Rozdział 1
To nie był bardzo prestiżowy, ani specjalnie trudny występ. Koncert miał inaugurować międzynarodowy kongres fizyków jądrowych. Uznano, że najlepszym muzycznym zwieńczeniem ich obrad będzie - po pierwsze Chopin, a po drugie - Strawiński. Ania Guttry grała Szopena już tyle razy, że dała sobie spokój z powtarzaniem i ćwiczeniem jego utworów. Natomiast Strawiński okazał się dla niej nieoczekiwanie kłopotliwy. Kiedy przeglądała nuty jego Sonaty fortepianowej fis moll wydawało się, że doskonale ją słyszy i doskonale wie, jak ją zinterpretować. Potem posłuchała kilku wersji Sonaty w wykonaniu innych pianistów. Żadna z ich koncepcji jej nie pasowała. Najgorsze było jednak to, że kiedy usiadła do fortepianu, nie pasowała jej także i własna. Początek i koniec utworu brzmiały całkiem nieźle. Natomiast w części środkowej coś drażniło jej ucho. Próbowała skorygować to coś kilkanaście razy, ale za każdym miała wrażenie, że nie trafia nie tylko w zamysł autora Sonaty, ale i swój własny. Do koncertu pozostawały dwa tygodnie. Wydawało się - dostatecznie dużo czasu, aby Sonatę doszlifować tak, aby podczas występu skrzyła się jak muzyczny brylant. Tymczasem dni mijały, a Strawiński wciąż się nie skrzył. Być może fizycy jądrowi nie zauważyli by, że z Sonatą w jej części środkowej jest coś nie tak, a w każdym razie nie tak, jak życzyłaby sobie jej wykonawczyni. Ale Ania Guttry czuła coraz większy i większy dyskomfort. Była perfekcjonistką i wykonanie każdego utworu musiało ją zadawalać w każdym jego szczególe.
Po dwóch godzinach bezskutecznej walki ze Strawińskim i jego sonatą poddała się i poszła do kuchni, aby tym razem podszlifować obiad. Posiłki przygotowywała Ukrainka Swieta, niby gosposia, ale tak naprawdę i od lat pełnoprawny domownik "Malwiny". W kucharzeniu pomagała jej pani Emilia Ostrowska, babcia Ani, która po śmierci męża przeniosła się do wnuczki w ucieczce przed bolesną samotnością. Tak więc Ania niewiele miała do roboty w domu, a zwłaszcza w kuchni. Często tego żałowała, bo podczas domowych zajęć najlepiej odpoczywała. Bywało, że odkurzając mieszkanie, czyszcząc srebrne sztućce, czy wyrabiając ciasto drożdżowe przychodził jej do głowy pomysł na wykonanie utworu. I to najlepszy ze wszystkich, jakie jej do głowy przychodziły.
Tego jednak dnia obiad był już całkiem gotowy. Rosół z makaronem, zrazy z wieprzowych polędwiczek w sosie grzybowym, do tego kasza gryczana, ponieważ przepadał za nią Janek Guttry, mąż Ani. I szarlotka z kruszonką, ponieważ przepadała za nią Ania.
- Usmażę naleśniki - powiedziała Ania. - Będą na kolację albo na jutro.
Swieta przyglądała jej się spod oka. Smażenie naleśników na dzień następny nie miało kulinarnego sensu, ale Ania wyglądała tak markotnie, że Swieta zrezygnowała z pouczeń. Wytarła ręce i wyniosła się z kuchni.
O piątej po południu wrócił Janek. Ania od razu poskarżyła się na swoje niepowodzenie ze Strawińskim. Mąż nie wydawał się przejęty. Wiedział, że Ania tak, czy siak, ale w końcu ze Strawińskim sobie poradzi. Bo zawsze sobie radziła z dziesiątkami innych kompozytorów i ich utworów. Choć zwyczajowo biadała, że sobie nie poradzi.
Pocałował ją. Dosyć zdawkowo.
- Będziesz grała dla fizyków, a nie melomanów. Myślisz, że któryś z nich potrafi odróżnić Strawińskiego od Skriabina?
- Einstein - odrzekła - na pewno by odróżnił.
Janek uśmiechnął się.
- To i Einstein będzie na tym kongresie i koncercie?
Nie pocieszył jej, ale przynajmniej rozśmieszył.
Zjedli obiad we czwórkę. Wstając od stołu raz jeszcze pocałował żonę. Tym razem mniej zdawkowo.
- Całusy należą się Swietce i babci - powiedziała Ania. - To one pitrasiły, podczas gdy ja mordowałam się ze Strawińskim.
Po obiedzie Janek poszedł do swojego gabinetu, aby pomordować się ze swoimi prawniczymi papierami. Ania wzięła psy i poszła do lasu. Bywało, że nie tylko w kuchni i nie tylko podczas robienia porządków w szafie, ale i podczas spaceru nachodziła ją iluminacja.
Tym razem jej nie naszła. Ania wróciła do domu i sięgnęła po swoje ostatnie koło ratunkowe. Zatelefonowała do Mateusza Gillera. Kiedyś rolę takiego koła pełnił jego ojciec, a jej ojczym Marek Giller. Ania straciła własnego ojca, kiedy miała osiem lat i myślała, że już nikt i nigdy go jej w niczym nie zastąpi. Potem się przekonała, że Marek Giller potrafi to zrobić. Ale od kiedy zamieszkał w Austrii, a ona wyszła za mąż i mieszkała w Polsce, nie był już zawsze do jej dyspozycji i pomocy.
Mateusz, jego syn z przedmałżeńskiego związku, wydawał się najpierw fizycznym, a potem także psychicznym klonem swego ojca. Jako wyrostek był wprawdzie arogancki, dziki, zamknięty w sobie i nieprzewidywalny w zachowaniach, ale Ania już wtedy bardzo go lubiła i bardzo ceniła jego muzyczne zdolności. Był w jej mniemaniu talentem, jaki zdarza się raz na lat kilkadziesiąt. A może i jeszcze rzadziej.
Mateusz nie chciał jednak zostać wirtuozem fortepianu. Ba, nie chciał nawet zostać muzykiem. Pod wpływem perswazji ojca i Ani zdecydował się na studia w konserwatorium. Ale nie w klasie fortepianu, tylko na wydziale reżyserii dźwięku. Ania miała jednak cichutką nadzieję, że z czasem Mateusz doceni sam siebie i zechce grać. Także przed publicznością i dla publiczności. Czyli zawodowo.
Ale te nadzieje spełzły nagle i na niczym. Po zimowych, przedmaturalnych feriach, spędzonych u ojca w Steindorfie, Mateusz oświadczył, że kończy swoją, jeszcze nie rozpoczętą, muzyczną karierę. I będzie zdawał na medycynę. Aby w przyszłości zostać lekarzem. Z taką samą, jak ojciec specjalnością - ginekologa-położnika.
Anna dziwiła się tej zaskakującej decyzji. Potem dowiedziała się od ojczyma o samochodowym karambolu pod Klagenfurtem, podczas którego Marek Giller wykonał cesarskie cięcie u martwej, ciężarnej kobiety, leżącej na mokrym asfalcie. Jego jedyną asystą był wówczas dziewiętnastoletni syn. I to był jakoby ten moment zwrotny w życiu Mateusza, kiedy przewartościował swoje wcześniejsze dążenia i marzenia. I kiedy objawiło mu się dążenie i marzenie, o którym nigdy przedtem nie myślał.
Teraz był na trzecim roku medycyny i wydawało się, że jest już w swoim marzeniu i dążeniu całkowicie utwierdzony.
Marek Giller miał w związku z tą nieoczekiwaną decyzją syna ambiwalentne uczucia. Z jednej strony bardzo bolał nad jego zaprzepaszczonym talentem muzycznym. Z drugiej cieszył się, że ma komu przekazać swoją medyczną wiedzę i doświadczenie. No i - last but not least - swoją prywatną klinikę w Klagenfurcie. Oddziedziczoną, tak jak zawód, po własnym ojcu.
Ania nie miała ambiwalentnych uczuć. Wiedziała, że dobrych, bardzo dobrych, a nawet znakomitych lekarzy może być i jest wielu, natomiast talent muzyczny objawia się nieprawdopodobnie rzadko. Ale nie przestała lubić Mateusza. Często chodzili razem na koncerty i razem słuchali muzyki. Mateusz był też z reguły pierwszym słuchaczem i krytykiem jej nowo-granych utworów. I doradcą w takich dniach, jak ten.
Zatelefonowała do Mateusza. Był w swoim mieszkaniu.
- Nie radzę sobie ze Strawińskim - powiedziała.
Nie uwierzył.
- E, tam. Na pewno sama siebie się czepiasz. I na pewno bez powodu.
- Nie czepiam się. Mógłbyś przyjechać i posłuchać?
- Mógłbym, ale zaraz. Bo potem mam dyżur w pogotowiu. A jutro zajęcia. Od rańca.
- Przyjedź.
Przyjechał. Ania spytała, czy jest głodny. Był. Nawet bardzo,
- Nie możesz sobie znaleźć dziewczyny, która potrafi gotować? Chcesz żyć pizzą i odgrzewanymi pierożkami z garmażerii? I tajskimi zupkami z proszku?
Roześmiał się.
- Nie mogę.
Ona też się roześmiała.
- Znaleźć odpowiedniej dziewczyny? Czy żyć na tajskich zupkach?
- Znaleźć dziewczyny. I żyć na tajskich zupach.
Zjadł to, co zostało z obiadu. Z wielkim apetytem. Czyli - jak zawsze.
Potem przeszli do salonu i Ania usiadła do fortepianu. Mateusz słuchał uważnie. Kiedy skończyła, powiedział:
- Trzy, cztery akordy w środkowej części. Można by chyba inaczej.
Zamiast się zmartwić, Ania się ucieszyła.
- No i sam widzisz. To właśnie mi nie wychodzi. I coraz bardziej mi nie wychodzi.
Mateusz wziął nuty. Usiadł przy fortepianie. Podumał. Spróbował zagrać. Najpierw cicho, wolno, wsłuchując się w każdy dźwięk. Jakby smakując każdy dźwięk.
- Ja bym to tak..
I zagrał ten fragment, który - teraz już ich wspólnym zdaniem - wymagał korekty.
Ania aż jęknęła z zachwytu.
- To ty powinieneś to zagrać. Ty to czujesz.
Uśmiechnął się do niej, a ona zaczęła się zastanawiać od kiedy Mateusz zaczął się uśmiechać. Nie tylko do niej. Ale w ogóle. Bo kiedyś się nie uśmiechał, a jeśli próbował, to był to raczej grymas niż uśmiech. A teraz uśmiechał się jeśli nie bardzo często, to jednak i nie bardzo rzadko.
- Ty też to czujesz - powiedział.
Miał rację. Bo teraz, kiedy wysłuchała jego interpretacji, nagle pojęła jak należy t o zagrać. Nie zamierzała naśladować stylu Mateusza, ale wiedziała, jak ona powinna t o zagrać. Usiadła przy fortepianie.
- Tak? - spytała.
Ale wiedziała, że tak.
Mateusz pochylił się nad jej głową, muskając brodą jej włosy.
- Tak - odrzekł.
Głos miał dziwnie zmieniony, ale Ania nie myślała teraz o jego głosie. Przeżywała słodycz swego sukcesu. Udało jej się zagrać utwór tak, jak według niej zagrać go należało.
Janek stanął w drzwiach salonu.
- No i? - spytał.
- Mateusz od razu wiedział to, nad czym ja się biedziłam i biedziłabym się nadal - powiedziała Ania. - Doprawdy nie wiem...
Obaj mężczyźni roześmieli się. Bo obaj znali dalszy ciąg jej wypowiedzi. Powiedziałaby, że nie rozumie, jak ktoś tak utalentowany muzycznie może zamienić fortepian na fotel ginekologiczny. Naprawdę tego nie rozumiała i powtarzała wciąż i wciąż. Bez skutku. Bo Mateusz nigdy jej tego, jak tak można nawet nie próbował wyjaśnić.
- Zostaniesz na kolacji? - spytał Janek. - A przynajmniej napijesz się ze mną dobrego wina? Dostałem od klienta znakomity rocznik Pinot Blanc d'Alsace.
- Chętnie bym został i jeszcze chętniej się napił Pinot Blanc d'Alsace. Ale o dziesiątej muszę być na Hożej. Mam nocny dyżur w pogotowiu. No i jestem samochodem. Alkohol więc odpada z kilku naraz powodów.
Rozdział 3
Mateusz poznał Anię Guttry kiedy miał szesnaście lat. I wielką, choć całkiem nieuświadomioną gotowość do zakochania się. Tyle, że w jego bliskim, dalszym i najdalszym otoczeniu nie było ani jednego damskiego obiektu, w którym mógłby się zakochać. Ania była starsza od niego o lat sześć lat, a więc na tyle młoda, aby mogła podobać się wyrostkom, a jednocześnie na tyle dojrzała, aby wyrostkom podobać się bardzo. W każdym razie Mateuszowi bardzo się spodobała
Teoretycznie była jak najdalsza od ideału dziewczyny, jaki roił mu się w głowie. Wydawało mu się, że dziewczyna idealna lub choćby do ideału przybliżona nie powinna być całkiem głupia, ale przede wszystkim chętna do przeżywania fizycznych miłosnych uniesień. Wielkich i częstych. Czyli takich, jakich on wówczas potrzebował.
Matka Mateusza, która znała Anię w jej wczesnym dzieciństwie, mówiła o niej, że jest "pastelowa". Dwudziestokilkuletnia Anna Guttry nic a nic ze swojej pastelowości nie utraciła. Była subtelna jak pudrowe portrety Wyczółkowskiego. I jak jej własny, też pastelowy, wiszący w salonie "Malwiny. Autor obrazu zatytułował go "Muzyka" i na pierwszym planie umieścił klawiaturę, faliście układającą się w rodzaj niby-partytury. Ania znajdowała się w tle. Niezbyt wyraźna, ale przez to właśnie najprawdziwsza. Taka, jaką była. Przynajmniej dla Mateusza.
Teraz znał ją już prawie siedem lat i nadal była dla niego bardziej zjawiskiem niż realną kobietą. Ale kochał ją całkiem realnie i coraz bardziej. I już zupełnie nie po cielęcemu. Całkiem po dorosłemu. Aż za bardzo po dorosłemu.
Ania była pasierbicą jego ojca. Czyli nie była z Mateuszem spokrewniona, a jedynie spowinowacona. Jego ojciec miał z matką Ani troje dzieci, które były przyrodnim rodzeństwem i jego, i jej. Może dlatego także i ich często uważano za rodzeństwo. Mateusz zawsze zżymał się, kiedy mówiono o Ani "twoja siostra". A do niej o nim "twój brat". A najbardziej się zżymał, kiedy Ania traktowała go jak brata. I nie było dla niego żadną pociechą, że uważała go za brata równie bliskiego jej sercu jak Piotra Guttry, czyli brata rodzonego.
Kiedyś doradcą, powiernikiem i autorytetem w sprawach muzyki był dla Ani ojciec Mateusza. Teraz stawał się i stał Mateusz. Ostatnia prośba, aby jej pomógł w przezwyciężeniu trudności interpretacyjnych Sonaty f-moll Strawińskiego świadczyły o tym bardziej niż dobitnie.
Ania była mężatką i zdawała się być szczęśliwą mężatką. Nigdy o swoim małżeństwie z Mateuszem wprawdzie nie rozmawiała, ale choćby brak ochoty i potrzeby takiej rozmowy przemawiał za tym, że Ania żyła w udanym związku.
Kochając się w Ani Guttry i pragnąc Ani Guttry Mateusz nie żył jednak jak pustelnik. A nawet żył w całkowitym rozbracie z pustelnictwem i celibatem. Króciutki przerywnik w jego nieuporządkowanym, chaotycznym życiu seksualnym stanowiła Weronika. Poznał ją w Instytucie Onkologii, gdzie przeżył swój chorobowy epizod, zakończony pełnym happy-endem. Weronika miała mniej szczęścia, a tak naprawdę nie miała go w ogóle. Po kilkumiesięcznym, bardzo ważnym dla nich obojga romansie, zmarła. Bardzo mu jej brakowało, ale nie opłakiwał jej w taki sposób, jak to opiewają poeci. Po jej śmierci sypiał z wieloma dziewczynami, czasem trochę, a czasem całkiem przypadkowymi. Podświadomie porównywał je z Weroniką i te porównania zawsze wypadały na ich niekorzyść. Choć większość była od Weroniki o wiele bardziej atrakcyjna fizycznie i bardziej łóżkowo sprawna. Dlaczego mimo to bardziej odpowiadała mu krucha i - podobnie jak Ania - "pastelowa" Weronika, nie miał pojęcia.
Była jeszcze jedna dziewczyna, z którą się kilka lat temu zaprzyjaźnił, ale z którą nie sypiał. I nie wiedział, dlaczego z nią nie sypiał. Choć wiedział, że ona była na to gotowa i do tego chętna. Ale jemu wydawało się, że jest warta czegoś więcej, a nawet znacznie więcej niż tylko fizycznych zbliżeń. Ale nie wyobrażał sobie Irminy w roli żony. Przynajmniej na razie. Czyli w wieku dwudziestu dwóch lat.
Ania zatelefonowała po tygodniu.
- Będziesz mógł mi towarzyszyć na tym koncercie? - spytała. - Niby wszystko jest już w porządku i nawet ja jestem z siebie zadowolona, ale czułabym się lepiej i pewniej, gdybyś był na sali. Dla większości, a może i dla wszystkich moich słuchaczy, wart posłuchania będzie pewnie tylko Szopen. Wątpię, aby ktokolwiek docenił Strawińskiego, albo potrafił ocenić moją interpretacje jego sonaty. Więc tak naprawdę nie mam dla kogo jej zagrać. A gdybyś był, grałabym dla ciebie.
- Przyjdę - obiecał.
Nie dodał: "Oczywiście, że przyjdę", ani: "Przyjdę z największą radością", ani niczego w tym rodzaju. Usłyszał w słuchawce pełne zadowolenia westchnienie:
- Cieszę się. Naprawdę się cieszę. Nom to do zobaczenia.
Ania naprawdę się cieszyła, więc i on się cieszył. I też naprawdę.
Tak, jak przewidywała, Szopen w jej wykonaniu bardzo się uczonym fizykom spodobał. Ale - czego nie przewidziała - uczonych fizyków jeszcze bardziej zainteresował Strawiński. Mateusz widział i czuł panujące na zamkowej sali skupienie i słyszał tą szczególną ciszę, jaka towarzyszy zasłuchaniu. Był ogromnie ciekaw środkowej części sonaty. Ania zagrała ją wprawdzie po swojemu, ale on zdawał sobie sprawę, że wywarł wpływ na sposób jej gry. Mało kiedy czuł się tak usatysfakcjonowany i dumny. Na bis Ania wykonywała ostatnio jeden z nieznanych utworów Tekli Bondarzewskiej. Słuchacze z reguły nie mieli pojęcia o istnieniu tego wdzięcznego muzycznego dziełka, a rzadko także i jego autorki. Ale ponieważ tym razem słuchaczami byli prawie sami mężczyźni, Ania zagrała sonatę Szymanowskiego. I intuicyjnie utrafiła w ich gusta.
Darmowy fragment