Wstęp
Lubimy myśleć o sobie jak o kierowcach, którzy sami decydują, gdzie
jechać, czy przyspieszyć albo zwolnić i kiedy zmienić pas ruchu.
Podejmujemy decyzje i ponosimy ich konsekwencje. To wygodny, a nawet
pożądany pogląd. Gdybyśmy odrzucili pojęcie wolnej woli, prawa, które
obciążają ludzi odpowiedzialnością za ich czyny, mogłyby się okazać
bezsensowne. Świat stałby się przerażającym, pozbawionym zasad miejscem.
Przecież popularnymi postaciami science fiction są obcy zmieniający nas
w zombie, krwiożercze wampiry czy nienasycone roboty, i to właśnie
dlatego, że wywołują poczucie utraty kontroli lub, co gorsza, pokazują,
jak stajemy się niewolnikami stworzeń wykorzystujących nas do swoich
celów. A zatem niewygodnie żyć z myślą, że jakiś niewidzialny pasażer
może również trzymać rękę na kierownicy, ubiegając nas w decyzji, czy
skręcić w lewo, podczas gdy naprawdę chcemy skręcić w prawo. Kiedy
zdejmujemy nogę z gazu, jakaś niewidzialna stopa naciska mocniej.
Takim niewidzialnym pasażerem są właśnie pasożyty. Biegłe w oszukiwaniu
naszego układu odpornościowego wkradają się w nasze ciała i zaczynają
czynić spustoszenia. Powodują wysypki, zmiany chorobowe, bóle i różne
inne dolegliwości. Zjadają nas od środka, wykorzystują do inkubacji
potomstwa, wysysają energię, oślepiają, trują, okaleczają, a czasem
zabijają. Ale to nie wszystko. Niektóre pasożyty mają w zanadrzu jeszcze
jedną sztuczkę -?potężną, ukrytą siłę, która zdumiewa i konfunduje nawet
naukowców przez całe życie zajmujących się tą problematyką. Krótko
mówiąc, pasożyty to mistrzowie kontroli umysłu. Nieważne, czy są
maleńkie jak wirusy, czy ogromne jak dwumetrowe tasiemce -?znajdują
różne sposoby, aby manipulować zachowaniem ich żywicieli, w tym, jak
sądzi wielu naukowców, ludzi.
Bodźcem do napisania tej książki było pewne odkrycie, którego dokonałam
w internecie. Jestem dziennikarką naukową i pewnego razu, gdy szukałam
ciekawego tematu do pracy, natknęłam się na informacje o jednokomórkowym
pasożycie, który bytuje w mózgach szczurów. Majstrując przy
przewodnictwie nerwowym gryzonia -?w sposób, który jest nadal
przedmiotem badań -?pasożyt zmienia jego wrodzony lęk przed kotami w przyciąganie, w ten sposób wabiąc go prosto w paszczę wroga numer jeden.
Ku memu zdumieniu okazało się, że to pożądany efekt nie tylko dla kota,
ale również dla samego pasożyta. Kocie jelita są mu potrzebne do
przejścia kolejnego etapu cyklu rozwojowego.
Dokonawszy tego odkrycia, pomyślałam o własnej kotce, która uwielbiała
zostawiać martwe gryzonie u mych stóp. Z jednej strony szokowało mnie to
zachowanie, z drugiej zaś byłam pełna podziwu dla jej umiejętności
łowieckich. Teraz zastanawiałam się, kto był naprawdę taki sprytny -?ona
czy pasożyt.
Zaczęłam czytać na ten temat, odkrywając coraz więcej rewelacji: ten
mikroskopijny organizm jest częstym lokatorem mózgu człowieka, ponieważ
można się nim zarazić od kotów podczas kontaktu z ich odchodami. "Być
może ten pasożyt miesza również w naszych głowach", spekuluje pewien
neuronaukowiec ze Stanforda. Skontaktowałam się z nim, aby sprawdzić, co
miał na myśli. Stamtąd skierowano mnie do pewnego biologa w ówczesnej
Czechosłowacji. "Trochę narwany z niego facet", ostrzegano mnie, "ale
myślę, że warto, byś z nim porozmawiała". Zadzwoniłam do Pragi i w ciągu
godziny rozmowy biolog opowiedział mi przedziwną historię, jakich wiele
się słyszy w moim zawodzie. Wielokrotnie przychodziło mi do głowy, że
osoba po drugiej stronie słuchawki może być świrem, lecz odpychałam te
myśli i cierpliwie słuchałam dalej, bo nie wypadało inaczej. Chłonę
dobre historie, a ta miała wszystkie cechy pierwszorzędnego thrillera
medycznego. Była na przemian straszna, dziwna, inspirująca, i przyprawiała o gęsią skórkę. Ponadto, jeśli faktycznie była prawdziwa,
miała poważne implikacje zdrowotne.
Po zakończeniu rozmowy obdzwoniłam innych ekspertów zajmujących się tym
kocim pasożytem, chcąc zweryfikować usłyszane rewelacje. Zrobiłam to
początkowo z pewnym zakłopotaniem, obawiając się, że wyjdę na naiwną.
Lecz kolejne źródła potwierdzały, że pomysły biologa z Czechosłowacji,
choć nieudowodnione, zasługiwały na poważną analizę. Jego badania z udziałem ludzi -?i odyseja, którą przeszedł w swoim śledztwie -?stały
się podstawą długiego artykułu, który napisałam do magazynu "The
Atlantic", a także zostały opisane w jednym z rozdziałów niniejszej
książki, zawierającym najnowsze wyniki jego badań -?tak, aby czytelnik
mógł wyciągnąć własne wnioski. (I tu pewne ostrzeżenie: zanim dotrzesz
do tych fragmentów, proszę, nie panikuj i nie pozbywaj się swojego kota.
Szczegółowo wyjaśnię inne sposoby ochrony przed zarażeniem niż rozstanie
z ulubionym towarzyszem).
W trakcie pracy nad tym tematem natknęłam się na wiele innych historii o kontroli umysłów przez pasożyty; dowiedziałam się, że istnieją takie,
które czynią swoich żywicieli osobistymi ochroniarzami, opiekunkami do
dziecka, szoferami, służącymi... Czasem naukowcom udaje się ustalić, w jaki sposób to się dzieje, w innych przypadkach pozostaje im drapanie
się po głowie. Wyglądało na to, że neurochirurdzy i psychofarmakolodzy
mogliby się dużo nauczyć od pasożytów.
Gdy już dowiedziałam się o robaczych występkach, spojrzałam na świat za
oknem w inny sposób. Za sceną przedstawienia zwanego naturalną selekcją
ze zdziwieniem odkryłam pasożyta, wziętego reżysera akcji wpływającego
na wynik walki pomiędzy drapieżnikiem a jego ofiarą. Wgląd w jego kunszt
dramaturgiczny dał mi zupełnie inne spojrzenie na ekologię, biologię
ewolucyjną i rozwój chorób przenoszonych przez komary, jak choćby
malaria czy gorączka krwotoczna, czyli denga.
Co prawda taktyka przymusu stosowana przez pasożyty powoduje wiele
niepokojących implikacji dla człowieka, jednak wiadomości z pola walki
nie są wcale aż tak przygnębiające. Tak naprawdę niektóre mikroby mogą
nawet wspomagać zdrowie psychiczne. A podstępni najeźdźcy muszą się
zmierzyć nie tylko z naszym układem odpornościowym.
Coraz więcej badań dowodzi, że organizmy żywicieli wytworzyły potężny
system obrony psychologicznej przed pasożytami -?tę tarczę psychiczną
naukowcy nazwali behawioralnym układem odpornościowym. Eksperymenty
pokazują, że układ ten uruchamia się w sytuacjach dużego zagrożenia
zarażeniem, podpowiadając organizmowi znajdującemu się w niebezpieczeństwie, jak reagować w celu redukcji ryzyka. Prostym
przykładem będzie pies, który w reakcji na zranienie liże sobie łapę,
pokrywając ją w ten sposób śliną bogatą w składniki przeciwbakteryjne.
Jednak u inteligentnych naczelnych, takich jak ludzie, obrona
behawioralna została powiązana z coraz bardziej abstrakcyjnym i symbolicznym sposobem myślenia. Wiele nawyków i cech, które wydają się
nam niepowiązane z patogenami -?jak choćby nasze poglądy polityczne,
preferencje seksualne czy nietolerancja wobec osób łamiących społeczne
tabu -?może, przynajmniej częściowo, wywodzić się z podświadomej
potrzeby uniknięcia zarażenia. Da się już dowieść, że obecność lub brak
zarazków w naszym najbliższym otoczeniu -?w postaci takich znaków jak
zjełczały zapach lub niehigieniczne warunki życia -?może wpływać na
naszą osobowość.
Bezpośrednio czy pośrednio pasożyty manipulują naszym sposobem myślenia,
odczuwania i działania. Tak naprawdę nasze relacje z nimi mogą
kształtować nie tylko zarys naszych umysłów, lecz także cechy całych
społeczeństw, co, być może, wyjaśnia pewne zastanawiające różnice
kulturowe pomiędzy tymi częściami świata, gdzie patogeny są
wszechobecne, a tymi, gdzie znacznie obniżono zagrożenie nimi dzięki
programom szczepień i lepszym warunkom sanitarnym. Istnieje wiele
dowodów potwierdzających, że częstość występowania pasożytów w naszych
społecznościach wpływa na to, co jemy, na nasze praktyki religijne,
dobór znajomych i osób, które nami rządzą.
Nauka, która stoi za tymi twierdzeniami, jest nadal nowa. Pewne wstępne
ustalenia mogą nie znaleźć potwierdzenia po głębszej analizie. Natomiast
prowadzi się coraz więcej badań, a nowa dziedzina naukowa ewidentnie
zaczyna nabierać kształtów. To świeżo powstałe pole nazwano
neuroparazytologią. Lecz nie dajcie się zwieść nazwie. Podczas gdy
neuronaukowcy i parazytolodzy najwyraźniej dominują w tym
przedsięwzięciu, stopniowo przyciąga ono też badaczy z innych dziedzin,
jak psychologia, immunologia, antropologia, religioznawstwo czy nauki
polityczne.
Jeśli wpływ patogenów na nasze życie jest rzeczywiście tak głęboki, to
dlaczego odkrycie tego faktu zabrało nam tyle czasu? Jednym z prawdopodobnych powodów jest fakt, że do niedawna naukowcy nie doceniali
wyrafinowania pasożytów. Przez większość poprzedniego stulecia
niezmiernie trudno było badać te organizmy z powodu ich skomplikowanego
cyklu życiowego, w połączeniu z małymi rozmiarami i ukryciem w ciele
żywiciela. Głównie przez ignorancję badaczy pasożyty uważano za
uwstecznione, zwyrodniałe formy życia. Fakt, że nie potrafią przeżyć
samodzielnie, odbierano jako dowód ich prymitywności, a sam pomysł, że
ich żywiciele, znajdujący się wysoko na ewolucyjnej drabinie, mogą być
ustawiani jak marionetki przez takich prostaków -?z których wiele nie
posiada nawet układu nerwowego -?wydawał się absurdalny.
Do samego końca XX wieku nawet naszą obronę behawioralną przed
pasożytami uważano za cechę pierwotną. Rzeczywiście, najbardziej
subtelne z tych przystosowań -?w postaci automatycznych myśli i uczuć -
zostały prawie całkowicie przeoczone, prawdopodobnie dlatego że znajdują
się na peryferiach naszej świadomości. Naukowcy nie są bardziej świadomi
podświadomych impulsów niż my wszyscy, więc ten ukryty obszar pozostał
niezbadany po prostu dlatego, że nikomu nie przyszło do głowy, żeby go
przeszukać.
Nawet dzisiaj zażyłość i zawiłość relacji pasożyt-żywiciel zaskakuje
neuronaukowców i psychologów. Laików wprawia w osłupienie sposób, w jaki
natura w ogóle dopuściła do pasożytniczej manipulacji; pewne fortele są
tak sprytne, że tylko człowiek lub wszechmogące bóstwo mogliby je
wymyślić. Pojawienie się behawioralnego układu odpornościowego
równolegle do tych manipulacji tylko utrudnia zrozumienie genezy tych
zależności. Więc zanim pójdziemy dalej, zobaczmy, jaką rolę odegrała tu
ewolucja.
Pasożyty i żywiciele rywalizowali ze sobą od miliardów lat. Pierwsza
bakteria została zainfekowana pierwszymi wirusami. Następnie, wraz z pojawieniem się większych, wielokomórkowych form życia, mikroby dokonały
ich kolonizacji. Tymczasem pasożyty wyewoluowały w menażerię różnych
form -?glist, ślimaków, roztoczy, pijawek, wszy i im podobnych. W miarę
jak formy życia rozrastały się i komplikowały swoją budowę, selekcja
naturalna faworyzowała przede wszystkim te pasożyty, które najlepiej
omijały tarcze ochronne, a także żywicieli, którzy najskuteczniej
odstraszali agresorów.
Dzisiaj dosłownie każdy aspekt naszego ciała nosi świadectwo tej
odwiecznej walki. Najbardziej widoczny obrońca to skóra, która stanowi
grubą barierę dla hord mikrobów żyjących na jej powierzchni. Szczególnie
chronione są wszystkie wejścia. Oczy są pokryte cieczą łzową, która
wypłukuje intruzów. Uszy są otoczone włosami, które izolują robactwo.
Nos posiada system filtracji do odsiewania patogenów z powietrza.
Agresorzy, którzy mimo wszystko przedrą się głębiej, napotykają jeszcze
większy opór. Na przykład drogi oddechowe produkują wydzielinę, która
stanowi pułapkę dla niechcianych gości. Natomiast wszelkie mikroby,
które zjadamy wraz z pożywieniem, najpewniej znajdą rychłą śmierć w kotle naszego żołądka, którego kwasy o sile przemysłowej mogłyby
dosłownie wypalić dziurę w bucie. Gdyby jednak wszystkie te siły obronne
zawiodły, do boju ruszą komórki odpornościowe. Armia ta jest dowodzona
przez swego rodzaju strażników, którzy oznaczają agresorów, za nimi do
akcji wkraczają pożerające ich białe krwinki, a potem pojawiają się inne
komórki, które zapamiętują oznaczenia wroga tak, aby w przyszłości -?na
wypadek kolejnego spotkania -?można było szybko wezwać nowe regimenty.
Można by pomyśleć, że dysponując taką siłą, człowiek zawsze będzie
wychodził z tego starcia obronną ręką. Jednak pasożyty mają nad nami
dużą przewagę. Ich populacja znacznie przewyższa nas liczebnie, a szybkie tempo replikacji zapewnia im ciągłe wsparcie ze strony kilku
zmutowanych sztuk. Bitwa pomiędzy żywicielami a pasożytami to
niekończący się wyścig zbrojeń.
W silnie konkurencyjnym środowisku pasożyt, który przypadkiem zyska
zdolność modyfikowania zachowania żywiciela -?na przykład tak, by ten
zbliżył się do kolejnego gospodarza -?ma dużą szansę na szybkie
rozmnożenie. Ponieważ żywiciele nie potrafią w takim tempie ewoluować,
ich najlepszą szansą na przetrwanie i udaremnienie każdej nowej sztuczki
pasożyta jest nabycie cech pozwalających im na szerszą ochronę. Mutacje,
które sprawiają, że zwierzę unika popularnych źródeł zarażenia -?na
przykład mętnej, zielonej wody, kupy gnoju lub innych członków stada
zachowujących się dziwnie -?mogą spełniać taką funkcję. Piękno takiego
psychologicznego przystosowania polega na tym, że chroni nie tylko przed
jednym, ale też przed setkami lub nawet tysiącami innych czynników
zakaźnych. To niezłe osiągnięcie -?okazja, której ewolucja nie mogła
przegapić. Co więcej, u ludzi reakcje instynktowne, chroniące przed
zarażeniem, ulegają wzmocnieniu i poszerzeniu przez proces uczenia się
oraz przekaz kulturowy, co jeszcze bardziej wzmaga ich skuteczność.
Można się założyć, że właśnie tak to się działo.
