Paula Pihlaja (tom 2). Huśtawka - A.M. Ollikainen

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Jeżeli dotrą na szczyt, to ich szansa na powrót będzie jesz­cze mniej­sza. Wie­dzieli o tym, gdy zaczy­nali wspi­naczkę.

Jed­nak teraz wcale o tym nie myślą. Ta wia­do­mość pływa gdzieś głę­boko na obrze­żach umy­słu, gdy ich pię­cio­oso­bowa grupa wcho­dzi po wąskim grzbie­cie w górach Kara­ko­rum, zmie­rza­jąc w stronę Broad Peak wzno­szą­cego się na wyso­kość ponad ośmiu kilo­me­trów.

Widzą ogromny stru­mień lodowy, a za nim rysu­jącą się górę K2 o ostrych zbo­czach, jesz­cze wyż­szą niż Broad Peak. Idący na prze­dzie męż­czy­zna wspiął się tam już raz, podob­nie jak trzy­ma­jący się na końcu Ame­ry­ka­nin.

Naj­nie­bez­piecz­niej­szy ze wszyst­kich masyw gór­ski Anna­purna bie­rze sobie za ofiarę co trze­cią osobę wcho­dzącą na jej wierz­cho­łek. Ale K2 w Kara­ko­rum jest jesz­cze bar­dziej pod­stępna i okrutna. Czę­sto pozwala się zdo­być i każe sobie pła­cić dopiero przy scho­dze­niu. Tych dwóch odważ­nych zeszło z niej, zacho­wu­jąc życie.

Niebo jest ciem­no­nie­bie­skie, bez­chmurne. Świa­tło i cień bawią się ze sobą, rysu­jąc ostre kra­wę­dzie skał. Wtem w kra­jo­bra­zie poja­wia się mały czer­wony punkt, kro­pla krwi na mlecz­no­bia­łej skó­rze Kró­lewny Śnieżki.

Opada powoli, nie pozo­sta­wia­jąc po sobie śladu, jakby spły­wała po wodo­od­por­nej tka­ni­nie.

Jeden z człon­ków grupy zauważa to, stuka idą­cego przed nim w plecy i poka­zuje. Wtedy kro­pla krwi zastyga.

W odle­gło­ści kilku godzin drogi idzie przed nimi grupa Kana­dyj­czy­ków. Osoba w czer­wo­nej kurtce pew­nie do niej należy. Z jakie­goś powodu musiała zawró­cić, pod­czas gdy pozo­stali kon­ty­nu­ują wspi­naczkę. Kana­dyj­czycy są z pew­no­ścią daleko w stre­fie śmierci, pra­wie na szczy­cie.

Kro­pla utrzy­muje się cały czas w zasięgu wzroku i po pół­go­dzi­nie nabiera wyraź­niej­szego kształtu czło­wieka. Ubrany w czer­woną kurtkę scho­dzący klę­czy przy dro­dze, jakby medy­to­wał, patrząc na dach świata. Pod­niósł rękę, w któ­rej ści­ska cze­kan.

Może chce wspiąć się do nieba.

Męż­czy­zna, który pierw­szy dociera do medy­tu­ją­cej osoby, pochyla się nad nią. To dość młoda kobieta. Męż­czy­zna roz­po­znaje u niej objawy hipo­ter­mii. Zatrzy­mała się, zaczęła roz­bie­rać, roz­pięła kurtkę i ścią­gnęła czapkę. Pola­ry­za­cyjne oku­lary prze­ciw­sło­neczne spa­dły na zie­mię, gdy zdjęła ocie­placz na szyję. W kąciku jej ust nagro­ma­dziła się krwi­sta ślina. Cho­roba wyso­ko­ściowa, to dla­tego musiała zawró­cić przed osią­gnię­ciem szczytu.

Męż­czy­zna zdej­muje na chwilę z oczu oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Dotyka lekko szyi klę­czą­cej, wydaje mu się zimna. Wtedy kobieta robi zamach. Może to reak­cja obronna spo­wo­do­wana oszo­ło­mie­niem albo bez­wolny odruch. Ude­rze­nie nie jest mocne, jeśli w ogóle można je nazwać ude­rze­niem. Ręka po pro­stu opada, ale cze­kan robi długą ranę na twa­rzy męż­czy­zny.

Ten prze­klina w swoim języku: "Cho­lera!".

Instynk­tow­nie chwyta kobietę za szyję.

Ści­ska ją przez chwilę obu­rącz ogar­nięty furią.

Trójka jego towa­rzy­szy, dwóch męż­czyzn i kobieta, pró­bują go powstrzy­mać. Łapią go za ręce i barki, ale nie mogą go od niej ode­rwać. Wszy­scy czworo widzą swoje odbi­cia w oku umie­ra­ją­cej kobiety, brą­zową tęczówkę ota­cza czer­wony krąg wybro­czyn. Wygląda niczym korona pod­czas cał­ko­wi­tego zaćmie­nia słońca.

W końcu furia opusz­cza ran­nego męż­czy­znę, który poluź­nia uścisk. Kana­dyjka w czer­wo­nej kurtce pada czo­łem na śnieg i zostaje w pozy­cji modli­tew­nej, kła­nia­jąc się okrut­nemu bogu Kara­ko­rum.

Piąty czło­nek grupy, obser­wu­jący sytu­ację z boku Ame­ry­ka­nin, wyciąga pod­ręczną apteczkę.

Razem z kobietą nale­żącą do ich grupy ogląda ranę na twa­rzy męż­czy­zny.

- It's not so bad - stwier­dza i nakleja pla­ster na roz­cięte miej­sce.

Przy­po­mina towa­rzy­szom, że i tak nic nie mogliby zro­bić dla Kana­dyjki. Musie­liby ją pozo­sta­wić na śmierć.

- Wiem - odpo­wiada po angiel­sku ranny męż­czy­zna.

- Chyba stało się lepiej - mówi Ame­ry­ka­nin.

- Zapo­mnijmy o tym - radzi kobieta ran­nemu męż­czyź­nie. - Nie mówmy o tym wię­cej.

- Ni­gdy - szep­cze ten po fiń­sku.

Zakłada z powro­tem podane mu przez kobietę oku­lary.

Ostatni z grupy męż­czy­zna na­dal stoi przy pochy­lo­nej jak do modli­twy mar­twej Kana­dyjce. Pod­nosi ją na chwilę do pozy­cji klę­czą­cej, zasuwa zamek kurtki, tak aby nie było widać śla­dów na szyi.

W otwarte oczy kobiety wta­pia się pustka gór­skich szczy­tów.

Męż­czy­zna opusz­cza ciało do pozy­cji modli­tew­nej, zakłada tro­skli­wie oko­lony futrem kap­tur na głowę. Usta­wia cze­kan przed zmarłą niczym dar ofiarny.

Kobieta zostaje tak, może na wieczne czasy. Kana­dyj­czycy nie zabiorą towa­rzyszki ze sobą pod­czas scho­dze­nia. Będzie dobrze, jeżeli dotrą na dół żywi.

Pię­cio­oso­bowa grupa kon­ty­nu­uje wspi­naczkę. Po godzi­nie docie­rają do strefy śmierci, która tam­tego dnia kąpie się w ostrym słońcu.

Wresz­cie stają na szczy­cie. Ranny wyciąga apa­rat foto­gra­ficzny i robi Ame­ry­ka­ni­nowi zdję­cie z gwiaź­dzi­stą flagą, ten następ­nie przej­muje apa­rat, a pozo­stali usta­wiają się do foto­gra­fii, począt­kowo w parach. Trzy­mają mię­dzy sobą flagę w bar­wach kra­jo­brazu roz­cią­ga­ją­cego się ze szczytu góry. Ciem­no­nie­bie­ski jak niebo krzyż na śnież­no­bia­łym tle. Te kolory na dachu świata są kolo­rami ich rodzin­nego kraju, cho­ciaż tam góry przy­po­mi­nają marne wypustki i wła­ści­wie nie są górami.

Zaraz zacznie się naj­trud­niej­sza i naj­nie­bez­piecz­niej­sza część podróży, wędrówka w dół. Jesz­cze raz wodzą wzro­kiem po szczy­tach Kara­ko­rum.

Jedno z nich nie może prze­stać myśleć o szkla­nych oczach, o odbi­ja­ją­cej się w nich wszech­moc­nej pustce.

Ukry­tym we wzroku cie­niu, który zaćmił słońce.

Nad­cho­dzi czas, by wyru­szyć na dół, w ponure cie­nie gór.

1

Paula leżała na pod­ło­dze w kuchni na brzu­chu z nosem przy­tknię­tym do baweł­nia­nego dywanu w nie­bie­sko-czarne pasy, z któ­rego uno­siła się woń kurzu i brudu.

Dostała go w pre­zen­cie od babci, gdy po skoń­cze­niu liceum wypro­wa­dziła się z domu. Towa­rzy­szył jej przez dwa­dzie­ścia lat w kolejno wynaj­mo­wa­nych pomiesz­cze­niach. Okry­wał pod­łogę w aka­de­mi­kach, kawa­ler­kach śród­mie­ścia, w dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu sze­re­gowca we wschod­niej dziel­nicy Hel­si­nek i długo w pew­nym nowym trzy­po­ko­jo­wym lokalu na przy­jem­nym i spo­koj­nym osie­dlu w tych cza­sach, kiedy wyobra­żała sobie, że może żyć z kimś w związku i zało­żyć rodzinę.

Gdy wyjeż­dżała stam­tąd, jej rze­czy zmie­ściły się tylko do jed­nej cię­ża­rówki.

Już raz odwró­ciła dywan na drugą stronę. Nie pamię­tała, kiedy ostat­nio go prała. Obie­cała sobie, że zrobi to natych­miast, gdy tylko pogoda się poprawi i otwo­rzą pomo­sty do pra­nia. Albo nie, zawie­zie go do pralni. Od razu, jutro.

Głos Renka docho­dził głu­chym dźwię­kiem z tele­fonu, który wypadł jej z ręki pod stół. Kolega widocz­nie coś powta­rzał, nawo­ły­wał: "Hu, hu, sły­szysz? Hu, hu, sły­szysz?". W każ­dym razie tak to brzmiało, a ona wyobra­ziła sobie, jak on głu­pio musi teraz wyglą­dać, ukła­da­jąc wargi do pohu­ki­wa­nia. Mil­czała i poru­szała pal­cami pra­wej nogi. Potem odwró­ciła ostroż­nie głowę. Z tele­fonu pod sto­łem na­dal roz­cho­dziły się dźwięki.

Cho­lera, Renko, daj sobie spo­kój, pomy­ślała. Zamru­gała oczami, żeby zebrana w nich wil­goć znik­nęła, zanim zamieni się w łzy. Płacz nie był jej teraz wcale potrzebny. Unio­sła się do pozy­cji na czwo­ra­kach. Nogi znów wyda­wały się cał­kiem zwy­czajne, zna­jome, wła­sne, takie, do któ­rych można mieć zaufa­nie. Chwy­ciła tele­fon. Usły­szała ponow­nie przy­tłu­miony głos Renka, jakby roz­ma­wiał z kimś z oży­wie­niem i trzy­mał komórkę przy uchu, na wypa­dek gdyby się ode­zwała. Paula roz­łą­czyła się, wyłą­czyła apa­rat i wresz­cie odwa­żyła się ode­tchnąć głę­boko i gło­śno.

Zaraz musi oddzwo­nić. Renko nie prze­szka­dzałby jej w wolny dzień z powodu bła­hostki.

Dołą­czył do jej zespołu jesie­nią zeszłego roku. Paula popro­siła o to szefa, który na jej życze­nie zacho­wał do wła­snej wia­do­mo­ści fakt, że to ona wystą­piła o prze­nie­sie­nie Renka. Śled­czy nie potrze­bo­wał dodat­ko­wego powodu do dumy, żeby wzmoc­nić poczu­cie wła­snej war­to­ści. Wprost prze­ciw­nie. Facet taki jak on zaczy­nał popeł­niać błędy, jeżeli był za bar­dzo zadu­fany. Latem ubie­głego roku tak się wła­śnie stało. Led­wie ura­to­wał się przed uto­nię­ciem, kiedy przez wła­sną głu­potę został zamknięty w kon­te­ne­rze.

Wstała i nalała wody do szklanki. Od dziecka tak reago­wała na wszel­kie nie­przy­jemne sprawy. Przy­czyną tego był ojciec, który pro­po­no­wał wodę jako lekar­stwo na wszyst­kie moż­liwe pro­blemy. Brzuch cię boli? Napij się wody. Boli cię głowa? Napij się wody. Mar­twisz się? Napij się wody. Wyni­kało to praw­do­po­dob­nie z jego bez­rad­no­ści. Po śmierci żony został sam z dwoj­giem małych dzieci i był cał­ko­wi­cie nie­przy­go­to­wany do zadań wycho­waw­czych. Dokład­nie tych słów uży­wał póź­niej w prze­pra­sza­ją­cym kon­tek­ście po kilku szkla­necz­kach whi­sky: "cał­ko­wi­cie nie­przy­go­to­wany do zadań wycho­waw­czych".

To nic, powie­działa wtedy Paula, cho­ciaż myślała ina­czej. Ow­szem, to było coś, i to jesz­cze jak.

Wypiła połowę zawar­to­ści szklanki, prze­cią­gnęła się i unio­sła ramiona. Mię­dzy czub­kami pal­ców a sufi­tem pozo­stało dzie­sięć cen­ty­me­trów. Opu­ściła powoli ręce i zła­pała się za kostki. Mię­śnie wyda­wały się sztywne, czuła napię­cie, zwłasz­cza w pra­wej sto­pie, i przez chwilę oba­wiała się, że znów upad­nie.

Atak, czy cokol­wiek to było, jed­nak minął. Tym razem.

Włą­czyła tele­fon i wybrała ostatni przy­cho­dzący numer.

- Cześć - powi­tał ją Renko. - Masz zepsutą komórkę?

- A ty? - spy­tała szybko. - Sły­sza­łam, że coś mówisz, ale chyba mnie nie sły­sza­łeś.

- Doszedł do mnie jakiś dziwny stu­kot, a potem już nic. Przed chwilą pró­bo­wa­łem znów zadzwo­nić, ale włą­czyła się auto­ma­tyczna sekre­tarka.

Paula, odbie­ra­jąc wcze­śniej tele­fon, wstała od stołu i nagle zna­la­zła się na pod­ło­dze. Stu­kot spo­wo­do­wało na pewno krze­sło, które się przy tym wywró­ciło.

- Może na liniach są jakieś zakłó­ce­nia - powie­działa i przy­po­mniała sobie, że prze­cież nie ma żad­nych linii tele­fo­nicz­nych, tylko sygnały bie­gnące w powie­trzu. Renko nie zwró­cił jed­nak na to uwagi, tylko na szczę­ście prze­szedł do sprawy.

- Mamy tutaj podej­rzane zwłoki, to zna­czy zgon. Pomy­śla­łem, że chcesz je obej­rzeć na świeżo. Cho­ciaż w zasa­dzie nie są świeże, bo wisiały w lesie co naj­mniej przez noc. Tak bym powie­dział, ale oczy­wi­ście nie jestem pato­lo­giem. On jesz­cze nie przy­je­chał na miej­sce, a my jeste­śmy tu z Karhu pra­wie godzinę. Jesz­cze nie zostały ścią­gnięte.

- Co?

- Tak, sto­imy co naj­mniej od pół godziny i jest dość zimno, wieje od morza. W powie­trzu nie czuć za bar­dzo wio­sny. Widzia­łem po dro­dze dwie przy­laszczki, i nie mam na myśli tych poli­cjan­tów, któ­rzy poja­wili się jako pierwsi na m...

- Co nie zostało ścią­gnięte? - prze­rwała mu Paula.

- Co? No oczy­wi­ście zwłoki. Na ratu­nek było za późno. Ratow­nicy przy­je­chali i stwier­dzili, że nic nie da się zro­bić. Pomy­śla­łem, że zechcesz je obej­rzeć tu, na miej­scu.

- Ktoś się powie­sił w lesie. To prze­cież samo­bój­stwo - powie­działa tro­chę poiry­to­wana. Czy Renko naprawdę dzwo­nił tylko z powodu samo­bój­stwa?

- Pozor­nie tak to wygląda. Jest w tym jed­nak coś dziw­nego - oświad­czył poli­cjant.

- Instynkt ci to pod­po­wiada?

Renko się roze­śmiał. Znał Paulę na tyle dobrze, żeby wyło­wić iro­nię w jej gło­sie. Odchrząk­nął i zro­bił małą prze­rwę, a ona w ocze­ki­wa­niu na jej zakoń­cze­nie pode­szła przed lustro w przed­po­koju, żeby spraw­dzić, czy upa­dek zosta­wił na niej jakieś ślady.

- To stara kobieta - poin­for­mo­wał w końcu kolega.

Paula ujrzała w lustrze swoje nagłe zdzi­wie­nie.

- Jak stara? - spy­tała z zain­te­re­so­wa­niem.

- Na pewno powy­żej sie­dem­dzie­siątki. Gdy­bym ją spo­tkał na ulicy, powie­dział­bym, że to bab­cia.

Stare kobiety nie wie­szają się w lesie, pomy­ślała śled­cza. Przy­trzy­mała ramie­niem komórkę i zaczęła wkła­dać krót­kie kalo­sze. Tele­fon wyśli­zgnął się i spadł na pod­łogę przez kratkę sto­jaka na obu­wie. Zaklęła i znów usły­szała, jak Renko nawo­łuje ją głu­cho:

- Hu, hu, sły­szysz?

- Sły­szę! - krzyk­nęła, pró­bu­jąc wydo­być apa­rat spod sto­jaka. - Gdzie jeste­ście?

- W Meri-Rastili! - odkrzyk­nął w tej samej chwili, w któ­rej przy­ło­żyła tele­fon do ucha.

- Nie musisz wrzesz­czeć, teraz sły­chać dobrze. Zaraz wyjeż­dżam.

- Zadzwoń, jak będziesz w pobliżu. I ubierz się cie­pło.

Paula spoj­rzała bez­wied­nie na wiszącą obok wybla­kłą kurtkę.

Nie miała pew­no­ści, czy w gło­sie kolegi nie sły­chać było iro­nii.

2

Renko mylił się, jeżeli cho­dziło o wio­snę. Wpraw­dzie w powie­trzu jej się nie czuło, ale na obrze­żach tras spa­ce­ro­wych poja­wiały się tu i ówdzie nie­bie­skie i białe punkty, pierw­sze uparte przy­laszczki o tej porze roku.

Leśna ścieżka wio­dła przez wpy­cha­jący się w morze cypel poro­śnięty sta­rymi drze­wami. Zosta­wiła samo­chód tam, gdzie pora­dził jej kolega, na bocz­nej dróżce zamknię­tej szla­ba­nem.

Z naprze­ciwka nade­szło star­sze mał­żeń­stwo. Męż­czy­zna o poważ­nym wyra­zie twa­rzy zatrzy­mał się na jej widok, a kobieta obej­rzała się za sie­bie prze­stra­szona.

- Nie warto iść dalej, trasa jest zamknięta - powie­dział męż­czy­zna.

- To nic, jestem poli­cjantką - oświad­czyła Paula i od razu poża­ło­wała swo­ich słów.

- Czy coś się stało? - spy­tała zacie­ka­wiona kobieta. Oboje nawet nie drgnęli, żeby ją prze­pu­ścić, więc musiała zejść w las.

- Sytu­acja jest pod kon­trolą poli­cji - oznaj­miła uspo­ka­ja­jąco i zmu­siła się do uśmie­chu, zanim prze­ci­snęła się hała­śli­wie przez małe krzaki, aby omi­nąć mał­żeń­stwo.

Wybo­ista ścieżka pro­wa­dziła pod górę na nie­wiel­kie wznie­sie­nie, a następ­nie skrę­cała w stronę morza prze­świ­tu­ją­cego przez gołe drzewa. Mię­dzy dwiema nie­wiel­kimi jarzę­bi­nami prze­cią­gnięto kawa­łek taśmy poli­cyj­nej. Gdy Paula schy­liła się, żeby przejść pod nią, usły­szała, jak wzywa ją Renko. W lesie w odle­gło­ści około pięć­dzie­się­ciu metrów od ścieżki ujrzała dwa białe kap­tury.

Wycią­gnęła z ple­caka kom­bi­ne­zon ochronny i ręka­wiczki i je wło­żyła, a potem zeszła z drogi i skie­ro­wała się ku poli­cjan­tom. Jej kalo­sze zapa­dały się w mokrych kępach mchu. Tej zimy było wyjąt­kowo dużo śniegu. Ponadto w nocy padał tak obfity deszcz, że jego szum ją obu­dził na chwilę. Jeżeli znaj­duje się na miej­scu zbrodni, to trudno im będzie zna­leźć dowody. W każ­dym razie wła­śnie je zbie­rano: dwóch ubra­nych na biało kry­mi­na­li­sty­ków przy­kuc­nęło koło wiel­kiej sta­rej brzozy. Nagle Paula dostrze­gła ciało i się zatrzy­mała.

Ten obraz cią­gle powo­do­wał u niej skurcz żołądka, cho­ciaż wie­lo­krot­nie widziała mar­twych ludzi. Jed­nak od ostat­niego razu, kiedy ujrzała wisielca, upły­nęły lata, ponie­waż komi­sa­rza wydziału zabójstw nie wzy­wano, gdy w grę wcho­dziło samo­bój­stwo. Ale powie­szony czło­wiek wyglą­dał zawsze tak samo roz­pacz­li­wie; przy­wo­dził na myśl ode­rwaną nitkę, któ­rej bli­scy na ogół nie mogli z niczym powią­zać.

Zwłoki wisiały na cien­kim, poma­rań­czo­wym, nylo­no­wym sznu­rze, zawią­za­nym kil­ka­krot­nie wokół gałęzi brzozy. Drugi jego koniec cho­wał się gdzieś za drze­wem.

Drob­nej postury kobieta miała na sobie czer­woną kurtkę wia­trówkę, ale ze ścieżki nie można jej było zauwa­żyć, bo zasła­niały ją drzewa i wzno­szący się teren. Zmarła nosiła czarne obu­wie spor­towe Nike, popu­larne kilka lat temu wśród nasto­lat­ków.

- I co powiesz? - zaczął Renko, lecz Paula uci­szyła go, uno­sząc dłoń. Zbli­żała się do ciała powoli, zatrzy­mu­jąc się co krok, żeby obej­rzeć oto­cze­nie. Gdy zna­la­zła się tuż obok mar­twej kobiety, zro­zu­miała, dla­czego kolega ją wezwał.

