Rozdział 1
Dzieciństwo
Z Carlem i Anną, moim rodzeństwem, cisnęliśmy się wokół ognia, żeby było nam cieplej. Nabijałem kromkę chleba na widelec i trzymałem ją nad płomieniem, pozwalając jej powoli się opiekać. Tak właśnie przyrządzaliśmy śniadanie w domu komunalnym w Teams w Gateshead, zanim po urodzinach mojej najmłodszej siostry, Lindsay, przeprowadziliśmy się do pobliskiej dzielnicy Saltwell. Mój pradziadek, Bob Gascoigne, po przejściu na emeryturę został stróżem nocnym w Hucie Szkła Sowerby, gdzie wcześniej zajmował się dmuchaniem szkła. On, mój dziadek Fred i mój tata zbierali bryłki węgla, które spadały z wozów, i przynosili je do domu. Gdyby nie ten węgiel, odmrażalibyśmy sobie tyłki, bo przecież północny wschód Anglii słynie z mroźnych zim. Znosili całe worki węgla, którym paliliśmy, gotowaliśmy na nim jedzenie i podgrzewaliśmy wodę.
Gdy byłem mały, w domu pieniędzy w zasadzie nie było. Na samym początku nie mieliśmy telewizora, mikrofalówki, praktycznie nic nie mieliśmy. "Masz coś do prania?" - pytała mama, po czym wrzucała brudne rzeczy do wanny, w której wcześniej - jedno po drugim - wszyscy się kąpaliśmy. Nalewała wody do wielkiego garnka, grzała ją na ogniu, a potem wlewała tę wodę do wanny. Wszystkie dzieciaki po kolei wchodziły do wanny, myły się, a potem mama w tej wodzie robiła pranie. Co wieczór Carl, Anna i ja wskakiwaliśmy pod tę samą kołdrę, przepychaliśmy się tam, walcząc o jak najwięcej miejsca. Kurwa, było naprawdę skromnie, dzisiaj rozumiem jednak, że w takich warunkach zawiązują się naprawdę silne więzi. Dzięki temu po tych wszystkich latach brat, siostry i mama nadal są najbliższymi mi osobami, to im ufam najbardziej. Tata zmarł na raka w 2018 roku i tęsknię za nim codziennie. Za każdym razem, gdy o nim pomyślę, wypełniają mnie emocje.
Bywało naprawdę ciężko. Pamiętam, jak chodziłem z mamą grać w bingo. Siedzieliśmy na twardych krzesłach ze starymi prykami i czekaliśmy, aż zostanie wywołany nasz numerek. Gdy udało nam się coś wygrać, mama mówiła: "Weźmiemy puszkę fasoli". W naszym domu jedzenie się nie marnowało.
Przed szkołą często czekały na mnie inne dzieciaki. "Jesteś menelem!" - krzyczały, szukały zaczepki. Owszem, nie przelewało się u nas, więc pewnie widać to było po naszych ubraniach oraz po tym, czego nie miałem. Mimo to nigdy nie brałem tego do siebie. Zresztą, od tamtej pory zaszedłem naprawdę daleko, zarobiłem miliony, zyskałem sławę, strzelałem gole, które wyryły się w pamięci fanów futbolu na całym świecie, zatem kto się śmieje ostatni? Z pewnością nie tamte dzieciaki.
Ogólnie jednak było tak, że gdy byłem jeszcze smarkaczem, nie mieliśmy nic. Mama, niech Bóg ma ją w swojej opiece, pracowała w czterech miejscach, żeby związać koniec z końcem. Myła samochody, ale pracowała też w fabryce szyjącej dżinsy i sprzątała biura. Najlepszą robotę miała jednak w jadłodajni z rybą i frytkami. Gdy tam wchodziłem, otaczała mnie woń topionego masła. "Poproszę rybę z frytkami" - mówiłem do niej. Nikt tam nie wiedział, że jestem jej synem, więc patrzyła na mnie tak, jak gdyby mnie nie znała, i odpowiadała: "To będzie 15 pensów, chłopcze". Wręczałem jej odliczoną kwotę, a ona wydawała mi resztę z jednego funta. Potem było szamanie. Wieczorem, gdy spałem już w cieplutkim łóżku, mama budziła mnie i mówiła: "Synu, dawaj te pieniądze". Była twarda, bez dwóch zdań, i dla nas była gotowa zrobić wszystko, kochaliśmy ją zatem z całych sił.
Zanim podpisałem kontrakt z Newcastle United, też imałem się różnych zajęć, najbardziej jednak podobało mi się sprzątanie furgonetek z lodami. Gdy taka furgonetka lśniła już czystością, po mojej brodzie płynęły topiące się lody, to był mój ulubiony moment dnia. Robiłem sobie porcję lodów z waflem czekoladowym i sosem malinowym, czyli na bogato. No dobra, to nie była jedna porcja, ale kto by tam liczył. Poza tym przed lekcjami rozwoziłem gazety i zbierałem też szklane butelki, ponieważ w tamtych czasach można było jeszcze wymienić je w sklepie na kilka pensów.
Najbardziej przerażającą pracę wykonywałem, mając dziewięć lat, gdy za 50 pensów dziennie rozwoziłem posiłki osobom potrzebującym. Wożono mnie małą furgonetką, a moim zadaniem było zapukać do drzwi i podać posiłek starszym ludziom, którzy nierzadko nie mogli nawet wstać z łóżka. "Chodź, podejdź, dostaniesz cukierka" - zapraszali, a ja stałem tam, byłem jeszcze naprawdę mały i najbardziej na świecie chciałem stamtąd uciec. "Nie, dziękuję" - odpowiadałem i zmykałem do furgonetki. Były dwie takie osoby, które nie miały oka, co mnie, smarkacza, napawało wtedy przerażeniem. Do dziś nie wiem, jak znajdowałem w sobie odwagę, żeby robić to w wieku dziewięciu lat, ale najwyraźniej zawsze lubiłem pomagać innym. Robię to do dzisiaj i sprawia mi to radość.
Tamte zajęcia oraz różne profesje mojej mamy zaszczepiły mi na całe życie silną etykę pracy. Wydaje mi się, że gdyby nie moi rodzice, nie odniósłbym sukcesu w futbolu. Nie miałbym w sobie samozaparcia do ciężkiej pracy.
Mama była twardą kobietą i roztaczała nad nami pełną opiekę. Pamiętam, jak pewnego razu wdałem się w bójkę z jednym kolesiem w szkole i nauczyciel wymierzył nam po sześć pasów. Gdy wróciłem do domu, mama się wściekła: "Jak on śmiał cię uderzyć! - powiedziała, po czym dodała: - Nie będę tym zawracać głowy twojemu ojcu, w końcu poszedł do pubu na piwo". Postanowiła rozprawić się z nauczycielem sama. Nikomu, kto bije jej syna, nie ujdzie to na sucho! Bóg jeden wie jak, ale wyszliśmy z domu i znaleźliśmy tego nauczyciela. Okazało się, że grał w rugby. Mama nawet nie dopuściła go do głosu. "To pan uderzył mojego syna?" Nawrzeszczała na niego, jak tylko ona umiała, a na koniec kazała mu się odpierdolić. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co on wówczas pomyślał, dobrze było natomiast wiedzieć, że mam ją po swojej stronie bez względu na wszystko.
Mama była niesamowita, najlepsza na świecie, ale nie zmienia to faktu, że sporo się kłóciliśmy. Owszem, nie godziła się, by ktokolwiek inny mnie bił, ale sama nie wahała się podnieść na mnie ręki. Dzisiaj mówię jej czasem: "Mamo, byłaś jak cholerny John Wayne, nigdy nie pudłowałaś tym laczkiem". Gdy brała zamach i chciała mnie zdzielić, odruchowo unosiłem rękę, żeby się zasłonić, a wtedy ona krzyczała: "Opuść tę rękę, kiedy cię biję!". Tak, potrafiła być surowa.
Ogólnie jednak kochała mnie ponad wszystko i nadal kocha, nie wątpiłem w to ani przez chwilę. Pamiętam, jak stała za linią boczną i oglądała mnie na boisku, czasami przemoczona do szpiku kości. Zawsze chciała zostać do samego końca meczu. Pewnego dnia przyszła do domu z czerwono-biało-niebieskim pudełkiem, w którym znajdowały się moje pierwsze w życiu buty piłkarskie. Otwierałem ten karton z narastającą ekscytacją, aż wreszcie dojrzałem błyszczące, skórzane korki Patrick. "Mamo, jesteś królową!" - krzyknąłem, mocno ją ściskając. Tanie to one nie były, więc musiała harować jak wół, żeby na nie zarobić. Firma Patrick sponsorowała mojego ówczesnego idola, Kevina Keegana, zatem z definicji była to moja ulubiona marka. Codziennie, bez wyjątku, brałem pastę i szczotkę i czyściłem te buty tak długo, aż widziałem w nich moje odbicie.
Darłem koty z Anną, moją siostrą, i miałem świra na punkcie programu Match of the Day. Kłóciliśmy się z Anną nieustannie, bo ona zawsze chciała oglądać coś innego, ale potrafiliśmy też razem świetnie się bawić. W ogrodzie za domem organizowaliśmy występy dla starszych osób z sąsiedztwa, choć gdy to dzisiaj wspominam, nie wiem, co oni o nas tak naprawdę myśleli. Płacili po dwa pensy od osoby, żeby nas oglądać, a gwiazdą występu zawsze byłem ja, ponieważ bardzo lubiłem rozśmieszać innych. Rozbierałem się do naga, stawałem w drzwiach, mówiłem: "Cześć, dziewczyny!", po czym uciekałem. Miałem wtedy jakieś osiem lat.
Poza tym w zasadzie przez cały rok chodziliśmy kolędować. Potrafiliśmy w samym środku lata zapukać do czyichś drzwi i zaśpiewać We Wish You a Merry Christmas, a sąsiedzi się dziwili: "Ale wiecie, że mamy lipiec?". Wtedy jednak byliśmy gotowi zrobić wszystko, by zarobić choć trochę kasy, no bo z pieniędzmi było naprawdę krucho. Gdy byliśmy dziećmi, Anna była wkręcona w gimnastykę, nic innego jej nie interesowało, natomiast Lindsay, moja młodsza siostra, była ulubienicą mamy i była rozpuszczona. Była ode mnie sześć lat młodsza, podczas gdy Annę i mnie dzielił tylko rok. Bywałem zazdrosny i wyładowywałem te emocje na Lindsay, ponieważ to na niej skupiała się cała uwaga. Mój brat Carl chadzał raczej własnymi ścieżkami. Gdy byliśmy jeszcze bardzo mali, graliśmy razem w piłkę, tylko on i ja, kopaliśmy sobie piłkę na ulicy. Potem zebrał własną ekipę w szkole i rzadko spędzałem z nim czas. On też momentami doprowadzał mnie do szału, ale kocham go tak samo mocno jak moje siostry.
Pamiętam, jak pewnego razu mama kupiła nam po złotej rybce. Wyjęliśmy je ze słoja, położyliśmy na stole i ustaliliśmy, że ten, czyja rybka dotrze najdalej, wygrywa paczkę chipsów. Tamte rybki zapewne tego nie przeżyły. Takie mieliśmy walnięte pomysły.
Innym razem, gdy Carl miał jakieś 12 lat, mama postawiła przed nami na stole frytki z jajkiem. Ślinianki pracowały mi na pełnych obrotach, ponieważ to było jedno z moich ulubionych dań. Wciągnąłem moją porcję jak najszybciej, ani na moment nie spuszczając brata z oka. Potem zobaczyłem, że na jego talerzu została jedna frytka, w soli i w occie. Ona do mnie wołała, błagała, żebym ją zjadł. Nie umiałem jej się oprzeć, więc się pochyliłem i ją zwinąłem. "Ty draniu!" - wrzasnął Carl, po czym cisnął widelcem w moją głowę. Próbowałem go wyszarpnąć, ale nie miałem tyle siły. "Mamo! - krzyknąłem. - Mam widelec wbity w głowę". Przyszła, wyszarpnęła sztuciec, po czym zdrowo nas opieprzyła. Mam na czole mnóstwo blizn, gównie po różnych wypadkach po pijaku, ale wtedy nabawiłem się jednej z pierwszych.
Jako dziecko często lądowałem w szpitalu. Sześciokrotnie łamałem rękę, zresztą w Queen Elizabeth Hospital w Gateshead co chwila pojawiałem się z takim lub innym urazem. Po raz pierwszy rękę złamałem w wieku pięciu lat. Bawiłem się urządzeniem na siłowni, wdrapałem się na nie i z niego spadłem. Za drugim razem, gdy złamałem rękę, bawiłem się w Saltwell Park, bo wtedy mieszkaliśmy w jego pobliżu. "Mamo, idę do parku!" - krzyknąłem, wychodząc z domu. "Tylko się tam zachowuj" - powiedziała jak zwykle, a ja jak zwykle nie usłuchałem. Razem z kumplami dla zabawy usiłowaliśmy się rozhuśtać na jednym drzewie i spróbować przelecieć na sąsiednie. Uznałem, że to łatwizna. Rozhuśtałem się na gałęzi, puściłem ją i usiłowałem złapać drugą, ale nogi poleciały mi za wysoko i spadłem na ziemię. Musiałem biec do domu ze złamaną ręką. Wiecznie robiłem jakieś głupoty i doznawałem urazów, ale jakoś nie dawało mi to do myślenia. "Nic ci nie będzie, synu?" - pytała mama. "Taaa, przeżyję" - odpowiadałem.
Nigdy się nie skarżyłem i tamte doświadczenia przygotowały mnie na wszystko, co czekało mnie w przyszłości.
Byłem małym łobuzem. Gdy coś wpadło mi do głowy, musiałem to zrobić i już.
Do szkoły średniej poszedłem do Heathfield Senior High School. Nikt mnie tam nie nękał ani mi nie podskakiwał, był tam jednak taki jeden, któremu się wydawało, że jest wielkim twardzielem. Miałem wtedy jakieś 13 lat - nie lubię wymieniać tej liczby z powodu mojego OCD, no ale właśnie w takim byłem wtedy wieku. Pracowaliśmy przy obróbce metalu i ten koleś uparcie mnie podpuszczał. "Jestem twardym sukinsynem" - powtarzał w kółko. Wreszcie nie wytrzymałem, wziąłem kawał metalu i włożyłem go sobie pod sweter. Gdy koleś mnie uderzył, zamiast trafić w brzuch, wycelował pięścią w metal. Złamał rękę, a mnie zawiesili na tydzień. Cóż, nie pierwszy i nie ostatni raz.
W szkole najbardziej interesowało mnie robienie dowcipów, ale znakomicie radziłem sobie również w sporcie i to nie tylko w piłce nożnej. Hurtowo zgarniałem trofea w tenisie, badmintonie i tenisie stołowym. Poza tym byłem kapitanem szkolnej drużyny piłkarskiej i gole strzelałem od niechcenia. W podstawówce było zresztą to samo, w wieku ośmiu lat zdobywałem 15 bramek na mecz. To było zbyt łatwe. Za linią boczną zawsze stała mama i to z nią po meczu wracałem do domu.
Mój tata pracował na budowach i był jednym z największych twardzieli na północnym wschodzie Anglii. W tamtych czasach wszyscy go znali. Ja rzadko go widywałem, ponieważ wiecznie albo był w pracy, albo w pubie. Na wszystkie moje mecze przychodziła mama. Tata bywał na nich rzadziej, ponieważ nie lubił tłumów. Był twardym draniem, oschłym i surowym, ale do dzisiaj bardzo mi go brakuje. Naprawdę ciężko pracował, ale to się zmieniło, gdy zachorował. Potem trudno było mu znaleźć pracę.
W dniu, w którym się to stało, szczęśliwie nie poszedłem do szkoły. Dostał napadu drgawkowego, a mama poleciła mi: "Paul, szybko, włóż mu palce do ust, żeby nie zadławił się własnym językiem". Tak zrobiłem i do dzisiaj mam na palcach cholerne blizny po ugryzieniach. Nie chciał mnie puścić, był niczym rottweiler. "Mamo - powiedziałem. - Nie mogę wyjąć palców". Szczęka mu się po prostu zablokowała, ale w końcu mama rozwarła ją na siłę. Na sześć miesięcy trafił do szpitala i to był trudny czas dla całej naszej rodziny. Lekarze nie bardzo umieli stwierdzić, co mu dolega. Potem już nigdy nie był sobą.
Gdy zacząłem porządnie zarabiać, zapłaciłem ojcu za prywatną opiekę medyczną. Wtedy znaleźli mu w głowie zakrzepicę zatok żylnych mózgowia, powodującą krwotoki. Znaleźli również trzy tętniaki, usłyszeliśmy więc, że to prawdziwy cud, że tata żyje. Przeszedł następnie duży zabieg zlikwidowania krwotoków i usunięcia zakrzepów. "Większość ludzi z tętniakiem umiera, a co dopiero mówić o trzech" - stwierdził lekarz. Mój tata miał po prostu dziewięć żyć, tak samo jak ja.
Ostatecznie mu się poprawiło, ale do pełni sił już nigdy nie wrócił. Moja mama i on nieustannie się rozstawali i do siebie wracali. Urządzali koszmarne awantury, a raz tata wyprowadził się do Crown Pub w Gateshead, gdzie zamieszkał z inną kobietą. Potem wrócił do domu, w końcu jednak wyniósł się na dobre. Podejrzewam, że po tamtej poważnej operacji pomyślał sobie: "Pierdolę, nie chcę już żadnych wielkich kłótni", i po prostu się wyprowadził.
W końcu kupiłem Carlowi, Annie, mamie i tacie domy położone dość blisko siebie, w Dunston. Nie licząc taty, oni nadal w nich mieszkają. Niedaleko mieszka również Lindsay, ale jej nie musiałem kupować nieruchomości, bo ona już ją miała.
Ktoś pomyśli, że to zabawne, że moi rodzice nie umieli wytrzymać ze sobą pod jednym dachem, a potem bardzo lubili być sąsiadami. Gdy nie byli już małżeństwem, mogli zostać przyjaciółmi.
Pamiętam, jak w wieku 14 lat oznajmiłem rodzicom: "Gdy zostanę najlepszym piłkarzem na świecie, już nigdy nie będziecie musieli pracować". Nie wiem, czy mi wtedy uwierzyli, ale kiedy skończyłem 17 lat, stanęło na moim.
To jedna z rzeczy, które napawają mnie największą dumą - że mogłem pomóc rodzinie. Nie licząc mojej menedżerki Katie, to jedyni ludzie w moim życiu, którym potrafię zaufać. To zaufanie zostało poważnie nadszarpnięte, gdy został zhakowany mój telefon, a ja w związku z tym oskarżyłem ich o sprzedawanie gazetom historii na mój temat. Choć przez lata fundowałem im prawdziwe piekło, z chlaniem, kokainą i innymi durnymi wyskokami, oni zawsze przy mnie stali. Dzięki Bogu wspierają mnie do dziś.
Paul Gascoigne. Eight
Copyright ? by Paul Gascoigne 2025
Copyright ? for the Polish translation by Bartosz Sałbut 2026
Copyright ? for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026
Redakcja - Magdalena Gonta-Biernat
Korekta - Olga Smolec-Kmoch, Zofia Hetmańska
Opracowanie typograficzne i skład - Tomasz Biernat
Okładka - Paweł Szczepanik / BookOne.pl
Fotografia na I stronie okładki - Ross Kinnaird / EMPICS
Fotografia na IV stronie okładki - Daily Mirror / Mirrorpix
Fotografie wewnątrz książki - prywatne archiwum Paula Gascoigne'a; Mirrorpix
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek
inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana
elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu
bez pisemnej zgody wydawcy.
Drogi Czytelniku,
niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.
Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.
Dziękujemy!
Ekipa Wydawnictwa SQN
Wydanie I, Kraków 2026
ISBN: 9788384065273
Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:
Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Dagmara Kolasa, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska
Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Agnieszka Jednaka, Julia Siuda
Promocja: Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Aleksandra Parzyszek, Paulina Gawęda, Piotr Jankowski, Barbara Chęcińska
Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Patrycja Talaga
E-commerce: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski
Administracja: Klaudia Sater, Monika Kuzko, Małgorzata Pokrywka
finanse: Karolina Żak, Honorata Nicpoń
Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak
www.wsqn.pl
www.sqnstore.pl
www.labotiga.pl