Pastores 68 (3) 2015 - Zespół redakcyjny

-
Proszę czekać

FABIO CIARDI OMI

Strajk w Watykanie1

Tego ranka monsignore Jacobis obudził się w dobrym humorze. Zerwał się z łóżka bez ociągania, tak jak wiele lat wcześniej nauczył się w seminarium. Z tym samym co niegdyś zapałem ukląkł przed Ukrzyżowanym i podziękował za to, że go stworzył, uczynił chrześcijaninem, osłaniał w nocy. Teraz w piżamie, która jeszcze zapewniała mu ciepło, właśnie oddawał się goleniu. Nie używał zwykłej pianki. Działała szybciej, ale nigdzie nie musiał się spieszyć. Wiele lat temu uległ modzie i zaczął się golić maszynką elektryczną. Szybko wrócił do pędzla i pojemniczka z kremem do golenia. Od tej pory golenie stało się jego prawdziwą, osobistą liturgią, zadbaną w najdrobniejszych szczegółach, jak liturgia w kościele. Pomagała mu skoncentrować się i przygotować do odważnego wejścia w nowy dzień.

Kiedy przyglądał się w lustrze grymasom, dzięki którym skóra lepiej poddaje się ruchom żyletki, nie bez uzasadnionej satysfakcji krążył myślami wokół debaty okrągłego stołu, którą poprowadził poprzedniego wieczoru: szczegółowa, szeroka i życzliwa analiza myśli nowego papieża. Myśli, która poprzedzała nową funkcję, jaką przeznaczyła mu Opatrzność, gdyż w krótkim okresie pontyfikatu nie zdążył jeszcze wyczerpująco się wypowiedzieć. Rozmowę poprowadził naprawdę błyskotliwie. Przebiegł myślą wystąpienia, pytania, odpowiedzi... Idealnie, wszystko zgodnie z planem; brawo, monsignore Jacobis! Usatysfakcjonowany wieczorem i ogoleniem, odłożył ręcznik i wrócił do sypialni.

Włączył radio, nastawione od zawsze na fale Radia Watykańskiego. Lubił słuchać programu "Chrześcijańskie horyzonty". Bardziej od treści podobał mu się aksamitny, powściągliwy głos Franki Salerno (Ileż ona może mieć lat? Słuchał jej od zawsze...).

Dziwne. Z odbiornika na pokój wylała się jakaś nowoczesna, głupkowata muzyczka. "Co się dzieje? - zdziwił się. - Takie okropne dźwięki zwykle pojawiają się na tej częstotliwości wtedy, gdy jezuici dają sobie wydrzeć z rąk Radio Watykańskie, które wreszcie skończy w szponach tej nieco snobistycznej Amerykanki... jakże jej tam?". Szybko, machinalnie wyłączył radio, więcej o tym nie myśląc.

W kaplicy pokrzepił ducha jutrznią i medytacją, po czym dostojnie ruszył schodami w dół, żeby pokrzepić ciało. Te rozświetlone, królewskie schody... Przymiotnik "królewskie" przemówił mu prosto do serca i podsunął śmiałą myśl: "Pewnego dnia mógłbym nimi kroczyć jako książę Kościoła. Jego Eminencja kardynał Jacobis. Dobrze brzmi". Była to chwila słabości, tylko chwila. "Dzisiaj - powiedział sobie z ledwie wyczuwalnym westchnieniem - przy codwutygodniowej spowiedzi będę musiał złożyć w dłoniach ojca Bernardino także ten akt pychy".

W miarę zbliżania się do jadalni myśl nieuchronnie prześlizgnęła się z zaszczytów na kawę.
W miarę zbliżania się do jadalni myśl nieuchronnie prześlizgnęła się z zaszczytów na kawę. "Jakże niesprawiedliwi są niektórzy kurialiści. Nie podobają mi się ich riposty: Kawa u Świętej Klary! Monsignore, włożyłyśmy w kawę całe serce. Następnym razem włóżcie tam też trochę kawy." Jemu osobiście kawa sióstr z Domu Świętej Marty smakowała, miała odpowiedni aromat i dodawała energii, by stawić czoło porankowi.

Widok zamkniętych drzwi do jadalni zupełnie zbił go z tropu. Była ósma i drzwi od dawna powinny być otwarte. Skierował się do pobliskiego stolika portiera. "Dzień dobry, Monsignore." "Ambrosini! Widzę, że dziś rano czyta Pan "Il Messaggero" - zauważył. - Zawsze Pana widzę z "L'Osservatore Romano"". "Rzymskim dziennikiem jest "L'Osservatore Romano", prawda, Monsignore? Nigdy nie zapominam lekcji, jakiej mi Monsignore udzielił. Ale wczoraj po południu "L'Osservatore Romano" nie wyszło." "Nie wyszło?" "Nie wyszło." "Co Pan mówi! Coś podobnego nigdy się nie zdarzyło." "Nie wiem, co jeszcze powiedzieć, Monsignore. Dzisiaj nie ma "L'Osservatore Romano"." "Nie mogę w to uwierzyć." "Po prostu nie wyszło, nie zostało wydrukowane, jak jeszcze mogę to nazwać..." Ambrosini, wbrew swoim zwyczajom, był o krok od wpadnięcia w złość. "To niesłychane. A tak przy okazji, czemu jadalnia jest jeszcze zamknięta?" "Proszę wybaczyć, Monsignore, ale nie mam pojęcia, co odpowiedzieć. Siostry nie przyszły."

Monsignore Jacobis zastygł z otwartymi ustami. Nie rozumiał, co się dzieje. Wyraźnie słyszał, co do niego mówi Ambrosini, ale nie był w stanie tego pojąć. Nadal wpatrywał się pytająco w Ambrosiniego, który z kolei, znad otwartej gazety, nadal wpatrywał się pytająco w niego. Chwila osłupienia wydawała się trwać w nieskończoność. "Proszę z centralą watykańską" - opanował się monsignore Jacobis głosem zdradzającym oszołomienie i niedowierzanie. Po drugiej stronie linii zabrzmiał jak zwykle miły głos siostry paulistki. Monsignore Jacobis nie zdążył nawet otworzyć ust, żeby zadać pytanie, a siostra już recytowała: "Przepraszamy. Centrala watykańska chwilowo jest nieczynna. Przepraszamy. Centrala watykańska... Przepraszamy...". Monsignore Jacobis znowu zamarł, ze słuchawką w ręku, niemal zaczarowany tym przekonującym i zagadkowym głosikiem. Już nie wiedział, co robić, co mówić. Irytował go również utkwiony w niego pytający wzrok Ambrosiniego.

Nie pozostało nic innego, jak pójść prosto do Bazyliki Świętego Piotra i odprawić Mszę świętą. Jedyna droga ucieczki od tych tarapatów. Zbyt wiele rzeczy nieprawdopodobnych, jedna za drugą - "lepiej o tym nie myśleć i pójść się pomodlić. Lepiej pójść się pomodlić".

Kiedy dotarł w pobliże zakrystii, zastał tam bawiących się ministrantów w czerwonych habitach. "Chłopcy..." - zaczął szorstkim, a zarazem pobłażliwym tonem. "Zakrystia jest zamknięta" - odparli ze śmiechem. "Chłopcy, was się zawsze żarty trzymają..." "Naprawdę jest zamknięta, Monsignore. Ojcowie augustianie dzisiaj nie przyszli, siostry też nie." Monsignore Jacobis miał niejasne przeczucie, że chłopcy mówią prawdę, lecz nie chciał tego przyjąć do wiadomości. Ale drzwi zakrystii naprawdę były zamknięte. "Istny pomór" - wyszeptał, czując, że ogarnia go lekkie przygnębienie, niemal niemoc... Chciałby stanąć, usiąść, skupić się, uporządkować myśli - "lepiej o tym szybko porozmawiać z ojcem Bernardino". Zdobył się na odwagę i postanowił wejść do bazyliki, żeby odszukać spowiednika. Ale w środku nie było ani śladu po ojcu Bernardino. Wszyscy franciszkanie konwentualni wyparowali.

Monsignore Jacobis dobrze czuł się w Watykanie. To był jego dom. Czuł się tu dobrze, bo Watykan był trochę jak on, a może on był jak Watykan. Wszystko zawsze funkcjonowało jak należy, jak dobrze naoliwiony mechanizm, wszystko regulował sztywny i dający poczucie bezpieczeństwa protokół, nigdy nie groziły nagłe zmiany. On taki był, Watykan taki był.

Jak to możliwe, że ni z tego, ni z owego jezuici oddali Radio Watykańskie w obce ręce?
Jak to możliwe, że ni z tego, ni z owego jezuici oddali Radio Watykańskie w obce ręce? Musiało tak się stać, w przeciwnym razie czemu nie mieliby nadać "Chrześcijańskich horyzontów"? I dlaczego salezjanie nie wydrukowali "L'Osservatore Romano", siostry z Domu Świętej Marty nie przygotowały śniadania, paulistki opuściły centralę telefoniczną, augustianie i konwentualni zniknęli z bazyliki?

Wyszedł na tyły Bazyliki Świętego Piotra i postanowił udać się prosto na żandarmerię. "Gliniarze zawsze wszystko wiedzą. Szwajcarzy też, ale oni nie mówią."

"Oczywiście, następny" - pomyślał sobie Ferretti na widok zbliżającego się monsignore Jacobisa. Żandarm dopiero co schował się do budki wartowniczej, gdyż niebo się zasnuło i groziło deszczem. Tego dnia ruch był mniejszy niż zwykle, choć przecież zawsze jest niewielki. Mimo że przejeżdżające samochody można było policzyć na palcach jednej ręki, znacznie więcej było monsignorów, którzy zaniepokojeni przychodzili po informacje na temat anomalii, jakie miały miejsce w pierwszych godzinach tego poranka. "Dzień dobry, Monsignore" - odezwał się ze zwykłym, uprzejmym uśmiechem. "Co się dzieje, panie Ferretti?" - spytał prosto z mostu monsignore Jacobis, nawet nie odpowiadając na pozdrowienie. "Dzisiaj jest strajk" - odparł Ferretti tonem kogoś, kto już wiele razy powtarzał tę samą informację. "Czy dobrze zrozumiałem?" "Monsignore dobrze zrozumiał. Po prawdzie, nie wszyscy strajkują. Tylko zakonnice i zakonnicy." "Pan zawsze skory do żartów, tak?" "Dzięki Bogu, nigdy mi nie brak ochoty na żarty. To rzecz zbawienna. Dobrze robi także w Watykanie. W każdym razie, dzisiaj jest strajk." "Mówi Pan serio?" "Tak jest, Monsignore." "Tak bez żadnego uprzedzenia? I akurat tutaj, w Watykanie?" "Podobno podali tę informację w ostatniej chwili." "To znaczy, że naprawdę... powstrzymali się od pracy?" Opatrznościowo słowo to pospieszyło mu na pomoc niewątpliwie z szyszynki, z ghiandola pinealis, siedliska duszy, jak twierdził wielki Kartezjusz. Nigdy nie ośmieliłby się nie tylko powiedzieć na głos, ale nawet pomyśleć słowo "strajk", nieistniejące w odwiecznej kurialnej nomenklaturze.

"Zrobili strajk" - stwierdził jako rzecz oczywistą Ferretti. To niestosowne słowo znów niezręcznie wybrzmiało, zazgrzytało teraz nieprzyjemnie, żeby nie powiedzieć świętokradzko w uszach monsignore Jacobisa, który zastygł w milczeniu. Wyglądało na to, że myśli, gdy tak naprawdę wcale nie myślał, sparaliżowany niespodziewaną wiadomością.

Z tego stanu wytrącił go błysk i trzask od uderzenia gromu. Obaj równocześnie wrzasnęli i odruchowo odwrócili się w stronę Wzgórza Ogrodów. Za kościołem św. Szczepana Abisyńczyków piorun obdarł z kory starą sosnę.

Monsignore Jacobis skamieniał. "Jezus, Maria!" - to były pierwsze słowa, jakie zdołał wybełkotać. Nie było to wezwanie, lecz uzewnętrznienie myśli, która nagle go uderzyła: "Mniszki! Także mniszki!". Powiódł wzrokiem wyżej, wypatrując klasztoru klauzurowego Mater Ecclesiae (ale znajdował się on poza zasięgiem wzroku), który Jan Paweł II chciał mieć właśnie tu, w Watykanie. "Jakby w całym Rzymie było ich za mało" - powiedział wtedy, bynajmniej nie chcąc w najmniejszym stopniu krytykować Ojca Świętego, to zupełnie nie było w jego stylu.

"Mniszki! Chcesz zobaczyć, że nawet one, zamiast złożyć ręce do modlitwy, opuściły ramiona?". Mawiało się żartem, z owym typowo księżowskim humorem: "Papież sprowadził mniszki do Watykanu,
Papież sprowadził mniszki do Watykanu, żeby nie dopuścić, by na święte pałace spadały gromy Bożego gniewu.
żeby nie dopuścić, by na święte pałace spadały gromy", "...Bożego gniewu" - dopowiadał ktoś inny, cedząc słowa między zębami tak, żeby słowa padły, ale żeby nie można go było za nie obwinić. "Co Ksiądz powiedział?" - mógł zapytać ktoś, kto usłyszał i udawał, że nie zrozumiał. "Nic, nic" - mógł odrzec ten, kto powiedział, ale nie powiedział.

Tak właśnie musiało się stać. Modlitwy mniszek nie powstrzymały gromu. "A gdyby tak wszyscy mnisi i wszystkie mniszki na świecie opuścili ramiona? Laus perennis - pomyślał - przestałaby być perennis". Widział, jak rozwiewa się słup modlitwy, która niczym kadzidło nieustannie wzbijała się ku niebu ze wszystkich stron ziemi od mężczyzn i kobiet - od tych, którzy poświęcili swoje życie, by wstawiać się za braćmi i siostrami rozproszonymi po całym świecie. Byłaby to straszliwa tragedia. Na szczęście powstrzymanie się od pracy objęło tylko pracowników Watykanu. Przynajmniej taką miał nadzieję.

Poczekał, aż przestanie padać. Nigdy do tej pory nie był w budce wartowniczej. Cztery szklane ściany, jeden telefon i nic więcej. Biedny Ferretti... Monsignore Jacobis obiecał sobie, że nigdy więcej nie będzie narzekał na swoje biuro, które zawsze uważał za niewygodne, ciasne i nieodpowiednie dla jego pozycji. Mógł spokojnie przeczekać deszcz. Ale wcale nie był spokojny, no bo jak? Mógł jednak przeczekać, nawet jeśli w tej budce czuł się teraz nieco skrępowany, jakby sprawiał kłopot. Postanowił bowiem, że nie pójdzie do biura. Bynajmniej nie zamierzał podporządkować się odstąpieniu od pracy, nie ulegało wątpliwości, że to nigdy nie mieściło się w jego postawie moralnej i było wręcz nie do pomyślenia. Ponadto nie należał do żadnego zakonu, lepiej, należał do najwyższego zakonu - do Zakonu Świętego Piotra! Nie pójdzie do biura, bo dziś... jest szczególny dzień, można by rzec: dzień żałoby narodowej, dzień zwolnienia z pracy. Nie miał odwagi przyznać się przed sobą, że nie idzie do biura, bo nie chce narazić się na ewentualną niemiłą niespodziankę nieobecności swojej sekretarki. Czy siostra Angelica też powstrzymała się od pracy? Nie chciał tego stwierdzać, to byłoby zbyt bolesne. Lepiej zostawić tę sprawę niesprecyzowaną, nazajutrz by jej nawet nie zapytał, czy była w pracy, czy nie. Przede wszystkim jednak postanowił, że nie pójdzie do biura, bo gdyby przypadkiem nie zastał wszystkich dokumentów przygotowanych przez siostrę Angelikę, i gdyby siostra Angelica nie przedłożyła mu porządku dnia, i gdyby siostra Angelica nie napisała mu listów na komputerze, i gdyby siostra Angelica... co mógłby robić w biurze?

To dziwne, nigdy tyle nie myślał o siostrze Angelice. Kiedy przychodził do pracy, ona już siedziała przy swoim biurku. Dyskretna, prawie niewidoczna, ale wystarczyło, że on czegoś potrzebował, a natychmiast była, często nawet nie musiał jej wzywać, a już była, kto wie za sprawą jakiej telepatii. Szybka i dynamiczna, sprawiała wrażenie, że nigdy nie ma nic do roboty. Nie podnosiła głosu, bagatelizowała kłopoty, uśmiechała się, dodawała otuchy... Jak Monsignore poradziłby sobie bez siostry Angeliki? Ale nie chciał posuwać się dalej i przerzucił to na teologię: "Czyżby także to stanowiło aspekt relacji między Kościołem hierarchicznym i Kościołem charyzmatycznym?" - bezwiednie powiedział na głos. "Słucham, Monsignore?" "Mógłby to być przykład relacji między charyzmatem Piotrowym i charyzmatem maryjnym. Pamięta Pan teologa Hansa Ursa von Balthasara?" Z uniesioną ręką i wysuniętym do przodu palcem wskazującym już zaczynał przemowę. Szybko jednak się pohamował i nagle urwał: "Zostawmy to, Ferretti". Rzeczywiście, Ferretti wpatrywał się w niego z nieco rozbawioną miną, która bynajmniej nie zachęcała do zapuszczania się w rozmowę teologiczną. "Przede wszystkim, Ferretti, Watykańskie Obserwatorium Astronomiczne w żaden sposób nie sygnalizowało tej niespodziewanej burzy." I znowu przerwał, zaskoczony myślą, która teraz już nie była straszna, ale po prostu logiczna i tym samym uspokajająca: "Jezuici. Oczywiście. Także jezuici z Obserwatorium Astronomicznego dzisiaj... powstrzymali się od pracy. Castel Gandolfo nie leży w Watykanie, ale pałac papieski jest strefą eksterytorialną, watykańską. Wszystko się zgadza".

Ferretti nie przerywał i ograniczył się do stwierdzenia, że przestało padać. Monsignore Jacobis wysunął głowę z budki i popatrzył w niebo. Mógł pójść i poszedł bez pożegnania, tak jak przyszedł bez przywitania.

Dokąd pójść? Mógłby wykorzystać nieoczekiwaną przerwę w pracy i odwiedzić aptekę watykańską. Od paru dni nosił w kieszeni receptę od doktora Manniniego na niewykupione do tej pory leki na ciśnienie. Ale szybko odsunął tę myśl. Tym razem niewątpliwie także bonifratrzy nie robili nic dobrego. "Oni też na pewno wzięli sobie chorobowe, więc apteka będzie zamknięta." I pomyśleć, że pełnili tę posługę bez jednego dnia przerwy od tylu lat... czy wieków? W Watykanie liczy się wieki, a nie lata: "Jeden dzień jest jak tysiąc lat...".

Ale z jakiego powodu zakonnicy i zakonnice musieli podjąć tak poważną decyzję? Co ich tak zdeterminowało? Od kiedy on był w Watykanie, nigdy się nie słyszało o... jak to się mówi: proteście związkowym. Protest nie miał sensu. Tego rodzaju personel nie zawsze był potulny, ale uczynny. I do tego związkowcy! Tak, w Watykanie istniało coś na kształt związku zawodowego, ale praktycznie dla pracowników świeckich, tych, którzy mają rodziny na utrzymaniu. Zakonnicy i zakonnice nie mają rodziny. Praca dla Stolicy Apostolskiej jest dla nich zaszczytem. Ponadto mają oparcie we wspólnocie. "A kto daje oparcie wspólnocie?" Ghiandola pinealis wciąż podsuwała mu myśli i słowa, których mózg nie umiał albo nie chciał wypracować. Szybko odpędził tę myśl, tak jak się odgania złe myśli, które nie wiadomo skąd się biorą i nachodzą człowieka wtedy, kiedy najmniej się ich spodziewa.

Krążąc tak bez celu, niepewnie i niezdecydowanie, znalazł się na dziedzińcu Biblioteki Watykańskiej. "Ona też jest zamknięta!" - pomyślał. Choć to kardynał, prefektem biblioteki zawsze jest salezjanin. Wilk, starzejąc się, traci kły, ale...". W porę przerwał przysłowie niezbyt pasujące do okoliczności, a raczej do osoby, którą darzył szczerym szacunkiem.

Jego umysł błądził tak jak jego nogi. Zaczął się zastanawiać, co by się stało, gdyby do protestu dołączyli wszyscy inni zakonnicy w Rzymie. Gdyby tego dnia zamknięta została nie tylko Biblioteka Watykańska, ale wszystkie uniwersytety i inne wyższe uczelnie w Mieście: Gregorianum, bo prowadzone przez jezuitów, Salesianum, bo to salezjanie, i Auxilium, bo to salezjanki; Angelicum, bo dominikańskie, Antonianum, bo franciszkańskie, Ateneum św. Anzelma, bo to benedyktyni... Przebiegł w myślach rzymskie akademie i zdziwił się, że wszystkie dziedziny są zajęte przez zakonników: Instytut Wschodni, duchowości, duszpasterstwa służby zdrowia, Instytut Studiów Arabskich... Wyjątkiem jest Lateran - uniwersytet Papieża, ale większość jego wyspecjalizowanych wydziałów: moralności, życia konsekrowanego, patrystyki... również prowadzą zakonnicy. Zawahał się przy Urbanianum: może ta uczelnia byłaby otwarta, ale większość profesorów by nie przyszła, bo tam też są sami zakonnicy! A Uniwersytet Santa Croce? Kto wie, czy Opus Dei solidaryzowałoby się z zakonnikami... A uniwersytet Legionistów Chrystusa?

Kiedy tak, znużony, spacerował wzdłuż opustoszałych podcieni, znowu zaczął myśleć o wczorajszym okrągłym stole, ale już bez zadowolenia, które buzowało mu w sercu kilka godzin wcześniej, przy goleniu. Teraz miał niejasne poczucie, że coś poszło nie tak gładko, jak mu się wydawało. Przypomniał sobie, jak mocno zaskoczyło go pytanie zadane przez prowincjała pijarów: "Co Jego Świątobliwość sądzi o życiu konsekrowanym?". Zaskoczyło go nie tyle samo pytanie, ile spojrzenie panelistów, którzy, nie wiedzieć czemu, jednocześnie, jakby się zmówili, odwrócili się pytająco w jego stronę, mimo że jedynym jego zadaniem było prowadzenie debaty.

Chociaż nie był przygotowany do tego tematu, umiał znaleźć odpowiednie słowa, nie okazując najmniejszego zakłopotania. Rano, gdy nakładał drugi raz piankę na skórę, właśnie owo wspomnienie szybkiej reakcji pozwoliło mu odczuć głęboką satysfakcję.

Powinien podziękować za rozmowę, jaką kilka dni wcześniej odbył z ojcem Gaudentym, który miał przeprowadzić badania właśnie na ten temat dla podsekretariatu Kongregacji Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego. Dobry ojciec Gaudenty był nieco zawiedziony. W ogromnym dorobku Papieża przed jego wstąpieniem na tron Piotrowy udało mu się znaleźć tylko krótką homilię wygłoszoną z okazji profesji zakonnej. Jego pisma i badania obejmowały cały rozległy obszar teologii, ale o życiu konsekrowanym nie było tam ani słowa. A przecież musiało mu ono leżeć na sercu, skoro tylekroć spędzał wakacje w klasztorach, a jako papież obrał imię patriarchy zachodniego monastycyzmu.

Monsignore Jacobis wykorzystał informacje od ojca Gaudentego (oczywiście, nie wymieniając go z imienia, przecież był to tylko nieznany sekretarz z kurii...), po czym dodał odrobinę od siebie, jakby komentarz do faktów, czerpiąc z satysfakcją ze swojej wiedzy historycznej: "W gruncie rzeczy monastycyzm pojawił się dopiero pod koniec III wieku. Przez ponad dwieście lat Kościół istniał bez niego. A zatem oczywiste jest, że nie należy on do hierarchicznej struktury Kościoła, a więc do jego natury".

Tego wieczoru sam sobie gratulował tak trafnej i właściwej wypowiedzi. Teraz ghiandola pinealis wysyłała mu nowe, niejasne sygnały. Choć zawsze był tak pewny siebie, zaczęły go ogarniać wątpliwości, czy utożsamienie hierarchicznej struktury Kościoła z jego naturą jest zgodne z prawdą. Natura Kościoła wcale nie wyczerpuje się w jego strukturze hierarchicznej. Powołanie się na historię również okazało się kiepskie. W rodzącym się Kościele wcześnie pojawili się asceci i dziewice. Powinien był to zbadać bardziej dogłębnie. Ale teraz czuł się wyczerpany, zawstydzony...

Nadeszła pora obiadu. Pozostało mu tylko wyjść z Watykanu, chyba że zdecydowałby się na post w zastępstwie mniszek z klasztoru Mater Ecclesiae. Tak się włócząc, skierował się w stronę Łu ku Dzwonów i tamtędy wyszedł na Plac św. Piotra. Ruszył w stronę fontanny, gdzie miał zdecydować, czy pójść do którejś z restauracyjek na Borgo Pio, czy do baru z gorącymi daniami przy ulicy delle Fornaci.

Nim zdążył dotrzeć do bliskiego celu, osaczyła go czereda staruchów i Cyganek z dziećmi na rękach. "Tam w głębi, po prawej - powiedział szybko - tam jest "Dom 'Dar Maryi'". Siostry Matki Teresy was przyjmą, nakarmią, dadzą nowe ubrania. Idźcie tam śmiało, zawsze wszystkich przyjmują z miłością". "Dziś jest zamknięte, Monsignore. Niech Monsignore da nam jałmużnę." Coś takiego w ogóle nie przyszło mu do głowy. Brakowało tylko, żeby nawet siostry Matki Teresy zamknęły swój barak.
Brakowało tylko, żeby nawet siostry Matki Teresy zamknęły swój barak.
Włożył rękę do portfela i zaczął oszczędnie dawać po pięć euro, pięć euro, pięć euro... Ale to nie miało końca! Każdy z prośbą, ze skargą, z pilną potrzebą... Pięć euro... Jak te siostry radzą sobie z tyloma ludźmi i wszystkich zadowalają? Nawet nie zauważył, jak portfel zrobił się pusty. Rozwarł go szeroko przed tymi, którzy jeszcze czekali, i odwrócił do dołu: ani centa. Ani centa również na jego obiad. Monsignore Jacobis stał na wielkim placu, większym niż kiedykolwiek, zupełnie sam. Nigdy nie czuł się tak bardzo samotny. Zmęczony, przygnębiony i samotny.

I wtedy spostrzegł, że na schodkach pod kolumnadą Berniniego zebrał się niezwykle ożywiony tłumek. Zazwyczaj zbiegowiska go nie pociągały, nawet jeśli liczyły wszystkiego kilkadziesiąt osób; wśród ludzi miał poczucie, że się dusi. Tym razem jednak samotność go tam popchnęła. Powoli ruszył w tę stronę.

Kiedy podszedł bliżej, nagle sobie uświadomił, co się dzieje. Poranek był traumatyczny, cios za ciosem. Ale to, co zobaczył teraz, nie dało się porównać z niespodziankami, jakie raz po raz go zaskakiwały. "Wasza Świątobliwość..." - wyszeptał z niedowierzaniem. Był to Papież. We własnej osobie. W czarnej sutannie, którą wkładał, kiedy, jeszcze będąc kardynałem, niezauważony kręcił się po Placu św. Piotra. "Wasza Świątobliwość..." - powiedział bardziej zdecydowanym głosem, jakby chciał wyjść mu naprzeciw i ochronić przed otaczającymi go ludźmi, jakkolwiek nic nie wskazywało na to, że Papież jest w niebezpieczeństwie czy potrzebuje ochrony. "Monsignore!" - Papież okazał zadowolenie na jego widok. "Wasza Świątobliwość..." - po raz trzeci nazwał go Świątobliwością, gdyż nie wiedział, co się dzieje, a przede wszystkim, co powinien powiedzieć czy zrobić. "Monsignore...?" "Monsignore Jacobis - szybko odparł monsignore Jacobis, zadowolony, że Papież może skojarzyć go z nazwiska. - Wasza Świątobliwość, jestem tutaj na usługi Waszej Świątobliwości". "Lepiej niech Monsignore sam sobie usłuży, Monsignore Jacobis" - i z uśmiechem wskazał mu rumianego człowieka, który podał Jacobisowi kanapkę z parówką i kartonowy kubek z piwem. "Musi się Monsignore dostosować - ciągnął Papież - tak jak ten oto nasz przyjaciel. W Monaco nie ośmieliłby się nalać piwa do kartonowego kubka. Ja sam bym mu tego nie wybaczył, ale tutaj, na schodkach pod kolumnadą... Monsignore też jest bez obiadu, prawda?". "Wasza Świątobliwość również? Zastrajkowali nawet w domu Waszej Świątobliwości?" - szybko ugryzł się w język, zmartwiony, że po raz pierwszy, i to przed Ojcem Świętym, wypsnęło mu się to obrzydliwe słowo. "Ja też zostałem bez obiadu. Sekretariat Stanu również. Tak samo jak Monsignore. Ale Opatrzność jest wielka. Widzi Monsignore? Spotkałem tych oto moich ziomków, którzy zwiedzają Rzym, i dzielą się ze mną prowiantem. Wspólna i niespodziewana radość." "Ale jak to możliwe, Wasza Świątobliwość! Również jezuici... Nawet jezuici się powstrzymali. Jezuici! Złożyli ślub posłuszeństwa papieżowi!" "Oni pierwsi powstrzymali się od pracy, i to właśnie na mocy ślubu. Odpowiedzieli natychmiast i skwapliwie." "Nie rozumiem, Wasza Świątobliwość..." "Natychmiast okazali mi posłuszeństwo. To ja im podsunąłem, żeby wciągnęli w tę akcję wszystkich zakonników i zakonnice. Udało im się. Widział Monsignore - dodał Papież - że dzisiaj nikt z nich nie przystąpił do pracy w Watykanie? Powiedziałem sobie: chyba najwyższa pora sobie uświadomić, że w Kościele Bożym są także zakonnicy i zakonnice".

z włoskiego tłumaczyła

Agnieszka Kuryś

FABIO CIARDI OMI (ur. 1948), profesor teologii życia konsekrowanego, konsultor watykańskiej Kongregacji Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego. W Polsce opublikowano m.in. jego książkę Wspólnota zakonna. Ideał a rzeczywistość.

1 Wpis na blogu 31 grudnia 2009, http://fabiociardi.blogspot.com/2009/12/sciopero-in-vaticano.html.

MICHAŁ ZIOŁO OCSO

Lustro Pana Boga

Zakłamanie wzroku czytającego rzeczywistość to jedna z ciężkich przypadłości spoganiałej kultury. Nie wiem, czy obchody Roku Życia Konsekrowanego wzrok ten naprawią, wyostrzą i zwrócą na tajemniczych osobników w długich szatach, przemykających dyskretnie pod szklanymi murami dzisiejszych świątyń: galerii i banków. Ich strój i bez teologicznych interpretacji może na kilka sekund przyciągnąć wzrok galerników szczęścia instant, bo jest rzeczywiście nieco dziwny: zbyt skromny jednak dla przeciętnego przechodnia jak na uliczną sesję zdjęciową coraz modniejszych cosplayerek, a zarazem zbyt oswojony przez "nosiciela" (to widać po ruchach) jak na używany od czasu do czasu rekwizyt z magazynu grupy rekonstrukcji historycznych "Borgia"... Kim więc są ci ludzie? Przechodzień przyszpilony mikrofonem sondy ulicznej nie wie, ale powie, czyli posłuży się jakimś nośnym stereotypem na ich temat. Obrazi się, jeśli mu przypomnimy, że w ten sposób staje się "utrwalaczem" banału i nietolerancji.

Rozbite lustro świata

Podejrzewam, że nam, "zawodowo pobożnym", wątpliwość wyrażona na początku tych rozważań nie będzie raczej spędzać snu z powiek. Cóż, przyzwyczailiśmy się do własnego odbicia nie tylko w witrynach, ale i w oczach innych - przyjaznych, obojętnych lub wrogich,
Przyzwyczailiśmy się do własnego odbicia w oczach innych - przyjaznych, obojętnych lub wrogich.
zawsze też możemy się schronić przed tym wzrokiem za murami zakonnego świata, którego ostatnią zapewne potrzebą będzie tłumaczenie się z własnego istnienia. A poza tym zdajemy sobie doskonale sprawę z beznadziejności wszelkich prób uwolnienia drugiego człowieka od skrzywionego spojrzenia, od zawiadujących nim imperatywów i przyzwyczajeń myślowych. Leszek Kołakowski w swoich Mini wykładach o maxi sprawach próbuje wyjaśnić genezę tej ludzkiej przypadłości, pisząc, iż "wielka część naszej przestrzeni duchowej, naszych obrazów i naszych sposobów reagowania na świat i na innych ludzi, urobiona jest czy też wytworzona przez stereotypy, to znaczy spontanicznie ukształtowane, quasi-empiryczne generalizacje, które - gdy się już utrwalą - niemal nie dają się korygować przez późniejsze doświadczenia. Jest to naturalne i być może w sumie dobroczynne urządzenie umysłu; stereotypy - rzeczy, ludzi, narodów, miejsc - bywają różne, jedne nadają się do obrony, inne są półprawdziwe albo całkiem fałszywe, ponieważ jednak są one nieodzowne dla naszego umysłowego bezpieczeństwa, zazwyczaj mogą zwycięsko trwać na przekór przeciwdoświadczeniom, chyba że powodują jakieś skutki wyraźnie szkodliwe. Jeśli są mylne, ale w praktyce nieszkodliwe, przechowują się bez zmian, bo jest nam duchowo bezpieczniej trzymać się choćby fałszywych stereotypów, aniżeli żyć w stanie nieustającej czujności, korygować je, a przez to wprowadzać nasz umysł w stan nie kończącej się niepewności i nawet chaosu"1. Zgodni też jesteśmy myśleć - a to już może świadczyć o zdrowym dystansie do samego siebie i duchowej niepodległości - że nawet bez wielkich i kosztownych badań terenowych potrafmy dużo powiedzieć o krzywym lustrze, w jakim ogląda nas świat, bo przecież z tego świata właśnie przyszliśmy do klasztoru, ciągnąc za sobą smugę domysłów, przypuszczeń i szeptanych pewności, z których najbardziej bezdyskusyjnym dla świata zdaje się być motyw podjęcia zakonnego życia, związany z zawiedzioną miłością, zemstą mafi, kłopotami z wymiarem sprawiedliwości, pragnieniem kariery, homoseksualnymi upodobaniami, robieniem matce na złość, ukryciem fizycznej wady, autyzmem, pychą, pokutą za grzechy przodków, marzycielstwem, skuteczną hipnozą "powołaniowca", manią wielkości itd. Lista ta i podobne w stylu układanki pozostają otwarte i nie wymagają raczej z naszej strony komentarza

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Drodzy Czytelnicy!

Życie konsekrowane jest radykalnym naśladowaniem stylu życia Jezusa Chrystusa. To wiemy. Jak ma się jednak ów radykalizm do obecnego etapu życia Winnicy Pańskiej? Pragnienie wypłynięcia na głębię pojawiało się w Kościele z większą mocą, gdy rzeka historii chrześcijaństwa rozlewała się szeroko i spłycał się jej nurt. Czy żyjemy w takich właśnie czasach? Czy też przeciwnie: armia Pana, jak wojsko Gedeona, zmniejszyła swą liczebność, lecz zwiększyła się jednocześnie jej jakość - wszyscy chrześcijanie powoli odkrywają, że radykalizm ewangeliczny przestaje być luksusem, gdyż bez niego nie obronimy naszej wierności Mistrzowi?

1. Badanie historii życia konsekrowanego w Kościele to jednocześnie studium chrześcijańskiej antropologii. Jeśli odkrywamy, że chrześcijanin z natury powinien stawać się coraz bardziej podobnym do Chrystusa - patrzmy na zakony. Jeśli chcemy w miniaturze prześledzić, czym w istocie jest formacja chrześcijańska - przeróbmy schematy formacyjne najstarszych rodzin zakonnych (M. Zioło OCSO, S. T. Praśkiewicz OCD, T. Sekulski MIC). Reguły zakonne to łatwo dostępne podręczniki - nie tylko duchowości i eklezjologii, ale również psychologii i socjologii.

2. Czy współczesny Kościół poradziłby sobie bez osób konsekrowanych? To nieco bałamutnie sformułowane pytanie ma swój aspekt funkcjonalno-instytucjonalny (F. Ciardi OMI), ma też jednak aspekt głębszy, dotykający roli zakonów jako stróżów charyzmatów duchowych, niesłychanie cennych dla naszego eklezjalnego "tu i teraz" (s. T. Paszkowska, s. A. M. Canopi OSB, K. Dyrek SJ). Czy ogłaszany czasem kryzys życia zakonnego nie oznacza, że cały Kościół odczuwa cierpienie z powodu swej "uschłej ręki" (A. Pelanowski OSPPE)?

3. Pytania o ilość i jakość powołań zakonnych w Kościele muszą koniecznie pobudzać do refleksji na temat atrakcyjności tej drogi dziś. Wydaje się, że jeśli droga zwyczajnego ucznia Chrystusa w dzisiejszym świecie radykalizuje się, stanowiąc poniekąd konkurencję dla zakonów, to zakony muszą tym bardziej być sobą: mają być radykalnie radykalne w wypełnianiu rad ewangelicznych, a wtedy nie zabraknie im ludzi ambitnych, pragnących sprzedać wszystko, by kupić autentyczną perłę (rozmowa z s. L. Niemczurą CSSJ i P. Naumowiczem MIC, J. Salij OP, s. M. Krupecka USJK).

4. Odrobiwszy lekcję, jaką dla Kościoła stanowi fenomen życia konsekrowanego, możemy wrócić do wyzwań, jakie niesie nasza eklezjalna codzienność. Papież Franciszek wyjaśnia, co oznacza kapłańska kreatywność i dlaczego warto być dumnym ze swej diecezjalności (ks. W. Rzeszowski). P. Kreeft pomaga zrozumieć nasze szanse w toczącej się wokół nas (a czasem i w nas samych) wojnie kultur. S. Porczyk demitologizuje pojęcie depresji: z jednej strony oddziałuje ona na ludzkiego ducha, z drugiej zaś jest problemem przede wszystkim natury psychofizycznej i głównie w tej przestrzeni powinna być kurowana.

Owocnej lektury!1

KS. WOJCIECH BARTKOWICZ

1 W całym numerze stosujemy następujące skróty: DZ - Sobór Watykański II, Dekret o przystosowanej do współczesności odnowie życia zakonnego Perfectae caritatis; EG - Franciszek, adhortacja Evangelii gaudium; KK - Sobór Watykański II, Konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium ; KO - Sobór Watykański II, Konstytucja dogmatyczna o Objawieniu Bożym Dei verbum ; KPK - Kodeks Prawa Kanonicznego; LE - Jan Paweł II, encyklika Laborem exercens ; SSa - Benedykt XVI, encyklika Spe salvi ; VC - Jan Paweł II, adhortacja Vita consecrata ; VD - Benedykt XVI, adhortacja Verbum Domini; VS - Jan Paweł II, encyklika Veritatis splendor.