Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć - Wojciech Eichelberger, Alina Gutek

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (32,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Jesz­cze nie­dawno pat­chwor­kowe ro­dziny uzna­wano za do­wód po­rażki mał­żeń­stwa, trak­to­wano z re­zerwą. Dzi­siaj sta­no­wią stały ele­ment ro­dzin­nych kon­ste­la­cji i są po­wszech­nie ak­cep­to­wane. Faktu ich ist­nie­nia nie zmie­nią żadne an­ty­pat­chwor­kowe za­klę­cia. Co wię­cej, ta­kie ro­dziny mogą być wspa­niałą, choć nie­ła­twą, prze­strze­nią do ży­cia, do współ­pracy, ko­cha­nia się, do roz­woju, o czym dużo roz­ma­wiamy w tej książce.

Jed­nak z tego faktu ro­dzice nie po­winni czy­nić cze­goś w ro­dzaju alibi - że skoro "pat­chworki" są w od­wo­dzie, a oni nie mogą się do­ga­dać, to każdy z nich idzie w swoją stronę i two­rzy ra­do­śnie nową ro­dzinę.

Choć ta­kie roz­wią­za­nie bywa nie­unik­nione, to jed­nak nie po­winno być wy­bie­rane pod wpły­wem wzbu­rzo­nych emo­cji, wza­jem­nych pre­ten­sji, zra­nień. Po­chop­nie i bez wy­czer­pa­nia wszyst­kich moż­li­wo­ści ra­to­wa­nia związku. Wielu lu­dziom ła­twiej­sze i prost­sze wy­daje się za­mknię­cie raz na za­wsze po­przed­niego roz­działu niż jego uzdra­wia­nie. Cza­sem rze­czy­wi­ście nie ma co uzdra­wiać, ale za­wsze warto od tego za­cząć.

A może zro­bić coś wię­cej i wcze­śniej? Po­my­śleć już na po­czątku re­la­cji o tym, co sta­nowi o jej so­lid­no­ści, trwa­ło­ści? Za­sta­no­wić się, jak ją chro­nić, wzmac­niać, uod­par­niać na wstrząsy, bu­rze i inne ka­ta­kli­zmy? Być może to ide­ali­styczny po­stu­lat. Ale nie do końca. Bo jed­nak wielu pa­rom udaje się zbu­do­wać mocną re­la­cję na wiele lat. Oni za­pewne po­tra­fili o to za­dbać.

Za­nim po­roz­ma­wiamy więc w tej książce o skom­pli­ko­wa­nej pat­chwor­ko­wej rze­czy­wi­sto­ści, za­cznijmy od tego, co zro­bić, żeby zbu­do­wać mocne pod­stawy re­la­cji, nie cze­ka­jąc aż coś za­cznie szwan­ko­wać.

Alina Gu­tek: Je­śli przy­rów­na­li­by­śmy nasz zwią­zek do domu, który bu­du­jemy od pod­staw, cza­sem w szcze­rym polu, to wia­domo od czego za­czy­namy - od wzno­sze­nia fun­da­men­tów. Czy w re­la­cji dwojga bli­skich lu­dzi tym fun­da­men­tem jest mi­łość?

Woj­ciech Eichel­ber­ger: Z pew­no­ścią tak, ale - jak wia­domo - mi­łość nie­jedno ma imię i jest ewo­lu­ują­cym pro­ce­sem, a nie sta­nem. Jego punk­tem star­to­wym jest za­ko­cha­nie, wza­jemna fa­scy­na­cja i tak silne przy­cią­ga­nie, że od­biera nam zdol­ność do kry­tycz­nego my­śle­nia. Z tego po­wodu stan ten jest na­zy­wany żar­to­bli­wie "mi­ło­snym sza­leń­stwem" albo "mi­ło­sną psy­chozą". Jak zwał tak zwał, ale jedno jest pewne - to po­nad wszelką wąt­pli­wość nie­zbędny po­czą­tek pro­cesu po­wsta­wa­nia praw­dzi­wie mi­ło­snej re­la­cji dwojga lu­dzi. Daje bo­wiem po­czu­cie mocy i nie­za­chwia­nej pew­no­ści, że osoba, którą na­sze serce wy­biera jest tą wła­ściwą i je­dyną. Bez tej wiary nie by­li­by­śmy prze­cież w sta­nie rzu­cać się na oślep w od­męty oce­anu moż­li­wych zda­rzeń. Do­brze więc, że stan za­ko­cha­nia się przy­da­rza. Bo je­żeli wią­żemy się w parę wy­łącz­nie na za­sa­dzie trans­ak­cji, z wy­ra­cho­wa­nia, czy pod pre­sją oby­cza­jo­wego przy­musu, to re­la­cja ma słabe szanse na dłu­go­trwałe, szczę­śliwe trwa­nie. Trzeba jed­nak pa­mię­tać, że stan za­ko­cha­nia w któ­rymś mo­men­cie się skoń­czy i wtedy oka­zuje się, że mi­łość musi długo ewo­lu­ować za­nim osią­gnie swoją w pełni doj­rzałą po­stać, co nie­rzadko przy­da­rza się nam do­piero w trze­ciej czę­ści ży­cia.

Alina: Czyli to, co nas na po­czątku po­łą­czyło, na­wet je­śli jest mega silne, ni­czego nie gwa­ran­tuje? To kru­cha pod­stawa tego na­szego domu, ja­kim jest zwią­zek?

Woj­ciech: Tak, ale za­ra­zem to nie­zbędny po­czą­tek, im­puls do two­rze­nia sil­nego fun­da­mentu, jego ka­mień wę­gielny. To jakby ziarno albo sa­dzonka, o którą trzeba się bar­dzo trosz­czyć, by się z cza­sem stała doj­rza­łym, od­por­nym na mrozy i wi­chury drze­wem. Ta pierw­sza faza może stać się szcze­gól­nie trudna, gdy na jej star­cie po­ja­wiają się dzieci i nie­okrze­płe drzewo musi spraw­dzić się w ro­dzi­ciel­stwie.

Alina: Mó­wisz "trzeba dbać". Jak kon­kret­nie? Na czym to dba­nie o re­la­cję po­lega?

Woj­ciech: Więk­szość związ­ków za­wią­zuje się na za­sa­dzie: "wiódł ślepy ku­la­wego"...

Alina: ...czyli że obie strony związku mają ja­kieś braki.

Woj­ciech: W tym sen­sie, że osoba, z którą się wią­żemy uzu­peł­nia ja­kiś nasz emo­cjo­nalny nie­do­bór, a my w za­mian uzu­peł­niamy jej nie­do­bór.

Alina: Sta­no­wimy więc pod tym wzglę­dem ca­łość.

Woj­ciech: Na tym eta­pie tak. Dla­tego po­rów­nuje się ta­kie związki do dwóch po­łó­wek jabłka, które cu­dem się spo­tkały i pa­sują do sie­bie jak ulał. W isto­cie nie spo­ty­kają się pa­su­jące do sie­bie po­łówki jabłka, lecz nad­gry­zione, uszko­dzone. Tyle, że nad­gry­zione w taki spo­sób, że de­fi­cyty każ­dego mogą być kom­pen­so­wane przez mocne strony tego dru­giego. Tak czy owak, to do­brze, że się spo­ty­kają. Ale le­piej nie ule­gać po­ku­sie uzna­nia tej fazy ewo­lu­cji mi­ło­ści za jej sta­cję koń­cową. Bo mi­łość w imię trwa­ło­ści związku po­trze­buje doj­rze­wać da­lej, zmie­rzać do tego, by każde z nad­gry­zio­nych ja­błek za­le­czyło swoje rany i stało się osob­nym, kom­plet­nym jabł­kiem. A żeby to się mo­gło wy­da­rzyć, to oba jabłka mu­szą wspie­rać się wza­jem­nie w prze­kra­cza­niu swo­ich de­fi­cy­tów i ogra­ni­czeń.

Alina: W po­wszech­nej opi­nii po­łówki jabłka po­winny dą­żyć do tego, żeby się sca­lić i sta­no­wić jed­ność. A ty mó­wisz, że każda po­winna dą­żyć do od­dzie­le­nia i in­we­sto­wać w od­dziel­ność dru­giej!

Woj­ciech: Skle­je­nie z drugą po­łówką może - na wcze­snym eta­pie ewo­lu­owa­nia mi­ło­ści - wy­da­wać się nie­zbędne dla trwa­nia związku. W isto­cie jed­nak, na dłuż­szą metę, jest dla niego wiel­kim nie­bez­pie­czeń­stwem, po­nie­waż pro­ces ewo­lu­cji mi­ło­ści za­mraża się i wy­ra­dza w upo­ka­rza­jące dla obu stron uwi­kła­nie. Dla­tego ce­lem związku po­winno być dą­że­nie do tego, aby ten, kto ślepy, przej­rzał na oczy, a ten, kto ku­lawy, prze­stał ku­leć. Tylko wtedy spo­tkają się kie­dyś jako lu­dzie zre­ali­zo­wani, wolni, au­to­no­miczni, chcący być ze sobą, bo tak wy­bie­rają, a nie dla­tego, że nie wi­dzą in­nej moż­li­wo­ści. I do­piero wtedy pro­ces ewo­lu­cji ich mi­ło­ści się za­koń­czy.

Alina: Czyli mi­łość ma swoje kon­ti­nuum. Ame­ry­kań­ski psy­cho­log, pro­fe­sor Ro­bert Stern­berg po­dzie­lił ją na trzy etapy: na­mięt­ność, in­tym­ność, za­an­ga­żo­wa­nie. W każ­dym eta­pie cho­dzi o coś in­nego, w każ­dym bu­du­jemy nową ja­kość. Ty pod­kre­ślasz, że mi­łość musi być po­parta pracą nad sobą. A nad związ­kiem?

Woj­ciech: Za­uważmy, co ko­mu­ni­ku­jemy w pierw­szych mi­ło­snych wy­zna­niach. Otóż po­wta­rzamy wie­lo­krot­nie i z za­pa­łem: "nie mogę bez cie­bie żyć". W ten spo­sób po­ka­zu­jemy siłę ro­dzą­cej się więzi. Ale nie wolno nam trak­to­wać tego oświad­cze­nia do­słow­nie. Do­ro­słość i doj­rza­łość po­le­gają na tym, że mo­żemy żyć sa­mo­dziel­nie. Wy­zna­nie mi­ło­ści praw­dzi­wej po­winno więc brzmieć mniej wię­cej tak: "Wiem, że na­prawdę ko­cham, bo ni­czego od cie­bie nie po­trze­buję. Mogę bez cie­bie żyć - ale wy­bie­ram ży­cie z tobą, bo cię ko­cham".

Alina: Ta­kie mi­ło­sne oświe­ce­nie jest moż­liwe do­piero na fi­ni­szu na­szego ży­cia?

Woj­ciech: Nie­ko­niecz­nie. Wiele za­leży od punktu startu, czyli od tego, jacy lu­dzie się spo­ty­kają, z jaką sa­mo­świa­do­mo­ścią i ja­kie mają nie­do­bory, czy emo­cjo­nalne zra­nie­nia. Tu nie ma po­wszech­nej re­guły. Zwy­kle jed­nak ja­kiś czas musi upły­nąć, żeby doj­rzeć do ta­kiej mi­ło­ści. Wiele związ­ków nie­świa­do­mie i długo tkwi w uwi­kła­niu i do­piero po ja­kimś wstrzą­sie od­krywa, że to nie była mi­łość. Ta­kim wstrzą­sem bywa wyj­ście dzieci z domu, czyli syn­drom pu­stego gniazda.

Alina: Dzi­siaj, kiedy wszystko jest płynne, ma krótki ter­min waż­no­ści, wiele osób my­śli: Po co się tru­dzić nad ra­to­wa­niem związku, skoro mogę za­cząć nowy. Ale ten nowy też może mieć krótki ter­min waż­no­ści, je­śli nie od­ro­bimy lek­cji z po­przed­niego. Co warto zro­bić na pewno za­nim zde­cy­du­jemy się wyjść z pierw­szej ro­dziny?

Woj­ciech: Wszystko co moż­liwe. Ale klu­czem jest dba­nie o wła­sny roz­wój, po­sze­rza­nie swo­jej sa­mo­świa­do­mo­ści, prze­pra­co­wa­nie swo­ich de­fi­cy­tów, traum i jed­no­cze­sne wspie­ra­nie part­nera/ki w ro­bie­niu tego sa­mego. Tylko wtedy pro­ces ewo­lu­cji mi­ło­ści za­koń­czy się suk­ce­sem. Sło­wem: za­bie­gajmy o swoją au­to­no­mię i au­to­no­mię dru­giej osoby w związku. Pa­mię­ta­jąc jed­nak o tym, że na­sza praw­dziwa wol­ność prze­ja­wia się rów­nież w tym, że po­tra­fimy do­bro­wol­nie i po­god­nie zre­zy­gno­wać z jej czę­ści na rzecz part­nera/ki i sa­mego związku, a nade wszystko na rzecz na­szych nie­let­nich dzieci.

Alina: Za­łóżmy, że mamy już fun­da­ment, czyli doj­rzałą, a nie ilu­zo­ryczną mi­łość. Z czego bu­do­wać da­lej ten dom? Z po­dob­nych war­to­ści, prze­ko­nań? W ja­kim stop­niu opie­rać tę kon­struk­cję na tym, co wspólne i po­dobne?

Woj­ciech: W doj­rza­łym związku nie cho­dzi o to, żeby pa­trzeć na sie­bie we wza­jem­nym za­chwy­cie i we wszyst­kim się zga­dzać, lecz o to, by obie osoby pra­co­wały nad sobą i pa­trzyły w tę samą stronę. Czyli żeby łą­czyły je ważne dla obojga sprawy, cele, na rzecz któ­rych wspól­nie dzia­łają. To po­winno lu­dzi łą­czyć w każ­dym związku, także w pat­chwor­ko­wym.

Od­da­jąc do rąk czy­tel­ni­czek i czy­tel­ni­ków tę książkę, nie chcemy - o czym pi­szemy - w żad­nym ra­zie pro­mo­wać pat­chworku. Zresztą nikt ra­cjo­nal­nie my­ślący nie dałby się na­brać na taką pro­mo­cję! Wszak ro­dziny pat­chwor­kowe to nie­sły­cha­nie trudne za­da­nie, wy­ma­ga­jące wy­siłku, za­an­ga­żo­wa­nia, cier­pli­wo­ści, mą­dro­ści. Ta książka nie jest więc za­chętą do za­wią­zy­wa­nia pat­chwor­ko­wych ro­dzin, lecz opi­sem ure­al­nia­ją­cym ich trudną rze­czy­wi­stość, pod­ręcz­ni­kiem pod­po­wia­da­ją­cym, jak po­ru­szać się w tej trud­nej kra­inie, jak po niej na­wi­go­wać, żeby nie na­ro­bić jesz­cze więk­szego za­mie­sza­nia.

Roz­dział 1

Ro­dzina pat­chwor­kowa - do­pust boży czy szansa?

Alina: Jedno jest pewne - to duże wy­zwa­nie.

Woj­ciech: Oj tak. Wy­zwa­nie dla sys­te­mów ro­dzin­nych, które two­rzą ten pat­chwork i dla każ­dego członka. Wiem coś na ten te­mat, bo sam by­łem czę­ścią ta­kiej ro­dziny. Mam dwóch do­ro­słych sy­nów z po­przed­niego mał­żeń­stwa, a moja była part­nerka jest mamą córki i syna. Mogę więc po­wie­dzieć, że je­stem do­świad­czo­nym pat­chwor­ko­wym oj­cem i oj­czy­mem. Ale mam też sporo w tej ma­te­rii do­świad­czeń za­wo­do­wych, bo wielu lu­dzi przy­cho­dzą­cych do mnie po psy­cho­lo­giczną po­moc to osoby z ta­kich ro­dzin.

Alina: Mamy więc tro­chę inne do­świad­cze­nia, bo ja je­stem w jed­nym związku od 44 lat. To może do­brze, że wno­simy do wspól­nej książki dwie różne optyki.

Woj­ciech: No nie do końca różne. Ja też by­łem w moim dru­gim związku po­nad 30 lat.

Alina: Chcesz po­wie­dzieć, że wszystko przede mną? Po­wiedzmy ja­sno: nie za­mie­rzamy w tej książce pro­pa­go­wać ro­dzin pat­chwor­ko­wych, bo ta­kie za­rzuty już sły­szę.

Woj­ciech: Ab­so­lut­nie nie. Za moim udzia­łem w two­rze­niu tej książki nie stoi in­ten­cja za­chwa­la­nia pat­chwor­ko­wej wer­sji ro­dziny. Uwa­żam, że trzeba ro­bić wszystko, żeby ro­dzina kla­syczna prze­trwała, pra­co­wać nad nią, pie­lę­gno­wać ją, chro­nić i wzmac­niać.

Alina: Fakty są jed­nak bru­talne. Jak po­daje GUS, w 2023 roku roz­wio­dło się 56892 ty­siące mał­żeństw na 146 ty­sięcy za­war­tych. W la­tach 1980-2023 liczba roz­wo­dów w Pol­sce wzro­sła z 39833 do tych pra­wie 57 ty­sięcy. W ostat­nich la­tach wi­doczna jest sta­bi­li­za­cja, za­pewne dla­tego, że ma­leje liczba za­war­tych mał­żeństw. Bo sta­ty­styki nie obej­mują lu­dzi z nie­sfor­ma­li­zo­wa­nych związ­ków, a oni też się prze­cież roz­stają.

Woj­ciech: To ogromny spo­łeczny pro­blem. Te pra­wie 57 ty­sięcy (plus nie­sfor­ma­li­zo­wani) wcho­dzi w ko­lejne związki na ogół z part­ne­rami z tzw. ma­try­mo­nial­nego rynku wtór­nego i two­rzy cza­sem wie­lo­pię­trowe pat­chwor­kowe sys­temy. Z mo­ich za­wo­do­wych do­świad­czeń wiem, że ci lu­dzie czują się za­gu­bieni, winni, nie wie­dzą, jak żyć i jak ukła­dać re­la­cje w pat­chwor­ko­wym sys­te­mie. Je­żeli mamy sta­wiać so­bie na wstę­pie tej książki ja­kiś cel, to jest nim po­moc tym oso­bom, by mo­gły le­piej od­na­leźć się w no­wej trud­nej sy­tu­acji.

Alina: To po­ku­śmy się o sfor­mu­ło­wa­nie tych trud­no­ści. Pierw­sza, jaka sama się na­suwa: pat­chwor­kowi part­ne­rzy bu­dują na gru­zach, wcho­dzą w nowe związki z nie­za­go­jo­nymi ra­nami...

Woj­ciech: ...do­brze jest je naj­pierw za­le­czyć, za­nim wej­dziemy w ko­lejne bli­skie re­la­cje. To ważne dla suk­cesu ko­lej­nej ro­dziny.

Alina: Druga trud­ność: w po­wsta­łych sys­te­mach po­ja­wia się wielu uczest­ni­ków, a każdy z nich jest rów­nie ważny.

Woj­ciech: Po­rów­nał­bym spo­tka­nie tych sys­te­mów do ko­li­zji dwóch trans­atlan­ty­ków. Na każ­dym z nich jest sys­tem ro­dzinny, który już się zor­ga­ni­zo­wał, ukon­sty­tu­ował, który ma za sobą wiele do­świad­czeń, zwy­cza­jów, ry­tu­ałów i pły­nie w ja­kimś kie­runku. Trans­atlan­tyki się mi­jają i na­gle, na przy­kład, za­mężna matka sto­jąca na bur­cie jed­nego z nich wi­dzi na dru­gim męż­czy­znę, o któ­rym za­wsze ma­rzyła, ale pech chciał, że jest on żo­na­tym oj­cem. Na­wią­zują kon­takt, za­ko­chują się i de­cy­dują, żeby być ra­zem. Ale już ni­gdy nie będą mo­gli po­pły­nąć na swoim wła­snym statku, tam gdzie chcą, bo każde z nich cią­gnie za sobą wszyst­kich pa­sa­że­rów trans­atlan­tyku, na któ­rym do­tych­czas po­dró­żo­wali. Po­wstaje ogromne za­mie­sza­nie, lu­dzie nie wie­dzą, na któ­rym ze stat­ków mają pły­nąć da­lej, jaki obrać kurs, część chce win­nych ka­ta­strofy wsa­dzić do sza­lupy ra­tun­ko­wej i zo­sta­wić na oce­anie, ale wtedy nie wia­domo, co zro­bić z ich dziećmi, z by­łymi part­ne­rami, te­ściami i resztą krew­nych. W końcu nie ma in­nego wyj­ścia, jak tylko zwią­zać oba statki li­nami, prze­rzu­cić mię­dzy bur­tami trapy i uzgod­nić ja­kiś kom­pro­mi­sowy kurs.

Alina: Część nie chce pły­nąć da­lej na ta­kich po­łą­czo­nych stat­kach. Mimo to trzeba ja­koś ra­zem funk­cjo­no­wać. W tak zwa­nych ro­dzi­nach pierw­szych (przed roz­wo­dem) też są trud­no­ści, ale ich skala jest nie­po­rów­na­nie mniej­sza.

Woj­ciech: Do­dajmy dla po­rządku, że ro­dziny pat­chwor­kowe two­rzą się tylko wtedy, kiedy przy­naj­mniej w jed­nym pierw­szym związku są dzieci. Bo gdy roz­stają się do­ro­słe osoby bez dzieci, to je­śli ze­chcą, mogą ro­zejść się na za­wsze. A je­śli jedna z nich zwiąże się z kimś, kto też nie ma dzieci, to spo­koj­nie mogą od­pły­nąć w dal na swo­jej ło­dzi. Nie ma wtedy po­trzeby żmud­nego zszy­wa­nia pat­chworku. Dzieci są ele­men­tem, który de­cy­duje o po­wsta­niu pat­chwor­ko­wej ro­dziny, bo mama i tata za­wsze będą ich ro­dzi­cami, nie­za­leż­nie od tego, jak się za­cho­wają po roz­sta­niu i gdzie los ich po­nie­sie. Dla­tego roz­sta­jący się ro­dzice ma­łych, jesz­cze nie­sa­mo­dziel­nych dzieci po­winni po­dej­mo­wać wy­si­łek dal­szego ich wy­cho­wy­wa­nia i tro­ski o nie mimo wszyst­kich trud­no­ści i kom­pli­ka­cji, ja­kie nie­sie ze sobą pat­chwor­kowy sys­tem. Na szczę­ście ro­dzice na ogół nie za­nie­dbują swo­ich pier­wo­rod­nych dzieci, jakby zda­wali so­bie sprawę lub prze­czu­wali, że wła­śnie im naj­wię­cej się na­leży.

Alina: Ra­dze­nie so­bie z uczu­ciami i emo­cjami to ko­lejna trud­ność. Po­trzeba czasu, żeby je okieł­znać?

Woj­ciech: Tak, czas na ogół le­czy rany. Ale jak ktoś się uprze, to na­wet upływ czasu mu nie po­może. Każdy z nas ma prze­strzeń wy­boru - albo otwie­ramy się na tę zmianę i czer­piemy z niej to, co moż­liwe, albo ży­jemy w wiecz­nym re­sen­ty­men­cie i cze­piamy się prze­szło­ści. Ci ostatni to lu­dzie, któ­rzy nie chcą, żeby czas za­bliź­nił ich rany i wiecz­nie je so­bie roz­dra­pują, po­wo­du­jąc mnó­stwo nie­po­trzeb­nego za­mie­sza­nia i cier­pie­nia w ca­łej ro­dzi­nie.

Alina: Lu­dzie de­cy­du­jący się na pat­chwork po­winni so­bie uświa­do­mić, w co wcho­dzą, na co się de­cy­dują.

Woj­ciech: I w ja­kim mo­men­cie ży­cia. Bo na pod­ję­cie de­cy­zji o dal­szym ży­ciu w pat­chworku ist­nieją lep­sze i gor­sze okresy oraz lep­sze i gor­sze spo­soby roz­po­czy­na­nia kar­ko­łom­nej pat­chwor­ko­wej drogi. Bar­dzo złym spo­so­bem prze­cho­dze­nia z pierw­szej, kla­sycz­nej ro­dziny do pat­chwor­ko­wej jest bu­do­wa­nie w trak­cie trwa­nia pierw­szego związku dru­giego rów­no­le­głego, za­kon­spi­ro­wa­nego. Czyli prze­cho­dze­nie z jed­nej re­la­cji w na­stępną "na za­kładkę". Z pew­no­ścią mniej kło­po­tów i kom­pli­ka­cji emo­cjo­nal­nych mają ci ka­ska­de­rzy, któ­rzy mię­dzy jed­nym związ­kiem a dru­gim ro­bią so­bie prze­strzeń na sa­mot­ność i re­flek­sję. Wtedy można mieć więk­szą pew­ność, że ta trudna i od­po­wie­dzialna de­cy­zja zo­stała grun­tow­nie prze­my­ślana.

Alina: Trud­no­ści w pat­chwor­kach jest mnó­stwo, ale rów­nie dużo mo­żemy so­bie za­fun­do­wać, zo­sta­jąc w tok­sycz­nym związku w imię ra­to­wa­nia ro­dziny. Le­piej odejść z cho­rego układu niż w nim tkwić?

Woj­ciech: To ważny pro­blem mo­ralny i etyczny. Nie­ła­two w ta­kiej sy­tu­acji roz­strzy­gnąć, które roz­wią­za­nie jest mniej­szym złem albo więk­szą cnotą: pod­trzy­my­wa­nie tok­sycz­nego związku czy odej­ście? Tym bar­dziej, że na­sza tra­dy­cja i prze­kaz re­li­gijny za war­tość uznają nie­sie­nie krzyża do końca w każ­dej sy­tu­acji.

Alina: O czym przy­po­mina przy­sięga mał­żeń­ska: że cię nie opusz­czę aż do śmierci.

Woj­ciech: Ale jak się przyj­rzymy bli­żej lu­dziom, któ­rzy trwają w ta­kich związ­kach, to wi­dać, że wielu po­zo­staje w nich nie dla­tego, że prze­jęli się re­li­gij­nym po­stu­la­tem, lecz z bez­sil­no­ści, uza­leż­nie­nia, uwi­kła­nia lub z lęku przed kon­fron­ta­cją z nie­zna­nym. Kon­ser­wo­wa­nie swo­ich lę­ków i ogra­ni­czeń trudno na­zwać cnotą. W tej sy­tu­acji jest nią ra­czej od­waga. Tylko lu­dzie, któ­rzy wy­bie­rają walkę o stary zwią­zek świa­do­mie i z po­czu­ciem, że stać ich na odej­ście, mają szansę przejść przez kry­zys i prze­kształ­cić go w ja­kąś lep­szą wer­sję.

Alina: Tym­cza­sem przed pat­chwor­kami otwie­rają się też szanse. Bo ci lu­dzie na ogół ro­bią wszystko, żeby nie po­wie­lać błę­dów, które po­peł­nili w po­przed­nich mał­żeń­stwach.

Woj­ciech: Cza­sami są mą­drzy po szko­dzie i bar­dziej się sta­rają. Ale urzą­dza­nie so­bie ży­cia od nowa to skraj­nie trudne wy­zwa­nie i szybka ścieżka doj­rze­wa­nia. Bo trzeba obu­dzić w so­bie me­dia­tora, ogromną cier­pli­wość, takt, su­per­in­te­li­gen­cję emo­cjo­nalną, em­pa­tię, umie­jęt­ność ko­mu­ni­ko­wa­nia się - by wy­mie­nić tylko te naj­waż­niej­sze ce­chy. Bu­do­wa­nie związ­ków w ro­dzi­nach pat­chwor­ko­wych można po­rów­nać do za­ocz­nych stu­diów psy­cho­lo­gicz­nych na po­zio­mie uni­wer­sy­tec­kim.

Alina: Py­tamy w ty­tule roz­działu, czy pat­chwork to do­pust boży, czy szansa. We­dług mnie szansą może być na przy­kład to, że bez­dzietny part­ner wzbo­gaca się o dzieci dru­giego, które cza­sami są jego je­dy­nymi dziećmi.

Woj­ciech: To prawda, ale wiele za­leży od tego, czy drugi ro­dzic tych dzieci żyje, czy jest w związku, czy nie, czy ma nowe dzieci itd. Ro­dzinny pat­chwork to nie­zwy­kle skom­pli­ko­wane uni­wer­sum o nie­zli­czo­nej licz­bie uwa­run­ko­wań i wa­rian­tów. Ale je­śli zdo­bę­dziemy się na wszystko, na co nas stać, to mamy ogromną szansę na szyb­kie doj­rze­wa­nie. Ta szansa otwiera się zresztą przed wszyst­kimi człon­kami pat­chworku.

Alina: Przy­szy­wani ro­dzice są na ogół bar­dziej obiek­tywni, wy­lu­zo­wani. Nie na­pi­nają się tak jak bio­lo­giczni.

Woj­ciech: To prawda. Bo być pat­chwor­ko­wym ro­dzi­cem to tro­chę tak, jak być na miej­scu dziadka, który ko­cha te dzieci, ale nie bie­rze peł­nej od­po­wie­dzial­no­ści za ich wy­cho­wa­nie, nie po­trze­buje, by re­ali­zo­wały jego am­bi­cje czy za­spo­ka­jały po­trzeby. Dzięki temu re­la­cja z oj­czy­mem bywa dla przy­szy­wa­nych dzieci, dla ich dal­szego roz­woju, bar­dzo po­ży­teczna.

Alina: W ta­kim ty­glu, jak ro­dziny pat­chwor­kowe, za­wsze coś się dzieje - ktoś ma pro­blem, ktoś suk­ces. In­ten­sywne ży­cie mamy jak w banku.

Woj­ciech: Oj tak, otwiera się ogromna scena, cza­sem dra­ma­tyczna, cza­sem ko­me­diowa. Je­śli uda nam się uło­żyć re­la­cje mię­dzy wszyst­kimi pod­mio­tami: by­łymi part­ne­rami, ro­dzi­nami, dziećmi, to wszy­scy mo­żemy wza­jem­nie wno­sić do wspól­nego ży­cia wiele wspa­nia­łych prze­żyć, emo­cji, mo­żemy z tego czer­pać peł­nymi gar­ściami.

Alina: Ta­kie ro­dziny na­zywa się zre­kon­stru­owa­nymi, po­skle­ja­nymi, no­wymi, po przej­ściach, wie­lo­pię­tro­wymi. Mnie naj­bar­dziej po­doba się ta na­zwa: ro­dzina pat­chwor­kowa.

Woj­ciech: Mnie też. Me­ta­fora pat­chworku traf­nie od­daje za­sad­ni­cze ce­chy tego sys­temu. No bo pat­chwork to naj­czę­ściej na­rzuta albo po­szewka uszyta z bar­dzo wielu frag­men­tów po­cho­dzą­cych z róż­nych czę­ści nie­po­trzeb­nej już odzieży, za­słon, koł­der itp. Każdy z tych frag­men­tów ma swoją silną in­dy­wi­du­al­ność, au­to­no­mię i hi­sto­rię, ale w pro­ce­sie po­wsta­wa­nia pat­chworku stają się czę­ścią pięk­nej, har­mo­nij­nej ca­ło­ści.

Alina: Bar­dzo czę­sto nie szyje się go w po­je­dynkę, to ko­ron­kowa ro­bota wy­ma­ga­jąca współ­pracy i fan­ta­zji. Był taki film "Jak uszyć ame­ry­kań­ską koł­drę" z Wi­noną Ry­der. Panna młoda przy­go­to­wuje się do ślubu, a ko­biety z jej ro­dziny sia­dają przy wiel­kim stole, by szyć dla niej koł­drę z ka­wał­ków ma­te­riału. Wspo­mi­nają przy tym, dow­cip­kują, dzielą się swoim do­świad­cze­niem, a wszystko to ro­bią z hu­mo­rem, sku­pie­niem i od­da­niem.

Woj­ciech: Po­dob­nie szyje się ro­dzinny pat­chwork, on też wy­maga czasu, uwagi, sta­ran­no­ści, a gdy już wszystko się zszyje, to wy­cho­dzi piękna ca­łość. Po­tem oczy­wi­ście wy­maga kon­ser­wo­wa­nia, bo taka ro­dzina to nie­jed­no­lita "tka­nina", można ją ła­two uszko­dzić, ła­two może się po­pruć, więc po­trze­buje tro­ski. Na­sza książka jest o tym, ja­kie trud­no­ści to­wa­rzy­szą temu pro­ce­sowi, na co uwa­żać, czego się wy­strze­gać, jak usta­wiać prio­ry­tety.

Alina: Czyli o tym, jak szyć i pie­lę­gno­wać pat­chwork. Nie po­damy jed­nak go­to­wego, do­brego dla wszyst­kich prze­pisu, bo taki po pro­stu nie ist­nieje.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki