Patriota. Autobiografia - Aleksiej Nawalny

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (38,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Umie­ra­nie ja­koś szcze­gól­nie nie bo­lało. Gdyby nie to, że wła­śnie bra­łem ostatni od­dech, ni­gdy w ży­ciu nie po­ło­żył­bym się na pod­ło­dze przy sa­mo­lo­to­wej to­a­le­cie. Pew­nie się do­my­śla­cie, że nie lśniła czy­sto­ścią.

Le­cia­łem do Mo­skwy z Tom­ska na Sy­be­rii i by­łem bar­dzo za­do­wo­lony. Za dwa ty­go­dnie miały się od­być lo­kalne wy­bory w kilku sy­be­ryj­skich mia­stach, a ja wraz z mo­imi ko­le­gami z Fun­da­cji Walki z Ko­rup­cją mia­łem szczery za­miar po­ko­na­nia par­tii rzą­dzą­cej: Jed­nej Ro­sji. Dla lu­dzi byłby to ważny ko­mu­ni­kat, że Wła­di­mir Pu­tin na­wet po dwu­dzie­stu la­tach spra­wo­wa­nia wła­dzy nie jest wszech­mocny ani na­wet szcze­gól­nie lu­biany w tej czę­ści kraju - mimo że sporo tam­tej­szych miesz­kań­ców ogląda w te­le­wi­zji ga­da­jące głowy, które przez dwa­dzie­ścia cztery go­dziny na dobę wy­chwa­lają na­szego przy­wódcę.

Przez kilka lat mia­łem za­kaz kan­dy­do­wa­nia w wy­bo­rach. Pań­stwo nie uzna­wało par­tii po­li­tycz­nej, na któ­rej czele sta­łem, i nieco wcze­śniej - po raz dzie­wiąty w ciągu ośmiu lat - od­mó­wiło zgody na jej za­re­je­stro­wa­nie. Ja­koś wciąż mie­li­śmy pro­blemy z "pra­wi­dło­wym wy­peł­nie­niem for­mu­la­rzy". W tych nie­zwy­kle rzad­kich przy­pad­kach, gdy na­zwi­sko któ­re­goś z na­szych kan­dy­da­tów zna­la­zło się na kar­cie do gło­so­wa­nia, ucie­kano się do naj­bar­dziej nie­praw­do­po­dob­nych pre­tek­stów, żeby skre­ślić je z li­sty. Wy­zwa­nia, z ja­kimi zma­gała się sieć na­szych od­dzia­łów, ma­jąca w szczy­to­wym mo­men­cie aż osiem­dzie­siąt re­gio­nal­nych biur - jedna z naj­więk­szych w kraju i nie­ustan­nie ata­ko­wana przez pań­stwo - wy­ma­gały od nas skłon­no­ści iście schi­zo­fre­nicz­nych, bo nikt o zdro­wych zmy­słach nie byłby w sta­nie uwie­rzyć, że może wy­grać wy­bory, w któ­rych re­gu­lar­nie za­bra­nia mu się kan­dy­do­wać.

W pań­stwie au­to­ry­tar­nym, w któ­rym od po­nad dwóch de­kad prio­ry­tet re­żimu spro­wa­dza się do za­szcze­pie­nia w elek­to­ra­cie prze­ko­na­nia, że jest bez­radny i nie może ni­czego zmie­nić, samo już na­kło­nie­nie lu­dzi do tego, żeby po­szli za­gło­so­wać, jest nie­ła­twym za­da­niem. Ale ich za­robki spa­dały od sied­miu lat. Gdyby udało się za­chę­cić do pój­ścia do urn i od­da­nia głosu cho­ciaż jedną trze­cią upraw­nio­nych, któ­rzy mieli już dość re­żimu, ża­den z kan­dy­da­tów Pu­tina nie miałby szans. Tylko jak ich do tego prze­ko­nać? Per­swa­zją? Obiet­nicą na­gród? My wy­bra­li­śmy jesz­cze inną opcję: po­sta­no­wi­li­śmy ich po­rząd­nie wku­rzyć.

Od kilku lat ra­zem z mo­imi współ­pra­cow­ni­kami na­gry­wa­li­śmy nie­koń­czącą się operę my­dlaną o ko­rup­cji w Ro­sji. Pra­wie wszyst­kie ostat­nie od­cinki miały od trzech do pię­ciu mi­lio­nów od­słon na YouTu­bie. Zna­jąc re­alia pa­nu­jące w kraju, już na sa­mym po­czątku zde­cy­do­wa­li­śmy, że nie bę­dziemy sto­so­wać dzien­ni­kar­skich me­tod zmięk­cza­nia te­matu i ucie­ka­nia się do nie­zli­czo­nych kwa­li­fi­ka­to­rów - "rze­komy", "moż­liwy", "do­mnie­many" - tak uwiel­bia­nych przez praw­ni­ków. Zło­dzieja na­zy­wa­li­śmy zło­dzie­jem, a ko­rup­cję ko­rup­cją. Je­żeli ktoś miał ogromną po­sia­dłość, nie tylko in­for­mo­wa­li­śmy o jej ist­nie­niu, lecz także fil­mo­wa­li­śmy ją za po­mocą dro­nów i po­ka­zy­wa­li­śmy w ca­łej oka­za­ło­ści. Spraw­dza­li­śmy, jaka jest jej war­tość, i ze­sta­wia­li­śmy to ze skrom­nymi do­cho­dami, które ofi­cjal­nie zgła­szał w de­kla­ra­cji ma­jąt­ko­wej biu­ro­krata bę­dący jej wła­ści­cie­lem.

Na te­mat ko­rup­cji można snuć roz­ma­ite teo­rie, ja jed­nak pre­fe­ruję bar­dziej bez­po­śred­nie me­tody po­szu­ki­wa­nia do­wo­dów. Na przy­kład prze­ana­li­zo­wa­li­śmy zdję­cia ślubne rzecz­nika pra­so­wego pre­zy­denta i zwró­ci­li­śmy uwagę na kosz­towny ze­ga­rek wy­sta­jący mu spod rę­kawa na fo­to­gra­fii, na któ­rej ca­łuje pannę młodą. Po­tem skon­tak­to­wa­li­śmy się ze szwaj­car­skim do­stawcą, który za­świad­czył, że ten mo­del kosz­tuje 620 ty­sięcy do­la­rów. Na końcu ujaw­ni­li­śmy tę in­for­ma­cję oby­wa­te­lom na­szego kraju, w któ­rym jedna na pięć osób żyje po­ni­żej gra­nicy ubó­stwa, okre­ślo­nej na po­zio­mie 160 do­la­rów mie­sięcz­nie - co i tak sta­nowi mi­ni­mum eg­zy­sten­cji. A gdy już zdo­ła­li­śmy roz­wście­czyć wi­dzów bez­czel­no­ścią sko­rum­po­wa­nego apa­ratu urzęd­ni­czego, po­ka­zy­wa­li­śmy im wtedy stronę in­ter­ne­tową z li­stą przy­pi­sa­nych do ich re­jonu kan­dy­da­tów, na któ­rych po­winni gło­so­wać, je­śli nie chcą da­lej współ­fi­nan­so­wać luk­su­so­wego ży­cia biu­ro­kra­tów.

Po­dzia­łało.

Ba­wi­li­śmy i jed­no­cze­śnie iry­to­wa­li­śmy na­szą pu­blicz­ność scen­kami z ży­cia, ja­kie pro­wa­dzą "skromni pa­trioci rzą­dzący na­szym kra­jem". Wy­ja­śnia­li­śmy, jak działa me­cha­nizm ko­rup­cji, i na­wo­ły­wa­li­śmy do pod­ję­cia kon­kret­nych dzia­łań, które miały po­waż­nie za­szko­dzić sys­te­mowi Pu­tina. Ni­gdy nie za­bra­kło nam ma­te­riału.

Pa­trząc przez okno sa­mo­lotu, my­śla­łem o tym, że dys­po­nuję wy­star­cza­jącą liczbą na­grań, żeby przy­go­to­wać dwa albo trzy fil­miki o ko­rup­cji w sy­be­ryj­skich mia­stach i wsta­wić je na YouTube. Obej­rza­łoby je kilka mi­lio­nów lu­dzi, a kil­ka­set ty­sięcy miesz­kań­ców No­wo­sy­bir­ska i Tom­ska po­czu­łoby taką fu­rię, że po­słu­cha­liby na­szego we­zwa­nia, aby pójść na wy­bory i za­gło­so­wać prze­ciwko kan­dy­da­tom par­tii Pu­tina.

Uśmiech­ną­łem się krzywo na wspo­mnie­nie tego, jak wła­dze pań­stwowe usi­ło­wały po­krzy­żo­wać nam plany. Moje po­dróże po Ro­sji dzia­łały na urzęd­ni­ków z każ­dego po­ziomu wła­dzy ni­czym płachta na byka. Uwa­żali, że są nie­bez­pieczne, i fa­bry­ko­wali mnó­stwo za­rzu­tów kar­nych, aby unie­moż­li­wić mi jeż­dże­nie po kraju - osoba oskar­żona nie może bo­wiem opusz­czać swo­jego re­gionu za­miesz­ka­nia. Od 2012 roku spę­dzi­łem łącz­nie rok w aresz­cie do­mo­wym, a przez kilka ko­lej­nych lat mia­łem są­dowy za­kaz opusz­cza­nia Mo­skwy.

Dwa mie­siące wcze­śniej, na sku­tek pro­wo­ka­cji w kon­tro­lo­wa­nej przez pań­stwo pro­pa­gan­do­wej sta­cji te­le­wi­zyj­nej Rus­sia To­day, wsz­częto prze­ciwko mnie ab­sur­dalne po­stę­po­wa­nie karne pod za­rzu­tem "znie­sła­wie­nia we­te­rana wo­jen­nego". Po raz ko­lejny otrzy­ma­łem za­kaz opusz­cza­nia Mo­skwy, uznaw­szy jed­nak, że jest nie­zgodny z pra­wem, zi­gno­ro­wa­łem go i po­je­cha­łem na Sy­be­rię, żeby prze­pro­wa­dzić tam swoje naj­now­sze śledz­two. Ra­zem z ko­le­gami przy­wieź­li­śmy do domu setki gi­ga­baj­tów ma­te­ria­łów, w tym wy­wiady z lo­kal­nymi przed­sta­wi­cie­lami opo­zy­cji i na­gra­nie uka­zu­jące re­zy­den­cję de­pu­to­wa­nego Jed­nej Ro­sji zbu­do­waną na pry­wat­nej wy­spie. Wszyst­kie ma­te­riały były go­towe do edy­cji: za­szy­fro­wane i prze­słane na ser­wer.

Bar­dzo chcia­łem po­ko­nać Jedną Ro­sję w Tom­sku i przy­naj­mniej tro­chę do­piec jej w No­wo­sy­bir­sku. Czu­łem sa­tys­fak­cję na myśl o tym, że po­mimo co­raz częst­szych prób za­stra­sza­nia - w ciągu dwóch ostat­nich lat prze­pro­wa­dzono po­nad trzy­sta na­lo­tów na na­sze biura: lu­dzie w czar­nych ma­skach wy­ci­nali pi­łami drzwi z fu­tryn, prze­szu­ki­wali lo­kale i kon­fi­sko­wali te­le­fony oraz kom­pu­tery - co­raz bar­dziej ro­śniemy w siłę. Oczy­wi­ście im bar­dziej mnie to cie­szyło, tym bar­dziej zwięk­szało się nie­za­do­wo­le­nie Kremla i sa­mego Pu­tina. Praw­do­po­dob­nie to wła­śnie spro­wo­ko­wało go do wy­da­nia na­kazu "pod­ję­cia ak­tyw­nych dzia­łań". Tego okre­śle­nia tra­dy­cyj­nie uży­wali agenci KGB i FSB w swo­ich wspo­mnie­niach. Po­zbądź się czło­wieka, a po­zbę­dziesz się pro­blemu.

W ży­ciu co­dzien­nym mogą się przy­da­rzyć roz­ma­ite złe rze­czy. Może cię po­żreć ty­grys. Czło­nek wro­giego ple­mie­nia może ci wbić włócz­nię w plecy. Mo­żesz przy­pad­kowo uciąć so­bie pa­lec, po­pi­su­jąc się przed part­ne­rem swo­imi umie­jęt­no­ściami ku­li­nar­nymi, albo stra­cić nogę, je­śli nie za­cho­wasz ostroż­no­ści pod­czas ope­ro­wa­nia piłą łań­cu­chową w ga­rażu. Ko­muś spad­nie na głowę ce­gła, a ktoś inny wy­pad­nie przez okno. Do tego trzeba jesz­cze do­dać po­spo­lite za­wały i inne tra­ge­die - bar­dzo przy­kre, lecz nie­bu­dzące za­sko­cze­nia.

Mam na­dzieję, że nie­wielu mo­ich czy­tel­ni­ków zo­sta­nie dźgnię­tych włócz­nią albo wy­pad­nie przez okno, wszy­scy jed­nak po­tra­fimy so­bie wy­obra­zić, jak by to było. Ży­ciowe do­świad­cze­nia i wnio­ski wy­cią­gnięte na pod­sta­wie ob­ser­wa­cji in­nych osób po­zwa­lają nam na żywe od­czu­wa­nie roz­ma­itych do­znań. Tak przy­naj­mniej są­dzi­łem, do­póki nie wsia­dłem do tego sa­mo­lotu.

W po­sza­no­wa­niu dla kon­wen­cji kry­mi­nału po­sta­ram się zre­la­cjo­no­wać wszystko, co się wy­da­rzyło tam­tego dnia, moż­li­wie naj­bar­dziej pre­cy­zyj­nie, zgod­nie z tra­dy­cyjną za­sadą, która mówi, że każdy szcze­gół może się oka­zać klu­czem do roz­wią­za­nia za­gadki.

Jest 20 sierp­nia 2020 roku, po­kój ho­te­lowy w Tom­sku. Bu­dzik za­czyna dzwo­nić o 5.30. Wstaję bez pro­blemu i idę do ła­zienki. Biorę prysz­nic. Nie golę się. Myję zęby. Dez­odo­rant w kulce się skoń­czył. Po­cie­ram pa­chy su­chym pla­sti­kiem, po czym wy­rzu­cam apli­ka­tor do ko­sza na śmieci, gdzie zo­sta­nie zna­le­ziony za kilka go­dzin przez mo­ich współ­pra­cow­ni­ków, kiedy tu przy­jadą, żeby prze­szu­kać po­kój. Owi­jam się naj­więk­szym ręcz­ni­kiem, jaki wisi w ła­zience, i wra­cam do po­koju. Pa­trzę na swoje rze­czy. Po­trze­buję bie­li­zny, skar­pe­tek oraz ko­szulki z krót­kim rę­ka­wem. Na­leżę do osób, któ­rym wy­bie­ra­nie stroju za­wsze spra­wia trud­no­ści, więc ga­pię się przez ja­kieś dzie­sięć se­kund na ubra­nia le­żące w otwar­tej wa­lizce.

Wtedy do głowy przy­cho­dzi mi że­nu­jąca myśl. Czy mogę wło­żyć tę samą ko­szulkę co wczo­raj? W końcu za pięć go­dzin będę już w domu, a tam znów się wy­ką­pię i zmie­nię ubra­nie na świeże. Nie, tak się nie robi. Któ­ryś z mo­ich współ­pra­cow­ni­ków mógłby to za­uwa­żyć i uznać, że jego szef nosi się jak klo­szard.

Wczo­raj ho­tel zwró­cił mi wy­prane ciu­chy, więc wyj­muję z fo­lii ko­szulkę i skar­petki. W wa­lizce mam czy­stą bie­li­znę. Ubie­ram się i pa­trzę na ze­ga­rek. Jest 5.47. Za nic nie mogę się spóź­nić na sa­mo­lot: mamy czwar­tek, a ja je­stem nie­wol­ni­kiem czwart­ków. W każdy czwar­tek, co­kol­wiek by się działo, wy­stę­puję na żywo o 20.00 i ko­men­tuję to, co się wy­da­rzyło w Ro­sji w ciągu ostat­niego ty­go­dnia. Ro­sja przy­szło­ści z Alek­sie­jem Na­wal­nym to je­den z naj­po­pu­lar­niej­szych stre­amin­gów w kraju. Na żywo ogląda go od pięć­dzie­się­ciu do stu ty­sięcy lu­dzi, a po opu­bli­ko­wa­niu w in­ter­ne­cie do­łą­cza do nich jesz­cze ko­lejne pół­tora mi­liona. W tym roku liczba wi­dzów ani razu nie spa­dła po­ni­żej mi­liona. (Gdyby dziś nie był czwar­tek, prze­dłu­żył­bym swój po­byt na Sy­be­rii. Dzi­siaj wraca ze mną dwóch współ­pra­cow­ni­ków, a kilku in­nych zo­sta­nie jesz­cze parę dni, żeby do­koń­czyć pracę).

Jest 6.01. Nie­na­wi­dzę się spóź­niać, ale jak zwy­kle oka­zuje się, że za­po­mnia­łem cze­goś spa­ko­wać: na krze­śle leży pa­sek do spodni. Mu­szę otwo­rzyć wa­lizkę, wło­żyć do niej pa­sek i wy­ko­nać akro­ba­cje znane każ­demu, kto kie­dy­kol­wiek pró­bo­wał za­mknąć prze­ła­do­waną torbę. Przy­gnia­tam wieko cię­ża­rem swo­jego ciała, za­su­wam za­mek i bła­gam go w my­ślach, żeby nie pu­ścił, kiedy pod­niosę rękę i zwol­nię na­cisk.

O 6.03 je­stem już na dole w ho­te­lo­wym lobby, gdzie cze­kają na mnie moja rzecz­niczka pra­sowa Kira Jar­mysz oraz asy­stent Ilja Pa­cho­mow. Wsia­damy do tak­sówki, którą za­mó­wił Ilja, i je­dziemy na lot­ni­sko. Po dro­dze tak­sów­karz za­trzy­muje się na sta­cji ben­zy­no­wej, co jest dość nie­ty­powe, po­nie­waż za­zwy­czaj tak­sów­ka­rze tan­kują mię­dzy kur­sami, ale nie za­przą­tam so­bie tym głowy.

Na lot­ni­sku spo­ty­kamy się z idio­tycz­nymi prze­pi­sami, które obo­wią­zują w ca­łej Ro­sji. Jesz­cze przed bu­dyn­kiem mu­sisz przejść ra­zem ze swo­imi ba­ga­żami przez bramkę z wy­kry­wa­czem me­talu. A to wy­maga usta­wie­nia się w dwóch ko­lej­kach i prze­kro­cze­nia dwóch punk­tów kon­tro­l­nych. Wszystko od­bywa się bar­dzo po­woli i za­wsze znaj­dzie się przed tobą ktoś, kto za­po­mniał wy­jąć z kie­szeni te­le­fon. Ska­ner wy­daje sy­gnał dźwię­kowy. Nasz po­dróżny za­po­mniał rów­nież zdjąć ze­ga­rek. Znowu pi­ka­nie. Prze­kli­na­jąc tego kre­tyna w my­ślach, prze­cho­dzę przez bramkę i - oczy­wi­ście - ska­ner brzę­czy. Ja też za­po­mnia­łem zdjąć ze­ga­rek.

- Prze­pra­szam! - mó­wię do pa­sa­żera sto­ją­cego za mną w ko­lejce, a z jego oczu wy­czy­tuję do­kład­nie to samo, co ja sam po­my­śla­łem przed dzie­się­cioma se­kun­dami.

Nie po­zwolę, żeby taka głu­pota po­psuła mi na­strój. Już nie­długo będę w domu, ty­dzień pracy się skoń­czy i za­cznie się week­end, który spę­dzę z ro­dziną. Co za cu­downe uczu­cie.

Ja­kiś czas póź­niej stoję ra­zem z Kirą i Ilją po­środku ter­mi­nalu: ty­powa grupka w po­ran­nej po­dróży biz­ne­so­wej. Do startu zo­stała go­dzina. Roz­glą­damy się i za­sta­na­wiamy, jak za­bić czas przed od­prawą.

- Może pój­dziemy na her­batę? - pro­po­nuję.

I tak też ro­bimy.

Po­wi­nie­nem był za­cho­wać więk­szą ele­gan­cję pod­czas pi­cia her­baty, bo oka­zało się, że ja­kiś męż­czy­zna sie­dzący trzy sto­liki od nas ukrad­kiem nas na­gry­wał. Póź­niej wstawi na In­sta­gram fil­mik przed­sta­wia­jący moją przy­gar­bioną syl­wetkę, z pod­pi­sem "Na­walny na lot­ni­sku w Tom­sku". Bę­dzie on miał nie­wy­obra­żalną liczbę od­słon i zo­sta­nie prze­ana­li­zo­wany se­kunda po se­kun­dzie. Bę­dzie na nim wi­dać kel­nerkę, która po­daje mi her­batę w pa­pie­ro­wym kubku. Nikt inny go nie do­tyka.

Idę do lot­ni­sko­wego sklepu o na­zwie Pa­miątki z Sy­be­rii i ku­puję cu­kierki. Pod­czas pła­ce­nia pró­buję wy­my­ślić ja­kiś za­bawny żart, który po­wiem swo­jej żo­nie Ju­lii, wrę­cza­jąc jej te słod­ko­ści po po­wro­cie do domu. Nic nie przy­cho­dzi mi do głowy, ale nie­ważne, póź­niej na coś wpadnę.

Za­czyna się od­prawa. O 7.35 po­ka­zu­jemy na­sze pasz­porty i wsia­damy do lot­ni­sko­wego au­to­busu, który za­wozi nas do od­da­lo­nego o sto pięć­dzie­siąt me­trów sa­mo­lotu.

Więk­szość miejsc w sa­mo­lo­cie zo­stała wy­ku­piona, więc w au­to­bu­sie jest dość cia­sno. Ktoś mnie roz­po­znaje i prosi o wspólne sel­fie. Ja­sne, ża­den pro­blem. Po­tem kilka in­nych osób po­zbywa się za­ha­mo­wań i mniej wię­cej dzie­się­cioro ko­lej­nych pa­sa­że­rów za­czyna się prze­py­chać w moją stronę, żeby po­pro­sić o zdję­cie. Uśmie­cham się ser­decz­nie do cu­dzych te­le­fo­nów i - jak za­wsze w ta­kich chwi­lach - za­sta­na­wiam się, ile z tych osób na­prawdę wie, kim je­stem, a ile robi fotkę tylko na wszelki wy­pa­dek, bo a nuż je­stem kimś zna­nym. Sta­no­wię do­sko­nały przy­kład "pod­rzęd­nego ce­le­bryty", któ­rego Shel­don Co­oper z Teo­rii wiel­kiego pod­rywu zde­fi­nio­wał w na­stę­pu­jący spo­sób: "Do­piero gdy wy­ja­śnisz, kim on jest, lu­dzie za­czy­nają go roz­po­zna­wać".

Na po­kła­dzie sa­mo­lotu spo­ty­kamy ko­lej­nych fo­to­gra­fów, dla­tego zaj­mu­jemy miej­sca jako jedni z ostat­nich pa­sa­że­rów. Za­czy­nam się nie­po­koić, bo mam ple­cak i wa­lizkę, które trzeba wło­żyć do schowka. Co, je­śli ni­g­dzie już nie ma wol­nego miej­sca? Nie chcę być tym iry­tu­ją­cym pa­sa­że­rem, który biega ner­wowo po ka­bi­nie i prosi za­łogę, żeby po­mo­gła mu gdzieś scho­wać jego ba­gaż pod­ręczny.

Osta­tecz­nie wszystko się udaje. Na gó­rze jest jesz­cze miej­sce na wa­lizkę, a ple­cak wkła­dam mię­dzy nogi. Sia­dam przy oknie. To moje ulu­bione miej­sce w sa­mo­lo­cie, bo moi współ­pra­cow­nicy mogą wtedy chro­nić mnie przed oso­bami, które chcia­łyby po­roz­ma­wiać o sy­tu­acji po­li­tycz­nej w Ro­sji. Za­zwy­czaj chęt­nie dys­ku­tuję z ludźmi, ale nie wtedy, kiedy po­dró­żuję sa­mo­lo­tem. W ka­bi­nie za­wsze jest gło­śno, a wi­zja roz­mowy ze współ­pa­sa­że­rem, który stoi dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów ode mnie i krzy­czy: "Wal­czy pan z ko­rup­cją, tak?! To niech tylko po­słu­cha pan tego!", ja­koś nie na­pawa mnie en­tu­zja­zmem.

Ro­sja zo­stała zbu­do­wana na ko­rup­cji i każdy zna ten pro­blem z wła­snego do­świad­cze­nia.

Mój na­strój, który i tak jest bar­dzo do­bry, jesz­cze się po­pra­wia na myśl o tym, że cze­kają mnie trzy i pół go­dziny re­laksu. Naj­pierw obej­rzę od­ci­nek Ricka i Morty'ego, a po­tem so­bie po­czy­tam.

Za­pi­nam pas i zdej­muję spor­towe buty. Sa­mo­lot jest już na pa­sie star­to­wym. Za­glą­dam do ple­caka, wyj­muję lap­top i słu­chawki, otwie­ram ka­ta­log z Ric­kiem i Mor­tym po czym lo­sowo wy­bie­ram naj­pierw se­zon, a na­stęp­nie od­ci­nek. Znów mi się po­szczę­ściło: to ten, w któ­rym Rick za­mie­nia się w ki­szony ogó­rek. Uwiel­biam go.

Ste­ward, który wła­śnie mnie mija, rzuca nie­za­do­wo­lone spoj­rze­nie, ale nie każe mi za­mknąć lap­topa, cho­ciaż wy­ma­gają tego prze­sta­rzałe prze­pisy do­ty­czące bez­pie­czeń­stwa w stat­kach po­wietrz­nych. To jedna z za­let by­cia pod­rzęd­nym ce­le­brytą. Dzi­siaj wszystko układa mi się na­prawdę do­brze.

Lecz taki stan rze­czy nie ma już po­trwać długo.

Dzięki tam­tej wy­mia­nie spoj­rzeń ze ste­war­dem po­tra­fię do­kład­nie okre­ślić mo­ment, w któ­rym po­czu­łem, że coś jest nie tak. Póź­niej, po 18 dniach śpiączki, 26 dniach na od­dziale in­ten­syw­nej te­ra­pii i 34 dniach w szpi­talu, za­łożę rę­ka­wiczki, wy­czysz­czę lap­top ście­reczką na­są­czoną al­ko­ho­lem, otwo­rzę go i zo­ba­czę, że od­ci­nek zo­stał za­trzy­many na dwu­dzie­stej pierw­szej mi­nu­cie.

Musi się zda­rzyć na­prawdę coś nie­zwy­kłego, że­bym prze­stał oglą­dać Ricka i Morty'ego pod­czas startu sa­mo­lotu - same tur­bu­len­cje nie wy­star­czają - ale te­raz pa­trzę w ekran i nie mogę się skon­cen­tro­wać. Na czoło wy­stę­puje mi zimny pot. Dzieje się ze mną coś bar­dzo, bar­dzo złego i dziw­nego. Mu­szę za­mknąć lap­top. Czuję, jak lo­do­waty pot spływa po moim czole. Jest tak ob­fity, że mu­szę po­pro­sić o chu­s­teczkę Kirę, która sie­dzi po mo­jej le­wej stro­nie. Jest po­chło­nięta e-bo­okiem, więc nie od­ry­wa­jąc wzroku od czyt­nika, wyj­muje z to­rebki paczkę chu­s­te­czek i mi ją po­daje. Biorę jedną. Po­tem drugą. Zde­cy­do­wa­nie coś jest nie tak. Ni­gdy wcze­śniej nie do­świad­czy­łem ni­czego ta­kiego. W su­mie sam na­wet nie po­tra­fię do końca stwier­dzić, czego do­świad­czam. Nic mnie nie boli. Mam tylko dziwne wra­że­nie, że całe moje ciało jest chore.

Do­cho­dzę do wnio­sku, że to od pa­trze­nia w ekran pod­czas startu. Nie­pew­nym gło­sem od­zy­wam się do Kiry:

- Chyba dzieje się ze mną coś złego. Mo­gła­byś tro­chę ze mną po­roz­ma­wiać? Mu­szę się sku­pić na dźwięku czy­je­goś głosu.

Jest to dość nie­ty­powa prośba, ale po krót­kiej chwili za­sko­cze­nia Kira za­czyna mi opo­wia­dać o książce, którą wła­śnie czyta. Przy­swa­jam in­for­ma­cje, ja­kie mi prze­ka­zuje, lecz to wy­maga ode mnie nie­mal fi­zycz­nego wy­siłku. Z każdą se­kundą moja kon­cen­tra­cja spada. Po kilku mi­nu­tach wi­dzę już tylko po­ru­sza­jące się usta Kiry. Sły­szę dźwięki, ale nie po­tra­fię zro­zu­mieć słów, cho­ciaż Kira po­tem mi po­wie, że wy­trwa­łem ja­kieś pięć mi­nut, mam­ro­cząc raz po raz "aha" i "mhm", a na­wet pro­sząc ją, żeby mi coś wy­ja­śniła.

W przej­ściu mię­dzy sie­dze­niami po­ja­wia się ste­ward, który po­py­cha przed sobą wó­zek pe­łen na­po­jów. Za­sta­na­wiam się, czy nie po­wi­nie­nem się na­pić wody. Kira zre­la­cjo­nuje mi póź­niej, że ste­ward sta­nął obok nas i cze­kał. Ga­pi­łem się na niego w mil­cze­niu przez dzie­sięć se­kund, aż za­równo Kira, jak i ja za­czę­li­śmy się czuć nie­zręcz­nie. Wtedy po­wie­dzia­łem:

- Mu­szę się przejść.

Po­sta­no­wi­łem spry­skać twarz zimną wodą. Po­my­śla­łem, że może wtedy po­czuję się le­piej. Kira trą­ciła łok­ciem Ilję, który sie­dział przy przej­ściu i zdą­żył już za­snąć, po czym oboje mnie prze­pu­ścili. Wy­sze­dłem w sa­mych skar­pet­kach. Nie cho­dzi o to, że nie mia­łem dość siły, żeby wło­żyć buty; po pro­stu w tam­tym mo­men­cie nie chcia­łem so­bie tym za­wra­cać głowy.

Na szczę­ście to­a­leta była wolna. Wszystko, co ro­bimy, wy­maga za­sta­no­wie­nia, cho­ciaż zwy­kle nie zda­jemy so­bie z tego sprawy. W tam­tej chwili mu­sia­łem pod­jąć świa­domy wy­si­łek, żeby zro­zu­mieć, co się dzieje, i zde­cy­do­wać, co zro­bić da­lej. To jest to­a­leta. Mu­szę po­szu­kać zamka. Wi­dzę przed­mioty w róż­nych ko­lo­rach. To praw­do­po­dob­nie jest za­mek. Prze­sunę go w tę stronę. A nie, w tamtą. Do­brze, tu­taj jest kran. Mu­szę go na­ci­snąć. Jak to zro­bić? Ręką. Gdzie jest moja ręka? O, tu­taj. Woda. Mu­szę spry­skać nią twarz. Gdzieś w tle po­ja­wia się myśl, która nie wy­maga żad­nego wy­siłku i prze­sła­nia wszystko inne: nie dam rady. Prze­my­wam twarz, sia­dam na to­a­le­cie i wtedy uświa­da­miam so­bie po raz pierw­szy: to ko­niec.

Nie po­my­śla­łem: "To chyba ko­niec". Wie­dzia­łem, że tak jest.

Spró­buj do­tknąć swo­jego nad­garstka pal­cem dru­giej dłoni. Bę­dzie temu to­wa­rzy­szyło okre­ślone do­zna­nie, po­nie­waż twoje ciało uwolni ace­ty­lo­cho­linę, a do mó­zgu zo­sta­nie wy­słany sy­gnał ner­wowy in­for­mu­jący o tym ru­chu. Roz­po­zna­jesz swoje ręce dzięki zmy­słom wzroku i do­tyku. A te­raz spró­buj zro­bić to samo z za­mknię­tymi oczami. Nie wi­dzisz palca, ale po­tra­fisz bez trudu stwier­dzić, w któ­rym mo­men­cie do­ty­kasz nim nad­garstka, a kiedy tego nie ro­bisz. Dzieje się tak, po­nie­waż po tym, jak ace­ty­lo­cho­lina prze­ka­zała sy­gnał mię­dzy ko­mór­kami ner­wo­wymi, twoje ciało wy­dzie­liło cho­li­ne­ste­razę, en­zym, który prze­rywa sy­gnał, gdy za­da­nie zo­stało wy­ko­nane. Nisz­czy on "zu­żytą" ace­ty­lo­cho­linę wraz ze wszyst­kimi śla­dami sy­gnału prze­ka­za­nego do mó­zgu. Gdyby tak się nie stało, twój mózg od­bie­rałby sy­gnały o do­ty­ka­nym nad­garstku mi­liony razy wciąż na nowo. Można to po­rów­nać do ataku roz­pro­szo­nej od­mowy do­stępu do usługi w in­ter­ne­cie: je­śli klik­niesz raz, strona się otwo­rzy; je­żeli zro­bisz to mi­lion razy na se­kundę, strona pad­nie.

W re­ak­cji na taki atak można po­now­nie za­ła­do­wać ser­wer albo za­in­sta­lo­wać inny, po­tęż­niej­szy. W wy­padku or­ga­ni­zmu czło­wieka sy­tu­acja bar­dziej się kom­pli­kuje. Mózg bom­bar­do­wany przez mi­liardy fał­szy­wych sy­gna­łów kom­plet­nie traci orien­ta­cję. Nie jest w sta­nie prze­two­rzyć in­for­ma­cji o tym, co się dzieje, aż wresz­cie się wy­łą­cza. Po ja­kimś cza­sie czło­wiek prze­staje od­dy­chać, po­nie­waż od­dy­cha­nie rów­nież jest kon­tro­lo­wane przez mózg.

Tak wła­śnie dzia­łają środki pa­ra­li­żu­jące.

Po­dej­muję jesz­cze je­den wy­si­łek, żeby do­ko­nać w my­ślach prze­glądu swo­jego ciała. Serce? Nie boli. Żo­łą­dek? Wszystko w po­rządku. Wą­troba i inne or­gany we­wnętrzne? Brak ja­kie­go­kol­wiek dys­kom­fortu. A tak ogól­nie? Czuję się okrop­nie. Nie wy­trzy­mam, za­raz umrę.

Zmu­szam się, żeby jesz­cze raz opłu­kać twarz wodą. Chcę wró­cić na swoje miej­sce, ale chyba nie zdo­łam sa­mo­dziel­nie wyjść z to­a­lety. Nie dam rady zlo­ka­li­zo­wać zamka. Wszystko wi­dzę wy­raź­nie. Przede mną są drzwi. Za­mek też. Nie je­stem osła­biony, ale skon­cen­tro­wa­nie się na tym dur­nym zamku, wy­cią­gnię­cie ręki i prze­su­nię­cie za­suwki we wła­ściwą stronę oka­zuje się po­twor­nie trudne.

Ja­koś jed­nak udaje mi się wy­do­stać. W ko­ry­ta­rzu stoi już ko­lejka lu­dzi, a po ich mi­nach wi­dzę, że nie są za­do­wo­leni. Praw­do­po­dob­nie spę­dzi­łem w to­a­le­cie wię­cej czasu, niż my­śla­łem. Nie za­cho­wuję się, jak­bym był pi­jany - nie za­ta­czam się, nikt nie wy­tyka mnie pal­cami. Je­stem po pro­stu jed­nym z pa­sa­że­rów. Kira po­wie­działa mi póź­niej, że gdy wsta­wa­łem ze swo­jego miej­sca przy oknie, za­cho­wy­wa­łem się zu­peł­nie nor­mal­nie. Nie mia­łem trud­no­ści z mi­nię­ciem jej i Ilji. By­łem tylko bar­dzo blady.

Te­raz stoję w przej­ściu i wiem, że mu­szę po­pro­sić o po­moc. Ale co mam po­wie­dzieć ob­słu­dze sa­mo­lotu? Nie po­tra­fię na­wet stwier­dzić, co ze mną jest nie tak ani czego mi trzeba.

Spo­glą­dam za sie­bie na sie­dze­nia, a po­tem od­wra­cam się w drugą stronę. Te­raz stoję twa­rzą do czę­ści ku­chen­nej, która składa się z pię­ciu me­trów kwa­dra­to­wych za­sta­wio­nych me­ta­lo­wymi wóz­kami. To tu­taj przy­cho­dzą pa­sa­że­ro­wie pod­czas dłu­giego lotu, kiedy chcą się cze­goś na­pić.

Do­brzy pi­sa­rze to na­prawdę wy­jąt­kowi lu­dzie. Kiedy ktoś mnie pyta, jak to jest umie­rać od broni che­micz­nej, na­su­wają mi się dwa sko­ja­rze­nia: de­men­to­rzy z Harry'ego Pot­tera i na­zgule z Władcy pier­ścieni Tol­kiena. Po­ca­łu­nek de­men­tora nie boli, ofiara po pro­stu czuje, że ucho­dzi z niej ży­cie. Z ko­lei główna broń na­zguli to prze­ra­ża­jąca zdol­ność do od­bie­ra­nia wro­gowi jego siły i woli. Kiedy tak stoję w przej­ściu, otrzy­muję po­ca­łu­nek od de­men­tora, a obok mnie stoi na­zgul. Ogar­nia mnie obez­wład­nia­jące po­czu­cie, że nie je­stem w sta­nie zro­zu­mieć, co się dzieje. Ucieka ze mnie ży­cie i bra­kuje mi sil­nej woli, żeby sta­wić ja­ki­kol­wiek opór. To ko­niec. Ta myśl szybko i sku­tecz­nie zaj­muje miej­sce po­przed­niej, którą było: "Nie wy­trzy­mam".

Ste­ward pa­trzy na mnie za­sko­czony. To chyba ten sam, który wcze­śniej udał, że nie wi­dzi mo­jego lap­topa. Po­dej­muję jesz­cze je­den wy­si­łek, żeby wy­my­ślić słowa, które mógł­bym mu po­wie­dzieć. Ku swo­jemu za­sko­cze­niu for­mu­łuję całe zda­nie:

- Zo­sta­łem otruty i za­raz umrę.

Ste­ward spo­gląda na mnie, a jego mina nie wy­raża żad­nego za­nie­po­ko­je­nia, za­sko­cze­nia ani tro­ski. Do­strze­gam na­wet uśmie­szek.

- Jak to? - pyta.

Jego twarz zmie­nia się dia­me­tral­nie, kiedy kładę się u jego stóp na pod­ło­dze obok ku­chen­nych wóz­ków. Nie prze­wra­cam się, nie upa­dam ani nie tracę przy­tom­no­ści. Z całą siłą jed­nak czuję, że bez sensu jest tak da­lej stać w przej­ściu. W końcu umie­ram, a lu­dzie umie­rają - po­praw­cie mnie, je­śli się mylę - w po­zy­cji le­żą­cej.

Kładę się na boku. Pa­trzę na ścianę. Nie czuję już za­kło­po­ta­nia ani nie­po­koju. Lu­dzie za­czy­nają bie­gać do­okoła mnie. Sły­chać krzyki.

Ja­kaś ko­bieta wrzesz­czy mi do ucha:

- Źle się pan czuje? Ma pan za­wał? Pro­szę od­po­wie­dzieć!

De­li­kat­nie kręcę głową. Nie, z moim ser­cem wszystko w po­rządku.

Zdą­ży­łem jesz­cze po­my­śleć, że wszystko, co lu­dzie mó­wią o śmierci, to kłam­stwo. Ży­cie wcale nie prze­la­tuje mi przed oczami. Nie wi­dzę twa­rzy naj­bliż­szych osób ani też anio­łów czy ośle­pia­ją­cego świa­tła. Umie­ram, pa­trząc na ścianę. Głosy stają się nie­wy­raźne, a ostat­nie słowa, które sły­szę, to krzyk ko­biety:

- Pro­szę nie za­sy­piać, pro­szę nie za­sy­piać!

Wtedy umar­łem.

Uwaga, spo­iler: ale nie na śmierć.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki