Passione. Reno Renado - Anna Wolf

Kup ebooka

41.90 zł
33.52 zł (41,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Reno

Noce w Jer­sey City by­wa­ją zdra­dziec­kie. Tak jak dzi­siej­sza, kie­dy spo­glą­dam na to klę­czą­ce i chu­ja war­te ścier­wo przede mną. Wiem, co po­wi­nie­nem z nim zro­bić, a mia­no­wi­cie nie pier­do­lić się i dać ko­le­sio­wi to, na co za­słu­żył. Tyl­ko czy ten skur­wiel za­słu­żył na taki los, któ­ry dla nie­go za­pla­no­wa­łem? Nie są­dzę. A jed­nak i tak to zro­bię. Spra­wy z Man­za­nim za­szły za da­le­ko, zde­cy­do­wa­nie za da­le­ko. A ta klę­czą­ca kur­wa pró­bo­wa­ła mnie za­bić, więc nie­ste­ty, ale dzi­siaj za­koń­czy ży­wot na tym ludz­kim łez pa­do­le.

- Od­po­wia­daj - ce­dzę, jed­nak on wy­bie­ra mil­cze­nie.

Li­czę w my­ślach, żeby dać skur­wie­lo­wi szan­sę, bo nie chcę od razu pod­rzy­nać mu gar­dła, ale nikt nie po­wie­dział, że nie uży­ję in­nych środ­ków. Dla­te­go ude­rzam go po­now­nie w tę par­szy­wą gębę, a krew roz­bry­zgu­je się i nie­for­tun­nie lą­du­je na mo­jej twa­rzy. Się­gam do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki po ma­te­ria­ło­wą chu­s­tecz­kę i ście­ram nią czer­wo­ną ciecz. Nie zno­szę tego za­pa­chu, ale nikt nie po­wie­dział, że w tej bran­ży bę­dzie lek­ko. Je­śli ktoś mnie wkur­wi, nie mam li­to­ści. To nie Leo jest skur­wie­lem w tej ro­dzi­nie. Tyl­ko ja.

- On chy­ba nam nic nie wy­śpie­wa, sze­fie.

- Chy­ba to on w ogó­le już nie wy­glą­da. - Po­chy­lam gło­wę nad jego zwi­sa­ją­cym smęt­nie cze­re­pem. - Jak tego nie zro­bisz - mó­wię wy­raź­nie, żeby do­brze mnie usły­szał, pod­czas gdy mój czło­wiek trzy­ma go na klęcz­kach za ręce od tyłu - umrzesz tu­taj. W tym ciem­nym za­uł­ku. I przez bar­dzo dłu­gi czas nikt się na­wet nie do­wie, że zde­chłeś. Więc, jak bę­dzie?

- Wolę się spo­tkać ze Świę­tym Pio­trem, niż co­kol­wiek wam po­wie­dzieć, skur­wie­le - chry­pi.

Jed­nak nie chce ga­dać. Nie to nie. Mówi się "trud­no" i pla­nu­je się jego śmierć. Wy­pro­wa­dzam kil­ka cio­sów, aż jego cia­ło sta­je się zwiot­cza­łe. Czy­li ze­mdlał. Więc po spra­wie.

- Puść tego gno­ja.

- Co z nim ro­bi­my? - do­py­tu­je Gia­co­mo.

- Wy­kończ go - mó­wię spo­koj­nie. - Tym ra­zem nie uba­bram się we krwi bar­dziej, niż to ko­niecz­ne. Tro­chę za dużo mam już tru­pów na za­ple­czu.

- Kul­ka w łeb?

- Nie. Po­de­rżnij mu tym - po­da­ję nóż - gar­dło, niech się wy­krwa­wi od wła­snej bro­ni. - Ście­ram chu­s­tecz­ką krew z dło­ni, któ­rej nie do­strze­głem, po czym cho­wam ma­te­riał do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. - A kie­dy skoń­czysz, niech tu­taj zgni­je.

- W tym za­uł­ku?

- To jest taka dziel­ni­ca, że na­wet je­śli znaj­dą cia­ło, to wpi­szą je na li­stę na­pa­ści. Nie doj­dą, kto go za­bił. Ot, przy­pad­ko­wa ofia­ra.

- Nie ma na­rzę­dzia zbrod­ni i po pro­ble­mie, boss.

- I naj­waż­niej­sze, że nie ma świad­ków, prócz na­szej dwój­ki.

- Si.

- Za­cią­gnij go za kar­to­ny, bę­dzie mniej wi­docz­ny - na­ka­zu­ję mo­je­mu czło­wie­ko­wi.

Ten kiwa gło­wą i wy­ko­nu­je moje po­le­ce­nie, gdy ja spo­koj­nie od­wra­cam się i na nie­go cze­kam. Czy mam wy­rzu­ty su­mie­nia? Nie­ko­niecz­nie. To by­dlę do­sko­czy­ło do mnie, kie­dy wy­szli­śmy z auta i po­szli­śmy się przejść. Tak zwy­czaj­nie jak prze­chod­nie. A kie­dy za­uwa­ży­łem, że je­ste­śmy śle­dze­ni, zwin­nie go tu­taj ścią­gnę­li­śmy. Ten chuj wy­cią­gnął nóż, my­śląc, że mnie chy­ba za­bi­je. Ale ze mną nie tak ła­two, bo ode­bra­łem mu ten ko­zik, a póź­niej spra­wa szyb­ko się po­to­czy­ła. Nie mam pew­no­ści, ale pra­wie na dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent to czło­wiek Man­za­nie­go. Bo któż inny chciał­by na­szej śmier­ci? Tyl­ko on. Po­sta­ra­łem się więc, żeby nikt nas nie na­krył, a dla bez­pie­czeń­stwa zo­sta­wi­łem Ga­spa­ra na cza­tach.

- Go­to­we, sze­fie - in­for­mu­je mnie Gia­co­mo, któ­ry zo­sta­wił tru­pa tam, gdzie mu ka­za­łem.

Wy­cho­dzi­my ze śle­pej ulicz­ki, do któ­rej na­wet Pan Bóg by nie zaj­rzał.

- Czy­sto, sze­fie - od­zy­wa się Ga­spar na nasz wi­dok.

- O tak póź­nej po­rze ra­czej ży­we­go du­cha się w tym miej­scu nie uświad­czy. Gli­ny też się tu­taj nie za­pusz­cza­ją, ale le­piej być przy­go­to­wa­nym.

- Zo­sta­wia­my tego skur­wie­la, ot tak? - dzi­wi się.

- Tak - od­po­wia­da Gia­co­mo, kie­dy całą trój­ką spo­koj­nie i bez po­śpie­chu wę­dru­je­my do za­par­ko­wa­ne­go ja­kieś dwie­ście me­trów da­lej auta.

Od­jeż­dża­my z miej­sca zbrod­ni i mniej wię­cej kwa­drans póź­niej wjeż­dża­my w zna­ne mi re­wi­ry. Ostat­nio, dla wła­sne­go bez­pie­czeń­stwa, od­pu­ści­łem so­bie by­wa­nie w moim lo­ka­lu, ale pora wró­cić na wła­ści­we tory. Kie­dy więc Ga­spar par­ku­je we wska­za­nym prze­ze mnie miej­scu, nie kry­je zdzi­wie­nia.

- Nie przed piz­ze­rią?

- Nie. Ty jedź, a my się przej­dzie­my. Bra­ku­je mi noc­ne­go ży­cia Jer­sey City - mó­wię.

- Chy­ba atrak­cji na dzi­siaj mamy aż nad­to - rzu­ca z prze­ką­sem Gia­co­mo, na co się śmie­ję. - Szef przy­cią­ga kło­po­ty jak pa­dli­na sępy.

- Być może, ale nie będę się cho­wał ni­czym szczur okrę­to­wy, a póź­niej spier­da­lał. Nie je­stem piz­dą - mó­wię i wy­sia­dam.

Auto od­jeż­dża, a my ru­sza­my po­wol­nym kro­kiem uli­cą. Tu­taj jest zu­peł­nie ina­czej. Wia­do­mo, wszę­dzie moż­na obe­rwać, ale w tej czę­ści mia­sta jest bez­piecz­niej, dla­te­go mam tu swój lo­kal.

- Co tam, sze­fie? - pyta Gia­co­mo, kie­dy rap­tow­nie przy­sta­ję.

Bez sło­wa ki­wam gło­wą w kie­run­ku pew­ne­go zaj­ścia. Obaj sta­je­my poza za­się­giem świa­tła ulicz­nej la­tar­ni i ob­ser­wu­je­my, co się dzie­je po dru­giej stro­nie uli­cy. Ża­den z nas nie re­agu­je. Dla­cze­go? Bo nie chce­my się mie­szać w nie swo­je spra­wy. Pa­nu­je jed­na za­sa­da, no może kil­ka, a na­czel­na to taka, że wła­sne bru­dy pie­rze się u sie­bie na dziel­ni i nikt się nie wtrą­ca, chy­ba że ty­czy się to ko­goś po­stron­ne­go, wte­dy moż­na za­re­ago­wać. W tym wy­pad­ku tak nie jest. Po­stron­ny­mi oso­ba­mi je­ste­śmy my. Ale gdy­by­śmy zo­sta­li za­ata­ko­wa­ni, wte­dy źle by się to dla wszyst­kich skoń­czy­ło. I cho­ciaż cza­sy krwa­wych po­ra­chun­ków za­ła­twia­nych na uli­cach po­wo­li prze­mi­ja­ją, by­wa­ją ta­kie chwi­le jak ta dzi­siaj. Nie je­stem z tego dum­ny, ale chcę jesz­cze po­żyć. Dla­te­go nie re­agu­ję i może źle ro­bię, ale prze­szko­dzić im nie za­mie­rzam. Po ostat­niej strze­la­ni­nie mam do­syć. Rana na no­dze jest za­go­jo­na, mu­sia­łem na­wet przejść ja­kąś za­sra­ną re­ha­bi­li­ta­cję, ale je­stem pra­wie jak nowy. I "pra­wie" to sło­wo klu­czo­we. Bo na­ło­ży­łem sam na sie­bie za­kaz wda­wa­nia się w ja­kieś bez­sen­sow­ne bój­ki czy wy­mia­nę zdań na pię­ści. Tyl­ko że dzi­siaj tak tro­chę mnie po­nio­sło. Chcia­łem się do­wie­dzieć, gdzie prze­by­wa ta kur­wa, Man­za­ni, bo jak­by się pod zie­mię za­padł. A ten chuj jest dla nas re­al­nym za­gro­że­niem. Po­nie­waż zaś Leo ma swo­je ży­cie i Mię, tak samo jak Mika i Car­la, zo­sta­ję ja... Je­stem wol­ny jak pta­szek, więc ni­czym nie ry­zy­ku­ję, no może je­dy­nie wła­snym ży­ciem, któ­re lu­bię. Mam więc za­miar wy­ko­rzy­stać swo­ją wol­ność, żeby zła­pać tego skur­wy­sy­na przy­po­mi­na­ją­ce­go gów­no przy­kle­jo­ne do po­de­szwy mo­je­go buta.

Igno­ru­jąc sce­nę, od­wra­cam gło­wę i za­cią­gam się już pra­wie wio­sen­nym po­wie­trzem, cho­ciaż ciut chłod­nym ze wzglę­du na wie­czo­ro­wą porę. Po­pra­wiam weł­nia­ną ma­ry­nar­kę, a na­stęp­nie ru­szam przed sie­bie ni­czym zwy­kły prze­cho­dzień, choć nim nie je­stem, a Gia­co­mo po­dą­ża za mną ni­czym cień. Nie mam tylu lu­dzi, co Leo czy cho­ciaż­by Reno. Nie po­trze­bu­ję. Ga­spar i Gia­co­mo wy­star­czą. Je­den od­po­wia­da za pil­no­wa­nie, żeby biz­ne­sy szły do­brze, dru­gi jest od wszyst­kie­go.

- Par­szy­we z nas gnoj­ki - od­zy­wam się.

- Bo mu nie po­mo­że­my? - pyta, gdy się od­da­la­my.

- Tak, ale nie wie­my, co to za je­den - od­po­wia­dam.

- Czy­li naj­le­piej się nie mie­szać.

- Si. My mamy inną spra­wę do za­ła­twie­nia.

- Ro­zu­miem, że Man­za­ni spę­dza sze­fo­wi sen z po­wiek - cmo­ka Gia­co­mo.

- Ten ko­leś jest ku­rew­sko nie­bez­piecz­ny i nie­obli­czal­ny. Po pro­stu trze­ba go zła­pać i zu­ty­li­zo­wać, zwłasz­cza że na­sy­ła na mnie ja­kichś cho­ler­nych po­je­bów.

- A co na to pań­scy bra­cia?

- Oni są za­ję­ci wi­ciem gniaz­dek, a ja po­zo­sta­łem sam i nie mam tego ob­cią­że­nia. Nikt po mnie pła­kać nie bę­dzie, Gia­co­mo.

- Ale ma pan ro­dzi­nę, któ­ra ra­czej nie by­ła­by za­do­wo­lo­na z pań­skiej śmier­ci.

- Każ­dy z nas kie­dyś umrze, tyl­ko w in­nym cza­sie. So­bie pi­sa­nym.

- Niby tak.

- Chodź do piz­ze­rii. Naj­le­piej mi się my­śli przy je­dze­niu - oświad­czam.

Po­wol­nym kro­kiem, ob­ser­wu­jąc oko­li­cę, idę w kie­run­ku mo­je­go lo­ka­lu, któ­re­go do­ro­bi­łem się sam. Ku­pi­łem go za pie­nią­dze po­cho­dzą­ce z nie do koń­ca le­gal­ne­go źró­dła, ale waż­ne, że biz­nes jest le­gal­ny. Po pro­stu ro­bi­my do­brą piz­zę oraz ma­ka­ro­ny. Mój lo­kal to nie re­stau­ra­cja z je­dze­niem za mi­lio­ny. Jest smacz­nie, do­brze i pra­wie każ­de­go stać. Suk­ces po­le­ga nie na szyb­kim do­ro­bie­niu się. Po­le­ga na zdo­by­wa­niu za­ufa­nia, ser­wo­wa­niu wię­cej za mniej. Je­śli star­cza mi na ra­chun­ki za lo­kal, opła­ce­nie mo­ich pra­cow­ni­ków i zo­sta­je mi jesz­cze na ży­cie, to jest do­brze. Pew­nie gdy­bym pod­niósł ceny, lu­dzie da­lej by przy­cho­dzi­li, tyl­ko że to bez sen­su. Sa­mot­ne mat­ki nie­ko­niecz­nie by­ło­by stać na zje­dze­nie cho­ciaż­by piz­zy. Dla­te­go każ­dy wie, że u mnie zje smacz­nie i za przy­stęp­ną cenę.

Ale ten biz­nes nie po­zwa­la na ży­cie po­nad stan, bo do tego po­trze­ba już in­nych pie­nię­dzy. A że je­stem Re­na­do i lu­bię pie­nią­dze, o któ­re nie trze­ba się mar­twić, ce­nię każ­dy do­dat­ko­wy szmal, na­wet je­śli jego przy­pływ nie­ko­niecz­nie jest le­gal­ny. Żeby za­głu­szyć odro­bi­nę wy­rzu­ty su­mie­nia, że jed­nak je­stem dra­niem, daję dat­ki. Ano­ni­mo­wo. Nie lu­bię się tym cheł­pić. Po pro­stu się dzie­lę.

- Chy­ba zgłod­nia­łem - od­zy­wa się Gia­co­mo, kie­dy wcho­dzi­my do środ­ka.

- Piz­za i ma­ka­ron po­pra­wią nam hu­mor.

- W su­mie - uśmie­cha się - do­brej piz­zy nie od­mó­wię.

- Wła­śnie. - Bez­gło­śnie wi­tam się z kel­ner­ką i po­ka­zu­ję mo­je­mu czło­wie­ko­wi, żeby usiadł przy na­szym sto­li­ku. - Za­raz wró­cę.

- Ja­sne, boss.

Kie­dy on zaj­mu­je miej­sce, ja za­cho­dzę do kuch­ni, gdzie wi­tam się z ku­cha­rzem. Gior­gio po­da­je mi rękę, któ­rą uprzed­nio wy­tarł w far­tuch, po­nie­waż była cała w mące.

- Wi­tam, sze­fie.

- Da radę za­mó­wić u cie­bie jesz­cze piz­zę?

- Dla pana za­wsze i o każ­dej po­rze. Jak się szef czu­je?

- Do­brze - tro­chę kła­mię, bo noga po po­strza­le cza­sem daje o so­bie znać.

- To jak do­brze, to w ta­kim ra­zie za­bie­ram się za przy­go­to­wa­nie ko­la­cji. Taka sama co zwy­kle?

- Si - od­po­wia­dam i wy­cho­dzę.

Mi­jam bar i pod­cho­dzę do na­sze­go sto­li­ka, przy któ­rym sie­dzi już rów­nież Ga­spar. Po­ka­zu­ję ręką, żeby nie wsta­wa­li, a na­stęp­nie od­su­wam so­bie krze­sło i do­sia­dam się do nich.

- Coś mnie omi­nę­ło? - py­tam, bo wy­glą­da­ją, jak­by o czymś dys­ku­to­wa­li.

- Za­sta­na­wia­my się, jak zła­pać tego ca­łe­go Man­za­nie­go. Jest o krok przed nami.

- To jest coś, co sam chciał­bym wie­dzieć.

Roz­ma­wia­my, do­pó­ki nie zo­sta­je przy­nie­sio­na na­sza ko­la­cja. Kel­ner­ka sta­wia piz­zę, któ­ra jak zwy­kle jest spo­ra, a że chło­pa­ki mają żo­łąd­ki bez dna, to oba­wiam się, że może jej za­brak­nąć.

- Smacz­ne­go - od­zy­wam się.

- Smacz­ne­go, sze­fie - mó­wią jed­no­cze­śnie.

Się­gam po ka­wa­łek. No, nie­bo w gę­bie. Cią­gną­ca się moz­za­rel­la... Ko­cham wło­ską kuch­nię.

*

Po skoń­czo­nym po­sił­ku każę chło­pa­kom wra­cać do domu, po­nie­waż jest póź­no. Przy oka­zji in­for­mu­ję ich, że sam się od­sta­wię au­tem. Nie je­stem nie­peł­no­spraw­ny, żeby dzi­siaj mu­siał mnie któ­ryś z nich od­wo­zić. Oni też mają swo­je ro­dzi­ny, a te ro­zu­mie­ją, że pra­ca dla mnie jest wy­ma­ga­ją­ca, ale nie je­stem skur­wy­sy­nem, żeby ojca za­bie­rać dziec­ku. W tej ro­bo­cie ni­g­dy jed­nak nic nie wia­do­mo. Wszy­scy mają tego świa­do­mość.

- Do ju­tra, chło­pa­ki - że­gnam się z nimi.

- Bu­ona not­te, boss.

Kie­dy zo­sta­ję sam, spo­glą­dam na ze­ga­rek. Oka­zu­je się, że nie­dłu­go za­my­ka­my lo­kal. Jest póź­no i już o tej po­rze nikt się nie zja­wi, a to spra­wia, że wsta­ję i zgar­niam kar­ty dań z pu­stych sto­li­ków. Gdy się mię­dzy nimi prze­cha­dzam, rzu­ca mi się w oczy jed­na oso­ba. Sie­dzi ze spusz­czo­ną gło­wą i grze­bie wi­del­cem w ta­le­rzu. Wy­glą­da, jak­by mia­ła kło­po­ty, co nie jest moim zmar­twie­niem, lub nie pod­cho­dzi jej ma­ka­ron, a to już jest moje zmar­twie­nie. Klien­tom po­win­na sma­ko­wać na­sza kuch­nia. Mam za­miar po­dejść i za­py­tać, ale na dro­dze wy­ra­sta mi kel­ner­ka.

- Szef kuch­ni pro­si o roz­mo­wę, pa­nie Re­na­do - oświad­cza.

- Coś się sta­ło?

- Nie wiem, wy­glą­dał na ze­stre­so­wa­ne­go.

- Dzię­ki. A ty po­dejdź do sto­li­ka za tobą i do­wiedz się, dla­cze­go klien­to­wi nie sma­ku­je nasz ma­ka­ron.

- Mam za­py­tać o... - Od­wra­ca gło­wę, po czym spo­glą­da na mnie. - Tam ni­ko­go nie ma.

- Sie­dzi... - ury­wam na wi­dok pu­ste­go sto­li­ka.

- Ten ktoś wy­szedł, sze­fie. Więc już się ni­cze­go nie do­wie­my.

- Do­bra. Po­zbie­raj resz­tę kart i za­cznij od­wra­cać krze­sła na sto­li­ki, żeby po­zo­sta­li klien­ci wie­dzie­li, że nie­dłu­go za­my­ka­my.

- Ja­sne, boss.

Zo­sta­wiam Stel­lę i ru­szam na roz­mo­wę z ku­cha­rzem, nie ma­jąc po­ję­cia, o co cho­dzi. Oby to nie były złe no­wi­ny, bo ta­kich ostat­nio, kur­wa, nie lu­bię.

Rozdział 2

Valentina

Reno Re­na­do mnie nie po­znał. Na­praw­dę. W su­mie to chy­ba nie po­win­nam się dzi­wić. Ostat­ni raz, kie­dy się wi­dzie­li­śmy, by­li­śmy na­sto­lat­ka­mi i cho­dzi­li­śmy do tej sa­mej szko­ły. A te­raz każ­de z nas jest do­ro­słe i ma swo­je ży­cie.

Ci­cho wzdy­cham, bo upły­nę­ło tyle cza­su, że to był­by cud, gdy­by sta­ło się ina­czej. Jed­nak i tak je­stem ja­koś za­wie­dzio­na. W su­mie to li­czy­łam na... sama nie wiem na co. Prze­cież nie wy­krzyk­nął­by ra­do­śnie mo­je­go imie­nia ani tym bar­dziej mnie nie przy­tu­lił, cho­ciaż daw­no temu wła­śnie tak by było. A dzi­siaj pa­trzy jak na obcą oso­bę. By­wa­ją ta­kie dni, że sama sie­bie nie roz­po­zna­ję. Choć z lu­strza­ne­go od­bi­cia pa­trzy na mnie do­ro­sła ko­bie­ta, to cza­sem robi to ocza­mi na­sto­lat­ki, któ­rej pew­ne­go dnia świat się zmie­nił i ni­g­dy nie wró­cił na wła­ści­wą or­bi­tę.

A on i ja... Jezu, na­wet nie wiem, czy on bę­dzie mi w sta­nie po­móc. Tak bar­dzo chcia­łam go zo­ba­czyć. Przez chwi­lę po­czuć się jak daw­niej. Tyl­ko to mi po­zo­sta­ło: mi­nio­ne lata, wspo­mnie­nia oraz ży­cie, któ­re mia­łam i zna­łam... To już nie wró­ci. A on to tak na­praw­dę je­dy­na oso­ba, do któ­rej mo­głam udać się po po­moc. To męż­czy­zna, któ­ry nie zwie­je ani nie bę­dzie się bał, kie­dy mu o wszyst­kim opo­wiem. Zwłasz­cza że na jego gło­wę też jest zle­ce­nie. Tyl­ko że Re­na­do to Re­na­do. To na­zwi­sko bu­dzi re­spekt i mo­gło­by ura­to­wać moją przy­szłość, bo prze­szłość naj­le­piej zo­sta­wić za sobą. Nie­mniej oba­wiam się, że to moje po­boż­ne ży­cze­nie.

Prze­cie­ram twarz, zmę­czo­na wie­dzą, któ­ra bywa nie­bez­piecz­na, cho­ciaż wła­śnie ona daje mi wła­dzę. Nie za­wsze jed­nak roz­wią­zu­je pro­ble­my. Na przy­kład ten, że ktoś chce mnie zli­kwi­do­wać. I nie ma zna­cze­nia, że nie wy­ko­rzy­stam tego prze­ciw­ko mo­je­mu sze­fo­wi. Li­czy się tyl­ko to, że mo­gła­bym i że wiem.

Wy­pusz­czam ci­cho od­dech i ru­szam przed sie­bie. Nie­da­le­ko jest ho­tel, w któ­rym się za­trzy­ma­łam. Pła­ci­łam go­tów­ką, co za­pew­nia mi bez­pie­czeń­stwo, bo je­stem zwy­czaj­nie nie do na­mie­rze­nia. W tym celu po­zby­łam się też te­le­fo­nu. Wolę dmu­chać na zim­ne. Dla­te­go idę po­wo­li, żeby nie wzbu­dzać po­dej­rzeń, bo je­stem prze­cież prze­cięt­ną dziew­czy­ną miesz­ka­ją­cą w Jer­sey City. Na­wet je­śli praw­da jest zu­peł­nie inna.

Po dzie­się­ciu mi­nu­tach znaj­du­ję się już w wy­na­ję­tym po­ko­ju. Za­my­kam drzwi na wszyst­kie zam­ki, się­gam po krze­sło i blo­ku­ję nim klam­kę, gdyż chcę się po­czuć odro­bi­nę bez­piecz­niej. Spraw­dzam po­now­nie, czy za­mknę­łam, na­stęp­nie włą­czam lamp­kę noc­ną. Zrzu­cam z sie­bie blu­zę oraz pe­ru­kę i wcho­dzę do ma­łej ła­zien­ki. Nie po­trze­bu­ję luk­su­sów, więc prysz­nic, to­a­le­ta i umy­wal­ka mi wy­star­czą.

Uno­szę gło­wę i spo­glą­dam w wi­szą­ce przede mną lu­stro, któ­re po­ka­zu­je coś, co jest nie­praw­dą. Mój wy­gląd jest nie­praw­dzi­wy, więc chu­s­tecz­ka­mi do de­ma­ki­ja­żu zmy­wam całą tę ma­skę, któ­rą dzi­siaj na­ło­ży­łam. Pod nią kry­je się coś, co chcia­ła­bym wy­ma­zać z pa­mię­ci, ale suk­ce­syw­ne zmy­wa­nie pu­dru, pod­kła­du, różu i tu­szu do rzęs wy­ła­nia po­bo­jo­wi­sko na mo­jej twa­rzy, ja­kie zro­bi­li mi inni. Ten wi­dok spra­wia, że do oczu na­pły­wa­ją mi łzy. Po­zwa­lam im pły­nąć, cho­ciaż i tak nic nie zmie­nią. Nie mogą. Odro­bi­nę mi jed­nak lżej.

Po zmy­ciu ca­łej ta­pe­ty spo­glą­dam na swo­ją twarz i krzy­wię się na jej wi­dok. Wiem, że się za­goi, jed­nak mogą zo­stać nie­wiel­kie bli­zny. Zresz­tą na­wet nie chcę my­śleć o resz­cie. Praw­da jest taka, że gdy­bym wie­dzia­ła, co dla mnie przy­szy­ko­wa­li, ni­g­dy w ży­ciu nie przy­szła­bym tam­te­go dnia do pra­cy. Uda­ła­bym cho­rą, mar­twą czy co­kol­wiek in­ne­go. Ale sta­ło się i mam za­miar spra­wić, że ich cho­ry plan spło­nie żyw­cem. Zresz­tą oni też by mo­gli. Tacy dra­nie na nic in­ne­go nie za­słu­gu­ją.

Chwi­lę póź­niej bio­rę prysz­nic. Sto­ję pod stru­mie­niem dość cie­płej wody, któ­ra spły­wa po moim cie­le fa­la­mi. Po­zwa­lam, żeby zmy­ła ze mnie ostat­nie kil­ka dni ży­cia, bo chcia­ła­bym o nich za­po­mnieć. Się­gam po my­dło i myję się de­li­kat­nie, żeby nie bo­la­ło. A kie­dy kil­ka mi­nut póź­niej wy­cie­ram się ręcz­ni­kiem, uda­ję, że nic mi nie jest. Gdy­bym tego nie ro­bi­ła, roz­bi­ła­bym się ni­czym szklan­ka zrzu­co­na na pod­ło­gę.

Po prysz­ni­cu sia­dam na łóż­ku, by od­po­cząć. Ucie­ka­nie i ży­cie w cią­głym stre­sie wy­kań­cza. Ale zro­bię to, co za­pla­no­wa­łam. Mu­szę. W prze­ci­wień­stwie do tam­tych mam su­mie­nie, któ­re mówi mi, że do­brze ro­bię. Na­wet je­śli tej nocy mało po­śpię, je­stem zde­ter­mi­no­wa­na, żeby wy­ko­nać plan. W su­mie to zmu­si­li mnie, że­bym wró­ci­ła do swo­jej prze­szło­ści. A ta za­bi­je, za­ko­pie lub spa­li, je­śli coś się ko­muś nie spodo­ba. Tro­chę się boję spo­tka­nia z męż­czy­zną, bo to już nie ten sam chło­pak. Ale nie mam wyj­ścia. Wyj­ściem jest on. Do­brym czy złym... prze­ko­nam się ju­tro. I nim się po­ło­żę, chcę spraw­dzić po­now­nie drzwi. Wsta­ję i ro­bię za­le­d­wie dwa kro­ki, gdyż do­strze­gam nie­znacz­nie po­ru­sza­ją­cą się klam­kę. Cięż­ko prze­ły­kam na ten wi­dok i po­spiesz­nie się roz­glą­dam, czy dam radę zwiać ina­czej niż przez drzwi. Nie­ste­ty to je­dy­na dro­ga uciecz­ki.

Wa­ham się, ale ro­bię krok do przo­du i zno­wu za­sty­gam, po­nie­waż sły­szę za drzwia­mi ja­kieś gło­sy.

- Kur­wa, za­mknię­te.

- Pew­nie jej tam nie ma.

Sztyw­nie­ję cała. Do­słow­nie jak­bym mia­ła pa­ra­liż.

- Wiem. Po pro­stu prócz ko­lo­ru wło­sów opis syl­wet­ki pra­wie pa­so­wał, ale to za mało. Wra­ca­my.

- Szef nie bę­dzie za­do­wo­lo­ny.

- Si, ale cóż zro­bić...

Od­dech więź­nie mi w płu­cach, gdy sły­szę ostat­nie sło­wa, po czym gwał­tow­nie się uwal­nia, a ser­ce za­czy­na dud­nić ni­czym za­sra­ne dudy. Od­zy­sku­ję wła­dzę nad cia­łem, od­wra­cam się i wpa­dam do ła­zien­ki. W po­śpie­chu wcią­gam na sie­bie ubra­nie. Po mniej niż mi­nu­cie sto­ję już w bu­tach oraz blu­zie. Wkła­dam moją pe­ru­kę, po­pra­wiam to­reb­kę przez ra­mię i pod­cho­dzę do drzwi. Na­słu­chu­ję. Bo oni na bank przy­szli po mnie. Cze­kam, kie­dy będę mo­gła stąd na­wiać. Po­zo­sta­nie tu jest zbyt ry­zy­kow­ne, a ja po­wo­li tra­cę na­dzie­ję.

Li­czę w gło­wie se­kun­dy, a gdy do­cho­dzę do dzie­się­ciu i nic nie sły­szę za drzwia­mi, od­su­wam po ci­chu krze­sło. Prze­ły­kam śli­nę i wa­ham się. Otwo­rzyć czy nie? A może wciąż tam są. Rap­tem przy­po­mi­na mi się, że mam okno wy­cho­dzą­ce na uli­cę. Szyb­ko ga­szę świa­tło, pod­cho­dzę do ścia­ny i od­su­wam ciut cięż­ką ko­ta­rę. Sto­ję i pa­trzę. Może już po­szli, a może jesz­cze nie. Li­czę na łut szczę­ścia, ale nie­ste­ty ko­lej­na mi­nu­ta oka­zu­je się nada­rem­na, bo ni­ko­go nie do­strze­gam. To nie ozna­cza jed­nak, że ich tam nie ma.

- Szlag!

Od­su­wam się i wra­cam do wyj­ścia. Na­słu­chu­ję. Ci­sza.

Po mniej niż mi­nu­cie po­wo­li uchy­lam drzwi. Od­dy­cham z ulgą, kie­dy oka­zu­je się, że ko­ry­tarz jest pu­sty. Do klat­ki scho­do­wej mam nie­ca­łe dzie­sięć me­trów, któ­re po­ko­nu­ję bły­ska­wicz­nie, a na­stęp­nie zbie­gam szyb­ko scho­da­mi do holu. Da­ru­ję so­bie wy­mel­do­wa­nie, bo i tak za­pła­ci­łam za jed­ną dobę, więc so­bie sami we­zmą klucz z po­ko­ju. Mi­jam re­cep­cję i nie­zau­wa­żo­na wy­cho­dzę z bu­dyn­ku. Przy­sta­ję na chod­ni­ku i się roz­glą­dam. Czy­sto, ni­ko­go nie ma.

- Ufff - mam­ro­czę pod no­sem.

Ru­szam szyb­kim kro­kiem w ota­cza­ją­cą mnie i roz­świe­tla­ną je­dy­nie ulicz­ny­mi la­tar­nia­mi noc. Kie­ru­nek mam je­den. I po chwi­li cel znaj­du­je się w za­się­gu mo­je­go wzro­ku. To jed­nak nie ozna­cza, że tam do­trę. Ze ści­śnię­tym żo­łąd­kiem pra­wie bie­gnę. Mo­dlę się w du­chu, żeby on tam jesz­cze był. Je­śli go nie za­sta­nę, to nie wiem, co zro­bię.

Oglą­dam się przez ra­mię raz, po czym gnam przed sie­bie, li­cząc, że bę­dzie jesz­cze otwar­te. Ja­kież jest moje za­sko­cze­nie, kie­dy ła­pię za klam­kę i oka­zu­je się, że już za­mknę­li, mimo że w środ­ku pali się ni­kłe świa­tło. Za­ci­skam usta w wą­ską li­nię, od­wra­cam się ple­ca­mi do drzwi i ska­nu­ję oto­cze­nie. Ni­g­dzie nie wi­dzę tam­tych dra­ni, ale mogą się gdzieś jesz­cze cza­ić. Sama świa­do­mość tego spra­wia, że wstę­pu­je we mnie pa­ni­ka. Taka sama, jak wte­dy, kie­dy zo­sta­łam na­pad­nię­ta i o mało nie za­mor­do­wa­na. To uczu­cie te­raz jest po­dob­ne, jak­bym to­nę­ła. Nie mam ni­ko­go, do kogo mo­gła­bym się zgło­sić po po­moc. A to spra­wia, że nie bar­dzo wiem, co po­win­nam w tej za­ki­cha­nej sy­tu­acji zro­bić. Moja ostat­nia de­ska ra­tun­ku od­pły­nę­ła.

Za­gry­zam bo­le­śnie dol­ną war­gę mię­dzy zę­ba­mi i pró­bu­ję zna­leźć roz­wią­za­nie mo­je­go pro­ble­mu. Za­sta­na­wiam się, czy nie ma in­ne­go wej­ścia, może od za­ple­cza, któ­re­go nie za­uwa­ży­łam. Nie­ste­ty oka­zu­je się, że są­sia­du­ją­ce bu­dyn­ki są przy­kle­jo­ne do sie­bie, bez żad­ne­go za­uł­ku.

- Kur­wa! - mam­ro­czę pod no­sem, sto­jąc przed drzwia­mi wej­ścio­wy­mi.

Mam ocho­tę za­wyć do księ­ży­ca, cho­ciaż to gów­no da, dla­te­go po­sta­na­wiam po­szu­kać ja­kie­goś in­ne­go ho­te­lu. Nie mam wyj­ścia i choć się oba­wiam, że zno­wu ktoś da im cynk i mnie sprząt­ną, to sto­ję i li­czę na cud. Na za­ki­cha­ny cud. Ale one zwy­czaj­nie nie zda­rza­ją się ta­kim jak ja.

Reno

Roz­mo­wa z ku­cha­rzem tro­chę się prze­cią­gnę­ła. Są­dzi­łem, że może coś z ro­dzi­ną lub chce zmie­nić pra­cę, co by mi się w chuj nie po­do­ba­ło, ale oka­za­ło się ina­czej. Po­trze­bo­wał mo­jej zgo­dy na wpro­wa­dze­nie dwóch no­wych dań, któ­re ugo­to­wał i dał mi do spró­bo­wa­nia. Po mo­jej ak­cep­ta­cji i do­ga­da­niu się, co do do­staw, mam to wszyst­ko z gło­wy.

- Do­bra­noc, sze­fie - mówi na od­chod­ne, już przy tyl­nych drzwiach.

- Do­bra­noc. Zo­ba­czy­my, jak go­ście za­re­agu­ją ju­tro na małą mo­dy­fi­ka­cję menu.

- Bę­dzie do­brze. Te­sto­wa­łem na pra­cow­ni­kach.

- I jak?

- Sma­ko­wa­ło im, więc nie prze­wi­du­ję, że z klien­ta­mi bę­dzie ina­czej.

- Zgo­da. - Ki­wam gło­wą, a on wy­cho­dzi.

Mnie po­zo­sta­je za­mknię­cie tego przy­byt­ku i wyj­ście od fron­tu, bo moje auto stoi od stro­ny uli­cy. Dla­te­go nie będę wy­cho­dził ty­łem, bo mu­siał­bym nad­ło­żyć dro­gi i zro­bił­bym nie­złe koło, żeby do­trzeć do sa­mo­cho­du. Mało kto wie, że od za­ple­cza jest po­dwór­ko, na któ­re wjeż­dża się z są­sied­niej uli­cy. Do­sta­wy od­by­wa­ją się wła­śnie tam­tę­dy. Przy oka­zji jest to dru­ga dro­ga ewa­ku­acji, gdy­by za­szła taka po­trze­ba. Lo­kal wy­bra­łem sta­ran­nie. Lu­bię być zwy­czaj­nie przy­go­to­wa­ny na nie­spo­dzie­wa­ne oko­licz­no­ści.

Wy­cho­dzę z kuch­ni i ru­szam do głów­nej sali, gdzie ga­szę ostat­nią lamp­kę przy kon­tu­arze, któ­rą Stel­la za­po­mnia­ła wy­łą­czyć. Na­stęp­nie się­gam po klucz do kie­sze­ni spodni i pod­cho­dzę do drzwi, ale ku mo­je­mu za­sko­cze­niu ktoś jest po dru­giej stro­nie. Wi­dzę, jak prze­cha­dza się tam i z po­wro­tem, więc się­gam pod połę ma­ry­nar­ki, wy­cią­gam splu­wę i spraw­dzam, czy jest na­ła­do­wa­na, a po se­kun­dzie bez­sze­lest­nie otwie­ram drzwi. Kie­dy osob­nik, któ­ry mnie nie za­uwa­ża, sta­je od­wró­co­ny ple­ca­mi, ja ro­bię krok do przo­du i wcią­gam go siłą do środ­ka. Nie­ste­ty ro­bię to tak nie­for­tun­nie, że upa­da, dla­te­go wy­ko­rzy­stu­ję prze­wa­gę i włą­czam oświe­tle­nie, po czym za­my­kam za­mek w drzwiach, żeby nikt nam nie prze­szka­dzał i żeby ten ktoś nie zwiał. Dla wła­sne­go bez­pie­czeń­stwa trzy­mam w dło­ni opusz­czo­ne­go gna­ta. To ma być stra­szak, bo ra­czej wo­lał­bym dzi­siaj nie strze­lać.

- Kim je­steś? - py­tam de­li­kwen­ta, któ­ry się mo­zol­nie pod­no­si.

Nie od­po­wia­da, za to się od­wra­ca, a ja pa­trzę za­sko­czo­ny w oczy ko­bie­ty, któ­rej twarz jest po­kie­re­szo­wa­na. Blond wło­sy ma do oboj­czy­ków i ciut przy­gar­bio­ną syl­wet­kę, jak­by coś cięż­kie­go osia­dło jej na ra­mio­nach. Ale mimo tego wy­glą­da zna­jo­mo.

- Nie po­zna­jesz mnie, praw­da? - pada z ust, któ­re są w dwóch miej­scach roz­cię­te i oto­czo­ne si­nia­kiem.

Ja pier­do­lę, wy­glą­da, jak­by ktoś ją po­trak­to­wał tłucz­kiem do mię­sa.

- Nie - od­po­wia­dam krót­ko. - Po co się krę­cisz koło mo­jej re­stau­ra­cji o tak póź­nej po­rze? - py­tam wciąż chłod­nym to­nem. - Je­steś głod­na? Bez­dom­na?

Za­prze­cza ru­chem gło­wy i pa­trzy na mnie spod ciem­nych i gę­stych rzęs, któ­re już kie­dyś wi­dzia­łem. Przy­się­gam, że skądś ją znam.

- A te­raz mnie po­zna­jesz? - Się­ga do gło­wy i ła­pie za wło­sy, któ­re ku mo­je­mu za­sko­cze­niu oka­zu­ją się pe­ru­ką. - Na­praw­dę aż tak się zmie­ni­łam? - pyta, jak­by roz­cza­ro­wa­na, że jej nie po­zna­ję.

- A po­wi­nie­nem cię znać? - py­tam już z ni­kłym prze­bły­skiem w pa­mię­ci.

- Reno - szep­cze - za­wsze by­łeś naj­faj­niej­szy z ca­łe­go ro­dzeń­stwa. My­śla­łam, że swo­ją szkol­ną przy­ja­ciół­kę po­znasz, zwłasz­cza że dzie­li­li­śmy się je­dze­niem na prze­rwach i... - Na­gle ury­wa.

Ale wła­śnie to jest to, co spra­wia, że ro­bię wiel­kie oczy i prze­krzy­wiam gło­wę. Bo to... Ja­kim, kur­wa, cu­dem?!

- Va­len­ti­na - sa­pię. - Ale jak, do cho­le­ry?

- Za­sko­czo­ny? - Śmie­je się nie­zbyt przy­jem­nie. - Tyl­ko cie­ka­we, czy mile, a może od­wrot­nie.

- Kur­wa - klnę, a w na­stęp­nej se­kun­dzie cho­wam splu­wę oraz przy­bli­żam się do niej i ukła­dam dło­nie na jej ra­mio­nach. - Co ci się, do dia­bła, sta­ło? Skąd te si­nia­ki?

- Wiem, że nie wi­dzie­li­śmy się kupę lat, ale mu­si­my po­ga­dać. Chy­ba tyl­ko ty mo­żesz mi po­móc.

- Po­móc? Kto cię ści­ga? Tyl­ko nie kłam.

- Nie za­mie­rzam. Ści­ga mnie mój pra­co­daw­ca, w su­mie to były, cho­ciaż sama nie wiem. Tak czy ina­czej, chce mnie za­bić.

- To - wska­zu­ję na jej twarz - za­pew­ne jego ro­bo­ta - ce­dzę wkur­wio­ny na wi­dok dziew­czy­ny, któ­ra kie­dyś była dla mnie kimś wy­jąt­ko­wym.

- Si. - Za­ci­ska usta.

- Śle­dzą cię?

- Nie wiem. I nie wiem, ja­kim cu­dem, ale zna­leź­li mnie w ho­te­lu. Pła­ci­łam go­tów­ką, nie po­da­łam praw­dzi­wych da­nych i...

- To nie­waż­ne. Za­bie­ram cię stąd, a póź­niej mi wszyst­ko opo­wiesz. Bez­piecz­niej bę­dzie jed­nak, jak wyj­dziesz od za­ple­cza.

- Jest tu­taj dru­gie wyj­ście? - pyta za­sko­czo­na.

- Ow­szem. Zo­stań, a naj­le­piej scho­waj się w kuch­ni. - Mó­wiąc to, pro­wa­dzę ją tam. - Tu­taj je­steś bez­piecz­na. We­zmę auto i ob­ja­dę bu­dyn­ki. Wi­dzi­my się za chwi­lę.

- Dzię­ku­ję.

- Nie wiem, za co mi dzię­ku­jesz, ale nie po­do­ba mi się twój wy­gląd, mała. - Ki­wam jej i wy­cho­dzę, ga­sząc po dro­dze świa­tło.

Pod­cho­dzę do drzwi fron­to­wych, a na­stęp­nie za­my­kam re­stau­ra­cję, jak­bym przed chwi­lą z ni­kim nie roz­ma­wiał. Pod­rzu­cam klu­czy­ki w ręku i, ci­cho po­gwiz­du­jąc, ru­szam do za­par­ko­wa­ne­go nie­opo­dal sa­mo­cho­du. Wsia­dam i po kil­ku se­kun­dach od­jeż­dżam, żeby ode­brać dziew­czy­nę, do któ­rej daw­no temu czu­łem osza­ła­mia­ją­cą mię­tę.

Ja pie­przę! To Va­len­ti­na Ro­ma­no!

I kur­wa, kto­kol­wiek ją tak za­ła­twił, po­ża­łu­je, że ją tknął. Ko­biet się nie bije. A to, że Mika po­zbył się swo­jej go­spo­si, to inna hi­sto­ria. Tam­ta szpie­go­wa­ła i do­no­si­ła. A nie wie­rzę, że Va­len­ti­na by­ła­by skłon­na do cze­goś ta­kie­go, cho­ciaż ni­g­dy nie moż­na tego wy­klu­czyć. Za­wsze była do­brą dziew­czy­ną. Tyl­ko że nie wi­dzia­łem jej kupę lat i przez ten czas ona teo­re­tycz­nie mo­gła się zmie­nić, bo od śmier­ci jej ro­dzi­ców, któ­rzy zgi­nę­li w nie do koń­ca ja­snych oko­licz­no­ściach, mi­nę­ło na­praw­dę spo­ro cza­su. I wła­śnie wte­dy ślad po niej za­gi­nął, stra­ci­łem przy­ja­ciół­kę, któ­rą dla wła­sne­go do­bra ja­koś uda­ło mi się wy­ma­zać z pa­mię­ci. Przy­naj­mniej aż do te­raz tak uwa­ża­łem.

*

Po kil­ku mi­nu­tach par­ku­ję w stre­fie do­sta­wy od stro­ny po­dwór­ka. Nie wy­łą­czam sil­ni­ka, bo wiem, że nikt nie ukrad­nie mo­je­go sa­mo­cho­du, więc wcho­dzę ko­ry­ta­rzem do re­stau­ra­cji.

- Va­len­ti­na? - od­zy­wam się.

- Je­stem - od­po­wia­da i wy­ła­nia się z kuch­ni.

- Wy­cho­dzi­my, w tej chwi­li.

- Do­brze.

Po­ka­zu­ję jej ręką, żeby szła pierw­sza, a po chwi­li za­my­kam za nami me­ta­lo­we drzwi. Od­wra­cam się i de­li­kat­nie uj­mu­ję ją za ło­kieć. Czu­ję, jak się wzdry­ga. Mam na­dzie­ję, że nie prze­ze mnie, a zwy­czaj­nie ze stra­chu. Bo je­śli się mnie boi, to kiep­sko.

- Za­pra­szam. - Otwie­ram jej drzwi od stro­ny pa­sa­że­ra.

- Dzię­ku­ję - mówi, po czym wsia­da, a ja za­trza­sku­ję je za nią.

- Za­pnij pas - pro­szę ją, kie­dy zaj­mu­ję miej­sce za kie­row­ni­cą.

- Za­pię­łam.

- W po­rząd­ku. Po­je­dzie­my do mnie. Na­wet je­śli ktoś nas śle­dzi, to się tam nie do­sta­nie. A już tym bar­dziej nie do­sta­nie cie­bie.

- Dzię­ku­ję - szep­cze.

- Nie rób tego. Po sta­nie two­jej twa­rzy stwier­dzam, że spu­ści­li ci nie­zły wpier­dol. A ty mi zno­wu dzię­ku­jesz. Prze­stań to ro­bić, bo jesz­cze w ni­czym ci nie po­mo­głem.

- Wła­śnie to ro­bisz, Reno. A oni pró­bo­wa­li mnie za­bić.

- Skur­wie­le - ce­dzę. - Od­pocz­nij. Mamy ka­wa­łek do prze­je­cha­nia.

- Mhm - mru­czy.

Po dro­dze do domu spo­glą­dam w bocz­ne lu­ster­ka, żeby spraw­dzić, czy cza­sem nie mamy to­wa­rzy­stwa na ogo­nie, ale na ra­zie wszyst­ko wy­da­je się w po­rząd­ku. Żeby moja pa­sa­żer­ka nie czu­ła się nie­zręcz­nie, pusz­czam ci­cho mu­zy­kę. Po­noć ona ła­go­dzi oby­cza­je, więc li­czę, że Va­len­ti­na się odro­bi­nę od­prę­ży, gdy ja aż boję się my­śleć o tym, co ją spo­tka­ło. A to były na­praw­dę chu­jo­we rze­czy. Mu­sia­ły być.

Przez całą dro­gę mil­czy­my, a dla mnie jest to oka­zja do przyj­rze­nia się jej bli­żej. Kie­dyś mia­ła bar­dzo dłu­gie wło­sy, te­raz się­ga­ją jej do ra­mion. I nie po­wiem, wy­glą­da do­brze. Oczy­wi­ście po­mi­ja­jąc stan jej twa­rzy.

- Je­ste­śmy - in­for­mu­ję ją, kie­dy za­jeż­dżam przed bra­mę, któ­ra po chwi­li się przed nami otwie­ra.

- Ma czuj­nik?

- Jest wmon­to­wa­ne urzą­dze­nie od­czy­tu­ją­ce ta­bli­ce re­je­stra­cyj­ne, więc kie­dy sta­ję, sama się otwie­ra.

- Faj­ny ga­dżet. I masz duży dom - stwier­dza.

- Nie aż tak, ale jest tu spo­ro miej­sca. Za to Leo ma dużą cha­tę.

- No tak, jest jesz­cze Mika.

- On też ma cał­kiem nie­złą miej­sców­kę - mó­wię, kie­dy na pod­jeź­dzie co­fam i par­ku­ję ty­łem przed ga­ra­żem, do któ­re­go po chwi­li wjeż­dżam. - Je­steś już bez­piecz­na.

- Masz wy­so­kie ogro­dze­nie - za­uwa­ża, gdy bra­ma ga­ra­żo­wa po­wo­li się za­my­ka i za­sła­nia wi­dok.

- Lu­bię pry­wat­ność, więc wolę, żeby inni nie za­glą­da­li przez płot. Jesz­cze by zo­ba­czy­li ja­kie­goś tru­pa - rzu­cam żar­to­bli­wie i chy­ba uda­je mi się ją roz­ba­wić, bo wi­dzę ni­kły uśmiech na pięk­nych ustach bru­net­ki.

Wy­sia­da­my z auta, a po kil­ku se­kun­dach otwie­ram drzwi pro­wa­dzą­ce z ga­ra­żu do przed­sion­ka, któ­ry jest łącz­ni­kiem mię­dzy ho­lem, skąd mam wi­dok na drzwi fron­to­we, a całą resz­tą domu. Kie­dy za­my­kam za nami, Va­len­ti­na się roz­glą­da, więc bez po­śpie­chu idę pierw­szy do kuch­ni, sły­sząc za sobą jej kro­ki. Pod­cho­dzę do wy­spy ku­chen­nej, ścią­gam ma­ry­nar­kę i od­wie­szam ją na jed­no z krze­seł, po czym uśmie­cham się i mach­nię­ciem ręki za­pra­szam ją do za­ję­cia miej­sca.

- Głod­na?

- Na­pi­ła­bym się cze­goś.

- Sok? Woda? Czy coś in­ne­go?

- Woda ga­zo­wa­na, je­śli masz.

- Słu­żę. - Po­da­ję jej wy­so­ką szklan­kę na­peł­nio­ną wodą z bą­bel­ka­mi.

Wi­dzę, jak gasi pra­gnie­nie. A ja mu­szę uga­sić swo­ją cie­ka­wość, któ­ra nie da mi te­raz żyć.

Rozdział 3

Reno

Przy­glą­dam się mo­je­mu go­ścio­wi, a w gło­wie aż hu­czy mi od do­my­słów. Po­wie­dzieć, że je­stem za­sko­czo­ny, to tak jak­by nic nie po­wie­dzieć. Za żad­ne skar­by świa­ta nie spo­dzie­wał­bym się zo­ba­czyć w mo­jej re­stau­ra­cji Va­len­ti­ny Ro­ma­no. I to ta­kiej wy­ro­śnię­tej, do­ro­słej i ku­rew­sko po­bi­tej, ale wciąż pięk­nej. Za­wsze była ład­na i za­wsze mia­łem do niej sła­bość. Gdy­by wte­dy nie znik­nę­ła... Zresz­tą było, mi­nę­ło. Nie cof­nę się do prze­szło­ści, żeby za­py­tać, czy pój­dzie ze mną na szkol­ną po­tań­ców­kę. Ale za to te­raz mogę się nią za­opie­ko­wać, mimo że nie bar­dzo wiem, co o tym wszyst­kim my­śleć. Jed­nak przez wzgląd na daw­ne cza­sy nie chcę być świ­nią i od­ma­wiać jej schro­nie­nia. Ona go po­trze­bu­je, a ja mogę jej go dać.

Od­su­wam dla sie­bie krze­sło i sia­dam. Nie chcę stać, kie­dy będę ją wy­py­ty­wał, bo mógł­bym wy­glą­dać jak jej opraw­ca. A to w jej obec­nym sta­nie by­ło­by z mo­jej stro­ny drań­stwem. W su­mie to je­stem dra­niem, ale nie dla niej. Mogę być dla wszyst­kich, ale nie dla Ro­ma­no.

- Znik­nę­łaś - za­czy­nam.

- Si.

- Nie wie­dzia­łem, co się z tobą póź­niej dzia­ło.

- To był i w su­mie jest dość mrocz­ny okres mo­je­go ży­cia.

- Masz na my­śli do­ro­słość?

- To opo­wieść na ra­zie bez szczę­śli­we­go za­koń­cze­nia.

- To zna­czy? - py­tam i uważ­nie się jej przy­glą­dam. Na­praw­dę mam ocho­tę ko­muś wpier­do­lić.

- To zna­czy, że ona się wciąż pi­sze, Reno. Wciąż pił­ka w grze, ale nie znam wy­ni­ku.

- Zmar­twię cię, ale nikt go nie zna, na tym po­le­ga ży­cie.

- Może i tak. - Upi­ja łyk swo­jej ga­zo­wa­nej wody. - Przy­go­to­wy­wa­no nas do pra­cy dla tu­tej­szych - mó­wiąc to, bawi się szklan­ką, któ­rą ob­ra­ca w dło­niach - biz­nes­me­nów.

- Nie ro­zu­miem... - Uda­ję, że nie mam po­ję­cia, o czym mówi, a praw­da jest taka, że do­sko­na­le zda­ję so­bie spra­wę, co to zna­czy. Chcę po pro­stu wy­cią­gnąć od niej jak naj­wię­cej.

- Szko­lo­no nas, że­by­śmy pra­co­wa­li dla lu­dzi two­je­go po­kro­ju, Reno.

- Mo­je­go po­kro­ju - po­wta­rzam.

- No tak, do­brze wiesz, o co mi cho­dzi. Więc nie ob­ra­żaj się, ale nie je­steś jak inni, je­steś z ma­fii.

- Ra­cja, wy­wo­dzę się ze świa­ta prze­stęp­cze­go.

- Si.

- Ale dla­cze­go te­raz się u mnie zja­wiasz, a nie przy­szłaś wcze­śniej? Co cię po­wstrzy­my­wa­ło? Już od daw­na je­steś do­ro­sła.

- Bo na­wet jak­bym chcia­ła odejść, nie mo­głam.

- Dla­cze­go? - do­py­tu­ję, bo cho­ciaż znam me­cha­ni­zmy rzą­dzą­ce tym świa­tem, to jed­nak nie bar­dzo tym ra­zem ro­zu­miem. - Ra­czej nie mia­łaś nic wspól­ne­go z dzia­ła­nia­mi swo­je­go sze­fa.

- Może i nie, ale on miał coś, co trzy­ma­ło mnie na miej­scu.

- Szan­taż?

- Po czę­ści tak. - Spusz­cza gło­wę, a ciem­ne ko­smy­ki de­li­kat­nie fa­lu­ją wo­kół jej po­bi­tej twa­rzy. Ci­cho wzdy­cha. - Na każ­de­go z nas znaj­do­wa­no "coś", dzię­ki cze­mu mo­gli rzą­dzić na­szym ży­ciem. To nie było tak - uno­si na mnie spoj­rze­nie - że by­li­śmy zmu­sza­ni do cze­goś. Pła­co­no nam za na­szą pra­cę. Teo­re­tycz­nie mie­li­śmy wy­bór, któ­ry jed­nak nie był wy­bo­rem.

- Tak zwa­ne pro­po­zy­cje nie do od­rzu­ce­nia.

- Tak.

- Kur­wa - klnę. - Znam ten wy­bór. To wy­bór mię­dzy złem a skur­wy­syń­stwem.

- Je­steś z ma­fii, Re­na­do. Ale cho­dzi­ło o to, że za wy­bór odej­ścia każ­de z nas za­pła­ci­ło­by wy­so­ką cenę. Cza­sem zbyt wy­so­ką.

- To zna­czy swo­im ży­ciem?

- Si lub w naj­gor­szym, i w su­mie naj­częst­szym przy­pad­ku, czy­imś ży­ciem.

- Ro­zu­miem.

- Ja zwy­czaj­nie mia­łam pe­cha, Reno. Mój oj­ciec był, kim był. Oso­ba, któ­ra umie­ści­ła mnie u sio­strzy­czek... To był chy­ba biz­nes dla mo­jej ciot­ki. My - pod­kre­śla - by­li­śmy biz­ne­sem dla niej.

- Ja­kim?

- Nie je­stem pew­na. Nie mam do­wo­dów, ale chy­ba była coś ko­muś win­na. I praw­do­po­dob­nie wo­la­ła się po­zbyć cię­ża­ru, za­pew­ne za anu­lo­wa­nie dłu­gu. Tak my­ślę, cho­ciaż nikt ni­g­dy mi tego nie po­twier­dził.

- A twój oj­ciec wie­dział o rze­czach, za któ­re za­pła­cił gło­wą.

- Si. A mama była zwy­czaj­nie przy­pad­ko­wą ofia­rą.

- Przy­kro mi.

- Dzię­ki, ale to im ży­cia nie przy­wró­ci, cho­ciaż chcia­ła­bym.

- Okej. Czy­li przy­go­to­wa­no cię do pra­cy dla pa­skud­nych lu­dzi.

- Ow­szem.

- A resz­ta? Ży­cie? Miesz­ka­nie? Zna­jo­mi? Chło­pak? - wy­py­tu­ję ją, cho­ciaż to ostat­nie le­d­wo prze­cho­dzi mi przez gar­dło. Coś ir­ra­cjo­nal­ne­go za­gnież­dża się we mnie, tak ir­ra­cjo­nal­ne­go jak za­zdrość.

Nie­po­ję­te...

- Mam miesz­ka­nie, mia­łam względ­ną wol­ność oraz pra­cę po­le­ga­ją­cą na wy­ko­ny­wa­niu tego, za co mi pła­co­no, i uda­wa­nie głu­chej. Ale... nie mo­głam ni­g­dzie wy­je­chać. Na­wet gdy by­łam cho­ra, spraw­dza­no, czy nie sy­mu­lu­ję.

- Ja pier­do­lę. Jak je­ba­ny obóz pra­cy.

- Zdzi­wio­ny?

- Tro­chę tak, bo to jest cho­re.

- Ten świat jest cho­ry, Reno. Wszyst­ko się w nim krę­ci wo­kół for­sy. I wszy­scy.

- Ale mimo to tu je­steś. Mimo że two­je po­ja­wie­nie się u mnie bę­dzie mia­ło swo­je kon­se­kwen­cje, je­steś tu.

- Reno, ja już je po­no­szę. Wi­dzisz to? - Wska­zu­je na swo­ją twarz. - To jest wła­śnie kon­se­kwen­cja. Tak na­praw­dę ni­cze­go nie zro­bi­łam. Chcia­łam tyl­ko żyć, od­dy­chać i się nie bać. Czuć się bez­piecz­na. A tra­fi­łam do skur­wie­li, któ­rzy te­raz chcą mnie za­bić. [...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.