Pastores 75 (2) 2017 - Opracowanie zbiorowe

-
Proszę czekać

Drodzy Czytelnicy!

Jezus z Nazaretu - sam kuszony na pustyni i na krzyżu - wszystkim swoim uczniom polecił przygotować się na pokusy. On, nieskalany Baranek, kuszony był w wysublimowany, duchowy sposób; na nas, grzesznych synów Adama, przychodzą pokusy proporcjonalne do naszej natury: wzniosłe i tandetne, duchowe i cielesne, intelektualne i emocjonalne. Udręczeni niekończącym się śledztwem mającym na celu identyfikację naszych codziennych pokus, skłonni jesteśmy poddać się metapokusie rezygnacji z tego mozołu. Czy aby na pewno miał rację Doktor Łaski, gdy napisał, że życie nasze "nie może trwać bez pokusy, ponieważ (...) postęp duchowy dokonuje się przez pokusy. Ten, kto nie jest kuszony, nie może siebie poznać"?

1. Życie każdego chrześcijanina na tej ziemi jest i pozostanie walką. Nawet "interpretacja Biblii może (...) stać się narzędziem Antychrysta" - przypomina Benedykt XVI. Wędrówka pomiędzy pragnieniem Boga a pokusą wiedzie wąską ścieżką czuwania i modlitwy (K. Wons SDS). Na wojnie z diabłem trzeba wciąż doskonalić się w  umiejętności rozeznawania zakusów złego (A. M. Faszczowa, T. Paszkowska) i zwalczać je pokorną miłością. W ten sposób odkrywać możemy, iż od pokusy do świętości paradoksalnie niedaleka droga (ks. A. Rybicki).

2. Wszystkie pokusy, którym podlega wspólnota wierzących, zmierzają zawsze do tego samego: opuścić Wieczernik i wyjść w noc. Kościół ma myśli samobójcze, kiedy jest kuszony, by zamiast swej misji wybrać zaangażowanie polityczne (M. Gierycz), bądź kiedy pielęgnuje ducha świata w swych instytucjach (D. Kowalczyk SJ), bądź kiedy jego słudzy, krzywdząc maluczkich, zdradzają swą misję, odprawiając swoiste "czarne msze" (T. P. Terlikowski). W tej perspektywie prześladowania, dopuszczane przez Opatrzność, stają się okazją do nawrócenia (kard. J. Ratzinger) i pielęgnowania postawy serdecznej skruchy (P. Milcarek).

3. Istnieją wybitnie kapłańskie kuszenia, swoiste choroby zawodowe (rozmowa z ks. S. Haręzgą), w których paliwem pokus stać się mogą wzniosłe ideały i szlachetne uniesienia ducha. Przewracamy się o własne ograniczenia psychofizyczne - zwłaszcza, gdy udajemy, że ich nie ma (A. Rusak). Miejsce przy sercu Jezusa wykorzystujemy do szukania lepszych kąsków na uczcie życia - logikę służby zamieniamy niepostrzeżenie na logikę przywilejów (P. Szyrszeń SDS). Własny sukces niebezpiecznie mylimy z sukcesem historii zbawienia - z postępem Bożej sprawy na ziemi (M. Zioło OCSO).

Na końcu wróćmy do początku. Katalog kapłańskich pokus, jaki za Josephem Ratzingerem konstruuje ks. Jerzy Szymik, może posłużyć za świetny rachunek sumienia sług ołtarza. Zaczyna się on od nazwania po imieniu prapokusy: to pycha, która chce zawładnąć Bogiem, zdegradować Go, wyciszyć, podporządkować naszej logice. Tymczasem - powiada przyszły papież - "najważniejszy jest Bóg! Jeżeli nie ma Go w twoim życiu, wszystko inne się nie sprawdzi. To tak, jakby zapiąć źle pierwszy guzik, wówczas wszystkie inne też są źle zapięte i trzeba zacząć znowu od góry. Jeżeli podstawowa relacja - relacja do Boga - nie jest właściwa, wszystkie inne relacje, z których składa się i buduje nasze życie, nie mogą być właściwe". Zapinajmy więc porządnie sutannę naszego powołania!1

KS. WOJCIECH BARTKOWICZ

1 W całym numerze stosujemy następujące skróty: CA - Jan Paweł II, encyklika Centesimus annus; DCE - Benedykt XVI, encyklika Deus caritas est; DiM - Jan Paweł II, encyklika Dives in misericordia; EcE - Jan Paweł II, adhortacja Ecclesia in Europa; KDK - Sobór Watykański II, Konstytucja duszpasterska o Kościele Gaudium et spes; KKK - Katechizm Kościoła Katolickiego; PDV - Jan Paweł II, adhortacja Pastores dabo vobis; RMis - Jan Paweł II, encyklika Redemptoris missio; VC - Jan Paweł II, adhortacja Vita consecrata; VS - Jan Paweł II, encyklika Veritatis splendor.

KRZYSZTOF WONS SDS

Między pragnieniem Boga a pokusą

Od dłuższego czasu "pracują" we mnie wersety Psalmu 52 w poetyckim przekładzie Nan Merrill. Stawiają przed lustrem słowa, konfrontują, a zarazem koją i budzą tęsknotę. Czuję, że moja dusza chętnie się nimi modli: "Naucz mnie rozpoznawać w sobie słabość, / ograniczenia, które mnie pętają, / nienawistne drogi, które wyprowadzają mnie z dala od Ciebie, / które nie pozwalają mi dostrzec / Twojego życia w moim wnętrzu. / Lęk jest bowiem moim towarzyszem / i mieszkam w domu niewiedzy. / A jednak zostałem zrodzony z miłości / i miłość jest moim pierworództwem"1. A jednak! Cokolwiek dzieje się w moim życiu, jakiekolwiek nękają mnie pożądliwości, pętają ograniczenia, prawda o mnie pozostaje niezmiennie ta sama: Boża miłość jest moim pierworództwem, pulsuje na głębinach mojego istnienia. Zapomnieć o tym, to skazać siebie na straszliwą demencję, to zamieszkać w "domu niewiedzy" - bez okien, bez widoku na niebo!

Ilekroć zabieram się do rozważań nad mechanizmami pokusy i działaniem złego, słyszę w duszy: Pamiętaj! One nie są w centrum Biblii, nie są pulsującym sercem Ewangelii. W centrum głoszenia Jezusa jest zawsze Ojciec i nowina, że jestem zrodzony z Jego miłości. Wieczne pragnienie Boga jest czymś najpierwszym. Wypełnia każdą tkankę mojego organizmu. Wszystkie pory mojej duchowej istoty instynktownie otwierają się na Niego. Tak zostałem stworzony. Kiedy słucham Jezusa, który mówi: "Pierwsze jest: (...) Będziesz miłował Pana, Boga swego..." (Mk 12,29-30), nie nakaz słyszę. Słyszę wyznanie, że pierwsze w życiu jest miłowanie Boga. Zanim stało się przykazaniem, już "pulsowało" w mojej stworzonej naturze (DCE, 1).

Pierwotne pragnienie i pożądliwość

Na głębinach mojego jestestwa żyje tęsknota za Bogiem. "Wybija" we mnie jak krystaliczne źródło Boskich pragnień. Pokusa pożądliwości i zło pojawiły się później. Zło nie było elementem mojej pierwotnej natury. Nie takim stworzył mnie Bóg. Ale po pierworodnym grzechu jestem mieszaniną dobrych i złych popędów, w nieustannej niezgodzie z sobą samym i z otaczającym mnie światem. Zło nie należy do pierwotnych elementów mojej egzystencji. Nie jestem zwierzęciem, w którym pośród instynktów dzikości w niezrozumiały sposób zbudził się duch. Pierwotnie byłem dobry. Pokusa i grzech pierworodny przyszły potem. Tymczasem jestem kuszony, aby uwierzyć, że "tak mam" od zawsze: że moje ego utkane jest z pożądliwości, a nie z tęsknoty za Bogiem.

W pokusie chodzi zawsze o to samo - o odwrócenie porządku - żeby Bóg nie był pierwszy, żebym zajmował się najpierw sobą, a nie Nim. Niech sobie będzie, może być drugi, trzeci, ale nie pierwszy. Pierwszy jestem ja. Miłość własna i namiętny egocentryzm ciągle mącą we mnie "poranną czystość stworzenia", usiłując wepchnąć moje "wszechwładne ja" na piedestał (Ch. Schönborn). Oto potworne oszustwo pokusy. Jest w niej jad węża, który chce zatruć moje pierwotne pragnienie Boga i zastąpić je namiętną żądzą. Permisywizm w czystej postaci. Uskuteczniona pożądliwość to postać oszukanego i zdeprawowanego pragnienia. Muszę ciągle dbać o duchową immunologię, aby chronić w sobie i wzmacniać pierwotne pragnienie Boga.

Tyle już lat modlę się brewiarzem, ale dopiero niedawno odkryłem, dlaczego Kościół, w jutrzenkę niedzieli pierwszego tygodnia, każe mi odmawiać Psalm 63. Chce obudzić we mnie pierwotne pragnienie Boga: "Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam; / Ciebie pragnie moja dusza, / za Tobą tęskni moje ciało, / jak ziemia zeschła, spragniona, bez wody" (Ps 63,2). Ten psalm pomaga mi uwierzyć na nowo w fundamentalną prawdę o mnie samym, że nawet gdy czuję się duchowo wychłodzony, gdy nękają mnie pożądliwości i panoszą się, "łażąc" po moim ciele, ostatecznie całym sobą pragnę Boga - jak zeschła ziemia, spragniona, bez wody. Pierwotne pozostaje we mnie pragnienie Boga, a nie pożądliwość. Pojawia się jednak pytanie: skąd ona się we mnie wzięła.

Od świata, nie od Ojca

Św. Jan w pierwszym Liście stwierdza, że pożądliwości nie pochodzą od Ojca, ale od świata: "Wszystko bowiem, co jest na świecie, a więc: pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha tego życia, pochodzi nie od Ojca, lecz od świata (tou kosmou)" (1 J 2,16). A jednak pozostaje wątpliwość, czy aby na pewno jest tak, jak pisze Jan, skoro sam przyznaje, że pożądliwości pochodzą od świata... Przecież to Bóg jest autorem świata. Jan, używając greckiego kosmos, ma na myśli nie świat stworzony przez Boga, lecz sferę oddzieloną od Boga - niekoniecznie wrogą Bogu, ale przenikniętą nicością i pustką, gdyż nie ma w niej jakiejkolwiek relacji do Boga. Panuje zimna nieobecność. Dusza podpowiada od razu, że taki stan nicości i pustki jest dla niej gorszy niż stan wrogości wobec Boga. Wchodząc w stan pustki, żyję, jakby Bóg nie istniał. Dusza ma taką naturę, iż woli się spierać z Bogiem, niż traktować Go jak powietrze i przeżywać pustkę. Natura nie znosi pustki. Zły o tym wie doskonale i jest pierwszym chętnym do jej zagospodarowania. Pustka w duszy to jego ulubione żerowisko. Usiłuje zamienić ją w lęgowisko pożądliwości. Pustka nie rodzi się z wrogości do Boga, ale z oziębłości i całkowitej obojętności wobec Niego. W takim stanie zaczynają panować żądze, Bóg zaś zostaje wyrzucony z serca na bruk. Boskie dobro przegrywa z egoizmem utuczonym pożądliwością. Św. Jan Paweł II podpowiada mi, że jeśli chcę zrozumieć genezę pożądliwości, która "nie pochodzi od Ojca, lecz od świata", muszę udać się do biblijnego "początku". "Geneza Janowej "trojakiej pożądliwości" - mówił Papież w czasie audiencji generalnej 30 kwietnia 1980 roku - w nim znajduje swe pierwsze i podstawowe wyjaśnienie".

Przebiegły kusiciel

O "trojakiej pożądliwości", którą Jan przywołuje w Liście, po raz pierwszy dowiaduję się w 3. rozdziale Księgi Rodzaju. Już na "progu" tego rozdziału Biblia spotyka mnie ze sprawcą pożądliwości: "A wąż był bardziej przebiegły niż wszystkie zwierzęta lądowe..." (Rdz 3,1). Dobitny ton tego stwierdzenia zawsze mnie poruszał. Jakbym słyszał: "Pamiętaj: on jest (!). Istnieje! Nie jest abstrakcyjnym wytworem twoich myśli, projekcją twojej wyobraźni czy sumą psychicznych zniewoleń, nie jest jakąś anonimową zasadą. Jest istotą stworzoną, obdarzoną duchem i wolą, upadłą inteligencją. Biblia przestrzega mnie, że jest najprzebieglejszy spośród wszystkich zwierząt. Nie tylko. Jest przebiegły (arum) wobec ludzi, którzy są nadzy (arumim - Rdz 2,25). Gra zbliżonych dźwiękowo hebrajskich słów nie jest przypadkowa. Jest po to, abym zapamiętał dobrze, że wobec przebiegłości złego (arum) jestem zawsze nagi (arom) - bezbronny. Zły jest przeklęty (arur - Rdz 3,14). Nie bez powodu przedstawiony mi został jako wąż. Ma łatwość ukrywania się. Potrafi zmieszać się z prochem ziemi, po której z taką ufnością stąpam "na bosaka"; potrafi się tak zaczaić, że prawie nie mam możliwości zauważenia go. I to właśnie czyni go najbardziej niebezpiecznym. Atakuje mnie, gdy jestem "roztargniony", gdy żyję w poczuciu bezpieczeństwa, zapominam o jego istnieniu. Jest dokładnie tak, jak opisuje Księga Amosa: "Jakby uciekał człowiek przed lwem, a trafił na niedźwiedzia; jakby skrył się w domu i oparł się ręką o ścianę, a ukąsił go wąż" (Am 5,19). Muszę pamiętać, że mam nieprzyjaciela, który pragnie mojego zła i nie zna pod tym względem żadnego kompromisu (R. Guardini).

Zły kreuje się na "panującego". Udaje niezwyciężonego.

Przebiegłość węża nie jest absolutna. Jest większa od istot ziemskich, lecz nie od mocy i mądrości Ojca niebios. Jan, zanim napisał w Liście o potrójnej pożądliwości, przypomniał: "poznaliście Tego, który jest od początku, (...) jesteście mocni (...) nauka Boża trwa w was, a zwyciężyliście Złego" (1 J 2,14). Nauka Boża przypomina mi, że zwycięstwo nad wężem zostało już przesądzone. Wielki Smok, Wąż starodawny, zwodzący całą zamieszkałą ziemię, został strącony (Ap 12,9). Zły próbuje to ukryć przede mną i przed światem. Wie, że jego dni są policzone. Kreuje się na "panującego". Udaje niezwyciężonego. Cieszy się, kiedy się na nim skupiam i nim zajmuję. Chciałby, abym swoją duchową troskę o siebie zredukował do ciągłego tropienia jego zagrożeń. Wie doskonale, że jestem od zawsze i na zawsze umiłowany przez Ojca i że mój anioł stróż nieustannie wpatruje się w Jego oblicze (Mt 18,10). Chce, abym o tym zapominał, dlatego nęka mnie i niepokoi. Jednak jego dni są policzone. Póki co, stale mnie oskarża przede mną samym i przed Bogiem. Jezus natomiast nauczył mnie, abym, ilekroć nęka mnie oskarżyciel, prosił Ojca: "i nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie, ale nas zachowaj od złego" (Mt 6,13). "Zachowaj" (rusai) znaczy także "ocal", "wyciągnij", "wyrwij" z pułapki złego. Mogę więc wtulić się w Ojca i wołać w pokusie, tak jak Jezus mi podpowiada: Abba - Tatusiu, ocal mnie, wyciągnij z pułapki złego.

Pokusa w czasie próby

Mateusz na określenie pokusy używa słowa peirasmos (Mt 6,13). Biblia mówi o dwóch rodzajach pokus (peirasmoi). Jest pokusa-próba i pokusa-pułapka (zasadzka). Jaki związek ma próba z pokusą? Nie chodzi o stwierdzenie, że próba jest pokusą, ale o to, że w próbie może pojawić się pokusa. Tłumaczy mi to przeżycie Abrahama, którego Bóg "wystawił na próbę". Słyszy, że chce od niego ofiary z jedynego syna (Rdz 22,2). Ta próba graniczyła z utratą zmysłów. Za chwilę może stracić wszystko: i ukochanego syna, i wiarę w Boga. Bóg, któremu wierzył, wydaje się okrutnikiem. Można odnieść wrażenie, że bawi się ojcowskimi uczuciami. Wypróbowuje Abrahama w sposób niemiłosierny. Najpierw obiecywał mu dziecko, kazał czekać na nie "całe wieki". Mając sto lat, Abraham ujrzał wreszcie syna. Czuł się pewnie najszczęśliwszym ojcem. Cieszył się jedynakiem 12 lat, patrząc, jak dorasta. Nagle usłyszał, że ma go złożyć w ofierze. Wierząc, że Bóg tego chce, wziął nóż i podniósł rękę, aby utopić ostrze w sercu Izaaka. Bóg w ostatniej chwili chwycił jego dłoń i powiedział: "Teraz wiem, że wierzysz we Mnie, nie musisz zabijać dla mnie Izaaka". Taką ironizującą interpretację 22. rozdziału Księgi Rodzaju podpowiada mi mój zbuntowany umysł. Nie mieści się w głowie, że Bóg może tak człowieka wypróbowywać. Mózg wypełnia się złością. Bóg dawca okazuje się Bogiem "zabieraczem". W kapłańskiej posłudze przekonałem się, że niemało ludzi w godzinie próby kuszonych jest, aby tak właśnie patrzeć na Boga - jak na okrutnika, a nie Ojca. Do takiego Boga trudno się modlić Psalmem 63. Za takim Bogiem ciało i dusza wcale nie tęsknią. Przeciwnie: uciekają od Niego. I słusznie, bo taki Bóg jest "nie do wiary". Taki Bóg to sadysta, a nie miłośnik życia. Taki obraz Boga nie pochodzi jednak z Biblii. Jest wytworem moich zranionych grzechem emocji i upośledzonych myśli, które projektuję na Niego, gdy przeżywam Abrahamowe sytuacje. Zły chętnie się wtrąca w moje przeżycia. Próbuje je perfidnie wykorzystać, abym nadwyrężone próbą pragnienie Boga zastąpił pożądliwościami, a do Boga podchodził z tarczą i się bronił, bo to "Ktoś" nieprzewidywalny: najpierw daje, a potem wszystko zabiera. Lepiej zamknąć Biblię i już Go nie słuchać, skoro potrafi najbardziej serdeczne przywiązania odciąć "nożem" swego słowa. Takie myślenie o Bogu w czasie próby szybko zamienia się w pokusę.

Próba polega na tym, że to ja przeżywam trudności w chodzeniu drogami Boga.

Próba jednak zamienia się w pokusę nie dlatego, że Bóg zachowuje się niemiłosiernie. On nie wymyśla przeszkód, by sprawdzić, czy Go kocham i Mu wierzę. Jest całkiem odwrotnie. Próba polega na tym, że to ja przeżywam trudności w chodzeniu drogami Boga. Mam trudności we właściwym odczytaniu dróg, którymi konsekwentnie prowadzi mnie Pan życia. Jego zamiary nie mieszczą mi się w głowie. Bóg jest Tajemnicą i mnie całkowicie przekracza. Tym jest właśnie próba w wierze: kroczeniem za Bogiem, który w swoich odwiecznych zamiarach całkowicie mnie przerasta. Moje podążanie za Bogiem nierzadko jest próbą. Między Bogiem a mną istnieje nieskończona odmienność, fundamentalna inność. Kiedy staram się kroczyć za Bogiem, wchodzę w kryzys, ponieważ poruszam się nieraz po drogach całkowicie dla mnie niezrozumiałych, innych, niż bym chciał. Jego drogi wydają mi się nie do pojęcia i dlatego nie do przyjęcia. Wtedy jestem kuszony, by ufać bardziej sobie niż Jemu. Abraham nie poddał się pokusie zwątpienia, choć wydawało mu się, że z woli Boga odbywa z synkiem podróż na cmentarz, na którym go pogrzebie. Okazało się, że jest całkiem odwrotnie: Bóg pozwolił mu przeżyć "daleką podróż", aby odzyskał dziecko. Była to podróż do jego własnego serca. Pomógł mu złożyć na ołtarzu swoje przywiązanie do Izaaka, aby jedynak nie stał się dla niego bożkiem. Musiał przeżyć związanie (aqedah) Izaaka swego serca, aby stać się wolnym dla Boga, dziecka i siebie. Kiedy się modlę "nie wódź nas na pokuszenie", proszę Ojca, aby nie zwiodło mnie moje ograniczone myślenie, nie zamieniło się w pokusę, ale bym - jak Abraham - poddał się Jego prowadzeniu, także wtedy, gdy wydaje mi się, że chce pogrzebać to, co najbardziej kocham.

Pułapka w pokusie

Biblia i osobiste doświadczenie kuszenia przekonały mnie, jak potwornie przebiegły jest wąż. Zastawia pułapkę w taki sposób, aby moje szanse zauważenia go były jak najmniejsze. Biblia nazywa go satanasdiabolos, bo usiłuje zawadzać, oskarżać i poróżnić mnie z Bogiem. Pamiętam, jak podstępnie podszedł Ewę. W ten sam sposób próbuje podejść i mnie. Zły chętnie skrywa się za myślami (Orygenes).

Nie ma do nich bezpośredniego dostępu. Dlatego szuka "drogi tranzytowej" - przez zmysły i uczucia. Dynamikę kuszenia wytłumaczył mi św. Jan. Wskazał na trzy fazy kuszenia. Kolejność jest bardzo ważna: najpierw jest rozbudzenie pożądliwości ciała (epithymia tes sarkos), potem pożądliwości oczu (epithymia ton ofthalm?n) i wreszcie pycha tego życia (alazoneia tou biou) (1 J 2,16).

Pożądliwość ciała

Określenie Janowe epithymia tes sarkos przywołuje seksualne pragnienie, ale szerzej oznacza wszystko to, co wabi i nęci. Chodzi o silne pociąganie zmysłowe. Thymos w pierwotnym znaczeniu wskazuje na gwałtowny ruch powietrza, wody, ziemi, zwierząt, ludzi... U samego źródła mojego jestestwa jest thymos - gwałtowny ruch pragnienia ku Stwórcy. Św. Paweł utożsamia epithymię z silnym pragnieniem duchowym: z dążeniem do bycia na zawsze z Chrystusem (Flp 1,23). W Liście do Rzymian (7,8) używa tego samego określenia, uczulając braci na pożądanie, które budzi grzech. Silne, pierwotne pragnienie Chrystusa może zostać wyprowadzone w pole i zamienić się w gorejące pożądanie ciała. Sprawcą tego "przekrętu" jest szatan. Wie, że cała moja natura tęskni za Bogiem, będzie więc próbował zamienić duchowe łaknienie na zmysłowe, na przesadne zaspokojenie potrzeby jedzenia, picia, seksualnych namiętności, posiadania rzeczy, jakby moje potrzeby były bogiem. Wiem, że jestem zdolny do tego, by uczynić z nich nawet swoją "religię", dla której poświęcę moją relację z Jedynym Bogiem. Mogę zorganizować sobie własne ołtarze, "święta", podobne do pogańskich świąt ku czci bogów, pełnych szaleństwa, ekstazy i cielesnego zaspokojenia. Potrzeby cielesne, które same w sobie są dobre, ogarnięte przez żądzę, mogą stać się symbolem nieskończoności, jedynym celem: jedzenie dla jedzenia, picie dla picia, posiadanie dla posiadania. Pragnienie Boga może zamienić się we mnie w żądzę podporządkowania sobie wszystkiego aż do szalonego potwierdzania samego siebie. Muszę być pokorny. Paweł ostrzega mnie, podobnie jak ongiś swoje duchowe dziecko, biskupa Tymoteusza: "nierozumne i szkodliwe pożądania pogrążają ludzi w zgubie i zatraceniu" (por. 1 Tm 6,9). Tak było z Ewą, gdy spostrzegła, że "drzewo to ma owoce dobre do jedzenia" (Rdz 3,6). Tak może być i ze mną. Zaczynają "nakręcać się" zmysły, powoli nasila się nieodparta żądza konsumowania i zaspokajania swoich cielesnych potrzeb. To rodzaj zmysłowego "upicia". Kiedy zaczynam ubóstwiać któryś ze zmysłów, wtedy staję się zmysłowo pijany. Kiedy zaś zmysły są "pijane", wtedy nietrudno "upić" uczucia. W takie "zmysłowe upojenie" wpadła Ewa. Wciąganie w pułapkę weszło wtedy w drugą fazę. Jan nazwał ją pożądliwością oczu.

Pożądliwość oczu

Jan użył określenia epithymia ton ofthalm?n, które w szerszym rozumieniu oznacza to wszystko, co karmi i nasyca wzrok. Kiedy życie staje się zmysłowe, wtedy przez "okno pijanego wzroku" pożądliwość dostaje się do uczuć, które szybko upajają się zmysłowymi rozkoszami. Tak było z Ewą. Jej zmysłowe spojrzenie "przyssane" do zakazanego owocu budziło w niej uczucie rozkoszy: spostrzegła, że "jest rozkoszą dla oczu" (por. Rdz 3,6). Została rozbudzona namiętność. Zakazany owoc jawił się jako coś przyjemnego i pięknego. W pokusie Ewa otrzymuje "nowe oczy" - zaślepione namiętnością. Chociaż znajduje się w ogrodzie obfitującym we wszelkiego rodzaju drzewa owocowe, z których mogła korzystać do woli, jej namiętne spojrzenie utkwione jest w jedno jedyne drzewo - jakby było dla niej jedynym źródłem rozkoszy na ziemi. Już nie może bez niego żyć. Zachowuje się tak, jakby cały piękny świat przestał dla niej istnieć. Ważne jest tylko to jedno drzewo. Staje się dla niej całym światem. Pijane zmysły i pijane uczucia odurzone namiętnością prowadzą ją do żądzy i odwracają plecami do Boga. Kiedy zmysły i uczucia są pijane, wtedy trudno myśleć po Bożemu. Bogiem staje się własne myślenie. Pojawia się pycha życia.

Pycha tego życia

Pycha żywota (alazoneia tou biou) - tak św. Jan nazwał pułapkę, do której ostatecznie popycha pokusa. Pisze o niej także św. Jakub (Jk 4,16). Użyli tego samego określenia alazoneia. To inaczej mania luksusu (nie tylko materialnego), samochwalstwo, pusta mowa, bezczelna i zuchwała pewność siebie opierająca się na własnych zabezpieczeniach; aroganckie, ostentacyjne gromadzenie bogactwa i bezbożne zaufanie w ich trwałość. Tu już nie ma ukrywania się. Tu jest zarozumiałe powtarzanie za wężem: "Na pewno nie umrę, będę jak Bóg" (por. Rdz 3,4-5) Alazoneia to ponura charakterystyka osobowości narcystycznej, adorującej siebie samą, a nie Boga, zależnej od świata, nie od Boga. Pułapka, w którą jako pierwsza wpadła Ewa: stwierdziła, że "owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy" (Rdz 3,6). Jestem kuszony, by powtarzać za Ewą: "Ja wiem lepiej, co mam robić z moim życiem. Nikt mi nie będzie podpowiadał". Myślenie przeżarte pychą, pozbawione rozsądku i duchowego rozeznania. Myślenie odurzone przez pijane zmysły i emocje. Pragnienie Boga zajęła bezczelna i pyszna pożądliwość.

"Ukochałem cię odwieczną miłością" (Jr 31,3). To wyznanie jest jak pieczęć Boga na moim sercu. Jego miłość jest moim pierworództwem. Od kiedy zranił mnie grzech pierworodny, zły usiłuje ranę wypełniać pożądliwością, aby to pierwotne pragnienie zamieniać w żądzę. Muszę koniecznie dbać o czystość i zdrowie pragnień. Są siłą mojego życia. Ważne jest, na kogo są skierowane, czym albo kim żyją. Przekonał mnie o tym Szymon Piotr. Kiedy zobaczyłem go w Ewangelii Jana, jak ze zranionym sumieniem biegnie przez wody do zmartwychwstałego Jezusa, uświadomiłem sobie, jaka siła drzemie w ludzkich pragnieniach. Są jak morskie fale, które potrafią nieść do Jezusa, nawet wtedy, gdy na sumieniu ciąży grzech zdrady. Jednak mogą również zamienić się w morskie bałwany namiętności i ściągać w ich otchłań, jak ściągały Piotra ku grzechowi zaparcia się. Kiedy nachodzi mnie kuszenie na moim dziedzińcu zmagań, zamiast "gapić się" w siebie i ogrzewać przy ognisku własnych namiętności, muszę spotkać się twarzą w twarz z Jezusem, gorzko zapłakać i pomodlić się przez łzy. Ożył w mej pamięci jeszcze inny Psalm w poetyckim przekładzie Nan Merrill, Psalm 42: "Jak łania pragnie wody ze strumieni, / tak moja dusza pragnie Ciebie, / Umiłowany! / Moja dusza łaknie Umiłowanego / jak żywej wody. / Kiedy mogę przyjść i ujrzeć / Twoją twarz? / Moim jedynym pokarmem są łzy / dniem i nocą, / a przyjaciele nie przestają pytać: / "Gdzie jest Umiłowany twojego / serca?""2. Oby to pytanie nawiedzało mnie nie tylko w stanach pocieszenia, ale bardziej jeszcze w chwilach kuszenia.

KRZYSZTOF WONS SDS (ur. 1959), rekolekcjonista, kierownik duchowy, teolog duchowości, dyrektor Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów w Krakowie, redaktor naczelny "Zeszytów Formacji Duchowej". Ostatnio opublikował m.in. książki: Cały sprawiedliwy. "Lectio divina" z Józefem z NazaretuUmiłowany. Rekolekcje z umiłowanym uczniem.

1 N. C. Merrill, Psalms for Praying, Psalm 52, New York 1996, s. 102. Cyt. za: H. J. M. Nouwen, Wieczorem w domu, tłum. J. Grzegorczyk, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010, s. 49.

2 Tamże, s. 71.

AGATA RUSAK

Dajcie mi święty spokój, czyli kilka słów o goryczy księdza

Kim jest dla księdza człowiek, który czegoś od niego chce? Nie wtedy, gdy siedzi on w konfesjonale czy kancelarii, nie gdy katechizuje czy odprawia nabożeństwo, ale gdy jest "po godzinach". Właśnie skończył obowiązkowe zajęcia. Wychodzi. Wraca do mieszkania. Myśli o odpoczynku. O miłym spotkaniu. O telewizorze. O książce. O piłce. I właśnie wtedy ktoś prosi go o jego dodatkowy czas. Wolny czas. Co znaczy "jego wolny czas"?

W swoim malutkim domku

Jedną z ważnych potrzeb człowieka jest bycie w komforcie. Podstawowy wymiar to komfort zmysłowy, przynoszący przyjemność. Składa się na niego choćby smaczne jedzenie, wygodny ciepły pokój, posiadanie dobranych przez siebie ubrań, mebli, sprzętów czy auta. Bardzo ważne w tym wymiarze jest też spędzanie jakiegoś czasu w przyjemny sposób, czy to w aktywności fizycznej (basen, spacer, rower, wspinaczka), czy w oglądaniu sportu, w książkach, filmach albo w miłych spotkaniach, przez zwiedzanie lub leżenie na plaży, w saunie lub własnej wannie. Mamy swoje ulubione sposoby na relaks, przyjemność; warto je znać i korzystać z nich dla zdrowia ducha i ciała. Nie każde ograniczanie przyjemności przyniesie zdrowy ascetycznie efekt w życiu duchowym. Rygoryzm pogrążył już życie niejednej osoby duchownej czy zakonnej, jeśli pozostał jedynie zaprzeczeniem przyjemności czy naturalnych codziennych potrzeb.

Co dobrego przyniesie spalanie się w dziełach, jeśli ksiądz ma poszarpane nerwy?

Co dobrego przyniesie spalanie się w dziełach, jeśli ksiądz ma poszarpane nerwy, bo nie pozwala sobie odpocząć? Żadna wspólnota ludzka, a więc i chrześcijańska, również w ramach struktur hierarchicznych nie jest zbiorem jednostek formowanych na kształt zunifikowanej armii. Nie chodzi też o życie według praw mrowiska czy ula, w których rozdane przez naturę role i funkcje determinują całe życie tych stworzonek. Być może w wielu domach zakonnych czy plebaniach życie codzienne podobne jest do biegania mrówek po ściśle określonych ścieżkach, głównym stanem fizycznym jest zmęczenie, a głównym stanem emocjonalnym poczucie winy, że nie wszystko się zdążyło zrobić lub załatwić. Możliwe, że dopiero dłuższa choroba konfrontuje księdza z odkryciem, że stał się przez lata tak bardzo sprawnym ewangelizatorem, organizatorem czy nauczycielem, że już stracił kontakt z Bogiem i samym sobą.

W sprawach związanych z przyjemnością nie jesteśmy od razu dojrzali i możemy ulec naturalnej sile dążenia do przyjemności oraz sile unikania trudu i nieprzyjemnych doznań. Gdy mówimy o potędze uzależnień, to właśnie dlatego, że spotykają się dwa czynniki: ucieczka od lęku czy trudu oraz stała tendencja człowieka do upodobania w przyjemności. Każdy nałóg na początku wydaje się mieć wiele profitów przyjemnościowych, mówimy o wyluzowaniu, uspokojeniu, spadku napięcia, wreszcie jakimś zaspokojeniu. Z czasem wzrastają koszty zdrowotne, psychiczne, społeczne, ale dla momentu ulgi ludzie są w stanie te koszta ponosić dość długo. Taka dawka "morfiny" psychicznej koi ból codzienności, ból bycia dorosłym, a więc odpowiadającym za wiele spraw i ludzi.

Powstaje pytanie o własny patent na przyjemność, swoje gniazdko życiowe, w którym człowiek się regeneruje albo powoli degeneruje. Ponieważ nie do końca jesteśmy w stanie być tu sędziami samych siebie, warto rozmawiać o tym, dzielić się swoim światem, prosząc o opinię zaufane osoby z zewnątrz. Ktoś, kto nas zna, pomoże oszacować, czy nie idziemy zanadto w wygodnictwo, ale też czy nie zabrnęliśmy w pracę lub służbę tak, że narażamy swoje zdrowie fizyczne lub kondycję emocjonalną.

Kręte ścieżki gorliwości

Z pewnością każda historia kapłańska jest inna, każda historia bycia powołanym i każda historia pielęgnowania powołania, bo jedno i drugie równie ważne. Może pierwsza gorliwość oddania siebie "na przepadłe" trwa wiele lat, dając poczucie sensu, spełnienia, czerpania z tego, że jest się oddanym, gotowym do rezygnacji z własnych planów aż po granicę własnej fizycznej czy psychicznej wytrzymałości. Może udaje się mieć taką zażyłość z Bogiem, że naśladowanie Jezusa w oddaniu siebie ludziom potrzebującym jest naturalne jak oddychanie. Jest to stan prawdziwie "świętego nie-spokoju".

Po latach oddanej służby może się jednak okazać, że gorliwość się wypaliła i pozostaje tylko wierne, często mozolne spełnianie obowiązków stanu i podjętej pracy. Wypalenie bywa związane z kolejnymi etapami życia, być może mniejszymi siłami, ale czasem z rutyną na przykład akcyjności przy jednoczesnym zaniedbaniu tak ważnej sfery życia, jak duchowość, relacje z rodziną czy przyjaźnie lub zwykła umiejętność odpoczynku i snu. Stan taki przychodzi jakby niepostrzeżenie, jeśli nie zwraca się uwagi na siebie, swoje zdrowie, na równowagę dawania i otrzymywania, bycie z ludźmi i bycie na pustyni. Często taki ksiądz oskarża się o to, że stracił świeżość wiary i posługi, gdy tymczasem otrzymuje sygnał ostrzegawczy, zachęcający do zdrowszego dbania o różne sfery życia, a więc do pewnego remanentu i korekty. Wówczas nowe siły duchowe oraz emocjonalne i fizyczne przyniosą nowe siły do służby, do pracy. W dynamice życia stale można doświadczać świeżości na inny sposób.

Bywają też tacy księża, którzy od samego początku drogi kapłańskiej zabezpieczali sobie wygodę czasu wolnego, miejsca, rodzaju zajęć, pieniędzy i przez to nigdy nie weszli w mentalność służby. To osoby, które obowiązkom kapłańskim stawiają dość mocne granice, traktując je jak pracę "od-do" i strzegąc swojej twierdzy wolnego czasu. Potrafią dość wygodnie urządzić tę ściśle prywatną przestrzeń, dbają o komfort z wyższej półki, bywają świetnie zorientowani w nowinkach tego świata, gadżetach, często wyjeżdżają ubrani po świecku i już za rogiem nikt się nie orientuje, że ma do czynienia z księdzem. Ten obrazek, świadomie dość płasko pokazany, nie służy jednak osądzaniu, ale temu, by pomóc zrozumieć, jaką rolę w kształtowaniu istoty kapłaństwa (a właściwie w ogóle człowieczeństwa) mają rodzice, którzy wprowadzają dziecko albo w postawę altruizmu, poświęcenia dla potrzebujących, współpracy z innymi, albo w postawę narcystyczną, samolubną i konsumpcyjną.

Młody człowiek coraz mniej ćwiczy się w wyrzeczeniach, pracy nad sobą, w dzieleniu się tym, co ma.

Współczesny świat coraz częściej złożony z rodzin nuklearnych, czyli jedynie dwupokoleniowych, w dodatku z małą liczbą dzieci i coraz wyższym statusem materialnym, daje wielkie szanse rozwoju intelektualnego, szerokich horyzontów, realizacji pasji, a z drugiej strony przynosi pewne skarłowacenie emocjonalne i relacyjne. Dziecko czy młody człowiek coraz mniej ćwiczy się w wyrzeczeniach, pracy nad sobą, w dzieleniu się tym, co ma, oraz w dzieleniu się nie tylko tym, co mu zbywa, ale tym, co dla niego drogie albo jedyne. Świat informatyczny i techniczny powoduje, że coraz więcej mamy kalek w tworzeniu trwałych więzi; pragną bliskości, ale bardzo się boją zarówno odrzucenia, jak i odpowiedzialności na lata. Stąd wiele osób, które twierdzą, że wolą być same albo tworzyć luźne związki niż założyć rodzinę. A przecież to samo można powiedzieć o człowieku - księdzu, który po spełnieniu swojej roli zdejmuje koloratkę czy habit, zamyka drzwi na klucz, włącza komputer lub telewizor i marzy, by nikt mu nie przeszkadzał.

Dalsza część artykułu dostępna w pełnej wersji