WSTĘP,
czyli nie całkiem pierwszy rozdział
Kiedy Pati Majeranka Miłorzeszek była jeszcze brzdącem wielkości sowiego
bobka, przydarzyło jej się coś okropnego. Wstrętna nieprzyjaciółka Hela
Trela zaprzepaściła marzenie jej życia, tym samym doszczętnie je
rujnując. Zrobiła to wtedy po raz pierwszy, ale - o zgrozo! - wcale nie
ostatni.
Do lasu Wietrzyska zawitała jesień. Podekscytowane wróżki wyczekiwały
ostatniego ciepłego wieczoru w roku, ponieważ to właśnie wtedy hucznie
obchodzono użądlinki. Wszyscy mieszkańcy lasu wróżek zbierali się w wesołym miasteczku na Śpiewnej Łące, powystrajani w żółtoczarne
kostiumy, żeby świętować rozpoczęcie snu zimowego pszczół i trzmieli.
Podczas tej wyjątkowej, oświetlonej srebrzystym blaskiem gwiazd nocy
rodzice nie wyganiali dzieci do łóżek, lecz wyjątkowo pozwalali im
brykać po wesołym miasteczku, wcinać miodowe przysmaki i bawić się z przyjaciółmi. W tym czasie dorośli, zebrani pod namiotami pachnącymi
rokitnikowym piwem, tańcowali w takt dźwięków orkiestry. Dopiero
promienie wschodzącego słońca skłaniały ostatnich biesiadników do udania
się na spoczynek do swoich dziupli.
Gwoździem programu była tradycyjna użądlinkowa ceremonia. Brały w niej
udział wszystkie wróżkowe smyki, które ukończyły co najmniej pięć
wiosen. Ceremonia nie była skomplikowana, ale miała niebywale doniosłe
znaczenie. Jedno z dzieci, przebrane za królową trzmieli, siedziało
dumnie na tronie i w imieniu trzmielego rodu przyjmowało podarki, które
pozostałe maluchy wrzucały do ogromnego słoja po miodzie.
Od kiedy tylko Pati sięgała pamięcią, miała chrapkę na zaszczytną główną
rolę w przedstawieniu. Dlatego co wieczór po kąpieli przechadzała się w zarzuconym na plecy pasiastym szlafroku i wyobrażała sobie, że to
prześliczna pszczela pelerynka. Za każdym razem wkładała też na rude
kędziorki koronę samodzielnie skleconą z papieru i tak wystrojona
wychodziła ze swojego pokoju na balkon, by wygłosić uroczystą mowę przed
wyimaginowanym owadzim tłumem poddanych.
- No, nie można powiedzieć, żeby temu dziecku brakowało wyobraźni -
rzekła Anulce, mamie Pati, sąsiadka, pani Malina, kiedy to pewnego
letniego dnia dziewczynka prowadziła w ogrodzie swoją wymyśloną armię os
na przerażającą bitwę.
Pati Miłorzeszek już jako pięciolatka była niezwykle bystra i w gorącej
wodzie kąpana. Kiedy w końcu rozpoczęły się próby przedstawienia,
zupełnie nie potrafiła trzymać buzi na kłódkę i wielce podekscytowana
trajkotała z pamięci na cały głos wszystkie kwestie. Zdarzało jej się
nawet wleźć za kimś na scenę, by się upewnić, że wierszyki, bukiety
kwiatów i ozdobne kamyczki trafią bezpiecznie na dno słoja po miodzie.
Zamęt, który wprowadzała, nie podobał się odpowiedzialnej za spektakl
pannie Wenedzie Pieprzyk. Uważała ona, że dzieci powinny odzywać się na
próbach tylko wtedy, kiedy według scenariusza przychodzi ich kolej.
Zwłaszcza jeśli zamierzały mówić głośno i robić wokół siebie dużo szumu.
Każdy zbędny jazgot działał Wenedzie Pieprzyk na nerwy.
Z kolei Hela Trela już od najmłodszych lat potrafiła przypodobać się
dorosłym i wszystkie zuchwalstwa zawsze uchodziły jej na sucho. Ku swemu
wielkiemu zadowoleniu pojawiła się na próbie z olśniewająco ufryzowanymi
jasnymi lokami i połyskującymi skrzydełkami. Od samego początku uwzięła
się na Pati - a przynajmniej takie ta ostatnia odniosła wrażenie. Co
rusz palec wskazujący Heli Treli kierował się oskarżycielsko w jej
stronę.
- Panno Pieprzyk! Pati dotknęła swoimi paluchami wszystkich kostiumów!
Teraz trzeba je wyprać, bo już czuję, jak zbiera mi się na kichanie!
- Pati Miłorzeszek bez przerwy gapi się na moją głowę! Proszę jej
powiedzieć, żeby przestała!
- Panno Pieprzyk! Pati na mnie chuchnęła i teraz czuję zapach z jej buzi
na mojej nowej sukience!
W końcu Weneda Pieprzyk miała tego po dziurki w nosie i krzyknęła
dramatycznie do żółtego megafonu:
- Patrycjo Majeranko Miłorzeszek! Dość już tego przeszkadzania. Marsz na
widownię! Za karę będziesz śledzić przebieg przedstawienia w całkowitej
ciszy i w dodatku z daleka. Hela Trela natomiast jest wzorową aktorką:
to porządna, dobrze wychowana, posłuszna i przede wszystkim cichutka
wróżka. Dlatego zdecydowałam, że to ty, Helu, dostaniesz rolę królowej
trzmieli!
Anulka próbowała jeszcze rozmawiać z Wenedą Pieprzyk, ale na nic się to
zdało. Decyzja została podjęta. Niepocieszoną Pati wykluczono z przedstawienia. Mogła co najwyżej pomagać w przygotowaniu drewnianej
scenografii.
W użądlinkową noc usiadła w pierwszym rzędzie. W palce powbijało jej się
mnóstwo drzazg, a wrażliwe serduszko zalewały fale zazdrości. Patrzyła,
jak wszyscy pozostali błyszczą w świetle reflektorów. Zwłaszcza Hela
Trela. Prezentowała się wybornie jako królowa trzmieli. Uroku dodawały
jej przepięknie połyskująca korona i zarumienione policzki.
Kiedy przykry wieczór dobiegł końca, Anulka układała Pati do snu. Mała
wróżka płakała w poduszkę.
- Nienawidzę Heli Treli! Jest podła. I okropna. I wstrętna jak zadek
upiora!
Anulka głaskała wstrząsaną łkaniem córeczkę po plecach. Rzekła do niej
uspokajająco:
- Pamiętasz, co ci zawsze mówiłam? Masz niezwykłe serduszko. Jest bardzo
wrażliwe i dlatego łatwo je zranić. Lecz ponieważ jest tak ogromne, może
pomieścić nieskończenie wiele miłości.
Pati podniosła głowę i odpowiedziała drżącym głosem:
- Nieskończenie wiele to dość dużo. Czy to nie jest zbyt szalone? Nie
wiem, jak niby moje serduszko miałoby pomieścić aż tyle kochania.
- Możesz wymienić wszystko to, co kochasz, ale przysięgam, że wciąż
zmieści się tam jeszcze więcej - zapewniła Anulka i otarła chusteczką
łzy z buzi córki.
Pati ułożyła się wygodnie w łóżku i zaczęła recytować na głos rzeczy,
które darzyła miłością.
Kochała więc przede wszystkim Anulkę, tatę Miłorzeszka i swoje najlepsze
przyjaciółki: Lianę i Wiolinę. Następnie wymieniła babcię Raptogórę,
chociaż, prawdę mówiąc, trochę się jej bała. Szczerze kochała też
książki, swojego pluszowego towarzysza snów - Rydza, rosnącą na balkonie
jeżynę smrodliwą, koktajl z bazi, chłodne powiewy wiatru, skarpetki nie
do pary, maleństwa robaków, brzdące larw, wszelkie inne pełzające
paskudztwa, no i oczywiście upieczone przez mamę ciasta.
Kiedy nie przychodziło jej do głowy nic więcej, co kochała, oznajmiła z poważną miną:
- Moje serce jest już pełne. Nie zmieści się tam nic ani nikt więcej. A już na pewno nie Hela Trela! Nie ma mowy!
Mama zmierzwiła niesforną rudą czuprynę córki i odparła:
- Mówiłam ci już, że serduszka wróżek w naszej rodzinie są tak wielkie,
że znajdzie się w nich miejsce nawet na najmniej spodziewane rzeczy.
Kiedy Anulka wyszła z pokoju, życząc Pati dobrej nocy, ta leżała jeszcze
przez chwilę z otwartymi oczami i mruczała do siebie:
- Moje serce jest twarde jak kamień, a to dlatego, żeby chronić mnie
przed wstrętnymi złośliwościami. Zamknę je na klucz i wyrzucę go w nieznane! Niech Hela Trela nawet się tu nie zbliża!
I tak się stało. Tej nocy Hela Arabela Trela została wiekuistą nieprzyjaciółką Pati Majeranki Miłorzeszek.
ROZDZIAŁ 1
Pati wierciła się na taborecie. Mała wróżka wielkości paluszka miała
ogromny problem z usiedzeniem w miejscu za każdym razem, kiedy mama
próbowała okiełznać dziką burzę jej rudych kędziorków i związać włosy w kucyk.
- Wiem, że to twoje maleńkie ciałko nie lubi spełniać rozkazów główki,
ale spróbuj się nie ruszać choć przez chwilę.
Skrzydełka Pati drżały z ekscytacji. W końcu cała się napięła, zacisnęła
usta, zmrużyła niebieskie oczy i ścisnęła wątłymi palcami brzegi stołka,
ale na nic się to wszystko zdało. Najpierw odezwały się nóżki, które
zaczęły same tuptać w miejscu, a za chwilę już cała Pati ponownie
kręciła się ze zniecierpliwienia. Zaczęła stękać i kwękać.
- Ajajaj! Ajajaj! Długo jeszcze będziesz mnie torturować? Mogę już iść?
Mamusiu kochana!
- Im bardziej się wiercisz, tym dłużej to trwa - odpowiedziała Anulka
rozbawiona jej niecierpliwością.
Kiedy w końcu trochę zbyt luźny i przekrzywiony na jedną stronę kucyk
był gotowy, Anulka postawiła córkę na ziemię, obróciła ją dokoła i skontrolowała czystość twarzyczki. Zauważyła jakiś brud na policzku,
więc napluła na białą chusteczkę i potarła nią energicznie buzię Pati.
Wróżka wyrwała się z objęć mamy.
- Nie dość, że włosy mam tak wyczesane, że prawie nic nie zostało mi na
głowie, to na dodatek ścierasz mi piegi! Jeszcze chwila, a będę wyglądać
jak ktoś zupełnie inny!
- Za nic w świecie nie zamieniłabym ani jednego twojego włoska na żaden
inny, kochanie. Ale na przyjęciu trzeba stosownie wyglądać - odrzekła
Anulka i strzepnęła niewidzialny paproszek z jej sukienki.
- No dobrze. Sukienka leży jak ulał, buzię mam czystą i włosy związane
tak ciasno, że nie wiem! Czy to oznacza, że mogę już iść? Czy czeka mnie
jeszcze inspekcja uzębienia? - Pati wyszczerzyła zęby. - A może
wyrywanie włosów z nosa?
- Idź już, idź... Ależ z ciebie nieokrzesany berbeć - mruknęła Anula i otworzyła drzwi. - Nie zapomnij prezentów! - Podała córce woreczek z trzema paczuszkami ładnie owiniętymi konwaliowym papierem.
- Nie martw się, mamo. Postaram się nie przynieść ci więcej wstydu niż
zwykle.
- Och, dziękuję! - Anulka ponownie się roześmiała.
Choć Pati wiedziała, że w odświętnym stroju nie wypadało biec ile sił w nogach, to miała na to okropną ochotę. Powstrzymała się jednak i ruszyła dziarskim, acz dostojnym krokiem w stronę Brzeziny.
Pierwsze jesienne dni dotarły już do lasu Wietrzyska. Powietrze było chłodne i rześkie. Woda płynąca w okalających osadę strumyczkach pluskała wesoło. Liście drzew zaczęły powolutku zmieniać kolory - jedne na przypominający zachodzące słońce pomarańczowy, inne zaś na jaskrawożółty. Niektóre drzewa wciąż były jeszcze całe zielone, ale i one miały
niedługo przybrać barwy złocistej jesieni.
Po drodze Pati starała się pozdrawiać mijanych przechodniów w jak
najdostojniejszy sposób, gdyż nowa niebieska sukienka na ramiączkach i żółty wełniany płaszczyk sprawiały, że czuła się jak dama. Nawet jej
wyświechtane skrzydełka drgały z powodu tej kreacji.
- Kłaniam się w ten piękny weekend, panie posterunkowy Głaz! Wspaniała
pogoda, nieprawdaż, panie Nakłuć? Cóż za cudowne uczesanie, Lilio
Nenufar!
Tuż przed pięknie żółcącym się Parkiem Paproci Pati napotkała sąsiadkę,
panią Malinę, z którą podzieliła się ekscytującymi wieściami:
- Dostałam zaproszenie na urodziny Matyldy, Minerwy i Melanii Wiąz!
Kończą czternaście lat. Wyobraża sobie pani? My, to znaczy ja, ich
siostra Liana i nasza przyjaciółka Wiolina, będziemy, jeśli się nie
mylę, najmłodszymi ze wszystkich zaproszonych gości!
Pani Malina, która akurat wracała z zakupami spożywczymi do domu,
słuchała pełnego szczegółów monologu Pati. Ta zaś z przyzwyczajenia i uczynności przejęła od sąsiadki wiklinowy koszyk. Kiedy pani Malina
podziękowała za miły gest, Pati w odpowiedzi ciągnęła swoją paplaninę.
- Oczywiście jest to dość zdumiewające, że koleżanki trojaczek mają chęć
spędzać czas z dziesięciolatkami, ale z drugiej strony doskonale je
rozumiem. Jesteśmy po prostu świetnym towarzystwem. W dodatku niebywale
błyskotliwym. Mama zawsze powtarza, że jestem przemądrzała, co, jak
mniemam, oznacza kogoś wybitnie mądrego.
Pati nagle spostrzegła, że niechcący wróciła prawie pod same drzwi
swojego domu. Oddała więc prędko pani Malinie koszyk z zakupami i,
życząc jej miłego dnia, skierowała się z powrotem do Brzeziny. Nie mogła
biec zbyt szybko, bo nie chciała pobrudzić sukienki ani dostać zawału
serca, ale i tak drałowała żwawiej, niż miała to wcześniej w planach.
Była już spóźniona o co najmniej piętnaście minut.
- Wszystkiego najlepszego! - wysapała, kiedy trojaczki otworzyły drzwi.
Zaaferowana uczestniczka przyjęcia wręczyła solenizantkom prezenty i wkroczyła dziarsko do jasnego przedpokoju brzozowej dziupli. Miała
wielką ochotę, żeby od razu zacząć śpiewać, ale wiedziała, że tak nie
wypada. Zwykle na przyjęciach urodzinowych goście śpiewali razem i lekko
skrzekliwy głos Pati bardzo wszystkich bawił.
Melania rozerwała bladymi palcami papier konwaliowy i wydobyła z paczuszki ozdobny grzebyk wystrugany z gałązki bzu. Przyłożyła go sobie
do błyszczących włosów i spojrzała w odbicie wiszącego w przedpokoju
lusterka. Minerwa fuknęła z niezadowoleniem, gdyż ustaliły wcześniej, że
otworzą wszystkie prezenty w tym samym momencie. Matylda także rzuciła
Melanii zabójcze spojrzenie.
Trzy siostry nie były najmilszymi wróżkami na świecie i wyglądało na to,
że przyjęcie urodzinowe wywołało w domu Wiązów kilka dodatkowych
wybuchów zazdrości.
- Spokojnie, kupiłam trzy identyczne! - Pati próbowała załagodzić
sytuację.
- W takim razie następny prezent ja rozpakowuję jako pierwsza. A jeszcze
następny Minerwa - rzekła Matylda.
- To niesprawiedliwe! Jestem pewna, że pozostałe są o niebo lepsze od
tego durnego grzebienia, więc będziecie miały dużo więcej frajdy z odpakowywania - wkurzyła się Melania.
Pati nie obraziła się za komentarz na temat jej prezentu. Przecisnęła
się pomiędzy kłótliwymi siostrami i poszła do salonu, gdzie zgromadzili
się goście. Jej najlepsze przyjaciółki, Wiolina i Liana, też już tam
były. Miała ogromną ochotę je przytulić, lecz zamiast tego tylko
wytwornie dygnęła. Wiolina i Liana odpowiedziały jej tym samym.
Pozostali goście byli koleżankami i kolegami z klasy solenizantek.
Opierali się nonszalancko o meble i sprzęty, pijąc z filiżanek jak
dorośli sączący sok z różawiny. Królowały stylowe kreacje: gładkie
sukienki i swobodne garnitury. Ku zdziwieniu Pati jej koleżanki z klasy
- Hela Trela oraz Jula Gajula - również znalazły się na liście
zaproszonych. Wdzięczyły się w swoich modnych strojach do starszych
wróżek, zupełnie jakby należały do ich paczki. Hela zarzucała
rewelacyjnymi długimi włosami to na jedną, to na drugą stronę. Jula
trzymała szklankę z sokiem w identyczny sposób jak starsze wróżki.
- Co za półgłówki - prychnęła Pati.
- A co wy tu robicie? - Hela niespodziewanie wskazała na Pati.
- To moje siostry. Chyba nic dziwnego, że zostałam zaproszona - odrzekła
niechętnie Liana. Ona także nie znosiła Heli, która, jej zdaniem, była
zbyt wyniosła i fałszywa.
- A ja jestem sąsiadką, ważną znajomą rodziny. Mieszkam w brzozie obok -
wyjaśniła Wiolina i wygładziła kreację. Różowa sukieneczka uszyta przez
mamę była już na nią nieco za mała. Rękawy nieprzyjemnie uwierały ją pod
pachami.
- A ja... - Pati się zawahała. - Chyba mogłabym spytać cię o to samo.
- Chodzimy razem na chór. Nie wiedziałaś?
- Ach, no tak - odrzekła Pati i wzięła wielki haust napoju.
Chór ze Szkoligórki znano na całym świecie, a śpiewały w nim tylko
dzieci o najmilszych głosikach. Oczywiście Hela była takim dzieckiem.
Jaka szkoda, że gdy się teraz odezwała, jej głos wcale nie brzmiał tak
ładnie.
Pati miała ochotę powiedzieć jej coś uszczypliwego, ale przypomniała
sobie, że na przyjęciu obowiązują dobre maniery. Dlatego postanowiła się
nie denerwować i rozmawiać o samych przyjemnych rzeczach. Pochwaliła
sukienkę Wioliny, która przypominała jej subtelny i cudowny pączek róży.
Wiolina podziękowała i pochwaliła twarzowy strój Pati. Następnie Pati
wymieniła się nowinami z Lianą. Liana narzekała na liczne rodzeństwo i wyjątkowy rozgardiasz, który panował w domu już od tygodnia.
Kiedy Pati nalewała sobie kolejną szklankę soku z różawiny, z czeluści
kuchni wyleciała do gości mama Liany, Ula. Była ładnie ubrana, ale na
czole błyszczały jej maleńkie krople potu.
- Tu jesteście! - powiedziała i wytarła mokre ręce o oprószony mąką
fartuch. Ula, podobnie jak pozostali członkowie jej rodziny, była blada
i koścista. Jej niedbały kok miał ciemny, połyskujący kolor. - Czas na
obiad. Zapraszam wszystkich do jadalni - oznajmiła wesoło.
- To dobrze, bo burczy mi już w brzuchu! - zawołała raźnie Pati. W powietrzu unosił się pyszny zapach orzeszków i warzyw.
- Przyniosę wam w takim razie jakieś przysmaki do pokoju dziecięcego.
Małe na pewno akurat budzą się z drzemki.
- Że co? Że kto? - zdziwiła się Pati.
- Lena i Nina. Jeszcze raz dziękuję wam, kochane, że zgodziłyście się
nimi zająć. Przez cały tydzień były wprost nie do wytrzymania.
Podejrzewam, że to z powodu uwagi, jaką poświęcałam starszym siostrom. W ostatnich dniach bez przerwy wybuchały wielkie kłótnie, małe sprzeczki i straszne sceny zazdrości.
Liana czuła się oszukana. Chciała podnieść głos i wyrzec hardo jakieś
słowo, którego używali dorośli, żeby sobie ulżyć. Ale znała tylko jedno
przekleństwo i wiedziała, że gdyby wypowiedziała je na głos przy mamie,
skończyłoby się to najpewniej bezwzględnym szlabanem. Ula oczekiwała
bowiem od swoich dzieci posłuszeństwa i dobrego zachowania. Dlatego
Liana uśmiechnęła się tylko skonsternowana, podczas gdy jej mama
ciągnęła z zapałem:
- Wasze zadanie jest najważniejsze ze wszystkich. Bez was dzieciaki
weszłyby gościom na głowę. Zrujnowałyby to przyjęcie.
Pati ujrzała kątem oka złośliwy uśmiech Heli. Ponieważ jednak nie
chciała sprawiać jeszcze więcej przykrości Lianie ani też dać jej mamie
odczuć, że doszło do nieporozumienia, powiedziała:
- Och! Oczywiście, czas na zaopiekowanie się maluchami! Chciałyśmy tylko
najpierw ogłosić solenizantkom, pani domu oraz zacnym gościom, że nie
muszą obawiać się żadnych hałaśliwych rozrabiaków, które mogłyby
przypadkiem zakłócić to uroczyste przyjęcie urodzinowe. Jesteśmy tu po
to, żeby do podobnej sytuacji nie doszło. Cóż za zaszczyt! Mamy duże
doświadczenie w opiece nad dziećmi, zatem można na nas polegać.
Dziękujemy i życzymy udanego dnia. Hura! Hura! Hura!
Kiedy trzy małe wróżki opuszczały jadalnię, ich uszu dobiegał chichot
pozostałych dzieci. W chwili, gdy Pati zamykała za sobą ciężkie drzwi,
napotkała obłudne spojrzenie Heli. Z jej ust dało się wyczytać jedno
słowo: "frajerka".
- Chyba umrę ze wstydu. Co my sobie wyobrażałyśmy? Że zaproszą nas na
urodziny czternastolatek? - zapiszczała Wiolina.
Sukienka wydawała jej się teraz jeszcze bardziej niewygodna niż
przedtem. Nie myśląc wiele, oderwała od niej nieszczęsne rękawy i od
razu poczuła wielką ulgę.
- Ale dlaczego zaproszono Helę Trelę, a nas nie? - pytała Pati z kwaśną
miną.
Usiadła zrezygnowana na podłodze jasnego korytarza, nie zważając na to,
że może pobrudzić swoją nową sukienkę. Nie miało to już dla niej żadnego
znaczenia.
- Coś mi się zdaje, że mama nas po prostu wrobiła. Potrafi być naprawdę
podstępna - rzekła Liana. W jej głosie brzmiał zawód.
Zanim którakolwiek z wróżek zdążyła jej odpowiedzieć, wydarzyło się coś
zadziwiającego.
Z drugiego końca przedpokoju, przed drzwiami do pokoju dziecięcego,
patrzyły na nie złowieszczo dwie małe postacie. Kołysały się na boki i mruczały coś po cichu zachrypniętymi głosami.
- Lena? Nina? - spytała Liana, z niedowierzaniem przecierając oczy.
W tej samej chwili stworzonka czmychnęły do pokoju, z hukiem trzaskając drzwiami. Pati, Liana i Wiolina stały jak wryte.
ROZDZIAŁ 2
Pati, Liana i Wiolina tkwiły w uchylonych drzwiach, zastanawiając się,
co powinny zrobić. Zasłony w pokoju dziecięcym były zaciągnięte, ale od
czasu do czasu wietrzyk wdmuchiwał przez otwarte okno promienie słońca,
które rozświetlały ponure pomieszczenie. Huśtawka z huby i zabawkowe
biedronki tworzyły na ścianach mroczne cienie.
Wiolina uważała, że najrozsądniej byłoby zawołać Ulę. Za to Pati wolała
za wszelką cenę uniknąć spotkania z kimś z gości. Nie chciała się
jeszcze bardziej pogrążyć.
- I co byśmy jej powiedziały? Mamy się przyznać, że dwie smarkate
napędziły nam strachu, a w dodatku nie możemy ich złapać? Przecież to
oznaczałoby koniec naszej kariery opiekunek!
Liana zgodziła się z Pati. Od czasu do czasu udało im się całkiem nieźle
dorobić, pilnując najmłodszych w lesie Wietrzyska.
- Jeśli goście się dowiedzą, że nie potrafię opanować rodzonych sióstr,
możemy się pożegnać z nowymi zleceniami.
- Hela nie omieszkałaby wszystkim o tym wypaplać, mamy to jak w banku.
To szelma i plotkara - wymamrotała Pati.
- A co, jeśli to wcale nie są twoje siostry? - odrzekła na to Wiolina i głośno przełknęła ślinę.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytała niepewnie Pati.
- Co, jeśli przez otwarte okno wtargnął złodziejski chochlik? Zabójcze
komary? Albo upiory? - Skrzydełka Wioliny zadrżały ze zdenerwowania.
- Nie wygłupiaj się. Znasz Lenę i Ninę. Dobrze wiesz, jakie z nich
dokuczliwe bachory. Po prostu chciały nas przestraszyć. To prawdziwe
belzebobki! - odpowiedziała Liana tonem znawczyni.
Po chwili zastanowienia przyjaciółki zdecydowały, że wezmą sprawy w swoje ręce.
Pierwsza wkroczyła do pokoju pewnym krokiem Liana, nawołując swoje
siostry po imieniu. Nie słychać było jednak żadnej odpowiedzi. Piętrowe
łóżko było puste, a lniana pościel leżała rozrzucona na podłodze.
- Rozsuńcie zasłony - poprosiła Liana i przyklękła na czworakach, żeby
sprawdzić, czy małe nie ukryły się pod łóżkiem.
Wiolina zaczęła się po cichutku zakradać do zasłon. Po drodze potknęła
się o jakieś porzucone gry. Pati zaś podeszła ostrożnie do wielgachnej
szafy z drzewa brzozy. Jej drzwiczki były pomazane kredą w kwiatki i motylki. Na wyrastających z szafy gałęziach porozwieszano różne bibeloty
i zabawki. Nawet one wyglądały groźnie w tym otulonym mrokiem pokoju.
Pati była pewna, że brzozowa szafa świetnie nadawała się na kryjówkę dla
niepokornych małych wróżek.
- No już, smarkule! Dobrze wiem, co knujecie! - zagrzmiała Pati. -
Chcecie nam dać nieźle w kość. Ale nic z tego! Znamy wasze sztuczki i nie ma mowy, żebyśmy się na nie nabrały! - dodała, po czym gwałtownie
szarpnęła za drzwiczki, otwierając je na oścież.
W tej samej chwili Wiolina rozwarła zasłony. Ciemne kąty nie wyglądały
już strasznie. W jasnym świetle pokój wydawał się zupełnie zwyczajny.
Wtem usłyszały jakiś chrapliwy bełkot.
- Gdzie jesteście? - zapytała stanowczo Pati. - Żarty się skończyły.
Pati dobrze radziła sobie z dziećmi. Była surowa, ale sprawiedliwa.
Zachowywała się jak fajna koleżanka, ale nie lubiła się ceregielić.
Miała posłuch u dzieciaków.
- Myślę, że powinnyśmy zakończyć poszukiwania. Lena i Nina zaginęły na
wieki - oznajmiła przesadnie dramatycznym tonem.
Liana i Wiolina od razu odgadły, co kombinuje. Małe brzdące na pewno
chciały zostać odnalezione, ale jeśli nikt nie będzie ich szukał, to nie
wytrzymają długo i same wyjdą zza drzwi albo spod stołu.
Przyjaciółki usiadły na środku pokoju i udawały, że nic a nic je nie
obchodzi, gdzie wlazły Lena i Nina. Prowadziły swobodną rozmowę na temat
przyjęcia urodzinowego, w rzeczywistości jednak rozglądały się ukradkiem
dookoła, mając nadzieję, że maluchy wyskoczą nagle z jakiegoś najmniej
spodziewanego zakątka.
Kiedy Wiolina chwaliła grzebyki z drzewa bzu podarowane przez Pati, ich
uszu dobiegł jakiś pomruk. Liana pierwsza zdała sobie sprawę, że dźwięk
dolatywał z góry. Podniosła więc głowę i popatrzyła na wyrastającą z szafy koronę drzewa. Ujrzała tam zwisającą leniwie z gałęzi Lenę.
Lena była dzieckiem o zadziornym wyglądzie. Miała czarne włosy ścięte na
grzybka i przenikliwe spojrzenie. Teraz jednak jakby czaiło się w niej
coś jeszcze - coś bardzo, ale to bardzo niedobrego. Oczy jej błyszczały,
a z nosa wyciekał kleisty glut.
Lena napotkała wzrok Liany, charknęła i zaczęła dziwnie jęczeć.
- Co jej jest? - zapytała niepewnie Liana, podnosząc się z podłogi, żeby
przyjrzeć się temu niezwyczajnemu zjawisku.
W życiu nie rozpoznałaby w stworzonku Leny, gdyby nie to, że miało na
sobie ubranie od lat przechodzące z siostry na siostrę: znoszoną
pomarańczową sukienkę z uśmiechniętą pszczołą. Sukienczyna była już
bardzo stara i nosiła ją każda z córek Wiązów.
- Uaaaa! - zawyła Lena. Jedną ręką wytarła cieknące z nosa gile, a drugą
trzymała się gałęzi, z której zwisała jak gdyby nigdy nic.
- Co jest nie tak z twoją siostrą, Liano? - zapytała Pati drżącym
głosem.
Tymczasem Wiolina nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa.
Zatrwożona uniosła rąbki różowej sukienki i wycofała się nieco, by
przycupnąć na dolnym piętrze łóżka.
Pati wpatrywała się w małą Lenę jak urzeczona. W tej samej chwili
uchylone drzwi pokoju dziecięcego zaczęły się powolutku zamykać.
Skrzypnęły framugi i zza drzwi wyłoniła się Nina, wyższa od Leny o głowę. Wyglądała jak powiększona kopia mniejszej siostry: miała taką
samą buzię o srogim spojrzeniu okoloną włosami ściętymi na grzybka.
Nina zbliżała się powoli w stronę trzech wróżek. Jej skrzydełka drżały
nierówno i nie wiadomo, czy swoimi jękami wyrażała niezadowolenie, głód
czy zmartwienie.
- Co jest z wami nie tak?! - zapytała ostro Liana i poprawiła sobie
skrzydła.
Lena zleciała z brzozowej gałęzi na ziemię. Od razu dopadła do Niny,
złapała ją za włosy i z całej siły szarpnęła. Nina wrzasnęła, zacisnęła
pięści i rąbnęła siostrę w bark. Za chwilę kotłowały się na podłodze,
dysząc i sapiąc.
- Przestańcie! Natychmiast! - huknęła Liana i rozdzieliła skłócone
smarkule.
- Upiory - wyszeptała Wiolina i zebrała opadłe z łóżka na podłogę
szeleszczące falbanki sukienki.
Nina i Lena jakby zastygły w miejscu. Gapiły się oskarżycielsko na
Wiolinę. Liana i Pati posłały jej pytające spojrzenia.
- Coś ty powiedziała?
Żadna z nich nie dosłyszała słów Wioliny, więc ta powtórzyła, tym razem
głośno i dobitnie:
- UPIORY!
Pati odwróciła się w stronę charczących stworków i przyjrzała im się
dokładniej. Wiedza na temat tego, jak wyglądały upiory i czym tak
naprawdę były, pozostawała niedostępna dla dzieci w wieku szkolnym. Pati
wiedziała tylko tyle, ile mogła sobie poskładać z zasłyszanych
historyjek, szeptów starszych pań i zdań wyrwanych z kontekstu.
Prawdopodobnie upiory były oślizgłymi, owłosionymi knypkami. Miały łuski
na karku, zezowate spojrzenie i długie pazury. Niewykluczone, że coś je
bolało albo smuciło i z tego też powodu były wredne, uparte,
zezłoszczone i dokuczliwe. Niektórzy powiadali, że upiory nie znosiły
światła ani radosnych rzeczy.
- Siedzą w cieniu - zauważyła Pati.
Liana była zazwyczaj najodważniejsza z całej trójki. Miała zostać
czarodziejką i w trakcie swoich szkoleń obcowała ze sprawami, które dla
innych wróżek były obrzydliwe lub straszne. Dlatego jako pierwsza
podeszła do przodu i delikatnie złapała za rękę mniejszą z sióstr, Lenę.
Ta zawarczała, lecz Lianie udało się uspokoić ją czułym głaskaniem.
Stworzonko miało ciężki, rzężący oddech.
- Dobrze już, dobrze, moje maleństwo - rzekła pocieszająco Liana.
Pogłaskała Lenę po policzku, a następnie po karku. Po lepkim, pokrytym
łuską karku.
Wróżka się wzdrygnęła, lecz zanim cofnęła rękę, Lena zdążyła wbić w nią
swoje zębiska.
- A niech mnie, ty gadzino! - zawyła Liana.
Lena wypuściła z buzi jej dłoń. Pati czym prędzej wskoczyła na jej łóżko
i znalazła się obok Wioliny. Trzy wróżki z niedowierzaniem wytrzeszczały
oczy na małe upiorne kreatury.
- Co to jest? O co tu chodzi? - jęknęła Wiolina.
Pati szybko zakryła jej dłonią usta i szepnęła:
- Ćśśś... Urodziny.
Z jadalni dobiegały odgłosy przyjęcia. Goście śpiewali Sto lat.
Rozbrzmiewał śmiech, a po domu roznosił się zapach upieczonego przez
mamę Pati tortu ze śmietanki z sitowia. Nie tylko Pati od razu
rozpoznała tę słodką woń.
Wygłodniałe małe upiorki ruszyły w stronę drzwi, przez które do ich
pokoju wdzierał się aromat ciasta. Pati okazała się jednak szybsza: czym
prędzej wyprzedziła Lenę i Ninę i zamknęła drzwi na klucz. Upiory
warczały groźnie i próbowały go wydrzeć. Kluczyk trafił jednak do
kieszeni nowej sukienki Pati.
- Dla mnie. Ja chcę. Daj! Mi. Głupia! Daj! - skrzeczały i parskały.
- Co za okropieństwo! Wszyscy na pewno pomyślą, że to my tak hałasujemy!
- biadoliła Pati. Robiła wszystko, co w jej mocy, by okiełznać
rozbestwione dzieciaki.
Nina złapała Pati za rękę i z całej siły próbowała powalić ją na
podłogę. W tym samym czasie kościste paluszki Leny usiłowały dostać się
do jej kieszeni.
- Szafa! - krzyknęła Pati i kazała Wiolinie i Lianie otworzyć jej drzwi.
Szafa była ogromna. Dziewczynki spędziły w niej swego czasu długie
godziny, budując bazy i organizując wieczorki polegające na piciu
herbatki. Chwila w tej znajomej zamkniętej przestrzeni mogłaby pomóc
dziewczynkom zdecydować o podjęciu kolejnych kroków.
Pati wrzuciła w głąb szafy klucz, który zadźwięczał zachęcająco, gdy
uderzył o podłogę. Lena i Nina rzuciły się, by go przechwycić. Wtedy
Liana dopadła do drzwi, trzasnęła nimi z całej siły i aż przysiadła na
podłodze.
Naraz ze środka szafy zaczął dobiegać straszny łomot. Bombardowane
kopniakami i silnymi ciosami małych piąstek drzwi ledwie trzymały się w zawiasach.
Wiolina zapierała się o nie rękoma, ale wszystko wskazywało na to, że
szalejące w środku stworzonka miały niebywałą siłę. Drzwi trzeszczały i szafa ledwo wytrzymywała wściekły atak zamkniętych w środku dzieciaków.
Pati podbiegła na pomoc przyjaciółce i razem z nią napierała na drzwi.
Bachory nie mogą za nic w świecie wydostać się z tego tymczasowego
aresztu! Jeśli do tego dojdzie, zepsują przyjęcie.
- Jesteśmy najgorszymi opiekunkami w całym Wietrzysku. Jeśli Ula
znajdzie je w takim stanie, to będzie koniec naszej kariery! Możemy
pożegnać się z dobrą reputacją.
- Co robimy? Liano? Pati? Musimy coś wymyślić, bo nie damy rady
przetrzymywać ich długo w tej szafie - lamentowała Wiolina. - Jeszcze
trochę, a drzwi pękną z łoskotem.
Nagle hałas po prostu ustał. Nikt już nie łomotał w drzwi, znikąd nie
dochodziło żadne charczenie, warczenie ani rzężenie. Nikt nawet nie
pisnął. Nie słychać było odgłosów wesołego zamętu i śpiewu. Zaległa
dziwna cisza.
- No, w końcu uspokoiłyśmy te zasmarkane stwory - westchnęła z ulgą
Pati.
- Nie wierzę własnym uszom! - wykrzyknęła Ula Wiąz.
Pati, Liana i Wiolina stały zwrócone w stronę szafy. Wiedziały już
jednak, że tuż za ich plecami znajdowała się Ula wraz ze wszystkimi
zaproszonymi gośćmi. Pati czuła, jak bledną jej policzki. Miała
wrażenie, że jej biedne wrażliwe serduszko stało się tak ciężkie, że
bije gdzieś w okolicach kolan. Odważyła się jednak obrócić, by napotkać
zawiedzione spojrzenie Uli.
Ula dzierżyła w dłoni zardzewiały pęk zapasowych kluczy. Obok niej
sterczała Hela Trela. Pati cofnęła się o krok i całym ciałem oparła o brzozową szafę. Liana i Wiolina także zdobyły się na odwagę, by stanąć
twarzą w twarz z Ulą.
Przez kilka sekund nikt się nie odezwał. W pokoju słychać było tylko
cykanie dobiegające z rogów zegara-ślimaka. I kiedy tak ślamazarne
sekundy powoli mijały, trzy wróżki próbowały wymyślić, w jaki sposób
opowiedzieć Uli, co tu naprawdę zaszło.
- No i? - rzekła pytająco Ula Wiąz.
Liana usłyszała zgrzytnięcie zębami. To oznaczało tylko jedno: mama jest
wściekła.
- Wcale nie jest tak, jak myślisz, mamo - odpowiedziała.
Ula nie chciała jej słuchać i przerwała córce:
- To jakiś koszmar! Chyba zaraz padnę!
- Też tak uważam. Kompletny brak odpowiedzialności i szczyt okrucieństwa
- zawyrokowała dramatycznie Hela.
- Proszę natychmiast otworzyć te drzwi. Jak tak można? Zamknąć małe
słodkie berbecie w szafie, w dodatku akurat wtedy, kiedy inni się
świetnie bawią...
- Och, nie radzę! To znaczy... My wcale nie... To tylko... - Pati zaczęła się
jąkać.
Zaschło jej w gardle i nie była już w stanie wydusić z siebie ani
jednego sensownego słowa więcej. Zresztą, jak niby miałaby wytłumaczyć
tę sytuację, skoro sama niewiele z niej rozumiała?
- Pani Wiąz... Proszę nam uwierzyć, że nasze głowy także są pełne pytań,
na które nie znamy odpowiedzi - rzekła w końcu i odstąpiła w bok,
odsłaniając drzwi szafy.
To samo uczyniła Wiolina, zgarniając falbany swojej szeleszczącej
sukienki.
Za to Liana chwyciła mamę za rękaw. Drżała jej dolna warga, a po
policzku potoczyła się ogromna łza.
- Mamo, cokolwiek to jest, musisz wiedzieć, że nie mamy z tym nic
wspólnego.
Ula weszła do brzozowej szafy. Wciąż było bardzo cicho. Wyglądało na to,
że wszyscy goście wstrzymali oddech.
Kiedy Ula Wiąz w końcu ujrzała to, co czaiło się w najgłębszym i najciemniejszym kącie szafy, jej twarz całkowicie pobladła. Odwróciła
się w stronę gości, szybkim ruchem zamknęła drzwi i zawołała zbolałym
głosem:
- Upiorna gorączka! Moje dzieci mają upiorną gorączkę. Biegnijcie, moi mili, ile sił w nogach, do swych domów! Prędko, prędko! Uciekajcie z tego siedliska upiornego choróbska!
ROZDZIAŁ 3
Pati gnała przed siebie takim pędem, że aż trzepotały jej skrzydełka i koniuszki uszu. Rozważała nawet, czy nie lepiej byłoby trochę podlecieć,
lecz wolała nie ryzykować. Mogłoby się to skończyć wizytą na dywaniku w straży miejskiej i gęstym tłumaczeniem, dlaczegóż to złamała zakaz
latania obowiązujący nieletnich. Nie była pewna, czy sytuacja, w której
się właśnie znalazła, była na tyle poważna, żeby stanowić wystarczająco
dobre usprawiedliwienie.
Kiedy pani Wiąz kazała wszystkim zaproszonym gościom zmiatać do domów,
Pati jak strzała zbiegła po krętych schodach domu swojej przyjaciółki. Z rozpędem wypadła na wąskie ścieżki Pokrzywowego Pola. Musiała bardzo
uważać, żeby się nie poparzyć wyłażącymi ze wszystkich stron liśćmi
pokrzywy. Kiedy w końcu dostała się na ulicę Główną, z trudem omijała
niespiesznych spacerowiczów, umilających sobie dzień wolny od pracy
leniwym wałęsaniem.
- Wyjątkowo się teraz spieszę, panie posterunkowy Głaz! Z drogi, panie
Nakłuć! Niech pani mocno przytrzyma perukę, pani Lilio Nenufar!
Jeśli ktoś dobrze poznał Pati Majerankę Miłorzeszek, to wiedział
doskonale, że nie znosiła się spieszyć, uwijać ani pędzić ile sił w nogach. To dlatego, że urodziła się z pewną wadą serca. Było ono
niezwykle wrażliwe i podatne na zranienia.
Przed wejściem do Parku Paproci Pati ponownie wpadła na sąsiadkę, panią
Malinę, prażącą się w niedzielnym popołudniowym słońcu ze swoimi
przyjaciółkami.
- I jak było na przyjęciu? - zagadnęła dziewczynkę.
Była pewna, że mały rudzielec przystanie na chwilę, by zamienić kilka
słów. Chętnie wysłuchałaby świeżutkich ploteczek. Jednak Pati nie
zwolniła kroku, tylko pognała w kierunku Szkoligórki.
- Wydarzyło się coś przeokropnego. Chętnie bym pani o tym opowiedziała,
ale nie do końca jeszcze rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi! -
odkrzyknęła pospiesznie sąsiadce.
Pani Malina z trwogą złapała się za naszyjnik i rzekła do swych
przyjaciółek:
- Wielkie nieba! Cóż to takiego mogło zajść na przyjęciu dla dzieci, że
Pati jest w takim szoku? Jedzenie było bez smaku? A może ciasto Anulki
nie wyszło?
Na podwórku Szkoligórki mała wróżka musiała nieco zwolnić. Jej biedne
serduszko boleśnie łomotało w klatce piersiowej i ledwo łapała oddech.
Zdecydowała, że ostatni odcinek drogi powrotnej do orzechowego domu
pokona spacerkiem. Zaczynało do niej docierać, że chyba właśnie
zobaczyła na własne oczy dwa upiory. Wzdrygnęła się ze strachu na samo
ich wspomnienie. Niecodzienność tej sytuacji wprawiała ją jednak w ekscytację.
Kiedy w końcu Pati udało się dotrzeć do domu, Anulka już o wszystkim
wiedziała. Ula Wiąz rozesłała telecykady do rodziców dzieci obecnych na
urodzinach. Mama przygotowała dla córki kubek gorącej herbaty i kawałek
tortu ze śmietanki z sitowia. Zawsze piekła jedno zapasowe ciasto na
wypadek, gdyby pierwsze nie wyszło. Dlatego w domu Miłorzeszków, ku
uciesze całego sąsiedztwa, zawsze znalazło się coś słodkiego.
Pati usiadła do stołu. Podenerwowana Anulka wyjaśniła jej, co takiego
stało się dzieciom Wiązów.
- Mają upiorną gorączkę, a to bardzo ciężkie choróbsko. Zmienia małe
wróżki w zasmarkane, wredne upiorne chochliki. Trwa to zwykle tydzień, a potem dzieci wracają do normalności.
- Czy ja też miałam kiedyś upiorną gorączkę? - zapytała wciąż jeszcze
roztrzęsiona Pati.
- Minęło już dużo czasu od chwili, kiedy upiorna gorączka rozpanoszyła
się w Wietrzysku. Musiałabym sobie przypomnieć... - Wzrok Anulki błądził
za kuchennym oknem. Zamilkła. Jej oczy wydawały się jakoś dziwnie
szkliste.
- Mamo? - odezwała się niepewnie Pati.
Anulka wzdrygnęła się lekko, jakby wybudzona ze snu.
- Co? Ach, tak, tak. Kiedyś zachorowałaś, ale na szczęście byłaś jeszcze
bardzo malutka...
W głowie Pati zaczęło się rodzić wiele nowych pytań, ale Anulka dodała
pospiesznie:
- Twój przypadek był tragiczny. Szalałaś i świrowałaś. Myślałam, że mnie
wykończysz. Zdarzały się dni, które całkiem przesypiałaś, ale było i tak, że coś w ciebie wstępowało. Dokuczałaś, ciągle czegoś chciałaś.
Jazgotałaś i darłaś się na cały głos. Nie było ani chwili spokoju.
Biedny tata musiał się w końcu przenieść na kanapę Koniczynowej
Akademii, bo w domu nie dało się pracować.
- Zostawił cię samą z upiorem? A to drań! - krzyknęła Pati.
- Nie tak całkiem samą. Przecież przyjechałam wam pomóc - z kuchennego
balkonu dobiegł czyjś głos.
Należał do babci Pati, Henriety Raptogóry. Przychodziła do nich co
tydzień, żeby sprawdzić, czy Miłorzeszkowie mają co jeść i czy w domu
panuje porządek.
- No tak... Mogło tak być - przypomniała sobie Anulka.
Henrieta właśnie skończyła podlewać kwiaty i wyrywać chwasty na
balkonie. Pati chciała przywitać babcię uściskiem, ale ta zrobiła unik -
nie chciała pognieść świeżo wyprasowanej sukienki. Nie przepadała za
przytulaniem. Jej zdaniem uścisk dłoni lub skinienie głową były zupełnie
wystarczającym pozdrowieniem.
Pati wsunęła do buzi łyżeczkę pełną śmietankowego ciasta. Wspaniale
rozpływało się w ustach. Przyszła jej wtedy do głowy dziwna myśl.
- Skoro upiorna gorączka przechodzi po tygodniu i potem wszystko wraca
do normy, to dlaczego pani Wiąz tak spanikowała?
- Dzieciom może i przechodzi - mruknęła Henrieta i zamieszała herbatę.
- Mamo! - upomniała ją Anulka. Skrzydełka jej zadrżały, a na twarzy
pojawił się cień niepokoju. - Babcia chciała powiedzieć, że nie ma
powodu do obaw. Przechodziłaś już upiorną gorączkę. To tyle. Nie ma o czym gadać.
- Ale... - Pati chciała jeszcze o coś dopytać.
- Dajże już spokój. Smakuje ci torcik? Pyszny, prawda? Jutro upiekłabym
chlebka bąbelkowego. Mogłabyś mi pomóc? - zaczęła paplać Anulka. - A dziewczynom spodobały się grzebienie z gałązek bzu? Powiedziałaś, że
kupiłaś je w tym sklepiku na ulicy Głównej, który otworzyła Nea Rusałka?
Ach, ona ma świetny gust, można u niej dostać cudowne rzeczy! - nie
przestawała trajkotać. W końcu jej głos zniknął w którymś z pokoi w domu
Miłorzeszków.
Henrieta podążyła za córką, zostawiając lekko skołowaną Pati samą w kuchni.
Kiedy mała wróżka skończyła wcinać drugi porządny kawałek ciasta,
zobaczyła, że Henrieta schodzi z poddasza. Wyglądało na to, że płakała.
Jej jasne oczy były jakby zamglone i wycierała nos koronkową chusteczką.
- Co robiłaś na strychu? - zapytała czujna Pati.
- Nic, tak tylko sobie weszłam... sprawdzić, ile niepotrzebnych gratów się
tam kurzy. Mnóstwo tam obrazów, szpargałów i klamotów. Mamy rodzinną
skłonność do alergii, więc trzymaj się od tego miejsca z daleka.
Zresztą, nie ma potrzeby tam wchodzić. W końcu na strychu przechowuje
się tylko rzeczy niepotrzebne... - Henrieta się zamyśliła. - No! Ja też
nie jestem tu już do niczego potrzebna. W domu jest czysto i macie co
jeść. Zbieram się! - zawołała w stronę salonu, gdzie Anulka ścierała
kurze. - Następnym razem przyniosę liliowy olejek, bo chyba się wam
skończył.
Po wyjściu babci Pati zapukała do drzwi gabinetu taty Miłorzeszka. Była
zdeterminowana, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o upiornej gorączce.
Być może on będzie w stanie zaspokoić jej ciekawość.
Stare drzwi poobwieszane były przeróżnymi znakami zakazu, mającymi
zapewnić spokój pochłoniętemu pracą profesorowi. Zrobiła je Pati, za
karę. Każda tabliczka odnosiła się do innego przewinienia.
Tabliczkę "Niczego nie dotykać" musiała sklecić za to, że niechcący
rozbiła zaczarowane zwierciadło, nad którym tata prowadził badania. Ale
lustereczko było takie śliczne, że Pati po prostu nie mogła się mu
oprzeć.
Z kolei tabliczka z napisem "Nie przeszkadzać bez powodu" zawisła na
drzwiach mniej więcej wtedy, gdy trzyletnia Pati wyrobiła sobie nawyk
zawisania na klamce u drzwi gabinetu i zalewania taty pytaniami: "Co
robisz? Co to takiego? Do czego to służy? Dlaczego ciągle tu siedzisz?
Ile to kosztuje? Co się stanie, jeśli tu nacisnę?".
Pati uznała, że choć wiele z tych zakazów obowiązywało przez calutki
rok, to chyba akurat dzisiaj mogła zrobić wyjątek i przeszkodzić tacie w pracy.
Głośno zapukała. Zza drzwi dobiegł brzdęk metalowych naczynek i sprężynek spadających na podłogę. Wyglądało na to, że - zgodnie ze swoim
zwyczajem - właśnie przeszkodziła w czymś bardzo ważnym. Za chwilę
zadźwięczały łańcuszki i klucze. Tata Miłorzeszek już lata temu zdał
sobie sprawę, że o wiele lepiej od tabliczek działają zamki w drzwiach.
- Pati? - zapytał zdumiony, uchylając drzwi.
- Tato, na pewno słyszałeś, że najmłodsze dzieci Wiązów mają upiorną
gorączkę. A ja się po prostu zastanawiam, skąd ona się wzięła... I czy ty
też miałeś upiorną gorączkę, jak byłeś mały? I dlaczego pani Wiąz wpadła
w taką histerię? I dlaczego mama też się dziwnie zachowuje? I dlaczego
ty też jesteś podenerwowany? - wyrzuciła z siebie Pati i spojrzała na
tatę niespokojnym wzrokiem. Ten zaś z każdym kolejnym pytaniem cofał się
nieco w głąb ciemnego gabinetu.
- Ach tak... Ta upiorna gorączka... Tyle już czasu upłynęło, od kiedy w Wietrzysku zanotowaliśmy przypadki choroby... No, z tego, co pamiętam, to
choruje się na nią przez tydzień... - zamilkł na chwilkę, po czym
zmarszczył czoło i się zamyślił. - Ale może być i tak, że... znaczy się... -
mruknął i zaraz burknął: - Ale co ja ci mówiłem o przeszkadzaniu?
Zresztą całe drzwi są poobwieszane tabliczkami z wszelkimi możliwymi
zakazami. Pozwól więc, że je przymknę i...
Głos taty Miłorzeszka ucichł nagle za zamkniętymi drzwiami. Pati stała
jak wryta po ich drugiej stronie, tak samo jak tyle razy wcześniej.
Tej nocy nie mogła zasnąć. Leżała w łóżku w całkowitej ciszy i gapiła
się w sufit. Robiła, co mogła, żeby zapaść w sen: wypiła szklankę
ciepłego mleka z sitowia, liczyła trzmiele, wzięła do siebie okupującego
półeczkę z książkami Rydza. Rydz był rozczochraną pluszową larwą, którą
wiele lat temu podarowała małej wróżce mama. Co jakiś czas zdarzało mu
się jeszcze w nocy zbłądzić i zasnąć w objęciach Pati, kiedy coś ją
trapiło. Co do zasady dziewczynka uważała jednak, że jest już za duża na
spanie z pluszakami.
- Dzieje się coś bardzo dziwnego - szepnęła do uszka staremu
przyjacielowi.
Jeden czułek Rydza, wielokrotnie przyszywany do głowy, poruszył się
pogodnie tuż przy oczku z guzika.
Pati wstała z łóżka i z Rydzem w ramionach pomaszerowała do regału. Był
on zawalony pluszowymi robakami, laleczkami i książkami. Na jednej z półek leżała największa encyklopedia świata. W niej na pewno znajdzie
odpowiedzi na swoje pytania. Skąd się wzięła upiorna gorączka? I czym
grozi?
Otworzyła grubaśną książkę na literce U, jednak w miejscu, w którym
powinna znajdować się definicja upiornej gorączki, brakowało stron!
Wyglądało na to, że ktoś je powyrywał.
Pati przypomniała sobie, że kilka lat temu, kiedy jeszcze nie wiedziała,
że encyklopedię należy szanować, użyła dwunastu stron na sklecenie
średnio udanych laurek dla mamy. Anulce jednak bardzo się spodobały
wycinanki i powiesiła je z dumą na ścianie korytarza. Od tej pory, chcąc
nie chcąc, Pati codziennie oglądała fragmenty artykułów poświęconych
koprochrząszczykom i wielkiemu bohaterowi Wietrzyska, Kubie Kopyrtce. Z całą pewnością nie wykorzystała do swojego dzieła stron z literką U.
Pati zakradła się do salonu. Po drodze rzuciła okiem na zdobiące
korytarz kunsztowne laurki.
- Doprawdy, obiecująca ze mnie artystka - szepnęła do siebie z zadowoleniem.
Anulka już spała, a tata Miłorzeszek siedział zamknięty w swoim
gabinecie. Pati ostrożnie przesunęła muchomorową kanapę do jednego z wysokich regałów z książkami. Stały przy wszystkich ścianach salonu,
ponieważ w domu Miłorzeszków było pełno książek. Anula uwielbiała
czytać, podobnie zresztą jak jej córka. W dodatku tata Miłorzeszek był
profesorem czarodziejstwa. Interesujących lektur w tym domu nie
brakowało.
- Aha! - wyrwało się podekscytowanej Pati, kiedy ujrzała na półce
zieloną księgę pod tytułem Gorączki i bolączki wróżek.
Przewertowała egzemplarz w poszukiwaniu litery U, ale najwidoczniej
książkę spotkał ten sam los, co encyklopedię. Zniknęły wszyściuteńkie
strony poświęcone upiorom i upiornej gorączce.
Oprócz jednej. Wyrwaną kartkę przedarto na pół i włożono do środka
książki jak zakładkę. Gdy Pati połączyła ze sobą obie części, jej oczom
ukazał się tekst znanej rymowanki:
UPIÓR! UPIÓR! WSZAWICA I ŚWIERZB!
SZCZECINY SWĘDZENIE,
BREDNI BAJDURZENIE,
GORĄCZKA I DRŻENIE.
UPIÓR! UPIÓR! JUŻ NIE MAZGAJ SIĘ!
BO POTWORY ZŁAPIĄ CIĘ
I DO CIEMNEJ KRAINY
RAZ, DWA, TRZY - WLECISZ TY!
- O co tu chodzi? Co też ten wierszyk robi w książce lekarskiej? -
zdziwiła się. Była to znana wyliczanka, którą się recytowało, skacząc na
skakance albo wybierając członków drużyny do zabawy w dwa ognie.
Pati złożyła kartkę i wsunęła ją do kieszeni. Następnie pootwierała wszystkie szuflady i szafki w poszukiwaniu innych pomocnych lektur, ale znalazła tylko idiotyczne opowiadania romantyczne i jakiś arcynudny przewodnik po diecie kleikowej. Jednak jeśli w którejś książce znalazła się choćby najmniejsza wzmianka o tajemniczej upiornej gorączce, egzemplarz ten ponosił ewidentny uszczerbek na zawartości.
ROZDZIAŁ 4
Szkoligórka znajdowała się w samym centrum wietrzyskowego lasu. Cztery
piętra szkoły wybudowano w środku omszałego pagóra. Spod zielonego mchu
wyzierały szare, skaliste mury upstrzone czerwonymi ramami okien.
Każdego ranka po szkolnych korytarzach roznosił się smakowity zapach
obiadu. Już wtedy, gdy zadzwonił dzwonek zapraszający dzieci na pierwszą
lekcję, było wiadomo, czy kucharka Kwiatkowska nagotowała czegoś
przepysznego, czy przebrzydle ohydnego, jak choćby kleik z porostów lub
pożywna polewka z kurzego ziela.
Stołówka Szkoligórki znajdowała się w piwnicy. Miała nisko zawieszone
sufity, a promienie słońca wpadały do wielkiej sali tylko przez
karłowate okienka wbudowane tuż przy ziemi. Ściany poobwieszano
portretami historycznych postaci - zasłużonych mieszkańców Wietrzyska.
Przy ogromniastych okrągłych stołach mogło się zmieścić nawet
dwadzieścioro uczniów. Piwnicę oświetlał blask świec i małych lampeczek.
Żeby wejść do stołówki, trzeba było stanąć w długiej kolejce. Dzieci
ustawiały się od najniższego do najwyższego, co według Pati było
zupełnie niesprawiedliwe. Dlaczego niby najwyżsi uczniowie, na przykład
Inka Krzewinka czy Albi Pasza, zawsze dostawali swoje porcje ostatni?
Sama była dość niziutka, więc mogła delektować się obiadem jako jedna z pierwszych.
Tego dnia droga do stołówki zdawała się wlec w nieskończoność. Pati
czuła na karku nieprzyjemne mrowienie i była pewna, że wszyscy obgadują
ją za plecami. Nawet ci, którzy stali przed nią w kolejce, odwracali się
raz po raz, by posłać jej potępiające spojrzenie i zaraz ją z kimś
obmówić.
Wiedziała, że plotki rozniosą się dość szybko, ale nie podejrzewała, że
już następnego dnia przed pierwszą lekcją Hela wypapla całej klasie, co
takiego wydarzyło się na feralnych urodzinach. Na krótkich przerwach
bębniła już o tym cała szkoła, a na przerwie obiadowej opowiadano sobie
różne wersje tej historii, oczywiście przekręcając szczegóły.
Hela napaplała Peteliuszowi, że upiorna gorączka rozkrzewiła się
najprawdopodobniej za sprawą urodzinowego podarunku Pati. Grzebyki z gałązek bzu były podobno wylęgarnią zarazków, które niczym pchły
zaatakowały całą rodzinę Wiązów. Wszyscy byli już zaświerzbieni i pokryci upiorną szczecinką. Na lekcji latania Hela rozpowiadała, że
według wszelkiego prawdopodobieństwa choróbsko rozsiała Wiolina. Jej
rodzice mieli szwalnię i w związku z tym w ich domu było pełno kurzu i stęchłych szmatek. Upiorny kaszel bez dwóch zdań złapał najpierw
Wiolinę, a ona przywlokła go na urodziny. Hela plotła też w szkolnej
szatni, jak to było jej żal rodziny Wiązów. Ula miała tyle dzieci... A nie
od dziś wiadomo, że małe berbecie zarażają się nawzajem wszelkim
możliwym okropieństwem. Nic dziwnego, że przyjęcie urodzinowe zakończyło
się tak fatalnie.
- Umyłaś ręce? Bo chyba nie chcesz zarazić całej szkoły jakimś
paskudztwem? - syknął ktoś Pati do ucha, kiedy nakładała sobie do
miseczki nieciekawie wyglądającą papkę. Gdy rozejrzała się dookoła,
napotkała podejrzliwe, nieprzyjazne spojrzenia innych uczniów.
Stojąca nieco dalej w kolejce Liana naciągnęła na głowę czarny kaptur,
żeby zasłonić twarz. Nie chciała zostać zauważona. Wiolina zaś skryła
się za filarem. Niestety, jej falbaniasta sukienka nazbyt rzucała się w oczy i dziewczynka musiała wrócić na swoje miejsce w kolejce.
- Szczyt okropności. Spotkał mnie koszmarny los - rzekła do siebie
Wiolina.
Stołówka zastawiona była olbrzymimi dębowymi stołami. Nikt jednak nie
chciał usiąść razem z Pati, Lianą i Wioliną. Przy sąsiednim stole Hela
Trela opowiadała na cały głos o przyjęciu urodzinowym.
- Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby Pati i jej koleżaneczki zaraziły
całą szkołę - oznajmiła dramatycznym tonem Hela.
Wokół niej siedzieli sami popularni uczniowie, między innymi Peteliusz i Jula Gajula.
- Co za brednie! Ty kłamczucho! - Pati zerwała się z krzesła, a na
stołówce zapadła cisza.
- Daj spokój - szepnęła przejęta Wiolina. Sama próbowała niepostrzeżenie
ześlizgnąć się pod stół, ale jej sukienka zaszeleściła na całą salę.
Hela wstała od stołu i zdecydowanym krokiem podeszła do Pati. Wszyscy
uczniowie Szkoligórki i cienie grasujące po kątach ciemnej stołówki
śledziły z przejęciem rozwój wydarzeń.
- Zepsułaś mi najważniejsze przyjęcie w tym roku! Mama kupiła mi nową
sukienkę i nawet poszłam do fryzjera. Wszystko na nic - powiedziała
spokojnie Hela. Słychać jednak było w jej głosie, że gotuje się ze
złości.
Liana i Wiolina bez słowa jadły magmozupkę.
- Co ty wygadujesz? Niby jakim cudem upiorna gorączka to moja sprawka? -
odpowiedziała ostro Pati.
- Ano takim, że może sama jesteś upiorem! Popatrz, jakie masz kudły.
Cała jesteś pokryta cętkami!
Hela oparła się rękami o brzeg stołu. W zimnych niebieskich oczach widać
było zajadłą chęć walki. Stołówkowe cienie zaczęły sunąć po podłodze w jej stronę. Hela wskazała palcem na Pati i zaczęła recytować słowa
starej wyliczanki:
- Upiór! Upiór! Wszawica i świerzb! Szczeciny swędzenie, bredni
bajdurzenie, gorączka i drżenie! Upiór! Upiór!
- Nie jestem upiorem!
- Już nie mazgaj się! Bo potwory złapią cię i do ciemnej krainy - raz,
dwa, trzy - wlecisz ty! Upiór! Upiór!
- Nie jestem żadnym upiorem! - krzyknęła Pati.
- A właśnie że jesteś! - zaskrzeczała Hela.
- Nie będę z tobą rozmawiać! - żachnęła się Pati i wstała tak
gwałtownie, że nogi krzesła hałaśliwie zazgrzytały o podłogę.
Cienie się wystraszyły i szybciutko czmychnęły w ciemne kąty. Liana i Wiolina wstały razem z Pati. Miały już dość zniewag.
- Bardzo dobrze, idźcie sobie, ty i twoje przyjaciółeczki, łachmaniarka
i sęp. Nie chcemy się od was zarazić upiornym świerzbem!
- Ja przynajmniej mam przyjaciółki - w przeciwieństwie do niektórych, co
plują jadem i nie mają nikogo u boku.
Hela obróciła się za siebie. Ani Peteliusza, ani Juli Gajuli nie było
już przy stole.
- Na co się lampicie?! - syknęła Hela.
Wyglądało na to, że przedstawienie się skończyło. Uczniowie jak gdyby
nigdy nic wrócili do jedzenia obiadu.
Hela usiadła. Ugryzła kawałek chlebka korzennego i upiła łyk wody. Była
wściekła i przeklinała w myślach Pati, Lianę i Wiolinę, a także własnych
głupich przyjaciół, którzy zostawili ją samą. Magmozupka wcale jej już
nie smakowała. Ponownie podniosła do ust kubek, po czym z hukiem
odstawiła go na stół. Któryś cień wyszeptał coś Heli do ucha. Doznała
bardzo dziwnego uczucia, od którego zakręciło jej się w głowie i tak
zawierciło w nosie, że aż kichnęła.
Zaraz po parszywym obiedzie wszyscy uczniowie zebrali się w sali
gimnastycznej na szkoleniu z zasad bezpieczeństwa, które organizowano
każdej jesieni. Oczywiście z daleka omijano Pati, Lianę i Wiolinę. Nikt
nie chciał siedzieć blisko biednych wróżek. Ostatecznie musiały zająć
trzy miejsca w pierwszym rzędzie, tuż pod nosem strażniczki
bezpieczeństwa, Klotyldy von Klon.
Klotylda von Klon była korpulentną wróżką. Zawsze wyglądała tak, jakby
wybierała się właśnie na letnie przyjęcie w ogrodzie, nawet jeśli pogoda
wcale nie dopisywała. Uwielbiała przyozdabiać swoją brązową fryzurkę
fantazyjnymi kapeluszami, które dopasowywała do wyrazistych sukienek.
Sama pani Klotylda była jednak całkowitym przeciwieństwem tego, co
fantazyjne i pełne wyrazu.
Szkolenie z zasad bezpieczeństwa odbywało się w szkole przynajmniej
cztery razy w roku i zawsze poruszano na nim te same tematy. Ogromne
krople deszczu mogą zwalić wróżkę z nóg z taką siłą, że straci
przytomność albo nawet wyzionie ducha. Ziębom i sikorkom zdarzało się
pomylić wróżkę z jakimś owadem i spałaszować ją ze smakiem. Z kolei
żądne krwi komary nie przepuściłyby żadnej okazji, żeby ucapić wróżkę -
ich największy przysmak.
Bieżący wykład skupiał się na powiewach wiatru, które tej jesieni były
silniejsze niż zazwyczaj.
- Jeśli chodzicie po mieście bez kasku z kory i porządnych butów,
jesienna wichura może was porwać i wyrzucić gdzieś hen, daleko! Może was
wywiać do Tępej Kniei albo na czubek jarzębiny! Możecie rozbić głowę i połamać wszystkie kości. Tak się nie raz zdarzyło, przysięgam! -
oznajmiła Klotylda von Klon.
- Podczas jesiennej wichury najbezpieczniej jest korzystać z podziemnych
tunelów - odezwał się ktoś z końca sali. Dźwięczny głos należał do Juli
Gajuli.
- Masz całkowitą rację, Julu. Wszystkim wróżkom, które jeszcze nie mają licencji na latanie, zaleca się poruszanie tunelami podczas zawieruchy. Kiedy dorośniecie i będziecie mogły latać, wasze skrzydełka będą już wystarczająco mocne, żeby dać sobie radę nawet w czasie burzy. Na razie jednak większość z was ma tak słabiutkie łopatki, że musicie być bardzo ostrożne. - Głos pani von Klon odbił się echem po sali.
Wróżki jedna po drugiej zaczynały przysypiać, gdyż słyszały już te same ostrzeżenia mnóstwo razy. Wtem z ostatniego rzędu dobiegło pokasływanie. To Hela Trela chciała zwrócić na siebie uwagę. Podniosła
rękę i odezwała się donośnie:
- Chciałabym z całego serca podziękować pani za arcyciekawe szkolenie
poruszające ważny temat niebezpiecznych powiewów wiatru. Tak sobie
myślę... Czy mogłaby pani przybliżyć nam również kwestię upiolnej...
upiornej gorączki? - skończyła Hela i, lekko zaskoczona, mlasnęła
językiem.
- Helu, coś nie tak z twoją dykcją? - zaśmiała się Jula.
- Najwylaźniej uglyzłam się w język - odrzekła niepewnie Hela, po czym
odchrząknęła i ciągnęła: - Proszę mi wybaczyć... Tak tylko sobie
pomyślałam, że może warto byłoby o tym porozmawiać, skoro są wśród nas
PEWNE uczennice, które opiekowały się PEWNYMI dziećmi, u których wykryto
upiorną gorączkę... Zadaję więc sobie pytanie, czy to możliwe, że przez te
uczennice choroba rozniesie się po Szkoligórce. Czy jesteśmy bezpieczni?
- zapytała perfidnie, starając się jak najdokładniej wymawiać literę R.
Pati czuła na karku jej palący wzrok. Liana znów naciągnęła na głowę
czarny kaptur, a Wiolina skuliła się na krześle.
- Już po nas! To gwóźdź do naszej trumny! - szepnęła z przerażeniem.
- No tak... W rzeczy samej, dobiegły mnie słuchy o upiornej gorączce w domu państwa Wiązów... - Oczy pani von Klon dziwnie się zaszkliły.
Spojrzała nieobecnym wzrokiem za okno, po czym lekko się wzdrygnęła i wyjąkała: - Ja... to znaczy... Tyle czasu już minęło od ostatniego wybuchu
upiornej gorączki w Wietrzysku. Może doktor Zwichniewski mógłby dodać
coś od siebie?
Dobrze wszystkim znany lekarz wstał z krzesła w pierwszym rzędzie i przetarł okrągłe okulary. Namyślał się nad odpowiedzią, drapiąc się po
łysinie. W końcu odrzekł z wahaniem:
- Nie ma powodu do obaw. Dzieci Wiązów za tydzień wyzdrowieją, a jeśli
zdarzy się, że zachoruje któreś z was... to nie ma powodu do obaw...
Wrócicie do siebie w ciągu tygodnia - powtórzył niepewnie doktor
Zwichniewski.
- A więc nie ma powodu do obaw! - podsumowała wszystkowiedzącym tonem
pani von Klon i poruszyła skrzydełkami.
- A czy można zachorować na tę chorobę więcej niż raz? Jeśli już kiedyś
się ją przechodziło? I czy gorączka może potrwać dłużej niż tydzień? -
zapytała na głos Pati.
Bardzo się bała, że ni stąd, ni z owąd zamieni się w zasmarkanego
upiora. Nie pamiętała już, jak to było być małym wstrętnym brzdącem, i nie miała najmniejszej ochoty sobie tego przypominać.
- Jak to niby dłużej niż tydzień? Co za bzdury. - W głosie Klotyldy von
Klon zabrzmiało zniecierpliwienie.
Pati poruszyła się na krześle. Reakcja strażniczki bezpieczeństwa
przypominała jej wymijające odpowiedzi rodziców.
- Wykresy i... tabelki... które trzymam w swoim segregatorze, potwierdzają,
że chorzy dotknięci upiorną gorączką wyzdrowieli po upływie tygodnia.
Nie ma powodu do obaw - powtórzył doktor Zwichniewski.
- Nie odpowiedział pan jednak na moje pytanie - odrzekła głośno Pati.
- Co ty wyprawiasz, głupolu? - syknęła jej do ucha Wiolina. - I tak
wszyscy się na nas gapią. Natychmiast przestań!
Pati odwróciła się w stronę Heli, która z grzeczności wstała z krzesła,
chcąc usłyszeć odpowiedzi na swoje pytania.
- Jeśli mogę, to chciałabym również zapytać, kto może zachorować na
upiorną gorączkę. I dlaczego?
Pani von Klon zaczęła układać porozrzucane na stoliku kartki. Mruczała
coś do siebie pod nosem.
Pati poczuła złość. Ponowiła swoje pytanie, tym razem dobitniej:
- Dlaczego nam pani nie odpowie, pani von Klon?
- Panienko Trela i panienko Miłorzeszek. Przeszkadzacie nam w szkoleniu
i siejecie w szkole panikę. Przecież powiedziałam, że nie ma powodu do
obaw!
- I ja także - dodał doktor Zwichniewski. - Ja też tak powiedziałem!
- Tere-fere, ecie-pecie! Nie zrobiłyśmy nic złego! Od kiedy to w szkole
nie można o nic zapytać? - zaperzyła się Pati.
- Dość już tego! Proszę natychmiast zameldować się u dyrektora! Obydwie,
raz-dwa! - krzyknęła piskliwym głosem pani von Klon i niechcący strąciła
na podłogę swoje papierzyska oraz kilka kasków, które z brzękiem
potoczyły się pod siedzenia.
Pati i Hela wyszły z sali. Usłyszały za plecami pełne frustracji
westchnienie Klotyldy von Klon.
- No, w końcu możemy w spokoju dokończyć szkolenie. Porozmawiamy sobie
teraz o tym, co zrobić w sytuacji, kiedy mimo zachowania wszelkich
środków ostrożności porwie nas wiatr. Potrzebuję dwóch ochotników,
którzy nie mają lęku wysokości!
Zamiast do gabinetu dyrektora Hela pobiegła w kierunku toalet. W pierwszej chwili Pati pewnym krokiem ominęła drzwi do łazienki, jednak
po namyśle do nich wróciła i weszła do pomieszczenia. Zastała Helę Trelę
przed lustrem, bacznie oglądającą sobie język.
- Strasznie głupio, że nie odpowiedziała na twoje pytania - zagadnęła
pojednawczo Pati.
Hela tylko na to prychnęła i zamknęła buzię. Potem nalała w dłonie wody
z kranu i chlupnęła nią do ust. Widocznie zaschło jej w gardle.
- Pewnie by odpowiedziała, gdybyś nie zaczęła się wtrącać - odrzekła
Hela i zgarnęła za uszy opadające na twarz jasne włosy. Miała tego dnia
pięknie połyskujące kolczyki, lecz uwagę Pati zwróciło coś innego.
- Co ci się stało w rękę? - zapytała zbaraniała.
Na nadgarstku Hela miała jakąś wysypkę.
- Nic! - odpowiedziała szybko wróżka i obciągnęła rękaw niebieskiej
bluzki aż po palce. - Zostaw mnie w spokoju! - krzyknęła i spojrzała na
Pati ze złością.
Pati przygryzła dolną wargę. Wyglądała groźnie. Dziewczynki rzucały
sobie przez chwilę zabójcze spojrzenia. W końcu Hela obróciła się na
pięcie i wymaszerowała z łazienki. Po drodze trąciła nieprzyjaciółkę
łokciem.
Pati nie ruszyła się z miejsca. Zwykle zachowanie Heli strasznie ją
irytowało, jednak tego dnia bardziej przejmowała ją sprawa upiornej
gorączki i niezrozumiałej reakcji dorosłych na każde wspomnienie
choroby. Jej wzrok powędrował leniwie za okno. Szare obłoki pływały
powolutku po niebie. W powietrzu unosił się poprzedzający wichurę mrok.
Pati westchnęła głęboko i wciąż obserwując ponury krajobraz, rzekła na
głos:
- Kupy się to nie trzyma...
Pati często gadała sama do siebie. Tata Miłorzeszek podsunął jej kiedyś,
że zawiązane w głowie supełki czasem się rozwiązują, kiedy wypowie się
swoje myśli na głos.
"Mam w głowie pełno pytań, na które żaden rozsądny dorosły nie potrafił dać mi jak dotąd sensownej odpowiedzi. Być może trzeba je dla odmiany zadać komuś, komu brakuje piątej klepki" - pomyślała.
ROZDZIAŁ 5
W Wietrzysku zapadał wieczór. Zapalające się jeden po drugim płomyki
latarni rozświetlały pełną życia wioskę. Kiedy dorosłe wróżki robiły po
pracy zakupy w sklepach i na straganach, Pati, Liana i Wiolina wymknęły
się ukradkiem do stojącego przy ciemnej dróżce sklepiku pewnej znajomej
czarownicy. Panna Dalia zajmowała się tam przepowiadaniem swoim klientom
przyszłości, czarowaniem, sprzedażą przeróżnych błyskotek i przygotowywaniem tajemniczych ziółek na wszelkie dolegliwości.
Do niebieskich drzwi trzeba było zejść po wąskich schodkach znajdujących
się w ciasnej kamiennej piwniczce. Pati zapukała cichutko i przyjaciółki
czekały, aż ktoś odpowie.
- Wchodzić - dobiegł ze środka zawodzący głos.
Pati przypomniała sobie z poprzednich wizyt u panny Dalii, że
spróchniałe drzwi trzeba było potraktować kopniakiem, bo trochę się
zacinały.
- Rozglądnijcie się na boki, śmiało, a może znajdziecie coś, co się wam
spodoba. I uważajcie, żeby nie nadepnąć na nic żywego. I nie dotykajcie
paluchami niczego, co wygląda na drogie! Drogie rzeczy z jakiegoś powodu
wyjątkowo łatwo rozbić - nadawała panna Dalia z drugiego pokoju.
Pati, Wiolina i Liana stały pośrodku zagraconej izdebki. Od podłogi aż
po sam sufit wznosiły się tu na półeczkach niezliczone rozmaitości: od
poduszeczek z mchu po porcelanowe talerzyki, od wypchanych muszek po
skrzydełka żuczków. Pokój przedzielał szklany kontuar, wewnątrz którego
lśniły w świetle lamp najprzeróżniejsze błyskotki. Ze wszystkich kątów
wychylały się ciekawskie udomowione robaczki, żeby zobaczyć, kto
przyszedł i w jakim interesie.
- Och, no proszę! Cóż to takiego zapędziło w me skromne progi moje
ulubione wróżęta? - rozanieliła się panna Dalia na widok dziewczynek.
Kiedy je przytulała, zadźwięczały dzwoneczki zawieszone u jej pasa.
Panna Dalia pachniała jak zwykle leśnym runem, poziomkami i cynamonem.
- Lęk przed przyszłością? Strach przed lekcjami latania? Mam świetną
miksturę na zapamiętanie tabliczki mnożenia, wystarczy łyczek i trzy
razy trzy wchodzi do główki raz-dwa-trzy! A może szukacie jakiegoś
mazidła na siniaki po dwóch ogniach?
- Nie tym razem - odrzekła Pati, wydostając się z ciepłych objęć panny
Dalii.
- Czuć w powietrzu powiew chandry i urojeń. Ciemny księżyc sprowadził ze
sobą burzowe wiatry, które wyją po mrocznych zakątkach. Też to
zauważyłyście? - spytała, mierzwiąc dłonią swą dziką fryzurę. W schronieniu poskręcanych loków chrapało jakieś małe żyjątko.
Panna Dalia czmychnęła prędko za kontuar i wyciągnęła skądś szklane
naczynie pełne zasuszonych badyli. Pokazała je wróżkom.
- Przemówiły do mnie wczoraj zmarłe kwiaty. Wyszeptały mi do ucha, że
coś nawiedziło naszą wioskę.
- Upiorna gorączka - rzekła poważnym tonem Pati.
Panna Dalia przyglądała się uważnie złożonym w miseczce farfoclom.
- Jak nic. Wszystko na to wskazuje. Że też sama na to nie wpadłam.
Przecież to już kupa czasu, od kiedy to przeklęte choróbsko ostatnio się
tu rozpanoszyło. Mało kto chce o tym pamiętać... Zwłaszcza dorośli. -
Panna Dalia wskazała palcem na okno, przez które widać było nogi
biegnących w pośpiechu ulicą wróżek. - Mówią, że odbiła mi szajba i że
jestem lekko świrnięta. Przyznam, że zdarza mi się od czasu do czasu
stanąć w kuchni przed otwartą szafką i nie móc sobie przypomnieć, czego
szukam ani jaki jest dzień tygodnia. Czasem nie pamiętam tego, co było
wczoraj. Pamiętam za to doskonale rzeczy, których nikt inny nie chce
pamiętać.
Panna Dalia utkwiła spojrzenie w jednym punkcie. Ścisnęła miseczkę w dłoni.
- Teraz to już nic z tego nie rozumiem - westchnęła Liana.
Od bajdurzenia panny Dalii rozbolała ją głowa, więc usiadła obok Wioliny
na małym taborecie. Spod siedzenia wyłoniła się główka rybika cukrowego.
Robaczek chciał, żeby go pogłaskać.
- Oj, jak zwykle ględzę od rzeczy - rzekła panna Dalia, zauważając
zniecierpliwienie Liany. Nalała do sfatygowanych filiżaneczek herbatki z huby. - Chciałyście mnie o coś zapytać?
- Siostry Liany mają upiorną gorączkę, a my chcemy wiedzieć dlaczego.
Skąd się wzięła? I czy z tego się zdrowieje? Dorośli nie chcą nam nic
powiedzieć. W dodatku nie ma na ten temat ani słowa w żadnej książce w całym Wietrzysku - rzekła Pati, schylając się, żeby pogłaskać uroczego
robaczka. Mruczał cichutko na kolanach Liany.
- Zazwyczaj choroba przechodzi po tygodniu - odpowiedziała panna Dalia.
- Panno Dalio, a co, jeśli nie przejdzie?
Panna Dalia zamilkła. Wstała i szybkim ruchem przesunęła szklaną
witrynę. Na dworze grzmiało.
- Idzie burza. Wiatr już się wzmaga - powiedziała i dorzuciła do
miseczki więcej ziół, a następnie zalała je kleistym płynem.
W pokoju zapachniało szlamem i wilgocią. Dalia nabrała mazi i rozsmarowała ją w dłoniach. Potem przyłożyła palce do szklanej lady i cicho zamruczała. Brzmiało to jak jakaś upiorna piosenka.
- Panno Dalio?
- Są takie sprawy, o których trudno się mówi. Dlatego wszyscy chcą o nich zapomnieć i ukrywają je w najskrytszych zakątkach - tam, gdzie
znikają monety, klucze do domu i pojedyncze skarpetki. Czyli na
strychach, w piwniczkach... Czasem zamiatają je pod dywan. To bardzo
smutne - rzekła z żalem panna Dalia.
Ponownie zamknęła oczy i poruszyła lepkimi palcami. Jeszcze głośniej
wymruczała upiorne zaklęcie.
- Być może waszym zadaniem jest o tym przypomnieć. Wybudzić wioskę z letargu. Jeśli jesteście gotowe, by to zrobić, musicie udać się do
biblioteki Szkoligórki. Na najwyższych gałęziach poupychane są książki,
których nie wolno wypożyczać. Ich czytanie jest zakazane. Niektóre
ukryto tam specjalnie, a niektóre zostały zapomniane. Ale nie ważcie się
słuchać nęcących podszeptów cieni. Trzymajcie się słonecznej strony, a wtedy na pewno znajdziecie to, co ma zostać odnalezione. Powodzenia...
życzę udanej drogi... sobie... - rzekła Dalia i zaczęła znienacka zbierać
naczynia i pakować je do płóciennej torby. Rybik szybko się do niej
wślizgnął, żeby przez przypadek nie zostać samemu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki