PROLOG
Jeżeli dotrą na szczyt, to ich szansa na powrót będzie jeszcze mniejsza.
Wiedzieli o tym, gdy zaczynali wspinaczkę.
Jednak teraz wcale o tym nie myślą. Ta wiadomość pływa gdzieś głęboko na
obrzeżach umysłu, gdy ich pięcioosobowa grupa wchodzi po wąskim
grzbiecie w górach Karakorum, zmierzając w stronę Broad Peak wznoszącego
się na wysokość ponad ośmiu kilometrów.
Widzą ogromny strumień lodowy, a za nim rysującą się górę K2 o ostrych
zboczach, jeszcze wyższą niż Broad Peak. Idący na przedzie mężczyzna
wspiął się tam już raz, podobnie jak trzymający się na końcu Amerykanin.
Najniebezpieczniejszy ze wszystkich masyw górski Annapurna bierze sobie
za ofiarę co trzecią osobę wchodzącą na jej wierzchołek. Ale K2 w Karakorum jest jeszcze bardziej podstępna i okrutna. Często pozwala się
zdobyć i każe sobie płacić dopiero przy schodzeniu. Tych dwóch odważnych
zeszło z niej, zachowując życie.
Niebo jest ciemnoniebieskie, bezchmurne. Światło i cień bawią się ze
sobą, rysując ostre krawędzie skał. Wtem w krajobrazie pojawia się mały
czerwony punkt, kropla krwi na mlecznobiałej skórze Królewny Śnieżki.
Opada powoli, nie pozostawiając po sobie śladu, jakby spływała po
wodoodpornej tkaninie.
Jeden z członków grupy zauważa to, stuka idącego przed nim w plecy i pokazuje. Wtedy kropla krwi zastyga.
W odległości kilku godzin drogi idzie przed nimi grupa Kanadyjczyków.
Osoba w czerwonej kurtce pewnie do niej należy. Z jakiegoś powodu
musiała zawrócić, podczas gdy pozostali kontynuują wspinaczkę.
Kanadyjczycy są z pewnością daleko w strefie śmierci, prawie na
szczycie.
Kropla utrzymuje się cały czas w zasięgu wzroku i po półgodzinie nabiera
wyraźniejszego kształtu człowieka. Ubrany w czerwoną kurtkę schodzący
klęczy przy drodze, jakby medytował, patrząc na dach świata. Podniósł
rękę, w której ściska czekan.
Może chce wspiąć się do nieba.
Mężczyzna, który pierwszy dociera do medytującej osoby, pochyla się nad
nią. To dość młoda kobieta. Mężczyzna rozpoznaje u niej objawy
hipotermii. Zatrzymała się, zaczęła rozbierać, rozpięła kurtkę i ściągnęła czapkę. Polaryzacyjne okulary przeciwsłoneczne spadły na
ziemię, gdy zdjęła ocieplacz na szyję. W kąciku jej ust nagromadziła się
krwista ślina. Choroba wysokościowa, to dlatego musiała zawrócić przed
osiągnięciem szczytu.
Mężczyzna zdejmuje na chwilę z oczu okulary przeciwsłoneczne. Dotyka
lekko szyi klęczącej, wydaje mu się zimna. Wtedy kobieta robi zamach.
Może to reakcja obronna spowodowana oszołomieniem albo bezwolny odruch.
Uderzenie nie jest mocne, jeśli w ogóle można je nazwać uderzeniem. Ręka
po prostu opada, ale czekan robi długą ranę na twarzy mężczyzny.
Ten przeklina w swoim języku: "Cholera!".
Instynktownie chwyta kobietę za szyję.
Ściska ją przez chwilę oburącz ogarnięty furią.
Trójka jego towarzyszy, dwóch mężczyzn i kobieta, próbują go
powstrzymać. Łapią go za ręce i barki, ale nie mogą go od niej oderwać.
Wszyscy czworo widzą swoje odbicia w oku umierającej kobiety, brązową
tęczówkę otacza czerwony krąg wybroczyn. Wygląda niczym korona podczas
całkowitego zaćmienia słońca.
W końcu furia opuszcza rannego mężczyznę, który poluźnia uścisk.
Kanadyjka w czerwonej kurtce pada czołem na śnieg i zostaje w pozycji
modlitewnej, kłaniając się okrutnemu bogu Karakorum.
Piąty członek grupy, obserwujący sytuację z boku Amerykanin, wyciąga
podręczną apteczkę.
Razem z kobietą należącą do ich grupy ogląda ranę na twarzy mężczyzny.
- It's not so bad - stwierdza i nakleja plaster na rozcięte miejsce.
Przypomina towarzyszom, że i tak nic nie mogliby zrobić dla Kanadyjki.
Musieliby ją pozostawić na śmierć.
- Wiem - odpowiada po angielsku ranny mężczyzna.
- Chyba stało się lepiej - mówi Amerykanin.
- Zapomnijmy o tym - radzi kobieta rannemu mężczyźnie. - Nie mówmy o tym
więcej.
- Nigdy - szepcze ten po fińsku.
Zakłada z powrotem podane mu przez kobietę okulary.
Ostatni z grupy mężczyzna nadal stoi przy pochylonej jak do modlitwy
martwej Kanadyjce. Podnosi ją na chwilę do pozycji klęczącej, zasuwa
zamek kurtki, tak aby nie było widać śladów na szyi.
W otwarte oczy kobiety wtapia się pustka górskich szczytów.
Mężczyzna opuszcza ciało do pozycji modlitewnej, zakłada troskliwie
okolony futrem kaptur na głowę. Ustawia czekan przed zmarłą niczym dar
ofiarny.
Kobieta zostaje tak, może na wieczne czasy. Kanadyjczycy nie zabiorą
towarzyszki ze sobą podczas schodzenia. Będzie dobrze, jeżeli dotrą na
dół żywi.
Pięcioosobowa grupa kontynuuje wspinaczkę. Po godzinie docierają do
strefy śmierci, która tamtego dnia kąpie się w ostrym słońcu.
Wreszcie stają na szczycie. Ranny wyciąga aparat fotograficzny i robi
Amerykaninowi zdjęcie z gwiaździstą flagą, ten następnie przejmuje
aparat, a pozostali ustawiają się do fotografii, początkowo w parach.
Trzymają między sobą flagę w barwach krajobrazu rozciągającego się ze
szczytu góry. Ciemnoniebieski jak niebo krzyż na śnieżnobiałym tle. Te
kolory na dachu świata są kolorami ich rodzinnego kraju, chociaż tam
góry przypominają marne wypustki i właściwie nie są górami.
Zaraz zacznie się najtrudniejsza i najniebezpieczniejsza część podróży,
wędrówka w dół. Jeszcze raz wodzą wzrokiem po szczytach Karakorum.
Jedno z nich nie może przestać myśleć o szklanych oczach, o odbijającej
się w nich wszechmocnej pustce.
Ukrytym we wzroku cieniu, który zaćmił słońce.
Nadchodzi czas, by wyruszyć na dół, w ponure cienie gór.
1
Paula leżała na podłodze w kuchni na brzuchu z nosem przytkniętym do
bawełnianego dywanu w niebiesko-czarne pasy, z którego unosiła się woń
kurzu i brudu.
Dostała go w prezencie od babci, gdy po skończeniu liceum wyprowadziła
się z domu. Towarzyszył jej przez dwadzieścia lat w kolejno
wynajmowanych pomieszczeniach. Okrywał podłogę w akademikach,
kawalerkach śródmieścia, w dwupokojowym mieszkaniu szeregowca we
wschodniej dzielnicy Helsinek i długo w pewnym nowym trzypokojowym
lokalu na przyjemnym i spokojnym osiedlu w tych czasach, kiedy
wyobrażała sobie, że może żyć z kimś w związku i założyć rodzinę.
Gdy wyjeżdżała stamtąd, jej rzeczy zmieściły się tylko do jednej
ciężarówki.
Już raz odwróciła dywan na drugą stronę. Nie pamiętała, kiedy ostatnio
go prała. Obiecała sobie, że zrobi to natychmiast, gdy tylko pogoda się
poprawi i otworzą pomosty do prania. Albo nie, zawiezie go do pralni. Od
razu, jutro.
Głos Renka dochodził głuchym dźwiękiem z telefonu, który wypadł jej z ręki pod stół. Kolega widocznie coś powtarzał, nawoływał: "Hu, hu,
słyszysz? Hu, hu, słyszysz?". W każdym razie tak to brzmiało, a ona
wyobraziła sobie, jak on głupio musi teraz wyglądać, układając wargi do
pohukiwania. Milczała i poruszała palcami prawej nogi. Potem odwróciła
ostrożnie głowę. Z telefonu pod stołem nadal rozchodziły się dźwięki.
Cholera, Renko, daj sobie spokój, pomyślała. Zamrugała oczami, żeby
zebrana w nich wilgoć zniknęła, zanim zamieni się w łzy. Płacz nie był
jej teraz wcale potrzebny. Uniosła się do pozycji na czworakach. Nogi
znów wydawały się całkiem zwyczajne, znajome, własne, takie, do których
można mieć zaufanie. Chwyciła telefon. Usłyszała ponownie przytłumiony
głos Renka, jakby rozmawiał z kimś z ożywieniem i trzymał komórkę przy
uchu, na wypadek gdyby się odezwała. Paula rozłączyła się, wyłączyła
aparat i wreszcie odważyła się odetchnąć głęboko i głośno.
Zaraz musi oddzwonić. Renko nie przeszkadzałby jej w wolny dzień z powodu błahostki.
Dołączył do jej zespołu jesienią zeszłego roku. Paula poprosiła o to
szefa, który na jej życzenie zachował do własnej wiadomości fakt, że to
ona wystąpiła o przeniesienie Renka. Śledczy nie potrzebował dodatkowego
powodu do dumy, żeby wzmocnić poczucie własnej wartości. Wprost
przeciwnie. Facet taki jak on zaczynał popełniać błędy, jeżeli był za
bardzo zadufany. Latem ubiegłego roku tak się właśnie stało. Ledwie
uratował się przed utonięciem, kiedy przez własną głupotę został
zamknięty w kontenerze.
Wstała i nalała wody do szklanki. Od dziecka tak reagowała na wszelkie
nieprzyjemne sprawy. Przyczyną tego był ojciec, który proponował wodę
jako lekarstwo na wszystkie możliwe problemy. Brzuch cię boli? Napij się
wody. Boli cię głowa? Napij się wody. Martwisz się? Napij się wody.
Wynikało to prawdopodobnie z jego bezradności. Po śmierci żony został
sam z dwojgiem małych dzieci i był całkowicie nieprzygotowany do zadań
wychowawczych. Dokładnie tych słów używał później w przepraszającym
kontekście po kilku szklaneczkach whisky: "całkowicie nieprzygotowany do
zadań wychowawczych".
To nic, powiedziała wtedy Paula, chociaż myślała inaczej. Owszem, to
było coś, i to jeszcze jak.
Wypiła połowę zawartości szklanki, przeciągnęła się i uniosła ramiona.
Między czubkami palców a sufitem pozostało dziesięć centymetrów.
Opuściła powoli ręce i złapała się za kostki. Mięśnie wydawały się
sztywne, czuła napięcie, zwłaszcza w prawej stopie, i przez chwilę
obawiała się, że znów upadnie.
Atak, czy cokolwiek to było, jednak minął. Tym razem.
Włączyła telefon i wybrała ostatni przychodzący numer.
- Cześć - powitał ją Renko. - Masz zepsutą komórkę?
- A ty? - spytała szybko. - Słyszałam, że coś mówisz, ale chyba mnie nie
słyszałeś.
- Doszedł do mnie jakiś dziwny stukot, a potem już nic. Przed chwilą
próbowałem znów zadzwonić, ale włączyła się automatyczna sekretarka.
Paula, odbierając wcześniej telefon, wstała od stołu i nagle znalazła
się na podłodze. Stukot spowodowało na pewno krzesło, które się przy tym
wywróciło.
- Może na liniach są jakieś zakłócenia - powiedziała i przypomniała
sobie, że przecież nie ma żadnych linii telefonicznych, tylko sygnały
biegnące w powietrzu. Renko nie zwrócił jednak na to uwagi, tylko na
szczęście przeszedł do sprawy.
- Mamy tutaj podejrzane zwłoki, to znaczy zgon. Pomyślałem, że chcesz je
obejrzeć na świeżo. Chociaż w zasadzie nie są świeże, bo wisiały w lesie
co najmniej przez noc. Tak bym powiedział, ale oczywiście nie jestem
patologiem. On jeszcze nie przyjechał na miejsce, a my jesteśmy tu z Karhu prawie godzinę. Jeszcze nie zostały ściągnięte.
- Co?
- Tak, stoimy co najmniej od pół godziny i jest dość zimno, wieje od
morza. W powietrzu nie czuć za bardzo wiosny. Widziałem po drodze dwie
przylaszczki, i nie mam na myśli tych policjantów, którzy pojawili się
jako pierwsi na m...
- Co nie zostało ściągnięte? - przerwała mu Paula.
- Co? No oczywiście zwłoki. Na ratunek było za późno. Ratownicy
przyjechali i stwierdzili, że nic nie da się zrobić. Pomyślałem, że
zechcesz je obejrzeć tu, na miejscu.
- Ktoś się powiesił w lesie. To przecież samobójstwo - powiedziała
trochę poirytowana. Czy Renko naprawdę dzwonił tylko z powodu
samobójstwa?
- Pozornie tak to wygląda. Jest w tym jednak coś dziwnego - oświadczył
policjant.
- Instynkt ci to podpowiada?
Renko się roześmiał. Znał Paulę na tyle dobrze, żeby wyłowić ironię w jej głosie. Odchrząknął i zrobił małą przerwę, a ona w oczekiwaniu na
jej zakończenie podeszła przed lustro w przedpokoju, żeby sprawdzić, czy
upadek zostawił na niej jakieś ślady.
- To stara kobieta - poinformował w końcu kolega.
Paula ujrzała w lustrze swoje nagłe zdziwienie.
- Jak stara? - spytała z zainteresowaniem.
- Na pewno powyżej siedemdziesiątki. Gdybym ją spotkał na ulicy,
powiedziałbym, że to babcia.
Stare kobiety nie wieszają się w lesie, pomyślała śledcza. Przytrzymała
ramieniem komórkę i zaczęła wkładać krótkie kalosze. Telefon wyślizgnął
się i spadł na podłogę przez kratkę stojaka na obuwie. Zaklęła i znów
usłyszała, jak Renko nawołuje ją głucho:
- Hu, hu, słyszysz?
- Słyszę! - krzyknęła, próbując wydobyć aparat spod stojaka. - Gdzie
jesteście?
- W Meri-Rastili! - odkrzyknął w tej samej chwili, w której przyłożyła
telefon do ucha.
- Nie musisz wrzeszczeć, teraz słychać dobrze. Zaraz wyjeżdżam.
- Zadzwoń, jak będziesz w pobliżu. I ubierz się ciepło.
Paula spojrzała bezwiednie na wiszącą obok wyblakłą kurtkę.
Nie miała pewności, czy w głosie kolegi nie słychać było ironii.
2
Renko mylił się, jeżeli chodziło o wiosnę. Wprawdzie w powietrzu jej się
nie czuło, ale na obrzeżach tras spacerowych pojawiały się tu i ówdzie
niebieskie i białe punkty, pierwsze uparte przylaszczki o tej porze
roku.
Leśna ścieżka wiodła przez wpychający się w morze cypel porośnięty
starymi drzewami. Zostawiła samochód tam, gdzie poradził jej kolega, na
bocznej dróżce zamkniętej szlabanem.
Z naprzeciwka nadeszło starsze małżeństwo. Mężczyzna o poważnym wyrazie
twarzy zatrzymał się na jej widok, a kobieta obejrzała się za siebie
przestraszona.
- Nie warto iść dalej, trasa jest zamknięta - powiedział mężczyzna.
- To nic, jestem policjantką - oświadczyła Paula i od razu pożałowała
swoich słów.
- Czy coś się stało? - spytała zaciekawiona kobieta. Oboje nawet nie
drgnęli, żeby ją przepuścić, więc musiała zejść w las.
- Sytuacja jest pod kontrolą policji - oznajmiła uspokajająco i zmusiła
się do uśmiechu, zanim przecisnęła się hałaśliwie przez małe krzaki, aby
ominąć małżeństwo.
Wyboista ścieżka prowadziła pod górę na niewielkie wzniesienie, a następnie skręcała w stronę morza prześwitującego przez gołe drzewa.
Między dwiema niewielkimi jarzębinami przeciągnięto kawałek taśmy
policyjnej. Gdy Paula schyliła się, żeby przejść pod nią, usłyszała, jak
wzywa ją Renko. W lesie w odległości około pięćdziesięciu metrów od
ścieżki ujrzała dwa białe kaptury.
Wyciągnęła z plecaka kombinezon ochronny i rękawiczki i je włożyła, a potem zeszła z drogi i skierowała się ku policjantom. Jej kalosze
zapadały się w mokrych kępach mchu. Tej zimy było wyjątkowo dużo śniegu.
Ponadto w nocy padał tak obfity deszcz, że jego szum ją obudził na
chwilę. Jeżeli znajduje się na miejscu zbrodni, to trudno im będzie
znaleźć dowody. W każdym razie właśnie je zbierano: dwóch ubranych na
biało kryminalistyków przykucnęło koło wielkiej starej brzozy. Nagle
Paula dostrzegła ciało i się zatrzymała.
Ten obraz ciągle powodował u niej skurcz żołądka, chociaż wielokrotnie
widziała martwych ludzi. Jednak od ostatniego razu, kiedy ujrzała
wisielca, upłynęły lata, ponieważ komisarza wydziału zabójstw nie
wzywano, gdy w grę wchodziło samobójstwo. Ale powieszony człowiek
wyglądał zawsze tak samo rozpaczliwie; przywodził na myśl oderwaną
nitkę, której bliscy na ogół nie mogli z niczym powiązać.
Zwłoki wisiały na cienkim, pomarańczowym, nylonowym sznurze, zawiązanym
kilkakrotnie wokół gałęzi brzozy. Drugi jego koniec chował się gdzieś za
drzewem.
Drobnej postury kobieta miała na sobie czerwoną kurtkę wiatrówkę, ale ze
ścieżki nie można jej było zauważyć, bo zasłaniały ją drzewa i wznoszący
się teren. Zmarła nosiła czarne obuwie sportowe Nike, popularne kilka
lat temu wśród nastolatków.
- I co powiesz? - zaczął Renko, lecz Paula uciszyła go, unosząc dłoń.
Zbliżała się do ciała powoli, zatrzymując się co krok, żeby obejrzeć
otoczenie. Gdy znalazła się tuż obok martwej kobiety, zrozumiała,
dlaczego kolega ją wezwał.
Kępy mchu pod zwłokami wydawały się nietknięte i nieco dalej też nie
zauważyła niczego, na czym staruszka mogłaby stanąć, żeby zawiązać sznur
na gałęzi. Oprócz tego ciało wisiało za wysoko. Kobieta musiałaby
przynieść do lasu co najmniej taboret kuchenny albo drabinę, żeby
zrealizować swój zamiar, ponieważ odległość między jej stopami a ziemią
wynosiła około metra. Prawdopodobnie dlatego ci, którzy pierwsi przybyli
na miejsce, nie ściągnęli jej z drzewa.
Trzymanie zmarłej na sznurze dłużej niż to konieczne oznaczało brak
szacunku dla ofiary. Nie odcięto jej jednak od razu i Paula uznała, że
poczeka z tym na patologa.
- No i jak? Czy babcia mogła sama się wdrapać na drzewo? - spytał Renko.
Karhu obrzucił go wściekłym spojrzeniem i zacisnął wargi, ale Paula
popatrzyła na niego uspokajająco.
- Dlaczego jej nie ściągnęli? - spytała.
- Zwłoki były sztywne jak kamień, gdy przyjechało pogotowie. Lekarz z karetki powiedział, że nie chce robić większego bałaganu na miejscu. Sam
też uważał, że to podejrzana sprawa.
- A więc to nie było twoje celne spostrzeżenie - stwierdziła
uszczypliwie Paula. - Kto tu jeszcze przyjechał oprócz pogotowia i was?
Renko oświadczył, że zwłoki znalazł o siódmej rano przechodzień, kiedy
jego pies odbiegł na bok i zaczął szczekać. Ten człowiek wrócił na
ścieżkę, gdy tylko zauważył ciało. Drogówka ogrodziła teren i pilnowała
go do czasu, aż przyjechali technicy.
- My też przyjechaliśmy jak najszybciej. Nawet nie dopiliśmy kawy -
wyjaśniał.
- A żeby cię pokręciło - mruknął Karhu.
- Co o tym myślisz? - zagadnęła go Paula.
- Jeszcze nic. To może być równie dobrze samobójstwo, dziwniejsze rzeczy
się widziało.
- Na przykład co? - spytał Renko.
- Sądząc po ubraniu, zmarła mogła tutaj zwyczajnie spacerować -
kontynuował Karhu, nie zważając na kolegę. - Chyba że...
- Chyba że ktoś ją zaatakował - uzupełniła Paula i pokiwała głową. - Czy
w okolicy znaleziono jakieś ślady?
- Staraliśmy się omijać to miejsce, aby nie wdeptać materiału dowodowego
w trawę - oznajmił Renko. - Zauważyłem tu jeszcze jedną dziwną rzecz.
Albo drugą oprócz tej, że ona nie mogła wejść tam o własnych siłach.
Chociaż sam już nie wiem, może nie doceniam fizycznych umiejętności
starszych kobiet. Moja babcia...
Paula przestała słuchać i spojrzała w kierunku, na który wskazywał
Karhu. W odległości około pięciu metrów od drzewa znajdował się mały
jasny kopczyk czegoś, co przypominało piasek.
- ...i w obu rękach niosła wiadra pełne borówek - dokończył Renko.
- Kto? - spytała.
- Moja babcia - odparł.
Paula nie zadała sobie nawet trudu, żeby prychnąć. Zamiast tego zbliżyła
się na kilka kroków do kopczyka, patrząc uważnie pod nogi.
Nie był duży, przypominał raczej niewielką kupkę. W czasie deszczu chyba
się trochę obniżył, chociaż miała wrażenie, że ktoś go rozrzucił. Na
wierzchu zdążył już wyschnąć. Policjantka przykucnęła i wzięła na dłoń z kopczyka trochę piasku. Był drobny, jasny i gładki, zupełnie nie
przypominał świeżo wykopanego z ziemi, tylko ten, który spotyka się na
plażach w południowych krajach.
- To piasek do spoin - oświadczył Renko. - Przynajmniej na taki wygląda.
- Skąd wiesz? - spytała ze zdziwieniem Paula.
- Żona chciała wymienić kafelki zeszłego lata. Straszna robota. W domu
został nam worek właśnie takiego piasku.
On chyba miał rację. W samym środku nękanego zimą, mokrego i pozbawionego liści lasu delikatny piasek wykorzystywany do robienia
spoin wydawał się czymś nienaturalnym. Nawet jeśli nie istniał powód, by
przypuszczać, że miał jakikolwiek związek z kobietą powieszoną na
drzewie.
Jednak zarówno zmarła, jak i piasek nie byli częścią lasu.
3
Paula rozglądała się zaciekawiona po skromnym dwupokojowym mieszkaniu w bloku stojącym zaledwie w odległości pół kilometra od cypla, gdzie
znaleziono ciało.
Salon miał charakterystyczny dla starszych ludzi wystrój: zniszczona,
ale ładna sofa obita welurem, przed nią goły stół, na którym leżał pilot
do telewizora. Na podłodze nie było dywanu, prawdopodobnie dlatego, żeby
właścicielce łatwiej się sprzątało. Do sypialni policjantka zajrzała
wcześniej, pomieszczenie wyglądało tak samo: łóżko, stolik nocny i fotel, brak dywanu na podłodze.
Tożsamość kobiety wyjaśniła się szybko, gdy przyjechał patolog i zwłoki
opuszczono na ziemię. W kieszeni czerwonej wiatrówki znaleziono klucze
do mieszkania i kartę pasażera przedsiębiorstwa komunikacyjnego HSL.
Renko sprawdził, gdzie przebywają akurat najbliżsi kontrolerzy biletów,
i podrzucił im kartę do weryfikacji. Dzięki temu dowiedzieli się, jaki
jest osobowy numer identyfikacyjny użytkownika. Dane pasowały do wieku i płci zmarłej.
Z informacji pobranych z ewidencji ludności wynikało, że
osiemdziesięcioletnia Kaarina Alanne mieszkała w tym lokalu ponad
dwadzieścia lat i nie miała żadnych bliskich.
Ani jednego krewnego, którego można by powiadomić o jej śmierci.
W Finlandii nie było to takie niespotykane. Ten kraj jest pełen
samotnych starych ludzi, pomyślała Paula. Jednak sprawa nie stawała się
przez to ani trochę mniej smutna.
Renko przesuwał coś z brzękiem w kuchni, otwierał i zamykał drzwiczki
szafek. Natomiast ona skupiła się na regale. Mebel był wykonany w stylu,
który właściwie nie pasował na książki, zapełniało się go zdjęciami z wesela, szkolnymi fotografiami wnuków i tanimi bibelotami przywiezionymi
z przypadkowych wycieczek zagranicznych. Te ostatnie też tutaj stały:
przypominający greckie wyroby talerz, czerwona maska oraz wachlarz z tancerką flamenco. W szklanej witrynie ustawiono luźno wazony i mały
serwis do kawy. Na kilku zarezerwowanych dla książek półkach znajdował
się zbiór różnych dzieł, w większości bez obwoluty, oraz tania seria
jakiegoś klubu czytelników. Pewnie zostały przyniesione z wyprzedaży na
pchlim targu, skąd można je brać za darmo.
Wyglądało na to, że Kaarina Alanne żyła przez swoje ostatnie lata
skromnie i spokojnie. Nie byłoby więc niczym niezwykłym, gdyby się
okazało, że chciała odejść z tego świata i uniknąć ewentualnych
cierpień: bolesnej i samotnej wegetacji w jakimś szpitalu na oddziale
dla przewlekle chorych lub w domu opieki dotknięta demencją.
- Czy ty myjesz kubki po jogurcie? - spytał Renko, zerkając zza rogu
połączonej z salonem kuchni.
- Nie jadam jogurtu - odparła Paula.
- Kaarina Alanne jadała. I myła kubki. Tutaj jest ich chyba ze sto.
Śledcza poczuła wzruszenie na myśl, że staruszka zawsze po opróżnieniu
pojemnika myła go i wkładała do szafki, gdzie czekał na ponowne
wykorzystanie, co mogło nigdy nie nastąpić, o czym kobieta zapewne
wiedziała. Prawdopodobnie robiła tak zawsze i nie potrafiła zrezygnować
z tego zwyczaju, który na początku wziął się na pewno z jakiegoś
sensownego powodu.
- Co jeszcze znalazłeś?
Na stole leżała brązowawa cerata, a na niej gazeta z krzyżówkami otwarta
na wypełnionym w połowie zadaniu. Było łatwe, można nim było zabić czas,
nie wysilając się specjalnie. Kaarina Alanne zdążyła rozwiązać dwa
klasyczne hasła w lewym dolnym rogu: poziomo CHAPLIN, pionowo LADD.
Słowa OONA i ALAN krzyżowały się na "n". Wstawione pisakiem przez
kobietę litery były okrągłe i równe.
- Tutaj nie ma nic takiego, co by wyjaśniało, dlaczego staruszka
powiesiła się na drzewie - stwierdził. - Tylko naczynia, rachunki ze
sklepu spożywczego, lekarstwa.
- Jakie lekarstwa?
- Jeszcze ich nie przejrzałem - odparł, pokazując na fiolki i pudełka
stojące na blacie kuchennym obok ekspresu do kawy. Paula wzięła jedno z opakowań.
- Buprenorfina - przeczytała napis na etykiecie. - To silny lek
przeciwbólowy.
- Przecież tym można się zabić łatwiej niż za pomocą sznura w lesie -
powiedział zdziwiony Renko.
Chociaż policjantka nie znała zbyt dobrze działania tego preparatu,
pomyślała o tym samym. Popatrzyła na drugą fiolkę: Eksemestan. Zdjęła
lateksową rękawiczkę i wpisała nazwę leku do wyszukiwarki w telefonie.
- Eksemestan stosuje się w leczeniu zaawansowanego hormonozależnego raka
piersi - przeczytała na głos fragment ulotki znalezionej w internecie.
- Kaarina była więc poważnie chora - doszedł do wniosku Renko.
- Jest to jakiś powód do popełnienia samobójstwa - stwierdziła Paula.
Ale nie w taki sposób, dodała w myślach.
4
Hej, Paula, zauważyłem, że od twojego ostatniego sprawdzianu na
kondycję minęło trochę ponad trzy lata. Załatw tę sprawę, gdy będziesz
miała czas.
Pena
Gapiła się przez chwilę na wiadomość mejlową, zanim wyrzuciła ją do
kosza. Po chwili odzyskała ją stamtąd i odpowiedziała szefowi, że przy
pierwszej nadarzającej się okazji zarezerwuje termin na sprawdzian.
Nie zamierzała go jednak informować, że wcześniej pojawi się
nieoczekiwana przeszkoda, z powodu której trzeba będzie przesunąć test.
Jednak zawsze otrzymywała bardzo dobre wyniki, więc pewnie szef nie
będzie się jej czepiał.
Ile razy można przesuwać sprawdzian bez konsekwencji?
Dotknęła bezwiednie prawej łydki. Wydawała się normalna. Natomiast w palcach dłoni poczuła dziwne mrowienie. A może sobie to tylko
wyobrażała? Popatrzyła na swoją rękę jak na ewentualnego wroga.
- No tak - powiedział stojący za nią Hartikainen niczym stary gospodarz
podczas przyjęcia w domu. - Tu by były te wiadomości, jeżeli cię one
interesują.
Nie czekając, zebrał wszelkie dostępne informacje na temat Kaariny
Alanne. Nie było ich dużo.
Kobieta urodziła się w Helsinkach i tydzień przed śmiercią zdążyła
ukończyć osiemdziesiątkę. Jednak w jej mieszkaniu Paula nie zauważyła
żadnych kart z życzeniami ani kwiatów. Zmarła nie miała bliskich, ale co
ze znajomymi, którzy powinni o niej pamiętać? Może z powodu choroby nie
chciała obchodzić rocznicy, więc nie wspomniała o niej nikomu?
Alanne nigdy nie wyszła za mąż ani nie urodziła dzieci. Jej jedyny,
starszy o pięć lat brat umarł kilkanaście lat temu. Najbliższymi
żyjącymi krewnymi byli dwaj kuzyni. Pracowała w sektorze socjalnym,
ostatnio w domu opieki dla starszych ludzi, po czym przeszła na
emeryturę. W ciągu całego swojego życia mieszkała pod pięcioma adresami
w Helsinkach - zawsze samotnie, z wyjątkiem domu rodzinnego.
- Takie to życie. Nie ma dużo do opowiadania - podsumował Hartikainen.
- Skontaktuj się z tymi kuzynami - poprosiła Paula.
- Już to zrobiłem - odparł z zadowoleniem. - Nie słyszeli o niej nic
przez co najmniej dziesięć ostatnich lat.
- Co ci powiedzieli?
- Nic więcej ponad te informacje, które mamy. Zachowywała prywatność,
nie odzywała się do nich, od wielu lat mieszkała sama.
- Ktoś musiał ją znać. Może Renko coś znajdzie.
Śledczy został w bloku i dzwonił do sąsiadów, gdy ona pojechała do
komisariatu. Mieszkańcy domu byli w większości starszymi ludźmi.
Prawdopodobnie opije się po uszy kawy, rozmawiając z różnymi babciami.
Paula wiedziała, że uprzejmy i rozmowny młody mężczyzna sprowokuje
starsze panie do zwierzeń o wiele łatwiej niż ona.
- I co słychać w Tallinie? - spytał Hartikainen.
Zaskoczyła ją jego bezpośredniość. Sądziła, że nie opowiadała nikomu o swojej ostatniej podróży na przeciwny brzeg zatoki. Czyżby ktoś
rozsiewał plotki o jej wyjazdach?
- Nic takiego, piękne miasto - odparła, starając się mówić lekkim tonem.
- Chyba masz dobry powód, żeby się tam wałęsać - kontynuował kolega.
- Skąd wiesz, że się tam wałęsam? - zapytała ostro.
- Zapominasz, że jestem policjantem - oznajmił rozbawiony Hartikainen. -
Nie trzeba było zostawiać w kuchni estońskiej czekolady ani nosić
sportowych ciuchów w reklamówce domu towarowego Kaubamaja, jeśli
chciałaś trzymać wycieczkę w tajemnicy.
Paula miała ochotę ugryźć się w język. Sprawnie wyjaśniała popełnione
przestępstwa, ale nawet nie pomyślała o tym, że ktoś zwraca uwagę na jej
reklamówki - sama nie interesowała się życiem swoich kolegów, jeżeli
tylko robili, co do nich należy.
- No, nie złość się. Umiem dotrzymać tajemnicy. Pod warunkiem że mnie
pierwszemu przedstawisz tajemniczego pana Tallina.
Paula potrzebowała trochę czasu, żeby się zorientować, co on ma na
myśli. Potem roześmiała się z ulgą i próbowała przybrać trochę speszoną,
ale jednocześnie chytrą minę.
- Auć, przyłapałeś mnie.
- Przede mną nic się nie ukryje - stwierdził Hartikainen niczym dobry
wujek. - Nie martw się, ta wiadomość się nie rozejdzie. Wiem, jacy oni
mogą być.
Przez "onych" miał zapewne na myśli innych policjantów, którzy mogli się
naigrywać z estońskiego chłopaka swojej szefowej. Chociaż z doświadczenia wiedziała, że to on pierwszy zaczynał szydzić z przeżyć
miłosnych kolegów.
- No ale mogłabyś coś zdradzić - kontynuował. - Stary rozwodnik tęskni
za erotycznymi tematami.
Paula parsknęła śmiechem i rozejrzała się wokoło. Otwarte pomieszczenie
biurowe było puste. Karhu pewnie nadal przebywał na miejscu zdarzenia,
gdzie technicy przeprowadzali oględziny, podobnie jak w mieszkaniu
Kaariny Alanne.
- O czym chcesz wiedzieć? - spytała Paula uszczypliwie, w sposób
niepodobny do siebie.
Dziwiła się, że Hartikainen wdaje się w taką rozmowę, której nie
prowadziłby wcale, gdyby naprawdę była mowa o jej partnerze. Kolega
sprawiał jednak wrażenie bardzo zadowolonego z wyników swojej
detektywistycznej pracy i nawet nie zauważył, że szefowa zachowuje się
zupełnie inaczej niż zwykle.
- Daj, niech pomyślę - powiedział. - Brunet czy blondyn?
- Ognisty brunet - odparła Paula i pomyślała o lekarzu w tallińskiej
prywatnej klinice, jasnowłosym, chudym i spokojnym mężczyźnie, który za
każdym razem patrzył na nią z powagą swoimi wilgotnymi, smutnymi oczami.
- Aha! - zakrzyknął policjant. - A ty jesteś chłodną blondynką. To jest
match made in heaven.
- No dobra, wystarczy - skwitowała, udając zakłopotaną. Znów poczuła
mrowienie w palcach. Na szczęście zadźwięczał telefon i przeszkodził
Hartikainenowi w wyciąganiu dodatkowych informacji na temat jej
wyimaginowanego chłopaka. Dzwonił Renko i prosił, żeby przyjechała z powrotem do wschodniej dzielnicy Helsinek.
Właśnie odnalazł rzeczy Kaariny Alanne.
5
Pchli targ Miły Sklepik znajdował się w odległości około kilometra od
domu kobiety, na parterze starego domu piętrowego. W oknie wystawowym
umieszczono na stosie książek wiekową maszynę do pisania, a wokół
niezdarnie wykonane szmaciane lalki.
Renko usiadł na zniszczonym fotelu przy służącym za ladę stole i pił nie
wiadomo którą z kolei kawę. Wcześniej rozmawiał z najbliższymi sąsiadami
Alanne, których zastał w domu: trzema starszymi kobietami i małżeństwem.
Znali oni zmarłą tylko ze spotkań na korytarzu, gdzie mówili sobie dzień
dobry. Jedna z sąsiadek zauważyła, że kilka dni temu z jej mieszkania
wynoszono jakieś rzeczy. Zapytała stojącą w progu Kaarinę, czy się
wyprowadza, a ona odpowiedziała, że po prostu przekazuje swoje
ruchomości na szczytny cel.
Stojąca za ladą kobieta nie wyglądała wcale młodziej od Alanne.
Prawdopodobnie była na emeryturze i prowadziła pchli targ dla własnej
przyjemności.
- Zysk przeznaczamy w całości na pomoc psychiatryczną dla dzieci i młodzieży - poinformowała od razu Paulę, gdy tylko się przedstawiła, i podkreśliła, że nie pobiera za pracę wynagrodzenia.
- Wspaniała robota, wspaniała robota - powtarzał Renko jak papuga.
- Wspaniała - dodała policjantka uprzejmie. - Gdzie one są?
- Chodzi pani o rzeczy Kaariny - domyśliła się sprzedawczyni. - Na
zapleczu, jeszcze czekają na wycenę.
Paula rozglądała się po cichym sklepiku, zdziwiona tym, że kobieta nie
wystawiła ich na sprzedaż już w zeszłym tygodniu. Sprzedawczyni
zauważyła to i pośpieszyła z wyjaśnieniami - bała się szacować wartości
niektórych towarów samodzielnie, więc poprosiła o pomoc członka
stowarzyszenia prowadzącego pchli targ.
- One wydają mi się bardzo cenne - powiedziała.
- Tak? - zdziwiła się Paula, przypominając sobie ogołocone dwupokojowe
mieszkanie w bloku, w którym nie było nawet dywanów. - Dobrze znała pani
Kaarinę Alanne?
- Niespecjalnie. Wpadała tutaj od czasu do czasu, żeby porozmawiać.
Kiedyś pracowała z dziećmi i dlatego interesowała ją nasza działalność.
Ale wiedziałam, że jest chora.
Policjantka spojrzała na Renka i uniosła brwi. Ten pokręcił głową na
znak, że nie zdradził kobiecie prawdy o śmierci Alanne.
- Kaarina sama o tym powiedziała?
- Tak, wtedy, gdy widziałam ją ostatni raz.
- Czyli kiedy?
- W zeszłym tygodniu. Zadzwoniła i zaprosiła mnie do siebie, abym
wybrała rzeczy, które się nadają do sprzedania na pchlim targu.
Normalnie tego nie robię, ale stwierdziła, że jestem jedyną osobą, która
może jej pomóc. Tak powiedziała.
Sprzedawczyni wyjaśniła, że obejrzała z Kaariną całe mieszkanie i oznaczyła przeznaczone na sprzedaż rzeczy żółtymi nalepkami. Robiła to
przez wiele godzin, Alanne zamówiła dla obu pizzę, ale nie tknęła
swojej.
- Te leki powodują nudności. Znam się na tym, bo pielęgnowałam mojego
nieżyjącego już męża, zanim trafił do hospicjum - oświadczyła. - Kaarina
nie miała sił, żeby cokolwiek podnieść. To ja zebrałam książki i inne
ruchome rzeczy do pudeł.
Jeżeli Alanne nie była nawet w stanie podnieść książek, to jak udało się
jej wdrapać na wysoką gałąź i się powiesić?
Paula spojrzała na Renka, który siedział dziwnie milczący i wyglądał na
zmordowanego. Może zmęczyły go te wszystkie babcie sąsiadki i sprzedawczyni na pchlim targu.
- Obejrzyjmy te rzeczy - zaproponowała.
Kobieta odchyliła zawieszoną w drzwiach zasłonę i zaprowadziła ich na
zaplecze, które okazało się zaskakująco duże, większe niż pomieszczenie
z rzeczami przeznaczonymi do sprzedaży. Było tam pełno różnych towarów:
wyroby tekstylne w workach na śmieci, buty w reklamówkach, pudła z książkami i naczyniami. Paula rozumiała, dlaczego nie zdążono jeszcze
wycenić rzeczy należących do Alanne.
- Czasami bliscy przynoszą wszystkie przedmioty, jakie miał zmarły, a my
nie mamy odwagi odmówić. Część z tego też wyląduje na śmietniku -
stwierdziła kobieta i przesunęła stojaki z ubraniami na bok, aby
policjanci mogli wejść dalej do środka. - Pod tym względem Kaarina
postąpiła mądrze. - Dwóch wolontariuszy z towarzystwa prowadzącego pchli
targ zabrało te rzeczy, które sprzedawczyni oznaczyła z błogosławieństwem Alanne. Kobieta chciała zatrzymać tylko niezbędne
meble, potrzebne jej ubrania i naczynia, a także niektóre pamiątki i telewizor.
- Podobno można je wywieźć na wysypisko śmieci, gdy jej już nie będzie,
tak powiedziała. To było przedśmiertne sprzątanie - stwierdziła cicho
sprzedawczyni.
- Takich słów użyła? - spytała Paula.
- Tak. Znacie dziełko Eevy Kilpi Przedśmiertne sprzątanie? Kaarina mi
o nim powiedziała. Jest tutaj - poinformowała kobieta i pokazała na
stojącą w kącie, sięgającą do połowy ściany półkę wypełnioną książkami.
Pytała staruszkę, czy nie chciałaby go zatrzymać, skoro jest dla niej
ważne. Ale Alanne odparła, że zna je na pamięć i cieszy się na myśl, że
ktoś jeszcze będzie miał z niego radość. A potem cytowała z pamięci
obszerne fragmenty książki.
- Starość to alergia, na którą cierpi życie - oświadczyła sprzedawczyni.
- To zdanie zapadło mi w pamięć.
Alanne była więc oczytana, a na półkach w mieszkaniu pozostały te
książki, których nie dałoby się sprzedać nawet za półdarmo.
- Tego na razie nie wolno dotykać. Mówię to poważnie. Czy na zaplecze
przychodzą jacyś inni ludzie poza panią? - spytała Paula.
Sprzedawczyni pokręciła głową i obiecała zadbać o to, żeby przedmioty
należące do Alanne stały osobno.
Policjantka podeszła do regału i przyjrzała się grzbietom książek.
Prawie bez wyjątku były to klasyki literatury fińskiej i zagranicznej, w większości stare dzieła, ale znajdowało się tam także kilka nowych.
- Psychologia mas wobec faszyzmu - powiedział stojący za jej plecami
Renko z podziwem. - Mocna rzecz, mocna rzecz. Przerabiałem tę książkę
kiedyś na kursie. Autor twierdzi, że ludzie stają się faszystami, jeśli
nie mogą uzewnętrznić swojej prawdziwej seksualności. Hitler również
ukrywał się ze swoim homoseksualizmem. To fascynująca teoria, teraz też
różni dyktatorzy są bardzo zainteresowani, co ludzie robią w sypialniach, czy poszczególne urządzenia pasują do siebie, czy...
- Naprawdę? Za moich czasów w szkole policyjnej nie zdawaliśmy z tego
egzaminu - rzekła Paula z lekkim uśmiechem, chociaż wiedziała, że kolega
nawiązuje do przerwanych studiów na uniwersytecie.
- Może powinniście - odparł z westchnieniem Renko, zdając sobie sprawę,
że ona kpi z niego, ale nie mógł się powstrzymać i kontynuował: - Ja
przecież studiowałem dodatkowo psychologię i prawie ją zaliczyłem.
Główny kierunek to była filozofia, podobał mi się Nietzsche, on przecież
przemawia do młodych, ci nadludzie i tym podobne. Ale na studiach
najbardziej lubiłem Schopenhauera, jest jeszcze mocniejszy niż
Nietzsche.
Sprzedawczyni pchlego targu dostała sztucznie brzmiącego ataku kaszlu, a gdy jej przeszedł, oświadczyła, że musi iść do pomieszczenia z kasą. Oni
zaś mogą sobie spokojnie oglądać rzeczy Alanne.
- Naprawdę tak to było? - spytała Paula, gdy kobieta zniknęła za
zasłoną.
- Co?
- To z faszyzmem.
- Może trochę uprościłem sprawę.
Uśmiechnęła się pod nosem i powiodła wzrokiem po przedmiotach należących
do Kaariny. Teraz wygląd mieszkania staruszki stał się o wiele bardziej
zrozumiały. W kącie na zapleczu pchlego targu znajdowało się wszystko,
co w jakiś sposób świadczyło o jej osobowości: stara piękna komoda z ozdobnymi uchwytami, koronkowe obrusy, obrazy i grafika, starodawny
ręcznie ustawiany zegar ścienny, dwie małe rzeźby, duże lustro w drewnianej ramie. Zwinięty w rulon ogromny dywan ze wschodnim wzorem
stał oparty o ścianę.
Alanne chciała odrzeć mieszkanie ze wszystkich pięknych elementów. Na
tydzień przed śmiercią usunęła z niego swoje życie i nie przypominało
ono już domu, lecz pozbawiony wyrazu lokal w bloku.
Lekarstwa na raka, przedśmiertne sprzątanie.
Paula nabrała pewności, że kobieta wiedziała, iż wkrótce umrze, i nie
było to tylko przeczucie. Ale czy zdawała sobie po prostu sprawę, że
choroba jest zaawansowana, czy zagrażało jej jeszcze coś innego?
- Odszukaj lekarza, który zajmował się staruszką - poprosiła Renka
wertującego swoją dawną lekturę.
- Tak jest, mein Führer - odparł policjant.
6
Wczesnym wieczorem dziedziniec szpitalny wypełniały samochody. Przez
szklane drzwi oddziału ratunkowego widać było tłum w poczekalni. Na
parkingu wiał lekki, lecz lodowaty wiatr.
Meri Kaikkonen czekała przed budynkiem, na rogu, jak obiecała, i paliła
papierosa. Mimo chłodnej pogody miała na sobie tylko fartuch lekarski
zarzucony na ubranie.
- Palący onkolog - powiedział Renko, klucząc wraz z szefową wśród
pojazdów na parkingu. - Występuje równie rzadko jak trzeźwy pisarz.
- Albo inteligentny policjant - dodała Paula.
- Ha, ha, to było dobre. - Roześmiał się, ale w jego głosie zabrzmiała
lekka uraza.
Kaikkonen podniosła rękę w geście powitania i wrzuciła żarzącego się
papierosa do kanalizacji burzowej.
- Szewc bez butów chodzi - oświadczyła pogodnie, wydychając resztki dymu
z płuc.
Paula popatrzyła na kolegę z rozbawieniem, widząc, jak gapi się na
pokrywę studzienki kanalizacyjnej i analizuje, jak szewc ma się do
palącego papierosy doktora.
- Na pewno się pani śpieszy, jak i nam. Więc przejdźmy od razu do rzeczy
- zaproponowała.
- Kaarina Alanne - zaczęła Meri Kaikkonen, jakby mówiła do dyktafonu. -
Zaawansowany nowotwór piersi, kobieta nie zgodziła się na operację.
Diagnozę postawiono pod koniec zeszłego roku. Dwa tygodnie temu
oceniłam, że ma jeszcze kilka tygodni życia, najwyżej parę miesięcy.
Widać, że moja ocena była prawidłowa.
Renko otworzył usta, ale Paula chrząknęła: chciała mu tym dać do
zrozumienia, żeby nie zdradził przedwcześnie, jak naprawdę wygląda
sytuacja. Wyszukała w telefonie zdjęcie lekarstw Alanne i spytała, czy
wszystkie były potrzebne i zostały przepisane zmarłej kobiecie.
Kaikkonen wzięła komórkę, powiększyła obraz i obejrzała go starannie, a potem potwierdziła.
- Jak Alanne się zachowała, słysząc, że niedługo umrze? - spytała
śledcza.
- Bardzo spokojnie. Moim zdanie sprawiała wrażenie człowieka, który
pogodził się ze sobą i z życiem. Było w tym coś pięknego - oznajmiła
lekarka.
- Chociaż była samotna - zauważył Renko.
- Nie - sprzeciwiła się Kaikkonen. - Mieszkała sama, ale nie była
samotna. Rozmawiałyśmy o tym, kiedy zauważyłam, że nie podała żadnej
bliskiej osoby. Oświadczyła, że poświęciła się całkowicie swojej pracy.
Poza tym dobrze się czuła we własnym towarzystwie.
- Zawsze przychodziła do poradni sama?
- Tak. I nigdy nie wspomniała o nikim.
- Miała silne bóle? - spytała Paula.
- Tak, cierpiała, ale mogła je wytrzymać.
- Czy pani zdaniem przejawiała autodestrukcyjne zamiary?
- Ależ skąd. Jak to? - spytała zaskoczona Kaikkonen. - Czy ona... dlatego
wyjaśniacie okoliczności jej śmierci? Czy zażyła za dużą dawkę leków? To
niemożliwe, dostawała jednorazowo małą ilość środków przeciwbólowych.
- Jeszcze nie mamy wyników sekcji zwłok - poinformowała ją śledcza. -
Znaleziono ją powieszoną.
Oczy Meri Kaikkonen wypełniły się najpierw przerażeniem, a potem łzami,
które prędko powstrzymała, mrugając. Z kieszeni lekarskiego fartucha
wyciągnęła paczkę chesterfieldów i zapaliła nowego papierosa. Paula
pozwoliła onkolożce zaciągnąć się kilka razy w spokoju.
- Nie mogę w to uwierzyć - powiedziała w końcu lekarka, gdy papieros
dopalił się do połowy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki