Pastores 66 (1) 2015 - Zespół redakcyjny

Reflow text when sidebars are open.
Drodzy Czytelnicy!
Co pewien czas w niektórych środowiskach powraca hasło: "Chrystus - tak, Kościół - nie". Tymczasem prawdziwa miłość Chrystusa łączy się ściśle z miłością Kościoła. Ważne, aby sam Kościół pozostawał wierny Chrystusowi i Jego przesłaniu, mimo oskarżenia o zacofanie, a nawet za cenę prześladowania.
1. To wierność Bogu Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu oraz prawdzie w całym życiu Kościoła sprawia jego piękno, które pociąga. Ludzie Kościoła z powodu tej wierności wiele cierpią, czasami od swoich (ks. R. Skrzypczak, G. Górny), czasami też od obcych (ks. P. Mazurkiewicz). Cierpienie i miłość to dwie strony tego samego medalu - życia chrześcijańskiego i pasterskiego. Można zamknąć się w sobie, w poczuciu doznanej krzywdy, można też zachować otwartość wobec osób potrzebujących de facto naszego wsparcia. Przykładem takiej postawy jest Prymas kard. Stefan Wyszyński, który sporo wycierpiał zarówno od obcych, jak i od swoich, a który mimo to nie przestawał wychodzić ku innym z miłością (J. Krzywonos).
2. Wierność prawdzie i Ewangelii w Kościele może wyraźniej widzą ci, którzy uczciwie szukają prawdy i odnajdują Kościół Jezusa Chrystusa w Kościele katolickim, przychodząc spoza jego wspólnoty (P. Kreeft). Kościół jest piękny, gdyż jest dziełem Trójcy, tworzonym przez Nią z wielką troską (P. Szyrszeń SDS). Czasami Bóg wprowadza swoich wyznawców w kryzys, aby dać im szansę wzrostu (ks. S. Haręzga). Jednak dla ujawnienia się piękna Kościoła potrzebne jest, obok Bożego zaangażowania, również ludzkie, gdyż jesteśmy grzesznikami na drodze nawrócenia (J. Salij OP). Warto również w łonie Kościoła podejmować, wciąż na nowo, refleksję nad tym, czym on jest (S. C. Napiórkowski OFMConv), grozi nam bowiem fałszywe rozumienie Kościoła, a co za tym idzie - fałszywe reformy (D. Kowalczyk SJ).
3. Jak i gdzie uczyć się miłości Kościoła? Pierwszym tego miejscem może być liturgia, o ile sprawowana jest w jedności z Kościołem i w duchu Kościoła (T. Grabowski OP). Przyszli prezbiterzy mają uczyć się miłości do Kościoła już w seminarium (ks. J. Chyła). Możemy mieć nadzieję, że to Pan uczy nas miłości, przeprowadzając przez różne doświadczenia, w tym też cierpienie (ks. J. Kwiatkowski). Ważnym wkładem w uczenie miłości Kościoła są doświadczenia misjonarzy (bp J. Piotrowski) czy ruchów katolickich (ks. S. Kunka). Ale także zwyczajne duszpasterstwo jest dla duchownych szansą udziału w trosce i miłości Chrystusa wobec owczarni (A. M. Faszczowa, ks. Wojciech). Nie zawsze dzieje się to bezboleśnie - niekiedy w trosce o wierność prawdzie konieczna będzie konfrontacja z innymi poglądami, w tym z relatywizmem moralnym (P. Kreeft).
Najpierw jednak należałoby prawdę poznać, wzrastając samemu w mądrości. Jak słusznie zauważa Wojciech Giertych OP: "Są trzy mądrości: mądrość filozoficzna, która spogląda na rzeczywistość z najwyższego pułapu, a więc ostatecznej przyczynowości; mądrość teologiczna, która spogląda na nią w świetle Objawienia; i mądrość będąca bezpośrednim impulsem Ducha Świętego. Pierwszych dwóch mądrości trzeba się uczyć. O trzecią trzeba się modlić".1
KS. MIROSŁAW CHOLEWA
redaktor naczelny
PETER KREEFT
Przyszedłem na świat w kochającej, wierzącej wspólnocie; moja "Matka Kościół" była społecznością protestancką (ewangelicko-reformowaną), która, choć nie przekazała mi pełni wiary, odznaczała się silną i prawdziwą pobożnością. Wierzyłem przede wszystkim dzięki przykładowi rodziców i członków wspólnoty. Wiara moich rodziców, nauczycieli ze szkółki niedzielnej, duchownych i krewnych sprawiała, że ich życie było inne; różnica ta była wystarczająca, by zrekompensować liczne niedociągnięcia. "Miłość zakrywa wiele grzechów."
Podejrzliwość i uprzedzenia
Uczono mnie tego, co C. S. Lewis nazwał "chrześcijaństwem po prostu" - zasadniczo tego, co mówi Biblia. Nikt jednak nie czyta Biblii jako anioł albo przybysz z kosmosu; wspólnota kościelna zakłada nam do czytania kolorowe okulary i stwarza ramy, horyzonty albo granice dla rozumienia tego, co czytamy. Moje okulary zostały wyprodukowane przez Holenderski Kalwiński Kościół Reformowany2, a ograniczające ramy trzymały mnie z daleka od wszystkiego, co "katolickie". Kościół katolicki traktowany był z najwyższą podejrzliwością. W latach czterdziestych i pięćdziesiątych, w których dorastałem, podejrzliwość tę prawdopodobnie odwzajemniała większość katolików. Każda ze stron podejrzewała, że większość strony przeciwnej znajduje się na pewnej drodze do piekła. Od tamtej pory ekumenizm i wzajemne zrozumienie wśród chrześcijan poczyniły zdumiewające postępy.
Holenderscy kalwini, jak większość konserwatywnych protestantów, szczerze wierzyli, że katolicyzm to nie tylko herezja, ale także bałwochwalstwo; że katolicy oddają cześć boską Kościołowi, papieżowi, Maryi, świętym, obrazom i Bóg wie czemu jeszcze; że Kościół dodał do słowa Bożego wiele bezsensownej "ludzkiej tradycji" (por. Mk 7,8) - mnóstwo zwyczajów i doktryn, które w oczywisty sposób kłócą się z Biblią (zastanawiałem się, jak katolicy mogą tego nie widzieć). A co najważniejsze, uważali, że katolicy wierzą w "inną Ewangelię" (2 Kor 11,4) - zupełnie inną religię, że nie wiedzą nawet, jak dostać się do nieba: zdobywają dobre uczynki jak harcerskie sprawności, starając się zapracować u Boga na niebo, zamiast ufać Jezusowi jako Zbawicielowi. Najwyraźniej nigdy nie czytali Biblii.
Nauczono mnie na poważnie przejmować się prawdą; do dziś brakuje mi tego w wielu katolickich kręgach.
Nigdy nie uczono mnie nienawidzić katolików, miałem raczej ubolewać nad nimi i ich błędami. Nauczono mnie natomiast na poważnie przejmować się prawdą; do dziś brakuje mi tego w wielu katolickich kręgach. Typowa antykatolicka kalwińska postawa polegała nie tyle na uprzedzeniu, na sądach bez dowodów, ile na sądach opartych na pozornych i fałszywych dowodach - były to raczej uczciwe pomyłki niż nieuczciwe racjonalizacje.
Mimo że uważałem katolicyzm za religię bardziej pogańską niż chrześcijańską, fascynowało mnie jego bogactwo i tajemniczość - wymiary, które awangardowi liturgiści starają się zdemontować od "cielęcych lat sześćdziesiątych" (kiedy Bóg widział, że Kościołowi w Ameryce brakuje prześladowań, zesłał mu liturgistów).
O ile pamiętam, moją pierwszą niezależną myślą o religii było pytanie zadane ojcu, który był starszym w naszej wspólnocie, a przy tym mądrym i świętym człowiekiem: "Dlaczego tylko my, kalwini, i nikt inny, posiadamy całą prawdę? Jest nas tak mało. Jak Bóg mógłby pozwolić, żeby reszta świata tkwiła w błędzie? Zwłaszcza reszta chrześcijan?". Ojciec nie potrafił mi na to odpowiedzieć, co wprawiło mnie w zdumienie. Doszedłem zatem do wybuchowego wniosku, że prawda o Bogu jest bardziej tajemnicza - tajemnicza w sposób o wiele bardziej cudowny i niewygodny - niż wszystko, co można by w pełni zrozumieć (kalwini nie zaprzeczyliby temu, ale nie jest to prawda, której nauczają; podkreślają "suwerenność" Boga, ale nie bogactwo Jego tajemnicy). Moje przekonanie, że prawda jest zawsze nieskończenie większa od tego, co możemy pojąć, nie osłabło do dziś. Nawet nieomylne doktryny nie są pojemnikami zawierającymi całą prawdę o Bogu.
Bardzo wcześnie zdałem sobie także sprawę, niejasno, ale zdecydowanie, że prawda o Bogu musi być nie tylko o wiele bardziej złożona i tajemnicza, ale także o wiele prostsza niż to, czego mnie uczono. Pamiętam, jak zaskoczyłem mojego ojca tym przekonaniem (którego źródłem z pewnością była łaska Boża, a nie moja inteligencja, bo miałem wtedy, jak sądzę, osiem lat): "Tato, wszystko, czego uczymy się w naszej wspólnocie, i cała Biblia sprowadza się właściwie do jednej rzeczy, prawda? Tak naprawdę powinniśmy się martwić tylko o jedno, nie sądzisz?". "Hm, nie, nie sądzę. Powinniśmy się martwić o wiele różnych rzeczy. O co ci chodzi?" "Chodzi mi o to, że Bóg zawsze chce od nas tylko jednego: żebyśmy pytali Go, co mamy robić, a potem to robili. To wszystko, prawda? Zamiast pytać siebie, zapytać Boga!" Ojciec, zdumiony, odpowiedział: "Wiesz, że chyba masz rację!".
Ku katolickim akweduktom
Po ośmiu latach publicznej podstawówki rodzice dali mi wybór między dwoma liceami: publicznym i chrześcijańskim (kalwińskim). Wybrałem to drugie, chociaż oznaczało to rozstanie z dawnymi kolegami. Moja szkoła, Eastern Christian High School, prowadzona była przez siostrzaną wspólnotę - Chrześcijański Kościół Reformowany. Kiedy zadaję sobie pytanie, dlaczego podjąłem taką decyzję, nie umiem powiedzieć. Opatrzność często działa w ukryciu. Nie byłem wyjątkowo religijnym dzieckiem, a moja miłość do nowojorskiej drużyny baseballowej była o wiele gorętsza i wiązała się z mniejszym poczuciem winy niż miłość do Boga.
Moja miłość do nowojorskiej drużyny baseballowej wiązała się z mniejszym poczuciem winy niż miłość do Boga.
W szkole średniej wygrałem konkurs na wypracowanie, pisząc o "wielkim inkwizytorze" u Dostojewskiego; zinterpretowałem to opowiadanie jako antykatolickie, antyautorytarne ostrzeżenie. Kościół katolicki, podobnie jak komunizm, wydawał mi się wielkim, mrocznym, totalitarnym zagrożeniem.
Potem poszedłem na studia do prowadzonego przez Chrześcijański Kościół Reformowany Calvin College, który mimo małych rozmiarów i prowincjonalnego położenia (w Grand Rapids, w stanie Michigan) cieszy się wielkim wpływem, ponieważ poważnie traktuje zarówno wiarę, jak i działalność naukową. Zgłosiłem się na kurs wstępny do seminarium, bo chociaż nie uważałem, że jestem osobiście "powołany" przez Boga, by zostać duchownym, uznałem, że "nie zaszkodzi spróbować". Byłem pod wielkim wrażeniem słów, które przeczytałem pod obrazem przedstawiającym Chrystusa na krzyżu: "Zrobiłem to dla ciebie. Co ty zrobisz dla Mnie?".
Na studiach jednak szybko zakochałem się w języku angielskim, a potem w filozofii i z tego powodu dwukrotnie zmieniałem kierunek studiów. Oba te przedmioty poszerzały moje rozumienie historii cywilizacji zachodniej, a zatem również rozumienie wszystkiego, co katolickie. Pierwsze poważne wątpliwości co do moich antykatolickich poglądów zasiał we mnie kolega z akademika, przechodzący właśnie na anglikanizm: "Dlaczego protestanci nie modlą się do świętych? Nie ma nic złego w tym, że proszę cię o modlitwę, prawda? Dlaczego zatem nie mielibyśmy prosić zmarłych, skoro wierzymy, że żyją w niebie, u Boga, i że są częścią tego "mnóstwa świadków", które nas otacza (Hbr 12)?". Było to pierwsze poważne pytanie, na które nie miałem absolutnie żadnej odpowiedzi i które mnie zaniepokoiło. Chodziłem z tym kolegą na anglikańskie liturgie i fascynowało mnie to, co i wielu innych: nie tylko piękno, ale także pełnia, trwałość i wielkość tego wszystkiego.
Pamiętam nabożeństwo, na które poszedłem jako student do kościoła fundamentalistycznych baptystów, do Wealthy Street Baptist Temple. Nigdzie nie słyszałem tak radosnych pieśni, nie widziałem takiej wiary i przekonania, takiej miłości do Jezusa. Moja nowo rozbudzona miłość do Boga potrzebowała obiektu, na którym mogłaby się skupić. Bóg jest niewidzialny, a my nie jesteśmy aniołami. W całym kościele nie było jednak żadnego symbolu religijnego. Był to pusty, protestancki kościół; obrazy uważano tu za "idole". Nagle zrozumiałem, skąd u protestantów tyle subiektywizmu; ich miłość do Boga nie ma żadnego widzialnego obiektu, na którym mogłaby się skupić. Żywa woda wypływająca z wnętrza nie ma materialnego łożyska ani brzegów, które skierowałyby jej nurt ku dalekiemu, Boskiemu morzu. Strumień zawraca, cofa się i zmienia w spienioną kipiel.
Wreszcie zdałem sobie sprawę, że jestem kaleką, i byłem wdzięczny katolickiemu "szpitalowi", że otoczył mnie opieką.
A potem w obozie protestantów wyśledziłem katolickiego szpiega: był nim złoty krzyż na szczycie masztu kościelnej flagi. Użycia tego symbolu wymagało oddawanie czci Chrystusowi. Alternatywą była kipiel. Moja wdzięczność dla Kościoła katolickiego za tę jedyną relikwię, tę resztkę jego skarbów, była ogromna. Żeby dobra protestancka woda mogła płynąć, potrzebne są katolickie akwedukty. Zmieniając metaforę, mógłbym powiedzieć tak: uczono mnie, że rzeczy zewnętrzne to jedynie niebezpieczne "protezy". Aż wreszcie zdałem sobie sprawę, że jestem kaleką, i byłem wdzięczny katolickiemu "szpitalowi" (tym właśnie jest Kościół), że otoczył mnie opieką.
Być może, myślałem sobie, wszyscy dobrzy protestanci potrafią oddawać cześć Bogu jak aniołowie, ale ja tego nie potrafię. A potem zdałem sobie sprawę, że i oni tego nie potrafią. Nie mieli protez dla oczu, ale mieli je dla uszu. Posługiwali się pięknymi hymnami, na które chętnie wymieniłbym nowe, płaskie, niemuzykalne "odpowiedzi liturgiczne", których nikt nie śpiewa na naszych Mszach. Protestanci używają jako protez słyszalnych obrazów. Myślę, że w niebie protestanci nauczą katolików śpiewać, a katolicy protestantów rzeźbić i tańczyć.
Rozwinęło się we mnie silne intelektualne i estetyczne zamiłowanie do wszystkiego, co średniowieczne: do chorału gregoriańskiego, gotyckiej architektury, filozofii tomistycznej, iluminowanych manuskryptów itd. Miałem z tego powodu niejasne poczucie winy, bo była to przecież epoka katolicka. Myślałem, że potrafię oddzielić te usankcjonowane formy kultury od "niebezpiecznej" istoty katolicyzmu, tak jak współczesny Kościół oddzielił jego istotę od tych zarzuconych form. Widziałem jednak ich naturalne powiązania.
Mieszkaniec dolin bardziej docenia wysokość góry niż ten, kto mieszka u jej podnóża.
A potem, któregoś lata, na plaży w Ocean Grove w stanie New Jersey, przeczytałem św. Jana od Krzyża. Niewiele z tego rozumiałem, ale wiedziałem z niezaprzeczalną pewnością, że oto mam przed sobą rzeczywistość; coś tak potężnego i konkretnego jak pasmo górskie. Czułem się tak, jakbym dopiero co wychynął z małej, wygodnej jaskini, w której spędziłem całe dotychczasowe życie, i odkrył, że na zewnątrz istnieje nie przeczuwany wcześniej świat niewyobrażalnej wielkości. Przede wszystkim zaś była to wielkość świętości, dobroci, czystości serca, posłuszeństwa pierwszemu i najważniejszemu przykazaniu, pragnienia tego, czego chce Bóg - a przecież był to mój jedyny absolut, odkryty w wieku ośmiu lat. Byłem bardzo daleki od świętości, ale to nie przeszkodziło mi przyglądać się jej z daleka z podziwem; mieszkaniec dolin bardziej docenia wysokość góry niż ten, kto mieszka u jej podnóża. Zacząłem czytać innych katolickich świętych i mistyków, i wszędzie odkrywałem tę samą rzeczywistość, mimo odmiennego stylu (nawet u "Małego Kwiatka" - św. Tereski z Lisieux!). Byłem pewien, że jest to ta sama rzeczywistość, którą nauczyli mnie kochać moi rodzice i nauczyciele, tylko w o wiele głębszej wersji. Nie wydawała mi się wcale obca ani inna. Nie była to rzeczywistość innej religii, tylko dorosła wersja mojej własnej.
Kościół, jakiego chciał Chrystus
Potem, podczas zajęć z historii Kościoła, profesor mojej kalwińskiej uczelni podsunął mi sposób na zbadanie roszczeń Kościoła katolickiego w stosunku do mojej własnej wspólnoty. Zasadnicze roszczenie ma charakter historyczny: że Chrystus założył Kościół katolicki, że istnieje historyczna ciągłość Kościoła. Gdyby była to prawda, musiałbym zostać katolikiem ze względu na posłuszeństwo mojemu jedynemu absolutowi - woli mojego Pana.
Wykładowca wyjaśnił protestancki punkt widzenia. Powiedział, że katolicy oskarżają nas, protestantów, że nasza tradycja sięga wstecz tylko do Lutra i Kalwina; ale to nieprawda, bo sięga ona do samego Chrystusa. Chrystus nigdy nie miał zamiaru zakładać Kościoła w stylu katolickim, tylko w stylu protestanckim. Katolickie dodatki do prostego, nowotestamentowego Kościoła w stylu protestanckim narastały stopniowo w średniowieczu, podobnie jak pąkle porastają kadłub okrętu. Reformatorzy protestanccy po prostu zeskrobali te narośla - obce, pogańskie naleciałości. Katolicy natomiast uważają, że Chrystus od początku ustanowił Kościół katolicki, a doktryny i praktyki, które protestanci uważają za narośla, były w rzeczywistości żywymi i nieodłącznymi elementami wręg i poszycia okrętu.
Pomyślałem, że w ten sposób można empirycznie sprawdzić słuszność katolickich roszczeń i chciałem ją sprawdzić, bo w tym czasie moje niebezpieczne zainteresowanie światem katolicyzmu zaczęło mnie już niepokoić. Jedna połowa mnie (bardziej awanturnicza) chciała przekonać się, że jest to rzeczywiście prawdziwy Kościół, druga połowa (bardziej przywiązana do wygody) chciała dowieść jego fałszywości. Moja awanturnicza połowa radowała się, kiedy odkryłem w pierwotnym Kościele takie katolickie elementy jak centralne miejsce Eucharystii, rzeczywistą obecność, modlitwy do świętych, kult Maryi, podkreślanie znaczenia widzialnej jedności i sukcesji apostolskiej. Co więcej, Ojcowie Kościoła po prostu "smakowali" bardziej po katolicku niż po protestancku, zwłaszcza św. Augustyn, mój osobisty bohater i ulubieniec wielu protestantów. Wydawało mi się zupełnie oczywiste, że gdyby Augustyn albo Hieronim, albo Ignacy Antiocheński, albo Antoni Pustelnik, albo Justyn Męczennik, albo Klemens Aleksandryjski, albo Atanazy żyli do dzisiaj, byliby katolikami, a nie protestantami.
Problem historycznych korzeni Kościoła był dla mnie kwestią zasadniczą, bo w Kościele katolickim znalazłem coś, czego nie znalazłem w żadnej wspólnocie protestanckiej: prosty, potężny, historyczny fakt, że Kościół ten, majestatyczny i niezatapialny, istnieje tak długo. Był to ten sam żeglowny statek, Arka Noego zbudowana na zamówienie Jezusa. Przypominało to odkrycie Arki - nie jakiegoś dokładnego wizerunku, ani nawet zabytku w postaci kawałka drewna - ale samej Arki Noego w całej okazałości, nadal żeglującej bez szwanku po morzach historii! Było to jak spełnienie się bajki, jak "mit, który stał się faktem", by użyć sformułowania, jakim C. S. Lewis określał Wcielenie.
Nie mogłem pozostać w zacnej ekumenicznej gospodzie w pół drogi, podziwiając Kościół z daleka.
Paralela między Chrystusem a Kościołem, Wcieleniem i historią Kościoła wiodła mnie jeszcze dalej. Jezus określił swoją tożsamość - myślałem - zmuszając nas do wybrania jednego z obozów: wrogów albo wyznawców, tych, którzy nazywają Go kłamcą, albo tych, którzy nazywają Go Panem; tak samo Kościół katolicki twierdzi, że jest jedynym prawdziwym Kościołem, tym, który założył Chrystus, i przez to zmusza nas albo do uznania (jeśli to nieprawda), że roszczenie to jest najbardziej aroganckie, bluźniercze i nikczemne na świecie, albo do przyjęcia, że Kościół jest właśnie tym, za co się podaje. Jak Jezus stanowił absolutny wyjątek wśród wszystkich ludzkich nauczycieli, twierdząc, że jest kimś więcej niż człowiekiem i nauczycielem, tak Kościół katolicki przerasta inne denominacje swoim roszczeniem, że nie jest jedynie denominacją, ale Ciałem Chrystusa: wcielonym, nieomylnym, jednym i świętym, ukazującym Chrystusa rzeczywiście obecnego w sprawowanej przez siebie Eucharystii. Nie mogłem pozostać w zacnej ekumenicznej gospodzie w pół drogi, podziwiając Kościół z daleka. Musiałem zawołać albo "Ukrzyżuj!", albo "Hosanna!". Jeśli nie mógłbym mu uwierzyć i pokochać go, uczciwość zmusiłaby mnie, by go zwalczać i znienawidzić.
Ale nie mogłem go znienawidzić. Piękno, świętość i mądrość Kościoła, tak jak piękno, świętość i mądrość Chrystusa, nie pozwalały mi nazwać Kościoła kłamcą czy szaleńcem, bo i Chrystusa nie nazwałbym w ten sposób.
Prosta logika dawała mi zatem jedno i tylko jedno wyjście: to musi być Kościół, który mój Pan założył dla mnie - mój Pan, dla mnie. Lepiej zatem, żeby ten Kościół stał się moim Kościołem, skoro On jest moim Panem.
Linę, którą zostałem wciągnięty na pokład Arki, tworzyło wiele nici, ale ta jedna - twierdzenie Kościoła, że jest on jedynym Kościołem założonym w historii przez Chrystusa - była najważniejsza i decydująca. Ze wszystkich książek najbardziej przyczyniła się do mojej decyzji The Belief of Catholics Ronalda Knoxa. On i Chesterton przemawiali "jak ci, którzy mają władzę, a nie jak uczeni w Piśmie" (por. Mt 7,28). Nawet C. S. Lewis, oczko w głowie ewangelikalnych protestantów, miał najczęściej posmak katolicyzmu. Książka wydana niedawno przez kalwińskiego autora, Johna Beversluisa, z którym chodziłem do liceum, próbuje bezlitośnie rozprawić się ze wszystkimi argumentami Lewisa; jednak po tej potyczce Lewis pozostaje niedraśnięty, a Beversluis wychodzi na ateistę. Lewis jest jedynym autorem, któremu zawsze mogłem zaufać i którego do końca potrafiłem zrozumieć. Ale on wierzył w czyściec i rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii, a nie w całkowite zepsucie. Nie był protestantem. Tak naprawdę był człowiekiem średniowiecza.
Najlepszy nauczyciel, jakiego spotkałem, William Harry Jellema, mimo kalwińskiego wyznania, ukazał mi wizję historii filozofii, której nie mogę określić inaczej jak katolicką; obejmującą tradycję grecką i średniowieczną oraz zakładane przez nie raczej szerokie niż wąskie pojęcie rozumu. Z technicznego punktu widzenia było to przeciwstawienie "realizmu" (Akwinata) "nominalizmowi" (Ockham i Luter). Ze zdroworozsądkowego punktu widzenia oznaczało ono wybór mądrości zamiast czysto logicznej spójności i wnikliwości zamiast czystej kalkulacji. Zobaczyłem, że teologia protestancka skażona jest płytkim nominalizmem i kartezjańskim wąskim unaukowieniem rozumu.
Drugą związaną z tym różnicą był fakt, że katolicy, jak ich greccy i średniowieczni nauczyciele, nadal wierzyli, że rozum jest zasadniczo wiarygodny, a nie upadły i przez to całkowicie niegodny zaufania. Owszem, posługując się nim, robimy błędy. Owszem, istnieją "noetyczne skutki grzechu". Ale sam instrument jest wiarygodny. Możemy tylko źle go używać.
Wiąże się to z trzecią różnicą. Dla katolików rozum jest nie tylko czymś subiektywnym, ale także obiektywnym; rozum to nie sztuczne, małe, stworzone przez nas zasady naszych własnych subiektywnych procesów myślowych albo komunikacji między podmiotami - rozum to okno na świat. I to nie tylko na świat materialny, ale także na świat formy, porządku, prawdy obiektywnej. Rozum pochodzi od Boga. Wszelka prawda jest Bożą prawdą. Kiedy Platon albo Sokrates znali prawdę - logos - znali Chrystusa, chyba że Jan kłamie w pierwszym rozdziale swojej Ewangelii. Wygłosiłem nawet w uczelnianej kaplicy przemowę, w której nazwałem Sokratesa "chrześcijaninem powszechnej łaski" i niechcący wywołałem skandal. Pamiętają to jeszcze dziś, po 30 latach.
Jedyną osobą, która niemal zatrzymała mnie przy protestantyzmie, był Kierkegaard. Nie Kalwin ani Luter. Zanegowanie przez nich wolnej woli zmieniało wybór człowieka w udawaną grę znaczonymi kośćmi. Kierkegaard przedstawił błyskotliwą, spójną alternatywę dla katolicyzmu, była ona jednak tak dziwacznie indywidualistyczna, tak pesymistyczna i antyracjonalna, że jej autor wydawał się nie do końca człowiekiem. On jeden spośród protestanckich myślicieli mógł się równać - moim zdaniem - z Augustynem albo Tomaszem, ale był tylko buntownikiem na pokładzie Arki, podczas gdy oni należeli do rodziny, byli synami Noego.
Gdyby jednak katolickie dogmaty przeczyły Pismu Świętemu albo sobie nawzajem, nie mógłbym w nie uwierzyć. Zbadałem wszystkie przypadki domniemanych sprzeczności i przekonałem się, że wszystkie wynikają z niezrozumienia kwestii przez protestantów. Żeby nie wiem jak zły moralnie był Kościół doby renesansu, i tak nigdy nie nauczał herezji. Byłem pod wrażeniem tej hipokryzji: nawet kiedy praktyki Kościoła nie dorastały do tego, co głosił, nigdy nie zniżał głoszonych prawd do swoich praktyk. Ktoś powiedział, że hipokryzja jest hołdem, jaki występek składa cnocie.
Poza tym wielkie wrażenie zrobił na mnie argument, że to "Kościół napisał Biblię". Kościół głosił chrześcijaństwo przed napisaniem Nowego Testamentu - to fakt historyczny. Jest także faktem historycznym, że Apostołowie napisali Nowy Testament, ale to Kościół stworzył kanon, decydując, które księgi są rzeczywiście natchnione przez Boga. Lekcje logiki i zdrowy rozsądek podpowiadały mi, że przyczyna nie może być mniejsza od skutku. Nie można dać czegoś, czego się nie ma. Jeśli Kościół pozbawiony jest boskiego natchnienia i nieomylności, boskiego autorytetu, to tak samo jest ich pozbawiony Nowy Testament. Protestantyzm z logicznego punktu widzenia pociąga za sobą modernizm.
Musiałem zatem być albo katolikiem, albo modernistą. I to zadecydowało. Tak, jakby ktoś powiedział mi: możesz być albo patriotą, albo zdrajcą.
Katolicy to nie poganie
Pewnego popołudnia ukląkłem sam w pokoju i modliłem się, żeby Bóg zdecydował za mnie, bo ja sam jestem dobry w myśleniu, ale kiepski w działaniu, jak Hamlet. Niespodziewanie odniosłem wrażenie, że moi bohaterowie - Augustyn i Tomasz - i tysiące innych świętych i mędrców wołają do mnie z wielkiej Arki: "Wskakuj na pokład! Jesteśmy tu naprawdę. Żyjemy nadal. Przyłącz się do nas! Tu jest Ciało Chrystusa". Odpowiedziałem "tak". Mój intelekt i uczucia zostały już dawno zwyciężone; wola poddała się ostatnia.
Pozostała do rozwiązania jedna zasadnicza kwestia: usprawiedliwienie przez wiarę, główna kość niezgody okresu reformacji. Luter, oczywiście, miał rację: doktryna jest jasno wyłożona w Listach do Rzymian i Galatów. Jeśli Kościół katolicki głosi "inną Ewangelię" o zbawieniu z uczynków, naucza fundamentalnej herezji. Przekonałem się jednak, że i tu zaszło nieporozumienie.
Naszym biletem w bramach niebieskich nie są dobre uczynki albo szczerość, ale wiara, która skleja nas z Jezusem.
Czytałem o łasce w Sumie Tomasza, w dekretach Soboru Trydenckiego i przekonałem się, że na temat łaski wypowiadają się one równie zdecydowanie jak Luter i Kalwin. Nie posiadałem się z radości, że Kościół katolicki także czyta Biblię! Naszym biletem w bramach niebieskich, jak mówi Pismo i nauka Kościoła, nie są dobre uczynki albo szczerość, ale wiara, która skleja nas z Jezusem. To On nas zbawia; my nie zbawiamy samych siebie. Przekonuję się jednak, co niewiarygodne, że 9 na 10 katolików o tym nie wie; nie znają absolutnie najważniejszego, zasadniczego, podstawowego dogmatu chrześcijaństwa. Protestanci mają rację: większość katolików rzeczywiście wierzy w zupełnie inną religię. Dobrze ponad 90% studentów, wśród których przeprowadziłem ankietę (mieli za sobą 12 lat katechizacji, część z nich chodziła do katolickich liceów), odpowiedziało, że spodziewają się pójść do nieba, bo się starali albo robili, co mogli, albo mieli współczucie dla innych, albo byli szczerzy. Rzadko kiedy w ogóle wspominali o Jezusie. Zapytani o to, dlaczego mają nadzieję być zbawieni, wymieniali prawie wszystko prócz Zbawiciela. Kto ich uczył? Kto pisał dla nich podręczniki? Tacy nauczyciele skradli naszym drogim dzieciom coś najcenniejszego na świecie, "drogocenną perłę" (Mt 13,46): ich wiarę. Jezus wygłosił pod adresem takich ludzi dość przerażające ostrzeżenie; coś o młyńskich kamieniach (Mt 18,6).
Katolicyzm naucza, że jesteśmy zbawieni przez wiarę, przez łaskę, przez Chrystusa, żeby nie wiem jak mało katolików to rozumiało. A protestanci uczą, że wiara z konieczności rodzi dobre uczynki. Podstawowy spór reformacji jest kłótnią między kwiatem i korzeniem tej samej rośliny.
Ale chociaż Luter nie lekceważył dobrych uczynków, łączył je z wiarą jedynie bardzo cienką i niegodną zaufania nicią: nicią ludzkiej wdzięczności. Nauczał, że w odpowiedzi na wielki Boży dar zbawienia, który przyjmujemy przez wiarę, z wdzięczności pełnimy dobre uczynki. Ale wdzięczność to tylko uczucie, zależne od ludzkiego "ja". Katolickie powiązanie wiary i uczynków jest o wiele silniejsze i wiarygodniejsze. Znalazłem je w Chrześcijaństwie po prostu C. S. Lewisa, najlepszym znanym mi wprowadzeniu w chrześcijaństwo. Chodzi o ontologiczną rzeczywistość zoe, życia nadprzyrodzonego, łaski uświęcającej, życia samego Boga w ludzkiej duszy, które zostaje przyjęte przez wiarę, a następnie samo rodzi dobre uczynki. Bóg jest zarówno na początku, jak i na końcu procesu: to, co wchodzi w nas przez wiarę (życie Boga), wychodzi z nas w postaci dobrych uczynków, przy naszym dobrowolnym współudziale.
Nie byłem także zadowolony z nauczania Lutra, że usprawiedliwienie jest kruczkiem prawnym zastosowanym przez Boga, a nie prawdziwym wydarzeniem w nas: że Bóg patrzy na chrześcijanina w Chrystusie, dostrzega jedynie sprawiedliwość Chrystusa i prawnie zakłada czy też domniemywa, że jest to nasza sprawiedliwość. Uważałem, że musi być raczej tak, jak mówi katolicyzm, że Bóg naprawdę we chrzcie i przez wiarę (w Nowym Testamencie zazwyczaj stoją one obok siebie) udziela nam samego Chrystusa. Pod tym względem odkryłem, że fundamentaliści, a zwłaszcza baptyści, mają zdrowszą filozofię niż kalwini i luteranie. Ich język, choć hasłowy i łatwy do wyśmiania, jest bliższy prawdy, kiedy mówi o "przyjęciu Chrystusa jako Zbawiciela".
Mimo że wszystkie moje wątpliwości rozwiały się i decyzję podjąłem w 1959 roku, na ostatnim roku studiów w Calvin College, członkiem Kościoła katolickiego zostałem rok później, już na Uniwersytecie Yale. Rodzice byli przerażeni, ale stopniowo przekonywali się, że nie postradałem zmysłów ani nie zaprzedałem duszy; że katolicy są chrześcijanami, a nie poganami. Było to dla mnie bardzo trudne, bo z natury jestem nieśmiały i mam miękkie serce; nie wyobrażam sobie prawie nic gorszego, niż sprawiać ból komuś, kogo kocham. Myślę, że cierpiałem prawie tak samo jak oni. Bóg jednak w cudowny sposób przewiązuje rany.
Od wielu lat jestem szczęśliwym katolikiem. Oczywiście, miesiąc miodowy minął, ale małżeństwo nabrało głębi.
Od wielu lat jestem szczęśliwym katolikiem. Oczywiście, miesiąc miodowy minął, ale małżeństwo nabrało głębi. Jak wszyscy konwertyci, o jakich słyszałem, zostałem wciągnięty na pokład nie przez tych katolików, którzy starają się "promować" Kościół przez dostosowanie go do ducha czasów, mówiąc, że katolicy tak naprawdę nie różnią się od innych, ale przez tych, którzy z radością prezentują pełnię starożytnej, ortodoksyjnej wiary jako prorockie wyzwanie dla świata. Minimaliści, którzy sprowadzają cuda do mitów, dogmaty do opinii, prawa do wartości, a Ciało Chrystusa do psychologiczno-społecznego kółka zainteresowań, zawsze wzbudzali we mnie gniew, politowanie albo uczucie znudzenia. Podobnie polityczna partyzantka kryjąca się za maskami religii. Jestem szczęśliwy jak dziecko, że mogę iść za ziemskim namiestnikiem Chrystusa wszędzie, dokąd mnie prowadzi. Co on kocha, ja kocham; co on odrzuca, ja odrzucam; gdzie prowadzi, tam idę. Albowiem Pan, któremu obaj oddajemy cześć, powiedział do jego poprzednika, Piotra: "Kto ciebie słucha, Mnie słucha" (por. Łk 10,16). Dlatego właśnie jestem katolikiem: bo jestem chrześcijaninem.
z angielskiego tłumaczyła
Magda Sobolewska
PETER KREEFT (ur. 1937), apologeta katolicki, pisarz, publicysta, wykładowca uniwersytecki. W Polsce opublikowano m.in. jego książki: Miłość jest silniejsza niż śmierć, Podróż. Duchowa mapa dla współczesnych pielgrzymów i Aborcja. Trzy punkty widzenia.