Passa - Daniel Passent, Jan Ordyński

Kup ebooka

29.90 zł
24.82 zł (25,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ZACZYNAMY OD KOŃCA

Zaczynamy, jak Pan Bóg przykazał. Urodziłeś się...

Wolałbym od końca. Jestem przygotowany - dzieci odchowane, wnuki dorastają, praca wykonana, życie posprzątane. Kiedy pięć lat temu urodził się mój wnuk, Kubuś, w klinice na placu Starynkiewicza, w gabinecie doktora Piotra Marianowskiego, rozpłakałem się ze szczęścia. Dostałem od życia wszystko. Pora na rachunek. W gazetach pełno jest ludzi, którzy wystawiają rachunki innym. Własnych nie regulują. Ja uważam, że czas się pakować. Od pewnego momentu Agnieszka Osiecka miała w swoim pokoju małe zielone pudełko, a w nim najważniejsze dokumenty - metrykę urodzenia, zaświadczenie z banku, akt własności mieszkania. Ta książka to moje zielone pudełko.

Zacznijmy zatem od twojej metryki. Urodziłeś się 28 kwietnia 1938 r. w Stanisławowie. Co wiesz o swoich rodzicach?

Dzieciństwo mam amputowane. Od najmłodszych lat byłem pogodzony z tym, że nie mam rodziców, a właściwie, że oni nie żyją, nie istnieją, że ich nawet nie pamiętam, że nie mam żadnej fotografii Matki, i tylko jedno zdjęcie Ojca, które odzyskałem już jako człowiek dorosły, w Paryżu.

Cały czas o tym myślisz?

Nie. Byłoby gorzej, gdybym Ich pamiętał, miał przed sobą Ich twarze, głosy, zapachy. Tymczasem ja od razu zobaczyłem świat bez Rodziców, w pewnym sensie bez Boga. Reakcją było zasklepienie się w sobie. Przez wiele, wiele lat nie interesowałem się swoim dzieciństwem ani rodziną. Wolałem nie wracać do tamtych czasów. Strach przed poznaniem prawdy odczuwam do teraz, zarówno tamtej prawdy, okupacyjnej, jak i prawdy dzisiejszej. Kiedy mam przeczytać wyniki biopsji - odkładam to na później. Kiedy widzę w gazecie "pasztet" na siebie, robię wycinek, ale niekoniecznie go czytam. Raczej odkładam na strych.

Nie ja jeden. Podobnie postępował Andrzej Wajda. Kiedy nakręcił "Człowieka z marmuru", robiłem z nim wywiad dla tygodnika "Polityka", skonfiskowany potem przez cenzurę. Zachował mi się pożółkły maszynopis, z proroczą dekretacją Mieczysława Rakowskiego: "Red. Passent (do prywatnego archiwum)". I tak w tym prywatnym archiwum sobie leży. Siedzieliśmy w domku Wajdy na Żoliborzu, gdzie jesteśmy sąsiadami. Miałem ze sobą garść nieprzyjemnych wycinków. Zapytałem go, jak znosi te wszystkie ataki na siebie, mając na myśli dziennik "Żołnierz Wolności" i innych czerwonych patriotów spod znaku Mieczysława Moczara. "Jak tu mało Żeromskiego", wzdychał płk Zbigniew Załuski, główny w owych czasach (dzisiaj są nowi) teoretyk kroku defiladowego w historii: "U Żeromskiego legioniści polscy we Włoszech, "choć obdarci i bosi, szli wielkim, twardym, młodym, niestrudzonym krokiem". W filmie wloką się sztucznym, sztywnym półkroczkiem, jak dziady kościelne czy tabetycy". "Skrzętnie zbieram recenzje - odpowiedział Wajda - i mam zamiar je przestudiować kiedyś, kiedy z jakichś tam powodów nie będę robił filmów...".

Myśmy w "Polityce" bardzo się tymi atakami przejmowali, to na naszych łamach toczyła się największa wówczas debata wokół "Siedmiu grzechów głównych" Załuskiego, która zaczęła się od filmu "Popioły" Wajdy. Pozornie chodziło o stosunek do historii, o przywrócenie blasku dziejom Polaków, którym komuniści odebrali historię, ale faktycznie szło o narodowy komunizm, o prawdziwych Polaków, na czele z Moczarem. W miarę dyskusji, jak rosły jego zasługi dla Gwardii Ludowej, zostawał "legendarnym Mietkiem". Szło o eliminację Władysława Gomułki oraz zgromadzonych wokół niego towarzyszy, często niechrzczonych, którzy przyszli z ZSRR w długich szynelach i pod spolszczonymi nazwiskami, o czym prasa partyjno-wojskowa z lubością przypominała. "Kto nie z Mieciem, tego zmieciem" - było hasłem dnia. Wajda na pewno nie był z "Mieciem". Spojrzał na te wycinki i powiedział: "Trzymam to wszystko w pudełku po butach na strychu. Będę czytał na emeryturze". Dzisiaj Wajda ma już Bogu dzięki osiemdziesiąt pięć lat i ciągle nie ma czasu zajrzeć do tamtych wycinków. Ciągle go szarpią, a on robi swoje. Lepiej, gorzej, ale robi. Za to ja oglądam się za siebie. I wiesz, co ci powiem? Że nikt, żaden mój antagonista nie był mi w stanie zaszkodzić tak bardzo, jak ja sam.

Teraz sporządzasz rachunek sumienia?

Sumienia? Raczej bilans.

Bojąc się prawdy o sobie, dotychczas nie spoglądałeś wstecz?

Co ja mogłem zobaczyć za sobą? Nawet żadnych grobów - czeluść, pustka, czarna dziura. Jakże w tym Kosmosie zamordowanych odnaleźć swoją Rodzinę?

Bałem się wnikać w tę historię. W niechęci do przeszłości przejawia się mój egoizm i fatalizm, obrona własnego spokoju, skupienie się na sprawach własnych i rodziny. Agnieszka Osiecka napisała o mnie: "Całe życie walczy o spokój". Tamte sprawy - kto, kiedy, dlaczego, gdzie zabił moich Rodziców, wymordował moją Rodzinę - jakie to ma znaczenie, skoro Ich nie ma?

Kiedy toczą się kolejne spory o pogrom kielecki, o Jedwabne, o Treblinkę, ostatnio na marginesie książek Jana Tomasza Grossa, Barbary Engelking, Jana Grabowskiego, w których padają pytania "Polacy - bohaterowie czy hieny?", mam jedną odpowiedź: spójrzcie na mnie, ja zostałem ocalony, a mój ojciec i matka - zdradzeni. O czym tu więcej mówić?

Mówiłeś, że po wojnie nie chciałeś wyjaśniać losu swoich rodziców, oddaliłeś tę traumatyczną historię od siebie. Czemu w tej książce wracasz do tego?

Głównie dlatego, że zostaje coraz mniej czasu, żeby to odkładać na później. Ta książka jest dobrą okazją, żeby zajrzeć do korzeni. Zastanawiałem się nad napisaniem autobiografii. Nie podejmowałem się tego, bo uważałem, że to jest praca dla mnie samego za duża. Lepiej czuję krótkie formy - felieton, monolog, skecz. Chociaż dwie moje książki, "Choroba dyplomatyczna" i "Codziennik" zostały dobrze przyjęte. Ale one też składały się z mniejszych całości. Jestem dziennikarzem, a nie pisarzem. Kiedy otrzymałem propozycję, żeby pisać tę książkę z twoim współudziałem, doszedłem do wniosku, że to jest ten moment, że należy podsumować swoje dotychczasowe życie i ty będziesz dla mnie dopingiem oraz sumieniem. A gdy już przystąpiliśmy do pracy, nie miałem wątpliwości, że to powinna być książka uczciwa, przynajmniej w moim mniemaniu, tak, jak ja to widzę, świadectwo, bilans ponad siedemdziesięciu lat życia, i nie ma co omijać żadnych kwestii, jak moje pochodzenie czy moje grzechy. W tej książce uważam tylko, żeby nie dotknąć osób, które były - czy są - częścią mojego życia prywatnego. Nie po to zdecydowałem się na tę książkę, żeby się rozliczyć, bo trudno być sędzią we własnej sprawie, a chętnych do rozliczania mojej osoby nie brak, i nie po to, by powrócić do swoich korzenieni, tylko dlatego, że czas na podsumowanie, bo mogę nie zdążyć. Oczekiwana długość życia mężczyzny w Polsce wynosi siedemdziesiąt pięć lat. Ja już przeżyłem tyle lat, co Józef Stalin. Amerykański historyk Timothy Snyder w znakomitej książce "Skrwawione ziemie" pisze o Stalinie per "starzec". Pora więc i mnie likwidować moje imperium.

Myślisz o śmierci?

Tak, zdaję sobie sprawę, że nie jestem nieśmiertelny. W młodości bałem się śmierci, wiele lat temu napisałem o tym felieton. Z biegiem lat oswoiłem się z tą myślą, a nawet - jak wspomniałem w naszej pierwszej rozmowie - jestem przygotowany. Nie udaję chojraka, nie mówię: niech ta śmierć się pojawi, to ja jej pokażę, gdzie raki zimują. Nie, po prostu jestem pogodzony, nie uciekam w religię, nie wierzę w życie pozagrobowe, nie szukam żadnego innego pocieszenia. Chciałbym umrzeć tak jak mój teść, człowiek wielkiej dobroci, Stanisław Orawiński, który w ostatnim dniu swojego życia przywiózł mi do domu obiad, bo byłem chory, po czym wrócił do siebie, położył się spać i zasnął na wieki.

Ale coś jednak o swoich rodzicach musisz wiedzieć.

Tyle, co syn napłakał. Mój Ojciec nazywał się Bernard Passenstein, mówiono na niego "Berek", a matka Izabela ("Bela", "Bajla") z domu Mitz, pisane też Mic. Passenstein to rzadkie wśród Żydów nazwisko, występowało tylko w Warszawie. Ojciec był najmłodszy z rodzeństwa.

Z nikim z tego rodzeństwa się nie zetknąłeś?

Tylko z Anną Prawin, siostrą mojego Ojca. Ciotka Anna (i jej mąż, Jakub Prawin) wychowywali mnie po wojnie. Opowiadali mi, że kiedy najstarszy brat Ojca, Marek (Prawinowie nie powiedzieliby "Mojżesz"), stanął na nogi i zaczął zarabiać - wsparł mojego ojca, najmłodszego w rodzinie, który wyjechał na studia do Francji. Tym samym rozpoczął w mojej rodzinie tradycję studiów zagranicznych, którą kontynuował mój wuj, Jakub Prawin, a w następnych pokoleniach ja i Agata. W czasach mojego ojca i pokolenia wuja studia za granicą były trochę wymuszone przez numerus clausus w Polsce. Nigdy nie próbowałem odszukać śladów Ojca na francuskiej uczelni, jedne wskazówki prowadzą na uniwersytet w Nancy, drugie do Paryża. Chciałbym to jeszcze zrobić. Ale zastanawiam się, czy ma sens poświęcenie reszty życia na poznanie jego początków, a nawet prapoczątków?

Ojciec był inżynierem agronomem. Specjalność - kwiaty. W latach sześćdziesiątych dostałem zaproszenie z Paryża od przyjaciół ojca z czasów studiów, Ewy Rotbard i Josepha Frenkla. To ładny gest - po wojnie i trzydziestu latach zaprosić syna kolegi do Paryża. Zamieszkałem u tego drugiego. Był dobrze prosperującym adwokatem. Mecenas Joseph Frenkiel, "avocat a la Cour d'Appel". Mieszkał w X. dzielnicy, na bulwarze Saint Martin, pod numerem 6, blisko Rue Saint Denis. Na elewacji solidnej przedwojennej kamienicy widniał szyld jego kancelarii. Sam zajmował eleganckie mieszkanie i gabinet na pierwszym piętrze, a mnie ulokował na poddaszu. Biedniutkie to było poddasze i malutkie, jak to mansarda. Umywalka z zimną wodą i ubikacja kucana, wspólna, na korytarzu, taka, jakie pamiętałem ze studiów w Rosji. Sąsiednia mansarda była zapieczętowana, lokatorka została stamtąd zabrana chyba przez policję i odstawiona do szpitala, była psychicznie chora. Kiedyś w nocy usłyszałem, jak wróciła, usiłowała się dostać do swojej zaplombowanej mansardy, płakała. Nie znałem na tyle francuskiego, żeby się z nią dogadać. Odprowadziłem ją do pobliskiego hoteliku i zapłaciłem za jedną noc. Więcej jej nie widziałem.

W mansardzie tylko w jednej części można się było wyprostować, było tam miejsce na łóżko i stolik z krzesłem. Przypomniał mi się pokoik Włodzimierza Majakowskiego w Paryżu:

"Od stołu

do szafy

od szafy pod stół

w pokoju łapię się ścian.

Hotel Istria

objąwszy mnie wpół

trzyma ciasno

na rue de Campagne."

Pan Frenkiel podprowadził mnie kiedyś do okna w swoim mieszkaniu i wskazał mi mansardę po drugiej stronie ulicy. "Tam mieszkaliśmy z twoim ojcem przez całe studia. Na kolację mieliśmy jednego śledzia na dwóch" - powiedział. Zauważyłem, że cały jego awans życiowy polegał na tym, że on z mansardy, czyli z poddasza na szóstym piętrze, awansował na dół, na pierwsze piętro, gdzie dorobił się eleganckiego mieszkania i kancelarii z widokiem na swoją młodość. Awansował o pięć pięter w dół. A mój Ojciec po studiach, zamiast zostać we Francji, wrócił do Warszawy, zamieszkał na Chłodnej 8. Nie wiem, dlaczego w pewnym momencie znalazł się w Częstochowie. Tam w 1936 r. ożenił się z dyplomowaną pielęgniarką Izabelą Mitz i znalazł pracę w Stanisławowie, gdzie dwa lata później urodziłem się ja.

Więcej śladów ojca w Paryżu nie znalazłeś?

Nie szukałem, bo jak wspomniałem, byłem zwrócony przodem do przodu. Zapisałem się do szkoły języka, Alliance Française, na bulwarze Raspail. Zajęcia prowadziła autorka podręcznika, madame Hameau. Niestety, pieniądze się kończyły i francuskiego się nie nauczyłem, podobnie jak gry na pianinie, czego się nadal wstydzę. Jednego i drugiego próbowałem. Prawin miał słuch absolutny, był znawcą muzyki klasycznej. Kiedy fałszowałem na pianinie, tupał w podłogę w swoim gabinecie, który był piętro wyżej. W filmie Wiesława Saniewskiego "Wygrany" jest świetna scena, jak mały chłopczyk ćwiczy na pianinie pod okiem matki. Za każdym razem, kiedy chłopiec się pomyli, sam automatycznie wyciąga rękę, którą matka bije. Fortepian to król instrumentów, ale także król cierpienia.

Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby zostać człowiekiem kulturalnym, grać na pianinie, mówić po francusku, ale nie było mi to dane. Teraz mamy w rodzinie dwa pianina - Agnieszki Osieckiej i jej ojca, Wiktora. To drugie nie mieściło się w domu i oddaliśmy je na przechowanie w dobre ręce Ani Jopek. Agnieszka Osiecka była ostatnią osobą w naszej rodzinie, która znała francuski (choć i ona nie grała na pianinie). Po Jej śmierci nikt już nie władał tym językiem. To się zmieniło kilka lat temu, kiedy nasza córka Agata związała się z fotografikiem, Wojtkiem Wieteską, który ma za sobą francuską szkołę i Sorbonę.

Wtedy w Paryżu chciałem uczyć się dalej, ale ciągnęło mnie do Warszawy, do "Polityki", do dziewczyny. Poza tym strach przed samowolnym przedłużeniem pobytu (w owym czasie rzecz ryzykowna, człowiek był własnością państwa), no i pieniądze - jak zdobyć "powszechny ekwiwalent"? Przed powrotem do Polski spotkałem się z Konstantym Jeleńskim z paryskiej "Kultury", który mi zaproponował stypendium na pewien czas w Paryżu. Byłem tym wstrząśnięty, bo nie miałem jeszcze trzydziestki, dorobek miałem minimalny, a ryzyko wydawało się niewyobrażalne. Na wszelki wypadek przez "normalny" telefon zadzwoniłem po radę do ciotki Prawinowej i do Rakowskiego. Powiedziałem, jaką otrzymałem propozycję. Myśleli, że zwariowałem. Oboje kazali mi wracać.

Wróciłem, bo ja zawsze wracam. Wrócić do Polski to jakieś fatum, imperatyw w mojej rodzinie. Prawin, syn Adolfa Prawina, zawiadowcy maleńkiej stacyjki Łowczuwek-Pleśna koło Tarnowa, studiował w Wiedniu - wrócił. Mój ojciec studiował we Francji, pochodził z biednej rodziny - wrócił. Ja studiowałem w ZSRR i w USA - wróciłem. Agata ukończyła Harvard - wróciła. Wbrew moim sugestiom, bo radziłem jej robić tam doktorat, nie spieszyć się z powrotem. Ukończyła Harvard z wyróżnieniem. Miała wszystkie drzwi otwarte. Wybrała drzwi do Polski. Ona jeszcze przed wyjazdem na studia wiedziała, że wróci. "Żal i stąd wyjeżdżać - pisała do mnie z Warszawy - bo przyjaciele, no i Polacy, a ja wychowana w polskiej szkole na Juliuszu Słowackim i "Panu Tadeuszu" i "Przedwiośniu", to wiesz - patriotyzm. Naprawdę! Wcale się nie wygłupiam. (...) Bardzo kocham Polskę, a najbardziej brzozy i stare rowery. Poza tym wierzę, że Księżyc, na który teraz patrzę stąd - z Warszawy - jest piękniejszy od tego, który pilnuje w nocy Bostonu. I tak po części wyjeżdżam po to, aby wrócić. Dużej części. Poza tym nauczą mnie tam nowych rzeczy, które potem tutaj przywiozę, i jak się oprę plecami o brzozę, to one do niej przepłyną".

Kiedyś szliśmy wieczorem przez kampus, przechodziliśmy koło Widener Library. Wysoko na górze w jednym z okien świeciło się światło. "Widzisz to okno?" - zapytała. "Gdybym została germanistką tutaj, do końca życia siedziałabym w tym pokoju". I wróciła - do przyjaciół, do Agnieszki, do Polski, oraz - niestety - do dziennikarstwa.

Dlaczego "niestety"?

Bo to nędzny zawód, ale o tym potem.

Nie próbowałeś odszukać informacji o rodzinie?

Pewnego dnia, już na starość, udałem się do Żydowskiego Instytutu Historycznego imienia Emanuela Ringelbluma, przy ulicy Tłomackie w Warszawie. Dwoje wielkiej dobroci genealogów, Anna Przybyszewska-Drozd i Yale J. Reisner, odsłoniło moje korzenie. Rodzina Passenstein pochodzi od Samuela Horowica (1726 - 1778), rabina w Rzeszowie, później naczelnego rabina Moraw. Był jednym z pierwszych wielkich rabinów chasydyzmu, autorem dzieł o kabale, komentarzy do Tory i do Szulchan Aruch. Jako założyciel jesziwy wykształcił wielu rabinów. Jego potomek Mechel Lebowits Splita zapoczątkował szkołę rabinacką Nikolsburg, dziś liczącą tysiące wyznawców na całym świecie. Także na pochodzenie nie mogę narzekać, ale nic z tych talentów nie odziedziczyłem... Nazwisko Passenstein pojawia się tylko w Warszawie, od jak dawna - trudno ustalić. W książce telefonicznej i adresowej z 1910 r. widnieją: Benjamin (kupiec, Próżna 14), Izaak (urzędnik, Franciszkańska 11), Szmul (handlowiec, Kupiecka 11) i Szyja (handlowiec, Mylna 9). W 1936 r. nazwisko Passenstein i Passensztejn występuje trzykrotnie, w tym Mordka Passensztejn (Bonifraterska 3/5), prawdopodobnie żona mojego wujka, Marka (Mojżesza). O nim wiadomo najwięcej.

W Archiwum Ringelbluma występuje jako magister ekonomii (czyli mój Ojciec nie był jedynym w rodzinie, który ukończył studia). Wujek Marek w getcie kierował, wraz z J. Ringelblumem, działem aprowizacyjnym. Przez krótki czas był oficerem policji żydowskiej w getcie, czyli tzw. porządkowym. Przeszedł na stronę aryjską i znalazł się na ulicy Grójeckiej w tym samym bunkrze, w którym była rodzina Ringelblumów. W kryjówce napisał dwie cenne monografie: jedną o społeczno-ekonomicznych problemach w getcie i drugą - o szmuglu na tle sytuacji w getcie. Obie monografie zostały przechowane do końca wojny. Ta druga została opublikowana w "Biuletynie ŻIH", nr 26 (1958). Czytałem ją ponownie niedawno. To znakomity opis szmuglu, który był rozwinięty na ogromną skalę. Przez drut kolczasty, płot drewniany, mur, tramwajami, furmankami, we współpracy ze skorumpowanymi hitlerowcami i w tajemnicy - punkt po punkcie wszystko metodycznie opisane bezbłędną polszczyzną. Wujek Marek Passenstein był prawdziwym inteligentem. Podobnie jak Ringelblumowie i pozostali mieszkańcy bunkra, został rozstrzelany na gruzach getta.

A co się stało z jego rodzeństwem? Z Bernardem - twoim ojcem, i z Belą - twoją matką, z Anną - twoją ciotką i z Icchakiem - twoim wujem?

Rodzice ukrywali się aż do 1944 r., kiedy to zostali zadenuncjowani i rozstrzelani w czasie tzw. rzezi w Radości. Ciocia Anna Prawinowa z córką Dittą przeżyły wojnę w Samarkandzie (Uzbekistan), wuj Icchak wyjechał do Palestyny - jeszcze do tego dojdziemy.

Czy masz jakiś ślad rodziców w swojej pamięci z dzieciństwa?

Właściwie żadnego. Pamiętam epizod, który, nie wiem, czy jest prawdziwy, czy to nie jest tylko wyobraźnia. Ojciec bierze mnie na ręce i przesadza przez wysoki mur. Może mnie oddaje na zawsze? Ale nie wiem, czy to nie jest związane z opowieściami o murach getta w Stanisławowie. Albo z oddaniem mnie pod opiekę Tadeuszowi Płońskiemu, który był naszym kontaktem na aryjską stronę. Mam też takie wspomnienie, że bałem się ojca, że był surowy. Ale na ile jest to prawdziwe, na ile były to opowieści cioci Ani - nie wiem.

W chwili rozstania z rodzicami miałem trzy lata. Jak wyglądał Ojciec - wiem z jedynej fotografii, jaka się zachowała - w Paryżu. W Polsce nie zachowała się żadna. Nie wiem, jak wyglądała moja Matka. Mało interesowałem się swoją rodziną i swoim pochodzeniem. Chyba ze strachu. No i oczywiście z głupoty. Przeszłość była straszna, ale nie powinienem był się od niej odwracać. Kto by jednak chciał od dziecka szukać grobów? To się kojarzyło z okupacją, ze śmiercią, której cudem uniknąłem.

Jak to się stało?

Moje koleje losu podobne były do losów garstki innych Żydów w Stanisławowie, którzy ocaleli. Dobrze opisała to Krystyna Winecka (Irena Wilder) we wspomnieniach "Od Stanisławowa do Australii". Kiedy we wrześniu 1939 r. do miasta wkroczyli Rosjanie i rozpoczęła się sowietyzacja, część Żydów uciekła na Zachód, w głąb Polski, większość jednak pozostała. Część z nich została wywieziona, głównie do Azji Środkowej, nieliczni "dobrowolnie" pojechali na Wschód. Moja Rodzina się rozdzieliła. Prawinowie trafili na Wschód. Prawin trafił do Armii Czerwonej, jego rodzina zaś do Samarkandy. Był wśród nich znany później filozof marksistowsko-partyjny, Adam Schaff. Po wojnie Prawinowa opowiadała mi, że pisał on swoją pracę doktorską na marginesach gazet, głównie "Prawdy", bo papieru nie było.

Natomiast moi rodzice wyruszyli za Stanisławowa w kierunku zachodnim, może do Częstochowy, w każdym razie zaczęli się ukrywać, a mnie oddali pod opiekę znajomego ze Lwowa, pana Tadeusza Płońskiego, który miał tzw. dobry wygląd. To on przez całą okupację nadzorował i finansował ukrywanie mnie i moich rodziców, którzy jednak zostali zadenuncjowani i w 1944 r. rozstrzelani. Po wojnie Płoński skontaktował się z Prawinami, którzy mnie odebrali z ukrycia. Nigdy mi o tym nie opowiadali, wiedziałem tylko, że ukrywany byłem na Pradze.

Nigdy o to nie pytałeś?

Ciotka nie chciała o tym mówić. Powiedziała tylko, że ludzie, którzy mnie przechowali, oddając mnie Prawinom, oczekiwali gratyfikacji, w tym pieniędzy za koszty mojego utrzymania. Tadeusz Płoński z kolei mówił Prawinom, że co miesiąc za mnie płacił.

A ty co na to?

Ja miałem cztery, sześć lat. Pamiętam tylko, że co pewien czas "wujek" Płoński przychodził do mojej kryjówki i przynosił ciastka - to ostatnie było dla mnie najważniejsze. I pilnował, żebym zjadł.

Skąd Płoński brał pieniądze?

Potem się dowiedziałem, że jego siostra, Krystyna, "była przy pieniądzach", jak się wtedy mówiło, stopniowo wyprzedawała się z biżuterii. Później połowę kosztów mojego przechowywania pokrywała Żegota. Brała w tym udział m.in. Eugenia Krasowska, po wojnie wiceminister szkolnictwa wyższego. "Dostawałem "górala" od Krystyny i "górala" od Żegoty" - mówił Płoński.

Dlaczego Prawinowie, kiedy zostałeś zwrócony, nie zapłacili za ciebie?

Tego nie wiemy, bo są dwie wersje - zapłacili, i to dużo, i nie zapłacili, a byli winni. Prawin wiedząc jak sprawy wyglądały, miał powiedzieć pani Władysławie Salonek, która mnie ukrywała, że "czasy handlu żywym towarem się skończyły". Pani Salonek, która przechowywała mnie jako ostatnia, chyba poczuła się dotknięta i przez wiele lat nie nawiązywała ze mną kontaktu, a ja nie wiedziałem o jej istnieniu. Płoński odwiedził mnie jeszcze po wojnie raz czy drugi, kiedy byłem dzieckiem. Po wojnie pracował w fabryce wyrobów skórzanych w Bydgoszczy. Przywiózł mi prezent: kawałek skóry na cholewki do buciczków. Potem odwiedził mnie w Berlinie, a później nastąpiła przerwa trwająca pół wieku (1947 - 1997)! W styczniu 1997 r. dostałem od niego kartkę z Poznania:

"Panie Danielu! Pozwolę sobie przypomnieć siebie Panu. Gdyż po pięćdziesięciu latach ogarniają człowieka wspomnienia, a ja mam już lat osiemdziesiąt trzy. Mieszkam w Poznaniu, z zawodu jestem prawnikiem - do niedawna pracującym. Powodzi mi się dobrze, mam syna inżyniera i dwoje wnucząt, ale oboje z moją żoną przekraczamy już Rubikon.

Spotkaliśmy się w Warszawie, Rodzice Pana byli serdecznie zaprzyjaźnieni ze mną, a przebywając w Stanisławowie, byli sąsiadami mojej pierwszej żony, która zginęła wraz z całą rodziną w czasie okupacji.

Pana ulokowałem u jakiejś kobiety na Pradze i "doglądałem" w każdą niedzielę przez blisko dwa lata, aż do końca wojny, gdzie odnalazłem pp. Prawinów i oddałem Pana Jego wujostwu.

A zatem oczekujemy od Pana wiadomości.

Serdecznie pozdrawiam, T. Płońscy.

Po Panu posiadam trzy pamiątki: 1) fotografię Pana jako trzyletniego chłopczyka podarowaną mi przez Pana rodziców, 2) "list" od Pana, gdy Pan był w Berlinie w 1947 r., chyba po raz pierwszy "nabazgrany" oraz 3) fotografię Pana jako siedmioletniego z ordynansem gen. Prawina, też z Berlina z adnotacją "Na pamiątkę Danuś 2.IV.1947". Gdyby chciał je Pan zobaczyć i dowiedzieć się o losach swych Rodziców, którzy za moim pośrednictwem ulokowani zostali w czasie okupacji w jakiejś miejscowości pod Warszawą na linii Mokotów (często ją przejeżdżałem z nimi jako obstawa) PROSZĘ DO NAS ZAWITAĆ. (Obecna) żona moja, odwiedziła Pana wraz ze mną chyba w 1946 (?) w Częstochowie, gdzie Pan chwilowo przebywał u krewnych p. Prawinowej.

Tadeusz Płoński, Poznań"

Nie udało się uciec przed historią. Przeszłość cię dogoniła.

Kilka dni później byłem już u pana Płońskiego. O jego istnieniu pamiętałem jak przez mgłę, a nawet miałem przed oczyma jego twarz z charakterystycznym wąsikiem, ale po wojnie kontakt z nim utraciłem. Oto, co mi opowiedział:

Ma lat osiemdziesiąt trzy. Przed wojną nazywał się Gustaw Godek i mieszkał z rodzicami w Stanisławowie. Ukończył II Gimnazjum Szajnochy na Wałach Gubernatorskich (granatowe czapki z żółtymi otokami), potem prawo na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Chodził na zajęcia z deską. Ponieważ jako Żyd nie mógł siadać w ławkach z innymi studentami, notował na stojąco, w jednym ręku trzymał deskę, która służyła mu za pulpit, a drugą pisał. Dyplom odebrał już po wojnie albo po wkroczeniu Rosjan, na kartce zwykłego papieru w kratkę; było to świadectwo, że ukończył Uniwersytet im. Iwana Franki [w styczniu 1940 r. taką oficjalną nazwę otrzymał uniwersytet we Lwowie w związku z wprowadzeniem sowieckiego systemu organizacji uczelni - przyp. red.]. W latach 1939 - 1941 był aplikantem.

Godek był całkowicie zasymilowany, ale nie w oczach antysemitów - na studiach nieraz dostał kopniaka, żyletką, albo strącano go ze schodów. Sprawcy, aby nie być rozpoznani, mieli swój system. Studenci politechniki szli bić Żydów na weterynarię, a weterynaria biła Żydów na politechnice. Na medycynie nikt Żydów nie bił, tam obowiązywał numerus nullus, podczas gdy na innych wydziałach - numerus clausus. Na medycynie zabito jednak jednego studenta (przechrzta? Żyd?). Sprawcą był znany później w Poznaniu dr Rojek.

Rodzina Płońskiego przyjaźniła się z moją rodziną. Płoński mówił, że mój ojciec, Benio (Bernard) był nadzwyczajny - wysoki, przystojny, chłop jak dąb (rozpoznał go na fotografiach z Paryża, które miałem ze sobą), pogodny, w ogóle "cudowny". Płoński płakał, kiedy to opowiadał. W ogóle rozmowa była miejscami smutna, bo nie wszystko mógł sobie przypomnieć, a to, co mógł, było tragiczne. W dodatku kiedy taki staruszek płacze, to jest smutniejsze, niż gdyby płakała kobieta albo dziecko.

Według Płońskiego, mój ojciec ukończył studia agronomiczne w Nancy, we Francji, specjalność - kwiaty, i po powrocie pracował w zarządzie zieleni miejskiej w Stanisławowie. W oczach przyjaciół i rodziny (w tym i babci Ani), ojciec mój popełnił mezalians. Ożenił się z niepozorną pielęgniarką "dyplomowaną" (według babci), "szpitalną" (według Płońskiego). Osoba drobna, w okularach, zahukana i trochę w cieniu męża, choć zdaniem babci Ani to ona rządziła. Zarówno Godkowie, jak i moja rodzina, mieszkali w Stanisławowie przy ul. Romanowskiego. W 1939 r. pan Tadeusz "uciekł" z domu do dziewczyny (akurat kończył studia), a w 1941 r. wkroczyli Niemcy i nigdy nie zobaczył już swojej rodziny.

Ta dziewczyna, którą kochał, była nauczycielką francuskiego, i wkrótce się z nią ożenił. To była jego pierwsza żona, która miała wkrótce zginąć. W 1941 r. do Stanisławowa jako pierwsi wkroczyli Węgrzy, przybyli na rowerach, w kolorowych pióropuszach na czapkach. Ukraińcy wywiesili swoje flagi żółto-niebieskie i zaraz pojawiło się gestapo. Cała rodzina Godka (Płońskiego) trafiła do getta i została wkrótce rozstrzelana. Również jego żona. Niemcy zwołali "zebranie" wszystkich profesorów, których następnie stracili. Jego żona była taka skrupulatna, że aby nie spóźnić się na to zebranie, wzięła z matką dorożkę.

Płoński znalazł się w getcie w Stanisławowie (1941 - 1942). Był członkiem Judenratu, jako Leiter Gewerber und Handelsabteilung (wydział handlowo-przemysłowy). Może to nie jest poprawnie, ale tak mówił. Ten przemysł to był warsztat w piwnicy, w której robili drewniaki dla obozów. Po dwóch latach uciekł. Pewnego dnia zdjął opaskę, przeszedł przez mur na aryjską stronę. Ukrywał się w norach i śmietnikach, ale uważał (słusznie), że miał tzw. dobry wygląd, i mógł uchodzić za goja. Kupił (dostał?) papiery nieżyjącego Tadeusza Płońskiego i pod jego nazwiskiem przeżył resztę życia. Formalności ze zmianą nazwiska dopełnił po wojnie. Było zatem dwóch Tadeuszów Płońskich. Ten pierwszy, "oryginalny", i ten drugi - który miał jego papiery.

Wyruszył do Warszawy, do siostry, która mieszkała przy Nowym Świecie 10 m. 7. Jego zdaniem, moja rodzina wyjechała ostatnim pociągiem przed wkroczeniem Niemców - na Wschód, do Rosji, a mnie umieściła u krewnych w Częstochowie. Wówczas Żydzi często oddawali dzieci na przechowanie i rozdzielali się z nimi dla bezpieczeństwa - dorosłym było trudno się ukrywać, a co dopiero z dzieckiem, nie było tyle pieniędzy, żeby za to zapłacić, a wspólna ucieczka była bardziej ryzykowna. Niewykluczone także, że moi rodzice lewicowali i również dlatego uciekli na Wschód. A może to wszystko było inaczej - nie wiadomo, bo zostali rozstrzelani w Radości koło Warszawy. Zginąć w Radości - cóż za paradoks, może Czesław Miłosz potrafiłby to opisać, może Hania Krall.

W 1943 r. Płoński mieszkał w Warszawie przy ul. Górnośląskiej 9 m. 20, w mieszkaniu, które znalazła jego siostra i ona za nie płaciła - była nieźle sytuowana, miała sklep w Zamościu. Przez tę siostrę odnaleźli go moi rodzice, którzy w 1943 r. wrócili w okolice Warszawy, żeby być bliżej swojego Dawida (czyli mnie, bo urodziłem się jako Dawid, zanim nie zmieniono mi nazwiska, w czasie wojny, w kryjówce, na Bogdan Pasecki, a tuż po wojnie na Daniel Passent). Siostra Płońskiego z jego pomocą zajęła się ukryciem moich rodziców. Ostatecznie przez kobietę, która przywoziła mleko, ulokowali ich pod Warszawą, na linii Mokotów (Klarysew? Jeziorna? Józefów? - nie pamięta). Płoński widywał się z nimi, jeździł z nimi jako "obstawa". Jego samego szmalcownicy nie ruszali, miał czapkę konduktora tramwajowego, a w kieszeni rozmaite fałszywe dokumenty.

Wcześniej pan Tadeusz na pewien czas utracił mnie z pola widzenia, usiłował nawiązać kontakt z moimi krewnymi w Częstochowie, żeby mnie sprowadzić. Nie wiedział, gdzie szukać, jak ja (i rodzina) teraz się nazywamy. Kiedy tam przyjechał - getto stało w płomieniach, musiał więc zawrócić.

Moi krewni (i ja?) nie byliśmy w getcie, tylko ukrywał nas pewien grabarz. Ale rodzicom udało się mnie sprowadzić pod Warszawę w 1943 r., kiedy miałem cztery, pięć lat. To wtedy Płoński zadekował mnie na Pradze. Adres podpowiedział mu miejscowy fryzjer. W robotniczej części Pragi (ul. 11 Listopada 26 m. 78) ukrywała mnie pani Władysława Salonek, wdowa albo rozwódka, która miała dwoje dzieci, w tym małego synka, i starszą ode mnie córkę, Bogusię (miała wtedy około dwunastu lat). Pani Salonek przechowywała jeszcze jedną osobę, pana Józefa, który pełnił chyba rolę męża - był z nią, a ona go ukrywała. Byłem w tej kamienicy niedawno. Nadal stoi, na pewno nieremontowana od tamtych czasów. Potworny syf. Tynki odpadają aż do samej cegły, schody wąskie, drewniane, tak wyrobione, że leżą na nich kawałki desek; niektóre balkony, także ten, z którego sikałem, są zdjęte lub zamurowane, żeby się nie zwaliły. Ludzie też w kiepskim stanie.

"Jako kilkuletnie dziecko pan się interesował gramofonem i ja panu mówiłem, że tam w środku siedzą Chińczycy i to oni grają" - wspominał Płoński.

Odwiedzał mnie co tydzień, w każdą niedzielę, przez prawie dwa lata. Zawsze przynosił ciastka i pilnował, żebym ja też dostał, bo oni byli "jak szarańcza". Wszyscy głodni. Ukrywali mnie za szafą, ale nie tyle w ścianie, co we wnęce albo w części pokoju oddzielonej szafą. Mogłem wychodzić na balkon, tylko kiedy było ciemno. Była to stara kamienica, podwórko typu "trumna", stała tam święta figurka i odprawiano nabożeństwa. Pewnego dnia siusiałem z balkonu, a tam akurat trwało wieczorne nabożeństwo. Cała kamienica była wzburzona i zaczęła szukać, które i czyje to dziecko. W tych poszukiwaniach brał również udział Płoński, osoba postronna, który tak szukał, żeby nie znaleźć.

Pewnego dnia, w 1944 r., moi rodzice nie przyszli na umówione spotkanie z Płońskim. Mniej więcej po roku ukrywania pod Warszawą zostali zadenuncjowani i rozstrzelani.

Siostra Płońskiego nazywała się Krystyna Gayer z d. Godek, jej mąż pochodził z zamożnej łódzkiej rodziny Gayerów. Jej wuj był przed wojną senatorem z ramienia syjonistów, a inny członek rodziny - Sommerstein - z ramienia Poalej Syjon był posłem albo senatorem. Została również zadenuncjowana. W jej mieszkaniu pięciu uzbrojonych Polaków, którzy podawali się za AK (zdaniem Płońskiego - bezpodstawnie) czekało na niego; kazali się zaprowadzić do jego mieszkania, więc zaprowadził ich na Górnośląską, gdzie obrabowali go doszczętnie, zabrali nawet usztywniacze do kołnierzyka, ale nie odkryli skrytki pod jego łóżkiem, w której złożone były granaty, należące do syna gospodyni, związanego z ruchem oporu. Siostra Płońskiego, chociaż zadenuncjowana, przeżyła. Po wojnie Płoński rozpoznał jednego z szantażystów na ulicy i skierował sprawę do sądu, ale w decydującym momencie siostra odmówiła potwierdzenia, nie chciała brać tego na siebie i sprawa się skończyła. Krystyna Gayer była wychrzczona, w lwowskim dzienniku "Chwila" jej nazwisko było wymienione wśród tych, którzy odeszli z gminy żydowskiej.

Po wojnie, gdy weszli Rosjanie i powstało wojsko polskie, płk Prawin urzędował w dyrekcji kolei na Pradze. Przyszedł do niego Płoński: "Panie pułkowniku, mam dziecko pańskich krewnych". Wkrótce przywiózł mnie do Prawinów, którzy wówczas mieszkali na Pradze. Jak już mówiliśmy, Prawin nie oferował pieniędzy dla rodziny, która mnie przechowywała. Albo uważał, że było to obowiązkiem obywatelskim tych ludzi, bo nie znał sytuacji w okupowanym kraju, albo sądził, że dostali dosyć, albo po prostu nie miał. Płoński natomiast był odmiennego zdania; uważał, że narażanie życia przez tych ludzi nie było żadnym obowiązkiem i chociaż regularnie przywoził im pieniądze, to oni spodziewali się po wojnie więcej, może sam im to obiecał.

Natomiast Płońskiemu pomógł Prawin: "...mimo że nie byłem członkiem partii, a nawet chciałem emigrować". Dał mu list rekomendacyjny i Płoński podjął pracę w Centralnym Zarządzie Przemysłu Tekstylnego oraz Skórzanego w Łodzi, potem był dyrektorem fabryki Leo w Bydgoszczy i w Poznaniu. Tam w 1947 r. poznał swoją obecną żonę, z którą byli razem ponad pięćdziesiąt lat. W latach 1957 - 1961 był dyrektorem Państwowego Zakładu Umundurowania, który produkował m.in. juchtowe buty dla wojska. Później z tego zakładu wyodrębniły się zakłady odzieżowe Modena. Mimo że nie był partyjny, tolerowano go, ale przy swoim pochodzeniu wyżej zajść nie mógł. Za czasów, kiedy I sekretarzem KW PZPR w Poznaniu był Jerzy Zasada, odszedł z dyrekcji i został radcą prawnym. Zmarł w 1997 r., niedługo po naszym spotkaniu, kiedy ja już byłem w Chile.

Płoński pokazał mi moją fotografię z ordynansem gen. Prawina oraz list, który dostał ode mnie w 1947 r., kiedy miałem dziewięć lat:

"Kochany Tadeuszu jak się miewasz, ja umiem pływać. Uczę się w IV kl. Ja jestem zdrowy. Czy ty jesteś zdrowy

Całuję cię mocno i ściskam

Danek".

Tyle opowiedział mi Tadeusz Płoński.

Dlaczego Prawinowie nigdy o tym z tobą nie rozmawiali?

W ich domu nie uprawiało się kultu przodków, nie rozmawiało się na ten temat. Wręcz przeciwnie. Raczej bym powiedział, że zacierali ślady. Pierwsze, co zrobili, jak mnie odzyskali, to przed wprowadzeniem do mieszkania, na klatce schodowej rozebrali do naga, postawili taboret, na nim miskę i w tej misce mnie wyszorowali, żeby wszy nie dostały się do mieszkania. Jak gdyby usuwali nie tylko narosły przez lata brud i wszy, ale i moją przeszłość jako dziecka żydowskiego. Należeli do tych komunistów polskich, którzy o swoim żydowskim pochodzeniu nie wspominali. Ojczyznę nosili w sercu. Prawin walczył o Polskę, która będzie wolna, ale nie sanacyjna, tylko w jego mniemaniu demokratyczna. Jak Polacy skupieni wokół Związku Patriotów Polskich w ZSRR, Wasilewska, Lampe, Sokorski, Berling, Prawin i inni wyobrażali sobie powojenną Polskę, to osobny temat.

Dlaczego nie nadali ci nazwiska Prawin?

Nie wiem. Może dlatego, że szanowali moją rodzinę. Nie zamierzali mnie "ukraść" moim Rodzicom i usynowić. Wiele osób, którym zmieniono nazwiska w czasie okupacji, po wojnie nie wróciło do poprzednich. Ja się nigdy nie interesowałem, kto był, a kto nie był Żydem, i jak się kiedyś nazywał. O tym, że ojciec mojego najbliższego przyjaciela z "Polityki", znany krytyk teatralny i działacz socjalistyczny, Andrzej Wróblewski (ojciec Andrzeja Krzysztofa Wróblewskiego) nazywał się kiedyś inaczej, nie miałem pojęcia, dopóki nie ukazały się jego wspomnienia.

W domu Prawinów pochodzenie to było tabu, mimo że ich nazwisko było autentyczne. Ale moje już nie, bo to oni nadali mi je zaraz po okupacji. Gdy jako dziecko w Berlinie wypełniałem ankietę do szkoły podstawowej i w rubryce "narodowość" albo "wyznanie" wpisałem "żydowska", "mojżeszowe" (bez sensu, bo nigdy żadnego wyznania nie byłem), ciotka poprawiła na "polska". O tym, że Prawin jest pochodzenia żydowskiego, dowiedziałem się na krótko przed jego śmiercią, w 1957 r., kiedy miałem prawie dwadzieścia lat, a od trzynastu lat byłem u nich w domu! Akurat zakładał buty, był nisko pochylony, i powiedział ni z tego, ni z owego: "Ciekawe, czy mianują Żyda ambasadorem...". Wkrótce miał zostać ambasadorem we Wiedniu, ale utonął w czasie kąpieli w Wiśle. Byłem bardzo przywiązany do Prawinów, kochałem ich. Nikt nie wywarł na mnie większego wpływu niż Jakub Prawin.

Jak do nich mówiłeś?

"Ciociu" i "wujku", co zresztą było zgodne ze stanem faktycznym. Kiedy w Berlinie zacząłem mówić do ciotki per "mamo", bo tak pragnąłem matki, Prawinowa mnie poprawiła: "Danusiu, ja nie jestem twoją mamą, ja jestem ciocią. Ty miałeś swoją mamę". Nie chciała uzurpować sobie tego tytułu.

A ty jako kilkuletnie dziecko szukałeś w pamięci swoich rodziców?

Raczej nie. Lgnąłem do tych, którzy się mną opiekowali. Nikt mi o rodzicach nie opowiadał i nikt mi nie robił złudzeń, że oni wrócą.

Miałeś świadomość, jak wyglądały twoje koleje losu w czasie wojny?

Tylko ogólnie. Pamiętam, że byłem przez pewien czas ukrywany na wsi. Zapamiętałem taką scenę: bawimy się w piachu z innymi dziećmi, pewnie z dziećmi gospodarzy, i ktoś dorosły podaje nam do zabawy dwa, zapewne fałszywe, dokumenty, którymi mogliśmy się bawić, żeby nabrały patyny, ale zakazał nam je drzeć. Pamiętam też, że w mieszkaniu państwa Salonek dużo czasu spędzałem z ich córką, zresztą byłem tam nazywany "Bogdan", żeby sąsiedzi myśleli, że pani Salonek zwraca się do swojej córki, która miała na imię Bogusława, wołali na nią Bogna. Nie wolno mi było wychodzić na dwór ani podchodzić do okien czy balkonu.

Czym to tłumaczyli?

Żeby mnie nikt nie zobaczył.

Czułeś strach w związku z nieustannym ukrywaniem się?

Nie pamiętam. Widocznie uważałem wszystko, co się dzieje, za normalne. Godziłem się na taką sytuację, bo pewnie innej sobie nie wyobrażałem.

Czy z losów wojennych coś jeszcze zapamiętałeś?

Chyba nie ("Czy te oczy mogą kłamać? Chyba nie"). Ale mój kolega, dziennikarz Juliusz Rawicz, jeden z założycieli "Gazety Wyborczej", spotkał mnie w czasie okupacji, w 1943 albo 1944 r., na pewno przed Powstaniem. Kiedyś, już po wojnie, był u swojej babci, Heleny Boguszewskiej, pisarki. Rozmawiali o moim felietonie. I wtedy babcia powiedziała: "Ty przecież Passenta znasz". Julek mówi: "Nie znam". "Golono - strzyżono": babcia powiedziała Julkowi, że bawił się ze mną w dzieciństwie. Okazuje się, że Boguszewska mieszkała wtedy w skromnym domu ("nie było podłogi, tylko klepisko") w Rejentówce pod Warszawą, koło wsi Ruda, kilka kilometrów od Radzymina. Rodzice Julka byli z nim u babci, gdzie miał się bawić z pewnym chłopcem, który "nikogo nie zna, nikt nie chce się z nim bawić". Tym chłopcem byłem ja. "Na imię miałeś Tadzio" - mówi Julek, który mnie nie pamięta (pamiętała mnie babcia), ale dobrze zapamiętał fascynującą grę "Mały milioner", w którą graliśmy. Była to jakaś odmiana "Monopolu", kupowało się huty, kopalnie i fabryki. Julek lubił mnie odwiedzać, bo miałem tę grę. Rejentówka była wsią letniskową, ale biedną. Syn sąsiadów Boguszewskiej, który po wojnie przyjechał odwiedzić ją w Warszawie, po raz pierwszy w życiu zobaczył schody. W tej wsi ukrywała się rodzina Branickich, przed wojną mieli na nazwisko Janusowie, albo odwrotnie - przed wojną byli Branickimi, a w czasie wojny Janusami. Ich syn, Edek, w 1944 r. trafił do wojska polskiego, dotarł do Berlina, do bunkra, w którym do końca trwał Fuehrer, i usiadł na jego sedesie. "Ja, Żyd, który jeszcze niedawno musiałem się ukrywać, teraz siedziałem na sedesie Hitlera!" - opowiadał. Z zawodu był lekarzem, z zamiłowania - iluzjonistą. Robił różne sztuczki. Była tam też pani Żabińska, żona Jana, dyrektora warszawskiego ZOO, oni w tym ogrodzie zoologicznym ukrywali mnóstwo Żydów.

Tyle o mojej wojnie wiem albo pamiętam.

A Stanisławów pamiętasz?

Wszystko, co wiem, zawdzięczam mojemu przyjacielowi, Tadeuszowi Olszańskiemu. W ostatnich latach ukazały się jego dwie znakomite książki o tym mieście: "Stanisławów. Kresy Kresów" oraz "Stanisławów nadal żyje". Już pierwsza wywołała szerokie echo wśród stanisławowian w Polsce i na świecie, Tadeusz otrzymał tyle dokumentów, relacji, wspomnień i fotografii, że napisał drugą. Prowadziłem spotkanie promocyjne tej książki w Bibliotece im. Jana Nowaka Jeziorańskiego na Powiślu w Warszawie. Sala była pełna. Gros publiczności stanowili stanisławowianie, a więc przeciętna wieku była wysoka. W dyskusji zabrała głos pewna starsza pani, która zaczęła tak: "Maturę zrobiłam w 1935 r. u Urszulanek". Na sali zapadła cisza, wszyscy zaczęli liczyć. "Oszczędzę państwu liczenia. Mam dziewięćdziesiąt dwa lata" - powiedziała. Stanisławów ciągle żyje. Było to w dużym stopniu miasto żydowskie, przed wojną około 40 proc. - największą grupę - mieszkańców stanowili Żydzi.

Jakieś dziesięć lat temu pojechaliśmy z żoną do Stanisławowa, razem z Jerzym i Małgosią Urbanami, bo Urban spędził okupację na dzisiejszej Ukrainie. To była podróż sentymentalna, przywitałem się i pożegnałem ze Stanisławowem. Poszedłem do synagogi, ale była zamknięta. Miasto wydało mi się w lepszym stanie niż Lwów. Lwów był chyba najpiękniejszym miastem polskim, ale po tylu latach komunizmu wyglądał strasznie, potwornie zaniedbany, jak więzień, który wychodzi z obozu. To jest miasto, które przeszło obóz socjalistyczny. Stanisławów trzyma się lepiej. Śladów mojej rodziny tam nie szukałem. Chciałbym mieć ich tyle, co np. Michał Głowiński. W trakcie rozmowy z Teresą Torańską w książce "Śmierć spóźnia się o minutę" prof. Głowiński pokazuje autorce pudełko do butów, pełne fotografii rodzinnych. Dla mnie to brzmi jak bajka o żelaznym wilku. Kiedy czytam takie książki jak "Rodzina Toeplitzów" albo "W ogrodzie pamięci" Joanny Ronikier, to nie mogę wyjść z podziwu, jaki ci ludzie mieli rodowód i ile śladów się zachowało.

A ja tkam z niepamięci. Dla państwa Salonek mam bezgraniczną wdzięczność, bo przez nich zostałem ocalony. Pani Salonek przechowywała oprócz mnie na pewno kilka innych osób w różnych okresach. Za pomoc Żydom groziła kara śmierci. A jednak niektórzy ponosili to ryzyko, ba, trudno sobie wyobrazić, żeby o tym, iż rodzina Salonek przechowuje dwóch, a może nawet trzech Żydów, nikt w kamienicy nie wiedział. I rozumiem, że oczekiwali za to pieniędzy. Co jest w tym złego, że samotna kobieta z dwojgiem dzieci, która ukrywa Żydów - dostaje pieniądze na ich utrzymanie? Miała nas jeszcze brać na garnuszek? Po wojnie kraj był zniszczony i właściwie wszyscy byli biedni. Żydzi stracili wszystko, Polacy - też, z wyjątkiem tych, którzy się na Żydach wzbogacili. Wielu z tych, którzy pomagali Żydom, zwracało się po wojnie do Centralnego Komitetu Żydów Polskich o zapomogę lub rentę. W liście Władysławy Salonek "Do Gminy Żydowskiej przy ul. Szerokiej 31" z 1 lipca 1945 r., czytamy (pisownia oryginalna):

"Podanie. Uprzejmie proszę wyżej wymieniony Zarząd o udzielenie mi stałej zapomogi. Ponieważ w czasie okupacji Niemieckiej przechowałam 12 osób (w tym) 6 osób stałych. Od XII 1942 r. był u mnie chłopiec 7 letni Bogdan Paszesztajn do roku 1945. 4 III odebrała go pani Pułkownikowa Prawin poniewasz ja za dziecko nie dostałam pieniędzy przez 8 miesięcy t.j w czasie powstania, a w międzyczasie był szantażowany przez jednego z sąsiadów Niemiec po sąsiedzku ze mną mieszkał. Okup dziecka kosztował mnie 20 rubli w złocie i złoty pierścionek z brylantem. Pani Pułkownikowa Prawin zabierając dziecko dała 2. tysiące i powiedziała, że będę dostawać z gminy stałą zapomogę i w ten sposób otrzymam swój dłóg bo ona niema pieniędzy żeby mi zapłacić i właśnie w tej sprawie rozmawiała z panem Majorem Hinszendorf dnia 4 III 1945 r. co major przyżek że to załatwi a ja w m-cu VI 1945 dostałam 2 tysiące i nadmieniono mi przez Pana Majora ażebym ponownie złorzyła podanie o przyznanie mi stałej zapomogi z Komitetu żydowskiego. Załączam stwierdzenie pana Sternberga jako był u mnie przechowany a reszta potwierdzeń są podane w poprzednim podaniu".

Kolejny list, napisany już innym, bardziej wprawnym charakterem pisma, wysłany był trzy tygodnie później.

"Należało mi się za Bogdana utrzymanie przez 8 miesięcy 24 tysiące. W czasie powstania byłam szantażowana przez folksdojcza mieszkającego w tym samym domu co ja, to kosztowało mnie 20 rubli w złocie...".

Miałem wtedy siedem lat i o tym wszystkim nie wiedziałem, tymczasem kwestia odpłatności nabierała rozmachu. Ciocia Róża z Częstochowy, która, chora na raka, przebywała w szpitalu w Krakowie, i sama błagała o pieniądze na transfuzję oraz naświetlanie, 29 maja 1946 r. pisała do Centralnego Komitetu Żydowskiego w Warszawie:

"W odpowiedzi na pismo z dn. 14 V za dz. 192/46, niniejszym komunikuję co n.p.: Obyw. Salonek w ub. roku za przetrzymanie dziecka Daniela Passensteina została sowicie wynagrodzona przez ciotkę dziecka Dr. Annę Prawinową sumą wysokości 20.000 zł, oprócz ciągłych i rozmaitych podarunków. Suma ta była w ub. roku b. wielka. Sprawa ta znana jest w Komitecie w Warszawie, a bardzo dokładnie poinformowany jest p. artysta Jonas Turkow, pracujący w Komitecie Żydów. Także p. Tadeusz Płoński opiekun dziecka i przyjaciel rodziców jego wynagradzał p. Salonkową. (...) Uważam, że dla dobra dziecka nie należy podawać naszych adresów. Moim zdaniem jest to tylko czyste szantażowanie. Czyż do końca mojego życia nie wykupię się od p. Salonkowej. Zdaje się, że Komitetowi sprawy tego rodzaju nie są obce. Dostała jednorazowo wielką kwotę, a przez cały okres pobytu u niej p. Płoński płacił. Nadmieniam, że dziecko odebrano w tak fatalnym stanie, że jeszcze dziś choruje. (...) R. Kolinowa".

Ta przykra sprawa znalazła swój epilog i szczęśliwe rozwiązanie prawie pół wieku później. W 1992 r., kiedy mieszkałem i pracowałem w Bostonie, otrzymałem list z Polski od ludzi, którzy mnie ukrywali:

"Szanowny Panie Danielu

Pozwoli Pan że się przedstawię, nazywam się Bogusława Kowalska z domu Salonek.

Jestem członkiem rodziny, która uratowała Panu życie. Z podawanej przez Pana biografii zauważyłam, że wiele Pan zapamiętał z czasów okupacyjnych i to mnie cieszy.

U nas w kraju Komitet Żydowski apeluje do ludzi którzy udzielali pomocy Żydom, aby się zgłaszali. Ponieważ jest nowa ustawa bardzo przychylna dla tych ludzi. Ja się zgłosiłam nawet ze świadkiem, ale to za mało. Potrzebne jest pańskie potwierdzenie, że Pan rzeczywiście u nas przebywał w latach 1943 do 1945 r. Takie stwierdzenie może być na piśmie przesłane na mój adres. Panie Danielu, nie będę opisywać dodatkowych wspomnień ponieważ Pan tego unika. Podam tylko dane dotyczące mojej rodziny. Moja matka Władysława Salonek z domu Płaskota - wdowa z dwojgiem dzieci córka Bogda lat 15, syn Wojtek lat 12 (daty z lat 1943 - 1945), zam. Warszawa Praga ul. 11 Listopada 26-78 piętro 4.

Obecnie nasza mama nie żyje. Pod wyżej wymienionym adresem mieszka tylko mój brat.

Ja mieszkam też na Pradze.

Bogusława Kowalska z domu Salonek zm W-wa Praga ul. Skoczylasa 8-192. tel 18-99-69

Liczę na Pańską lojalność i proszę o rychłą odpowiedź.

Z poważaniem,

B. Kowalska

W-wa dnia 8 IV 1992 r."

Do listu dołączony był wycinek z gazety pt. "Prawa kombatanckie za ratowanie Żydów", z którego wynikało, że Rada ds. Stosunków Polsko-Żydowskich wystąpi o nadanie praw kombatanckich osobom, które ratowały Żydów podczas II wojny światowej. List był dla mnie wydarzeniem, ponieważ rodzina, która mnie przechowywała, potwierdziła, że istnieje, żyje, nawiązała ze mną kontakt. Chciałem natychmiast wesprzeć jej starania i wystąpić do Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie, ale przedtem musiałem sprawdzić rzecz na miejscu. Napisałem więc do Agnieszki Osieckiej w Warszawie, z prośbą, żeby w moim imieniu odwiedziła rodzinę państwa Kowalskich. Agnieszka nie tylko się wywiązała, ale napisała do mnie wstrząsający list i przysłała fotografie. Oto list:

"Warszawa, 12 czerwca, 92

Kochany Danusiu, rozmawiałam dzisiaj z tą Bogusławą na Pradze ponad dwie godziny i potem tak ryczałam, że sobie całkiem uprałam oczy. Trzeba im dać zaświadczenie, wszystko jest prawdą, zresztą strasznie, strasznie smutną. To nie znaczy, że to są sympatyczni ludzie, wprost przeciwnie (pójdziemy tam), ale zgadza się przeklęta prawda.

Ta pani, do której przyszedłeś, to matka tej, z którą siedziałam dziś. Ta matka nie żyje, była pewno prawdziwie porządna, nazywała się Władysława Salonek. Trzeba napisać, że to u niej byłeś od 43 do 45. I pod opieką jej dzieci - Wojtka (8. Twój rówieśnik) i Bogusławy, Bogny (to ta moja rozmówczyni, wtedy lat szesnaście, najwięcej z Tobą przebywała, gotowała, kąpała, a matka - w pracy była).

Przyszedłeś w sierpniu, a może we wrześniu, ale było jeszcze ciepło. Bo - kurteczkę miałeś i sportowe buciki. Przyprowadził cię pan w meloniku, do którego mówiłeś wujek, ale to nie była rodzina. Ten pan powiedział, że adres zna od fryzjera (brat Władysławy) i prosi, żebyś został, bo on o sobie nie wie, czy długo pożyje. Ale póki będzie żył - postara się odwiedzać. I był wkrótce raz, czy dwa.

Powiedział Twoje prawdziwe nazwisko, a ta Władysława zapisała je na ścianie, pod świętym obrazkiem. Mówiła do ciebie Bogdan, żeby ludzie słyszeli, w razie czego, że mówi do córki (Bogna). Nie miałeś żadnego tobołka, nic.

Byłeś bardzo grzecznym dzieckiem, na wszystko się zgadzałeś, nigdy niczego nie chciałeś. Spałeś w pokoiku, do którego - przez szafę. Grzecznie tam wchodziłeś, ale rano miałeś czerwone oczy, bałeś się tam spać. Więc ta matka poleciła synkowi, Wojtkowi, żeby też tam spał.

Czasami wychodziła z Tobą na spacer. Uszyła ci ogromną czapkę pilotkę. Lubiłeś patrzeć w dół, na śnieg. Czasem wychodziłeś z tym Wojtkiem na balkon, który był zasłonięty kocem. Widziałeś dzieci inne na podwórku, ale rozumiałeś, że nie możesz tam pójść. Po jakimś czasie przybył do pokoiku pan koło trzydziestki, nauczyciel. Podobno uczył Cię i pod koniec wojny umiałeś już czytać i pisać, nazywał się Bodnar.

Kiedy już weszli Rosjanie, Władysława i Bogna wychodziły legalnie z Tobą na spacer. I już ich wuj fryzjer nie strzygł Cię na łysą pałę (bo przedtem strzygli Ciebie i Wojtka, żebyś wyglądał na podobnego do Wojtka). Ale ludzie mieli żal do tej Władysławy, że takie niebezpieczeństwo przez nią nad nimi wisiało. W każdym razie ona dała znać do Komitetu Żydowskiego na Pradze, że Ty jesteś i wkrótce zgłosił się Twój wujek. Przysłał pisemko, żebyś przyszedł do jego kwatery gdzieś na Wileńską. Władysława ze swoją (moją) Bogną przyprowadziły Cię do Wujka, ale tam był zgrzyt. On ostro się zachował, i ta Władysława się obraziła. Dlatego nigdy do końca życia nie próbowała z Wami nawiązać kontaktu. I dopiero teraz, ta córka nawiązuje, bo bieda, możliwości dostania zasiłku i tak dalej. Przyślij więc im to pisemko.

Świadków, w razie czego, ci ludzie mają, bo ich prawie sąsiadka, pani Szczepanek, żyjąca, ukrywała trzy dziewczynki nazwiskiem Albert. Duże biusty. ("Takie one mają, taka rasa"). One też żyją - czy też jedna, Nina - i może zaświadczyć...

O Boże, Boże. Czułam się Danusiu, jakbym Ciebie współrodziła. Bardzo kocham tego chłopczyka, którym wtedy byłeś, i wcale się nie dziwię, że brałeś proszki nasenne, zawsze. Zaraz dzisiaj po tej wielkiej rozmowie poszłam pod ten stary adres, to znaczy na ul. 11 Listopada 26 (No bo teraz mieszkają na Pradze Dwa). To ruderzysko praskie w stylu Heli, studzienne podwórze, balkony, brudy. Na ścianach - brednie, między innymi: "Z.R. - Żyd". W oknie na parterze tkwił smutny chłopczyk, rudy, chyba też Żyd. Patrzył na dzieci z podwórka i wcale do nich nie wychodził, wcale się nie dziwię...

Do tego idzie pointa. Wieczorem pojechałam na występ... chóru kościelnego z Texasu, do kościoła na Ochocie. Chciałam niby rozbawić Gogusia (tak nazywaliśmy Agatę - D.P.), że ja niby też coś miałam z Texasem i tede. Ale tak nie mogłam wytrzymać mszy, księdza, tłumku, że uciekłam.

Kochany Danusiu. Daj im to pisemko (gdybyś chciał jeszcze jakichś danych, to ich telefon jest 18 99 69), a we wrześniu pójdziemy do tej Bogusławy (starsza od Ciebie o osiem lat), na kawę. Podobna jest trochę do Heli, półinteligentka, sprytna, ale nie bardzo.

Nikomu, ani słówkiem, nie opowiedziałam o tym wszystkim i jestem szczęśliwa, że tyko my dwoje w tym wszystkim się zanurzyliśmy, jak pod strupem. Potem pomówimy, czy się Gugusiowi opowie.

Chciałabym, żebym to wiedziała wcześniej. Aha, ta Bogusława (wtedy 16) powiedziała, że byłeś obrzezany, bo Cię kąpała, to wie. No, ja nie jestem taką erotomanką, to nie wiem. Pa pa.

Ptasie Radio.

Agnieszka

Ich obecny adres: Bogusława Kowalska

Warszawa Praga, ul. Skoczylasa 8 m. 192, (tel. 18 99 69)"

Wobec takiego listu wszystko potwierdziłem, wystąpiłem o przyznanie drzewka Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, które dawało uprawnienia kombatanckie. Jerozolima odznaczenie przyznała. Byłem na uroczystości, która odbyła się w 1995 r. w Galerii Porczyńskich w Warszawie. Potem poszliśmy z panią Bogusławą na obiad. Mam od niej listy pełne radości.

Myślałem, że Jerozolima locuta - causa finita, aż tu niespodzianka. W 2010 r. dostałem spod Warszawy, z kierunku pruszkowskiego, bardzo miły list, od pewnej lekarki. Napisała mi, że jej rodzice w rodzinnym domu pod Warszawą przechowywali pewnego Daniela. Chłopca nazywali "Tadzio", co by się zgadzało z tym, co zapamiętał Julek Rawicz. Napisali, że w ich rodzinie panuje przekonanie, że tym Danielem byłem ja. Nie mogę tego wykluczyć. Odpisałem, że byłem ukrywany na Pradze, że moi rodzice zginęli na linii otwockiej i jeżeli ci państwo mają jakikolwiek dowód, to ja z przyjemnością uznam, że oni mnie też ukrywali, bo sam tego nie pamiętam. Oto ten drugi list:

"Pruszków 15.09.2010 r.

Szanowny Panie Danielu!

Zbierałam się do napisania tego listu od bardzo dawna. Nic od Pana nie chcę, jedynie odpowiedzi: "tak" lub "nie". Jedynie chcę zamknąć pewną historię rodzinną.

Moi dziadkowie Karolina i Wacław Tarłowscy przed wojną, w 1938 r., kupili pod Warszawą mały drewniany domek - "świeże powietrze" dla córki chorej na gruźlicę. Ich warszawskie mieszkanie na Dobrej zostało zbombardowane zaraz we wrześniu 1939, przenieśli się więc na stałe do tego Ołtarzewa.

Domek stał na uboczu wsi, tuż pod dużym parkiem, otoczony półhektarową działką.

Wieść rodzinna niesie, że w tym domku w czasie wojny był przechowywany mały żydowski chłopiec, i że był to Daniel Passent. Wołano na niego Staś.

Daniel Passent, czyli Pan - nigdy nie potwierdził tej informacji, nie śledziłam zbyt gorliwie, raz przypadkowo widziałam w TV jakąś audycję na ten temat - ale chyba nigdy nie chciał Pan powiedzieć, gdzie był Pan w czasie wojny. W biografii jest tylko notatka "przechowywany w czasie wojny u polskiej rodziny".

Moja rodzina zawsze była bardzo tajemnicza. Mama i ciotka "konspirowały" do końca. W czasie wojny walczyły, siedziały na Pawiaku i w Ravensbrück. Obie należały po wojnie do PZPR.

Cała rodzina (tamto pokolenie - mój tata, stryjowie, ciotki, wujek - też) oczywiście poza dziadkami i nami - czyli dziećmi, była zakażona ideą komunistyczną. Ciotka - lekarz, profesor onkologii Ludwika Tarłowska - piękna postać, mama - chemik Marta Tarłowska - Minorska - też twarda kobieta. Obie ideowe, obie wierzyły i starały się "tłumaczyć" tamtą ideę - do końca. No, dobra - nieważne. Komunizm został potępiony, a w mojej pamięci też przeklęty - bo rodziców nigdy nie było w domu, zawsze zebrania, egzekutywy, tajemnice itp. A my - z kluczem na szyi do szkoły. W domu - niedogotowana kartoflanka i wszędzie pełno kurzu.

Dwa lata temu byłam na mojej "wyprawie życia", no może trochę przesadzam - ale było to dla mnie naprawdę duże wydarzenie - na wycieczce w Izraelu. Mieliśmy świetnego przewodnika, Żyda z Łodzi, mówiącego po polsku, "gościa" z którym nie było tematów tabu. Byliśmy oczywiście w Yad Vashem - ogromne wrażenie. I wtedy odważyłam się powiedzieć naszemu "kapeluszowi" (nosił brodę i śmieszny wyświechtany brązowy kapelusz) o tym rodzinnym przekazie. I o tym że "obiekt" nigdy się nie ujawnił i nie potwierdził. Zapłonął oburzeniem i powiedział, że takie historie należy IM zgłaszać i ONI już sobie sami resztę wyjaśnią. Dostałam nawet specjalny druk do wypełnienia.

Ale, jakoś tak przeszło i nie zrobiłam tego. Głównie dlatego, że niewiele więcej wiem niż to co przedstawiłam. Tak jak napisałam - moja mama i ciotka nigdy nie chwaliły się swoją wojenną przeszłością, były bardzo skromne.

O ciotce, o tym jak opiekowała się chorymi więźniarkami i na Pawiaku, i w obozie (nie będąc chirurgiem operowała w obozie wyrostek przy płonących, trzymanych przez więźniarki szmatach jako jedynym oświetleniu) dowiadywałam się przypadkowo od obcych ludzi, nie spotkałam nikogo, kto miałby o niej nieprzyjazne zdanie. Była mała (145 cm wzrostu) ale wielka! Całe zresztą, swoje zawodowe życie oddała chorym. Ja też jestem lekarzem - zapatrzona w ciotkę, ale nie jestem taka wspaniała jak ona. Zwyczajna. A moje siostry - inżynierami, jak rodzice.

Tamto pokolenie już nie żyje. Już im nie zależy na niczym, nawet na prawdzie.

Stawiam więc ponownie pytanie - to Pana tam chowano w tym Ołtarzewie pod parkiem - czy nie Pana?

Na domku, śmiesznym i zgrzybiałym już teraz zielonym drewniaczku ciągle są ślady po kulach, podobno został ostrzelany przez jakiś samolot (?), a na cmentarzu za parkiem leży cała grupa żołnierzy wrześniowych z Marianem Buczkiem na pomniku.

Pozdrawiam !

Z poważaniem

Maria Garstecka (z domu Minorska, a po kądzieli Tarłowska).

Pruszków"

Po mojej odpowiedzi, wkrótce nadszedł drugi list:

Pruszków 10.11.2010 r.

Szanowny Panie Danielu!

(...) Po przeczytaniu Pańskiego listu wyobraziłam sobie przerażonego, małego chłopczyka (mój średni wnuczek ma teraz prawie 4 lata) pozbawionego nagle swoich bliskich, nie rozumiejącego co się dzieje, upychanego przez "dobrych" lub mniej dobrych ludzi po różnych obcych miejscach. To są wspomnienia których nie chce się pielęgnować. Na moim mężu zrobiło największe wrażenie - że nie ma Pan żadnego zdjęcia swojej Matki.

Skoro koniec wojny pamięta Pan na Pradze u państwa Kowalskich - to chyba nie ma o czym gadać.

Drugie skojarzenie - Tadzio to nie Staś, linia otwocka to nie linia sochaczewska i dajmy sobie z tym spokój.

Choć teraz już prawie jestem pewna - że ten mały Daniel to był pewnie całkiem inny nieznany Daniel, i pewnie tak już pozostanie - jeszcze jedna niewyjaśniona tajemnica - to napiszę jeszcze parę słów.

Wcześniej, chwilę po wysłaniu do Pana mojego pierwszego listu, zadzwoniłam do młodszej o rok siostry - "czy pamiętasz co się mówiło na temat przechowywania żydowskiego chłopca w Ołtarzewie w czasie wojny"?

Powiedziała, że wie tylko że miał na imię Staś i "poczytaj sobie w kronice rodzinnej ciotki Ludki może coś będzie więcej". Jak widać też nic nie wie. I jak widać - ja, przed napisaniem do Pana nie pomyślałam, że może ciotka Ludka coś tam jednak rzeczywiście napisała na ten temat.

Ciotka Ludka (Ludwika Tarłowska - lekarz onkolog) opisała całą sagę rodzinną i rozdała wszystkim siostrzeniczkom i bratankom. Sama (nie wyszła za mąż) nie miała własnych, rodzonych dzieci - adoptowała opuszczoną NN dziewczynkę i wychowała. (To też jest niesamowita historia!).

Jest tam taki fragment dotyczący tego okresu:

"Rodzice w 1942 r. ukrywali w Ołtarzewie młodą dziewczynę pochodzenia żydowskiego, którą Mama nazwała Zosia Kamińską. Gdy ze względu na jej charakterystyczny semicki wygląd sąsiedzi zaczęli się nią interesować, udało się ją ulokować w Warszawie jako służącą (po kilku miesiącach została jednak zdekonspirowana i osadzona na Pawiaku, skąd w czasie Powstania Warszawskiego udało jej się wydostać).

W 1944 r. aż do wyzwolenia ukrywał się w domu w Ołtarzewie chłopiec żydowski Daniel, nazywany przez mamę Stasiem. W 1944 r. Ojciec uległ porażeniu połowicznemu i Mama musiała sama prowadzić całe gospodarstwo w Ołtarzewie. Nasze mieszkanie przy ul. Dobrej zostało w czasie Powstania ponownie, tym razem całkowicie zburzone. W chwili zakończenia wojny w Ołtarzewie przebywała Mama z obłożnie chorym Ojcem (porażenie, złamanie nogi, zaćma) 95-letnią babcią i ze Stasiem, który opuścił Ołtarzew dopiero po zakończeniu działań wojennych."

To wszystko.

Co to za DANIEL? dlaczego dołożono potem do tego Pana nazwisko? Naprawdę nie mam pojęcia! Jeszcze raz podkreślę z całą mocą, że moja ciotka (i mama) nie miały skłonności do konfabulacji i przypisywania sobie zasług, raczej odwrotnie - nadmiernie milczały i konspirowały. A między nami, tzn. pokoleniem starszym i moim była olbrzymia przepaść. Były serdeczne rodzinne stosunki ale o pewnych sprawach się nie mówiło, było to obłożone tajemnicą i tyle. (...)

Pozostaję z szacunkiem.

Maria Garstecka

Przepraszam za zwłokę w odpowiedzi.

Wróćmy do tego, co wiadomo na pewno. Pamiętasz moment oddania Prawinom?

Nie, nawet nie wiem, kiedy dokładnie to się stało. Najstarszy dokument dotyczący mojej osoby pochodzi z 9 listopada 1944 r. Jest to fiszka ewidencyjna: "Pasensztein Dawid, 1938, (rodzice:) inż. Ber i Bela Mitz z Częstochowy, (ostatni adres:) 1939 Stanisławów, Romanowskiego 156, ob. (obecnie Warszawa, ul:) 11 Listopada 26/78 jako Bogdan Pasecki. 9.11.44. Uwaga na odwrocie". A na odwrocie ręczny dopisek: "Rodzice zabici w Radości".

Co nastąpiło dalej?

W 1946 r. znalazłem się w Częstochowie, w ewidencji tamtejszego domu dziecka. Faktycznie jednak w domu dziecka nie byłem, bo bym chyba pamiętał. Za sprawą Prawinów trafiłem do rodziny państwa Kolin w Częstochowie. Róża Kolin, z domu Mitz, była siostrą mojej matki. Mieszkaliśmy przy ul. Garibaldiego 19 m. 3. Po latach pojechałem z moim pasierbem, Łukaszem Dobromirskim (dziś dorosłym psychologiem) pokazać mu to miejsce. Obecni mieszkańcy chętnie nas wpuścili do mieszkania. Po wojnie, na podwórzu stało pełno starych maszyn, wśród których się bawiliśmy. Pewnego razu spadłem z takiej maszyny na twarz i ciocia Róża martwiła się, że będę miał garbaty żydowski nos i to mi w życiu nie pomoże. Miała rację. Państwo Kolinowie mieli synka, którym się trochę opiekowałem. Pewnego razu miałem go zaprowadzić do lekarza i powiedzieć, że ma powiększone gruczoły w pachwinie. Powiedziałem, że ma powiększone gruczoły "pod pachą", bo słowa "pachwina" nie znałem. Lekarz niczego takiego nie stwierdził. Niestety, wkrótce ciocia Róża zachorowała na raka. W ŻIH zachowały się jej prośby do TOZ (Towarzystwo Opieki Zdrowotnej) o pieniądze na leczenie promieniami Roentgena i na transfuzję krwi w szpitalu w Krakowie. Zapomogę otrzymała, ale wkrótce zmarła. Zanim to nastąpiło, przyjechała po mnie do Częstochowy ciotka Prawinowa i zabrała mnie do Berlina. Więcej rodziny Kolinów nie widziałem. Róża zmarła, a wujek Julek z synem wyemigrowali do Australii. Wysłałem do nich list do Australii, ale odpowiedź przyszła od ich sąsiadów. Kontakt się urwał. Mam po nich pamiątkę, przyjaciel rodziny, Henryk Kotlicki, przywiózł mi z Częstochowy do Berlina zegarek cioci Rózi. Trzymam go do dzisiaj i przez wiele lat był on moim jedynym zegarkiem, nadal jest jedynym przedmiotem, który należał do mojej rodziny w Częstochowie.

Nie wiedziałem, że w 1946 r., kiedy mieszkałem już w Częstochowie, odnalazł mój trop przebywający w Palestynie brat mojego ojca, wujek Icchak. Do Centralnego Komitetu Żydów Polskich nadszedł list:

"Ja niżej podpisany zwracam się do Szanownego Komitetu z następującą prośbą. Po długich poszukiwaniach w czem Sz. Komitet przyszedł mi z pomocą odnalazłem Daniela Psssensteina, urodzonego w 1938 r., syna brata mojego najmłodszego Berka i Belli Passenstein, a znajdującego się według wiadomości podanych przez Sz. Komitet w Domu Dziecka w Częstochowie.

Ponieważ ów Daniel Passenstein ku mojemu wielkiemu ubolewaniu jest jedynym potomkiem naszej dawnej licznej rodziny, który pozostał przy życiu, jestem gotów przyjść mu z pomocą i w tej sprawie zwracam się do W. Panów aby Panowie raczyli mi odpisać jak najprędzej, w jakiej formie moja pomoc może być najskuteczniejsza, w jaki sposób mogę sprowadzić go do Palestyny i przyjąć go jako własne dziecko, aby nie został samotny na tym świecie.

Panowie rozumieją doskonale całą tragedję i zgrozę przeżyć, które przeżywam codziennie i gdy uprzytamniam, co zostało z naszej licznej rodziny, a ów Daniel będzie dla mnie otuchą i pociechą i będzie mógł rozpocząć nowe życie, które ja jako wujek chcę mu utorować w wolnej Palestynie.

Oczekuję rychłej i pozytywnej odpowiedzi i dziękuję z góry za okazaną mi pomoc.

Kreślę się,

Icchak Passenstein,

mój adres I. Passenstein, ulica Becalel 16, Haifa, Palestyna".

Centralny Komitet Żydów Polskich odpisał, że poszukiwany "znajduje się u ciotki Róży Kolin, z domu Mitz, która jest siostrą jego matki, w Częstochowie, Garibaldiego 19. Chłopak korzysta z wydatnej pomocy naszego Komitetu".

Po śmierci ciotki Róży już na stałe trafiasz do Prawinów.

Tak. Nie będę się rozwodził nad tym, co oznacza strata rodziców - dla nich, zadenuncjowanych i zamordowanych w wieku trzydziestu kilku lat, ani dla mnie, bo takich było wielu i na ten temat istnieje ogromna literatura. Chcę natomiast opowiedzieć o Prawinach, którzy mnie wychowali. Spośród wszystkich ludzi, jakich spotkałem w życiu, Prawin wywarł na mnie największy wpływ, i tak było do lat siedemdziesiątych, kiedy poznałem Agnieszkę Osiecką.

JAKUB PRAWIN IDOL MOJEJ MŁODOŚCI

Jakub Prawin urodził się 18 kwietnia w 1901 r. w Tarnowie. Jego ojciec, Adolf, był zawiadowcą malutkiej stacji kolejowej Łowczówek - Pleśna koło Tarnowa. Prawin ukończył I Gimnazjum im. Kazimierza Brodzińskiego w Tarnowie, gdzie pod wpływem nauczyciela historii Włodzimierza Jarosza "zbliżył się do socjalizmu". W 1920 r., "w czasie napadu Piłsudskiego w ZSRR" (jak pisał w swoim życiorysie) wyjechał nielegalnie na studia do Wiednia, gdzie ukończył wydział ekonomiczny tamtejszego uniwersytetu, zrobił doktorat, ukończył także Wyższą Szkołę Handlu Zagranicznego. Początkowo, ze względu na swoje uzdolnienia, zamierzał studiować w konserwatorium dyrygenturę, ale względy praktyczne i coraz większe zainteresowanie sprawami społecznymi zdecydowały, że ukończył ekonomię, studiował potem jeszcze antropologię, paleontologię i biologię. Znakomite wykształcenie Prawina robiło na mnie wrażenie. To za jego przykładem wybrałem studia ekonomiczne. Ba, tak się do tego rwałem, że już po ukończeniu szkoły podstawowej chciałem iść do technikum ekonomicznego, ale Prawinowie powiedzieli: "Najpierw matura, potem ekonomia". Prawin spędził w Wiedniu osiem lat. Studiował, politykował i muzykował, tam zaprzyjaźnił się m.in. z Jerzym Gertem, który studiował dyrygenturę, po wojnie był twórcą Krakowskiej Orkiestry i Chóru Polskiego Radia.

W Wiedniu Prawin zaraził się komunizmem. W 1920 r. został członkiem Kommunisticher Jugend-Verband, był wykładowcą w Zrzeszeniu Studentów Marksistów oraz w Republikańskim Schutzbundzie. Po I wojnie, w Austrii, zwłaszcza w Wiedniu, uformowały się dwie paramilitarne formacje, chadecka i socjaldemokratyczna. Ta druga pod koniec lat dwudziestych liczyła około osiemdziesięciu tysięcy członków, została zdelegalizowana w 1933 r., niektórzy jej członkowie wyemigrowali do Czechosłowacji, inni wzięli udział w hiszpańskiej wojnie domowej, jeszcze inni schronili się w ZSRR, gdzie zostali zamordowani. Prawin brał udział w manifestacjach i w strajku 1927 r., rok później wrócił do Polski. Miał warunki, żeby zrobić karierę - ukończył dobry uniwersytet, znał niemiecki, interesował się kulturą. Otrzymał stosunkowo wysokie stanowisko prokurenta w oddziale warszawskim włoskiego towarzystwa ubezpieczeniowego Riunione Adriatica di Sicurta. Historyk Andrzej Krzysztof Kunert w "Polskim Słowniku Biograficznym" pisze: "Mimo zajmowania wysokiego stanowiska w maju 1931 stanął na czele zwycięskiego strajku powszechnego przeciwko rządowemu projektowi ustaw o scaleniu ubezpieczeń społecznych. (...) Zwolniony z pracy w Towarzystwie, od jesieni 1932 był kierownikiem działu w Towarzystwie Ubezpieczeń na Życie "Vitai Krakowskie"".

W 1931 r. Prawin wstępuje do Komunistycznej Partii Polski, zostaje sekretarzem Komitetu Dzielnicowego Śródmieście i Wola, sekretarzem Wydziału Propagandy KW. Kiedy to mówię, zdaję sobie sprawę, że Jarosław Marek Rymkiewicz i Jarosław Kaczyński dostają jeszcze jeden dowód, iż komunizm i zaprzaństwo przechodzą z pokolenia na pokolenie. Aresztowany 27 marca 1933 r. w związku z likwidacją aktywu KD KPP Praga, 30 marca Prawin zostaje osadzony w więzieniu mokotowskim, gdzie przebywa kilka miesięcy bez procesu. Aresztowany ponownie w 1935 r. trafia do więzienia przy ul. Daniłowiczowskiej (za przekazanie na wolność informacji o prowokatorze, który następnie został zastrzelony). Potem zostaje wysłany do obozu w Berezie Kartuskiej. Znany poeta i działacz komunistyczny Aleksander Hawryluk napisał potem, że Prawin był w Berezie jego pierwszym nauczycielem. W latach 1936 - 1937 Prawin był kilkakrotnie zwalniany i aresztowany. Opowiadał mi, że ponieważ miał tytuł doktora, kiedyś śledczy go zapytał: "Czego jest doktorem?" "Doktorem chorób społecznych" - odpowiedział. W styczniu 1937 r. zwolniono go z więzienia i ponownie przewieziono do Berezy Kartuskiej (był to pierwszy taki przypadek). W sumie spędził w więzieniach około dwudziestu sześciu miesięcy bez procesu sądowego. Po zwolnieniu z Berezy w maju 1937 r. nie zaprzestał działalności, był prokurentem w firmie handlowej, członkiem partii pozostawał aż do rozwiązania KPP w 1938 r.

W więzieniu odwiedzała go moja ciotka Anna wraz z ich kilkuletnią córeczką, Dittą, dla której musiało to być traumatycznym przeżyciem. Nie mogła zrozumieć, dlaczego tatuś siedział w więzieniu, podobnie jak po latach nie mogły tego zrozumieć późniejsze ofiary komunizmu. Prawin był pierwszym recydywistą w Berezie Kartuskiej.

We wrześniu 1939 r. bierze udział w obronie Warszawy, a następnie, po wkroczeniu Armii Czerwonej - wraz z żoną i córką - ucieka do Lwowa, gdzie nawiązuje kontakt z władzami radzieckimi. Zostaje dyrektorem fabryki mydła, potem pracuje w drukarni, wreszcie (1941 r.) zostaje kierownikiem sekcji polskiej literatury marksistowsko-leninowskiej w Państwowym Wydawnictwie Mniejszości Narodowych USRR. W tymże roku jako jeden z pierwszych wstępuje do Armii Czerwonej, zakłada mundur sowiecki, zostaje przyjęty do WKP(b) z zaliczeniem stażu w KPP od 1931 r., co było dowodem wyjątkowego zaufania, bo nie wszystkim Polakom spośród tych, którzy wstępowali potem do armii Zygmunta Berlinga, dawano broń, niektórych kierowano do "strojbatalionow". Wtedy, dla polskiego komunisty w ZSRR, któremu rozwiązano partię, była to jedyna droga powrotu do ruchu komunistycznego (III Międzynarodówki) i do Polski.

Prawin służy w korpusie oficerów politycznych, kolejno jako starszy politruk, komisarz batalionowy, a wreszcie major. Anna i Ditta Prawin zostają wywiezione na Wschód, wojnę spędzają w ciężkich warunkach w Samarkandzie, skąd przy pomocy Związku Patriotów Polskich zostają ściągnięte do Moskwy. Prawin bierze udział w bitwie pod Stalingradem. W czerwcu 1943 r. zostaje odkomenderowany do I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki, gdzie był kwatermistrzem dywizji, później zastępcą do spraw politycznych dowódcy dywizji gen. Berlinga; awansuje do stopnia pułkownika.

W październiku 1943 r. opracował tzw. Tezy nr 1, które zapoczątkowały ożywioną dyskusję ideologiczną wśród komunistów polskich w ZSRR na temat kształtu powojennej Polski. W swoich tezach mocno akcentował "zorganizowaną demokrację", z istotną rolą wojska. Z Dywizją Kościuszkowską odbywa całą kampanię aż do Wisły, do której dotarł we wrześniu 1944 r. (wkrótce odbiera mnie z rąk pani Salonek, Tadeusza Płońskiego, osób, które mnie ukrywały na Pradze). Prawin był dwukrotnie ranny, raz pod Lenino, a drugi raz w wypadku samochodu wojskowego we wrześniu 1944 r. W wyniku odniesionej rany w szpitalu polowym przeszedł operację czaszki i do końca życia golił głowę z charakterystyczną blizną. Kiedy po kilku latach był na Zachodzie, lekarze pytali, kto mu tak świetnie zszył czaszkę, a on odpowiadał, że lekarz wojskowy w namiocie na froncie.

Po wyjściu ze szpitala i rekonwalescencji, w grudniu 1944 r. zostaje dyrektorem departamentu w Ministerstwie Skarbu, potem w Ministerstwie Komunikacji, w marcu 1945 r. jest pełnomocnikiem rządu lubelskiego przy Froncie Białoruskim na terenie Warmii i Mazur. Zostaje pierwszym po wojnie wojewodą olsztyńskim i członkiem KW Polskiej Partii Robotniczej. Pozostaje na tym stanowisku dziewięć miesięcy, a następnie (1946 - 1950) zostaje szefem Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie, najpierw jako pułkownik, a następnie generał brygady. Od lipca 1950 r. aż do tragicznej śmierci 7 lipca 1957 r. był wiceprezesem Narodowego Banku Polskiego. Wkrótce miał zostać ambasadorem w swoim ukochanym Wiedniu. Z dumą pokazywał mi zaproszenie do Opery Wiedeńskiej z okazji ponownego jej otwarcia po wojnie.

Grał na skrzypcach i na fortepianie, uprawiał taternictwo i wioślarstwo.

W niedzielę, 7 lipca 1957 r., wiosłował na swoim ulubionym skifie ("jedynka"), który trzymał w przystani "bankowej" (NBP) przy Wale Miedzeszyńskim, obok przystani YMCA nad Wisłą. Po wiosłowaniu postanowił się wykąpać, świetnie pływał. Kąpiąc się w Wiśle, dostał ataku serca i utonął. Stało się to na oczach żony i córki. Była to dla naszej rodziny, tak ciężko doświadczonej przez wojnę, ogromna tragedia. Gdy wracałem tego dnia do domu na ul. Polną, w drzwiach stała gosposia i powiedziała: "Danielu, czy wiesz, co się stało?". Odpowiedziałem mechanicznie: "Wujek utonął", chociaż jeszcze tego nie wiedziałem, ale jakoś to nieszczęście przyszło mi na myśl. Sam pojechałem do gen. Wacława Komara, ówczesnego dowódcy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, żeby żołnierze pomogli odnaleźć ciało.

Niedawno pani Karina Kowalska, kustosz Muzeum Nurkowania w Warszawie, znalazła odpowiedni fragment we wspomnieniach nestora nurków polskich, Jerzego Edmunda Bulika, mieszkającego w Kanadzie. W wydanych tam wspomnieniach ("Wkraczanie w życie") czytamy:

"Tym nieszczęśliwym wypadkiem było utonięcie w Wiśle jednego z generałów Ludowego Wojska Polskiego, generała Prawina. Generał wybrał się z w gronie kilku osób w pogodną czerwcową, czy lipcową niedzielę na praski brzeg Wisły trochę powyżej Warszawy i w czasie kąpieli utonął. Ciała nie znaleziono. W poniedziałek z samego rana dostałem w pracy telefon od kogoś wysoko postawionego, kto zwrócił się do mnie z ,,propozycją nie do odrzucenia" (znowu), aby nasza grupa płetwonurków rozpoczęła poszukiwania zwłok generała. Główne trudności, które przedstawiłem: brak tlenu i brak ciężarówki zniknęły nieomal w mgnieniu oka. W krótkim czasie po tym telefonie siedziałem z jeszcze jednym czy z dwoma kolegami w otwartej skrzyni ciężarówki i gnaliśmy do Wytwórni Gazów Technicznych na Targówku. Tam oczywiście zostaliśmy przyjęci poza kolejką i w rekordowym czasie znaleźliśmy się z aparatami z tlenem i wszystkim co trzeba nad Wisłą, w miejscu tragicznego wypadku. Ledwo zdążyłem wejść do wody i raz zanurkować, kiedy zjawił się jakiś samochód z informacją, że akcja jest odwołana. Ciało generała zostało dostrzeżone przez wędkarzy, gdzieś w nadbrzeżnych szuwarach. Nawiasem mówiąc nie było szans, abyśmy mogli znaleźć zwłoki generała. Gdzieś wyżej prawdopodobnie spadły jakieś deszcze i woda w Wiśle była jak mleczna kawa, widoczność była żadna. Akcja została odwołana, ale cenny tlen nam pozostał. Generał Prawin byt dla mnie osobą nieznaną. Nie słyszałem o nim ani do chwili tego wypadku, ani później, po jego śmierci. Nie wiem, jakim był człowiekiem, ale mam nadzieję, że skoro już tak się sprawy potoczyły, że stracił życie, to nie tylko nie miał nic przeciwko temu, ale może nawet był zadowolony, że w wyniku następującego po jego tragicznej śmierci biegu wypadków grupa młodych ludzi zyskała tlen na obóz nurkowy. Życzyłbym Ci, generale, abyś po swoich szczęśliwie przeżytych frontach dożył sędziwej starości i zmarł w łóżku, ale skoro już tak się stało, dziękuję Ci za ten tlen".

Pogrzeb Prawina na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, gdzie spoczywa w Alei Zasłużonych, był wydarzeniem. Prof. Roman Jasiński zapewnił wóz Polskiego Radia, z którego przez głośniki nadano fragmenty "Pasji Świętego Mateusza". Jego imieniem nazwany został park wokół zamku i ulica w Olsztynie, ale nazwy te zostały zmienione po 1989 r. na bardziej poprawne politycznie. To, co mówię, opieram na biogramie pióra Andrzeja Krzysztofa Kunerta ("Polski Słownik Biograficzny"), na rozmaitych publikacjach (np. Tadeusz Baryła, "Okręg Mazurski w raportach Jakuba Prawina") oraz na własnych źródłach.

Nie spotkałem nikogo, kto powiedziałby coś złego o Prawinie jako o człowieku. Oczywiście, jego wybór polityczny okazał się tragiczny - był ideowym komunistą, nie dożył fiaska swojej ideologii, ledwie zdążył przeżyć Październik i zginął. Los oszczędził mu wielkiego rozczarowania.

Z relacji i opracowań wynika, że na swoich stanowiskach gorliwie bronił polskich interesów. W 1945 r. w Olsztynie zajmowały go głównie: organizacja życia ("śmiertelność wśród dzieci jest wielka" - pisał do swoich władz), wytyczanie granicy z ZSRR ("wytyczenie granicy nastąpiło jednostronnie, tj. jedynie tylko ze strony władz wojskowych ZSRR, bez porozumienia ze mną, czyli postawiony byłem przed faktem dokonanym" - pisał do Ministerstwa Administracji Publicznej we wrześniu 1945 r.), przejmowanie władzy z rąk Armii Czerwonej, wysiedlenia ludności niemieckiej, przyjęcie setek tysięcy osadników polskich, aprowizacja, ochrona ludności i mienia polskiego przed wywózką i ekscesami ze strony żołnierzy radzieckich.

W sprawozdaniu za lipiec 1945 r. pisał do płk. Edwarda Ochaba, który był Pełnomocnikiem Rządu dla Ziem Odzyskanych: "[...] Nastrój ludności w stosunku do Armii Czerwonej, początkowo przyjazny i serdeczny, uległ wybitnej zmianie na gorsze. W związku z masowym przemarszem wojsk radzieckich na wschód maruderzy dopuszczali się rozbojów, grabieży, gwałtu nad kobietami, zabierano osadnikom plony, inwentarz żywy i martwy, ludności zmuszano do pracy na rzecz wojska. Zdarzały się wypadki pobicia, a nawet zabójstwa osadników. Postępowanie niektórych komendantów wojskowych tolerowało tę samowolę i czyniło interwencje organów administracyjnych i bezpieczeństwa bezskuteczną".

Życie Prawina było niezwykle bogate, a fortuna losu - zmienna. Przed naszą rozmową zajrzałem do szuflady, w której trzymam pamiątki, jakie pozostały po wujku. Znalazłem m.in.: notatkę do Wydziału Propagandy, w której Prawin ustosunkowuje się do donosu, jaki nadszedł po jego odczycie w Bydgoszczy o XX Zjeździe KPZR (o zwyrodnieniu aparatu bezpieczeństwa, na którego czele stał "wróg rewolucji Beria"). Recenzję z artykułu do "Myśli Filozoficznej" o reformie zapisu nutowego (podział oktawy na dwanaście równych części, dwunastostopniowa skala chromatyczna, strój równomiernie temperowany itd.). Wspomnienie z bitwy stalingradzkiej "Z nami Stalin" ("Przemówił Stalin. Rozkaz brzmiał: zatrzymać wroga u wrót Stalingradu. Nie ma takiej armii na świecie, która po dłuższym odwrocie zdolna byłaby do boju i do zatrzymania nacierającego wroga, "znawcy" sztuki wojennej twierdzą, że w takim wypadku jest tyko jedno wyjście: wycofać armię z frontu na tyły dla przegrupowania. Ale 62-ga armia stanęła do boju i zatrzymała najeźdźcę"). Wizytówkę z obiadu na Kremlu, 16 marca 1944 r. Zaświadczenie w języku rosyjskim z 13 kwietnia 1943 r., że mjr Prawin Jakub Adolfowicz jest starszym instruktorem w 7. oddziale Zarządu Politycznego Frontu Południowego i posiada pistolet TT nr IW 158. Ręcznie spisane, charakterystycznym fioletowym atramentem rosyjskim, wyniki strzelania z 31 marca 1943 r. z odległości piętnastu i dwudziestu pięciu kroków. Kartę mundurową z 1943 - 1944 r. (papacha pułkownika - jedna, szynel - jeden, kalesony - dwie pary, ręczniki - dwa, torba polowa - jedna, łącznie trzydzieści dziewięć pozycji). Ściśle tajną notatkę szefa Polskiej Misji Wojskowej w Strefie Brytyjskiej, ppłk. Zaleskiego, do gen. Prawina (szefa Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie), o poczynaniach władz brytyjskich - rozbudowa lotnisk, naprawy dróg, organizacja dowodzenia, ćwiczenia, łącznie z działaniami desantowymi, instalacja urządzeń nawigacyjnych przeznaczonych dla "samolotów o napędzie turbinowym"). Ściśle tajne. Przed doręczeniem nie otwierać! Pismo Prawina z Berlina do sekretarza generalnego MSZ, Stefana Wierbłowskiego i kierownika Wydziału Zagranicznego KC PZPR Ostapa Dłuskiego (w sprawie niecnych poczynań pełnomocnika MHZ). Ściśle tajne pismo Prawina z 4 marca 1947 r. do Jakuba Bermana, wówczas podsekretarza stanu w Prezydium Rady Ministrów ("Nowo przybyły zastępca Prawina, ppłk Jarecki montuje organizację Polskiej Partii Socjalistycznej na terenie Misji, z dalszymi planami transmitowania jej na teren Polonii, kontaktuje się i wybiela SPD, co jest niezgodne z naszą linią"). List z Berlina (3 stycznia 1948 r.) do Wacława Komara, postaci niezwykłej w środowisku komunistów polskich, szefa wywiadu, Dąbrowszczaka, więźnia PRL, w czasach Października dowódcy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który stał na drodze wojsk radzieckich, wówczas, w 1948 r. dyrektora departamentu w MBP ("Drogi Wacku [...] Jeskego należałoby wypuścić, gdyż jest niewinny, a jego aresztowanie wstrząsnęło kolegami, spadło jak grom z jasnego nieba"). Ściśle tajne pismo do Biura Personalnego MSZ z 2 stycznia 1948 r. ("Prawin popiera wniosek mjr. Władysława Tykocińskiego z misji w Baden-Baden o przeniesienie na inne stanowisko. To obiecujący pracownik, zna języki, członek PPR, jest kandydatem na poważnego pracownika MSZ, szkoda pozostawiać go na stosunkowo mało ważnej placówce w Baden-Baden"). W tym przypadku intuicja Prawina zawiodła. Płk Władysław Tykociński, późniejszy szef Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie, w 1965 r. przeszedł na stronę CIA, został przerzucony do USA, gdzie dwa lata później zginął w tajemniczych okolicznościach. Ściśle tajne pismo do Sekretarza Generalnego MSZ, Stefana Wierbłowskiego, z wnioskiem o natychmiastowe i dyskretne odwołanie ppłk. M., o którym "dochodzą słuchy", że załatwia wizy wjazdowe dla Żydów polskich do Ameryki przez miejscowego konsula amerykańskiego i ma z tego duże dochody; od żydowskiej delegacji, której załatwił wjazd do Polski otrzymał mercedesa, przy pomocy interwencji zwalnia z aresztów sowieckich Żydów-spekulantów, obywateli polskich, za co otrzymuje wysokie sumy; dopuścił się malwersacji itd. itp., na co brak dowodów, ale odwołać go trzeba. Pismo do Komisji Kontroli Partyjnej PPR, Warszawa, al. Marszałka Stalina 17 (Tow. Kaczmarek robi krecią robotę, rozsiewa niepomyślne wiadomości z kraju, "ulega również wpływowi swojej żony Marty, która jest osobą nieprzychylnie nastawioną do naszej rzeczywistości politycznej"). Notatkę Huberta Mellera (wtedy, jak pisał "Der Spiegel", szara eminencja Misji), stryja prof. Stefana Mellera, z rozmowy z Ulbrichtem na temat stosunków polsko-niemieckich: jedynie połowa kadr SED akceptuje nową granicę z Polską.

List Prawina do Obywatela Prezydenta Bolesława Bieruta, 27 lutego 1948 r.: prośba o przyjęcie i wysłuchanie przez prezydenta RP PP pianistki Ewy Bandrowskiej-Turskiej i kompozytora Andrzeja Panufnika, którzy święcili triumfy w Berlinie, i chcieliby opowiedzieć prezydentowi "o trudnych warunkach, w jakich żyją nasi artyści". Oboje "nie są w możności żyć i pracować normalnie", trzeba coś zrobić "dla ulżenia doli naszych artystów". List pożegnalny od korespondenta "New York Times" w Berlinie, Jacka Raymonda ("mieliśmy wiele ciekawych rozmów w przeszłości"). Zaświadczenie Prawina, że mój wuj, Julian Kolin z Częstochowy, jest człowiekiem "uczciwym, zdolnym i energicznym, oddanym sprawie demokratycznej Polski. Polecam Obywatela Kolina do pracy odpowiadającej jego kwalifikacjom".

Czy Prawin był stalinistą?

W sensie wiary w Stalina - na pewno. W sensie stosowania metod stalinowskich - nie. Był oddany sprawie, zagrzewał do boju z okrzykiem "Za Rodinu! Za Stalina!". Po wojnie był członkiem Polskiej Partii Robotniczej i nie było mu po drodze z Polską Partią Socjalistyczną. Jeszcze po powrocie z Berlina do Polski, czyli w latach pięćdziesiątych, czytał ostatnią stronę "Prawdy", a w niej repertuar Bolszowo Tieatra, marząc o tym, na co by poszedł. Był lektorem KC, zachowały się egzemplarze "Trybuny Ludu", w których podkreślał decyzje kolejnego plenum. Ale był zbyt wykształcony i światowy, żeby być tępym aparatczykiem. Renata Gierzkowska z olsztyńskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, która od kilku lat przygotowuje większe opracowanie na temat Prawina, opowiadała mi o swoim wrażeniu, że po powrocie z Berlina był on odsunięty na boczny tor. Przez ostatnich siedem lat życia był wiceprezesem NBP, a czekała go ambasada w Wiedniu, czyli stanowiska drugorzędne dla towarzysza o takich zasługach. Może miał jakiegoś haka? "Bez kwerendy archiwów moskiewskich nie uda się tego wyjaśnić" - mówi Gierzkowska. Jej zdaniem, już nominacja Prawina na szefa Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie (w brytyjskim sektorze miasta) była wynikiem porozumienia radziecko-amerykańskiego.

A jaka była twoja ciotka Anna?

Nie była żadną intelektualistką ani ważną działaczką, ale była osobą inteligentną, zaradną, atrakcyjną i bardzo dzielną. Urodziła się w Warszawie, w rodzinie bezrobotnego pracownika bankowego, czyli mojego dziadka, Szymona. Jej matka, Cecylia, nie pracowała. Mieli sześcioro dzieci. Bieda aż piszczała. Po maturze (o której się nigdy nie mówiło, nie wiem, do jakiej chodziła szkoły), Prawinowa pracowała jako goniec, jako kalkulatorka w firmie "A. Szpinak", w branży aptecznej, i jako akwizytorka w drukarni "A. Kelter". Będąc żoną komunisty i więźnia politycznego, miała ciężki los. Jak już wspominaliśmy, w 1939 r. wraz z ośmioletnią córeczką Dittą przedostała się do ZSRR i trafiła do Uzbekistanu. Po wojnie wróciła do Polski i wstąpiła do PPR. Towarzyszyła Prawinowi w Berlinie, nauczyła się niemieckiego i francuskiego, była kobietą elegancką i z klasą. Po powrocie do Polski w 1950 r. pracowała w Centrali Wynajmu Filmów jako kierowniczka działu propagandy filmowej. To pod jej skrzydłami, w czasach galopującego socrealizmu, narodziła się słynna polska szkoła plakatu. To ona, jako żona Prawina, dzięki dobrym kontaktom, poszerzyła zakres wolności twórczej, jakim w latach pięćdziesiątych cieszyli się polscy plakaciści. Wśród jej przyjaciół i współpracowników byli Henryk Tomaszewski, Wojciech Fangor, Julian Pałka, Waldemar Świerzy i Stanisław Zamecznik, który zaprojektował nagrobek Jakuba Prawina w Alei Zasłużonych na Powązkach. Po śmierci męża została kierowniczką Ośrodka Kultury Polskiej w Berlinie. Po powrocie była dyrektorem COPII - firmy, która zajmowała się obsługą teatrów, zwłaszcza szyciem kostiumów, skąd została z hukiem wyrzucona w 1968 r. Pamiętam, jak wróciła z ostatniego zebrania, kiedy wyrzucono ją i z partii, i z pracy. Była kompletnie rozbita. Życie miała nie do pozazdroszczenia - więzienia męża, Uzbekistan, potem jaśniejsze momenty - Olsztyn i Berlin, a następnie tragiczna śmierć męża na jej oczach, trzydzieści lat wdowieństwa, nieuleczalna choroba jedynej córki, wreszcie wylew i śmierć. Ile człowiek musi wycierpieć na tym ziemskim padole!

Ich córka Ditta żyje?

Nie. Ona stanowi wielki wyrzut mojego sumienia. Pomiędzy dwudziestym a trzydziestym rokiem życia zapadła na schizofrenię, po śmierci Prawinów i nieudanym małżeństwie umarła w samotności. To była bardzo piękna i inteligentna osoba. Za mało jej pomagałem, a ona mnie unikała.

BERLIN DZIECKO SZCZĘŚCIA

W 1946 r. Prawinowie zabierają cię do Berlina, gdzie Jakub Prawin zostaje szefem Polskiej Misji Wojskowej. Jak wyglądało twoje życie?

Mieliśmy dobre warunki, co było ogromnym kontrastem z moim poprzednim losem. Nareszcie miałem co jeść, Prawinowa wzięła mnie nawet na dietę, ponieważ tak strasznie żarłem po wojnie, że zadbała, żebym się nie utuczył. Nie wolno mi było jeść bananów. Po powrocie do Polski, w 1950 r., kiedy moi rówieśnicy nie znali nawet smaku bananów, ja już byłem po zakazie ich jedzenia.

Miasto było kompletnie zrujnowane, zniszczoną wieżę Gedaechtniskirche koło ogrodu zoologicznego widać było z odległości kilku kilometrów. Hitler bronił Berlina dom po domu. Jeszcze dziś, spacerując po tym mieście, można zauważyć, że o ile część starych budynków została odbudowana w ich przedwojennym kształcie, to budynki narożne są z reguły powojenne i brzydsze, bo w czasie walk ulicznych miały znaczenie strategiczne i zostały zrujnowane doszczętnie. Gdy przyjechałem do Berlina, na ulicach przeważały kobiety, wiele z nich w futrach i z pieskami. W powietrzu głośno było od ryku samolotów. W 1947 r. Stalin ogłosił blokadę zachodnich sektorów miasta, które zostały odcięte od reszty Niemiec Zachodnich i od świata zachodniego. Ponieważ Berlin leżał na terenie radzieckiej strefy okupacyjnej, ale nie należał do żadnej strefy, zachodnie transporty z zaopatrzeniem musiały dwukrotnie przekroczyć granicę sowieckiej strefy okupacyjnej - wjeżdżając do strefy ZSRR i wyjeżdżając z niej do Berlina. W odpowiedzi na blokadę Zachód utworzył most powietrzny. Było to gigantyczne przedsięwzięcie, pokaz siły i determinacji mocarstw zachodnich. Całe zaopatrzenie Berlina Zachodniego, tego, w którym mieściła się polska misja, a my w niej, odbywało się drogą lotniczą. W ciągu kilku miesięcy w Berlinie Zachodnim, obok lotnisk Tempelhof i Gatow, zbudowano nowe, trzecie lotnisko - Tegel. Każdego dnia, a zwłaszcza każdej nocy, przelatywały nad naszymi głowami setki samolotów, przewoziły one około dziesięciu tysięcy ton zaopatrzenia dla miasta i garnizonów zachodnich, wykonywały pięćset - osiemset lądowań na dobę. Potrafiliśmy z ziemi rozpoznać samoloty Douglas, Liberator (takie same jak te, które zrzucały nad Polską "cichociemnych") i brytyjski transportowiec Hastings. Jeden taki samolot Brytyjczycy podarowali Niemcom, stoi do dzisiaj w Muzeum Aliantów, w Alei gen. Claya, gdzie niedawno byłem. Łącznie na most powietrzny złożyło się dwieście siedemdziesiąt siedem tysięcy lotów, ponad pół miliona startów i lądowań. Tyle działo się w powietrzu, w eterze dominowało amerykańskie radio dla żołnierzy, RIAS.

A bliżej ziemi - w Berlinie zacząłem chodzić do szkoły amerykańskiej. Polskiej szkoły wtedy tam nie było.

Czyli twoim pierwszym szkolnym językiem był angielski.

Tak. Lekcje były po angielsku. Do eleganckiej dzielnicy Dahlem zawoził mnie i kolegę kierowca, a kiedy we wschodnim Berlinie, w dzielnicy Pankow, powstała szkoła polska, zostałem do niej przeniesiony. Do szkoły amerykańskiej, jak wspomniałem, byłem odwożony, do polskiej jeździłem już autobusem szkolnym, w którym graliśmy z kolegami w przenośne szachy. Prawinowa uważała to za dobry omen - gra w szachy, znaczy się inteligentny. Odwożenie do amerykańskiej szkoły na dobre mi nie wyszło. Pewnego dnia kierowca, pan Filipiak, chciał nam - sobie i mnie - zrobić przyjemność. W drodze ze szkoły otworzył dach kabrioletu. Zajechaliśmy pod misję z fasonem. Wszedłem do mieszkania na pierwszym piętrze, a tam w drzwiach stała Prawinowa i wymierzyła mi siarczysty policzek. Okazało się, że widziała przez okno, jak zajeżdżamy otwartym kabrioletem, pomyślała, że to ja poprosiłem kierowcę, żeby otworzył dach samochodu, i żeby mi z głowy wybić wielkopańskie zachcianki, na wszelki wypadek mnie trzasnęła. Drugi i ostatni raz dostałem od niej już po powrocie do Warszawy. Ciotka szła Marszałkowską, koło placu Zbawiciela, i przypadkowo zobaczyła, jak wskakuję do pędzącego tramwaju. Wtedy dostałem zasłużenie.

W Berlinie dostałem też baty nie wiadomo, od kogo. Po lekcjach w szkole amerykańskiej staliśmy z polskim kolegą na ulicy, czekając na samochód. Zamiast pana Filipiaka i jego przedwojennej lancii, przed szkołę zajechał inny samochód, z którego wyskoczyło kilku facetów, i sprawili nam lanie. Po czym szybciutko odjechali. Kim byli? Za co nas pobili? Nie wiem, może wzięli nas za dzieci amerykańskie? Kiedy dotarłem do domu, Prawin był niezadowolony, że nie zapamiętałem numeru samochodu napastników. Nawet mi to do głowy nie przyszło.

Kierowca odwożący cię do szkoły - to przecież jakieś strasznie dygnitarskie zwyczaje?

Ja tam prowadziłem, razem z Dittą, życie bananowe. Prawin w Berlinie był najwyższym polskim przedstawicielem politycznym i wojskowym. Misja miała siedzibę w sektorze brytyjskim, dwa kroki od słynnej ulicy Kurfuerstendamm. Misja i mieszkanie mieściły się w domu, który stoi do dzisiaj, na ulicy Schlüterstrasse 42, w samym sercu Berlina Zachodniego. Chodzę pod ten dom, kiedy tylko jestem w Berlinie, nadal jest to elegancka przedwojenna kamienica. Wtedy w Niemczech rządziła Sojusznicza Rada Kontroli, złożona z przedstawicieli wielkiej czwórki. Głównym dowódcą amerykańskim był przez pewien czas gen. Lucius Clay, brytyjskim - marszałek Bernard Montgomery, a po stronie ZSRR - marszałek Gieorgij Żukow, potem marszałek Wasilij Sokołowski. Przy tej Radzie były akredytowane misje wojskowe państw członków koalicji antyhitlerowskiej, w tym Polska Misja Wojskowa, na której czele stał właśnie Prawin. Jego obowiązkiem była m.in. pomoc Polakom w powrocie do Polski, odzyskiwanie zrabowanego mienia, poszukiwanie polskich dzieł sztuki, odbudowa życia polonijnego, transport z Niemiec do Polski tej części reparacji wojennych, które nam się należały, oraz rywalizacja z Rosjanami, którzy wywozili najwięcej; także kontakty z Niemcami, zabieganie o dokładne i korzystne wytyczenie granicy na Odrze i Nysie, zapewne również działalność wywiadowcza - moc różnych zadań.

To w tym okresie pracował w misji Bohdan Osadczuk, ukraiński publicysta, historyk, działacz niepodległościowy, który zmarł niedawno, w październiku 2011 r. Pisał, że uratował ci życie, kiedy jako dzieciak omal nie wpadłeś pod samochód.

Sam mi to opowiadał, kiedy po latach odwiedziłem go w Berlinie. Mam na ten temat wymowny szczegół. Wybitny polski ekonomista, dr Kazimierz Łaski, który od wielu lat przebywa w Austrii, pisał w liście do mnie: "Były to czasy środkowego Jaruzelskiego. Prof. Bohdan Osadczuk w rozmowie z ówczesnym przedstawicielem Polski w Berlinie, jakimś pułkownikiem, zajmującym pozycję odpowiadającą tejże mjr. Prawina (jeśli nie mylę stopnia wojskowego) powiedział, że Pan właściwie zawdzięcza mu życie. Mianowicie jako dziecko miał się Pan bawić na ulicy w Berlinie i ówże Osadczuk (wtedy jeszcze współpracownik misji wojskowej) miał Pana w ostatniej chwili wyciągnąć spod nadjeżdżającego samochodu. Opowiadam tę historię ze względu na reakcję pułkownika: "A po co tego Żydziaka ratowałeś?". Proszę sobie wyobrazić tę sytuację: przedstawiciel Polski, w istocie rzeczy w randze ambasadora, w rozmowie ze znanym antykomunistą, współpracownikiem "Kultury", Free Europe oraz Freie Universitaet Berlin, zakłada, że ten ostatni jest takim samym antysemitą jak on sam i że wobec tego na tej płaszczyźnie bez trudu znajdą wspólny język. Zaprawdę na długo przed upadkiem materialnym, PRL przestał istnieć w sensie ideowym" (3 stycznia 1997 r.).

Polska Misja Wojskowa, obok postaci dwuznacznych, zatrudniała także osoby nieprzeciętne. W tej misji pracował Marcel Reich-Ranicki, późniejszy papież krytyki literackiej w RFN, Hubert Meller, który budził lęk jako kontroler nadesłany z Warszawy, Romuald Spasowski - późniejszy ambasador w Waszyngtonie, który w stanie wojennym przeszedł na stronę USA, Jan Halpern - później znany dziennikarz "Życia Warszawy", który zrobił doktorat u prof. Witolda Kuli i został afrykanistą, Stanisław Gebert - komunista i działacz polonijny w USA, ojciec Konstantego, może nawet Edmund Osmańczyk - ja go w każdym razie pamiętam, jak po kolacji recytował wiersz Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego "Moczcie nogi". Ważną postacią był sekretarz misji, historyk sztuki, płk Jan Morawiński - ojciec Agnieszki Morawińskiej, obecnej dyrektorki Muzeum Narodowego. To była postać bardzo ciekawa. Przed wojną kapelan wojskowy (w 1938 r. porzucił stan duchowny) i historyk sztuki. Krótko przed wojną pracował w Muzeum Narodowym, we Wrześniu dowodził obroną przeciwlotniczą muzeum, aresztowany za fotografowanie niszczenia Zamku Warszawskiego przez hitlerowców, zwolniony po interwencji Stanisława Lorentza, podczas okupacji w Muzeum opracował wykaz poloników wywiezionych przez Niemców, m.in. dzięki temu w 1946 r. trafił do Misji w Berlinie, a następnie w Baden-Baden.

Najwybitniejszym pracownikiem misji był Tadeusz Borowski, ale jego nie pamiętam. Pamiętam natomiast wspomnianego przez ciebie Bohdana Osadczuka, dziennikarza "Neue Zürcher Zeitung", później profesora Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. W książce "Wiek ukraińsko-polski" wspomina właśnie to zdarzenie z autem jadącym na mnie: "Passent był wtedy szczeniakiem, bawił się kiedyś na ulicy, a ja uratowałem mu życie. Auto jechało, więc odciągnąłem dzieciaka, bo by go przejechało". I dalej pisze, jak znalazł się w misji: "Generał Prawin był przedwojennym komunistą, studiował w Wiedniu. Z jednej strony miał na ścianie godło, orła białego i zdjęcie Bieruta, a z drugiej strony portret aktorki Elisabeth Bergner. Kulturalny człowiek. Zaproponował mi, bym im pomógł w referacie prasowym i przeszedł do misji. Tak się zaczęła moja współpraca. Dzięki pracy w misji miałem nadzieję, że mnie Sowieci nie wywiozą, czułem się tam bezpiecznie".

W rozmowie z Ireną Lewandowską ("Gazeta Wyborcza", 20 grudnia 1996 r.) Osadczuk wspominał, że po wojnie "mógł zadekować się w Polskiej Misji Wojskowej (...) u gen. Prawina, który był naprawdę wspaniałym człowiekiem. Ktoś wtedy powiedział, że w Polskiej Misji Wojskowej - nie wiem, czy pani to wydrukuje - są sami Żydzi i tylko jedna mniejszość narodowa - Ukrainiec".

Osadczuk opisywał w swojej książce, jak pewnego dnia przyjechał na kontrolę Prawina gomułkowski guwerner ze starego aparatu kominternowskiego, słynny Hubert Meller. Znał świetnie niemiecki i czeski, ale polski słabo, chociaż z Polski pochodził. Oficjalnie został zastępcą Prawina. Osadczuk pisał Mellerowi teksty. W czasie wyborów w Polsce zażartował i powiedział, że Mikołajczyk wygrał. "Rozmawiał pan z Warszawą?" - zapytał Meller. "Tak, ewakuują się". "A co z nami będzie?". "Może się pan związać z Walterem Ulbrichtem, może dostanie pan azyl u niemieckich komunistów".

Meller się zorientował, że Osadczuk z niego kpi, więc ten mu podpadł. Podpadła jeszcze pewna towarzyszka, więc Meller zwołał zebranie, na którym pierwszy raz musiał mówić po polsku "od siebie". "Już dawno na politycznym firmamencie ukazywali się jaszczurki" - powiedział zamiast "jaskółki". Osadczuk miał satysfakcję. Zabrał swoje zabawki i więcej się w Misji nie pokazał, ale po latach odwiedziłem go w Berlinie.

Już tych kilka nazwisk świadczy, że w misji pracowało niezłe towarzystwo. Miałem szczęście, że chowałem się wśród takich ludzi, nawet jeśli nie zdawałem sobie z tego sprawy, bo byłem szczeniakiem.

Jaka była twoja amerykańska szkoła?

Mieściła się w eleganckiej dzielnicy Dahlem, w sektorze amerykańskim, gdzie do dziś pozostało wiele śladów obecności USA. Podobało mi się, że nie zadawano nam lekcji do domu. Siedzieliśmy tam do godziny piątej, potem przyjeżdżał po nas kierowca. Nauczyłem się angielskiego, co oczywiście pomogło mi później. W 1948 albo w 1949 r. powstała w Berlinie Wschodnim szkoła polska i Prawinowie przepisali mnie do niej, bo nie wypadało, żebym chodził do innej. Zacząłem pobierać nauki w języku polskim, to była szósta i siódma klasa szkoły podstawowej. Pamiętam, że Prawin był wobec mnie surowy. Pewnego razu sprawdzał mój zeszyt do matematyki, gdzie odkrył błąd, ale mi go nie wskazał, tylko kazał znaleźć samemu. Nie znalazłem, więc kazał mi przepisać cały zeszyt.

Tak samo ostry był dla córki?

Nie, to jest oddzielny problem. Ditta była ode mnie o siedem lat starsza, studiowała wtedy na Uniwersytecie Humboldta. Była oczkiem w głowie Prawina, on ją ubóstwiał, tak jak każdy ojciec swoją córkę. Wiedziałem, że jestem numerem dwa, ale w porównaniu ze statusem, jaki miałem w czasie wojny, to był raj. Byłem oczywiście o Dittę trochę zazdrosny, pilnie obserwowałem, czy dostaję taki sam kawałek mięsa jak ona, czy może gorszy?

A jak oni się do ciebie odnosili? Jak do syna?

Tak. Potem starałem się to przelać na Łukasza, mojego pasierba. Może Prawinowie nie darzyli mnie taką szaloną miłością jak własną córkę, ale teraz, kiedy przeżyłem swoje życie i także wychowywałem "cudze" dziecko, wiem, jak trudno jest chować własne dziecko i "cudze" dziecko razem. Prawin był surowy. Próbowałem odwoływać się do ciotki, ale bezskutecznie, bo wujek był najwyższą instancją w domu. Najbardziej byłem zaprzyjaźniony z adiutantem Prawina - panem Zboińskim, który woził mnie po Berlinie na motocyklu, oraz z kierowcą, o którym wspominałem - panem Filipiakiem, on był zakochany w samochodach. Adiutant i kierowca to było moje towarzystwo.

Prawin był ideowym komunistą. Czy miało to wpływ na twoje wychowanie?

Wówczas nie zdawałem sobie z tego jeszcze sprawy. Miałem dziesięć lat i nie wiedziałem, że on był komunistą, tylko że był generałem. I to mi imponowało. Czasami zabierał mnie na jakieś imprezy, nawet mam takie zdjęcie, jak biorę udział w składaniu wieńców pod Pomnikiem Żołnierzy Radzieckich w Berlinie. Pamiętam też uroczystość ściągnięcia flagi do połowy masztu przed naszą misją wojskową z powodu śmierci gen. Karola Świerczewskiego. Pamiętam także przyjęcia organizowane w naszej misji.

Miałeś w Berlinie bliskich kolegów?

Jednego w szkole polskiej, nazywa się Witold Kośny. Później został slawistą, znawcą literatury polskiej i rosyjskiej, profesorem Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. Ale raczej byłem tam wychowywany pod kloszem. Z niemieckimi dziećmi nie miałem żadnego kontaktu, bo nie wypuszczano mnie samego na ulicę. Byliśmy jednak okupantami i mogło mi się coś przydarzyć. Chyba jedyny Niemiec, jakiego znałem, to mój nauczyciel niemieckiego, który był antropologiem i opowiadał mi różne ciekawe rzeczy. Antropologia niemiecka była przed wojną zaawansowana nie tylko w dziedzinie rasizmu, ale także w zakresie badań w Afryce. On tam był. Opowiadał mi, że ulubioną częścią ciała u ludożerców jest wnętrze ludzkiej dłoni. Ta część jest najsmaczniejsza, najbardziej spracowana.

W Berlinie natomiast, jeśli tak można powiedzieć, zetknąłem się z kulturą. Kogóż tam nie było! Edmund Osmańczyk, Marian Podkowiński - sprawozdawcy z procesu w Norymberdze, prof. Tadeusz Cyprian (zamiłowany fotografik, prezes Polskiego Towarzystwa Fotograficznego) i prof. Jerzy Sawicki - prawnik, który reprezentował Polskę w Norymberdze; poza tym wybitni muzycy, których Prawin ściągał na koncerty - pianista Henryk Sztompka, profesor Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Krakowie, juror Konkursów Chopinowskich, Raoul Koczalski, uczeń Artura Rubinsteina, przed wojną mieszkał we Włoszech, po 1945 r. wrócił do Polski, koncertował w Berlinie, zmarł na atak serca w konserwatorium w Poznaniu, przygotowując koncert, Ewa Bandrowska-Turska i Andrzej Panufnik, który potem wybrał wolność na Zachodzie. Nawet jeżeli wtedy miałem dziesięć, dwanaście lat, to coś musiałem z tego łyknąć, bo to widziałem i o tym się w domu mówiło. Nie wspominam o cudzoziemcach, których Prawin przyjmował - słynny, wspomniany już, generał amerykański, Lucius Clay, radziecki marszałek Wasilij Sokołowski czy ambasador Francji Jacques Tarbé de Saint-Hardouin, który brał udział w podpisywaniu kapitulacji Francji w 1940 r., później, w czasie wojny, bliski współpracownik gen. Maxime'a Weyganda w Algierii.

Nie miałeś kłopotu z tym, że mieszkasz w Niemczech, wśród niedawnych okupantów?

Nie żywię żadnych uczuć antyniemieckich, mimo że Niemcy wymordowali mi prawie całą rodzinę. Może dlatego, że po wojnie to właśnie w tym kraju zaznałem dobrodziejstwa domu i rodziny. Słabość do Berlina i do kultury niemieckiej pozostała mi do dziś. Gdy w 1958 r. Prawinowa została dyrektorem Polskiego Ośrodka Kultury w Berlinie, dojeżdżałem do niej. Dalej, Agnieszka Osiecka znała niemiecki, bo jej ojciec, Wiktor Osiecki, pochodził z Galicji, w czasie wojny byli w oflagu w Austrii. I nasza córka, Agatka, poszła do Liceum im. Jana Zamoyskiego w Warszawie, z rozszerzonym językiem niemieckim i tam miała bardzo dobrą germanistkę - Frau Weber. Pod jej wpływem studiowała germanistykę w Harvardzie i (drugi raz) na Uniwersytecie Warszawskim, ponieważ na UW nie chciano jej nostryfikować dyplomu z USA. Łącznie studiowała ten kierunek osiem albo dziewięć lat. I w ogóle z tego nie korzysta. Język niemiecki jej prawie do niczego nie służy.

Kiedy byłem u Prawinowej w Berlinie w 1958 albo w 1959 r., odwiedził nas Andrzej Krzysztof Wróblewski, mój najbliższy przyjaciel przez całe dorosłe życie. Jechał pociągiem chyba do ciotki w Kopenhadze. Ze względu na to, że znałem niemiecki, poprosił mnie, żebym mu towarzyszył do sektora amerykańskiego, gdzie musiał załatwić sobie wizę tranzytową przez Niemcy Zachodnie. Pojechaliśmy kolejką S-Bahn bez problemu, muru wtedy jeszcze nie było. Przed budynkiem stali wartownicy, wysocy, czarni, w białych hełmach z literkami MP (Military Police). Wizę dostał od ręki. Wróciliśmy na stację kolejki. Tam Andrzej zaprosił mnie do kiosku, w którym było wszystko, czego w Polsce było brak - coca-cola, amerykańskie papierosy, guma do żucia. "Wybierz sobie, co chcesz" - powiedział. Wybrałem coca-colę. Czekając na kolejkę, wypiliśmy zakazany napój, a wtedy Andrzej wskazał na kioskarkę i zwrócił się do mnie: "Powiedz jej, że nie mam ani grosza w zachodnich markach, ale mam znaczki skarbowe, które zostały mi z załatwiania wizy". Kioskarka była zszokowana, ale znaczki musiała przyjąć, tym bardziej że nadjeżdżała nasza kolejka.

Wkrótce Andrzej wyjechał do Kopenhagi. Po dojechaniu na miejsce przede wszystkim sprzedał bilet powrotny do Warszawy, żeby mieć jakieś prawdziwe pieniądze. Do Polski wracał autostopem. Spędzał noc na jakimś dworcu w Niemczech, skąd policja go przeganiała. Wreszcie jakiś Niemiec zlitował się nad nim i zaprosił go do swojej nory, gdzie miał legowisko. Kiedy się położyli, okazało się, że gospodarz jest kochający inaczej. "Musiałem się opędzać do piątej rano, kiedy Niemiec wstał i wyszedł, bo był gazeciarzem i wcześnie zaczynał pracę. Wtedy dopiero mogłem zasnąć" - opowiadał Andrzej po powrocie. On ma wspaniałe poczucie humoru (sprawdzone jeszcze w Studenckim Teatrze Satyryków) i świetnie opowiada. Niestety, robił z tego mały użytek w pracy, gdzie pasjonowała go problematyka gospodarczo-społeczna, bo jako żoliborski socjalista i pozytywista, naprawiał świat, zamiast dać się porwać Muzom.

Od znajomości niemieckiego do redakcji "Die Zeit" droga jest daleka.

W 1985 r. byłem przez trzy miesiące na stażu w "Die Zeit". To dzięki gościnności hrabiny Marion Doenhoff. Poznałem ją przez Mietka Rakowskiego i Adama Krzemińskiego. Obok niej wydawcą pisma był wtedy Helmut Schmidt. To była fantastyczna kobieta, wielka postać. Przez pierwszych kilka tygodni, zanim znalazłem mieszkanie w Hamburgu, mieszkałem u niej w domu. Żyła po spartańsku. Słuchała dużo muzyki klasycznej. Jedyny jej zbytek to był porsche. Kiedyś zabrała mnie na uroczystość wmurowania jakiejś tablicy pamiątkowej, gdzieś poza Hamburgiem. Byłem zdziwiony, kiedy podjechała po mnie tym porsche, z którego dochodziła muzyka klasyczna na cały regulator. Pieniądze, jakie zarabiała, przeznaczała na fundację resocjalizacji byłych więźniów, dla ludzi, którzy wychodzą z kryminału i muszą się przystosować do nowej rzeczywistości. Miała duże uznanie i szacunek dla Rakowskiego za to, co on i "Polityka" robili dla stosunków polsko-niemieckich. Dzisiaj mówi się tylko o liście biskupów, ewentualnie o "Tygodniku Powszechnym", bo tak jest politycznie poprawnie, tymczasem Rakowski szalenie rozwinął tematykę niemiecką na łamach "Polityki" i razem z Krzemińskim krążyli po Republice Federalnej, przygotowując pojednanie. Hrabina czuła się przez to z nami związana. Z jednej strony naciskała na Rakowskiego, żeby załatwił paszport Bronisławowi Geremkowi, którego nie wypuszczali z Polski, z drugiej była ambasadorem Polski w Niemczech. Widziano w niej przyszłego prezydenta RFN, ale ona nie chciała kandydować.

Tęskniła za Vaterlandem? Czy jej szlachetność miała być odkupieniem win jej pokolenia Niemców?

Chyba jedno i drugie. To była wielka dama, a jednocześnie bardzo skromna kobieta. Urodziła się w arystokratycznej rodzinie pruskiej, w majątku niedaleko Królewca. Studiowała w Szwajcarii. Podczas wojny była związana z płk. Clausem Stauffenbergiem, autorem nieudanego zamachu na Hitlera. W 1945 r. uciekła konno przed nacierającą Armią Czerwoną. Dotarła aż do Hamburga, gdzie w 1946 r. była jedną z założycielek pisma "Die Zeit", w czym musieli pomóc alianci. To była sprawiedliwa i szlachetna osoba, która wiedziała, że Niemcy mają wobec Polski moralny obowiązek. Pod koniec życia utworzyła fundację, która ma na celu działalność na terenie krajów zniszczonych przez Rzeszę. W zarządzie jest m.in. Adam Krzemiński. Ufundowała czy wyremontowała w Polsce szkołę. Hrabina Doenhoff miała wielki sentyment do Prus Wschodnich, gdzie się urodziła, i o których dużo pisała. To jedna z najwspanialszych osób, jakie znałem. Jeśli o kimś można powiedzieć, że kierował się wartościami, to właśnie o niej.

W 1950 r. wracasz do Polski. Czujesz stalinizm?

Czuję, że mam dwanaście lat, nowa szkoła, nowi koledzy. Wracamy z Prawinami w czerwcu. Na dworzec jechaliśmy ciężarówką z naszym dobytkiem. Nie byłem pewien, czy ta ciężarówka zmieści się pomiędzy filarami Bramy Brandenburskiej. A kiedy się udało, powiedziałem: "Ostatni raz w życiu przejechałem przez Bramę Brandenburską". "Nie mów głupstw, przejedziesz jeszcze nieraz" - powiedziała ciocia Ania. Jesienią poszedłem do szkoły TPD (Towarzystwo Przyjaciół Dzieci) im. gen. Karola Świerczewskiego przy ul. Parkowej 27 w Warszawie. Powinienem był już pójść do ósmej klasy, bo miałem ukończoną siódmą w Niemczech, ale Prawinowa razem z dyrektorem szkoły ustalili, że pójdę jeszcze raz do siódmej, żeby się zrównać z kolegami, bo byłem młodszy. I że szkoła w Berlinie nie była pełnowartościowa, więc dobrze mi zrobi powtórka. W mojej nowej szkole było sporo dygnitarskich dzieci, tam chodziła córka Edwarda Ochaba, syn Romana Zambrowskiego - Stefan, mój bliski przyjaciel. On wyemigrował w 1968 r. razem ze swoją żoną, koleżanką z naszej klasy Olgą Aszkenazy i synkiem. Olga jest córką pułkownika lotnictwa Henryka Aszkenazego. Ojciec Olgi został wywalony z lotnictwa w 1968 r., Stefan też został wtedy wywalony z politechniki, gdzie był asystentem i nie mógł dostać pracy. Nie mieli w Polsce przyszłości, a odpowiedzialność za dziecko - ogromna. Olga parła do wyjazdu. Wyemigrowali, Stefan po kilku latach zmarł w Izraelu.

Wielu znanych ludzi wyrosło z naszej szkoły, m.in. wybitny dokumentalista, Marcel Łoziński, który nakręcił film "Siedmiu Żydów z naszej klasy" o kwestii naszej (choć to nie o moją klasę chodziło) tożsamości. Tylko jeden z występujących w tym filmie, Jurek Diatłowicki, syn znanego uczonego, prof. Rafała Gerbera, mieszka w Polsce. Pozostali są rozsiani po świecie. Z naszej szkoły wyszło kilku świetnych fizyków: Janek Blinowski, autor podręcznika fizyki, Marian Grynberg czy Włodzimierz Zawadzki; mieliśmy znakomitego nauczyciela, pana Wasilewskiego. Janek był synem Franciszka Blinowskiego, działacza partyjnego i gospodarczego, zastępcy Eugeniusza Szyra w Komisji Planowania. Włodek Zawadzki był synem ministra. Stefan Zambrowski był synem członka Biura Politycznego. Ale nie wszyscy byli dziećmi władzy i ta szkoła to nie był żaden cheder. Poziom był wysoki, nauczyciele dobrzy, ale panowała też duża indoktrynacja komunistyczna. Dyrektor szkoły, Bolesław Redlich, na pewno był zaufanym człowiekiem towarzyszy, którzy posyłali tam swoje dzieci. Dbał o właściwy profil ideologiczny, wszelkie dekoracje, obchody, rocznice. Jego syn był później dziennikarzem w "Życiu Warszawy", a pani Krystyna Kurczab-Redlich, która komentuje w telewizji sprawy rosyjskie, to jego synowa. Ona jest zresztą bardzo krytyczna wobec Rosji. Jej mąż, Jerzy Redlich, był korespondentem w ZSRR. Czasami myślę, że ona odreagowuje tamte czasy, kiedy jej mąż nie mógł pisać wszystkiego.

Byłeś w Związku Młodzieży Polskiej?

Pamiętam, że byłem w harcerstwie jeszcze w polskiej szkole w Berlinie. W Warszawie byłem też w ZMP. Cała nasza klasa należała. Byłem gorliwy ideologicznie. W ogóle miałem naturę prymusa. "Rzeczpospolita" omówiła kiedyś jakąś nic nieznaczącą książkę tylko dlatego, że ja w niej byłem wspomniany jako gorliwy zetempowiec. Miałem problemy z przedmiotami ścisłymi, matematyką i fizyką, ale korzystałem z pomocy mojego przyjaciela, Stefana Zambrowskiego. Z przedmiotów humanistycznych byłem prymusem, redagowałem gazetkę ścienną. I pamiętam dwa epizody, których nie zamierzam zabrać do grobu. Gdybym wszystkie wstydliwe epizody miał zabrać ze sobą do grobu, to chyba musiałbym spocząć w tak wielkim grobowcu jak gen. Francisco Franco. To było w 1954 r., kiedy (w Nowym Jorku!) zmarł Andriej Wyszyński, prokurator sowiecki, jeden z największych zbrodniarzy zza biurka. U nas w szkole codziennie rano na apelu porannym była wygłaszana prasówka, a to przekroczenie planu, a to stonka ziemniaczana. Mało z tego rozumieliśmy, ale wiedzieliśmy, jak to się robi. I na mnie wypadła prasówka, kiedy umarł Wyszyński. Grobowym głosem odczytałem żałobny tekst z gazety i w milczeniu rozeszliśmy się do klas.

Na innym apelu mocno oberwałem. Zostałem publicznie wytargany za uszy przez dyrektora, chociaż kar cielesnych u nas nie stosowano. Razem z moim kolegą Szymonem Rudnickim, dzisiaj profesorem historii na UW, byliśmy na wykopkach. Wtedy jeździło się pomagać na wieś. Zagadaliśmy się i nie zauważyliśmy, jaki był system zbierania kartofli. Mianowicie ustawiono nas w dwa szeregi, twarzą do siebie w odległości kilku metrów, a między nami jechała maszyna, która te kartofle wykopywała. Trzeba było je zbierać wokół siebie, a także wykopywać te, których maszyna nie wygrzebała. A myśmy się z Szymonem nie zorientowali, szliśmy za maszyną i zbieraliśmy tylko te kartofle, które były na wierzchu. I tak defilowaliśmy "krokiem kartoflanym" przed całą szkołą. To wywołało zasłużone protesty pozostałych dzieci i nazajutrz na apelu dostaliśmy za swoje.

Spis treści

Okładka

Skrzydełko

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

ZACZYNAMY OD KOŃCA

JAKUB PRAWIN. IDOL MOJEJ MŁODOŚCI

BERLIN. DZIECKO SZCZĘŚCIA

DLACZEGO LENINGRAD?

WARSZAWA. WIATRAMI SZUMIAŁ PAŹDZIERNIK

"SZTANDAR MŁODYCH" DZIENNIKARZ Z PRZYPADKU

PORT MACIERZYSTY. "POLITYKA"

NA BARKACH EICHMANNA

NAJLEPSZY ROK MOJEGO ŻYCIA

WIETNAM. PĘPEK ŚWIATA

LUSTRACJA. JAK ZOSTAŁEM WIELBŁĄDEM

BALON NA UWIĘZI

CENZURA. SYSTEMU NIE ZMIENIMY

MARZEC '68. POLAK CZY ŻYD?

BYWALEC TO JA

MOI ROZMÓWCY. BUSH, FALLACI, KOSIŃSKI, MENUHIN, PARKINSON, WAŁĘSA, ZÁTOPEK

KABARET. POLSKA LUDOWA PĘKŁA ZE ŚMIECHU

OLIMPIADA, MUNDIAL, FIBAK

KOBIETA. NAJPIĘKNIEJSZY ORGANIZM ŻYWY

LEGENDA AGNIESZKI

KOCHAM, LUBIĘ, SZANUJĘ

BOSTON. W CZEPKU URODZONY

POWRÓT DO NOWEJ "POLITYKI"

CHWILE W CHILE

PANTOFLE NIE WYSTYGŁY

OSTATNIE SŁOWO

Podziękowania

Książki Daniela Passenta

Indeks nazwisk

Zdjęcia

Skrzydełko

Okładka