Paryż - Emil Zola

Kup ebooka

24.49 zł
20.08 zł (19,39 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział III

Stanąwszy przed pałacem Bourbonów, Piotr spostrzegł, że nie posiada karty wejścia. Chciał już wprost zapytać o deputowanego Fons?gne, chociaż nie znał go osobiście, gdy zobaczył w sieni M?ge'a, deputowanego kolektywistę, z którym poznał się bliżej w czasach, gdy cały był oddany spełnianiu miłosiernych uczynków w dzielnicy Charonne. - Jakto... pan tutaj? - zawołał M?ge. - Czyżbyś przyszedł nas nawracać?... - Nie, ale chcę się widzieć z panem Fons?gne. Sprawa pilna. Chcę, by dziś jeszcze umieścił nieszczęśliwego starca w Przytułku dla inwalidów pracy. - Fons?gne... niewiem, czy już przyszedł... lecz zaraz się dowiemy. To mówiąc, zatrzymał przechodzącego młodego człowieka, podobnego w ruchach do uwijającej się myszy. - Massot... przedstawiam ci księdza Piotra Fromont, który chce pomówić z twoim szefem. - Mój szef jeszcze nie przyszedł. Zostawiłem go w biurze redakcyi, lecz po skończonej robocie zobaczymy go tutaj. Przybędzie najwyżej za kwadrans. M?ge wprowadził Piotra do poczekalnej sali, "des Pas-perdus". Od gołych ścian zimnej i olbrzymiej sali, odbijały bronzowe grupy Laokoona i Minerwy, a przez wysokie okna wychodzące na ogród, wpadało blade światło mrocznego dnia kończącej się zimy. Sala już była pełna i jakby ogrzana niespokojnym oddechem i gorączkowemi ruchami zebranych ludzi. Tworzyły się grupy, rozstrzeliwały, biegano, nawoływano się, niecierpliwsi przebojem przeciskali się wśród tłumu, złożonego przeważnie z deputowanych i dziennikarzy, lecz także z publiczności przybyłej przez ciekawość. Wrzawa się wzmagała, toczyły się rozmowy przyciszone a także i krzykliwe, grzmiały wybuchy śmiechu, krzyżowały się pytania, wykrzykniki, a wszyscy giestykulowali w gorączce i pośpiechu. Ukazanie się M?ge'a spotęgowało panujący hałas i zamięszanie. M?ge był wysoki, ascetycznie chudy, opuszczony w ubraniu i, na wiek swój, staro wyglądający, miał bowiem lat czterdzieści pięć a był już zużyty i tylko w oczach zachował młodzieńczą energię. Oczy te błyszczały z po za szkieł binokli wiecznie osadzonych na cienkim nosie w kształcie ptasiego dziobu. Zawsze zakaszlany, często krztusił się, mówiąc, lecz głos posiadał gorący, zdawało się, że żyje tylko siłą woli, podtrzymany ideą ujrzenia marzonej szczęśliwości przyszłych pokoleń. M?ge był synem ubogiego lekarza z północnej Francyi a przybywszy za młodu do Paryża, zarabiał jak mógł na życie, wysługując się w redakcyach niektórych dzienników, lecz jeszcze za Cesarstwa zaczął słynąć jako mówca na zebraniach publicznych. Po wojnie, dostał się do Izby i zajął naczelną rolę wśród kolektywistów, ceniących w nim wodza pełnego wiary w przekonania i przyszłość swej partyi. M?ge nie zawiódł oczekiwania swych stronników, wiódł walkę zaciętą, rozwinął energiczną działalność i zbrojny w potrzebną wiedzę, bronił swych poglądów z dzikim uporem doktrynera, który świat urządzał na swój sposób, jedyne dla niego zbawienie i przyszłość widząc w kolektywizmie. Z chwilą jak został deputowanym, socyaliści innych obozów nazywali go retorem pragnącym wszystkich nawrócić na swoją wiarę, by módz światem rządzić z dyktatorską bezwzględnością. - Czy pan wiesz, na co się zanosi? - spytał Piotra. - Ładna historya! Lecz cóż pan chcesz, brniemy w błocie po uszy! M?ge polubił Piotra, widząc jego dobroczynną działalność wśród biednej ludności przedmieścia Charonne. Chociaż to był ksiądz, z bezstronnością podziwiał jego słodycz obejścia z nieszczęśliwymi i jego gorące pragnienie polepszenia społecznego ustroju. Piotr zaś, ze swej strony sympatyzował z tym marzycielem i autokratą, chcącym ludzi uszczęśliwić, nawet wbrew ich własnej woli. Wiedział przytem, iż M?ge jest ubogi i że ukrywa niedostatek panujący w swym domu, gdzie ciche pędził życie w towarzystwie żony i czworga dzieci, które gorąco miłował. - Domyślasz się pan - mówił znów M?ge - iż nic nie mam wspólnego z Sagnierem. Lecz skutkiem artykułu, jaki dziś wydrukował, grożąc, że ogłosi nazwiska ludzi, którzy pobrali łapówki, nie chcę, by nas posądzano o jaką zmowę... Oddawna domyślałem się wstrętnych brudów, w tej szachrajskiej sprawie afrykańskiej kolei żelaznej. Ciągnie się to przeszło trzy lata, a teraz może z tego wyniknąć obalenie ministeryum. Dwóch członków gabinetu jest zamięszanych... Barroux i Monferrand... byli ministrami w czasie tej sprawy, puszczonej przez barona Duvillard... obecnie znów zajmują miejsca w gabinecie... trzeba ich więc zmusić do powiedzenia nam, jaką odegrali rolę?... Wogóle niech nas objaśnią o tem, co było... może nawet dobrze na tem wyjdą... lecz niech zabiorą głos. Dłużej milczeć im niewolno... wreszcie zmuszę ich, by mówili, bo zapowiedziałem, że zainterpeluję ich dzisiaj. Wzburzenie i popłoch panujący w przedsionku sali posiedzeń pochodził właśnie skutkiem zapowiedzianej interpelacyi M?ge'a. Wiedziano, iż to nastąpi z powodu skandalicznego artykułu ogłoszonego w "Głosie ludu". Piotr zaczynał się obawiać, iż cała ta historya spadła nie w porę, bo może mu utrudnić spełnienie zadania, z jakiem tu przyszedł. Zajęty myślą o wyratowaniu Laveuve'a od głodu i śmierci, prawie że nie słyszał dowodzeń M?ge'a. Lecz przedłużająca się rozmowa deputowanego skrajnej lewicy z księdzem poczynała zwracać uwagę, patrzano na nich i śmiano się na głos. M?ge ruszył pogardliwie ramionami i rzekł do Piotra: - Jacy głupi! Wyobrażają sobie, że każdego księdza gotów jestem podrzeć na sztuki!... Żałuję, że nie mogę dłużej z panem rozmawiać, lecz muszę iść... a pan niechaj usiądzie... Fons?gne przyjdzie... bądź pan spokojny... przyjdzie... Rzekłszy to, rzucił się w tłum, a Piotr, uznawszy iż dogodniej będzie czekać, siedząc, znalazł miejsce na ławce przy ścianie i z zaciekawieniem przypatrywał się hałaśliwej scenie, jaką miał przed oczyma. Przypadkowo był świadkiem przygotowującego się kryzysu parlamentarnego a podniecenie, jakie ta okoliczność wywołała, tak go zajmowało, iż chwilowo zapomniał o konającym Laveuve. Umysł Piotra pozostawał jeszcze pod wrażeniem dopiero co przebytej katastrofy panamskiej, której dramatyczne fazy śledził, jak człowiek oczekujący lada chwila ostatecznego kataklizmu, mającego rozprządz istniejący ustrój społeczny. Lecz oto nowa, mała Panama, zaczynała być na dobie, niosąc z sobą te same złowrogie wróżby. Prawda, iż po wszystkie czasy wrzały w parlamentach bójki około pieniężnych nadużyć, lecz obecnie było to niebezpieczniejsze, mogło się stać śmiertelnym ciosem, skutkiem społecznego naprężenia i rozdrażnienia umysłów. Sprawa afrykańskiej kolei żelaznej, była drobnem bagienkiem w porównaniu z Panamą, lecz ten sam cuchnący odnawiając wyziew, zaniepokoiła Izbę, rozniecając obawy, wzruszenia, a także gniew przypomnieniem przebytego brudu. W rzeczywistości, szykowała się okazya do jeszcze jednej, zwykłej politycznej utarczki, zaostrzającej chciwą zaborczość poszczególnych stronnictw łaknących pochwycenia władzy. Szermierka kończyła się zazwyczaj zwaleniem ministeryum i ustanowieniem innego. Lecz po za szturmującymi, po za rozgorączkowanemi ambicyami tej garści przedstawicieli ludu, jakże nieszczęsną ofiarą stawał się tenże lud, przez nich obałamucony, zdobyty, jęczący w cierpieniach i nędzy. Piotr spostrzegł, że obok niego na ławce usiadł Massot. Przyszedł dziś do Izby w nadziei znalezienia ciekawego artykułu. Przeczuwał, że posiedzenie będzie burzliwe, więc śledził pilnie przedwstępne starcia, notując spostrzeżenia, nie pomijając nikogo, przysłuchując się tu i owdzie, a teraz przyszła mu ochota wywiedzieć się, po co przyszedł ten ksiądz, nic niemający wspólnego z roznamiętnionym tłumem zebranym w tej sali. - Niechaj się pan zdobędzie na trochę cierpliwości - rzekł uprzejmie, z miną człowieka kpiącego z każdej rzeczy. Mój szef zaraz się zjawi. Domyśla się on, że będzie dziś łaźnia. A może pan przybywa z prowincyi?... I jest pan jednym z wpływowych wyborców mojego szefa?... - Nie, nie, mieszkam w Paryżu i pragnę pomówić z panem Fons?gne, by go uprosić o natychmiastowe przyjęcie chorego starca do Przytułku dla inwalidów pracy. - Ach tak, rozumiem! Lecz miło mi powiedzieć, że i ja jestem paryżaninem. Tak, tak, jestem dzieckiem Paryża! To mówiąc, głośno się roześmiał. Był on rzeczywiście dzieckiem paryzkiego bruku. Ojciec jego posiadał aptekę w dzielnicy Saint-Denis, on zaś był niegdyś uczniem w liceum Charlemagne, lecz szkół nie ukończywszy, zaczął pracować na własny kawałek chleba a gdy różne próby się nie udały, rzucił się na dziennikarstwo, zaledwie że znając ortografię. Miał obecnie lat trzydzieści a już od lat dwunastu żył zaczepiony przy tym lub innym dzienniku, wszędzie bywając i spowiadając tych a odgadując tamtych. Wiele widział i do wszystkiego nabrał odrazy, nie wierzył w wielkich ludzi, utrzymując, że prawda nie istnieje, ale z obojętnością godził się na złość i głupotę ogólną. Wyrzekłszy się pretensyj literackich, szczycił się wyrozumowaną pogardą względem literatury. Nie był wszakże głupi i umiał o byle czem pisać w byle jakim dzienniku, wolny od wszelkich przekonań i wierzeń, dumny, że wypowiada co chce i co ma do powiedzenia publiczności, postawił jednak samemu sobie warunek: bawienia, albo rozciekawiania czytelników. - To pan zna M?ge'a? - zapytał Piotra. - Typowy egzemplarz! Stary dzieciak, chimeryczny marzyciel w skórze zajadłego sekciarza! Badałem go przez czas dłuższy i zbadałem do głębi... Nie wiadomo od ilu lat cieszy się nadzieją, że nie dalej, jak za kilka miesięcy, stanie na czele rządu i z dnia na dzień zadekretuje ogólną szczęśliwość, za pomocą kolektywizmu, który nastąpi po dzisiejszym ustroju kapitalistycznym, jak dzień następuje po nocy. Dziś będzie interpelować ministeryum, by obalić Barroux i zająć jego miejsce a tem samem przyśpieszyć wprowadzenie swego systemu... Teraz nieprzyjacielem, przeciwnikiem, jest dla niego Barroux, a gdy tego pokona, z równą zaciętością nacierać będzie na każdego innego prezesa ministeryum. To zwykła jego taktyka. Ileż razy słyszałem własne jego obliczenia, zawsze zmierzające do tego samego celu, obalić, by zająć miejsce obalonego. Lecz na nieszczęście, tylko do połowy plan mu się udaje. Ministerya padają z łatwością, lecz do władzy dochodzą inni, a kolej na M?ge'a może nigdy nie nadejdzie!... Massot znów się roześmiał, a zniżywszy głos mówił dalej: - A twórcę dzisiejszego artykułu, Sagniera, czy pan zna?... Nie... To patrz pan... widać go ztąd wybornie... Ryży, z karkiem jak u byka, z wyglądu zupełny rzeźnik... Stoi oto tam, w kółku ludzi, o wytartych tużurkach i coś rozprawia pomiędzy nimi... Piotr dojrzał wreszcie naczelnego redaktora "Głosu ludu". Sagnier miał wielkie, odstające uszy, grube wargi i nos, a w wypukłych jego oczach trudno było dopatrzeć się wyrazu. - Tego także znam do gruntu. Pracowałem pod jego dyrekcyą w "Głosie ludu", jak obecnie pracuję w "Globie", przy boku Fons?gne'a... Jednej tylko rzeczy dotąd o nim niewiem i nikt nie wie, a mianowicie, zkąd się wziął ten człowiek?... Przez dłuższy czas tkwił w różnych redakcyach i nie mógł wyleźć na wierzch, chociaż pożerała go szalona ambicya i żądza używania. Wreszcie natrafił na pomysł i po raz pierwszy zwrócił na siebie uwagę, przedstawiając publiczności nowego Ludwika XVII. Poruszył już wtedy sporo brudów, a chociaż w Delfina nikt nie uwierzył, Sagnier zdobył sobie przy tej okazyi pewne imię. Zaraz otoczył je reklamą, afiszując się jako rojalista. Wkrótce potem przeszedł do obozu ludowego i wystąpił z socyalizmnem katolickim, mającym pomścić krzywdy i ze sprawiedliwością chrześciańską zapanować nad światem. Od tej chwili Sagnier pisuje wrogie artykuły przeciwko rzeczypospolitej i wolnomyślności, gromi zdrożność obyczajów, potępia współczesną epokę, i w imię sprawiedliwości piętnuje ludzi, chcąc ich umoralnić. Rozpoczął tę kampanię seryą portretów wszystkich finansistów. Czegoż tam nie było w tych paszkwilach! Ile plotek, ile bezpodstawnych oskarżeń! Dziwić się można, iż go nie pociągnięto do odpowiedzialności kryminalnej... lecz stało się wprost przeciwnie... Sagnier zebrał całą seryę wydrukowanych pojedynczo portretów i puścił je ponownie w świat w formie książki... powodzenie było olbrzymie, a przedewszystkiem hałaśliwe. Zachęcony, bieży dalej tą samą drogą. Założył "Głos ludu", w czasie skandalicznej sprawy panamskiej i pod pozorem sprawy publicznego sumienia, karmił swych czytelników najwstrętniejszemi odpadkami cuchnących oszczerstw. Dziennik redagowany pod dyrekcyą tego człowieka, był i pozostał kanałem przepływu wszystkich nieczystości, a gdy kał rzednieje, Sagnier sztucznym go zastępuje i zasila, byle warcholić i hałasem przyciągać gapiów ku zadowoleniu swej pychy a przedewszystkiem swej kasy. Massot mówił to wszystko spokojnie, chwilami wybuchając śmiechem, bo pomimo swego zimnego szyderstwa, żywił w głębi uznanie dla tak wpływowego człowieka, jakim był Sagnier. - Tak, rozbójnik z niego, lecz zarazem jaki dzielny człowiek! Pychę posiada szaloną i na wszystko jest gotów, byle ją zadowolić. Powiedzieć, że niedawno postarał się o popularność na hallach! Gawiedź uliczna jest po jego stronie. A może on rzeczywiście wierzy w swoją misyę posłannika sprawiedliwości i w pracę około zbawienia ludu?... Mnie, bo zachwyca swoją płodnością pomysłów, szerzenia skandalu i oskarżania kogo zechce. Codziennie rzuca nową ofiarę na pastwę zemsty tłumów. Codziennie odsłania świeżo odkryte okropne tajemnice. Jest niewyczerpany! Nigdy nikt nie plwał takiem błotem oskarżeń, nigdy nikt nie zbierał tak obfitego żniwa z szerzenia potwarzy. A przytem jaka umiejętność w dozowaniu skandalu! Gdy widzi, że publiczność obojętnieje z ckliwości, wynajduje natychmiast w swej imaginacyi tak krańcową potworność, iż elektryzuje wszystkich z odrętwienia. Słowem, gienialny z niego dziennikarz! Bo weźmy chociażby dzisiejszy jego artykuł; dla czegóż go napisał?... Dla dobra pisma, które wydaje. Wszak zapowiedział, że ogłosi nazwiska wszystkich zaprzedanych i zdrajców, a taka nowina wybornie wpłynęła na pokup dziennika. Przez kilka dni może więc odpoczywać, pewien, że i tak sprzeda podwójną ilość egzemplarzy swego pisma! Piotr słuchał z zajęciem, bo opowiadanie Massota dawało mu rozwiązanie niejednej zagadki, której dotąd nie był w stanie rozumieć. Zaczął teraz sam zadawać pytania, ździwiony, iż tak znaczna ilość deputowanych znajduje się w poczekalnej sali i w korytarzach, chociaż posiedzenie już się rozpoczęło. Lecz kogóż mogło zajmować posiedzenie, chociażby się tam miały rozstrzygać najważniejsze sprawy ogólnego znaczenia, kiedy umysły wszystkich pochłaniała groźba interpelacyi, mogącej obalić ministeryum. Obudzone żądze wrzały coraz burzliwiej. Stronnicy i protegowani ministeryum, będącego jeszcze u władzy, hamowali gniew, truchlejąc na myśl utracenia posiadanych posad i mających się urzeczywistnić obietnic; zaś inni, dotąd próżno wyczekujący zdobyczy, naraz poczuli świtającą nadzieję i szykowali się do umiejętnego obsaczenia przyszłego ministeryum, gotowi być klientami jakichkolwiekbądź zwycięzców. Massot pokazał Piotrowi postać zagrożonego prezesa gabinetu. Barroux był, prócz tego, ministrem finansów, dano mu to miejsce, chociaż nie posiadał odpowiedniego doświadczenia, lecz chciano w ten sposób zaspokoić opinię publiczną, wiadomem bowiem było, że Barroux wyszedł czysto z katastrofy panamskiej. Barroux stał na uboczu i rozmawiał z ministrem oświaty, senatorem Taboureau, który życie całe spędziwszy na prowincji, jako profesor uniwersytetu, najniespodziewaniej został mianowany ministrem i dotąd nieobeznał się ani z Paryżem, ani z czynnościami swego stanowiska. Będąc zacnym i cichym człowiekiem, zachował wygląd profesora i we wszystkiem ustępował kolegom z gabinetu. Barroux zaś miał postać okazałą. Wysoki, przystojny, wygolony, nos miał tylko nieco za mały, co psuło ogólną szlachetność rysów. Miał lat sześdziesiąt, a białe jak śnieg i kędzierzawe włosy dodawały mu teatralnej majestatyczności, z czego umiał korzystać, będąc na trybunie. Pochodził ze starodawnej paryskiej rodziny, i od urodzenia był zawsze zamożny. Rozpoczął karyerę od adwokatury, następnie za czasów Cesarstwa był dziennikarzem republikańskich opinij, a do władzy doszedł wraz z Gambettą. Uczciwy, romantyczny, doktryner i trochę głupi, lecz odważny, zacny i zapalony wielbiciel zasad Wielkiej rewolucyi. Był jednym z ostatnich przedstawicieli dawnych republikańskich idei francuzkiej burżuazyi, co wywoływało uśmiechy i drwiny ze strony młodego pokolenia dzisiejszych polityków o wilczych zębach i wilczym apetycie. Nazywali go protoplastą i zwietrzałym jakobinem. Barroux zaś, pomimo zachowywanej powagi w obejściu i pomimo pompatycznie wygłaszanych oracyj, był człowiekiem chwiejnym, sentymentalnym i poczciwcem, płaczącym przy odczytywaniu wierszy Lamartine'a. Rozmowę dwóch ministrów przerwało nadejście trzeciego. Monferrand, minister spraw wewnętrznych, odciągnął Barroux na stronę i szepnął mu coś do ucha. Monferrand miał lat piędziesiąt, wzrostu był małego, gruby, twarzy uśmiechniętej, ojcowskiej, lecz ta twarz okrągła i dość pospolita, otoczona brodą krótko przystrzyżoną i jeszcze czarną, miewała wyraz dowodzący bystrej inteligencyi. Czuć w nim było człowieka zdolnego rządzić, a potężnie rozwinięte jego ręce miały siłę do chwytania i niewypuszczania zdobyczy. Pochodził z departamentu Corr?ze, gdzie miał znaczne posiadłości i był przez dłuższy czas merem miasta Tulle. Stosunkowo młody, mógł zajść daleko, patrzano więc na niego z pewnem niedowierzaniem i obawą. Mówił z prostotą, ze spokojem, lecz z nadzwyczajną siłą przekonania. Pozornie nie zdradzał żadnych ambicyj, udając najzupełniejszą bezinteresowność, lecz skrycie wrzały w nim pragnienia wszystkich zdobyczy. Sagnier pisał o nim w swoim dzienniku, jako o złodzieju i zabójcy, który udusił dwie ze swych ciotek, chcąc prędzej odziedziczyć po nich majątek. W każdym razie, jeżeli był zabójcą, to był zarazem wybitną osobistością. Ukazanie się deputowanego Vignon ogólnie zauważono, pomimo gorączkowego nastroju; Vignon bowiem miał odegrać rolę w oczekiwanym dramacie. Obadwaj ministrowie pilnie na niego patrzeli, on zaś, odrazu otoczony, uśmiechnął się do nich zdaleka. Miał zaledwie lat trzydzieści sześć, szczupły, średniego wzrostu, jasny blondyn o pięknej blond brodzie, którą utrzymywał z wielką starannością. Rodem paryżanin, szybko postępował w hierarchii urzędów, przez pewien czas był prefektem w Bordeaux obecnie zaś, powołany do Izby, stał się ulubieńcem i nadzieją wierzących w przyszłość młodych w parlamencie. Mówiono o nim, że jasno rozumie, iż w polityce trzeba nowych ludzi dla dokonania nowych a nieodzownych reform. Ambitny, inteligentny, wiele wiedzący, miał swój program i dość posiadał siły, by go narzucić a nawet częściowo utrzymać i przeprowadzić. Lecz nie śpieszył się. Z ostrożną zręcznością czekał, wiedząc że dzień jego musi nadejść, tymczasem wzmagał się w znaczenie, nigdy w żadnej sprawie nieskompromitowany, i wolny od wszelkich zobowiązań. W rzeczywistości cała jego wartość polegała na tem, że był niezwykle zdolnym administratorem. Jako mówca, odznaczał się jasnością i ścisłością, o programie mało się różniącym, nieco tylko odmłodzonym w formułach Barroux a jednakże ogólnie uznawano, że postawienie Vignona na miejsce Barroux na czele gabinetu, równałoby się wielkiemu przewrotowi. Sagnier pisał o Vignonie, że dąży do stanowiska prezydenta Rzeczypospolitej i że gotów wszystko zburzyć i krwią zalać, byle zamieszkać w pałacu Elizejskim. Massot w dalszym ciągu objaśniał Piotra: - Bardzo być może, iż dziś Sagnier nie skłamał w swoim artykule... może naprawdę posiada listę nazwisk... bo papiery Huntera mogły mu wpaść w ręce... A na pewno wiem, że dla otrzymania niektórych głosów w Izbie, baron Duvillard użył Huntera... Sprawa afrykańskiej kolei żelaznej przeszła gładko, tylko dzięki zabiegom Huntera, zawsze wiedzącego kogo trzeba i można kupić... Zręczność jego pod tym względem była wprost niezrównaną... umiał być ujmujący, pełen delikatności.. słowem wprost innym, niż sobie wyobraża Sagnier, który, zgodnie ze swą naturą, jawnie mówi o przekupstwie, targach i cynicznem traktowaniu sprawy wprost, bez żadnych obsłonek. Trzeba być takim Sagnierem, by wyobrażać sobie parlament jak otwarty rynek, gdzie wszystkie sumienia wystawiają się na sprzedaż i pozwalają się licytować z wyuzdaną bezczelnością. Ach, jakże inaczej to się dzieje! Ileż jest okoliczności uwzględniających i wprost usprawiedliwiających! Sagnier w swoim artykule najostrzej napada na Barroux i na Monferranda, bo chociaż nie nazywa ich po nazwisku, wiadomo jest każdemu, że w czasie zatwierdzenia koncesyi afrykańskiej kolei żelaznej, ministrem spraw wewnętrznych był Barroux, a ministrem robót publicznych był Monferrand. Zatem przeniewierczymi ministrami są oni a nie inni. Otóż niewiem, do jakiej politycznej kombinacyi Barroux mógł należeć, lecz głową ręczę, iż żadnych pieniędzy nie wziął, bo jest to najuczciwszy z uczciwych ludzi. Monferrand, to rzecz inna. Ten mógł coś zgarnąć... Lecz niesłychanie byłbym zdziwiony, gdyby pozostawił po tem ślady. Za mądry jest, by popełnić nieostrożność... a zwłaszcza tego rodzaju głupstwo... Jeżeli wziął pieniądze, to na pewno nie dał na to pokwitowania! Zamilkł i ruchem głowy wskazał Duthila, który, rozgorączkowany, lecz pomimo to uśmiechnięty, stał pomiędzy osobami, otaczającemi dwóch ministrów. - Czy widzisz pan tego bruneta z wymuskaną brodą? - Znam go - odpowiedział Piotr. - Doprawdy?... Znasz pan Duthila? Otóż ten, to napewno obłowił się pieniędzmi. Ptaszek z niego! Przyfrunął do nas z Augoul?me, by wieść hulaszcze i przyjemne życie w naszych salonach i alkowach, jest bez czci i wiary ale zawsze pełen wesołości i miłośnie rozgruchany jak ptaki na wiosnę. Pieniądze, które mu wręczył Hunter, przyjął jak błogosławioną, lecz należną mu mannę i nawet nie przyszło mu do głowy, że się tem mógł zbrudzić. Jestem przekonany, że mocnoby się zdziwił, iż ludzie mogą inaczej sądzić kwestye tego rodzaju. Dla niego jest to drobiazg, niemający żadnej doniosłości. Po chwilowem milczeniu, Massot wskazał Piotrowi piędziesięcioletniego człowieka, miny płaczliwej, wysokiego i cienkiego jak wiecha, trzymającego się pochyło, jakby się uginał pod ciężarem olbrzymiej swej głowy, wydłużonej jak u konia. Włosy miał żółtawe, rzadkie i proste, wąsy opuszczone, cała twarz wyrażała przygnębienie i dokuczliwe troski. - To Chaigneux, deputowany. Pan go nie znasz?... Zaraz panu opowiem jego dzieje, lecz dość na niego spojrzeć, by uznać, że tak wyglądający człowiek, z łatwością przyjmuje byle jaki datek. Jest deputowanym z Arras. Był tam notaryuszem. Zaczął się zajmować polityką i wybrano go na posła do parlamentu. Upojony nadzieją przyszłej swej wielkości politycznej, sprzedał kancelaryę, dom, i z żoną oraz trzema dorosłemi córkami, zjechał do Paryża, pewien zrobienia fortuny. Łatwo się pan domyśla, co nastąpiło. Pieniędzy miał niewiele, a cztery jego panie postanowiły stroić się, bywać w świecie, przyjmować u siebie - słowem polować na mężów, których dotąd nie znalazły, pomimo zawziętej obławy. Życie tego człowieka jest okropne wśród tych kobiet, prześladujących go wspólnie za wszystkie niepowodzenia. Sam wyznaje, że los go prześladuje i uznał się bezsilnym, zgubionym, czuje, że stracił grunt pod nogami w Paryżu, chociaż przyjeżdżając, sądził, iż stanowisko deputowanego pozwoli mu i ułatwi dojść do prowadzenia zyskownych interesów. Jakże takie biedaczysko jak Chaigneuz, wiecznie łaknący grosza, nie miał się ułakomić na propozycyę Huntera?... Wierzę, iż był uczciwym człowiekiem przyjeżdżając do Paryża, lecz obecnie przestał nim być. Massot rozgadał się i coraz to nowe kreślił sylwetki. Kiedyś miał ochotę wydania książki pod tytułem: "Deputowani do sprzedania". Miała to być serya portretów z natury: naiwni nierozumiejący otoczenia, w jakie wpadli, chciwi, trawieni ambicyą, dusze poziome łatwo ulegające pokusie czerpania z otwartej szuflady, karyerowicze upojeni chwilowem powodzeniem i tracący równowagę przy pierwszej trudności. Lecz Massot zaniechał projektu, bo doszedł do przekonania, iż liczba takich deputowanych jest ograniczona i że we wszystkich parlamentach na kuli ziemskiej muszą się znajdować w stadzie i parszywe owce. Zło tego rodzaju uważał za nieuniknione i tylko taki Sagnier mógł zdobyć się na bezczelność głoszenia, iż parlament francuzki jest jaskinią i zbiorowiskiem samych tylko łotrów i opryszków. Piotr coraz żywiej był zainteresowany popłochem spowodowanym przypuszczalnem obaleniem ministeryum. Objaśnienia, dane mu przez Massota, pozwoliły mu na właściwe rozumienie grup tworzących się tuż przed jego oczyma. Deputowani otaczający Barroux i Monferranda, bledli, czując trzęsący się grunt pod nogami, niepewni, czy jeszcze dziś ujdą więziennej celi w Mazas. Drżącymi byli również wszyscy klienci ciżbą zebrani i trwożni o stanowiska, zajmowane dzięki protekcyi panujących ministrów. Na twarzach ich było widać niepokój, rozmawiali przyciszonemi głosami, dopytywali się, komunikując sobie najnieprawdopodobniejsze wersye. Obok tej grupy skazanych na zatracenie, rosła nowo tworząca się grupa, wpatrzona w Vignona, który spokojnie, z uśmiechem, przyjmował dyskretne hołdy swej klienteli, z niecierpliwością czekającej chwili jego zwycięztwa, zapewniającego pożądane wpływy i zyskowne posady. Oczy tych ludzi połyskiwały rozbudzoną chciwością, chociaż radość ich była dopiero w fazie nadziei, lecz zaskoczyło to ich niespodziewanie, okazya nastręczała się prędzej, aniżeli mogli przewidywać. Bliżsi znajomi zasypywali Vignona pytaniami, lecz ten starał się dawać wymijające odpowiedzi, zapewniając, że dziś nie zajmie trybuny. Rzeczywiście, było to jego planem, postanowił czekać na interpelacyę M?ge'a, którego się nie lękał jako współzawodnika, a sądził, iż po zwaleniu ministeryum, teki z łatwością same wpadną mu w ręce. - Ach, ten Monferrand - mówił dalej Massot - to mi człowiek umiejący korzystać z każdego powiewu wiatru! Znałem go niegdyś pod inną postacią... Był wówczas zagorzałym antiklerykałem... Niechcę panu ubliżać... lecz byłby żywcem pożerał księży. Otóż obecnie poglądy swoje zmienił i sądzę, że będzie panu przyjemnie dowiedzieć się, że najzupełniej pogodził się z Panem Bogiem. Mówiono mi, że monsignor Martha, chętnie apostołujący i nawracający niewiernych, jest codziennym, nieodstępnym towarzyszem ministra. Ze strony Monferranda jest to bardzo chwalebnie, że odczuł potrzebę chwili... bo teraz, kiedy wiedza zbankrutowała, zwrot jest ogólny ku niebu... Widzimy to na każdym kroku, w sztuce, w literaturze, w nas samych. Wszędzie dostrzegamy nowy rozkwit religijny, ujawniający się mistycyzmem, mięko kołyszącym nasze umysły... Mówiąc to, Massot drwił, jak zwykle, jednakże okrył swe słowa tak wyszukaną uprzejmością, iż księdza do którego się zwracał, nie mógł obrazić. Wreszcie, w tejże właśnie chwili gwałtownie zawrzało dokoła, głosy wołały, że M?ge zajął już trybunę. Na tę wiadomość, tłumnie się rzucono do sali posiedzeń. W poczekalnej sali des Pas-Perdus pozostała tylko część publiczności i kilku dziennikarzy. - Dziwię się - zawołał Massot - że mój szef dotąd nie przyszedł. Przecież deputowanego Fons?gne powinno interesować dzisiejsze posiedzenie Izby, Ale sprytna to sztuka... musi mieć swoje racye... Czy pan znasz mego szefa?... Po przeczącej odpowiedzi Piotra, mówił dalej. - Tęga głowa a przytem nielada potęga w Paryżu! Mogę o nim mówić z całą swobodą, bo nie uprawiam sztuki płaszczenia się przed moimi naczelnikami a ponieważ tych właśnie znam najlepiej, więc mogę o nich mówić z całą świadomością rzeczy. Fons?gne jest na owej liście osób zagrożonych... Sagnier go nie przepuści... Wreszcie, ogólnie wiadomo, że Fons?gne należy do kliki pokornych klientów barona Duvillard. O tem, że dostał swoją część złota, nikt nie może wątpić, bo Fons?gne obławia się we wszystkich tego rodzaju sprawach. Ale ponieważ jest mądry, więc tak się urządza, iż zachowuje pozory i zawsze ma się czem usprawiedliwić z pieniędzy, jakie zbiera na lewo i na prawo. A jeżeli tym razem dał się złapać i nie ma się czem zasłonić, to będzie pierwsza nieostrożność, jaką w życiu popełnił! Massot opowiadał dalej całą przeszłość swego szefa. Fons?gne pochodził z departamentu Corr?ze, z tej samej okolicy co Monferrand, lecz pogniewał się z ministrem niewiadomo przy jakiej okazyi. W młodości był adwokatem w Tulle, lecz zapragnął błyszczeć w Paryżu i dopiął celu, założywszy w stolicy dziennik "Glob", który szybko się rozwinął na pismo wpływowe. Obecnie Fons?gne doszedł do znacznych pieniędzy, mieszka we wspaniałym pałacu przy alei Bois-de Boulogne i w każdym ważniejszym interesie bierze udział, każąc sobie suto płacić za reklamę puszczaną w artykułach "Globu". Z gienialnym sprytem umie on kierować artykułami w swoim dzienniku, który wreszcie założył w tym jedynie celu. Prędko też zdobył dzisiejsze stanowisko, pozwalające mu królować na rynku stolicy a zawdzięcza to własnej przedsiębiorczości, oraz czuwaniu nad każdem słowem i czynem. Obdarzony wytrwałą cierpliwością, jest poważany i używa opinii człowieka statecznego i zasłużonego kierownika najcnotliwszego z dzienników. W gruncie w nic nie wierząc, ani w Boga, ani w szatana, nadał swemu dziennikowi odcień republikańsko-zachowawczy, bo to w danej chwili najlepiej popłaca i z wielką powagą broni istniejącego porządku rzeczy, jest podporą rządu, naturalnym opiekunem własności, cnót rodzinnych, jest przytem religijny, lecz w miarę - tyle, ile potrzeba dla spokoju zamożnej burżuazyi, wśród której rekrutują się czytelnicy "Globu". Takim będąc na zewnątrz, trzyma ręce głęboko zapuszczone we wszystkich kieszeniach. - Tak, tak, księże Fromont, oto wyższe cele, ku którym dojść można za pomocą prasy! Sagnier i Fons?gne, to dwaj ludzie na widowni, lecz jacy różni, chociaż jeden wart drugiego! Walczą inną bronią, lecz ku jednemu zmierzają! Dziennik wydawany przez Sagniera, jest cuchnącym ściekiem brukającym jego samego, zaś dziennik Fons?gne'a jest rzeczywiście znakomicie redagowanem pismem, mogącem zadowolić najwybredniejsze gusta czytelników i niemały zaszczyt czyniąc swemu założycielowi. A jednak... w gruncie obie bibuły są do siebie podobne i obie dyabła warte! Massot wybuchnął śmiechem z własnego konceptu, uradowany z szyderstw, jakich nigdy nie szczędził. Wtem nagle zawołał: - Otóż Fons?gne! Wreszcie przyszedł! Przedstawił Piotra słowami: - Ksiądz Fromont... Czeka na pana od pół godziny... Zostawiam teraz panów... Pójdę zobaczyć, co się tam dzieje... Musi być gorąco... M?ge interpeluje... Fons?gne drgnął lekko i rzekł: - A więc jest interpelacya.. niech! Zaraz tam przyjdę. Piotr przyglądał się nowoprzybyłemu. Fons?gne miał około piędziesiątki, lecz wyglądał młodo, był drobny, chudy, żwawy, brodę miał czarną, bez śladu siwizny, oczy błyszczące a usta o których mówiono że są krwiożercze, przysłaniał sumiastemi wąsami. Uprzejmy w obejściu, ożywiony, nos miał ruchliwy i spiczasty, jak u psa wietrzącego zwierzynę. - Czem mogę panu służyć? - zapytał. Na co Piotr odpowiedział w krótkości, wspominając o nędzy widzianej dzisiejszego poranka i o potrzebie natychmiastowego umieszczenia Laveuve'a w Przytułku dla inwalidów pracy. - Laveuve?... Słyszałem już o nim. Jego sprawa była nam przedstawiona. Duthil zajął się raportem i dowiedzieliśmy się takich szczegółów, iż odmówiliśmy przyjęcia do Przytułku. Piotr nalegał: - Panie, ręczę ci, że gdybyś był widział to, co dziś widziałem, serceby ci wezbrało litością, względem tego nieszczęśliwego starca. Sumienie nakazuje wspomódz go. Niewolno opuszczać człowieka w tak okropnem położeniu. Laveuve musi być dziś jeszcze przyjęty do Przytułku dla inwalidów pracy. - Dziś?... Dziś niepodobna, nie można. Najzupełniej nie można! Zapominasz pan, iż przed przyjęciem pensyonarza, jest mnóstwo formalności do załatwienia. Wreszcie nie odemnie to zależy. Nie mogę sam decydować w tak ważnem postanowieniu. Moja władza nie sięga tak daleko. Jestem tylko administratorem i spełniam rozkazy dane mi przez komitet dam opiekunek Przytułku. - Właśnie przybywam z prośbą do pana, przysłany przez prezydentkę komitetu, przez panią baronowę Duvillard, która mnie zapewniła, że pan jeden posiadasz prawo natychmiastowego przyjęcia do Przytułku w razach nadzwyczajnych. - Ach, to pani baronowa Duvillard pana przysłała. Poznaję ją w tem odrazu! Tak, tylko ona jest zdolna coś podobnego uczynić! Sama lęka się odpowiedzialności, nie lubi działać z własnej inicyatywy, więc dla świętego spokoju, odsyła sprawy do mnie, lub do kogo innego. Ale nie mam ochoty narazić się całemu komitetowi. Wybacz mi, szanowny panie, lecz nie mogę wykroczyć po za przepisy naszego statutu. Byłoby to nadużycie, mogące na mnie ściągnąć słuszny gniew wszystkich dam opiekunek naszego Przytułku. Pan ich nie znasz.. Posłannictwo swoje biorą one bardzo na seryo i przekroczenie ustaw poczytują za zbrodnię... Mówił tonem żartobliwym, lecz zarazem stanowczym, chcąc prędzej się pozbyć tego natrętnego księdza. W tem z sali posiedzeń Izby wybiegł Duthil, chcąc ostrzedz zainteresowanych na równi z nim kolegów, by śpiesznie wracali na miejsca, bo dyskusya zaczynała przybierać zatrważające rozmiary. - Fons?gne, idź prędzej na swoje miejsce... Śpiesz się, nie ma czasu do stracenia... Duthil podążył dalej i znikł a Fons?gne spokojnie pozostał na miejscu z miną człowieka obojętnego dla podejrzanej sprawy pasyonującej dziś wszystkich w Izbie. Uśmiechał się, lecz zamrugały mu powieki, przecząc o wewnętrznym spokoju deputowanego. Wysłuchawszy dalszych przedstawień Piotra, rzekł: - Najmocniej przepraszam pana, lecz muszę już iść do sali posiedzeń. Słyszał pan, że mnie tam wzywają. Muszę iść, bo mogę być potrzebny kolegom. A w sprawie Laveuve'a, nic nie mogę uczynić. Powtarzam panu że nic, zupełnie nic. To nieodemnie zależy!... Lecz Piotr nie chciał uważać tych słów za ostateczną i stanowczą odmowę. - Mam czas, poczekam na pana. Lecz proszę, nie odmawiaj mi pan bez głębszego namysłu. Zapewne pilno panu być obecnym w sali posiedzeń, więc nie wysłuchałeś pan uważnie tego co mówiłem. Gdy pan ztamtąd wrócisz, jeszcze raz pomówimy i jestem nieledwie pewny, iż uwzględnisz moją prośbę... A chociaż Fons?gne, oddalając się, jeszcze raz powtórzył, że nie zmieni postanowienia, Piotr usiadł na ławce, chcąc czekać jego powrotu. Sala des Pas-Perdus była teraz prawie pusta. Od wysokich, gołych ścian padało ponure zimno, a pomimo bronzowych grup Laokoona i Minerwy, banalnością przypominała rozległe sale dworców kolei żelaznej, gdzie chwilami jest ścisk i wrzawa, to znów tłum ludzki znika, po przelotnym pobycie, nie ogrzawszy ścian gmachu. Przez wielkie okna wychodzące na ogród o wypłowiałych zimą trawnikach, płynęło blade, niewyraźne światło, a z sali posiedzeń Izby nie dolatywał żaden odgłos wybuchłej tam burzy. Śmiertelna cisza zaległa wśród murów, cisza głucho wstrząsana bolesnym dreszczem nadciągającym zdaleka, zapewne ze wszystkich krańców kraju całego. Dumanie Piotra snuć się zaczęło w tym właśnie kierunku. Zdawało mu się, że cała rana przeszłości wznowiła się dzisiaj i, rozjątrzona, powiększała się trująco. Zgnilizna parlamentarna zaczynała stopniowo ogarniać cały ustrój społeczeństwa. Niezaprzeczenie, iż ponad nizkością intryg i żądz osobistych ambicyj, pozostawały nietknięte wyższe cele historycznego pochodu a ścieranie się zasad nie mogło jak oczyszczać drogę przyszłości ku prawdzie, sprawiedliwości i szczęściu, lecz w praktyce, zblizka, w codziennem zetknięciu, jakże odrażająco wstrętnymi byli zapaśnicy i używane przez nich sposoby! Widać było tylko szalony rozmach ich egoizmu, chęć powalenia sąsiada, by zatryumfować na jego trupie. Toż samo stosowało się do grup całych z sobą walczących. Lewica, prawica, katolicy, republikanie, socyaliści, stronnictwa wszystkich odcieni, we wszelkie strojący się etykiety, jednego tylko pragnęli, ku jednemu zdążali, ku pochwyceniu władzy i zapanowaniu nad innemi. Wszystko dla nich malało wobec kwestyi, kto będzie panem położenia, kto zagarnie Francyę w swe szpony, by się nią nasycić i zdarte z niej łupy, rzucić wśród gawiedź swoich poplecznków. Utarczki i bitwy, toczone z tego powodu w Izbie, zużywały dnie i tygodnie, a gdy wreszcie na miejsce strąconego władcy, wywyższono jego następcę, bieg rzeczy nie postępował naprzód, bo natychmiast zaczynał się pościg, mający na celu zapewnienie władzy komuś trzeciemu i tak bez końca, bez sposobu przewidzenia kresu odrętwiającej niedorzeczności dreptania na miejscu, pomimo pozornej ruchliwości i gorączki w działaniu. Zaś wywyższani władcy mało się różnili pomiędzy sobą. Nowo panujący psuł czynność już popsutą przez swego poprzednika a wszyscy zapominali o programie i obietnicach, dawanych tylko dla dopięcia władzy. Niespostrzeżenie, dumania Piotra zwróciły się w stronę Laveuve'a, o którym chwilowo zapomniał i serce wezbrało mu gniewem. Cóż mogło obchodzić tego biedaka umierającego z głodu i zimna na przegniłym barłogu, czy M?ge obali istniejący gabinet ministrów i kto zastąpi strąconego Barroux! Egoistyczne manewry członków Izby nie troszczą się o nędzne losy zestarzałych przy pracy robotników i może upłynie jeszcze lat sto, lat dwieście, nim nadejdą czasy, gdy każda ludzka jednostka będzie obdzielona chociażby najskromniejszą, lecz nieodzownie potrzebną kromką chleba i schludniejszym kątem, niż poddasze nieszczęsnego Laveuve'a. A iluż jest jemu podobnych i równie marnie dożywających resztki żywota swojego! Całe zastępy zgłodniałego ludu wyczekują wymiaru sprawiedliwości, lecz Izba pomija tę rzeszę nędzarzów i tylko sobą zajęta, urządza walne posiedzenia, by z gorączkowem naprężeniem śledzić bieg swych żądz osobistych, obalać i wywyższać władców pomiędzy sobą i tuczyć się krwią ssaną z całego narodu! Jakże ohydnym jest widok w ten sposób pojmowanej działalności posłanników i wybrańców ludu! Zdają się być raną i wrzodem bezczelnie rozsiadłym i toczącym cały organizm i sięgającym aż pod samo serce. Kiedyż nadejdzie upragnione uzdrowienie? Kiedyż przeciętym zostanie ów wrzód sromotny, by nastąpiła era zdrowia i szczęśliwości ogółu?!... Zatopiony w dumaniach, Piotr nie zdawał sobie sprawy z biegu czasu i ocknął się, gdy sala na nowo zahuczała i zapełniła się tłumem. Mnóstwo osób powracało z sali posiedzeń a wszyscy giestykulowali, rozprawiali i tworzyli mniejsze i większe grupy. Wtem usłyszał, jak Massot zawołał głośno tuż obok niego: - Jeszcze nie leży powalony, lecz niewiele mu brakuje! Podług mnie, Barroux już niewart złamanego grosza. Massot temi słowy zdawszy sprawę z posiedzenia koledze, który dopiero co nadszedł, zaczął go teraz bliżej objaśniać. Przemówienie M?ge'a było doskonałe, ze zwykłą furyą obwiniał burżuazyę, oburzając się jej zgnilizną i szerzeniem zgnilizny. Lecz uniesienie M?ge'a zawiodło go zbyt daleko, przerażając Izbę swą gwałtownością. Skorzystał z tego wrażenia Barroux i, wstąpiwszy na trybunę, zażądał miesięcznego odroczenia interpelacyi. Z wytrawnością zwykłego parlamentarnego szermierza, z przejęciem ubolewał nad krajem nękanym gorszącemi skandalami, szerzonemi przez pewną część prasy. Z rozgoryczeniem nieskazitelnego człowieka, pytał, czyżby poniżająca ohyda Panamy na nowo miała odżyć?... Czyż przedstawiciele narodu dadzą się znów stropić niedorzecznością pogróżki o wykryciu nowego przekupstwa?... Należy zachować zimną krew i nie dać się otumanić szajce dziennikarzy podszczuwanych przez wrogów Rzeczypospolitej, bo w tem właśnie leży całe jądro ich zabiegów, chcą zgubić Rzeczpospolitą, zatapiając ją w błocie rzucanych na nią oskarżeń. Nie! Nie! Do tego nie przyjdzie. Nadeszła już godzina rozpoznania i przedstawiciele narodu, zbrojni nabytem doświadczeniem, pominą nieuczciwe napaści wrogów Rzeczypospolitej, by oddać się ze spokojem pracy zapewniającej dobro kraju. Izba dała się przekonać mówcy, bo deputowani w słusznej byli obawie, przed niepotrzebnem rozciekawieniem się swych wyborców, znużonych tym nieustającym potokiem brudów i przekupstwa. Interpelacya została więc odłożoną. Lecz poplecznicy Vignona, parci żądzą ujrzenia go ministrem, wotowali przeciwko propozycyi gabinetu, tym więc sposobem, Barroux, jakkolwiek utrzymał się przy władzy, lecz większością tylko dwóch głosów, co było wprost śmieszne. - Więc chyba, podadzą się do dymisyi? - zapytał ktoś z obecnych. - Tak - odpowiedział Massot. - Wszyscy mówią, że podadzą się do dymisyi... Chociaż niewiem... bo Barroux nie ma ochoty... W każdym razie, życie gabinetu nie o wiele się przedłuży... Za kilka dni runie... musi runąć. Tem to pewniejsze, że Sagnier jest wściekły z rezultatu... i na głos wrzeszczy, że jutro wydrukuje listę nazwisk... Rozmowy przycichły, bo patrzono na Barroux, który w towarzystwie Monferranda przechodził w pobliżu a za ministrami widocznie niezadowolonymi, pośpieszał tłum ich klientów, zaniepokojonych, zakłopotanych o własne jutro. Rozeszła się pogłoska, iż ministrowie mają się zebrać w komplecie, by powziąść stanowczą decyzyę. Wkrótce ukazał się w sali Vignon, otoczony gronem przyjaciół. Miał minę rozradowaną, lecz hamował się, by przedwcześnie ze zwycięztwa nie tryumfować, ale jego stronnicy nie zważali na ostrożne napomnienia przywódzcy i rozgorączkowani nadzieją, ostrzyli zęby na łup mający już niedługo wpaść im w posiadanie. Nawet M?ge był tryumfujący, wszak gdyby nie te dwa głosy, byłby dziś obalił ministeryum! Lecz nie dziś, to jutro ale najniezawodniej obali Barroux a potem Vignona i wreszcie pochwyci rządy w swoje ręce! - Chaigneux i Duthil idą jak psy obite - szepnął Massot. Tylko mój szef dzielnie się trzyma... Zuch... Nie ma jak Fons?gne!... A teraz żegnam panów... muszę już ztąd lecieć... Uścisnąwszy dłoń kolegi, Massot poszedł, chociaż posiedzenie Izby trwało dalej, rozpatrując nową sprawę wielkiej, ogólnej doniosłości. Dyskutowano ją przed pustemi ławkami. Chaigneux, przygnębiony, złamany myślą coraz to gorszego losu, zatrzymał się przy posągu Minerwy i wsparty o cokół, patrzał nieśmiało załzawionemi oczyma. Duthil przeciwnie; już się opanował i udawał zupełną swobodę umysłu, rozprawiając wśród kółka osób z ożywioną wesołością, lecz nerwowe drganie wykrzywiało mu ładne rysy, które kurczyły się pod wrażeniem wewnętrznego strachu. Massot miał słuszność, twierdząc, że jeden tylko Fons?gne w zupełności panował nad sobą. Żwawy jak zwykle, przesuwał się pomiędzy grupami w sali, a w sprytnych, połyskujących jego oczach, ledwie że zaległ cień niezadowolenia. Ujrzawszy go, Piotr powstał, by ponowić prośbę, lecz Fons?gne, uprzedzając go, wołał jeszcze zdaleka: - Nie mogę, nie mogę!... Wybacz, szanowny księże, lecz odmawiam ci stanowczo, bo nie chcę się narazić na tak wyraźne rozminięcie się z naszym statutem. Mieliśmy o tym człowieku raport; sprawa jego była dyskutowana i odrzucona. Jakżeżbym zatem mógł o tem wszystkiem zapomnieć i postąpić wbrew wyrokowi wydanemu przez panie opiekunki Przytułku!... - To są rzeczy podrzędne - rzekł Piotr z przejęciem - Niechaj pan zechce zwrócić uwagę, iż tu chodzi o życie człowieka, o starca, który skona z zimna i z głodu, jeżeli pomoc będzie opieszała... Fons?gne podniósł obie ręce w górę, jakby chcąc mury przyzwać na świadków i znów powtórzył, że nic nie może uczynić. Może lękał się jakiej nieprzyjemnej sprawy dla "Globu", który przed wyborami posługiwał się Przytułkiem dla inwalidów pracy, jako dowodem nieprzebranej hojności i miłosierdzia klas posiadających. A może trwoga tajemnie go nurtująca czyniła go obojętnym dla nędz ludzkich, lecz na wszelkie przedstawienia Piotra znajdował tylko odmowną odpowiedź, wreszcie rzekł: - Osobiście nie mogę nic uczynić... ale możesz mnie pan zmusić do zajęcia się losem owego starca... Lecz na to trzeba rozkazu ze strony dam opiekunek Przytułku... Dam należących do komitetu... Już pan masz za sobą panią baronową Duvillard, postaraj się o inne... Piotr postanowił walczyć do końca, więc, niezrażony przewidywanemi trudnościami, rzekł z trochą otuchy: - Znam panią hrabinę de Quinsac, mogę natychmiast iść do niej. - Wybornie! Idź pan zatem do hrabiny Quinsac, a lepiej jeszcze będzie, jeżeli pan weźmie dorożkę i od hrabiny pojedzie pan do księżnej de Harn. Ona jest bardzo uczynną, ruchliwą i zaczyna być wpływową... A gdy będziesz pan miał pozwolenie tych pań na przyjęcie Laveuve'a do Przytułku, wtedy musisz pan powrócić do baronowej Duvillard... Ale ostrzegam, że dopiero około godziny siódmej będzie z powrotem u siebie. Od baronowej uzyskasz pan list do mnie, list zasłaniający mnie od odpowiedzialności, wobec dam opiekunek Przytułku. Mnie zaś zastaniesz pan w biurze redakcyi. Wtedy zaraz sprawą się zajmę, by pański protegowany mógł się wyspać jeszcze dzisiejszej nocy na łóżku w naszym Przytułku... Z chwilą jak znalazł sposób pozbycia się księdza a przytem uniknięcia wszelkiej wymówki ze strony komitetu dam opiekunek, Fons?gne stał się nadzwyczaj miły i zdawał się nie powątpiewać o skuteczności swej rady. Piotr, ożywiony nadzieją, dziękował: - Dobry uczynek pan spełniasz! Dziękuję, serdecznie dziękuję! Z pańskiej łaski, starzec odżyje przygarnięty do Przytułku! - Ależ my tylko tego pragniemy! Ach, gdyby od nas zależało usunąć nędzę na świecie! Lecz śpiesz się pan ze swoją misyą... nie ma chwili do stracenia... Uścisnęli się za ręce i Piotr skierował się ku wyjściu. Lecz nie było to rzeczą łatwą. Tłum zalegał salę, tworzyły się i rozbiegały grupy, gniew i niepokój miotały wszystkimi. Burzliwe posiedzenie Izby oddziałało na tych ludzi, jak kamień rzucony na dno zabagnionej sadzawki i wypychający na wierzch gnijące w ukryciu nieczystości. Z trudem, prawie przemocą, Piotr przeciskał się wśród wzburzonej ciżby, ocierając się o drżących ze strachu tchórzów, o wyzywająco bezczelnych śmiałków, o zbrukanych i zarażonych panującą tu zgnilizną. Lecz serce Piotra rozjaśniała nadzieja. Zdawało mu się, że jeżeli dziś jeszcze zdoła uratować życie biednego, starego nędzarza, jeżeli zapewni mu spokój na resztę dni pozostałych, będzie to zapowiedzią lepszej przyszłości, początkiem przebaczenia za krzywdy i głupotę tych karłów, mieniących się mężami stanu a uprawiających politykę dla zadośćuczynienia egoistycznej chciwości. Już był w sieni, gdy drobna okoliczność przykuła go chwilowo na miejscu. Obstąpiono i przysłuchiwano się sprzeczce jednego z woźnych, z człowiekiem w ubraniu robotnika, który chciał dostać się wewnątrz pałacu Izby, pokazując przestarzały bilet wejścia z zatartą datą. Posiadacz biletu był zrazu natarczywy, brutalny, lecz nagle przestał nalegać, jakby opanowany niespodziewaną nieśmiałością. Piotr niezmiernie się zadziwił, poznawszy Salvata. Tak, tym razem się nie mylił, ten człowiek w obdartem odzieniu był dziś rano widzianym mechanikiem, który wyszedł z domu z zamiarem szukania roboty w mieście. Piotr poznał odrazu jego wysoką, chudą postać, twarz zmęczoną, i ogniste rozmarzone oczy, pałające wśród ogólnej bladości. Nie miał już przy sobie worka z narzędziami, a płócienna, robocza kurtka, szczelnie go opinając, wydymała się guzem na lewym boku. Zapewne wsunął tam jaki kawał znalezionego chleba. Woźni wyprowadzili go za kratę pałacu Izby. Nie opierając się i milcząc, poszedł dalej, kierując się w stronę mostu Zgody. Szedł powoli, niepewnie, jak człowiek niewiedzący, gdzie idzie.

Rozdział I

Styczeń się już kończył, gdy pewnego poranka ksiądz Piotr Fromont znalazł się o godzinie ósmej na szczycie wzgórza Montmartre, przed bazyliką Sacré-Coeur, gdzie miał mszę odprawić. Zanim wszedł do kościoła, zatrzymał się na chwilę, by spojrzeć na Paryż, roztaczający się u stóp wzgórza jak olbrzymie morze. Przez dwa upływające miesiące, srożyła się wyjątkowo ostra, mroźna i śnieżna zima a obecnie nadeszła odwilż, zatapiająca Paryż w dżdżyste i ponure chłody. Całe niebo szare jak ołów, opadało ku ziemi mgłą ciężką, smutną i żałobną. Wschodnia część miasta, złożona z dzielnic pracy i nędzy, tonęła w ryżawych dymach, unoszących się z wysokich kominów fabryk, podczas gdy ku zachodowi, po nad dzielnicami bogactwa i rozkoszy, mgła się rozjaśniała, przemieniając się w lekką zasłonę z nieruchomej pary. Ledwie że można było odgadnąć widnokrąg a w nieskończoność ciągnące się pole domów, występowało jak chaos kamieni poryty czeluściami wypełnionemi bladym oparem, po nad którym majaczyły szczyty gmachów i wyżej położone ulice, występując miejscami wyraziście, smugami o czarności sadzy. Paryż przedstawiał się tajemniczo, przysłonięty oparami, jakby zagrzebany w popiołach, w połowie już zanikły w znojach, cierpieniach i wstydzie, wszystkiego co ukrywał w olbrzymiem swem wnętrzu. Piotr, chudy, ponury, w lekkiej sutanie pomimo chłodu, stał i patrzał. Wtem ksiądz Rose, który jakby wyczekiwał na jego przyjście, ukryty po za pilastrem głównego kościelnego wejścia, nadszedł się z nim przywitać. - Wreszcie doczekałem się ciebie, moje drogie dziecko. Mam do ciebie prośbę, zaraz ci to powiem... Mówił zakłopotany i zaniepokojony. Spojrzał dokoła, lękając się, by go kto nie zobaczył a chociaż nie dostrzegł nikogo, dla pewności odprowadził Piotra od murów bazyliki i stanąwszy na pustym placyku, nie zważając na przejmująco zimne podmuchy wiatru, rzekł: - Blizko ztąd, na ulicy des Saules, znajduje się w najstraszniejszej nędzy, stary, zniedołężniały robotnik. Kiedyś był malarzem pokojowym, lecz obecnie ma lat siedemdziesiąt, więc nie może już pracować. Mówiono mi, że umiera z głodu, na zgniłym barłogu... Więc pomyślałem o tobie... Przypuszczam, że zechcesz mu zanieść trzy franki odemnie. Niewiele one pomogą, lecz przez kilka dni będzie miał za co kupić sobie chleba... - A dla czegóż, mój ojcze, nie chcesz osobiście zanieść mu swej jałmużny?... Ksiądz Rose znów się zaniepokoił, wystraszył i rzekł, jakby chcąc ukryć przykrość swego położenia: - O, ja nie mogę, nie mogę! Lękam się nowych przykrości. Czyś zapomniał, że mnie pilnują?... Pomyśl zatem, ile bym znów otrzymał napomnień za moją niepoprawność... Znówby powiedziano, że sam nie wiem co robię, wspomagając człowieka, którego nie znam. Więc rozumiesz, że nie chcę się dać złapać na gorącym uczynku. Dość miałem kłopotu, by dojść do trzech franków... musiałem sprzedać trochę swoich rzeczy. Moje dziecko, nie odmawiaj mi przysługi, o którą cię proszę... zanieś te kilka groszy biednemu staremu... Piotr ze wzruszeniem słuchał, patrząc na tego dobrego, siwowłosego księdza o wielkich, łagodnych ustach, dziecięco szczerych oczach, twarzy okrągłej i uśmiechniętej. Stanęła mu w pamięci ostatnia przygoda tego pocieszyciela nędzarzy strąconego w niełaskę za zbyt gorliwe spełnianie rzemiosła, świętego człowieka pełnego miłosierdzia. Przed niedawnym jeszcze czasem, ksiądz Rose zamieszkiwał na parterze w ubogim domu przy ulicy Charonne i przygarniał w swych pokoikach wszelką nędzę spotkaną na mieście. Improwizowany przytułek stał się przyczyną skandalu. Czasowi mieszkańcy, nadużywali zaufania dobroczyńcy, on zaś w swej naiwności i niewinności, o nic ich nie posądzał i nie widział okropności dziejących się pod jego dachem. Uliczne dziewczyny szukały u niego schronienia, gdy nie znalazły chwilowego kochanka. Najwstrętniejsze schadzki odbywały się pod jego bokiem, zamieniając przytułek księdza Rose, w miejsce potwornej rozpusty. Pewnego wieczora przyszła policya, poszukując wśród nocujących trzynastoletniej dziewczynki, oskarżonej o dzieciobójstwo. Powiadomiona władza duchowna rozkazała księdzu Rose zamknąć przytułek i przesiedliła go z kościoła św. Małgorzaty do dalekiej parafii św. Piotra na wzgórzu Montmartre, gdzie zajął miejsce wikaryusza. Ze strony arcybiskupstwa nie była to zupełna niełaska, lecz chęć oddalenia księdza Rose z dzielnicy, w której wszyscy go znali. Otrzymał wszakże surowe napomnienie i jak sam mówił, był pilnowany, co upokarzało go, a zwłaszcza unieszczęśliwiało, albowiem miłosierdzie swe musiał trzymać na wodzy, krył się z udzielaniem jałmużny, jak inni się kryją, dopuszczając się wzbronionych nadużyć. Piotr wziął trzy franki podane przez staruszka, mówiąc: - Przyrzekam ci, mój ojcze, że spełnię twoje polecenie. Bądź przekonany, iż postaram się zastąpić ciebie. - Pójdziesz zaraz?... Natychmiast po odprawieniu mszy?... Ów biedak nazywa się Laveuve i mieszka przy ulicy des Saules, w domu z podwórzem, niedaleko ulicy Marcadet. Znajdziesz dom, chociaż nie wiem numeru... A jeżeli chcesz mi zrobić wielką przyjemność, to bądź łaskaw zdać mi sprawę ze swej wyprawy... Około godziny piątej będę w kościele św. Magdaleny... Wybieram się tam na konferencyę monsignora Martha... mojego dobrodzieja! On tyle mi okazał życzliwości!... A może i ty się wybierzesz na tę konferencyę?... Warto... W pierwszej chwili, Piotr, zamiast odpowiedzi, zrobił giest wymijający. Monsignor Martha, biskup persepolitański, stał się potężną figurą przy boku paryzkiego arcybiskupa, odkąd zręcznością swych zabiegów wielce się przyczynił do pomyślnego zbierania składek na rzecz budującej się bazyliki Sacré-Coeur. Plan monsignora by wprost gienialny, ztąd też w dniu gdy monsignor stanął w obronie księdza Rose, uchronił go od niełaski i wydalenia z Paryża. - Niewiem, czy będę mógł być na konferencyi - rzekł Piotr po chwili - lecz na pewno przyjdę tam, mój ojcze, by cię powiadomić o twoim protegowanym. Wiatr dął coraz silniej, przejmując dokuczliwem zimnem obu rozmawiających. Z pustego szczytu na którym stali, mgła zdawała się być coraz gęstszą po nad Paryżem, zamieniając olbrzymie miasto w ocean chmur opadłych na ziemię. Wtem, dały się słyszeć czyjeś kroki. Ksiądz Rose trwożnie się obejrzał. Tuż koło nich przeszedł wysoki mężczyzna, barczysty, w sabotach i z gołą głową, widocznie musiał mieszkać w sąsiedztwie. Ksiądz Rose poznał go, gdy ich minął, przypomniawszy sobie tę głowę o gęstych, srebrnych i krótko przystrzyżonych włosach. - Zdaje mi się, że to twój brat?... Piotr również go poznał, lecz nie zatrzymał przechodzącego i odrzekł spokojnie: - Tak, to mój brat, Wilhelm. Odnalazłem go tutaj zupełnie wypadkowo... dawniej nie uczęszczałem na Montmartre, a Wilhelm stale tu mieszka. Ma nawet własny swój dom i to od lat dwudziestu. Przy spotkaniu podajemy sobie rękę, lecz prawie nie rozmawiamy. Nigdy u niego nie byłem. Nic pomiędzy nami nie ma wspólnego, przeciwnie nawet... całe przepaści nas dzieliły i dzielą. Na poczciwej twarzy księdza Rose, pojawił się zwykły jego uśmiech, pełen nieograniczonej dobroci i tkliwości, machnął przytem ręką, jakby chcąc powiedzieć, że nigdy nie należy wątpić w możliwość pojednania się i miłość. Wilhelm Fromont mieszkał w jego parafii, w niewielkim domu, wraz z trzema dorosłymi synami. Z nikim prawie nie żył, zajęty bezustannie pracą, a stary ksiądz Rose, przechodząc koło jego domostwa, niejednokrotnie marzył, w jaki sposób należałoby przystąpić dla pozyskania Bogu tego człowieka, mającego opinię znakomitego chemika a żyjącego nieledwie samotnie, w buncie przeciw wszystkiemu i wszystkim. - Moje dziecko - odezwał się po chwili ksiądz Rose - przepraszam, że cię przetrzymuję na takim chłodzie. Musi ci być zimno?... Idź odprawić swoją mszę... Do widzenia... Zobaczymy się wieczorem w Magdalenie. Już miał odejść, lecz jeszcze się zatrzymał, i zapewniwszy się, że nikt nie podsłuchuje, dodał z miną dziecka pragnącego ujść przed zasłużoną karą: - Mój drogi, ale ani słówka nikomu o tem co ci zwierzyłem. Załatw moje polecenie, lecz zachowaj je w tajemnicy... Bo gdyby się dowiedziano, znów byłbym strofowany. Pożegnawszy się, szybko odszedł w stronę ulicy Corlot, gdzie mieszkał w wilgotnym, parterowym pokoju, uradowany że tuż przed drzwiami był rodzaj maleńkiego ogródka. Piotr patrzał za odchodzącym, dopóki nie znikł mu z oczu i rzuciwszy raz jeszcze wzrokiem na Paryż zatopiony w zimnej, gęstej mgle, wszedł do bazyliki. Czuł w sercu swem głębokie wzburzenie, pełne rozgoryczenia. Czyż dzieje księdza Rose nie były smutną ironią bankructwa dobroczynności?... Prawdziwie święty ten człowiek został ukarany za swą ofiarność i musiał się ukrywać ze wspomaganiem nędzarzy. Serce Piotra krwawić się poczęło z bólu, odżyły w nim dawne rany i próżno byłby szukał natychmiastowego uspokojenia. Obojętnym był na spokój panujący w bazylice, na ciepłą jej atmosferę, na niemą ciszę, bijącą z szerokiej, głębokiej nawy z gładkich nowych kamieni, jeszcze niczem nie ozdobionych, bez rzeźb i bez zwykłych kościelnych malowideł i złoceń. W połowie nawy wznosiło się rusztowanie pod niedokończoną kopułą gmachu a wysokie, wysmukłe okna przepuszczały szare światło zimowego poranku. Pomimo wczesnej godziny, już odprawiały się msze przy kilku ołtarzach a w głębi absydyum gorzały gromnice zapalone dla wyjednania łask z nieba płynących. W obawie że się spóźnił, Piotr szybko zdążał ku zakrystyi, by przywdziać suknie kapłańskie dla odprawienia mszy w kaplicy św. Wincentego a Paulo. Lecz rozbudzone wspomnienia coraz natarczywiej poczęły go oblegać i Piotr, cały oddany goryczom swych myśli, machinalnie tylko stosował się do rytuału, dokonywając obowiązkowych giestów obrządku. Od lat trzech, od powrotu z Rzymu, żył w ciągłej z sobą rozterce, w najsroższej męczarni, w jaką człowiek popaść może. Przed laty, dla odnalezienia utraconej wiary, odbył podróż do Lourdes, pragnąc tam uspokoić strwożony swój umysł, klęknąć z ufnością dziecka i modlić się z naiwnością pierwszych nawróconych. Lecz wrócił z Lourdes, bardziej zbuntowany, oburzony tem, co tam widział. Uprawiany tam kult był negacyą zdrowych zmysłów, gloryfikacyą absurdu. Szczęśliwość dla ludzkości nie może dziś już płynąć z wyrzeczenia się rozsądku, dzisiejsi ludzie nie ugną się jak niegdyś ich naddziadowie, poskromieni bojaźnią swej nieświadomości. Po rozpaczliwie nieudanej próbie w Lourdes, Piotr chciał się ratować, czyniąc pewne ustępstwa wymaganiom swego rozumu i dla odzyskania spokoju, udał się do Rzymu, by sprawdzić na miejscu, czy katolicyzm może się odnowić, chociażby wracając wstecz, ku pierwotnej wierze rodzącego się Kościoła, by stać się religią dzisiejszej demokracyi, wiarą wyczekiwaną i upragnioną przez strwożony świat współczesny, świat żądny życia i spokoju. Lecz w Rzymie znalazł już tylko rumowisko dawnego gmachu, przegniły pień drzewa, niezdolny puścić nowe odrośle. Nie mogło już być wiosny dla tego drzewa, nie mogło być odbudowania dla starego społecznego gmachu. Piotr opuścił Rzym pełen zwątpienia i całkowitej negacyi. Za powrotem do Paryża, złączywszy się na nowo z księdzem Rose, żył cały oddany wspieraniu i pocieszaniu nędzy i cierpienia. Ci nędzarze, jedni świadczyli mu o potrzebie ratunku, wierzył więc w dobro niesienia im pomocy. Od lat trzech tylko tem się zajmował, lecz oto stanął nad nową przepaścią, przekonał się o bankructwie dobroci, o bezsilności miłosierdzia, a także o miłosierdziu wyszydzonem przez tych, którzy je apostołować zwykli, o miłosierdziu karanem jak występek, z którym trzeba było się ukrywać. Przez te całe trzy lata, Piotr żył w bezustannie wzmagającej się męczarni, która pochłonęła całe jego jestestwo. Wiarę utracił stanowczo i nieodwołalnie, utracił nawet dawniej posiadaną nadzieję w dobro zużytkowania wiary tłumu dla znalezienia środka ogólnego zbawienia. Obecnie wszystkiemu zaprzeczał i wyczekiwał katastrofy, mającej być początkiem końca. Bunt ogólny, rzezie i pożary, uprzątną świat występków, godny potępienia. W oczekiwaniu tej godziny, Piotr pozostawał księdzem niewierzącym, lecz spełniającym swe rzemiosło dla wygody tych, którzy wierzyli. Sumienny, żył w czystości, opanowawszy miłosny temperament, lecz żył w smutku chociaż zarazem i w dumie, iż z równym skutkiem nie zdołał poskromić swej inteligencyi. Wyrzekł się rozkoszy ciała, wyrzekł się marzeń nad szukaniem uszczęśliwienia ludzi na ziemi i żył samotnie sam w sobie zamknięty, wszystkiemu w co chciał wierzyć rozpaczliwie przeczący. Pomimo to, za świętego był uważany przez swych parafian w Neuilly. Podziwiali oni wyniosłą powagę swego młodego proboszcza a widząc błogie skutki jego dobroci, mówili, że jest wybrańcem ukochanym przez Boga, zawsze gotowego na spełnienie cudu za jego wstawieniem się i modlitwą. Zachowywał przepisy, odprawiał czynności księdza, lecz był jedynie formą, podobny w tem do grobowca na zawsze pustego, pozbawionego nawet popiołów nadziei. Pobożne mieszkanki w Neuilly uwielbiały księdza Piotra Fromont, z czcią całowały jego sutanę, zrozpaczone nieszczęściem szły ku niemu ze łzami, błagając o modlitwę. Właśnie jedna z tych kobiet, bolejąc nad chorem dzieckiem, umierającem w kołysce, przyszła go prosić o wstawienie się do Jezusa, pewna że Jezus nie odmówi mu uzdrowienia chorego maleństwa. Prosiła o mszę w bazylice wznoszącej się na szczycie wzgórza Montmartre, w świątyni poświęconej czci Jezusowego Serca, gorejącego płomienną miłością. Piotr, przywdziawszy ubiór kapłański, skierował się ku kaplicy św. Wincentego a Paulo. Wstąpił na schodki ołtarza i rozpoczął mszę. Gdy się odwrócił, rozwierając ramiona i śląc błogosławieństwo, twarz miał znękaną cierpieniem. Zwykłą słodycz ust zastąpił wyraz goryczy a tkliwością promienne oczy poczerniały głębią rozpaczy. Jakże inną była ta twarz, gdy gorączkowo rozegzaltowany jechał do Lourdes, w poszukiwaniu ulatujących wierzeń! Również inną była, gdy jako natchniony apostoł podążał do Rzymu pełen otuchy w powodzenie swego posłannictwa. Pomimo zaszłej w twarzy Piotra przemiany, zawsze z równą siłą uwydatniało się w nim podobieństwo do rodziców. Po ojca wziął wyniosłe czoło, nieprzezwyciężoną twierdzę rozumu a usta miał matki, usta spragnione miłości. Podwójna dziedziczność nieustanną wrzała walką pomiędzy uczuciem i rozumem a w chwilach zapomnienia uwydatniała się w wyrazie twarzy, występowała w zmęczonych rysach, mówiąc o chaosie wewnętrznej rozpaczy człowieka. Usta jeszcze się przyznawały do pragnień niezaspokojonej miłości, chciały żyć i kochać, lecz Piotr chciał wierzyć, iż nigdy nie będzie im to dozwolone. Czoło trudniejszy stawiało opór, chciał je przezwyciężyć, lecz twierdza rozumu ostała się przeciwko szturmom błędnych wyobrażeń. Piotr krył się z zapasami wciąż wrących w nim walk wewnętrznych, opanowywał się i zadziwiał spokojem, był wtedy godzien podziwu jak w chwili obecnej, gdy pomimo miotającej nim rozpaczy, wykonywał giesty i wypowiadał słowa mszy z królewską dostojnością. Matka chorego dziecka, klęcząc pomiędzy kilku innemi kobietami, wielbiła bożego posłannika, będącego przed ołtarzem w styczności z Jezusem, u którego starał się wyjednać pożądane przez nią uzdrowienie. Pewną była cudu i modliła się tem goręcej, a z po za łez postać Piotra wydawała się jej anielskiej piękności, promienna znamionami zwiastuna szczególniejszych łask bożych. Po Ofiarowaniu, gdy Piotr odsłonił kielich, poczuł wzgardę względem samego siebie. Myślą zagłębiony w przeszłości, sądził ją dzisiaj z bezwzględnym krytycyzmem. Ileż przebył walk z sobą, ile przecierpiał, z jaką naiwnością i chęcią odzyskania wiary dwukrotne robił próby w Lourdes i w Rzymie! Jakże dziecinnym był ten jego pomysł gonienia za pogodzeniem współczesnej wiedzy z wierzeniami roku tysiącznego! Zwłaszcza niedorzecznym wydał się sam sobie, wspomniawszy na gorączkowe swe zamiary wpływu na papieża. On, nieznany, prosty ksiądz francuzki, wyobraził sobie, że oświeci papieża, że wpłynie na niego, że przerobi go na świętego, zmieniającego wadliwy ustrój społeczny! Wstyd go ogarnął; jakże musiano w Rzymie drwić z nieograniczonej jego naiwności. Wtem na myśl projektowanej schyzmy, twarz Piotra oblała się rumieńcem jeszcze żywszego politowania. Zdawało mu się, że widzi siebie w Rzymie, marzącego o napisaniu książki, potępiającej katolicyzm, a nawoływującej ludy ku pierwotnej nauce Kościoła, ku Ewangelii oczyszczonej, ludzkiej i żyjącej. Co za śmieszne szaleństwo! Schyzma! Znał niegdyś w Paryżu księdza o wielkiem sercu i wielkim umyśle, który zamierzał dokonać owej sławnej schyzmy zapowiadanej i upragnionej. Ach nieszczęsny człowiek, cóż za smutną i bezpożyteczną rozpoczął misyę wśród ogólnej niewiary, odtrącany z lodowatą obojętnością przez jednych, wyśmiewany, szkalowany przez drugich! Gdyby Luter powrócił za dni naszych, dokonałby żywota gdzie na poddaszu, niezrozumiany i wytrącony z pamięci ogółu. Schyzma nie może się powieść, nie ma racyi istnienia w narodzie, wśród którego wiara nie ma już znaczenia, w narodzie szukającym zbawienia po za Kościołem. Nietylko katolicyzm, lecz chrześcianizm osuwa się w otchłań przeszłości, bo Ewangelia, prócz kilku maksym moralnych, jest przestarzałym, niemożebnym już kodeksem społecznym. Przejęty tą pewnością, Piotr miewał dni, gdy sutana ciążyła mu na barkach i pogardzał sobą, odprawiając mszę przed ołtarzem religii, którą uważał za umarłą. Nalawszy do kielicha wina z ampułek i ocierając ręce powolnym ruchem bożego ofiarnika, dostrzegł Piotr twarz matki chorego dziecka. Modliła się z żarliwością wierzących. Pomyślał wtedy, iż dla jej podobnych istot pozostaje księdzem, księdzem niewierzącym, lecz wiernym przepisom, które poprzysiągł i karmicielem chlebem iluzyi nieszczęśliwych a pocieszenie swe w tem znajdujących. Lecz heroiczne to poświęcenie się wbrew własnemu przekonaniu, stawało się z dniem każdem sroższą katuszą. Czyż prosta uczciwość nie nakazywała mu zrzucić sutany i powrócić wśród ludzi?... Fałszywe położenie w jakiem pozostawał, ciążyło mu najsrożej w chwilach, gdy z goryczą bluźnił przeciwko swemu bohaterstwu, bo było ono bezpożyteczne a może nawet szkodliwe, może wprost było podłością, podtrzymywaniem tłumu w zabobonie i przesądach. Kłamstwo o Bogu sprawiedliwym i ojcowskim, bajka o raju, gdzie wynagrodzonemi będą cierpienia doznane na ziemi, przez długie wieki mogła być uważaną za konieczne ukojenie trosk ludzkich. Lecz jakże to wyzyskano! Jakże tyrańskiem narzędziem stały się te ułudne dobrodziejstwa w ręku ich rozporządzicieli! Czyż nie lepiej było zerwać z tą obłudą i brutalnie wypowiedzieć całą jej znikomość, w zamian ucząc kochać życie dla doczesnego jego trwania, kochać je nawet wśród łez i bólu! Wszak coraz wyraźniej ludy odwracają się od chrześciańskiej doktryny, popychane żądzą odszukania bliższego ideału, religii szczęścia, zdrowia i radości, w zamian za religię śmierci, jaką ich karmiono. Obiecywane dobrodziejstwa pośmiertne, coraz to dwuznaczniejszą wydają się im sprawiedliwością a wraz z powątpiewaniem w wymiar bożej sprawiedliwości, chrześcianizm runie, musi runąć, bo straci pod sobą grunt, na którym go wzniesiono. Pozagrobowa szczęśliwość staje się kłamliwą obietnicą w oczach nieszczęśliwych, nie chcą jej dłużej, srożą się na nią, bo już nadużytą została ich cierpliwość, chcą dzisiaj nagrody, na którą zasłużyli, chcą wejść w posiadanie cząstki szczęścia przynależnej każdemu. Żądanie wymiaru doczesnej sprawiedliwości, jawi się na ustach tłumu dotąd milczącego. Krzyk się rozlegać już poczyna, krzyk domagający się sprawiedliwości, chleba dla głodnych, dachu dla nędzarzy. Jałmużna im dawana w imię Ewangelii, niedostatecznym jest środkiem; osiemnaście wieków doświadczenia, wykazało jej bezsilność. Myśli te wirowały w głowie Piotra, podczas gdy wychyliwszy kielich i rozłamawszy hostyę, przykląkł przed ołtarzem, oparłszy ramiona na świętym stole. Rozpacz wzmagała się w jego sercu. Zatem trzecią chce przedsiębrać próbę?... Chce zwalczyć jałmużnę sprawiedliwością?... Znów nowe przyspasabia męczarnie dla znękanego swego serca i nigdy nieabdykującego ze swych praw rozumu! Gdzież rozpocznie swą działalność, czy w tym olbrzymim Paryżu przepełnionym nieznanemi mu tajemnicami?... Lecz Piotr wahał się jeszcze z wyrzeczeniem się dla tłumu wszystkiego co boskie. Czemże zastąpić odrzucone baśnie?... Czem zaspokoić pragnienie cudowności?... Pomijał umysły wyższe, zadawalające się tem, co wiedza dać może a zwrócony myślą ku najnędzniejszym, pytał, czem możnaby ukoić ich cierpienia, czem nasycić potrzebę ich marzeń?... A z sobą cóż teraz pocznie, doszedłszy do przekonania o bankructwie jałmużny?... On który od lat trzech tylko jałmużną się zajmował, wyobraziwszy sobie, że w ten sposób staje się pożytecznym dla innych, iluzya ta była mu dotychczas jedynem pocieszeniem. Cóż pocznie?... Ziemia osunęła się pod nogami Piotra i słyszał tylko przeciągły krzyk całego ludu, domagającego się sprawiedliwości. Milczący, okiełznany dotąd, lud przemawiał naraz groźnie, żądając należności swojej, z której go wyzuto przemocą lub podstępem. Katastrofa stawała się nieuniknioną. Wybuch jej mógł nastąpić lada chwila a wtedy bratobójcza walka klas w morzu krwi zatopi świat stary, skazany na zagładę za zbrodnie, któremi wyniósł się i skaził. Zdawało mu się, iż słyszy grozę rozpoczynającego się dramatu, Paryż walący się wśród rozszalałej walki, znikający w bezbrzeżnej pożodze. Serce Piotra struchlało w okropności spadłego nań smutku. Wrodzona dobroć wzdrygała się wstrętem na myśl podobnych okropności. Gdzież znaleźć ratunek?... Czem zapobiedz?... Widział grożącą zagubę, wynikającą z niemożliwości natychmiastowego rozwiązania zadania społecznego i religijnego, które łączył w jedno, lecz rozstrojony myślami a przytem zbyt nieświadomy życiowych warunków, bo jako ksiądz, trzymał się na uboczu w dzikiej samotności, Piotr uczuł się niezdolnym, by dostrzedz pożądaną prawdę, by orzec, gdzie szukać nowego źródła życia i społecznego zdrowia. Drżał, szarpany niepewnością i własną swoją nędzą. Ach, módz żyć, módz żyć w zadowoleniu serca i rozumu, żyć w spokoju, w pewności codziennego swego bytu, spełniając zadanie człowieka na ziemi! Skończywszy mszę, Piotr zeszedł ze schodków ołtarzy i wracał ku zakrystyi, gdy matka chorego dziecka, koło której przechodził, pochwyciła brzeg komży i pocałowała z uniesieniem jak relikwię mogącą jej przynieść zbawienie. Dziękowała mu za cud, do jakiego niezawodnie się przyczynił, pewną bowiem była, że zastanie dziecko swe uzdrowione. Wzruszył się egzaltowaną wiarą tej pragnącej pocieszenia strwożonej matki, lecz zarazem tem większy opanował go smutek, że nie jest tym, którego sobie wystawiała, wszechpotężnym pośrednikiem pomiędzy niebem i ziemią, mogącym śmierć powstrzymać modlitwą. Kobieta odeszła pocieszona, przekonana o niezawodności rozbudzonej nadziei a Piotr westchnął ku Sile, jeżeli istniała jaka nadprzyrodzona Siła, by ulitowała się i wsparła swą pomocą nieszczęśliwą matkę. Rozebrawszy się w zakrystyi, Piotr zatrzymał się, wyszedłszy z bazyliki i spojrzał na Paryż. Chciał się przekonać, czy jeszcze jest cały, czy uragan gniewu i sprawiedliwości nie zmiótł miasta z powierzchni ziemi, czy nie zaszła w rzeczywistości straszliwa katastrofa, której widzenie ciężarem było mu dotąd na wzburzonem i zrozpaczonem sercu. Chłodno było i wietrzno a zimna gęsta mgła wciąż opadała z ołowianego nieba, zatapiając miasto, na którego miejscu Piotr lękał się ujrzeć bagno ziejące zarazą i zgliszcza gmachów dymiących resztkami pożogi. Postanawiając zaraz załatwić polecenie księdza Rose, poszedł Piotr ulicą Norvius, biegnącą na szczycie wzgórza Montmartre i znalazł się na ulicy des Saules, która stromo się spuszczała wśród murów mchem porosłych, ku północnym krańcom Paryża. Trzy franki trzymał w ręce zatopionej w kieszeni sutany i myślał ze wzruszeniem o tych pieniądzach a zarazem wrzał gniewem nad bezużytecznością jałmużny. W miarę jak spuszczał się krętemi, stromemi uliczkami, schodząc po stopniach nieskończonej ilości piętr i zaułków, miał sposobność dostrzedz wnętrze niejednej nędznej siedziby i serce opłynęło mu gorącem współczuciem. Napotkał po drodze całą dzielnicę nowowznoszących się domów wzdłuż ulic wytkniętych niedawno dla dania przystępu na szczyt wzgórza, gdzie od lat kilkunastu budowano bazylikę Sacré-Coeur. Niektóre kamienice już były ukończone i mocno odbijały od biednych domostw, rozwalonych murów, wycinanych ogrodów i pustych, chwastem zarośniętych gruntów, opasanych parkanami z próchniejących desek. Pięciopiętrowe nowe kamienice o fasadach z jasnego kamienia raziły swą białością i bogactwem a ubogie, stare, domy o krzywych ścianach, grożących upadkiem, lepianki, budy, niesfornie porozrzucane wśród pustych obszarów, tem nędzniejszy miały wygląd. Zasmolone, obszarpane, z opadającym tynkiem, zdawały się stanowić miasto cierpienia, wzniesione na schronisko dla zgłodniałego ludzkiego stada. Ołowiane niebo przygniatająco ciążyło nad tym krajobrazem. Nierówny bruk topił się w błocie rozstępując się kałużami, a nagła odwilż oblewała mury zimną wilgocią, okapującą ku ziemi. Bezmierny smutek ogarniał Piotra, spoglądającego na ten brud i ubóstwo. Doszedłszy do ulicy Marcadet, spostrzegł, iż musiał zajść za daleko, więc zawrócił się i po chwili wszedł na rodzaj podwórza, ciągnącego się wśród budynku podobnego do koszar lub szpitala. Wszedł od ulicy des Saules i był pewien, że trafił. Podwórze, otoczone z trzech stron nierównej wysokości domami, było dość obszerne, lecz stanowiło raczej kloakę, tyle na nim było nieczystości i śmieci nagromadzonych podczas mrozów trwających od dwóch miesięcy. Obecnie wszystko to rozmarzło, wydając odrażające wyziewy. Domy prawie że się waliły a wiele szyb zastępował papier lub szmaty, których całe pęki zwieszały się tu i owdzie, powiewając jak chorągwie śmierci. Każdy dom miał osobną sień, ziejącą odrazą, czarną jak piwnica. Piotr, rozejrzawszy się dokoła, dostrzegł rodzaj budki, w której mieszkał stróż całej posiadłości. Zbliżywszy się, ujrzał kalekę siedzącego przy drzwiach i owiniętego w brudny łachman, będący zapewne kiedyś końską derą. - Mieszka tu Laveuve, stary robotnik, proszę mi powiedzieć, w którym domu i na którem piętrze?... Kaleka nie odpowiedział, tylko wytrzeszczył zaokrąglone oczy. Musiał być idyotą lub niemym, mężem stróżki, która wyszła chwilowo. Piotr poczekał chwilę, lecz zobaczywszy małą dziewczynkę w głębi podwórza, postanowił przebrnąć ku niej wśród cuchnących kałuż i ją rozpytać o tego którego szukał. - Moje dziecko, czy nie znasz w tym domu starego robotnika nazwiskiem Laveuve?... Chuda, zsiniała z zimna dziewczynka ubraną była w podartą sukienkę z różowego perkalu, trzęsła się, otulając się w jakąś szmatę, ręce miała obrzękłe, odmrożone, pełne ran. Pomimo swej nędzy i zimna, twarzyczkę miała ładną a popatrzywszy na mówiącego, odpowiedziała: - Laveuve?... Nie, nie znam... nie wiem... Z przyzwyczajenia, prawie bezwiednie, musiała być żebraczką, bo mówiąc to, wyciągnęła po jałmużnę jedną z poranionych, chorych swych rąk. A gdy Piotr dał jej srebrną sztukę monety, uszczęśliwiona, zaczęła galopować po błocie, ku jednej z sieni, śpiewając przenikliwie cienkim głodem: - Nie znam... nie wiem... nie wiem... Piotr zdecydował się wejść do tej samej sieni, w której znikła a natrafiwszy na schody, zaczął się piąć w górę po śliskich, brudnych, powyłamywanych stopniach. Miejscami, schody były zawalone śmieciami i obierzynami; Piotr, by nie spaść, opierał się o wstrętnie brudną ścianę, lub chwytał za jeszcze wstrętniejszy sznur, zastępujący poręcz. Drzwi mieszkań były zamknięte, próżno w nie stukał, nigdzie nie odpowiadano, wreszcie po za ostatniemi drzwiami dosłyszał przygłuszone warczenie czy ryk, jakby jakieś zwierzę było zamknięte i narzekało że cierpi; zawrócił więc i spuścił się dopiero co przebytemi schodami na podwórze, postanawiając wejść do następnej sieni. Zaraz na wstępie ogłuszony został przeraźliwemi krzykami dzieci, które wrzeszczały jakby je ze skóry obdzierano. Przez otwarte drzwi jednego z mieszkań, zobaczył dziecko przywiązane do krzesła, zapewne by nie spadło podczas nieobecności matki. Po bezskutecznem stukaniu do różnych drzwi, znów zeszedł na podwórze, przerażony okropnością tak marnej ludzkiej siedziby. Na podwórzu spotkał kobietę, wracającą z ulicy do domu. W fartuchu niosła kilka kartofli. Piotr zaczął ją pytać, lecz kobieta z nieufnością patrzała na jego księżą suknię. - Laveuve?... Laveuve... nic o nim nie mogę powiedzieć... Gdyby stróżka była u siebie, to możeby coś wiedziała... Mamy aż pięć różnych schodów w domu, więc dużo jest mieszkań... niepodobna wszystkich znać... wreszcie lokatorzy bardzo często się zmieniają... Lecz niech pan spróbuje pójść temi oto schodami... może się znajdzie człowiek, którego pan szuka... Wskazane przez kobietę schody były jeszcze wstrętniejsze od innych. Powykrzywiane stopnie, ociekająca brudna wilgoć z murów, odrażające nieczystości - zatruwały powietrze, tamując oddech. Z po za drzwi mieszkań dolatywał lament dzieci i kłótnie rodziców. Jedne z drzwi rozwarły się z łoskotem i wypadł przez nie mężczyzna, ciągnąc za włosy krzyczącą z bólu kobietę, podczas gdy troje dzieci zanosiło się od płaczu. O piętro wyżej, w cuchnącej izbie, siedziała młoda, lecz wynędzniała kobieta tuląc do łona niemowlę, które płakało, nie znajdując mleka w wyschniętej piersi matki. Prawie wszystkie drzwi mieszkań były otwarte, Piotr więc mimomolnie stawał się świadkiem życia nędznych mieszkańców biednego domostwa. W jednej z izb, które mijał, pnąc się coraz wyżej po cuchnących schodach, ujrzał troje ludzi niewiadomej płci i wieku, okrytych łachmanami, siedzących na ziemi i żarłocznie pożerających z jednej misy jadło, którego nawet psyby nie chciały. Na zapytanie Piotra, podnieśli głowy i coś niezrozumiałego mruknąwszy, z łapczywością poczęli jeść ponownie. Piotr już chciał schodzić z powrotem, gdy zobaczywszy na końcu korytarza drzwi zamknięte, postanowił tam jeszcze zastukać. Otworzyła prawie zaraz, siwiejąca, rozczochrana kobieta wyglądająca na staruszkę, chociaż prawdopodobnie nie miała więcej jak lat czterdzieści. Usta miała blade, oczy podsiniałe, twarz żółtą, wyraz zmęczony, znękany i zalękły. Zmięszała się ujrzawszy przed sobą księdza. Lecz po chwili przemogła się i, jąkając, rzekła nieśmiało: - Proszę wejść... niechaj pan wejdzie... Po za nią, w głębi izby, stał wysoki, chudy, i łysiejący mężczyzna o rzadkiej brodzie i wąsach, miał na sobie ubranie robotnika. Na widok księdza zaklął i coś zamruczał o wyrzuceniu za drzwi, lecz po chwili zamilkł i usiadł przy kulawym stole, umyślnie odwróciwszy się plecami. W izbie była, oprócz tych dwojga ludzi, kilkunastoletnia dziewczynka o twarzy ściągłej i łagodnej, płowych włosach i oczach inteligentnych. Wyrazem twarzy, dziecko to było stare, co często się zdarza spostrzedz u dzieci rosnących w nędzy. Mężczyzna, zapewne ojciec, zawołał ją i posadził na kolanach, jakby chcąc dziecko uchronić przed tą wchodzącą sutaną. Piotrowi ścisnęło się serce skutkiem przyjęcia, jakie go tu doznawał, lecz usprawiedliwiał je nędzą tych biednych ludzi. Izba była prawie pusta, w kominie nie było ognia a wszystkie te trzy istoty wyniszczone były głodem i zimnem. Nie cofnął się więc i zapytał: - Czy pani nie zna w tym domu starego robotnika nazwiskiem Laveuve?... Kobieta, drżąc z zakłopotania, bo widziała oburzenie swego towarzysza na widok wprowadzonego przez nią księdza, chciała załagodzić położenie, więc rzekła nieśmiało, ale siląc się na uprzejmość: - Laveuve?... Nie, nie znam żadnego Layeuve'a... Ale ty, Salvat, może znasz kogo, nazywającego się Laveuve?... Salvat wzruszył tylko ramionami, lecz dziewczynka zawołała z żywością: - Mamo Teosiu, to może Filozof?... A Piotr objaśniał w dalszym ciągu: - Laveuve, którego szukam, jest starym, chorym robotnikiem... nie może już pracować... był niegdyś malarzem pokojowym. Stara kobieta, nazwana przez dziewczynkę mamą Teosią, zaczęła przytakiwać głową: - A więc to on... tak, to Filozof... My go wszyscy nazywamy Filozofem, ale niewiem dla czego dano mu to przezwisko. Lecz niezawodnie to musi być ten, którego pan szuka... nie wiedziałam, że się nazywa Laveuve... Salvat podniósł pięść w górę, jakby przeklinając świat, na którym starzy, zniedołężniali pracownicy mrą z głodu, jak porzucone niezdatne do użytku bydlę domowe. Lecz nie rzekłszy słowa, wpadł w głuchą, rozpaczliwą zadumę. Z zawodu był Salvat mechanikiem i podczas gdy milcząc siedział pogrążony w rozpaczy, wzrok utkwił w skórzany worek, leżący na stole i pełen narzędzi. Worek był niedomknięty, napęczniały, zapewne z jaką robotą, gotową do odniesienia. Lecz nie, bo Salvat napróżno szukał jakiejkolwiek pracy, od dwóch miesięcy, przez cały ciąg zimy nie znalazł żadnego zajęcia. Bieda dokuczyła im srodze; podczas wyjątkowo ostrej zimy, Salvat oddawna nie przyniósł do domu żadnego zarobku. O tem właśnie musiał teraz myśleć a może o krwawej, okrutnej pomście, jaką światu zgotują zgłodniali. Niebieskie oczy nieszczęśliwego połyskiwały złowrogo, gorejąc łuną pożarów, jakie w myślach swych rozniecał. W tem spostrzegł, że dziewczynka, zbliżywszy się do worka z narzędziami, chciała je wyjmować. Nagle wzruszony, prawie przerażony, przemówił łagodnie, z czułością, lecz stanowczo: - Celinko, nie ruszaj tego! - powiedziałem ci, abyś nie dotykała narzędzi. Wziął worek i ostrożnie, bardzo wolno, z troskliwością, położył koło siebie przy murze. - Może pani zechce mi wskazać, gdzie mieszka Laveuve; czy obok? - pytał Piotr. Teodora spojrzała badawczo w stronę Salvata. Osobiście nie miała nienawiści do księży, przeciwnie nawet, znajdowała, że należy obchodzić się z nimi grzecznie, bo często można w ten sposób zarobić parę groszy. Przekonawszy się, ze Salvat znów wpadł w głęboką zadumę, zrozumiała, iż pozwala jej postąpić jak sama uzna za właściwe, więc rzekła już nieco śmielej: - Jeżeli pan chce, to mogę go zaprowadzić. Filozof mieszka na samym końcu korytarza... lecz trafić tam niełatwo... są schodki i przejścia... Celinka, zaciekawiona wizytą księdza, zerwała się z kolan ojca, by pójść do Filozofa. Salvat pozostał sam w izbie ubóstwa i rozpaczliwej nędzy, wśród zimnych murów, które nieraz słyszały ulatującą z jego ust skargę na niesprawiedliwość życia bez chleba. Salvat siedział teraz, milcząc, a gorączkowo rozmarzone, bolesne swe spojrzenie zatrzymał na worku z narzędziami, jakby tam właśnie znajdowało się lekarstwo na wszystkie niedole światu dokuczające. Piotr szedł za Celinką i starą Teodorą do mieszkania Filozofa. Przeszedłszy przez korytarz i przebywszy kilka schodków, znalazł się na poddaszu, w rodzaju ciasnej, kilkometrowej nory, tak nizkiej, że musiał stać schylony. Światło dzienne z trudem się przebijało przez mały otwór w dachu, pozostawiono więc drzwi otwarte, by módz się nieco rozejrzeć. Przez wszystkie liczne szpary zaciekała z góry woda i topniejący, z błotem zmięszany śnieg, tworząc strugi i kałuże wśród śmietnika, mającego zastępować podłogę. Zimno, wilgoć i zaduch - dreszczem przejmowały wśród ciemności nędznej izdebki, pozbawionej sprzętów. Nie było tu ani stołka, ani łóżka. Pod ścianą, na ziemi, w kupie zbrukanych szmat, leżał Laveuve, jak zwierzę na wpół zdechłe na śmietniku. - Otóż jesteśmy u Filozofa! - zawołała Celinka przeciągłym głosem. Teodora pochyliła się nad leżącym, by się przekonać, czy jeszcze żyje. - Oddycha! - rzekła powstając. - Zdaje się że śpi. Gdyby miał co jeść, mógłby jeszcze żyć. Lecz niewiadomo już odkąd nie jadł regularnie... nie ma nikogo, ktoby go dojrzał... Ach, panie, gdy człowiek w biedzie dożyje starości, to najlepiejby zrobił, idąc z kamieniem na dno wody. On ma blizko siedemdziesiąt lat, więc niczego od życia nie może się już spodziewać. Był malarzem pokojowym, twarde to rzemiosło... często już w piędziesiątym roku życia, człowiek nie może się utrzymać na drabinie... Jemu się poszczęściło, bo dawali mu robotę niewymagającą wchodzenia na drabiny... malował ściany, stojąc na ziemi. A ponieważ wielu go znało, więc gdy i do tego nie był już zdatny, powierzano mu pilnowanie materyału przy budowach domów. Lecz któżby budował podczas takiej zimy, jaką mieliśmy w tym roku!... Roboty zabrakło i Filozof, zewsząd odprawiany z kwitkiem, powalił się tutaj przed dwoma miesiącami i pewno już nie wstanie... wyniosą go, gdy zamrze. Właściciel domu miałby ochotę pozbyć się całego ztąd kłopotu.. lecz nie śmie... wprost sumienie mu nie pozwala... A my wszyscy, co tu mieszkamy, cóż możemy zrobić dla niego?... Czasami przyniesie się trochę wina, kromkę chleba, albo ciepłego jadła... lecz niezawsze, bo każdemu bieda dokucza. Piotr z przerażeniem patrzał na otaczającą nędzę. Więc taki jest koniec człowieka pracującego przeszło lat piędziesiąt! Taką starość daje społeczeństwo tym, którzy się znoją przy pracy przez cały ciąg dni swego żywota! Oczy Piotra, przywykłszy do ciemności poddasza, zatrzymały się na twarzy starca. Włosy miał siwe, rysy zatarte, zpotworniałe. Zarost w nieładzie, wichrzył się jak sierść zdychającego w zaniedbaniu opuszczonego konia. Wykrzywione, bezzębne szczęki, ukośnie otwarte, łączyły się z opadającym do ust nosem a odemknięte powieki, pokazywały szkliste, nieruchome źrenice. Nic nie pozostało ludzkiego w tym steranym nędzarzu. Był już tylko bezużytecznem, niezdatnem, zamęczonem zwierzęciem, ległem na śmierć i rozkładającym się zgnilizną śmierci. - Ach, nieszczęsne stworzenie! - szepnął Piotr. - Umiera z głodu, w samotności, bez żadnej nad sobą pieczy! I nie znalazł się żaden szpital, żaden przytułek, chcący go przygarnąć na resztkę pozostałego życia! - Cóż pan chce - odpowiedziała Teodora z przygnębiającem poddaniem - szpitale są dla chorych a on nie jest chory, umiera z biedy i ze starości. Wreszcie ma on swój charakter i to nie najlepszy... niedawno przyszli tu tacy, co go chcieli zabrać do przytułku, ale im nawymyślał... na wszystkie pytania odpowiadał niegrzecznie, grubiańsko... a gdy osoby te zaczęły się dopytywać o niego, to się przekonały, że jest nałogowym pijakiem i że zawsze złorzeczył bogatym burżuazom... I nie dał się zamknąć w przytułku, chciał do końca zostać na swobodzie... Lecz chwała Bogu trzeba mieć nadzieję, że śmierć wkrótce już przyjdzie... to najlepsze dla niego... Zobaczywszy, że Laveuve otworzył szeroko oczy, Piotr pochylił się nad nim i z tkliwością zaczął mówić, że przyszedł go odwiedzić, przysłany przez przyjaciela, który daje mu trzy franki, by mógł kupić to, na co ma ochotę. Na widok księdza, Laveuve zabełkotał jakieś przekleństwo, lecz po chwili milczenia, rzekł wyraźnie i z niespodziewaną fantazyą paryzkiego robotnika w przystępie dobrego humoru. - Są pieniądze?... A to napiję się z ochotą. A jeżeli jest z czego, to kupcie mi chleba, od dwóch dni zapomniałem jak smakuje. Celinka oświadczyła się z chęcią załatwienia sprawunków, więc Teodora posłała ją z pieniędzmi księdza Rose po litr wina i bochenek chleba. Przez ten czas, kobieta zaczęła szczegółowiej opowiadać Piotrowi o Przytułku inwalidów pracy, gdzie chciano zabrać Laveuve'a. Przytułek pozostawał pod opieką bogatych pań a prezydentką ich była pani baronowa Davillard. Lecz zachowanie się Laveuve'a, oraz śledztwo, jakie zwykle robiono przed przyjęciem do Przytułku, wypadło niepomyślnie i teraz nikt ztamtąd już nie przychodzi. - Znam baronowę Duvillard - zawołał Piotr, ucieszony. - Pójdę do niej zaraz i opowiem co tu widziałem. Niepodobna pozostawiać starego, chorego człowieka w tak okropnem położeniu. Gdy Celinka wróciła z chlebem i winem, zajęli się wszyscy troje posadzeniem biedaka wśród szmat, służących mu za posłanie, dali mu pić i jeść a położywszy resztę wiktuałów w pobliżu, Piotr zalecił staremu, by nie łykał zbyt szybko, bo chleb może go zadusić. Wyszedłszy z poddasza, pani Teodora, prowadząc Piotra ku drzwiom swego mieszkania, rzekła: - Może pan zostawi mi swój adres, bo w razie gdyby co zaszło z Filozofem, mogłabym donieść. Piotr nie miał przy sobie karty wizytowej, wszedł więc do mieszkania dla napisania adresu. Salvat nie był już sam w izbie. Rozmawiał po cichu i z wielką szybkością, z młodym człowiekiem lat dwudziestu, w wytartem, lekkiem ubraniu, które nie zabezpieczało go od chłodu, bo trząsł się z zimna. Młodzieniec był szczupłym brunetem, o włosach krótko przystrzyżonych, puszczającym się zaledwie zaroście, nos miał prosty, usta wązkie, oczy prosto i jasno patrzące, a całość twarzy obsypanej piegami, wyrażała bystrą, żywą inteligencyę. Zobaczywszy gościa, pani Teodora uznała za potrzebne usprawiedliwić powrót Piotra. - Filozof jest bardzo źle... ten pan chce się nim zająć... więc pozostawi mi swój adres... Mężczyźni popatrzyli na wchodzącego księdza a wymieniwszy pomiędzy sobą złowrogie spojrzenie, nagle zamilkli. Po chwili, Salvat wziął z ostrożnością worek z narzędziami. - Wychodzisz na miasto? - spytała kobieta. Może ci się poszczęści, może znajdziesz jaką robotę... Salvat nic nie odpowiedział, tylko całem ciałem zrobił ruch, jakby wyrzekając się ochoty szukania pracy. Szukał przecież długo i nie znalazł, obecnie więc nie weźmie się do roboty, chociażby mu ją dawano. - Jednakże postaraj się coś znaleźć... nie mamy grosza w domu... O której godzinie masz zamiar wrócić?... Znów tylko giestem odpowiedział, mogło to znaczyć, że wróci gdy będzie można a może nie wróci już wcale. W ostatniej chwili, łzy nabiegły mu do oczu i, pochwyciwszy w ramiona córkę, ucałował ją z namiętnym wybuchem przywiązania. Postał chwilę i nagle wyszedł wraz z młodym towarzyszem, niosąc pod pachą skórzany worek, napełniony narzędziami. - Celinko - rzekła pani Teodora - podaj ołówek a pan niechaj usiądzie do pisania, będzie panu wygodniej. Gdy Piotr usiadł przy stole, na stołku dopiero co opuszczonem przez Salvata, stara kobieta zaczęła mówić dalej: - Niechaj pan nie myśli, że Salvat jest złym człowiekiem, chociaż taki mruk z niego... Ciężkie miał życie, więc stał się opryskliwy. Ale dla iluż to ludzi, życie jest ciężkie! Chociażby ten młody człowiek, którego pan z nim widział, to także biedota... Nazywa się Wiktor Mathis i jest synem ubogiej wdowy... u nich, tak jak u nas, często chleba brakuje w domu, chociaż Wiktor otrzymał wyższe wykształcenie i matka wychowała go starannie. Cóż dziwnego, że takim ludziom jak Salvat, jak Wiktor, bieda złe myśli napędza do głowy... i że myślą tylko o wysadzeniu w powietrze całego świata i wszystkich... Do mnie takie myśli nie mają przystępu, ale przebaczam innym, gdy takie okropności chcą robić... Piotr nie śpieszył się z napisaniem adresu; zaciekawiony opowiadaniem pani Teodory, czuł, że znajduje się w niezwykłem otoczeniu, w domu, gdzie rozpacz popycha do buntu. Zachęcona przez gościa, pani Teodora zwierzała się dalej: - Pewnie pan nie spotkał nikogo, coby miał cięższe życie, niż Salvat. Sierota od urodzenia, nigdy nie znał rodziców, sam był na świecie, zawsze w biedzie i dla chleba przerzucał się ciągle z jednego rzemiosła w drugie. Lecz gdy dorósł, obrał sobie zawód mechanika i z czasem stał się zręcznym w robocie a przytem zawsze był pracowity, lecz na nieszczęście od młodości miał niesforną naturę i lubił kłócić się z ludźmi, sam szukał zaczepki, chcąc wszystkich przekonać, że on jeden miał racyę. Nigdzie też długo nie utrzymał się przy warsztacie. Mając lat trzydzieści, dał się opanować obietnicom jakiegoś wynalazcy, który go zabrał z sobą aż do Ameryki, ale ten tak go oszukał i wyzyskał, że po sześciu latach Salvat wrócił stamtąd bez grosza i ze zniszczonem zdrowiem. A trzeba panu wiedzieć, że Salvat był żonaty z moją młodszą siostrą, z Leosią, ale żona mu zmarła jeszcze przed jego wyjazdem do Ameryki, pozostawiając roczne dziecko, córkę, tę oto Celinkę, moją siostrzenicę. Podówczas miałam męża. Nazywał się Teodor Labitte i był mularzem. Nie chcę mu tego pamiętać, lecz chociaż byłam pracowita i oczy sobie niszczyłam nad szyciem dniem i nocą, Teodor bił mnie prawie że za każdym powrotem do domu. Czasami myślałam, że już nie wstanę z ziemi. Wreszcie opuścił mnie i znikł z jakąś dwudziestoletnią kochanką. Prawdę mówiąc, dopiero wtedy trochę odetchnęłam... i zaczęłam spokojnie żyć, chowając Celinkę, którą mi powierzył Salvat, wyjeżdżając z Paryża, a gdy wrócił, rozumie się, żeśmy zamieszkali razem... nie można było inaczej, rzeczy się same przez się tak złożyły. Nie wzięliśmy z sobą ślubu... ale żyjemy tak, jakby nas zapisano za ślubnych. Cóż zrobić... Pani Teodora zamilkła na chwilę, trochę zakłopotana, lecz dla poprawienia o sobie opinii w pojęciu gościa, zaczęła mówić o familii, jaką posiadała: - Mnie los nie sprzyjał, zawsze było ciężko i źle, lecz mam siostrę, Hortensyę, która wyszła za urzędnika, za pana Chrétiennot. Są szczęśliwi, mają ładne mieszkanie i to przy bulwarze Rochechouart. Było nas trzy siostry z drugiego małżeństwa. Była więc Hortensya, najmłodsza Leosia, która umarła i ja, najstarsza; mnie dano na imię Paulina. Lecz mam rodzeństwo przyrodnie, z pierwszego małżeństwa matki. Najstarszy brat, Eugeniusz Toussaint, mechanik, od czasu wojny pracuje zawsze w tym samym warsztacie, u pana Grandidier, przy ulicy Marcadet, o jakie sto kroków ztąd. Na nieszczęście Eugeniusz nie jest już młody, jest o dziesięć lat odemnie starszy, więc choroba się przyplątała... i znów niedawno miał atak... Ja niby wiele młodsza od niego, ale oczy mam zniszczone... bo przez długie lata byłam szwaczką i pracowałam bez wytchnienia... za to teraz, chociażbym chciała zarabiać szyciem, to już na nicby się nie zdało, bo niedowidzę... łatę jaką wstawię a już zaraz oczy nabiegają mi łzami i zaczerwienią się na długo. Chciałam znaleźć zajęcie do posługi w domach... ale nie mam szczęścia... nic nie znajduję, zwłaszcza od jakiego roku bieda nas nie opuszcza. Bywają dni, w których żadne z nas nie ma co włożyć do ust, a żeby się najeść, to nawet marzyć nie można... piesby nie zniósł takiego jadła i takiego życia jak nasze. Zwłaszcza zima nam dokuczyła. Ognia prawie nigdy nie było w kominie, więc takie zimno nas chwytało, że myślałam, iż będzie z nami koniec, kładąc się wieczorem spać, byłam pewna, że nie obudzę się nazajutrz. I lepiej byłoby, gdyby się tak stało... bo cóż mi po życiu?... Zawsze byłam nieszczęśliwa, bita, zapracowana, głodna... a przecież w moim wieku nie mogę myśleć, by się to mogło zmienić na lepsze... Już dla mnie wszystko skończone... Głos pani Teodory drżał od powstrzymywanych łez, nie złorzeczyła, lecz uginała się pod ciężarem losu, którego zawsze była bierną ofiarą. Szła przez życie, niezdolna do zrobienia wyboru lub planu, poddając się ulegle wszystkiemu co spotykała na swej drodze. Westchnąwszy i otarłszy zaczerwienione oczy, znów zaczęła mówić: - Ja się nie skarżę na Salvata. Poczciwy z niego człowiek, za wiele myślom oddany, ale to dlatego, aby ludziom lepiej było na świecie. Nie pijak, pracowity, tylko że roboty dostać nie może. Prawda, że gdyby się mniej zajmował politykowaniem z kolegami, to łacniejby mu robota wpadała do ręki. Bo przecież nie można bywać na zebraniach, gadać całemi dniami o polityce a zarazem pracować przy warsztacie. Więcej niż pewno, że wiele jest winy z jego strony, gdyby nie marnował czasu na gadaniny, toby go miał na chodzenie do roboty... Lecz taka już jego natura... wreszcie kto to wie, czy zawsze znalazłby robotę, chociażby jej szukał bezustanku?... Los się uwziął na niego i nic mu się wżyciu nie wiodło. A jak nad kim stanie takie nieszczęście, to człowiek nic nie poradzi, tylko się gryzie... ze świętego dyabełby się zrobił... więc nie można się dziwić, że Salvat mówi często od rzeczy i przemyśliwa, w jaki sposób biedę ze świata usunąć... Od dwóch miesięcy bylibyśmy wszyscy z głodu pomarli, gdyby nie pan Wilhelm Fromont... on jest wielkim uczonym, lecz zarazem dobrym, bardzo dobrym człowiekiem. Mieszka niedaleko ztąd... na szczycie wzgórza i zna Salvata; otóż wiedząc jaka u nas bieda, dawał mu trochę roboty i tym sposobem miewaliśmy łyżkę ciepłej strawy podczas zimy... Piotr niezmiernie się ździwił, usłyszawszy nazwisko swego brata. W pierwszej chwili chciał o niego wypytać panią Teodorę, lecz zląkł się popełnienia niedyskrecyi, więc, milcząc, słuchał dalszego opowiadania. Celinka, stojąc wpatrzona w gościa, przysłuchiwała się uważnie i z wielką powagą. Pani Teodora, zauważywszy że Piotr uśmiechnął się do dziecka, rzekła: - Salvat nadewszystko miłuje swoją córkę... Najgorzej rozpacza, gdy widzi ją mizerną, a gdy dziecko idzie głodne spać, bo w domu brak chociażby okruszyny chleba, to wtedy gniew i klątwy ojca granic nie mają. Salvat wszystkichby zabił, byle Celinka była szczęśliwa... Prawda, że jest ona wyjątkowo dobrem dzieckiem... w szkole uczyła się doskonale, lecz podczas zimy nie można jej było posyłać... nie miała ciepłego ubrania... ale i teraz nie ma w czem wyjść na ulicę... nawet koszuli brakuje temu niebożątku. Piotr napisał wreszcie adres i, wstając od stołu, wcisnął w rękę Celinki srebrną pięciofrankówkę a pragnąc powstrzymać podziękowania, rzekł równocześnie: - Tym sposobem będzie pani wiedziała gdzie mnie szukać, a proszę napisać, jeżeli byłoby czego potrzeba z powodu Laveuve'a. Lecz natychmiast zajmę się jego sprawą i mam nadzieję, że zaraz go zabiorą do przytułku, może dzisiejszą noc spędzi już w czystem łóżku i w czystym pokoju. Pani Teodora nie była w stanie słyszeć, co Piotr mówił, bo widząc dar otrzymany przez Celinkę, błogosławiła ofiarodawcę, dziewczynka zaś, ucieszona posiadaniem wielkiej, srebrnej monety, patrzała nań z podziwieniem, aż wreszcie rzekła: - Żeby tatko to wiedział, nie potrzebowałby dziś szukać dla nas chleba. A gdybym za nim pobiegła? Może go jeszcze dogonię i powiem, by wrócił?... Piotr był już na korytarzu, gdy doleciała go odpowiedź dana dziecku przez panią Teodorę: - Nie dogonisz go, on już daleko... ale może wróci... może... Zeszedłszy na dół, Piotr niezmiernie się zadziwił, ujrzawszy w kącie cuchnącego podwórza Salvata i Wiktora. Uciekli z izby, aby módz swobodnie dokończyć rozpoczętą rozmowę. Stali, grzęznąc w błocie, niepomni na odrażające wyziewy; rozmawiali cicho, z gwałtowną urywaną szybkością, patrząc sobie oko w oko. Pomimo gorączkowego nastroju, mieli się na baczności i posłyszawszy kroki Piotra, zamilkli, przybierając spokojny, obojętny wyraz twarzy; wreszcie, nie rzekłszy już słowa, podali sobie dłonie i zaraz się rozeszli. Wiktor poszedł w górę Montmartru a Salvat, postawszy chwilę przed domem, zdawał się wahać i pytać przeznaczenia, w którą stronę skierować kroki. Wyprostował się, poprawił sterczący pod pachą skórzany worek z narzędziami i, niepewnością kierowany, głodny, zmęczony, ponury, puścił się ulicą Marcadet w stronę Paryża. Przez chwilę Piotr chciał biedz za nim i powstrzymać, wołając, że Celinka przyzywa go na górę. Lecz znów opanowany poczuciem dyskrecyi, powstrzymał się przemocą, pewny przytem, iż przeznaczenie musi być spełnione. Widziana okropność nędzy wytrąciła Piotra z równowagi i spokoju. Czuł na nowo płonące w swem sercu współczucie i raz jeszcze postanowił walczyć, by zdobyć trochę pocieszenia dla ludzkiego stada żyjącego w odrażających murach tego domu. Idąc na poszukiwanie ratunku i dachu dla nędzarza konającego na barłogu poddasza, Piotr znów się pogrążył w myślach ciążących mu na sercu dzisiejszego poranka i nowe zamierzał przedsiębrać próby, wśród tego tajemniczego olbrzymiego Paryża, tonącego w mgłach opadających popiołem, z szarego, ociężałego nieba. Piotr czuł zbliżającą się groźną godzinę wymiaru sprawiedliwości, lecz uniesiony wrodzoną dobrocią, marzył o nagle przedzierającej się z po za chmur promiennej radości uzdrawiającego słońca, które, nowe z sobą przynosząc życie, może jeszcze zdoła oczyścić miasto z zatruwającej zgnilizny, zamieniając je w płodne pole lepszych i obfitych żniw jutra.

Rozdział II

U państwa Duvillard miało być dnia tego kilka osób na drugiem śniadaniu; nie były to osoby specyalnie zaproszone, lecz części, prawie że codzienni goście, przybywający z własnej ochoty. Wspaniały pałac państwa Duvillard był położony w pobliżu Wielkich bulwarów i kościoła św. Magdaleny, przy ulicy Gaudot-de-Mauroy. Wysokie komnaty olśniewały przepychem umeblowania a dzięki zamiłowaniu baronowej do kwiatów, pełno ich było wszędzie, zamieniając pałac w zimowy, wonny ogród, dozwalający zapomnieć o dżdżystej porze roku, o mgle zimnej i szarości dzisiejszego powietrza. Ukwiecone, wonne, ciepłe salony, jakby pieszczotą witały gości przybywających z ulicy. Paradne apartamenty, przeznaczone na wielkie przyjęcia, znajdowały się na parterze od strony podwórza. Poprzedzał je wielki zimowy ogród, stanowiący sień, w której przy wejściu stało zawsze dwóch lokajów w ciemno zielonej liberyi, bramowanej złotem. Słynna galerya obrazów, ceniona przeszło na dwa miliony franków, zajmowała całą północną stronę pałacu. Monumentalne, równie słynne schody wiodły na pierwsze piętro, gdzie się znajdowały prywatne apartamenty rodziny Duvillard, poprzedzone wielkim ponsowym salonem i drugim o wiele mniejszym, niebiesko-srebrnym. Gabinet barona był wyłożony staroświecką, wytłaczaną skórą, a pokój stołowy w stylu nowo angielskim, był blado-zielony. Po za temi pokojami do ogólnego użytku, ciągnęły się pokoje sypialne i ubieralnie. Sam pałac, zbudowany za panowania Ludwika XIV, nosił wyraźne znamię ówczesnej, wielkopańskiej epoki a wywłaszczony z dawnych dziedziców, został zdobyty przez nowo-panującą warstwę społeczną, przez tryumfującą od lat stu burżuazyę, która siłą posiadanego złota, wszechmożne zajmując stanowisko, z lubością używa jej wyłącznie dostępnego zbytku. Jeszcze nie wybita godzina dwunasta, gdy wbrew codziennemu porządkowi, baron Duvillard pierwszy się pojawił w saloniku niebiesko-srebrnym. Był to człowiek lat sześdziesięciu, wysoki, barczysty, o wielkim nosie i mięsistych policzkach, usta miał szerokie, o grubych wargach, po za któremi zachował zdrowe, wilcze zęby. Wcześnie ołysiał a resztki włosów farbował, brodę zaś i wąsy zgolił, gdy dostrzegł początki siwizny. Szare oczy barona patrzały śmiało, a w głosie i w śmiechu brzmiała pewność i buta zwycięzcy. Całą postacią wyrażał pychę zuchwałą butę dorobkiewicza, który bez skrupułów używał i nadużywał władzy zagrabionej i dzierżonej przez kastę, do której należał. Zdziwiony, iż niezastał nikogo, podszedł ku oknu i zatrzymał się przed żardinierką, pełną cudnie kwitnących storczyków. Na kominku, na stolikach, pęki fiołków tchnęły balsamiczną wonią. Baron odszedł wkrótce od okna i, usiadłszy w fotelu z niebieskiego atłasu bramowanego srebrem, rozparł się wygodnie, używając odurzającego zapachu kwiatów i głębokiej ciszy, która wraz z ciepłem zdawała się promieniować z bogato udekorowanych ścian saloniku. Po chwili wyjął z kieszeni dziennik i zaczął raz jeszcze odczytywać artykuł, mający wyjątkowe dla niego znaczenie, jakkolwiek zdawał sobie wybornie sprawę, iż człowiek w jego położeniu, to jest posiadający tak olbrzymi majątek, tak nieograniczoną władzę, wpływy i znaczenie, może niczego się nie obawiać. Wielkość rodziny Duvillard rozpoczęła się przed stu laty. Dziadek dzisiejszego barona, Wojciech, przybył do Paryża z Poitiers w roku 1788, mając lat osiemnaście. Ojciec Wojciecha, był średniej zamożności adwokatem w Poitiers, syna sam odwiózł i umieścił w Paryżu, w charakterze kancelisty, u znajomego sobie notaryusza. Wojciech był niezwykle sprytny, chciwy i energiczny, wkrótce więc rzucił posadę i zajął się spekulowaniem dobrami narodowemi. Już wzbogacony, był następnie dostawcą armij cesarskich, a umierając pozostawił trzy miliony franków synowi, urodzonemu w roku 1805. Jerzy Duvillard, syn Wojciecha a ojciec barona, podniósł wysoko znaczenie swej dynastyi i pierwszy począł panować w pałacu przy ulicy Godot-de-Mauroy, dorobiwszy się kolosalnej fortuny za panowania Ludwika-Filipa, który nadał mu dziedziczny tytuł barona. Skandaliczne spekulacje Jerzego Duvillard, zwiększały rodzinny majątek; przez długie lata, był on bohaterem świata finansowego podczas monarchii lipcowej i drugiego Cesarstwa, grabiąc zuchwale, należąc do wszystkich słynnych złodziejstw przy budowach kolei, w kopalniach i Suezie. Syn Jerzego i jedyny jego spadkobierca, Henryk, urodził się w r. 1836, lecz interesami zaczął się zajmować dopiero po śmierci ojca, zmarłego zaraz po wojnie 1870 r. Dzięki zuchwałej swej obrotności, w przeciągu ćwierć wieku zdwoił odziedziczoną fortunę. Obdarzony umiejętnością odczuwania ducha swej epoki, postanowił to zużytkować na swą korzyść i stał się zaraz na wstępie swej działalności fermentem rozkładającym i psującym wszystko i wszystkich. Był kusicielem i kupcem sprzedajnych sumień, umiał wyzyskać każdą sytuację i każdego, z kim chociażby chwilowo się zetknął. Z szybkością obliczył, jak obfite łupy przynieść mu mogą nowe, świeżo napływające fale społeczne a zdaleka dojrzał on ich pierwsze pojawienie się i był już gotów spotkać się z niemi, gdy niecierpliwie poczęły nastawać i napierać. Zgłodniała demokracya, hałaśliwie manifestująca swe istnienie i żądzę łupów, znalazła w nim ochoczego pośrednika rozboju. Henryk Duvillard nie posiadał zdobywczej odwagi ojca i dziada. Był od nich chciwszy, lecz ostrożniejszy, nie narażał się osobiście, przekładając tuczyć się padliną swych ofiar i rozkoszować się bezpieczeństwem takiego żeru. Z dumą tryumfował z trafności swych obliczeń i ze spokojem zgarniał miliony, coraz to pewniejszy siebie a pogardliwszy względem drugich. Wolę swą narzucał nawet przy traktowaniu spraw z zagranicznemi mocarstwami a jeżeli nie rozporządzał Francyą w zupełnej całości, to w każdym razie miał szerokie wpływy na bieg polityki bieżącej i niejeden minister pozostawał w zależności od tego potężnego posiadacza przekupnego złota. Starczyło lat stu i trzech pokoleń, by człowiek ten stał się symboliczną postacią władzy i bogactwa dzierżonego przez francuzką burżuazyę, która, w roku 1789 wszystko zagarnąwszy w swe ręce, żyła odtąd kosztem narodu, wyzyskiem stanu Czwartego, nie chcąc przypuszczać, by kiedykolwiek mogło być inaczej. A jednak burza nadciągała. Poczynała już grozić i jutro stawało się niepewne... Odczytywany przez barona artykuł, zblizka go obchodził. Dziennik "Głos ludu" był codziennem, susowem pismem, które pod pozorem bronienia sprawiedliwości i publicznego dobra, drukowało skandaliczne artykuły dla przynęcenia czytelników i zwiększenia zysków redakcyjnej kasy. Dzisiejszy numer pomieścił wielkiemi literami tytuł nowego skandalu: "Sprawa afrykańskiej kolei żelaznej, łapówka dwudziesto-pięciomilionowa, dwóch ministrów przekupionych, trzydziestu deputowanych i senatorów skompromitowanych". Poniżej tego nagłówka, wydrukowany był zjadliwy artykuł, w którym naczelny redaktor, słynny Sagnier zawiadamiał, że posiada listę skompromitowanych osób i niebawem ogłosi nazwiska trzydziestu dwóch członków parlamentu, przekupionych przez barona Duvillard w sprawie afrykańskiej kolei żelaznej, zatwierdzonej przez Izby. Prócz tego, Sagnier podawał opis towarzyszących temu okoliczności, wskazywał na romantyczną postać niejakiego Huntera, używanego przez barona za pośrednika a który obecnie znikł z Paryża, lękając się odpowiedzialności. Baron czytał uważnie, zastanawiając się nad każdem zdaniem i słowem, lecz skończywszy, ruszył ramionami i spokojnie, jak człowiek pewien własnego bezpieczeństwa, rzekł głośno, chociaż nikogo nie było w pokoju: - Głupiec! Mniej on wie, aniżeli udaje! Prawie w tejże chwili wszedł do saloniku jeden ze spodziewanych gości. Był nim Duthil, ładny brunet o śmiejących się oczach, cienkim nosie, kędzierzawej brodzie i włosach. Miał lat trzydzieści cztery a w ruchach, sposobie mówienia, zwykle okazywał wiele żywości, choć lekkomyślna wesołość dziś wyjątkowo ustąpiła miejsca nerwowej niepewności. Uśmiechał się, lecz oczy miał wystraszone. Na widok gościa, baron powstał z fotela, rzucając pytanie: - Czy czytałeś?... To mówiąc, wskazał na dziennik trzymany w ręku i zaczął go składać, by napowrót włożyć do kieszeni. - Tak... czytałem. Błazeństwo!... Zkądże Sagnier mógłby mieć listę osób, o których wspomina?... Czyżby znalazł się jaki zdrajca?... Baron nie zaraz odpowiedział i spokojnie patrzał na wystraszoną twarz młodzieńca, zabawiony wewnętrzną jego obawą. Duthil był synem mera Angoul?me i dzięki dobrej opinii ojca, został wybrany na deputowanego. Przybywszy w tym charakterze do Paryża, zaczął hulać i próżnować, przypominając sobie dawne lata w ten sposób spędzone, z czasów gdy był studentem. Nie miał innych dochodów nad pensyę poselską a utrzymanie mieszkania przy ulicy Suresne, życie światowe, kobiety, kosztowało go znacznie więcej, jakkolwiek więc był uczciwym człowiekiem, przybywszy do Paryża, lekkomyślnością powodowany, zabrnął w długi i stopniowo stawał się coraz skłonniejszy do kompromisów z własnem sumieniem. Dobry humor nie opuszczał go nigdy, z wesołością wyzbył się zmysłu moralnego i, zadowolony z tej wyższości poglądów na życiowe drobiazgi, bawił się zadowolony z położenia i z pozyskanej opinii wytwornego światowca. - Wątpię, by Sagnier posiadał ową listę - rzekł wreszcie baron. - Wątpię, by ta lista istniała... Hunter nie popełniłby głupstwa tego rodzaju... po cóż miał się bawić w spisywanie osób zainteresowanych?... Cała sprawa nie posiada doniosłości, jaką chce jej nadać Sagnier. Tego rodzaju interesa zawsze się prowadzą tą samą drogą... inaczej nic się nie dzieje. Duthil, po raz pierwszy w życiu zaniepokojony, z wytężoną uwagą słuchał słów barona i wywnioskowawszy, że wszystko przejdzie pomyślnie, zawołał uradowany: - Tak, tak! Inaczej nic się nie dzieje i wszystkie sprawy w ten sposób się załatwiają! Zaraz to sobie powiedziałem, przeczytawszy artykuł w "Głosie ludu". Śmiał się, lecz nie mógł odnaleźć zwykłej swobody, po głowie bowiem krążyły mu mętne wspomnienia dziesięciu tysięcy franków, otrzymanych z rąk Huntera. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy i jak się to stało. Hunter bowiem był niesłychanie zręczny i mówił coś o pożyczce, to znów o możliwych kosztach reklamy a w chwili wręczenia pieniędzy, tak go uspokoił, iż owe dziesięć tysięcy franków Duthil uznał za dział słusznie mu należny. - Tak, mój kochany - twierdził baron coraz silniej zabawiony wystraszoną twarzą gościa - nie warto o tem mówić... Ale powiedz, czy widziałeś Sylwię? - Dopiero co u niej byłem. Jest na pana zagniewana. Dziś rano dowiedziała się, że sprawa jej w Komedyi francuskiej wpadła w wodę. Twarz barona nagle poczerwieniała gwałtownym gniewem. Ze spokojem przyjął wiadomość o groźbie wyjawienia skandalicznego przekupstwa w sprawie afrykańskiej kolei żelaznej, lecz gdy chodziło o Sylwię, tracił głowę, ogarniało go wzburzenie, ta kobieta bowiem, była ostatnią jego żądzą, wszechwładną panią jego sześdziesięcioletniego serca. - Ależ nie! - zawołał. - Wcale nie wpadła w wodę! Jeszcze onegdaj byłem w ministeryum sztuk pięknych i prawie że mi przyrzeczono zaangażowanie Sylwii. Piękna Sylwia d'Aulnay była zupełnie lichą aktorką, lecz uparła się wejść w skład artystek teatru Komedyi francuzkiej i w tym celu od kilku miesięcy studyowała rolę Pauliny w dramacie Kornela. Cały Paryż wiedział o tej szalonej zachciance pięknej dziewczyny i bawiono się na samą myśl zobaczenia jej w tej roli, znając ją jako istotę zepsutą aż do występku i przewrotną aż do zdrożności. Lecz Sylwia, na nic nie zważając i pewna zwycięztwa, głośno mówiła o blizkim debiucie. - Podobno minister stanowczo się sprzeciwia - rzekł Duthil. Baron dusił się z gniewu. - Minister, minister! Pokażę mu, kto silniejszy! Ani się spostrzeże, jak go wysadzę!... Zamilkł, bo do saloniku weszła baronowa. Pomimo lat czterdziestu sześciu, była jeszcze niezwykle piękną. Jasna blondynka, wysoka, nieco otyła, cerę miała prześliczną, jedwabną, rysy delikatne i zaledwie więdnące, ramiona i ręce wspaniałe, bez najlżejszego zarzutu. Zbyt silne rumieńce, zagarniające coraz wyraźniej całość twarzy, stanowiły umartwienie baronowej. Owal twarzy świadczył o żydowskiem jej pochodzeniu i mówiły o tem niebieskie jej oczy, pełne słodyczy i zmysłowego rozmarzenia. Powolna jak wschodnia niewolnica, była przeciwniczką wszelkiego wysiłku, nie lubiła chodzić a nawet mówić, zdawała się być wychowanką haremu, istotą wyłącznie oddaną pielęgnowaniu swej piękności. Miała dziś na sobie białą jedwabną suknię, zachwycającej prostoty i wdzięku. Duthil rozpromienił się na widok baronowej i, powitawszy ją pocałowaniem w rękę, rzekł z przejęciem: - Słoneczniej jest z pani przybyciem... Paryż dziś taki mroczny, słotny... Lecz do saloniku wszedł drugi ze spodziewanych gości, w osobie pana de Quinsac, pięknego trzydziestokilkoletniego mężczyzny. Baron, pragnąc być na osobności z Duthilem, by dowiedzieć się o Sylwii, rzekł: - Chodźmy do mojego gabinetu, potrzebuję z tobą pomówić o interesującej nas sprawie... a przez ten czas, pan de Quinsac zechce dotrzymać towarzystwa mojej żonie... Pozostawszy sam na sam z nowoprzybyłym, który już ją powitał pełnym szacunku pocałowaniem ręki, baronowa zatrzymała na nim wzrok pełen wymownego uczucia i długo wpatrując się w twarz młodego człowieka, szepnęła, przerywając kłopotliwie przeciągającą się ciszę: - Gerardzie mój! Co za szczęście być z tobą chociażby na chwilę, bez niczyjej obecności! Od miesiąca nie było ku temu sposobności... Od miesiąca wyczekiwałam napróżno tego szczęścia... Historya małżeństwa barona Henryka Duvillard z młodszą córką Justusa Steinbergera, bogatego bankiera żydowskiego, powszechnie była znaną. Wzbogacony ród Steinbergerów, początkiem swej historyi przypominał dzieje Rotszyldów, bo rozpoczęli oni swą działalność równie jak tamci, we czterech. Najstarszy z braci, Justus, osiadł w Paryżu a trzej inni w Berlinie, w Wiedniu i w Londynie. Zawarli oni pomiędzy sobą tajemną wspólność interesów, co im pozwoliło wywierać wszechpotężny, międzynarodowy wpływ na bieg finansowego rynku w Europie. Justus wszakże był mniej możny od braci, miał bowiem w Paryżu niebezpiecznego współzawodnika w osobie Jerzego Duviliard, z którym zawzięte musiał staczać walki przy każdem pojawieniu się większej zdobyczy. Zmęczony obrotnością i chciwością przeciwnika, powziął myśl wydania swej córki, Ewy, za Henryka, syna Jerzego Duvillard. Dotychczas Henryk nie zajmował się interesami i uchodził za człowieka oddanego przyjemnościom życia w salonach i klubach, Justus więc liczył, że po śmierci barona skazanego już przez lekarzy, z łatwością zawładnie zięciem i oba domy bankierskie złączy w jedną całość. Doprowadzenie małżeństwa do skutku nie przedstawiało trudności, bo Henryk zapłonął właśnie gorącą miłością dla Ewy, słusznie uważanej za jedną z ładniejszych kobiet w Paryżu a gdy objawił swemu ojcu chęć ożenienia się z Ewą, baron, znając dokładnie syna, zgodził się natychmiast, uradowany niefortunnem przeliczeniem się Justusa. I rzeczywiście tak się stało. Justus spostrzegł to dopiero w chwili, gdy po śmierci ojca, Henryk stanął na czele odziedziczonej firmy i z dnia na dzień przemienił się z pozornie lekkomyślnego światowca w chciwego bankiera, który z niesłychaną przebiegłością rzucił się na wyzyskiwanie łapczywego apetytu burżuazyjnej demokracyi, świeżo doszłej do władzy a głodnej, spragnionej i pożądającej złota. Małżeństwo Ewy nie przyniosło więc Justusowi spodziewanego rezultatu. Henryk Duvillard stał się dla niego groźniejszym jeszcze przeciwnikiem od ojca a Ewa bezpożyteczną zakładniczką chybionych kombinacyj. Po czterech latach małżeństwa była matką córki i syna, lecz od czasu ostatniej ciąży, mąż odwrócił się od niej zupełnie, okazując jej nieledwie że wstręt, pochodzący z przesytu dawnej miłosnej żądzy, zaspokojonej i już wygasłej. Raptowne zerwanie stosunku z mężem, początkowo zadziwiło i przygnębiło Ewę, zwłaszcza gdy się dowiedziała, że odnowił dawny, kawalerski sposób życia i gonił za innemi kobietami. Wkrótce jednak pogodziła się z położeniem i bez wymówek, bez wyraźnego starania się o przywrócenie miłości męża, zadowoliła się wybraniem kochanka; nie mogła bowiem żyć bez miłości i pieszczot. Rozmiłowana w własnej urodzie, lubiła się podobać i zdawała się być stworzoną na kochankę, pędzącą życie w objęciach mężczyzny wielbiącego jej wdzięki. W chwili zerwania stosunków z mężem i obrania kochanka, Ewa miała lat dwadzieścia pięć i przez lat piętnaście pozostała kochankowi najzupełniej wierną, jak byłaby wierną mężowi; gdy umarł, ogarnął ją wielki smutek wdowieństwa. Lecz gdy po sześciu miesiącach spotkała na swej drodze młodego hrabiego Gerarda de Quinsac, poczuła nową żądzę kochania i w namiętnym porywie zmysłów, oddała mu się w całości. Strwożona milczeniem kochanka, baronowa rzekła z macierzyńską tkliwością: - Drogi mój Gerardzie, co tobie?... Czy nie jesteś chory?... Czy może ukrywasz przedemną jakie zmartwienie?... Ewa była o dziesięć lat starszą od pięknego Gerarda de Quinsac a ztąd w bezustannej była obawie, że może utracić jego miłość. Czuła zbliżającą się starość, buntowała się przeciwko myśli zerwania z miłością, a ubóstwianiem kochanka, pragnęła go do siebie przywiązać i zachować, gotowa znieść wszystko, byle dopiąć tego celu. - Nie, nic nie ukrywam... Rzadko przychodziłem, bo musiałem siedzieć w domu... Matka chciała mnie mieć przy sobie... Baronowa dalej wpatrywała się w niego, z zaniepokojoną miłością, podziwiając regularność rysów ukochanej twarzy, pieszcząc wzrokiem czarne, wytwornie utrzymane wąsy i włosy, całość zgrabnej jego postaci i wielkopańską dystynkcyę. Gerard de Quinsac należał do jednego z najdawniejszych szlacheckich rodów i zamieszkiwał przy matce, wdowie, która, zrujnowana majątkowo przez męża, starała się utrzymać dom na przynależnej stopie, chociaż miała zaledwie piętnaście tysięcy franków rocznego dochodu. Gerard pędził życie bezczynne, z trudem odbył jednoroczną powinność wojskową, wyrzekając się na przyszłość służby z bronią w ręku a nawet karyery dyplomatycznej, jakkolwiek była to dla niego jedyna droga, nieprzynosząca ujmy rodzinnym pojęciom. Pędził dni w pracowitem próżniactwie młodych ludzi swego świata, mieszkających w Paryżu. Surowych obyczajów matka uwzględniała ten rodzaj życia syna, sądziła bowiem, że człowiek tej krwi, powinien chociażby bezczynnością i zupełnem usunięciem się, protestować przeciwko republikańskiemu rządowi Francyi. Lecz miała ona inne jeszcze powody skłaniające ją do pobłażania postępowaniu syna. Dzieckiem, był wątły, a mając lat siedem, ciężko chorował na zapalenie mózgu. Później, będąc wyrostkiem, skarżył się na ból serca a zawezwani lekarze oświadczyli, że powinien strzedz się i unikać wszelkiego zmęczenia. Tak więc, matka wiedziała, iż ten wysoki, dumnej postawy młodzieniec, jest tylko pozornie zdrowym potomkiem starożytnego rodu. Najlżejsza przyczyna mogła spowodować śmiertelną chorobę i w popiół zamienić ten kwiat świeżo rozkwitły z ułudną, kłamliwą bujnością. Męzka postawa Gerarda kryła w sobie kobiecą delikatność zdrowia i równąż słabość energii. Był dobry, pozbawiony woli, dostępny dla wszelakiego zła i upadku. Poznał Ewę, towarzysząc pobożnej swej matce do nowo założonego Przytułku dla inwalidów pracy. Ewa przywłaszczyła go sobie, oddając mu się i nie śmiał z nią zerwać, bo nie umiał znaleźć dostatecznej ku temu przyczyny, matka zaś starała się nie wiedzieć o tym zdrożnym stosunku z kobietą wstrętnego dla niej świata, a wreszcie przywykła wszystko synowi przebaczać i na wszystko pozwalać, jak choremu dziecku. Lecz Ewa zdobyła sobie i jej łaski, decydując się na czyn, który wszystkich wprawił w zdumienie. Nagle się dowiedziano, że nawróciła się na wiarę katolicką, za pośrednictwem monsignora Martha. Czego nie uczyniła dla męża, zrobiła dla kochanka, pragnąc na zawsze zapewnić sobie jego miłość. Paryż pozostawał dotąd pod wrażeniem wspaniałej uroczystości chrztu w kościele św. Magdaleny, gdzie piękna, pomimo lat czterdziestu pięciu i do łez wzruszona żydówka, serca wszystkich zjednała dla siebie. Gerard głęboko był ujęty tą oznaką przywiązania Ewy, lecz stosunek z nią zaczynał mu co raz dokuczliwiej ciężyć, więc pragnąc go zerwać, unikał schadzek, jakie mu naznaczała. W obecnej chwili dobrze wiedział o co go błagały oczy stojącej przed nim Ewy. Rzekł więc, słabnąc pod naciskiem jej wzroku. - Ręczę ci, że nie mogłem... Matka nie chciała mnie puścić od siebie... Gdyby nie to, był bym szczęśliwy stawić się... Milcząc, dalej go błagała i łzy nabiegły jej do oczu. Przeszło od miesiąca nie spotkał się z nią w pokoiku, który posiadali dla miłosnych schadzek w domu przy ulicy Matignon. Nie umiejąc bronić się dłużej, wzruszony niemą jej prośbą, zrozpaczony osamotnieniem, w jakiem ich zostawiono w saloniku a czego nie mógł przewidzieć przybywając w południowej godzinie, uległ, mówiąc: - Dobrze... spotkamy się dzisiaj... o godzinie czwartej.. jak zwykle... Rzekł to szeptem, lecz posłyszawszy lekki szmer, odwrócił głowę, drgnąwszy jak człowiek schwytany na gorącym uczynku. Do saloniku weszła Kamilla, córka baronowej. Nie słyszała słów, lecz z wyrazu twarzy obojga kochanków, z otaczającego nastroju, odrazu się domyśliła: iż naznaczyli sobie schadzkę tam, przy tej ulicy, którą starała się odgadnąć; zobaczą się tam bez świadków i nie dalej jak dzisiaj, za kilka godzin. Wszyscy troje byli zakłopotani, wymieniwszy z sobą szybkie chmurne spojrzenia. Kamilla miała lat dwadzieścia trzy. Ciemna brunetka, nizka, prawie garbata, miała lewe ramię o wiele wyższe od prawego, niepodobna ani do ojca, ani do matki, przedstawiała jedno z tych dziwnych zwyrodnień, niedozwalających odgadnąć przyczyny. Dumną wszakże była z piękności swych czarnych oczu i wspaniale bujnych włosów, które, tak mówiła, starczą, by okryć ją płaszczem opadającym do ziemi. Lecz nos miała za długi, owal twarzy przekrzywiony, rysy nieregularne i brodę nieprzyjemnie spiczastą a wązkie, dowcipne jej usta były przedewszystkiem zjadliwie złośliwe, zdradzając nieprzebrany zasób nagromadzonej goryczy. Brzydką będąc, wiedziała o tem i szalała z gniewu, że taką pozostanie na zawsze. Istotą najsrożej przez nią nienawidzoną była rodzona jej matka, ta piękna, powabna kobieta, która nie przekazała jej swej urody, nigdy jej nie kochała, będąc zajęta wyłącznie sobą i sprawami swego serca, a dzieci zleciwszy płatnej pieczy służby. Pomiędzy matką i córką wrzała coraz większa nienawiść milcząca i zimna u jednej, namiętna i jawna u drugiej. Córka nienawidziła matki za piękność, której jej zazdrościła, czując się brzydszą jeszcze w jej sąsiedztwie. Cierpiała, że wszystkie hołdy i uwielbienia kierują się nie ku niej, lecz ku tej dwa razy starszej kobiecie, rozniecającej miłosne żądze mężczyzn. Przysłuchiwano się, gdy mówiła, bo była dowcipną lecz spojrzenia przysłuchujących się błyskotliwym słowom córki, szły wszystkie ku matce, tryumfującej wieczną młodością. Zapragnęła zemsty i powzięła zamiar odebrania jej Gerarda. Tak, wyjdzie za mąż za Gerarda a pozbawiając tę kobietę ostatniego kochanka, odbierze jej więcej, niż życie. Dzięki pięciu milionom posagu, Kamilla miała licznych starających się o jej rękę. Lecz oceniała to, jak należało, powtarzając z pogardliwym śmiechem: - Dla pięciu milionów, każdy z nich gotówby wybrać sobie żonę, chociażby w Salp?tri?re! Lecz Kamilla, oswoiwszy się z myślą wyjścia za mąż, za Gerarda, zakochała się w nim, ujęta uprzejmością, jaką jej okazywał. On zaś, będąc pięknym, litował się nad tą prawie ułomną, brzydką dziewczyną, a dobrocią serca powodowany okazywał jej względy, chcąc ją pocieszyć w opuszczeniu doznawanem w świecie, gdzie bywała. Spostrzegłszy zaś miłość, jaką w niej rozbudził, czuł się pochlebiony wyróżnieniem i zdawało mu się że jest bożyszczem czczonem z niewolniczą pokorą i z wyłącznem nabożeństwem. Przewidywał nawet możność małżeństwa z Kamillą, wszak będzie to najpewniejszy sposób wyswobodzenia się rąk jej matki, przytem obliczał materyalne korzyści, bynajmniej nie do odrzucenia, lecz w zamian czuł się nieco skrępowany świetnością nazwiska jakie nosił, przypuszczalnem niezadowoleniem matki, która nie takiej pragnęła synowej, oraz łzami Ewy, chcącej go zachować dla siebie: Milczenie zapadłe z chwilą wejścia Kamilli, przedłużało się, raniąc wszystko troje. Córka spojrzała przeszywająco na matkę, upewniając ją wzrokiem, że się domyśliła popołudniowej schadzki z kochankiem, spojrzała następnie na Gerarda, skarżąc się boleśnie. On zaś chcąc wyrównać nieporozumienie, rzekł na powitanie: - Dzień dobry pannie Kamilli... Ach, jaką ładną ma pani suknię... śliczny kolor... lubię kolor hawanna... pani jest najlepiej w ciemnych kolorach... Kamilla rzuciła wzrokiem na białą suknię matki a następnie na ciemno-hawanowe swoje ubranie, zapięte wysoko pod szyję, i odpowiedziała z wybuchem śmiechu: - Tak, jeszcze ujdę, gdy suknią nie zwracam uwagi... dlatego też ubieram się jak stara baba!.. Ewa, niezadowolona z odezwania się córki, i podejrzewając w niej niebezpieczną rywalkę, zmieniła przedmiot rozmowy, pytając: - Czy twego brata niema w domu? - Owszem, jest, razem zeszliśmy na dół... Hyacynt wszedł właśnie do saloniku i z wymuszonem zmęczeniem zbliżywszy się, powitał Gerarda. Miał lat dwadzieścia, jasne blond włosy matki i ściągły owal jej wschodniej twarzy, podczas gdy szaremi oczyma przypominał ojca, odziedziczywszy również po nim mięsiste wargi, chciwe wszystkiego. Nigdy się nie chciał uczyć, od dzieciństwa głosząc pogardę dla pracy i wszelkiej czynności. Pieszczony przez ojca, dogadzał swym fantazyom, a obecnie okazywał pewne zamiłowanie do poezyi i muzyki, skutkiem czego żył w świecie zadziwiających artystów, kobiet publicznych, ekstatyków i opryszków; z fanfaronadą apoteozował zbrodnie i występki, z obrzydzeniem mówił i gardził kobietami, głosząc przytem skrajne filozoficzne i społeczne poglądy, przerzucając się z jednej ostateczności w drugą, i będąc kolejno kolektywistą, indywidualistą, anarchistą, pesymistą, symbolistą, nawet sodomistą, nie przestając jednak afiszować się jako dobry katolik, bo tego wymagała przyzwoitość towarzyska. W gruncie był po prostu pustym i głupim. Tak więc żywotna krew rodu Duvillardów, wydawszy z rzędu trzy pokolenia drapieżców, o chciwym temperamencie, od razu zwyrodniała i upadła w czwartej generacyi, z wysiłkiem przesytu, płodząc androgina, niezdolnego już być ani zuchwałym opryszkiem, ani rozpustnikiem. Kamilla zbyt była inteligentną, by nie widzieć nicości brata i bawiła się, drwiąc z niego otwarcie. Zobaczywszy go teraz w przesadnie długim tużurku, nafałdowanym w pasie, podług świeżo wznowionej mody romantycznej, zawołała, śmiejąc się: - Dobrze, żeś przyszedł... mama właśnie pytała się o ciebie.. Chodź, pokaż się nam bliżej w swojej spódnicy... Doprawdy, ładniejsząbyś był panną odemnie... Hyacynt udał, że nie słyszy uszczypliwych słów siostry, której lękał się skrycie, jakkolwiek stosunek pomiędzy nimi był bliski i chętnie zwierzali się przed sobą, chociaż przedewszystkiem w celu wzajemnego olśnienia się krańcowością swych myśli i wyuzdanego zepsucia. Znużonym wzrokiem powiódłszy, Hyacynt zatrzymał oczy na żardinierce cudnie kwitnących storczyków i usta wydął pogardliwie, znajdując, że storczyki są zbyt banalnie pospolite. Przez jakiś czas był wielbicielem kwiatu lilii, lecz porzucił mistyczny kult lilii, dla czerwonych jaskrów, krew przypominających. Spodziewani jeszcze dwaj goście nadeszli prawie równocześnie. Pierwszym był sędzia śledczy Amadieu, wierny przyjaciel domu państwa Duvillard. Był to nizki, drobny, czterdziestopięcioletni mężczyzna, którego nazwisko od niedawnego czasu stało się głośne, z powodu procesu w jednej ze spraw anarchistycznych. Twarz miał płaską, o rysach regularnych i faworytach urzędnika sądowego, a dla nadania sobie wyrazu przenikliwości nosił monokl, po za którym żywo połyskiwało szeroko otwarte oko. Bardzo światowy, zaliczał się do nowej szkoły psychologów, był autorem książki o nadużyciach, popełnianych na podstawie fizyologii kryminalnej. Przytem był ambitny, zarozumiały, lubił by o nim mówiono w prasie i zawsze upatrywał okazyi, dozwalającej pochwycić w ręce sprawę, mogącą przynieść mu rozgłos i znaczenie. Ostatnim z przybyłych był generał de Bozonnet, wuj Gerarda. Z powodu podeszłego wieku i reumatyzmów, generał podał się do dymisyi z czynnej służby, lecz wysoka, chuda jego postać zachowała wygląd wojskowy. W czasie wojny 1870 r., po bitwie pod Saint-Privat, został w nagrodę waleczności mianowany pułkownikiem, a jakkolwiek z tradycyi familijnej był legitymistą, zachował wszakże wierne przywiązanie dla Napoleona III, któremu służył na wszystkich polach bitew. W kółku rodzinnem przebaczano mu to przywiązanie do Napoleona, albowiem poza bonapartyzmem, z goryczą odzywał się o Rzeczypospolitej, zarzucając jej upadek armii. Generał Bozonnet był zacnym i dobrym człowiekiem, serdecznie kochającym swą siostrę, panią de Quinsac, i głównie przez wzgląd na nią, bywał w domu państwa Duvillard, chcąc tym sposobem upozorować i do pewnego stopnia wytłomaczyć częstą obecność Gerarda w salonie baronowej. Drzwi gabinetu otworzyły się i wrócił do gości baron wraz z Duthilem, obadwaj śmieli się głośno, do przesady głośno, chcąc zapewne objawić w ten sposób najzupełniejszą swobodę umysłu. Wszyscy przeszli do stołowego pokoju, gdzie na kominku płonął wielki ogień, o wysokich, wesołych płomieniach, rzucających słoneczne blaski na politurowane, jasne, angielskie meble, na kryształy i srebra rozstawione po stołach i filigranowych etażerkach. Pokój zdawał się tchnąć wiosną. Dominował w nim kolor blado-zielonego mchu a na środku stał wielki stół, nakryty z przepychem, zasłany białym obrusem, naszywanym wenecką koronką i ubrany mnóstwem wielkich, herbacianych róż, będących rzadkością w tej porze roku. Snopy tychże samych róż, cudnie kwitnących, napełniały powietrze przedziwnym zapachem. Baronowa posadziła generała na prawo a sędziego Amadieu na lewo od siebie, podczas gdy baron siadł pomiędzy Duthilem i Gerardem. Końce stołów zajęły dzieci. Kamilla pomiędzy Gerardem i generałem a Hyacynt pomiędzy Duthilem i sędzią. Odrazu, zaraz przy pierwszem daniu, składającem się z jajecznicy z truflami, rozmowa potoczyła się z żywością, przerzucano się wesoło z jednego przedmiotu na drugi, jak zwykle podczas tego rodzaju zebrań w Paryżu. Defilowały więc zdarzenia wczorajsze i poranku dzisiejszego, prawdy i kłamstwa obiegające miasto, skandale i plotki wszystkich światów i warstw społecznych, wiadomości finansowe, polityka, opinie o świeżo wydanej powieści, nowości teatralne, a także nowinki, które właściwiej byłoby mówić do ucha. Wszystko poruszano, o wszystkiem mówiono głośno, z dowcipem i lekkością, śmiano się i każdy udawał wesołość, chociaż wewnętrznie nie rozstawał się z własną, osobistą troską, częstokroć z gorzką niedolą, równającą się konaniu. Śmiało, ze zwykłą sobie spokojną bezczelnością, baron pierwszy zaczął mówić o artykule, wydrukowanym w "Głosie ludu": - Czyście państwo czytali dzisiejszy artykuł Sagniera?... Dobrze napisany, jeden z lepszych. Sagnier posiada wielki zasób werwy, lecz lubi się unosić a wtedy staje się niebezpiecznym szaleńcem! Odezwanie się barona przyniosło ogólną ulgę. Wszyscy czytali artykuł, o którym mówił, lecz nikt nie byłby o tem wspomniał, a byłoby to niezawodnie ciążyło podczas całego śniadania. - Jeszcze raz rozpoczyna się coś w rodzaju Panamy! - zawołał Duthil. - Niechajże nam dadzą raz spokój! Dość już tego, dość, do naprzykrzenia dość! - Sprawa afrykańskiej kolei żelaznej - mówił dalej baron - jest czysta jak kryniczna woda. Wszyscy, którym odgraża Sagnier, mogą spać spokojnie... Mojem zdaniem, jest to kampania urządzona w celu zwalenia gabinetu Barrouse... W ministeryach muszą być zaniepokojeni... najniezawodniej będziemy mieli interpelacyę w Izbie i nie obejdzie się bez hałasu. Sędzia Amadieu odezwał się z wielką powagą: - Prasa nadużywa oszczerstw i skandalu, a tem samem staje się czynnikiem rozkładowym, mogącym dobić Francyę. Potrzeba nam nowych praw, praw ostrzej trzymających prasę na wodzy. Generał gniewnie się poruszył, mówiąc: - Na cóż nam nowe prawa... kiedy nie mamy energii zastosować tych, jakie już posiadamy! Nastąpiła chwila milczenia. Służba zwinnym i cichym krokiem podawała teraz ryby. W ciepłym, wonnym pokoju nie było słychać najlżejszego szczęku zmienianego nakrycia. I niewiadomo dlaczego rozmowa nagle wzięła nowy kierunek, gdy ktoś zapytał: - A więc wznowienie sztuki jeszcze raz odłożono?... - Tak, odpowiedział Gerard. Dowiedziałem się dziś rano że "Polieukt" wystawiony zostanie dopiero za parę miesięcy... może w kwietniu. Kamilla dotąd milczała, zajęta wyłącznie Gerardem, teraz zaś spojrzała świecącemi oczyma na ojca a potem na matkę. Wszak wspomniano o sztuce, w której Sylwia pragnęła debiutować. Lecz tak baron, jak baronowa zachowali spokojny wyraz twarzy, oddawna bowiem wszystko wzajemnie o sobie wiedzieli. W tej chwili Ewa zajęta była myślą o przyobiecanej schadzce i czuła się szczęśliwą. Naprzód rozkoszowała się pieszczotami dzisiejszego popołudnia w tem parterowem mieszkanku, przy odległej ulicy i, pogrążona w swych myślach, uśmiechała się bezwiednie do biesiadników, zebranych przy stole. Baron zaś przygotowywał w głowie plan napaści, jaką zamierzał uczynić w mmisteryum sztuk pięknych, dla natychmiastowego uzyskania zaangażowania Sylwii. Rzekł więc spokojnie: - Przy każdem wznowieniu sztuki Komedya francuzka doznaje kłopotu i często musi się cofać z powziętym zamiarem... Nie mają dostatecznej liczby odpowiednich aktorek. - Wczoraj w teatrze Wodewilu - mówiła teraz baronowa - podziwiałam suknię Delfiny Vignot. Ta kobieta ubiera się i czesze w sposób niezrównany! Duthil, pochwyciwszy nazwisko Delfiny, opowiedział, nieco tuszując z powodu obecności córki domu, o krążącej anegdotce o nowym stosunku ładnej aktorki z jednym z wybitniejszych senatorów. Mówiono potem o innym skandalu, o nagłej śmierci młodej mężatki, dobrze znanej wszystkim obecnym, a która, naraziwszy się na operacyę, umarła, ściągając tym sposobem uwagę na operującego ją chirurga, któremu z trudem udało się ujść odpowiedzialności sądowej. Generał, skorzystawszy że wymówiono wyraz "chirurgia", uznał za stosowne rozpocząć zwykłe ubolewania nad marnością organizacyi dzisiejszej armii francuzkiej. Wytrawne, czerwone wino połyskiwało jak świeża krew, w cienkich kryształowych kieliszkach, a zwierzyna z truflami, lekko parując na talerzach, łączyła swój aromat z zapachem obumierających na obrusie pięknych róż cielistego koloru. Podano następnie szparagi, które niegdyś o tej porze roku były drogocenną rzadkością a obecnie nikogo już nie dziwią. Baron, spojrzawszy na szparagi, rzekł z rozczarowaniem smakosza: - Teraz wszyscy nawet zimą to mieć mogą... Równocześnie Gerard zapytał: - Zatem dziś popołudniu księżna de Harn urządza u siebie koncert?... Kamilla spytała go z żywością: - Tak, za parę godzin. Czy pan tam będzie?... - Nie; zdaje mi się, że nie będę mógł... jeszcze niewiem - odpowiedział Gerard z widocznem zmięszaniem. - Ach ta księżna de Harn! - zawołał Duthil - Ona najniezawodniej ma bzika. Państwo wiecie, że zawsze twierdziła, iż jest wdową?... Otóż podobno, że mąż jej żyje, i jest rzeczywistym księciem a nawet krewnym panującego domu, przytem ma być pięknym jak bóstwo, lecz puścił się w podróż naokoło świata, w towarzystwie jakiejś śpiewaczki. Wówczas księżna zjechała do Paryża, by panować w pałacu przy Alei Kleber... Dziwną głowę ma ta kobieta... podobna jest do rozpustnego wyrostka... A umeblowanie w jej pałacu!... A ludzie, którzy się tam zbierają!... Jest to coś w rodzaju zadziwiającej arki, gdzie kosmopolityzm ukazuje się nam w całej pełni różnorodnego i najniespodziewańszego dziwactwa! - Przestań pan być złośliwym - rzekła łagodnie baronowa. - Rozamunda jest niezwykle sympatyczną kobietą i ma w nas wszystkich szczerych przyjaciół. - Tak, lubimy ją - dorzuciła Kamilla. - Zaprosiła nas na dzisiaj, zatem pójdziemy, prawda, mamo, że pójdziemy?... Baronowa, niechcąc dać stanowczej odpowiedzi córce, udała, że nie słyszy i zwróciła się w stronę Duthila, który w dalszym ciągu mówił o księżnej, twierdząc, że o niej wiele wie i to z dobrego źródła. Na dzisiejszym koncercie, dla urozmaicenia programu, miały wystąpić sprowadzone hiszpańskie tancerki, o których lubieżnej mimice mówiono po kryjomu w całym Paryżu. Duthil kończył słowami: - Tancerki te przyciągną tłum gości do księżnej... będzie tłok w pałacu. A czy wiecie państwo że księżna już porzuciła malarstwo?... Obecnie zajmuje się chemią. Ztąd pełno anarchistów u niej bywa. Zdaje mi się, że od jakiegoś czasu rozkochała się w tobie, panie Hyacyncie?... Przez cały czas śniadania Hyacynt milczał, z wyrazem twarzy wyrażającym znużenie i oderwanie. - Działa na mnie zabijająco - raczył odpowiedzieć. - Jeżeli pójdę dziś do niej, to jedynie dla widzenia się z moim przyjacielem... z młodym lordem Elson, który z Londynu zaprosił mnie listownie na owo przedstawienie, chce koniecznie spotkać się dziś ze mną u księżnej. Wyznaję przytem, że salon księżnej jest obecnie jednem z rzadkich miejsc w Paryżu, gdzie można jeszcze z kim rozmawiać. - Jak widzę - zapytał z ironią sędzia - zawsze jeszcze należysz do ich obozu?... Hyacynt, bynamniej niezmięszany, powiódł zwolna oczyma i z wymuszonym tonem wyższości, raz jeszcze objawił swe wyznanie wiary: - W czasach obecnych, gdy wszędzie się spotyka tylko kał i nikczemność, człowiek szanujący siebie musi być anarchistą... Wszyscy się roześmieli, znajdując że Hyacynt jest nieskończenie zabawny. Zwłaszcza baron, pieszczący syna, lubił rozśmieszać znajomych opowiadaniem, że jest ojcem anarchisty. Generał rzadko kiedy znosił spokojnie tego rodzaju odezwania się młodzika, a często wpadał w gniew, żądając zagłady społeczeństwa podobnie niedorzecznego, by mieć takie potomstwo. Za to sędzia, który chciał się wyspecyalizować w kwestyach, mających łączność z anarchizmem, nie pomijał okazyi dyskutowania z Hyacyntem. Zapalał się i bronił zagrożonej cywilizacyi, rzucając potępienie na armię zniszczenia i rzezi, jak nazywał anarchistów. Tymczasem wszyscy przysłuchiwali się rozmowie, z pobłażającym uśmiechem, rozkoszując się wybornym pasztetem z kaczych wątróbek. Wreszcie baron załagodził dyskusyę słowami: - Zapewne, tak, wiele jest złego, wiele biedy, lecz jakoś to będzie i wszystko się ułoży. Możnaby to nawet przyśpieszyć i coś zrobić, lecz co?... Nikt nie wie i nikt nie posiada gotowej formuły. Niektóre zmiany są pożądane i z góry się na nie zgadzam. Naprzykład, należałoby dbać o poprawienie losu klasy roboczej, lecz na to najlepszym sposobem jest zakładanie dobroczynnych instytucyj, coś w rodzaju naszego Przytułku dla inwalidów pracy. Ale niewszyscy są tego zdania i żądają od nas za wiele, wprost rzeczy niemożliwych. Podano deser. Ożywiona dotychczas rozmowa chwilowo przycichła, jakby konieczna pauza, po wybrednem i obfitem śniadaniu. Zdawało się że każda z osób zebranych dokoła stołu, dała się chwilowo ująć własnym myślom i troskom, co ujawniło się na twarzach. Lekkomyślny Duthil miał znów wystraszone oczy, pełne niepokoju, co będzie, jeżeli groźba zapowiedziana w dzienniku, stanie się rzeczywistością. Baron zachmurzył się gniewnie, nie znalazł bowiem jeszcze sposobu zdobycia w teatrze roli, mającej zadowolnić zachciankę Sylwii. Czuł, że ta kobieta może się stać jego zgubą i on, silny, dumny z posiadanej władzy, uznawał się za bezbronnego wobec zmysłowej żądzy, jaka opanowała go i gryzła. Lecz dramat wewnętrznych uczuć najwyraźniej zarysował się na twarzach baronowej, Kamilli i generała. Matka i córka, rywalizując z sobą o mężczyznę, którego obie kochały, nienawidziły się, wydzierając go sobie wzajemnie. Każdy z biesiadników, pogrążony w swych myślach, z trudnością brał udział w leniwiejącej rozmowie. Kończono deser, obierając złotemi nożykami owoce, skubiąc winogrona świeżo zerwane, wybierając takowe wśród przeróżnych ciast i cukrów zastawionych na stole, dogadzano już tylko łakomstwu, zadowolniwszy apetyt. Podczas gdy służba stawiała kubki do płukania ust, jeden z lokajów zbliżył się do krzesła baronowej, szepcząc coś po cichu, na co odpowiedziała mu półgłosem: - Wprowadź do salonu, zaraz tam przyjdę. A głośniej objaśniła zebranym: - Ksiądz Fromont przyszedł i chce się zemną widzieć. Wszak państwo wszyscy go znacie?... To prawdziwie święty człowiek, mam dla niego najszczerszą sympatyę. Jeszcze chwilę pozostano za stołem, lecz wreszcie opuszczono jadalnię, przesyconą wonią potraw, win, owoców i róż. Ogień na kominku przestał płonąć a przepalone, zwęglone kloce drzewa żarzyły się i osypywały popiołem. Na stole mniej było symetryi w rozstawionych kryształach i srebrach, lecz całość pokoju nie przestała tchnąć wesołością wiosny i łagodnym kolorytem barw blado oświetlonych, niepewnych blaskiem dnia dzisiejszego. W pośrodku saloniku niebiesko-srebrnego, stał Piotr i zaczynał żałować, iż przyszedł w tej porze, bo właśnie zobaczył na jednym ze stołów tacę z przygotowaniem do czarnej kawy i likierów. Zmięszał się, gdy do saloniku weszli tłumnie i prawie hałaśliwie wszyscy uczestnicy śniadania. Oczy mieli świecące, policzki różowe ludzi sytych i zadowolonych. Zakłopotanie Piotra trwało krótko, poczuł bowiem w sobie silnie rozniecony płomień niesienia pomocy potrzebującym, zdawało mu się tylko, iż rażącem jest mówić wśród tego zbytku i zadowolenia o czarnej nędzy, o głodzie, o zimnie i cuchnącym od brudu domu, w którym spędził dzisiejszy poranek. Tu, w tym pałacu, jakże jest odmiennie, jak ciepło, jasno, pachnąco i bogato, a wśród nadmiernego zbytku, jaką wesołością tchną ci ludzie, wracający od suto zastawionego śniadania! Baronowa i Gerard, pierwsi powitali księdza Piotra, będącego dobrym znajomym pani de Quinsac, przez nią został on przedstawiony państwu Duvillard, w chwili gdy Ewa postanowiła przejść na wiarę katolicką. Piotr zaczął się uniewinniać że przyszedł o niewłaściwej godzinie, lecz baronowa rzekła uprzejmie: - Zawsze cię mile witamy, szanowny księże... Zaraz wrócę, by z panem pomówić, lecz chwilowo proszę mi pozwolić zająć się moimi gośćmi... Odeszła ku tacy, by wraz z córką podać kawę i likiery, a Gerard pozostał z Piotrem, mówiąc mu o Przytułku dla inwalidów pracy, gdzie spotkali się niedawno, podczas uroczystego położenia kamienia węgielnego pod nowo budowany pawilon. Przytułek składał się dotychczas tylko z czterech pawilonów, lecz według planu miało ich być dwanaście. Obszar gruntu w Gennewilliers, darowany instytucyi przez miasto, dozwalał na takie rozwinięcie. Zbierano więc składki i robiono hałaśliwą reklamę w prasie, by ogół wiedział, iż burżuazya, którą skrajne stronnictwa posądzają o egoistyczne używanie posiadanych bogactw, czyni wysiłki, by przynieść pomoc i ulgę potrzebom klas pracujących. Ofiary pieniężne sypały się z hojnością, a baron Duvillard świeżo złożył sto tysięcy franków, na nowo wznoszący się pawilon. Lecz dwie trzecie z zebranych dotąd składek, użyto na postawienie wspaniałej kaplicy, jaśniejącej już w pośrodku gruntu należącego do instytucyi, na półwyspie Gennevilliers. Damy opiekujące się instytucją, a było ich przeszło dwadzieścia wybranych wśród najbogatszych kół towarzyskich Paryża, miały za zadanie, zbieranie funduszów koniecznych dla istnienia Przytułku. Wywiązywały się z obowiązku za pomocą kwest i bazarów. Rozwój instytucji rozpoczął się wszakże dopiero z chwilą, gdy zwolniono damy opiekunki od kłopotliwej administracyi, powierzywszy całą organizację deputowanemu Fons?gne, który był zarazem naczelnym redaktorem "Globu", oraz człowiekiem nadzwyczajnej obrotności w prowadzeniu interesów. Dziennik bezustanną szerzył propagandę na rzecz Przytułku dla inwalidów pracy, odpierał umiejętnemi artykułami napaści rewolucyonistów, dowodząc, jak niewyczerpaną i hojną jest dobroczynność klas przodujących, a podczas ostatniej walki przedwyborczej, "Glob", sławiąc dobrodziejów instytucyi, przysłużył się im niemało do łatwiejszego uzyskania mandatów poselskich. Kamilla zbliżyła się do Piotra, niosąc filiżankę czarnej kawy. - Czy można pana poczęstować? - spytała. - Nie, dziękuję pani. - To może kieliszeczek likieru?... - Nie, dziękuję. Gdy już wszyscy zostali obsłużeni, baronowa wróciła, pytając uprzejmie: - A teraz, niechaj szanowny pan zechce powiedzieć, w czem mogę mu być pożyteczną?... Piotr uczuł się tak silnie wzruszony, iż z bijącem sercem przystąpił do przedstawienia sprawy swego protegowanego. Mówił prawie cicho, bo głos z trudnością przechodził mu przez ściśnięte gardło: - Przybywam z wielką prośbą, lecz zarazem z ufnością w dobroć pani. Dziś rano widziałem rzecz okropną i dotąd pozostaję pod wrażeniem tego com widział. Pani nie może mieć pojęcia o takiej straszliwej nędzy, jaką napotkałem w domu przy ulicy des Saules, po drugiej stronie Montmartru. Dusza mi się wzdrygnęła, patrząc na nędzę i cierpienia ludzi tam mieszkających. Całemi rodzinami giną z głodu i z zimna... mężczyźni uganiają się za pracą, której znaleźć nie mogą, matki rozpaczają, nie mając kropli mleka dla niemowląt, dzieci, ledwie że osłonięte łachmanami, kaszlą, sine od zimna... Lecz widziałem tam jeszcze rzecz straszniejszą... na strychu, bez drzwi i okna, legł od paru miesięcy stary robotnik, niemający już sił do pracy i powolnie kona z niedostatku, na gnijącym barłogu, na którymby zwierzę nie chciało się położyć! Opowiadając, Piotr silił się dobierać słowa, by nie przerazić rozpieszczonej zbytkiem kobiety, a pomimo to, czuł całą niestosowność wywołanego obrazu nędzy, wśród tych ludzi opływających w rozkosze i radości tego świata. Jakżeż mógł przyjść tutaj, o tej godzinie, wszak łatwo się było domyśleć, że zastanie baronową w trakcie śniadania, lecz nie przypuszczał, by miała gości i by trafił w chwili, gdy zadowolone ich żołądki, delektować się będą aromatyczną kawą. Pomimo wyrzutów, jakie sobie czynił w skrytości, mówił dalej, nawet coraz głośniej, coraz namiętniej, bo ogarniał go bunt na wspomnienie widzianej nędzy, opowiedział wreszcie wszystko, wymienił nazwisko Laveuve'a i w imię miłości bliźniego, żądał pomocy i ratunku. Okrążono go i słuchano. Wyraźnie widział przed sobą barona, generała, Duthila, sędziego. Popijając małemi łykami gorącą kawę, spokojnie milczeli. - Zna teraz pani całą okropność położenia nieszczęsnego Laveuve'a. Znam dobroć pani serca, liczę zatem, iż ten stary, umierający człowiek dozna natychmiastowej pomocy. Trzeba go zabrać z jego strychu. Trzeba, by dziś jeszcze został przyjęty do Przytułku dla inwalidów pracy; ma wszystkie po temu kwalifikacye i miejsce słusznie i naturalnie tam mu się należy. Łzy zwilżyły piękne oczy Ewy. Przykro jej było, iż musiała słuchać tak smutnej historyi, właśnie w chwili, gdy serce miała wezbrane radością obiecanej miłosnej schadzki z Gerardem. Jakże żałowała, iż piastuje godność prezydentki komitetu Przytułku! Lecz podjęła się tego, będąc pewną, iż Fons?gne zwolni ją od wszystkich kłopotów administracyjnych. Wszak postawiła to za nieodzowny warunek, dość mając zajęcia około własnej swej osoby. Lecz wrażliwa a przytem z natury nieudolna i mięka, szepnęła wzruszona: - Szanowny księże, całem sercem współczuję temu nieszczęśliwemu... Lecz proszę wierzyć, iż nic, ale to zupełnie nic nie mogę dla niego uczynić... A nawet zdaje mi się, że sprawa tego Laveuve'a już była przedstawiona w naszym komitecie. Pan zapewne wie, iż przed pomieszczeniem kogoś w Przytułku, zbieramy szczegółowe wiadomości, chcąc mieć pewność, że wspomagamy zasługującą na to jednostkę. Wybieramy w tym celu delegowanego, który składa nam raport... Panie Duthil, zdaje mi się, że pan się podjąłeś sprawdzenia sprawy Laveuve'a?... Zapytany Duthil, kończąc kieliszek chartreuse'y, odpowiedział: - Tak, rzeczywiście, ja się tem zajmowałem, szanowny księże. Upewniam, że cię oszukano, grając komedyę. Laveuve nie jest chory a jeżeli mu dałeś jakie pieniądze, to zaraz po twojem wyjściu pobiegł do szynku i przepił je natychmiast. Wiem, że jest nałogowym pijakiem a przytem odznacza się jak najgorszym sposobem myślenia. W ustach ma tylko przekleństwa dla nas wszystkich i z bezczelnością ryczy na całe gardło, że gdyby mógł, toby burżuazów wysadził w powietrze! Wreszcie ten pański protegowany gardzi naszym przytułkiem. Powiada, że to więzienie strzeżone przez zakonnice, napędzające do modlitwy, klasztor dla bab a nie dla ludzi chcących zachować wolność rozporządzania czasem. Oświadczył, że nie chce być zamknięty wśród murów, gdzie obowiązkowo drzwi się tarasują o godzinie dziewiątej wieczorem. Takich Laveuve'ów jest mnóstwo! Wolą zimno, głód, śmierć - byle na swobodzie. Wyznaję, że nie rozczulam się nad losem tego rodzaju ludzi. Niechajże zdychają pod płotem, skoro nie umieją ocenić naszego miłosierdzia. Przeklinają nas, chociąż im dajemy ciepły przytułek, nie chcą jeść podanej im strawy, niechże więc giną z głodu, podług własnej fantazyi. Generał i sędzia przytakująco poruszyli głowami, lecz baron chciał się okazać wspaniałomyślniejszym: - Nie podzielam tego zapatrywania. Człowiek pozostaje człowiekiem i należy go ratować nawet wbrew jego woli. Ewa, zrozpaczona myślą, że sprawa Laveuve'a może jej popsuć całe popołudnie, postanowiła znaleźć przyczynę, dozwalającą się jej usunąć. - Ja nic nie mogę... Mam ręce związane... Szanowny księże, wszak nie wątpisz w moje dobre chęci... w moją ochotę uczynienia zadość twemu życzeniu?... Lecz muszę się stosować do naszego statutu... Za kilka dni zbierze się komitet, a bez zezwolenia komitetu, nic nie mogę decydować, zwłaszcza w sprawie już raz rozpatrywanej i przesądzonej... Po chwili zaś dodała z nagłą energią: - Mojem zdaniem, najlepiej będzie, jeżeli zechcesz, szanowny księże, udać się do pana Fons?gne, naszego administratora. W razach nadzwyczajnych, pan Fons?gne ma prawo osobiście decydować, przytem wszystkie damy opiekunki Przytułku pokładają w nim nieograniczone zaufanie i zwykle zatwierdzają bez rozpatrywania wszelkie sprawy wprost przez niego załatwione. Duthil zaś objaśnił: - Fons?gne będzie dziś w Izbie, zatem tylko tam go pan znajdziesz. Ale posiedzenie w Izbie będzie burzliwe i wątpię, byś pan zdołał rozmówić się z nim w tej sprawie... Zasmucone serce Piotra ożywiło się nadzieją. Postanowił poszukać Fons?gne'a i otrzymać pozwolenie umieszczenia Laveuve'a w Przytułku. Tak, nieszczęsny starzec musi dziś jeszcze znaleźć schronienie i nazawsze wyzwolić się z okropnego położenia. Piotr byłby natychmiast pożegnał baronową, gdyby nie Gerard, który zaczął mu dawać wskazówki, jak należało skutecznie oddziałać na administratora dobroczynnej instytucyi, radził, by go nastraszyć, mówiąc, jak nieprzyjemną będzie sprawa Laveuve'a, jeżeli dojdzie do wiadomości prasy rewolucyjnej, która nieomieszka wyzyskać tak wybornej okazyi do nowej napaści. Goście państwa Duvillard zaczynali się rozchodzić. Generał spytał się przy pożegnaniu siostrzeńca, czy go dziś zobaczy w domu matki, był to bowiem dzień przyjęcia u pani de Quinsac. Młodzieniec chciał dać odpowiedź wymijającą, lecz silnie się zmięszał, spostrzegłszy, iż Ewa i Kamilla patrzą na niego wzrokiem badawczym. Sędzia Amadieu opuścił salon, mówiąc, że się śpieszy, bo ma ważną sprawę w trybunale. Duthil wyszedł prawie równocześnie, by udać się do Izby. Baron, odprowadzając go ku drzwiom, szepnął: - Zobaczymy się u Sylwii pomiędzy czwartą a piątą?... Przyjdź tam, proszę... Opowiesz mi, co się działo w Izbie skutkiem artykułu Sagniera. Trzeba, żebym wiedział a nie mam czasu być sam, bo muszę iść do ministeryum sztuk pięknych dla załatwienia sprawy z Komedyą francuzką. Prócz tego, mam mnóstwo innych rzeczy na głowie... - Dobrze, zobaczymy się u Sylwii, jak zwykle... pomiędzy czwartą a piątą. To rzekłszy, deputowany pożegnał się z baronem i podążył ku Izbie, chwycony niepokojącemi myślami, w jaki sposób zostanie załatwiona niemiła kwestya afrykańskiej kolei żelaznej. Biesiadnicy śniadania rozproszyli się teraz po mieście, każdy zajęty swemi kłopotami, żądzami, porwany wirem zwykłych zajęć i pędzony w gorączkowym pościgu upragnionych zdobyczy, rwący się ku nim, chociażby po karkach innych, słabszych i mniej zaprawnych do walki przebojem. Nikt z tych ludzi nie pamiętał już o dopiero co słyszanej historyi Laveuve'a, steranego wiekiem i pracą robotnika, konającego na cuchnącym barłogu. Kamilla, nie spuszczając wzroku z twarzy matki i Gerarda, spytała: - Mamo, wszak nas zaprowadzisz na dzisiejszy koncert do księżnej? - Tak, zapewne... Lecz nie będę mogła z wami pozostać. Otrzymałam list od Salmona. Muszę być u niego o godzinie czwartej. Wiesz, że potrzebuję sukni, zatem pominąć godziny przez niego oznaczonej... Kamilla odgadła kłamstwo, po lekkiem drżeniu w głosie matki. - Tak?... Zdawało mi się, że przymierzenie sukni u Salmona wypada jutro. Zatem po przedstawieniu u księżnej, trzeba będzie zajechać do Salmona, by cię zabrać do domu?... - Nie, to byłoby zbyteczne... Wreszcie, nigdy się nie wie, o której godzinie skończy się przymierzanie sukni... czasami trzeba czekać... Nie, nie przyjeżdżajcie po mnie, bo wyszedłszy od Salmona, mam sprawunki... Czarne oczy Kamilli zamigotały błyskawicami tłumionej wściekłości. Była teraz pewną, że mają umówioną schadzkę. Siliła się, by wynaleźć jaką możliwą przeszkodę, lecz nie śmiała jawnie z tem wystąpić. Błagała Gerarda wzrokiem, lecz ten odwrócił głowę i zabierał się do wyjścia. Piotr, jako częsty gość domu, poznał już rzeczywisty stan rzeczy i odczuwał całą okropność niemego dramatu, toczącego się teraz pomiędzy matką i córką. Hyacynt, wciąż milcząc, spoczywał wyciągnięty w fotelu, wysysając pastylkę eterową. Był to jedyny likier, na jaki sobie pozwalał. Niespodziewanie zabrał głos: - Ja wiem, że pójdę na wystawę "Towarzystwa Lilii". Wszyscy tam dziś będą. Zwłaszcza jeden z obrazów jest zajmujący: "Zgwałcenie duszy". Niepodobna jest niewidzieć czegoś podobnego! - Mogę was zawieźć na tę wystawę - rzekła baronowa. Przed koncertem u księżnej, możemy rzucić okiem na obraz, o którym mówisz. Kamilla zwykle szydziła z malarzy symbolistów, tym razem wszakże, w nadziei, że zdoła opóźnić a może nawet popsuć schadzkę matki z Gerardem, ucieszyła się z projektu: - Wybornie... wybornie! Pojedziemy na wystawę! Twarz jej nagle złagodniała, pytając Gerarda. - A pana nie interesują obrazy, które pojedziemy zobaczyć?... - Wyznaję że nie! - odpowiedział. - Potrzebuję się przejść... Odprowadzę księdza Piotra do Izby. To rzekłszy, pożegnał matkę i córkę, pocałowawszy każdą z nich w rękę. By doczekać czwartej godziny, miał zamiar pójść do Sylwii, gdzie zawsze był dobrze widziany, od czasu przelotnie spędzonej z nią nocy. Wyszedłszy z pałacu, Gerard odetchnął świeżem powietrzem, mówiąc do Piotra: - Ach, jak przyjemnie się orzeźwić! U nich było za gorąco i za duszno. Za wiele kwitnących roślin. Zapach kwiatów sprowadza mi ból głowy... Piotr czuł się nieco odurzony i ociężały atmosferą zbytku panującego w pałacu Duvillard. Wychodząc ztamtąd, zdawało mu się zawsze, iż miał złudzenie ciepłego, pachnącego raju, zamieszkanego przez wybrańców losu. Lecz dzisiaj roznamiętniło go to w gorączkowej chęci niesienia pomocy nieszczęsnemu Laveuve'owi. Myślał, w jaki sposób postąpi, by uzyskać od Fons?gne'a natychmiastowe przyjęcie starca, do Przytułku dla inwalidów pracy i prawie nie słyszał Gerarda, mówiącego z czułością o swej matce. Przeszli całą długość majestatycznego dziedzińca, brama od ulicy zamknęła się za nimi i dopiero w jakiś czas, Piotr, oprzytomniawszy, przypomniał sobie, że najniespodziewaniej, ujrzał przed pałacem Duvillard postać Salvata. Stał na przeciwległym chodniku i wpatrywał się w monumentalną bramę, po za którą domyślał się nieprzebranych skarbów złota i wszelkiego bogactwa. Piotr drgnął z zadziwienia i obejrzał się, chcąc dostrzedz i przeniknąć, dlaczego ten zgłodniały człowiek, którego dziś widział po raz pierwszy, zatrzymał się przed tą siedzibą rozkoszy i władzy. Lecz postać człowieka znikła, może zląkł się spotkania, nie chciał być widziany, więc już się oddalił w stronę przeciwną. Piotr popatrzył i zdawało mu się, że poznaje Salvata, lecz widząc tylko plecy oddalającego się powoli człowieka, zaczął powątpiewać i wreszcie pomyślał, że musiał się omylić.