- Wiem, kto to jest.

- Kto?

Stella pod­nio­sła głos.

- Nic nie ro­zu­mie­cie, gówno wam mogę po­wie­dzieć. Wtedy czeka mnie pie­kło. Nie mogę.

- Co to zna­czy, że czeka cię pie­kło?

- Nic już wię­cej nie po­wiem. Idź­cie so­bie.

Amanda spoj­rzała na Tob­bego sto­ją­cego w drzwiach.

Po­trzą­snął głową, da­jąc jej do zro­zu­mie­nia, że nie warto już wię­cej pró­bo­wać.

- Stella - po­wie­działa Amanda, kła­dąc dłoń na jej ra­mie­niu. - Dziś nie mu­simy już wię­cej roz­ma­wiać, ale mam na­dzieję, że po­sta­no­wisz nam jed­nak po­wie­dzieć, kim jest ten czło­wiek. Bo mam wra­że­nie, że ci gro­ził. W ta­kim wy­padku jest szcze­gól­nie istotne, że­by­śmy wie­dzieli, kto to, bo pew­nie nie je­steś je­dyną, któ­rej to zro­bił.

Amanda wstała i roz­pro­sto­wała nogi.

- Chcemy jed­nak, że­byś po­je­chała z nami do szpi­tala na ba­da­nia. To bar­dzo ważne, że­by­śmy to zro­bili te­raz, bo mamy naj­więk­szą szansę na zna­le­zie­nie ja­kichś śla­dów.

Stella sku­liła się w fo­telu.

- Już wzię­łam prysz­nic.

- Szkoda, ale wciąż mogą być ja­kieś ślady i ewen­tu­alne urazy. Oni ro­bią te­raz fan­ta­styczną ro­botę i nie masz się czym nie­po­koić.

- Nie, nie chcę.

- A je­śli po­tem zmie­nisz zda­nie? - spró­bo­wała Amanda. - Wtedy nie bę­dziemy mieli żad­nych twar­dych do­wo­dów.

- Nie zmie­nię zda­nia.

- Dla­czego? Czego się tak strasz­nie bo­isz?

- Po pro­stu nie chcę. Wiem, jak to działa, to i tak do ni­czego nie do­pro­wa­dzi. Będę tylko jesz­cze bar­dziej cier­pieć. Nikt mi nie uwie­rzy, bo niby dla­czego.

Amanda ro­zu­miała, o czym mówi Stella. Słowo męż­czy­zny prze­ciwko słowu ko­biety. Poza tym Stella była na­ćpana. Amanda po­sta­no­wiła od­pu­ścić. Dal­sze wy­siłki ra­czej nie skło­ni­łyby ko­biety do mó­wie­nia.

Pod­jęła jesz­cze jedną próbę:

- Do­brze wiem, że jest to długi pro­ces, przez który mu­szą prze­cho­dzić wszyst­kie ko­biety zgła­sza­jące gwałt, i że nie za­wsze daje się co­kol­wiek udo­wod­nić. Gwałty od­by­wają się prze­cież pra­wie za­wsze bez świad­ków. Dla­tego jest szcze­gól­nie ważne, żeby jak naj­szyb­ciej się do­wie­dzieć, o kogo cho­dzi, bo on może mieć na so­bie ślady po­cho­dzące od cie­bie. Im wię­cej czasu upły­nie, tym trud­niej bę­dzie go ska­zać. Poza tym może to spra­wić, że prze­stępca tego już wię­cej nie zrobi.

- On to zrobi - po­wie­działa Stella po chwili mil­cze­nia. - Już to ro­bił wcze­śniej. Jak ktoś jest głupi i zga­dza się na wszystko, to cza­sami koń­czy się to źle. Ale ja prze­żyję. Za­wsze daję radę.

Kiedy po­li­cjanci opu­ścili Stellę Di­driks­son i jej ko­le­żankę i wró­cili do ra­dio­wozu, była piąta rano.

Cho­ciaż Amanda ro­zu­miała Stellę i inne ko­biety, które nie miały siły przejść przez ten pro­ces nie­koń­czą­cych się prze­słu­chań i ba­dań od­by­wa­ją­cych się po zgło­sze­niu gwałtu, jed­no­cze­śnie po­gar­dzała nimi. Przez ich sła­bość inne ko­biety były na­ra­żone na to samo. Ta­kie jak jej sio­stra.

No wła­śnie. Amanda wy­jęła te­le­fon i wstu­kała od­po­wiedź dla Ad­nana.

"Też chcę się spo­tkać. Kiedy się zo­ba­czymy?"

Wy­słała tekst i jed­no­cze­śnie za­uwa­żyła wcze­śniej­szą wia­do­mość od Ma­gnusa. Czy jemu też od­po­wie­dzieć? Scho­wała ko­mórkę do kie­szeni, wy­łą­czyła alarm w sa­mo­cho­dzie i usia­dła za kie­row­nicą. Nie, jego trzeba jesz­cze tro­chę po­gril­lo­wać.

Tak wła­śnie bę­dzie po­stę­po­wać i z Ad­na­nem, i z Ma­gnu­sem. Aby się do­wie­dzieć, dla­czego jej sio­stra umarła.

Te­raz miała ich obu w za­sięgu ręki.

3

Po po­łu­dniu Ma­gnus Blom­berg wy­szedł z pracy wcze­śniej niż zwy­kle. Była do­piero czwarta, kiedy za­mknął służ­bową broń w ma­ga­zy­nie na po­ste­runku. Ten dzień był jed­nak szcze­gólny. Ma­gnus miał ode­brać swój nowy sa­mo­chód. Świe­żut­kie audi A6. Ciem­no­nie­bie­skie.

Fa­cet w sa­lo­nie uści­snął mu dłoń i roz­ma­wiał z nim tak, jakby znali się przez całe ży­cie. Ma­gnus wszedł w rolę. Tak na­prawdę nie lu­bił na­chal­nych sprze­daw­ców. Ale dziś był w zna­ko­mi­tym hu­mo­rze. Pe­łen wiary w sie­bie po flir­cie z dziew­czyną pra­cu­jącą w re­stau­ra­cji, w któ­rej zjadł lunch. My­ślał o niej przez całe po­po­łu­dnie. O jej cu­dow­nych krą­gło­ściach i spoj­rze­niu peł­nym za­chęty. Zde­cy­do­wa­nie musi znów wkrótce tam pójść.

Wszystko w sa­mo­cho­dzie pach­niało no­wo­ścią i błysz­czało. Ma­gnus uru­cho­mił sil­nik i od­je­chał. Kiw­nął głową sprze­dawcy, który pod­niósł oba kciuki. Po­je­chał w kie­runku Frösun­da­le­den. Chwilę szu­kał na pa­nelu kli­ma­ty­za­cji i w końcu ją włą­czył. Sta­nął na czer­wo­nym świe­tle koło brą­zo­wego opla. Za kie­row­nicą ko­bieta około czter­dziestki. W jego wieku. Ale, kurwa, jak okrop­nie wy­glą­dała. Ja­sne, on też miał tro­chę zmarsz­czek wo­kół oczu, ale to prze­cież tylko spra­wia, że męż­czy­zna staje się bar­dziej sek­sowny, prawda? A on wciąż miał wszyst­kie włosy. Nie miał trud­no­ści z pod­ry­wa­niem dziew­czyn. Kiedy po­ja­wiło się zie­lone świa­tło, wci­snął gaz do de­chy. Zo­sta­wił w tyle opla i smutną czter­dziestkę. Po­ło­żył prawe ra­mię na za­główku pa­sa­żera i od­chy­lił się do tyłu. Su­nął do domu w kie­runku Ekerö. Ta dziel­nica stała się praw­dzi­wym "cop lan­dem". Co druga nie­ru­cho­mość była wła­sno­ścią urzęd­nika pań­stwo­wego o śred­nim do­cho­dzie. Ma­gnus i Pia ku­pili swój dom ma­rzeń pięć lat temu. Pia była za­chwy­cona, on też. Ide­al­nie im pa­so­wał. Ci­sza i spo­kój. W po­bliżu żad­nych są­sia­dów mó­wią­cych pa­skud­nymi ję­zy­kami. Żad­nych ha­ła­śli­wych dzie­cia­ków im­pre­zu­ją­cych bez ustanku. Brak ru­chu ko­ło­wego i spa­lin. Oko­lica z dala od wszyst­kiego, na końcu śle­pej uliczki.

Ma­gnus wje­chał przez czarną kutą bramę ota­cza­jącą barwny ogród. Były tam ja­bło­nie, śliwy, agrest, ra­bar­bar, grządki z ró­żami i wszel­kiego ro­dzaju kwia­tami, któ­rych nazw na­wet nie znał. Pia uwiel­biała grze­bać w ogródku. Wo­lała sa­motne spę­dza­nie tam czasu od spo­tkań z przy­ja­ciół­kami.

Ma­gnus otwo­rzył drzwi i wszedł do środka. Ci­cho za­mknął je za sobą. Znów otwo­rzył i wy­szedł. Za­wsze ro­bił rze­czy dwa razy - bo ina­czej mo­gło zda­rzyć się coś okrop­nego. Po­now­nie wszedł do domu i za­mknął drzwi. Tak le­piej. Spró­bo­wał wy­wą­chać, co bę­dzie na obiad, ale ni­czego nie roz­po­znał. Usły­szał na­to­miast chi­chot z sa­lonu. Zdjął buty i wszedł da­lej. Słu­chał. Pia musi mieć go­ścia. To nie­ty­powe.

Dla­czego nic nie po­wie­działa? To na pewno jej głu­pia sio­stra. Ma­gnus wszedł do sa­lonu i po­twier­dził swoje po­dej­rze­nia. An­ne­lie sie­działa sku­lona w jego ulu­bio­nym fo­telu, mo­delu Egg, za­pro­jek­to­wa­nym przez Ar­nego Ja­cob­sena.

Ele­gancki, ob­cią­gnięty miękką czarną skórą. Do tego pa­su­jący pod­nó­żek, na któ­rym zwy­kle opie­rał stopy, gdy w te­le­wi­zji le­ciał ja­kiś do­bry mecz. Oczy­wi­ście z lo­do­wa­tym gu­in­nes­sem w ręce. Te­raz le­żała na nim czer­wona to­rebka.

Pia prze­stała się śmiać, kiedy go zo­ba­czyła.

- Cześć, wpa­dła do nas An­ne­lie.

Sie­dząc tak na so­fie, wy­glą­dała jak prze­ra­żony szcze­niak. Prze­szła do de­fen­sywy, kiedy zdała so­bie sprawę, że po­peł­niła błąd. Od­chrząk­nęła.

Ma­gnus przy­wo­łał na twarz swój naj­bar­dziej cza­ru­jący uśmiech.

- No cześć, dziew­czyny. Jak miło, że wpa­dłaś. Dawno cię nie było.

An­ne­lie ob­ró­ciła się w fo­telu.

- No, tro­chę mi­nęło. Za­tę­sk­ni­łam za moją małą sio­strzyczką, po­my­śla­łam więc, że czas was od­wie­dzić. Mam na­dzieję, że ci to nie prze­szka­dza?

Za­wsze tak samo ostra. Ma­gnus roz­cią­gnął wargi w uśmie­chu.

- W żad­nym ra­zie. Za rzadko tu przy­cho­dzisz.

Pod­szedł do Pii i po­ca­ło­wał ją w usta.

- Cześć, ko­cha­nie.

- Ja­dły­śmy ja­błecz­nik, w kuchni jest wię­cej, je­śli masz ochotę.

- Nie, dzię­kuję. Już i tak za dużo zja­dłem w pracy.

- Było stre­su­jąco? - za­py­tała An­ne­lie.

- Tak, mnó­stwo się dzieje. Dziś za­trzy­ma­li­śmy cztery osoby z po­wodu dwóch róż­nych wła­mań. Przy tym za­wsze jest sporo ro­boty. A to prze­cież ja po­cią­gam za każdy sznu­rek i pil­nuję, żeby wszystko od­by­wało się, jak trzeba. Ale idzie świet­nie. Ju­tro zgar­niemy ko­lejną dwójkę.

Za­wsze się pod­nie­cał, gdy opo­wia­dał o pracy. Wie­dział, że jest naj­lep­szy - praw­dziwy dar boży dla po­li­cji. Nikt nie był w sta­nie go po­ko­nać, gdy cho­dziło o aresz­to­wa­nie ban­dzio­rów. W każ­dym mło­dzie­żo­wym gangu miał in­for­ma­to­rów. Mo­gli do niego dzwo­nić o ja­kiej­kol­wiek po­rze dnia i nocy. To nie miało zna­cze­nia. Te­le­fon był za­wsze włą­czony. Ni­gdy nie prze­ga­pił roz­mowy. Chwa­lił ka­pu­jące dzie­ciaki. Łech­tał ich ego. Spra­wiał, że czuli się wy­jąt­kowi, mieli wra­że­nie, że uczest­ni­czą w po­waż­nych do­cho­dze­niach. Zdo­by­wali od Ma­gnusa uzna­nie, któ­rego bra­ko­wało im w domu. A on świet­nie znał się na lu­dziach. Do­brze wie­dział, ja­kie gu­ziki na­ci­skać.

- Cie­kawe - po­wie­działa An­ne­lie.

Niech ją dia­bli we­zmą. Za­cho­wuje się, od­kąd pa­mięta, jak baba w kli­mak­te­rium. Ma­gnus nie mógł po­jąć, jak ona może być sio­strą Pii. Ta­kiej wy­so­kiej i ja­sno­wło­sej. Pięk­nej jak żadna inna. Ro­bią­cej to, czego od niej wy­ma­gał. Za­wsze przy­zna­ją­cej mu ra­cję. Po­słusz­nej.

A An­ne­lie to jej cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo. Pew­nie za­zdro­ściła sio­strze i ze wszyst­kich sił sta­rała się jej do­rów­nać. Pia po spo­tka­niach z nią za­wsze była tro­chę trud­niej­sza do ste­ro­wa­nia. Spie­rała się z nim i pro­te­sto­wała. Cza­sami mu­siało mi­nąć kilka dni, za­nim sy­tu­acja wró­ciła do normy.

- Nie, po­zwolę wam da­lej plot­ko­wać. Na ra­zie we­zmę prysz­nic. - Spoj­rzał na Pię. - Po­tem bę­dziemy mo­gli coś zjeść.

Zwró­cił się do An­ne­lie:

- Mam na­dzieję, że wkrótce znowu się zo­ba­czymy.

Wy­szedł z po­koju i prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie po­ma­lo­wa­nych na biało scho­dów, po­szedł na pię­tro.

W ła­zience ro­ze­brał się, zło­żył po­rząd­nie ubra­nie i umie­ścił je w ko­szu na pra­nie. Sta­nął przed lu­strem i przy­glą­dał się swo­jej syl­wetce. Jego wzrok przy­cią­gnął brzuch. Wcią­gnął go i wstrzy­mał od­dech. Wy­pu­ścił po­wie­trze. Brzuch przy­brał znów swój przy­po­mi­na­jący ba­lon kształt. Ma­gnus od­wró­cił się o ćwierć ob­rotu z na­dzieją, że to zrobi ja­kąś róż­nicę. Po­now­nie wcią­gnął po­wie­trze w płuca i wstrzy­mał na chwilę od­dech. Wy­pu­ścił po­wie­trze. Stwier­dził, że efekt jest taki sam. Skła­da­jąc sam so­bie nie­kon­kretną obiet­nicę częst­szego od­wie­dza­nia si­łowni, wszedł pod prysz­nic i za­mknął drzwi. Otwo­rzył je i wy­szedł. Za­mknął. Znów otwo­rzył i wszedł do ka­biny.

Go­rąca woda ob­le­wała jego głowę i twarz. Stał tak przez dłuż­szą chwilę, pró­bu­jąc się od­prę­żyć. Jego ciało było jed­nak spięte. Kark, mię­śnie szczęki, barki. Iry­tu­jące my­śli nie chciały zo­sta­wić go w spo­koju.

Naj­wię­cej ener­gii ode­brał mu ese­mes, który wy­słał wcze­śniej tego dnia do Amandy. A ra­czej cho­dziło o to, dla­czego nie od­po­wie­działa. Miała na to cały dzień. To prawda, pra­co­wała w nocy i na pewno od­sy­piała. Ale to było do niej nie­po­dobne. Za­wsze od­po­wia­dała ja­kąś we­sołą wia­do­mo­ścią. Za­wsze pi­sała, kiedy kła­dła się spać lub wsta­wała. Po­winna była do tej pory od­po­wie­dzieć. Zbli­żała się już szó­sta. A ona za­zwy­czaj spała naj­póź­niej do trze­ciej. Ma­gnusa iry­to­wało to, że w ogóle go to ob­cho­dzi. Za­czął się też jed­nak tro­chę zło­ścić. Co to za za­cho­wa­nie, do cho­lery? Czy ona so­bie wy­obraża, że może go trak­to­wać w taki spo­sób?

Wy­ci­snął na dłoń nieco pe­elingu Pii i mocno wtarł w ciało. Para za­pach­niała brzo­skwi­niami.

Tak na­prawdę Ma­gnus do­sko­nale wie­dział, dla­czego jego iry­ta­cja nie mija. Kiedy o tym my­ślał, coś ła­sko­tało go w brzu­chu. Wspo­mnie­nia z wcze­snego ranka nie chciały znik­nąć. Wy­słał do Amandy wia­do­mość, kiedy zo­ba­czył ją w sali kon­fe­ren­cyj­nej w pracy. Sie­działa i pi­sała coś. Wy­glą­dała na zmę­czoną. Jej pe­dal­ski ko­lega przy­niósł Aman­dzie ku­bek kawy. Usiadł bli­sko niej i po­chy­lił się w jej stronę. Po­ło­żył rękę na ple­cach ko­biety. Pod­li­zy­wał się. Amanda wzięła ku­bek i uśmiech­nęła się do niego. Ma­gnus nie był za­zdro­sny. W żad­nym wy­padku. Ale ona cią­gle opo­wia­dała o tym Tob­bem, czy jak on się tam na­zywa. Tak miło spę­dzali ze sobą czas. Pra­co­wali i my­śleli w po­dobny spo­sób. W wielu rze­czach się zga­dzali. Bla, bla, bla. Amanda od roku pra­wie nie pra­co­wała w te­re­nie. Ile więc zdą­żyli ra­zem zro­bić? A je­śli ist­nieje ktoś, kto po­wi­nien ją wspie­rać, to był to zde­cy­do­wa­nie on sam. On, który za­opie­ko­wał się nią od sa­mego po­czątku. Kiedy przy­szła tu jako nie­śmiała i nie­pewna sie­bie sta­żystka. Wziął ją pod swoje skrzy­dła. Do­pil­no­wał, żeby ukoń­czyła staż u niego w wy­dziale roz­bo­jów. Tam, gdzie wszy­scy chcieli się zna­leźć. Ale szansę na to mieli tylko nie­liczni. Sta­ran­nie przez niego wy­brane osoby. Jego pro­fil: głodni no­wi­cju­sze pra­gnący wsa­dzać ło­trów za kratki, któ­rzy jesz­cze nie pod­dali się wpły­wowi star­szych, le­ni­wych ko­le­gów w mun­du­rach. Za­radni, zde­cy­do­wani, nie­pa­tycz­ku­jący się i uwa­ża­jący, że spra­wie­dli­wość jest po­nad pra­wem. Praca mu­siała być ich ży­ciem w stu dzie­się­ciu pro­cen­tach - ro­dzina miała się zaś za­do­wo­lić tym, co po­zo­stało. Jego lu­dzie za­wsze szli do boju pierwsi, de­cy­do­wali o prze­biegu ak­cji i prze­cie­rali drogę in­nym. Ci, któ­rzy speł­niali te wy­mogi, mo­gli się stać jego cze­lad­ni­kami.

Pa­mię­tał, kiedy pierw­szy raz zo­ba­czył Amandę. Było wła­ma­nie do sklepu z grami w Ten­sta i sprawca spry­skał twarz wła­ści­ciela czer­wo­nym ga­zem pie­przo­wym. Dla Ma­gnusa i jego ze­społu było to ru­ty­nowe za­da­nie. Już wtedy, kiedy w ra­diu po­ja­wiły się ry­so­pisy, wie­dział, któ­rych trzech go­ści praw­do­po­dob­nie od­po­wia­dało za ten skok. Po jed­nej roz­mo­wie te­le­fo­nicz­nej jego in­for­ma­to­rzy po­twier­dzili, że był na wła­ści­wym tro­pie. Te­raz po­zo­sta­wało tylko chro­nić źró­dło in­for­ma­cji. To za­wsze było naj­trud­niej­sze. Naj­czę­ściej ozna­czało, że mu­siał okła­my­wać ko­le­gów, a na­wet sa­mego ko­men­danta.

Me­toda Ma­gnusa po­le­gała na tym, że wy­sy­łał swo­ich wła­snych lu­dzi, by ob­ser­wo­wali domy spraw­ców - oczy­wi­ście nie mó­wiąc nic kie­row­ni­kowi ak­cji. Można było mieć na­dzieję, że prze­stępcy się po­ja­wią, a lu­dzie Ma­gnusa zgarną ich wy­łącz­nie na pod­sta­wie in­for­ma­cji po­da­nych w zgło­sze­niu, prze­szu­kają i znajdą fanty. Pro­sta ro­bota. Je­śli po­dej­rzani zmie­nili ubra­nia, był to sprytny ruch, ale żadna prze­szkoda dla Ma­gnusa. Jego lu­dzie za­wsze po­tra­fili zna­leźć ja­kiś inny pre­tekst do re­wi­zji. Pewną kartą było stwier­dze­nie ob­ja­wów odu­rze­nia. Wy­star­czyło, że ko­leś się sta­wiał. Wtedy można było przej­rzeć kie­sze­nie - oczy­wi­ście w celu zna­le­zie­nia nar­ko­ty­ków - ale za­miast tego znaj­do­wało się skra­dzione przed­mioty. Ups. Je­śli ko­le­sie scho­wali fanty, to mieli wię­cej ro­zumu niż śred­nia w tej branży. To też było nie­wielką prze­szkodą dla Ma­gnusa. Prawo można było wy­ko­rzy­sty­wać na wszel­kie moż­liwe spo­soby, trzeba tylko było umieć to zro­bić. Za­wsze można było zna­leźć ja­kieś po­dej­rze­nie, które wy­star­czyło, by na kilka dni za­mknąć drani w śmier­dzą­cych ce­lach. A ten czas wy­star­czał, by nie­szczę­śnicy za­częli wąt­pić w lo­jal­ność swo­ich ko­le­gów, fan­ta­zjo­wali o do­wo­dach, które po­siada po­li­cja, na­ba­wili się lęku przed za­mknię­ciem, po­czuli pa­nikę, strach. Na ko­niec można było czy­tać w umy­słach spraw­ców jak w otwar­tej księ­dze. Sy­pali, po­da­jąc na­wet naj­drob­niej­sze szcze­góły - i jesz­cze wię­cej.

W tym przy­padku Ma­gnus spo­tkał się z do­wódcą ak­cji, któ­rym tym ra­zem był in­spek­tor Kon­rads­son. Zo­stał na chwilę na po­ste­runku, żeby oce­nić sy­tu­ację. Chciał mieć pew­ność, że in­spek­tor nie po­mi­nie ja­kichś do­wo­dów. Zwłasz­cza że Ma­gnus wie­dział, kim byli sprawcy - Kon­rads­son na­to­miast oczy­wi­ście nie miał o tym po­ję­cia. Był to wielki, ha­ła­śliwy męż­czy­zna, zde­cy­do­wa­nie nie­na­le­żący do naj­by­strzej­szych. Był otrza­skany z pro­wa­dze­niem więk­szych ak­cji, za­rzą­dza­niem i ko­men­de­ro­wa­niem, nie miał jed­nak bla­dego po­ję­cia o tym, co się dzieje po za­koń­cze­niu ak­cji. A jesz­cze mniej wie­dział o tym, czego po­trzeba, żeby do­wody wy­star­czyły do uzy­ska­nia ska­za­nia w są­do­wej lo­te­rii.

Amanda trzy­mała się w cie­niu i Ma­gnus po­cząt­kowo o niej nie po­my­ślał. Cią­gle po­ja­wiało się tak dużo świe­ża­ków, że trudno było się w tym po­ła­pać. Po­tem po­de­szła do Kon­rads­sona. Co za kon­trast! Flip i Flap. Nie żeby ona była drobna, ale in­spek­tor to praw­dziwy ol­brzym.

Amanda za­py­tała:

- Czy nie po­win­ni­śmy za­brać też wła­ści­ciela sklepu?

Kon­rads­son uniósł brwi i za­wo­łał:

- A to niby po co?

- Zo­stał prze­cież spry­skany. Po­rów­na­nie pró­bek mo­głoby wtedy udo­wod­nić, kto miał spray.

Trudno było nie za­uwa­żyć iry­ta­cji in­spek­tora.

- Chcesz po­wie­dzieć, że po­win­ni­śmy te­raz prze­pro­wa­dzić ba­da­nie tech­niczne każ­dej puszki ze sprayem, jaką znaj­dziemy?

Spoj­rzał na Ma­gnusa. Szu­kał po­par­cia. Ale go nie zna­lazł.

To było cie­kawe. Ma­gnus mil­czał i słu­chał. Amanda upie­rała się przy swoim. Od­waż­nie. Nie każ­dego sta­ży­stę było na to stać.

Mó­wiła da­lej:

- Prze­cież pod­czas do­cho­dze­nia za­trzy­muje się więk­szość wła­my­wa­czy, a przy prze­szu­ka­niu domu można zna­leźć puszkę. Wtedy ła­two ją po­wią­zać z wła­ści­cie­lem sklepu.

Ma­gnus nie mógł już się po­wstrzy­mać.

- Świetny po­mysł. Za­je­bi­sty. Na­prawdę do­bry. Prawda, Kon­rads­son?

In­spek­tor zu­peł­nie zmie­nił front.

- Ow­szem, za­kła­dam jed­nak, że zaj­mie się tym pa­trol, który go prze­słu­chuje.

- Pójdę to spraw­dzić - po­wie­działa Amanda i ru­szyła w stronę ko­le­gów zaj­mu­ją­cych się skle­pi­ka­rzem.

Ma­gnus prze­pro­wa­dził szybką ana­lizę: sprytna dziew­czyna. Wy­biega my­ślami w przy­szłość. I nie boi się mó­wić. A poza tym sek­sowna. Cho­ler­nie sek­sowna.

Po­szedł za nią i stuk­nął ją w ra­mię.

- Cześć, je­stem Ma­gnus.

Wy­cią­gnął do niej rękę.

- Amanda.

- Nie znam cię. - Spoj­rzał na srebrne ko­rony zdo­biące jej barki. - Sta­żystka, jak wi­dzę?

- Zga­dza się. Je­stem na stażu.

Wciąż trzy­mał jej dłoń w swo­jej.

- Świetna myśl z tym sprayem. Więk­szość mło­dych robi tylko to, co im każe do­wódca. Lu­bię lu­dzi, któ­rzy wy­ka­zują ini­cja­tywę. Je­stem tu­taj, w Väste­rort, sze­fem wy­działu roz­bo­jów.

Przy­glą­dał się jej, szu­ka­jąc oznak ja­kiejś re­ak­cji, zro­zu­mie­nia tego, kto ją wła­śnie pró­buje re­kru­to­wać.

Re­ak­cji nie było.

- Chciał­bym, że­byś pod­czas stażu po­pra­co­wała u nas kilka mie­sięcy.

- No pro­szę.

Pu­ścił jej dłoń.

- Tak, chcę mieć u sie­bie do­brych, za­an­ga­żo­wa­nych lu­dzi, a moje pierw­sze wra­że­nie jest ta­kie, że pa­so­wa­ła­byś do nas.

- To bar­dzo miłe. - Amanda wy­glą­dała, jakby przyj­mo­wała przy­naj­mniej część jego po­chlebstw. - Ale na stażu zo­stała mi tylko kry­mi­na­li­styka, więc może już nie bę­dzie na to czasu.

- To wtedy zrób kry­mi­na­li­stykę u nas. My też zaj­mu­jemy się do­cho­dze­niami, ale faj­niej­szymi niż drobne kra­dzieże, znę­ca­nie się nad ko­bie­tami i inne drob­nostki. Tak więc za­li­czysz, co trzeba. Ale za­miast uże­rać się z ma­łymi prze­stęp­stwami, je­śli mogę się tak wy­ra­zić, bę­dziesz mo­gła tro­pić wła­my­wa­czy. Czę­sto pra­cu­jemy też w te­re­nie, więc nie przy­ro­śniesz do krze­sła.

Za­chi­cho­tał z wła­snego dow­cipu.

- Brzmi fan­ta­stycz­nie. - Amanda się uśmiech­nęła. - Prawdę mó­wiąc, tro­chę już mi się nu­dzi to, że od paru mie­sięcy sie­dzę przy biurku. Lu­bię być w te­re­nie i ru­szać się, kiedy coś się dzieje.

- No to obie­cuję, że do­brze tra­fi­łaś. U nas dzieje się znacz­nie wię­cej niż u do­cho­dze­niow­ców, któ­rzy już dawno się wy­pa­lili. Je­śli chcesz się na­uczyć praw­dzi­wej po­li­cyj­nej ro­boty, to na pewno po­win­naś być u mnie.

Ma­gnus pa­trzył za nią, kiedy od­cho­dziła do ko­le­gów prze­słu­chu­ją­cych spry­ska­nego sprayem skle­pi­ka­rza. Ładna la­ska. Bar­dzo ładna. Była naj­bar­dziej sek­sow­nym stwo­rze­niem, ja­kie Ma­gnus kie­dy­kol­wiek wi­dział w mun­du­rze. Czę­sto mie­wał ta­kie my­śli, kiedy na po­ste­runku po­ja­wiała się świeża krew.

Woda nie była już tak go­rąca jak wcze­śniej. Ob­ró­cił nieco re­gu­la­tor i spłu­kał z ciała resztki pe­elingu Pii. Chwy­cił za uchwyt.

Amanda Pal­ler. Po­my­śleć, że to jemu się udało. Jemu i ni­komu in­nemu.

Ma­gnus wy­szedł spod prysz­nica i otwo­rzył drzwi ła­zienki. Wę­szył przez chwilę. Tak, Pia coś go­to­wała. Może kur­czaka? Na pewno nie bę­dzie go­towy wcze­śniej niż za kwa­drans. Za­mknął drzwi i wró­cił pod prysz­nic. Kwa­drans dla sie­bie.

4

- Kurwa, jak faj­nie.

Ad­nan usiadł obok Ha­jira. Kiedy ude­rzył po­ślad­kami w wy­słu­żoną drew­nianą ławkę, usły­szał mla­śnię­cie. Taj­skie szorty: ku­pione w praw­dzi­wym skle­pie Lum­pini w Bang­koku. Ory­gi­nał! Był tak roz­kosz­nie spo­cony, jak ni­gdy nie bę­dzie pa­nienka ze Stu­re­plan z kartą si­łowni SATS. Znisz­czy­łoby jej to ma­ki­jaż, który po­pra­wiła przed wej­ściem na bież­nię czy inną ma­szynę. Pom­po­wa­nie, core, low im­pact, sztanga, zumba - mogą so­bie to na­zy­wać, jak chcą. Zda­niem Ad­nana to ćwi­cze­nia dla ciot. Taj­ski boks to zu­peł­nie inna hi­sto­ria. Tre­ning na naj­wyż­szym po­zio­mie. Dla ciała i umy­słu. Na­wet je­śli umysł do­stał o kilka cio­sów za dużo.

- Za­je­bi­ście - po­twier­dził Ha­jir. Rów­nie mocno spo­cony.

Ad­nan zdjął rę­ka­wice i wcią­gnął w noz­drza do­brze znany za­pach ski­słego potu. Wy­pluł ochra­niacz zę­bów po­kryty czer­wo­nawą śliną. Czuł w ustach smak że­laza. Górna warga wła­śnie za­częła gro­te­skowo puch­nąć. Bo­lała go. Cu­downe uczu­cie. Z ni­czym nie da się go po­rów­nać. Na­wet z do­brym sek­sem. Każdy mię­sień w ciele dał z sie­bie wszystko. Puls sza­leje. Cały tre­ning stał pod zna­kiem wspo­mnie­nia spo­tka­nia z Mi­lo­ra­dem i jego chłop­cami: agre­sywne pra­gnie­nie ze­msty. Grad cio­sów. Kop­nięć. Ude­rzeń ko­la­nem. To jest ży­cie!

Dziś szcze­gól­nie mocno pra­co­wał nad gardą. Ła­two ją tra­cił, gdy był zmę­czony. Nie miał już ta­kiej kon­dy­cji jak kie­dyś. Nie był tak samo szybki. Ale tech­nika po­zo­stała. Ćwi­czył ją w celi. Nie miał nic in­nego do ro­boty. Tre­no­wać albo trze­pać. Trze­pać albo tre­no­wać. Mniej wię­cej w rów­nych pro­por­cjach.

Nad­szedł czas na po­ważną roz­mowę z Ha­ji­rem. Od kilku dni pró­bo­wał zna­leźć od­po­wiedni mo­ment. Nie wie­dział, ile może mu po­wie­dzieć. Za­ry­zy­ko­wał.

- Słu­chaj, je­stem po uszy w gów­nie.

- Co się stało?

Przy­ja­ciel od razu zro­zu­miał po­wagę sy­tu­acji. Kto sie­dzi po uszy w gów­nie, ten ma na­prawdę prze­srane.

- Szu­kają mnie Mi­lo­rad i jego dziwki.

- Tak przy­pusz­cza­łem. Ile?

- Trzy­sta pięć­dzie­siąt.

Suma wy­da­wała się niż­sza, gdy nie wy­mie­niało się ty­sięcy.

- Trzy­sta pięć­dzie­siąt?

- No, naj­wy­raź­niej. Ta świ­nia do­li­cza so­bie od­setki we­dług wła­snego uzna­nia.

- Ja­kiś plan?

- Może i tak.

- Mam na­dzieję, że nie obej­muje on mnie.

- Prze­cież ty ni­gdy nie wy­mię­kasz? Kasa to kasa.

- Ja­sne, ale ty sta­no­wisz za duże ry­zyko. Je­steś na li­ście No­vej, do cho­lery. Gliny ob­ser­wują cię przez całą dobę. Pew­nie stoją te­raz przed si­łow­nią i cze­kają, aż wyj­dziesz. Wie­dzą, kiedy ostat­nio ru­cha­łeś. Wie­dzą, co ja­dłeś na śnia­da­nie.

Ad­nan się za­sta­no­wił. Czy to moż­liwe? Czy śle­dzą go przez całą dobę? Wcze­śniej nie przy­szło mu to do głowy. Taka myśl oczy­wi­ście raz na ja­kiś czas się po­ja­wiała, ale tylko dla­tego, że była za­bawna. Był tak ważny, że stał się prio­ry­te­tem dla po­li­cji. Na­gle za­uwa­żył ne­ga­tywne kon­se­kwen­cje tego faktu. To praw­dziwy kło­pot. Prze­stał być atrak­cyjny na rynku pracy.

- Kurwa, po­waż­nie tak my­ślisz?

- Je­stem na sto pro­cent pe­wien. A twoim zda­niem dla­czego Diar i jego kom­pa­nia sie­dzą w pier­dlu? Po­łowa była na li­ście No­vej. Nie ro­zu­miem, co im strze­liło do głowy. Pa­skudna sprawa. Strze­la­nie do po­li­cyj­nych he­li­kop­te­rów i cała reszta. A do tego nie zgar­nęli żad­nego szmalu. Wszystko na próżno.

- Nie mam wy­boru. Po­trze­buję cię do tego, Ha­jir.

- A Mi­ran? Chyba jest w ta­kim sa­mym gów­nie jak ty?

Mi­ran zde­cy­do­wa­nie sie­dział w łaj­nie rów­nie głę­boko. Dzwo­nił do niego ze sto razy od tego wie­czoru, kiedy gryzł glinę wy­mie­szaną z ju­gol­skimi szczy­nami. Ad­nan za każ­dym ra­zem od­rzu­cał po­łą­cze­nie. Zro­zu­miał, że Mi­ran też miał od­wie­dziny. Nie miał siły na roz­mowę z hi­ste­rycz­nym Ara­bem. Spę­dzony w wię­zie­niu czas zro­bił z niego ra­so­wego ćpuna. Wcze­śniej cza­sami tylko wcią­gnął kre­skę. Tak samo jak Ad­nan. Ale za kra­tami coś się z nim stało. Mi­ran ni­gdy nie po­wie­dział, co to było. Ale te­raz miał nerwy jak pa­nienka. Pod­ska­ki­wał, kiedy tylko ktoś kich­nął.

- Mi­ran jest do­stępny - po­wie­dział. - Ale wiesz, jaki on jest. Trzeba bę­dzie co naj­mniej trzech.

Ha­jir po­trzą­snął głową.

- Mu­szę się te­raz przy­czaić, chło­pie.

- Dla­czego?

Ha­jir wa­hał się przez se­kundę.

- Mam dziew­czynę.

Ad­nan po­czuł ulgę. A więc nic strasz­nego.

- To po­ważna sprawa. - Prze­rwał na chwilę. - Je­stem za­ko­chany.

Ad­na­nowi opa­dła szczęka. Za­ko­chany? Ha­jir? Wpa­try­wał się w niego w mil­cze­niu. Przy­ja­ciel wy­trzy­mał to spoj­rze­nie. Ad­nan zro­zu­miał po­wagę sy­tu­acji: Ha­jir na­prawdę był za­ko­chany. Te­raz, kiedy Ad­nan o tym wie­dział, stało się to oczy­wi­ste. Cały jego pysk roz­ja­śniał głup­ko­waty uśmiech. Ostat­nio za­cho­wy­wał się ina­czej niż zwy­kle. Był jak uskrzy­dlony. Po­zy­tyw­nie na­sta­wiony do wszyst­kiego.

Ad­nan za­py­tał:

- W kim?

Na­gle ogar­nęła go cie­ka­wość. Ja­kaś ko­cica, którą znał?

- Wła­śnie w tym pro­blem. Sprawa nie jest ła­twa.

- Z dziew­czy­nami ni­gdy nie jest ła­two. - Ad­nan za­chi­cho­tał i trą­cił Ha­jira przy­jaź­nie pię­ścią w bark. - No, da­waj. Po­wiedz.

- Isa­bella To­ros.

Ad­nan na­gle się wy­pro­sto­wał.

- Żar­tu­jesz.

- Nic na to nie po­ra­dzę.

Isa­bella To­ros: była la­ska Go­ryla. Chyba naj­bar­dziej sek­sowna dziew­czyna w oko­licy. Czy ona i Go­ryl nie wró­cili przy­pad­kiem do sie­bie? To mu­siało ozna­czać kło­poty. Bar­dzo po­ważne kło­poty.

- A on o tym wie?

- Tak. San­dra mu po­wie­działa, że w łóżku mamy był inny fa­cet. Ra­czej zro­zu­miał.

- Ile ona ma lat? To zna­czy ta mała.

- Cztery.

- Kurwa, Ha­jir, uwa­żaj na tego dra­nia. Z nim nie ma żar­tów. Po­waż­nie.

Ad­nan zro­zu­miał, że kop­niaki Go­ryla za­wie­rały w so­bie wię­cej wście­kło­ści, niż wy­ni­ka­łoby to tylko z jego długu. Czuć w nich było rów­nież ura­żone uczu­cia. Ból serca. Na­wet Ju­gole mieli uczu­cia. I za to Ad­nan mu­siał do­dat­kowo za­pła­cić.

Oczy Ha­jira świe­ciły, kiedy opo­wia­dał, jak się po­znali. Jak długo byli ra­zem. Ga­dał o czte­ro­let­niej San­drze. Ad­nan zro­zu­miał, że jest ocza­ro­wany. Pełna ro­man­tyka. Ad­nan nie za­mie­rzał jed­nak się pod­da­wać. Na­prawdę po­trze­bo­wał Ha­jira. Był do­świad­czony i nie­za­wodny. Mi­ran to na­to­miast roz­wią­za­nie awa­ryjne.

Sie­dzieli na ławce przez pra­wie go­dzinę. Mieli wy­jąt­kowo dużo do omó­wie­nia. Kiedy sko­czyli pod prysz­nic, byli tak zmar­z­nięci, że Ad­nan miał gę­sią skórkę. Ha­jir się spie­szył. Nie chciał się spóź­nić do swo­jej no­wej donny. Aby go sku­sić, po­trzebny bę­dzie bar­dzo do­bry plan i sta­ranne przy­go­to­wa­nia. Ad­nan miał przed sobą nie­ła­twy pro­jekt. Nie był on jed­nak nie­moż­liwy do re­ali­za­cji. Nic nie jest nie­moż­liwe.

Ad­nan z ko­lei nie spie­szył się pod prysz­ni­cem. Szcze­gól­nie sta­ran­nie wy­mył fiuta. Miał wie­czo­rem spo­tkać się z jedną panną, która wy­da­wała się sexy. Po­de­szła do niego w skle­pie Kon­sum. Miała dłu­gie blond włosy i była nie­sły­cha­nie atrak­cyjna. Dziś pój­dzie z nią do łóżka. Jesz­cze raz wy­mył fiuta. Nie spie­szył się. Obie­cał, że ode­zwie się do niej wie­czo­rem, ale nie chciał dzwo­nić za wcze­śnie. Wie­dział, co kręci dziew­czyny. Je­śli się tro­chę po­de­ner­wują, robi im się szcze­gól­nie mo­kro w majt­kach.

On miał w bok­ser­kach twardą pałę.

5

Cztery lata wcze­śniej Amanda zło­żyła pa­piery do szkoły po­li­cyj­nej z jed­nego kon­kret­nego po­wodu. Nie był to po­wód po­dany pod­czas roz­mowy kwa­li­fi­ka­cyj­nej, na którą ele­gancko się ubrała. Biała bluzka za­pięta pod samą szyję i nie­zbyt ob­ci­sła. Dżinsy, żeby wy­glą­dać na dość wy­lu­zo­waną. Włosy sple­cione w war­kocz - tro­chę na spor­towo, a tro­chę sym­pa­tycz­nie. Sie­działa na­prze­ciw pulch­nego męż­czy­zny - ko­mi­sa­rza i ano­rek­tycz­nej ko­biety - psy­cho­lożki. Roz­mowa była pro­sta jak bu­dowa cepa.

Kiedy po­ja­wiło się obo­wiąz­kowe py­ta­nie: "Dla­czego chcesz zo­stać po­li­cjantką?", Amanda sfor­mu­ło­wała swoją od­po­wiedź tak, by ide­al­nie opo­wia­dała temu, co po­winna my­śleć uczciwa przy­szła sta­żystka. Żad­nego wy­chy­la­nia się na lewo ani prawo. Z od­po­wied­nią dozą pa­tosu i skrom­no­ści. Nie, ni­gdy ni­czego nie ukra­dła. Ni­gdy, ni­gdy nie pró­bo­wała nar­ko­ty­ków. Tak, zgło­si­łaby, gdyby ko­lega na­zwał Mo­ham­meda Ab­dul­la­cha pie­przo­nym cia­pa­tym. Nie, nie ma nic prze­ciwko temu, że szwedzki po­li­cjant nosi tur­ban albo za­słonę na twarz. Tak i amen. Al­le­luja. Za­sta­na­wiała się na­wet, czy nie zro­bić z sie­bie les­bijki, ale do­szła do wnio­sku, że to zbędne. Do­sta­nie się do szkoły nie po­winno sta­no­wić pro­blemu. Do­brze się przy­go­to­wała. Ciężka praca miała na­stą­pić póź­niej.

Dwa lata w szkole po­li­cyj­nej prze­le­ciały bez pro­blemu. Utrzy­my­wała się na śred­nim po­zio­mie, żeby wto­pić się w tłum. Je­chała na do­sta­tecz­nych i do­brych oce­nach. Ćwi­czyła z ko­le­gami z roku, wy­ko­ny­wała gru­powe za­da­nia, im­pre­zo­wała. Zna­la­zła miesz­kanko w dziel­nicy R?sunda, ze śmie­ciową umową bez okresu wy­po­wie­dze­nia. Na ra­zie mu­siało wy­star­czyć. Kiedy źró­dłem do­cho­dów jest sty­pen­dium, nie można wy­brzy­dzać.

Amanda całe ży­cie miesz­kała w Fin­sp?ng, nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści we wschod­niej Go­tlan­dii. Miała re­la­tyw­nie nie­nor­malną ro­dzinę, pa­trząc z ów­cze­snej per­spek­tywy. Matka, oj­ciec i sio­stra. Ro­dzice nie byli roz­wie­dzeni. Amanda za­wsze z po­dzi­wem pa­trzyła na swoją sio­strę Sannę, która była o dwa lata star­sza. Za­wsze po­zwa­lała jej spę­dzać czas z nią i jej zna­jo­mymi, pew­nie dla­tego, że była zbyt miła, by od­mó­wić. Wo­kół Sanny za­wsze coś się działo i ni­gdy nie było nudno. Spo­ty­kała się z naj­bar­dziej po­pu­lar­nymi fa­ce­tami. Dzie­liła się z Amandą ich kum­plami. Matka była fry­zjerką i miała wła­sny sa­lon na rynku. Kiedy dziew­czynki były małe, sa­lon ten był ich dru­gim do­mem, w któ­rym by­wały tak czę­sto, jak tylko mo­gły. Ćwi­czyły tam sztukę strzy­że­nia na lal­kach. Oj­ciec co rano wsia­dał do au­to­busu do Nor­r­köping, gdzie pra­co­wał jako dzien­ni­karz w "Nor­r­köpings Tid­nin­gar". Wie­czo­rem wra­cał rów­nież au­to­bu­sem i wszy­scy ra­zem je­dli obiad w swoim nie­wiel­kim domku. Krótko mó­wiąc, byli wy­jąt­kowo szczę­śliwą ro­dziną. Mó­wiącą dia­lek­tem ze wschod­niej Go­tlan­dii.

Kiedy Sanna skoń­czyła dwa­dzie­ścia lat i wy­pro­wa­dziła się do Sztok­holmu, ro­dzinna idylla prze­stała ist­nieć. Zmiany od­by­wały się po­woli, mniej wię­cej w ta­kim tem­pie, w ja­kim męż­czyź­nie w śred­nim wieku ro­śnie piwny brzu­szek. Z po­czątku Sanna czę­sto od­wie­dzała dom. Po ja­kimś cza­sie przy­jeż­dżała już tylko wtedy, kiedy matka do­sta­tecz­nie długo ją na­ma­wiała. A na ko­niec zu­peł­nie prze­stała ich od­wie­dzać, a Amanda za­uwa­żyła, co się dzieje. Przez pro­chy Sanna stała się kimś zu­peł­nie in­nym, a jej na­strój zmie­niał się mo­men­tal­nie. Amanda wi­działa wszyst­kie ob­jawy. Jej ro­dzice je wy­pie­rali. Kon­takt te­le­fo­niczny stop­niowo za­marł i w końcu po­zo­stały tylko nie­liczne wy­mu­szone ese­mesy. A po­tem na­stą­piła ta nocna roz­mowa.

- Sio­stra, mu­sisz mi po­móc, po pro­stu mu­sisz...

Amanda za­mknęła drzwi do swo­jego po­koju i usia­dła na brzegu łóżka. Nie chciała, żeby ro­dzice co­kol­wiek usły­szeli.

- Co się stało?

- Ta biedna małpa - szlo­chała Sanna. - Nie mo­głam jej po­móc.

- Co ty pie­przysz? Ogar­nij się.

- Małpa.

- Sanna, co się z tobą dzieje? Co bra­łaś?

- Nic nie ro­zu­miesz. I ni­gdy nie zro­zu­miesz. On za­wsze bę­dzie to na mnie miał.

- O czym ty ga­dasz? Opo­wia­daj, co się stało.

Sanna nieco się uspo­ko­iła i po­wie­działa tak ci­cho, że le­dwo było ją sły­chać:

- On mnie zgwał­cił.

- Co ty mó­wisz?

- No wi­dzisz. Nie wie­rzysz mi. Tak samo jak ten gli­niarz.

- Oczy­wi­ście, że ci wie­rzę. Po pro­stu je­stem wstrzą­śnięta. Kiedy to się stało? Zgło­si­łaś to na po­li­cję?

- Tak, ale to nie ma zna­cze­nia. Nie uwie­rzyli mi, za­uwa­ży­łam to. Więc on bę­dzie to da­lej ro­bił. Bę­dzie to ro­bił tyle, ile bę­dzie chciał, i zu­peł­nie bez kon­se­kwen­cji.

- Ale kto? Po­wie­dzia­łaś, że po­li­cja wie, kto to jest?

- Tak, ale za­cho­wy­wał się tak bez­czel­nie, jakby to była moja wina.

- Ale przy­naj­mniej mają jego na­zwi­sko. Skąd go znasz? Czy to ten fa­cet, o któ­rym opo­wia­da­łaś? Sanna? Halo! Czy to był...

- Mu­szę już koń­czyć, dzi­dzia. Ko­cham cię.

- Cze­kaj...

Sanna się roz­łą­czyła, a Amanda nie wie­działa, co ma o tym wszyst­kim my­śleć. Sły­chać było, że sio­stra jest pod wpły­wem, ale ni­gdy nie kła­ma­łaby w ta­kiej spra­wie, cho­ciaż Amanda nie mo­gła zro­zu­mieć, o co cho­dziło z tą małpą. Zgwał­cona? Boże. Ale je­śli zgło­siła to na po­li­cję, to po­winni coś z tym zro­bić. Zna­leźć tego fa­ceta.

Amanda pró­bo­wała od­dzwo­nić, ale włą­czała się tylko poczta gło­sowa.

- Ja też cię ko­cham - wy­mam­ro­tała i się roz­łą­czyła.

Dzwo­niła też na­stęp­nego dnia, ale nikt nie ode­brał.

Po kilku dniach Amanda po­je­chała po­cią­giem do sto­licy. Nie po­wie­działa nic ro­dzi­com, żeby ich nie­po­trzeb­nie nie nie­po­koić. Wie­działa, że dzieje się coś złego. Od razu po­je­chała pod ad­res: Näc­kro­svägen 27 w R?sunda. Wcze­śniej wy­słała kilka wia­do­mo­ści o tym, że je­dzie, parę razy też dzwo­niła i słu­chała ko­mu­ni­katu poczty gło­so­wej Sanny. Miło było sły­szeć jej głos. Na­grała kilka wia­do­mo­ści i miała na­dzieję, że do­sta­nie od­po­wiedź. Czuła jed­nak, że to nie na­stąpi.

Do miesz­ka­nia we­szła przy uży­ciu klu­cza, który do­stała przy ostat­niej wi­zy­cie rok wcze­śniej. Od razu zro­zu­miała, że coś jest nie tak. Poczta le­żała na ster­cie przed drzwiami, a w sa­lo­nie pa­liło się świa­tło - mimo że na dwo­rze świe­ciło słońce. Z gło­śni­ków sły­chać było pio­senkę Boba Mar­leya No Wo­man, No Cry. Ulu­biony ka­wa­łek Sanny. Le­ciał w pę­tli. Za­pach, który wwier­cał się w noz­drza Amandy, był dla niej czymś no­wym, ale od razu wie­działa, co to. Śmierć ma swoją spe­cy­ficzną woń. Amanda we­szła do sa­lonu i usia­dła obok Sanny, która le­żała na so­fie. Wzięła ją za rękę. Była zimna, a w zgię­ciu ra­mie­nia krzywo zwi­sała igła. Strzy­kawka była pu­sta. Na stole pełno było róż­nych le­ków. Nie­które w opa­ko­wa­niach, ko­lejne roz­sy­pane po po­wierzchni, jesz­cze inne zmie­szane z róż­nymi na­po­jami. Sanna pró­bo­wała w jed­nej ze szkla­nek roz­pu­ścić kilka ta­ble­tek w wódce Ab­so­lut z so­kiem po­ma­rań­czo­wym. Ta­bletki ze­brały się w gru­dzie na dnie. Pa­trząc na ilość, Amanda zro­zu­miała, że nie było to wo­ła­nie o po­moc. Cel był oczy­wi­sty. Na wszelki wy­pa­dek Sanna za­ło­żyła so­bie jesz­cze na głowę pla­sti­kową to­rebkę, którą za­cią­gnęła wo­kół szyi. To­rebka była prze­zro­czy­sta z czar­nym na­dru­kiem: "Sta­dium".

Amanda przez całą wiecz­ność sie­działa w mil­cze­niu. Trzy­mała Sannę za rękę. My­ślała. W gło­wie jej szu­miało.

Prawda była zbyt bo­le­sna, by się z nią po­go­dzić. Amanda jak w tran­sie cho­dziła po miesz­ka­niu. Szu­kała cze­goś. Sama nie wie­działa czego. W jej gło­wie cią­gle po­ja­wiała się pewna myśl. Kto był od­po­wie­dzialny za prze­rwa­nie ży­cia Sanny? Sanny, jej uko­cha­nej sio­stry. Sio­stry, która ki­piała ży­ciem i ener­gią. Która była nie­ustanną przy­godą. I już jej nie ma. Ob­duk­cja wy­ka­zała to, co po­dej­rze­wała Amanda. Sanna umarła wsku­tek udu­sze­nia z po­wodu owi­nię­cia głowy pla­sti­kową to­rebką. Zmar­łaby też jed­nak bez tej to­rebki. Ta­bletki były tak silne, że wy­koń­czy­łyby dzie­sięć do­ro­słych osób. Ob­duk­cja po­twier­dziła rów­nież, że Sanna re­gu­lar­nie brała nar­ko­tyki. Są­dząc z opisu, były to ko­ka­ina, am­fe­ta­mina i ec­stasy, dziew­czyna wa­żyła o dzie­sięć kilo mniej niż wtedy, kiedy opu­ściła ro­dzinne mia­sto.

Ro­dzice nie mo­gli tego zro­zu­mieć. W ich świe­cie Sanna była ide­alną córką. Jej sztok­holm­skie ży­cie to inna pla­neta. W in­nym ukła­dzie sło­necz­nym.

Matka pró­bo­wała ra­dzić so­bie ze smut­kiem, po­dwa­ja­jąc liczbę klien­tek przyj­mo­wa­nych w sa­lo­nie. Tam uda­wała, że wszystko jest w po­rządku, i plot­ko­wała o po­go­dzie, nie­pew­no­ści na rynku pracy i pod­wyż­kach czyn­szu. Do­ra­dzała klient­kom w spra­wach zwią­za­nych z ich part­ne­rami. W domu rze­czy­wi­stość do­pa­dała ją i matka spę­dzała więk­szość czasu w swoim fo­telu, mil­cząc i przy­glą­da­jąc się, jak drzewa za oknem zmie­niają ko­lory.

Oj­ciec po tym zda­rze­niu po­szedł na zwol­nie­nie le­kar­skie. Nie był w sta­nie na­pi­sać ani jed­nego wersu tek­stu. Co­raz wię­cej czasu spę­dzał w ba­rze na rogu i prze­su­wał wszyst­kie sprawy na przy­szłość.

Amanda cier­piała ra­zem z ro­dzi­cami.

Szybko wy­my­śliła, co musi zro­bić. De­cy­zję pod­jęła już wtedy, w miesz­ka­niu Sanny. Z cza­sem była co­raz bar­dziej prze­ko­nana, że to słuszna droga. Po­sta­no­wiła za­cząć od tro­pów, które już miała.

Pierw­szym kro­kiem na dro­dze do prawdy była szkoła po­li­cyjna. Do prawdy o śmierci Sanny. Ktoś musi za nią od­po­wie­dzieć.

6

Ma­gnus skoń­czył pracę na dziś. Jego ze­spół zgar­nął trzech wła­my­wa­czy i dwóch gwał­ci­cieli. Trzech z nich sie­działo już w aresz­cie, a po­zo­sta­łych dwóch prze­ka­zał opiece spo­łecz­nej ze względu na ich młody wiek. Był bar­dziej niż za­do­wo­lony. Ma­gnus mógł wszyst­kim prze­stęp­com w okręgu obie­cać jedną rzecz - ci, któ­rych za­trzy­mał wy­dział roz­bo­jów, nie mu­sieli się za­sta­na­wiać, co będą ro­bić w naj­bliż­szym cza­sie. Wszy­scy go już tu znali. Wie­dział o tym od róż­nych ka­pu­siów. Ban­dziory z Väste­rort miały się na bacz­no­ści. Wo­lały pra­co­wać w in­nych okrę­gach.

Ma­gnus wciąż nie do­stał od­po­wie­dzi od Amandy. Mi­nęły trzy dni i był już na­prawdę wku­rzony. Miał ochotę po­je­chać do niej i za­pu­kać do drzwi. Ro­zu­miał, że to wbrew wszel­kim za­sa­dom. My­śle­nie o niej za­bie­rało mu jed­nak za dużo ener­gii.

Amanda miesz­kała w R?sunda. Ro­snące na po­dwó­rzu brzozy były je­dy­nym ele­men­tem, który od­bie­gał od sza­rej skali ko­lo­rów nie­ru­cho­mo­ści. Wszedł przez bramę i ro­zej­rzał się, czy nikt go nie wi­dział. Wró­cił i znów wszedł. Kiedy do­tarł do jej drzwi kilka pię­ter wy­żej, po­czuł cie­pło na ple­cach. Na­słu­chi­wał chwilę, za­nim za­dzwo­nił. Miał już ser­decz­nie dość pu­ka­nia do nie­zli­czo­nych drzwi. Ni­czego nie usły­szał. Znów za­dzwo­nił i na­słu­chi­wał. Ci­sza. Otwo­rzył klapkę szcze­liny na li­sty i za­uwa­żył z pra­wej strony półkę na buty, pełno bu­tów z cho­le­wami, la­kie­rek i bar­dziej co­dzien­nych pół­bu­tów. Jak jedna osoba może mieć tyle obu­wia? We­wnątrz wciąż pa­no­wała ci­sza.

Wy­szedł z bu­dynku, wsiadł do sa­mo­chodu i cze­kał. To też było wbrew za­sa­dom. I tak cią­gle czoł­gał się w pyle. Nie prze­szka­dzało mu to.

Wie­dział, że nie pra­co­wała. Spraw­dził to wcze­śniej. Za­dzwo­nił do kilku in­for­ma­to­rów. Za­wsze do­brze było tro­chę ich roz­grzać. Po­chwa­lić i do­ce­nić. Czy coś się kroi w dziel­nicy? Kto ob­ro­bił ko­lek­turę w Hal­lon­ber­gen? Kto pod­pala sa­mo­chody w Rin­keby? A więc gang z Husby ma ob­ra­bo­wać Kon­sum? Kiedy?

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej zo­ba­czył zbli­ża­jącą się szybko Amandę. Naj­wy­raź­niej zro­biła so­bie prze­bieżkę. Miała na so­bie cia­sne spodnie do bie­ga­nia i ró­żową blu­zeczkę. Czy jest coś bar­dziej sek­sow­nego od ob­ci­słych spodni na wy­tre­no­wa­nym ciele? Ma­gnus wy­siadł z sa­mo­chodu i przyj­rzał się jej do­kład­nie. Sta­rał się brzmieć zwy­czaj­nie:

- Nie mo­głem się z tobą skon­tak­to­wać, po­my­śla­łem więc, że tu przy­jadę.

- Och, jak miło. By­łam ostat­nio tro­chę za­jęta.

Amanda uśmiech­nęła się i po­chy­liła do przodu, opie­ra­jąc dło­nie o ko­lana. Pró­bo­wała zła­pać od­dech.

Wzrok Ma­gnusa za­trzy­mał się na rowku mię­dzy jej pier­siami. Kła­mała. Czło­wiek za­wsze zdąży wy­słać ese­mes.

- Tak? A co ta­kiego ro­bi­łaś?

- Pra­co­wa­łam, ćwi­czy­łam, spo­ty­ka­łam się ze zna­jo­mymi. Wiesz, jak jest. Mia­łam kilka no­cek, je­stem więc wy­koń­czona. Bar­dzo miło było tro­chę po­bie­gać i się obu­dzić.

- Mo­głaś jed­nak od­po­wie­dzieć na mój ese­mes.

Amanda się za­śmiała.

- Brzmisz pra­wie tak, jakby ci za­le­żało.

Czy na­prawdę mu za­le­żało?

- To ra­czej zwy­kła uprzej­mość.

- Ale ty prze­cież masz żonę. Nie po­wi­nie­neś ni­czego ode mnie ocze­ki­wać. Prawda?

- Spo­ty­kasz się też z in­nymi?

Ma­gnus po­czuł ukłu­cie za­zdro­ści.

- To nie twoja sprawa. Do­póki masz żonę, mogę ro­bić, co mi się po­doba.

- A więc spo­ty­kasz się z kimś?

- Tego nie po­wie­dzia­łam. Cho­dzi o to, że­byś so­bie nie wy­obra­żał, że mo­żesz de­cy­do­wać, co mi wolno. Je­stem sin­gielką. A tak długo, jak ja je­stem sin­gielką, a ty je­steś za­jęty, mogę ro­bić, co chcę. Nie zga­dzasz się z tym?

- Słu­chaj, je­śli spo­ty­kasz się z kimś in­nym, mo­żemy od razu z tym skoń­czyć. Nie mam z tym pro­blemu.

Amanda kuc­nęła i wy­cią­gnęła do przodu nogę.

- Je­śli już mu­sisz wie­dzieć, z ni­kim się nie spo­ty­kam. Ale, jak mó­wię, nie masz prawa mó­wić mi, co mam ro­bić.

- Pró­bu­jesz sta­wiać mi wa­runki? O to cho­dzi? Co twoim zda­niem mam zro­bić? Tak po pro­stu zo­sta­wić po pięt­na­stu la­tach Pię, dom i całą resztę?

- Wiesz, to twój pro­blem. Skoro jest wam ze sobą tak wspa­niale, to by­łoby szkoda.

Amanda ru­szyła w stronę miesz­ka­nia.

- Mogę pójść z tobą na górę?

- Ja­sne. Ale nie za­mie­rzam cią­gnąć tej dys­ku­sji.

Ma­gnus też tego nie chciał. Pu­ścił ją przo­dem na schody. Przy­glą­dał się jej tył­kowi. Kiedy otwie­rała drzwi, chwy­cił ją za bio­dra. Przy­ci­snął się do niej mocno. Był w tej chwili naj­bar­dziej na­pa­lo­nym fa­ce­tem w ca­łej Eu­ro­pie. Dziew­czyna pach­niała Gucci Rush, jej ulu­bio­nymi per­fu­mami. Kro­pelki potu spły­wały po jej blond lo­kach, które ucie­kły spod gumki. Ma­gnus od­su­nął je­den ko­smyk na bok i po­ca­ło­wał Amandę w szyję. Słony smak. Sexy. Je­śli za­raz nie ścią­gnie spodni, to pękną.

Amanda wy­śli­zgnęła mu się.

- Mam okres. Mu­sisz dać so­bie spo­kój.

Spodnie Ma­gnusa gro­ziły eks­plo­zją.

- Mnie to nie prze­szka­dza. Weź­miemy prysz­nic.

- Nie, nie mam ochoty. Poza tym boli mnie brzuch. A ta dys­ku­sja to kiep­ska gra wstępna.

Je­śli cho­dzi o Ma­gnusa, była to naj­lep­sza gra wstępna od dawna. Drobna kłót­nia za­wsze pro­wa­dziła do go­rą­cego seksu na zgodę. Spró­bo­wał jesz­cze raz. Chwy­cił ją za ra­mię i przy­cią­gnął do sie­bie. Przy­ci­snął kro­cze do jej pod­brzu­sza.

- Czu­jesz, jaki je­stem twardy?

- Daj spo­kój. Zro­zum, że "nie" ozna­cza "nie".

Amanda wy­rwała mu się, we­szła do ła­zienki i za­mknęła za sobą drzwi.

- Co jest, do cho­lery! Nie mu­sisz się tak wście­kać.

Dziew­czyna uchy­liła drzwi i wy­sta­wiła głowę.

- Nie wście­kam się. Ale ty mu­sisz się na­uczyć, że dziew­czyna cza­sem od­ma­wia.

Scho­wała głowę i znów za­mknęła drzwi.

No do­bra, może i się nie wścieka. Ale on jest tak strasz­nie na­pa­lony. Niech to szlag trafi.

Mi­nęło kilka mi­nut, za­nim fiut mu zwiot­czał i znów za­czął dzia­łać mózg. Myśl o tym, że Amanda może się z kimś spo­ty­kać, po­ja­wiała się w jego gło­wie przy każ­dym mru­gnię­ciu po­wie­kami. Było kilka sy­gna­łów ostrze­gaw­czych. Nie od­zy­wała się przez parę dni, a te­raz le­dwo chciała go do­ty­kać.

Wzrok Ma­gnusa za­trzy­mał się na le­żą­cym na sto­liku w ko­ry­ta­rzu te­le­fo­nie. Słu­chawki wciąż były do niego pod­pięte. Amanda lu­biła słu­chać mu­zyki, kiedy bie­gała. Ma­gnus za­sta­no­wił się przez chwilę. Zro­bić to? Co za upa­dek. Te­le­fon jed­nak mocno go ku­sił. Sły­szał, że Amanda wciąż jest pod prysz­ni­cem. Chwy­cił ko­mórkę. Otwo­rzył wia­do­mo­ści. Kilka ese­me­sów od ko­le­żanki, je­den od niego sa­mego. Za­uwa­żył, że przy­naj­mniej go prze­czy­tała. Znów się zi­ry­to­wał, że nie chciało jej się od­po­wie­dzieć. Prze­wi­jał da­lej wia­do­mo­ści. Ad­nan.

Wpa­try­wał się w to imię. Ad­nan? Spo­ty­kała się z pie­przo­nym Ara­bu­sem? Otwo­rzył wia­do­mość: "Cześć, słodka, kiedy się znów spo­tkamy?". Ma­gnus po­czuł na­głe ude­rze­nie wście­kło­ści. Stłu­mił ją, prze­glą­dał da­lej. Znów Ad­nan. Otwo­rzył: "Okej, ode­zwę się, jak będę mo­gła". Prze­czy­tał też ko­lejny ese­mes od Ad­nana: "Te­raz ćwi­czę, ale póź­niej". I na­stępny: "Siema, chcę się z to­bom spo­tkać".

Woda prze­stała pły­nąć i sły­chać było, jak Amanda po­dzwa­nia czymś w ła­zience.

Ma­gnus ode­rwał ka­wa­łek pa­pieru z le­żą­cego w ko­ry­ta­rzu cza­so­pi­sma i za­pi­sał nu­mer do tej świni Ad­nana. Odło­żył te­le­fon na miej­sce. Serce mu wa­liło. Nie wie­dział, czy to z po­wodu pod­nie­ce­nia tym na­ru­sze­niem pry­wat­no­ści, czy przez Araba. Kiedy Amanda wy­szła spod prysz­nica, Ma­gnus sta­rał się za­cho­wy­wać nor­mal­nie. Po­wie­dział, że musi już iść. Miał coś do zro­bie­nia w pracy. Dziew­czyna nie pró­bo­wała go za­trzy­mać i spra­wiała wra­że­nie, że cie­szy ją jego odej­ście.

Niech to szlag. Za­zdrość go ośle­piała.

Ma­gnus wró­cił do pracy i po­szedł do wy­działu wła­mań. Świa­tła były za­pa­lone i sporo się działo. W jed­nym końcu biura z ra­dia le­ciały naj­now­sze prze­boje. Na dru­gim końcu ktoś włą­czył płytę z de­li­katną hi­pi­sow­ską mu­zyką. W miej­scu, gdzie dźwięki z obu stron się spo­ty­kały, Ma­gnus za­lo­go­wał się na swoim kom­pu­te­rze. Wpi­sał nu­mer ko­mórki Ad­nana. Na­wet nie szu­kał w biu­rze nu­me­rów. Arab, który nie znał or­to­gra­fii i ru­chał blon­dynkę, z całą pew­no­ścią był prze­stępcą. A tacy uży­wali te­le­fo­nów na kartę. Ma­gnus za­lo­go­wał się do po­li­cyj­nego sys­temu ra­por­to­wa­nia. Wy­szu­kał nu­mer te­le­fonu. Od razu tra­fił. Kli­kał da­lej.

Ad­nan Na­simi: data uro­dze­nia. Ma­gnus szybko ob­li­czył w pa­mięci - dwa­dzie­ścia dzie­więć lat. O trzy­na­ście młod­szy od niego. Ma­gnus na­gle zna­lazł się w nie­ko­rzyst­nej sy­tu­acji. Czy­tał da­lej. Za­uwa­żył, że Arab wy­stę­po­wał w więk­szo­ści re­je­strów. Za­czął od ogól­nego re­je­stru ob­ser­wa­cji. Ostatni wpis po­cho­dził za­le­d­wie sprzed kilku ty­go­dni: sta­wia­nie oporu i nie­prze­pi­sowe pro­wa­dze­nie po­jazdu. Sa­mo­chód za­jęto. Mer­ce­des. Ko­leś naj­wy­raź­niej miał kasę. Zresztą który ban­dzior jej nie miał? Po­tra­fili spać na sta­rym ma­te­racu na pod­ło­dze i oszczę­dzać na ra­chun­kach za prąd, byle tylko błysz­czeć w ko­zac­kiej fu­rze. Ma­gnus czy­tał da­lej i do­wie­dział się, że merc nie na­le­żał do niego. Co za pech.

Prze­dzie­rał się przez ko­lejne re­je­stry. Ana­li­zo­wał. Ze­sta­wiał. Arab zaj­mo­wał się więk­szo­ścią rze­czy. Roz­boje od czter­na­stego roku ży­cia, po­bi­cia, wy­mu­sze­nia, kilka prze­stępstw nar­ko­ty­ko­wych. Były no­tatki o na­pa­dach na trans­porty pie­nię­dzy, ale nic nie udało się udo­wod­nić. Arab miał po­wią­za­nia z naj­bar­dziej za­twar­dzia­łymi prze­stęp­cami - nie­któ­rzy z nich sie­dzieli za na­pad na trans­port w Göte­borgu. Ad­nan wtedy zaj­mo­wał się czymś in­nym. Pew­nie dla­tego nie był za­mie­szany w ten skok. W prze­ciw­nym ra­zie Ma­gnus roz­po­znałby jego na­zwi­sko, on i jego ze­spół po­ma­gali po­li­cji z Göte­borga w prze­szu­ka­niach do­mów, bo gang po­cho­dził z Väste­rort. Ad­nan od­sie­dział pół­tora roku za po­ważne prze­stęp­stwo nar­ko­ty­kowe. Wy­szedł ja­kiś mie­siąc temu i naj­wy­raź­niej pierw­szą rze­czą, jaką zro­bił, było zna­le­zie­nie so­bie ja­kiejś la­ski.

Ma­gnus sta­rał się opa­no­wać wście­kłość, ale nie uda­wało mu się to. Chciał zo­ba­czyć, jak wy­gląda jego kon­ku­rent. Ścią­gnął jego zdję­cie pasz­por­towe. Naj­śwież­sze po­cho­dziło sprzed pię­ciu lat. Z nie­chę­cią przy­znał, że Arab wy­glą­dał nie­źle. Miał sze­roką szczękę i mę­skie rysy. Nie­złe brwi - nie były zro­śnięte tak jak u więk­szo­ści Ara­bów. Nor­malny nos. Ma­gnus ścią­gnął też ce­chy szcze­gólne: wzrost sto dzie­więć­dzie­siąt dwa cen­ty­me­try, mu­sku­larna bu­dowa ciała, liczne ta­tu­aże na ple­cach i je­den na le­wym przed­ra­mie­niu. A więc to się Aman­dzie po­do­bało. Na­pa­ko­wani gang­ste­rzy z ta­tu­ażami po­kry­wa­ją­cymi pół ciała. Wła­my­wa­cze. Di­le­rzy. Ma­gnus za­kła­dał, że Arab sam nie ćpał, nie byłby wtedy w ta­kiej for­mie. Pew­nie przede wszyst­kim han­dlo­wał. Cza­sami wcią­gnął coś na im­pre­zie. Ły­kał ru­skie ste­rydy.

Uczu­cie za­zdro­ści za­sko­czyło Ma­gnusa. Ude­rzyło go jak mło­tem. A może jed­nak był wście­kły? Tak, to ra­czej było to. Wku­rzało go, że Amanda po­sta­wiła go w ta­kiej sy­tu­acji. A gdyby ktoś się do­wie­dział, że jego dziew­czyna zdra­dza go z ban­dzio­rem? Oczy­wi­ście, to dla­tego czuł się tak, jak się czuł. Nic go nie ob­cho­dziła. Ale go po­ni­żyła. Na­ru­szyła jego gra­nice. My­ślała tylko o so­bie.

Dziwka. Ma­gnus nie mógł na to po­zwo­lić.

A może była tak na­iwna, że nie ro­zu­miała, że ma pod koł­drą wiel­kiego ban­dziora? Czy mo­gła być aż tak głu­pia? Kto wie.

W ta­kim ra­zie było to jego asem w rę­ka­wie.

Sie­dział przy kom­pu­te­rze przez dwie go­dziny i prze­czy­tał wszystko, co było do­stępne na te­mat Ad­nana pie­przo­nego Ara­busa Na­si­miego.

7

Ad­nan wje­chał do ga­rażu pod ga­le­rią Ki­sta. Dziś po­ży­czył sa­mo­chód od ojca. Hos­sein oczy­wi­ście py­tał, dla­czego nie używa pięk­nego mer­ce­desa Diara. Ad­nan był na to przy­go­to­wany i wy­ja­śnił, że auto jest w warsz­ta­cie - pro­blemy ze skrzy­nią bie­gów. Hos­sein uniósł brwi, ale za­do­wo­lił się tą od­po­wie­dzią. Bez zbęd­nego ga­da­nia dał sy­nowi klu­czyki do swo­jego wy­słu­żo­nego hy­un­daia. Fakt, że Ad­nan nie miał prawa jazdy, był czymś, co Hos­sein sta­rał się wy­pie­rać. Był uczci­wym czło­wie­kiem, który chciał prze­strze­gać szwedz­kiego prawa. To jed­nak, że jego sy­nowi nie wolno pro­wa­dzić sa­mo­chodu, było dla niego wsty­dem tak du­żym, że nie po­tra­fił so­bie z nim po­ra­dzić.

Ad­nan wszedł po scho­dach do ga­le­rii. Nie po­ja­wił się tu, by za­bić czas albo ro­bić za­kupy. Miał do wy­ko­na­nia za­da­nie. Były tu dwa cie­kawe miej­sca do ob­ro­bie­nia i chciał je spraw­dzić, zo­ba­czyć, czy da się to zro­bić. Wszystko za­le­żało od tego, ilu bę­dzie miał lu­dzi.

Skie­ro­wał się do kan­toru wy­miany wa­lut. Zo­ba­czył sto­jącą ty­łem blon­dynkę. Za­trzy­mał się w pół kroku - Amanda? Dziew­czyna od­wró­ciła się: to nie ona. Ad­nan po­czuł jed­no­cze­śnie ulgę i roz­cza­ro­wa­nie. Spo­tka­nie jej tu i te­raz by­łoby jed­nak nie na rękę. Nie lu­bił nie­spo­dzia­nek. Dla­czego za­re­ago­wał w taki spo­sób?

Przez chwilkę od­czu­wał pewną ner­wo­wość. My­śli kłę­biły mu się pod czaszką. W tej la­sce było coś szcze­gól­nego. Ostat­nio bez­czel­nie go od­rzu­ciła. Przy­szedł na randkę przy­go­to­wany na fajny seks. A za­miast tego: spa­cer po parku i bu­ziak w po­li­czek. Po­czuł się jak ostatni prze­gryw. Uznał, że to strata czasu. Ale po­tem stało się coś nie­zwy­kłego - dziew­czyna za­czy­nała po­ja­wiać się wszę­dzie. Kiedy tylko wi­dział ja­kąś blon­dynkę, my­ślał o niej i był pe­wien, że to wła­śnie ona. Za­cie­ka­wiło go to. Wie­dział, że musi znów się z nią spo­tkać.

Ad­nan prze­szedł przez Café Momo i uści­snął dłoń wła­ści­ciela - Sa­chy. Prze­ka­zał mu wy­razy współ­czu­cia. Jego brat zo­stał pół roku wcze­śniej za­strze­lony. Ja­kieś po­ra­chunki. Wszy­scy wie­dzieli, kto za tym stał, ale ni­czego nie dało się udo­wod­nić. Na­pię­cia mię­dzy róż­nymi ugru­po­wa­niami na­ra­stały. Ju­gole. Al­bań­czycy. Ru­scy. Ara­bo­wie. Es­toń­czycy. Gam­bij­czycy. Wszy­scy pra­gnęli wła­dzy. Ad­nan wy­czuł, że zbliża się wojna. Sa­cha wy­da­wał się uszczę­śli­wiony wi­zytą Ad­nana. Py­tał, jak było w wię­zie­niu. Chciał za­ofe­ro­wać espresso. Ad­nan chęt­nie się zgo­dził. Po­trze­bo­wał sil­nych sta­rych kon­tak­tów.

Sa­cha wy­glą­dał na wy­czer­pa­nego i schudł co naj­mniej pięt­na­ście kilo. Włosy przy­pró­szyła mu si­wi­zna, cho­ciaż nie miał wię­cej niż trzy­dzie­ści pięć lat. Pew­nie żył w cią­głym na­pię­ciu i cze­kał, aż ktoś przy­ci­śnie mu lufę do czoła. Ad­nan nie py­tał o jego brata. Nie miał czasu na dłu­gie opo­wie­ści.

Wtedy za­dzwo­niła sio­stra Diara. Nie ode­brał i po­czuł wy­rzuty su­mie­nia. To fajna dziew­czyna. Ale chwila nie była od­po­wied­nia. Bę­dzie mu­siał wkrótce od­dzwo­nić i wy­ja­śnić. Stres go wy­kań­czał. Jedna noga pod­ska­ki­wała ryt­micz­nie pod sto­łem. Kiedy Sa­cha miał klien­tów, Ad­nan za­dzwo­nił do ad­wo­kata. Był nim Jo­han Karls­son, je­den z naj­lep­szych w Szwe­cji. To wła­śnie dzięki niemu prze­trwał wię­zie­nie.

Jo­han od­po­wie­dział już po pierw­szym sy­gnale - jak zwy­kle nie­za­wodny.

- Cześć, Ad­nan.

- Cześć. Za­sta­na­wiam się znów nad tym sa­mo­cho­dem. Jak leci?

Czy brzmiał, jakby był zde­spe­ro­wany? Tego zde­cy­do­wa­nie nie chciał.

- Zło­ży­łem skargę od razu po na­szej ostat­niej roz­mo­wie. Te­raz po­zo­staje tylko cze­kać, ale obie­cuję, że będę tego pil­no­wał.

Jo­han był jak zwy­kle spo­kojny i cier­pliwy.

- No to świet­nie. A ile to może po­trwać?

- Nie­stety pro­ku­ra­to­rzy zwy­kle nie sta­wiają ta­kich spraw na pierw­szym miej­scu, ale zro­bię, co będę mógł. W każ­dym ra­zie co naj­mniej dwa ty­go­dnie. A może mie­siące.

- Mie­siące? - Ad­nan ze­stre­so­wał się jesz­cze bar­dziej. - Ale my­ślisz, że do­stanę go z po­wro­tem?

- No cóż, po­nie­waż jest tak dużo wart, zo­sta­nie w pierw­szej ko­lej­no­ści do­kład­nie spraw­dzone, do kogo na­leży. Po­li­cja oce­niła, że do cie­bie, bo tak czę­sto go uży­wa­łeś. A jed­no­cze­śnie jest za­re­je­stro­wany na Diara. Je­śli uznają, że jest twój, to ko­mor­nik praw­do­po­dob­nie go zaj­mie, bo masz długi. A je­śli stwier­dzą, że na­leży do Diara, to on go do­sta­nie z po­wro­tem. Chyba że też ma długi albo od­szko­do­wa­nia, które trzeba za­pła­cić.

W uszach Ad­nana brzmiało to jak wy­bór mię­dzy dżuma a cho­lerą. Był za­ła­twiony. Fi­nito.

- Halo, Ad­nan, je­steś tam?

- Je­stem za­ła­twiony. Je­śli sa­mo­chód jest mój, to już po nim, prawda? A je­śli Diara, to on się o wszyst­kim do­wie. I być może też go straci, je­śli ma pro­blemy z ko­mor­ni­kiem.

- Jest ta­kie ry­zyko. Naj­le­piej bę­dzie, je­śli zdo­łamy udo­wod­nić, że ty go tylko po­ży­cza­łeś. Po­tem mo­żemy mieć na­dzieję, że Diar nie ma dłu­gów. Spraw­dzę to.

- Zrób to. Kurwa mać.

- To może tro­chę po­trwać. A przez ten czas sta­raj się za bar­dzo nie mar­twić.

Ad­nan prze­rwał po­łą­cze­nie. Dla­czego ży­cie go tak nie­na­wi­dzi? Wy­pił ostatni ły­czek espresso. Po­dzię­ko­wał Sa­chy, który po­pro­sił, żeby wkrótce znów go od­wie­dził. Ad­nan mu to obie­cał. Ru­szył znów do kan­toru i wy­brał pie­nią­dze z ban­ko­matu.

Nie chciał wcho­dzić do środka bez żad­nego po­wodu. Zro­bił re­ko­ne­sans z ze­wnątrz. Lo­kal znaj­do­wał się w do­brym miej­scu, bli­sko wyj­ścia - dwa szyb­kie kroki i już było się na ulicy. Można było znik­nąć, za­nim ob­sługa za­uwa­ży­łaby, co się stało. Pro­ble­mem była od­porna na stłu­cze­nie szyba.

Poza tym w ostat­nim roku kan­tor Exchange ob­ro­biono już pew­nie ze trzy razy. Ochro­nia­rzy praw­do­po­dob­nie jest te­raz cztery razy wię­cej. Po­dobno przy jed­nym ra­bunku per­so­nel za­wa­lił sprawę i zo­sta­wił kasę otwartą. Zda­niem Ad­nana był to ktoś z we­wnątrz. W jego przy­padku to też mo­głoby za­dzia­łać. Gdyby wszedł za ladę do­kład­nie w chwili, w któ­rej ktoś otwo­rzył kasę, mógłby na­peł­nić torby róż­nymi wa­lu­tami. Na­li­czył czworo pra­cow­ni­ków. Wy­da­wało się, że na za­ple­czu jest za­wsze co naj­mniej jedna osoba. Tu­taj trzeba było ata­ko­wać agre­syw­nie. Pra­cow­nicy nie po­winni na­wet po­my­śleć o wci­śnię­ciu alarmu.

Ktoś stuk­nął go w bark. Ja­kaś star­sza pani w ka­pe­lu­siku z piór­kiem i la­ską chciała do­stać się do ban­ko­matu. Uśmiech­nął się i prze­pu­ścił ko­bietę. Za­wsze na­leży oka­zy­wać sza­cu­nek star­szym.

Ad­nan za­czął się za­sta­na­wiać nad ko­lejną moż­li­wo­ścią. Ta wy­ma­gała znacz­nie sta­ran­niej­szego pla­no­wa­nia niż dwie pierw­sze. Była to ro­bota tak po­ważna, że sam się dzi­wił, że w ogóle ją roz­waża. Ten po­mysł jed­nak bar­dzo go krę­cił. Ad­nan zszedł do ga­rażu i wsiadł do uko­cha­nego hy­un­daia Hos­se­ina. Wpa­try­wał się w klapę w rogu ga­rażu. Za nią lą­do­wały pa­kiety bank­no­tów, które sklepy ga­le­rii wkła­dały do wrzutni na po­szcze­gól­nych pię­trach. Spa­dały w dół tu­ne­lem. Lą­do­wały do­kład­nie tam, gdzie pa­trzył Ad­nan. Oce­niał moż­li­wość wła­ma­nia się do środka - łom ra­czej nie wy­star­czy. Poza tym zaj­mie to za dużo czasu. Ochro­nia­rze zdą­ży­liby jesz­cze roz­wią­zać krzy­żówkę, za­nim włą­czy­liby alarm.

Trzeba bę­dzie na­paść na fur­go­netkę. We wła­ści­wym mo­men­cie. Ad­nan roz­wi­jał tę myśl. Wy­obra­żał so­bie, jak wy­ska­kuje w czar­nym ubra­niu i ko­mi­niarce. Wrzesz­czy jak sza­lony i ce­luje z ka­łasz­ni­kowa w za­sko­czo­nych ochro­nia­rzy. Zmu­sza ich, żeby po­ło­żyli się na ziemi. Wrzuca pie­nią­dze do spor­to­wej torby. Znika bez śladu z naj­więk­szym łu­pem w hi­sto­rii Szwe­cji. Albo pra­wie. Sta­nie się le­gendą. Wszy­scy będą po­dej­rze­wać, że to on. Ale nikt nie bę­dzie wie­dział na pewno.

Igno­ro­wał naj­więk­szą prze­szkodę: on i Mi­ran to nie naj­lep­szy ze­spół do tego za­da­nia. Ad­nan opu­ścił mroczny par­king i prze­stał ma­rzyć o so­bie jak o le­gen­dzie. Wy­je­chał na dwór. My­ślał o tym, któ­rych ko­le­gów po­wi­nien za­an­ga­żo­wać. Na ni­kim nie mógł po­le­gać. Ni­gdy nie wia­domo, kto pu­ści farbę. Zde­cy­do­wał się od­wie­dzić Vin­centa i skrę­cił w stronę cen­trum. I tak mu­siał się z nim spo­tkać, żeby za­py­tać, czy nie ma dla niego ja­kiejś ro­boty. W tym mie­ście szmal zni­kał szyb­ciej niż na­kryty na ro­bo­cie zło­dziej. Za samo par­ko­wa­nie w ga­rażu za­pła­cił pięć­dzie­siąt ko­ron. W su­mie mógł zo­sta­wić sa­mo­chód na ze­wnątrz i za­ry­zy­ko­wać. Hos­sein jed­nak ra­czej nie ucie­szyłby się z man­datu. A za­si­łek Ad­nana nie wy­star­czał na żadne nie­ocze­ki­wane wy­datki. To był po­ważny pro­blem. Le­d­wie miał na czynsz. Za­trzy­mał się w miesz­ka­niu Diara. Z jego hi­sto­rią trudno by­łoby mu zna­leźć wła­sne. Gdy się nad tym za­sta­no­wić, po­wi­nien być wdzięczny Dia­rowi. A jed­no­cze­śnie sam pła­cił czynsz, kiedy tam­ten sie­dział w wię­zie­niu. I jesz­cze pod­le­wał mu kwiatki. Dwa kak­tusy sto­jące na pa­ra­pe­cie nad wanną.

Ad­nan wszedł do re­stau­ra­cji Vin­centa. Młoda dziew­czyna w czar­nej mi­ni­spód­niczce zbie­rała ta­le­rze po po­siłku. Była ze­stre­so­wana i od­po­wie­działa krótko, że szef za­ła­twia coś na mie­ście. Ad­nan stwier­dził, że chęt­nie po­czeka.

W su­mie nie po­zo­stało mu nic in­nego. Nie miał nu­meru do Vin­centa. Fa­cet zmie­niał go co naj­mniej raz w mie­siącu. Wy­star­cza­jąco czę­sto, by Ad­nan po­dej­rze­wał, że zaj­muje się ja­ki­miś ciem­nymi spraw­kami, ale i tak uwa­żał, że nieco prze­sa­dza. Ten ko­leś był cho­rym dra­niem.

Vin­cent był naj­grub­szą rybą w Stu­re­plan. Po­sia­dał trzy z naj­więk­szych klu­bów i jesz­cze kilka mniej­szych. Wy­star­czyło, że strze­lił pal­cami, żeby do­stać to, czego chciał. Albo ko­goś, kogo chciał. Każdy go po­dzi­wiał: roz­piesz­czeni gów­nia­rze, la­ski, ce­le­bryci. Wszy­scy mu się pod­li­zy­wali. Kum­plo­wa­nie się z nim było prze­pustką do śmie­tanki noc­nego ży­cia Sztok­holmu. To on or­ga­ni­zo­wał im­prezy, na które warto było cho­dzić: przy­ję­cia dla sław, pre­miery, im­prezy z kok­sem, wiksy z luk­su­so­wymi ko­bie­tami.

Za­nim Ad­nan wy­lą­do­wał w wię­zie­niu, pra­co­wał u Vin­centa na bramce. Naj­lep­sze w tej ro­bo­cie nie było samo pil­no­wa­nie drzwi, ale wszystko to, co się z tym wią­zało: blon­dynki, sta­tus, bru­netki, bank­noty w kie­sze­niach aspi­ru­ją­cych mło­dzi­ków, któ­rzy chcieli prze­sko­czyć ko­lejkę, rude, świetna sieć kon­tak­tów - koks roz­cho­dził się szyb­ciej, niż Ad­nan zdą­żył przy­go­to­wy­wać por­cje.

Ale to było kie­dyś. Obie­cał so­bie, że już ni­gdy nie bę­dzie di­lo­wał. Ry­zyko było zbyt duże. A pół­tora roku w pier­dlu to o pół­tora roku za dużo.

Wiele razy się za­sta­na­wiał, co po­szło nie tak. Ra­zem z Mi­ra­nem sprze­da­wali mniej­sze par­tie i trwało to dość długo. Szło do­brze i kasa się zga­dzała. Po­tem pan Kral­je­vic za­ży­czył so­bie, żeby roz­pro­wa­dzili dwa ki­lo­gramy. Ju­gol zna­lazł ja­kiś nowy kon­takt i wy­glą­dało na to, że może prze­my­cać prak­tycz­nie do­wolną ilość. Ad­nan i Mi­ran za­chły­snęli się swo­imi suk­ce­sami. Zgo­dzili się na taki układ. Sie­dzieli w sa­lo­nie Mi­rana i od­wa­żali por­cje, kiedy przy drzwiach roz­po­częło się coś na kształt trzę­sie­nia ziemi.

Ad­nan od razu zro­zu­miał. To gliny, które za­mie­rzają znisz­czyć im ży­cie. Wy­star­czyły dwie se­kundy, żeby za­mknął się w ła­zience. Spłu­ki­wał biały pro­szek jak sza­lony. I znowu spłu­ki­wał. Prze­kli­nał cho­lerny re­zer­wuar, który nie na­peł­niał się wy­star­cza­jąco szybko. Mi­ran, za­re­ago­wał nieco wol­niej, zdą­żył chwy­cić to­rebkę i wy­rzu­cić ją przez okno. Sto­jący na dole gli­niarz zna­lazł się w sa­mym środku śnie­życy i przy­pad­kowo wcią­gnął kilka por­cji.

Szybka re­ak­cja Ad­nana ura­to­wała ich obu przed dzie­się­cio­let­nią od­siadką. Ilość koksu, którą gli­nia­rze zna­leźli, wy­star­czyła, żeby za­mknąć ich na pół­tora roku. A jako pre­mię do­stali po­tężny dług u tej ju­gol­skiej świni.

Zgod­nie z po­li­cyj­nym ra­por­tem wy­dział nar­ko­ty­kowy - ja­koby przy­pad­kowo - za­uwa­żył pew­nego męż­czy­znę wcho­dzą­cego do klatki scho­do­wej Mi­rana, a pięć mi­nut póź­niej wy­cho­dzą­cego przez drzwi do piw­nicy. Za­częto więc po­dej­rze­wać, że sprze­da­wano tam nar­ko­tyki. Po­li­cjanci za­trzy­mali tego męż­czy­znę i prze­szu­kali. Zna­leźli u niego w skar­petce dil­pak z ko­ka­iną. Dal­sze do­cho­dze­nie ujaw­niło, że za­trzy­many ostat­nio dzwo­nił do Mi­rana. Ten od razu stał się po­dej­rzany o di­lo­wa­nie i nie mi­nęło dużo czasu, aż spe­cjalny ze­spół wy­wa­żył drzwi do jego miesz­ka­nia.

To, że ja­kiś męż­czy­zna ku­pił koks u Mi­rana, było prawdą. Ad­nan ni­gdy nie za­po­mni tego dwu­dzie­sto­latka z na­że­lo­wa­nymi wło­sami za­cze­sa­nymi do tyłu, który stał się klu­czem do po­li­cyj­nej ak­cji. Ale to, że za­uwa­żyli go przy­pad­kowo, było nie­zwy­kle mało praw­do­po­dobne. Szansa rów­nie duża jak wy­ru­cha­nie księż­niczki. Ad­nan był prze­ko­nany, że po­li­cyjny ra­port nie był w stu pro­cen­tach rze­telny. Nie mógł tylko zro­zu­mieć, co po­szło nie tak.

Po dwóch go­dzi­nach cze­ka­nia w re­stau­ra­cji Vin­centa Ad­nan się pod­dał. Za­py­tał kel­nerki, czy ma ja­kiś nu­mer do szefa. Nie miała. Ad­nan wie­dział, że kła­mie, a ona wie­działa, że on wie. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach Ad­nan zmu­siłby ją, by mu go dała. Ale te­raz nie chciał ry­zy­ko­wać kon­fliktu. Za­miast tego po­pro­sił ją, by Vin­cent do niego za­dzwo­nił.

Za­sta­na­wiał się: co ten cho­lerny pe­dał pla­nuje?

8

Wszystko za­dzia­łało tak, jak Amanda so­bie za­pla­no­wała. A na­wet le­piej. Po pro­stu nie od­zy­wała się do Ma­gnusa przez kilka dni i jego po­trzeba kon­troli już nad nim za­pa­no­wała. Z ta­kimi fa­ce­tami sprawa była pro­sta: prze­sad­nie cza­ru­jący na po­wierzchni, by ukryć brak po­czu­cia wła­snej war­to­ści.

Za­cho­wała wia­do­mość od Ad­nana. Chciała, żeby Ma­gnus ją prze­czy­tał. Wie­działa, że to zro­bił. Te­le­fon nie le­żał na sto­liku w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym go po­ło­żyła - z pra­wym na­roż­ni­kiem do­kład­nie przy ry­sie zro­bio­nej pod­czas prze­pro­wadzki.

Ucie­szyła się, że tak szybko wy­szedł z miesz­ka­nia. Tego wie­czoru nie miała siły na żadne gierki. Wspo­mnie­nie, jak się do niej przy­ci­skał, kiedy otwie­rała drzwi, wy­wo­łało u niej w ła­zience nud­no­ści. Nie poj­mo­wała, jak prze­trwała wszyst­kie wcze­śniej­sze spo­tka­nia z na­pa­lo­nym Ma­gnu­sem w ostat­nim pół­ro­czu. Na­uczyła się do­sko­nale odłą­czać od rze­czy­wi­sto­ści. Od­gry­wa­jąc przed nim go­rącą ko­chankę, my­ślała o czymś in­nym. Po­tem opa­no­wy­wały ją nud­no­ści i pa­skudne sa­mo­po­czu­cie. Mo­ty­wo­wała ją myśl o San­nie.

Dla­czego Ma­gnus Blom­berg umo­rzył wstępne do­cho­dze­nie w spra­wie zgło­szo­nego przez Sannę gwałtu? Dla­czego nie po­trak­to­wał jej po­waż­nie?

Amanda za­uwa­żyła to pi­smo w sto­sie poczty przed drzwiami tego dnia, kiedy zna­la­zła sio­strę. Była to ko­pia zgło­sze­nia na po­li­cję, o któ­rym Sanna mó­wiła przez te­le­fon. Co po­wie­działa? Że Amanda jej nie wie­rzy, tak samo jak ten po­li­cjant. Prze­czy­tała pi­smo kilka razy. Było zwię­złe i nie za­wie­rało do­kład­nie tego, co się stało. Tylko to, że działo się to w ja­kiejś knaj­pie w Sztok­hol­mie. Wy­da­wało się to dziwne, bo Amanda miała wra­że­nie, że Sanna wie­działa, kim był sprawca.

Czego bra­ko­wało w tym zgło­sze­niu?

Po­tem Amanda zro­biła coś, czego ab­so­lut­nie nie po­winno się ro­bić. Zła­mała nie­pi­saną za­sadę. Zna­la­zła pa­mięt­nik Sanny. Naj­pierw chciała zo­sta­wić go na łóżku bez czy­ta­nia. Po­tem pod­jęła de­cy­zję. Oko­licz­no­ści ją uspra­wie­dli­wiały. Otwo­rzyła dzien­nik i za­częła czy­tać. Prze­su­wała wzro­kiem po stro­nach, które co­fały ją w prze­szłość o dwa lata. Po­cząt­kowo lekki ton stop­niowo zmie­niał się w miarę zbli­ża­nia się do końca. W sło­wach co­raz moc­niej wy­czu­wało się lęk i de­spe­ra­cję. Po­tem Amanda do­szła do czę­ści, która mu­siała opi­sy­wać gwałt. Nie było tam nic kon­kret­nego. Ale Sanna była wście­kła. Roz­cza­ro­wana. Prze­ra­żona. Wy­raź­nie było to czuć. Pi­sała o tym, że była wy­ko­rzy­sty­wana. Że po­li­cja nie chciała jej słu­chać. Że tak bar­dzo żal jej "pa­wiana". Nie­po­wią­zane ze sobą zda­nia.

Od tego czasu Amanda wie­lo­krot­nie czy­tała pa­mięt­nik. Ni­komu o tym nie mó­wiła. Na­wet ro­dzi­com. Pró­bo­wała zna­leźć wy­ja­śnie­nie dzia­łań Sanny. Dla­czego ode­brała so­bie ży­cie? Dla­czego po­li­cja jej nie po­mo­gła?

W tym sa­mym ty­go­dniu Amanda za­dzwo­niła na po­li­cję z py­ta­niem, czy ist­nieją ja­kieś inne in­for­ma­cje poza tym, co po­dano w zgło­sze­niu. Ko­biecy głos po dru­giej stro­nie od­po­wie­dział, że do­stęp do do­ku­mentu jest nie­stety chro­niony i tylko upo­waż­nione osoby mogą czy­tać ra­porty z prze­słu­chań i po­dobne ma­te­riały. A osoba, z którą Amanda roz­ma­wiała, nie miała ta­kich moż­li­wo­ści. Po­pro­siła o roz­mowę z kimś, kto miał od­po­wied­nie upraw­nie­nia, i po­łą­czono ją z do­wódcą po­ste­runku. Te­raz ode­zwał się zde­cy­do­wany mę­ski głos, który po­twier­dził, że ma upraw­nie­nia, ale nie­stety nie może udo­stęp­nić żad­nych in­for­ma­cji. Na tym wła­śnie po­lega ochrona zgło­sze­nia. Męż­czy­zna był uprzejmy, ale zde­cy­do­wany i Amanda nie po­su­nęła się ani o krok da­lej. Po­szła na po­ste­ru­nek oso­bi­ście. Dzwo­niła mnó­stwo razy, ale za każ­dym ra­zem od­po­wiedź była taka sama. Nie­stety. Zgło­sze­nie jest chro­nione przed do­stę­pem. Pro­siła o roz­mowę z Ma­gnu­sem Blom­ber­giem, ale po­nie­waż pra­co­wał na zmiany, trudno było go zła­pać. Zo­sta­wiła więc swój nu­mer, żeby mógł się z nią skon­tak­to­wać, kiedy bę­dzie na służ­bie, ale ni­gdy nie za­dzwo­nił. Kiedy po kilku ty­go­dniach wresz­cie udało jej się z nim skon­tak­to­wać, zu­peł­nie nie był skory do współ­pracy. Zgło­sze­nie było chro­nione. Kropka.

Po­wo­dem tego, że nie wsz­częto wstęp­nego do­cho­dze­nia, był brak ra­portu ze zda­rze­nia. Kropka. Osobą, u któ­rej można było uzy­skać in­for­ma­cje o spra­wie, była sama Sanna. Kropka. Amanda wy­ja­śniła, że jej sio­stra nie żyje. Że nie­długo po zgło­sze­niu sprawy na po­li­cję po­peł­niła sa­mo­bój­stwo. Przez chwilę pa­no­wała ci­sza, po czym po­li­cjant prze­ka­zał jej kon­do­len­cje. Nie­stety nic nie mógł zro­bić, żeby jej po­móc. Roz­łą­czył się. Amanda sie­działa z te­le­fo­nem przy uchu, prze­ko­nana, że wła­śnie roz­ma­wiała z kimś, kto wie­dział znacz­nie wię­cej, niż chciał ujaw­nić. Zdała so­bie sprawę, że nie po­su­nie się ani o krok da­lej, je­śli nie bę­dzie go­towa po­sta­wić wszyst­kiego na jedną kartę. Mu­siała stać się jedną z nich, funk­cjo­na­riuszką. Mu­siała do­brać się do tego Ma­gnusa Blom­berga. Wy­cią­gnąć z niego wszyst­kie in­for­ma­cje. Ale przede wszyst­kim do­wie­dzieć się, kogo chro­nił.

Trzy lata póź­niej skoń­czyła szkołę po­li­cyjną i za­trud­niła się na po­ste­runku w Väste­rort. Do tego czasu Ma­gnus Blom­berg awan­so­wał na ko­mi­sa­rza wy­działu roz­bo­jów. Amanda za­dbała, żeby jak naj­wcze­śniej zwró­cił na nią uwagę. Nie chciała tra­cić wię­cej czasu. Był nie­sły­cha­nie cha­ry­zma­tyczny i biła od niego pew­ność sie­bie. Li­der, któ­rego wszy­scy ko­le­dzy po­dzi­wiali, słu­chali, sta­wiali za wzór. Śmiali się z jego dow­ci­pów. Po­ni­żał in­nych, żeby wy­wyż­szyć sa­mego sie­bie. Amanda dzi­wiła się, że nikt go do­tąd nie przej­rzał, ale on był w tym na­prawdę do­bry. Pew­nie na­wet o tym nie my­ślał. Był to wbu­do­wany w jego oso­bo­wość mur obronny chro­niący go przed nie­pew­no­ścią, która ro­sła w nim od dzie­ciń­stwa.

Speł­niał kilka kry­te­riów pa­su­ją­cych do pro­filu psy­cho­paty. Dla zwy­kłego czło­wieka za­uwa­że­nie tego wcale nie było oczy­wi­ste. Amanda po­chło­nęła ty­siące stron in­for­ma­cji o be­ha­wio­ry­zmie i psy­cho­lo­gii, wi­działa więc to jak na dłoni. I za­mie­rzała wy­ko­rzy­stać jego słabe punkty.

9

Spo­cony z prze­ra­że­nia fa­cet stał, mil­cząc w celi mię­dzy dwoma in­spek­to­rami po­li­cji, któ­rzy w po­rów­na­niu z nim wy­glą­dali jak gi­ganci. Dżinsy zwi­sały mu po­ni­żej kro­cza i Ma­gnus wy­raź­nie wi­dział markę jego bok­se­rek: Ca­lvin Klein. Po­li­cjanci zdjęli mu kaj­danki i po­sa­dzili na ławce. Chło­pak roz­ma­so­wy­wał za­czer­wie­nione nad­garstki i spra­wiał wra­że­nie bar­dzo nie­szczę­śli­wego.

Do­wódca po­ste­runku, dziś był nim Bengt Tyr­man, za­da­wał zwy­czajne py­ta­nia:

- Jak się na­zy­wasz? Ile masz lat? Czy po­li­cjanci po­wie­dzieli ci, dla­czego tu je­steś? Zo­sta­niesz za­mknięty w aresz­cie w ocze­ki­wa­niu na prze­słu­cha­nie. Czy bie­rzesz ja­kieś leki, któ­rych pil­nie po­trze­bu­jesz? Jak się poza tym czu­jesz? Nie masz de­pre­sji? My­śli sa­mo­bój­czych?

Ko­leś wy­glą­dał na zdez­o­rien­to­wa­nego.

Ma­gnus trzy­mał się z boku, po­zwa­la­jąc, by jego ko­le­dzy prze­pro­wa­dzili re­wi­zję. Nie dla­tego, że był le­niwy. Było to za­gra­nie tak­tyczne. Miał być do­brym po­li­cjan­tem. Tym, który po­może chło­pa­kowi wy­plą­tać się z tej smut­nej sy­tu­acji. Naj­pierw musi się tro­chę spo­cić w celi. Za­sta­no­wić nad tym, jak jego ży­cie wła­śnie wali się w gruzy.

Go­dzinę póź­niej Ma­gnus wło­żył klucz do zamka w drzwiach celi i wszedł do środka. Chciał znowu wyjść, żeby po­wtó­rzyć tę pro­ce­durę. Przy­wró­cić rów­no­wagę. Był jed­nak w pracy i mu­siał się pil­no­wać. Kon­cen­tra­cja. Sku­pie­nie na za­da­niu.

Zro­bił krok do środka i z nie­chę­cią pu­ścił klamkę. W celi śmier­działo. Czuć było za­pach potu. Ko­leś już zde­cy­do­wa­nie doj­rzał. Był go­towy do ob­róbki.

- Cześć, je­stem Ma­gnus Blom­berg. Po­my­śla­łem so­bie, że po­win­ni­śmy po­roz­ma­wiać.

Aresz­tant po­dejrz­li­wie spoj­rzał na niego zza swo­ich ciem­nych rzęs.

- Czy to pan bę­dzie pro­wa­dził prze­słu­cha­nie?

- Nie, ale je­stem sze­fem fa­ceta, który bę­dzie cię prze­słu­chi­wał. Cze­kamy tylko na two­jego obrońcę. A kogo we­zwa­łeś?

- Nie wiem. Miał to być ja­kiś urzęd­nik.

- Obrońca z urzędu.

- Nie ro­zu­miem, dla­czego tu je­stem.

- Zo­sta­łeś za­trzy­many w związku z na­pa­ścią, a skoro tu sie­dzisz, to na pewno ro­zu­miesz, że tro­chę na cie­bie mamy.

- A co ta­kiego?

- Nie będę ci opo­wia­dał o na­szych do­wo­dach. Sam po­wiesz, co ro­bi­łeś tego wie­czoru, o który cho­dzi.

Ma­gnus od­cze­kał, aż jego słowa do­trą do wy­mę­czo­nego umy­słu chło­paka.

- A je­śli się okaże, że ro­bi­łeś wtedy coś zu­peł­nie in­nego, zo­sta­niesz zwol­niony do domu.

- I wtedy nie będę już po­dej­rzany?

- Zga­dza się.

Chło­pak nieco się uspo­koił.

- Nic nie zro­bi­łem. Sam chcę zo­stać po­li­cjan­tem, ni­gdy bym na ni­kogo nie na­padł.

No pro­szę. Ko­leś chce być gli­nia­rzem. Robi się co­raz cie­ka­wiej.

- Chcesz zo­stać po­li­cjan­tem? No to mam na­dzieję, że nie stra­ci­łeś szansy dla głu­piego te­le­fonu.

- Ra­czej nie. Ra­dzę so­bie.

- Spra­wiasz wra­że­nie faj­nego fa­ceta. Je­śli po­twier­dzi się to, co mó­wisz, to za­dbam, żeby cię szybko pu­ścili.

- Może pan to zro­bić?

- Kiedy mój ko­lega Pon­tus cię prze­słu­cha, po­roz­ma­wiam z pro­ku­ra­to­rem. Je­śli uznam, że je­steś nie­winny, to cię stąd wy­cią­gnę, obie­cuję.

- A będę miał ja­kieś wpisy w re­je­strze czy jak to się tam na­zywa?

Ma­gnus się uśmiech­nął.

- Nie, ta­kie wpisy nie ist­nieją. Je­śli bę­dziesz po­trze­bo­wał do­brych re­fe­ren­cji, oso­bi­ście ci je dam.

- Co ta­kiego?

- No tak, mo­żemy prze­cież utrzy­my­wać kon­takt, kiedy to wszystko się skoń­czy. Roz­ma­wiać cza­sem o tym, co dzieje się w mie­ście, i tak da­lej.

Chło­pak zmarsz­czył czoło.

- Mam zo­stać ka­pu­siem czy co?

- Nie patrz na to w ten spo­sób. Wy­obraź so­bie, że ktoś na przy­kład puka twoją dziew­czynę. A wiesz, że zaj­muje się czymś nie­le­gal­nym. Wtedy chyba do­brze bę­dzie po­roz­ma­wiać ze mną i po­zbyć się tego go­ścia, prawda? A on na­wet nie bę­dzie się do­my­ślał, że to twoja ro­bota.

Ci­sza. Chło­pak praw­do­po­dob­nie my­ślał ze wszyst­kich sił.

Ma­gnus kon­ty­nu­ował ob­róbkę:

- A może ktoś zrobi coś zu­peł­nie pa­skud­nego. Po­bije star­szą pa­nią albo coś w tym stylu. Czy nie by­łoby wspa­niale wsa­dzić ta­kiego go­ścia za kratki? Sa­memu nic nie ry­zy­ku­jąc? Mu­sisz wie­dzieć, że kiedy sta­rasz się o przy­ję­cie do szkoły po­li­cyj­nej, ta­kie rze­czy są ce­nione. Ini­cja­tywa i lo­jal­ność. Nie cho­dzi o do­no­sze­nie. Cho­dzi o to, żeby dzia­łać mą­drze i pil­no­wać wła­snego in­te­resu. A z cie­bie prze­cież sprytny gość.

- No tak.

Ma­gnus po­gra­tu­lo­wał so­bie świet­nej ro­boty. Jak zwy­kle. Fa­cet był już od­po­wied­nio przy­go­to­wany.

- Za­dzwo­nię kie­dyś do cie­bie i po­roz­ma­wiamy so­bie. Po­wo­dze­nia na prze­słu­cha­niu. Pa­mię­taj tylko, żeby opo­wie­dzieć do­kład­nie, co ro­bi­łeś tam­tego wie­czoru, że­byś mógł szybko wyjść.

- Su­per.

- Do­łożę ci do ubra­nia moją wi­zy­tówkę, wy­star­czy za­dzwo­nić, je­śli bę­dziesz miał ja­kieś py­ta­nia.

Ma­gnus wy­mknął się z celi, ma­jąc na­dzieję, że do­wódca go nie za­uwa­żył. Bengt nie lu­bił, kiedy Ma­gnus "po­trzą­sał" jego osa­dzo­nymi. Było to cał­ko­wi­cie sprzeczne z jego re­gu­łami. Wszystko miało od­by­wać się zgod­nie z od­po­wied­nimi pa­ra­gra­fami. Za­sady Ma­gnusa wy­glą­dały ina­czej. Je­śli chciało się do cze­goś dojść w tym świe­cie, trzeba było cza­sami ole­wać prze­pisy i dzia­łać w słyn­nej sza­rej stre­fie. Wszystko było kwe­stią in­ter­pre­ta­cji.

Wy­cho­dząc stam­tąd, po­gwiz­dy­wał. Za­ła­twił so­bie ko­lej­nego in­for­ma­tora. I to nie byle ja­kiego. To Sa­mir Na­simi. Młod­szy brat za­sra­nego Araba Ad­nana Na­si­miego.

Wcze­śniej tego dnia po­je­chał pod ad­res ro­dziny Na­si­mich, sie­dział w sa­mo­cho­dzie i cze­kał. Wkrótce po­tem po­ja­wił się bra­ci­szek. Ma­gnus ana­li­zo­wał jego wy­gląd i ubra­nie. Wró­cił do pracy i za­jął się kil­koma spra­wami wła­mań, które za­le­gały na jego biurku. Zna­lazł wśród nich zgło­sze­nie, w któ­rym ry­so­pis sprawcy nie­źle pa­so­wał do Sa­mira.

Arab, szes­na­ście, osiem­na­ście lat.

Wzrost: sto osiem­dzie­siąt-sto osiem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów, nor­malna bu­dowa ciała. Duży nos, krza­cza­ste brwi.

Ubrany w czarną bluzę z kap­tu­rem i nie­bie­skie dżinsy.

Ma­gnus za­dzwo­nił do pro­ku­ra­tora. Uzy­ska­nie po­zwo­le­nia na za­sto­so­wa­nie środ­ków przy­musu wo­bec Sa­mira za­jęło mu mi­nutę. Dwie go­dziny póź­niej on i jego lu­dzie mieli już w rę­kach klucz do arab­skiego je­baki Ad­nana Na­si­miego.