Pasjans - Alice Oseman

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Wchodząc do świetlicy, zdaję sobie sprawę, że większość osób tutaj jest niemal martwa, ja też. Wiem z wiarygodnego źródła, że chandra po Gwiazdce to stan całkowicie normalny i nie powinniśmy się dziwić, że po tym "najszczęśliwszym" okresie w roku jesteśmy trochę otępiali i zdołowani, ale w gruncie rzeczy nie czuję się zasadniczo inaczej, niż czułam się w Wigilię czy w Boże Narodzenie albo w którykolwiek inny dzień od początku ferii świątecznych. Teraz wróciłam i jest kolejny rok. Nic się nie zdarzy.

- Tori - mówi Becky - wyglądasz trochę tak, jakbyś chciała ze sobą skończyć.

Ona i pozostałe dziewczyny z naszej paczki rozlokowały się w świetlicy na obrotowych krzesłach ustawionych wokół pulpitów komputerowych. Ponieważ to pierwszy dzień po przerwie, wszystkie sześć mocno popracowało nad fryzurami i makijażem, więc natychmiast czuję się gorsza.

Opadam na krzesło i filozoficznie kiwam głową.

- Zabawne, bo to prawda.

Becky patrzy na mnie jeszcze przez chwilę, ale niezbyt uważnie, i śmiejemy się z czegoś wcale nieśmiesznego. Potem Becky orientuje się, że jestem w nastroju nie do życia, więc odchodzi. Obejmuję się ramionami i zapadam w półsen.

Nazywam się Victoria Spring. Chyba powinniście się o mnie dowiedzieć, że wymyślam w głowie mnóstwo rzeczy, a potem się nimi martwię. Lubię spać i lubię blogować. Pewnego dnia umrę.

Rebecca Allen to teraz chyba moja jedyna prawdziwa przyjaciółka. Jest też prawdopodobnie moją najlepszą przyjaciółką. Nie mam jeszcze pewności, czy te dwa fakty się ze sobą wiążą. W każdym razie jest bardzo ładna i ma długie fioletowe włosy. Podobno jeśli masz fioletowe włosy, ludzie często na ciebie patrzą. Jeśli masz fioletowe włosy i jesteś ładna, ludzie często nie potrafią oderwać od ciebie wzroku i w efekcie stajesz się kimś powszechnie rozpoznawanym oraz nadzwyczaj popularnym w kręgu nastolatków; osobą, o której każdy twierdzi, że ją zna, chociaż przypuszczalnie nawet z tobą nie rozmawiał. Rebecca ma na Facebooku 2098 znajomych.

W tym momencie Becky rozmawia z inną dziewczyną z naszej paczki, Evelyn Foley. Evelyn uchodzi za "retro", bo ma niechlujną fryzurę i nosi naszyjnik z trójkątem.

- Ale naprawdę ważną kwestią - mówi Evelyn - jest to, czy istnieje erotyczne napięcie między Harrym i Malfoyem!

Nie jestem pewna, czy Becky naprawdę lubi Evelyn. Czasami myślę, że ludzie tylko udają, że kogoś lubią.

- Tylko w fanfikach, Evelyn - odpowiada Becky. - Proszę, zachowaj swoje fantazje dla siebie i swojego bloga.

Evelyn się śmieje.

- Mówię tylko, że Malfoy w końcu pomaga Harry'emu, prawda? W gruncie rzeczy jest miłym gościem, nie? Więc dlaczego przez siedem lat znęcał się nad nim? Niewątpliwy. Maskujący się. Homoseksualista. - Przy każdym słowie uderza dłonią o dłoń, co wcale nie podkreśla wagi jej słów. - To powszechnie uznany fakt, że ludzie dokuczają tym, którzy ich pociągają. Niekwestionowane zjawisko psychologiczne.

- Evelyn - mówi Becky. - Po pierwsze, nie podoba mi się idea fanek, że Draco Malfoy to piękna, udręczona dusza poszukująca odkupienia i zrozumienia. Po drugie, jedyną niekanoniczną parą, o której w ogóle warto dyskutować, jest Snily.

- Snily?!

- Snape i Lily.

Evelyn wydaje się głęboko urażona.

- Nie mogę uwierzyć, że odrzucasz Drarry, związek Draco i Harry'ego, skoro lansujesz związek Snape'a i Lily. Chodzi mi o to, że Drarry to przynajmniej realna możliwość. - Powoli kręci głową. - A Lily niewątpliwie wolała kogoś seksownego i wesołego, takiego jak James Potter.

- James Potter to efekciarski dupek. Zwłaszcza dla Lily. J.K. nie pozostawiła co do tego wątpliwości. I stara, jeśli pod koniec cyklu nie lubisz Snape'a, to znaczy, że umknęła ci cała idea Harry'ego Pottera.

- Gdyby istniało Snily, nie byłoby w ogóle Harry'ego Pottera.

- Bez Harry'ego Voldemort na przykład mógłby nie dokonać masowego ludobójstwa.

Becky odwraca się do mnie i Evelyn też. Domyślam się, że oczekują, bym wniosła coś do tego sporu.

Siadam prosto.

- Mówisz, że ponieważ to z winy Harry'ego zginęli wszyscy ci mugole i czarnoksiężnicy, byłoby lepiej, gdyby w ogóle nie było Harry'ego Pottera i żadnych książek ani filmów, niczego?

Odnoszę wrażenie, że rozwaliłam całą tę rozmowę, więc mamroczę, że przepraszam, ale muszę iść; wstaję z krzesła i wybiegam ze świetlicy. Czasami nienawidzę ludzi. To prawdopodobnie bardzo źle wpływa na moje zdrowie psychiczne.

*

W naszym miasteczku są dwie szkoły średnie: Harvey Greene, szkoła dla dziewcząt, powszechnie znana jako Higgs, i Truham, szkoła dla chłopców. Obydwie jednak przyjmują zarówno chłopców, jak i dziewczyny na rok dwunasty i trzynasty, dwa ostatnie lata szkoły, określane w całym kraju jako szósta klasa. Tak więc teraz, kiedy jestem na roku dwunastym, musiałam stawić czoło nagłemu napływowi męskiego gatunku. Chłopcy są w Higgs niczym mityczne stworzenia i jeśli któraś naprawdę ma chłopaka, stawia ją to na szczycie hierarchii towarzyskiej, ale co do mnie, to zbyt wiele myślenia czy gadania o "chłopcach" sprawia, że mam ochotę strzelić sobie w twarz.

Nawet gdyby ta kwestia mnie obchodziła, nie mamy możliwości afiszowania się - dzięki naszym oszałamiającym szkolnym mundurkom. Zazwyczaj w szóstej klasie nie wymaga się już ich noszenia, ale w Higgs szóstoklasiści są do tego zmuszani, i to do noszenia ohydnych, szarych mundurków, które pasują do tego nudnego miejsca.

Docieram do mojej szafki i znajduję na drzwiach różową samoprzylepną karteczkę, na której ktoś narysował strzałkę skierowaną w lewo, sugerującą, że być może powinnam spojrzeć w tamtym kierunku. Odwracam głowę w lewo. Kilka szafek dalej wisi następna kartka. I kolejna na ścianie na końcu korytarza. Ludzie przechodzą obok nich i w ogóle ich nie zauważają. Co mogę powiedzieć? Ludzie nie są spostrzegawczy. Nie miewają wątpliwości. Nie zastanawiają się nad déja vu, kiedy zdarza się usterka w Matriksie. Mijają na ulicy kloszardów, nie zwracając uwagi na ich nieszczęście. Nie stosują psychoanalizy wobec twórców krwawych horrorów, chociaż wszyscy oni prawdopodobnie są psycholami.

Zrywam z szafki kartkę i idę do następnej.

Czasami lubię wypełniać swoje dni drobnymi sprawami, które innych ludzi nie obchodzą. To daje mi poczucie robienia czegoś ważnego, głównie dlatego, że nikt inny tego nie robi.

To jeden z takich przypadków.

Zaczynam dostrzegać coraz więcej tych karteluszków. Jak powiedziałam, wszystkie dziewczyny je ignorują; zamiast tego zajmują się swoimi codziennymi sprawami, rozmawiają o chłopcach, strojach i innych bezsensownych rzeczach. Te z dziewiątego i dziesiątego roku przechadzają się w podwiniętych spódniczkach i skarpetkach sięgających ud. Wydają się zawsze takie szczęśliwe. Trochę ich przez to nie cierpię. Ale przecież nie cierpię mnóstwa rzeczy.

Na przedostatniej samoprzylepnej kartce, którą znajduję, widnieje strzałka skierowana w górę albo w przód. Kartka jest umieszczona na drzwiach zamkniętej sali komputerowej na pierwszym piętrze. Okienko w drzwiach zasłania czarna tkanina. Tę konkretną salę komputerową C16 zamknięto w zeszłym roku, aby ją odnowić, ale nie wygląda na to, by ktokolwiek choćby rozpoczął remont. Powiem wam prawdę, że budzi to we mnie jakby smutek, niemniej otwieram drzwi sali C16, wchodzę i zamykam je za sobą.

Całą przeciwległą ścianę zajmuje jedno długie okno, a tutejsze komputery to złom: ciężkie, toporne sześciany. Najwyraźniej przeniosłam się w czasie do lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku.

Znajduję na ścianie ostatnią kartkę, a na niej adres internetowy:

PASJANS.CO.UK

Na wypadek, gdybyście mieszkali w jaskini, pobierali edukację tylko w domu albo po prostu byli idiotami, wyjaśniam, że pasjans to gra karciana, w którą gra się samemu. Spędzałam przy niej dawniej czas w trakcie zajęć z informatyki i przypuszczalnie to bardziej rozwinęło moją inteligencję, niż gdybym uważała na lekcjach.

W tym momencie ktoś otwiera drzwi.

- Dobry Boże, erę komputerów najwyraźniej uważa się tutaj za kryminalne przestępstwo.

Odwracam się powoli.

W środku przy zamkniętych drzwiach stoi jakiś chłopak.

- Słyszę niesamowitą symfonię komutowanego połączenia - mówi dalej, błądząc wzrokiem po sali, i dopiero po kilku długich chwilach spostrzega wreszcie, że nie jest sam.

Wygląda zwyczajnie, nie jest brzydki, ale też nie olśniewająco przystojny. Najbardziej rzucają się w nim w oczy wielkie kwadratowe okulary w grubych oprawkach, podobne do tych w kinach 3D, z których dwunastolatki wydłubują soczewki i noszą same oprawki, ponieważ uważają, że wyglądają w nich odlotowo. Boże, nie cierpię, kiedy ludzie noszą takie okulary. Jest wysoki i ma przedziałek z boku głowy. W jednej ręce trzyma kubek, a w drugiej kartkę i rozkład lekcji.

Przygląda się mojej twarzy, oczy mu rozbłyskują i przysięgam, robią się dwa razy większe. Rzuca się w moją stronę jak lew na swoją ofiarę i cofam się niepewnie w obawie, że mnie kompletnie zmiażdży. Pochyla się tak, że jego twarz znajduje się o kilka centymetrów od mojej. Poprzez swoje odbicie w jego absurdalnie wielkich okularach widzę, że jedno oko ma niebieskie, a drugie zielone. Heterochromia.

Uśmiecha się maniakalnie.

- Victoria Spring! - wykrzykuje, wznosząc ręce.

Nic nie mówię ani nie robię. Boli mnie głowa.

- Jesteś Vitcoria Spring - mówi.

Podsuwa mi pod oczy kartkę. To fotografia. Moja. Pod spodem, drobnymi literami: "Victoria Spring, 11A". Wisiała w gablocie obok pokoju nauczycielskiego - na jedenastym roku byłam przewodniczącą klasy, głównie dlatego, że nikt inny nie chciał, więc się zgłosiłam. Wszystkich przewodniczących klas sfotografowano. Moje zdjęcie jest okropne, zrobiono je, zanim obcięłam włosy, więc wyglądam na nim trochę jak ta dziewczyna z filmu Ring. Jakbym w ogóle nie miała twarzy.

Patrzę w jego niebieskie oko.

- Zabrałeś je z gabloty?

Robi krok do tyłu, wycofując się z tej inwazji w moją prywatną przestrzeń. Nadal ma na twarzy ten uśmiech czubka.

- Obiecałem komuś, że pomogę cię odszukać. - Puka się planem lekcji w podbródek. - Facet jest blondynem... w wąskich spodniach... Chodzi tak, jakby był trochę nieprzytomny.

Nie znam żadnych facetów, a już z pewnością żadnego blondyna w wąskich spodniach.

Wzruszam ramionami.

- Skąd wiedziałeś, że tu jestem?

On też wzrusza ramionami.

- Nie wiedziałem. Wszedłem z powodu tej strzałki na drzwiach. Pomyślałem, że wygląda dość tajemniczo. I znalazłem ciebie! Cóż za zabawne zrządzenie losu!

Wypija łyk z kubka. Zaczynam się zastanawiać, czy nie jest szurnięty.

- Widziałem cię już wcześniej - oznajmia, wciąż się uśmiechając.

Przyglądam mu się uważnie. Niewątpliwie zauważyłabym go na którymś z korytarzy. Niewątpliwie zapamiętałabym te szkaradne okulary.

- Nie sądzę, żebym ja kiedykolwiek cię widziała.

- Wcale mnie to nie dziwi - odpowiada. - Jestem na trzynastym roku, więc nieczęsto mogłaś mnie widywać. I zacząłem chodzić do waszej szkoły dopiero od września. Dwunasty rok spędziłem jeszcze w Truham.

To wszystko wyjaśnia. Cztery miesiące to dla mnie za mało, żebym kogoś zapamiętała.

- A więc - pyta, pukając w kubek - o co tu chodzi?

Odstępuję na bok i bez entuzjazmu wskazuję kartkę na ścianie. Chłopak sięga ręką i odlepia ją.

- Pasjans.co.uk. Interesujące. No dobrze. Zaproponowałbym, żebyśmy włączyli któryś z tych komputerów i sprawdzili ten adres, ale prawdopodobnie wyzionęlibyśmy ducha, zanim załadowałaby się wyszukiwarka Internet Explorer. Założę się o każde pieniądze, że wszystkie te komputery używają Windowsów 95.

Siada na jednym z obrotowych krzeseł i wygląda przez okno na podmiejską okolicę. Wszystko płonie światłami niczym w pożarze. Widać stąd całe miasteczko, a dalej wiejski krajobraz. Zauważa, że ja też patrzę.

- Jakby ten widok ciągnął cię na zewnątrz, prawda? - mówi. Wzdycha do siebie. Jak dziewczyna. - Dziś rano w drodze do szkoły widziałem starego człowieka. Siedział na przystanku autobusowym, słuchał muzyki z iPoda, uderzał dłońmi w kolana i patrzył w niebo. Jak często widuje się coś takiego? Stary mężczyzna słuchający muzyki z iPoda. Ciekawe, czego słuchał? Można by sądzić, że muzyki klasycznej, ale mógł słuchać czegokolwiek. Zastanawiam się, czy to była smutna muzyka. - Unosi nogi i kładzie je skrzyżowane na stoliku. - Mam nadzieję, że nie.

- Smutna muzyka jest w porządku - mówię. - Słuchana z umiarem.

Odwraca się do mnie z krzesłem i poprawia krawat.

- Jesteś niewątpliwie Victorią Spring, prawda?

To powinno być pytanie, ale mówi tak, jakby wiedział to już od dawna.

- Tori - mówię celowo monotonnym głosem. - Mam na imię Tori.

Śmieje się - bardzo głośnym, wymuszonym śmiechem.

- Jak Tori Amos?

- Nie. - Milknę na chwilę. - Nie jak Tori Amos.

Wsadza ręce w kieszenie marynarki. Ja krzyżuję ręce na piersi.

- Byłaś tu już wcześniej? - pyta.

- Nie.

Kiwa głową.

- Ciekawe.

Szeroko otwieram oczy i potrząsam głową w jego kierunku.

- Co?

- Co "co"?

- Co jest ciekawe? - pytam tonem kompletnie pozbawionym zainteresowania.

- Oboje weszliśmy tu, szukając tego samego.

- Czyli czego?

- Odpowiedzi!

Unoszę brwi. Wpatruje się we mnie przez szkła okularów. Jego niebieskie oko jest jasne, niemal białe. To oko wydaje się mieć odrębną osobowość.

- Czyż tajemnice nie są zabawne? - mówi. - Nie ciekawi cię to?

I w tym momencie uświadamiam sobie, że chyba nie. Uświadamiam sobie, że mogłabym stąd wyjść i raz na zawsze zapomnieć o adresie pasjans.co.uk czy o tym irytującym wygadanym gościu.

Ale ponieważ chcę, żeby przestał traktować mnie tak cholernie protekcjonalnie, wyjmuję szybko z kieszeni szkolnego żakietu komórkę, wpisuję pasjans.co.uk.w pasek adresów i otwieram stronę internetową.

To, co pojawia się na wyświetlaczu, sprawia, że niemal wybucham śmiechem. Pusty blog. Blog trolla, jak przypuszczam.

Cóż za bezsensowny, bezsensowny dzień.

Gwałtownie podsuwam mu komórkę pod nos.

- Tajemnica rozwiązana, Sherlocku.

Z początku dalej się uśmiecha, jakbym żartowała, ale po chwili skupia spojrzenie na wyświetlaczu i z miną wyrażającą coś w rodzaju niedowierzania wyjmuje mi z ręki komórkę.

- To... pusty blog... - mówi nie do mnie, lecz do siebie.

I nagle (sama nie wiem, jak to się dzieje) zaczynam mu głęboko współczuć. Ponieważ wygląda tak cholernie smutno. Potrząsa głową i oddaje mi komórkę. Naprawdę nie wiem, co mam zrobić. On wygląda dosłownie jak ktoś, kto właśnie umarł.

- Ee... no... - Szuram nogami. - Pójdę już.

- Nie, nie, zaczekaj! - wykrzykuje.

Podrywa się z krzesła i staje naprzeciwko mnie.

Zapada znacząco niezręczna cisza.

Chłopak przygląda się uważnie mnie, potem fotografii, znowu mnie i znowu fotografii.

- Obcięłaś włosy!

Przygryzam usta, powstrzymując ironiczną ripostę.

- Tak - mówię po prostu. - Tak, obcięłam włosy.

- Były takie długie.

- Owszem.

- Dlaczego je obcięłaś?

Pod koniec letnich wakacji wybrałam się sama na zakupy, ponieważ potrzebowałam tylu bzdetów do szóstej klasy, a mama i tata byli zajęci całą tą ciągnącą się sprawą z Charliem, a ja po prostu chciałam znaleźć się z dala od niej. Zapomniałam jednak, jaka jestem kiepska w zakupach. Moja stara szkolna torba była podarta i brudna, więc łaziłam po eleganckich sklepach - River Island, Zara, Urban Outfitters, Mango i Accessorize. Ale wszystkie te ładne torby kosztowały co najmniej pięćdziesiąt funtów. Potem spróbowałam w tańszych sklepach - New Look, Primark i H&M - ale tam wszystkie torby były po prostu tandetne. Skończyło się na tym, że obeszłam te sklepy cholerny milion razy, zanim w końcu zrobiłam sobie krótki odpoczynek na ławce przy kawiarni Costa Coffee, w samym środku galerii handlowej. Zaczęłam rozmyślać o rozpoczęciu dwunastego roku i wszystkich rzeczach, które muszę zrobić, i wszystkich tych nowych osobach, które być może będę musiała poznać, i wszystkich ludziach, z którymi będę musiała rozmawiać, i zobaczyłam swoje odbicie w oknie wystawowym księgarni Waterstones. Zdałam sobie sprawę, że większą część twarzy mam zakrytą włosami i że kto, u Boga Ojca, chciałby rozmawiać ze mną taką, i poczułam wszystkie te włosy na czole i policzkach, i to, jak przylegają mi do ramion i pleców, i wydało mi się, że pełzają wokół mnie niczym robaki, dusząc mnie na śmierć. Zaczęłam oddychać bardzo szybko, więc poszłam prosto do najbliższego zakładu fryzjerskiego i kazałam obciąć je do ramion i tak, żeby odsłonić twarz. Fryzjerka nie chciała tego zrobić, ale stanowczo nalegałam. Wydałam na strzyżenie wszystkie pieniądze przeznaczone na szkolną torbę.

- Po prostu chciałam je skrócić - odpowiadam.

Podchodzi bliżej. Cofam się, szurając nogami.

- Ty nigdy nie mówisz tego, co myślisz, prawda? - rzuca.

Znowu się śmieję. Właściwie to tylko żałosne wypuszczanie powietrza z płuc, ale dla mnie liczy się jako śmiech.

- Kim ty jesteś? - pytam.

Chłopak nieruchomieje, potem odchyla się do tyłu, rozkłada ręce, jakby był Powtórnym Przyjściem Chrystusa, i oznajmia głębokim, dźwięcznym głosem:

- Nazywam się Michael Holden.

Michael Holden.

- A kim ty jesteś, Victorio Spring?

Nie przychodzi mi do głowy nic, co mogłabym powiedzieć, gdyż właśnie tym byłaby w istocie moja odpowiedź. Niczym. Jestem próżnią. Jestem pustką. Jestem niczym.

Ze szkolnego systemu nagłaśniającego rozbrzmiewa nagle donośny głos pana Kenta. Obracam się i spoglądam w górę na głośnik, z którego płyną słowa:

"Wszyscy szóstoklasiści mają się udać do świetlicy na krótkie zebranie".

Kiedy odwracam się z powrotem, pokój jest pusty. Stoję bez ruchu, jak przyklejona do dywanu. Otwieram dłoń i widzę, że mam w niej tę kartkę z adresem PASJANS.CO.UK. Nie wiem, w którym momencie trafiła z dłoni Michaela Holdena do mojej, ale tam jest.

I to chyba tyle.

Prawdopodobnie właśnie tak to się zaczęło.

Rozdział drugi

Olbrzymia większość nastolatków uczęszczających do Higgs to bezduszni, konformistyczni idioci. Udało mi się zintegrować z niewielką grupką dziewczyn, które uważam za "dobrych ludzi", jednak niekiedy miewam wrażenie, że być może jestem tu jedyną osobą obdarzoną świadomością, jak główny bohater w grze wideo, a reszta to wygenerowani komputerowo statyści, zdolni tylko do kilku określonych działań, takich jak "inicjowanie pustej rozmowy" i "powitalny uścisk".

Inna kwestia dotycząca nastolatków w Higgs, a może w ogóle większości nastolatków, jest taka, że wkładają bardzo mało wysiłku w dziewięćdziesiąt procent wszystkiego, co robią. Nie uważam, że to źle, ponieważ później w naszym życiu będzie mnóstwo okazji do "wysiłku", toteż obecnie zbyt usilne starania są marnowaniem energii, którą można zamiast tego wykorzystać na rzeczy tak wspaniałe jak spanie, jedzenie i pirackie ściąganie muzyki. Ja, podobnie jak wiele innych osób, nie przykładam się mocno do niczego. Pójście do świetlicy i zastanie tam setki nastolatków rozwalonych na krzesłach, stolikach i podłodze nie było niczym niezwykłym. Wyglądali wszyscy, jakby byli zamrożeni.

Kent jeszcze się nie zjawił. Podchodzę do Becky i reszty naszej paczki w kąciku komputerowym; są pogrążone w rozmowie o tym, czy Michael Cera właściwie jest atrakcyjny, czy nie.

- Tori. Tori. Tori - mówi Becky, klepiąc mnie raz za razem w ramię. - Możesz mnie w tym poprzeć. Widziałaś Juno, tak? Uważasz, że Cera jest słodki, prawda? - Uderza się dłońmi w policzki i jej oczy jakby wywracają się do wewnątrz. - Niegrzeczni chłopcy są najseksowniejsi, czyż nie?

Kładę dłonie na jej ramionach.

- Nie podniecaj się tak. Nie wszyscy uwielbiają Cerę tak jak ty.

Zaczyna paplać o filmie Scott Pilgrim kontra świat, ale właściwie jej nie słucham. Michael Cera nie jest tym Michaelem, o którym teraz rozmyślam.

Wykręcam się jakoś od tej rozmowy i zaczynam patrolować świetlicę.

Tak. Zgadza się. Szukam Michaela Holdena.

W tym momencie nie jestem w gruncie rzeczy pewna, dlaczego go szukam. Jak już chyba wspomniałam, nie interesuję się zbyt wieloma sprawami, a zwłaszcza nie interesuję się ludźmi, ale irytuje mnie, kiedy ktoś sądzi, że może rozpocząć rozmowę, a potem po prostu wstać i wyjść.

To nieuprzejme, wiecie?

Mijam wszystkie świetlicowe kliki. Kliki to banalne określenie, bardzo w stylu High School Musical, ale powodem jego banalności jest to, że one rzeczywiście istnieją. W zasadniczo żeńskiej szkole można z dużym prawdopodobieństwem przewidywać, że dziewczyny każdego roku podzielą się na trzy główne kategorie.

1. Ekspansywne doświadczone dziewczyny, które posługują się sfałszowanymi dowodami tożamości, by wchodzić do klubów, noszą stroje podpatrzone na szafiarskich blogach, często udają, że się głodzą, lubią sztuczną opaleniznę z solarium, palą dla pozy w towarzystwie albo nałogowo, nie mają nic przeciwko narkotykom, są oblatane w świecie. Zdecydowanie nie aprobuję takich osób.

2. Dziwaczki, które zdają się nie mieć żadnego pojęcia o gustownym ubieraniu się ani o tym, jak kontrolować swoje cudaczne zachowanie; które rysują na sobie nawzajem tatuaże piórami ścieralnymi i są fizycznie niezdolne do umycia włosów; dziewczyny, które w końcu lądują z chłopakami równie okropnymi jak one; dziewczyny, których wiek umysłowy jest przeciętnie o co najmniej trzy lata młodszy od wieku fizycznego. Te dziewczyny budzą we mnie wielki smutek, bo często mam wrażenie, że mogłyby być zupełnie normalne, gdyby się trochę postarały.

3. Tak zwane "normalne" dziewczyny. Mniej więcej połowa z nich ma stałych przeciętnych chłopaków. Znają trendy mody i popkultury. Są zazwyczaj miłe, niektóre ciche, niektóre głośne, lubią przebywać z przyjaciółmi, lubią dobre imprezy, lubią zakupy i kino, cieszą się życiem.

Nie twierdzę, że każda dziewczyna pasuje do którejś z tych grup. Bardzo się cieszę, że są wyjątki, ponieważ nienawidzę tego, że te grupy istnieją. To znaczy nie wiem, do której ja bym należała. Przypuszczam, że do trzeciej, ponieważ zdecydowanie taka właśnie jest nasza paczka. Ale z drugiej strony nie uważam się za bardzo podobną do którejkolwiek dziewczyny z naszej grupy. W ogóle nie uważam się za bardzo podobną do kogokolwiek.

Okrążam salę trzy lub cztery razy, po czym dochodzę do wniosku, że jego tu nie ma. Mniejsza z tym. Może tylko uroiłam sobie Michaela Holdena. Tak czy owak, nie obchodzi mnie to. Wracam do kąta naszej paczki, osuwam się na podłogę przy nogach Becky i zamykam oczy.

*

Drzwi się otwierają i do świetlicy wchodzi energicznym krokiem pan Kent, wicedyrektor szkoły, a za nim jego zwykła świta: panna Strasser, która jest zbyt młoda i ładna, żeby w ogóle być nauczycielką, oraz nasza przewodnicząca Zelda Okoro (wcale nie żartuję - ona naprawdę tak fantastycznie się nazywa). Kent to mężczyzna o ostrych rysach, którego najbardziej charakterystyczną cechą jest uderzające podobieństwo do Alana Rickmana; chyba jedyny naprawdę inteligentny nauczyciel w tej szkole. Jest też od ponad pięciu lat moim nauczycielem angielskiego, więc właściwie znamy się całkiem dobrze. Co przypuszczalnie jest trochę dziwne. Mamy również dyrektorkę, panią Lemaire, która jak wieść głosi, jest członkiem francuskiego rządu, co wyjaśnia, dlaczego prawie nigdy nie pojawia się w szkole.

- Proszę o chwilę ciszy - mówi Kent, stając przed interaktywną tablicą wiszącą na ścianie tuż pod mottem naszej szkoły: Confortamini in Domino et in potentia virtutis eius.

Odwraca się ku niemu morze osób w szarych mundurkach. Kent przez kilka chwil milczy. Bardzo często tak robi.

Becky i ja uśmiechamy się do siebie i zaczynamy liczyć sekundy. To nasza gra. Nie pamiętam, kiedy się zaczęła, ale ilekroć jesteśmy na szkolnym apelu czy na zebraniu szóstoklasistów albo czymś podobnym, obliczamy długość jego milczenia. Nasz rekord to siedemdziesiąt dziewięć sekund. Nie żartuję.

Kiedy dochodzimy do dwunastu sekund, Kent otwiera usta, żeby przemówić.

W tym momencie z głośnika zaczyna rozbrzmiewać muzyka.

To temat Dartha Vadera z Gwiezdnych wojen.

Wśród szóstoklasistów natychmiast narasta niepokój. Ludzie gwałtownie rozglądają się na boki i szepczą, zastanawiając się, dlaczego Kent puścił muzykę przez system nagłaśniający i dlaczego Gwiezdne wojny. Być może wygłosi nam wykład na temat precyzyjnego komunikowania się albo wytrwałości, albo empatii, albo umiejętności współdziałania, czemu poświęcona jest większość zebrań szóstych klas. Być może stara się podkreślić wagę przywództwa. Dopiero kiedy na ekranie za nim zaczynają się pojawiać obrazy, pojmujemy, co tu się naprawdę dzieje.

Najpierw twarz Kenta upodobniona cyfrowo do oblicza Yody. Potem Kent jako Hutt Jabba.

Potem jako księżniczka Leia w złocistym bikini.

Wszyscy szóstoklasiści wybuchają niepohamowanym śmiechem.

Prawdziwy Kent z surową miną, ale zachowując chłodne opanowanie, wymaszerowuje z sali. Skoro tylko w ślad za nim znika za drzwiami panna Strasser, ludzie zaczynają wędrować od grupki do grupki, komentując z radością wzrok Kenta, gdy na ekranie pojawiła się jego głowa na tułowiu Natalie Portman, uzupełniona cyfrowo o malunki białą farbą i ekstrawagancką fryzurę. Muszę przyznać, że to całkiem zabawne.

Kiedy z ekranu znika Kent jako Darth Maul, a muzyka płynąca z głośników nad naszymi głowami osiąga kulminację, na tablicy interaktywnej pojawiają się następujące słowa:

PASJANS.CO.UK

Becky otwiera tę stronę w komputerze, a reszta naszej paczki skupia się wokół niej, żeby lepiej widzieć. Na blogu trolla znajduje się teraz jeden post, dodany przed dwiema minutami - zdjęcie Kenta wpatrującego się z bezsilnym gniewem w tablicę interaktywną.

Wszystkie zaczynamy mówić. To znaczy wszystkie oprócz mnie. Ja tylko tam siedzę.

- Jakieś dzieciaki przypuszczalnie uznały to za sprytne - prycha Becky. - Prawdopodobnie pokazały to na swoich blogach i pomyślały, że zrobią zdjęcia i udowodnią swoim hipsterskim przyjaciołom, jakie są dowcipne i zbuntowane.

- No cóż, to rzeczywiście było sprytne - mówi Evelyn; to kolejna z regularnych demonstracji jej od dawna ugruntowanego kompleksu wyższości. - To naprawdę do niego przylgnie!

Przecząco potrząsam głową, gdyż nie było w tym niczego sprytnego oprócz umiejętności kogoś, kto zdołał płynnie przekształcić twarz Kenta w oblicze Yody. To Photoshopowy Talent.

Lauren uśmiecha się szeroko. Lauren Romilly pali dla szpanu w towarzystwie i ma usta trochę za duże w stosunku do twarzy.

- Widzę tu już facebookowe statusy. To prawdopodobnie przerwało strumień wiadomości na moim Twitterze.

- Chcę mieć to zdjęcie na moim blogu - ciągnie Evelyn. - Przydałoby mi się parę tysięcy więcej obserwujących.

- Daj spokój, Evelyn - prycha Lauren. - I tak już jesteś internetową sławą.

To mnie rozśmiesza.

- Po prostu umieść kolejne zdjęcie swoich nóg, Evelyn - mówię cicho. - Poprzednie zdjęcia były już reblogowane jakieś dwadzieścia tysięcy razy.

Tylko Becky mnie słyszy. Uśmiecha się do mnie, a ja w odpowiedzi do niej, co jest dość miłe, bo rzadko mam coś zabawnego do powiedzenia.

I to tyle. Mniej więcej wszystko, co o tym mówimy.

Po dziesięciu minutach sprawa jest już zapomniana.

Jednak prawdę mówiąc, ten żart trochę mnie rozstroił. Chodzi o to, że jako dziecko miałam prawdziwą obsesję na punkcie Gwiezdnych wojen. Chyba już od kilku lat nie oglądałam żadnego filmu z tego cyklu, ale teraz ta muzyka coś we mnie przywołała. Nie wiem co. Jakieś uczucie w piersi.

Uch, staję się sentymentalna.

Dam głowę, że ten, kto to zrobił, jest bardzo z siebie zadowolony. To sprawia, że jakby go nienawidzę.

Pięć minut później już prawie drzemię, z głową na pulpicie komputerowym i rękami odgradzającymi twarz od wszelkich form towarzyskich interakcji, gdy ktoś klepie mnie w ramię.

Wzdrygam się i wypatruję zaspanym wzrokiem, kto mnie pacnął. Becky spogląda na mnie dziwnie, fioletowe pasma włosów spływają kaskadami wokół jej twarzy. Mruga.

- Co? - pytam.

Wskazuje za siebie, więc patrzę.

Stoi tam gostek. Nerwowy, z twarzą wykrzywioną jakby grymasem uśmiechu. Orientuję się, co się dzieje, ale mój mózg nie całkiem akceptuje, że to możliwe, więc trzy razy otwieram i zamykam usta, zanim w końcu wykrztuszam:

- Chryste.

Gość podchodzi do mnie.

- Vi-Victoria?

Nie licząc mojego nowego znajomego, Michaela Holdena, tylko dwie osoby w moim życiu nazywały mnie Victorią. Jedną jest Charlie. A druga to:

- Lucas Ryan - mówię.

Znałam kiedyś chłopca, który nazywał się Lucas Ryan. Często płakał, ale lubił Pokémony tak jak ja. Powiedział mi kiedyś, że gdy dorośnie, chciałby mieszkać wewnątrz olbrzymiej bańki, bo mógłby latać wszędzie i wszystko zobaczyć, a ja mu powiedziałam, że to byłby okropny dom, ponieważ bańki są zawsze w środku puste. Na moje ósme urodziny dał mi breloczek do kluczy z Batmanem, na dziewiąte książkę Jak rysować mangę, na dziesiąte karty z Pokémonami, a na jedenaste podkoszulek z tygrysem.

Reaguję z opóźnieniem, bo jego twarz wygląda teraz całkiem inaczej. Zawsze był mniejszy ode mnie, ale teraz przerasta mnie co najmniej o głowę i najwyraźniej przeszedł mutację. Zaczynam szukać w nim czegoś z tamtego jedenastoletniego Lucasa Ryana, ale znajduję tylko szarawe włosy, chude kończyny i speszoną minę.

No i to on jest tym "blondynem w wąskich spodniach".

- Chryste - powtarzam. - Cześć.

Uśmiecha się, a potem wybucha śmiechem. Pamiętam ten śmiech. Rozbrzmiewa cały w klatce piersiowej. Śmiech piersiowy.

- Cześć - mówi i znowu się uśmiecha.

Miłym uśmiechem, spokojnym.

Zrywam się gwałtownie na nogi i mierzę go wzrokiem od stóp do głów. To rzeczywiście on.

- To rzeczywiście ty - mówię i muszę się pohamować, żeby nie poklepać go po plecach, po prostu by się upewnić, że on naprawdę tu jest i tak dalej.

Śmieje się, mrużąc oczy.

- To rzeczywiście ja!

- D-dla-dlaczego tu jesteś?

Zaczyna wyglądać na zakłopotanego. Pamiętam go takim.

- Opuściłem Truham pod koniec ubiegłego trymestru - mówi. - Wiedziałem, że chodzisz tutaj, więc... - Skubie kołnierzyk. Dawniej też tak robił. - Ee... pomyślałem, że spróbuję cię odszukać. Bo nie mam tu żadnych przyjaciół. Więc... ee... no tak. Cześć.

Chyba powinniście wiedzieć, że nigdy nie potrafiłam nawiązywać przyjaźni i szkoła podstawowa nie była wyjątkiem. W trakcie tamtych siedmiu lat zawstydzającego towarzyskiego odrzucenia zyskałam tylko jednego przyjaciela. Jednak chociaż niechętnie wracam pamięcią do czasów podstawówki, była tam jedna dobra rzecz, która prawdopodobnie trzymała mnie przy życiu - dyskretna przyjaźń Lucasa Ryana.

- Rany - wtrąca się Becky, węsząc potencjalny temat plotki. - Skąd się znacie?

Teraz też czuję się zakłopotana, ale Lucas naprawdę się peszy. Odwraca się do Becky i oblewa rumieńcem, a ja niemal wstydzę się za niego.

- Z podstawówki - mówię. - Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi.

Becky unosi umalowane brwi.

- Nie móóów?! - wykrzykuje. Znowu patrzy na nas oboje, a potem koncentruje spojrzenie na Lucasie. - No cóż, chyba cię zastępuję. Jestem Becky. - Wskazuje ręką wokoło. - Witam w Krainie Ucisku.

Lucas wydusza piskliwie:

- Jestem Lucas.

Odwraca się znowu do mnie.

- Powinniśmy pogadać o wszystkim, co się nam od tamtego czasu zdarzyło - mówi.

Czy tak właśnie wygląda odrodzona przyjaźń?

- Tak... - zaczynam. Szok drenuje mój zasób słów. - Tak.

Ludzie zaczęli wyciekać z zebrania szóstych klas, gdyż żaden z nauczycieli nie wrócił, a zaczęła się już pierwsza lekcja.

Lucas kiwa mi głową.

- Ee... naprawdę nie chcę się spóźnić na moje pierwsze zajęcia tutaj ani nic w tym rodzaju, ten dzień i tak już jest dość dziwny, ale wkrótce porozmawiamy, co? Znajdę cię na Facebooku.

Becky spogląda ze sporym niedowierzaniem za oddalającym się Lucasem i łapie mnie mocno za ramię.

- Tori przed chwilą rozmawiała z chłopcem! Nie - Tori przed chwilą z własnej woli odbyła rozmowę. Chyba się rozpłaczę.

- No już dobrze - mówię. Gładzę ją po ramieniu. - Bądź silna. Przetrwasz to.

- Jestem z ciebie nadzwyczaj dumna. Czuję się jak dumna mama.

Prycham.

- Potrafię prowadzić rozmowy. Jak nazwiesz to, co teraz robimy?

- Ja jestem jedynym wyjątkiem. Wobec wszystkich innych ludzi jesteś równie towarzyska jak kartonowe pudło.

- Może jestem kartonowym pudłem.

Obie się śmiejemy.

- Zabawne... bo to prawda - mówię i znowu się śmieję, przynajmniej na zewnątrz. Cha, cha, cha.

Rozdział trzeci

Pierwsze, co robię po powrocie ze szkoły do domu, to padam na łóżko i włączam laptopa. Tak się dzieje każdego dnia. Możecie być pewni, że jeśli nie jestem w szkole, mam laptopa w pobliżu, w promieniu dwóch metrów od serca. To moja bratnia dusza.

Kilka miesięcy temu doszłam do wniosku, że jestem o wiele bardziej blogiem niż osobą. Nie wiem, kiedy zaczęło się to blogowanie, i nie wiem, kiedy ani dlaczego też założyłam tę stronę internetową, ale nie potrafię sobie przypomnieć, co robiłam przedtem, i nie wiem, co bym robiła, gdybym ją usunęła. Mocno żałuję, że to rozpoczęłam, naprawdę. To dość kłopotliwe. Ale to jedyne miejsce, w którym zdarza mi się natrafiać na ludzi mniej więcej takich jak ja. Ludzie mówią tu o sobie tak, jak nie robi się tego w realu.

Jeśli ją usunę, myślę, że chyba zostanę kompletnie sama.

Nie bloguję po to, żeby zyskać więcej obserwujących ani nic w tym rodzaju. Nie jestem Evelyn. Chodzi o to, po prostu, że w realu nie jest społecznie akceptowane mówienie na głos dołujących rzeczy, bo ludzie myślą, że chcesz w ten sposób zwrócić na siebie uwagę. Nienawidzę tego. Tak więc chcę powiedzieć, że jest miło, kiedy możesz mówić, cokolwiek zechcesz. Nawet jeśli tylko w internecie.

Odczekawszy sto miliardów lat, aż strona internetowa się załaduje, spędzam potem kawał czasu nad moim blogiem. Jest parę głupich anonimowych wiadomości - kilkoro spośród obserwujących wkurzył jeden z beznadziejnych kawałków, jakie umieściłam. Potem sprawdzam Facebooka. Dwa powiadomienia - Lucas i Michael przysłali prośby o dodanie ich do listy znajomych. Akceptuję obydwu. Następnie zaglądam do skrzynki mejlowej. Nie ma niczego nowego.

A później znowu sprawdzam blog Pasjans.

Nadal wisi tam zdjęcie Kenta z komicznie bezradną miną, ale oprócz tego jedyną zmianą w blogu jest tytuł. Teraz brzmi:

Pasjans: Cierpliwość zabija.

Nie wiem, o co chodzi tym ludkom z Pasjansa, ale "Cierpliwość zabija" to najgłupsze naśladownictwo tytułu filmu z Jamesem Bondem, jakie kiedykolwiek słyszałam. Brzmi jak nazwa strony zakładów internetowych.

Wyjmuję z kieszeni kartkę samoprzylepną z napisem PASJANS.CO.UK i umieszczam ją dokładnie pośrodku jedynej pustej ściany w moim pokoju.

Myślę o dzisiejszym spotkaniu z Lucasem i przez krótką chwilę czuję znowu coś jakby nadzieję. Sama nie wiem. Mniejsza z tym. Nie mam pojęcia, dlaczego zawracam sobie tym głowę. Nie wiem nawet, dlaczego poszłam za tymi strzałkami do sali komputerowej. Na litość boską, nie wiem, dlaczego robię cokolwiek.

W końcu zdobywam się na to, żeby wstać, zwlec się po schodach i napić się czegoś. Mama siedzi w kuchni przy komputerze. Jest bardzo podobna do mnie, jeśli się nad tym zastanowić. Jest zakochana w wyszukiwarce Internet Explorer, tak jak ja jestem zakochana w Chrome. Pyta, jak minął mi dzień, ale tylko wzruszam ramionami i mówię, że w porządku, gdyż jestem całkiem pewna, że nie obchodzi jej, co odpowiem.

Właśnie dlatego, że jesteśmy tak podobne, właściwie przestałyśmy ze sobą rozmawiać. A kiedy czasem jednak rozmawiamy, usiłujemy znaleźć jakikolwiek temat albo się złościmy, więc chyba osiągnęłyśmy porozumienie co do tego, że naprawdę nie ma sensu dalej próbować. Nie martwi mnie to zbytnio. Tata jest dość rozmowny, nawet jeśli to, co mówi, nie ma żadnego związku z moim życiem, a poza tym mam Charliego.

Dzwoni telefon stacjonarny.

- Odbierz, dobrze? - mówi mama.

Nienawidzę telefonu. To najgorszy wynalazek w historii świata, ponieważ wymaga od ciebie mówienia. Nie możesz po prostu słuchać i w odpowiednich chwilach kiwać głową. Musisz rozmawiać. Nie masz wyjścia. Odbiera mi wolność milczenia.

Podnoszę jednak słuchawkę, gdyż nie jestem okropną córką.

- Halo - mówię.

- Tori, to ja. - To Becky. - Dlaczego, u diabła, odbierasz telefon?

- Postanowiłam przemyśleć na nowo mój stosunek do życia i stać się całkiem inną osobą.

- Powtórz to!

- Dlaczego do mnie dzwonisz? Nigdy tego nie robisz.

- Stara, to jest stanowczo zbyt ważne, żeby wysłać esemesa.

Zapada cisza. Oczekuję, że Becky będzie kontynuowała, lecz ona zdaje się czekać, aż ja się odezwę.

- No więc...

- Chodzi o Jacka.

Ach.

Becky zadzwoniła w związku ze swoim prawie chłopakiem Jackiem.

Bardzo często mi to robi. To znaczy, nie że dzwoni, tylko że rozprawia o rozmaitych swoich prawie chłopakach.

Becky mówi, a ja w stosownych miejscach wtykam moje "aha", "taak" i "o mój Boże". Jej głos trochę zanika, gdy odpływam i wyobrażam sobie siebie jako ją. Jako uroczą, szczęśliwą, wesołą dziewczynę, która co najmniej dwa razy w tygodniu jest zapraszana na imprezy i potrafi w dwie sekundy rozpocząć rozmowę. Wyobrażam sobie, jak wchodzę na imprezę - dudniąca muzyka, każdy z butelką w ręku - i z jakiegoś powodu tłum skupia się wokół mnie. Ja się śmieję, jestem w centrum uwagi. W oczach wszystkich błyszczy podziw, gdy opowiadam kolejną z moich histerycznie żenujących historii, może o tym, jak się upiłam, albo o byłym chłopaku, albo po prostu o czasie, kiedy robiłam coś istotnego, a wszyscy się dziwią, jak udało mi się przeżyć taki oryginalny, pełen przygód, beztroski okres dojrzewania. Każdy mnie obejmuje. Każdy chce wiedzieć, co szykuję. Kiedy tańczę, wszyscy tańczą; kiedy siadam, gotowa wyjawić swoje sekrety, ludzie otaczają mnie kręgiem; kiedy wychodzę, impreza gaśnie i zdycha jak zapomniany sen.

- ...możesz się domyślić, o czym mówię - ciągnie Becky.

Naprawdę nie mogę.

- Kilka tygodni temu - Boże, powinnam była ci o tym powiedzieć - uprawialiśmy seks!

Zastygam w bezruchu, gdyż to mnie zaskakuje. Potem uświadamiam sobie, że od dawna się na to zanosiło. Zawsze szanowałam Becky za to, że jest dziewicą, chociaż to trochę pretensjonalne, jeśli się nad tym zastanowić. Chodzi mi o to, że każda z nas ma już co najmniej szesnaście lat, a Becky prawie siedemnaście, i jeśli ktoś chce uprawiać seks, to w porządku, nie mam nic przeciwko temu, to nie zbrodnia. Ale jednak to, że obie byłyśmy dziewicami - sama nie wiem. To chyba czyniło nas równymi w jakiś pokręcony sposób. I oto teraz w kolejnej rzeczy zajmuję drugie miejsce.

- No cóż... - Nie ma dosłownie niczego, co mogłabym na ten temat powiedzieć. - W porządku.

- Osądzasz mnie. Uważasz mnie za puszczalską.

- Nie!

- Czuję to. Mówisz swoim potępiającym tonem.

- Wcale nie!

Zapada cisza. Co można powiedzieć na coś takiego? "Dobra robota?". "Świetnie się spisałaś?".

Zaczyna tłumaczyć, że Jack ma przyjaciela, który rzekomo byłby "idealny" dla mnie. Myślę, że to nieprawdopodobne, chyba że jest kompletnie niemy, ślepy albo głuchy. Albo wszystko naraz.

Po zakończeniu rozmowy odkładam słuchawkę i po prostu stoję w kuchni. Mama nadal stuka w klawiaturę, a mnie znowu zaczyna ogarniać poczucie, że cały ten dzień był bez sensu. W głowie pojawia mi się obraz Michaela Holdena, potem Lucasa Ryana, a potem bloga Pasjans. Postanawiam, że muszę porozmawiać z bratem.

Mój brat Charles Spring ma piętnaście lat i jest na jedenastym roku w szkole średniej Truham. Według mnie jest najmilszą osobą w historii wszechświata, choć wiem, że słowo "miły" nic nie znaczy, ale właśnie to czyni je tak mocnym. Bardzo trudno być po prostu "miłym", gdyż mnóstwo spraw może ci w tym przeszkodzić. Kiedy Charlie był mały, nie chciał wyrzucać żadnej ze swoich rzeczy, ponieważ uważał wszystkie za wyjątkowe. Każdą książeczkę dla dzidziusiów. Każdy podkoszulek, z którego wyrósł. Każdą beznadziejną grę planszową. Przechowywał to wszystko w swoim pokoju w niebotycznie wysokich stertach, gdyż każda rzecz miała dla niego jakieś znaczenie. Kiedy pytałam go o któryś przedmiot, mówił mi, jak znalazł go na plaży albo jak odziedziczył po naszej babci, albo że kupił w londyńskim zoo, kiedy miał sześć lat.

Mama i tata usunęli większość tych śmieci, kiedy w zeszłym roku zachorował - przypuszczam, że go to dręczyło i że dręczyła go też cała masa innych spraw (przede wszystkim jedzenie i gromadzenie rzeczy), i że to naprawdę zaczęło go rozwalać; ale teraz to już się skończyło. Czuje się lepiej, jednak pozostał tym samym dzieciakiem, który uważa wszystko za wyjątkowe. Taki właśnie jest Charlie.

W salonie Charlie, jego chłopak Nick i mój drugi brat Oliver robią coś zupełnie niezrozumiałego. Mają kartonowe pudła - naprawdę, jest ich tam około pięćdziesięciu! - ustawione w stosy w całym pokoju. Wygląda na to, że Oliver, który ma siedem lat, kieruje tą operacją, a Nick i Charlie budują z pudeł rodzaj konstrukcji wielkości szopy. Stosy pudeł sięgają sufitu. Oliver musi stać na sofie, żeby nadzorować budowę.

W końcu Charlie obchodzi wokoło ten niewielki kartonowy budynek i zauważa mnie w drzwiach.

- Victoria!

Szeroko otwieram oczy.

- Mogę zapytać, co się tu dzieje?

Rzuca mi takie spojrzenie, jakbym powinna wiedzieć.

- Budujemy traktor dla Olivera.

Kiwam głową.

- Oczywiście. Tak. To całkiem jasne.

Podchodzi Nick. Nicholas Nelson z dwunastego roku jak ja jest jednym z tych chłopaków macho, którzy grają w rugby, piją piwo, przeklinają i tak dalej, ale ma też najbardziej udaną kombinację imienia i nazwiska, o jakiej kiedykolwiek słyszałam, co sprawia, że nie mogę go nie lubić. Naprawdę nie pamiętam, kiedy Nick i Charlie stali się parą Nick-i-Charlie, ale Nick jako jedyny odwiedzał Charliego w czasie choroby, więc dla mnie jest zdecydowanie w porządku.

- Witaj, Tori - mówi i z powagą kiwa do mnie głową. - Dobrze, że jesteś. Potrzebujemy więcej darmowej siły roboczej.

- Tori, podaj taśmę klejącą! - woła z góry Oliver, tylko że wymawia: "taszmę klejączą", ponieważ niedawno stracił dwa przednie zęby.

Podaję mu taśmę Sellotape, a potem wskazuję na pudła i pytam Charliego:

- Skąd je wszystkie wzięliście?

Charlie tylko wzrusza ramionami i odchodzi, mówiąc:

- To Olivera, nie moje.

Tak więc kończy się na tym, że buduję w naszym salonie kartonowy traktor.

Kiedy jest gotowy, Charlie, Nick i ja siadamy w środku i podziwiamy nasze dzieło. Oliver obchodzi traktor i rysuje na nim markerem koła, plamy błota oraz karabiny maszynowe "na wypadek, gdyby krowy przeszły na ciemną stronę Mocy". Prawdę mówiąc, to dość pokojowe. Na każdym pudle jest nadrukowana duża czarna strzałka skierowana w górę.

Charlie opowiada mi, jak mu minął dzień. Uwielbia mi o tym mówić.

- Saunders zapytał, jacy są nasi ulubieni muzycy, i ja powiedziałem, że grupa Muse, i aż trzy osoby spytały mnie, czy lubię ich z powodu muzyki do Zmierzchu. Najwyraźniej nikt nie wierzy, że można mieć jakieś oryginalne zainteresowania.

Marszczę brwi.

- Chciałabym spotkać chłopaka, który rzeczywiście widział Zmierzch. Czy wy obaj nie żyjecie w królestwie rozgrywek piłkarskich o Puchar Anglii i Family Guya?

Nick wzdycha.

- Tori, znowu generalizujesz.

Charlie szybko odwraca głowę ku niemu.

- Nicholas, bądźmy szczerzy, ty rzeczywiście oglądasz głównie mecze Pucharu Anglii i Family Guya.

- Czasami oglądam też Puchar Sześciu Narodów.

Wszyscy chichoczemy, a potem zapada krótka, niezręczna cisza, podczas której kładę się na plecach i patrzę w kartonowy sufit.

Zaczynam opowiadać im o dzisiejszym numerze w szkole. A to przypomina mi o Lucasie i Michaelu Holdenie.

- Spotkałam dziś znowu Lucasa - mówię. Nie mam nic przeciwko opowiadaniu czegoś takiego Nickowi i Charliemu. - Zaczął chodzić do naszej szkoły.

Nick i Charlie równocześnie mrugają ze zdziwienia.

- Lucas Ryan... Ten Lucas Ryan z podstawówki? - pyta Charlie, marszcząc brwi.

- Lucas Ryan opuścił Truham? - upewnia się Nick i też marszczy brwi. - Szlag. Zamierzałem ściągać od niego na próbnym egzaminie z psychologii.

Obaj znacząco kiwają do siebie głowami.

- Poznałam też gościa nazywającego się Michael Holden.

Nick, który właśnie pije herbatę, krztusi się i prycha do kubka. Charlie uśmiecha się szeroko i zaczyna chichotać.

- Co? Znacie go?

Nick dochodzi do siebie na tyle, by móc mówić, chociaż nadal kaszle co kilka słów.

- Pieprzony Michael Holden. Cholera. On przejdzie do legendy Truham.

Charlie spuszcza głowę, ale dalej na mnie patrzy.

- Nie zaprzyjaźniaj się z nim. Prawdopodobnie jest obłąkany. W Truham wszyscy go unikali z powodu jego zaburzeń psychicznych.

Nick mówi, klepiąc Charliego w kolano:

- Z drugiej strony ja zaprzyjaźniłem się z kimś chorym umysłowo i okazało się to całkiem interesujące.

Charlie prycha i daje Nickowi po łapie.

- Pamiętasz, jak próbował namówić wszystkich na jedenastym roku na zorganizowanie dla zgrywy flash mobu? - mówi Nick. - I jak w końcu zrobił to sam na stolikach w szkolnej stołówce?

- Albo jak na dwunastym roku jako dyżurny odpowiedzialny za dyscyplinę wygłosił mowę o niesprawiedliwości władzy? - dodaje Charlie. - Tylko dlatego, że został ukarany za tę sprzeczkę z panem Yatesem podczas próbnych egzaminów!

On i Nick śmieją się na cały głos.

To potwierdza moje podejrzenie, że Michael Holden nie jest osobą, z którą chciałabym się kiedykolwiek zaprzyjaźnić.

Charlie podnosi wzrok na Nicka.

- On jest gejem, tak? Słyszałem, że jest gejem.

Nick wzrusza ramionami.

- No, podobno trenuje jazdę figurową na łyżwach, więc to nie jest całkiem wykluczone.

- Hm. - Charlie pochmurnieje. - Myślałem, że znamy wszystkich gejów w Truham.

Milkną obaj i patrzą na mnie.

- Posłuchaj - mówi Nick, machając ku mnie ręką. - Lucas Ryan to supergość. Ale z Michaelem Holdenem jest coś nie w porządku. To znaczy nie zdziwiłoby mnie, gdyby to on był odpowiedzialny za ten dzisiejszy numer w waszej szkole.

Problem w tym, że nie sądzę, by Nick miał rację. Nie mam na to żadnego dowodu. Nie jestem nawet pewna, dlaczego tak myślę. Może to ma coś wspólnego ze sposobem, w jaki mówił Michael Holden - jakby wierzył w każde swoje słowo. Może dlatego, że posmutniał, kiedy mu pokazałam pusty blog Pasjansa. Albo może chodzi o coś innego, coś bezsensownego, na przykład o kolor jego oczu czy ten idiotyczny przedziałek, albo o to, jak zdołał wsunąć mi w dłoń tę samoprzylepną kartkę, chociaż nie pamiętam, żebyśmy w ogóle się dotknęli. Może po prostu dlatego, że on jest zanadto nie taki jak trzeba.

Gdy o tym rozmyślam, Oliver wchodzi do traktora i siada mi na kolanach. Głaszczę go czule po głowie i daję mu resztę mojej dietetycznej lemoniady, ponieważ mama nie pozwala mu jej pić.

- Sama nie wiem - odzywam się. - Prawdę mówiąc, założyłabym się, że to zrobił jakiś blogujący dupek.