Nie można powiedzieć, ażeby
życie Ernesta Fosca, od czasu pamiętnej przygody w filharmonii
rzymskiej, upływało w sposób bardziej od poprzedniego urozmaicony.
Kawiarnia przy ulicy Cavour stała się miejscem bytowania nie tylko
porannego, popołudniowego i późnonocnego aż do chwili zamknięcia,
lecz terenem działalności i, poniekąd, domem rodzinnym. Pewnego
dżdżystego wieczora Ernesto w sekrecie przeniósł do kawiarni przy
ulicy Cavour swą walizkę niezbyt wielkich rozmiarów i dość
umiarkowanej wagi, powierzył ją opiece starszego garsona Ubaldo,
człowieka wyjątkowej dobroci, a skłonnego do kredytu w sposób
prawie nieograniczony, - z zaznaczeniem wszakże wagi moralnej
depozytu. Niepokaźna walizka wsunięta została w pewien róg sionki,
prowadzącej z ostatniego zakamarka, jeszcze ściśle kawiarnianego,
pełnego stałych gości, lecz stanowiącej już bezpośrednie przejście
do piekieł ścisłej kuchni. Słońce nie oglądało jeszcze nigdy tego
zakątka od zamierzchłego prabytu kawiarni. Przy blasku wiekuistego
płomyka gazu indywiduum, zwane "piccolo", zgrywało się tam
sekretnie w "morę" z osobistością, zmywającą filiżanki, między
jednem a drugiem pohukiwaniem starszego garsona, oraz między jedną
a drugą błyskawicą furyi w oku, zgrzytaniem zębów i gromem w słowie
samego "dyrektora". Nad bezpieczeństwem i losami walizki Ubaldo
czuwał w sposób tajny, niepostrzeżony, a jednak wszechwidzący.
Ilekroć jakaś postronna ciekawość, czy to ze strony "piccola", czy
ze strony kogokolwiek, wyżej, czy niżej postawionego na drabinie
kawiarnianej hierarchii, usiłowała dotrzeć do wewnętrznej treści i
moralnej wagi antyczka, powiązanego misternie rzemykami, sznurkami
i zamykanego na dość wątpliwy blaszany zameczek, tylekroć Ubaldo w
samym zarodku paraliżował niezdrową pożądliwość umysłu zapomocą
piorunującego kopniaka w najniewinniejszą w tym wypadku okolicę
ciała. Ernesto Fosca zasypiał bezpiecznie na gościnnym sienniku
przyjaciela, pewien, iż jego dobro pod okiem starszego garsona
bezpieczne jest, jak w zamczystym
safes'ie
banku. Od czasu umieszczenia
w rogu sionki wyżej powołanej walizki, Ernesto Fosca w tejże
kawiarni przy ulicy Cavour otrzymywał listy, ze względu,
oczywiście, adresów sypialni, w których wypadło mu noce przepędzać.
Ubaldo odbierał listy i aż do chwili wręczenia przechowywał w swym
pugilaresie, obszerniejszym ponad wszelkie wyobrażenie i
określenie. W chwili właściwej, czyli wolnej, wygrzebywał owe listy
- przeważnie zresztą miłosnej natury - z pomiędzy "dziesiątek" i
"setek" zatłuszczonych i nieużytecznych, fałszywych i podartych, z
pomiędzy rozmaitych notat, kwitków i rachunków, nieuiszczonych
przez gości stałych, mile widzianych i zaprzyjaźnionych z
instytucją.
