Rozdział 1Ty zawsze różniłaś się od sióstr
Nie byłam absorbującym dzieckiem, lubiłam swoje towarzystwo, a gdy tylko nadarzyła się okazja, podsłuchiwałam rozmowy dorosłych. W przeciwieństwie do Oli i Hani - młodszych sióstr bliźniaczek - nie narzekałam ciągle, że się nudzę. Już jako mała dziewczynka znajdowałam dla siebie jakieś zajęcie o każdej porze dnia i nocy. Bawiłam się ludzikami z kasztanów, kolorowymi kamieniami, patyczkami po lodach i tym, co akurat znalazło się w zasięgu rąk. W domu się nie przelewało, dlatego zabawki pozostawały w sferze marzeń. Zresztą nie tylko zabawki... Chyba nigdy nie zapomnę zdarzenia, które na długi czas wyleczyło mnie z dziecięcych zachcianek.
Tego dnia słońce przygrzewało, zapraszając do beztroskiej zabawy, a jednocześnie był to jeden z najbardziej szarych dni w moim ówczesnym, niespełna sześcioletnim życiu. Pamiętam, że weszłyśmy z mamą do sklepu obuwniczego, gdzie ujrzałam białe kalosze w czarne kropki.
- Mamo, jakie śliczne! - zapiszczałam z radości.
- Przyszłyśmy po kapcie. Przypominam ci, że za miesiąc idziesz do zerówki.
- Proszę... - walczyłam nieugięcie o wymarzone buty.
- Powiedziałam: nie.
Dostrzegłam dwie bruzdy na jej czole, a ten nerwowy grymas zawsze zwiastował tarapaty.
- Tak bardzo proszę - nie ustawałam w błaganiach.
Rodzicielka niespodziewanie złapała mnie mocno za warkocz i pociągnęła w kierunku drzwi wyjściowych, jakby obchodziła się z agresywnym zwierzęciem zaprzęgowym. Wszystkie osoby obecne w sklepie biernie przyglądały się temu zdarzeniu, ludzie kierowali wścibskie spojrzenia na mnie i matkę, ale nikt nie zareagował. Zrobiło mi się gorąco. Chciałam zniknąć, rozlecieć się na miliony kawałków o wielkości ziarnka piasku, aby pozbyć się balastu upokorzenia, który przygniótł moje wątłe ciałko. Wstyd palił mi wnętrzności i skórę, ale wtedy nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Bałam się i powiedziałam o tym matce, ale jej oschła odpowiedź jeszcze bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że uczyniłam coś bardzo złego, przez co należało siłą wyprowadzić mnie ze sklepu, w dodatku trzymając za włosy.
- Boisz się, bo nabroiłaś. Nigdy więcej nie zachowuj się w ten sposób, to przestaniesz się bać.
"Nigdy więcej o nic nie proś" - pomyślałam wtedy.
Tamtego dnia matka po raz pierwszy i ostatni zadała mi ból fizyczny, choć jej dalsze poczynania okazały się znacznie gorsze niż ciągnięcie za warkocz w tłumie gapiów. W późniejszych latach pastwiła się nade mną w białych rękawiczkach, bo wymierzanie kar cielesnych powierzyła ojcu. Rodzice wyznawali zasadę, że manto jest najlepszym lekarstwem na wybicie dzieciom głupot z głowy. Nienawidziłam pasa, dlatego robiłam wszystko, by na niego nie zasłużyć, ale choćbym nie wiem jak się starała, czasem popełniałam błędy. Żadne potknięcie nie mogło się obyć bez kary. Scenariusz zwykle był ten sam. Matka z obojętnym wyrazem twarzy przyglądała się, jak ojciec wymierzał razy na moje chude pośladki, przyjmowała rolę jednej z ciekawskich osób w sklepie obuwniczym, niewzruszonej widokiem dziecięcego upodlenia.
Po incydencie z kaloszami pojęłam, że jeśli nie mogę mieć upragnionych butów, to tym bardziej nie wolno mi prosić o zabawki. Gdy rozpoczęłam naukę w pierwszej klasie, zaczęłam robić lalki ze starych skrawków materiału. Nie pokazywałam tych kukiełek koleżankom ze szkoły w obawie, że mnie wyśmieją. Szmaciane laleczki wyglądały bardzo oryginalnie, ale nie przypominały sklepowych piękności w kolorowych ciuszkach. To zadziwiające, że dzieci z taką łatwością godzą się na bylejakość.
Pielęgnowałam w sobie nadzieję, że młodsze siostrzyczki nie podzielą mojego losu i nie poczują na własnej skórze, jak ciężka jest ojcowska ręka i jak palący jest ojcowski pas, ale wrodzona zbuntowana natura dziewczynek sprawiła, że poznały okrutny ból kar cielesnych znacznie wcześniej niż ja. W przeciwieństwie do mnie bliźniaczki uparcie walczyły o swoje potrzeby. Wyglądały jak dwie krople wody, ale na tym nie kończyło się ich podobieństwo. Obie lubiły postawić na swoim. Cena, jaką płaciły za nieposłuszeństwo, pozostawiała piekącą skórę i trudno gojące się rany psychiczne. Nauczyły się jednak walczyć o marzenia, czego im szczerze zazdrościłam, bo ja wciąż odkładałam pragnienia na później.
Pierwszego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego roku Ola i Hania rozpoczęły naukę w zerówce. Z tej okazji dostały od rodziców okazały worek używanych Barbie. Otrzymały coś, co kiedyś śniło mi się po nocach, a o czym mogłam jedynie pofantazjować. Mimo wszystko nie czułam zazdrości, bo dla mnie lalki przestały istnieć jakiś czas temu. Uczyłam się już w szóstej klasie i wielbiłam piosenki Spice Girls i Backstreet Boys. Wytapetowałam cały pokój plakatami z "Bravo" i wierzyłam, że w przyszłości zostanę piosenkarką.
Kilka tygodni po rozpoczęciu roku szkolnego podsłuchałam wymianę zdań między rodzicami. Ojciec bardzo często znajdował powód do złości, dlatego nie dziwiło mnie jego ciągłe "kurwa mać", podniesiony ton głosu czy trzask rozbitych talerzy. Tego dnia nie usłyszałam żadnego przekleństwa ani krzyku. Słowa rodziców sprawiły jednak, że mój nastoletni świat legł w gruzach. Matka i ojciec na jakiś czas stali się dla mnie najbardziej obcymi ludźmi na świecie, choć nigdy nie byli mi w pełni bliscy.
- Niepotrzebnie wzięłaś te lalki. Teraz widzisz, że nie ma nic za darmo. Ludzie wypomną ci wszystko - odezwał się ojciec nerwowo.
- To było tak dawno... - tłumaczyła się matka.
- Przez jakieś durne lalki Kryśka nie chce ci teraz oddać kasy.
- Nie protestowałeś, jak przyniosłam te durne lalki do domu.
- Nie protestowałem? Nigdy nie lubiłem brać od innych.
- Przypominam ci, że chciałam sprzedać ten plastikowy kicz. To ty wpadłeś na pomysł, żeby zostawić zabawki. Paulinka wychowała się bez tego badziewia.
- Paulinka nie miała pojęcia, że to badziewie jest na strychu.
- Chyba zapomniałeś, że to ty schowałeś lalki przed Pauliną.
- Wyszło jej to na dobre.
Niedługo po tym, jak rodzice skończyli rozmowę, zapytałam ojca, dlaczego mi to zrobił - dlaczego nie chciał sprawić, abym poczuła się szczęśliwa. W obawie przed karą rzadko zadawałam pytania, wtedy jednak zaryzykowałam, bo ciekawość przezwyciężyła strach.
- Ty zawsze różniłaś się od sióstr - oświadczył. - Bez przerwy cię szukaliśmy, bo lubiłaś chować się w różnych zakątkach domu. Nasza cichutka Paulinka. Nigdy nie lubiłem tych całych Barbie. Przypominają mi tanie dziwki. Wolałem, żebyś się nimi nie bawiła. A bliźniaczki... sama wiesz. Jak mają lalki, to jest chwila normalności.
Moje młodsze siostry dziurawiły rajstopy, gubiły czapki, wybrzydzały, co mają zjeść lub w co się ubrać. Gdziekolwiek się pojawiły, tam fruwały w powietrzu zabawki i trzeszczała podłoga. Bezustannie musiały mieć jakieś zajęcie, w przeciwnym razie torturowały otoczenie hałaśliwym usposobieniem. Żywiołowe temperamenty przyniosły im jednak wielką korzyść. Codziennie po pracy ojciec pozwalał im na zabawę lalkami - tymi samymi, które kiedyś ukrył przede mną. Zyskiwał wtedy przynajmniej godzinę upragnionego spokoju. Nagle kolorowe Barbie przestały być złymi, plastikowymi kościotrupami przypominającymi tanie dziwki.
Każdy wokół mnie czegoś pragnął. Ojciec - ciszy, matka - ciepłego słowa, bliźniaczki - nieustannej atencji. Moje pragnienie zamknięto na strychu.
Wydawać by się mogło, że jeśli dziecięce tęsknoty ciągle napotykają na gruby mur obojętności, z czasem tracą dawny blask - są degradowane do poziomu kapryśnych życzeń i pozbawiane statusu wyjątkowych zachcianek. Nic bardziej mylnego. Większość moich dziecięcych i nastoletnich marzeń się nie materializowała, ale nie zniechęciło to bujnej wyobraźni do wytężonej pracy. Pogrzebane i niespełnione fantazje działały jak paliwo napędowe. Im mniej rzeczy miałam, tym częściej bujałam w obłokach i poszerzałam listę celów do zrealizowania.
Rozdział 2To wszystko moja wina
W życiu zwykle sprawdza się porzekadło, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Gdyby prawda o lalkach na strychu nie wyszła na jaw, pewnie długo jeszcze wierzyłabym, że wszelkie zmartwienia ludzkości biorą się z braku pieniędzy. Matka i ojciec na własnym przykładzie udowodnili jednak, że jest inaczej. Uzmysłowili mi, że zło tego świata nie wylęga się z ubóstwa materialnego, tylko duchowego.
W ostatnią sobotę października dziewięćdziesiątego dziewiątego w moim życiu nastąpił przełom. Rodzice z samego rana kazali, bym pojechała z nimi na lokalny targ. Pomyślałam, że będą chcieli sprzedać stare graty z garażu. Zawsze zabierali mnie z sobą, gdy mieli taki zamiar. Mówili, że przynoszę szczęście i dzięki mnie mają lepsze zyski. Z perspektywy czasu uważam, że chodziło o dodatkową parę rąk do taszczenia zakurzonych książek, garnków z odzysku czy dziwacznych obrazów. Bliźniaczki chyba nie przynosiły szczęścia, bo rodzice nie jeździli z nimi na targ. Woleli zostawiać je pod opieką sąsiadek.
Często widziałam, jak matka lub ojciec zabierali różne graty spod cudzych śmietników. Zastanawiałam się, po co to robią, dopóki po raz pierwszy nie pojechaliśmy na targowisko. Tam wszystko stało się jasne. Rodzice poprosili, bym pomogła ułożyć rupiecie na sprzedaż na kilku starych kołdrach. Ten asortyment przypominał totalny miszmasz. Sprzedawaliśmy używane maskotki, narzędzia, talerze, filiżanki, płyty CD, komiksy i wiele innych niepowiązanych ze sobą rzeczy.
Tej soboty nie pojechaliśmy na bazar, aby zarobić parę groszy. Rodzice postanowili zrobić mi niespodziankę. Jeszcze zanim wysiedliśmy z naszego starego fiata, mama założyła mi opaskę na oczy.
- Tylko nie podglądaj. - Ojciec jak zwykle dodał krótką reprymendę.
Rodzice chwycili mnie za obie dłonie, bo zupełnie nic nie widziałam. Droga w tych ciemnościach wydawała się całą wiecznością. W pewnym momencie przystanęliśmy. Poczułam w nozdrzach zapach grillowanych kiełbasek, który kojarzył mi się z targowiskiem.
- Będziemy jeść coś z grilla? - zapytałam nieśmiało.
Nie odpowiedzieli na pytanie. Po chwili poczułam pod opuszkami palców coś włochatego. To coś się ruszało. Moje serce kołatało, a nogi trzęsły się tak, że nie mogłam ich uspokoić. Obawiałam się, że jak tylko otworzę oczy, czar pryśnie i włochata niespodzianka okaże się maskotką na baterie.
Gdy matka ściągnęła mi opaskę, ujrzałam jedną z najpiękniejszych istot na ziemi. Ojciec trzymał w swoich masywnych dłoniach żwawego szczeniaka.
- Jest twój - oznajmił z uśmiechem.
- Naprawdę? - zapytałam z niedowierzaniem.
- Tak. Zawiedliśmy cię. Zasługiwałaś na te Barbie. Musimy ci to jakoś wynagrodzić - odrzekł ojciec.
- Urwis. Tak będzie się wabił - oświadczyłam z dumą.
- Obawiam się, że będziesz musiała wymyślić jakieś inne imię. To dziewczynka - wtrąciła matka.
- Jeśli to dziewczynka, to będzie Gwiazda. Jest prześliczna i powinna nazywać się wyjątkowo - odparłam.
Kobieta, od której rodzice kupili Gwiazdę, szczegółowo opisała, w jaki sposób należy dbać o owczarka szwajcarskiego. Wiedziałam, że czekają mnie długie spacery, bo psy tej rasy potrzebują się wybiegać. Nie interesowało mnie, skąd rodzice zdobyli pięćset złotych na najdroższy prezent, jaki kiedykolwiek dostałam. W domu na okrągło powtarzano mi, że na nic nas nie stać, dlatego postanowiłam milczeć, gdy się nagle okazało, że możemy sobie jednak pozwolić na zakup horrendalnie drogiego psiaka. Bałam się, że jak poruszę temat pieniędzy, wybuchnie dzika afera, która zakończy się oddaniem Gwiazdy do handlarki i żądaniem zwrotu pięciuset złotych. Wybrałam zatem ciche radowanie się swoim szczęściem.
Gdy wróciliśmy do domu, modliłam się w duchu, żeby rodzice nie dostrzegli mokrej plamy na dywaniku samochodowym. Nie mogłam przewidzieć, jak zachowa się ojciec, kiedy wyleję mleko, dostanę gorszą ocenę ze sprawdzianu lub na prośbę "wynieś śmieci" odpowiem "zaraz". Czasem rozmawiał ze mną spokojnie, innym razem za to samo przewinienie kazał mi wynosić się do swojego pokoju. Nieumyte naczynia, w zależności od doświadczanego nastroju, stanowiły zarówno dobry powód do żartów, jak i wściekłości uruchamiającej najmroczniejsze aspekty ludzkiej osobowości. Poziom cierpliwości ojca rósł wprost proporcjonalnie do ilości wypitego alkoholu. Najbardziej kochałam go pijanego, choć miłość ta podyktowana była pragnieniem spokoju, a nie szczerymi uczuciami. Odurzony ojciec nie wpadłby w szał na widok zabrudzonego dywanika. Trzeźwy mógł stracić panowanie nad sobą i zamienić te piękne chwile w koszmar. Wolałam oszczędzić Gwieździe krzyku, tym bardziej że telepała się ze strachu. W końcu przebywała pośród obcych ludzi w nieznanym miejscu.
Gdyby to matka spostrzegła mokrą plamę w samochodzie, pewnie przeprowadziłaby ze mną moralizatorską rozmowę w stylu "Chciałaś psa, to teraz o niego dbaj". Znając jej usposobienie, nie zabrakłoby gróźb w rodzaju "Jeśli nie będziesz zajmowała się Gwiazdą, oddamy ją do schroniska". We wszystkim stale radziła się ojca, jakby ktoś odebrał jej rozum i zdolność samodzielnego podejmowania decyzji. Sprawę mokrego dywanika i dalszych losów Gwiazdy też na pewno skonsultowałaby z nieomylną i wszystkowiedzącą głową rodziny. Brakowało mi silnej matki, która tupnie nogą w obronie ogniska domowego, będzie niczym czuła kwoka dbająca o nieporadne pisklęta albo ofiarna samica pelikana, która w obliczu głodu gotowa jest karmić młode własną krwią. Brakowało mi rodzicielki chroniącej mnie przed pasem i wrzaskiem.
W latach dziewięćdziesiątych zjawisko przemocy domowej należało do tematów tabu. Dominował patriarchat pozbawiający kobiety i dzieci prawa do składania reklamacji na pana męża i ojca. Należało się cieszyć, że w domu jest ktoś, kto nosi spodnie. Sprzyjało to zatajaniu rodzinnych dramatów, a ofiary raczej nie szukały pomocnej dłoni. Uwierzyłam w mit świętości ogniska domowego. Rodzice nieustannie powtarzali, że nie wolno rozmawiać z innymi o tym, co dzieje się w czterech ścianach. Przekonywali mnie, że ludzie są podli, nie warto mieć przyjaciół, a rodzina jest jedyną pewną i bezpieczną przystanią. Dochowywałam lojalności wobec matki i ojca; milczałam, gdy ktoś się interesował, co u nas słychać; odpowiadałam ciszą nawet wtedy, gdy o sprawy rodzinne wypytywały koleżanki. Nigdy jednak, jak radzili rodzice, nie wyłączyłam innych ludzi ze swojego życia, bo potrzebowałam ich jak powietrza. Tylko przyjaciele sprawiali, że jakoś znosiłam rozchwiane dzieciństwo. A bliźniaczki? Czasem napomknęły komuś, że dostały lanie, ale opowiadały o tym w taki sposób, jakby chodziło o lekkie klepnięcie w pośladki, które w tamtych latach uchodziło za skuteczną metodę wychowawczą. Nie umiały ubrać w słowa tego, z czym się mierzyły prawie każdego dnia. Klapsem zwały mocne uderzenia pasem, krzykiem określały ataki furii z wyzwiskami w tle, a o ciągłej krytyce nawet nie wspominały, bo nie wiedziały, że to rodzaj poważnego nadużycia.
Choć rodzice ranili moje dziecięce serce, nigdy nie odważyłam się wykrzyczeć im tego bólu w twarz. Wiele razy pragnęłam wyrzucić z siebie wszystko, wzbudzić w nich wyrzuty sumienia za każdą wylaną łzę i nieprzespaną noc, ale powstrzymywała mnie jakaś niewidzialna siła. Dziś wiem, że pokonywał mnie wstyd. Dopiero dorosłość uzmysłowiła mi, jak wiele przeszłam i jak bardzo brakowało mi miłości.
Kiedy Gwiazda uzyskała status nowego członka rodziny, ofiarowała mi poddaństwo i mianowała swoją panią. Gdyby nie szkoła, spędzałybyśmy ze sobą chyba całą dobę, bo sunia spała ze mną, leżała obok biurka, gdy kułam do sprawdzianów i czytałam tasiemcowe lektury szkolne, a nawet chodziła ze mną do toalety. Przez pierwsze tygodnie Gwiazda nie potrafiła opanować zasad czystości i załatwiała potrzeby, gdzie popadło. Pilnowałam, żeby rodzice nie natknęli się na jakąś niemiłą śmierdzącą niespodziankę. Nadawałam się do roli sprzątaczki psich odchodów, bo nie pozostawało po nich śladu, gdy wracali z pracy. Po miesiącu solidnej tresury sunia nauczyła się załatwiać poza domem, a ja się przestałam zamartwiać, że psia kupa lub siuśki przesądzą o dalszych losach mojej pupilki.
Moja czworonożna przyjaciółka uwielbiała zabawy na świeżym powietrzu. Rzucałam stare szmaciane lalki, a ona rozszarpywała je na strzępy. Nauczyłam ją aportować, podawać łapę i jeść tylko z lewej ręki. Nie umiałam jedynie sprawić, aby poskromiła psią ciekawość i nie uciekała za każdym razem, gdy nadarzyła się ku temu sposobność.
Wiosną dwutysięcznego roku Gwiazda czmychnęła z podwórka przez dziurę w ogrodzeniu. Ojciec nie załatał rozerwanej siatki, tylko zasłonił ją kawałkiem starej płyty OSB. Tego dnia Ola i Hania wpadły na pomysł, że użyją jej do zabawy w sklep. Nie pytając nikogo o zgodę, zabrały spróchniałą wiórówkę i zrobiły z niej ladę. Gwiazda nie byłaby sobą, gdyby nie wykorzystała takiej okazji. Pech chciał, że uciekła akurat wtedy, gdy oglądałam ulubiony serial i nie myślałam, jak kreatywne są moje młodsze siostry i jak wiele szkód ich pomysłowość już wyrządziła. Na podwórku leżał stos starych płyt wiórowych, ale bliźniaczki wybrały akurat tę, która nieudolnie zasłaniała dziurę w ogrodzeniu. Kilka razy wrzasnęłam z całych sił: "Gwiazda, do domu!", ale uciekinierka wróciła dopiero po dłuższej chwili. Od pewnego czasu bardzo żywo reagowała na psie serenady wyśpiewywane przez Borysa - rasowego owczarka niemieckiego państwa Zielińskich, dlatego gdy uciekła, podejrzewałam, że pobiegła wprost do ich luksusowej posesji. Niestety, bramka do niej często pozostawała niedomknięta.
Wieczorem przyszedł do nas Waldemar Zieliński. Rzadko wpadał w odwiedziny, dlatego domyśliłam się, że powodem tej wizyty musiała być Gwiazda. Nie pomyliłam się.
Mężczyzna plasował się na pierwszym miejscu mojej listy najmniej lubianych mieszkańców okolicy. Stale zaganiał swoich synów do roboty przy domu, ale chłopcy ciągle znajdowali jakieś wymówki. Solidaryzowałam się z Kamilem i Grześkiem, bo mi się wydawało, że wszyscy ojcowie na świecie są tacy sami jak mój - bezduszni i agresywni. Dopiero po latach zrozumiałam, że podniesiony ton głosu może być przejawem rodzicielskiej troski, a nie tylko zapowiedzią karczemnej awantury.
Pan Zieliński nie przybył z dobrymi wieściami. Od samego początku ukradkiem przysłuchiwałam się rozmowie między nim a moim ojcem.
- Cześć, Romek. Kaśka chyba udusi cię gołymi rękami - oznajmił pan Zieliński.
- Co się stało? - zapytał poruszony ojciec.
- Gwiazda zdemolowała nasz ogród. Kaśka widziała wszystko przez okno, ale nic nie zrobiła. Mówiłem ci kiedyś, że panicznie się boi obcych psów.
- Ach, ta głupia suka... - wycedził przez zęby ojciec.
- Taka psia natura. Kiedyś mieliśmy podobne incydenty z naszym Borysem, ale zrobiliśmy dla niego kojec.
- Z psem sobie poradzę. Martwi mnie wasz ogród.
- Dla mnie bez różnicy, czy przed domem rosną badyle, czy nie, ale Kaśka ma obsesję na punkcie tych swoich tulipanów.
W tamtej chwili zamarłam. Rodzice od pewnego czasu kłócili się, kto ma zapłacić za chleb i masło, a teraz doszło im kolejne zmartwienie.
- Posadzę nowe.
Odważyłam się wyjść z cienia, choć liczyłam się z tym, że mogę zostać skarcona za podsłuchiwanie.
- Lepiej powiedz, jakim cudem ta głupia suka zwiała!
- To wszystko moja wina - skłamałam, bo chciałam oszczędzić bliźniaczkom ojcowskiej frustracji. Tego wieczoru był trzeźwy, a więc z szerokiego repertuaru kar mógł wybrać kazanie, szlaban, klapsy, a w najgorszym wypadku pas. Poza tym uważałam siebie za jedyną pełnoprawną właścicielkę Gwiazdy i chciałam wziąć na swoje barki konsekwencje jej wybryku. - Potrzebowałam tej płyty, bo...
Już chciałam wymyślić na poczekaniu jakieś kłamstwo, ale niespodziewanie do naszej rozmowy wtrąciła się matka.
- Już lepiej nic nie mów - powiedziała. - Hania z Olą do wszystkiego się przyznały.
- Posadzę te tulipany. Mama może potwierdzić, że się na tym znam. - Postanowiłam, że uczynię wszystko, aby zły występek psiny szybko poszedł w niepamięć. - Mam pełną skarbonkę pięciozłotówek. Odkupię kwiaty.
- Mądra ta twoja córa - oznajmił pan Zieliński. - Mój Kamil pewnie nie dałby ani grosza, gdyby to Borys stratował cudzy ogród.
- Zawsze uważałem, że pas to najlepszy nauczyciel, ale ten pomysł z sadzeniem kwiatów nie jest wcale głupi - stwierdził ojciec.
- Pogadam z Kaśką, co myśli na ten temat. Za tydzień ma termin operacji kręgosłupa. Będzie musiała na jakiś czas zapomnieć o zabawach w ogrodzie - zwierzył się pan Zieliński. - A jeśli chodzi o pas, to ty tak na poważnie?
- Mnie pas pomógł, moim córom też pomoże.
- Nic tak nie działa na dzieciaki, jak stanowcze rozmowy i konsekwencja. Powinieneś spróbować.
- Ty wiesz swoje, a ja wiem swoje. Gówniarze muszą czuć nad sobą bata, bo inaczej na głowę nasrają.
Pan Zieliński nie wszedł w dalszą polemikę na temat kar cielesnych. W porę dostrzegł, że każdy argument kierowany do ojca trafiał na gruby mur zbudowany z uporu i głęboko zakorzenionych stereotypów.
W tym momencie znów wtrąciła się matka.
- Czy aby na pewno tutaj zawiniła Paulina? - zapytała. - Ola z Hanką się przyznały, że zabrały wiórówkę do zabawy w sklep. Gdyby tego nie zrobiły, Gwiazda nie uciekłaby z podwórka.
- Nie zapominaj, że za sukę odpowiada Paulina - odparł stanowczo ojciec.
Matka jak zwykle nie powiedziała nic więcej. Prawo do ostatniego słowa oddała głowie rodziny.
***
Po moich długich namowach pani Kasia zgodziła się na nowe kwiaty w ogrodzie. Nie pozwoliła tylko, bym wydała choćby złotówkę ze skarbonki. Uzgodniłyśmy, że zajmę się tym w przyszłym tygodniu, kiedy będę miała nieco mniej nauki.
Nie przypuszczałam, że pomysł odkupienia win niesfornej Gwiazdy przyniesie mi tyle radości i tyle kłopotów.
Rozdział 4Dlaczego łżesz?
Gdy wbiegłam do domu, matka krzątała się już w kuchni, bo wcześniej wróciła z pracy, a bliźniaczki oglądały kreskówkę w tv. Brakowało tylko najmocniejszego ogniwa w składzie rodziny. Ojciec miał wrócić za około dwie godziny, które musiały mi wystarczyć na otrząśnięcie się po tym, co zobaczyłam. Z jednej strony dziecięce serce rwało się do ujawnienia prawdy, ale z drugiej strony dotychczasowe życie nauczyło mnie, że szczerość nie w każdym przypadku popłaca. Postanowiłam milczeć.
Jako dziewczynka z patologicznego domu wzorowo opanowałam sztukę ukrywania rodzicielskich win. Bez mrugnięcia okiem karmiłam otoczenie bajeczkami wyssanymi z palca. Dbałam, by dla osób trzecich mój ojciec nigdy nie był pijany, tylko chory lub zmęczony. Jeśli nietrzeźwy spał na kanapie, obcy mieli myśleć, że odpoczywa po pracy. Gdy zawalił obiecaną fuchę, niezadowolony klient miał uwierzyć, że mocny ból kręgosłupa przykuł go do łóżka na kilka dni. Jako listonosz ojciec zarabiał marne grosze, dlatego dorabiał w niektóre weekendy, sprzedając stare graty na targowisku lub wykonując drobne naprawy jako pan "złota rączka". Wiedział jak pić, żeby zarząd poczty nie wręczył mu dyscyplinarki. Od poniedziałku do piątku pozwalał sobie na kilka piw po pracy, wlewał więc w siebie "bezpieczną" dawkę alkoholu, po której rano nie pozostawało już śladu. W weekendy odreagowywał ciężki tydzień przy butelce wódki. Na targowisku nikt nie dbał, czy mówił składnie i stał prosto na nogach. Trzeźwość nie miała też większego znaczenia dla klientów zlecających fuchy, bo gdy chodziło o naprawę kranu czy pomalowanie płotu, był najtańszym "złotą rączką" w okolicy. Poza tym nie partaczył roboty, bo znał się na majsterkowaniu jak nikt inny. Solidna robota nie przekładała się jednak na finanse. Zdarzało się, że pracował za butelkę wódki.
Nauczyłam się kłamać, aby tuszować pijaństwo i inne brudy. Ojciec był z tego dumny, bo tę umiejętność postrzegał w kategoriach obrony miru domowego. Niestety we wszystkich innych obszarach życia wymagał ode mnie bezwzględnej szczerości. Nazywał mnie idealnym dzieckiem, a jednocześnie karał za prawie każde przewinienie. Oczekiwał szczerości, a przy tym uczył kłamstwa. Wciąż chciałam sprostać jego oczekiwaniom, ale czułam się niewystarczająco dobra, a ojciec nie próbował wyprowadzić mnie z tego błędnego myślenia.
Tego dnia koło siedemnastej usłyszałam charakterystyczne skrzypienie starej podłogi na parterze. Znałam ten dźwięk na pamięć. Przyprawiał mnie o szybsze bicie serca. Ojciec ważył ponad sto kilogramów i miał ponad dwa metry wzrostu, dlatego jego ciężkiego, głośnego chodu nie dało się pomylić z żadnym innym. Gdy wracał z pracy, prędko zjadał obiad, oglądał serwis informacyjny, a potem się zabierał do majsterkowania. Lubiłam, kiedy tuż po przyjściu sięgał po mocne piwo. Na rauszu wyznawał ojcowską miłość, głaskał mnie po głowie i zapewniał, że zawsze mogę na niego liczyć. Kiedy wybierał trzeźwość, schodziłam mu z drogi, bo wszystko mogło się stać powodem jego irytacji, a żona i dzieci w szczególności.
Miałam szczerą nadzieję, że tego dnia nie będzie chciał ze mną rozmawiać, ale przewrotny los zrobił mi na przekór. Koło dziewiętnastej ojciec zapukał do drzwi, a ja powiedziałam, by wszedł. Od razu zauważyłam jego rozcięty łuk brwiowy. Wyglądał, jakby dopiero co stoczył walkę bokserską. Nie zapytałam, co się stało, bo pytania o sprawy dorosłych uchodziły w naszym domu za przejaw braku wychowania. Najpierw ojciec złożył mi na czole powitalny pocałunek, a potem zapytał, co słychać. Odparłam, że jestem zmęczona i mam sporo nauki. Wierzyłam, że w ten sposób pozbędę się jego towarzystwa przynajmniej na jeden wieczór. Ta taktyka okazała się jednak nieskuteczna. Spojrzałam na ojca wnikliwie i zauważyłam coś nietypowego. Jego oczy nie mieniły się szklistym blaskiem, a na twarzy nie płonęły różowe rumieńce. Był trzeźwy, a mimo to chciał ze mną rozmawiać, co rzadko szło ze sobą w parze.
- Jak kwiaty? Posadziłaś wszystko? - zapytał surowo.
Sądziłam, że zdążył już zapomnieć o umowie z panią Kasią, bo nie zaprzątał sobie głowy - jak sam mówił - "takimi bzdurami". Tymczasem okazało się, że sprawa zniszczonego ogrodu wciąż go interesowała. Nie mogłam pozwolić, by się dowiedział, co zaszło w domu państwa Zielińskich. Gdybym przyznała uczciwie, że nie dokończyłam naprawiania szkód wyrządzonych przez Gwiazdę, bo przyłapałam pana Waldemara na miłosnych igraszkach, ojciec na pewno zaciągnąłby mnie do tamtego domu, żeby się upewnić, czy powiedziałam prawdę. Często kwestionował moje wersje wydarzeń, gdy różniły się od wersji dorosłych, dlatego nie wierzyłam, by tym razem zachował się inaczej. Choć z prawdą zawsze było mi po drodze, od pewnego czasu coraz bardziej sympatyzowałam z kłamstwem, które kilka razy ochroniło mnie przed surową karą. W moim świecie nieszczerość popłacała. Ojciec musiał mi uwierzyć.
- Posadziłam - odpowiedziałam, patrząc mu prosto w oczy.
Podobno jeśli ktoś kłamie, to ma niespokojne spojrzenie, ale ja dzięki wytrwałym treningom przyswoiłam umiejętność łgania i jednoczesnego utrzymywania kontaktu wzrokowego. Sztukę blefowania opanowałam do perfekcji.
- Tulipany?
- Nie, nasiona nagietka lekarskiego. Za wcześnie na tulipany.
Ojca nigdy nie interesowały tego rodzaju informacje, dlatego niepokoiła mnie jego dociekliwość.
- Pewnie trochę ci to zajęło - drążył temat, a mój niepokój narastał.
- Około godziny.
- Dlaczego łżesz? - wycedził przez zęby niespodziewanie.
- Mówię prawdę.
Brnęłam w kłamstwo, bo nie wyobrażałam sobie, aby sekret pana Zielińskiego ujrzał światło dzienne. A jeśli ta tajemnica miałaby zostać ujawniona, to na pewno nie przeze mnie.
- Byłem dziś u tego złodzieja. Zieliński twierdzi, że nic nie robiłaś w jego ogrodzie, bo kazał ci iść do domu. Matka też twierdzi, że szybko wróciłaś.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Czułam, jak grunt pali mi się pod nogami. Walczyłam ze sobą, bo nie umiałam wybrać jednego z dwóch przeciwstawnych biegunów. Powiedzieć prawdę czy nie? Postanowiłam, że będę konsekwentna. Za żadne skarby się nie przyznam, co robi pan Zieliński, kiedy jego żony nie ma w domu.
- W sumie to wykopałam tylko dołki. Nasiona posieję jutro.
- W sumie to mnie okłamałaś. Wiesz, że kłamstwa słono kosztują. Waldek powiedział, że zleci pracę ogrodnikowi - oznajmił surowo.
Pan Zieliński nie uczynił nic, aby przekonać mnie do trzymania języka za zębami, a przecież mógł się posłużyć jedną z dwóch dość skutecznych, choć przeciwstawnych metod sprawiających, że ludzie nabierają wody w usta. Nie zastraszył mnie ani nie przekupił, musiał się zatem liczyć, że jego romans w każdej chwili może wyjść na jaw. Szczęście mu sprzyjało, bo na schadzce z kochanką przyłapałam go ja, a nie żadna z moich młodszych sióstr. Gdyby do łazienki weszła któraś z bliźniaczek, zła sława pana Waldemara rozniosłaby się po całej okolicy. Tymczasem trafił na mnie - nastolatkę ślepo obdarowującą dorosłych lojalnością i wierzącą, że starsi zawsze kierują się dobrymi intencjami.
Poległam na polu bitwy. Ojciec patrzył na mnie i milczał. Następnie odwrócił się plecami, zrobił dwa kroki naprzód i już myślałam, że wyjdzie z pokoju, kiedy nagle się zatrzymał. Przez kilka sekund stał nieruchomo. Zastanawiałam się, czy nad jego brwiami wyostrzyły się dwie nieregularne zmarszczki zwiastujące szaleńczy gniew. Intuicja podpowiadała, że powinnam się spodziewać najgorszego. Przeczuwałam, co się może za chwilę wydarzyć. Wydawać by się mogło, że długie lata doznawanych upokorzeń powinny przystosować mnie do funkcjonowania w rodzinie wierzącej w argumenty siły. Nic bardziej mylnego. Strach przed ojcowską złością odczuwałam wciąż od nowa, jak gdybym za każdym razem doświadczała jej po raz pierwszy. Żadne obelgi, groźby i kary cielesne nie były jednak wystarczająco mocne, bym nazwała siebie "ofiarą". Nienawidziłam tego słowa.
Intuicja mnie nie zawiodła. Spełnił się czarny scenariusz. Ojciec nie wyszedł z pokoju, tylko znów do mnie podszedł. Niejednokrotnie widziałam obłęd na jego twarzy, ale tym razem ujrzałam oblicze człowieka, który sprzedał duszę diabłu. Zaczerwienił się i zacisnął mocno szczękę, tak że żuchwa wysunęła się do przodu. Zmarszczył czoło, przez co jego oczy przyjęły nienaturalny, lekko skośny kształt.
Po raz pierwszy w życiu mnie spoliczkował. Zdziwiłam się, bo strefa wymierzanych przez niego kar nigdy nie objęła tej części mojego ciała. Bardzo się starał, by trafiać pasem w okolice pośladków. Czasem uderzał w stopy. Ciało się zawsze broniło przed bólem i poniżeniem. Kiedy ojciec bił, mimowolnie przyjmowałam pozycję embrionalną, jakby atakowało mnie jakieś dzikie zwierzę. Gdy się zwijałam w kulkę, czułam się bezpieczniej. Zawsze to jakaś obrona na wypadek, gdyby pewnego dnia nieokiełznana furia doprowadziła ojca do przekroczenia świętej granicy pośladków. Bałam się, że kiedyś to może nastąpić. I nastąpiło. Nie spodziewałam się tylko, że to będzie twarz. Moja głowa odbiła się od ojcowskiej ręki tak mocno, że straciłam równowagę i się przewróciłam. Gdy leżałam na ziemi, nagle poczułam ciepło między nogami. Posikałam się ze strachu. Na chwilę straciłam panowanie nad ciałem. Dostrzegłam żółto-brunatną kałużę tworzącą coraz większą plamę na zniszczonej podłodze.
- Boże, co ci się stało? - zapytał ojciec, jakby zapomniał, że to, co mnie spotkało, to wyłącznie jego wina.
- To ze strachu - wyznałam, łkając.
- A ta krew? Zraniłaś się?
- Nic mi nie jest. Po prostu mam okres.
- Okres?
Zabrakło mi słów. Spoglądałam na siebie z obrzydzeniem. Chciałam jak najprędzej zrzucić mokre spodnie i zmyć z podłogi ślady przerażenia, ale ojciec wciąż stał obok. Od ponad dwóch lat ukrywałam przed rodzicami, że zaczęłam miesiączkować. Krępowałam się o tym powiedzieć. Opornie radziłam sobie ze zmianami zachodzącymi w moim ciele, bo psychicznie nie byłam na nie przygotowana. Zaczęłam dojrzewać znacznie wcześniej, niż opisywały to podręczniki do biologii. Nie otrzymywałam kieszonkowego, dlatego podpaski podkradałam mamie. Bywało, że ratowałam się papierem toaletowym, ale zawsze jakoś sobie radziłam.
Nie wiem, co bardziej wstrząsnęło ojcem pamiętnego wieczoru - widok córki leżącej w mieszaninie moczu i krwi czy konfrontacja z faktem, że nie była już małą dziewczynką, tylko młodą kobietą. Nie dbałam, co tak naprawdę poruszyło jego stalowe serce. Liczyło się tylko, że więcej mnie nie bił. Ola i Hania też uwolniły się od jego ciężkiej ręki. Nie oznaczało to, że nasza gehenna się skończyła. Słowa często bolały bardziej niż piekące pośladki. Łatwiej jednak znosiło się słowne ciosy bez surowego akompaniamentu kar cielesnych. Skomlała wtedy dusza, ale przynajmniej ciało zachowywało godność.
Rok dwutysięczny zrewolucjonizował moje dotychczasowe życie. Historia z udziałem Waldemara Zielińskiego stanowiła jedynie wierzchołek góry lodowej nastoletnich komplikacji. Wszystko, co najgorsze, dopiero miało się wydarzyć.
Rozdział 6Nie wiem, czy mogę ci zaufać
Nagle wszystko stało się jasne. Wyszedł na jaw prawdziwy powód coraz rzadszych weekendowych wyjazdów na targowisko od lutego tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego dziewiątego. Pewnie wtedy narodził się przeklęty romans z niejaką Jolką. Ojciec nie należał do grona rasowych flirciarzy. Powiedziałabym nawet, że bił od niego chłód, który nie zachęcał do bliższej znajomości. W dorosłym życiu zrozumiałam, że to właśnie ten dystans emocjonalny przyciągał do niego jak magnes. Idealnie się wpisywał w potrzeby kobiet z domów, gdzie nie brakowało alkoholu, krzyku, bicia, gwałtów i innych morderców miłości. Jeśli jakaś zdecydowała się na bliższą znajomość z kimś tak niedostępnym uczuciowo, to zapewne dlatego, że ten ktoś bardzo przypominał jej własnego ojca - nieczułego, wybuchowego i zupełnie nieprzewidywalnego mężczyznę.
Miałam pewność, że Jolka podjęła jedną z najlepszych decyzji w życiu, kiedy postanowiła zakończyć romans z ojcem. Zgotowałby jej takie samo piekło jak nam. To zadziwiające, że zamiast znienawidzić jego kochankę, współczułam jej. Dlaczego nie przeszło mi wtedy przez myśl, że odejście ojca wywróciłoby mój świat do góry nogami, ale okazałoby się też błogosławieństwem? Zawsze w pierwszej kolejności myślałam o innych, a gdy lista tych innych się kończyła, po omacku błądziłam w plątaninie zawiłych refleksji i zaniedbanych własnych potrzeb. Nie lubiłam skupiać się na sprawach wywołujących smutek.
Czerwiec rozpoczął się tropikalnymi upałami. Wiosenna aura jak dotąd nie rozpieszczała i wszyscy wokół z niecierpliwością czekali na ciepłe promienie słońca, ale chyba nikt nie tęsknił za ponad trzydziestoma stopniami w cieniu i suszą spędzającą sen z powiek lokalnym rolnikom.
Tamtego dnia poszłam za ojcem do ogrodu ze spuszczoną głową, jakbym się szykowała na sąd ostateczny. Kiedyś podsłuchiwałam dorosłych z czystej ciekawości, ale z czasem zaczęły kierować mną zupełnie inne pobudki. Podsłuchiwałam, bo tylko tak mogłam wyłuskać prawdę o mojej rodzinie i pozbyć się resztek złudzeń, które podtrzymywały wiarę w świętość ogniska domowego.
Ojciec chwycił wąż ogrodowy i kazał odkręcić kurek z wodą. Wykorzystał okazję, bo słońce chwilę wcześniej okazało gest łaskawości i ukryło się za chmurami, co w obliczu tropikalnej temperatury nie stanowiło żadnej ulgi, ale sprzyjało pracy w ogrodzie. Próbowałam odczytać nastrój z jego twarzy, ale w tamtym momencie przywdział maskę obojętności. Nie mogłam pojąć, jak wytrzymywał w tym straszliwym upale ubrany w farmerską koszulę z długim rękawem i jeansy. Uodpornił się na niedogodną aurę tak samo jak na ludzką krzywdę.
Powoli stąpał wzdłuż grządek i podlewał płody ziemi. Obchodził się delikatnie z każdym wątłym pędem, który dopiero co wynurzył się na powierzchnię. Jego ślamazarne ogrodnicze poczynania były dla mnie prawdziwą torturą, męką oczekiwania na jedną z najtrudniejszych rozmów w życiu. Chciałam mieć ją jak najszybciej za sobą, ale ojciec się nie spieszył. Milczał, jakby zapomniał, że obok stoi córka, która poznała bardzo niewygodną prawdę o nim samym.
- Co mam robić? - zapytałam, bo długotrwała cisza zaczęła mnie przytłaczać.
- Patrz i ucz się - odparł.
Chciałam się odgryźć, bo moja duma właśnie dostała pstryczka w nos. Spędziłam w ogrodzie znacznie więcej czasu niż ojciec. Ugryzłam się jednak w język, bo nawet najbardziej urażona ambicja to tylko urażona ambicja, a tajemnica ojca nie była tylko wstydliwym sekretem, ale przede wszystkim wyrocznią, od której zależały dalsze losy dwóch rodzin.
Przestępowałam z nogi na nogę, bo nie miałam pomysłu, co ze sobą zrobić, podczas gdy ojciec wciąż pozostawał pod wpływem ogrodniczego transu. W uszach dudniło mi wymowne zdanie "Chciałem się rozwieść z Lidką". Zastanawiałam się, czy na liście niepotrzebnych osób ojciec uwzględnił tylko żonę, czy może poszerzył ten wykaz o imiona trzech córek. W końcu pragnął dzielić życie z inną kobietą, a tę miłość przypieczętować dzieckiem. Czy powiedziałby mi jeszcze kiedyś po pijaku "kocham cię", gdyby historia z Jolką potoczyła się inaczej? Czy trzymałby mnie w ciasnym sercu, gdyby się tam zrobiło tłoczno od nadmiaru osób do kochania?
Toczyłam nierówną walkę z gonitwą myśli, odpierałam agresywny atak mnożących się pytań, umysł zmienił się w arenę, na której ścierały się dobro ze złem, ale ciało nie radziło sobie z tak monstrualną dawką stresu. Moje ręce pokryły się czerwonymi plamami, a szczęka zaczęła mimowolnie drżeć. Musiałam się prędko otrząsnąć, aby nerwy nie zaczęły odbierać mi rozsądku.
Niespodziewanie ujrzałam pana Czesia zmierzającego w naszą stronę. Szedł zygzakiem i nucił coś pod nosem. Kiedy się zbliżył, usłyszałam bełkotliwą wersję Szła dzieweczka do laseczka. Pan Czesiu też był listonoszem. Miał ponad pięćdziesiąt lat, ale wierności do grobowej deski nigdy nie ślubował żadnej kobiecie. Bezgraniczną wierność ofiarował wódce.
- Wi... aj f hronie besrobohnych - wydusił z siebie niewyraźnie.
- Czesiek, co ty tu za bzdury opowiadasz? Idź stąd. Pogadamy jutro - odpowiedział surowo ojciec.
Nasz dom nie zachęcał do dłuższych odwiedzin. Gdy ktoś przychodził na kawę i pogaduchy, matka napinała mięśnie twarzy, przez co wyglądała na przemęczoną i pozbawioną humoru. Ojciec nie dawał innym dojść do słowa, zawsze bronił tylko jednej prawdy - swojej prawdy. Pana Czesia nie zrażał styl bycia rodziców i wytrzymywał w naszym domu dłużej niż godzinę, co zdarzało się nielicznym. Zawsze roztaczał wokół siebie pozytywną energię. Rzucał żartami jak z rękawa, nie skąpił komplementów, a jego szklanka zawsze była do połowy pełna.
Tego dnia przyszedł jednak w roli posłańca niosącego złe wieści.
- Sfo... nili nas. Mje to sa kchlanie w robosie. Soś pierholili, sze ty u dupsi sieciaeś, zajast s torbom bjeać i lishy rohnojić. Kerofniszha wsiea mje na dyfa... jik. Juhro tfoa ko... ej - wybełkotał.
Bałam się, gdy ktoś obok mnie nie mógł ustać na nogach, bo przesadził z procentami. Chwiejny pijacki krok przyrównywałam do spaceru śmierci, utożsamiałam ze stąpaniem po cienkim lodzie w okresie odwilży lub jazdą na rolkach bez kasku. Pijacki krok prowadził do niefortunnych upadków, które raniły ciała, dziurawiły ciuchy, zabierały dzieciom ojców, a kobietom mężów. Pan Czesiu się chwiał, a ja w duchu zanosiłam modlitwę, by trzymał pion jak najdłużej, najlepiej aż do samego domu, do samego łóżka.
- Stary, tu jest moja córka - powiedział zdenerwowany ojciec. - A ty rzucasz mięsem na prawo i lewo - dodał.
Przyzwyczaiłam się do jego podwójnych standardów w komunikacji. Przy mnie bluzgał do woli, podczas gdy od innych wymagał trzymania języka na wodzy. Na własną modłę tworzył zasady, które nie podlegały stałemu porządkowi, tylko ulegały jego labilnym nastrojom. W tej sytuacji jednak przekleństwa stanowiły najmniej problematyczny aspekt pijackiego bełkotu. Pan Czesiu za pomocą kilku niewyraźnie wypowiedzianych słów poniekąd ujawnił romans ojca.
- Pa... linha, nie shucha... wujha Szesia.
- Idź już. Porozmawiamy jutro.
- Jah soś znahdziesz noeho, to pajentaj o mje.
Pan Czesio posłusznie nas opuścił, a ojciec uznał, że nadeszła wreszcie pora na rozmowę.
- Podsłuchiwałaś w piwnicy - stwierdził dosadnie.
- Tak - wyznałam i spuściłam głowę.
- Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, jak bardzo źle postąpiłaś... Dorośli mają swoje sprawy i dzieciom nic do tego - oznajmił spokojniej.
Znów założył maskę cierpliwego ogrodnika. Rzadko obierał taką taktykę konwersacji. Czułabym się pewniej, gdyby zaczął na mnie wrzeszczeć.
- Wiem, przepraszam.
- Historia z Jolką to przeszłość. Chyba rozumiesz, że matka i pani Kasia nie mogą się o niczym dowiedzieć. Musisz też skończyć z podsłuchiwaniem.
- Tak, wiem.
- Na pewno? Nie jestem przekonany, czy mogę ci zaufać. Tylko same problemy z tobą i bliźniaczkami. Matka też ciągle ma muchy w nosie.
- Obiecuję, że nic nikomu nie powiem i się poprawię - zapewniłam ojca, choć w głębi serca przeczuwałam, że dostosuję się tylko do pierwszego punktu obietnicy i nie ujawnię romansu ojca. Nie zamierzałam jednak przestać się interesować światem dorosłych, bo podsłuchiwanie, choć niosło ze sobą spore ryzyko, przynosiło też wiele korzyści.
- Gdyby matka poznała prawdę, nabawiłaby się histerii. Kocham całą waszą czwórkę i nie chcę was stracić. Pomyśl też o chłopakach Waldka. Chyba nie chcesz, żeby się wychowywali bez ojca. Lidka pewnie jeszcze jakoś by to zniosła, ale pani Kasia jest nadwrażliwa. Od razu pobiegłaby złożyć pozew rozwodowy.
W słowach ojca nie odnalazłam ani krzty poczucia winy. Zastanawiałam się, czy choć przez chwilę żałował, że zdradził żonę. Ciekawiło mnie, czy gdyby Jolka przyszła do niego z podkulonym ogonem i prośbą o kolejną szansę, zostałaby przyjęta z otwartymi ramionami. Pragnęłam wierzyć, że ojciec kochał nas szczerze, ale nie opuszczało mnie przeczucie, że nadal był zauroczony kochanką.
Rozmowa się nie kleiła głównie z mojego powodu. Prawie wcale się nie odzywałam, tylko przytakiwałam i z pokorą przyjmowałam argumenty przemawiające za tym, że powinnam dochować tajemnicy.
- Nie mów nic matce o moim zwolnieniu, bo jeszcze, nie daj Bóg, zacznie węszyć na poczcie. Powiem jej, że wysłano mnie na przymusowy urlop. Znajdę coś nowego, lepiej płatnego. Nam wszystkim wyjdzie to na dobre.
- Obiecałam, że nie powiem i tak będzie.
Po raz kolejny dałam ojcu słowo. Połowiczne słowo. Powoli robiło mi się niedobrze od ciągłego zapewniania o lojalności. Na tamtym etapie dorastania nie znałam mechanizmów szantażu psychicznego, dlatego ulegałam słownej manipulacji. Mój wewnętrzny świat przypominał chorągiewkę na wietrze. Po rozmowie z ojcem poczułam się winna całego zła, które spotkało naszą rodzinę. Uwierzyłam, że niesforne dzieci i marudna żona mogły popchnąć go w ramiona kochanki. Nienawidziłam ojca za to, że nas zdradził, ale kochałam go bezgranicznie, bo dał mi poczucie, że jeszcze będzie dobrze...
Rozdział 7Menel i jego córka patolka
Tamtego czerwcowego wieczoru długo szorowałam brudne i lepkie ciało, aby się pozbyć czarnych śladów węgla. Najchętniej zmyłabym też z siebie poczucie winy, którym przesiąkła chyba każda komórka ciała. To zaskakujące, że ani przez chwilę nie pomyślałam, że zatajając romans ojca, krzywdziłam matkę. Zupełnie zapomniałam o jej uczuciach, jakbym odebrała im wolę istnienia. W obliczu zdrady miała prawo porozbijać talerze z domowej zastawy, zwyzywać ojca wszystkimi wulgaryzmami tego świata, wypłakać morze łez, a nawet złożyć pozew rozwodowy, ale ja odebrałam jej te prawa, bo uwierzyłam ślepo człowiekowi, którego wtedy zwałam tatą.
Spodziewałam się, że ojciec stanie na głowie, żeby odpokutować za swój grzech, ale nie miał takiego zamiaru i pierwsze, co zrobił, kiedy wrócił zmęczony z ogrodu, to napił się wódki. Matce się to nie spodobało i swoim zwyczajem zaproponowała mu zimne piwo. Nie skorzystał. Widziałam, co się święci, dlatego szybko czmychnęłam z areny rodzinnych starć. Ciemna kuchnia przez kilka lat pełniła funkcję miejsca egzekucji, gdzie ojciec kat wymierzał kary cielesne dzieciom. Jak się później dowiedziałam, karał również matkę.
W ciemnej jadalni latały szklanki, talerze i kubki, a także unosiły się ciężkie brzmienia inwektyw. Nauczono mnie, że dzieciom nie wolno wchodzić tam, skąd dobiegają podniesione głosy rodziców, ale zasadzie tej brakowało logiki. Gdy w domu rozpętywało się piekło, zamykałam się w swoim miniaturowym lokum, gdzie dochodziły wszystkie krzyki ojca. Cienkie ściany maleńkiego pokoju na piętrze dawały poczucie prywatności, ale nie chroniły przed nadmiarem decybeli. Docierały do mnie wyraźne słowa i obelgi, jakbym znajdowała się w samym epicentrum piekła. Tego wieczoru jednak rodzice kłócili się tylko chwilę, a to za sprawą ojca - głównego dowodzącego na polu bitwy. W końcu jego umysł rządził się "nietrzeźwymi prawami", które zakrzywiały rzeczywistość i czyniły świat znośniejszym. Uratowała mnie żołądkowa gorzka. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi, alkohol wybawił mnie od złego i pozwolił na chwilową ulgę.
Potrzebowałam trochę ciszy, bo chociaż zbliżały się wakacje, poprzeczka nauczycielskich wymagań nawet nie drgnęła. Nadal kładłam się spać późno, bo ślęczałam nad książkami do chwili, aż powieki zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Warto było jednak zarywać noce dla czerwonego paska na świadectwie, bo dobre oceny owocowały licznymi pochwałami. Nauczyciele doceniali moje ambicje i nie kryli dumy, gdy zdobywałam nagrody za udział w konkursach z języków obcych.
Koleżanki i koledzy z klasy prędko się nauczyli, że warto żyć ze mną w zgodzie i nie przyklejać łatki kujonki, bo cóż zrobiliby bez wybawicielki zgłaszającej się do odpowiedzi zawsze wtedy, gdy w klasie zapadało grobowe milczenie, a uczniowie zastygali w ławkach ze spuszczonymi głowami - licząc, że nie zostaną wywołani do tablicy. Szkoła dawała mi coś, czego skąpiono w domu i co zwało się szczerym docenieniem.
***
Ojciec bardzo źle zniósł utratę pracy. Pił nieprzerwanie cały tydzień i piłby pewnie jeszcze dłużej, ale siódmego dnia jego alkoholowego ciągu, gdy całą rodziną wracaliśmy ze sklepu spożywczego z lodami i flaszką czystej żołądkowej, dostrzegł na tablicy ogłoszeń klepsydrę. Napisano na niej:
Z głębokim smutkiem żegnamy zmarłego w dniu 7 czerwca 2000 roku Czesława Kowalczyka. Msza żałobna w intencji zmarłego zostanie odprawiona w Kościele Parafialnym pod wezwaniem św. Marcina w dniu 9 czerwca 2000 roku. Pochówek odbędzie się na cmentarzu parafialnym w Małej Wsi.
Pogrążona w smutku rodzina
- Jaka, kurwa, rodzina? Chyba stary kundel Azor - wymamrotał ojciec pod nosem.- Dlaczego nikt mnie nie powiadomił? - pytał samego siebie.
Wiadomość o śmierci przyjaciela zadziałała jak zimny prysznic. Wyjął z torby butelkę wódkę i cisnął o asfalt. Na przystanku autobusowym stali ludzie, ale nikt nie zrugał go za ten akt chuligaństwa. Odeszliśmy stamtąd, pozostawiając za sobą odłamki szkła. Odetchnęłam z ulgą, bo ojciec na bezrobociu dosięgnął nizin ludzkiej przyzwoitości, na co nie byłam przygotowana. Kilka dni wcześniej narobił w spodnie, kiedy leżał bezwładnie na łóżku. Gdy po kilku godzinach wstał, część odchodów wyleciała przez zbyt szeroką nogawkę spodni. Zemdliło mnie na ten widok, ale nie zwymiotowałam. Po raz kolejny rozgrzeszyłam cudzą winę. Nie potrafiłam tylko odpowiedzieć na pytanie, czy za tą winą stał człowiek czy wódka.
Ale teraz w sercu znów zakiełkowała nadzieja. Wierzyłam skrycie, że odejście pana Czesia przypomni ojcu, że bliskich kocha się nie tylko na rauszu. Liczyłam, że trzeźwy ojciec będzie choć w połowie tak cierpliwy, czuły i empatyczny jak ten pijany. Dziwnie się czułam w gronie koleżanek żalących się, jak bardzo nieznośni są ich rodzice po alkoholu, podczas gdy dla mnie ojciec mógł nie trzeźwieć wcale. Odpierałam jednak tego rodzaju myśli, bo alkohol - oprócz tego, że zmiękczał jego twarde serce - rujnował też zdrowie. Broniłam się przed tęsknotą za "pijaną miłością", bo wiedziałam, że procentowe uczucia bywają pełne fałszu, a ja pragnęłam tych prawdziwych.
Ostatnie pożegnanie pana Czesia odbyło się w małym gronie. W trakcie ceremonii pogrzebowej moją uwagę przykuła pewna kobieta w czarnej chuście na głowie. Pomyślałam, że noszenie takiego okrycia w tym upale musiało być prawdziwą katorgą. Kobieta szła na samym przodzie konduktu żałobnego, dlatego przypuszczałam, że była krewną zmarłego. Najwyraźniej pan Czesiu miał jakąś rodzinę, o której istnieniu ojciec nie wiedział.
Gdy obrzęd pochówku dobiegł końca, ludzie zaczęli się rozchodzić w swoje strony. Ojciec stał nieruchomo i wpatrywał się w bukiety tworzące kolorowy dywanik na szarej, smutnej ziemi. Wreszcie przy grobie zmarłego pozostały już tylko cztery osoby: ja, rodzice i kobieta w czerni.
- Pani jest kimś z rodziny Czesia? - niespodziewanie zapytał ojciec, przerywając nostalgiczną zadumę.
- Tak jakby, a co? - odpowiedziała zadziornie.
- Proszę przyjąć wyrazy współczucia - powiedział ojciec. - Czesiek był moim najlepszym przyjacielem, a ja nawet nie wiedziałem, że miał jakąś rodzinę.
- To pan jest tym pijusem, który rozpił mojego Cześka... Który zabił mojego Cześka - stwierdziła kobieta z ironią w głosie.
- Co pani wygaduje?
- Czesiek się zapił.
- A co ja mam z tym wspólnego?
- Piliście razem.
- Czesiek pił, bo lubił pić. Taka jest prawda. Kim pani jest? Jego córką? - zapytał ojciec niepewnie.
- Jaką córką!? Panu wóda zniszczyła już chyba wszystkie szare komórki. - Kobieta się zdenerwowała. - Jestem niedoszłą żoną - dodała po chwili. - Przez długie lata czekałam na jego powrót, ale przez takich żuli jak pan... Czesiu się stoczył.
Kobieta w czerni obraziła ojca, a ja zaczęłam się gotować ze złości i planować szybki odwet. Nigdy dotąd nie znalazłam się w sytuacji, w której ktoś tak bardzo obraził członka mojej rodziny. Zapałałam nieokiełznaną chęcią zemsty. Wyobraziłam sobie, jak zdzieram z głowy kobiety czarną chustę, a potem chwytam mocno kępki włosów i targam we wszystkie strony. Przecież na własnej skórze się przekonałam, jak bardzo boli ten typ kary.
Tamtego dnia czarna chusta pozostała jednak na swoim miejscu i żaden włos nie spadł z głowy kobiety. Złość rozładowałam w inny sposób.
- Suka - wycedziłam przez zęby.
- Paulina! - krzyknęła matka.
- Zuch dziewczynka - pochwalił mnie ojciec.
- Menel i jego córka patolka - skwitowała kobieta, uśmiechając się szyderczo.
Ojciec mnie pochwalił, ale nie rozpierała mnie duma. Nazwano mnie "patolką", czyli kimś, kto kojarzył się z chlaniem, brudem i wulgaryzmami, a ja się brzydziłam tymi trzema skojarzeniami, z których każde pasowało do ojca. Tamtego dnia dotarło do mnie, że nie chcę stać się taka jak on. Obawiałam się tylko, że wszystko jest już przesądzone, że naturę patolki otrzymałam w genach. Modliłam się w duchu, aby strach miał tylko wielkie oczy.
Rozdział 9Mnie też obetniesz włosy?
Gdy zdyszana przybiegłam do domu, zdziwiłam się, bo nie ujrzałam skórzanych klapków obok starej zniszczonej wycieraczki. Ojciec zawsze ściągał buty, zanim przekroczył próg domu. Odetchnęłam z ulgą, choć nie miałam żadnej gwarancji, że uniknę kłopotów. Przyłapano mnie późną porą w ogrodzie, a na swoje usprawiedliwienie wymyśliłam na poczekaniu dziecinną, mało wiarygodną bajeczkę. Łudziłam się, że wypadłam przekonująco, kiedy z przejęciem opowiadałam, jak to podziwiałam w ciemności magiczne widowisko migotających świetlików. Jedynym pocieszającym aspektem tej zmyślonej historyjki było to, że upalne lato obfitowało w robaczki świętojańskie, a więc przynajmniej część mojej opowiastki znajdowała odzwierciedlenie w rzeczywistości. Mało prawdopodobne wydawało się jednak, by te efektowne owady wzbudziły zachwyt wart samotnego błąkania się po ciemnym ogrodzie.
Gdy coś przeskrobałam i groziła mi kara, wolałam schodzić rodzicom z drogi. Byłam niewidocznym dzieckiem tak długo, jak długo pozostawałam w swoim ciasnym pokoju. Wychodziłam z cienia dopiero wtedy, gdy musiałam pójść do toalety albo kuchni. Niestety, pomieszczenia w naszym domu rozplanowano w bardzo dziwaczny sposób. Droga do łazienki równała się z przeprawą nie tylko przez wielofunkcyjny salon rodziców, lecz także przez kuchnię. Wolałam znosić burczenie w żołądku i pełny pęcherz, niż wchodzić rodzicom w drogę w nieodpowiednim momencie.
Zawsze wiedziałam, kiedy ojciec przekraczał próg domu, i to nie tylko dlatego, że poruszał się topornie, jakby ktoś przymocował do jego stóp ciężkie kule. Z pomocą przychodziła mi Gwiazda, która stawiała uszy na baczność i nie mogła znaleźć sobie miejsca, kiedy się zbliżał do drzwi. Tamtego wieczoru nerwowo wyczekiwałam alarmu ze strony niezawodnej suni. Ciekawiło mnie, czy ojciec usłyszał historyjkę o świetlikach, a jeśli tak, to czy jakimś cudem w nią uwierzył.
Kilka minut po moim powrocie Gwiazda poderwała się na cztery łapy i zbiegła po schodach na parter. Ścisnęło mnie w żołądku. Siedziałam na łóżku jak sparaliżowana i odwlekałam w czasie konfrontację z surowym sędzią. Zaschło mi w gardle, ale bałam się pójść do kuchni po szklankę wody. Spodziewałam się bolesnej kary. Nie posiadłam nadprzyrodzonego daru przewidywania przyszłości, dlatego nie wiedziałam, że ojcowska ręka już nigdy mnie nie ukarze. Lęk przed pasem nie pozwalał mi na błogie chwile odprężenia.
Siedziałam skulona w pokoju, a myśli kłębiły się wokół ogrodu państwa Zielińskich, tajemniczej pracy ojca i historii o świetlikach. Niespodziewanie usłyszałam głośny huk tłuczonego szkła, a w następstwie dobrze znany scenariusz. Przykre słuchowiska, które regularnie fundował ojciec, kiedyś robiły na mnie wrażenie. Godzinami płakałam w poduszkę i budziłam się rano ze spuchniętymi powiekami. Około jedenastego roku życia doszłam do wniosku, że domowe awantury są jednym z głównych budulców naszej rodziny. Zaczęłam wierzyć, że nie ma miłości bez krzyków, upokorzeń i wszechobecnego gniewu. Lubiłam ciszę, ale gdy gościła w moim życiu zbyt długo, tęskniłam za przyspieszonym biciem serca, brakowało mi lęku, bólu i wstydu. Byłam jedną wielką sprzecznością, bo jak bardzo nie znosiłam krzyku, tak bardzo go jednak potrzebowałam. Robiłam wszystko, co w mojej mocy, by unikać rodzicielskich awantur, a zarazem przysłuchiwałam im się z zapartym tchem, jakby tuż obok rozgrywała się akcja wciągającego serialu. Z upływem czasu przekonałam się, że pranie domowych brudów przypominało spektakularne widowiska, ale rzadko niosło ze sobą istotne treści. Interesowały mnie mroczne sekrety, a te nieczęsto wypływały na światło dzienne, jeśli wymiana zdań polegała na wymierzaniu słownych kopniaków. Prawda nie lubowała się w hałasie, tłumie gapiów i jasnym świetle dnia. Prawdę poznawałam tam, gdzie ludzie starali się mówić cicho.
Tamtego wieczoru burza trwała tyle, ile zajęło mi przeczytanie trzydziestu stron książki Zapałka na zakręcie. Po ustaniu obelg ojca i marnej obrony ze strony matki odczekałam w pokoju jeszcze chwilę, aby się upewnić, że to definitywny koniec ataku, a nie tylko krótka pauza na zregenerowanie sił do walki. Gdy zeszłam na parter, usłyszałam łkanie matki. Zdziwiłam się, bo łzy zupełnie do niej nie pasowały. Często przekazywała mi i bliźniaczkom mądrości życiowe piętnujące słabość. Za przejaw szczególnej ludzkiej niemocy uważała płacz, który utożsamiała z niepotrzebnym użalaniem się nad sobą. Mówiła do mnie: "Nie maż się, a jeśli już musisz sobie pobeczeć, to tak, by nie oglądało cię stado baranów". Za radą matki nauczyłam się płakać w samotności.
Wachlarz moich ówczesnych doświadczeń życiowych cechował się nadwyżką negatywnych doznań. W domu rodzinnym nauczono mnie, czym jest zło w czystej postaci. Z całego serca pragnęłam, by ta nauka nie weszła mi w krew, a jednocześnie w okrucieństwie odnajdowałam coś fascynującego, co powodowało, że szara rzeczywistość nabierała świeżych barw, a ciało uaktywniało niespożyte pokłady siły do działania. Będąc nastolatką, nie zdawałam sobie sprawy, że można się uzależnić od patologii. Straty fizyczne i psychiczne, których doświadczałam, wyzwalały we mnie ból, ale wolałam przeżywać najgorsze katusze, niż nie czuć nic. Pustka pozbawiała mnie poczucia kontroli nad sobą, zatapiała w otchłani wypartych uczuć i ukrytych pragnień, przed którymi się broniłam. Pustka odzierała życie ze złudzeń i ukazywała moją egzystencję w marnej kondycji.
Tamtej nocy płacz matki wypełnił mi jałowe wnętrze nerwowym napięciem. Poczułam mrowienie w klatce piersiowej. Ciało znów wskoczyło w tryb obronny.
Zajrzałam do pokoju dziewczynek i dostrzegłam dwie głowy, ledwie wystające spod dużego koca w gwiazdki. Ola i Hania spały jak zabite, jakby ich słuch był obojętny na krzyk. Potem weszłam do salonu, który wyglądał inaczej niż zwykle. Matka lubiła porządek i posiadała cudowną umiejętność organizowania przestrzeni. Na mikroskopijnym metrażu urządziła wszystko tak, że się nie potykaliśmy o jakieś niepotrzebne graty i nie przeciskaliśmy przez labirynt z krzeseł, segmentów, stołów i innych mebli. Niepotrzebne rupiecie przechowywała w starej szopie za domem. Tam też składowała śmietnikowe znaleziska, którymi później handlowała na targu.
Nie przywykłam do obrazu porozrzucanych poduszek, pootwieranych szaf i zmiętolonego obrusu zalegającego na podłodze. Bałagan zawsze oznaczał kolejną ojcowską napaść. Po każdej takiej akcji matka sprzątała odłamki szkła.
"Coś musiało się wydarzyć" - pomyślałam z niepokojem, a jednocześnie poczułam ciepło w mostku. Niepewność miała w sobie coś pociągającego.
Bezszelestnie uchyliłam drzwi do kuchni. To, co ujrzałam przez wąską szparę, sprawiło, że w pierwszej chwili mnie zamurowało. Przez kilka sekund czułam się jak widz, przed którym rozgrywa się kulminacyjna scena filmu. Widok, jaki ukazał się moim oczom, nie był jednak filmowym kadrem, ale rzeczywistością. Matka siedziała na krześle i trzymała w dłoniach kosmyk swoich pięknych długich włosów. Tępo spoglądała na podłogę, gdzie reszta kasztanowych pukli tworzyła gęsty, miękki dywanik. Chuda z natury, z krótkimi włosami wyglądała jak więźniarka obozu koncentracyjnego albo kobieta walcząca z nowotworem.
Od jakiegoś czasu prześladowało mnie fatum, bo raz za razem ktoś przyłapywał mnie na gorącym uczynku. Skrywałam się w trudno dostępnych zakamarkach, wiedziałam, jak się poruszać, by nie nadwyrężać starych podłóg, z którymi należało obchodzić się jak z jajkiem, bo w przeciwnym razie odpłacały nieznośnym skrzypieniem, ale nie potrafiłam przezwyciężyć wszystkich przeszkód na drodze do podsłuchania prawd determinujących mój dalszy los. Tym razem przegrałam z dymem papierosowym - przeciwnikiem nokautującym mnie w każdej rozgrywce. Z całej siły ścisnęłam nos, ale kichnięcie i tak dało się usłyszeć w nocnej ciszy.
- Paulina? - zapytał ojciec. - Chodź i zobacz, jak ładnie mamusi w nowej fryzurce - dodał po chwili, a ja w tych słowach odnalazłam sarkazm w czystej postaci.
Matka zaliczała się do grona najpiękniejszych kobiet, jakie znałam, a do głównych atutów jej urody należały długie włosy. Chłopięca fryzura ją oszpeciła i nie miałam co do tego żadnych wątpliwości.
Niepewnie otworzyłam drzwi i weszłam do kuchni.
- Co się stało? - zapytałam drżącym głosem.
W ułamku sekundy zrobiłam bilans zysków i strat związanych z zadawaniem niewygodnych pytań i uznałam, że wyjaśnienie tej irracjonalnej sytuacji jest warte każdej ceny.
- Obciąłem mamie włosy - oznajmił ojciec twardo. - Teraz będziemy mieć więcej pieniążków na wypady do miasta. Sama wiesz... Kino, jakieś lody, hamburgery.
Matka nie zareagowała na moje pytanie w żaden sposób, co tylko dolało oliwy do ognia niepokoju. Siedziała nieruchomo i gdyby nie łzy spływające po jej policzkach, pomyślałabym, że jest martwa.
- A co mają do tego włosy mamy? - ciągnęłam ojca za język.
- Jak to co, Paulina? Wiesz, ile kosztuje fryzjer? Szampony, odżywki?
- Mamo, chciałaś je ściąć? - zapytałam, choć z góry znałam odpowiedź.
- Paulinka, idź, proszę, do siebie - wymamrotała niewyraźnie.
Nie zamierzałam jednak ruszyć się z miejsca, dopóki nie usłyszę sensownych wyjaśnień.
- Okropnie wyglądasz w tych włosach - postawiłam na szczerość.
Zdawałam sobie sprawę, że tylko dobiję tym matkę, ale choć miałam dopiero trzynaście lat, znałam pewne psychologiczne sztuczki, które rozwiązują ludziom języki. Wiedziałam, że wyprowadzenie z równowagi bywa częstym zapalnikiem, żeby puścić parę z ust.
- Odrosną, Paulinko. Poza tym już dawno chciałam je skrócić. Proszę, idź już do siebie, bo jest późno. - Matka na siłę próbowała uciąć rozmowę.
- Dlaczego nie poszłaś do fryzjera? Tato przecież nie umie strzyc - nie dawałam za wygraną i nadal dociekałam prawdy.
- Paulina, cicho już! - krzyknęła.
- Gdybym miała wybierać pomiędzy kinem a twoimi długimi włosami, wybrałabym to drugie - wyznałam szczerze.
Coraz bardziej nadwyrężałam ojcowską cierpliwość, jakbym zupełnie zapomniała, że nie igra się z ludźmi, którzy się nikogo nie boją.
- Ty też powinnaś trochę zacisnąć pasa - wtrącił ironicznie ojciec.
- Mnie też obetniesz włosy? - palnęłam bez namysłu i pomimo zagrożenia spojrzałam mu prosto w oczy.
- Chyba za bardzo się zagalopowałaś. Przypominam tylko, że karma dla tej twojej suki sporo kosztuje.
Natychmiast się poddałam, bo ojciec wytoczył przeciwko mnie ciężkie działo. Uderzył tak, bym pozostała bez szans na obronę. Trafił w najczulszy punkt, posługując się prymitywnym szantażem.
Opuściłam rodziców bez słów pożegnania, bogatsza o kolejną życiową lekcję, która zmieniła mój stosunek do matki. Wcześniej rodzicielka irytowała mnie ciągłym przytakiwaniem ojcu i tym, że prawie nigdy nie stawała w obronie swoich córek, a jeśli już decydowała się na ten krok, prędko odpuszczała i ulegała ojcowskiej presji. Oceniałam ją bardzo surowo i nie dostrzegłam nawet, kiedy w sercu zagościła pogarda dla niej. Przez wiele lat żyłam w przekonaniu, że doskonale się odnajdywała w patriarchalnym modelu rodzinnym. Nigdy przez myśl mi nie przeszło, że mogła cierpieć podobnie jak ja. Dopiero tamtego wieczoru przejrzałam na oczy i spojrzałam na nią z większą dozą zrozumienia. Z upływem lat współczucie względem matki wyparł żal i pretensje. Dlaczego nie odeszłaś, mamo?
Tamtego wieczoru dotarło do mnie, że matka straciła coś cenniejszego niż włosy. Ten, który ślubował miłość do grobowej deski, odebrał jej godność i potraktował jak przedmiot, który w każdej chwili można zniszczyć bez żadnych skrupułów i konsekwencji. Jaką miałam pewność, że alabastrowej skóry matki nie szpeciły fioletowo różowe stemple sygnujące akty przemocy? Przecież w upalne dni zakładała długie sukienki do kostek, a ramiona okrywała luźną, ażurową chustą, przez co wygląd jej ciała pozostawał w sferze domysłów. Nie rezygnowała z tego ubioru nawet wtedy, gdy pracowała w ogródku, dlatego dolne krawędzie sukienek często odstraszały niedopraną szarością i postrzępionym materiałem. Czyżby chciała ukryć ślady tyranii? A przecież miała figurę bogini, którą misternie skrywała przed całym światem. Szkoda, że ojciec nie potrafił docenić tego piękna. Zdradził ją, a zarazem przekazał mi pewną cenną prawdę życiową, której sens zrozumiałam wiele lat później. Udowodnił na własnym przykładzie, że jeśli mężczyzna nie kocha, to nie pomogą stringi, schłodzone piwo w lodówce i dwudaniowe obiadki. Im wcześniej kobieta to zrozumie, tym szybciej się stanie panią własnego losu.
Powróciłam wspomnieniami do kilku domowych burz, które najbardziej utkwiły mi w pamięci. Przypomniałam sobie mnóstwo głośnych dźwięków, ale nie ujrzałam żadnych migawek. Nie potrafiłam przywołać obrazów ukazujących akty agresji. Zrozumiałam, że namalowałam portret awanturującego się ojca jedynie na podstawie krzyków, wyzwisk, trzasków i innych głośnych brzmień. Zastanawiałam się, jak rzetelna mogła być prawda zbudowana na bazie dźwięków - oparta tylko na zmyśle słuchu. Zawsze mi się wydawało, że bił tylko mnie i bliźniaczki. Matkę wykluczyłam z grona poszkodowanych. Uważałam, że rozpościerał się nad nią parasol ochronny, który w cudowny sposób strzegł przed karcącą ręką. Gdyby nie scena w kuchni, pewnie długo jeszcze nosiłabym w sercu fałszywe przekonania na temat rozkładu sił w rodzicielskiej relacji.
Dopiero ścięte włosy uświadomiły mi, że przemoc fizyczna w naszym domu obejmowała szerszy krąg osób, niż myślałam.
Rozdział 12Na pewno ci się wydawało
Po cichu wróciłam do swojego pokoju z dyskomfortem ciała i duszy oraz uwierającym kacem moralnym. Znałam ten stan. Pojawiał się, gdy postępowałam wbrew temu, co podpowiadało serce. Po raz kolejny schowałam głowę w piasek. Znów nie wyciągnęłam ręki po pomoc, choć na pamięć nauczyłam się słów, które zamierzałam wypowiedzieć, kiedy wreszcie przerwę milczenie i opowiem, co się dzieje w domu. Co prawda w moim życiu nastąpił pewien przełom, bo się odważyłam krzyknąć w obecności ojca, ale to było za mało, by mogło wpłynąć na rodzinny układ sił. Tyran wciąż stawiał warunki, a ja z przerażeniem odkrywałam, że z upływem lat pozwalał sobie na coraz więcej i rósł w siłę jak autorytarny mocarz.
Wystarczyła noc, kilka godzin z pozoru mało znaczącego snu, abym zdewaluowała agresję ojca. Następnego dnia obudził mnie grad niewygodnych pytań, którymi bombardowałam samą siebie jak na przesłuchaniu. Może miał stresujący dzień w pracy? Może matka go nie wspierała? Może tęsknił za Jolką? Z każdym kolejnym "może" coraz bardziej oddalałam się od prawdy i zniekształcałam skalę dramatu z poprzedniego dnia. Czas działał na moją niekorzyść, ale jako nastolatka nie miałam tej świadomości. Po latach zrozumiałam, że traumatyczne życiowe zdarzenia należy analizować na gorąco, kiedy się nie zdąży dopuścić do głosu wszystkich "może". Dotarło do mnie, że każdy okrutny czyn z upływem czasu traci na podłości, a źli ludzie grzebią w swojej rzekomo niefortunnej przeszłości, żeby znaleźć jakieś okoliczności łagodzące - i zwykle je znajdują.
Jako nastolatka nie potrafiłam przypisać ojcu bezdyskusyjnej roli winnego. W moich oczach uchodził zarówno za ofiarę, jak i sprawcę domowego terroru. Z jednej strony mu współczułam, bo wiódł życie, jakiego nie chciał, a z drugiej pragnęłam, by zapłacił za wszystkie wyrządzone krzywdy, których miał na koncie całkiem sporo.
Ludzkie umysły nie znoszą dysonansów poznawczych, dlatego preferują wygodne, a nie obiektywne prawdy. Ja też musiałam wybrać pomiędzy dwiema skrajnymi możliwościami. Ojciec, który bije: kocha czy nie kocha? Dopuściłam do głosu pierwszą opcję. Pielęgnowałam wiarę w miłość.
Musiałam znaleźć jakiś sposób na przetrwanie w rzeczywistości, która często była nie do zniesienia. Już jako kilkuletnia dziewczynka nauczyłam się, że świat wyobraźni czyni cuda i na tle pięknych marzeń nawet druzgocące doświadczenia życiowe są tylko mało znaczącymi epizodami, które przeminą. Taktyka ta pozwalała na przetrwanie ciężkich chwil i dawała mi siłę, by każdy kolejny dzień traktować jak szansę na coś lepszego. Opracowałam plan na dalszą, świetlaną przyszłość. Szczerze wierzyłam, że prędko opuszczę dom rodzinny i spotkam mężczyznę, który uwolni mnie od wszystkich złych wspomnień. Marzenia pozwalały budzić się z głową pełną pomysłów, nawet jeśli dzień wcześniej nie miałam siły, by żyć. Wiele razy fantazjowałam, jak karzę rodziców w najgorszy możliwy sposób. Oczyma wyobraźni widziałam siebie połykającą garść tabletek nasennych. Triumfowałam z zaświatów, widząc ich płaczących nad trumną. Wiedziałam jednak, że nigdy nie posunęłabym się do tego kroku, bo za bardzo kochałam życie, a ojciec z matką nie zasługiwali na tak okrutny cios. Na swój sposób kochali mnie swoją kaleką miłością. Nigdy nie przestałam w to wierzyć.
W wieku trzynastu lat człowiek się nie skupia na traumach, tylko spycha je do podświadomości, aby mogły się odezwać po latach ze zwielokrotnioną siłą. Postanowiłam jak najszybciej wymazać z pamięci wczorajszy koszmar. Wstałam koło ósmej, żeby wypuścić Gwiazdę na podwórko. Nikogo nie było w domu. Od kiedy ojciec zatrudnił się u pana Waldemara, wychodził do pracy o różnych porach dnia i nocy. Nadal nie miałam pewności, czy jeździł taksówką. Zastanawiało mnie też, co zrobił z pierwszymi zarobionymi pieniędzmi, bo standard życia naszej rodziny wciąż się plasował na mizernym poziomie.
Przyglądałam się, jak Gwiazda obwąchuje drzewka na podwórku. Relaksował mnie ten widok i od razu skierowałam myśli na przyjemniejszy tor. Nie wiedziałam jeszcze, czy zdołam unieść ładunek nieszczerości wobec Kamila, ale byłam pewna, że nie chcę dłużej go unikać.
Koło dziesiątej wyszłam z domu i udałam się do państwa Zielińskich. Zdążyłam zapomnieć, że w wakacje mój przyjaciel spał dłużej niż ja, ale jak się okazało, tego dnia wstał nieco wcześniej. Pani Kasia jak zwykle przywitała mnie szerokim uśmiechem. Na wstępie zaproponowała naleśniki z musem truskawkowym. Nie wahałam się ani przez chwilę. To miał być mój pierwszy posiłek tego dnia. Rano nie mogłam przełknąć nawet kęsa chleba, bo czułam bolesny ucisk w żołądku. W końcu miałam odnowić przyjaźń, którą sabotowałam od kilku miesięcy. Obawiałam się, że nie wskrzeszę tego, co było, bo Kamil miał całkiem sporo czasu, żeby znaleźć sobie nowego kompana i zapomnieć o moim istnieniu.
Większość ludzkich obaw nigdy się nie ziszcza w rzeczywistości i tak się stało także w tym przypadku. Przyjaciel potraktował sprawę po męsku i odpuścił zbędne pretensje. Zrobił popcorn, nalał coli do dwóch dużych kubków, a potem jak za starych dobrych czasów poszliśmy do jego pokoju na film. Dokładnie tego się spodziewałam. Ujrzałam książki poukładane w równych rzędach, dwa duże stojaki niemal w całości wypełnione płytami CD, kilka lśniących pucharów będących uwieńczeniem sukcesów sportowych. Wszystko znajdowało się dokładnie w tym samym miejscu, co dawniej. Tak jak kiedyś pokój przyjaciela raził czystością. Kamil uwielbiał porządek. Czasem nawet zawstydzał mnie swoją pedantycznością. W kwestii sprzątania nie byłam tak drobiazgowa jak on i miałam na sumieniu wiele niedociągnięć.
- Wiesz, Paula... - zaczął Kamil. - Twarda zawodniczka z ciebie.
- Nie wiem, o co ci chodzi - odpowiedziałam szczerze.
- Przychodzisz do mojej mamy już od jakiegoś czasu i jeszcze nie masz dość.
- Lubię ją - odparłam zdezorientowana.
- Jest całkiem spoko, ale strasznie dużo mówi i ciągle chce pouczać innych. To trochę męczące.
- Uwielbiam słuchać pani Kasi. Moi rodzice rozmawiają ze mną, jakbym była bezrozumną amebą. Według nich jestem za młoda na rozmowy z dorosłymi. Czuję się przez to jak kretynka.
"Niemożliwe!" - pomyślałam w duchu. Poskarżyłam się na rodziców, w dodatku przyszło mi to z taką lekkością. Nie znałam siebie od tej strony.
- Ciesz się, że nie masz tak jak ja. Mój ojciec kocha rozmawiać. W dzień nie ma na to czasu. Zawsze prawi mi długaśne kazania wieczorami. Teraz mam trochę spokoju.
- To może czas na Jezioro marzeń? - postanowiłam jak najszybciej zmienić temat. Każdy był dobry, jeśli nie dotyczył pana Zielińskiego.
- Za chwilę, okej?
- Jesteś taki mądry, bo już widziałeś nowe odcinki. Ja umieram z ciekawości, żeby je obejrzeć.
- Fajowe są. Mówię ci.
- To nie gadaj tyle, tylko włącz wreszcie serial.
- Muszę ci jeszcze o czymś powiedzieć.
- Coś się stało? - zapytałam wystraszona.
Nie cierpiałam niepewności, kryjącej się za słowami "muszę ci o czymś powiedzieć". To nie jest preludium do pozytywnych wieści.
- Wiesz... - kontynuował Kamil. - Wczoraj wieczorem pojechałem do kumpla. Bolo mieszka w tej dzianej dzielnicy niedaleko wypasionego hotelu na Transportowej. Kojarzysz?
- Nie bardzo - odpowiedziałam zmieszana.
Do miasta jeździłam tylko od święta. Rodzice nie dawali mi swobody, jaką mieli bracia Zielińscy. Nie mogłam, tak jak oni, wsiąść w autobus i przekroczyć magicznej granicy oddzielającej konserwatywny porządek wsi od urbanistycznego ładu aglomeracji. Po raz kolejny Kamil miał na wyciągnięcie ręki coś, o czym ja mogłam jedynie pomarzyć. W tamtym momencie prędko ugasiłam palące poczucie krzywdy, bo liczyło się tylko to, co kumpel chciał mi powiedzieć.
- Koło dziewiątej Bolo odprowadził mnie na postój taksówek przy hotelu.
- No i? - zapytałam z irytacją w głosie, bo w mojej ocenie mówił zbyt wymijająco. Wolałabym, żeby od razu wyłożył kawę na ławę, a nie rozkładał historię na czynniki pierwsze.
- No i zobaczyłem, jak pod ten hotel podjechała fura. Od razu rozpoznałem auto starego.
- Chodzi o mercedesa?
- Tak.
- Należy już do mojego taty.
- Wiem. Na początku nie poznałem pana Romka, bo miał na sobie taki elegancki garnitur.
W ciągu ostatnich tygodni ojciec ubierał się do pracy w jeansy i koszulę flanelową. Nie zdarzyło się, abym choć raz zobaczyła go opuszczającego dom w marynarce lub spodniach w kant. Musiał się gdzieś przebierać.
- Nie wiem, czy powinienem ci o tym mówić... - kontynuował niepewnie.
- Kamil, nie wkurzaj mnie!
- Twój tato wyszedł z auta i otworzył tylne drzwi. Najpierw wysiadł jakiś gruby facet, a za nim taka baba w szpilkach.
- Tato wozi ludzi - oznajmiłam stanowczo.
Mercedes służył tylko jemu, a domownicy mieli obchodzić się z nim jak z eksponatem muzealnym. O przejażdżce mogłam jedynie pomarzyć. Ojciec nigdy nie złożył mi takiej propozycji, a gdy sama poprosiłam o rundkę nowym autem po wsi, spotkałam się z odmową. Limuzyna była dla klientów. Dla mnie, matki i bliźniaczek - stary fiat.
Przez chwilę się zastanawiałam, co Kamil wiedział na temat pracy mojego ojca. A może powiedziałam za dużo? Może pan Waldemar nie chciał zaprzątać synom głowy takimi sprawami?
- Wiem, że twój tato pracuje dla mojego - wyznał chłopak. - Opowiedziałem ci o tym, bo zdziwili mnie ludzie, którzy wysiedli z auta. Ten gruby facet wyglądał identycznie jak polityk, którego często pokazuje telewizja. Kobieta przypominała prostytutkę.
Słowa Kamila mnie zawstydziły. Milczałam. Jak się okazało, przyjaciel trzymał jeszcze jednego asa w rękawie.
- Albo mi się wydawało, albo twój tato wyciągnął z kieszeni małą butelkę wódki, a potem się napił - powiedział niepewnie.
- Sugerujesz, że pije w pracy?
- Paula, nie obrażaj się. Może mi się tylko wydawało...
- Na pewno ci się przywidziało - rzuciłam złowrogo.
- No, nie złość się. Film? - spróbował zmienić temat.
- Powiesz o tym swojemu tacie? - zapytałam i oczekiwałam, że zaprzeczy.
- Nie martw się. Nie powiem.
- Ostatnim razem, jak stracił pracę, zaczął chodzić pod sklep pani Eli, do tych swoich kumpli. Potem mama kazała mi przyprowadzać go do domu, bo jej nie chciał słuchać. Ci pijacy spod sklepu zawsze mnie zaczepiali i rzucali jakieś durne teksty. Najgorszy był pan Kazik od Kowalskich. Raz powiedział, że jestem ładniutka, ale głupia i niewychowana. Nie spodobało mu się, że przyszłam po tatę.
- Pijus - skwitował dosadnie Kamil. - Tak jak obiecałem, nic nie powiem. Nawet nie wiem, kiedy się zobaczę z moim starym. Pewnie wyjdzie z paki szybciej. W końcu nikogo nie zabił.
- Z paki? - udałam zmieszaną.