Rozdział 2
Valentina
Reno Renado mnie nie poznał. Naprawdę. W sumie to chyba nie powinnam się dziwić. Ostatni raz, kiedy się widzieliśmy, byliśmy nastolatkami i chodziliśmy do tej samej szkoły. A teraz każde z nas jest dorosłe i ma swoje życie.
Cicho wzdycham, bo upłynęło tyle czasu, że to byłby cud, gdyby stało się inaczej. Jednak i tak jestem jakoś zawiedziona. W sumie to liczyłam na... sama nie wiem na co. Przecież nie wykrzyknąłby radośnie mojego imienia ani tym bardziej mnie nie przytulił, chociaż dawno temu właśnie tak by było. A dzisiaj patrzy jak na obcą osobę. Bywają takie dni, że sama siebie nie rozpoznaję. Choć z lustrzanego odbicia patrzy na mnie dorosła kobieta, to czasem robi to oczami nastolatki, której pewnego dnia świat się zmienił i nigdy nie wrócił na właściwą orbitę.
A on i ja... Jezu, nawet nie wiem, czy on będzie mi w stanie pomóc. Tak bardzo chciałam go zobaczyć. Przez chwilę poczuć się jak dawniej. Tylko to mi pozostało: minione lata, wspomnienia oraz życie, które miałam i znałam... To już nie wróci. A on to tak naprawdę jedyna osoba, do której mogłam udać się po pomoc. To mężczyzna, który nie zwieje ani nie będzie się bał, kiedy mu o wszystkim opowiem. Zwłaszcza że na jego głowę też jest zlecenie. Tylko że Renado to Renado. To nazwisko budzi respekt i mogłoby uratować moją przyszłość, bo przeszłość najlepiej zostawić za sobą. Niemniej obawiam się, że to moje pobożne życzenie.
Przecieram twarz, zmęczona wiedzą, która bywa niebezpieczna, chociaż właśnie ona daje mi władzę. Nie zawsze jednak rozwiązuje problemy. Na przykład ten, że ktoś chce mnie zlikwidować. I nie ma znaczenia, że nie wykorzystam tego przeciwko mojemu szefowi. Liczy się tylko to, że mogłabym i że wiem.
Wypuszczam cicho oddech i ruszam przed siebie. Niedaleko jest hotel, w którym się zatrzymałam. Płaciłam gotówką, co zapewnia mi bezpieczeństwo, bo jestem zwyczajnie nie do namierzenia. W tym celu pozbyłam się też telefonu. Wolę dmuchać na zimne. Dlatego idę powoli, żeby nie wzbudzać podejrzeń, bo jestem przecież przeciętną dziewczyną mieszkającą w Jersey City. Nawet jeśli prawda jest zupełnie inna.
Po dziesięciu minutach znajduję się już w wynajętym pokoju. Zamykam drzwi na wszystkie zamki, sięgam po krzesło i blokuję nim klamkę, gdyż chcę się poczuć odrobinę bezpieczniej. Sprawdzam ponownie, czy zamknęłam, następnie włączam lampkę nocną. Zrzucam z siebie bluzę oraz perukę i wchodzę do małej łazienki. Nie potrzebuję luksusów, więc prysznic, toaleta i umywalka mi wystarczą.
Unoszę głowę i spoglądam w wiszące przede mną lustro, które pokazuje coś, co jest nieprawdą. Mój wygląd jest nieprawdziwy, więc chusteczkami do demakijażu zmywam całą tę maskę, którą dzisiaj nałożyłam. Pod nią kryje się coś, co chciałabym wymazać z pamięci, ale sukcesywne zmywanie pudru, podkładu, różu i tuszu do rzęs wyłania pobojowisko na mojej twarzy, jakie zrobili mi inni. Ten widok sprawia, że do oczu napływają mi łzy. Pozwalam im płynąć, chociaż i tak nic nie zmienią. Nie mogą. Odrobinę mi jednak lżej.
Po zmyciu całej tapety spoglądam na swoją twarz i krzywię się na jej widok. Wiem, że się zagoi, jednak mogą zostać niewielkie blizny. Zresztą nawet nie chcę myśleć o reszcie. Prawda jest taka, że gdybym wiedziała, co dla mnie przyszykowali, nigdy w życiu nie przyszłabym tamtego dnia do pracy. Udałabym chorą, martwą czy cokolwiek innego. Ale stało się i mam zamiar sprawić, że ich chory plan spłonie żywcem. Zresztą oni też by mogli. Tacy dranie na nic innego nie zasługują.
Chwilę później biorę prysznic. Stoję pod strumieniem dość ciepłej wody, która spływa po moim ciele falami. Pozwalam, żeby zmyła ze mnie ostatnie kilka dni życia, bo chciałabym o nich zapomnieć. Sięgam po mydło i myję się delikatnie, żeby nie bolało. A kiedy kilka minut później wycieram się ręcznikiem, udaję, że nic mi nie jest. Gdybym tego nie robiła, rozbiłabym się niczym szklanka zrzucona na podłogę.
Po prysznicu siadam na łóżku, by odpocząć. Uciekanie i życie w ciągłym stresie wykańcza. Ale zrobię to, co zaplanowałam. Muszę. W przeciwieństwie do tamtych mam sumienie, które mówi mi, że dobrze robię. Nawet jeśli tej nocy mało pośpię, jestem zdeterminowana, żeby wykonać plan. W sumie to zmusili mnie, żebym wróciła do swojej przeszłości. A ta zabije, zakopie lub spali, jeśli coś się komuś nie spodoba. Trochę się boję spotkania z mężczyzną, bo to już nie ten sam chłopak. Ale nie mam wyjścia. Wyjściem jest on. Dobrym czy złym... przekonam się jutro. I nim się położę, chcę sprawdzić ponownie drzwi. Wstaję i robię zaledwie dwa kroki, gdyż dostrzegam nieznacznie poruszającą się klamkę. Ciężko przełykam na ten widok i pospiesznie się rozglądam, czy dam radę zwiać inaczej niż przez drzwi. Niestety to jedyna droga ucieczki.
Waham się, ale robię krok do przodu i znowu zastygam, ponieważ słyszę za drzwiami jakieś głosy.
- Kurwa, zamknięte.
- Pewnie jej tam nie ma.
Sztywnieję cała. Dosłownie jakbym miała paraliż.
- Wiem. Po prostu prócz koloru włosów opis sylwetki prawie pasował, ale to za mało. Wracamy.
- Szef nie będzie zadowolony.
- Si, ale cóż zrobić...
Oddech więźnie mi w płucach, gdy słyszę ostatnie słowa, po czym gwałtownie się uwalnia, a serce zaczyna dudnić niczym zasrane dudy. Odzyskuję władzę nad ciałem, odwracam się i wpadam do łazienki. W pośpiechu wciągam na siebie ubranie. Po mniej niż minucie stoję już w butach oraz bluzie. Wkładam moją perukę, poprawiam torebkę przez ramię i podchodzę do drzwi. Nasłuchuję. Bo oni na bank przyszli po mnie. Czekam, kiedy będę mogła stąd nawiać. Pozostanie tu jest zbyt ryzykowne, a ja powoli tracę nadzieję.
Liczę w głowie sekundy, a gdy dochodzę do dziesięciu i nic nie słyszę za drzwiami, odsuwam po cichu krzesło. Przełykam ślinę i waham się. Otworzyć czy nie? A może wciąż tam są. Raptem przypomina mi się, że mam okno wychodzące na ulicę. Szybko gaszę światło, podchodzę do ściany i odsuwam ciut ciężką kotarę. Stoję i patrzę. Może już poszli, a może jeszcze nie. Liczę na łut szczęścia, ale niestety kolejna minuta okazuje się nadaremna, bo nikogo nie dostrzegam. To nie oznacza jednak, że ich tam nie ma.
- Szlag!
Odsuwam się i wracam do wyjścia. Nasłuchuję. Cisza.
Po mniej niż minucie powoli uchylam drzwi. Oddycham z ulgą, kiedy okazuje się, że korytarz jest pusty. Do klatki schodowej mam niecałe dziesięć metrów, które pokonuję błyskawicznie, a następnie zbiegam szybko schodami do holu. Daruję sobie wymeldowanie, bo i tak zapłaciłam za jedną dobę, więc sobie sami wezmą klucz z pokoju. Mijam recepcję i niezauważona wychodzę z budynku. Przystaję na chodniku i się rozglądam. Czysto, nikogo nie ma.
- Ufff - mamroczę pod nosem.
Ruszam szybkim krokiem w otaczającą mnie i rozświetlaną jedynie ulicznymi latarniami noc. Kierunek mam jeden. I po chwili cel znajduje się w zasięgu mojego wzroku. To jednak nie oznacza, że tam dotrę. Ze ściśniętym żołądkiem prawie biegnę. Modlę się w duchu, żeby on tam jeszcze był. Jeśli go nie zastanę, to nie wiem, co zrobię.
Oglądam się przez ramię raz, po czym gnam przed siebie, licząc, że będzie jeszcze otwarte. Jakież jest moje zaskoczenie, kiedy łapię za klamkę i okazuje się, że już zamknęli, mimo że w środku pali się nikłe światło. Zaciskam usta w wąską linię, odwracam się plecami do drzwi i skanuję otoczenie. Nigdzie nie widzę tamtych drani, ale mogą się gdzieś jeszcze czaić. Sama świadomość tego sprawia, że wstępuje we mnie panika. Taka sama, jak wtedy, kiedy zostałam napadnięta i o mało nie zamordowana. To uczucie teraz jest podobne, jakbym tonęła. Nie mam nikogo, do kogo mogłabym się zgłosić po pomoc. A to sprawia, że nie bardzo wiem, co powinnam w tej zakichanej sytuacji zrobić. Moja ostatnia deska ratunku odpłynęła.
Zagryzam boleśnie dolną wargę między zębami i próbuję znaleźć rozwiązanie mojego problemu. Zastanawiam się, czy nie ma innego wejścia, może od zaplecza, którego nie zauważyłam. Niestety okazuje się, że sąsiadujące budynki są przyklejone do siebie, bez żadnego zaułku.
- Kurwa! - mamroczę pod nosem, stojąc przed drzwiami wejściowymi.
Mam ochotę zawyć do księżyca, chociaż to gówno da, dlatego postanawiam poszukać jakiegoś innego hotelu. Nie mam wyjścia i choć się obawiam, że znowu ktoś da im cynk i mnie sprzątną, to stoję i liczę na cud. Na zakichany cud. Ale one zwyczajnie nie zdarzają się takim jak ja.
Reno
Rozmowa z kucharzem trochę się przeciągnęła. Sądziłem, że może coś z rodziną lub chce zmienić pracę, co by mi się w chuj nie podobało, ale okazało się inaczej. Potrzebował mojej zgody na wprowadzenie dwóch nowych dań, które ugotował i dał mi do spróbowania. Po mojej akceptacji i dogadaniu się, co do dostaw, mam to wszystko z głowy.
- Dobranoc, szefie - mówi na odchodne, już przy tylnych drzwiach.
- Dobranoc. Zobaczymy, jak goście zareagują jutro na małą modyfikację menu.
- Będzie dobrze. Testowałem na pracownikach.
- I jak?
- Smakowało im, więc nie przewiduję, że z klientami będzie inaczej.
- Zgoda. - Kiwam głową, a on wychodzi.
Mnie pozostaje zamknięcie tego przybytku i wyjście od frontu, bo moje auto stoi od strony ulicy. Dlatego nie będę wychodził tyłem, bo musiałbym nadłożyć drogi i zrobiłbym niezłe koło, żeby dotrzeć do samochodu. Mało kto wie, że od zaplecza jest podwórko, na które wjeżdża się z sąsiedniej ulicy. Dostawy odbywają się właśnie tamtędy. Przy okazji jest to druga droga ewakuacji, gdyby zaszła taka potrzeba. Lokal wybrałem starannie. Lubię być zwyczajnie przygotowany na niespodziewane okoliczności.
Wychodzę z kuchni i ruszam do głównej sali, gdzie gaszę ostatnią lampkę przy kontuarze, którą Stella zapomniała wyłączyć. Następnie sięgam po klucz do kieszeni spodni i podchodzę do drzwi, ale ku mojemu zaskoczeniu ktoś jest po drugiej stronie. Widzę, jak przechadza się tam i z powrotem, więc sięgam pod połę marynarki, wyciągam spluwę i sprawdzam, czy jest naładowana, a po sekundzie bezszelestnie otwieram drzwi. Kiedy osobnik, który mnie nie zauważa, staje odwrócony plecami, ja robię krok do przodu i wciągam go siłą do środka. Niestety robię to tak niefortunnie, że upada, dlatego wykorzystuję przewagę i włączam oświetlenie, po czym zamykam zamek w drzwiach, żeby nikt nam nie przeszkadzał i żeby ten ktoś nie zwiał. Dla własnego bezpieczeństwa trzymam w dłoni opuszczonego gnata. To ma być straszak, bo raczej wolałbym dzisiaj nie strzelać.
- Kim jesteś? - pytam delikwenta, który się mozolnie podnosi.
Nie odpowiada, za to się odwraca, a ja patrzę zaskoczony w oczy kobiety, której twarz jest pokiereszowana. Blond włosy ma do obojczyków i ciut przygarbioną sylwetkę, jakby coś ciężkiego osiadło jej na ramionach. Ale mimo tego wygląda znajomo.
- Nie poznajesz mnie, prawda? - pada z ust, które są w dwóch miejscach rozcięte i otoczone siniakiem.
Ja pierdolę, wygląda, jakby ktoś ją potraktował tłuczkiem do mięsa.
- Nie - odpowiadam krótko. - Po co się kręcisz koło mojej restauracji o tak późnej porze? - pytam wciąż chłodnym tonem. - Jesteś głodna? Bezdomna?
Zaprzecza ruchem głowy i patrzy na mnie spod ciemnych i gęstych rzęs, które już kiedyś widziałem. Przysięgam, że skądś ją znam.
- A teraz mnie poznajesz? - Sięga do głowy i łapie za włosy, które ku mojemu zaskoczeniu okazują się peruką. - Naprawdę aż tak się zmieniłam? - pyta, jakby rozczarowana, że jej nie poznaję.
- A powinienem cię znać? - pytam już z nikłym przebłyskiem w pamięci.
- Reno - szepcze - zawsze byłeś najfajniejszy z całego rodzeństwa. Myślałam, że swoją szkolną przyjaciółkę poznasz, zwłaszcza że dzieliliśmy się jedzeniem na przerwach i... - Nagle urywa.
Ale właśnie to jest to, co sprawia, że robię wielkie oczy i przekrzywiam głowę. Bo to... Jakim, kurwa, cudem?!
- Valentina - sapię. - Ale jak, do cholery?
- Zaskoczony? - Śmieje się niezbyt przyjemnie. - Tylko ciekawe, czy mile, a może odwrotnie.
- Kurwa - klnę, a w następnej sekundzie chowam spluwę oraz przybliżam się do niej i układam dłonie na jej ramionach. - Co ci się, do diabła, stało? Skąd te siniaki?
- Wiem, że nie widzieliśmy się kupę lat, ale musimy pogadać. Chyba tylko ty możesz mi pomóc.
- Pomóc? Kto cię ściga? Tylko nie kłam.
- Nie zamierzam. Ściga mnie mój pracodawca, w sumie to były, chociaż sama nie wiem. Tak czy inaczej, chce mnie zabić.
- To - wskazuję na jej twarz - zapewne jego robota - cedzę wkurwiony na widok dziewczyny, która kiedyś była dla mnie kimś wyjątkowym.
- Si. - Zaciska usta.
- Śledzą cię?
- Nie wiem. I nie wiem, jakim cudem, ale znaleźli mnie w hotelu. Płaciłam gotówką, nie podałam prawdziwych danych i...
- To nieważne. Zabieram cię stąd, a później mi wszystko opowiesz. Bezpieczniej będzie jednak, jak wyjdziesz od zaplecza.
- Jest tutaj drugie wyjście? - pyta zaskoczona.
- Owszem. Zostań, a najlepiej schowaj się w kuchni. - Mówiąc to, prowadzę ją tam. - Tutaj jesteś bezpieczna. Wezmę auto i objadę budynki. Widzimy się za chwilę.
- Dziękuję.
- Nie wiem, za co mi dziękujesz, ale nie podoba mi się twój wygląd, mała. - Kiwam jej i wychodzę, gasząc po drodze światło.
Podchodzę do drzwi frontowych, a następnie zamykam restaurację, jakbym przed chwilą z nikim nie rozmawiał. Podrzucam kluczyki w ręku i, cicho pogwizdując, ruszam do zaparkowanego nieopodal samochodu. Wsiadam i po kilku sekundach odjeżdżam, żeby odebrać dziewczynę, do której dawno temu czułem oszałamiającą miętę.
Ja pieprzę! To Valentina Romano!
I kurwa, ktokolwiek ją tak załatwił, pożałuje, że ją tknął. Kobiet się nie bije. A to, że Mika pozbył się swojej gosposi, to inna historia. Tamta szpiegowała i donosiła. A nie wierzę, że Valentina byłaby skłonna do czegoś takiego, chociaż nigdy nie można tego wykluczyć. Zawsze była dobrą dziewczyną. Tylko że nie widziałem jej kupę lat i przez ten czas ona teoretycznie mogła się zmienić, bo od śmierci jej rodziców, którzy zginęli w nie do końca jasnych okolicznościach, minęło naprawdę sporo czasu. I właśnie wtedy ślad po niej zaginął, straciłem przyjaciółkę, którą dla własnego dobra jakoś udało mi się wymazać z pamięci. Przynajmniej aż do teraz tak uważałem.
*
Po kilku minutach parkuję w strefie dostawy od strony podwórka. Nie wyłączam silnika, bo wiem, że nikt nie ukradnie mojego samochodu, więc wchodzę korytarzem do restauracji.
- Valentina? - odzywam się.
- Jestem - odpowiada i wyłania się z kuchni.
- Wychodzimy, w tej chwili.
- Dobrze.
Pokazuję jej ręką, żeby szła pierwsza, a po chwili zamykam za nami metalowe drzwi. Odwracam się i delikatnie ujmuję ją za łokieć. Czuję, jak się wzdryga. Mam nadzieję, że nie przeze mnie, a zwyczajnie ze strachu. Bo jeśli się mnie boi, to kiepsko.
- Zapraszam. - Otwieram jej drzwi od strony pasażera.
- Dziękuję - mówi, po czym wsiada, a ja zatrzaskuję je za nią.
- Zapnij pas - proszę ją, kiedy zajmuję miejsce za kierownicą.
- Zapięłam.
- W porządku. Pojedziemy do mnie. Nawet jeśli ktoś nas śledzi, to się tam nie dostanie. A już tym bardziej nie dostanie ciebie.
- Dziękuję - szepcze.
- Nie rób tego. Po stanie twojej twarzy stwierdzam, że spuścili ci niezły wpierdol. A ty mi znowu dziękujesz. Przestań to robić, bo jeszcze w niczym ci nie pomogłem.
- Właśnie to robisz, Reno. A oni próbowali mnie zabić.
- Skurwiele - cedzę. - Odpocznij. Mamy kawałek do przejechania.
- Mhm - mruczy.
Po drodze do domu spoglądam w boczne lusterka, żeby sprawdzić, czy czasem nie mamy towarzystwa na ogonie, ale na razie wszystko wydaje się w porządku. Żeby moja pasażerka nie czuła się niezręcznie, puszczam cicho muzykę. Ponoć ona łagodzi obyczaje, więc liczę, że Valentina się odrobinę odpręży, gdy ja aż boję się myśleć o tym, co ją spotkało. A to były naprawdę chujowe rzeczy. Musiały być.
Przez całą drogę milczymy, a dla mnie jest to okazja do przyjrzenia się jej bliżej. Kiedyś miała bardzo długie włosy, teraz sięgają jej do ramion. I nie powiem, wygląda dobrze. Oczywiście pomijając stan jej twarzy.
- Jesteśmy - informuję ją, kiedy zajeżdżam przed bramę, która po chwili się przed nami otwiera.
- Ma czujnik?
- Jest wmontowane urządzenie odczytujące tablice rejestracyjne, więc kiedy staję, sama się otwiera.
- Fajny gadżet. I masz duży dom - stwierdza.
- Nie aż tak, ale jest tu sporo miejsca. Za to Leo ma dużą chatę.
- No tak, jest jeszcze Mika.
- On też ma całkiem niezłą miejscówkę - mówię, kiedy na podjeździe cofam i parkuję tyłem przed garażem, do którego po chwili wjeżdżam. - Jesteś już bezpieczna.
- Masz wysokie ogrodzenie - zauważa, gdy brama garażowa powoli się zamyka i zasłania widok.
- Lubię prywatność, więc wolę, żeby inni nie zaglądali przez płot. Jeszcze by zobaczyli jakiegoś trupa - rzucam żartobliwie i chyba udaje mi się ją rozbawić, bo widzę nikły uśmiech na pięknych ustach brunetki.
Wysiadamy z auta, a po kilku sekundach otwieram drzwi prowadzące z garażu do przedsionka, który jest łącznikiem między holem, skąd mam widok na drzwi frontowe, a całą resztą domu. Kiedy zamykam za nami, Valentina się rozgląda, więc bez pośpiechu idę pierwszy do kuchni, słysząc za sobą jej kroki. Podchodzę do wyspy kuchennej, ściągam marynarkę i odwieszam ją na jedno z krzeseł, po czym uśmiecham się i machnięciem ręki zapraszam ją do zajęcia miejsca.
- Głodna?
- Napiłabym się czegoś.
- Sok? Woda? Czy coś innego?
- Woda gazowana, jeśli masz.
- Służę. - Podaję jej wysoką szklankę napełnioną wodą z bąbelkami.
Widzę, jak gasi pragnienie. A ja muszę ugasić swoją ciekawość, która nie da mi teraz żyć.