Mimo że w naszych koszmarach najczęściej pojawiają się lwy,
niedźwiedzie, rekiny i uzbrojeni ludzie, to właśnie zarazki od zawsze
były naszym najgorszym wrogiem. W średniowieczu jedna trzecia populacji
Europy została zdziesiątkowana z powodu epidemii dżumy. W ciągu kilku
wieków od przyjazdu Kolumba do Nowego Świata dziewięćdziesiąt pięć
procent ludności etnicznej obu Ameryk zostało zmiecionych z powierzchni
Ziemi przez ospę, odrę, grypę i inne zarazki przywiezione przez
europejskich najeźdźców i osadników. Więcej osób zmarło z powodu
epidemii grypy hiszpanki w 1918 roku, niż zostało zabitych w okopach
pierwszej wojny światowej. Malaria, obecnie jeden z najbardziej
śmiertelnych czynników zakaźnych na świecie, jest bez wątpienia
największym seryjnym zabójcą wszech czasów; według szacunków ekspertów
od epoki kamiennej zabiła połowę ludzkości zamieszkującej naszą planetę.
Nowy wgląd w sposób, w jaki pasożyty rozprzestrzeniają się wśród ludzi,
a także ukryta siła naszych umysłów, zdolna przeciwstawić się temu
zagrożeniu porównywalnemu do siły tsunami, mogą przynieść ogromne
korzyści.
Jedną z takich korzyści może być wynalezienie innowacyjnych sposobów na
blokowanie roznoszenia najbardziej niebezpiecznych czynników zakaźnych.
Oprócz tego można mieć nadzieję, że odkrycia neuroparazytologii poszerzą
naszą wiedzę na temat głównych przyczyn zaburzeń umysłowych, które
zazwyczaj nie są kojarzone z pasożytami, co być może doprowadzi do
postępów w zapobieganiu im i w ich leczeniu. Jednak tym, co stanowi
największą obietnicę tej dziedziny na najbliższą przyszłość, jest
pogłębienie zrozumienia nas samych i naszego miejsca w przyrodzie.
Oczywiście, odkrycia z tego frontu wywołują prowokacyjne pytania. Jeśli
patogeny potrafią majstrować przy naszych umysłach, jak to świadczy o naszej odpowiedzialności za własne czyny? Czy naprawdę jesteśmy
wolnomyślicielami, za których się uważamy? Do jakiego stopnia pasożyty
tworzą naszą tożsamość? Jaki jest ich wpływ na wartości moralne i normy
kulturowe?
W ostatnim rozdziale niniejszej książki podejmę próbę ocalenia konceptu
wolnej woli. Ale ostrzegam: zanim do tego dojdziemy, nieźle nam się
oberwie.
1. Zanim pasożyty stały się modne
Pasożytowi w życiu nie jest lekko. Dobra, posiłki za darmo. Ale życie
włóczęgi pełne jest napięć. Trzeba umieć dostosować się do środowiska
jednego, dwóch czy nawet, jeśli jesteś płazińcem z gromady przywr,
trzech różnych żywicieli -?a warunki życia mogą się różnić od siebie jak
te na Ziemi od tych na Księżycu. No i transport z jednego miejsca do
drugiego może okazać się logistycznym koszmarem. Wyobraź sobie, że
jesteś przywrą, która część życia spędza w mrówce, ale rozmnażać może
się tylko w drogach żółciowych owcy. Tak się składa, że mrówki nie
znajdują się w zwyczajowym jadłospisie owcy, jak więc się tam dostać?
Odpowiedź na to pytanie była przyczynkiem do wyboru drogi życiowej
Janice Moore. W 1971 roku była ona studentką ostatniego roku na Rice
University w Houston i uczestniczyła w wykładach ze wstępu do
parazytologii prowadzonych przez tytana tej dziedziny, Clarka Reada,
człowieka chudego jak tyczka, o władczej osobowości i staromodnym stylu
nauczania. Ćmił papierosy i pozornie luźno kojarzył fakty, a jednak
potrafił zainteresować studentów swoją pasją, podając fascynujące
szczegóły o różnych gatunkach pasożytów, choć być może w sposób nieco
pozbawiony logiki i chronologii. Był utalentowanym gawędziarzem, który
tak ciekawie potrafił przedstawić życie pasożytów, że wręcz można było
sobie wyobrazić, jak to jest być jednym z nich. Wiedział również, jak
snuć tajemnicze historie. To właśnie on zainspirował Moore.
Pomimo zachęty Reada: "Myśl jak przywra!", nie potrafiła sobie
wyobrazić, jak przetransportować mrówkę do pyska owcy. Tak naprawdę
nikomu nie udało się tego odgadnąć, ponieważ odpowiedź ze strony
pasożyta jest absurdalnie nieprawdopodobna: płaziniec dokonuje inwazji
tej części mózgu, która odpowiedzialna jest za poruszanie się i narząd
gębowy. Za dnia zarażona mrówka zachowuje się tak samo jak pozostałe,
lecz w nocy nie wraca do swojej kolonii; zamiast tego wspina się na
koniuszek źdźbła trawy i wgryza się weń żuwaczkami. I potem dynda tak na
wietrze, czekając, aż pasąca się owca przyjdzie i ją zje. Jeśli jednak
nie nastąpi to do następnego ranka, mrówka wraca do swojej kolonii.
"Dlaczego po prostu nie zostanie na źdźble?", zapytał Read, lustrując
salę wykładową, jakby oczekiwał, że studenci odkryją logikę płazińca.
"Bo wtedy -?oznajmił swojej urzeczonej publice -?mrówka usmażyłaby się w południowym słońcu i byłby to efekt przeciwny do zamierzonego przez
pasożyta, który zginąłby razem z nią". Dlatego mrówka gramoli się w górę
i w dół, noc za nocą, aż w końcu jakaś niczego niepodejrzewająca owca
zje źdźbło trawy z mrówczą wkładką i pasożyt wreszcie wyląduje w brzuchu
owcy.
Opowieść Reada oszołomiła Moore. Płaziniec przywodził na myśl jakiś
czarny charakter z komiksu, który kontroluje umysły za pomocą joysticka,
powodując, że praworządni obywatele rabują banki i popełniają inne
przestępstwa po to, aby łotr mógł przejąć władzę nad światem. Raport
dotyczący niesamowitego wyczynu płazińca pochodził z badania
przeprowadzonego w Niemczech w latach pięćdziesiątych XX wieku, ale tym,
co najbardziej podekscytowało Moore, był fakt, że Read dowiedział się o podobnych do niemieckich wynikach badań nad jeszcze innym organizmem.
Protagonistą tej opowieści był kolcogłów -?pasożyt z kolcami na ryjku i zwiotczałym tułowiem, który wygląda jak pięcio-, dziesięciomilimetrowa
torebka w kształcie robaka. Przed osiągnięciem stadium dorosłego
osobnika stworzenie to musi dojrzeć w środku krewetkopodobnych maleńkich
skorupiaków, które zamieszkują stawy i jeziora i zakopują się w mule
przy każdym zagrożeniu. Przechodząc do następnego etapu cyklu
rozwojowego, kolcogłów musi się dostać do jelita kaczki krzyżówki, bobra
lub piżmaka -?wszystkie żyją na powierzchni wody i żywią się
skorupiakami. I żeby dowiedzieć się, jak pasażerowi na gapę udaje się
wskoczyć na pokład, John Holmes, były student Reada, który został
profesorem na University of Alberta, oraz jego uczeń, William Bethel,
wzięli skorupiaki do laboratorium. Odkryli, że zarażone osobniki robiły
dokładnie to, czego nie powinny. Zamiast nurkować w dół w chwili
zagrożenia, parły na powierzchnię wody, taplając się, jakby krzyczały:
"Patrzcie na mnie!". A gdyby i to nie pomagało, przywierały do roślin,
które stanowiły pożywienie dla ptactwa wodnego i zwierząt. Moore ze
zdziwieniem odkryła, że niektóre z nich nawet przylepiały się do błon
pławnych kaczek i były natychmiast połykane.
Jeszcze jeden intrygujący szczegół zwrócił jej uwagę. Kanadyjscy badacze
odkryli, że od czasu do czasu skorupiaki były siedliskiem innego gatunku
kolcogłowa. Testy pokazały, że po zarażeniu tym gatunkiem skorupiaki
również płynęły w górę w odpowiedzi na wszelkie zakłócenia, lecz
gromadziły się w dobrze oświetlonych miejscach, często odwiedzanych
przez ogorzałki (gatunek ptaka z rodziny kaczkowatych) -?jak się
okazało, był to kolejny żywiciel tego właśnie konkretnego pasożyta.
