Paryzyna - George Gordon Byron

Kup ebooka

4.99 zł
4.08 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Paryzyna

I.

Oto godzina, gdy z pośród drzew cienia Najuroczniejsze słowik leje pienia, Gdzie tysiąc zaklęć miłosnéj osnowy Zdają cichemi rozpływać się słowy. Głośniéj zdrój płynie, wiatr miléj szeleści, Dźwiękiem ich ucho samotne się pieści, Każdy kwiat lekko wonna skrapia rosa, Pierwszemi gwiazdy iskrzą się niebiosa, Wszystko ciemniejszą przybiera osłonę, I błękit wody i drzewo zielone, A na lazurze to światło pół mgliste, Tak mile ciemne i tak ciemno-czyste, Co po skonaniu dnia jeszcze jaśnieje, Gdy księżyc wschodzi a zorza blednieje.

II.

Ale nie zdroje spadające nęcą Z złotych jéj gmachów małżonkę książęcą, Nie na to nocnym powierza się cieniom, Aby gwiaździstym dziwić się sklepieniom. Do gajów Esta Paryzyna wchodzi, Ale nie kwiatów woń ją tam przywodzi: Słucha i czeka - nie słowiczych jęków, Choć równie słodkich oczekuje dźwięków. Ktoś się w gęstwinę śmiałą wciska nogą, Lica jéj bledną, sierce bije trwogą... Wtém ciche słowo wsuwa się miłośnie, Wraca rumieniec i pierś szczęściem rośnie, Chwila już tylko - jedna chwilka mała, Ujrzy kochanka - stało się, ujrzała.

III.

I czémże dla nich świat, ziemia, niebiosy, I wszyscy ludzie, wszystkie zmiany, losy! Martwi, jak gdyby już byli zmarłemi, Na wszystko wkoło - nad niemi - pod niemi - Jak gdyby wszystko już znikło w téj chwili, I oni tylko wzajem w sobie żyli. Ileż to ognia w ich westchnieniach pała! Ach! gdyby radość ta zwolnieć nie miała, Wkrótceby szczęścia zniszczone nadmiarem, Serca ich własnym spłonęły pożarem. Mogliż sen marząc tak ognisty, luby, Pomniéć na zbrodnię lub lękać się zguby; Któżby w téj burzy, téj uczuć nawale, Hamował wrzące namiętności fale, Któż wówczas myśli, jak czas ten przelotny? Przeciéż już uszedł i uszedł niezwrotny; Tak się to człowiek ze snu szczęścia cuci, Wprzód nim się dowie, że już mu nie wróci.

IV.

Smętném się, rzewném żegnają obliczem, Z minionéj winy miejscem tajemniczem. Mają nadzieję - przyrzekli, że wrócą, Przecież jak wiecznym rozdziałem się smucą. Ileż to westchnień i uścisków długich... Jak jedne, usta przyrosły do drugich! Wówczas gdy pełném światłem blask księżyca Z grożących niebios na jéj spada lica, A każda gwiazda, świadek jéj niewiary, Zda się ją winić i przyzywać kary. Ten nawał westchnień - ten uścisk tak czuły Silnie do miejsca zbrodni ich przykuły. Lecz już czas nagli i rozstać się muszą, Z drżącą więc, ciężką rozchodzą się duszą, Skryty dreszcz trwogi krew ich lodem ścina, I pierwszy zbrodnię już karać zaczyna.

V.

Hugo na łoże samotne się schronił, Skąd tęskną myślą za kochanką gonił, I ona także swe niewierne skronie Na ufném męża złożyła już łonie.

Lecz jakaż sen jéj kłóci tajemnica, Jakaż to burza uczuć barwi lica? Cicho się senném odzywa imieniem, Którego we dnie wyrzecby nie śmiała, Miłosném męża przyciska ramieniem, Do serca, które nie dla niego pała. Zrywa się Azo uściskiem zbudzony, Poi go widok sennych marzeń żony; Jakże się mile tą pieszczotą łudzi, Która w nim tyle dawnych wspomnień budzi, Jakże rozrzewnia go ta miłość tkliwa,

Która się nawet i w snach jéj odzywa.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.