Kępy mchu pod zwło­kami wyda­wały się nie­tknięte i nieco dalej też nie zauwa­żyła niczego, na czym sta­ruszka mogłaby sta­nąć, żeby zawią­zać sznur na gałęzi. Oprócz tego ciało wisiało za wysoko. Kobieta musia­łaby przy­nieść do lasu co naj­mniej tabo­ret kuchenny albo dra­binę, żeby zre­ali­zo­wać swój zamiar, ponie­waż odle­głość mię­dzy jej sto­pami a zie­mią wyno­siła około metra. Praw­do­po­dob­nie dla­tego ci, któ­rzy pierwsi przy­byli na miej­sce, nie ścią­gnęli jej z drzewa.

Trzy­ma­nie zmar­łej na sznu­rze dłu­żej niż to konieczne ozna­czało brak sza­cunku dla ofiary. Nie odcięto jej jed­nak od razu i Paula uznała, że poczeka z tym na pato­loga.

- No i jak? Czy bab­cia mogła sama się wdra­pać na drzewo? - spy­tał Renko.

Karhu obrzu­cił go wście­kłym spoj­rze­niem i zaci­snął wargi, ale Paula popa­trzyła na niego uspo­ka­ja­jąco.

- Dla­czego jej nie ścią­gnęli? - spy­tała.

- Zwłoki były sztywne jak kamień, gdy przy­je­chało pogo­to­wie. Lekarz z karetki powie­dział, że nie chce robić więk­szego bała­ganu na miej­scu. Sam też uwa­żał, że to podej­rzana sprawa.

- A więc to nie było twoje celne spo­strze­że­nie - stwier­dziła uszczy­pli­wie Paula. - Kto tu jesz­cze przy­je­chał oprócz pogo­to­wia i was?

Renko oświad­czył, że zwłoki zna­lazł o siód­mej rano prze­cho­dzień, kiedy jego pies odbiegł na bok i zaczął szcze­kać. Ten czło­wiek wró­cił na ścieżkę, gdy tylko zauwa­żył ciało. Dro­gówka ogro­dziła teren i pil­no­wała go do czasu, aż przy­je­chali tech­nicy.

- My też przy­je­cha­li­śmy jak naj­szyb­ciej. Nawet nie dopi­li­śmy kawy - wyja­śniał.

- A żeby cię pokrę­ciło - mruk­nął Karhu.

- Co o tym myślisz? - zagad­nęła go Paula.

- Jesz­cze nic. To może być rów­nie dobrze samo­bój­stwo, dziw­niej­sze rze­czy się widziało.

- Na przy­kład co? - spy­tał Renko.

- Sądząc po ubra­niu, zmarła mogła tutaj zwy­czaj­nie spa­ce­ro­wać - kon­ty­nu­ował Karhu, nie zwa­ża­jąc na kolegę. - Chyba że...

- Chyba że ktoś ją zaata­ko­wał - uzu­peł­niła Paula i poki­wała głową. - Czy w oko­licy zna­le­ziono jakieś ślady?

- Sta­ra­li­śmy się omi­jać to miej­sce, aby nie wdep­tać mate­riału dowo­do­wego w trawę - oznaj­mił Renko. - Zauwa­ży­łem tu jesz­cze jedną dziwną rzecz. Albo drugą oprócz tej, że ona nie mogła wejść tam o wła­snych siłach. Cho­ciaż sam już nie wiem, może nie doce­niam fizycz­nych umie­jęt­no­ści star­szych kobiet. Moja bab­cia...

Paula prze­stała słu­chać i spoj­rzała w kie­runku, na który wska­zy­wał Karhu. W odle­gło­ści około pię­ciu metrów od drzewa znaj­do­wał się mały jasny kop­czyk cze­goś, co przy­po­mi­nało pia­sek.

- ...i w obu rękach nio­sła wia­dra pełne boró­wek - dokoń­czył Renko.

- Kto? - spy­tała.

- Moja bab­cia - odparł.

Paula nie zadała sobie nawet trudu, żeby prych­nąć. Zamiast tego zbli­żyła się na kilka kro­ków do kop­czyka, patrząc uważ­nie pod nogi.

Nie był duży, przy­po­mi­nał raczej nie­wielką kupkę. W cza­sie desz­czu chyba się tro­chę obni­żył, cho­ciaż miała wra­że­nie, że ktoś go roz­rzu­cił. Na wierz­chu zdą­żył już wyschnąć. Poli­cjantka przy­kuc­nęła i wzięła na dłoń z kop­czyka tro­chę pia­sku. Był drobny, jasny i gładki, zupeł­nie nie przy­po­mi­nał świeżo wyko­pa­nego z ziemi, tylko ten, który spo­tyka się na pla­żach w połu­dnio­wych kra­jach.

- To pia­sek do spoin - oświad­czył Renko. - Przy­naj­mniej na taki wygląda.

- Skąd wiesz? - spy­tała ze zdzi­wie­niem Paula.

- Żona chciała wymie­nić kafelki zeszłego lata. Straszna robota. W domu został nam worek wła­śnie takiego pia­sku.

On chyba miał rację. W samym środku nęka­nego zimą, mokrego i pozba­wio­nego liści lasu deli­katny pia­sek wyko­rzy­sty­wany do robie­nia spoin wyda­wał się czymś nie­na­tu­ral­nym. Nawet jeśli nie ist­niał powód, by przy­pusz­czać, że miał jaki­kol­wiek zwią­zek z kobietą powie­szoną na drze­wie.

Jed­nak zarówno zmarła, jak i pia­sek nie byli czę­ścią lasu.

3

Paula roz­glą­dała się zacie­ka­wiona po skrom­nym dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu w bloku sto­ją­cym zale­d­wie w odle­gło­ści pół kilo­me­tra od cypla, gdzie zna­le­ziono ciało.

Salon miał cha­rak­te­ry­styczny dla star­szych ludzi wystrój: znisz­czona, ale ładna sofa obita welu­rem, przed nią goły stół, na któ­rym leżał pilot do tele­wi­zora. Na pod­ło­dze nie było dywanu, praw­do­po­dob­nie dla­tego, żeby wła­ści­cielce łatwiej się sprzą­tało. Do sypialni poli­cjantka zaj­rzała wcze­śniej, pomiesz­cze­nie wyglą­dało tak samo: łóżko, sto­lik nocny i fotel, brak dywanu na pod­ło­dze.

Toż­sa­mość kobiety wyja­śniła się szybko, gdy przy­je­chał pato­log i zwłoki opusz­czono na zie­mię. W kie­szeni czer­wo­nej wia­trówki zna­le­ziono klu­cze do miesz­ka­nia i kartę pasa­żera przed­się­bior­stwa komu­ni­ka­cyj­nego HSL. Renko spraw­dził, gdzie prze­by­wają aku­rat naj­bliżsi kon­tro­le­rzy bile­tów, i pod­rzu­cił im kartę do wery­fi­ka­cji. Dzięki temu dowie­dzieli się, jaki jest oso­bowy numer iden­ty­fi­ka­cyjny użyt­kow­nika. Dane paso­wały do wieku i płci zmar­łej.

Z infor­ma­cji pobra­nych z ewi­den­cji lud­no­ści wyni­kało, że osiem­dzie­się­cio­let­nia Kaarina Alanne miesz­kała w tym lokalu ponad dwa­dzie­ścia lat i nie miała żad­nych bli­skich.

Ani jed­nego krew­nego, któ­rego można by powia­do­mić o jej śmierci.

W Fin­lan­dii nie było to takie nie­spo­ty­kane. Ten kraj jest pełen samot­nych sta­rych ludzi, pomy­ślała Paula. Jed­nak sprawa nie sta­wała się przez to ani tro­chę mniej smutna.

