Pas Oriona - Jarosław Januszewicz

-
Proszę czekać

Rozdział trzeci: Fotony, bulwa i karminadle

Dzidka bujała się lekko w fotelu przy oknie. W dłoni trzymała szklankę wody. Na powierzchni unosił się plasterek cytryny - chwila wytchnienia od upału. Lato w mieście wszystkim dawało się we znaki. Przyłożyła szklankę do policzka. Chłód szkła przyjemnie orzeźwiał twarz. Uchyliła szerzej okno. Za szybą rozciągał się plac Wolności. Powietrze było gęste, niemal drgające od skwaru. Lipcowe światło wpadało do środka i miękko rozlewało się po wzorzystych ścianach malowanych wałkiem.

Piękne fotony - pomyślała. Niosą energię i światło.

Zmoczyła spierzchnięte usta i przez chwilę patrzyła, jak cząsteczki światła przeciskają się leniwie przez firanki, układając się w migotliwy wzór. Znała ten widok od dziecka - tak samo jak pęknięcia farby na suficie. Kiedyś, przed snem, snuła do nich opowieści. Opowieści sufickie, jak na nie mówiła - małe baśnie utkane ze światła i pęknięć na suficie. Była wtedy pewna, że świat odpowiada na jej szept. Ale to było kiedyś. Ze ściany dobiegało ciche tykanie zegara.

- Hej, Stary! - zawołała.

Tak go kiedyś nazwała i tak już zostało. Stary dziadzio, zmęczony odmierzaniem tych wszystkich godzin i lat, sprawiał wrażenie, że czas płynął tu nieco wolniej, podczas gdy tam, na zewnątrz, nowoczesność pędziła niczym cyfrowy wariat. Nie miała serca niczego tu ruszać. Wszystko trwało jak dawniej, jakby babcia miała zaraz wrócić z zakupów.

W końcu coś trzeba będzie postanowić. Ale jeszcze poczekajmy - pomyślała. Jeszcze się nie śpieszmy...

W powietrzu unosił się wciąż subtelny zapach lawendy, a drewniana podłoga zdawała się pamiętać babcine kroki. Na stole leżała sfatygowana książka O sztuce. Czytały ją razem, gdy była jeszcze mała. W kącie, na podłodze, stało pudło z grami. W sam raz na długie, jesienne wieczory. Czego chcieć więcej?

Zerknęła na półki. Znała te książki na pamięć. Czytała je nocami przy latarce. Uwielbiała litery - składać je w słowa, a słowa w zdania. Aż w końcu świat literatury się przed nią otworzył - i nie wypuścił jej już nigdy. A teatr... ten odkrył przed nią jakby drugi, równoległy świat. Babcia zabierała ją do Ateneum. Atmosfera przed spektaklem, foyer wypełnione ludźmi. To było to! Lalki w gablotach, scenografie... A najbardziej zapamiętała Dziadkado orzechó w - pewnie dlatego, że trochę bała się Króla Myszy. Babcia w końcu odeszła, lecz nikt się nie spodziewał, że wkrótce i po mamie zostanie jedynie fotografia.Z radia popłynęła melodia, którą znała od dziecka.

Anna Jantar. Tyle słońca w całym mieście - rozpoznała od razu. Też Anna - jak mama.

Anna lubiła stare przeboje. Piosenki w ogóle kiedyś były jakieś lepsze. Dzidka wolała jednak Natalię, która poszła w ślady matki. Puszek okruszek był przebojem jej dzieciństwa. Wciąż miała tę starą kasetę i magnetofon po mamie.

Ciekawe, że dzieci podążają śladem rodzicó w. Drepczemy jak małe kaczki, jedna za drugą. Wystarczy, ż e duża p ó jdzie przodem, a już reszta powtarza każdy jej krok. Idą szeregiem, kwacząc tak samo. Kwa, kwa...

Zegar wskazywał już prawie czternastą. Tomek powinien być lada moment. Był gliniarzem zwalczającym przestępczość zorganizowaną, więc raczej kimś, przed kim nic dłużej nie ukryjesz. A jednak nie powiedziała mu wszystkiego. Prawdę mówiąc, to nie powiedziała mu nic. Być może przyjdzie na to czas. Na wszystko w końcu przychodzi. Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze poczekajmy...

Tomek był z Poznania. Przeprowadził się tu niedawno i mówił o sobie, że jest szkiełem. Brzmiało to trochę komicznie, choć już wcześniej spotkała się z tym określeniem w książce o milicjantach. Fajnie jest czytać kryminał, którego akcja choć przez chwilę toczy się w twojej okolicy - tym bardziej, że tamte czasy minęły bezpowrotnie. Nie spodziewała się jednak, że pozna kiedyś prawdziwego, poznańskiego szkieła. A jednak. I stało się to właśnie w tym klubie. Stała zrezygnowana jak przed betonowym murem z jej snu. Ciągnął się od horyzontu po horyzont, a wokół nie było nic. I wtedy na siebie wpadli. Niby przypadkiem, ale teraz nie była już tego taka pewna. Od razu wyczuła, że jest psem, jak we śnie, gdzie nie wszyscy są tymi, za kogo się podają. Tylko ciekawe, za czym tam węszył? Zapytany nawet nie zaprzeczył, tylko warknął cicho. Coś w rodzaju: żeby nikomu nie mówić.

Dla bezpieczeństwa. Jasne. Miejsce szemrane, a licho nie śpi - wiadomo, jak jest. Tyle że to pies. A pies, jak to pies - niewiele ci powie. I jeszcze ten antykwariusz z Bytomia. Nic w nim nie gra. Jego oczy mówią więcej niż usta. Generał? Akurat. Chyba spod celi.

Że niby miłośnik sztuki... Już to widzę. Typ spod ciemnej gwiazdy jak nic. Czarna dziura, która pochłania przestrzeń i czas - wystarczy, że raz okażesz słabość i po tobie. Im bliżej, tym trudniej się wyrwać. Mroczne to wszystko. Łatwo nazwać - trudniej poskładać.

A jeśli ten, który ma przyjechać... to ten ze zdjęcia? Wtedy bingo. Ale lepiej mieć się na baczności. Śmierdzi to wszystko gorzej niż te popielniczki. Cały klub - wiadomo, przykrywka. Jeszcze nic pod nią nie widać, ale jak się porządnie zamiesza... kto wie, co jeszcze wypłynie.

Usłyszała gwałtowne pukanie.

Chyba nie Tomek. Przecież dałam mu klucze...

Wstała i podeszła do dużych, dwuskrzydłowych drzwi. Wyjrzała przez judasza. Pusto. Nikogo. Uchyliła i wyjrzała na korytarz. Cisza.

Dziwne. Wcześniej włos, a teraz to...

Ostatnio, wychodząc z mieszkania, wsunęła włos we framugę. Słyszała gdzieś, że włamywacze sprawdzają w ten sposób, czy ktoś wraca do domu. Taki sposób na wytypowanie lokalu do obrobienia. Potem, na mieście, dopadło ją to dziwne uczucie - że ktoś ją obserwuje. Jakby coś ją dotykało wzrokiem. Niby niemożliwe, a jednak... Sprawdzić nie zaszkodzi. No i proszę - wróciła, a włos zniknął. Długi, rudy. A przecież zamknęła na wszystkie spusty. W mieszkaniu nic nie wskazywało na obecność intruza. Wszystko było na swoim miejscu, drzwi zamknięte, żadnych śladów. I teraz znowu to poczuła - to nieprzyjemne uczucie, które już znała. Jakby coś lepkiego usiadło jej na karku.

Brrr... Dziwne. Przecież nie zwariowałam. Musi być jakieś logiczne wyjaśnienie.

Zamknęła drzwi i poszła do kuchni. Umyła kilka ziemniaków. Wyjęła garnek. Podstawiła kubeł i usiadła - jak dawniej babcia - na drewnianej ryczce. Codzienne, zwykłe czynności. To ją uspokajało.

Taki ziemniak - pomyślała, ważąc w dłoni niewielką bulwę.

Niby nic. A ile pokoleń babć, prababć i praprababek trzymało go w swych dłoniach i po prostu obierało - odwieczny ziemniak.

Tylko cienko - tak uczyłaś mnie, pamiętasz?

Uśmiechnęła się. Brakowało jej Anny. Dopiero teraz, kiedy odeszła, zrozumiała jak bardzo.

We ź się w garść. Świat się zmienia, a ziemniaki i tak trzeba obierać.

Starała się zignorować tamto pukanie. Wcześniej nic podobnego się nie zdarzało.

Może to zwykła pomyłka?

Nagle ostrze ześlizgnęło się. Nie zdążyła nawet poczuć bólu, tylko ciepło i to znajome pulsowanie. Zawahała się przez moment, obserwując ciemnoczerwoną kroplę, która zawisła na krawędzi skóry.

- No i masz babo placek - mruknęła pod nosem.

Zerwała kawałek papierowego ręcznika, owinęła palec i sięgnęła po kolejnego ziemniaka. Palec pulsował, zraniony. Wolał trzymać się z boku. Garnek cierpliwie czekał.

- Nic się nie stało - mruknął.

Po chwili ruch noża znowu nabrał pewności. Stał się płynny, jakby od zawsze znał drogę. Skórka ziemniaka zwijała się w cienkie wstążki, które spadały do kubła. Zwykłe czynności, proste gesty powtarzane od pokoleń, jakby czas stał w miejscu. Zza okna dobiegł nagły krzyk sąsiada:

- Kto mi znowu zapchał odpływ cebulą, ja pierdolę!

Dzidka wstała i zamknęła okno. Wiedziała, że jak Bielecki zacznie, to szybko nie skończy. Zwłaszcza kiedy pił. A skoro już się o tej porze drze - to pił. Ostatnio go policja ściągała z okna, bo mu się mieszkania pomyliły i u pani Szafraniec siedział w kuchni. Zamknął się i nie chciał wyjść. Myślał że jest u siebie, a potem coś go naszło i zaczął przez okno uciekać.

Tylko któ re tutaj to jest ten potas? - pomyślała, patrząc w rozkrojoną bulwę.

Ciekawe. Pomidor ma dużo potasu, a jest czerwony... Niby taki ze mnie omnibus, a nie wiem, co się dzieje w tej mojej głowie. Przyjdą wyniki, to zobaczymy. Teraz najgorsze czekanie. I ten ścisk. Udajesz, że wszystko gra, a żołądek i tak swoje wie.

Obracała w dłoni ziemniaka. Pocierała kciukiem jego chropowatą skórkę. Przez chwilę wydawało jej się, że mały ziemniak zamrugał do niej.

Hmm... Ciekawe.

Zastanawiała się, czy te drobne nierówności nie przypominają przypadkiem cysty. Ojciec mówił, żeby się tym na zapas nie martwić. Torbiel nie musi być groźna. W końcu był lekarzem. Ale jednak... to drętwienie ręki trochę ją niepokoiło.

- No i żeby tak się wyglebić na prostej drodze? - mruknęła pod nosem.

Ścisnęła nóż mocniej. Poprawiła plaster na kolanie. Skończyła obierać. Przepłukała ziemniaki i nastawiła. Płaska łyżeczka soli. Przykrywka z lekkim uchyłem. Te proste czynności sprawiały jej przyjemność. Otworzyła okno - cisza. Przez moment prawie o wszystkim zapomniała. Prawie. Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk przekręcanego w zamku klucza. Drgnęła.

- Jesteś? - usłyszała z przedpokoju znajomy głos Tomka. Wszedł do kuchni. Odetchnęła z ulgą na widok jego znajomej sylwetki. - Cześć, młoda. Jak tam? Wpadłem tylko coś wszamać i muszę lecieć. Masz coś?

- Cześć. Właśnie nastawiłam. Zaraz będzie.

- Ale głodny jestem. Zjadłbym konia z kopytkami - rzucił. Odpiął kaburę i odłożył Glocka.

- Nie kładź mi tego na stole. - Skrzywiła się i odsunęła broń. - Zrobiłam karminadle, śląskie mielone. Lubisz?

- Sorry! Już zabieram. Jasne, że lubię. Nie mam teraz zbyt wiele czasu! - krzyknął już z łazienki, myjąc ręce. - Wiesz... ten szkieł. No wiesz... ten, co się pochorował...

- No! To co?! - krzyknęła odwracając kotlety, ale Tomek stał już za nią.

- No i co tak krzyczysz? - mruknął, kładąc ręce na jej biodrach. Pocałował ją na przywitanie. Dzidka uśmiechnęła się.

- Ma rzadką chorobę mięśni. Nie wygląda to za dobrze. Leszek do służby prędko nie wróci. O ile w ogóle...

- To przykro - odparła. - Nie wiedziałam, że to takie poważne.

- Nie szkodzi. Skąd mogłaś wiedzieć? - rzucił, zaglądając jej przez ramię. - Szkoda chłopaka. Ale mają teraz mnie. Może wskoczę na jego miejsce. A jak tam u ciebie?

- Byłam u lekarza - powiedziała cicho. - Trzeba czekać...

Tomek spojrzał na nią. Nic nie powiedział. Wyciągnął rękę.

- Idź mi stąd! Sio! I zostaw tę mizerię! - ofuknęła go, machając kuchenną szmatką. - Siadaj. Zaraz będzie.

Wpadł jej w oko od razu. Wysoki brunet. Starszy - tacy ją pociągali. Może szukała bezpieczeństwa, a może czegoś więcej. A może po prostu liczyła na jego pomoc? Im bardziej fragmenty układanki składały się w całość, tym mocniej czuła, że ich spotkanie nie było przypadkowe.

-Skoro już się do nas przeniosłeś, może nauczyłbyś się paru tutejszych słów? To ci się może przydać - zmieniła temat.

- Na przykład jakich?

- Na Śląsku nie mówi się szkieł.

- Tylko jak?

- Ino policmajster - powiedziała, ledwo tłumiąc śmiech. W jej oczach znów błysnęło rozbawienie. W końcu poczuła się odprężona. Być może sprawiła to obecność Tomka. A może po prostu potrzebowała rozmowy.

- Weź mi nie wkręcaj, Dzidka! - Zmarszczył brwi i spojrzał na nią podejrzliwie.

Śmiejącsię, usiedli do stołu. Jedli w ciszy, każde zatopione we własnych myślach. Oboje coś ukrywali, choć żadne nie chciało zacząć pierwsze. Dzidka zerkała na Tomka znad talerza.

Ciekawe, czy też tak gada czasem do siebie, kiedy nikt nie widzi? - myślała. M ó wi sobie: weź się w garść.

Uśmiechnęłasię pod nosem. Za oknem wciąż panował lipcowy skwar, a z podwórka dochodziło szczekanie psa sąsiadów.

- Wiem! - rzuciła Dzidka, przerywając ciszę. - Zagrajmy w metafory!

- Co to za gra?

- Nie wiem jeszcze... ale zaraz coś wymyślę! - zatrzymała się, mrużąc oczy. - Wiem! Mam! Słuchaj! Zadanie: zbuduj metaforę kulinarną. Teraz uważaj: kategoriaaa! - przeciągnęła sylabę jak konferansjer zapowiadający mecz bokserski. Sięgnęła do kuchennej półki. - Tadam! Kuchnia polska! - Książka z hukiem wylądowała na stole, a Dzidka parsknęła śmiechem. - No więc? Jakie jest twoje ulubione polskie danie, mocium panie?

- To proste: kromka chleba.

- No dobrze... - Skłoniła się i odezwała teatralnym głosem: - Życie przypomina pieczenie chleba. Wymaga czasu i cierpliwości. Wyjmiesz za późno: przypalisz. Za wcześnie: zakalec! Teraz ty.

- Co ja?

- Zapytaj mnie, jakie jest moje ulubione danie.

- Okej...

- Żurek - oznajmiła, nie czekając, i ukłoniła się ponownie. - Na początku jest kwas, symbolizujący przemianę. Ale jak dobrze zamieszasz, powstaje coś aromatycznego, co rozgrzewa od środka. Rozumiesz? A twoje drugie ulubione danie?

- Barszcz.

- No to dawaj metaforę barszczu!

- Proszę bardzo... No więc... Barszcz jest... - Tomek zawahał się. - Nie no... poddaję się. - Rozłożył ręce. - Po tobie ciężko coś wymyślić.

- No improwizuj coś, mój luby. Jeśli nie chcesz mojej zguby!

- Fredro?

- Tak. Zemsta - przytaknęła.

- W takim razie, waćpanna, barszcz jest czerwony jak... krew. Może być?

- Może, ale daj z siebie coś więcej. Co ta krew?

- Chyba że wigilijny. Wtedy kojarzy się z rodziną, ciepłem...

- No dobra. A w Wielkopolsce? - zapytała Dzidka.

- Szneka z glancem i rury, czyli dachówki! - Tomek wybuchnął śmiechem.

- To są te ciastka? Drożdżówki takie?

- Coś w tym stylu. Ale i tak nic nie przebije kuchni śląskiej.

- O! I to mi się podoba! Musimy kiedyś razem coś upichcić. Nauczę cię robić karminadle. Podobno pary, które gotują razem, lepiej znoszą przypalenia i życiowe kryzysy.

Tomek zerknął na zegarek, potem na Dzidkę.

- Wszystko pięknie, waszmości, ale muszę już lecieć. Dzięki, było pyszne. - Wstał, cmoknął ją w policzek i ruszył do drzwi. Dzidka zawahała się. Przez chwilę pragnęła go zatrzymać, powiedzieć mu wszystko. Ale nie potrafiła. Jeszcze nie teraz. Tomek wziął broń, zarzucił dżinsową kurtkę na ramię i wyszedł. Gdy drzwi zamykały się za nim, pomyślała, że lubi tę stanowczość jego ruchów. Spojrzała na puste już krzesło. Od początku przeczuwała, że to nie będzie zwykła znajomość. Czuła, że ten rozdział dopiero się zaczyna - i że wszystko jeszcze wyjdzie na jaw. Była na to gotowa. Nawet gdyby miała się dowiedzieć, że to tylko fikcja. Zmyślenie autora, bez planu na przyszłość. Jedna z tych historii, które wymykają się spod kontroli. Wszystkim - a przede wszystkim twórcy.

Rozdział czwarty: Kret, kielichy, gołe dupy. Dwa psy i jedna sjesta

Tomek zbiegł po starych, skrzypiących schodach i wyszedł prosto na skąpany w słońcu plac Wolności. Było popołudnie. Promienie wciąż grzały mocno. Skręcił w 3 Maja i ruszył w stronę dworca.

Nie spieszył się. Przyglądał się mijanym budynkom. To nie były już te same szare ulice, które pamiętał z dzieciństwa, gdy z rodzicami odwiedzał krewnych. Kamienice wyglądały wtedy jak stare, nieleczone strupy, a wszystko wydawało się ciężkie, betonowe i brudne. Teraz witryny pełne kwiatów i eleganckich szyldów mieniły się w słońcu, a odnowione fasady odsłaniały urodę, której dawniej nikt by się po nich nie spodziewał.

Zamiast iść na skróty, wybrał dłuższą trasę. Do spotkania w barze przy Kilińskiego miał jeszcze chwilę. Adriano był jednym z prowadzących sprawę przemytu dzieł sztuki. Tomek pomyślał, że nie zaszkodzi wypić z kolegą drinka i pogadać o dupie Maryni. Po chorym Leszku zwalniało się właśnie miejsce. No cóż, przykra sprawa, ale kto by tam nie marzył o własnym dochodzeniu?

Dotarł do dworca. Wszedł przez szerokie, przeszklone wejście i spojrzał w górę na łukowate konstrukcje. Szkło i stal. Hala duża. Otwarta. Pulsowała gwarem pasażerów i światłem odbijającym się od błyszczących powierzchni.

Dobrze, że zostawili te kielichy. Brutal pasował do tego miasta.

Przemknął przez wnętrze bardziej przypominające galerię handlową niż stary, zapamiętany z dzieciństwa dworzec. Niby śmierdziało, a jednak sentyment pozostał. Bezdomni, budy z tandetą i hot-dogi z kabanosem - prawdziwy brutalizm. Skręcił w lewo. Po kilku minutach dotarł na plac Andrzeja. Jeszcze kilka kroków i był na miejscu.

Usiedli w ogródku na tyłach, pod dużymi zielonymi parasolami. Tomek zamówił dwa piwa i już po chwili siedzieli w cieniu, racząc się perlistym napojem. O tej porze było jeszcze pusto, więc mogli swobodnie pogadać.

- Pierwszy łyk najlepszy - westchnął Adriano, który zdążył już do połowy opróżnić kufel.

Był niewysokim, krępym szatynem, któremu szpara między jedynkami raczej ujmowała uroku, niż go dodawała. Ale najwyraźniej się tym nie przejmował, demonstrując swój uśmiech przy byle okazji.

- Niezły masz ten łyk - zauważył Tomek.

- Gorąco jak na plaży w Mielnie w sierpniu. Jak tak dalej pójdzie, serio będziemy musieli przejść na południowy tryb życia. Sjesta, te sprawy... - mruknął Adriano, ocierając pianę z wąsów.

- Sjesta, całkiem niezłyfilm - rzucił Tomek.

- A gołe dupy są? No bo wiesz, ja to ostatnio prawie tylko kryminały oglądam. Popatrzyłbym se na coś innego.

Tomek parsknął.

- Skrzywienie zawodowe?

- No co zrobisz? Taki zawód. Słuchaj. A jak tam miasto ogrodów? Odnajdujesz się jakoś?

- Spodek stoi tam, gdzie stał. Przynajmniej na razie, bo powiem ci, że trochę się tu pozmieniało od ostatniej Metalmanii. No i chyba już pora ruszyć z robotą, co nie?

- No jasne. Nie po to cię ściągaliśmy z Poznania, żebyś tu pierdział w stołek. Raporty masz dobre, ale sam wiesz, nie jesteśmy sami. - Ściszył głos, zasłaniając usta dłonią. - Dawno tyle służb nie grzebało przy jednej sprawie.

Tomek uśmiechnął się pod nosem. Pamiętał ten gest z Casino. Gangsterzy zasłaniali w ten sposób usta, żeby nie można było czytać z ruchu warg, co mówią.

- To nie drobnica, jak nam się z początku wydawało. Siatka ciągnie się przez pół Europy - kontynuował Adriano. - Ślady prowadzą aż do Krainy Deszczowców.

- Do Wielkiej Brytanii? - zapytał zdziwiony Tomek.

- Dokładnie. Interpol się temu przygląda. Robi się grubo. Może nie jak przy lewych lekach, bo tam było ponad trzydzieści zatrzymań, ale i tak roboty mamy po kokardę.

- A Leszek? - spytał Tomek.

Adriano spoważniał.

- Szkoda chłopa. Nie ma komu robić. Bez niego to już w ogóle lipa. Czujesz to? Jakby ci tak mięśnie zanikały?

- Przykra sprawa. Słuchaj, nie masz wrażenia, że to trochę przesada z tym zasłanianiem ust? Przecież nikogo tu nie ma.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Na początku był chaos.

Powiedzieć, że na początku był chaos, to jak nie powiedzieć nic. Prawda jest znacznie gorsza. Początku w ogóle nie było - a końca wciąż nie widać. Świat po prostu jest. Obojętny. I ma głęboko gdzieś, co o nim myślimy.

Zresztą - to my jesteśmy Światem. Jesteśmy nim i w nim. Cząstkami zupy, które gapią się na siebie i próbują rozmawiać. Pływamy w niej, przekonani, że jesteśmy osobni. To tylko złudzenie - skutek przerwanej pępowiny, kiedy spadliśmy z krzaka jak przejrzałe pomidory i wmówiliśmy sobie, że jesteśmy kimś. Jak widać - nieco na wyrost.

Bo to on - Świat - wciąż patrzy na siebie naszymi oczami. Widzi siebie i milczy.

Zawstydzony tym, jak nisko upadliśmy.

O tym jest ta książka.

Potem było S łowo.

Po nim następne i kolejne. Wreszcie potok. Rzeka. Ocean słów. Lecz żadne nie stało się ciałem.

Szukano. Tropiono. Bez skutku - ciała nie odnaleziono. W końcu w rubryce wpisano: nie żyje.

Rodzina urządziła symboliczny pogrzeb. Były przemowy, wzruszenia, znicze. Pusta trumna.

Dni mijają. Ciała jak nie było, tak nie ma.

Nie ma ciała - nie ma zbrodni.

Nie ma zbrodni - nie ma kryminału.

No to cześć. Można się rozejść.

Ale zaraz. Ktoś przecież zginął.

Przykrywka była i zniknęła. Garnek stoi zdziwiony. Zupa wciąż paruje.

Sprawa niby zamknięta, a garnek otwarty.

Poszukiwania utknęły jednak w martwym punkcie.

W kropce, której nikt nie połączył z żadną inną.

A wystarczyło zrobić kreskę.

Dlatego patrzmy w niebo.

Obserwacja gwiazd uczy łączyć kropki.

I o tym też jest ta książka.

Tymczasem jej zniknięcie budzi niepokój.

Lęk, który wkrada się kuchennymi drzwiami.

Toczy jak robak - głęboko i skutecznie.

Lecz gdzieś tam jest ktoś, kto zna prawdę.

To on. Korek. Korecki Zenon.

Wcielenie czystego zła.

Zła, które nie ginie.

I które powraca.

Znasz tę historię ?

A było to tak ...

Rozdział drugi: Mandala z kiepów. Zniknięcie Leny. Generał Brum kontra Pocahontas

Popołudniowe słońce wydłużało cienie drzew na katowickich chodnikach. Powietrze wciąż było gęste i lepkie, choć o tej porze upał już mniej doskwierał.

W barze panował półmrok, przetykany bladym światłem lamp. Z głośników sączył się jazz. Pachniało drewnem, piwem i papierosowym dymem. Czuć było też coś nieświeżego - jakby resztki wczorajszego wieczoru osiadły po kątach. Brzęczały szklanki. Przyciszone rozmowy przeplatały się ze śmiechem i kłótniami z głębi sali.

- Jeszcze raz to samo - mruknął Brum do krzątającej się między stolikami wydatnej brunetki.

Po chwili podeszła. Przykryła popielniczkę pełną petów czystą i jednym ruchem zabrała obie.

Brum patrzył na tę rutynową wymianę z niechęcią. Przywiązywał się do swojej - jak ją nazywał - mandali. Układanki z popiołu, zapałek i niedopałków.

Cały zapis mojej obecności właśnie wylądował w koszu...

Wciąż jeszcze psioczył w myślach, kiedy kelnerka postawiła pustą popielniczkę na nieświeżym, zielonym obrusie i ruszyła w stronę baru. Obok siedział Syt, popijając ze szklaneczki swój nowy wynalazek - bułgarski płyn śmierdzący naftą - przejaw męskości według Syta.

Brum nieśpiesznie zapalił. Przysunął popielniczkę i zaczął układać nową mandalę .

- Czyli Korek wraca - mruknął, unosząc lekko brew. Dym powoli wypłynął z jego nosa. Szpakowaty brunet o kanciastej, prostokątnej twarzy - żeby nie powiedzieć gębie - i ciężkiej sylwetce, rozsiadł się wygodnie w fotelu i wbił wzrok w zdeptany parkiet.

- Nie wiem, czy wraca. Przylatuje - odparł Syt. - Klawo jak cholera, co nie?

- Bez jaj. Chyba nie zapomniałeś, z kim masz do czynienia?

Brum nachylił się w jego stronę.

- Coś jeszcze mówił? - zapytał, ściszając głos.

Syt odwrócił się i dodał już poważniej:

- Przylatuje z Glasgow. Da znać, jak będzie. To wszystko.

- To po to tłukłem się tu z Bytomia, żebyś mi powtórzył to, co już napisałeś? - prychnął Brum, strzepując popiół. - No dobra. I tak mam tu sprawy - sapnął ciężko. - Zawsze wiedziałem, że on wróci. Korek... To nie jest ktoś, kto zostawia sprawy niedokończone.

- A Lena? Zniknęła i co? Nie ma tematu?

Brum zgasił papierosa. Zacisnął palce na filiżance.

- Lepiej się tym nie interesuj - wycedził.

- A co? Wiesz coś?

- Może ty? - odparł, patrząc w popielniczkę. - Widywano was razem.

- Kto tak mówi?! - Syt aż poderwał się na krześle. - Sugerujesz coś?!

- Tylko pytam. Uspokój się.

- To się, kurwa, nie pytaj! - warknął Syt. Zaciągnął się mocno papierosem. - Nie mam z tym nic wspólnego! Nic między nami nie było! Po prostu ją lubiłem.

Odwrócił wzrok i sięgnął po szklankę. Ręka mu drżała. Przyłożył tylko szkło do ust, ale nie wypił. Odstawił.

- Różnie może być. Szkoda by było dziewczyny. Fachowiec prima sort. Miała oko. Podróbkę odróżniała od strzału. Kto wie, może coś kręciła na boku...

- Myślisz, że ktoś mógł ją...? Ludzie nie znikają ot tak.

- Tutaj znikają.

- Może Korek...

- Jego lepiej nie dociskaj.

Brum stuknął nerwowo filiżanką o spodek. Kilka stolików dalej dwie młode kobiety darły się na całe gardło:

- Ty się, Anka, od mojego faceta odpierdol! Na te spodnie to dupą zarobiłaś! Co ty se, kurwa, myślisz, że ja nie wiem? Sponsoring, ja pierdolę!

Syt palił papierosa i milczał. Po chwili odezwał się:

- I co teraz? Wróci jak Egon i rzuci: Mam plan?

Brum się żachnął. Zerknął przez ramię i mruknął:

- Ostatnio dobrze poszło. Przytuliłeś trochę hajsu, to się ciesz, że nie pierdzisz w pasiak.

- Niewiele brakowało w tym lesie...

- Było, minęło. A Lena? Może skorzystała z okazji i zniknęła.

- A może gryzie gdzieś ziemię...

- Może...

- A może miała za dużo w krypto, co, Brum? Ty siedzisz w tych transferach - rzucił Syt, patrząc mu prosto w oczy.

- A ty mi się tak, kurwa, nie przyglądaj. Co ty, rentgen jesteś? Są rzeczy, których lepiej nie wiedzieć. Krypto? Teraz to podstawa. Co, może jeszcze skoczysz na pocztę przelew puścić? Austriackie gadanie. Trzeba iść do przodu. - Poczekał, aż kelnerka zbierze szkło z sąsiedniego stolika i pójdzie. - A Korek? - ściszył głos. - Jak wraca, to znaczy, że ma tu coś do załatwienia.

- Albo kogoś - wtrącił Syt.

- Lepiej nie być na jego liście. Może ma jakąś robotę dla nas. Kasa by się teraz przydała. Na pewno nic więcej nie mówił? - Spojrzał na Syta. Ten milczał. - Tamto zostaw. Słyszysz? Wiesz, do czego on jest zdolny. Nie zapomniałeś, co zrobił Łysemu?

- Nie zapomniałem - bąknął cicho Syt. - Dobrze, żeśmy go wtedy odkopali...

- Łysy miał więcej szczęścia niż rozumu. Jak zwykle zresztą. Lena to co innego. Ona była dobra. Zbyt dobra... A tu sam wiesz, jak jest - im mniej wiesz, tym lepiej. Krócej będziesz zeznawał. - Brum spojrzał ponuro w zakratowane okno. Za nim rozciągało się zapuszczone podwórze, z którego jeszcze chwilę temu dobiegał skowyt psa. W tle pulsował chrypiący głos amerykańskiego bitnika, a słodki wokal Bette Midler powtarzał, że z obcymi się nie gada. - Czas i tak zrobi swoje. To jedno masz pewne. - Zacisnął usta.

- Na razie jest jak jest i chuj - uciął.

- Hej, chłopaki! Co tam? Podobno ktoś się włamał do automatu. Dużo tego zajumali? - Wysoka, piegowata dziewczyna z gitarą na ramieniu pojawiła się nagle, jak spod ziemi. Zaskoczony Brum poderwał głowę i zmrużył oczy.

- Cześć - odparł Syt.

- Długo już tu stoisz? - spytał Brum, marszcząc czoło. Przyjrzał jej się uważniej. Mogła mieć góra dziewiętnaście lat. Letnia sukienka, glany byle jak zawiązane. Zgrabna sylwetka. Na kolanie plaster, który zaczynał się odklejać.

- Nie. Dopiero wpadłam. Chciałam pogadać o gigu. Jak macie swoje sprawy, to nie przeszkadzam. Ja tam nic nie wiem, jakby co. - Wzruszyła ramionami.

- Zaraz, zaraz... Nic nie wiesz o czym? - zapytał Brum.

- Nic nie wiem o niczym. - Potrząsnęła rudymi kitkami.

- Nie no... Ona wie prawie wszystko! - wypalił Syt. - Wszyscy ją tu znają. Nawet w internecie była, co nie? Normalnie chodząca encyklopedia... - urwał, gdy napotkał lodowaty wzrok Bruma. - No co? Sprawdź sam - burknął.

- No coś tam wiem... - przyznała.

- A co na przykład? - Brum spojrzał na nią przenikliwie.

- Zapytaj ją o cokolwiek - rzucił Syt, próbując ratować sytuację. - Choćby z malarstwa. A ty, młoda, uważaj. To Bronisław Umiński. Generał erudycji, we własnej osobie. Od lat prowadzi w Bytomiu antykwariat Dyliżans Generała, słyszałaś?

- Jestem Dzidka. - Dygnęła lekko. - Spoko, tylko szybko. Nie mam teraz czasu na barowe quizy.

Brum zawahał się.

- No to co? Malarstwo czy muzyka? - Uśmiechnął się pod nosem i wskazał głową jej gitarę. Spodobała mu się ta zabawa.

- Malarstwo. Strzelaj, kowboju! - rzuciła z półuśmiechem.

- Taka z ciebie Pocahontas? Zaraz się przekonamy. - Brum przez chwilę jakby czegoś szukał w pamięci. - No to może na rozgrzewkę coś stąd. Powiedz mi, który z tutejszych prymitywistów zyskał przydomek Van Gogh z Nikisza?

- Ewald Gawlik z Grupy Janowskiej. To akurat łatwe.

Brum uniósł brew. W jego oku pojawił się błysk.

- No proszę... To spróbujmy czegoś innego - powiedział. - Był taki malarz związany z Katowicami. Leży na cmentarzu przy Sienkiewicza. O sobie mówił, że jest chory na Polskę...

Sięgnął po filiżankę, przekonany, że tym razem ją zagnie.

- Jerzy Duda-Gracz przecież. Ironia, groteska, karykaturalny obraz świata. Daj może coś trudniejszego, dziadek. Wszyscy to tu znają.

Brum prawie opluł kawą cały stół. Otarł brodę rękawem i zmarszczył czoło. Nachylił się lekko, jakby szykował się do kolejnego natarcia.

- Hmm... To w takim razie coś z klasyki - rzucił. Zwęził powieki, jakby wytaczał najcięższe działo swojej erudycji. - Wiesz, kto jest w prawym dolnym rogu Hołdu pruskiego? - zapytał, cedząc każde słowo. - Co to za postać? - Teraz był już pewien, że to nokaut.

- Chodzi o tego gościa w takim jakby indiańskim pióropuszu? - upewniła się.

- No tak... - Brum aż zamarł.

Dzidka zmrużyła oczy. Błądziła wzrokiem po zaciekach, marszcząc czoło, jakby się głowiła.

- To będzie...

Brum rozsiadł się wygodnie. Tu ci ę mam - pomyślał.

- Wiem! - wystrzeliła nagle. - Przecław Lanckoroński! Dowódca Kozaków. Zapamiętałam go, bo z tym pióropuszem wygląda zupełnie jak Indianin. Dziwne, nie? Co Indianin robi na obrazie Matejki?

Brum zdrętwiał, jakby przeszyty strzałą. Cierpki smak porażki dławił go od środka.

- A wiesz ty w ogóle, Pocahontas, co znaczy Chicago? - wydusił wreszcie.

- No jasne. Pole dzikiej cebuli. Tyle że to w języku Indian Miami-Illinois. To inni Indianie - parsknęła i ruszyła czym prędzej w stronę wyjścia. - Czołem, panie generale! - dorzuciła przez ramię.

- A to ci cholera... - jęknął Brum, patrząc z osłupieniem na odchodzącą Dzidkę. - Gdzieś ją już widziałem... ale za Chiny Ludowe nie pamiętam gdzie - dodał trochę głośniej, by zatrzeć wrażenie klęski.

- Może w internecie? Mówiłem, że ciężko ją zagiąć. Zdolna bestia - mruknął Syt. - I ładna.

W tym momencie jego telefon zawibrował. Spojrzał na ekran i odebrał wiadomość.

- To on?

- Nie. Richat. Nowy gostek od remontów - mruknął, chowając telefon do kieszeni. - A wracając do tematu... Myślę...

- Ty lepiej tyle nie myśl, tylko uważaj, co gadasz. I przy kim.

Twarz Bruma stężała. Widać było, że nie żartował.

Dziwna ta mała - pomyślał. Dzieciak z głową jak biblioteka. Cholera wie, co jeszcze tam siedzi. Za gładko jej to idzie. O ukraińskich ikonach było ostatnio głośno... Ten idiota mógł jej coś chlapnąć po kilku tych swoich naftach... I ta twarz... jak z obrazka, ale dziwnie znajoma...

- Jesteśmy w kontakcie - rzucił i ruszył do baru uregulować rachunek.

- Nie zawiążesz pyska wołu młócącemu - obwieścił Łysy, ściskając fajkę w zębach. Z trudem wgramolił się na barowy stołek.

- A to znowu z czego? - rzucił Brum, nawet nie patrząc w jego stronę. - Za kawę. - Wyjął banknot i położył go na blacie. Barman przyjął napiwek bez słowa.

- Jak się młóci, to się skubie, co nie? Stara zasada! - Łysy wyjął fajkę z ust. - Dzidka by od razu wiedziała, że to z Księgi Powtórzonego Prawa. Pierwsze zapisane prawa zwierząt! - Uniósł palec, jakby objawiał jakąś starożytną tajemnicę.

- O, to ciekawe - ziewnął Brum, opierając się o kontuar. - Ale żeby coś skubnąć, trzeba by najpierw coś wymłócić, co nie? - zakpił, zerkając dyskretnie na biust kelnerki, która właśnie przyniosła tacę oblepionych pianą kufli.

- To jest właśnie ten szkopuł - westchnął Łysy, który niezbyt pałał entuzjazmem do pracy. Lepsze dziesięć deko handlu niż kilo roboty - mawiał. Świetnie czuł się za to w roli kierownika. Efekty na ogół bywały mizerne, ale to wszystko przez rząd, tłumaczył. Tę mroczną siłę, która nieustannie przysparzała mu finansowych kłopotów.

- A co to za zjawisko, ta cała Dzidka? - Zachrypnięty głos Bruma wyrwał go z rozmyślań. - Taka oblatana. Studentka jakaś?

Brum kątem oka obserwował, jak Syt chwiejnym krokiem zmierza do toalety. Zmarszczył brwi. Wciąż coś mu tu nie pasowało. Nie dawało mu spokoju poczucie, że skądś ją zna.

- Nie... - Łysy macał się po kieszeniach, szukając niezbędnika do fajki. - To jest od nas dziewczyna. Z Gliwic - ciągnął. - Czasem tu dorabia na zmywaku.

W końcu znalazł narzędzie i zaczął ubijać kukurydzianą fajkę.

- Imponująca wiedza. No nic, będę leciał. Mam jeszcze sprawy do załatwienia. Dobrze cię było widzieć, Łysy. Przypomnij tylko adres, muszę taryfę zamówić.

Łysy nie odpowiedział. Zbyt zajęty fajką i wieczną walką z rządem, wścibił nos w książkę.

- Jagiellońska siedemnaście a - odparł po chwili czyjś niski głos z głębi sali. Dźwięk odbił się dziwnym echem, jakby z zaświatów. - Wejście od ulicy Królowej Jadwigi! - dodał, lecz tych ostatnich słów Brum już nie usłyszał. Pogrążony w myślach, wyszedł z baru, prosto w światło dnia.

Rozdział pierwszy: Sen Syta. Włam do automatu i małe piwo z sokiem porzeczkowym

Był letni poranek. Syt spał jak zabity, a coś brzęczało uparcie, jakby nie miało zamiaru przestać. W końcu dźwięk przebił się przez mgłę snu, w którym Syt znów był chłopcem - ministrantem, potrząsającym z zapałem kościelnym dzwonkiem. Echo odbijało się od murów świątyni, aż wreszcie proboszcz pochylił się nad nim i wycedził przez pożółkłe zęby:

- Do jasnej cholery. Odbierz w końcu ten telefon, synu!

Szerokie, wilgotne usta rozpłynęły się jak dym z kadzidła, a przerażony Syt otworzył oczy.

Pulsujący w skroniach ból przypomniał mu o wczorajszej butelce. Z trudem sięgnął po telefon i zmrużył powieki. Na wyświetlaczu migało jedno słowo:

Łysy

Poczuł, jak żołądek wykonuje powolny, niepokojący obrót.

Zarazsię poheftam - pomyślał, zaciskając usta. Może później oddzwonię?

Westchnął jednak i zaryzykował.

- Cześć, Łysy - mruknął, przecierając opuchnięte oczy. - Co znowu?

Zamilkł na chwilę, słuchając.

- Jaki włam? Co zginęło? - zamarł. - Ożeż... I co? Nic więcej nie ruszyli? - Ścisnął telefon. - Policja była? O kur... Niezły bajzel. Ktoś chyba sobie za bardzo pozwala. - Wypuścił głośno powietrze. - No dobra, dobra... zaraz tam będę.

Opadł z powrotem na poduszkę i przymknął oczy. Ruszał z trudem, jak stary pecet w trybie awaryjnym. Ból w skroniach nie odpuszczał. Powoli docierało do niego to, co przed chwilą usłyszał. Raczej nie był to poranek jego marzeń. Ale jakoś trzeba było zacząć dzień. Ostrożnie uniósł się na łokciach. Na stoliku, obok popielniczki pełnej petów, walały się puszki po piwie.

Niedobrze... - pomyślał.

Zwlókł się z łóżka, poszedł do łazienki, uklęknął przed muszlą. Puścił pawia.

Kwadrans później był już w miarę na chodzie. Na wszelki wypadek zrezygnował ze śniadania. Zerknął z niesmakiem na resztki chleba i pasztetowej walające się na blacie. Wziął łyk wczorajszej herbaty z kubka z wyblakłym napisem Super chłopak i wyszedł do przedpokoju.

Spojrzał w lustro. Łysawy, niewysoki facet po trzydziestce, w przyciasnym, białawym polo naciągniętym na wystający brzuszek, patrzył na niego zmęczonymi oczami. Nie czekając, wsunął skórzane sandały, wskoczył na stylową, austriacką damkę - jedyną damę w jego życiu - i potoczył się w stronę klubu.

Katowice budziły się leniwie. Czuć było jeszcze poranną rześkość, ale upał już wracał na swoje miejsce. Powietrze zaczynało falować nad rozgrzanym miastem. Niebo było czyste. Bez śladu chmury.

Barmani rozstawiali ogródki, przecierając stoły. Dostawczaki cofały budy pod magazyny, pipcząc niemiłosiernie. Ktoś kwitował odbiór, ktoś inny zamiatał pety sprzed lokalu. Z oddali dobiegały klaksony, brzęk beczek, stukot skrzynek z napojami.

Łysy czekał przed wejściem i bawił się nożem. Łysina błyszczała w słońcu. Mały, krępy facet w wojskowych bojówkach wolno przeciągał kciukiem po ostrzu.

- Co to za kozik? - spytał Syt, przypinając rower do kraty. - Kolejny badziew z targu?

- Gdzie tam! Mora. Szwedzka stal - odparł Łysy. Zakręcił ostrzem w powietrzu i zerknął na Syta.

Nagle nóż wyśliznął mu się z dłoni i uderzył o beton.

- Oż kurwa... - jęknął.

- Był ktoś z komisariatu? - Syt nie zwracał na niego uwagi.

- Ta. Był jakiś sierściu młody. Spisał papier i tyle.

Łysy podniósł nóż i obejrzał go troskliwie.

- Szlag by to trafił... - mruknął, próbując zetrzeć rysę. - Nowy barman dziś otwierał... Niepotrzebnie to zgłaszał.

- Może i lepiej. A którędy weszli?

- Weszli... nie weszli. - Schował nóż za pasek. - Bardziej wyszli. Tam jest ta wnęka na górze, wiesz... nad kibelkami. Musiał się tam gnojek schować. Widać powycierane ślady, bo tam nikt nie sprząta. Jak wszyscy poszli, zszedł, rozwalił obudowę, zgarnął kasę z automatu, dorzucił flaszkę z baru i spierdolił tylnymi drzwiami. Drugi musiał filować na zewnątrz. Tyle ich widzieli. Trzeba będzie w końcu ten alarm zamontować.

- Skubańce! - mruknął Syt, drapiąc się po zaroście. - Musieli wiedzieć, że te drzwi da się otworzyć od środka. Nie kręcił się tu ostatnio jakiś dresik? Podejrzany typek?

- Nie kojarzę. Tu się różni kręcą.

- Dobra. Pogadam zaraz z ziomkami od automatów. Zobaczymy, co powiedzą.

Pół godziny później podjechało czarne BMW. Wysiadło dwóch typów w organizacyjnych dresach.

Sportowe ciuchy u wytwornych dam... co ś tam, co ś tam... budzą dreszcz... - zamruczałSytpod nosem, patrząc na Gazdę i jego kompana.

Przywitał się krótko i od razu wyłożył sprawę.

- Wiele tu nie było - powiedział Świrus, pomagier Gazdy.

Właśnie sprawdzał komputer ukryty wewnątrz automatu do hazardu, który - z mocy prawa - uchodził teraz za grę zręcznościową, bo żeby zainkasować wygraną, trzeba było w odpowiednim momencie pacnąć palcem w wielki zielony guzik.

- Większy problem będzie z naprawą - mruknął Gazda, pocierając wydatną szczękę. - Raz: koszt. Dwa: każdy dzień to strata. Dla nas, dla was... - wyliczał na grubych palcach. - Psia mać! A już miałem jechać nad wodę.

Miał na sobie koszulkę z wielkim logo, które nie zostawiało wątpliwości co do marki. Całości kreacji dopełniał złoty łańcuch, zawieszony na niechudym karku.

- To nie pierwszy taki numer, mówię ci. Ludzie już nie mają umiaru... - dodał, ocierając pot z czoła.

- Pomysłowość w narodzie nie ginie... - wtrącił Syt.

- No. Jak ten ostatni zawodnik, co na pasek robił. To było coś. Jednego dnia obskoczył całe miasto i wszystkie automaty nam wyczyścił. Knajpa po knajpie. Nawet u Turasa. Ale to już rzadkość.

- Ale że jak na pasek? - zdziwił się Łysy.

- Normalnie. - Gazda pociągnął nosem i poprawił łańcuch. - Podkleja pasek pod banknot, co nie? Maszyna zalicza, a typ błyskawicznie wyciąga. I tak kilka razy, aż nabije konto. Potem gra, aż trafi. Wypłata i w długą.

- Jak na to wpadliście?! - zapytał Syt, wpatrując się w kompanów z niedowierzaniem.

- No wiesz... jakby to powiedzieć... - Gazda zawiesił głos. - My to nawet specjalnie nie główkowaliśmy, co nie? Ale jak potem taki geniusz budzi się w lesie i każesz mu kopać dół, to pucuje się, kurwa, jak u proboszcza na spowiedzi. Nawet jak nikt nie pyta. Sypie wszystko, ze szczegółami. Ale co zrobisz? Życie to nie c 'est la vie... A jak nie? To śrubokręt. I w łapę!

- Ale to żadne zagadnienie - wyrwał się Łysy. - Zaraz się ogarnie. Fachowca mamy nowego, złota rączka. Pomierzy się, skoczy na magazyn i po sprawie. Co nie, Syt?

- No jasne. Zaraz będzie Richat. Pogadam z nim. Pasi ci to?

- Pasi - odparł Gazda. - Tylko bez fuszerki. Dobry ten wasz fachowiec?

- Pico bello, kierowniku. Będzie porobione - zapewnił Łysy.

- No to git - rzucił Gazda, zadowolony, że problem sam się rozwiązał.

Syt poczuł wibrację w kieszeni. Sięgnął po telefon.

SMS od Brum

Otworzył wiadomość.

No wreszcie się odezwał.

Dzięki za cynk.

Będę po 15.

B.

- W sumie nic takiego nie zginęło. Więcej syfu narobili, niż ukradli. Taki teraz poziom rzemiosła - zamknął temat Gazda.

- Jak zwykle - rzucił Syt na pożegnanie. Był zadowolony z takiego obrotu spraw, chociaż myślami był już gdzie indziej. Coraz wyraźniej widział w głowie nalewak z zimnym piwem.

Tymczasem słońce wędrowało po niebie niczym nieustępliwy poborca, karzący piekącą chłostą każdą chwilę zwłoki. Powietrze gęstniało od skwaru, a Syt, choć dochodziło już południe, nadal był nieco wczorajszy. Do spotkania z Brumem - wspólnikiem w interesach - miał jeszcze trochę czasu. Ruszył więc w stronę baru.

Jego ciało domagało się płynów. Dziś stracił ich już sporo, więc dla kurażu zamówił małe piwo z sokiem porzeczkowym. Wyszedł na ogródek i usiadł w cieniu parasola. Nie myśląc zbyt wiele, patrzył, jak bąbelki unoszą się w szklance, odrywając się jeden po drugim - lekko i bezwładnie. Jak wiszący w powietrzu, ledwo uchwytny moment, gdy sprawy toczą się już własnym torem, choć wszystko wydaje się jeszcze takie samo.