Przygoda w filharmonii, o której już była wzmianka, wynikła z
racji pewnych powłóczystych spojrzeń. Ernesto Fosca był swego czasu
drugim skrzypkiem w orkiestrze filharmonii. Jego nadzwyczajna
piękność przyciągała zawsze w czasie koncertów spojrzenia pań i
panien z lóż, sąsiadujących z estradą. Tym razem - trzeba
nieszczęścia! - w loży, sąsiadującej z estradą, siedziała młoda
osoba wielkiej urody, najwidoczniej cudzoziemka, i - trzeba
nieszczęścia! - blondyna. Dama - trzeba nieszczęścia! - wyszperała
Ernesta, skoro tylko koncert się zaczął, i od tej chwili wyróżniała
go z tłumu wszystkich innych muzyków swemi własnemi lazurowemi
oczyma i przy użyciu szkieł lornetki, z taką natarczywością, że
istotnie przeszkadzała mu w interpretacyi tekstu symfonii. Fosca
nie był w sprawach estradowych laikiem, nie pozwalał sobie na takie
zbytki, ażeby pierwsze z brzegu oczy z pierwszej z brzegu loży
wytrącały go z równowagi i z partyi. Ale to ciągłe nagabywanie nie
tylko spojrzeniem, szkłami, lecz i uśmiechem, już to jakby
niespodziewanie zachwyconym, już jakby bolesnym, zaczęło go koniec
końców niepokoić. Trzymał się w ryzach i grał jeszcze pewniej, niż
zwykle. Grał na "strunach duszy" tej tam blondyny. Nadymał się,
marszczył, potrząsał czarną, lśniącą grzywą, przechylał głowę i
demonicznie przyciskał szczękę do deski skrzypiec, słowem wyczyniał
z siebie wielkiego artystę. Na widok tych bestyalskich gestów oczy
cudzoziemki omdlewały coraz bezradniej. Ernesto począł interesować
się, poprostu przez wrodzoną mu badawczość intelektu, znamiennemi
objawami tych omdleń. Przyprawiał nawet swe własne jastrzębie oczy
o mniemane zachwyty. Ostatecznie - człowiek jest człowiekiem. I
kiedyś przecie w życiu ma się dwadzieścia sześć lat! Przepłynęła
właśnie wspaniała pierwsza część w patetycznej symfonii
Czajkowskiego. Rozległ się spazmatyczny dwugłos skrzypiec głównych
i otwarła się przed słuchaczami jakgdyby wielka kwietna dolina, w
której dalekości samotna fletnia wabi ku sobie. Fosca, zatopiony
właśnie w tyle zajmującej rozmowie swych oczu z oczyma cudzoziemki,
przegrał najpoprawniej w świecie ów dwugłos skrzypcowy, literalnie
nie wiedząc o tem, że go już przegrał. Niewiadomo, jakim się to
stało sposobem, dość, że się stało. Wydało się młodzieńcowi, że
jeszcze skrzypce nie grały tej pieśni. Ernesto Fosca powtórzył
sobie mechanicznie, w zapomnieniu o świecie bożym, swój skrzypcowy
udział w spazmatycznym dwugłosie, gdy już wiolonczela inny temat
traktowała. To solo wyleciało w powietrze, jak raca. Kapelmistrz
rzucił w skrzypka pioruny oczu i wykonał takie ruchy pałeczką, iż
zaiste równały się ścinającym czynnościom kata na szafocie. Tenże
kapelmistrz trzymał Foscę przez chwilę w swych rozszalałych,
wyciągniętych rękach, jak czarnego kreta, schwytanego na gorącym
uczynku. W niego to walił swem hebanowem narzędziem kary, jakby mu
wymierzał wściekłe cięgi z prawej i lewej strony. Symfonia runęła w
swe niezbadane przestwory. Ernesto Fosca poczuł zimno w rdzeniu
pacierzowym. Przeczuwał, iż ten passus na sucho mu nie ujdzie. W
istocie, ledwie rozległy się oklaski, kat zeskoczył z szafotu i
przywołał do siebie winowajcę ruchami, przypominającemi zarzucanie
rzemiennego arkanu, długiego lasso na antylopę, uciekającą w
popłochu. W zakamarku kulis kapelmistrz wyliczył przestępcy w same
białka oczu setki, tysiące, miljony wyrazów tak dalece
nieparlamentarnych, niesmacznych, gminnych, transtewerańskich, iż
słuchacz nie zdołał wielu z tych metafor gwarowych nie tylko
spamiętać, ale nawet jednych od drugich wyróżnić. Nadto kapelmistrz
oświadczył w furyi, która żadną miarą nie mogła mu wyjść na
zdrowie, iż Fosca traci miejsce drugiego skrzypka dziś, w tejże
godzinie, w tejże minucie, w tej tercyi. Nadto tenże oświadczył, iż
dołoży wszelkich starań, ażeby Fosca nie mógł się dostać nigdzie,
nigdy, w żadnym punkcie globu ziemskiego na miejsce drugiego
skrzypka w orkiestrze. Nadto tenże przeklął go i wydziedziczył,
wygnał z Rzymu, z Romanii, z Toskanii, z Umbryi, z Lombardyi, z
Włoch, z Europy, z kontynentów, z lądów, z ziemi. Targał swe
długie, mocno przerzedzone kędziory, zgrzytał wypróchniałemi
zębcami, jakby z zamiarem odgryzienia cudnego nosa zgłupiałemu
skrzypicielowi, i pocwałował w przestrzeń do miarodajnych
czynników, ziejąc żądaniem kontrasygnowania natychmiast tychże
postanowień. Postanowienia tyrana i kata w jednej osobie zostały
kontrasygnowane. Na miejsce "drugiego" wszedł rywal, czatujący od
kwartałów na gratkę tego rodzaju.
Początkowo Fosca niewiele sobie robił z całej afery. Wielkie
mi rzeczy: drugie miejsce w orkiestrze dla niego, artysty,
kompozytora! Nic, coprawda, do tej pory tak dalece nie skomponował
i nic nie wydał, ale za to jakiż ogrom pomysłów i kompozycyi miał w
sobie, - a przynajmniej, ileż o tych światach wewnętrznych mógł
powiedzieć w gronie kolegów artystów, skoro do zwierzeń na ten
temat przyszło! Dopóki czuł w pugilaresie liry, wypłacone mu przez
filharmonię na skutek zerwania kontraktu, lekceważył sobie utratę
posady. Lecz liry wyfruwały z pugilaresu szybciej, niż spłoszone
wróble ze stodoły. Ten i ów z przyjaciół pożyczył na parę dni jeden
i drugi dziesiątek. Za tego i owego wypadło zapłacić po bratersku
obiad i kolację, a nazajutrz znowu obiad, a nawet znowu kolację. I
oto wnet zamanifestowała się osobliwa cienkość i wiotkość grubej
dopiero co paczki banknotów. Ernesto zaczął poważnie zastanawiać
się nad sytuacją. Lecz zastanawiając się wciąż poważnie i głęboko,
żył po dawnemu płytko i lekkomyślnie. Wbrew oczywistości, w głębi
swej właśnie lekkomyślnej duszy, wierzył, iż kapelmistrz
filharmonii dozna wyrzutów sumienia, zawstydzi się, uderzy w
piersi, zmięknie, złagodnieje, zapomni. Początkowe nadymanie się
ustąpiło miejsca pewnym dalekim zabiegom za pośrednictwem
przyjaciela przyjaciół, postawionego na drabinie burżuazyjnej
wyżej, niż zazwyczaj postawieni byli światoburcy przyjaciele. Lecz
odpowiedź kata była zimna, nieubłagana i ordynarnie zwięzła.
Kapelmistrz odpowiedział z szyderstwem, iż "solista" Fosca ma
wszelkie dane, żeby grywać w kinematografach, a nawet - o nieba! -
w restauracyach, na czele własnej orkiestry. "Solista - a więc
wszystko pamiętał... "W kinematografach". Nie tylko krwawa ironia
zawarta była w tym wyroku. Zawarta w nim była - niestety! -
konieczność! Co robić? Drugiej filharmonii w Rzymie, stolicy
świata, nie było. Nie było również orkiestry, gdzieby skrzypek tej
miary, co Fosca z tak poważną przeszłością, kwalifikacyami i
aspiracyami mógł zasiąść przy pulpicie, "ofiarować swój talent dla
dobra świetnej całości". A tymczasem liry znikały.
I oto, nikomu z przyjaciół nie mówiąc ani słowa, zataiwszy
ten fakt przed najbliższymi sercu, Ernesto Fosca... począł grywać,
jako "solista" w kinematografie firmy Cines. Tam "ofiarował swój
talent". Chodził do budy kinematograficznej, na miejsce swej hańby,
zaułkami, tyłami, podwórzami, w kapeluszu, nasuniętym na oczy.
Zgięty w pałąk, wsuwał się na miejsce z drzwiczek, umieszczonych
pod estradą, i wygrywał rzewne, albo siarczyste ilustracye
ekranowych katastrof i perypetyi. Co najgorsza, za ten upadek
płacono mu tak podle, że niepodobna było ze sprzedaży ducha na
funty istnieć, wyżyć. Ledwie starczyło na obiad w garkuchni, na
opłacenie wspólnego z kolegami legowiska i maskowanie spłaty długów
fundamentalnych, zaciągniętych i zaciąganych u dobrotliwego Ubalda
na małą czarną, powtarzającą się
usque ad infinitum. Ubranie w zatrważający sposób
przecierało się na łokciach, rudziało systematycznie i nabierało
plam na klapach. Rękawy popadły w szczególniejszą manję strzępienia
się w okolicach dłoni, a nogawice w pobliżu kostek. Kolana
wypchnęły w pewnej części odzienia dwie podobizny kopuły Panteonu,
nie poddające się już prawom pierwotnego zaprasowania. Krawat
skręcił się w istny stryczek. Kapelusz, czarujący borsalino, z
dawniej nadanego mu kształtu artystycznego zawadyactwa przeszedł
samowolnie w stan rozpaczliwej obwisłości skrzydeł. Bielizna!
Skarpetki! Chustki do nosa! Chroniczny brak papierosów i chroniczny
brak drobnych na mydło i golarza!
Ze wszystkiego pozostała tylko tasama szatańska uroda. Włosy
z odcieniem poprostu fioletowym - źródło przezwiska
Pavoncello, Pawlik - oczy piękności czarodziejskiej, usta,
zęby, kształt głowy i wspaniała gracya całej postaci. W kapeluszu
ze skrzydłami obwisłemi, czy nie - w zrudziałym, czy w nowiusieńkim
korcie, ogolony docna, czy fiołkowy od nieoskrobanych od kilku dni
policzków, warg i brody, Ernesto Fosca był najpiękniejszym Włochem
w Rzymie, cudem i wzorem rasy łacińskiej.
Gdy przed południem, wylazłszy z pospólnych sienników i z
pod starych peleryn, bez śniadania i bez papierosa, niesiony był
przez zastarzały nałóg wprost na róg ulicy Cavour, a zaciekłe
rozmyślanie nad sposobem pompnięcia od kogoś z przypadkowo
spotkanych znajomych forsy na śniadanie nadawało oczom, ukrytym w
cieniach obwisłego ronda, wyraz głębokiej melancholii, - nie było
kobiety jakiejkolwiek rasy, wieku i hierarchii społecznej, któraby
go nie prowadziła oczyma i westchnieniem aż do oleandrów kawiarni.
W kawiarni samej bywało w tych godzinach pusto. Nikogo ze "świata"!
Garsony, w bezczynności zleniwiałe i spanoszone, witały tego gościa
wzrokiem kamiennym, a niejednokrotnie ledwie dostrzegalnem
wzruszeniem ramion. "Dyrektor", o ile zjawiał się w tym czasie,
zginając swój byczy kark przed rzeczywistymi klientami budy, tego
niepłacącego gościa witał przelotnem mrugnięciem, oraz jakiemś
łącznikowem ledwie pochwytnem wydymaniem byczego karku. Te ruchy
kawiarnianego bawołu budziły w melancholiku kipiący gniew i
wywoływały na wargi niejedną z tych starorzymskich metafor, które
był słyszał od nerwowego kapelmistrza, skierowaną ku swej osobie.
Nie zaspakajało to jednak głodu, ani uciszało żądzy dymu w
dziąsłach, zębach i na podniebieniu. Zdarzały się dni, iż Ubaldo,
bez żądania, pytania, skinienia, spojrzenia, przynosił jedną małą
czarną z kapką wody, zabarwionej jakąś cieczą białą, - tudzież
jednego
briosza, niezdatnego do użytku z racyi przepalenia albo
niedopieczenia. Stawiał przed ponurym muzykiem tacę z takiem
westchnieniem, jakby na to miejsce przydźwigał fontannę Trevi, -
bez słowa oddalał się i tkwił między gramofonem i kredensem,
przypatrując się posępnemi oczyma apetytowi bruneta. Zdarzenia
takie trafiały się w początkach epoki niepowodzeń. Z czasem ustały.
Melancholijny kompozytor mógł sobie siedzieć, przeglądać krajowe i
cudzoziemskie ilustracye, pogwizdywać i ziewać, nawet wykłuwać
zakładowemi wykałaczkami swe prześliczne zęby, - nikogo to nie
wzruszało, ani skłaniało do współczucia. Ubaldo drzemał, a raczej -
o, obłudo! - udawał, że drzemie.
W tych rannych godzinach przyjaciele artyści, malarze,
rzeźbiarze, muzycy, architekci, poeci, literaci, dziennikarze,
młodzi profesorowie, rewoltujący przeciwko "prykom", nim sami
zostali zakamieniałymi "prykami", - wszystek ów wrzeszczący świat
"stałych" gdzieś, coś robił, albo, co prawdopodobniejsza, jeszcze
się wylegiwał. Wyjątkowe to były wypadki, żeby o tej rannej
godzinie którykolwiek z tamtej kompanii zajrzał do kawiarni. Na
widok takiego przybysza ciepło radości przepływało przez stęskniony
organizm lazzarona Fosci. Pewny był wówczas papieros, nie była
"wykluczona" filiżanka fusów z tak zwanem mlekiem i nieodłączną
skamienieliną
briosza. Częściej, niż ktoś ze znajomych, zjawiała się o
tej porze jakaś kobieta samotna, albo cudzoziemska panna, tkwiąca w
familijnej gromadzie. Następowały wówczas nieuniknione uśmiechy i
spojrzenia, długie, jak Via Appia. Wszystko kończyło się zazwyczaj
wyjściem z kawiarni, spacerem po Via Appia, kołowaniem, głupiem
przystawaniem i jeszcze głupszem nawracaniem bez powodu, aż do
chwili obiadowej, kiedy już kiszki literalnie w struny skrzypcowe
się skręcały.
Z czasem usposobienie personelu kawiarni tak dalece wyzbyło
się wszelkiego ciepła, (z wyjątkiem Ubalda, który nie tak łatwo się
zmieniał), iż Ernesto Fosca w godzinach rannych unikał tego
nieprzyjemnego lokalu. Od jednego z towarzyszów, pisującego w
pewnej gazetce artykuły z zakresu plastyki, rewolucyjne aż do
granic wścieklizny, Ernesto otrzymał bezpłatny bilet wstępu do
wszystkich prawie muzeów. W tych tedy przedobiadowych godzinach już
to zwiedzał osobliwości miasta Rzymu, już przesiadywał na głodno w
galeryach i muzeach. Złośliwi twierdzili, iż ten Fosca zmienia
zawód: nie będzie już, pono, grywał na skrzypcach w kinematografie,
lecz przedzierzga się w cicerona. W tym celu uczy się ruin. Była
to, oczywiście, potwarz. Ernesto niczego się nie uczył. Poprostu,
nie mając rano nic a nic do roboty, gnił w muzeach. Łaził od dzieła
do dzieła sztuki, wchłaniał każde po raz setny oczyma, oglądał,
badał, przetrawiał, taksował, umieszczał w wyziębłej dziś, a
przecie młodej i pulsującej wrażliwości, - i szedł dalej.
Oczywiście trafiały się i tam przygody, czyli spojrzenia,
uśmiechy, rozmowy, spacery - z nieodstępną myślą o tem, że się jeść
chce i że niema papierosa. Owe przygody znudziły się wreszcie
Ernestowi. Poddawał im się dla zabicia czasu i z lenistwa. Prędzej
przedobiedni czas schodził, gdy z jakąś poszukiwaczką przygód,
cudzoziemką lub krajanką, paplało się i przewracało oczy do
przewróconych oczu.
Zasadnicza część doby trwała dopiero wieczorem, po
zamknięciu kinematografu. Kawiarnia była wówczas pełna, naładowana,
nabita. Powietrza nie dostałby na lekarstwo ani odrobiny, dymu za
to kłęby, warstwy i pokłady wałęsały się pod sufitem w ludzkim
zaduchu. Wrzawa "sfery", zebranej przy okrągłym stole w jednej z
bokówek, zwracała powszechną uwagę. Tam właśnie roiły się i
wirowały nowe myśli, idee, nazwiska, fakty, dzieła, książki,
pomysły i wymysły. Ernesto Fosca cichaczem przebywał w tej zgrai.
Pozycya jego upodobniała się raczej do roli statysty, niż do roli
czynnego i buńczucznego aktora. Słuchał i potakiwał, gdy wodzireje
decydowali, potakiwał najczęściej gestem, niezdecydowanym
okrzykiem, pomrukiem, albo i samym uśmiechem. Lubiono go tam, gdyż
nikomu z potentantów kawiarni nie narażał się, ani zastępował
drogi, nie wyrywał się naprzód z niczem nowszem ponad "prądy",
uznane już na tym gruncie za najostatniejszą nowość, za kanon modny
i sztandar walki ze starzyzną. Nie brano za złe miłemu
braciszkowi-łacie, zwanemu
Pavóncello, że się w chwilach niepowodzeń pekuniarnych
ochotnie dobiera do braterskiej papierośnicy, oraz mrugnie raz wraz
na tego lub owego, żeby zań konsomacyę opłacić, gdyż sam szczodrą
miał rękę i nie poczytywał papierosów za swą własność w
szczęśliwych okresach, gdy był przy pieniądzu. Za plecyma szydzono,
oczywiście, z jego śmiesznej tragedji, z historycznego już
solo w orkiestrze. Śmiano się szczerze z ukrywania się, z
milczenia o kinematografie, z rzępolenia rzewnych melodyi w
rzewnych miejscach filmów. Lubiono także tę prześliczną głowę przy
stole, niewymowny wdzięk czoła, owianego istną chmurą połyskliwych
włosów. Przyzwyczajono się do słabego półuśmiechu zaiste boskich
warg, gdy się uśmiechały z byle czego.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.