Renko prze­su­wał coś z brzę­kiem w kuchni, otwie­rał i zamy­kał drzwiczki sza­fek. Nato­miast ona sku­piła się na regale. Mebel był wyko­nany w stylu, który wła­ści­wie nie paso­wał na książki, zapeł­niało się go zdję­ciami z wesela, szkol­nymi foto­gra­fiami wnu­ków i tanimi bibe­lo­tami przy­wie­zio­nymi z przy­pad­ko­wych wycie­czek zagra­nicz­nych. Te ostat­nie też tutaj stały: przy­po­mi­na­jący grec­kie wyroby talerz, czer­wona maska oraz wachlarz z tan­cerką fla­menco. W szkla­nej witry­nie usta­wiono luźno wazony i mały ser­wis do kawy. Na kilku zare­zer­wo­wa­nych dla ksią­żek pół­kach znaj­do­wał się zbiór róż­nych dzieł, w więk­szo­ści bez obwo­luty, oraz tania seria jakie­goś klubu czy­tel­ni­ków. Pew­nie zostały przy­nie­sione z wyprze­daży na pchlim targu, skąd można je brać za darmo.

Wyglą­dało na to, że Kaarina Alanne żyła przez swoje ostat­nie lata skrom­nie i spo­koj­nie. Nie byłoby więc niczym nie­zwy­kłym, gdyby się oka­zało, że chciała odejść z tego świata i unik­nąć ewen­tu­al­nych cier­pień: bole­snej i samot­nej wege­ta­cji w jakimś szpi­talu na oddziale dla prze­wle­kle cho­rych lub w domu opieki dotknięta demen­cją.

- Czy ty myjesz kubki po jogur­cie? - spy­tał Renko, zer­ka­jąc zza rogu połą­czo­nej z salo­nem kuchni.

- Nie jadam jogurtu - odparła Paula.

- Kaarina Alanne jadała. I myła kubki. Tutaj jest ich chyba ze sto.

Śled­cza poczuła wzru­sze­nie na myśl, że sta­ruszka zawsze po opróż­nie­niu pojem­nika myła go i wkła­dała do szafki, gdzie cze­kał na ponowne wyko­rzy­sta­nie, co mogło ni­gdy nie nastą­pić, o czym kobieta zapewne wie­działa. Praw­do­po­dob­nie robiła tak zawsze i nie potra­fiła zre­zy­gno­wać z tego zwy­czaju, który na początku wziął się na pewno z jakie­goś sen­sow­nego powodu.

- Co jesz­cze zna­la­złeś?

Na stole leżała brą­zo­wawa cerata, a na niej gazeta z krzy­żów­kami otwarta na wypeł­nio­nym w poło­wie zada­niu. Było łatwe, można nim było zabić czas, nie wysi­la­jąc się spe­cjal­nie. Kaarina Alanne zdą­żyła roz­wią­zać dwa kla­syczne hasła w lewym dol­nym rogu: poziomo CHA­PLIN, pio­nowo LADD. Słowa OONA i ALAN krzy­żo­wały się na "n". Wsta­wione pisa­kiem przez kobietę litery były okrą­głe i równe.

- Tutaj nie ma nic takiego, co by wyja­śniało, dla­czego sta­ruszka powie­siła się na drze­wie - stwier­dził. - Tylko naczy­nia, rachunki ze sklepu spo­żyw­czego, lekar­stwa.

- Jakie lekar­stwa?

- Jesz­cze ich nie przej­rza­łem - odparł, poka­zu­jąc na fiolki i pudełka sto­jące na bla­cie kuchen­nym obok eks­presu do kawy. Paula wzięła jedno z opa­ko­wań.

- Bupre­nor­fina - prze­czy­tała napis na ety­kie­cie. - To silny lek prze­ciw­bó­lowy.

- Prze­cież tym można się zabić łatwiej niż za pomocą sznura w lesie - powie­dział zdzi­wiony Renko.

Cho­ciaż poli­cjantka nie znała zbyt dobrze dzia­ła­nia tego pre­pa­ratu, pomy­ślała o tym samym. Popa­trzyła na drugą fiolkę: Eks­e­me­stan. Zdjęła latek­sową ręka­wiczkę i wpi­sała nazwę leku do wyszu­ki­warki w tele­fo­nie.

- Eks­e­me­stan sto­suje się w lecze­niu zaawan­so­wa­nego hor­mo­no­za­leż­nego raka piersi - prze­czy­tała na głos frag­ment ulotki zna­le­zio­nej w inter­ne­cie.

- Kaarina była więc poważ­nie chora - doszedł do wnio­sku Renko.

- Jest to jakiś powód do popeł­nie­nia samo­bój­stwa - stwier­dziła Paula.

Ale nie w taki spo­sób, dodała w myślach.

4

Hej, Paula, zauwa­ży­łem, że od two­jego ostat­niego spraw­dzianu na kon­dy­cję minęło tro­chę ponad trzy lata. Załatw tę sprawę, gdy będziesz miała czas.

Pena

Gapiła się przez chwilę na wia­do­mość mej­lową, zanim wyrzu­ciła ją do kosza. Po chwili odzy­skała ją stam­tąd i odpo­wie­działa sze­fowi, że przy pierw­szej nada­rza­ją­cej się oka­zji zare­zer­wuje ter­min na spraw­dzian.

Nie zamie­rzała go jed­nak infor­mo­wać, że wcze­śniej pojawi się nie­ocze­ki­wana prze­szkoda, z powodu któ­rej trzeba będzie prze­su­nąć test. Jed­nak zawsze otrzy­my­wała bar­dzo dobre wyniki, więc pew­nie szef nie będzie się jej cze­piał.

Ile razy można prze­su­wać spraw­dzian bez kon­se­kwen­cji?

Dotknęła bez­wied­nie pra­wej łydki. Wyda­wała się nor­malna. Nato­miast w pal­cach dłoni poczuła dziwne mro­wie­nie. A może sobie to tylko wyobra­żała? Popa­trzyła na swoją rękę jak na ewen­tu­al­nego wroga.

- No tak - powie­dział sto­jący za nią Har­ti­ka­inen niczym stary gospo­darz pod­czas przy­ję­cia w domu. - Tu by były te wia­do­mo­ści, jeżeli cię one inte­re­sują.

Nie cze­ka­jąc, zebrał wszel­kie dostępne infor­ma­cje na temat Kaariny Alanne. Nie było ich dużo.

Kobieta uro­dziła się w Hel­sin­kach i tydzień przed śmier­cią zdą­żyła ukoń­czyć osiem­dzie­siątkę. Jed­nak w jej miesz­ka­niu Paula nie zauwa­żyła żad­nych kart z życze­niami ani kwia­tów. Zmarła nie miała bli­skich, ale co ze zna­jo­mymi, któ­rzy powinni o niej pamię­tać? Może z powodu cho­roby nie chciała obcho­dzić rocz­nicy, więc nie wspo­mniała o niej nikomu?

Alanne ni­gdy nie wyszła za mąż ani nie uro­dziła dzieci. Jej jedyny, star­szy o pięć lat brat umarł kil­ka­na­ście lat temu. Naj­bliż­szymi żyją­cymi krew­nymi byli dwaj kuzyni. Pra­co­wała w sek­to­rze socjal­nym, ostat­nio w domu opieki dla star­szych ludzi, po czym prze­szła na eme­ry­turę. W ciągu całego swo­jego życia miesz­kała pod pię­cioma adre­sami w Hel­sin­kach - zawsze samot­nie, z wyjąt­kiem domu rodzin­nego.

- Takie to życie. Nie ma dużo do opo­wia­da­nia - pod­su­mo­wał Har­ti­ka­inen.

- Skon­tak­tuj się z tymi kuzy­nami - popro­siła Paula.

- Już to zro­bi­łem - odparł z zado­wo­le­niem. - Nie sły­szeli o niej nic przez co naj­mniej dzie­sięć ostat­nich lat.

- Co ci powie­dzieli?

- Nic wię­cej ponad te infor­ma­cje, które mamy. Zacho­wy­wała pry­wat­ność, nie odzy­wała się do nich, od wielu lat miesz­kała sama.

- Ktoś musiał ją znać. Może Renko coś znaj­dzie.

Śled­czy został w bloku i dzwo­nił do sąsia­dów, gdy ona poje­chała do komi­sa­riatu. Miesz­kańcy domu byli w więk­szo­ści star­szymi ludźmi. Praw­do­po­dob­nie opije się po uszy kawy, roz­ma­wia­jąc z róż­nymi bab­ciami. Paula wie­działa, że uprzejmy i roz­mowny młody męż­czy­zna spro­wo­kuje star­sze panie do zwie­rzeń o wiele łatwiej niż ona.

- I co sły­chać w Tal­li­nie? - spy­tał Har­ti­ka­inen.

Zasko­czyła ją jego bez­po­śred­niość. Sądziła, że nie opo­wia­dała nikomu o swo­jej ostat­niej podróży na prze­ciwny brzeg zatoki. Czyżby ktoś roz­sie­wał plotki o jej wyjaz­dach?

- Nic takiego, piękne mia­sto - odparła, sta­ra­jąc się mówić lek­kim tonem.

- Chyba masz dobry powód, żeby się tam wałę­sać - kon­ty­nu­ował kolega.

- Skąd wiesz, że się tam wałę­sam? - zapy­tała ostro.

- Zapo­mi­nasz, że jestem poli­cjan­tem - oznaj­mił roz­ba­wiony Har­ti­ka­inen. - Nie trzeba było zosta­wiać w kuchni estoń­skiej cze­ko­lady ani nosić spor­to­wych ciu­chów w rekla­mówce domu towa­ro­wego Kau­ba­maja, jeśli chcia­łaś trzy­mać wycieczkę w tajem­nicy.

Paula miała ochotę ugryźć się w język. Spraw­nie wyja­śniała popeł­nione prze­stęp­stwa, ale nawet nie pomy­ślała o tym, że ktoś zwraca uwagę na jej rekla­mówki - sama nie inte­re­so­wała się życiem swo­ich kole­gów, jeżeli tylko robili, co do nich należy.

- No, nie złość się. Umiem dotrzy­mać tajem­nicy. Pod warun­kiem że mnie pierw­szemu przed­sta­wisz tajem­ni­czego pana Tal­lina.

Paula potrze­bo­wała tro­chę czasu, żeby się zorien­to­wać, co on ma na myśli. Potem roze­śmiała się z ulgą i pró­bo­wała przy­brać tro­chę spe­szoną, ale jed­no­cze­śnie chy­trą minę.

- Auć, przy­ła­pa­łeś mnie.

- Przede mną nic się nie ukryje - stwier­dził Har­ti­ka­inen niczym dobry wujek. - Nie martw się, ta wia­do­mość się nie rozej­dzie. Wiem, jacy oni mogą być.

Przez "onych" miał zapewne na myśli innych poli­cjan­tów, któ­rzy mogli się naigry­wać z estoń­skiego chło­paka swo­jej sze­fo­wej. Cho­ciaż z doświad­cze­nia wie­działa, że to on pierw­szy zaczy­nał szy­dzić z prze­żyć miło­snych kole­gów.

- No ale mogła­byś coś zdra­dzić - kon­ty­nu­ował. - Stary roz­wod­nik tęskni za ero­tycz­nymi tema­tami.

Paula par­sk­nęła śmie­chem i rozej­rzała się wokoło. Otwarte pomiesz­cze­nie biu­rowe było puste. Karhu pew­nie na­dal prze­by­wał na miej­scu zda­rze­nia, gdzie tech­nicy prze­pro­wa­dzali oglę­dziny, podob­nie jak w miesz­ka­niu Kaariny Alanne.

- O czym chcesz wie­dzieć? - spy­tała Paula uszczy­pli­wie, w spo­sób nie­po­dobny do sie­bie.

Dzi­wiła się, że Har­ti­ka­inen wdaje się w taką roz­mowę, któ­rej nie pro­wa­dziłby wcale, gdyby naprawdę była mowa o jej part­ne­rze. Kolega spra­wiał jed­nak wra­że­nie bar­dzo zado­wo­lo­nego z wyni­ków swo­jej detek­ty­wi­stycz­nej pracy i nawet nie zauwa­żył, że sze­fowa zacho­wuje się zupeł­nie ina­czej niż zwy­kle.

- Daj, niech pomy­ślę - powie­dział. - Bru­net czy blon­dyn?

- Ogni­sty bru­net - odparła Paula i pomy­ślała o leka­rzu w tal­liń­skiej pry­wat­nej kli­nice, jasno­wło­sym, chu­dym i spo­koj­nym męż­czyź­nie, który za każ­dym razem patrzył na nią z powagą swo­imi wil­got­nymi, smut­nymi oczami.

- Aha! - zakrzyk­nął poli­cjant. - A ty jesteś chłodną blon­dynką. To jest match made in heaven.

- No dobra, wystar­czy - skwi­to­wała, uda­jąc zakło­po­taną. Znów poczuła mro­wie­nie w pal­cach. Na szczę­ście zadźwię­czał tele­fon i prze­szko­dził Har­ti­ka­ine­nowi w wycią­ga­niu dodat­ko­wych infor­ma­cji na temat jej wyima­gi­no­wa­nego chło­paka. Dzwo­nił Renko i pro­sił, żeby przy­je­chała z powro­tem do wschod­niej dziel­nicy Hel­si­nek.

Wła­śnie odna­lazł rze­czy Kaariny Alanne.

5

Pchli targ Miły Skle­pik znaj­do­wał się w odle­gło­ści około kilo­me­tra od domu kobiety, na par­te­rze sta­rego domu pię­tro­wego. W oknie wysta­wo­wym umiesz­czono na sto­sie ksią­żek wie­kową maszynę do pisa­nia, a wokół nie­zdar­nie wyko­nane szma­ciane lalki.

Renko usiadł na znisz­czo­nym fotelu przy słu­żą­cym za ladę stole i pił nie wia­domo którą z kolei kawę. Wcze­śniej roz­ma­wiał z naj­bliż­szymi sąsia­dami Alanne, któ­rych zastał w domu: trzema star­szymi kobie­tami i mał­żeń­stwem. Znali oni zmarłą tylko ze spo­tkań na kory­ta­rzu, gdzie mówili sobie dzień dobry. Jedna z sąsia­dek zauwa­żyła, że kilka dni temu z jej miesz­ka­nia wyno­szono jakieś rze­czy. Zapy­tała sto­jącą w progu Kaarinę, czy się wypro­wa­dza, a ona odpo­wie­działa, że po pro­stu prze­ka­zuje swoje rucho­mo­ści na szczytny cel.

Sto­jąca za ladą kobieta nie wyglą­dała wcale mło­dziej od Alanne. Praw­do­po­dob­nie była na eme­ry­tu­rze i pro­wa­dziła pchli targ dla wła­snej przy­jem­no­ści.

- Zysk prze­zna­czamy w cało­ści na pomoc psy­chia­tryczną dla dzieci i mło­dzieży - poin­for­mo­wała od razu Paulę, gdy tylko się przed­sta­wiła, i pod­kre­śliła, że nie pobiera za pracę wyna­gro­dze­nia.

- Wspa­niała robota, wspa­niała robota - powta­rzał Renko jak papuga.

- Wspa­niała - dodała poli­cjantka uprzej­mie. - Gdzie one są?

- Cho­dzi pani o rze­czy Kaariny - domy­śliła się sprze­daw­czyni. - Na zaple­czu, jesz­cze cze­kają na wycenę.

Paula roz­glą­dała się po cichym skle­piku, zdzi­wiona tym, że kobieta nie wysta­wiła ich na sprze­daż już w zeszłym tygo­dniu. Sprze­daw­czyni zauwa­żyła to i pośpie­szyła z wyja­śnie­niami - bała się sza­co­wać war­to­ści nie­któ­rych towa­rów samo­dziel­nie, więc popro­siła o pomoc członka sto­wa­rzy­sze­nia pro­wa­dzą­cego pchli targ.

- One wydają mi się bar­dzo cenne - powie­działa.

- Tak? - zdzi­wiła się Paula, przy­po­mi­na­jąc sobie ogo­ło­cone dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie w bloku, w któ­rym nie było nawet dywa­nów. - Dobrze znała pani Kaarinę Alanne?

- Nie­spe­cjal­nie. Wpa­dała tutaj od czasu do czasu, żeby poroz­ma­wiać. Kie­dyś pra­co­wała z dziećmi i dla­tego inte­re­so­wała ją nasza dzia­łal­ność. Ale wie­dzia­łam, że jest chora.

Poli­cjantka spoj­rzała na Renka i unio­sła brwi. Ten pokrę­cił głową na znak, że nie zdra­dził kobie­cie prawdy o śmierci Alanne.

- Kaarina sama o tym powie­działa?

- Tak, wtedy, gdy widzia­łam ją ostatni raz.

- Czyli kiedy?

- W zeszłym tygo­dniu. Zadzwo­niła i zapro­siła mnie do sie­bie, abym wybrała rze­czy, które się nadają do sprze­da­nia na pchlim targu. Nor­mal­nie tego nie robię, ale stwier­dziła, że jestem jedyną osobą, która może jej pomóc. Tak powie­działa.

Sprze­daw­czyni wyja­śniła, że obej­rzała z Kaariną całe miesz­ka­nie i ozna­czyła prze­zna­czone na sprze­daż rze­czy żół­tymi nalep­kami. Robiła to przez wiele godzin, Alanne zamó­wiła dla obu pizzę, ale nie tknęła swo­jej.

- Te leki powo­dują nud­no­ści. Znam się na tym, bo pie­lę­gno­wa­łam mojego nie­ży­ją­cego już męża, zanim tra­fił do hospi­cjum - oświad­czyła. - Kaarina nie miała sił, żeby cokol­wiek pod­nieść. To ja zebra­łam książki i inne ruchome rze­czy do pudeł.

Jeżeli Alanne nie była nawet w sta­nie pod­nieść ksią­żek, to jak udało się jej wdra­pać na wysoką gałąź i się powie­sić?

Paula spoj­rzała na Renka, który sie­dział dziw­nie mil­czący i wyglą­dał na zmor­do­wa­nego. Może zmę­czyły go te wszyst­kie bab­cie sąsiadki i sprze­daw­czyni na pchlim targu.

- Obej­rzyjmy te rze­czy - zapro­po­no­wała.

Kobieta odchy­liła zawie­szoną w drzwiach zasłonę i zapro­wa­dziła ich na zaple­cze, które oka­zało się zaska­ku­jąco duże, więk­sze niż pomiesz­cze­nie z rze­czami prze­zna­czo­nymi do sprze­daży. Było tam pełno róż­nych towa­rów: wyroby tek­stylne w wor­kach na śmieci, buty w rekla­mów­kach, pudła z książ­kami i naczy­niami. Paula rozu­miała, dla­czego nie zdą­żono jesz­cze wyce­nić rze­czy nale­żą­cych do Alanne.

- Cza­sami bli­scy przy­no­szą wszyst­kie przed­mioty, jakie miał zmarły, a my nie mamy odwagi odmó­wić. Część z tego też wylą­duje na śmiet­niku - stwier­dziła kobieta i prze­su­nęła sto­jaki z ubra­niami na bok, aby poli­cjanci mogli wejść dalej do środka. - Pod tym wzglę­dem Kaarina postą­piła mądrze. - Dwóch wolon­ta­riu­szy z towa­rzy­stwa pro­wa­dzą­cego pchli targ zabrało te rze­czy, które sprze­daw­czyni ozna­czyła z bło­go­sła­wień­stwem Alanne. Kobieta chciała zatrzy­mać tylko nie­zbędne meble, potrzebne jej ubra­nia i naczy­nia, a także nie­które pamiątki i tele­wi­zor.

- Podobno można je wywieźć na wysy­pi­sko śmieci, gdy jej już nie będzie, tak powie­działa. To było przed­śmiertne sprzą­ta­nie - stwier­dziła cicho sprze­daw­czyni.

- Takich słów użyła? - spy­tała Paula.

- Tak. Zna­cie dziełko Eevy Kilpi Przed­śmiertne sprzą­ta­nie? Kaarina mi o nim powie­działa. Jest tutaj - poin­for­mo­wała kobieta i poka­zała na sto­jącą w kącie, się­ga­jącą do połowy ściany półkę wypeł­nioną książ­kami.

Pytała sta­ruszkę, czy nie chcia­łaby go zatrzy­mać, skoro jest dla niej ważne. Ale Alanne odparła, że zna je na pamięć i cie­szy się na myśl, że ktoś jesz­cze będzie miał z niego radość. A potem cyto­wała z pamięci obszerne frag­menty książki.

- Sta­rość to aler­gia, na którą cierpi życie - oświad­czyła sprze­daw­czyni. - To zda­nie zapa­dło mi w pamięć.

Alanne była więc oczy­tana, a na pół­kach w miesz­ka­niu pozo­stały te książki, któ­rych nie dałoby się sprze­dać nawet za pół­darmo.

- Tego na razie nie wolno doty­kać. Mówię to poważ­nie. Czy na zaple­cze przy­cho­dzą jacyś inni ludzie poza panią? - spy­tała Paula.

Sprze­daw­czyni pokrę­ciła głową i obie­cała zadbać o to, żeby przed­mioty nale­żące do Alanne stały osobno.

Poli­cjantka pode­szła do regału i przyj­rzała się grzbie­tom ksią­żek. Pra­wie bez wyjątku były to kla­syki lite­ra­tury fiń­skiej i zagra­nicz­nej, w więk­szo­ści stare dzieła, ale znaj­do­wało się tam także kilka nowych.

- Psy­cho­lo­gia mas wobec faszy­zmu - powie­dział sto­jący za jej ple­cami Renko z podzi­wem. - Mocna rzecz, mocna rzecz. Prze­ra­bia­łem tę książkę kie­dyś na kur­sie. Autor twier­dzi, że ludzie stają się faszy­stami, jeśli nie mogą uze­wnętrz­nić swo­jej praw­dzi­wej sek­su­al­no­ści. Hitler rów­nież ukry­wał się ze swoim homo­sek­su­ali­zmem. To fascy­nu­jąca teo­ria, teraz też różni dyk­ta­to­rzy są bar­dzo zain­te­re­so­wani, co ludzie robią w sypial­niach, czy poszcze­gólne urzą­dze­nia pasują do sie­bie, czy...

- Naprawdę? Za moich cza­sów w szkole poli­cyj­nej nie zda­wa­li­śmy z tego egza­minu - rze­kła Paula z lek­kim uśmie­chem, cho­ciaż wie­działa, że kolega nawią­zuje do prze­rwa­nych stu­diów na uni­wer­sy­te­cie.

- Może powin­ni­ście - odparł z wes­tchnie­niem Renko, zda­jąc sobie sprawę, że ona kpi z niego, ale nie mógł się powstrzy­mać i kon­ty­nu­ował: - Ja prze­cież stu­dio­wa­łem dodat­kowo psy­cho­lo­gię i pra­wie ją zali­czy­łem. Główny kie­ru­nek to była filo­zo­fia, podo­bał mi się Nie­tz­sche, on prze­cież prze­ma­wia do mło­dych, ci nad­lu­dzie i tym podobne. Ale na stu­diach naj­bar­dziej lubi­łem Scho­pen­hau­era, jest jesz­cze moc­niej­szy niż Nie­tz­sche.

Sprze­daw­czyni pchlego targu dostała sztucz­nie brzmią­cego ataku kaszlu, a gdy jej prze­szedł, oświad­czyła, że musi iść do pomiesz­cze­nia z kasą. Oni zaś mogą sobie spo­koj­nie oglą­dać rze­czy Alanne.

- Naprawdę tak to było? - spy­tała Paula, gdy kobieta znik­nęła za zasłoną.

- Co?

- To z faszy­zmem.

- Może tro­chę upro­ści­łem sprawę.

Uśmiech­nęła się pod nosem i powio­dła wzro­kiem po przed­mio­tach nale­żą­cych do Kaariny. Teraz wygląd miesz­ka­nia sta­ruszki stał się o wiele bar­dziej zro­zu­miały. W kącie na zaple­czu pchlego targu znaj­do­wało się wszystko, co w jakiś spo­sób świad­czyło o jej oso­bo­wo­ści: stara piękna komoda z ozdob­nymi uchwy­tami, koron­kowe obrusy, obrazy i gra­fika, sta­ro­dawny ręcz­nie usta­wiany zegar ścienny, dwie małe rzeźby, duże lustro w drew­nia­nej ramie. Zwi­nięty w rulon ogromny dywan ze wschod­nim wzo­rem stał oparty o ścianę.

Alanne chciała odrzeć miesz­ka­nie ze wszyst­kich pięk­nych ele­men­tów. Na tydzień przed śmier­cią usu­nęła z niego swoje życie i nie przy­po­mi­nało ono już domu, lecz pozba­wiony wyrazu lokal w bloku.

Lekar­stwa na raka, przed­śmiertne sprzą­ta­nie.

Paula nabrała pew­no­ści, że kobieta wie­działa, iż wkrótce umrze, i nie było to tylko prze­czu­cie. Ale czy zda­wała sobie po pro­stu sprawę, że cho­roba jest zaawan­so­wana, czy zagra­żało jej jesz­cze coś innego?

- Odszu­kaj leka­rza, który zaj­mo­wał się sta­ruszką - popro­siła Renka wer­tu­ją­cego swoją dawną lek­turę.

- Tak jest, mein Führer - odparł poli­cjant.

6

Wcze­snym wie­czo­rem dzie­dzi­niec szpi­talny wypeł­niały samo­chody. Przez szklane drzwi oddziału ratun­ko­wego widać było tłum w pocze­kalni. Na par­kingu wiał lekki, lecz lodo­waty wiatr.

Meri Kaik­ko­nen cze­kała przed budyn­kiem, na rogu, jak obie­cała, i paliła papie­rosa. Mimo chłod­nej pogody miała na sobie tylko far­tuch lekar­ski zarzu­cony na ubra­nie.

- Palący onko­log - powie­dział Renko, klu­cząc wraz z sze­fową wśród pojaz­dów na par­kingu. - Wystę­puje rów­nie rzadko jak trzeźwy pisarz.

- Albo inte­li­gentny poli­cjant - dodała Paula.

- Ha, ha, to było dobre. - Roze­śmiał się, ale w jego gło­sie zabrzmiała lekka uraza.

Kaik­ko­nen pod­nio­sła rękę w geście powi­ta­nia i wrzu­ciła żarzą­cego się papie­rosa do kana­li­za­cji burzo­wej.

- Szewc bez butów cho­dzi - oświad­czyła pogod­nie, wydy­cha­jąc resztki dymu z płuc.

Paula popa­trzyła na kolegę z roz­ba­wie­niem, widząc, jak gapi się na pokrywę stu­dzienki kana­li­za­cyj­nej i ana­li­zuje, jak szewc ma się do palą­cego papie­rosy dok­tora.

- Na pewno się pani śpie­szy, jak i nam. Więc przejdźmy od razu do rze­czy - zapro­po­no­wała.

- Kaarina Alanne - zaczęła Meri Kaik­ko­nen, jakby mówiła do dyk­ta­fonu. - Zaawan­so­wany nowo­twór piersi, kobieta nie zgo­dziła się na ope­ra­cję. Dia­gnozę posta­wiono pod koniec zeszłego roku. Dwa tygo­dnie temu oce­ni­łam, że ma jesz­cze kilka tygo­dni życia, naj­wy­żej parę mie­sięcy. Widać, że moja ocena była pra­wi­dłowa.

Renko otwo­rzył usta, ale Paula chrząk­nęła: chciała mu tym dać do zro­zu­mie­nia, żeby nie zdra­dził przed­wcze­śnie, jak naprawdę wygląda sytu­acja. Wyszu­kała w tele­fo­nie zdję­cie lekarstw Alanne i spy­tała, czy wszyst­kie były potrzebne i zostały prze­pi­sane zmar­łej kobie­cie. Kaik­ko­nen wzięła komórkę, powięk­szyła obraz i obej­rzała go sta­ran­nie, a potem potwier­dziła.

- Jak Alanne się zacho­wała, sły­sząc, że nie­długo umrze? - spy­tała śled­cza.

- Bar­dzo spo­koj­nie. Moim zda­nie spra­wiała wra­że­nie czło­wieka, który pogo­dził się ze sobą i z życiem. Było w tym coś pięk­nego - oznaj­miła lekarka.

- Cho­ciaż była samotna - zauwa­żył Renko.

- Nie - sprze­ci­wiła się Kaik­ko­nen. - Miesz­kała sama, ale nie była samotna. Roz­ma­wia­ły­śmy o tym, kiedy zauwa­ży­łam, że nie podała żad­nej bli­skiej osoby. Oświad­czyła, że poświę­ciła się cał­ko­wi­cie swo­jej pracy. Poza tym dobrze się czuła we wła­snym towa­rzy­stwie.

- Zawsze przy­cho­dziła do poradni sama?

- Tak. I ni­gdy nie wspo­mniała o nikim.

- Miała silne bóle? - spy­tała Paula.

- Tak, cier­piała, ale mogła je wytrzy­mać.

- Czy pani zda­niem prze­ja­wiała auto­de­struk­cyjne zamiary?

- Ależ skąd. Jak to? - spy­tała zasko­czona Kaik­ko­nen. - Czy ona... dla­tego wyja­śnia­cie oko­licz­no­ści jej śmierci? Czy zażyła za dużą dawkę leków? To nie­moż­liwe, dosta­wała jed­no­ra­zowo małą ilość środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych.

- Jesz­cze nie mamy wyni­ków sek­cji zwłok - poin­for­mo­wała ją śled­cza. - Zna­le­ziono ją powie­szoną.

Oczy Meri Kaik­ko­nen wypeł­niły się naj­pierw prze­ra­że­niem, a potem łzami, które prędko powstrzy­mała, mru­ga­jąc. Z kie­szeni lekar­skiego far­tu­cha wycią­gnęła paczkę che­ster­fiel­dów i zapa­liła nowego papie­rosa. Paula pozwo­liła onko­lożce zacią­gnąć się kilka razy w spo­koju.

- Nie mogę w to uwie­rzyć - powie­działa w końcu lekarka, gdy papie­ros dopa­lił się do połowy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki