Patrz trochę szerzej Hip-hopowy kurs literatury - Piotr Szwed, Krik Kong (ilustrator)

Kup ebooka

39.99 zł
35.99 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

To było jakoś w roku 2020. Prowadziłem zajęcia z języka polskiego w pierwszej klasie o profilu biol-chem-mat. Miałem przed sobą ponad trzydzieści osób zainteresowanych wieloma rozmaitymi kwestiami: roztworami, dysocjacjami, enzymami czy fotosyntezą, ale niekoniecznie Legendą o św. Aleksym.

Legenda znajdowała się w podstawie programowej zaraz obok Bogurodzicy i jej fragmenty były lekturą obowiązkową. Tekst opowiadał o szlachetnie urodzonym chłopaku, który postanowił porzucić bogatą rodzinę, piękną żonę, zaszczyty, przywileje, wielkie możliwości po to, by zostać wędrownym żebrakiem. To nigdy nie są łatwe zajęcia - ani dla uczniów, ani dla nauczyciela. Co zrobić? Trzeba się było z nimi zmierzyć.

Wspólnie przeczytaliśmy więc tekst, ale średniowieczna polszczyzna sprawiła, że słowa z perspektywy współczesnych licealistów przestały nieść ze sobą jakąkolwiek historię, zmieniły się w archaiczną kołysankę.

 

Więc to święte plemię

Przyszło w jednę ziemię.

Rozdał swe rucho żebrakom,

Śrzebro, złoto popom, żakom.

Więc sam pod kościołem siedział,

A o jego księstwie nikt nie wiedział.

 

Powoli rekonstruowaliśmy opowieść i próbowaliśmy zrozumieć głównego bohatera. Szło jak po grudzie. Gdy przyglądałem się twarzom moich uczniów, czułem, że oni czują, że tracą czas na zajmowanie się literackimi zabytkami.

I wtedy uratował mnie rap:

- A może on po prostu "miał już dość tego piękna i ciepła"? - zapytałem, nawiązując do bijącej wówczas rekordy popularności Patointeligencji.

Choć Mata, autor tego utworu, zdecydowanie nie jest kimś w rodzaju średniowiecznego ascety, łączyła go z nim podobna potrzeba. Obaj, i Młody Matczak, i św. Aleksy, chcieli odciąć się od przewidywalnego scenariusza życia, wynikającego z uprzywilejowanej pozycji społecznej.

Mogłem oczywiście sięgnąć do czegoś "ambitniejszego". Powiedzieć na przykład z autentycznym entuzjazmem, że sytuacja ze średniowiecznego tekstu przypomina mi losy bohatera powieści Siddhartha Hermana Hessego, fascynującej książki przesyconej nawiązaniami do filozofii indyjskiej. Mam przed oczami siebie, jak to mówię, i widzę, że w niektórych klasach słuchają mnie z umiarkowanym zainteresowaniem... trzy, może cztery osoby.

A nawiązanie do Patointeligencji zadziałało. Na chwilę przykuło uwagę całej grupy. Zainteresowanie, szczere zaciekawienie to bardzo dużo, być może pierwszy krok do tego, by zmienić przewidywalną lekcję w ciekawą rozmowę. Więc zaczęliśmy rozmawiać.

* * *

Jestem nauczycielem, ale od lat zajmuję się też pisaniem o muzyce. Rap stanowi na moich zajęciach naturalny dla mnie i dla moich uczniów wspólny punkt odniesienia. Pojawia się jako element skojarzenia, porównania, przykład w dyskusji, powraca na playlistach będących pracą dodatkową dla chętnych, których jak dotąd nigdy nie brakuje.

Z kolei doceniana przez krytyków i uniwersyteckich specjalistów literatura piękna takim punktem odniesienia z pewnością nie jest. Nie łudzę się co do tego, że nawet gdy przeprowadzę najbardziej porywającą lekcję wszech czasów, to uczniowie chwilę po niej pobiegną do biblioteki, by masowo pożyczać powieści Wiesława Myśliwskiego czy Olgi Tokarczuk, eseje Marka Bieńczyka albo reportaże Joanny Gierak-Onoszko. Choćbym mówił językami ludzi i aniołów, nie sprawię, że grupa kilkudziesięciu osób zapała spontaniczną miłością do poezji Mirona Białoszewskiego, Stanisława Barańczaka, Anny Świrszczyńskiej czy Zuzanny Ginczanki. Takie oczekiwania można mieć w klasach o profilu humanistycznym, a i tak często pozostają one tylko oczekiwaniami.

Oczywiście nie znaczy to, że szkoła powinna zrezygnować z klasyki literatury na rzecz popkultury; nie mam wątpliwości, że właśnie na lekcjach polskiego młody człowiek ma szansę zmierzyć się z tekstem trudniejszym, bardziej wymagającym i dostrzec wartość doświadczenia przypominającego wysokogórską wspinaczkę - trzeba się namęczyć, ale potem jest satysfakcja, no i zmienia się perspektywa: nagle można dzięki literaturze zobaczyć więcej. Na przykład spojrzeć na siebie jako na osobę, której wybory, cele, reakcje są zdeterminowane przez wieki rozwoju kultury. Dobra lekcja jest wtedy, gdy mamy poczucie, że rozmawiając o Antygonie, Hiobie czy Rycerzu Rolandzie, tak naprawdę rozmawiamy o nas samych. Możemy dostrzec, że ważne, kulturotwórcze idee nie śpią na półkach zamknięte szczelnie w zakurzonych wydaniach lektur obowiązkowych, tylko przenikają do naszej codzienności: do cieszących się wielką popularnością gier, seriali czy piosenek.

Gdy w 2019 roku Narodowe Centrum Kultury przeprowadziło badania na temat tego, czego słuchają polscy nastolatkowie, okazało się, że wykonawcy tacy jak Ariana Grande, Ed Sheeran, a nawet sam Zenon Martyniuk zostali w nim wyprzedzeni przez... Palucha. Gdyby dziś przeprowadzono podobny sondaż, niewykluczone, że nawet Billie Eilish czy Taylor Swift przegrałyby z Matą, Bedoesem albo Young Leosią. Aktualnie (stan na wrzesień 2024 roku) na Spotify Gibbs ma więcej słuchaczy niż Sanah, a Bambi wyprzedza Dawida Podsiadłę. OLIS, czyli polska lista najlepiej sprzedających się płyt, od lat stanowi teren raperów, na który od czasu do czasu wypuszczają przedstawicieli innych gatunków, zazwyczaj uznane gwiazdy z legionem wiernych fanów.

Rap, wciąż ignorowany przez największe stacje radiowe, od początku lat dziewięćdziesiątych przeszedł w Polsce długą drogę. Najpierw był inspirującą nowością, później stał się subkulturą: stowarzyszeniem wielbicieli bluz z kapturem i obniżonych w kroku spodni. Dwie dekady temu można było łatwo rozpoznać, kto słucha hip-hopu. Dziś wiadomo, że w większym lub mniejszym stopniu słuchają go wszyscy.

Jako nauczyciel bardzo się z tego cieszę. Nie tylko dlatego, że po prostu lubię tę muzykę. Lubię przecież także naleśniki ze szpinakiem, jazdę na rowerze po lesie, szary kolor, oglądanie w telewizji meczów reprezentacji Polski w piłce nożnej (wiem, że to nieco masochistyczne). Żadna z tych rzeczy nie przydaje mi się jednak w pracy tak bardzo jak lubienie hip-hopu. Przydaje się ono także moim uczniom, regularnie zdobywającym wiedzę i umiejętności, którymi potem mogą się pochwalić na lekcjach języka polskiego.

Znając zjawisko wszechobecnego w rapie follow-upu, jesteś wyczulony na aluzję literacką. Masz do czynienia z szeregiem różnorodnych środków stylistycznych, szczególnie tych związanych z rytmem tekstu i jego brzmieniem. Poza tym dostarczasz sobie potężną dawkę kulturowych odniesień, nawiązań do piosenek, filmów i książek. Nie tylko tych z kręgu literatury popularnej. Jakiś czas temu uczeń zapytał mnie, czy na lekcjach polskiego będziemy omawiać Jądro ciemności. Chciał się po prostu dowiedzieć czegoś więcej o Kurtzu, bohaterze powieści Conrada i postaci, która pojawia się w tytule jednego z utworów Maty.

Pamiętam, gdy jako licealista wypożyczyłem ze szkolnej biblioteki pierwszy tomik poezji, zbiór wierszy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Dowiedziałem się o nim dzięki piosenkom Kultu z płyty Tata Kazika. Muzyka popularna od dawna popularyzuje kulturę wysoką, ale może żaden gatunek muzyczny nie zrobił w tej kwestii tyle co rap? Miałem kiedyś ucznia, który cytował z ogromną swobodą fragmenty wierszy Tadeusza Różewicza, przywoływał je w wypowiedziach na lekcji i wypracowaniach. Nigdy nie pożyczył żadnego książkowego zbioru poezji. Wystarczyła mu płyta Różewicz - Interpretacje nagrana przez raperów Sokoła i Hadesa oraz zespół producencki Sampler Orchestra.

Cytując fragment wymagań zawarty w jednej z podstaw programowych, można by powiedzieć: uczeń słuchający rapu zazwyczaj: "postrzega styl potoczny jako centrum systemu stylowego polszczyzny", choć zapewne nie określiłby tego w ten właśnie sposób. Po prostu ma regularnie do czynienia z tekstami wykorzystującymi żywy, wciąż ewoluujący język. Jeśli wylosuje podczas matury ustnej zadanie związane z zapożyczeniami czy modnymi słowami, prawdopodobnie znakomicie pamięta zestaw tekstów, które do tego zagadnienia pasują wprost idealnie. Jeśli lubi schaftera, temat wpływu języka angielskiego na język polski będzie spełnieniem jego marzeń.

Hip-hop na lekcjach języka polskiego może być znakomitym kontekstem, a konteksty to w pewnym sensie lustra, w których teksty kultury mogą się przeglądać. Gdy zestawiamy klasyczne dzieła literackie ze współczesną popkulturą, gdy potrafimy odnaleźć w niej echa dawnych idei, wątków, motywów, a w postaciach sprzed wieków dostrzec bliskich nam ludzi, dzieje się coś niezwykle cennego: kanon lektur przestaje być monumentalnym dziedzictwem, a staje się elementem sieci powiązań. Pozwala nam zrozumieć przeszłość, odnaleźć się w teraźniejszości, zapytać o to, co możemy zrobić z przyszłością.

Ryszard Koziołek napisał kiedyś, że dobrze się myśli literaturą. To dla mnie jako dla nauczyciela jedno z najważniejszych zdań określających, po co w ogóle warto czytać. Może napisałem tę książkę głównie dlatego, że chciałem rozwinąć tę myśl: tak, dobrze się myśli literaturą - o życiu, ale i o popkulturze, która oprócz tego, że bywa rozrywką, może być fascynująca jako odzwierciedlenie współczesności. Chciałbym rozwinąć tę myśl jeszcze inaczej: dobrze myśli się literaturą o rapie, ale też rapem o literaturze.

Kękę, Białasie, Tuwimie oraz Witkiewiczu;

tym, czym różni się przekleństwo od wulgaryzmu;

tabu językowym;

kulturowych stereotypach;

sformułowaniach, które mogą być jednocześnie odrażające i niesłychanie kreatywne.

 
 
 

Kiedyś ojciec jednego z moich uczniów zwrócił się do mnie z prośbą, bym jako wychowawca podpowiedział mu, jak ma zniechęcić swoich synów do słuchania ulubionej muzyki. Rap w ogóle "nie jest przecież muzyką", a do tego zawiera "to słownictwo". Nie mogłem oczywiście zacząć zniechęcać do czegoś, do czego regularnie zachęcałem. Jednocześnie bardzo dobrze rozumiałem oczekiwania i obawy zaniepokojonego rodzica.

Czy rap jest rekordowo wulgarny? Tak. W żadnym innym gatunku muzyki wulgaryzmy nie są tak powszechne, w żadnym nie odgrywają tak istotnej roli. Trudno wyobrazić sobie rap bez dissów, ostrych punchline'ów, bez postawy buntu, agresji, protestu, bez tendencji do konfrontacji: z innym twórcami, publicznością, krytyką, społeczeństwem. Tomasz Kukołowicz w książce Raperzy i filomaci nazwał przeklinanie raperów "negatywną dystynkcją". Według niego to odwrócenie procesu, który polegał na tym, że wyższe klasy społeczne odróżniały się od niższych m.in. poprzez używanie określonego słownictwa. "Najprawdopodobniej raperzy przeklinają, żeby uniemożliwić słuchanie rapu osobom, które wulgarność razi" - twierdzi doktor nauk społecznych, pierwszy w Polsce badacz określający sam siebie mianem hip-hopologa. To ciekawa teoria, ale z pewnością nie jedyna.

Jak rapował swego czasu Tede: "Kurwa, co z tego, że jestem wulgarny, jak rap jest realny i taki jest lajf". Wers zaczerpnięty z Boatever zawiera wyraźną sugestię, że niecenzuralne słowa są wkalkulowane w proces odzwierciedlania rzeczywistości. Mogą do niej przybliżać. Nie ma sensu odrzucać możliwości spojrzenia na jakąś sprawę z nieznanej wcześniej perspektywy z powodu kilku wulgaryzmów zawartych w świetnym opisie sytuacji. Z drugiej strony sama ich obecność nie gwarantuje przecież ukazania realistycznego, przekonującego obrazu życia. Założenie, że człowiek przeklinający jest człowiekiem prawdziwszym, byłoby wyjątkowo naiwną wiarą w szczególną moc mocnych słów.

W jednym ze swoich wczesnych utworów (Z boku) Kękę stawiał sprawę jasno: "Rapy wulgarne - tak widzę hip-hop". Później jednak zmienił swoje podejście do wulgarności, z obowiązkowego składnika stała się ona dla niego czymś zbytecznym. Kiedy został ojcem, dosadny, agresywny styl przestał pasować do tego, o czym mówił. Poza tym w jednym z wywiadów nazwał używanie przekleństw "zbyt oczywistym sposobem na uzyskanie pewnych rezultatów". Unikając tego, co niecenzuralne, chciał rozwinąć się jako autor tekstów. Gdy w 2019 roku wypuścił singiel Safari, wulgaryzmy pojawiały się jedynie w refrenie. Były sposobem na dotarcie do internetowych hejterów, którym poświęcony był singiel. Stanowiły dla Kękę "ich język", a nie naturalny element hip-hopowego stylu.

Ludzie przeklinają od wieków, prawdopodobnie od momentu, gdy pojawiło się zjawisko tabu językowego. Jednak nie sposób nie zauważyć, że żyjemy w czasach, w których społeczna akceptacja dla przekleństw używanych publicznie jest większa. Świadczy o tym chociażby popularność stand-upu, który - w przeciwieństwie do tradycyjnego kabaretu - opiera się na żartach naruszających tradycyjnie rozumiane zasady dobrego smaku. Nie dotyczy to jedynie rozrywki. Benjamin K. Bergen, amerykański badacz wulgaryzmów i autor książki What the F. Co przeklinanie mówi o naszym języku, umyśle i nas samych, źródeł współczesnej wulgaryzacji upatruje w zmniejszeniu się rangi mediów publicznych, które podlegały surowym regulacjom: "Najpierw telewizja kablowa, a potem Internet stały się dzikim zachodem dla słów". Tę tendencję tylko nasilił rozwój mediów społecznościowych.

Szkoła to miejsce, w którym dzieci, nastolatkowie, a wreszcie młodzi dorośli mają posługiwać się polszczyzną oficjalną, czyli niewulgarną, precyzyjną, stanowiącą podstawę kulturalnej komunikacji. Czy to cenzura? Z pewnością w jakimś stopniu tak, ale też zawieszanie wyżej poprzeczki, tworzenie kulturowego oczekiwania, żebyśmy wypowiadając się, unikali słów najmocniejszych, najbardziej agresywnych, a jednocześnie przecież najłatwiejszych i używanych często bez większej refleksji. Jak pisze wspomniany już prof. Bergen, okazuje się, że w wielu przypadkach ludzie, którzy w wyniku uszkodzenia mózgu stracili możliwość wypowiadania słów, nadal potrafią kląć. To podstawowa, wręcz pierwotna umiejętność. Szkoła nas od niej nie odzwyczai, może nawet do końca nie powinna, zważywszy na przesłanie wydanej niedawno książki Emmy Byrne Bluzgaj zdrowo. O pożytkach z przeklinania. Autorka przywołuje w tej popularnonaukowej pracy mnóstwo korzyści z posługiwania się wulgaryzmami, m.in. zwraca uwagę, że zespoły, które mają wspólny zestaw bluzgów, pracują efektywniej.

Dlaczego nauczyciel nie miałby akceptować - w świetle naukowo omówionych zalet - powszechnego wyrażania opinii za pomocą wulgaryzmów? Dlaczego w szkolnym wypracowaniu skandalem byłoby zdanie: "Adam Mickiewicz w Romantyczności dopierdolił ludziom oświecenia"? Przecież ma ono sens, jest logiczne, skonstruowane poprawnie, zgodnie z wszelkimi regułami składni czy fleksji. Poza tym jego treść odpowiada opisywanej sytuacji. Według Słownika polskich przekleństw i wulgaryzmów Macieja Grochowskiego słowo "dopierdolić" oznacza m.in. "powiedzieć komuś coś nieprzyjemnego". Adam Mickiewicz w Romantyczności wyraża wiele opinii bardzo nieprzyjemnych dla ludzi oświecenia, zwraca się do reprezentującego poprzednią epokę starca słowami: "Martwe, znasz prawdy, nieznane dla ludu". Co więcej, wymyślone przeze mnie zdanie, choć wulgarne, nie zawiera przekleństw. Przynajmniej jeśli przyjmiemy definicję zawartą w Słowniku języka polskiego PWN. Przekleństwo oznacza bowiem: "wulgarne lub obelżywe słowo używane w celu wyrażenia złego stosunku do kogoś lub czegoś". Uczeń piszący o Mickiewiczu dopierdalającym się do ludzi oświecenia nikogo nie obraża, opisuje sytuację, nawet z pewnym wyrażonym poprzez wulgaryzm uznaniem dla poety.

 

Tabu

to, o czym się nie mówi lub co jest zakazane. Pierwotnie termin odnoszący się do zakazu stykania się z pewnymi przedmiotami, osobami, zwierzętami lub dokonywania określonych czynności.

 

Wszystko to prawda, ale myślę, że to zdanie zdecydowanie nie powinno stać się akceptowalne. Z powodu troski o kulturę wypowiedzi, ale przede wszystkim z uwagi na sens istnienia samych wulgaryzmów. Jak stwierdza językoznawca Maciej Grochowski: "Wulgaryzm to jednostka leksykalna, za pomocą której mówiący ujawnia swoje emocje wobec kogoś lub czegoś, łamiąc przy tym tabu językowe". Bez łamania tabu językowego nie ma więc wulgaryzmów. Zalety ich używania tracą wówczas jakikolwiek sens. Wszyscy nauczyciele zwracający uczniom uwagę na używanie nieodpowiedniego słownictwa należą więc - trzeba przyznać, że zazwyczaj nieświadomie - do TBOW-u, czyli Tajnego Bractwa Ochrony Wulgarności.

Jako polonista oraz wychowawca zwracam uczniom uwagę, by w oficjalnych sytuacjach nie używali, a w nieoficjalnych nie nadużywali wulgaryzmów. Mam jednak świadomość, że choć prymitywne i agresywne, bywają one także potrzebne, poza tym nierzadko stanowią bardzo ważny komunikat. W życiu, ale także w sztuce. Dlatego sądzę, że w szkole zazwyczaj brakuje głębszej refleksji na ich temat. Ponieważ odnoszą się do sfery tabu, najprościej je potępiać bądź ignorować. Tymczasem warto porozmawiać o tym, że wulgarność wulgarności nierówna. Znakomitym punktem wyjścia do takiej rozmowy może być hip-hop.

W utworze Tańczyć czy patrzeć? Adiego Nowaka pojawia się stwierdzenie: "Nikt nie rzuca mięsem, chociaż słowa wulgarne". To element opisu świata luksusu, w którym ludzie nie posługują się przekleństwami, wypowiadają się jednak w sposób "nadmiernie uproszczony, spłycony" lub "pozbawiony subtelności, smaku" (takie definicje słowa "wulgarny" można znaleźć w Słowniku języka polskiego PWN). Myślę, że nikt nie ma problemu z rozpoznaniem najważniejszych polskich wulgaryzmów, ale niezbyt często uświadamiamy sobie, czym może być wulgarność wypowiedzi pozbawionych przekleństw, ale opartych na niesprawiedliwych generalizacjach, niechlujnych stylistycznie, intelektualnie prymitywnych. Może takie znaczenie słowa "wulgarny" znika z języka, bo przyzwyczajamy się do wulgarności. Polityk, który w programie publicystycznym rzucałby co chwilę mięsem, zostałby powszechnie potępiony, ale już rzadko kto zwróci mu uwagę na to, że posługuje się językiem spłycającym poważne tematy, lekceważącym, pozbawionym subtelności. Może nie zwracamy na to uwagi, bo język polityki często jest w tym właśnie sensie wulgarny?

 

Wulgaryzacja

to nadawanie czemuś lub nabieranie przez coś cech wulgarnych, ale także zniekształcanie jakiegoś zagadnienia poprzez zbytnie spłycanie i upraszczanie.

 

Słowa niewulgarne mogą być więc wulgarne, ale równie ciekawa jest odwrotna sytuacja. Nie od dziś wiadomo, że posługiwanie się wulgaryzmami może łączyć się z wyczuciem subtelności, czyli w pewnym sensie stanowić zaprzeczenie... wulgarności. Pisarzem, którego twórczość pełna jest wysmakowanych wulgaryzmów, jest Stanisław Ignacy Witkiewicz, który stworzył w Szewcach postać prokuratora Scurvy'ego. W pewnym momencie zwraca się on do jednego z czeladników słowami: "Milcz sflądrysynie, milcz skurczyflaku". Mistrzem w posługiwaniu się wulgaryzmami był także Julian Tuwim, autor Lokomotywy, Kwiatów polskich, ale także Wiersza, w którym autor grzecznie, ale stanowczo uprasza zastępy bliźnich, ażeby go w dupę pocałowali. Już sama forma wspomnianego tytułu pokazuje, jak rewelacyjne literacko może być posługiwanie się słowami niecenzuralnymi. Tuwim potrafił stworzyć wysmakowane połączenie stylu urzędowego ("uprasza"), do którego dorzucił ironiczną stylizację biblijną ("zastępy bliźnich") oraz konieczny dla efektu kontrastu element wulgarności.

Niewątpliwie może być ona artystycznie efektowna także w hip-hopie. Gdy w Smutnym miasteczku Białas rapuje: "W życiu byłem w wielu miejscach / Pomimo że podróżowałem mało / Najwięcej to się z kurwami jechało", tworzy żart oparty na dosłownym potraktowaniu elementu kibicowskiego frazeologizmu. "Jazda z kurwami" to okrzyk bojowy, pojawiający się często na stadionach albo podczas ustawek. W refrenie Smutnego miasteczka tworzy on efektowny paradoks, opisuje kogoś, kto bardzo często jechał, choć nigdzie właściwie nie jeździł. Wspomnienie czasów chuligańskiej młodości dzięki zastosowaniu gry słów staje się autoironiczne. Tworzy skondensowaną uliczną poezję.

Nie zawsze jednak teksty hip-hopowe można mierzyć kategoriami znanymi z literatury. Choćby dlatego, że znacznie trudniej wytyczyć w nich granicę między tym, co jest, a co nie jest fikcją. Gdy Krzysztof Skonieczny, wcielając się w postać rapera Pioruna w znakomitym serialu Ślepnąc od świateł, wykonuje pastisz Od braci dla braci, w którym wygraża "policyjnym kurwom", widz ma świadomość, że jest to po prostu rodzaj stylizacji. Jak stwierdza specjalistka od etyki słowa, prof. Jadwiga Puzynina, w języku jest miejsce także na "wulgaryzmy tam, gdzie służą one (w utworach literackich, scenariuszach filmowych, reportażach) oddawaniu kolorytu lokalnego i społecznego". Taki scenariusz w kulturze jest przećwiczony od stuleci.

 

Gdy pisarz posługujący się zazwyczaj oficjalną polszczyzną wprowadza w swoim utworze bohatera lub narratora mówiącego w sposób potoczny, a nawet wulgarny, wówczas mamy do czynienia z kolokwializacją.

 

Ale co zrobić, gdy "jebanie policji" to nie stylizacja, tylko jebanie policji? Być może najbardziej fascynujące w hip-hopie, a jednocześnie najbardziej problematyczne jest to, że nie zawsze jest fikcją. Teksty raperów były wielokrotnie traktowane jako jeden z dowodów popełniania przestępstwa i przyczyniały się do ich skazywania. Od lat w Stanach Zjednoczonych toczy się na ten temat dyskusja: twórcy tacy jak Jay Z, Killer Mike, Meek Mill popierają wprowadzenie ustawy Rap Music on Trial, która ma ograniczyć możliwość powoływania się w sądzie na fragmenty hip-hopowej liryki. W filmie dokumentalnym As We Speak przedstawiono historię McKinleya Phippsa Jr. Został on skazany na trzydzieści lat za morderstwo, choć dowody przemawiające przeciw niemu nie były rozstrzygające. Nic jednoznacznie nie wskazywało na to, żeby to on w strzelaninie pociągnął za spust. Wówczas oskarżyciele sięgnęli po argument, który dla rady przysięgłych okazał się przekonujący: McKinley Phipps, czyli raper Mac, wielokrotnie rapował o zabójstwach.

Zmiana prawa wydaje się konieczna, by chronić prawo do wolności artystycznej i uniemożliwić skazywanie ludzi na podstawie tekstów piosenek. Z drugiej strony nie sposób nie zauważyć, że rap w pewnym sensie wpadł w stworzoną przez siebie pułapkę. Trudno jednocześnie deklarować ścisłą zależność życia i jego opisu, a potem wycofywać się, mówiąc: hej, przecież to tylko taka konwencja.

Czy warto obcować z muzyką, w której przemoc nie musi być fikcją, a słowna agresja niekoniecznie jest kolorytem lokalnym, tylko obrażaniem, wygrażaniem, poniżaniem? Moim zdaniem tak, bo bardzo często (choć oczywiście nie zawsze) agresywna i wulgarna muzyka ma do zaoferowania znacznie więcej niż tylko agresję i wulgarność.

Jeżeli ktoś słuchał uważnie takich reprezentantów amerykańskiego, gangsterskiego rapu jak KRS-One, Ice-T czy N.W.A, socjologowie nie muszą mu tłumaczyć źródeł narastającej od dekad frustracji, która miała wpływ na skalę masowych protestów, jakie wybuchły w 2020 roku w USA po zabiciu George'a Floyda. Zbigniew Marcin Kowalewski w książce Rap. Między Malcolmem X a subkulturą gangową analizuje przełomowość hip-hopu, który w latach dziewięćdziesiątych wprowadził do popkultury nową perspektywę: "Hit N.W.A Fuck tha Police i inne utwory tego zespołu były wywrotowe, bo zawierały ostre oskarżenie pod adresem operującej w gettach policji o rasizm i terror. "Policja jest po to, żeby nas chronić, ale kto nas ochroni przed policją?", "Niektóre gliny myślą, że mają prawo zabijać mniejszość", "Policja nie chce spokoju, ona chce zlikwidować czarnuchów". Rap gangsterski ujawniał przerażające realia społeczne, które system starał się ukryć za zasłoną faktycznego apartheidu otaczającego czarne getta".

W Polsce lat dziewięćdziesiątych głos wchodzących wówczas na scenę pierwszych raperów odgrywał podobną rolę. Ukazywał takie aspekty rzeczywistości, które większość mediów wolała przemilczeć, by nie psuć opowieści o sukcesie ustrojowej transformacji. Młody polski rap miał w sobie punkową bezpośredniość, ale był wolny od ukształtowanych w ramach tego gatunku schematów. Okazał się idealnym medium dla nowego pokolenia młodych chłopaków, ale i doświadczonych twórców. Do tych drugich należał wówczas m.in. Kazik Staszewski, który w utworze Jeszcze Polska pytał polityków: "Coście, skurwysyny, uczynili z tą krainą?" i opowiadał o oszukanych ludziach albo pracujących "dni i noce po fabrykach", albo niemogących się odnaleźć w świecie, w którym wszystko to, w co wierzyli przez lata, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie: "Starszy człowiek w barze mlecznym je kartofle z ogórkami. Całe życie tyrał w hucie, a do huty dokładali. Cała jego ciężka praca, wszystko było chuja warte. Gdyby leżał całe życie, mniejszą czyniłby on stratę".

W rozmowie z Tomkiem CNE Kleyffem dla Antologii polskiego rapu Kazik przyznał, że jego rapowane utwory powstały jako odpowiedź na "martwicę" rockowców. O ile trudno sobie wyobrażać opowiadanie o doświadczeniach młodych ludzi z lat osiemdziesiątych bez odwołań do muzyki rockowej, to w kolejnej dekadzie gatunkiem, który najlepiej oddawał zbiorowe emocje i przedstawiał sytuację kolejnych pokoleń, stał się hip-hop.

Wprost roi się w nim od wersów charakteryzujących nowe czasy. Na przełomowym albumie Skandal Molesty Włodi rapuje: "Wiedziałem, że tak będzie / Zawsze za nic lądujemy na komendzie / Dla nas wpierdol, im dumy przybędzie".

To fragment znakomicie chwytający specyfikę Warszawy lat dziewięćdziesiątych - miasta, w którym policja nie radzi sobie z poważną, zorganizowaną przestępczością i musi ścigać poruszających się w najnowszych samochodach przestępców starymi polonezami 1500, więc podbudowuje sobie poczucie własnej wartości, demonstrując swoją przewagę chłopakom snującym się po osiedlu: "Parę batów za to, że od społeczeństwa inni, za to że żyjemy i jesteśmy wszędzie".

Filip Lech swój przekrojowy artykuł opublikowany na portalu Culture.pl zatytułował, nawiązując do wspomnianego szkolnego przedmiotu, Zakazane piosenki z wiedzy o społeczeństwie, czyli historia polskiego hip-hopu w 60 płytach. Gdy wracam do rapowych nagrań sprzed lat, często towarzyszą mi olśniewające spostrzeżenia. Odkrywam zadziwiające wersy i fascynujące obrazy w utworach, które kiedyś wydawały mi się przeciętnym opisem przeciętnego świata. Widzę na nowo historię ostatnich kilkudziesięciu lat, swoją własną historię, często w zupełnie nowym świetle. Także dlatego, że dopiero zmieniający się świat wpływa na to, że teoretycznie dobrze znana przeszłość przestaje być oczywista. Póki żyjemy, tu i teraz, mówiąc słowami Kazika: "Te widoki nienormalne dla nas przecież są normalne".

Jednym z najważniejszych zadań szkoły jest według mnie odnormalnianie sposobu postrzegania rzeczywistości. Żyjąc na co dzień w naszym normalnym świecie, bardzo często nie dostrzegamy zła, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, ale i nie doceniamy wyjątkowości czasów, w jakich żyjemy. Taka oczywistość jak publiczna szkoła to stosunkowo niedawny wynalazek w historii, podobnie jak prawa wyborcze kobiet, patrząc z szerszej perspektywy, to naprawdę nowość (w jednym ze szwajcarskich kantonów przyjęto je w 1990 roku). Nie dostrzegamy także tego, w jak ogromnym stopniu rap zdemokratyzował kulturę.

Gdy Stanisław Wyspiański w przełomowym Weselu odzwierciedlał język chłopów, wprowadził do polskiej literatury na szeroką skalę dialektyzmy, a nawet wulgaryzmy ("Nie polezie orzeł w gówna"). Jego pełnokrwiści ludowi bohaterowie, przedstawieni na tle sentymentalnych czy romantycznych wzorów niezwykle podmiotowo, mimo wszystko byli przedmiotem opowieści autora wywodzącego się z wyżyn społecznych. Podobnie było w dwudziestoleciu międzywojennym, gdy poeci z grupy Skamander dążyli do tego, by przedstawiać w poezji zwykłego człowieka i unikać elitarności, posługiwać się stylem potocznym. Ale nawet w najlepszych wierszach Tuwima czy Słonimskiego ów zwykły człowiek pozostawał bohaterem tekstu stworzonego przez pisarza-intelektualistę. Był wdzięcznym tematem, mimo to nie pełnoprawnym twórcą. Ten monopol w niewielkim stopniu przełamywały piosenki Stanisława Grzesiuka - nazywanego bardem Czerniakowa, który w swoich tekstach opisywał realia niebezpiecznych warszawskich dzielnic z perspektywy kogoś, kto znał je z własnego doświadczenia. W czasach PRL-u, choć głoszono wówczas równościowe hasła, artystą nie zostawał ktoś z ulicy, bo bardzo dokładnie weryfikowano poziom tekstów, kompozycji itd. Dopiero hip-hop pod tym względem dokonał prawdziwej rewolucji. Jak powiedział w filmie Skandal. Ewenement Molesty dziennikarz muzyczny Cezary Ciszewski: "Nagle artystów to nie jest pięciu na dzielnicę, tylko pięciuset, bo jest mikrofon, jest komputer i każdy musi wydusić z siebie refleksję".

Zdemokratyzowanie kultury nie jest jednak utopią sprawiającą, że masowa możliwość tworzenia sztuki, mówiąc słowami Juliusza Słowackiego, "zjadaczy chleba w aniołów przerobi". Ktoś mógłby mi zarzucić, że pisząc o oryginalnych, literackich wulgaryzmach, analizując utwory, w których są one uzasadnionym środkiem wyrazu, bo łączą się z ciekawym przedstawieniem ważnych zjawisk, odwracam uwagę od większości sceny hip-hopowej, że starannie wybieram wyjątki potwierdzające regułę.

Rap z pewnością potrafi być wulgarny w najgorszy z możliwych sposobów. Wulgarny wulgarnością, w której nie ma nic literackiego, zabawnego, przewrotnego, ciekawego z punktu przedstawienia ludzkich emocji i doświadczeń; wulgarny, czyli "ordynarny i nieprzyzwoity", a jednocześnie "pozbawiony subtelności, smaku", a do tego wszystkiego "nadmiernie uproszczony, spłycony". Taki rap potrafi być obsceniczny do potęgi entej, a jednocześnie zwyczajnie nudny.

Kilka lat temu w "Dużym Formacie" ukazał się artykuł o znaczącym tytule Sekspiosenki Cypisa i Popka na YouTubie oglądają dzieci z podstawówki. Prawnicy mówią, że to porno. Tekst przedstawiał uzasadnione obawy związane z popularnością w szkołach podstawowych utworów dwóch raperów słynących z tekstów, które - szczególnie w przypadku Cypisa - stanowiły kompilację najbardziej wulgarnych zwrotów i sformułowań odnoszących się do seksu. Tekst Ludmiły Anannikovej był z pewnością pokłosiem wrażenia, jakie zrobiło wówczas wrzucone do sieci nagranie. Widać było na nim grupę dzieciaków, która podczas szkolnej dyskoteki wykrzykuje refren Klubu Go Go Gangu Albanii: "Pizda nad głową, pi, pi, pizda nad głową". Wideo w bardzo słabej jakości nadal jest dostępne na YouTubie. Osoba, która je udostępniła, dodała komentarz: "Bez opisu... bo to istna patola".

Gdybym miał jako nauczyciel porozmawiać z uczniami o tej sytuacji, na pewno bym nie dramatyzował. Zapytałbym, co pociąga ich w takich utworach, jak je traktują, czy chcieli zaszokować nauczycieli, a może ta muzyka po prostu im towarzyszy. To tak naprawdę dobra okazja do poważnej rozmowy o wulgaryzmach. Za złamanie szkolnych zasad uczniowie oczywiście powinni ponieść konsekwencje, ale też warto mieć świadomość, że refren "Pizda nad głową" to nie jest największy dramat, jaki może się wydarzyć w szkole. Poważne problemy zaczynają się wówczas, gdy zawarte w tekstach uprzedmiotawiające, wulgarne treści zaczynają wpływać na zachowania.

To nie jest oczywiście tak, że jesteś tym, czego słuchasz, ale z pewnością nie warto słuchać byle czego, bo kultura, jaką się otaczamy, wpływa na nasz sposób myślenia. W szkole rekomenduję mnóstwo muzyki, często prezentuję na lekcjach odnoszące się do tematu piosenki, które podsyłają sami uczniowie. Jestem otwarty na różnorodne propozycje, ale Cypisa nigdy bym nie włączył. Bo to zła wulgarność jest.

Czy w związku z żenującymi tekstami wielu raperów, których ksywek nie chce mi się wymieniać, nie powinno się słuchać rapu? To pytanie retoryczne. Nikt przecież nie zastanawia się, czy z powodu masowej produkcji odrażających czytadeł, które utrwalają mnóstwo szkodliwych stereotypów, powinno się nadal czytać książki? Jako osoba zainteresowana i literaturą, i hip-hopem, regularnie sprawdzam, jak wyglądają listy zarówno książkowych, jak i rapowych bestsellerów, ale trudno mi dojść na ich podstawie do przekonania, że statystyczny czytelnik ma z pewnością lepszy gust od przeciętnego słuchacza najpopularniejszej obecnie muzyki, a co za tym idzie - obcuje ze zdecydowanie bardziej wartościowymi treściami.

 

Stereotyp

funkcjonujący w świadomości społecznej uproszczony i zabarwiony wartościująco obraz rzeczywistości; może dotyczyć narodów, grup wiekowych, płci, ale także określonych czynności czy aktywności.

 

Czytanie książek nie jest z definicji dobre, a słuchanie rapu - bezproduktywne. To oczywiste stereotypy. Wszystko zależy od tego, o jakiej literaturze i o jakim hip-hopie, rozmawiamy oraz od tego, jak, po co i dlaczego obcujemy z określonymi treściami. Chyba mniej więcej coś takiego ileś lat temu powiedziałem zaniepokojonemu ojcu, który pół żartem, pół serio poprosił mnie, bym wystąpił w arcynauczycielskiej roli eksperta od zniechęcania. Życie dopisało do tej historii efektowną puentę, wspomnianego rodzica spotkałem bowiem całkiem niedawno na koncercie - jego syna, łódzkiego rapera Hermesa.

najsłynniejszym utworze Paktofoniki;

Księdze Rodzaju;

symbolach i alegoriach;

funkcjach języka;

przepotężnej, boskiej mocy słów.

 
 
 

Fokus: A ty mógłbyś nam chociaż wytłumaczyć, co to właściwie znaczy "jestem Bogiem"?

Magik: A wiesz, co to znaczy: "jestem słoniem"?

 

(fragment z filmu Jesteś Bogiem na podstawie scenariusza Macieja Pisuka)

 
 
 

Artyści zazwyczaj nie przepadają za sytuacją, gdy ktoś każe im wyjaśniać, co mieli na myśli. Napisali, nagrali, namalowali, a więc wypowiedzieli się właśnie w takiej formie, na jakiej im zależało. Kropka. Taką sytuację widać w filmowej historii Paktofoniki. Magik jest wyraźnie rozdrażniony tym, że koledzy z zespołu początkowo nie rozumieją jego pomysłu na tekst. Prawdopodobnie liczył na ich wsparcie, tymczasem są sceptyczni, zaniepokojeni, a nawet wystraszeni. Fokus reaguje: "Żadne radio nam tego nie puści, zrobi się smród i sklepy też nie będą chciały tego przyjmować".

Nie ma co się dziwić. Utwór Jestem Bogiem powstał w 2001 roku. To właśnie wtedy doszło w Narodowej Galerii Sztuki Zachęta do gwałtownych protestów związanych z Dziewiątą godziną, rzeźbą Maurizio Catellana. Przedstawiała Jana Pawła II przygniecionego meteorytem. Choć wydźwięk dzieła był dla papieża pozytywny - upadał on pod ciężarem trosk całego świata, a sam tytuł nawiązywał do męki Jezusa na krzyżu - to pracę uznano za obrazoburczą. Wybuchł skandal, który zakończył się zniszczeniem rzeźby przez dwójkę posłów oraz dymisją ówczesnej dyrektor galerii - Andy Rottenberg. W 2001 roku w Polsce trzeba było bardzo uważać, gdy nawiązywało się w sztuce do tego, co dla wielu osób było święte. A czy jest coś świętszego niż Bóg? Czy Bogiem może sobie być ot tak po prostu dwudziestodwulatek z katowickich Bogucic?

 

Metafora

(inaczej przenośnia) - niezwykłe użycie lub połączenie słów, które w nowych okolicznościach lub związkach zyskują nowe znaczenie. Jest jednym z najważniejszych środków stylistycznych, ale i czymś znacznie więcej. Zdaniem autorów słynnej książki Metafory w naszym życiu George'a Lakoffa i Marka Johnsona nasze codzienne myślenie o świecie w ogromnym stopniu opiera się na metaforach. Często niezauważanych, np. jak w poprzednim zdaniu ("myślenie [...] opiera się").

 

Obawy Fokusa, choć uzasadnione, okazały się przesadne. Radio puściło piosenkę, a potem szybko trafiła ona na listy przebojów. Oglądając film, wiemy już, że to Magik ma rację. Wiemy, bo przecież filmu Jesteś Bogiem nie byłoby bez piosenki Jestem Bogiem. Rozumiemy złość chłopaka, który zmaga się sam ze sobą, z trudną sytuacją rodzinną, z przytłaczającą codziennością, a musi jeszcze dodatkowo mierzyć się z oporem kolegów z zespołu. Kto ma go rozumieć, jeśli nie oni? A oni nie rozumieją.

Nie rozumieją, a ja ich rozumiem. Wiem, że łatwo pisze się po czasie riposty do dialogów sprzed dekad, ale na miejscu Fokusa odpowiedziałbym Magikowi tak: "Jaki jest słoń, każdy widzi. A widziałeś kiedyś Boga?".

Fokus i Rahim to jedyni koledzy z zespołu - w tym momencie słuchacze - którzy właśnie zetknęli się z czymś mocno nieoczywistym. Są w lekkim szoku, chcą zrozumieć, przemyśleć, jakoś ustosunkować się do niejasnego sformułowania, które budzi niepokój. Tak właśnie działa dobra metafora.

Dziś może ona wydawać się banalna. Po Rap God Eminema, I Am a God Kanye Westa co trzeci raper w co czwartym utworze nazywa siebie Bogiem i na nikim nie robi to specjalnego wrażenia. Tylko że "dziś" wyraźnie różni się od rzeczywistości z 2001 roku. Przyzwyczailiśmy się do opowieści o tym, że polska muzyka popularna to w dużym stopniu naśladowanie zachodnich wzorców, przenoszenie na polski grunt gatunków, mód, gestów, powtarzalnych sformułowań z tekstów piosenek. Magik, Fokus i Rahim dorastali w latach dziewięćdziesiątych, gdy polityka wytwórni w dużym stopniu polegała na poszukiwaniu polskich odpowiedników największych gwiazd z Zachodu. Grupa Rotary miała być polskim Oasis, Maja Kraft - polską Britney Spears itd.

Paktofonika nigdy nie była polskim odpowiednikiem czegokolwiek. Także dlatego, że gdy Magik zarapował "Jestem Bogiem", takie stwierdzenie nie było standardem w amerykańskim rapie. On nie wziął tej frazy z popularnej piosenki swojego idola, tylko wyrażał nią coś dla siebie bardzo osobistego. "Bez przerwy muszę robić rzeczy, których nienawidzę, a jak czasem próbuję zrobić coś, co chcę, to mi nie wolno. Ale tu mogę wszystko. Jestem artystą - dla mnie to coś znaczy" - mówi grający tragicznie zmarłego rapera Marcin Kowalczyk w filmie, który, według dwóch pozostałych członków grupy, jest wiernym zapisem rzeczywistych scen. W biografii Rahima (Rahim. Ludzie z tylnego siedzenia Przemka Corso) ten moment został przedstawiony nieco inaczej: gdy Magik informuje kolegów o swoim pomyśle na utwór o zostaniu Bogiem, jego matka przez mleczną szybę w drzwiach komentuje te słowa z prawdziwie matczynym sarkazmem: "TAAA! CHYBA SAMOZWAŃCZYM".

Taki pomysł w historii kultury nie jest oczywiście zupełnie nowy. Wiele lat przed powstaniem hip-hopu Juliusz Słowacki w poemacie Beniowski (nie mogę się w tym momencie powstrzymać od dygresji: który uwielbiam omawiać z uczniami na moich lekcjach) określał siebie jako Boga rzucającego wyzwanie "dawnemu Bogu", czyli Adamowi Mickiewiczowi. Zakończenie tego utworu to opis starcia tytanów poezji: dwie wybitne jednostki, dwaj genialni twórcy rywalizują o tytuł wieszcza, czyli natchnionego przewodnika narodu. Jeśli nie znacie tego fragmentu, to koniecznie przeczytajcie. Warto wcześniej przygotować sobie popcorn.

Można by powiedzieć, że w Jestem Bogiem chodzi o coś podobnego - Magik, Rahim i Focus mówią o swoich ponadprzeciętnych umiejętnościach, rapują o tym, że czują się świetni, wyjątkowi, po prostu najlepsi. Wszystko to prawda, ale znakomity refren piosenki kończy się słowami skierowanymi do każdego słuchacza: "Ty też jesteś Bogiem. Tylko wyobraź to sobie". Czegoś takiego nie powiedziałby czytelnikowi żaden romantyczny poeta spoglądający na tłum zwykłych śmiertelników znad morza mgły, ze szczytu Mont Blanc albo z perspektywy czegoś równie wysokiego, czyli mniemania o sobie.

Członkowie Paktofoniki wierzyli w siebie, a jednocześnie zarażali tą wiarą swojego słuchacza. Nie mówili mu: będziesz Bogiem. Nie zapowiadali, że kiedyś dzięki wytrwałości, pracy, zaangażowaniu, talentowi, wsparciu przyjaciół i wielu innym czynnikom osiągniesz sukces. To nie ta, dobrze znana hip-hopowa opowieść. Bóg, do którego zwracają się Magik, Fokus i Rahim, jeszcze w siebie nie wierzy, jeszcze nie wie, że nim jest, ale już nim jest. Musi sobie to jedynie wyobrazić. To naprawdę mocne, piękne przesłanie. Podkreślające znaczenie wiary w siebie, a jednocześnie wyobraźni, która - jak powiedział kiedyś Albert Einstein - w przeciwieństwie do wiedzy jest nieograniczona.

Jak przyznaje w swojej biografii Rahim, taki sens utworu to w dużym stopniu wynik intensywnej dyskusji. "Nie chcieliśmy sytuacji, w której ktoś mógłby nam zarzucić, że banda łebków nawija o tym, że Bóg nie istnieje i że to oni go zastępują albo że są mu równi, albo cokolwiek równie durnego. Zaczęliśmy bardzo dogłębnie analizować, o czym ma być ten kawałek. I doszliśmy do wniosku, że chodzi w nim o wiarę w siebie. O metaforę. Symbol".

 

Jak odróżnić symbol od alegorii?

Symbole to motywy, do których sensu czytelnik powinien docierać, odkrywać go. Są tajemnicze, wieloznaczne. Alegoria natomiast ma ściśle określone, ustalone znaczenie. Gdy czytamy biblijną przypowieść o synu marnotrawnym, nie zastanawiamy się, czy ukazany w niej ojciec to symbol historii, natury, a może patriotyzmu... Z kontekstu wynika jednoznacznie, jak należy rozumieć tę postać. Dlaczego jest to dla nas jasne? Decyduje o tym utrwalony w kulturze obraz Boga jako ojca.

 

Głupio mi tak po belfersku poprawiać Rahima, ale myślę, że chodziło im raczej o alegorię. W przeciwieństwie do symbolu ma ona jedno znaczenie. W historii kultury twórcy sięgali po ten środek wyrazu, gdy zależało im na tym, by ich dzieło było odbierane w ściśle określony sposób.

Historia powstawania piosenki Jestem Bogiem kojarzy mi się z fragmentem Ars poetica Czesława Miłosza:

 

W samej istocie poezji jest coś nieprzystojnego:

Powstaje z nas rzecz o której nie wiedzieliśmy że w nas jest,

Więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys

 

Członkowie Paktofoniki, gdy usłyszeli pierwszy raz zdanie wypowiedziane przez Magika, zobaczyli właśnie takiego tygrysa i serio się go wystraszyli. Postanowili więc przemyśleć sprawę i stworzyć dla niego ogrodzony teren, żeby nikt im nie zarzucił, że wypuścili w świat zdanie niebezpieczne.

Tu można by zamknąć temat, ale metafora "jestem Bogiem" nie daje się zamknąć w jednym znaczeniu. To, że wiemy, co autorzy mieli na myśli albo raczej co wymyślili po stworzeniu niepokojącego, niejednoznacznego zdania, jest ważną informacją, ale zdecydowanie nie wyklucza innych interpretacji. Rozumienie utworów wymaga pokory, skrupulatności, ale także odwagi, która dla wielu będzie bezczelnością. Czy można chcieć być mądrzejszym od autora? Czy można powiedzieć w myślach słynnemu poecie, legendarnemu reżyserowi, współtwórcy piosenki Jestem Bogiem: "To ja jestem Bogiem i powiem ci, co chciałeś powiedzieć!". To nieco bardziej skomplikowane.

Po pierwsze, odczytywanie tekstów nie jest równoznaczne z orzekaniem, co ktoś chciał powiedzieć: to naiwny, powtarzany na szczęście coraz rzadziej w szkole mit. Po drugie, w interpretacji nie chodzi o bycie mądrzejszym, lepszym: to nie jest gra, w której zwycięzca bierze wszystko.

 

Odczytując znaczenia, można natomiast prawie wszystko, jeśli tylko spełnione zostaną trzy warunki:

- Musimy trzymać się tekstu, bacznie się mu przyglądać i wyciągać z niego wnioski.

- Musimy pamiętać, że wiedza, którą wykorzystujemy, sięgając po historię, biografię, konteksty kulturowe czy filozoficzne, ma pomóc w zrozumieniu utworu.

- Musimy starać się być względnie zrozumiali i logiczni. Wyjaśnianie nie powinno być rekordowo mętne.

- To wszystko. Reszta jest wolnością.

 

Historia kultury pełna jest zdań, których znaczenie wykracza daleko poza horyzont tego, co autor w danej chwili mógł sobie wyobrazić. Wiara w siebie to ważne, może najważniejsze przesłanie najsłynniejszego utworu Paktofoniki, ale z pewnością nie jedyne. Pora wypuścić tygrysa z klatki. Czas poszukać odpowiedzi na pytanie: w jaki sposób można być Bogiem? Bez nieśmiertelności, wszechwiedzy i paru innych boskich atrybutów. To jedno z pytań, którego źródłem jest opis stworzenia człowieka i świata z Księgi Rodzaju.

Niektórzy zarzucają Biblii, że jest niespójna, nielogiczna, wytykają tekstom zawartym w Starym i Nowym Testamencie brak konsekwencji. W mojej pracy często spotykam się z młodymi, zaangażowanymi ateistami, którzy na omawiany na lekcji języka polskiego tekst religijny patrzą z góry, z mieszanką nieufności i lekceważenia. Bardzo lubię tych młodych ludzi za krytyczny stosunek do rzeczywistości, ale próbuję im jednocześnie pokazać, że taka postawa jest sporym uproszczeniem. Owe "kompromitujące" niespójności są świadectwem ważnych zmian: ewoluowania ludzkiej wyobraźni oraz etyki, które muszą rzucać się w oczy w książce powstającej przez ponad tysiąc lat.

 

Interpretacja - w przeciwieństwie do analizy jest w pewnym stopniu subiektywna.

Wynika z przyglądania się dziełu, ale zależy także od interpretatora: jego wiedzy, doświadczeń czy przekonań. Dla osoby religijnej Treny Jana Kochanowskiego mogą być przede wszystkim utworem o zwątpieniu w istnienie Boga, dla psychologa - znakomitym odzwierciedleniem etapów przeżywania żałoby, a dla kogoś zajmującego się na co dzień pisaniem - dziełem o procesie twórczym, który pomaga przepracować traumę.

 

Oprócz nich mamy w Biblii mnóstwo paradoksów i antytez. Jest ona niespójna, często nielogiczna - zgadzam się. Ale przecież dlatego to tak ciekawy utwór. Właśnie w ten sposób postrzegał ją filozof czasów baroku - Blaise Pascal. W jego Myślach można znaleźć fragment: "Chrystianizm jest dziwny. Nakazuje człowiekowi uznać, że jest szpetny, a nawet ohydny; i nakazuje chcieć mu być podobnym Bogu". Moglibyśmy powiedzieć: właśnie, masz rację, to bez sensu.

Tylko że dla Pascala dziwność to nie obelga, w jego ustach to słowo staje się komplementem. Po zapisaniu przywołanego przeze mnie paradoksu dochodzi do wniosku: "Piękny sposób przyjmowania życia i śmierci, dobra i zła!".

 

Antyteza

to zestawienie dwóch skontrastowanych ze sobą znaczeń. Gdy przybiera formę zdania zaskakującego, sprzecznego z przyjętymi powszechnie poglądami - staje się paradoksem. Za najsłynniejszego twórcę paradoksów w historii literatury uznaje się często Oscara Wilde'a, który w jednej ze swoich komedii, Mężu idealnym, zawarł opinię, że naturalność, "jest bardzo trudną do utrzymania pozą".

 

Pascal jest dziwny, tak jak Biblia, która jednocześnie poniża i wywyższa człowieka. Chyba w żadnym momencie to wywyższenie, niemal ubóstwienie, nie zostało pokazane tak wyraźnie jak na samym początku Księgi Rodzaju. "Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam" - stwierdza Bóg, a potem rozwija myśl: "Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!". Człowiek ma być więc panem na wzór Pana. "Niech panuje" to wyznaczenie mu roli kogoś, kto ma stać ponad całą naturą, ma sprawować władzę, podejmować decyzje. Słynny średniowieczny filozof, Święty Augustyn, był przekonany, że stworzenie człowieka na wyobrażenie Boga odnosi się do obdarzenia go rozumem. Miał chyba rację, bo Bóg od samego początku wierzy w mądrość nowo stworzonej istoty. Daje jej duże możliwości oraz wolność.

Widać ją bardzo dobrze w pierwszym zadaniu, jakie otrzymuje Adam. "Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta lądowe i wszelkie ptaki powietrzne, Pan Bóg przyprowadził je do mężczyzny, aby przekonać się, jaką on da im nazwę". Co ciekawe, teoretycznie wszechwiedzący Bóg nie wie, co za chwilę się wydarzy. Chce "przekonać się". Nadawanie nazw zwierzętom to moment pojawienia się człowieka - twórcy, kogoś, kto potrafi zaskakiwać.

Po co w ogóle pierwszy człowieka nazywa zwierzęta? One przecież bez nazw Adama doskonale by sobie poradziły. Adam też ostatecznie dałby sobie radę bez dodatkowych słów. Mógłby patrzeć na zwierzęta, podziwiać je, nawet urządzać polowania. Bez nazw nie mógłby jednak o zwierzętach myśleć. A jeśli św. Augustyn ma rację i Bóg, tworząc człowieka na swoje podobieństwo, obdarza go rozumem, logiczne jest, że od początku dba o to, by nie tylko był twórczy, ale i... poszerzał zakres swojego słownictwa. Trochę żartuję, ale tylko trochę.

Ponoć przeciętny człowiek posługuje się kilkunastoma tysiącami słów. U osób wykształconych, regularnie rozwijających swoje zainteresowania ta liczba może być dwukrotnie większa. Często mówi się o tym, że zasób słów świadczy o erudycji. Niektórzy lubią wplatać w swoją wypowiedź mniej oczywiste, rzadziej spotykane sformułowania, by w ten sposób zrobić wrażenie na innych. Czasem to nie jest wcale taki zły pomysł. Podczas egzaminu ustnego z języka polskiego uczeń może powiedzieć: biblijny Adam to ciekawy, niejednoznaczny bohater, ale na pewno zrobi większe wrażenie, gdy skonstatuje, że stworzony przez Boga pierwszy człowiek jest postacią ambiwalentną. Słowami można czasem poszpanować. One jednak nie służą do popisywania się. To potężne narzędzia, które powinniśmy wykorzystywać do rozumienia świata. Jeśli masz skrzynkę z trzema śrubokrętami, to pewnych rzeczy nie naprawisz. Jeśli twoja skrzynka ze słowami zawiera zestaw podstawowych elementów, to pewnych problemów nie rozwiążesz, a innych nawet nie zauważysz.

Człowiek w Księdze Rodzaju otrzymuje od swojego Stwórcy władzę, wolność oraz inteligencję. To faktycznie cechy Boga. Może jednak najważniejsze jest to, w jaki sposób działa Adam. Nazywając zwierzęta, posługuje się supermocą, dzięki której powstał cały świat.

Biblijny Bóg tworzy słowem. Taki motyw w mitologii nie jest wcale oczywistością. U starożytnych Greków świat początkowo wyłania się z chaosu, potem kształtuje się w trakcie brutalnej walki o władzę toczonej między boskimi rodzicami a dziećmi (Kronos pokonuje swojego ojca - Uranosa, a później sam zostaje obalony przez własnego syna - Zeusa). Taki mit nie tylko tłumaczył Grekom powstanie rzeczywistości, ale także niósł istotne przesłanie: trudno wyobrazić sobie tworzenie czegokolwiek bardziej doniosłego bez walki, bez wojny.

 

Czym różni się mit od baśni lub legendy?

Według Mircei Eliadego przede wszystkim stosunkiem odbiorców do danej opowieści. Mity są traktowane przez swoich wyznawców jako historie prawdziwe i święte. Dlatego postawy, normy, wzorce w nich zawarte miały, a często nadal mają ogromny wpływ na ludzi.

 

Podobnie jest u Babilończyków. Bóg Marduk, gdy wygrywa pojedynek z Tiamat, boginią-matką, w szale zwycięstwa tworzy świat z jej martwego ciała: z głowy i z piersi zostają utworzone góry, a z oczu wypływają dwie rzeki - Tygrys i Eufrat. Bardzo lubię całkowicie odmienną opowieść pochodzącą z rejonów dzisiejszego Wybrzeża Kości Słoniowej. Według niej jeden z dwóch bogów - Guela na Dole znudzony ziewnął i wtedy z jego ust wypadła glina. To z niej postanowił ulepić rośliny, zwierzęta, a wreszcie ludzi. Nuda jako główne źródło wszystkiego? Jak dla mnie brzmi to bardzo przekonująco.

Na Bliskim Wschodzie dominuje inna opowieść - o słowie, które powołuje świat do istnienia. Summeryjski Enki to nie krwawy wojownik, tylko doskonały organizator, który nazywa świat i w ten sposób go porządkuje. Określa prawa, zasady, wyznacza obowiązki i zadania. Nie przepada za ciężką pracą, więc tworzy człowieka, który zdejmie z niego ten obowiązek. Czy to nie rozsądne rozwiązanie? Czy można się dziwić, że Bogiem Sumerów był Bóg intelektualista? Czy cywilizacja, która stworzyła pismo, mogła zostać stworzona przez innego Boga, albo raczej: czy mogła innego Boga stworzyć?

Podobnie działa egipski Ptah, który wymawiając nazwy wszystkich rzeczy, powołuje je do istnienia. Ksiądz Krzysztof Zasański, autor bardzo ciekawej pracy o różnych opisach stworzenia świata i człowieka, zwraca uwagę na konsekwencje takiej myśli: "Stwierdzenie, że bóstwo jest twórczą inteligencją, determinuje istnienie przeznaczenia". W ten sposób pojawił się pomysł, że świat będzie miał koniec.

Starotestamentowy Stwórca jest postacią, która pojawiła się w kulturze ceniącej kulturę słowa. To dlatego zostało ono podniesione do rangi boskiej supermocy.

Zaraz, zaraz, ten rozdział miał dotyczyć piosenki Jestem Bogiem? Jak znaleźliśmy się wśród Sumerów i Egipcjan? Podczas lekcji naprawdę bardzo lubię spontanicznie odbiegać od tematu. Jeśli zaczynamy od piosenek, a nagle rozmawiamy o starożytnych kulturach, albo odwrotnie: gdy chwilę po przeczytaniu tekstu sprzed kilku tysięcy lat jak gdyby nigdy nic rozmawiamy o współczesnych piosenkach, to najprawdopodobniej dzieje się coś bardzo cennego. Zaczynamy traktować kulturę jako sieć zależności.

Posługiwanie się słowami ma w sobie coś boskiego. W jakimś stopniu każdy z nas jest powołany do tego, by choć trochę być jak Bóg. To przesłanie, które można wyczytać w najsłynniejszej piosence Paktofoniki oraz w opisie stworzenia świata i człowieka z Księgi Rodzaju. Bóg słowem stworzył człowieka, stworzył go na swoje podobieństwo, ale tu historia dopiero się rozpoczyna, bo człowiek musi słowami stwarzać samego siebie. Nie tylko wyrażać nimi emocje, opisywać, przekonywać innych do czegoś, podtrzymywać kontakt. Stwarzać siebie, czyli nadawać sens własnemu życiu.

Piotr Łuszcz pewnego dnia stwierdził, że zostanie Magikiem, i stopniowo stawał się nim za pomocą hip-hopu. Czy słowa w tym przypadku są tylko po to, by wyrażać emocje i formułować poglądy? One nie kreowały jedynie scenicznego wizerunku, panowanie nad nimi dawało poczucie sensu. Jak powiedział o Magiku Gustaw Szepke, szef wytwórni Gigant Records, która wydała debiut Paktofoniki: "U niego nie było różnicy między człowiek jako człowiek lub człowiek jako artysta czy coś tam jeszcze. Artystą był bez przerwy, tak jak i człowiekiem, choć prawdą jest, że trudnym". Dlatego gdy w Jestem Bogiem muzyk rapuje: "O rany, rany, jestem niepokonany, H I P, H O P - bez reszty oddany", to można zrozumieć jego emocje. Oddanie bez reszty łączy się z przekonaniem, że poprzez muzykę i słowa można w szczególny sposób stawać się sobą.

 

Funkcje języka

ich badaniem zajmują się językoznawcy, którzy zadają sobie tylko z pozoru oczywiste pytanie: w jakim celu człowiek stworzył skomplikowany system znaków dźwiękowych, który później postanowił utrwalić w formie pisma? Najczęstsze odpowiedzi to: żeby przekazywać wiadomości (funkcja informatywna), wyrażać emocje (funkcja ekspresywna), wpływać na innych (funkcja impresywna). Z czasem język zaczął być narzędziem pozwalającym tworzyć literaturę (funkcja poetycka), a nawet opisywać swoje własne reguły (funkcja metajęzykowa). Oprócz tych wszystkich ról szczególnie doniosła wydaje się magiczna funkcja języka - z jej pomocą ludzie starają się kreować rzeczywistość, wpływać na nią, np. poprzez zaklęcia, ale też przysięgi, ślubowania.

 

Znakomicie widać to również w zwrotce Fokusa, która pozornie jest tylko popisem rytmicznej sprawności, zabawą współbrzmieniami, czystą techniką. Tylko że po chwili przechodzimy od panowania nad słowami do panowania nad własnym życiem: "Niuanse, sensacyjne seanse, w bezsensie sens jest jedynym awansem". Fokus mówi o tym, że jego celem jest znalezienie równowagi, "balansu w naturze", chciałby "dorównać swym bogom", czyli stać się jeszcze lepszym raperem. Czy zmienianie bezsensu w sens nie jest jak zmienianie "bezładu i pustkowia" w świat, w którym można zobaczyć dobro?

Nie dotyczy to oczywiście jedynie raperów czy poetów. Słowa "kocham cię" nie są tylko wyrażaniem emocji. One przecież tworzą więź. Powtarzane często mogą także stworzyć człowieka, który będzie wierzył, że jest kimś ważnym i wyjątkowym, i który będzie widział w sobie dobro i umiał dostrzegać je w innych ludziach.

Wydana kilka lat temu w Polsce przepiękna graficznie Biblia. Wielkie opowieści Starego Testamentu z ilustracjami Serge'a Blocha i tekstem Frédérica Boyera rozpoczyna się w niezwykły sposób. "Nigdy się nie dowiemy, jak wszystko się zaczęło" - czytamy zdanie wydrukowane na ciemnoszarym, mrocznym tle. Gdy przerzucamy stronę, okazuje się, że kolejne kartki są znacznie jaśniejsze i przynoszą bardzo ważne przesłanie: "Ale mamy słowo. I to od niego wszystko się zaczyna. Kiedy wszystko jest ciemnością, ktoś przemawia, powstaje światło". Biblia opracowana przez Blocha i Boyera to bardzo ciekawa książka. Da się ją czytać jako historię wiary w Boga, ale i historię wiary w moc opowieści.

Moc opowieści... To brzmi trochę jak slogan dla naiwniaków, forma samookłamywania się idealna dla humanistów. Inni mają władzę, sławę i pieniądze, ale nie martw się, wierzysz przecież w magiczną siłę słów. Lubisz czytać książki, więc w gruncie rzeczy jesteś całkiem fajny. Nawet gdy Twoje życie to pasmo klęsk, to na pewno potrafisz zbudować wokół nich ciekawą opowieść. Uśmiechnij się.

Oczywiście ironizuję. Nie należy jednak lekceważyć zdolności do tworzenia fikcji. Przekonująco pisze o niej Yuval Noah Harari. W książce Sapiens. Od zwierząt do bogów przedstawia przełomowy moment w historii naszego gatunku, który miał miejsce około 70 000 lat p.n.e. Chodzi o rewolucję poznawczą. Polegała ona na tym, że człowiek rozwinął umiejętność snucia fikcyjnych opowieści. Pod tym względem nasi przodkowie górowali nad neandertalczykami, silniejszymi fizycznie, ale niepotrafiącymi ze sobą współdziałać w dużych grupach. Pojawienie się opowiadania i opowieści to według Harariego moment zwrotny. Od tego momentu historia wyraźnie przyśpiesza.

Homo erectus przez milion lat nie zmieniał sposobu posługiwania się swoimi narzędziami, na jego działanie miały wpływ zachodzące bardzo powoli mutacje genetyczne. "Od rewolucji poznawczej homo sapiens potrafi błyskawicznie zmieniać swoje zachowanie, przekazując nowe sposoby postępowania przyszłym pokoleniom bez jakiejkolwiek konieczności zmiany genetycznej czy środowiskowej".

A wszystko to dzięki wykształceniu jednej szczególnej umiejętności. W komiksowej wersji książki Harariego opowiada o niej superbohater Doktor Fikcja: "Tylko sapiens może powiedzieć: "Popatrzcie w górę. Ponad chmurami jest Bóg, który was ukarze, jeśli nie będziecie robili tak, jak mówię". A jeśli uwierzycie w tę opowieść, to wszyscy będziecie przestrzegać tych samych praw i zasad, więc będziecie mogli skutecznie współpracować, nawet jeśli się nie znacie".

Fikcja nie jest kłamstwem, nie jest też jedynie tym, co zazwyczaj utożsamiany z tym pojęciem, czyli "obrazem świata w dziele literackim". Dzięki mocy opowieści powstały państwa, religie, najważniejsze normy etyczne, które umożliwiają ludziom wspólne działanie. Uznanie tych ludzkich wytworów za kreację nie odbiera im powagi. Pozwala jednak poczuć się odważniejszym w kształtowaniu przyszłości. Ostatecznie to bowiem my, ludzie, decydujemy, w jaką historię chcemy wierzyć. W ten sposób jesteśmy w stanie stwarzać sami siebie. To dla mnie najważniejszy sens refrenu Paktofoniki: "Ty też jesteś Bogiem, tylko wyobraź to sobie".

W książce Harariego można odnaleźć sugestię, że to człowiek stworzył Boga, w pewnym stopniu na swój obraz i podobieństwo. Stworzył wspaniałą postać, która zaprowadza w świecie ład za pomocą słowa i właśnie słowem wpłynęła na bieg historii, przepraszam, stworzyła historię. Ale opowieść z Księgi Rodzaju wciąż można traktować inaczej: czytać ją jako tekst religijny o tym, że stało się to wszystko tylko dlatego, że Bóg zainspirował Adama do nazywania zwierząt. A jemu bardzo, ale to bardzo się to spodobało.