Pastrami - Malcolm XD

Kup ebooka

27.99 zł
23.23 zł (19,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Tekst i kontekst

Dzień dobry, chciałabym wytłumaczyć państwu, czemu wydawnictwo W.A.B. postanowiło wydrukować internet.

Po pierwsze, dlatego że nadal panuje kult papieru. To, co jest wydrukowane, ma większą wagę od tego, co przesuwamy palcem w komórce. Sama się dziwię, że nadal tak jest, ale jednocześnie cieszę się, że nie spalono bibliotek i nadal ktoś chce ślinić palec, żeby przewrócić kolejną stronę. To pewnie kwestia jakiegoś poligraficznego fetyszu oraz tęsknoty za starą, dobrą klasą inteligencką, co to zawalała M2 tonami pism literackich i woluminów.

Poza tym wydanie książki to jednak prestiż - co niezmiernie szokuje w kraju o tak niewielkim zainteresowaniu literaturą. Słyszy się nawet, że więcej osób pisze, niż czyta, ale tak mówią chyba ci, którzy wstydzą się swojego piśmienniczego nieogarnięcia. Ale jednak jest chyba wciąż tak, że prawie każdy chciałby zobaczyć swoje nazwisko na okładce książki. Magia wydruku, czar powagi, bo jednak co napisane, to podobno prawda. Powstają więc kolejne tomy poradników w stylu Jak pić wodę? i Jak nie mieć depresji? (tu zdradzę odpowiedź na ostatnie pytanie: po prostu być szczęśliwym i dużo się uśmiechać). Od kilku lat w Polsce trwa prawdziwa produkcja wydawnicza, co dość radykalnie obala tezę o niskim czytelnictwie. Ale uwaga - w morzu miliona niepotrzebnych książek twórczość Malcolma XD jest sprawą naprawdę wyjątkową. Nie są to wprawdzie kołczingowe złote myśli do powieszenia na lodówce ani kolejne przepisy na kanapkę z bezglutenowym serem, ale będziecie usatysfakcjonowani. Może nawet zdziwieni.

Bo (po drugie) internetowe pasty to nowy gatunek literacki. Ma swoje reguły, które streścić można następująco: są absurdalne, anonimowe, pełne emotikonów, rozpowszechnianie metodą kopiuj-wklej (stąd nazwa od angielskiego copy-paste), memogenne oraz pisane (zwykle) w pierwszej osobie. Dotyczyć mogą dowolnego tematu i często w trakcie narracji temat ten gubią. Mimo wszystko mają pewną strukturę, może trochę rodem z powieści szkatułkowej. Zbliżają się tym samym do tradycji oratorskiej, gdzie poznajemy historię w formie swobodnej wypowiedzi przekazywanej nam przez "opowiadacza". Z pastą jest trochę tak, jakby na imprezę przybył posłaniec, po czym wygłosił przemowę o tym, co wydarzyło się nieopodal. Albo nie: jakby pijany koleś przysiadł się do nas w barze i zaczął od tego, że "nie uwierzysz, co mi się przytrafiło". Dobra pasta ma to do siebie, że od pierwszego zdania trzyma nas za gardło i sprawia, że w sekundę wskakujemy w wykreowany świat. Mało tego - zostajemy w nim, mimo że coraz mniej rozumiemy. Nieważne, czy konstrukcja się klei, czy ma to w ogóle sens i czy mogłoby wydarzyć się naprawdę. Prawda nie ma tu nic do gadania, to nie reportaż, chociaż pewnie mógłby być to reportaż fikcyjny, gdyby nie to, że wszystko jest wymyślone. A może nie? Wolę nawet się nad tym nie zastanawiać, bo przecież pisarzom nie płacą za prawdę.

Ważny jest element oszołomienia. Nic tu się nie klei, jedno wynika z drugiego na zasadzie luźnego skojarzenia i umownego powiązania. Co chwilę mamy ochotę zapytać: "Że co?" i oczywiście nie wiadomo potem co, więc po prostu czytamy dalej. Ku naszemu zaskoczeniu puenta pasty jest zwykle klarowna o tyle, że spina całość i nagle wszystko wydaje się jasne. Jednak mimo tego nagłego olśnienia nie opuszcza nas przyjemny efekt skołowania.

Odczuwamy go tym bardziej, im dłuższy jest tekst. To szczególnie ciekawe, bo przecież pasty narodziły się z krótkich komentarzy, powielanych w wielu formach w trakcie dyskusji w sieci. Potem jednak rozrosły się w miniopowiadania, aż wreszcie rozwinęły w pełnoprawne powieści.

I tu przechodzimy do trzeciego punktu wyjaśnienia: bo nie wystarczy być internetowym śmieszkiem, aby unieść dobrą pastę. O ile kaskada humoru sprawdzić się może w krótkiej formie, o tyle forma dłuższa staje się testem umiejętności narracyjnych i tego, co tak naprawdę chce nam powiedzieć autor czy autorka. Znam wiele przykładów chybionych debiutów literackich, w których facebookowa gwiazda po pięciu stronach okazywała się zwyczajnie nudna. Talentu nie starczało na coś dłuższego niż zabawny post.

Jeśli, podobnie jak ja, z podejrzliwością patrzycie na próby przeniesienia twórczości internetowej do książek, nie musicie się lękać Malcolma XD, bo już jego debiutancka powieść, Emigracja, pokazała, że autor potrafi sprostać dłuższej formie. Radzi sobie co najmniej dobrze z pociągnięciem spójnej historii, niebędącej zbiorem przypadkowych wpisów.

Może trochę więc o samej Emigracji. Główny bohater wyjeżdża z małego miasteczka do Londynu, aby zarobić pieniądze. Jeśli w tym momencie zaczynacie ziewać i przewracać oczami, to proszę przestać, bo może temat nie jest specjalnie oryginalny, ale już sposób jego opisania - i owszem. Styl luźny, potoczny, gawędziarski. Narrator sympatyczny i skromniuchny, przygody akuratne. Ale nawet nie o to tu chodzi. Głównym składnikiem jest bowiem humor. Wiem, rzecz subiektywna: jednych śmieszy, drugich zniesmacza, a inni w ogóle nie wiedzą, o co chodzi. Dla mnie jednak Malcolm XD jest na tyle zabawny, że nie mogę czytać go w miejscach publicznych. W ciągu ostatnich kilku lat opublikował w sieci kilkadziesiąt krótkich opowiadań, które przyciągnęły przed ekrany ponad 2 miliony czytelników. To on stworzył kultową już historię o ojcu wędkarzu (zekranizowaną!), wprowadzając tym samym pure nonsens na szeroką skalę. Można powiedzieć, że jego powieść jest kontynuacją właśnie tego sposobu pisania. Rzadko na polskim rynku pojawia się bowiem tekst, który jest o czymś ważnym (i w sumie poważnym), a na dodatek wywołuje głośny śmiech.

Niektórzy krytycy i krytyczki literackie zwykle nie wiedzą też, co zrobić ze śmiesznym tekstem - jest podejrzany. Lubimy bowiem w polskiej literaturze traumy, krew i ogólny dół. Wszystko, co ma lekką formę (chociaż, podkreślam, niekoniecznie lekki temat), od razu jest klasyfikowane jako coś z rejestrów kultury niskiej. Tak, w XXI wieku nadal używa się tego sformułowania, chociaż sto razy zostało napisane, że dotychczasowe formułki i definicje już dawno zatraciły swoje znaczenie. Popkulturowy tygiel wymieszał dokładnie wszystko, więc nie ma sensu siedzieć jak Kopciuszek i wydłubywać poważne z radosnego i na odwrót. Wszystko można bowiem znaleźć w jednym tekście i - jak to jest w przypadku choćby Malcolma XD - nie przykładać zbytniej wagi do klasyfikowania tego, co czytamy. Czy jest wygłupem, pastiszem, kiczem czy wzniosłym portretem współczesności. Dokładnie tak, jak sam pseudonim: nie wiadomo, czy to nawiązanie do polityczności Malcolma X, czy raczej XD w wersji glamour. Subwersywne zabawy ze znaczeniami to klasyczny wręcz znak, że nie dojdziemy do tego, co jest na serio, a co dla beki. No i bardzo dobrze.

Śledząc rozwój literacki autora na podstawie dat zamieszczania poszczególnych tekstów, możemy zobaczyć ogromną zmianę. To już nie jest (nieco chaotyczny) zbiór zdań z zabawną puentą, ale przemyślany utwór z narracją prowadzoną coraz bardziej świadomie. I chociaż tematy pozostają podobne, to jednak od 2012 roku wiele się zmieniło. W tekstach nowszych dużo bardziej odczuwalna jest większa samoświadomość autora, a nawet nawiązanie do samego aktu pisania i twórczości na poważnie.

Teraz punkt czwarty: anonimowość. Moim zdaniem strategia ukrywania prawdziwych personaliów autora jest wywrotowa. A w kulturze autopromocji i lansu jest to metoda jakkolwiek trudna trudna. Z Malcolmem XD nie można sobie zrobić selfie. Nie rozpoznamy go na festiwalu czy targach książki, ponieważ jego wizerunek i nazwisko są zastrzeżone. Tym samym liczy się tylko tekst i to, co dla nas znaczy. Cieszę się, że Polska wreszcie doczekała się tak tajemniczego autora. Podobnie jak u włoskiej pisarki Elleny Ferrante czy amerykańskiego literata Thomasa Pynchona zastanawiamy się, kim jest dostarczyciel wartościowego kontentu. W internecie właściwie nie ma to znaczenia, szczególnie w wypadku past, które żyją własnym życiem, a prawa autorskie mają tu raczej drugorzędne znaczenie. W literaturze jednak stanowią zagwozdkę. Trudno jest bowiem oddzielić zupełnie autora od tekstu, a co za tym idzie - od kontekstu. Przecież wszyscy lubimy czytać daną opowieść przez pryzmat osoby autora. I nawet jeśli ten zaklina się w telewizji śniadaniowej, że jego pisanie jest fikcją, to uśmiechamy się pod nosem i śledzimy wszelkie przejawy potencjalnego autobiografizmu.

W wypadku Malcolma XD jest to zadanie trudne, bo nie mamy żadnych, prócz pseudonimu, poszlak. Historia opowiedziana przez niego (zaraz, zaraz, a może nią?) w Emigracji może być przecież stuprocentową fikcją. Nie powinno to oczywiście zmieniać jej ogólnego odbioru. W przypadku niniejszego zbioru past sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, ponieważ mamy ileś tam oddzielonych od siebie fabuł. Niby można pokusić się o wyodrębnienie wspólnych cech narratora, ale będzie to raczej intuicyjna gierka studentów polonistyki. Skoro nie znamy twarzy czy choćby wieku pisarza, to co nam pozostaje? Ano tekst nam pozostaje, więc się bawmy. Bo tu jak u żadnego innego pisarza czy pisarki działa hasło: "Jesteś tylko tym, co napiszesz".

Ktoś złośliwy powie, że anonimowość to w gruncie rzeczy bardzo dobra strategia promocji. Bo jest niczym zarzucenie haczyka na czytelniczy rój, który zastanawiać się teraz będzie, podobnie jak w przypadku Banksy'ego, kim jest autor. Gdzie mieszka, co robi, jak wygląda? Zaczyna się więc robić szum, a to obecnie podstawowe źródło radości działów PR. Cóż, w wypadku Malcolma XD tego typu zamęt jest raczej kwestią drugorzędną i nie przesłoni wartości jego tekstów.

Co my więc mamy na literackim talerzu? I niech to będzie punkt piąty, który ma na celu wytłumaczenie niniejszej publikacji.

Znajdziemy obrazki codzienności, takie jak zebrania spółdzielni w związku z remontem windy lub kanalizacji (z porównaniem ludzkości do unijnych ogórków oraz szukaniem złota i pożydowskich wibratorów), scenek jak z koszmarów w paście o Zawiślakach, kiedy następuje nieoczekiwany powrót do szkoły, czy zagranicznych przygód (Waszyngton, DC lub Budapeszt - Warszawa) i rodzimych historii (pasta o Wojskach Obrony Terytorialnej w Borach Tucholskich, Mołdawianach, ale i o emerycie w narzędziowym). Plus bardzo dużo szalonych zwrotów akcji, które zaburzają i tak niełatwe życie poczciwego bohatera. Perturbacje są na wyciągnięcie ręki, co sprawia, że opisane awantury i wybryki są pozornie dostępne dla każdego z nas. Trochę fajnie, trochę strasznie. Potencjalnie wszyscy moglibyśmy mieć takie przygody, tylko po pierwsze, czy umielibyśmy je tak ciekawie opisać, a po drugie, czy w ogóle zauważylibyśmy, że wokół nas zdarza się coś niesamowitego?

Punkt szósty mojego wywodu jest dość śmiały, przyznaję. Brzmi on: Malcolm XD bawiąc, uczy. Te wszystkie kolorki zwyczajności i przaśnych krajobrazów robią z czytelnika lub czytelniczki osobę uważną i łasą na krejzolskie sytuacje. Może dzięki lekturze ktoś wreszcie dostrzeże, że niby żyjemy w dziwnym świecie, gdzie niby nie dzieje się nic niesamowitego, a potem jednak się okazuje, że głupie wyjście do sklepu to materiał na pięć stron tekstu. I co z tego, że cztery z nich są zmyślone? Nieważne, oby się tylko dobrze opowiadało. Codzienne smaczki czekają tylko na to, by je upublicznić, i nie ma znaczenia, czy dana sytuacja była naszym udziałem, czy też tylko nam się tak wydawało. Uwrażliwienie na absurd, ironię, dziwność jest być może dodatkiem do "po prostu śmiesznej historyjki". Dla mnie jednak bardzo wartościowym.

Nieważne przecież, czy czytamy coś w sieci, czy na papierze. Chodzi o poznawanie nowych obszarów wyobraźni - zarówno cudzej, jak i własnej. I tego sobie i państwu życzę.

Dziękuję za uwagę.

Sylwia Chutnik

Bory Tucholskie

22.08.2017

Wspominałem wam kiedyś, że jestem wielkim fanem turystyki rowerowej w wymiarze krajowym. W zeszłym tygodniu złożyło się tak, że podróżowałem w okolicach Torunia. Te wojaże zazwyczaj przebiegają mi bardzo sielankowo, aż do momentu, w którym dzwoni jakiś mój ziomek i mówi, że gdzieś jest jakaś inba i żebym przyjeżdżał - tak jak w lipcu nad morzem. Nie inaczej było i tym razem, dzwoni koleżka, co jest, czy tam był, harcerzem, że jest na akcji pod Chojnicami, bo tam jest kurwa klęska żywiołowa, cały powiat rozpierdolony i każde ręce do pracy się przydadzą, a słyszał, że ja jestem gdzieś w okolicy. Muszę zaznaczyć, że nie ma przypadku w tym, że znajomi do mnie dzwonią w takich sytuacjach, bo ja okazji na tego typu akcje nigdy nie przepuszczam, co zresztą nie raz wpędziło mnie w kłopoty. Co do tej klęski, to nie miałem zbyt wiele informacji, bo w czasie podróży nie mam zbytnio dostępu do mediów, tylko mi jakiś typ pod sklepem mówił, że gdzieś były jakieś wichury.

Ogólnie było tak, że w Borach Tucholskich przyszła megakurwaburza, połamało ileś tam tysięcy hektarów lasu, ludzi pozabijało, poniszczyło domy itd. Ten koleżka mi powiedział, że mam przyjeżdżać do miejscowości o nazwie Rytel i tam szukać jego albo jakiegoś Zbigniewa, co jest koordynatorem którejś tam ekipy - nie wiem zresztą, bo miałem słaby zasięg. Spod tego Torunia to miałem na miejsce akcji ponad 100 kilometrów, więc jako że na rowerze bym jechał z półtora dnia, to poleciałem po prostu na najbliższą stację benzynową i podbiłem do typa, co tankował dostawczaka.

PANIE KIEROWCO, GDZIE PAN JEDZIESZ, JA DO RYTLA MUSZĘ SZYBKO, BO TAM KATASTROFA, A JA MAM BYĆ WOLONTARIUSZEM, WEŹ MNIE PAN CHOCIAŻ KAWAŁEK PODRZUĆ.

MŁODY NIE MUSISZ TŁUMACZYĆ, ŁADUJ TEN ROWER, JA CIĘ NA SAMO MIEJSCE ZAWIOZĘ. JA TAM MAM CIOTKĘ, TAM JEST KURWA SYRIA!

Ten dostawczak to była chłodnia, a typ tak nią leciał, że byliśmy tam w nieco ponad pół godziny, aż mi wyroby mięsne pospadały ze skrzynek na rower xD. Po drodze mieliśmy takie widoki, że faktycznie się poczułem jak w Syrii, bo momentami to po kilka kilometrów były obszary, że kamień na kamieniu ani patyk na patyku nie został, rozpiździel totalny, ludzie potracili dorobek życia, a niekiedy to i życie.

Dojechaliśmy, dostawca mnie wyrzucił na jakiejś ulicy, zbiliśmy pionę i pojechał. Przypiąłem rower do płotu, idę szukać tego mojego ziomka harcerza albo tego słynnego Zbigniewa. W tej miejscowości rozstawiony kurwa sztab kryzysowy, wszędzie latają jacyś strażacy, harcerze, wojsko z ciężkim sprzętem - widać, że wszyscy poza mną doskonale wiedzą, co robią. Nagle mnie łapie jakiś typ w kamizelce odblaskowej

TO TY JESTEŚ OD TYCH PILARZY Z NADLEŚNICTWA?!

Jeszcze nie zdążyłem się zastanowić, kim w ogóle są pilarze, a on już sobie odpowiedział

KURWA CZŁOWIEKU, TO WSKAKUJ NA PAKĘ, BO JUŻ ODJEŻDŻAMY! STARE BOROWICE CIĄGLE ODCIĘTE OD ŚWIATA! LAS NA DRODZE!

i mi ściąga plecak i wrzuca na jakąś ciężarówkę wojskową, co stała obok, to - chcąc nie chcąc - też tam włażę, chociaż oszołomiony byłem, jakbym się piwa napił. Na górze siedziało już z 20 osób - strażacy, wolontariusze, żołnierze, typ jebnął w szoferkę, DAWAJ JEDZIEM, no i jedziemy.