Zdaniem Moore często interakcje pomiędzy drapieżnikami i ich ofiarami
nie były takie, jak się pozornie wydawało -?po prostu zostały
"ustawione, zaprogramowane" przez pasożyty. Być może biolodzy, którzy
nie potrafili dostrzec tego, co było poza zasięgiem wzroku, zostali
oszukani! Co więcej, jeśli pasożyty nie tylko samodzielnie wymachiwały
bronią, bezpośrednio zabijając i osłabiając żywicieli, ale również
sprowadzały na nich nieszczęście, subtelnie zmieniając ich zachowania,
to wynikające z tego konsekwencje dla ekologii były wprost ogromne.
Oznaczało to bowiem, że te maleńkie organizmy doprowadziły do tego, że
zwierzęta zmieniały siedliska, co odbijało się na całym łańcuchu
pokarmowym.
Po zakończeniu zajęć Moore podbiegła do Reada. "Chcę to studiować",
oznajmiła podekscytowana. Read przyklasnął tej odważnej decyzji i tak
oto razem zaplanowali jej przyszłość. "Musisz uzyskać magisterium z zachowania zwierząt, a następnie doktorat z parazytologii", doradził. I tak też zrobiła.
Czterdzieści lat później wspominała tamten dzień z rozbawieniem. "Miałam
błysk w oku, entuzjazm i zupełnie nie byłam świadoma przeszkód na swojej
drodze", powiedziała, śmiejąc się gardłowo na samo wspomnienie swojego
młodzieńczego optymizmu. Wtedy już krótkowłosa, z nadal wyczuwalnym
teksańskim akcentem, Moore była nadal pełna życia, pewna siebie, wprost
tryskała energią. Obecnie jest profesorem biologii na Colorado State
University i bez wątpienia pracuje ciężej niż inni, uświadamiając
społeczność biologów co do znamiennej natury pasożytniczych manipulacji
i chcąc zachęcić nowe pokolenie naukowców do zajęcia się tą kwestią. Jej
pionierskie badania -?a co więcej, jej artykuły -?rzuciły światło na
niezliczone sposoby, w jakie pasożyty nakłaniają swoich żywicieli do
wypełniania ich woli, a także na ich przewrotną, często niedocenianą
rolę w ekologii. Jej zdaniem drapieżniki nie zawsze są nadrzędnymi
myśliwymi, jak sugerują programy dokumentalne. Znaczącą częścią ich
dziennej zdobyczy czasem jest coś, co dzięki pasożytom może być dostępne
bez wysiłku. W końcu po co się męczyć, jeżeli posiłek sam do ciebie
przychodzi? Być może najbardziej heretyckim stwierdzeniem w tej
dziedzinie, do którego zresztą przyczyniła się Moore, jest to, że nie
można założyć, iż zwierzęta zawsze działają zgodnie z własną wolą. Jak
sama mówi, liczne skorupiaki, mięczaki, ryby i "dosłownie tabuny
insektów zachowują się dziwnie z powodu pasożytów". Ssaki, takie jak my,
wydają się rzadziej padać ofiarą ich manipulacji, ale ostrzega, że ten
pogląd może wynikać z ignorancji. Jednego jest pewna: istnieje jeszcze
nieodkryty świat zachowań zwierzęcych, które należy przypisać pasożytom.
Po prostu ich wpływ na niektóre gatunki jest trudniejszy do udowodnienia
niż u innych.
Moore, wraz z ciągle powiększającą się kadrą podobnie myślących
naukowców, czyni kolejne postępy w swojej misji, lecz jest to wieczna
harówka -?co tylko potwierdziło nasze pierwsze spotkanie wiosną 2012
roku. Obydwie przebyłyśmy tysiące kilometrów do sielankowego zakątka we
włoskiej Toskanii, żeby wziąć udział w pierwszej konferencji naukowej w całości poświęconej manipulacjom pasożytniczym. To historyczne
wydarzenie, pod szyldem "Journal of Experimental Biology", przyciągnęło
kilkudziesięciu badaczy z całego świata. Był to widomy znak, jak daleko
zaszła ta dyscyplina naukowa, lecz również okazja, by pokazać, ile
jeszcze trzeba zrobić, aby osiągnęła status odpowiedni do swojej rangi.
Z jednej strony Moore była zachwycona, że ich praca zyskuje tak szeroki
oddźwięk, z drugiej zaś targały nią frustracje, ponieważ wielu naukowców
nadal nie rozumiało, jak wszechobecne są pasożytnicze manipulacje. Nawet
w wielu dziedzinach biologii "są one często postrzegane jako sprytne
sztuczki czy kuriozalne nowinki", narzekała.
Kolejnym wyzwaniem dla neuroparazytologii jest semantyka. Zdaniem Moore
już sama definicja manipulacji może przysparzać kłopotów. Większość jej
kolegów zgadza się z nią co do tego, że technicznie termin ten odnosi
się do takiego zachowania pasożyta, które powoduje, że żywiciel, kosztem
własnego sukcesu reprodukcyjnego, umożliwia pasożytowi przemieszczanie
się. Lecz ta pozornie prosta definicja okazuje się zaskakująco niejasna,
gdy zastosować ją w realnym świecie. Przykładowo, jeżeli zarazek
przeziębienia powoduje u ciebie niekontrolowany kaszel, to czy jest to
oznaka pozbywania się przez organizm infekcji zagrażającej płucom, czy
raczej pasożyt łaskocze cię po gardle po to, abyś umożliwił mu
rozprzestrzenianie? Albo inny przykład: kury fermowe szybciej łapią
świerszcze zarażone pasożytem, który uszkadza mięśnie insekta, co z kolei je spowalnia, więc łatwiej je złapać. Pasożyt musi dostać się do
wnętrza kury, bo dopiero tam może się rozmnożyć, lecz czy to już
manipulacja świerszczem, czy tylko uszkodzenie ciała? Z drugiej strony
niewielu ludzi, usłyszawszy historię o mrówce, która wspina się na
źdźbło trawy, bo jakiś insekt zajął jej mózg, uznałoby zachowanie
insekta jedynie za efekt uboczny choroby. A zatem jak dalece można
rozszerzyć definicję manipulacji?
Moore przyznaje, że nie jest to łatwe zadanie. Natomiast zadziwia ją
fakt, że nawet gdy dowody na zmanipulowane zachowania są oczywiste,
można je przeoczyć przez ostrożny ton wielu naukowych raportów. Po
wykładzie jednego z kolegów zauważyła: "Prawie każdy dokument, który
przeglądałam w ciągu ostatniego roku, zawiera to samo dementi, prawie
słowo w słowo: Zmiana zachowania żywiciela może być spowodowana
manipulacją ze strony pasożyta lub inną patologią. Kiedy wreszcie
będziemy mieli na tyle pewności, żeby stwierdzić, że coś nie jest po
prostu skutkiem ubocznym choroby, ale wyraźną manipulacją?". Koledzy
zgodnie przytaknęli.
Nieco później zapytałam ją, dlaczego badacze tak boją się wyrażać własne
opinie. "Ponieważ niemal zawsze istnieją naciski, aby nie wychodzić poza
ustalone schematy", odpowiedziała. W przeciwnym razie nie przyjmują
niczego do publikacji. Unika się pomysłów, które uderzają w status quo,
a "patologia", jak stwierdziła, "to gotowe wyjaśnienie" -?awaryjne,
konserwatywne podejście, nawet jeśli najmniej prawdopodobne.
