Rozdział drugi: Mandala z kiepów. Zniknięcie Leny. Generał Brum kontra Pocahontas
Popołudniowe słońce wydłużało cienie drzew na katowickich chodnikach. Powietrze wciąż było gęste i lepkie, choć o tej porze upał już mniej doskwierał.
W barze panował półmrok, przetykany bladym światłem lamp. Z głośników sączył się jazz. Pachniało drewnem, piwem i papierosowym dymem. Czuć było też coś nieświeżego - jakby resztki wczorajszego wieczoru osiadły po kątach. Brzęczały szklanki. Przyciszone rozmowy przeplatały się ze śmiechem i kłótniami z głębi sali.
- Jeszcze raz to samo - mruknął Brum do krzątającej się między stolikami wydatnej brunetki.
Po chwili podeszła. Przykryła popielniczkę pełną petów czystą i jednym ruchem zabrała obie.
Brum patrzył na tę rutynową wymianę z niechęcią. Przywiązywał się do swojej - jak ją nazywał - mandali. Układanki z popiołu, zapałek i niedopałków.
Cały zapis mojej obecności właśnie wylądował w koszu...
Wciąż jeszcze psioczył w myślach, kiedy kelnerka postawiła pustą popielniczkę na nieświeżym, zielonym obrusie i ruszyła w stronę baru. Obok siedział Syt, popijając ze szklaneczki swój nowy wynalazek - bułgarski płyn śmierdzący naftą - przejaw męskości według Syta.
Brum nieśpiesznie zapalił. Przysunął popielniczkę i zaczął układać nową mandalę .
- Czyli Korek wraca - mruknął, unosząc lekko brew. Dym powoli wypłynął z jego nosa. Szpakowaty brunet o kanciastej, prostokątnej twarzy - żeby nie powiedzieć gębie - i ciężkiej sylwetce, rozsiadł się wygodnie w fotelu i wbił wzrok w zdeptany parkiet.
- Nie wiem, czy wraca. Przylatuje - odparł Syt. - Klawo jak cholera, co nie?
- Bez jaj. Chyba nie zapomniałeś, z kim masz do czynienia?
Brum nachylił się w jego stronę.
- Coś jeszcze mówił? - zapytał, ściszając głos.
Syt odwrócił się i dodał już poważniej:
- Przylatuje z Glasgow. Da znać, jak będzie. To wszystko.
- To po to tłukłem się tu z Bytomia, żebyś mi powtórzył to, co już napisałeś? - prychnął Brum, strzepując popiół. - No dobra. I tak mam tu sprawy - sapnął ciężko. - Zawsze wiedziałem, że on wróci. Korek... To nie jest ktoś, kto zostawia sprawy niedokończone.
- A Lena? Zniknęła i co? Nie ma tematu?
Brum zgasił papierosa. Zacisnął palce na filiżance.
- Lepiej się tym nie interesuj - wycedził.
- A co? Wiesz coś?
- Może ty? - odparł, patrząc w popielniczkę. - Widywano was razem.
- Kto tak mówi?! - Syt aż poderwał się na krześle. - Sugerujesz coś?!
- Tylko pytam. Uspokój się.
- To się, kurwa, nie pytaj! - warknął Syt. Zaciągnął się mocno papierosem. - Nie mam z tym nic wspólnego! Nic między nami nie było! Po prostu ją lubiłem.
Odwrócił wzrok i sięgnął po szklankę. Ręka mu drżała. Przyłożył tylko szkło do ust, ale nie wypił. Odstawił.
- Różnie może być. Szkoda by było dziewczyny. Fachowiec prima sort. Miała oko. Podróbkę odróżniała od strzału. Kto wie, może coś kręciła na boku...
- Myślisz, że ktoś mógł ją...? Ludzie nie znikają ot tak.
- Tutaj znikają.
- Może Korek...
- Jego lepiej nie dociskaj.
Brum stuknął nerwowo filiżanką o spodek. Kilka stolików dalej dwie młode kobiety darły się na całe gardło:
- Ty się, Anka, od mojego faceta odpierdol! Na te spodnie to dupą zarobiłaś! Co ty se, kurwa, myślisz, że ja nie wiem? Sponsoring, ja pierdolę!
Syt palił papierosa i milczał. Po chwili odezwał się:
- I co teraz? Wróci jak Egon i rzuci: Mam plan?
Brum się żachnął. Zerknął przez ramię i mruknął:
- Ostatnio dobrze poszło. Przytuliłeś trochę hajsu, to się ciesz, że nie pierdzisz w pasiak.
- Niewiele brakowało w tym lesie...
- Było, minęło. A Lena? Może skorzystała z okazji i zniknęła.
- A może gryzie gdzieś ziemię...
- Może...
- A może miała za dużo w krypto, co, Brum? Ty siedzisz w tych transferach - rzucił Syt, patrząc mu prosto w oczy.
- A ty mi się tak, kurwa, nie przyglądaj. Co ty, rentgen jesteś? Są rzeczy, których lepiej nie wiedzieć. Krypto? Teraz to podstawa. Co, może jeszcze skoczysz na pocztę przelew puścić? Austriackie gadanie. Trzeba iść do przodu. - Poczekał, aż kelnerka zbierze szkło z sąsiedniego stolika i pójdzie. - A Korek? - ściszył głos. - Jak wraca, to znaczy, że ma tu coś do załatwienia.
- Albo kogoś - wtrącił Syt.
- Lepiej nie być na jego liście. Może ma jakąś robotę dla nas. Kasa by się teraz przydała. Na pewno nic więcej nie mówił? - Spojrzał na Syta. Ten milczał. - Tamto zostaw. Słyszysz? Wiesz, do czego on jest zdolny. Nie zapomniałeś, co zrobił Łysemu?
- Nie zapomniałem - bąknął cicho Syt. - Dobrze, żeśmy go wtedy odkopali...
- Łysy miał więcej szczęścia niż rozumu. Jak zwykle zresztą. Lena to co innego. Ona była dobra. Zbyt dobra... A tu sam wiesz, jak jest - im mniej wiesz, tym lepiej. Krócej będziesz zeznawał. - Brum spojrzał ponuro w zakratowane okno. Za nim rozciągało się zapuszczone podwórze, z którego jeszcze chwilę temu dobiegał skowyt psa. W tle pulsował chrypiący głos amerykańskiego bitnika, a słodki wokal Bette Midler powtarzał, że z obcymi się nie gada. - Czas i tak zrobi swoje. To jedno masz pewne. - Zacisnął usta.
- Na razie jest jak jest i chuj - uciął.
- Hej, chłopaki! Co tam? Podobno ktoś się włamał do automatu. Dużo tego zajumali? - Wysoka, piegowata dziewczyna z gitarą na ramieniu pojawiła się nagle, jak spod ziemi. Zaskoczony Brum poderwał głowę i zmrużył oczy.
- Cześć - odparł Syt.
- Długo już tu stoisz? - spytał Brum, marszcząc czoło. Przyjrzał jej się uważniej. Mogła mieć góra dziewiętnaście lat. Letnia sukienka, glany byle jak zawiązane. Zgrabna sylwetka. Na kolanie plaster, który zaczynał się odklejać.
- Nie. Dopiero wpadłam. Chciałam pogadać o gigu. Jak macie swoje sprawy, to nie przeszkadzam. Ja tam nic nie wiem, jakby co. - Wzruszyła ramionami.
- Zaraz, zaraz... Nic nie wiesz o czym? - zapytał Brum.
- Nic nie wiem o niczym. - Potrząsnęła rudymi kitkami.
- Nie no... Ona wie prawie wszystko! - wypalił Syt. - Wszyscy ją tu znają. Nawet w internecie była, co nie? Normalnie chodząca encyklopedia... - urwał, gdy napotkał lodowaty wzrok Bruma. - No co? Sprawdź sam - burknął.
- No coś tam wiem... - przyznała.
- A co na przykład? - Brum spojrzał na nią przenikliwie.
- Zapytaj ją o cokolwiek - rzucił Syt, próbując ratować sytuację. - Choćby z malarstwa. A ty, młoda, uważaj. To Bronisław Umiński. Generał erudycji, we własnej osobie. Od lat prowadzi w Bytomiu antykwariat Dyliżans Generała, słyszałaś?
- Jestem Dzidka. - Dygnęła lekko. - Spoko, tylko szybko. Nie mam teraz czasu na barowe quizy.
Brum zawahał się.
- No to co? Malarstwo czy muzyka? - Uśmiechnął się pod nosem i wskazał głową jej gitarę. Spodobała mu się ta zabawa.
- Malarstwo. Strzelaj, kowboju! - rzuciła z półuśmiechem.
- Taka z ciebie Pocahontas? Zaraz się przekonamy. - Brum przez chwilę jakby czegoś szukał w pamięci. - No to może na rozgrzewkę coś stąd. Powiedz mi, który z tutejszych prymitywistów zyskał przydomek Van Gogh z Nikisza?
- Ewald Gawlik z Grupy Janowskiej. To akurat łatwe.
Brum uniósł brew. W jego oku pojawił się błysk.
- No proszę... To spróbujmy czegoś innego - powiedział. - Był taki malarz związany z Katowicami. Leży na cmentarzu przy Sienkiewicza. O sobie mówił, że jest chory na Polskę...
Sięgnął po filiżankę, przekonany, że tym razem ją zagnie.
- Jerzy Duda-Gracz przecież. Ironia, groteska, karykaturalny obraz świata. Daj może coś trudniejszego, dziadek. Wszyscy to tu znają.
Brum prawie opluł kawą cały stół. Otarł brodę rękawem i zmarszczył czoło. Nachylił się lekko, jakby szykował się do kolejnego natarcia.
- Hmm... To w takim razie coś z klasyki - rzucił. Zwęził powieki, jakby wytaczał najcięższe działo swojej erudycji. - Wiesz, kto jest w prawym dolnym rogu Hołdu pruskiego? - zapytał, cedząc każde słowo. - Co to za postać? - Teraz był już pewien, że to nokaut.
- Chodzi o tego gościa w takim jakby indiańskim pióropuszu? - upewniła się.
- No tak... - Brum aż zamarł.
Dzidka zmrużyła oczy. Błądziła wzrokiem po zaciekach, marszcząc czoło, jakby się głowiła.
- To będzie...
Brum rozsiadł się wygodnie. Tu ci ę mam - pomyślał.
- Wiem! - wystrzeliła nagle. - Przecław Lanckoroński! Dowódca Kozaków. Zapamiętałam go, bo z tym pióropuszem wygląda zupełnie jak Indianin. Dziwne, nie? Co Indianin robi na obrazie Matejki?
Brum zdrętwiał, jakby przeszyty strzałą. Cierpki smak porażki dławił go od środka.
- A wiesz ty w ogóle, Pocahontas, co znaczy Chicago? - wydusił wreszcie.
- No jasne. Pole dzikiej cebuli. Tyle że to w języku Indian Miami-Illinois. To inni Indianie - parsknęła i ruszyła czym prędzej w stronę wyjścia. - Czołem, panie generale! - dorzuciła przez ramię.
- A to ci cholera... - jęknął Brum, patrząc z osłupieniem na odchodzącą Dzidkę. - Gdzieś ją już widziałem... ale za Chiny Ludowe nie pamiętam gdzie - dodał trochę głośniej, by zatrzeć wrażenie klęski.
- Może w internecie? Mówiłem, że ciężko ją zagiąć. Zdolna bestia - mruknął Syt. - I ładna.
W tym momencie jego telefon zawibrował. Spojrzał na ekran i odebrał wiadomość.
- To on?
- Nie. Richat. Nowy gostek od remontów - mruknął, chowając telefon do kieszeni. - A wracając do tematu... Myślę...
- Ty lepiej tyle nie myśl, tylko uważaj, co gadasz. I przy kim.
Twarz Bruma stężała. Widać było, że nie żartował.
Dziwna ta mała - pomyślał. Dzieciak z głową jak biblioteka. Cholera wie, co jeszcze tam siedzi. Za gładko jej to idzie. O ukraińskich ikonach było ostatnio głośno... Ten idiota mógł jej coś chlapnąć po kilku tych swoich naftach... I ta twarz... jak z obrazka, ale dziwnie znajoma...
- Jesteśmy w kontakcie - rzucił i ruszył do baru uregulować rachunek.
- Nie zawiążesz pyska wołu młócącemu - obwieścił Łysy, ściskając fajkę w zębach. Z trudem wgramolił się na barowy stołek.
- A to znowu z czego? - rzucił Brum, nawet nie patrząc w jego stronę. - Za kawę. - Wyjął banknot i położył go na blacie. Barman przyjął napiwek bez słowa.
- Jak się młóci, to się skubie, co nie? Stara zasada! - Łysy wyjął fajkę z ust. - Dzidka by od razu wiedziała, że to z Księgi Powtórzonego Prawa. Pierwsze zapisane prawa zwierząt! - Uniósł palec, jakby objawiał jakąś starożytną tajemnicę.
- O, to ciekawe - ziewnął Brum, opierając się o kontuar. - Ale żeby coś skubnąć, trzeba by najpierw coś wymłócić, co nie? - zakpił, zerkając dyskretnie na biust kelnerki, która właśnie przyniosła tacę oblepionych pianą kufli.
- To jest właśnie ten szkopuł - westchnął Łysy, który niezbyt pałał entuzjazmem do pracy. Lepsze dziesięć deko handlu niż kilo roboty - mawiał. Świetnie czuł się za to w roli kierownika. Efekty na ogół bywały mizerne, ale to wszystko przez rząd, tłumaczył. Tę mroczną siłę, która nieustannie przysparzała mu finansowych kłopotów.
- A co to za zjawisko, ta cała Dzidka? - Zachrypnięty głos Bruma wyrwał go z rozmyślań. - Taka oblatana. Studentka jakaś?
Brum kątem oka obserwował, jak Syt chwiejnym krokiem zmierza do toalety. Zmarszczył brwi. Wciąż coś mu tu nie pasowało. Nie dawało mu spokoju poczucie, że skądś ją zna.
- Nie... - Łysy macał się po kieszeniach, szukając niezbędnika do fajki. - To jest od nas dziewczyna. Z Gliwic - ciągnął. - Czasem tu dorabia na zmywaku.
W końcu znalazł narzędzie i zaczął ubijać kukurydzianą fajkę.
- Imponująca wiedza. No nic, będę leciał. Mam jeszcze sprawy do załatwienia. Dobrze cię było widzieć, Łysy. Przypomnij tylko adres, muszę taryfę zamówić.
Łysy nie odpowiedział. Zbyt zajęty fajką i wieczną walką z rządem, wścibił nos w książkę.
- Jagiellońska siedemnaście a - odparł po chwili czyjś niski głos z głębi sali. Dźwięk odbił się dziwnym echem, jakby z zaświatów. - Wejście od ulicy Królowej Jadwigi! - dodał, lecz tych ostatnich słów Brum już nie usłyszał. Pogrążony w myślach, wyszedł z baru, prosto w światło dnia.