Pastores 77 (4) 2018 - Zespół Redakcyjny

-
Proszę czekać

Artykuły

KS. WALDEMAR CHROSTOWSKI

Na rozstajach wiary i zwątpienia

Po mowie eucharystycznej Jezusa wygłoszonej w synagodze w Kafarnaum (J 6,26-59), z odpowiedziami na pytania słuchaczy, następuje jeden z najbardziej dramatycznych epizodów opisanych w Ewangelii według św. Jana. Najpierw pojawia się szemranie wielu z nich, wyrażające zwątpienie: "Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?" (6,60), zaś po dopowiedzeniu Jezusa obnażającym tę niewiarę następuje lakoniczne stwierdzenie: "Od tego czasu wielu uczniów Jego odeszło i już z Nim nie chodziło" (6,66). Kryzys, który boleśnie daje znać o sobie, dotyczy nie przypadkowych osób, lecz tych, którzy byli świadkami znaków, jakich Jezus dokonywał, i słuchaczami Jego wzniosłych nauk. To wskazuje, że zwątpienie i niewiara sprawiają szczególnie dotkliwe konsekwencje, gdy wdzierają się do wnętrza tych, którzy idąc za Jezusem, otrzymali więcej niż inni.

Czyż i wy...?

Ewangelista Jan nie zostawia wątpliwości, że już na wczesnym etapie życia i działalności Jezusa istniało rozróżnienie: lud - grono świadków - Dwunastu. Zainteresowanie Jezusem i Jego orędziem okazywała tak wielka liczba ludzi, że stanowili tłum. Wzmogło się to jeszcze bardziej po cudownym rozmnożeniu chleba i ryb (6,1-13), gdy chciano Go obwołać królem (6,15). Ale było tak nie tyle ze względu na Jezusa, ile z uwagi na nadzieję na kolejne cuda, które przynosiłyby ich świadkom wymierne korzyści. W dialogu ze słuchaczami, jaki miał miejsce w synagodze w Kafarnaum, pojawiają się liczne nawiązania do daru manny zsyłanej na pustyni podczas wyjścia Izraelitów z Egiptu. Przypominając: "Ojcowie nasi jedli mannę na pustyni" (6,31), a działo się to przez 40 lat, słuchacze sugerują Jezusowi, że wychodząc naprzeciw ich potrzebom, nie może poprzestać tylko na tym jednym znaku. Powinien się stale i na nowo uwiarygodniać, zapewniając im, potomkom przodków wyzwolonych z Egiptu, podobnie zasobny byt, jaki przodkowie mieli za czasów Mojżesza. Dotykamy jednego z największych - i częstych - roszczeń, jakie pojawia się u ludzi religijnych: to nie człowiek ma się uwiarygodniać wobec Boga, lecz Bóg jest nieustannie stawiany pod pręgierzem człowieka żądającego ponawiania znaków, ponieważ to, co już otrzymał, nie wystarcza. Mają one polegać na skutecznym działaniu Boga wychodzącym naprzeciw różnym doraźnym potrzebom, od zdrowia po pomyślność i dobrobyt. Jeżeli Bóg działa inaczej, przenosząc swą pomoc na inny poziom, wyższy niż doraźne potrzeby, to pojawia się rozczarowanie i naciski, aby było tak, jak tego chcemy.

Bóg jest nieustannie stawiany pod pręgierzem człowieka żądającego ponawiania znaków.

Nawiązując do dawnego daru manny, Jezus zapowiada absolutnie nowy dar - Eucharystię, w której stanie się obecny w swoim Ciele i swojej Krwi. Słuchacze zrozumieli, że nie przedstawia się im jako nowy Mojżesz, gotowy ponowić cuda z okresu Wyjścia, ale jako Syn Ojca, którego oni wyznają. Rozmowa przenosi się na nowy poziom i dotyczy już nie tego, czego Jezus jest w stanie dokonać, lecz tego, kim On jest. Boska tożsamość Jezusa skrywa się jednak za zasłoną Jego człowieczeństwa i staje się przedmiotem kontestacji: "Czyż to nie jest Jezus, syn Józefa, którego ojca i matkę my znamy? Jakżeż może on teraz mówić: "Z nieba zstąpiłem"" (6,42). Także dzisiaj mnożą się głosy, które sytuują Jezusa wśród wielkich biblijnych bohaterów, a podkreślając wyłącznie Jego człowieczeństwo, odmawiają wiary w Niego. Takie są korzenie wielu kryzysów, które nie omijają również ludzi Kościoła i skutkują stopniową erozją wiary chrześcijańskiej. Prowadzi to do głoszenia takiej Ewangelii, w której centrum nie jest On sam, lecz idee i koncepcje, które wprawdzie potwierdzają Jego atrakcyjność i aktualność orędzia, jakie głosił, ale nie uznają, że istotę chrześcijaństwa stanowi osoba Jezusa Chrystusa.

Niewiara słuchaczy w Kafarnaum i wątpliwości, które z niej wynikają, sprowadzały się do pytania: "Jak on może nam dać swoje ciało do jedzenia?" (6,52). Jezus nie wyjaśnia, jak możliwa jest przemiana dokonująca się w Eucharystii, natomiast mówi o niezwykłych skutkach jej przyjęcia: "Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie" (6,56-57). Eucharystia jest tajemnicą Miłości. Najlepiej rozumieją ją nie ci, którzy o niej debatują, lecz ci, którzy się nią karmią. Największe kryzysy w Kościele mają związek z podejściem do Eucharystii - z uznaniem lub nieuznaniem w niej rzeczywistej obecności Chrystusa. Mowę Jezusa zamyka konkluzja, która nie podsumowuje odbytej rozmowy, lecz otwiera perspektywę wieczności: "To jest chleb, który z nieba zstąpił - nie jest on taki jak ten, który jedli wasi ojcowie, a poumierali. Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki" (6,58).

Eucharystię najlepiej rozumieją nie ci, którzy o niej debatują, lecz ci, którzy się nią karmią.

W tym miejscu pojawia się nowy motyw, a mianowicie kontestacja wielu uczniów. Nie zadowala ich zapowiedź daru otwierającego na życie wieczne. Chcą, by Bóg działał tu i teraz, w obrębie świata, w którym żyją i jaki znają. Pokusa redukowania obecności i działania Boga do wymiarów tego świata jest stale w historii obecna. Na jej przedłużeniu lokują się wołania zobowiązujące Kościół do nasilania przedsięwzięć i akcji charytatywnych, które ulżą doli biednych i uciskanych oraz polepszą samopoczucie tych, którym dobrze się wiedzie. Wołania o chleb i wodę, dach nad głową i bezpieczeństwo nie wolno lekceważyć ani pozostawić bez odpowiedzi, ale nie mogą one przesłonić, a tym bardziej zniweczyć tego, co najważniejsze. Czwarta prośba Modlitwy Pańskiej, obok wymiaru materialnego, ma w greckim oryginale Ewangelii według św. Mateusza wydźwięk eucharystyczny: t?n árton h?mon t?n epioúsion d?s h?min sémeron. Słowo epioúsios, tłumaczone jako "powszedni", "codzienny", występuje w starożytnej grece w zasadzie tylko w nawiązaniach do Eucharystii. Pozbawianie Kościoła i jego misji wymiaru nadprzyrodzonego i redukowanie go do jeszcze jednej, skądinąd potrzebnej i pożytecznej, instytucji dobroczynnej, musi prowadzić do kryzysu i często kończy się odchodzeniem wiernych, którzy nie potrafią otworzyć się na to, co w Kościele naprawdę najważniejsze. W nawiązaniu do upadku ideologii komunistycznej, wyrosłej na kanwie postulatu przywracania sprawiedliwości społecznej, Jan Paweł II wskazał na zjawisko zagłuszania głosu Boga. "Owszem, ta wola zagłuszania głosu Boga jest dosyć programowa: wielu czyni wszystko, aby Jego głosu nie słyszano, aby był słyszany tylko głos człowieka, który nie ma nic innego do zaofiarowania poza doczesnością. A czasem ta oferta niesie z sobą zniszczenie w wymiarze kosmicznym. Czyż to nie jest tragiczna historia naszego stulecia?"1.

Redukowanie Kościoła do jeszcze jednej instytucji dobroczynnej musi prowadzić do kryzysu.

Kontestacja, o której opowiada ewangelista Jan, dotyczy osób, które towarzyszyły Jezusowi, idąc za Nim tak długo, jak długo uważały one, że wychodzi naprzeciw ich oczekiwaniom. Odnajdując Go w synagodze w Kafarnaum, ludzie ci chcieliby powtórzenia, zapewne wielokrotnego, rozmnożenia chleba i ryb. Gdy Jezus wskazuje na inny, znacznie głębszy głód i zapowiada absolutnie nową możliwość jego zaspokojenia, odpowiedzią wielu słuchaczy staje się rozczarowanie i odejście. Tam, gdzie brakuje perspektywy eschatologicznej, wyznawcy Jezusa i Kościół, który ich gromadzi, tracą grunt pod nogami. Miarą właściwej sytuacji w tym względzie jest miejsce, jakie przyznajemy Eucharystii. Pytania o historycznego Jezusa nie ściągają szczególnej uwagi wiernych, problemem jest Jego rzeczywista obecność w Eucharystii oraz Chrystus żyjący w Kościele. Dla nazbyt zaganianych i podatnych na uleganie dyktaturze hałasu i aktywizmu, jaka zewsząd nas otacza i wdziera się także do Kościoła, sprawowanie Eucharystii jawi się jako strata bezcennego czasu, który powinno się przeznaczyć na doraźne inicjatywy i działania. Wzgląd na statystyki i wykresy zastępuje troskę o duchowy stan własnego wnętrza. Nasuwa się też pytanie, czy ludzie Kościoła, zwłaszcza sprawujący sakramenty święte, należycie cenią Eucharystię i prowadzą do niej wiernych.

Patrząc na plecy odchodzących, Jezus dodaje ważne dopowiedzenie: "Oto dlaczego wam powiedziałem: Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli nie zostało mu to dane przez Ojca" (6,65). Wiara w Boga, który najpełniej objawił siebie w Jezusie Chrystusie, nie jest dziełem ludzkim, konkluzją wysnutą z rozumowania ani szczęśliwym przypadkiem, który niezasłużenie staje się udziałem wybranych. Wiara jest łaską, którą otrzymujemy wówczas, gdy ufnie chcemy się otworzyć. Odbywa się to przede wszystkim w ciszy, której siostrami są skupienie, medytacja i modlitwa. W refleksji nad Ewangeliami zwracamy zazwyczaj uwagę na słowa i czyny Jezusa, usuwając w cień albo zupełnie pomijając wzmianki o samotności, której szukał, i modlitwie, którą w ciszy zanosił do Ojca.

Po mowie eucharystycznej narracja św. Jana wyraźnie zwalnia, po czym pojawia się stwierdzenie, że nie tylko tłum wokół Jezusa się zmniejszył, lecz i "wielu uczniów Jego odeszło i już z Nim nie chodziło" (6,66). W reakcji na dotkliwe zwątpienie i masowe odejścia Jezus zwraca się wtedy do Dwunastu: "Czyż i wy chcecie odejść?" (6,67). Oczekuje od nich radykalnie innej reakcji, w której wyrazi się wierność, zaufanie i bliskość.

Do kogóż pójdziemy?

Podobnie jak pod Cezareą Filipową (Mt 16,13-16), to Piotr w imieniu Dwunastu udziela odpowiedzi. Wyraźnie zaznacza się jego rola, a wraz z nią szczególna odpowiedzialność, wyrastająca nie z zachwytu nad tym, czego Jezus dokonał, lecz z uznania tego, kim On naprawdę jest. Kościół opiera się na wierze i świadectwie Piotra oraz jego następców i obficie się nimi karmi. Gdy pojawia się zwątpienie, grożące relatywizmem i nihilizmem, a tym samym nadwyrężeniem wiary i apostazją, wierni muszą posiadać solidny punkt odniesienia i znać drogowskazy, które do niego prowadzą. Patrząc na odejścia od Jezusa, ci, którzy są Mu wierni, stają wobec rozstrzygającego pytania: "A wy za kogo Mnie uważacie?" (Mt 16,15).

Im więcej odejść i im są one boleśniejsze, tym większego znaczenia nabierają słowa, że kto raz wybrał, codziennie wybierać musi. Ten wybór oznacza przede wszystkim ponawianie i potwierdzanie Piotrowego wyznania wiary: "Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego" (Mt 16,16).

Wyznanie Piotra pod Cezareą Filipową natychmiast zostało wystawione na ciężką próbę, bo Jezus, podejmując podróż do Jerozolimy, zapowiada swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie. Piotr, który zupełnie inaczej wyobrażał sobie przeznaczenie i los Mesjasza, woła: "Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie" (Mt 16,22). Nie dopuszcza do siebie myśli o dobrowolnym i zamierzonym przez Boga przyjęciu pogardy, cierpień i śmierci. Tę postawę Jezus skarcił, ale Piotra nie odrzucił. Dominuje ona w dwóch innych religiach monoteistycznych, czyli judaizmie i islamie, dla których Krzyż jest zgorszeniem. Jan Paweł II szukał klucza do jej zrozumienia: "Czyż Chrystus nie stał się "zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan" (1 Kor 1,23)? Właśnie przez to, że Boga nazywał swoim Ojcem, że tego Boga tak bardzo objawiał sobą, iż zaczęto odnosić wrażenie, że za bardzo!... W pewnym sensie człowiek już nie mógł tej bliskości wytrzymać i zaczęto protestować. Ten wielki protest nazywa się naprzód Synagogą, a potem Islamem. I jedni, i drudzy nie mogą przyjąć Boga, który jest tak bardzo ludzki. Protestują: "To nie przystoi Bogu". "Powinien pozostać absolutnie transcendentny, powinien pozostać czystym Majestatem - owszem, Majestatem pełnym miłosierdzia, ale nie aż tak, żeby sam płacił za winy swojego stworzenia, za jego grzech""2.

Na antypodach redukowania obecności i działania Boga do wymiarów i potrzeb świata, w którym żyjemy, plasuje się więc postawa, która eksponuje Jego absolutną transcendencję. Negując możliwość wcielenia Syna Bożego, redukuje Jezusa do wymiarów postaci, które znamy ze Starego Testamentu i późniejszej historii. Również ta pokusa udziela się wielu chrześcijanom, skutkując uznaniem atrakcyjności judaizmu i - rzadziej - islamu. Nie uznaje się jej za tak groźną, jak ateizm, a przecież uderza w samo sedno chrześcijaństwa. Pod pretekstem dialogu międzyreligijnego, który wyznawcy judaizmu i muzułmanie podejmują nie z pobudek teologicznych, lecz zupełnie innych, nierzadko odbywa się rozmiękczanie wiary i moralności chrześcijańskiej. Kontakty i rzetelny dialog między wyznawcami religii monoteistycznych są potrzebne, ale tracą sens, gdy dochodzi do siania zamętu i niepewności. Postrzeganie i przedstawianie Jezusa w sposób, który jest do przyjęcia dla wyznawców judaizmu i muzułmanów, podkopuje i niweczy sam fundament wiary w Niego. Jednym ze skutków staje się przechodzenie chrześcijan na judaizm czy islam, a wtedy negowanie tożsamości Jezusa Chrystusa oraz istoty Ewangelii jest wykorzystywane jako narzędzie antyewangelizacji.

Kontakty i rzetelny dialog między wyznawcami religii monoteistycznych są potrzebne, ale tracą sens, gdy dochodzi do siania zamętu i niepewności.

Jan Paweł II podkreślił: "Kościół, nawet pomimo wszystkich strat, jakie ponosi, nie przestaje patrzeć w przyszłość z nadzieją"3. Ta nadzieja ma racjonalną motywację i przesłanki, co znalazło wyraz w retorycznej odpowiedzi Piotra na dramatyczne pytanie Jezusa: "Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Bożym" (J 6,68-69). Są tacy, którzy twierdzą, że największą życiową przygodą jest ustawiczne poszukiwanie. Radykalną konsekwencję tej postawy stanowi zjawisko określane jako hermeneutyka podejrzliwości. Kiedy jest zaszczepiana chrześcijanom, kieruje część wierzących na bezdroża jałowych dociekań i niesprawdzonych, a nawet niesprawdzalnych idei i koncepcji. Wyznawcy Jezusa Chrystusa znajdują jednak radość nie tylko w szukaniu, lecz przede wszystkim w odkrywaniu prawdy i przylgnięciu do niej. Uznają bowiem, że prawda istnieje, ponieważ istnieje Bóg, który jest Prawdą. Ta wiedza wynika z ufnego zawierzenia Jezusowi i przyjęcia Jego autoprezentacji: "Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie" (J 14,6).

Piotr nie posiadał wykształcenia, nie miał za sobą - tak jak Paweł - rabinackiej szkoły, ani nie zgłębiał rozmaitych nauk, które otwierały przed nim szerokie horyzonty wiedzy. Nie znał skomplikowanych nurtów greckiej filozofii ani rygorystycznych zasad rzymskiej administracji i prawa. Udzielił Jezusowi natychmiastowej odpowiedzi nie dlatego, że rozważając różne możliwości, doszedł do takiego wniosku, ale dlatego, że wybrał Jezusa i Mu zaufał. Aczkolwiek w życiu Piotra, co Ewangelie uczciwie relacjonują, nie zabrakło słabości i lęku, jednak w tej dramatycznej chwili, gdy patrzy na odejścia innych, tym bardziej chce do Jezusa przylgnąć. Ta postawa Piotra była potrzebna tym, którzy potrzebowali świadectwa wierności Jezusowi.

Postawa Piotra była potrzebna tym, którzy potrzebowali świadectwa wierności Jezusowi.

Wiele do myślenia daje wątek, który zamyka długą perykopę o mowie eucharystycznej i reakcjach, jakie ona spowodowała. "Na to rzekł do nich Jezus: "Czyż nie wybrałem was dwunastu? A jeden z was jest diabłem". Mówił zaś o Judaszu, synu Szymona Iskarioty. Ten bowiem - jeden z Dwunastu - miał Go wydać" (6,70-71). Odejścia, które miały miejsce w Kafarnaum, były wyrazem zwątpienia w Boską tożsamość Jezusa i zapowiadaną przez Niego, absolutnie nadzwyczajną, obecność w Eucharystii, przedstawianej jako nowy pokarm ludu Bożego. Wyznanie Piotra skłoniło Jezusa do spojrzenia w przyszłość. Zapowiadając gorszą i bardziej brzemienną w skutki apostazję, nie powiedział, o kogo chodzi, ale stało się to jawne w Jerozolimie. Apostołowie zapamiętali słowa Pana i w świetle tego, co wydarzyło się w Getsemani, rozpoznali ich znaczenie.

Można zasadnie przypuszczać, że na tym etapie towarzyszenia Jezusowi Judasz, jeden z apostołów, nie zamierzał ani nie planował zdrady, której miał się dopuścić. Erozja jego sumienia postępowała stopniowo, a jej przyczyny były z pewnością złożone. Ewangelia według św. Mateusza świadczy, że po odejściu i zdradzie targały nim sprzeczności, wśród których nie zabrakło wyrzutów sumienia. "Wtedy Judasz, który Go wydał, widząc, że Go skazano, opamiętał się, zwrócił trzydzieści srebrników arcykapłanom i starszym i rzekł: "Zgrzeszyłem, wydając krew niewinną". Lecz oni odparli: "Co nas to obchodzi? To twoja sprawa". Rzuciwszy srebrniki w stronę przybytku, oddalił się. A potem poszedł i powiesił się" (Mt 27,3-5). Judasz nie napotkał nikogo, kto by mu pomógł na drodze nawrócenia, na jaką wkraczał. Popadł w druzgocącą samotność, ta zaś jest siostrą rozpaczy, która popycha człowieka do najgorszego.

Przyjmując zapewnienie wierności, Jezus nie idealizował wspólnoty tych, którzy przy Nim pozostali. Potwierdzenie napięć istniejących we wspólnocie Dwunastu przyniosła ich postawa w sytuacji Jego pojmania oraz męki i śmierci: Judasz Go zdradził, Piotr się wyparł, a pozostali apostołowie uciekli. Trzeźwe rozeznanie odnośnie do duchowego stanu i niebezpieczeństw zagrażających wyznawcom Chrystusa, podzielał św. Paweł, ostrzegając chrześcijan w Koryncie: "Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł" (1 Kor 10,12). Podobne napomnienie znajdujemy w Liście do Galatów: "Bracia, a gdyby komuś przydarzył się jakiś upadek, wy, którzy pozostajecie pod działaniem Ducha, w duchu łagodności sprowadźcie takiego na właściwą drogę. Bacz jednak, abyś i ty nie uległ pokusie. Jeden drugiego brzemiona noście i tak wypełniajcie prawo Chrystusowe" (Ga 6,1-2).

KS. WALDEMAR CHROSTOWSKI (ur. 1951), biblista, profesor zwyczajny i kierownik Katedry Egzegezy Starego Testamentu na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie; ojciec duchowny kapłanów dekanatu Warszawa-Ochota; przewodnik pielgrzymek do Ziemi Świętej i krajów biblijnych, rekolekcjonista; laureat Nagrody Ratzingera (2014). Ostatnio opublikował m.in. książki: Kościół na stepie. Zapiski z Kazachstanu, Między Synagogą a Kościołem. Dzieje św. Pawła oraz Święty Jan Paweł II na znaczkach pocztowych świata 1978-2005.

1 Przekroczyć próg nadziei. Jan Paweł II odpowiada na pytania Vittoria Messoriego, RW KUL, Lublin 1994, s. 107-108.

2 Tamże, s. 49.

3 Tamże, s. 97.

KS. ANDRZEJ DRAGUŁA

Mądrość proroka

Tekst zatytułowany Die neuen Heiden und die Kirche (Neopoganie i Kościół) ks. Joseph Ratzinger napisał w roku 1958. Był świeżo po habilitacji, a jeszcze przed objęciem stanowiska profesora teologii na uniwersytecie w Bonn. Księdzem był dopiero od 7 lat (święcenia: 1951 r.), w tym od roku 1952 jako wykładowca w seminarium. Jego doświadczenie pracy parafialnej było niewielkie, jako "zwykły" ksiądz pracował faktycznie tylko rok jako wikariusz w Bogenhausen. To właśnie ten rok bezpośredniej pracy duszpasterskiej w parafii na długo ukształtował jego rozumienie aktualnej sytuacji Kościoła. "To, co mnie zainspirowało, to po prostu doświadczenie konkretnego Kościoła, które stało się moim udziałem jako wikarego" - przyznaje Ratzinger po latach.

O doświadczeniach z tamtego okresu Ratzinger opowiada Peterowi Seewaldowi w Ostatnich rozmowach. Młody kapłan miał świadomość, że na jego oczach dawny porządek społeczno-eklezjalny odchodzi w przeszłość: "Czuło się, że instytucjonalnie wszystko jeszcze trwa, lecz realny świat oddalił się w znacznym stopniu". Coraz bardziej zauważalne stawało się pęknięcie pomiędzy nauczaniem Kościoła a akceptacją tegoż nauczania przez wiernych, co dotyczyło przede wszystkim młodego pokolenia. Ratzinger wspomina wręcz o "dramatycznych doświadczeniach", których nie brakło "przy nauczaniu katechezy". Młodzież wciąż jeszcze przychodziła na lekcje religii, ale "w domu słyszeli coś zupełnie innego". Dla Ratzingera świadomość dokonujących się wówczas zmian musiała być dojmująca, skoro przyznaje jeszcze po latach: "wszyscy przeżywali wewnętrzne rozterki, że ze swoją religijnością stają się obcy we własnym świecie".

Punktem wyjścia dla przedstawionej w artykule analizy jest historyczny początek Kościoła, "kiedy to doszło do powstania Kościoła z pogan, którzy stali się chrześcijanami". Ratzinger zauważa, że pierwotnie Kościół rodził się w wyniku osobistej decyzji. Nikt nie rodził się chrześcijaninem, a wszyscy się nimi stawali przez nawrócenie i chrzest. Radykalna zmiana paradygmatu przynależności do Kościoła nastąpiła w średniowieczu, gdy "Kościół i świat stały się tożsame". Przynależność do Kościoła przestała być skutkiem osobistego wyboru, a stawała się "raczej polityczno-kulturową wytyczną".

Europejczyk przez wieki "rodził się" chrześcijaninem, co nie znaczy wcale, iż stawał się człowiekiem wierzącym w teologicznym sensie tego słowa.

W tym modelu, który zasadniczo przetrwał do czasów współczesnych, bycie chrześcijaninem i przynależność do Kościoła było czymś naturalnym, co w gruncie rzeczy zwalniało Kościół od podejmowania działań o charakterze ściśle ewangelizacyjnym. Inaczej niż to było w starożytności, Europejczyk przez wieki "rodził się" chrześcijaninem, co nie znaczy wcale, iż stawał się człowiekiem wierzącym w teologicznym sensie tego słowa. Ratzinger nazywa to nawet "niechcianą przynależnością do Kościoła". Doświadczenie duszpasterskie młodego księdza mówiło mu, że ten model bycia chrześcijaninem odchodzi w przeszłość. Jednolity chrześcijański świat, owa christianitas, która zrodziła się w średniowieczu, przemija na jego oczach. "Prawie już nikt nie wierzy - konkludował młody teolog - że od przypadkowej kulturalno-politycznej rekomendacji miałoby zależeć wieczne zbawienie".

W tym kontekście Ratzinger stawia pytanie o przyszłość Kościoła, "czy ponownie nie należałoby przekształcić Kościoła w mniejszą wspólnotę żyjących jednym przekonaniem". Dotychczasowy model Kościoła jako struktury o charakterze religijnym, społecznym i kulturowym należałoby więc zamienić na model osobistego wyboru, świadomej przynależności, indywidualnej decyzji wiary. Nie będzie to przemiana łatwa, ponieważ warunkiem zaistnienia takiego Kościoła jest jednak "rygorystyczne zrzeknięcie się zajmowanych światowych stanowisk". Tylko taki Kościół odzyska utracony autorytet. Tylko taki Kościół będzie zdolny ukazywać prawdę. Tylko taki Kościół - uwolniony z zewnętrznego bogactwa - może stać się misyjnie skuteczny. Ten inny Kościół przyszłości będzie musiał także inaczej objawiać się w świecie. Po pierwsze, udzielanie sakramentów należy ograniczyć jedynie do tych, którzy wierzą, w przeciwnym razie Kościół będzie zwodził sam siebie oraz ludzi. Po wtóre, jeśli w płaszczyźnie sakramentalnej Kościół będzie musiał się zamykać na nie-Kościoł, słowo musi się stać gestem zaproszenia. Po trzecie, Kościół będzie musiał odbudować "braterstwo komunikujących", rzeczywistą więź łączącą przystępujących do Stołu Pańskiego, by czuli się wspólnotą, także w prywatnym życiu.

Tylko Kościół uwolniony z zewnętrznego bogactwa może stać się misyjnie skuteczny.

W roku 1958, gdy Ratzinger publikował swój artykuł, Kościół w Polsce zmagał się z komunizmem. Funkcjonowanie za "żelazną kurtyną", specyfika polskiego katolicyzmu, a także pontyfikat św. Jana Pawła II opóźniły dotarcie do nas procesów sekularyzacyjnych, które w Europie Zachodniej pojawiły się już niedługo po wojnie. Nie znaczy to jednak, że te procesy nie zaczęły się już także w Polsce. Polska Anno Domini 2017 wydaje się bardzo podobna do niemieckiej Bawarii sprzed 60 laty. Rozdźwięk pomiędzy ilością ochrzczonych a dominicantescommunicantes w Polsce pokazuje, że w naszym Kościele ten margines, który Ratzinger nazwał neopogaństwem, jest wciąż duży. Więzi społeczne coraz rzadziej stają się matrycą dla więzi parafialnych. Jest już tak na pewno w wielkich miastach, gdzie ludzie najpierw "znają się z kościoła", a dopiero potem nawiązują więzi innego rodzaju.

Przyjmując diagnozy sformułowane przez Ratzingera przed 60 laty za poprawne, należałoby stwierdzić, że model "tożsamości Kościoła ze światem" raczej nie służy wierze. Jego niebezpieczeństwo polega bowiem na tym, że osobistą decyzję wiary zastępuje się - czasami nawet niechcianą - przynależnością. Ten model usypia Kościół. "Na dłuższą metę - pisał jednak Ratzinger - Kościołowi nie zostanie oszczędzona konieczność stopniowego pozbywania się tożsamości ze światem i stania się znowu tym, czym jest: wspólnotą wierzących". Co więcej, Ratzinger uważał, że przemiana ta nastąpi niezależnie od Kościoła.

Czy Kościół w Polsce przygotowuje się na tę przemianę, która - jeśli wierzyć Ratzingerowi - musi przyjść? Wydaje się, że nie, a przynajmniej niewystarczająco. Wciąż silne są bowiem głosy mówiące, że realizujący się w innych krajach model sekularyzacyjny w Polsce się nie sprawdzi. Tylko dlaczego Kościół w Polsce miałby być wyjątkiem? Spadek liczby powołań jest symptomatyczny. Nie znaczy to, oczywiście, że nie ma w Polsce wewnątrzkościelnych ruchów czy inicjatyw, które wychodzą od rozumienia Kościoła jako wspólnoty tych, którzy stają się jego członkami poprzez osobistą decyzję i nawrócenie. Ratzinger pisze, że Kościół dotrze do uszu pogan, a także neopogan, którzy wciąż przynależą do Kościoła, tylko pod jednym warunkiem - "gdy przestanie być tanią oczywistością". A Kościół jako tania oczywistość ani nie nawraca, ani nie głosi, ani nie przekonuje, ani nie zbawia, a w jego "sercu krzewi się pogaństwo". Dopóki Kościół będzie dla nas oczywistością, dopóty nic się w naszej strategii duszpasterskiej nie zmieni. Skorzystajmy z mądrości proroka zawczasu.

KS. ANDRZEJ DRAGUŁA (ur. 1966), teolog, profesor nadzwyczajny, kierownik Katedry Teologii Praktycznej Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Szczecińskiego. Ostatnio opublikował m.in. książki: Czy Bóg nas kusi? 55 pytań o wiarę, Emaus. Tajemnice dnia ósmegoCopyright na Jezusa. Język, znak, rytuał między wiarą a niewiarą.

Drodzy Czytelnicy!

"W miarę jak światła wiary słabną, wzrok ludzi się zacieśnia." Jak nie pogubić się w naszej cywilizacji, tak niestabilnej i tymczasowej, która zyskała wręcz miano "dyktatury relatywizmu"? Gdzie szukać pomocy i oparcia w wewnętrznych zmaganiach i kryzysach? Czy wierność Bogu i powołaniu jest jeszcze w "modzie" i czy w ogóle jest możliwa?

1. Realia życia nie napawają optymizmem, gdyż neopogaństwo osiedliło się nawet w Kościele (ks. A. Draguła), a obecną sytuację już 50 lat temu przewidywał prorok - ks. Joseph Ratzinger. Z kolei według papieża Franciszka "w kulturze tymczasowości nawet obecna chwila pozbawiona jest (...) jakiegokolwiek zakorzenienia" i nie może stanowić trwałego punktu odniesienia (ks. P. Mazurkiewicz). Problem nie jest nowy, bo sam Jezus spotykał się z niezrozumieniem i odrzuceniem ze strony nie tylko tłumów, ale i uczniów (ks. W. Chrostowski).

W życiu księdza pojawiają się dylematy związane z rozeznaniem drogi i kierunkiem zaangażowania się w Kościele (R. Szmydki OMI). Może go dopaść kryzys związany z zakochaniem się w kobiecie, niewiernością zobowiązaniu czystości w celibacie i podwójnym życiem. W zależności od tego, jak dany ksiądz potraktuje swoje dylematy, trudności i grzechy, odbuduje się jego relacja z Chrystusem i jego życie na nowo nabierze blasku i sensu, gdyż "decyzje najbardziej słuszne powstają na poziomie serca" (rozmowa z K. Wonsem SDS), albo utonie "w rozpaczy i bezsilności" (A. Rusak). Źle przeżyte kryzysy prowadzą niekiedy do odejścia, które ostatecznie jest porażką samego prezbitera i zgorszeniem oraz bólem także dla świeckich (Marianna).

2. Ksiądz nie zostaje nigdy sam z tym, co go gnębi, może liczyć na modlitwę wiernych (J. Kwiatkowski), na wsparcie kolegów, wspólnoty (x AS) i pomoc przełożonych (T. Nowaczek MIC), ale skorzysta z niej tylko wtedy, gdy gotów jest ją przyjąć. Czasem zadziała zimny prysznic i upomnienie braterskie (ks. W. Rzeszowski). Ważnym wsparciem zawsze jest prawdziwa, zdrowa przyjaźń zarówno z kobietami (ks. K. Grzywocz), jak i z mężczyznami (K. Klauza). Pomocne bywa dzielenie się wiarą, bo i duszpasterz w konfesjonale może "pokrzepić się" pokorą i wiarą penitenta (P. Szyrszeń SDS). W niektórych środowiskach prezbiterzy otrzymują cotygodniowe skuteczne wsparcie dla życia i posługi w ramach formacji stałej (ks. P. J. Guzmán) albo korzystają z innych form pomocy w przezwyciężeniu kryzysu i pozostaniu na drodze powołania (F. Kucharczak, ks. S. J. Rossetti).

3. Wierność mimo zewnętrznych i wewnętrznych burz jest możliwa. Potwierdza to heroizm duchownych, poddawanych prześladowaniom i przemocy ze strony totalitaryzmów, a jednak do końca wiernych Bogu i Kościołowi (W. Roszkowski, rozmowa z J. Hajdasz). Potwierdza to też świadectwo męczenników okresu patrystycznego (ks. L. Misiarczyk - M. Pyzik-Turska).

O taką wierność, która nadaje blask życiu, módlmy się do Pana, który jest wierny i może nas uzdolnić do wierności.1

KS. MIROSŁAW CHOLEWA

redaktor naczelny

1 W całym numerze stosujemy następujące skróty: AL - Franciszek, adhortacja Amoris laetitia; ĆD - św. Ignacy Loyola, Ćwiczenia duchowne; DB - Sobór Watykański II, Dekret o pasterskich zadaniach biskupów w Kościele Christus Dominus; DFK - Sobór Watykański II, Dekret o formacji kapłańskiej Optatam totius; EcE - Jan Paweł II, adhortacja Ecclesia in Europa; ES - Paweł VI, encyklika Ecclesiam suam; KDK - Sobór Watykański II, Konstytucja duszpasterska o Kościele Gaudium et spes; LS - Franciszek, encyklika Laudato si!; PDV - Jan Paweł II, adhortacja Pastores dabo vobis; RMis - Jan Paweł II, encyklika Redemptoris missio.