Kolejną sprawą, która irytuje Moore, jest sztywne, zero-jedynkowe
podejście do tematu reprezentowane przez biologów tradycjonalistów. Jej
zdaniem zachowanie pasożytów i ich pochłoniętych bitwą żywicieli nie
zawsze da się "jednoznacznie posortować". Być może twój kaszel to w tym
samym stopniu wysiłek twojego ciała, aby pozbyć się zarazka, jak i determinacja pasożyta do roznoszenia się. Czasem nawet wrogowie mogą
mieć wspólne cele. Moore uważa, że równie absurdalne jest upieranie się
przy tym, że zachowanie prowokowane przez pasożyta poddaje się definicji
manipulacji tylko po to, aby zwrócić uwagę świata nauki. Chcąc
zilustrować swoją opinię, Moore przytoczyła odkrycie dokonane przez
jednego z jej byłych studentów, a dotyczące tego, że żuk gnojowy po
zarażeniu się glistą kopie płytsze norki i zjada dwadzieścia pięć
procent mniej pożywienia. "To odkrycie ma ogromną wartość naukową -
podkreśla. -?W Australii zdecydowali się na importowanie żuków
gnojowych, bo po szyję tkwili w gnoju. Oto żuczek, który pełniąc funkcję
inżyniera ekosystemu, sam jest sterowany pasożytem. Więc wysłaliśmy
raport do "Journal of Behavioral Ecology", a wydawca nawet nie raczył
przesłać go do weryfikacji. Odpisał za to: To najwyraźniej zwykły
przypadek patologiczny, jakby to w ogóle miało znaczenie w tym
kontekście. Irytujące!".
Wydaje się zrozumiałe, że Moore jest urażona tym, iż musi oświecać
oświeconych. Zwłaszcza na początku swojej kariery czuła się jak samotny
wilk wyjący na pustkowiu. Jej pomysły były nie tyle dyskredytowane, co
ignorowane. W czasie, gdy doznała objawienia na zajęciach Clarka Reada,
wielu biologów kręciło nosem na pasożyty, uznając, że są one zbyt
prymitywne i odrażające, żeby w ogóle je studiować. Bardziej stosownym
przedmiotem badań były cudacznie upierzone ptaki lub majestatyczne
ssaki, takie jak słonie czy lwy. Pasożyty -?o ile w ogóle ktoś je
zauważał -?były prawie wyłącznie domeną weterynarzy lub badaczy
poszukujących przyczyn epidemii takich chorób jak malaria czy cholera.
Niewielu interesował wpływ pasożytów na ekologię, a jeszcze mniej
możliwość ich dominacji nad innymi, bardziej godnymi szacunku
zwierzętami.
I w ten oto świat wkroczyła Moore, młoda kobieta głosząca właśnie taki
pogląd. Była nieszablonowa, ale -?na własne życzenie -?również
"beznadziejnie naiwna".
Po uzyskaniu stopnia magistra z zachowań zwierzęcych na University of
Texas w Austin kontynuowała studia doktoranckie z parazytologii na Johns
Hopkins University w Baltimore, gdzie uznała, że jest gotowa zabrać się
do badań nad obiektem swoich zainteresowań. "Nie miałam pojęcia, jak się
prowadzi badania naukowe -?o tym, że studenci nie opracowują sobie sami
planu pracy naukowej, tylko raczej oczekuje się, że będą postępować
zgodnie ze ścieżką obraną przez promotora". Okazało się, że w przypadku
Moore promotor chciał wykorzystać jej energię do badań nad biochemią
tasiemców -?tyle że dla niej ten temat w ogóle nie był porywający.
Ponadto, nie dość że z trudem dopasowywała się do zasad panujących na
uczelni Hopkinsa, to jeszcze była jedyną kobietą na wydziale, więc czuła
się wyalienowana. I pewnie dlatego też nie miała pojęcia, co inni
uważają za ważne w studiowanej dziedzinie, to zaś, o ironio, z jednej
strony hamowało jej rozwój naukowy, z drugiej jednak mogło również w pewnym sensie jej pomóc. Gdy ją zapytałam, czy ignorancja mogła uwolnić
jej umysł od zaszufladkowania, bez namysłu odpowiedziała: "Nie miałam
nawet pojęcia, że są jakieś szufladki!".
Jej odmienność manifestowała się również na inne sposoby. Nauka jest ze
swojej natury redukcyjna; w etosie ma wpisany podział dużych problemów
na mniejsze kawałki, którymi łatwiej się zająć. Natomiast Moore zawsze
widzi całą skalę obrazu. Powiązania zauważa w zasadzie pomiędzy
wszystkim, czego się uczy, i lubi syntezować informacje. Jako studentka
ciężko zniosła moment wyboru kierunku studiów. W końcu padło na
biologię, a to ze względu na jej szerokie spektrum. Uznała, że uczenie
się o każdym stworzeniu na tej planecie nie powinno jej zbytnio
ograniczać. W stosownym czasie musiała też wybrać specjalizację w tej
dziedzinie, a kusiła ją zarówno parazytologia, jak i zachowanie
zwierząt, zresztą obie z tych samych powodów. "Wydawało mi się, że można
to wszystko jakoś połączyć, a na tamtym etapie życia nie miałam pojęcia,
że łączenie wielu spraw może być tak okropnie trudne i że właśnie
dlatego często po prostu ich się nie łączy", stwierdziła, wybuchając
śmiechem na wspomnienie siebie samej sprzed lat, zapalonej do działania,
gotowej wspiąć się na każdą górę.
Jej efektowna wizja pasożytów przestawiających ogniwa w łańcuchu
pokarmowym była raczej emocjonującą rozrywką niż konkretnym pomysłem.
Moore nie miała pojęcia, jakiego eksperymentu użyć w celu weryfikacji
tłoczących się w jej głowie pomysłów. Uczelnia Hopkinsa początkowo
zdawała się być idealnym miejscem, żeby nabyć takiej umiejętności,
ponieważ jej wydziały parazytologii i ekologii reprezentowały wysoki
poziom. Jakież było rozczarowanie naszej bohaterki, gdy okazało się, że
wydziały te zbytnio ze sobą nie współpracują. "Uważali, że zgłębiają
zupełnie różne kwestie", wyjaśniła. Ponieważ nie posiadała żadnych
wskazówek, jak połączyć te dwie dyscypliny, umieszczenie manipulacji
pasożytniczych w szerszym kontekście wydawało się poza jej
możliwościami.
Kolejnym źródłem frustracji był fakt, że za każdym razem, kiedy
próbowała otworzyć komuś oczy na to, że pasożyty mogą być swoistymi
władcami marionetek, spotykała się z chłodnym przyjęciem. Na seminarium
poświęconym ekologii ślimaków morskich w strefie międzypływowej zapytała
prelegenta, czy sprawdził obecność płazińców w tych mięczakach.
Wyjaśniła, cytując przeczytany wcześniej artykuł, że zarażone ślimaki
odnajdywano w innych miejscach niż te zdrowe. Słysząc to pytanie,
naukowiec był wyraźnie niezadowolony. Z jego perspektywy wyglądało na
to, że miał pod ręką szereg gotowych czynników wpływających na
zachowanie ślimaków -?migrujący drapieżcy, zmienność prądów morskich,
dzienne wahania temperatur i tak dalej -?a tu nagle ona mu mówi, że
powinien się przyjrzeć jeszcze jednemu. Moore poniekąd rozumiała jego
punkt widzenia -?badanie pasożytów w obrębie tej dziedziny może być
przytłaczającym zadaniem nawet dzisiaj -?ale wtedy jego reakcja była dla
niej jak uderzenie obuchem w głowę.
Pozbawiona perspektywy rozwoju, Moore przerwała studia na uczelni
Hopkinsa już po pierwszym roku. Zanim jednak do tego doszło, podczas
pobytu w Teksasie w okolicach Bożego Narodzenia postanowiła skontaktować
się ze swoim byłym profesorem, Readem, który już wcześniej dawał do
zrozumienia, że umożliwiłby jej badanie manipulacji pasożytniczych pod
swoim czujnym okiem. Niestety, na krótko przed umówionym spotkaniem Read
zmarł nagle na zawał serca, pogrążając Moore w smutku i pozostawiając ją
bez przewodnictwa akademickiego. Wielokrotnie zwracała się do różnych
uczelni w poszukiwaniu programu studiów doktoranckich oferujących jej
podobne możliwości, lecz neuroparazytologia nie była nawet przebłyskiem
na horyzoncie ówczesnej nauki. Zresztą John Holmes, kanadyjski
naukowiec, w którego laboratorium wykazano, jak skorupiaki działały
zgodnie z poleceniami pasożytów, też nie wykazywał szczególnej
aktywności na tym polu. Dla niego była to sprawa marginalna. Moore
utknęła więc w ślepej uliczce.
Z braku ciekawych opcji podjęła pracę na University of Washington w charakterze technika laboratoryjnego przy entomologu, którego
zainteresowania, jeszcze wtedy, nie pokrywały się z jej własnymi. Lecz
wkrótce miał nastąpić zwrot akcji. Naukowcem tym była Lynn Riddiford,
kobieta, której udało się wspiąć na szczyty zawodowe, a przy tym
wspaniały wzór do naśladowania -?co w tamtych czasach było rzadkością.
Przy jej boku Moore nauczyła się, jak rozpoczynać, finansować i przeprowadzać badania naukowe -?absolutne podstawy dla skutecznego
naukowca. Doświadczenie z tego miejsca pracy dało jej nowe siły oraz
pewność siebie i własnych pomysłów. Być może powodem, dla którego odtąd
inni ludzie traktowali ją poważnie, było to, że sama tak siebie zaczęła
traktować. Po trzech latach Moore zaoferowano udział w unikalnym
programie doktoranckim na University of New Mexico, który finansował
studentom projekty ich własnych badań naukowych.
Tak wielkiej okazji nie można było zmarnować. W tamtym czasie zdała
sobie sprawę, że nie ma szans ukazać całego obrazu w pełnej skali i że
triumfem będzie nawet samo wychwycenie jakiejkolwiek manipulacji
pasożytniczej do tej pory niezauważonej, zwłaszcza jeśli uda jej się
wykazać, jak na skutek tych manipulacji żywiciele częściej stają się
ofiarami drapieżników w naturalnym środowisku. Od Riddiford nauczyła się
również, jak istotne jest ścisłe zaplanowanie eksperymentu, najlepiej
jednego, z prostymi założeniami, które łatwo jest zweryfikować. Przez
większość semestru przekopywała się przez dokumentację akademicką i podręczniki, aby w końcu uznać, że odnalazła właściwy przedmiot swoich
badań. Wybrany pasożyt był typem glisty z cierniami w części głowowej,
który krążył pomiędzy pospolitymi i łatwymi do obserwacji żywicielami,
szpakami i kulankami (skorupiaki te zwijają się w kłębek przy próbie
dotyku). Wiedziona zaledwie przeczuciem, Moore założyła, że pasożyt
będzie tak sterować zachowaniem kulanki, aby zwiększyć
prawdopodobieństwo pożarcia jej przez szpaka.
Jej sprzęt badawczy ograniczał się do szklanej foremki do ciasta
przykrytej w większej części nylonową siatką oraz odwróconej szklanej
foremki, która służyła za pokrywę. Na siatce rozłożyła zarażone i zdrowe
kulanki, a następnie dodała różne rodzaje soli po obu stronach
przegródki, tworząc niejako dwie komory: jedną o wysokiej, drugą zaś o niskiej wilgotności. Odkryła, że kulanki zarażone pasożytem dużo
częściej kierowały się do części o niskiej wilgotności. W warunkach
naturalnych suche tereny występują na otwartych przestrzeniach, więc
założyła, że takie zachowanie kulanek sprawiało, że były lepiej
eksponowane na drapieżniki. W innym eksperymencie zbudowała zadaszenie,
opierając kafel na czterech kamieniach. Zarażone kulanki częściej niż
zdrowe wolały przebywać na zewnątrz. W kolejnym doświadczeniu napełniła
połowę foremki do ciasta czarnym żwirem, a drugą połowę białym, aby
sprawdzić, czy pasożyt miał wpływ na umiejętność kamuflażu żywiciela -
postawiła tezę, że skoro kulanki są czarne, to chore osobniki częściej
będą się pojawiać w jasnym żwirze, aby stanowić łatwiejszy cel dla
ptaków. I dokładnie tak się stało.
Udowodniła swoje tezy w warunkach laboratoryjnych, lecz czy potwierdzą
się one w warunkach terenowych? Do tej pory żadnemu naukowcowi nie udało
się dokonać pomiaru wpływu wspomnianych manipulacji na ekologię, a to
dlatego, że trudno jest obserwować pasożyty w ich naturalnym środowisku.
Ale na to również Moore miała sprytny sposób. W okresie lęgowym ustawiła
budki dla szpaków na terenie kampusu. Pisklętom szpaków przywiązała
wokół szyi wyciory do fajek, nie robiąc im krzywdy, choć na tyle ciasno,
by nie mogły przełykać. Następnie zbierała pożywienie, którym były
karmione, i szukała w nim kulanek. Odkryła, że prawie jedna trzecia
piskląt była karmiona zarażonymi kulankami, pomimo że w najbliższej
okolicy mniej niż pół procenta kulanek było nosicielami pasożyta.
Najwyraźniej zmiany, jakie wywołały pasożyty w nawykach żywicieli,
sprawiły, że były one chętniej zjadane.
Jeden czy dwa przypadki pasożytów o niezwykłej umiejętności
manipulowania żywicielem można odrzucić na zasadzie przedziwnego
odstępstwa od normy -?z pewnością mogą być one intrygujące, lecz nie
stanowią nic ponad notatkę na marginesie naszego rozumienia selekcji
naturalnej. Natomiast więcej przypadków zaczyna wskazywać na pewien
trend. Kiedy w 1983 roku wyniki badań Moore zostały opublikowane w czasopiśmie "Ecology", nie tylko z tego powodu zwróciły uwagę, ale
również ze względu na szersze prace badawczo-rozwojowe zdobywające
popularność w biologii. Po długim okresie unikania tematu tych
obrzydliwych, podejrzanych typków spod ciemnej gwiazdy, przyszedł czas
na postawienie pasożytów na piedestale jako obiektu fascynacji, a nawet
podziwu. Jak to ujęła Moore: "Pasożyty stały się modne".
Trudno dociec, jak do tego doszło -?nauka, jak wszelkie dziedziny życia,
podlega kaprysom -?lecz badania Moore nad szpakami zbiegły się w czasie
z publikacją całej lawiny artykułów w czasopismach naukowych,
podpisanych przez takich gigantów biologii ewolucyjnej jak Robert May,
Roy Anderson czy Peter Price, wskazujących na wagę pasożytów w ekologii.
Mniej więcej w tym samym okresie inny wybitny biolog ewolucyjny, Richard
Dawkins, opublikował popularną obecnie książkę Fenotyp rozszerzony,
która przybliża zagadnienie manipulacji pasożytniczej. W książce tej
autor dowodzi, że to, czy gen zostanie przekazany dalej, zależy nie
tylko od tego, jaki ma wpływ na cechę czy fenotyp danego organizmu, lecz
również od jego wpływu na inne zwierzęta. W tej kategorii podał przykład
naturalnej selekcji faworyzującej pasożyty, które zmieniają zachowanie
żywiciela, promując przy tym własne geny.
Nagły wzrost popularności pasożytów działał na korzyść Moore. Wydawcy
"Scientific American", magazynu znanego z publikowania najnowszych
osiągnięć nauki, zaprosili ją do napisania artykułu podsumowującego
ustalenia dotyczące kulanek i ukazania ich w szerszej perspektywie.
Moore, oprócz wskazania na wyniki badań kanadyjskich i niemieckich,
przeczesała literaturę naukową w poszukiwaniu innych, wcześniej
ignorowanych, choć wartych przedstawienia przypadków manipulacji
pasożytniczych, a następnie wyjaśniła ich znaczenie w przystępny i dowcipny sposób.
"Jednym z najbardziej popularnych chwytów literackich science fiction są
pasożytniczy przybysze z kosmosu, którzy osiedlają się w ludzkim ciele,
zmuszając człowieka do działań umożliwiających im rozmnażanie się i zasiedlanie kolejnych nieszczęśników", tak zaczynał się jej artykuł z maja 1984 roku. "A jednak pomysł, że pasożyt może zmieniać zachowanie
innych organizmów, nie jest czystą fikcją. To nawet nie jest rzadkie
zjawisko. Wystarczy spojrzeć w toń jeziora, na pole czy las, żeby je
dostrzec".
Wkrótce hipoteza manipulacji, jak ją nazwano, stała się zagadnieniem
szeroko omawianym w kołach naukowych. Jak powiedział kiedyś Louis
Pasteur: "Okazje sprzyjają tym, którzy są na nie przygotowani". Z chwilą
gdy rozeszła się wieść, że pasożyty mogą być zakamuflowanymi
dyktatorami, coraz więcej osób zaczęło zauważać dziwne zachowania
zwierząt, a dociekliwe umysły rozważały, czy było temu winne zarażenie.
A jednak, pomimo ekscytacji naukowców tym tematem, popularność tej
dziedziny okazała się chwilowa. Praktyczne aspekty badań stanowiły duże
wyzwanie i szybko ostudziły entuzjazm. Obserwacja zachowań zwierząt, nie
tylko pasożytów, jest ogólnie żmudnym zajęciem. Bywa, że trzeba spędzić
pod wodą niekończące się godziny w stroju nurka lub wisieć na specjalnej
uprzęży pod koroną drzew, a niekiedy przeszukiwać bagna w środku nocy za
pomocą latarki. Pasożyty mogą mieć dwóch lub trzech żywicieli, więc samo
opracowanie szczegółów ich cyklu życiowego może być zadaniem godnym
Herkulesa. Jakby tego było mało, oszacowanie współczynnika zarażeń w każdej populacji zazwyczaj wymaga złapania dziesiątek czy nawet setek
potencjalnych żywicieli, a następnie albo pobrania ich krwi czy
odchodów, albo zabicia ich i przeprowadzenia sekcji. Później,
założywszy, że pokonało się owe przeszkody, następuje najtrudniejsza
część, mianowicie określenie, czy pasażer na gapę naprawdę manipuluje
żywicielem, a jeśli tak, to w jaki sposób i po co. Najlepszym na to
miejscem jest laboratorium -?niestety, wiele zwierząt nie ma ochoty na
rutynowe czynności w niewoli. Ludzie mogą być bardziej chętni do
współpracy, lecz naukowcy badający zależności przyczynowo-skutkowe
pomiędzy pasożytami a chorobami psychicznymi czy innymi nietypowymi
zachowaniami napotykają jeszcze większą przeszkodę: nie można przecież
umyślnie zarazić człowieka, a następnie obserwować, jak zmieniają się
jego nawyki i usposobienie.
Nic dziwnego, że trudno znaleźć wystarczająco cierpliwych i upartych
badaczy, zdolnych do przeprowadzenia takich prac, skutkiem czego nawet
dzisiaj widać tendencję do koncentrowania się na interakcji pomiędzy
drapieżnikiem a jego ofiarą, ignorując ukrytego pasażera, który może
mieć zupełnie inny plan działania niż pojazd, którym jedzie. Niemniej
jednak pod koniec poprzedniego stulecia naukowcom udało się odkryć
dziesiątki manipulacji pasożytniczych wpływających na osobniki w praktycznie każdym zakątku królestwa zwierząt. Z natury skłonna do
syntezy, w roku 2002 Moore dokonała kompilacji wszystkich poznanych
przypadków w jednej książce, zatytułowanej Parasites and the Behavior
of Animals, która nadal stanowi swoistą biblię w tej dziedzinie.
Motywem jej napisania była chęć pobudzenia kreatywnego myślenia na temat
sposobów uprawiania czarnej magii przez robaki i ustalenia pewnych
wspólnych założeń. Jak często pasożyty atakują ośrodkowy układ nerwowy
żywiciela? Czy gatunki blisko ze sobą spokrewnione używają podobnych
strategii represji? Czy to możliwe, żeby bardzo skomplikowane
manipulacje miały prostą podbudowę? Przede wszystkim jednak jej
rozmyślania skupiały się na pytaniu, które nurtowało ją już od czasów
studiów u Clarka Reada, a mianowicie: czy można przewidzieć zachowanie
zwierząt, wiedząc, jakiego pasożyta są żywicielem?
Moore nadal próbuje znaleźć odpowiedź na te pytania. Przyznaje, że
wyłaniają się pewne wzory, ale szczegóły są znane nadal jedynie w zarysie. A roboty ciągle przybywa. Kolejne setki pasożytów podejrzewa
się o manipulacje, lecz jej zdaniem ich prawdziwa liczba może oscylować
wokół tysięcy. Jak mówi: "Po prostu jeszcze się do nich nie
doczłapaliśmy". I chodzi tu nie tylko o trudność w samym studiowaniu
zachowań zwierząt czy zakaz eksperymentowania na ludziach. Być może
największym utrudnieniem są nasze ograniczone zmysły. Po prostu próbując
zrozumieć świat, w którym żyjemy, zbyt mocno ufamy tylko temu, co
widzimy. Moore podkreślała ten fakt podczas wykładu na konferencji,
opowiadając historię odkrycia echolokacji u nietoperzy.
Od XVIII wieku było wiadomo, że ślepe z natury nietoperze potrafią
zwinnie nawigować pomiędzy zawieszonymi drutami, natomiast te, którym
zaklejono uszy, rozbijały się o podłoże. Jednak przez ponad 150 lat
naukowcy wykluczali, że nietoperze odbierają dźwięki niesłyszalne dla
człowieka. Dopiero na początku lat czterdziestych XX wieku, dzięki
postępowi w wykrywaniu ultradźwięków, udowodniono, że nietoperze słyszą
echo własnych odgłosów. Natomiast aż do momentu odtajnienia po drugiej
wojnie światowej dokumentów wojskowych ujawniających odkrycie radaru i sonaru, nadal nie do końca akceptowano pogląd, jakoby potrafiły one
nawigować dzięki tej umiejętności.
Mając to w pamięci, zdaniem Moore, warto odnotować, że większość znanych
nam obecnie manipulacji dostrzegamy gołym okiem. Pośredni żywiciel
wystawia się na widok publiczny na jaskrawo kontrastującym tle, rzuca
się w obłędzie lub pojawia się w miejscu, gdzie normalnie by nie dotarł.
Skoro widzi to człowiek, tym bardziej zobaczy to drapieżnik, kolejny
żywiciel pasożyta. Ale co jeśli pasożyt niejako rysuje zwierzęciu na
plecach tarczę strzelniczą, zmieniając jego zachowanie w sposób
niedostrzegalny dla naszych zmysłów? Na przykład może powodować, że
żywiciel zostawia za sobą ślad zapachowy niewyczuwalny dla naszego
powonienia lub wydaje dźwięki poza naszym zakresem słyszalności albo
wystawia części ciała przez nas odbierane jako szarobure, ale przez
następnego żywiciela jako barwne. W ten sposób może być oznaczony nawet
ktoś z nas. Jak zobaczymy później, istnieje podejrzenie, że niektóre
pasożyty wywołujące straszliwe plagi pomagają sobie w transmisji,
zmieniając zapach człowieka. Jak utrzymuje Moore: "Biorąc te
ewentualności pod uwagę, jak można się nie zastanawiać, które
manipulacje umykają nam w tym bezgranicznym świecie informacji
pozazmysłowych?".
Prelegent, który wszedł na podium zaraz po niej, biolog Robert Poulin z University of Otago w Nowej Zelandii, przyznał, że naukowcom umykają
tysiące manipulacji, ale, co ciekawe, podał powód inny niż zaproponowany
przez nią. Zauważył, że wielu manipulatorów może powodować jedynie
drobne zmiany w nawykach żywicieli -?co można przeoczyć, porównując
przeciętne zachowanie populacji żywicieli z zachowaniem grupy osobników
zarażonych. I tak, pasożyty mogą lekko modyfikować częstość, z jaką
zwierzęta się przemieszczają, zmieniać poziom aktywności zależnie od
pory dnia czy też prowokować typowe zachowanie żywiciela, lecz w nietypowej, nieodpowiedniej sytuacji -?przykładowo zarażony ptak może
nadal grzebać w ziemi, podczas gdy reszta stada bierze nogi za pas.
Według niego "drapieżniki są bardzo wyczulone na wszelkie odstępstwa od
normy u swoich ofiar", więc owa strategia jest prawdopodobnie bardzo
wydajna. Ponadto mały retusz z pewnością nie jest trudny, dlatego
ewolucja faworyzowała ten prosty zabieg. Wniosek dla człowieka płynie z tego taki, że być może analizując zachowanie, powinniśmy używać
gęstszego sita, aby mieć szansę wykryć, w jaki sposób ulegamy wpływom
pasożytów -?na przykład kojarząc podejrzanych intruzów nie tylko z chorobą psychiczną, ale również z bardziej subtelnymi zmianami w osobowości i nawykach, które jeszcze mieszczą się w przyjętych normach.
Na szczęście obecnie łatwiej jest testować tego rodzaju teorie i otrzymywać odpowiedzi na niektóre pytania stawiane przez naukę. Jak
pokazuje przykład echolokacji, często trzeba poczekać na postęp
technologiczny, aby osiągnąć nowe przyczółki wiedzy, a tym, co dodaje
otuchy, niech będzie fakt, iż nauka zdaje się wreszcie nadążać za
finezją pasożytów. W ciągu ostatniej dekady nastąpił ogromny postęp w zakresie narzędzi do badania mechanizmów manipulacyjnych. W rezultacie
naukowcy dysponują dużo lepszymi metodami skanowania pasożytów w ciele
żywiciela, a także identyfikacji genów, neuroprzekaźników, hormonów i komórek odpornościowych biorących udział w zmianach behawioralnych. Co
prawda niewiele manipulacji zostało całkowicie rozwikłanych, lecz
badacze podjęli świetne tropy, które zostaną przedstawione w kolejnych
rozdziałach tej oto książki. To dobra wiadomość, bo skoro mamy "myśleć
jak przywra", będziemy musieli zrozumieć jej sztuczki.
2. Autostopem
Wyniki raportów były anegdotycznie niedorzeczne. Świerszcze, które
zazwyczaj zamieszkują poszycie leśne i nie pływają, nagle zaczęły rzucać
się do stawów i strumyków. Frédéric Thomas podejrzewał, że do
samobójstwa świerszcza doprowadził robak, którego obecność stwierdzono,
kiedy wysuwał się z ciała tonącego insekta. Tyle że jedynym sposobem,
aby się o tym przekonać, była wycieczka do Nowej Zelandii, gdzie
zgłoszono to zdarzenie. Thomas, biolog ewolucyjny na uniwersytecie w Montpellier we Francji, złożył w 1996 roku wniosek do francuskich władz
o sfinansowanie badań nad tym zagadnieniem, pewien pozytywnej
odpowiedzi. Co prawda dopiero niedawno uzyskał on tytuł doktora, ale
miał już na koncie czternaście publikacji naukowych -?zdumiewający wynik
u tak młodego naukowca -?zakładał więc, że z łatwością uzyska grant.
Ponadto zwierzę, które postępowało w sposób tak rozbieżny z własnymi
interesami, było oczywiście tematem wartym zbadania -?tak mu się
przynajmniej zdawało. Ku jego zdumieniu Centre National de la Recherche
Scientifique (CNRS) -?francuski odpowiednik amerykańskiej Krajowej
Fundacji Badań Naukowych -?odrzuciło wniosek. Powiedział mi potem, że
był tą decyzją tak rozwścieczony, iż zdecydował się na strajk głodowy.
Przez chwilę myślałam, że sobie ze mnie kpi. Lecz jego posępny wyraz
twarzy sugerował, że jednak mówi poważnie. Gawędziliśmy sobie na
werandzie w Toskanii podczas przerwy w konferencji dotyczącej
manipulacji pasożytniczych, tej samej, na której wcześniej spotkałam
Moore. Thomas był chudy, miał potargane ciemne włosy i wydawał się
wyluzowany oraz powściągliwie pewny siebie, a przy tym uroczo oddany
swoim badaniom. Teraz zaczęłam się zastanawiać, czy jego entuzjazm nie
graniczył z szaleństwem. CNRS jest zdecydowanie największą organizacją
we Francji sponsorującą badania naukowe, więc wkurzanie tych gości
groźbami nie jest chyba najlepszym rozwiązaniem. Przyjrzałam się bliżej
jego twarzy. Może ja czegoś nie łapałam? Może źle go zrozumiałam?
Zrozumiałam go bardzo dobrze. Doprecyzował, że wcale nie powiedział
CNRS, iż rozpocznie strajk głodowy, jeśli nie otrzyma grantu; powiedział
to prezydentowi Francji. "Wysłałem list bezpośrednio do Jacques'a Chiraca".
Można by pomyśleć, że list dotarł do urzędnika niższego szczebla, który
otworzył go, serdecznie się uśmiał i wrzucił do kosza. A jednak, rzecz
niesłychana, jego wiadomość -?jeśli nie sam list -?dotarła drogą
służbową do wysokich rangą oficjeli.
Dalecy od śmiechu członkowie francuskiego rządu wpadli w popłoch z powodu tego listu. Od razu wysłano pracowników administracji na
uniwersytet, gdzie ci wywarli nacisk na przewodniczącego wydziału, ten
zaś z kolei miał zapobiec realizacji feralnej groźby. Dali mu do
zrozumienia, że gdyby mu się to nie udało i Thomas jednak rozpocząłby
strajk głodowy, obydwaj naukowcy słono za to zapłacą utratą wszelkich
grantów. Najwyraźniej sama myśl, że wycieńczony głodem Thomas
sprzeciwiłby się publicznie rządowi, napawała władze uczelni niepokojem.
Wywarły więc na niego tak dużą presję, że w końcu zgodził się wycofać
groźbę.
Gdy mocno zniechęcony nasz bohater nerwowo rozważał co dalej, pewien
szwajcarski multimilioner, Luc Hoffmann, usłyszał o jego trudnym
położeniu i postanowił przyjść mu z odsieczą. Hoffmann znany był ze swej
działalności dobroczynnej, a także z zamiłowania do bioróżnorodności.
Zaproponował, że pokryje połowę kosztów ekspedycji. Z takim poparciem
łatwiej było Thomasowi pozyskać brakujące fundusze z ambasady Nowej
Zelandii i innych źródeł, w tym od francuskich władz, które dorzuciły
małą sumkę, z radością pozbywając się problemu.
Ucieszony, że kłopoty ma już za sobą, poleciał do Nowej Zelandii, gdzie
skontaktował się z zespołem na University of Otago, prowadzonym przez
Roberta Poulina, biologa ewolucyjnego, którego podziwiał i który był
również źródłem informacji o świerszczach. Od razu świetnie się zgrali.
Poulin, wysoki człowiek o miękkim, melodyjnym głosie i przyjaznym
usposobieniu, dorastał we francuskojęzycznej części Kanady, więc oprócz
zainteresowań naukowych miał z Thomasem dosłownie wspólny język. A jednak prace nad świerszczami nigdy nie zostały ukończone. Napotykali
przeszkody, przed którymi przestrzegała Moore, a które często zakłócają
badania nad manipulacjami pasożytniczymi -?owady te wychodziły ze swoich
norek tylko nocą i chowały się w niskich krzakach, a ich zielone
pancerzyki idealnie zlewały się z otoczeniem, trudno więc było je
zauważyć nawet tuż przed sobą. Mimo że członkowie ekipy przeczesywali
teren uzbrojeni w latarki, noc za nocą, często pełzając na czworakach
przez niskie chaszcze, znaleźli jedynie garść świerszczy zarażonych
robakami -?dużo poniżej liczby koniecznej do przeprowadzenia
eksperymentów, które dałyby wyniki statystycznie istotne. Po przejściach
z francuskimi władzami, przebywszy tysiące kilometrów, Thomas był
zmuszony przyznać się do porażki.
A że nie lubił marnować okazji, przerzucił się na inny projekt naukowy.
Zanim to jednak zrobił, wysłał swojemu koledze z uniwersytetu zdjęcie
robaka wysuwającego się z owada -?"Tak tylko chciałem Ci pokazać, czym
się obecnie zajmuję". Traf chciał, że kolega powiesił zdjęcie na tablicy
ogłoszeń w pokoju kawowym, gdzie zobaczył je pewien technik
laboratoryjny; jego kuzyn w Montpellier zajmował się czyszczeniem
basenów pływackich, które były pełne takich robaków. Kolega spiesznie
poinformował o tych nowinach Thomasa.
Thomas odniósł się do tego bardzo sceptycznie. Nowozelandzki pasożyt
jest tylko jednym z trzystu nitnikowców, jak naukowcy nazywają tę dużą
grupę nitkowatych organizmów, uznał zatem, że technik po prostu się
pomylił. Lecz po powrocie do Francji spotkał się z kuzynem tego
człowieka i dał mu słoik z alkoholem, do którego tamten miał wkładać
wszelkie robale, które znajdzie w basenie. Thomas podejrzewał, że już go
nie zobaczy, lecz tydzień później mężczyzna wrócił i to z pełnym
słoikiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki