Rozdział 1
1875
Paryż. Miasto miłości. Miasto marzeń. Miasto przepychu. Miasto świętych
i mędrców. Miasto zabawy.
Ściek niegodziwości.
Przez dwa tysiące lat Paryż widział już wszystko.
Pierwszy zwrócił uwagę na potencjał miejsca, w którym osiedlili się
skromni Paryzjowie, Juliusz Cezar. Śródziemnomorskie rejony południowej
Galii były już wówczas od wielu pokoleń rzymskimi prowincjami. Cezar
zdecydował, że włączy do imperium również niesforne celtyckie plemiona
północnej Galii, i nie zajęło mu to zbyt wiele czasu.
Rzymianie od razu dostrzegli zalety tego miejsca dla rozwoju ośrodka
miejskiego. Położone nad zdatną do żeglugi Sekwaną, stało się ośrodkiem
skupu płodów rolnych z rozległych, żyznych równin północnej Galii. Jej
górnymi wodami na południu można było łatwo dotrzeć w pobliże wielkiego
Renu, który stanowił połączenie z tętniącymi życiem śródziemnomorskimi
portami w południowej Europie. Żeglując na północ, w dół Sekwany, można
było dotrzeć do wąskiego morza, za którym leżała wyspa Brytania.
Północną i południową Europę łączył wspaniały system komunikacji wodnej.
Przed Rzymianami korzystali z niego greccy i feniccy kupcy. Lokalizacja
miasta zatem była doskonała. Serce krainy Paryzjów stanowiła szeroka,
płytka dolina, którą wiła się z wdziękiem Sekwana. Na samym jej środku,
na wschodnio-zachodnim zakolu, rzeka rozlała się i utworzyła kilka wysp
i podmokłych łach, zakotwiczonych tu niczym w porcie. Na północnym
brzegu rozległe łąki i mokradła okolone były grzbietem niewysokiego
wzniesienia, z którego wyrastały wzgórza i urwiska, tu i ówdzie pokryte
winnicami.
Ale to południowy brzeg - lewy, patrząc ku ujściu rzeki - wypiętrzył
się ponad wodę w niewielki płaskowyż przypominający kształtem stół.
Właśnie tu Rzymianie zbudowali swoje miasto. Na szczycie płaskowyżu -
wielkie forum i główną świątynię z amfiteatrem, siatką ulic wokół nich
oraz główną arterią biegnącą z południa na północ przez samo centrum,
przez rzekę, ku największej z wysp, gdzie wyrosły domy przedmieść i świątynia Jowisza; ta sama ulica wiodła dalej na północny brzeg.
Początkowo nazwano miasto Lutecją, ale było też znane jako miasto
Paryzjów.
W średniowieczu, po upadku cesarstwa rzymskiego, germańskie plemię
Franków podbiło terytoria zwane odtąd Ziemią Franków lub Francją. Jej
żyzne i bogate ziemie były wciąż łupione przez Hunów i wikingów ze
Skandynawii. Jednak wyspa na rzece, ze swoimi drewnianymi umocnieniami
fortecznymi, niczym stary dobry okręt, jakoś przetrwała te najazdy. W średniowieczu urosła do rozmiarów wielkiego miasta, jej gotyckie
kościoły, wysokie drewniane domy w labiryncie uliczek, niebezpiecznych
zaułków i cuchnących piwnic rozciągały się na obu brzegach Sekwany
otoczone wysokim murem. Wyspę zdobiła majestatyczna katedra Notre Dame.
Tutejszy uniwersytet cieszył się renomą w całej Europie. Ale i tak Paryż
podbili Anglicy. Miasto mogłoby paść ich łupem, gdyby nie cudowna
dziewica Joanna d'Arc, która zdołała ich przegonić.
Stary Paryż: kolorowe miasto wąskich uliczek, karnawału i dżumy.
No a potem narodził się nowy Paryż.
Zmiany następowały stopniowo. Od czasów renesansu zaczęły się pojawiać
lżejsze klasycystyczne przestrzenie w stłoczonej masie średniowiecznego
miasta. Nowego splendoru dodały mu królewskie pałace i eleganckie place.
Przez stęchłą, ciasną starą zabudowę zaczęły się przedzierać nowe,
szerokie bulwary. Ambitni władcy tworzyli założenia architektoniczne na
miarę starożytnego Rzymu.
Paryż zmieniał się, by dorównać majestatowi Ludwika XIV i elegancji
Ludwika XV. Epoka oświecenia i nowa republika rewolucji francuskiej
przyniosły modę na klasyczną prostotę, a epoka Napoleona zostawiła po
sobie cesarski splendor.
W ostatnich dziesięcioleciach proces zmian przyśpieszył dzięki nowemu
planiście. Wspaniała siatka wielkich bulwarów barona Haussmanna i długich, prostych alei, przy których powstają eleganckie biura i kamienice, jest już tak gęsta, że w niektórych dzielnicach prawie nie
widać śladów średniowiecznego natłoku i bałaganu.
Stary Paryż można jednak wciąż znaleźć za rogiem każdej ulicy, z jego
wspomnieniami o dawnych wiekach i niegdysiejszych lokatorach.
Wspomnieniami równie uporczywymi jak na wpół zapomniana melodia, która
wraca, gdy ją znowu zagrać - w innym stuleciu, w innej tonacji, na innym
instrumencie - ale wciąż ta sama. Oto odwieczny czar Paryża.
Czy miasto żyje teraz w zgodzie z sobą? Cierpiało i przetrwało,
widziało, jak powstają i upadają imperia. Widziało chaos i dyktaturę,
monarchię i republikę. Paryż próbował już wszystkiego. Czy coś mu
przypadło do gustu? Dobre pytanie... Choć tak wiekowy i wspaniały, chyba
sam tego nie wie.
Ostatnio znów był świadkiem wielkiego kryzysu. Cztery lata temu
paryżanie zmuszeni byli jeść szczury. Najpierw upokorzeni, potem
głodzeni, zwrócili się nawzajem przeciwko sobie. Wkrótce jednak ciała
pochowano, fetor śmierci uleciał z wiatrem, a echa strzelaniny ucichły.
Dziś, w roku 1875, Paryż jest na drodze do rekonwalescencji, choć wiele
bolesnych ran wciąż pozostaje zaognionych.
Chłopczyk miał zaledwie trzy latka. Jasnowłosy i niebieskooki. Niektóre
rzeczy już wiedział. Inne wciąż przed nim ukrywano. Świat miał jeszcze
wiele tajemnic.
Ksiądz Xavier przyglądał mu się. Był taki podobny do matki. Ksiądz
Xavier, choć stanu duchownego, kochał niewiastę, matkę małego.
Przyznawał się przed sobą do tego uczucia, lecz jego samodyscyplina była
absolutna, nikt inny się tego nie domyślał. Co do chłopca, Bóg z pewnością miał wobec niego jakieś plany.
Może będzie wyświęcony.
Był słoneczny dzień w modnym ogrodzie Tuileries przed Luwrem, w których
nianie doglądały bawiących się dzieci i dokąd ksiądz Xavier zabrał
chłopca na spacer. Ksiądz Xavier: rodzinny spowiednik, przyjaciel w potrzebie, duchowny.
- Jak się nazywasz? - spytał żartobliwie.
- Roland, D'Artagnan, Dieudonné de Cygne. - Mały znał wszystkie swoje
imiona na pamięć.
- Brawo, młody człowieku. - Ksiądz Xavier Parle-Doux był drobnym,
żylastym czterdziestolatkiem. Kiedyś był żołnierzem. Pamiątką po upadku
z konia pozostał dojmujący ból w plecach, choć mało kto o tym wiedział.
Jego wojenne doświadczenia naznaczyły go też w inny sposób. Wypełnił
swój obowiązek. Widział, jak ludzie umierali. Widział też gorsze rzeczy
od samej śmierci. W końcu doszedł do wniosku, że musi być coś lepszego,
coś bardziej świętego, nieśmiertelny płomień światła i miłości w potwornej ciemności świata. Odnalazł go w Kościele Świętym.
Był też monarchistą.
Całe życie znał rodzinę chłopca i patrzył dziś na niego z miłością, ale
i ze współczuciem. Roland nie miał braci ani sióstr. Jego matka, piękna
kobieta, którą sam by chętnie poślubił, gdyby nie to, że odnalazł swoje
powołanie gdzie indziej, była bardzo delikatnego zdrowia.
Odpowiedzialność za przyszłość rodu spoczywała na małych barkach
Rolanda: ciężkie brzemię dla młodego chłopca.
Wiedział jednak, że jako osoba duchowna powinien mieć szersze
spojrzenie. Jak to mawiali jezuici? "Dajcie nam chłopca przed siódmym
rokiem życia, a będzie nasz na zawsze". Jakiekolwiek Bóg miał plany w stosunku do tego małego i czy miały mu dać szczęście, czy też nie,
ksiądz Xavier pomoże w ich realizacji.
- A kim był Roland?
- Roland był bohaterem. - Mały podniósł wzrok w oczekiwaniu pochwały. -
Matka mi o nim czytała. Był moim przodkiem - dodał z powagą.
Ksiądz się uśmiechnął. Słynna Pieśń o Rolandzie była nastrojową,
romantyczną opowieścią sprzed tysiąca lat o tym, jak przyjaciel cesarza
Karola Wielkiego został odcięty przez wroga od armii przeprawiającej się
przez góry. Jak grał na rogu, wzywając bezskutecznie pomocy. Jak
Saraceni go zabili, a cesarz płakał po stracie przyjaciela. Uzurpacja
tej postaci przez rodzinę de Cygne'ów
była uroczym wytworem romantycznej wyobraźni.
- Inni twoi przodkowie byli rycerzami krucjat. - Ksiądz Xavier pokiwał z uznaniem głową. - Ale to normalne, jesteś przecież szlachetnie urodzony.
- Przerwał na chwilę. - A kim był D'Artagnan?
- Słynnym muszkieterem i moim przodkiem.
Rzeczywiście, bohater Trzech muszkieterów wzorowany był na
historycznej postaci. A przodek Rolanda w czasach Ludwika XIV poślubił
szlachciankę o tym samym nazwisku, choć ksiądz Xavier wątpił raczej, by
rodzina zwróciła na nie uwagę, nim powieść uczyniła je sławnym.
- Masz w żyłach krew D'Artagnanów. Byli wiernymi rycerzami swego króla.
- A Dieudonné? - spytał chłopiec.
Ksiądz Xavier już miał odpowiedzieć, ale ugryzł się w język. Musi
zachować większą ostrożność. Czy dzieciak mógł mieć jakiekolwiek pojęcie
o terrorze gilotyny, który kładł się cieniem na ostatnim z jego imion?
- Imię twojego dziadka jest bardzo piękne - odparł. - Oznacza "dar
Boży". - Zastanowił się przez chwilę. - Narodziny twego dziadka były
może nie cudem, ale znakiem. Ale pamiętaj o jednym, Rolandzie. Czy znasz
motto swojej rodziny? To bardzo ważne. Selon la volonté de Dieu - Bądź
wola Boża.
Ksiądz Xavier podniósł wzrok, rozglądając się po okolicy. Na północy
wznosiło się wzgórze Montmartre, gdzie szesnaście wieków temu święty
Dionizy zginął męczeńską śmiercią z rąk pogańskich Rzymian. Na
południowy zachód, za wieżami katedry Notre Dame, widać było wzniesienie
ponad Lewym Brzegiem, na którym niestrudzona święta Genowefa modliła się
o wybawienie miasta przed najazdem Hunów pod wodzą Attyli - a jej
modlitwy zostały wysłuchane.
Wiele razy Bóg chronił Francję w godzinie potrzeby. Gdy muzułmanie po
raz pierwszy przyszli z Afryki przez Hiszpanię i byli o włos od zalania
całej Europy, czyż Pan nie zesłał wspaniałego generała, dziadka Karola
Wielkiego, który ich pokonał? Gdy zaś Anglicy, wskutek długotrwałych
wojen z francuskimi królami w średniowieczu, zdobyli Paryż, czyż
miłosierny Bóg nie zesłał Francji Joanny d'Arc, by poprowadziła jej
armię ku zwycięstwu?
Przede wszystkim jednak Pan dał Francji królów, dynastie Kapetyngów,
Walezjuszy i Burbonów, którzy przez trzydzieści pokoleń rządzili krajem,
jednoczyli go i rozsławiali tę wspaniałą, świętą ziemię.
I przez wszystkie te wieki rodzina de Cygne'ów wiernie służyła królom
namaszczonym przez Boga.
Oto spuścizna chłopca. W swoim czasie sam to zrozumie.
Przyszła pora, aby wracać do domu. Za nimi na skraju ogrodu
Tuileries rozciągała się olbrzymia otwarta przestrzeń placu Zgody. Dalej
wspaniała, trzykilometrowa perspektywa Pól Elizejskich ciągnących się aż
do Łuku Triumfalnego.
Chłopczyk był jeszcze za mały, by znać rolę placu Zgody w historii
własnej rodziny. Łuk Triumfalny robił wprawdzie imponujące wrażenie, ale
ksiądz Xavier nie przepadał za republikańskimi pomnikami.
Obejrzał się za to ponownie na wzgórze Montmartre'u - miejsce, gdzie
niegdyś stała pogańska świątynia; gdzie święty Dionizy poniósł męczeńską
śmierć; gdzie miały miejsce straszne wydarzenia w czasie ostatniej
rewolucji w mieście. Na szczęście właśnie w tym roku obok wiatraków
zaczęto wznosić świątynię katolickiej Francji, jej biała czysta kopuła
lśniła nad miastem jak pierś gołębicy. Bazylika Sacré-Coeur -
Najświętszego Serca.
Właśnie w tym kościele powinien służyć mały. Bóg nie bez powodu przecież
oszczędził jego rodzinę. Trzeba było odkupić hańbę, przywrócić wiarę.
- Pójdziesz kawałek sam, dobrze? - zapytał ksiądz.
Roland kiwnął głową. Ksiądz postawił go więc na ziemi i z ulgą
wyprostował plecy. - Zaśpiewamy piosenkę? - zapytał. - Może Fr?re
Jacques?
Trzymając się za ręce, ksiądz i chłopiec, obserwowani przez nianie i ich
podopiecznych, wyszli z ogrodów z piosenką na ustach.
Jules Blanchard szedł Polami Elizejskimi w stronę Luwru i właśnie
znalazł się na wysokości kościoła Świętej Magdaleny. Miał wszelkie
powody, by czuć się szczęśliwym człowiekiem. Miał dwóch udanych synów,
ale zawsze marzył o córce - a dziś o ósmej rano żona urodziła mu
dziewczynkę.
Pozostał tylko jeden problem do rozwiązania. Wymagał wprawdzie pewnej
delikatności - ale właśnie dlatego Jules podążał na spotkanie z pewną
kobietą, która wcale nie była jego żoną.
Blanchard był postawnym, pełnym wigoru mężczyzną, właścicielem pokaźnej
rodzinnej fortuny. W poprzednim stuleciu, gdy urocza, rokokowa epoka
Ludwika XV szerzyła wielkie idee oświecenia, a potem Wielka Rewolucja
Francuska przewróciła świat do góry nogami, jego przodek był księgarzem
o radykalnych poglądach. Syn księgarza, dziadek Jules'a, został
lekarzem. Zwrócił na siebie uwagę młodego generała, pnącego się po
szczeblach kariery w czasie rewolucji, Napoleona Bonaparte. Od tego
czasu już nie oglądał się wstecz. Stał się medykiem modnym w kręgach
dworskich Napoleona, a potem w środowisku przywróconych na tron Francji
Burbonów. Na emeryturę przeniósł się do domu w Fontainebleau, który
nadal należał do rodu. Jego żona pochodziła z rodziny kupieckiej i kolejne pokolenie Blanchardów w osobie ojca Jules'a postawiło na
przedsiębiorczość. Ojciec wyspecjalizował się w hurtowym obrocie zbożem
i w połowie XIX wieku udało mu się zgromadzić pokaźny majątek. Jules
pracował z ojcem i dziś, w wieku trzydziestu pięciu lat, był gotów
przejąć firmę, gdy ojciec zdecyduje się przejść na emeryturę.
Na placu Madeleine skręcił lekko w prawo. Lubił chodzić tym bulwarem, bo
stał przy nim nowy olbrzymi gmach Opery, zaprojektowany przez Garniera.
Choć ukończono go zaledwie na początku roku, już stał się jedną z wizytówek miasta. Opera - obok wielu niewidocznych z zewnątrz cudów
techniki, takich jak sztuczne podziemne jezioro mające uregulować wody
tego podmokłego terenu - miała tyle wspaniałych ornamentów, że jej
imponująca kopuła przypominała Jules'owi olbrzymi, bogato zdobiony tort.
Gmach był pełen przepychu, ekstrawagancki, wiernie oddawał ducha epoki -
przynajmniej z punktu widzenia jemu podobnych szczęśliwców.
Jego oczom ukazało się już miejsce dzisiejszego spotkania. Zaraz za
Operą, na rogu, znajdowała się Café Anglais. W przeciwieństwie do gmachu
Opery była z zewnątrz dość skromna, ale w środku - to już zupełnie inna
historia. Jej wystrój był godny królów. Kilka lat temu car Rosji i cesarz Niemiec zjedli tam wspólnie słynną, trwającą osiem godzin
kolację.
Czyż było bardziej odpowiednie miejsce na lunch z Joséphine?
Dziś udostępniono na obiad wielką, ozdobioną malowidłami ściennymi salę
zwaną Le Grand Seize. Gdy wchodził pośród kłaniających się w pas
kelnerów, złoconych luster i palm w donicach, od razu ją spostrzegł.
Joséphine Tessier była elegantką z rodzaju tych, które kelnerzy
natychmiast kierowali do najbardziej widocznego, centralnego stolika -
no chyba że dama życzyła sobie dyskrecji. Ubrana kosztownie i wytwornie,
miała na sobie jasnoszarą jedwabną suknię z koronkową krezą pod szyją i zawadiacki mały kapelusik z piórkiem.
Powitał go szelest jedwabiu i upojny zapach. Musnął ustami jej dłoń,
usiadł i poprosił kelnera o szampana.
- Świętujemy? - zapytała dama. - Masz pomyślne wieści?
- Dziewczynka.
- Gratulacje. - Uśmiechnęła się. - Tak się cieszę ze względu na ciebie,
mój drogi Jules'u. Spełniło się twoje marzenie.
Miał wielkie szczęście, że został kochankiem Joséphine, gdy oboje byli
jeszcze młodzi. Choć należał do ludzi majętnych, prawdopodobnie dziś nie
byłoby go na nią stać. Obecnie utrzymywał ją pewien bogaty bankier. Mimo
to uważał ten związek za najcenniejszy, jakim może pochwalić się
mężczyzna. Była jego ekskochanką, zauszniczką i przyjaciółką.
Przyniesiono szampana. Wznieśli toast za dziecko. Następnie zamówili
potrawy i gawędzili o tym i o owym. Dopiero gdy na stole pojawił się
lekki rosół, Jules odważył się poruszyć temat, który go dręczył.
- Jest pewien problem - powiedział. Joséphine milczała wyczekująco. Jego
twarz posmutniała. - Moja żona chce dać jej na imię Marie - wykrztusił w końcu.
- Marie... - Zastanowiła się. - To całkiem niezłe imię.
- Zawsze obiecywałem ci, że jeśli będę miał córkę, dostanie imię po
tobie.
Podniosła wzrok zaskoczona.
- To było dawno temu, chéri. Nie przejmuj się.
- Ale to dla mnie ważne. Chciałbym dać jej na imię Joséphine.
- A co będzie, jeśli twoja żona skojarzy imię ze mną?
- Nie ma o nas pojęcia. Jestem tego pewien. Będę nalegał - powiedział,
sącząc szampana w zamyśleniu. - Naprawdę sądzisz, że to może być
nierozsądne?
- Ja, rzecz jasna, jej nie powiem. Tego możesz być pewien - odparła
Joséphine. - Ale inni mogą... - Pokręciła głową. - Igrasz z ogniem.
- Pomyślałem, że mógłbym jej powiedzieć, że chcę jej dać imię
cesarzowej.
Pięknej żony Napoleona, miłości jego życia. Romantycznej legendy - do
pewnego momentu.
- Ależ ona była notorycznie niewierna cesarzowi - przypomniała
Joséphine. - Może to niezbyt dobry przykład dla twojej córki.
- Miałem nadzieję, że coś wymyślisz.
- Nie. - Pokręciła głową. - To nie jest najlepszy pomysł, drogi
przyjacielu. Daj córce na imię Marie i uszczęśliw swą żonę. To wszystko,
co mam na ten temat do powiedzenia.
Wjechało następne danie, kolejna specjalność lokalu, homar w galarecie.
Rozmawiali jeszcze o starych przyjaciołach, o operze. Dopiero przy
deserze, sałatce owocowej, Joséphine wróciła do tematu małżeństwa,
spoglądając na Jules'a w zamyśleniu.
- Czy chcesz unieszczęśliwić swoją żonę, chéri? Co złego ci zrobiła?
- W żadnym razie.
- Czy jesteś jej wierny?
- Tak.
- Czy daje ci satysfakcję?
Wzruszył ramionami.
- Jest w porządku.
- Musisz nauczyć się być szczęśliwy, Jules'u - westchnęła Joséphine. -
Masz wszystko, czego chcesz, w tym żonę.
Nie przeżyła szoku, gdy Jules Blanchard się ożenił. Nie była nawet
zaskoczona. Jego żona była jego kuzynką ze strony matki i wniosła do
małżeństwa pokaźny posag. Jak to wówczas ujął Jules:
"Dwie części rodzinnej fortuny znów się połączyły".
Ale wciąż miał marsową minę.
Joséphine Tessier znała wielu mężczyzn w swoim życiu. Taki miała zawód.
Jej zdaniem mężczyźni często byli niezadowoleni, bo nie lubili swojej
pracy. O innych można było powiedzieć, że urodzili się w niewłaściwej
epoce - zdarzali się na przykład średniowieczni rycerze uwięzieni w pułapce współczesności. Lecz Jules Blanchard doskonale pasował do
XIX-wiecznej Francji.
Gdy rewolucja francuska obaliła panowanie króla i arystokracji - ancien
régime'u - zwolniła miejsce na szczytach drabiny społecznej bogaczom,
zamożnej burżuazji. Napoleon stworzył własną wersję cesarstwa
rzymskiego, z jego łukami triumfalnymi i pragnieniem chwały, ale
jednocześnie nie zapominał o umacnianiu klasy średniej. Jej siła
przetrwała jego rządy.
To prawda, że niektórzy konserwatyści chcieli wówczas znów widzieć u władzy ancien régime, ale gdy przywrócona na tron dynastia Burbonów
podjęła jedyną próbę zrealizowania tego celu w 1830 roku, paryżanie
wyrzucili panującego Burbona i posadzili na tronie Ludwika Filipa,
kuzyna króla z gałęzi orleańskiej, jako swego konstytucyjnego i bardzo
burżuazyjnego monarchę.
Z drugiej strony byli też radykałowie, a nawet socjaliści, którzy
nienawidzili nowej burżuazyjnej Francji i pragnęli kolejnej rewolucji.
Gdy jednak zdobyli ulice w 1848 roku, sądząc, że nadszedł ich czas, w rezultacie powstało państwo wcale nie socjalistyczne, lecz konserwatywna
republika, a po niej burżuazyjne imperium Napoleona III - bratanka
wielkiego cesarza - który faworyzował bankierów, maklerów giełdowych,
właścicieli nieruchomości i bogatych kupców. Czyli ludzi pokroju Jules'a Blancharda.
Właśnie ich można było spotkać w powozach, z pięknie ubranymi kobietami,
w Lasku Bulońskim, na zachodnim skraju miasta lub w kuluarach wielkiej,
nowej Opery, gdzie Jules z żoną tak lubili się pokazywać. Nie ma co do
tego wątpliwości, pomyślała Joséphine, że Jules Blanchard czerpie ze
swej epoki to, co najlepsze.
Ba, miał przecież nawet ją.
- Co się stało, przyjacielu? - zapytała łagodnie.
Jules się zamyślił. Wiedział, że ma szczęście. I cenił to, co mu
przypadło w udziale. Kochał stary dom rodzinny w Fontainebleau, z jego
wewnętrznym dziedzińcem, meblami dziadka z okresu Pierwszego Cesarstwa i oprawionymi w skórę książkami. Kochał elegancki pałac królewski w mieście, starszy i skromniejszy niż olbrzymi pałac w Wersalu. W niedziele chadzał na długie spacery w sąsiednim lesie Fontainebleau lub
jeździł konno do wioski Barbizon, gdzie Corot namalował swoje krajobrazy
przepełnione niesamowitym światłem odbitym przez Sekwanę. W Paryżu lubił
handel hurtowy w średniowiecznych wnętrzach Les Halles, z kolorowymi
straganami, zgiełkiem, zapachem serów, ziół i owoców z każdego regionu
Francji. Był dumny ze swojej świetnej znajomości starych kościołów w mieście i gospód z głębokimi piwnicami pełnymi win.
Ale to nie wystarczało.
- Jestem znudzony - poskarżył się. - Chciałbym robić coś innego.
- Ale co, mój drogi Jules'u?
- Mam pewien plan - zwierzył się. - Zdziwisz się. - Wykonał zamaszysty
ruch ręką. - Nowy biznes dla nowego Paryża.
Gdy Jules Blanchard mówił o nowym Paryżu, nie miał na myśli jedynie
szerokich bulwarów barona Haussmanna. Nawet jeszcze za czasów budowy
wielkich gotyckich kościołów Paryż mienił się stolicą mody, przynajmniej
północnej Europy. Paryżanie nie byli zachwyceni, gdy ćwierć wieku
wcześniej to Londyn przyciągnął uwagę prasy międzynarodowej dzięki
pałacowi zbudowanemu ze szkła na Wielką Wystawę gromadzącą wszystko, co
nowe i ekscytujące na świecie. Wkrótce w ślady Londynu poszedł Nowy
Jork. Ale w 1855 roku Paryż był gotów na rewanż, a jego nowy cesarz
Napoleon III dokonał otwarcia światwej wystawy przemysłu i sztuki we
wspaniałej hali z żelaza, szkła i kamienia na Polach Elizejskich. Po
jedenastu latach Paryż ponownie zorganizował wystawę, tym razem na
olbrzymim placu paradnym Lewego Brzegu, zwanym Polem Marsowym. Impreza z 1867 roku była największą wystawą, jaką oglądał świat, i zaprezentowała
wiele nadzwyczajnych eksponatów, w tym pierwsze dynamo elektryczne
Siemensa.
- Chcę otworzyć dom towarowy - oświadczył Jules. Nowy Jork miał domy
towarowe: Macy's świetnie przecież prosperował. Miał je Londyn:
Whiteleys na przedmieściach i kilka spółdzielni handlowych, ale na razie
nic nadzwyczajnego. Paryż znalazł się w lepszej pozycji zarówno jeśli
chodzi o styl, jak i wielkość magazynów, bo miał Bon Marché i Printemps.
- To jest przyszłość - stwierdził Jules i zaczął opisywać swój wymarzony
dom towarowy. Wielki pałac, w którym każdy może kupić co dusza
zapragnie. - Stylowy, dobre ceny, w samym środku miasta - wyliczał z rosnącym entuzjazmem, a Joséphine patrzyła na niego zafascynowana.
- Nie wiedziałam, że masz w sobie tyle pasji - zauważyła.
- Och.
- Mam na myśli pasję intelektualną. - Uśmiechnęła się.
- Aha.
- A co na to twój ojciec?
- On się o tym nie dowie.
- Jak to?
- Będę musiał poczekać - westchnął. - Cóż innego mogę zrobić?
- Nie zrobisz tego sam?
- To by było trudne. On przecież kontroluje pieniądze. Nie mogę
podzielić rodziny...
- Kochasz ojca, prawda?
- Oczywiście.
- Bądź dla niego dobry i dla swojej żony też, mój drogi. Miej
cierpliwość.
- Chyba masz rację. - Umilkł na chwilę, ale się rozpogodził. - Ale i tak
chcę jej dać na imię Joséphine.
Następnie wstał, wyjaśniając, że musi wracać do żony. Położyła dłoń na
jego ręce.
- Nie rób tego, przyjacielu. Także ze względu na mnie. Nie rób tego.
Przywołał kelnera, zapłacił i wyszedł, nie podejmując tematu.
Po jego odejściu Joséphine zamyśliła się. Czy naprawdę zamierza nazwać
córkę jej imieniem? Czy też, przypomniawszy sobie dawną obietnicę,
odegrał piękną scenę, mając pewność, że ona zwolni go z przyrzeczenia?
Uśmiechnęła się do siebie. Jakie to ma znaczenie? Jeśli nawet tak było,
to świadczy jedynie o jego uprzejmości i inteligencji.
Lubiła inteligentnych mężczyzn. Bawiło ją, że wciąż musi zgadywać, co on
w końcu zrobi.
Wysoka kobieta zatrzymała się. Była wychudzona. Obok niej stał
dziewięcioletni ciemnowłosy chłopiec, krótko ostrzyżony, o szeroko
rozstawionych oczach. Wyglądał na bystrego.
Wdowa Le Sourd miała czterdzieści lat, ale czy to za sprawą spłowiałego
odzienia, które wisiało luźno na jej kościstym ciele, czy też długich,
zaniedbanych siwych włosów, czy może dlatego, że patrzyła na świat
kamiennym spojrzeniem, wyglądała na dużo starszą. Jeśli sprawiała ponure
wrażenie, to nie bez powodu.
Poprzedniego wieczoru syn znów ją o to spytał. Uznała, że przyszedł
czas, aby wreszcie powiedzieć mu prawdę.
- Wejdźmy - powiedziała.
Wspaniały cmentarz P?re-Lachaise zajmował zbocze wzgórza, które
znajdowało się niecałe pięć kilometrów na wschód od ogrodu Tuileries,
skąd godzinę temu wyszli ksiądz Xavier z małym Rolandem. Cmentarz był
bardzo stary, ale sławny stał się ostatnio. Chowano tu wielkich ludzi -
polityków, generałów, artystów i kompozytorów - wiele osób odwiedzało i podziwiało ich groby. Lecz wdowa Le Sourd nie przyszła tu po to, by
pokazać synowi grób.
Weszli przez jedną z bram od strony miasta, u stóp wzgórza. Przed nimi
pomiędzy grobowcami ciągnęły się wysadzane drzewami brukowane alejki,
podobne do rzymskich dróg. Było cicho. Poza strażnikiem przy bramie jak
okiem sięgnąć nikogo nie było widać. Wdowa dokładnie wiedziała, dokąd
zmierzają. Chłopiec - nie.
Zatrzymali się najpierw na prawo od wejścia, by popatrzeć na pomnik,
który rozsławił cmentarz, wysoki grobowiec średniowiecznych kochanków -
Heloizy i Abelarda. Ale nie zabawili tam długo. Wdowa nie zatrzymała się
przy miejscach pochówku żadnego ze słynnych napoleońskich marszałków ani
przy świeżej mogile malarza Corota, ani nawet przy pięknym grobie
Chopina. Nie chciała rozpraszać uwagi syna. Musiała go przygotować na
prawdę.
- Jean Le Sourd był bardzo dzielnym człowiekiem.
- Wiem, mamo.
Jego ojciec był bohaterem. Każdego wieczoru przed snem przypominał sobie
szczegółowo tego wysokiego, serdecznego człowieka, który opowiadał mu
różne historie i grał z nim w piłkę. Człowieka, który zawsze przynosił
do domu chleb, nawet wówczas, gdy cały Paryż głodował. Jeśli te
wspomnienia czasami wydawały się nieco zamglone, zawsze mógł spojrzeć na
fotografię przedstawiającą przystojnego mężczyznę o ciemnych włosach, z szeroko rozstawionymi oczami, takimi jak jego własne. Od czasu do czasu
śnił mu się. Razem wyruszali na zew przygody. Kiedyś śniło mu się nawet,
że walczą ramię w ramię na ulicznej barykadzie.
Matka prowadziła go kilka minut pod górę w milczeniu, aż przed szczytem
wzgórza skręciła w prawo w długą alejkę. Wtedy podjęła opowieść.
- Twój ojciec był szlachetnym człowiekiem. - Spojrzała na syna. - Jak
myślisz, Jacques, co znaczy był szlachetnym?
- Myślę, że... - zastanowił się - to znaczy być odważnym jak rycerze,
którzy walczyli o honor.
- Nie - rzuciła ostro. - Ci wszyscy rycerze w zbrojach wcale nie byli
szlachetni. Byli złodziejami i tyranami zagarniającymi tyle bogactw i władzy, ile tylko mogli. Mówili o sobie, że są szlachetni, by rosnąć w pychę i udawać, że ich krew jest lepsza od naszej, by robić, co im się
żywnie podoba. Arystokraci! - Skrzywiła się. - Fałszywi szlachcice. A najgorszy z nich wszystkich był król. Brudny spisek, który trwał przez
wieki.
Młody Jacques wiedział, że matka jest zwolenniczką rewolucji
francuskiej. Po śmierci ojca unikała jednak tego tematu, jakby należał
do jakiejś sfery cienia, gdzie nie chciała się zapuszczać.
- Dlaczego to tak długo trwało, maman?
- Bo była jeszcze jedna przestępcza władza, jeszcze gorsza niż
królewska. Wiesz jaka?
- Nie wiem, mamo.
- To był Kościół, Jacques. Król i jego arystokraci wspierali Kościół, a księża nakazywali ludziom posłuszeństwo. Na tym polegał układ ancien
régime'u. Jedno wielkie kłamstwo.
- A rewolucji nie udało się tego zmienić?
- Rok 1789 był czymś więcej niż rewolucją. Oznaczał narodziny wolności.
Wolność, równość, braterstwo: to są najszczytniejsze idee, jakie może
mieć człowiek. Ancien régime zwalczał je, więc rewolucja ścięła mu
głowę. To było absolutnie nieodzowne. Ale to jeszcze nie koniec.
Rewolucja wyzwoliła nas z więzienia wzniesionego przez Kościół. Załamała
się władza księży. Ludzie mogli otwarcie przeczyć istnieniu Boga,
uwolnić się od przesądów, iść za rozumem. To był kamień milowy dla
ludzkości.
- A co się stało z księżmi, maman? Czy ich też stracono?
- Niektórych. - Wzruszyła ramionami. - Niedostatecznie wielu.
- Ale księża wciąż tu są.
- Niestety.
- Czy wszyscy rewolucjoniści byli ateistami?
- Nie. Ale ci najwięksi tak.
- Nie wierzysz w Boga, mamo? - zapytał Jacques. Matka pokręciła głową. -
A ojciec wierzył? - ciągnął.
- Też nie.
Chłopiec przez chwilę się zastanawiał.
- To ja też nie wierzę.
Alejka wiła się na wschód, coraz bliżej muru cmentarza.
- A co się stało z rewolucją, maman? Dlaczego nie przetrwała?
Matka wzruszyła ramionami.
- Było zamieszanie. Do władzy doszedł Napoleon. On był pół
rewolucjonistą, pół cesarzem rzymskim. Podbił prawie całą Europę, zanim
został pokonany.
- On też był ateistą?
- Kto to wie. Kościół w każdym razie nigdy już nie odzyskał utraconej
władzy, ale Napoleon zrozumiał, podobnie jak większość władców, że
księża mogą być pożyteczni.
- A po nim wszystko wróciło do dawnego stanu?
- Niezupełnie. Wszyscy monarchowie Europy byli przerażeni, że przyjdzie
kolejna rewolucja. Przez trzydzieści lat udawało im się tłumić
rewolucyjne zapędy. Konserwatyści we Francji - dawni monarchiści, bogata
burżuazja, każdy, kto bał się zmian - wspierali konserwatywne rządy. Lud
nie miał dostępu do władzy, biedni jeszcze bardziej ubożeli. Lecz duch
wolności nie zginął. W 1848 roku w Europie zaczęły wybuchać rewolucje,
również u nas. Stary tłusty Ludwik Filip, król burżuazji, był tak
przerażony, że wsiadł do powozu i wyjechał do Anglii. Staliśmy się znowu
republiką i wybraliśmy bratanka Napoleona, by stanął na jej czele.
- Ale on koronował się na cesarza.
- Chciał być jak jego wuj. Po dwóch latach rządów nadał sobie tytuł
cesarza i nazwał się Napoleonem III, gdyż wielki cesarz miał jeszcze
syna, który zmarł. - Pokręciła głową. - O tak, on potrafił się podobać.
Baron Haussmann odbudował Paryż. Miasto dostało nową, wspaniałą Operę.
Wielkie wystawy, na które zjeżdżał się cały świat. Ale biedakom nie żyło
się lepiej. A potem, po dziesięciu latach rządów, popełnił głupi błąd.
Rozpoczął wojnę z Niemcami. A że żaden był z niego generał, to ją
przegrał.
- Pamiętam, jak Niemcy przyszli do Paryża.
- Roznieśli naszą armię i okrążyli miasto. Oblężenie trwało miesiącami.
Nie było co jeść. Nie mówiłam ci, ale pod koniec robiłam ci potrawki ze
szczurów. Miałeś tylko pięć lat, ale na szczęście byłeś silny. W końcu
gdy zaczęli nas ostrzeliwać z ciężkiej artylerii, nie było wyjścia.
Paryż się poddał. - Wzruszyła ramionami. - Niemcy wrócili do Niemiec,
ale zmusili nas do oddania Alzacji i Lotaryngii, pięknych regionów po
naszej stronie Renu z winnicami i górami. Francja została upokorzona.
- To wtedy zginął mój ojciec. Zawsze mi mówiłaś, że zginął, walcząc, ale
nie do końca rozumiałem... nauczyciel w szkole mówił...
- Nieważne, co mówił - wtrąciła ostro matka. - Opowiem ci, co naprawdę
się zdarzyło.
Zamilkła na chwilę. Na jej twarzy pojawił się cień czułego uśmiechu.
- Wiesz - zaczęła - gdy chciałam wyjść za mąż, moja rodzina nie wpadła w zachwyt. Byliśmy biedni, ale mój ojciec był nauczycielem i chciał, żebym
poślubiła człowieka wykształconego. Jean Le Sourd był synem robotnika i szkolnej edukacji liznął niewiele. Pracował w drukarni, przygotowując
skład. Miał jednak w sobie wielką ciekawość świata.
- I co się stało?
- Mój ojciec postanowił wykształcić mego przyszłego męża. A twój ojciec
nie miał nic przeciwko temu. Mało tego, był pilnym uczniem i wkrótce
czytał już wszystko. Wydaje mi się, że przeczytał najwięcej ze
wszystkich znanych mi ludzi. I właśnie dzięki tym studiom doszedł do
przekonań, za które oddał życie.
- Wierzył w rewolucję.
- Twój ojciec zrozumiał, że nawet rewolucja francuska to za mało. Nim
się urodziłeś, wiedział, że jedyną drogą naprzód jest absolutna władza
ludu i koniec własności prywatnej. I wielu odważnych ludzi myślało tak
samo.
Za drzewami po prawej stronie widać teraz było mur cmentarza. Dotarli
prawie do celu.
- Cztery lata temu - ciągnęła - wydawało się, że nadeszła odpowiednia
chwila. Napoleon III został pokonany. Rządy sprawowało Zgromadzenie
Narodowe, które obradowało w pałacu królewskim w Wersalu. Deputowani
byli tak konserwatywni, że spodziewaliśmy się decyzji o kolejnej
monarchii. Zgromadzenie bało się Paryża, bo mieliśmy własne siły
porządkowe i dużo armat na Montmartrze. Wysłało więc wojska, które miały
przejąć naszą artylerię. Wojsko jednak przyłączyło się do nas. I nagle
stało się: Paryż zdecydował rządzić się sam. To była Komuna.
- Moi nauczyciele twierdzą, że to się nie bardzo udało.
- Kłamią. To był cudowny czas, wczesna wiosna. Wszystko sprawnie
działało. Komuna przejęła nieruchomości kościelne. Zaczęto przyznawać
kobietom równe prawa. Nad wszystkim powiewała czerwona flaga ludu.
Mężczyźni tacy jak twój ojciec organizowali życie całych dzielnic, jakby
były robotniczymi państwami. Zgromadzenie w Wersalu było przerażone.
- I wtedy Zgromadzenie zaatakowało Paryż?
- Do tego czasu mieli większą siłę. Wojsko. Niemcy zwrócili im jeńców
wojennych, by wzmocnić ich w konfrontacji z ludem. To było ohydne.
Broniliśmy bram Paryża. Na ulicach wznosiliśmy barykady. Miejska biedota
bohatersko walczyła. Ale w końcu okazali się dla nas za mocni. Ostatni
tydzień maja - krwawy tydzień - był najgorszy...
Wdowa Le Sourd zamilkła na parę chwil. Dotarli do południowo-wschodniego
narożnika cmentarza, gdzie alejka wspinała się stromo po lewej stronie
zbocza środkowego wzgórza. Po prawej stronie brukowanej ścieżki, nieco
niżej na stoku, widać było fragment kamiennego muru cmentarnego
pozbawionego jakichkolwiek napisów, a przed nim pusty kawałek ziemi w kształcie trójkąta. Było to niepozorne miejsce, któremu nikt dotąd nie
nadał żadnej godności ani imienia.
- W końcu - ciągnęła wdowa - ostatnim szańcem, który się nie poddał,
była biedna dzielnica Belleville niedaleko stąd. Niektórzy z naszych
ludzi tam walczyli. - Wskazała ręką groby na szczycie wzgórza. -
Wreszcie wszystko się skończyło. Ostatnia setka komunardów została
osaczona. Jednym z nich był twój ojciec.
- Czy to znaczy, że wzięli go do więzienia?
- Nie. Dowódcą oddziału był pewien oficer. Polecił żołnierzom
zaprowadzić więźniów tam. - Wskazała ręką kawałek nagiego muru. -
Następnie rozkazał im stanąć w szeregu i rozstrzelać więźniów. Po
prostu. Właśnie tu i właśnie w taki sposób zginął twój ojciec. Teraz już
wiesz.
W tym momencie wysoka, chuda wdowa Le Sourd zaczęła płakać. Syn jej się
przyglądał. Szybko jednak się otrząsnęła i zapatrzyła kamiennym wzrokiem
w mur, przy którym dobiegło końca jej małżeństwo.
- Chodźmy - powiedziała cicho. Zaczęli schodzić w dół.
Byli już prawie przy bramie wejściowej, gdy Jacques przerwał milczenie.
- Co się stało z oficerem, który kazał ich rozstrzelać? - zapytał.
- Nic.
- Wiesz na pewno? Wiesz, kim był?
- Dowiedziałam się. To arystokrata, można było się tego spodziewać.
Wciąż jeszcze jest ich pełno w wojsku. Nazywa się wicehrabia de Cygne. -
Wzdrygnęła się. - Ma syna, młodszego od ciebie, o imieniu Roland.
Jacques Le Sourd milczał przez chwilę.
- Przyjdzie dzień, że zabiję jego syna.
Powiedział to cicho i kategorycznie.
Matka nie odpowiedziała. Przeszli kilkanaście kroków. Czy powie mu, by
powstrzymał się od zemsty? Ani myśli to zrobić. Jej miłość była gorąca,
a miłość nie bierze zakładników. Prawomyślni zabijają swoich wrogów.
Takie jest ich przeznaczenie.
- Miej cierpliwość, Jacques - rzekła. - Poczekaj, aż nadejdzie właściwy
moment.
- Poczekam - odparł chłopiec. - Ale Roland de Cygne zginie.
Rozdział 2
1883
Dzień zaczął się niedobrze. Zniknął jego młodszy braciszek Luc.
Thomas Gascon kochał swoją rodzinę. Jego starsza siostra Ad?le wyszła za
mąż i wyprowadziła się z domu. Młodsza z kolei spędzała cały czas z przyjaciółką, Yvette; ich rozmowy nudziły go. Za to Luc to całkiem inna
historia. Pieszczoch całej rodziny. Śmieszny mały chłopczyk, którego
wszyscy uwielbiali. Gdy się urodził, Thomas miał prawie dziesięć lat.
Stał się jego przewodnikiem, filozofem i przyjacielem.
Luca nie było już poprzedniego wieczoru. Ojciec jednak zapewnił ich, że
poszedł do ciotki, która mieszka kilometr dalej, więc nikt się nie
martwił. Dopiero gdy Thomas wychodził do pracy, usłyszał płacz matki.
- To znaczy, że nie jesteś pewien, czy poszedł do twojej siostry?
- Na pewno tam jest - dobiegł z sypialni ojca głos. - Wczoraj się tam
wybierał. To niby gdzie miałby być?
Gascon na ogół niczym się nie przejmował. Zarabiał na życie, nosząc
wodę, ale nie można było na nim zbytnio polegać. "Pracuje dokładnie
tyle, ile musi - mawiała jego żona - i ani sekundy dłużej". Pewnie by
się z nią zgodził, bo uważał, że to jedyna sensowna rzecz, jaką można
robić. "Życie jest po to, żeby żyć - powtarzał. - Skoro nie można usiąść
i napić się wina...". Tu wykonywał gest mający ukazać bezsens wszelkich
innych zajęć. Nie pił dużo. Pozycja siedząca była jednak dla niego
ważna.
Wyłonił się teraz nieogolony i bosy, wciągając na grzbiet ubranie, gotów
do kłótni. Lecz żona położyła temu kres.
- Nicole - poleciła - biegnij natychmiast do ciotki i sprawdź, czy jest
tam Luc. - Następnie odwróciła się do męża. - Popytaj sąsiadów, czy
widzieli twego syna. Wstydź się! - dodała z wściekłością.
- A co ja mam robić? - zapytał Thomas.
- Iść do pracy, oczywiście.
- Ale... - Nie chciał wychodzić, nie znając losu brata.
- Chcesz się spóźnić i stracić pracę? - rzuciła ostro matka i dodała
łagodniej: - Dobry z ciebie chłopak, Thomas, ojciec pewnie ma rację, że
Luc poszedł do ciotki. - Widząc jednak, że syn nadal się waha,
dorzuciła: - Nie martw się. Jeśli go nie znajdziemy, przyślę do ciebie
Nicole.
Thomas pobiegł więc w dół Montmartre'u. Choć martwił się o brata, nie
chciał stracić pracy. Nim jego ojciec został dostarczycielem wody, imał
się różnych prac fizycznych, z mniejszym lub większym powodzeniem. Matka
jednak chciała, by Thomas miał fach w ręku. Został więc ślusarzem. Nieco
poniżej średniego wzrostu, miał mocne ciało, dużo siły i odznaczał się
spostrzegawczością. Uczył się szybko i choć nie miał jeszcze dwudziestu
lat, starsi robotnicy zawsze chętnie brali go do brygady i przyuczali.
Był piękny wiosenny poranek. Thomas miał na sobie rozpiętą pod szyją
koszulę i krótką kurtkę. Luźne spodnie przytrzymywał szeroki skórzany
pas. Jego robociarskie buty szurały lekko po powierzchni pylistej drogi.
Miał do przejścia tylko niecałe cztery kilometry.
Topografia Paryża była bardzo prosta. Miasto rozrosło się wokół
najstarszego owalnego osiedla na brzegach Sekwany, okalającego centralną
wyspę, a jego poszerzające się z czasem granice znaczyły kolejne
koncentryczne mury. Pod koniec XVIII wieku, tuż przed rewolucją
francuską, Paryż okalały mury granicy celnej, odległe od rzeki o jakieś
trzy kilometry. W wiodących do miasta wielu bramach znienawidzeni
poborcy podatkowi pobierali na rogatkach cło. Wielki owal Paryża okalał
wianuszek przedmieść i wiosek, w tym na wschodzie P?re-Lachaise, a na
północy wzgórze Montmartre'u. Po rewolucji znienawidzony mur granicy
celnej został rozebrany, a tuż przed niedawną wojną z Niemcami powstała
potężna linia fortyfikacji zewnętrznych, które objęły również najdalsze
przedmieścia. Wiele z nich jednak, zwłaszcza Montmartre, wciąż wyglądało
jak pradawne wioski, którymi w gruncie rzeczy były.
U stóp Montmartre'u Thomas przeszedł na drugą stronę starego i chaotycznego placu Clichy, by skierować się na południowy zachód długim
bulwarem biegnącym wzdłuż dawnego muru granicy celnej. Po lewej stronie
miał ulice miasta, a po prawej rozległe przedmieście Batignolles. Od
czasu do czasu mijał go tramwaj konny, ale jak większość robotników
raczej nie jeździł tramwajami i omnibusami, bo nie stać go było na
bilet, a poza tym idąc żwawym krokiem, nie zostawał za nimi w tyle.
Po pół godzinie po jego lewej stronie pojawiło się eleganckie kute
ogrodzenie zielonego parku Monceau. Dawniej posiadłość książęca, teraz
elegancki teren miejski stanowił bramę do ekskluzywnej dzielnicy. Po
jego południowej stronie skupiły się imponujące prywatne rezydencje
najbogatszej burżuazji. Ale jego najbardziej czarujący zakątek znajdował
się tutaj, w połowie długości ogrodzenia od strony północnej.
Wyglądał jak mała rzymska świątynka. Tak naprawdę była to stara rogatka.
Aby się dostosować do arystokratycznego otoczenia, otrzymała formę
klasycystycznej rotundy z kolumnami. Thomas lubił tę budowlę. Jej widok
oznaczał też, że jest już u celu.
Przeszedł na drugą stronę bulwaru i wkrótce skręcił w lewo w rue de
Chazelles.
Kilkadziesiąt lat temu była to skromna okolica warsztatów i warzywników.
Potem pojawiły się niewielkie dwupiętrowe wille z mansardami na
poddaszu. A od czasu gdy baron Haussmann zaczął przebijać przez
dzielnicę swoje wielkie arterie, wyrosło również kilka sześciopiętrowych
kamienic. Budowa, na której pracował Thomas Gascon, znajdowała się przy
rue de Chazelles 25, po północnej stronie ulicy. Nad sąsiednimi willami
górował gigantyczny kształt przypominający pieniek, okryty arkuszami
metalu i rusztowaniami. Był tak duży, że widać go było już z parku
Monceau.
Była to Statua Wolności.
Warsztaty firmy Gaget, Gauthier et Cie znajdowały się na tyłach budowli
na dużej parceli, sięgającej aż do następnej przecznicy. Mieściło się
tam kilka wielkich szop, odlewnia i ruchomy dźwig. Na środku placu stało
olbrzymie popiersie.
Thomas skierował się najpierw do szopy po lewej stronie. Była to
pracownia, gdzie przy długich stołach rzemieślnicy wykonywali ozdobne
fryzy głowy i pochodni. Uwielbiał przyglądać się, jak pracują, ale
przyszedł przede wszystkim dlatego, że rano można było tu zastać łysego,
korpulentnego majstra, któremu chciał powiedzieć uprzejme: Bonjour,
monsieur, by przypomnieć wszechwładnemu zwierzchnikowi o swoim
istnieniu.
Tego ranka jednak majster był zajęty. W pracowni zjawił się bowiem
monsieur Bartholdi. Przystojny projektant statui, o delikatnych rysach
twarzy, z fularem zawiązanym pod szyją na kokardę, wyglądał w każdym
calu jak modny artysta, którym był. Od lat już pracował nad tym
projektem. Początkowo chciał postawić podobną statuę u wrót Orientu -
przy wejściu do Kanału Sueskiego. I choć tamten projekt upadł, pojawiła
się nowa wspaniała sposobność. Naród francuski zbierał datki na
podarunek dla Ameryki - statuę, która stanie u wrót Zachodu, obok portu
w Nowym Jorku. Dzięki temu monsieur Bartholdi zyska światową sławę.
Nie śmiąc im przeszkadzać, Thomas szybko opuścił pracownię i wszedł do
sąsiedniej szopy.
Bartholdi zaprojektował wspaniałą statuę, ale problemy konstrukcyjne
stanowiły niemałe wyzwanie. Początkowo, idąc za radą wielkiego
francuskiego architekta Viollet-le-Duca, planowano wznieść ją wokół
gigantycznej kamiennej kolumny. Autor pomysłu zmarł jednak, nie
pozostawiając szczegółowych instrukcji, i nikt nie miał pojęcia, co
dalej robić. W końcu znalazł się inżynier od budowy mostów, który
zaproponował, że zrobi konstrukcję podtrzymującą statuę od środka.
Został więc zatrudniony na budowie.
Zaczął tak, jakby budował kolejny most. Statua miała być pusta w środku.
Zamiast kamiennej kolumny jej konstrukcyjnym sercem uczyniono pylon z żelaznymi belkami. Warstwę zewnętrzną miał tworzyć żelazny szkielet
pokryty cienką miedzianą blachą przymocowaną nitami. Spiralne schody
wewnętrzne udostępniałyby przyszłym zwiedzającym platformę widokową
umieszczoną w diademie statui.
Inżynier zaplanował jednoczesną pracę nad kilkoma częściami pomnika.
Wolność miała trzymać we wzniesionej ku niebu prawej ręce wielką
pochodnię, a w lewej tablicę z wyrytą datą podpisania Deklaracji
niepodległości Stanów Zjednoczonych. Właśnie nad tą dłonią pracował
Thomas i jego zespół.
Tego dnia zjawiło się oprócz niego jeszcze dwóch kolegów, poważnych
brodatych czterdziestolatków. Obaj przywitali się z nim uprzejmie, a jeden zapytał o zdrowie jego rodziny.
Thomasowi wydawało się, że nie powinien opowiadać o zaginięciu młodszego
brata. Był przekonany, że lepiej o tym nie mówić, aby nie zapeszyć. Jak
się o czymś głośno powie, to się może naprawdę wydarzyć.
- Mają się dobrze - odparł więc. Teraz skupi się na pracy.
Ręka była ogromna. Na otwartej dłoni zmieściłoby się kilkunastu
mężczyzn. Wewnątrz znajdowała się solidna konstrukcja z grubych
żelaznych belek. Jej powierzchnię pokrywało kilkadziesiąt arkuszy
cienkiego metalu nałożonych precyzyjnie pasek obok paska. Szerokości
zaledwie dwóch cali, ułożone były gęsto wzdłuż konturów modelu
Bartholdiego i przypominały sploty wikliny.
Umieszczanie ich we właściwym miejscu wymagało dokładności i cierpliwości. Przez ponad godzinę trzej mężczyźni pracowali w skupieniu,
rzadko się odzywając. Dopiero poranna wizyta majstra wytrąciła ich z rytmu. Przyszedł w towarzystwie monsieur Bartholdiego. Towarzyszył im
także trzeci mężczyzna.
Na ogół pracę w warsztatach nadzorował młodszy wspólnik konstruktora.
Dziś jednak złożył tu wizytę sam konstruktor.
Bartholdi wyglądał w każdym calu na artystę, inżynier również stanowił
ucieleśnienie wyobrażeń o przedstawicielach swojego zawodu. Podczas gdy
twarz Bartholdiego była pociągła i odznaczała się poetyckim wyrazem,
głowa inżyniera zdawała się pochodzić z kowalskiego imadła samego
Wulkana. Na pierwszy rzut oka całą jego niewielką postać charakteryzował
ład - jego krótko przystrzyżone włosy i brodę, ubranie, a nawet ruchy.
Emanował jednocześnie pozytywną energią. W świetlistym spojrzeniu
odrobinę wyłupiastych oczu widać było, że on także potrafi marzyć.
Przez kilka minut obaj z Bartholdim oglądali olbrzymią dłoń, pukając w cienkie paski żelaza, dokonując tu i ówdzie pomiarów, by w końcu pokiwać
z uznaniem głowami, zwracając się w stronę majstra.
- Znakomicie, panowie.
Już mieli opuścić warsztat, gdy inżynier spojrzał na Thomasa i zagaił:
- Jesteś tu nowy, prawda?
- Tak, proszę pana.
- A jak ci na imię?
- Thomas Gascon, proszę pana.
- Gascon? Twoi przodkowie zapewne pochodzą z Gaskonii?
- Nie wiem, proszę pana. Pewnie tak.
- Gaskonia - powtórzył inżynier i się uśmiechnął. - Dawna rzymska
prowincja Akwitanii. Ciepły, południowy region wina. A także koniaku:
jest przecież armaniak.
- Nie zapominajmy o Trzech muszkieterach - włączył się Bartholdi. -
D'Artagnan był przecież Gaskończykiem.
- Voila. A cóż możemy powiedzieć o pańskich krajanach, panie Gascon? -
kontynuował żartobliwie inżynier. - Czyż nie słyną z rycerskości i honoru?
- Podobno lubią się przechwalać - wtrącił majster, by nie zostać w tyle.
- Czy pan lubi się przechwalać, panie Gascon? - spytał inżynier.
- Nie mam czym - odparł Thomas.
- Ach, to może ci pomogę. Jak sądzisz, chłopcze, dlaczego właśnie w ten
sposób budujemy tę statuę?
- Myślę, że po to, by ją ponownie rozłożyć na kawałki i przetransportować do Nowego Jorku.
Wiedział, że gdy tu, na rue de Chazelles, statua będzie ukończona, a jej
miedziana skóra tymczasowo przytwierdzona, zostanie rozebrana i ponownie
złożona w Nowym Jorku.
- To prawda - potwierdził inżynier. - Ale jest jeszcze jeden powód.
Statua będzie stała na otwartych wodach u wejścia do portu w Nowym
Jorku, wystawiona na wiatry niczym żagiel. Gdyby była całkiem sztywna,
znalazłaby się pod wielkim naporem. Także zmiany temperatur będą
powodowały rozszerzanie się i kurczenie metalu. Wówczas jej miedziana
skóra mogłaby zacząć pękać. Więc po pierwsze, zbudowałem jej wnętrze
tak, jakbym budował most, aby mogło się nieznacznie poruszać i reagować
na nadmierne przeciążenia. A po drugie, każdy arkusz miedzianej blachy
będzie przynitowany osobno do metalowych pasków stanowiących ich
podłoże. Nie będą połączone ze sobą nawzajem. Każdy arkusz będzie mógł
się poruszać względem sąsiedniego. Dzięki temu skóra nigdy nie popęka.
Statua Wolności będzie się stale poruszać, choć nikt nie dojrzy tego
gołym okiem. Oto kunszt inżynierii. Rozumiesz teraz?
Thomas kiwnął głową.
- To dobrze - ciągnął inżynier. - A teraz powiem ci, czym będziesz mógł
się chwalić. Dzięki tej konstrukcji i twojej precyzyjnej pracy podczas
montażu nasza statua przetrwa całe wieki. Obejrzą ją nieprzebrane
miliony ludzi. Będzie to z pewnością najsłynniejsza budowla, do której
obaj kiedykolwiek przyłożymy rękę. Nie uważasz, że jest się czym
chełpić?
- Owszem, panie Eiffel - zgodził się Thomas.
Eiffel uśmiechnął się do niego. Bartholdi także. Nawet majster się do
niego uśmiechnął. Thomas poczuł się bardzo szczęśliwy.
Właśnie w tym momencie zauważył w drzwiach siostrę.
Próbowała ściągnąć na siebie jego spojrzenie, bo bała się wejść. Jak
wiele dziewczynek w jej wieku, nogi miała chude jak patyki, a jej blada
twarzyczka i wielkie oczy nadawały jej wątły wygląd. Skoro matka
przysłała ją aż tutaj, mogło to oznaczać tylko jedno: że Luc się nie
odnalazł. Albo coś jeszcze gorszego.
Czy musiała pojawić się właśnie teraz? Gdyby choć poczekała, aż majster
i znakomici goście wyjdą. Widział, jak patrzy na niego błagalnie,
podczas gdy on próbował udawać, że jej nie dostrzega.
Przed majstrem trudno jednak było cokolwiek ukryć. Widząc chwilowe
rozkojarzenie Thomasa, natychmiast odwrócił się i przyjrzał Nicole.
- A któż to?
- Moja siostra, proszę pana. - Nie było sensu nic ukrywać.
- Dlaczego przeszkadza ci w pracy?
- Mój młodszy brat zniknął dziś rano. Pewnie poszedł... sam nie wiem
gdzie.
Majster nie był zachwycony. Nie spuszczając oka z Nicole, przywołał ją
gestem ręki.
- A więc? - zapytał. - O co chodzi?
- Matka przysyła mnie po Thomasa. Nasz brat Luc zaginął. Powiadomiono
policję.
- Thomas na nic wam się więc nie przyda. - Machnął dłonią w stronę
drzwi.
Dziewczynka z wrażenia otworzyła usta. Thomas ruszył ku niej, ale zaraz
się zreflektował.
Nie mógł przecież stracić pracy. Majster może i był nieco szorstki, ale
rozumny. Może gdyby opowiedzieć mu całą historię na stronie... Ale jak
to zrobić w obecności panów Bartholdiego i Eiffela? Musiał powściągnąć
emocje.
Gdyby choć ona sobie już poszła. Jak najszybciej. Ale nie. Wciąż tam
stała. Miała coraz bardziej naburmuszoną minę. Będzie płakać? Odwróciła
się ku niemu.
- Co mam powiedzieć mamie? - zapytała.
Już miał jej nakazać: "Idź już do domu, Nicole", gdy usłyszał głos pana
Eiffela.
- Uważam, że w tym wypadku, zupełnie wyjątkowo, nasz młody przyjaciel
powinien pójść i pomóc szukać swego brata. Jutro rano spodziewamy się tu
pana, panie Gascon, by mógł pan dokończyć pracę nad tym wspaniałym
dziełem. - Odwrócił się do majstra. - Zgadza się pan ze mną?
Ten wzruszył ramionami i skinął głową.
- Możesz iść - powiedział do Thomasa, który nie zdążył mu podziękować,
bo pobiegł za siostrą, która już znikła za drzwiami.
Montmartre, widziany z oddali, od czasów rzymskich niewiele się zmienił.
Rosnące tam przez wieki winnice, pielęgnowane w średniowieczu przez
siostry zakonne, popadły w zaniedbanie lub zostały wykarczowane pod
zabudowę. Zaszła wszak jedna pomyślna zmiana. Pod szczytem wzgórza
wyrosło kilka drewnianych wiatraków. Ich wielkie skrzydła obracały się
ciężko na wietrze, dodając widokowi uroku.
Dopiero gdy podeszło się bliżej, widać było, że na Montmartrze zapanował
bałagan. Wzgórze, zbyt strome, by poddać się porządkującym koncepcjom
barona Haussmanna, wciąż pozostawało częściowo wiejską enklawą. W niektórych okolicach widać było jakby porzuconą w pół kroku aspirację do
elegancji - krzywe uliczki i strome zaułki kończyły się nagle, by
przeobrazić się w zwykłe ścieżki prowadzące do drewnianych domków i chat
rozrzuconych byle jak na stoku.
Pośród tego chaosu najgorszą opinią cieszyła się okolica po drugiej
stronie wzniesienia, na jego północno-zachodnim zboczu. Nazywano ją
Maquis, czyli zarośla, krzaki, zakazana dzielnica. Dom, w którym
mieszkali Gasconowie, należał do przyzwoitszych: prosta rama wykończona
drewnianymi deskami, z balkonikiem na pierwszym piętrze, który
upodabniał go do ubogiej wersji alpejskiej willi. Zewnętrzne schody
prowadziły na piętro zajmowane przez rodzinę.
- Gdzie go szukaliście? - spytał Thomas, gdy tylko wszedł.
- Partout - wszędzie - odparła matka. - Była nawet policja. -
Wzruszyła ramionami, dając wyraz swojemu powątpiewaniu w jej
skuteczność.
W kącie siedział pan Gascon. Na podłodze obok niego leżało nosidło,
którego używał do transportowania wody ze studni. Gapił się na niego w milczeniu ciężkim od poczucia winy.
- Powinieneś już iść do pracy - napomniała go cicho żona.
- Obejdą się bez wody - odparł buńczucznie. - Dopóki nie znajdzie się
mój syn.
Thomas domyślał się, że ojciec stracił nadzieję na znalezienie Luca
żywego.
- Ciotka dała mu wczoraj po południu balonik i wysłała go do domu -
opowiadała Thomasowi matka. - Ale tu nie dotarł. Żaden ze szkolnych
kolegów go nie widział. Jeden mówił, że tak, ale zmienił zdanie. Jeśli
ktokolwiek coś wie, nie chcą nic powiedzieć.
- Pójdę go poszukać - powiedział Thomas. - A jakiego koloru był balonik?
- Niebieski.
Thomas zatrzymał się za progiem. Czy uda mu się znaleźć brata? Powtarzał
sobie, że go znajdzie. Wydawało mu się, że nie ma sensu przeszukiwać
ponownie Maquis. Wzgórze opadało ku północnym przedmieściom Paryża -
Saint-Denis. Jeśli Thomas się nie mylił, jego braciszek nigdy się tam
nie zapuszczał. Niewielka darmowa szkoła, do której posyłała go matka,
podobnie jak większość znanych małemu miejsc, znajdowała się powyżej
domu. Thomas zaczął się wspinać.
Moulin de la Galette stał na skraju urwiska tuż nad Maquis. Był to jeden
z dwóch wiatraków należących do przedsiębiorczej rodziny, która
otworzyła tam guinguette z barem i niewielkim parkietem do tańca.
Ludzie z miasta przychodzili tu na wycieczki, by cieszyć się urokami wsi
i tanich napitków. Luc bez przerwy się tam plątał. Śpiewał klientom
piosenki, a oni dawali mu napiwki.
Barman zamiatał właśnie podłogę.
- Policja już tu była - powiedział. - Luc się wczoraj nie pojawił.
- Mógł mieć przy sobie niebieski balonik.
- Balonika też nie widziałem.
Thomas przeszedł następnych kilka ulic, zatrzymując się tu i ówdzie, by
spytać, czy poprzedniego dnia ktoś nie widział chłopca z balonikiem.
Odpowiadano przecząco. Niepokoił się coraz bardziej, ale nie ustawał w wysiłkach. Pół godziny później znalazł się na dużym wypłaszczeniu z rozległym widokiem na miasto. Tam, za wysokim drewnianym ogrodzeniem,
trwała budowa bazyliki Sacré-Coeur.
W czasie niemieckiego oblężenia miasta Thomas miał zaledwie siedem lat.
Pamiętał wielką armatę i walki na wzgórzu nad domem, i straszliwe
egzekucje komunardów, gdy z Wersalu dotarły wojska rządowe. Ojciec
starał się do niczego nie mieszać - być może był po prostu zbyt leniwy -
ale podobnie jak większość ludzi pracujących nie przepadał za tym
olbrzymim pomnikiem triumfu katolickiego porządku społecznego, który
nowe konserwatywne władze postanowiły wznieść ponad miastem. Thomas zaś
był zafascynowany budową: nie tyle symboliką budynku, ile tym, jak
powstaje.
Wzgórze Montmartre postawiło przed konstruktorami poważne wyzwania
techniczne związane z jego nietypową budową geologiczną. Składało się
głównie z miękkiej skały zwanej gipsem. Odznaczała się ona dwiema
właściwościami. Po pierwsze, rozpuszczała się w wodzie, stanowiąc lichy
materiał na fundament jakiejkolwiek dużej budowli, a po drugie, po
podgrzaniu wydzielała parę wodną, zamieniając się w sproszkowany gips,
używany do tynkowania. Stąd też ludzie od wieków dłubali w skale
Montmartre'u, wydobywając ten surowiec. Właśnie dlatego biały tynk znany
był w świecie jako tynk paryski.
Budowniczowie Sacré-Coeur przekonali się więc, że wzgórze jest nie tylko
miękkie, ale i podziurawione jak plaster miodu. Gdyby wielka bazylika
stanęła bezpośrednio na takim podłożu, całe wzgórze zapadłoby się,
grzebiąc świątynię.
Problem rozwiązano w typowo francuski sposób, posługując się elegancką
logiką w imię nieposkromionej ambicji. Wykopano osiemdziesiąt trzy
gigantyczne szyby, każdy o głębokości ponad trzydziestu metrów, i wypełniono je betonem. Na tych potężnych kolumnach stanęła pudełkowata
krypta o wysokości prawie takiej samej jak świątynia powyżej. Ten etap
budowy zajął prawie dziesięć lat, a pod koniec tego okresu nawet
najwięksi wrogowie projektu mówili z rozbawieniem, że to nie Montmartre
wspiera bazylikę, lecz bazylika Montmartre.
Thomas chodził co tydzień na budowę, by się jej przyjrzeć. Czasami jakiś
miło usposobiony robotnik wpuszczał go do środka, by z bliska popatrzył
sobie na olbrzymie wykopy i gigantyczne ściany. Nawet teraz, gdy
rozpoczęto już prace nad samą świątynią, budowa pełna była błotnych
kraterów i okopów. Gdy tak przyglądał się wysokiemu ogrodzeniu, przyszła
mu do głowy straszna myśl. Może ciało jego braciszka zostało wciągnięte
do labiryntu ziemnych korytarzy? Miną tygodnie, zanim zostanie
zauważone, o ile już nie przykryła go warstwa ziemi. Można było tam
wejść, ale o wiele trudniej było znaleźć drogę do wyjścia. Czy tam
właśnie był Luc, w tajemniczych i groźnych pieczarach Montmartre'u?
Nie, powiedział sobie w duchu, co to to nie. Nie powinien nawet tak
myśleć. Luc żyje. Czeka, aż ktoś go znajdzie. Trzeba po prostu pomyśleć.
Gdzież on może być?
Thomas przeszedł jeszcze kawałek w dół do rogu ulicy. U jego stóp leżał
Paryż. Gdzieniegdzie widać było pozłacane kopuły i wystające ponad
dachami wieże kościołów. Na głównej wyspie Sekwany górowały nad całym
otoczeniem wieże katedry Notre Dame. Nad nimi wisiał niezmącony błękit.
Nic mu nie mówił.
Thomas zaczął się modlić. Bóg i jego aniołowie także milczeli.
Po chwili ruszył więc ulicą wiodącą wokół wzgórza na zachód. Domy były
tu nieco zamożniejsze, z niewielkimi ogródkami. Szedł w dół, a po jego
prawej stronie pojawiła się stroma skarpa, nad nią zaś mur ogrodu.
Zbocze porośnięte było krzakami.
- Pst, Thomas - dobiegło z góry. Zatrzymał się. Serce zabiło mu mocno.
Spojrzał ku zaroślom. Nikogo nie widział, ale wiedział, że to Luc.
- Jesteś sam? Nie ma nikogo na ulicy?
- Jestem sam.
- Schodzę.
Po chwili Luc stanął u jego boku. Mieli te same piwne oczy. Thomas
Gascon był jednak mocno zbudowany i silny, a jego brat Luc, w wieku
dziewięciu lat, wyglądał jak mały drobny chłopiec. Rysy opalonej twarzy
młodego robotnika były prosto wyciosane, a jego krótko przystrzyżone
brązowe włosy zaczynały już delikatnie rzednąć. Brat cerę miał
jaśniejszą, włosy ciemne i długie, a nos orli. Przypominał młodego
Włocha - odziedziczył urodę po babce ze strony ojca, która przybyła do
Paryża z Tulonu.
Był umorusany, włosy miał splątane, ale poza tym wyglądał nieźle.
- Jestem głodny - powiedział. Musiał się tu ukrywać całą noc. - Miałem
zamiar poczekać do popołudnia i zejść, by wyjść ci naprzeciw, jak
będziesz wracał z pracy - wyjaśnił.
- Czemu nie wróciłeś do domu? Matka i ojciec zamartwiają się o ciebie.
Luc pokręcił głową.
- Powiedzieli, że będą na mnie czekać. Że mnie zabiją.
- Kto?
- Bracia Dalou.
- Hm.
To nie były przelewki. W Maquis działało kilka band chłopaków, ale
bracia Dalou należeli do najgroźniejszych. Skoro powiedzieli Lucowi, że
go zabiją, mógł się spodziewać, że mocno go poturbują. Potrafili też
czekać na niego całą noc.
- Co im takiego zrobiłeś?
- Ciocia Lilly dała mi balon. Spotkałem ich na ulicy i Antoine Dalou
chciał mi go zabrać. Ale ja nie chciałem oddać. Wtedy Jean Dalou
przewrócił mnie i zabrał balon.
- I co dalej?
- Płakałem.
- I?
- Gdy już odchodzili, rzuciłem w balonik szkłem z potłuczonej butelki i pękł.
- Dlaczego to zrobiłeś?
- Żeby oni też go nie mieli.
Thomas pokręcił głową.
- To nie było zbyt mądre.
- Zaczęli mnie gonić, a Antoine Dalou rzucał we mnie kamieniami. Raz
trafił mnie w plecy. Udało mi się uciec. Ale oni nie zrezygnowali. Jean
Dalou krzyknął za mną, że mnie zabiją i nigdy nie wrócę do domu żywy.
Więc wolałem się schować. Ale ciebie nie zaatakują. Będą się ciebie
bali.
- Odprowadzę cię do domu - powiedział Thomas. - Ale co dalej?
- Nie wiem. Może mógłbym pojechać do Ameryki?
- Nie. - Thomas wziął brata za rękę. - Chodźmy.
Gdy Luc był już bezpieczny w domu, Thomas znowu wyszedł.
Nie musiał długo szukać braci Dalou. Włóczyli się w okolicy swej chaty
po drugiej stronie Maquis. Zastał tam prawie całą bandę: Antoine'a,
rówieśnika Luca, z wąską twarzą łasicy, Jeana Dalou, nieco
przystojniejszego i kilka lat starszego, który był szefem bandy, jednego
z Noirów, ich kuzyna, chłopca o smutnym wyrazie twarzy i złych
zamiarach, oraz dwóch czy trzech innych. Thomas od razu przeszedł do
rzeczy.
- Mój brat źle zrobił, że zniszczył wam balon - zwrócił się do Jeana
Dalou. - Ale nie trzeba było mu go zabierać.
Zapadła cisza.
- W każdym razie sprawę uznaję za zakończoną - ciągnął Thomas. -
Zostawcie mojego brata w spokoju, chyba że chcecie mieć ze mną do
czynienia.
Jean nie odpowiedział. Odezwał się za to Antoine:
- Schowałem ten kawałek butelki, którym rzucił. Oberwie nim w gębę.
Thomas bez namysłu ruszył w jego kierunku. W tej chwili Jean krzyknął:
- Bertrand!
Drzwi chaty otworzyły się z impetem i w progu stanął młody mężczyzna.
Thomas zaklął pod nosem. Zapomniał o starszym bracie Jeana.
Bertrand Dalou był mniej więcej rówieśnikiem Thomasa. Pracował dorywczo
na budowach. Miał wielką szopę ciemnych włosów, przetłuszczonych i przykurzonych jednocześnie, bo rzadko się mył. Spojrzał z wściekłością
na Thomasa.
- Jego brat rzucił stłuczoną butelką w Antoine'a, a ten teraz przylazł,
żeby go jeszcze pobić! - wrzasnął Jean.
- Nie kłam! Mój brat przez całą noc się chował, bo groziliście mu
śmiercią. Szuka go policja. Przyszedłem was ostrzec, żebyście zostawili
go w spokoju. Wolicie, żeby policja o tym z wami pogadała?
Bertrand Dalou splunął. Prawda nie miała znaczenia - obaj o tym
wiedzieli. Chodziło o honor. W Maquis istniał tylko jeden sposób
rozstrzygnięcia tego sporu. Bertrand zaczął krążyć dokoła, zmuszając
Thomasa do naśladowania jego ruchów. Thomas nigdy z nim nie walczył,
wiedział jednak, że skoro musi stawić czoło jednemu z braci Dalou,
wszystkie chwyty są dozwolone. Pozostawało pytanie, czego spodziewa się
przeciwnik.
Pierwszy atak okazał się mało subtelny. Bertrand rzucił się do przodu,
udając, że zamierza uderzyć Thomasa w twarz, chcąc, aby ten odchylił
głowę, a wtedy kopnąłby go z całej siły w krocze. Zamiast blokować
markowany atak, Thomas odskoczył, chwycił rywala za stopę i szarpnął nią
mocno, przewracając go na ziemię. Dalou był jednak szybki - zerwał się
na nogi tak błyskawicznie, że Thomas zdołał kopnąć go tylko raz.
Po chwili zwarli się w uścisku. Bertrand próbował przewrócić Thomasa,
lecz ten zdołał utrzymać równowagę i zadał mocny cios w splot słoneczny.
Dalou zachwiał się, a wtedy Thomas chwycił go za szyję i zaczął dusić.
Ściskał z całej siły, zapominając o ostrożności, wskutek czego otrzymał
tak potężne uderzenie pięścią w oko, że był zmuszony poluźnić ucisk.
Znów zaczęli krążyć wokół siebie. Thomas czuł pulsujący ból w oczodole.
Zdawał sobie sprawę, że opuchlizna za chwilę ograniczy mu pole widzenia.
Należało jak najszybciej rozstrzygnąć walkę.
Kolejny atak przeciwnika był sprytniejszy. Dalou schylił kudłatą głowę i ruszył do przodu, jakby zamierzał uderzyć Thomasa taranem w brzuch i go
przewrócić. W ostatniej chwili Thomas zauważył dłoń z dwoma wystawionymi
palcami przygotowanymi do zadania ciosu w oczy. Błyskawicznie zasłonił
twarz ręką i palce Bertranda natrafiły na twarde kłykcie.
Obserwował cofającego się Bertranda, zastanawiając się, co będzie dalej.
Nie musiał długo czekać. Dłoń przeciwnika wsunęła się do kieszeni.
Thomas już wiedział, co to oznacza. Zapowiadała się krwawa rozprawa,
miał ledwie sekundę i musiał być precyzyjny. Brzytwa. Bertrand zaczął ją
otwierać.
Thomas kopnął z całej siły. Uderzenie było celne i szybkie. Uzbrojona
ręka podskoczyła, a brzytwa pofrunęła w powietrze. Dalou krzyknął z bólu, spoglądając za znikającym ostrzem. Popełnił więc błąd.
Należało kończyć, wymierzyć jeszcze jednego kopniaka, tak samo
błyskawicznego i celnego. Ciężki robociarski but wylądował na kroczu z taką siłą, że najstarszy z braci Dalou aż uniósł się do góry. Jakby
zawisł na moment w powietrzu, po czym runął na ziemię bezwładnie niczym
szmaciana lalka.
Thomas zaczął krążyć dokoła, gotów zadać kolejny cios, ale nie było
takiej potrzeby. Bertrand Dalou nie zamierzał wstać.
Pojedynek dobiegł końca. Ład, który panował w Marquis, został
przywrócony. Banda Dalou nie będzie już prześladowała Luca.
Rodzina Gasconów była tego wieczoru szczęśliwa. Gdy Thomas wrócił po
walce do domu, matka opatrzyła mu podbite oko, które ciemniało coraz
bardziej. Ojciec od razu zrozumiał.
- Załatwione? - zapytał.
Thomas kiwnął głową i więcej o tym nie rozmawiali. Matka powiedziała, że
wieczorem będzie duża kolacja, i poszła z Nicole na targ. Luc zafundował
sobie kilkugodzinną drzemkę.
Po południu dom wypełnił intensywny zapach rago?t, usiedli więc do
kolacji na długo przed zachodem słońca. Matka podała przepyszną zupę
cebulową, potrawę biedaków, ze świeżą bagietką prosto od piekarza.
Rago?t pani Gascon zwykle zrobione było z golonki, warzyw i przypraw.
Potrawa ta, choć tania, wszystkim smakowała. Dziś jednak w gęstym sosie
pływały kawałki wołowiny. Od dawna już tak nie jedli. Posiłek kończyły
sery: camembert, kozi i gruy?re, popijane tanim czerwonym winem.
Luc doszedł już do siebie po swojej przygodzie i zaczął małpować
Antoine'a Dalou, aż wszyscy pokładali się ze śmiechu. Thomas opowiedział
im o swoim spotkaniu z panem Eiffelem i o tym, czego dowiedział się od
niego o Statui Wolności. I wówczas Luc niespodziewanie znów się włączył.
- Chciałbym mieszkać w Ameryce - powiedział.
Posypały się protesty.
- A nas byś tu zostawił? - zapytała matka.
- Chciałbym, żebyście ze mną pojechali - odparł. Nikt jednak nie chciał
jechać.
- Ameryka to z pewnością wspaniały kraj - zgodził się wspaniałomyślnie
pan Gascon. - Wszystko tam mają. Wielkie miasta, no oczywiście nie takie
jak Paryż. Ale też wielkie jeziora, góry i prerie jak okiem sięgnąć.
Gdyby twój własny kraj nie był taki wspaniały, gdybyś, dajmy na to, był
Anglikiem, Niemcem albo Włochem, no chyba że byłbyś bogaty... to wówczas
pewnie lepiej by ci było w Ameryce. Ale tu we Francji mamy przecież
wszystko. Góry, Alpy i Pireneje, wielkie rzeki jak Sekwana czy Ren. Mamy
wspaniałe pola uprawne i lasy. Mamy miasta, rzymskie ruiny na południu.
Różnorodny klimat. Najwspanialsze wina na świecie. Trzysta rodzajów
sera. Czego jeszcze chcieć?
- Nie mamy pustyni - rzuciła Nicole.
- Mais oui, moja maleńka. Właśnie że mamy. - Pan Gascon wypiął pierś
do przodu, jakby to jemu zawdzięczali to wszystko. - Gdy byłem w twoim
wieku, Francja podbiła Algierię. Mamy pustyni ile dusza zapragnie.
- To prawda - zaśmiał się Thomas.
- Ale w Ameryce ludzie ze sobą nie walczą - upierał się Luc.
- Jak to nie walczą? - zaprotestował ojciec. - W Ameryce wciąż walczą.
Najpierw z Anglikami. Potem z Indianami. Następnie ze sobą nawzajem. Są
jeszcze gorsi od nas.
- Zostań i ciesz się tym, co masz - wtrąciła matka z uśmiechem.
- Pod warunkiem, że Thomas będzie mnie chronił.
- No właśnie. - Pan Gascon popatrzył z dumą na starszego syna. - Wypijmy
za to.
Spełnili toast.
Następnego ranka Thomas wstał z łóżka i podszedł do brata.
- Wiesz - powiedział - potrafisz rozśmieszać ludzi. Powinieneś to
wykorzystać. Wtedy nawet bracia Dalou będą cię lubić.
Gdy dotarł do pracy, majster już na niego czekał.
- Znalazłeś brata?
- Oui, monsieur.
Majster przyglądał się przez chwilę jego oku.
- Dobrze widzisz? Możesz pracować?
- Oui, monsieur.
Pokiwał głową. Mieszkańcom Maquis nie zadawało się niepotrzebnych pytań.
Thomas pracował spokojnie cały dzień. Pan Eiffel się nie pojawił.
W sobotni poranek ciotka Élo?se stała przed katedrą Notre Dame,
przyglądając się trojgu rodzeństwa Blanchardów, i myślała, że jej bratu
Jules'owi i jego żonie całkiem nieźle się powiodło. Ich najstarszy syn -
szesnastoletni Gérard - odznaczał się solidnością i determinacją, miał
szeroką twarz o pewnym siebie wyrazie, a jego przyszłość rysowała się
jasno jako partnera w ojcowskiej spółce. Prawdę mówiąc, wolała jego
młodszego brata Marca. Zapowiadało się, że będzie wysoki i przystojny
jak ojciec, choć nieco delikatniejszej budowy. Jako chłopiec uduchowiony
i rozbudzony intelektualnie był jej bliższy.
- Nie martw się o niego - powiedziała niedawno bratu, gdy zastanawiał
się nad jego przyszłością. - Trzynastoletni chłopcy często bywają
rozkojarzeni. To prawda, że w szkole nie zawsze zbiera laury i często
popada w stan rozmarzenia. Ale kto wie, może pewnego dnia zostanie
artystą albo pisarzem i rozsławi nasze nazwisko?
Była jeszcze mała Marie. Trudno ocenić charakter człowieka w wieku ośmiu
lat. Ale widać było, że ma dobre serce i jest słodkim stworzeniem. Nie
można było nie kochać tych niebieskich oczu, masy złotych loków i uroczych krągłości, które pewnego dnia być może zmienią się we wspaniałą
figurę.
W jednym z rodzeństwa ciotka Élo?se dostrzegła jednak pewną wadę
charakteru. Niezbyt poważną, ale dającą powód do niepokoju. Na razie
nikomu o tym nie powiedziała. Nawet jeśli się nie myli, będzie jeszcze
dość czasu, by się nią zająć. Poza tym, powtarzała sobie, nikt nie jest
przecież doskonały.
Tymczasem uważała za swój obowiązek przekazywać bratankom jak najwięcej
darów duchowych. Dlatego właśnie tego ranka wzięła ich na wycieczkę na
Île de la Cité i do cudownej Sainte-Chapelle.
Marc lubił elegancję swojej smukłej ciotki, a także to, że tak wiele
wiedziała. Stali w wysokiej kaplicy zdobionej malowidłami, skąpanej w miękkim świetle sączącym się z ogromnych okien. Patrzyli na wysokie
niebiesko-złote gotyckie sklepienia. Poruszyło go piękno tego miejsca.
- Wygląda jak zdobiona klejnotami szkatuła, prawda? - powiedziała cicho
ciotka Élo?se. - A to dlatego, że gdy król Ludwik IX,
którego nazywamy Ludwikiem Świętym, wyruszył sześćset lat temu na
krucjatę, cesarz Bizancjum, który akurat potrzebował pieniędzy, sprzedał
mu najważniejsze chrześcijańskie relikwie, między innymi kawałek Krzyża
i nawet Koronę Cierniową. Następnie król zbudował tę kaplicę jako
relikwiarz do przechowywania tych skarbów. Takie katedry jak Notre Dame,
jak wiesz, budowano czasami przez kilkaset lat, lecz Sainte-Chapelle
została ukończona w ciągu pięciu. W całości utrzymana jest w jednym
stylu, dlatego robi tak perfekcyjne wrażenie.
- A jakie jeszcze relikwie tu są? - zapytał Marc.
- Gwóźdź z Krzyża Świętego, cudowna szata Dzieciątka Jezus, ostrze,
którym przebito Jego bok, kilka kropel Jego krwi, odrobina mleka
Najświętszej Panienki. A także berło Mojżesza.
- Myślisz, że to prawdziwe?
- Tego nie wiem. Ale powstała najpiękniejsza kaplica na świecie.
Zamilkła na chwilę.
- Niestety w czasie rewolucji to piękne miejsce zostało całkowicie
zniszczone. Rewolucjoniści, którzy nie byli ani trochę religijni, odarli
ją ze wszystkiego... Sainte-Chapelle została całkowicie zdewastowana.
Rewolucja przyniosła wiele rzeczy godnych pochwały, ale zniszczenia do
nich nie należały.
Zwróciła się do Marca, unosząc palec.
- Dlatego właśnie, Marcu, tak ważne jest, by w czasie wojny i zawieruchy
ludzie kultury i humaniści strzegli naszego dziedzictwa.
Czemu zawsze zwracała się z tymi uwagami do niego, a nie do jego brata?
Widział, jak Gérard z nudów wznosi oczy ku niebu. Ale tak naprawdę nie
był znudzony. Był po prostu zazdrosny, że ciotka najwyraźniej ma wyższe
mniemanie o Marcu niż o nim.
Ciotka Élo?se dała się porwać tematowi.
- Na szczęście rzeczy piękne nie tak łatwo zniszczyć. Architekt
Viollet-le-Duc przywrócił Sainte-Chapelle dawną świetność i możemy ją
dziś oglądać. To prawdziwy cud. - Spojrzała z aprobatą na Marca. -
Widzisz więc, drogi chłopcze, nawet jeśli jest bardzo źle, nie
powinniśmy się nigdy poddawać. Jeśli nie zabraknie ludzi kultury
strzegących naszego dziedzictwa, można dokonać cudów.
Stali teraz przed olbrzymimi wieżami Notre Dame. Obok nich wznosił się
pomnik cesarza Karola Wielkiego na koniu. Ciotka Élo?se, w przekonaniu,
że poświęciła Gérardowi zbyt mało czasu w Sainte-Chapelle, zaczęła mu
opowiadać o tym, jak tuż przed jego urodzeniem wyburzono w tym miejscu
średniowieczną zabudowę.
- Przedtem, Gérardzie, Notre Dame była ciasno otoczona domami i ciemnymi
uliczkami, zupełnie jak w Dzwonniku z Notre Dame.
- W takim razie cieszę się, że je wyburzono - odparł chłopiec sucho.
Ciotka Élo?se zamyśliła się. Czy w jego głosie było wyzwanie? Czy sądzi
może, że jest zakochana w malowniczych pozostałościach średniowiecza?
Może daje jej do zrozumienia, że chętnie rozprawiłby się z jej
wrażliwością estetyczną, podobnie jak baron Haussmann i jego ekipy do
rozbiórek?
- Całkowicie się z tobą zgadzam, Gérardzie - rzuciła z czarującym
uśmiechem. - Przede wszystkim przed katedrą było za mało miejsca,
zajmowały je w dodatku byle jakie stragany. Poza tym do rozbiórki poszły
rozsypujące się domy, w których ludzie żyli niczym stado szczurów. Teraz
zaś - zatoczyła dłonią łuk wokół skweru - możemy się cieszyć tą
wspaniałą przestrzenią.
Jest nadzieja, że to go uciszy. Czas zająć się małą Marie. Ale gdy
ciotka Élo?se odwróciła się do dziewczynki, zauważyła, że mała wygląda
na nieszczęśliwą.
- Czy coś się stało, chérie? - zapytała.
- Nie, ciociu Élo?se.
Ta straszna rzecz wydarzyła się zaraz po śniadaniu. Marie uważała, że
sama zawiniła, bo nieroztropnie zostawiła na stoliku w swoim pokoju
otwarty dziennik. Zwykle trzymała go w szufladzie pod kluczem. Ale czy
mimo to Gérard musiał tam wchodzić i czytać?
To jeszcze nie byłoby takie straszne, gdyby akurat nie powierzyła
pamiętnikowi swojego największego sekretu, którego nie zdradziłaby
nikomu za żadne skarby. Jest zakochana. W koledze Marca ze szkoły.
- Widzę, siostrzyczko - powiedział brat szyderczo - że masz swoje
tajemnice.
- To nie twój interes! - krzyknęła, czerwieniąc się ze wstydu.
- Każdy ma jakieś sekrety - oznajmił lekceważąco, zwracając jej
dziennik. - Twoje nie należą do specjalnie interesujących. Może jak
będziesz starsza, znajdzie się tu coś ciekawszego.
- Nie wolno ci o tym nikomu mówić - zaszlochała.
- A komu miałbym powiedzieć? - spytał chłodno. - Kogo to interesuje?
- Nienawidzę cię! Wynoś się!
Dopiero przed godziną przestała płakać z gniewu i udręki, akurat gdy
ciotka Élo?se po nich przyszła.
Ciotka Élo?se zastanawiała się, czym mogłaby zainteresować Marie.
Przyszła jej do głowy historia, nie do końca może odpowiednia dla
ośmioletniej dziewczynki z dobrego domu, ale gdyby ją nieco okroić...
- Z tym miejscem, Marie, związana jest wspaniała opowieść o miłości.
Znasz historię Abelarda i Heloizy? - Marie pokręciła głową. - A więc
dobrze. - Ciotka Élo?se spojrzała ostrzegawczo na obu chłopców. -
Opowiem ci ją, a wy, Gérardzie i Marcu, nie będziecie mi przerywać ani
niczego dodawać, rozumiemy się? Dawno temu, moja droga - zaczęła -
jeszcze w średniowieczu, zanim zbudowano katedrę Notre Dame, był w tym
miejscu wielki, stary kościół, nie tak piękny jak ten. Ale było tu
jeszcze coś bardzo ważnego. Czy któreś z was wie, co to było?
- Uniwersytet - powiedział Marc.
- No właśnie. Zanim przeniósł się na Lewy Brzeg, w okolice dzisiejszej
Sorbony, Uniwersytet Paryski, czyli szkoła dla księży, zajmował kilka
budynków tutaj, na Île de la Cité, obok starej katedry. Na tym
uniwersytecie wykładał filozof o imieniu Abelard, którego przybywali
słuchać studenci z całej Europy.
- Ile on miał lat? - zapytała Marie.
- Nie był stary. - Ciotka się uśmiechnęła. - Mieszkał w domu bardzo
poważanego duchownego Fulberta. Mieszkała tam również młoda siostrzenica
Fulberta Heloiza.
- Czy ona była ładna? - zainteresowała się Marie.
- Niewątpliwie. Ale co najważniejsze, Heloiza była niezwykłą i bardzo
inteligentną dziewczyną. Znała łacinę, grekę, a nawet hebrajski. Abelard
dawał jej lekcje. Trudno się więc dziwić, że tych dwoje niezwykłych
ludzi zakochało się w sobie. Pobrali się po kryjomu i mieli syna o imieniu Astrolabe.
- Astrolabe?
- To taki instrument do określania pozycji gwiazd. Imię jest
rzeczywiście trochę dziwne, ale dowodzi, że ich miłość była czymś
absolutnie kosmicznym. Wuj Heloizy, Fulbert, bardzo się jednak
rozgniewał, ukarał Abelarda i kazał im się rozstać. Abelard odszedł,
choć nadal był słynnym filozofem. Heloiza zaś wstąpiła do zakonu i później została słynną przeoryszą. Korespondowali ze sobą. Była jedną z najbardziej niezwykłych kobiet tamtych czasów.
- I nadal się kochali? - spytała Marie.
- Z czasem Abelard ochłódł nieco. Mężczyźni nie zawsze są mili.
- Rzeczywiście - rzuciła skwapliwie Marie, posyłając wściekłe spojrzenie
Gérardowi.
- Pochowano ich jednak razem. Grób jest na cmentarzu P?re-Lachaise.
- A ty, ciociu, masz imię po niej? Czy jesteś taka jak ona?
- Nie, ja mam imię po mojej babce Heloizie - odparła ciotka z uśmiechem.
- Moje życie było całkiem inne. Ale to bardzo znana historia i pokazuje,
że nawet jeśli nie możemy osiągnąć trochę szczęścia, nasze życie może
być bogate pod wieloma względami.
Marc przyglądał się ciotce uważnie. Rozbawiło go to, jak zmieniła
historię. Kara wymierzona przez Fulberta Abelardowi była o wiele
straszniejsza - wynajął zbirów, by wykastrowali słynnego filozofa. Ale
to się nie nadawało dla uszu małej Marie.
Wiedział też, że powiedziała coś jeszcze, co nie do końca było prawdą.
Rok temu dowiedział się od ojca, że ciotka chciała poślubić mężczyznę,
który dziś jest znanym pisarzem, ale niestety on wziął sobie inną za
żonę. Marcowi nie wolno było zdradzić się przed nią, że o tym wie. Inni
się o nią starali, ale nikt nie zainteresował jej na tyle.
- To atrakcyjna kobieta, ale zbyt niezależna - powiedział ojciec.
Marc wiedział, że wśród przyjaciół ciotki są malarze i pisarze. Gdy w szkole okazało się, że ma talent do rysunku, zawsze zależało mu na jej
opinii w tym względzie. Mógł sobie bardzo łatwo wyobrazić ciotkę Élo?se
jako przeoryszę w średniowieczu lub jako jedną z tych kobiet epoki
oświecenia, które prowadziły salony gromadzące wielkie umysły. Ciekawe,
czy miała kochanków? Jeśli tak, nikt z szanującej się rodziny
Blanchardów nie pisnął o tym słówkiem.
Do mostu Petit Pont były dosłownie dwa kroki. Stamtąd patrzyli w stronę
Lewego Brzegu. Ciotka Élo?se znów próbowała wciągnąć Gérarda do rozmowy.
- Île de la Cité jest jak łódź na wodzie, prawda?
- Pewnie tak.
- Wiesz, Gérardzie, że w herbie Paryża jest statek? Pamiętasz łacińskie
motto z tego herbu? Surgit nec mergitur - na przekór burzom statek
żegluje naprzód. Nigdy nie zatonie. Właśnie taka jest historia Paryża.
Gérard wzruszył ramionami. Większość paryżan jest dumna ze swojego
miasta i jego skarbów. Ludzie przyjeżdżają z całego świata, by to
obejrzeć. Ale szczerze mówiąc, jemu było wszystko jedno. Wiedział, że
ciotka Élo?se i Marc pogardzają nim za to. Marie pewnie będzie taka
sama. A niech sobie myślą, co im się podoba. Wiedział, czego chce od
życia. Będzie prowadził rodzinny interes.
Nikt z krewnych się do tego nie nadawał. Dziadek od razu to zauważył:
"Gérard ma głowę na karku", mawiał, gdy ten miał zaledwie dziesięć lat.
Marc był do niczego. Przypominał ciotkę Élo?se: głowę miał pełną
bezużytecznych idei i bzdur. Mała Marie, jako dziewczynka, nie wchodziła
w grę. Nawet jego ojciec, myślał w duchu Gérard, nie był najlepszym
strażnikiem rodzinnej fortuny.
Jules Blanchard zaczekał, aż umrze jego ojciec, by zrealizować swoje
marzenie. Trzy lata temu otworzył elegancki dom towarowy. Zuchwale
wybrał nań miejsce tuż za Operą na bulwarze Haussmanna, o rzut kamieniem
od wielkiego sklepu Printemps. Podobnie jak Printemps, oferował
znakomitej jakości garderobę w stałych cenach, na które mogła sobie
pozwolić klasa średnia. Niektóre kolekcje zamawiał specjalnie dla
swojego domu towarowego. Sklep nazywał się "Joséphine".
Dlaczego "Joséphine"? - dopytywali się wszyscy w rodzinie. Rzecz jasna,
na cześć cesarzowej Józefiny, wyjaśniał. Była egzotyczną żoną Napoleona
i nawet jeśli miała jakieś wady charakteru, to zawsze dbała o elegancję.
To będzie idealna nazwa, powtarzał.
Jules musiał się zapożyczyć, by otworzyć sklep. Prawdę mówiąc, miał
więcej szczęścia niż rozumu. W rok po otwarciu "Joséphine" spłonął dom
towarowy Printemps, który wciąż jeszcze nie stanął na nogi. Główny
konkurent był tymczasowo usunięty z rynku, więc obroty "Joséphine"
niebotycznie wzrosły. Jules wykorzystał nadarzającą się okazję.
Gérard nie był jednak zachwycony. Nie znosił sprzedaży detalicznej.
Hurt, który na szczęście ojciec zachował, był znacznie lepszym źródłem
dochodów. Detal zaś zjadał zyski z hurtu. To hurtownicy pożyczali innym
pieniądze, detaliści chodzili po prośbie. Hurtownia była prostym,
funkcjonalnym budynkiem, który mógł służyć przez całe życie. Dom
towarowy zaś był jak dekoracja teatralna. Jego brat Marc uwielbiał ten
elegancki sklep i Gérard obawiał się, że pewnego dnia może zechcieć nim
kierować. Trzeba temu zapobiec za wszelką cenę.
Plan Gérarda był prosty. Pewnego dnia, gdy ojciec umrze lub przejdzie na
emeryturę, Gérard pozbędzie się domu towarowego, chyba że wcześniej ten
interes całkowicie wykończy rodzinę finansowo. Po prostu go sprzeda,
jeśli to będzie możliwe, a jeśli nie, zamknie.
Rozdział 3
1261
Była wiosna roku Pańskiego 1261, we Francji panował miłościwie król
Ludwik IX Święty. Właśnie wstawał dzień. Młoda kobieta podniosła się z posłania na podłodze.
Martine dostrzegła cienką strużkę światła pomiędzy drewnianymi
okiennicami. Z podwórza nie dobiegał żaden dźwięk. Z drugiej strony domu
słychać było głośne, rytmiczne chrapanie wuja, jak dźwięk opuszczanej
kraty w jednej z bram miasta.
Naga podeszła do okna i popchnęła okiennice. Otworzyły się, skrzypiąc.
Chrapanie ustało, wstrzymała oddech. Ale na szczęście po chwili odgłos
znów się rozległ.
Musiała być bardzo ostrożna. Nie może dać się przyłapać.
Spojrzała w stronę posłania. Młody mężczyzna, który na nim leżał,
pogrążony był we śnie.
Do ubiegłego roku Martine była żoną syna bogatego kupca. Gdy jej mąż
zmarł na gorączkę, została wdową w wieku dwudziestu lat. Wkrótce pewnie
znów wyjdzie za mąż. Ale dlaczego miałaby się nie zabawić, nim to
nastąpi? Byle tylko nikt się o tym nie dowiedział. Gdyby została
przyłapana, wuj pewnie sprawiłby jej cięgi, a nawet może wyrzucił ją na
bruk - kto wie? A chodzi nie tylko o dach nad głową: jeśli ma bogato
wyjść za mąż, musi zachować dobrą reputację.
Młody człowiek na materacu był biedny. Mało tego, był próżny. I musiał
jeszcze niejedno opanować w sztuce kochania. Dlaczego wybrała właśnie
jego?
Dziesięć dni temu to on podszedł do niej w Notre Dame. Po stu latach
budowy katedra była nareszcie prawie gotowa. Aby uczynić ją jeszcze
piękniejszą, dekorowano w najnowszym stylu skrzyżowanie transeptów z nawą główną. Ściany zamieniły się w olbrzymie kurtyny z kolorowego
szkła, zupełnie takie jak w nowej kaplicy królewskiej. Przyglądała się
właśnie wielkiej rozecie w północnym transepcie, gdy on się pojawił.
Miał na sobie studencką togę, a na głowie wygolono mu wzorem księży
tonsurę, podobnie jak innym studentom.
- Czyż nie jest piękna? - zagaił przyjaźnie, jakby znał Martine całe
życie.
- Monsieur? - Rzuciła mu spojrzenie pełne dezaprobaty.
Był słusznego wzrostu, szczupły, ciemnowłosy. Jasna cera bez
jakichkolwiek znamion, długi szczupły nos. Całkiem niebrzydki. Rok, może
dwa lata młodszy od niej.
- Proszę mi wybaczyć. Roland de Cygne, do usług. - Ukłonił się
grzecznie. - Chciałem powiedzieć, że tak samo jak urodziwa kobieta Notre
Dame pięknieje w dojrzałym wieku.
Czuła, że powinna coś powiedzieć.
- A gdy się zestarzeje, to co wtedy, monsieur?
- Ach. - Zamilkł na chwilę. - Zdradzę pani tajemnicę tej damy. We
wschodnim krańcu dostrzegłem właśnie niewielkie pęknięcia, osiadanie
ścian. Myślę, że z czasem ta dama będzie potrzebowała pewnego wsparcia.
Postawią jej tak zwane przypory wzmacniające.
- Pan, jak mniemam, jest ekspertem w dziedzinie kobiecych potrzeb,
monsieur?
Przez chwilę w jego oczach widać było pokusę, by się pochwalić, ale
najwyraźniej się rozmyślił.
- Jestem skromnym studentem, madame.
Martine musiała przyznać, że w tej mieszaninie flirtu i grzecznych
formułek jest coś uwodzicielskiego. Młody mężczyzna z pewnością umiał
ładnie mówić. Była pod wrażeniem.
Wujowi to by się nie spodobało. "Gadanie - prychnąłby z pogardą. - To
wszystko, na co stać tych studentów, o ile nie są akurat pijani i się
nie awanturują. Większość z nich dostałaby już dawno cięgi, gdyby nie
chronił ich król i Kościół".
Ponieważ uniwersytet był prowadzony przez Kościół, to gdy grupa
studentów zdemolowała tawernę, odpowiadali przed sądem kościelnym, który
wyznaczał im jedynie pokutę. Trudno było się dziwić paryżanom, że
buntowali się wobec takich przywilejów. Gdy zaś chodzi o pobożnego króla
Ludwika IX, choć cudowne relikwie we wspaniałej nowej kaplicy dodawały
świętości miastu i jego dynastii, on sam wiedział, że prawdziwy prestiż
Paryż zawdzięcza swojej uczelni. Przed stu laty pozbawiony męskości
Abelard miał wady, ale dziś był pamiętany jako najwybitniejszy filozof
epoki, a młodzi uczeni przyjeżdżali ze wszystkich stron Europy, by
studiować na jego uniwersytecie.
- A gdzież to się pani teraz wybiera? - zapytał.
- Do domu, proszę pana - odparła kategorycznie. A to zuchwały
studencina!
- Proszę mi pozwolić sobie towarzyszyć. - Ukłonił się. - Na ulicach bywa
niebezpiecznie.
Nie mogła się powstrzymać od śmiechu, ponieważ był środek dnia i znajdowali się w sercu dzielnicy królewskiej.
- I tak nic panu po tym.
Przeszli krótki odcinek na północną część wyspy. Kawałek dalej w dole
rzeki był most wiodący na Prawy Brzeg. Gdy po nim szli, zapytała:
- Pańskie nazwisko zaczyna się od "de", czy to znaczy, że jesteś pan
szlachcicem?
- Owszem. Obok naszego małego zamku było jezioro, po którym pływało
wiele łabędzi. Dlatego nazwano to miejsce Lac des Cygnes. W mojej
rodzinie mawia się, że zawdzięczamy nazwisko łabędziemu wdziękowi i sile
naszych przodków. Mam na imię Roland po moim przodku, który był
bohaterem słynnej Pieśni o Rolandzie.
- Och.
Historia Rolanda znana była już od stu lat, ale Martine nigdy nie
sądziła, że spotka prawdziwego Rolanda. Była pod wrażeniem.
- A jednak przyszedł tu pan jako skromny student?
- Majątek odziedziczy mój starszy brat. Ja zaś muszę pilnie studiować z nadzieją na karierę w Kościele.
Gdy ruszyli znów w górę rzeki, opowiedział jej o rodzinnym majątku.
Posiadłość leżała na zachód od Paryża, poniżej Bretanii, gdzie wdzięczne
wody Loary wiją się w stronę Atlantyku. Mówił o tym z wielkim
przywiązaniem, co spodobało się Martine. Wkrótce znaleźli się w pobliżu
przystani i targu zwanego Gr?ve.
Place Gr?ve na Prawym Brzegu były zawsze pełne życia. Rozładowywano tu
statki i barki z winem z Burgundii i zbożem ze wschodnich nizin. Po
drugiej stronie targu znajdowała się stara dzielnica tkaczy, a kwartał
dalej - producentów szkła. Dom jej wuja stał przy rue du Temple, która
biegła na północ, oddzielając dzielnice od siebie. Zbyt wiele osób na
targu ją znało, nie chciała plotek. Nadszedł czas, by pozbyć się młodego
arystokraty.
- Do widzenia, monsieur, bardzo panu dziękuję - powiedziała grzecznie.
- Jutro muszę się uczyć - odparł Roland. - Ale pojutrze o tej porze chcę
odwiedzić Sainte-Chapelle. Być może - zaproponował uprzejmie - znów się
spotkamy.
- Wątpię, proszę pana - odparła i poszła w swoją stronę.
Jednak dwa dni później przyszła na spotkanie.
Król Ludwik IX całkiem niedawno ukończył budowę bogato zdobionego
sanktuarium dla świętych relikwii. Górna kaplica zarezerwowana była dla
samego monarchy, który wchodził tam bocznymi drzwiami, bezpośrednio z pałacu królewskiego. Mniej dostojni wierni korzystali ze skromniejszej
dolnej kaplicy. Ale i ta była bardzo piękna. W przypominającym kryptę
pomieszczeniu migotały płomyki niezliczonych świec. Gdy Martine
przyglądała się delikatnym czerwonym i złotym kolumnom, które wspierały
szafirowe sklepienie ozdobione złotymi fleurs-de-lys niczym gwiazdami,
czuła się jak w magicznym sadzie. Przychodząc na spotkanie z Rolandem,
otworzyła drogę ku czemuś więcej niż przygodnej znajomości. W migoczącym
świetle świec, wśród przenikliwych woni kadzidła, wydawało jej się
naturalne, żeby stanąć blisko niego.
I gdy raz czy drugi dotknęła ramieniem jego boku, jej uwagę zwróciło coś
jeszcze. Obok zapachu kadzidła poczuła jego zapach: słabą, przyjemną woń
młodego potu na skórzanych sandałach i jeszcze czegoś - migdałów lub
gałki muszkatołowej? - czym pachniała jego skóra.
Spędzili w kaplicy kilka minut, podziwiając jej piękno, gdy obok pojawił
się jakiś ksiądz. Ku jej zaskoczeniu student zwrócił się do niego:
- Zastanawiałem się, mon p?re, czy mógłbym pokazać tej damie górną
kaplicę?
- Górna kaplica jest zamknięta, młody człowieku - odparł oschle ksiądz.
Martine spodziewała się, że Roland na tym poprzestanie.
- Proszę mi wybaczyć, mon p?re, nazywam się Roland de Cygne.
Mój ojciec to wicehrabia de Cygne z doliny Loary. Jestem jego drugim
synem i planuję wstąpić do zakonu.
Ksiądz zatrzymał się i przyjrzał mu się uważnie.
- Słyszałem o pańskiej rodzinie, monsieur - rzekł cicho. - Proszę iść
za mną...
Parę minut później znaleźli się w kaplicy królewskiej.
- Możemy tu zostać tylko krótką chwilę - powiedział ksiądz.
Promienie słoneczne wpadały przez strzeliste okna, zalewając wysokie
niebiesko-złote przestrzenie niebiańskim światłem. O ile dolna kaplica
przypominała magiczny las, o tyle ta wyglądała jak przedsionek nieba.
Młody student, który tak ładnie mówił i tak miło pachniał, miał moc
otwierania drzwi do ziemskich rozkoszy i królewskich sanktuariów. W tym
właśnie momencie zdecydowała, że wypróbuje go jako kochanka. W końcu
nigdy jeszcze nie miała arystokraty.
Gdy mu się teraz przyglądała w świetle wczesnego poranka, otworzył nagle
oczy. Były piwne.
- Czas już na ciebie - szepnęła.
- Niezupełnie.
- Muszę uważać, żeby nas ktoś nie przyłapał.
- To postaraj się być cicho. - Uśmiechnął się.
- Mamy mało czasu - powiedziała, kładąc się obok niego.
Potem powiedział jej, że następnego wieczoru musi się uczyć, ale może ją
odwiedzić kolejnego dnia. Zgodziła się i odprowadziła go na podwórze.
Podobnie jak większość domów zamożniejszych paryskich kupców, dom jej
wuja był wysoki. Frontowe drzwi wychodziły bezpośrednio na ulicę, ale za
domem ciągnęło się podwórze i magazyn, nad którym mieszkała, tam też
znajdowała się furtka prowadząca do zaułku na tyłach. Martine odsunęła
cicho zasuwę furtki, wypchnęła go na zewnątrz i szybko ją zaryglowała.
Wciąż było słychać chrapanie wuja.
Roland de Cygne szedł uliczką z poczuciem satysfakcji i dumy z dokonanego podboju. Dotąd miewał tylko krótkie i niezdarne doświadczenia
z robotnicami z pola i służkami. Uważał więc Martine za dobry początek
swojej wspaniale zapowiadającej się kariery kochanka. Oczywiście była
tylko młodą kobietą z burżuazji, klasy kupców, ale dawała mu dobrą
okazję do praktyki. Podejrzewał, że ona też jest zadowolona, że za
kochanka ma młodzieńca z rodziny szlacheckiej.
Uważał, że szczególnie dobrze poradził sobie na pierwszym spotkaniu. Pod
wpływem chwilowego natchnienia powiedział jej, że pochodzi wprost od
bohatera Pieśni o Rolandzie - było to tylko niewielkie ubarwienie
prawdy. Jako dziecko pytał ojca, dlaczego ma na imię Roland.
- Gdy twój dziadek pojechał na krucjatę, miał wspaniałego konia o imieniu Roland, na cześć bohatera słynnej pieśni - odpowiedział ojciec.
- Koń przebył z nim całą drogę do Ziemi Świętej i z powrotem i warto o nim pamiętać. Poza tym to piękne imię, dałbym je twojemu bratu, ale
najstarszy w naszej rodzinie zawsze ma na imię Jean. Więc nadałem je
tobie.
- Mam imię po koniu?
- Po jednym z najwspanialszych rumaków, jakie brały udział w krucjatach.
Czego chcieć więcej?
Roland wszystko rozumiał, ale nie sądził, by udało mu się zrobić
wrażenie na jakiejkolwiek kobiecie, mówiąc, że dostał imię po koniu.
Doszedł do rogu rue du Temple. Niebo pojaśniało nad wysokimi wykuszami
domów. Bramy miasta były już otwarte, ale okolica świeciła jeszcze
pustkami. Poranny chór ptaków jak zwykle zmiękczał mu serce. Roland
wciągnął w płuca powietrze. Jak zawsze w mieście: nieco uryny, końskiego
nawozu, palonego drewna, ale przede wszystkim cudowny zapach świeżo
upieczonego chleba i nuta kwitnącego gdzieś w okolicy wiciokrzewu.
Nie chciał jechać na studia do Paryża. Ale ojciec nalegał:
- Nic tu po tobie, synu. Wydaje mi się, że jesteś bystrzejszy niż twój
brat i możesz w Paryżu przynieść chwałę rodzinie. Kto wie, może nawet
zrobisz większą karierę niż dziadek.
To by było coś. Dziadek Rolanda miał szczęście, bo trafił na odpowiedni
moment historyczny. Po śmierci Karola Wielkiego cesarstwo rozpadło się
na mniejsze prowincje i terytoria plemienne powstałe na gruzach
starożytnego Rzymu, a królowie Franków niejednokrotnie władali jedynie
regionem Paryża, zwanym Île-de-France. Wokół zaś rozciągały się
olbrzymie włości bogatych i potężnych rodzin feudalnych: Prowansja i Akwitania na południu, celtycka Bretania na północnym wybrzeżu
Atlantyku, Szampania na wschodzie, a pod nią terytoria plemienne
Burgundii.
Gdy zabrakło Karola Wielkiego, zaczęły się groźne najazdy wikingów. Był
nawet haniebny epizod, gdy Paryż opłacił najeźdźców i wysłał ich do
Burgundii. Burgundczycy wciąż nie mogą tego przeboleć. Gdy w końcu
wikingowie osiedli w Normandii, ich władcy nie ustawali w podbojach. W 1066 roku Wilhelm Zdobywca najechał Anglię, a bogactwa i wpływy jego
rodziny były znacznie większe niż francuskiego króla w Paryżu.
Najgorsi jednak - najbardziej chciwi, bezwzględni i brutalni - okazali
się władcy mniejszego obszaru u ujścia Loary: książęta Andegawenii.
Ambicja popchnęła Plantagenetów - jak ich nazywano - ku małżeństwom z rodzinami władającymi Normandią i Akwitanią. Co gorsze, łut
dynastycznego szczęścia przyniósł im prawo do dziedziczenia tronu
Anglii.
- W czasach twojego dziadka Plantageneci otoczyli zewsząd Île-de-France
i gotowi byli do ataku.
Francję uratował niezwykły człowiek. Król Filip August z dynastii
Kapetyngów, dziadek obecnego króla, odznaczał się przebiegłością i odwagą. Odbył krucjatę z angielskim królem z rodu Plantagenetów,
Ryszardem Lwie Serce, ale nigdy nie przepuszczał okazji, by jednego
Plantageneta nastawić przeciwko drugiemu. I gdy po sławnym Ryszardzie
Lwie Serce na tron wstąpił jego niepopularny brat Jan, sprytny król
Francji zdołał wyprzeć go z Normandii, a nawet z Andegawenii. Kiedy
angielscy baronowie zbuntowali się przeciwko własnemu królowi, przez
chwilę wydawało się nawet, że francuscy królowie wstąpią na tron Anglii.
W ciągu tych trudnych wojennych lat nikt nie odznaczył się taką
wiernością francuskiemu królowi jak wicehrabia de Cygne. Był ubogim
rycerzem. Jego najcenniejszym majątkiem był koń Roland. Wicehrabia
pojechał jednak z Filipem Augustem na krucjatę, a król uważał go za
swego przyjaciela. I choć jego niewielki majątek leżał w granicach
Andegawenii, a Plantageneci mogli go w każdej chwili skonfiskować, trwał
u boku króla. A gdy Filip August zaczął święcić triumfy, nagrodził swego
wiernego przyjaciela ziemią, która więcej niż podwoiła jego stan
posiadania.
Rodzina de Cygne'ów nie należała jednak do zamożnych. Ojciec Rolanda
musiał sprzedać część ziemi. Może bratu uda się poślubić jakąś posażną
pannę? Byłoby znakomicie. Ale Roland także mógłby się przysłużyć
rodzinie, robiąc karierę w Kościele.
Kościół dawał pocieszenie, inspirację, wiedzę i marzenia. Przed
Rolandem, potomkiem bohatera krucjat, otwierał też inną życiodajną
perspektywę. W Kościele były pieniądze, i to niemało.
Ci, którym udało się wspiąć po szczeblach hierarchii kościelnej,
cieszyli się dochodami z jego niezliczonych dóbr. Biskupi byli potężnymi
ludźmi i żyli niczym książęta. Dostojnicy kościelni mogli utrzymywać
swoje rodziny i pomagać im na wiele sposobów. Rolandowi nie podobał się
celibat. Ale na szczęście nie przeszkadzał on wielu biskupom w płodzeniu
bękartów. Z Kościoła pochodzili ludzie wykształceni, zarządzający
królestwem. Dla obrotnego człowieka Kościół był drogą do fortuny.
Roland był gotów ją odbyć. Chciał odnieść sukces. Ale miał też pewne
marzenie, zakorzenione w rodzinnej historii krucjat - którego pewnie nie
uda mu się zrealizować.
Spojrzał w głąb ulicy. Oddalona o kilkaset metrów, na końcu wąskiego
kanionu utworzonego z domów o drewnianych belkach konstrukcyjnych,
znajdowała się brama miasta. Potężne kamienne mury, spinające owalnym
kręgiem oba brzegi Sekwany, zbudował Filip August. Brama była otwarta.
Powinien pójść w przeciwnym kierunku, ale nie mógł się oprzeć i ruszył w jej stronę.
Minął bramę i poszedł prostą drogą przed siebie. Z lewej strony za
sadami widać było klasztor Świętego Marcina wśród Pól. Do drogi, zarówno
w obrębie miasta, jak i poza nim, przylegały mury kilku znaczących
klasztorów. Ale wielka enklawa, która przyciągnęła jego uwagę, leżała
kawałek dalej po prawej stronie. Wyglądała jak forteca. Dwie wieże
zamczyska wznosiły się zuchwale ku niebu. Olbrzymie wrota były zamknięte
i zaryglowane. Roland stał na drodze i patrzył.
Oto siedziba templariuszy. Państwo w państwie.
Zakonowi templariuszy początek dały krucjaty. Najpierw pełnili funkcję
ochrony, transportując przez niebezpieczne tereny złoto dla armii. Byli
więc depozytariuszami bogactw wielu krajów. Tak też znaleźli się o krok
od świadczenia usług bankowych. Jako mnisi nie płacili podatków. W czasie panowania Filipa Augusta templariusze stali się jedną z najpotężniejszych i najbogatszych organizacji w świecie chrześcijańskim.
Podlegali jedynie papieżowi i Bogu. A wśród nich byli rycerze siejący
postrach w całym świecie. Szlachetni templariusze nigdy się nie
poddawali. Nigdy nie wzięto ich do niewoli. Zawsze walczyli do
ostatniego tchu, nie bali się śmierci. Żeby ich pokonać, trzeba było
zabić wszystkich.
Aby wstąpić do zakonu, należało przejść tajną inicjację, której
szczegółów nikt nie znał. Lecz gdy już ktoś ją przeszedł, należał do
najściślejszego kręgu w świecie świętych krucjat.
Roland marzył o tym, żeby zostać templariuszem, odkąd był małym
chłopcem. Wydawało mu się, że to jedyny sposób, aby dorównać ojcu, który
walczył w krucjatach. Gdy przybył do Paryża, marzenie to wciąż było
żywe, lecz ojciec nie chciał o tym słyszeć z bardzo prostego powodu.
Templariusze nie mieli pieniędzy. Gdy rycerz zakonu templariuszy
zobowiązywał się do ubóstwa, rzeczywiście wiódł życie biedaka. Zakon
dysponował nieprzebranymi bogactwami, ale jego członkowie nie mieli nic.
Dla rodziny de Cygne'ów byłby to żaden pożytek.
Roland patrzył przez chwilę, jak wieże zamku otula światło wiosennego
poranka, a następnie zawrócił do miasta. Templariusze byli jego
chłopięcym marzeniem, ale życie w Paryżu, musiał przyznać, wcale nie
było takie złe. Mógł choćby rozkoszować się wdziękami Martine.
Pomyślał o czekającym go dniu i uśmiechnął się do siebie. Martine bardzo
mu się podobała. A jednak skłamał, gdy jej powiedział, że tego wieczoru
musi się uczyć.
Zachodzące słońce pomalowało dachy na czerwono, a cienie się wydłużyły,
gdy Roland wyruszył ze swojego mieszkania na Lewym Brzegu. Znajdowało
się ono jakieś sto metrów na zachód od opactwa Świętej Genowefy, wzdłuż
grzbietu wzgórza, gdzie niegdyś stało Forum Romanum. Od dawna było w ruinie; jego resztki wyrównały nachylenie wzgórza, a wokół wyrosły nowe
świątynie. Rzymska droga prowadząca do rzeki nadal służyła mieszkańcom,
lecz pod innym mianem. Ponieważ ciągnęli tędy pielgrzymi do Santiago de
Compostela, nazwano ją rue Saint-Jacques.
Roland szedł drogą pośród tłumu studentów. Ostatnio uniwersytet zaczął
przenosić się z okolic Notre Dame na Lewy Brzeg, a wzgórze pokryły
domki, w których mieszkali i uczyli się studenci. Pierwszym było
kolegium królewskiego kapelana Roberta de Sorbona, które widział teraz z odległości jakichś pięćdziesięciu metrów po lewej stronie. Wkrótce inne
poszły w jego ślady.
Nadal schodził z łagodnego wzgórza, obok pałacu przeora Cluny i kościoła
parafialnego Świętego Seweryna, aż doszedł do rzeki i do mostu wiodącego
na wyspę, gdzie promienie zachodzącego słońca zabarwiły fasadę Notre
Dame na złotoczerwono.
Roland był podekscytowany. Szedł na spotkanie z inną kobietą.
Martine bez trudu uwierzyła w jego historyjkę. Studenci musieli się
pilnie uczyć na uniwersytecie. Rolandowi nauka przychodziła jednak
łatwo. Jeszcze zanim przybył do Paryża, w wieku piętnastu lat nauczył
się - dzięki lekcjom z księdzem - pisać i mówić po łacinie, gdyż w tym
języku wykładano prawie wszystkie przedmioty uniwersyteckie. Tradycyjne
trivium, program nauczania gramatyki, retoryki, Platona i Arystotelesa -
który pamiętał jeszcze czasy rzymskie - ukończył w czasie krótszym niż
zwykle i szybko przeszedł do quadrivium - arytmetyki, geometrii,
astronomii i muzyki. Uczył się tak szybko, że koledzy ze studiów
nazywali go Abelard. Ale Roland nie zamierzał zostać filozofem. Miał
giętki umysł i dobrą pamięć, to wszystko. Wkrótce ukończy quadrivium i zostanie magistrem. Potem chciał studiować prawo.
Ale dziś miał kochać się z dziewczyną, którą poderwał na rue
Saint-Honoré.
Poznali się trzy dni temu. Jeden z profesorów prawa na uniwersytecie,
człowiek, którego względy chciał sobie zaskarbić, poprosił go o zaniesienie listu do pewnego księdza na Prawym Brzegu.
Wielki Cmentarz Niewiniątek leżał w zachodniej części miasta, w odległości trzystu metrów od rzeki, przy rue Saint-Denis. Gdyby pójść tą
ulicą dalej, przez bramę i poza miasto, doprowadziłaby do opactwa
Saint-Denis, gdzie pochowani zostali królowie Francji. Mieszkańcy
nekropolii Niewiniątek byli o wiele skromniejsi. Ponadtrzymetrowe mury
okalały groby biedoty. Znajdował się tam jednak ładny kościół, w którym
Roland odnalazł księdza, niewysokiego człowieka o fizjonomii uczonego.
Duchowny bardzo serdecznie podziękował mu za fatygę.
Po zachodniej stronie cmentarza znajdował się znacznie weselszy
przybytek. Otwarte targowisko Les Halles, największe w mieście.
Rolandowi się nie śpieszyło, postanowił więc zabawić tam chwilę,
podziwiając kolorowe stragany. Właśnie oglądał wspaniałe włoskie skóry,
gdy spojrzał w stronę kupców prowadzących pogawędkę w podcieniach, z których jeden zdawał się przyglądać mu natarczywie. Nie był zbyt wysoki,
ale jego postawa zdradzała agresywne zamiary. Twarz zasłaniała mu krótka
gęsta siwa broda. Nos miał garbaty, a spojrzenie twarde. Patrzył na
Rolanda jak na karalucha, którego musi zgnieść.
Był to wuj Martine. Roland wiedział, jak wygląda, bo któregoś razu
przyczaił się z ciekawości opodal, aby mu się przyjrzeć, jak wychodzi z domu. Ale przecież kupiec nie miał pojęcia o jego istnieniu! Mimo to
próbował teraz zabić go spojrzeniem.
Czy go poznał? Co wiedział? Roland oddalił się powoli, próbując nie
zwracać na niego uwagi. Schował się za innym straganem, skąd mógł
niezauważony obserwować kupca. Spojrzenie wuja Martine przeniosło się
wówczas na coś innego, ale pozostało tak samo wrogie. Taką przynajmniej
Roland miał nadzieję. Na wszelki wypadek opuścił jednak teren Les
Halles.
Chwilę później wszedł do tawerny za rogiem na rue Saint-Honoré. Ta
dziewczyna tam pracowała. Nie była krewną właściciela, lecz zwykłą
służącą. Śmiała dziewczyna, z masą gęstych czarnych włosów, ciemnymi
oczami i dużymi białymi zębami. Zauważył, że jeden czy dwóch klientów
próbuje z nią flirtować, ale stanowczo to ukróciła. Gdy jednak spotkały
się ich spojrzenia, poczuł, że się jej spodobał. Został w tawernie
dłużej. Powiedziała mu, że wieczorem będzie wolna i ma na imię Louise.
Gdy popołudniowe słońce prażyło fasadę Notre Dame, Roland przeszedł
przez most na Île de la Cité. Zanim ruszył dalej w stronę Prawego
Brzegu, zatrzymał się na chwilę. Po lewej stronie w dole rzeki widać
było most z tuzinem młynów, a za nim przystań, gdzie rozładowywano sól i śledzie z Normandii. Dalej wąski zachodni czubek wyspy rozdzielał wody
Sekwany, lśniąc w promieniach zachodzącego słońca. A jeszcze dalej w dole rzeki wznosił się niewielki kwadratowy fort z wysokimi wieżyczkami
zwany Luwrem, który mógł odciąć wodną drogę do Paryża za pomocą
przerzucanych na drugi brzeg masywnych łańcuchów. Jego zadaniem było
pilnowanie świętego miasta przed najeźdźcami, którzy mogliby je złupić.
Roland patrzył ku zachodowi na ciepłe słońce i się uśmiechał. Uznał to
za bardzo dogodne, że Martine mieszka po wschodniej stronie Prawego
Brzegu, a Louise po zachodniej. Jeśli mu się poszczęści, będzie mógł
przez dłuższy czas odwiedzać obie kochanki.
Czekając na kochanka następnego wieczoru, Martine była bardzo
podniecona. Na małym stoliku w jej pokoju czekały słodycze i dzban wina.
Poprzedniego dnia była u spowiedzi i po pokucie i rozgrzeszeniu jak
zwykle czuła się świeżo, jakby świat został stworzony na nowo. Mimo
wszelkich wad młodzieńca lekko drżała w oczekiwaniu na niego.
Czekała na zapadnięcie zmroku. Dwaj służący spali na strychu w głównej
części domu, a trzeci w kuchni. Drzwi do kuchni były już zaryglowane, a okiennice zamknięte. Wuj wciąż jeszcze siedział w kantorku, ale jego
okna wychodziły na ulicę od frontu.
Włożyła czarną pelerynę i wyszła na podwórze. Księżyc zasłoniły chmury.
Była prawie niewidzialna. Podeszła do furtki od strony zaułku i odsunęła
rygiel.
Roland już czekał. Wmaszerował szybko na podwórze. Chwilę później
skradali się już po krętych schodach prowadzących do jej sypialni.
Świeca roztaczała ciepłe światło. Pokój sprawiał wrażenie przytulnego.
Roland był w dobrym nastroju. Zadowolony z siebie. Zachwycił go
niewielki poczęstunek, który przygotowała.
- Byłam wczoraj u spowiedzi - powiedziała z uśmiechem, nalewając mu
wina.
- Aż tak nagrzeszyłaś?
- Tylko z tobą.
- Ach. To grzech śmiertelny. Dostałaś pokutę i rozgrzeszenie?
- Tak.
- Czy znów masz zamiar grzeszyć?
- Może. Jeśli będziesz dla mnie miły. - Spojrzała na niego zagadkowo. -
A ty? Też chodzisz do spowiedzi?
- Od czasu do czasu.
- Mam nadzieję, Rolandzie. Nie zapominaj, że nosisz tonsurę. Masz zostać
księdzem.
- Być może. - Wzruszył ramionami. - Cielesne grzechy nie są takie ważne.
- Jestem więc grzechem cielesnym?
- Według teologii, tak. - Odwrócił na chwilę głowę i ciągnął: - Kobieta
zamężna byłaby większym grzechem. Wdowa to co innego. Poza tym przecież
nie uwiodłem dziewczyny ze szlacheckiego rodu.
- A więc nic nie szkodzi, bo pochodzę tylko z kupieckiej rodziny, z bourgeoise?
- Wiesz, co mam na myśli.
O tak, wiedziała. Był szlachcicem, uważał się za lepszego od reszty
ludzkości. Ten zubożały, niedoświadczony, zadziorny paniczyk myśli, że
zaciągnie ją do łoża, bo jego przodkowie byli przyjaciółmi Karola
Wielkiego. I ona ma się na to godzić! Tak po prostu. Najchętniej
wyrzuciłaby go za drzwi.
Ale nie zrobiła tego. Była dziś w nastroju do miłości. I skoro zaszli
już tak daleko, to równie dobrze może dostać to, na co ma ochotę. Oboje
mogą traktować się instrumentalnie.
Odstawił wino i się uśmiechnął. Ruszył w jej stronę, lecz nagle
przystanął.
- Nie mówiłem ci, że widziałem twego wuja na targu. Gapił się na mnie,
jakby mnie znał. Trochę mnie przestraszył. Ale potem zdałem sobie
sprawę, że on ma taką minę przez cały czas. Myślisz, że może o mnie
wiedzieć?
- Nie ma o niczym pojęcia. Zaufaj mi.
- Bogu dzięki.
Wreszcie podszedł. Zaczął ją całować. Położyli się na słomianym
sienniku. Martine miała na sobie tylko halkę, on był ubrany. Oboje czuli
podniecenie. Jego ręka powędrowała po jej udzie, pomiędzy nogi. Martine
westchnęła cicho. Zaczął ściągać spodnie i jednocześnie w nią wszedł.
- Zdejmij koszulę - powiedziała, ciągnąc za poły. Jak większość ludzi
Roland nosił koszulę przez tydzień albo i dłużej. Była przesiąknięta
wonią potu i ulicy. Martine podobało się natomiast, że młodzieniec myje
się częściej niż inni mężczyźni, których znała. Prawdę mówiąc,
ochlapanie się zimną wodą z miski to nie kąpiel, ale tak wyglądała
higiena w Paryżu epoki krucjat.
- Mmm, to miłe - szepnęła.
Czuła zapach jego potu i jeszcze ten delikatny aromat migdałów na jego
skórze. Był coraz bardziej podniecony, czuła, jak mocno w nią wchodzi.
Wyprężyła się do tyłu. On mocno napierał.
W tym momencie zmarszczyła nos. Poczuła jeszcze inny zapach. Pomyślała,
że to złudzenie. Ale nie, czuła wyraźnie. Zapach perfum, innych niż jej
pachnidła. To był ohydny zapach najtańszych perfum używanych przez
uliczne dziewczyny, które w ten sposób maskowały to, że nie myły się od
miesiąca.
Wytłumaczenie mogło być tylko jedno. Zrozumiała to w mgnieniu oka. A więc tak wyglądała jego nauka poprzedniego wieczoru!
Zesztywniała.
On skończył. Przedwcześnie.
Martine leżała bez ruchu. Ogarnęło ją jak fala poczucie wielkiej
krzywdy. Ale szybko minęło. Przecież go nie kocha. Potem poczuła gniew.
Jak on śmie? Ona ofiarowała mu siebie, a on poszedł z jakąś pierwszą
lepszą, którą poderwał Bóg wie gdzie. Czy nie ma dla niej ani odrobiny
szacunku? Czy nie zdaje sobie sprawy, jak mu się poszczęściło? Miała
ochotę głośno krzyczeć. Chciała uderzyć go czymś twardym i ciężkim.
Chciała sprawić, aby cierpiał.
Ale cały czas leżała bez ruchu. Nachylił się nad nią. Zmusiła się do
uśmiechu. Następnie położyła mu głowę na piersi i zaczęła go głaskać,
przymykając oczy, jakby była śpiąca. Po jakimś czasie poczuła, że jego
ciało się rozluźniło. Drzemał. Odsunęła się od niego i leżała zatopiona
w myślach.
Uśmiechnęła się z satysfakcją. Zemsta to danie, które najlepiej smakuje
na zimno. Była teraz zadowolona, że nie dała niczego po sobie poznać. On
niczego się nie spodziewa. Zamknęła oczy.
Świtało już, gdy się ocknęła. W słabym świetle wpadającym między
okiennicami widziała, że on leży na boku, z głową opartą na ramieniu, i ją obserwuje.
- Nareszcie - powiedział i wyciągnął ręce w jej stronę.
Pocałował ją w szyję, a potem wędrował ustami po całym jej ciele, coraz
niżej. Pozwoliła mu na to. Było jej przyjemnie. Nigdzie mu się nie
śpieszy. Ani jej.
- Spać mi się chce - powiedziała.
Był już twardy, a tego właśnie chciała. Pozwoliła mu wejść w siebie.
Poruszał się powoli i rytmicznie, bez pośpiechu.
- Wiesz - szepnęła - co do tego, o czym mówiliśmy wczoraj...
- Masz zwyczaj rozmawiać, kiedy się kochasz?
- Czasami. Mam na myśli mego wuja. Nie przejmuj się nim. Nie ma o niczym
zielonego pojęcia.
- To dobrze.
- Gdyby wiedział, od razu by mnie zbił.
- Och.
- Chce, żebym dobrze wyszła za mąż. A mężczyznę, którego by tu
przyłapał... ech...
- Co takiego?
- Czeka los Abelarda.
Zastygł.
- Nie mówisz poważnie.
- Nie znasz go.
- Wykastrowałby mnie? Obciąłby mi przyrodzenie?
- Kazałby to zrobić jakimś rzezimieszkom. To człowiek ustosunkowany.
- Ale przecież jestem szlachcicem!
- Abelard też nim był.
Abelard rzeczywiście pochodził ze zubożałej rodziny szlacheckiej.
Poczuła, jak w niej wiotczeje. Przytuliła go.
- Nie martw się, mon amour, on nie ma o nas pojęcia.
Męskość Rolanda była jednak w pełnym odwrocie.
- Nie zostawiaj mnie teraz - wyszeptała. - Dokończ to, co zacząłeś.
Odsunął się. Spojrzał na pasek światła pomiędzy okiennicami.
- Lepiej już pójdę - mruknął.
- Wrócisz dziś wieczorem?
- Dziś muszę się uczyć.
- A jutro?
- Jeśli będę mógł.
Dzień minął spokojnie, więc miała czas do namysłu. W gruncie rzeczy może
dobrze, że sprawy przybrały taki obrót. Romans z Rolandem - jakkolwiek
krótki - wystawiał ją na ryzyko. Uświadomił jej wszakże jedno: brakowało
jej mężczyzny.
Przyszedł czas na zamążpójście. Prawdopodobnie znajdzie bogatego męża.
Wuj by w tym pomógł. W Paryżu było wielu zacnych mężczyzn, więc równie
dobrze można znaleźć zamożnego kandydata.
Z Rolandem koniec. Co nie znaczy, że go nie ukarze.
A może się myli? Może nie ma drugiej kobiety? Wątpliwe. Instynkt mówił
jej, że ma słuszność, ale chciała zyskać pewność. Po południu miała już
gotowy plan.
Nastał wieczór i słońce zachodziło za Sekwanę, gdy Martine szła przez
most z Lewego Brzegu na Île de la Cité. Możliwe, że ma dziewczynę na
Lewym Brzegu, ale wtedy trudniej byłoby mu to ukryć. Bardziej
prawdopodobne, że ta druga mieszka po północnej stronie rzeki. Martine
znalazła wygodny punkt obserwacyjny na rogu ulicy i czekała.
Nie musiała czekać długo. Nadszedł sprężystym krokiem od strony mostu.
To tak wygląda nauka dzisiejszego wieczoru? Owinęła głowę szalem i ruszyła za nim. Na ulicy było dość ludzi, aby mogła śledzić go
niezauważona. Niektórzy stali na moście, podziwiając zachód słońca.
Roland też się zatrzymał. Następnie przeszedł na Prawy Brzeg i udał się
dalej na północ, po czym skręcił w lewo w rue Saint-Honoré. Szła za nim.
Widziała, jak wchodzi do tawerny. Zawahała się. Jeśli tam wejdzie,
ludzie odwrócą głowy. On też ją zauważy, a to byłoby krępujące. Z drugiej strony chciała wiedzieć, co on tam robi. Stała na ulicy,
zastanawiając się, co począć.
Oszczędził jej dylematu, pojawiając się z powrotem w towarzystwie taniej
dziewczyny z masą czarnych włosów, dokładnie takiej, jaką wyobrażała
sobie Martine. Widziała, jak ją obejmuje, a ona przyciąga jego głowę,
żeby pocałować go w usta. Martine odwróciła wzrok, aby nie została
zauważona, ale nawet nie zerknęli w jej kierunku.
Przez moment była w szoku, poczuła się zdradzona. Ale po chwili przyszła
satysfakcja. Miała rację. Jej zmysły i instynkt nie zawiodły. Przyszedł
czas na dokonanie zemsty.
Tego wieczoru, gdy w kuchni nie było nikogo, wykradła długi, rzadko
używany nóż kuchenny. Potem, gdy wuj siedział w kantorku, weszła do
pustego salonu. Stał tem wielki dębowy stół. Przyglądała mu się z namysłem, jakby chciała zapamiętać usłojenie drewna.
Następnego ranka po śniadaniu wuj udał się na targ Gr?ve. Kucharka i dwie inne służące pracowały w kuchni.
Martine weszła do salonu. Dobrze wiedziała, co ma robić. Liczyła się z tym, że okaże się to bolesne. Wszystko przemyślała w najdrobniejszych
szczegółach. Gdy wzięła głęboki oddech, żeby się przygotować, jej twarz
wykrzywił oczekiwany ból. Nie potrafiłaby się na to zdobyć, gdyby nie
żądza zemsty.
Przeżegnała się bezwiednie, jeszcze raz spojrzała na stół i odwróciła
głowę, żeby nie złamać nosa. Upadła całym ciężarem na twardy kant stołu.
Nie musiała udawać, zawyła z bólu. Służące natychmiast przybiegły.
- Potknęłam się - zaszlochała. Na podłodze zauważyła krople krwi. Nie
chciała przeciąć skóry, miała nadzieję, że rana nie zostawi trwałej
blizny. Czuła pulsujący ból przy lewym oku.
Młodsza ze służących pobiegła na targ po wuja, a kucharka, drobna,
energiczna kobieta, wzięła sprawy w swoje ręce. Rozcięcie nad okiem nie
było zbyt głębokie. Oczyściła je i zatamowała krwawienie kawałkiem
czystego płótna. Posmarowała ranę tłuszczem i owinęła Martine głowę
bandażem. Zimny kompres miał pomóc na opuchliznę.
- Będzie pani miała dużą, błyszczącą śliwę pod okiem - stwierdziła z radością w głosie.
Gdy wuj dotarł do domu, Martine siedziała już spokojnie w kuchni,
popijając rosół. Jej twarz puchła w oczach. Upewnił się, że bratanica
nie doznała poważnych obrażeń, i wrócił na targ, a Martine powiedziała
służkom, że chce odpocząć w swoim pokoju i zejdzie znów koło południa.
Wszystko szło zgodnie z planem.
Odczekała jakiś czas w pokoju, póki nie upewniła się, że podwórze
opustoszało. Następnie schowała długi nóż w fałdach spódnicy i wyszła na
tył domu przez furtkę, której Roland używał w czasie nocnych wizyt.
Szybkim krokiem udała się na południe, okrążyła targ Gr?ve i skierowała
się w stronę rzeki. Podobnie jak poprzedniego wieczoru owinęła głowę
szalem, żeby ukryć bandaż.
Most łączący Prawy Brzeg z Île de la Cité oddalony był zaledwie o czterysta metrów. Gdy po nim szła, jej wzrok padł na wysoki dach Grand
Châtelet, gdzie mer Paryża wymierzał sprawiedliwość. Studenci
uniwersytetu, tacy jak Roland, którzy odpowiadali jedynie przed władzą
kościelną, nie podlegali surowej jurysdykcji władzy świeckiej. Martine
uśmiechnęła się do siebie. Sama wymierzy Rolandowi de Cygne'owi
sprawiedliwość.
Weszła na wyspę. Ponad dachami po prawej stronie wznosiła się wysoka
sylwetka Sainte-Chapelle, szara na tle nieba. Święte relikwie, które
kryła, być może przynosiły królowi radość, lecz w jej oczach królewski
relikwiarz wyglądał tego dnia jak wysoka wychłodzona stodoła.
Wspomnienie o budzącym się pożądaniu do Rolanda, z którym oglądała
wnętrze kaplicy, było teraz jak wystygły popiół. Jeszcze raz przeszła
przez Sekwanę wąskim mostem wiodącym na Lewy Brzeg i ruszyła pod górę
długą prostą rue Saint-Jacques.
Rzadko bywała na Lewym Brzegu. W Dzielnicy Łacińskiej, jak niektórzy ją
teraz nazywali, roiło się od ludzi nauki. Zaklęła, gdy omal nie weszła w jeszcze ciepłe ludzkie odchody, które ktoś wyrzucił przez okno.
Pomyślała ponuro: "No tak, uczeni mówią po łacinie i wygłaszają kazania
w kościele, a życie i tak sprowadza ich do poziomu ulicznego fetoru".
Dochodziła już do szczytu wzgórza. Namacała rękojeść noża pod paskiem. Z przodu znajdowała się brama miejska, przez którą wychodzili pielgrzymi
wędrujący do Santiago de Compostela. Wiedziała, że mieszkanie Rolanda
znajduje się w tej okolicy. Z bramy wyszedł jakiś student i już miała go
zapytać o Rolanda, gdy ten pojawił się we własnej osobie w bramie
sąsiedniego domu. Zauważył ją i zatrzymał się zaskoczony. Szybko do
niego podeszła.
- Musimy natychmiast porozmawiać - powiedziała gwałtownie. - Na
osobności.
Zmarszczył brwi. Poprowadził ją ulicą i skręcił na kościelny
dziedziniec. Było cicho. Nikt ich nie widział.
- Co się stało? - spytał. - Wybierałem się dziś do ciebie.
- Broń Boże - rzuciła. - Spójrz.
Zdjęła szal. Patrzył zaskoczony na wielką czerwoną opuchliznę na jej
twarzy.
- Mój Boże, co się stało?
- To mój wuj. Zbił mnie. Wie o nas. - Widziała, że pobladł. - Wymknęłam
się z domu, żeby cię ostrzec.
- Jak się dowiedział? Spał, gdy wczoraj wychodziłem. Słyszałem, jak
chrapie.
- Kucharka cię widziała. Powiedziała mu.
- Wie, kim jestem?
- Jeszcze nie. Nie zdradziłam mu twego nazwiska. Ale rozesłał ludzi,
żeby się dowiedzieli.
Roland się zamyślił.
- Nikt inny o nas nie wie. Czy kucharka dobrze mi się przyjrzała?
- Podała mu rysopis.
- Do licha!
- Och, Rolandzie. - Zrobiła żałosną minę. - On będzie mnie bił, aż
zdradzę mu twoją tożsamość. Nie wytrzymam długo.
Podniósł wzrok, przeklinając zapewne swój pech. Namacała nóż przy pasku,
ale go nie wyjęła. Znów na nią spojrzał.
- Nie sądzisz chyba... - zaczął.
- Och, Rolandzie - zaszlochała. - Musisz opuścić Paryż. Natychmiast.
- Nie mogę.
- Nic nie rozumiesz. Nie znasz go. Jak raz coś postanowi... On ma
stosunki.
- Naprawdę kazałby mnie wykastrować? - Patrzył na nią z przerażeniem.
- Nic go nie powstrzyma. Nawet sam król.
Roland był przerażony. Obserwowała go. Wszystko poszło zgodnie z planem.
- Nie mogę wyjechać z Paryża - wymamrotał. - Nie mam się gdzie podziać.
- Moglibyśmy uciec razem - zaproponowała. - Mam trochę pieniędzy.
Moglibyśmy uciec do Normandii albo do Anglii.
- Nie ma mowy - odparł, patrząc w ziemię.
Spodziewała się tej reakcji.
- Już mnie nie pragniesz - zaszlochała. - Jestem zgubiona.
- Ależ nie - zaprotestował. - Zależy mi na tobie.
Zamilkli na chwilę.
- On nie ma zamiaru cię zabić. To już coś - dodała. - Mówią, że Abelard
stał się wybitnym filozofem po tym, jak go spotkało to nieszczęście.
Wyraz twarzy Rolanda świadczył o tym, że filozofia jest dla niego marną
pociechą.
- Co ja pocznę?
Nadszedł właściwy moment. Sięgnęła pod pelerynę i wyjęła nóż.
- Masz. To dla ciebie.
- Dla mnie?
- Jeśli pojawią się te zbiry, użyj go. Nie wahaj się. Nie będziesz miał
zbyt wiele czasu. Oni się nie patyczkują. Jeśli uda ci się zabić lub
zranić napastników, być może wuj się zastanowi, nim wyśle następnych. To
twoja jedyna nadzieja.
Wziął nóż. Ważył go w dłoni, zaciskając usta. Widziała, że rozgląda się
wokół.
Nagle poczuła, jakby czytała w jego myślach. Jedyna rzecz, której nie
przewidziała. Czy to możliwe? Zastanawia się teraz, czy jej nie zabić?
Czy nie pozbyć się w ten sposób kłopotu? Wszak nikt ich nie widział.
Jeśli ją zabiję, pomyślał być może, jej wuj nigdy się nie dowie, kim
jestem.
Jak mogła być tak głupia? Przyniosła mu nóż, żeby łatwiej jej uwierzył.
Była tak pochłonięta planowaniem zemsty, że przeoczyła ten słaby punkt
całego przedsięwzięcia. Zastygła.
Ale on pokręcił głową i oddał jej nóż.
- Mam własną broń - oświadczył.
Nigdy się nie dowie, czy przed chwilą się myliła, czy też doszedł do
wniosku, że zabicie jej byłoby zbyt niebezpieczne. A może odezwało się w nim sumienie?
- Muszę wracać, nim ktoś się zorientuje, że mnie nie ma - powiedziała. -
Uważaj na siebie, Rolandzie. Boję się, że już nigdy się nie spotkamy.
Bóg z tobą.
Wepchnęła rękojeść noża pod pasek, owinęła głowę szalem i szybkim
krokiem opuściła dziedziniec.
Idąc z powrotem w kierunku rzeki, zastanawiała się z satysfakcją, ile
bezsennych nocy i koszmarów sennych czeka Rolanda. I czy zdecyduje się
wyjechać z Paryża. Ach, jakie to przyjemne widzieć tego pewnego siebie
świntucha, jak się skręca z niepokoju.
Zemsta jest słodka.
Roland do końca dnia nie mógł dojść do siebie. Próbował zająć się
własnymi sprawami. Poszedł na wykład. Potem do tej samej tawerny co
zwykle i spotkał się z przyjaciółmi. Miał ochotę zwierzyć się komuś ze
swoich kłopotów, ale nie mógł. Kupił chleb, trochę wędzonej wędliny,
fasoli i wrócił do siebie.
Do pokoju wchodziło się po skrzypiących drewnianych schodach. W drzwiach
był rygiel. Roland zastanawiał się, czy nie zamontować drugiego. Doszedł
do wniosku, że nie ma sensu. Dwóch zdeterminowanych mężczyzn bez
problemu wyłamie drzwi. Miał jednak ciężką dębową komodę. Mógłby ją
przysunąć do drzwi. Jeśli położy siennik obok komody, od razu się
obudzi, gdyby ktoś próbował się włamać do środka.
Martwiło go okno. Znajdowało się zaledwie trzy metry nad ulicą. Było za
to wąskie, a okiennice solidne. Miałby szansę stamtąd odeprzeć atak.
Jeśli chodzi o broń, miał własny sztylet. Wolałby miecz, ale student nie
mógł chodzić z mieczem po ulicach. Sztylet był długi, przeznaczony do
użytku na polu bitewnym. Należał kiedyś do jego dziadka. Roland
wypróbował ostrze. Jak brzytwa. Nawet gdyby przyszło po niego kilku
zbirów, zdoła zabić jednego albo nawet dwóch.
Został w pokoju do wieczora, zjadł posiłek, przygotował barykadę i posłał sobie łóżko w oczekiwaniu na niebezpieczną noc.
Nie mógł spać. Każde skrzypnięcie stawiało go na nogi. Około północy
coś, pewnie szczur, potrąciło stos drewna na opał i jedna szczapka
upadła na kamienny dziedziniec. W mgnieniu oka Roland zerwał się na nogi
i przyczaił za oknem, ze sztyletem w ręku. Nie śmiał otwierać okiennic,
by nie zdradzić swej obecności, ale nasłuchiwał długo, czy nikogo nie ma
na podwórzu lub na schodach. Stał tak prawie pół godziny, nim położył
się z powrotem, wciąż nasłuchując.
Miał natłok myśli. Co mu przyszło do głowy, żeby związać się z Martine?
Gdyby tylko zachował czystość! Gdyby został rycerzem zakonu
templariuszy! Co ma teraz począć? Wrócić do domu? Jak wytłumaczy to
ojcu? Rodzina będzie na niego wściekła. Miał im pomagać, a tymczasem ich
zawiódł. Bał się tej konfrontacji prawie tak samo jak okaleczenia.
Mijały godziny. Nawet się nie zdrzemnął. O świcie znów skoczył na równe
nogi, bo ktoś wylał z okna pomyje. Gdy bramy miasta się otwarły i ludzie
zaczęli się krzątać na ulicach, wstał z podkrążonymi oczami i zszedł
chwiejnie po schodach, by stawić czoło kolejnym godzinom.
Wcześnie rano miał wykład. Nie chciał wyjść z domu bezbronny. Lecz
student nie mógł przecież chodzić ze sztyletem u pasa. Jak go ukryć, by
był zawsze pod ręką? Przejrzał swoje rzeczy i wpadł na rozwiązanie. Miał
rulon tanich pergaminów, głównie ze skór króliczych i wiewiórczych -
takich, jakich używali urzędnicy i kupcy do zapisywania transakcji.
Gdyby schował sztylet do środka, miałby go przy sobie i łatwo wyjął w razie potrzeby. Tak uzbrojony ruszył na ulicę, by dołączyć do innych
studentów śpieszących na uczelnię.
Wszystko wyglądało jak zwykle. W tłumie czuł się bezpieczniej, ale wciąż
się zastanawiał, czy gdyby został znienacka zaatakowany, inni studenci
stanęliby w jego obronie. Gdyby to był jeden wściekły zabijaka, pewnie
tak. Ale trzej uzbrojeni mężczyźni? Wtedy raczej nie. Wracając z wykładów do domu w towarzystwie innych studentów, mimo wszystko oglądał
się co jakiś czas za siebie, by sprawdzić, czy nikt go nie śledzi.
Przyszła mu do głowy jeszcze jedna myśl. Czy nie powinien jakoś chronić
swego ciała przed uszkodzeniem? Mógłby na przykład nosić pod odzieniem
kleryka skórzaną kamizelkę, jak żołnierze. Niektóre z nich miały
metalowe ćwieki. Może udałoby mu się jakoś połączyć końce kamizelki
między nogami, czy wtedy byłoby to odpowiednie zabezpieczenie? Czy jego
oprawcy i tak by się do niego dobrali?
Po zachodniej stronie Dzielnicy Łacińskiej znajdowała się brama miejska,
przez którą prowadziła droga do kościoła na przedmieściach zwanego
Saint-Germain-des-Pr?s. Tuż przed bramą w warsztacie płatnerskim można
było kupić elementy uzbrojenia. Nigdy tam nie był, ale słyszał, że to
jeden z najlepszych płatnerzy w mieście. Po południu wybrał się do
niego.
W warsztacie panował ruch. Były tam kowadła jak u kowala, wszędzie
wisiały miecze, hełmy, kolczugi i wszelkiego rodzaju ubiór ochronny dla
rycerzy. Nie brakowało elementów osłaniających głowę, ramiona, pierś i nogi. Nie było jednak specjalnego odzienia, które chroniłoby krocze
mężczyzny. Przecież nie będę chodził w zbroi, pomyślał Roland.
Poprosił o słówko z właścicielem. Wskazano mu niskiego mężczyznę o energicznych ruchach i krótko przystrzyżonej siwej brodzie. Mężczyzna
uważnie wysłuchał, o jakie zabezpieczenie chodzi.
- Tego jeszcze nigdy nie robiłem - przyznał. - Czy przyłapano pana z cudzą żoną?
- Coś w tym rodzaju.
- No cóż, zawsze powtarzam, że możemy zrobić wszystko. Potrzebuje pan
czegoś w rodzaju pasa cnoty, tyle że większego. Trudno to będzie zrobić
z metalu. Miałby pan kłopoty z siadaniem. - Płatnerz się zamyślił. - Aby
pan miał swobodę ruchów, musiałbym obstalować krótkie spodnie z kolczugi
na skórze. To będzie dość ciężkie, wie pan, no i kosztowne.
- Mógłby pan to zrobić?
- Tak, ale dopiero za miesiąc albo później. Mam zamówienia od
najgodniejszej szlachty w kraju. - Przyjrzał się znękanemu młodzieńcowi.
- Czy to może poczekać?
- Raczej nie.
- To niech pan uważa na siebie - odparł płatnerz z uśmiechem.
Zasmucony Roland odszedł z kwitkiem. I tak nie stać go chyba było na
takie zabezpieczenie, nawet gdyby płatnerz się zgodził.
Nie spał od półtorej doby i kręciło mu się w głowie. Nie wiedział, co ma
ze sobą zrobić. Ruszył z powrotem na rue Saint-Jacques i skręcił w stronę rzeki. Wkrótce po lewej stronie minął kościół Świętego Seweryna.
Wszedł do środka w nadziei, że nieco uspokoi zszargane nerwy.
Dziwne, stare, wąskie nawy stwarzały poczucie intymności. Parę razy
przebudowywany, kościół stał tu już od siedmiuset lat, od czasów
pierwszych królów Franków. Siedząc na kamiennej ławce, oparty plecami o ścianę, z oczami utkwionymi w drzwiach i sztyletem ukrytym w pergaminie
na kolanach, Roland zaczął się zastanawiać nad swoją sytuacją.
Trudno było przeczyć faktom. Zgrzeszył, a Pan Bóg go ukarał. Zasłużył
sobie na to. To było jasne jak słońce. Co powinien uczynić? Musi żałować
za grzechy. Musi całym sercem błagać o przebaczenie. Czy je otrzyma, to
już inna sprawa.
Przyszła mu do głowy straszna myśl. A może Bóg chce, żeby został
wykastrowany? Może nie tylko go karze, ale chroni przed dalszą pokusą?
Czyżby Bóg pragnął, by Roland poświęcił życie Kościołowi jako ksiądz
albo mnich żyjący w celibacie? To chyba niemożliwe. Czyż wolą Boga nie
było raczej to, żeby sam zwalczał pokusy, a nie został ich pozbawiony?
Wprawdzie Abelardowi przypadł w udziale taki los, ale on był wielkim
uczonym i filozofem. Miejsce Rolanda w świecie było o wiele
skromniejsze. Niewart był aż tyle uwagi. Wielu duchownych robiło to samo
i uchodziło im to na sucho. Jeśli poświęci życie służbie Kościołowi,
powtarzał sobie, to wystarczy. Jeśli będzie naprawdę żałował za grzechy,
otrzyma rozgrzeszenie.
Próbował się pomodlić. Próbował bardzo sumiennie przez ponad godzinę.
Pod koniec poczuł się odrobinę spokojniejszy. Przynajmniej zrobiłem
dobry początek, pomyślał. To już coś. Wstał i ostrożnie wyszedł na
ulicę.
Gdyby tylko nie czuł się taki wykończony. Musi się przespać. Nie chciał
jednak nocować u siebie. Trzeba było znaleźć inne miejsce. Takie, o którym jego oprawcy nie wiedzą. Dokąd mógłby się udać?
Przyszła mu do głowy znakomita myśl. Dziewczyna na rue Saint-Honoré.
Może u Louise? Ani Martine, ani jej wuj nie wiedzieli o niej!
Louise miała mały pokoik obok tawerny. Na pewno pozwoli mu się tam
przespać. Aby pokazać, że jego skrucha jest prawdziwa, nie będzie się z nią kochał. To jest myśl! Pójdzie do tawerny i z nią porozmawia.
Z tą nową nadzieją w sercu ruszył przez rzekę na północ.
Tylko jedna rzecz go martwiła. Gdy już położą się do łóżka, to czy
będzie w stanie oprzeć się pokusie? Czy ona mu na to pozwoli?
Zastanawiając się nad tym problemem, doszedł do rue Saint-Honoré i właśnie zamierzał skręcić za róg.
Ktoś złapał go za łokieć. Roland podskoczył do góry, a ręka odruchowo
powędrowała ku sztyletowi. Odwrócił się przerażony do napastnika.
- Drogi młodzieńcze, chyba cię nie przestraszyłem?
Był to ksiądz z kościoła przy Cmentarzu Niewiniątek, któremu w zeszłym
tygodniu dostarczył list.
- Ach, to ksiądz! - wykrzyknął.
- Przepraszam, że cię przestraszyłem - sumitował się duchowny. - Zdawało
mi się, że cię rozpoznaję. Niedawno byłeś u mnie w domu. Czy wszystko w porządku? - Błękitne oczy spoglądały dobrotliwie na młodzieńca. -
Wyglądasz mizernie.
- Tak, mon p?re, czuję się dobrze. - Roland spoglądał na księdza z mieszaniną ulgi i zażenowania. - Dziękuję... szczerze mówiąc... niezbyt
dobrze spałem zeszłej nocy.
- Dlaczego, synu?
- Widzi ksiądz... - Roland myślał gorączkowo. - W moim domu był pożar.
Niewielki. Został ugaszony, ale mój pokój to pogorzelisko. Wszędzie
czarna sadza...
Bełkotał coś jeszcze, a starszy duchowny przyglądał mu się dobrotliwie.
- A gdzie będziesz dziś spał, mój synu?
- No właśnie... miałem zamiar prosić kolegę...
- Możesz przenocować u mnie. Mam mnóstwo miejsca.
- U księdza?
- Dziwne byłoby, gdyby ksiądz od Niewiniątek nie pomógł człowiekowi w potrzebie.
Rolandowi wydało się, że zrozumiał. To był palec boży. Bóg zesłał mu
tego księdza w godzinie potrzeby, żeby uchronić go od pokusy. Nie musi
spać u Louise. Będzie bezpieczny.
- Dziękuję, ojcze - powiedział. - Z wielką chęcią.
Dom księdza przylegał do kościoła. Choć nieduży, miał przytulny salon z kominkiem, oknem i częścią oddzieloną ciężką kotarą, za którą można było
położyć materac dla gościa. Gospodynią księdza była siostra zakonna w podeszłym wieku, która przychodziła codziennie z pobliskiego klasztoru.
Przygotowała dla nich obu kolację. Roland zjadł pożywną potrawkę, trochę
sera, wypił kielich wina i od razu poczuł się znacznie lepiej.
Miło rozmawiali. Ksiądz pytał go o rodzinę i studia; sam okazał się
wybitnym uczonym. Opowiedział gościowi o swojej parafii i o ubogich.
Dopiero pod koniec posiłku spytał łagodnie:
- Synu, czy masz jakieś kłopoty?
Roland zawahał się. Miał wielką ochotę wyjawić całą prawdę temu miłemu
człowiekowi. Czy powinien się wyspowiadać i poprosić o pomoc? Może
ksiądz mógłby go ochronić przed niebezpieczeństwem? Wszak Kościół był
potężny. Zapragnął się wyspowiadać.
Ale nie potrafił.
- Nie, mon p?re - skłamał.
Ksiądz nie nalegał. Gdy słońce zaczęło zachodzić, powiedział jednak, że
pod koniec każdego dnia idzie zwykle do kościoła, by się pomodlić, i zaproponował Rolandowi, aby dotrzymał mu towarzystwa.
- Dobrze by mi to zrobiło - odparł z zapałem młodzieniec. A następnie
poszedł po zwój pergaminu, by na wszelki wypadek mieć ze sobą sztylet.
- Nie ma potrzeby brać tego ze sobą - zaoponował staruszek. - Tu w domu
będzie zupełnie bezpieczne.
Cóż miał począć? Wbrew swojej woli poszedł nieuzbrojony.
W kościele Niewiniątek panowała cisza. Byli sami.
- Za każdym razem, jak się tu modlę - zauważył ksiądz - staram się
pamiętać o obecności tych wszystkich duszyczek, których nawet nie możemy
wspomnieć z imienia, prostych paryżan, którzy leżą tu obok na cmentarzu.
- Uśmiechnął się. - Wówczas zawsze mi się wydaje, że moje problemy
maleją.
Przeszedł do małego bocznego ołtarza, ukląkł i zaczął się modlić.
Roland ukląkł obok niego i z całych sił starał się skupić na modlitwie.
Obecność staruszka przynosiła mu ukojenie. Poczuł spokój. W tym cichym
przybytku, pomyślał, na pewno jestem pod opieką Boga.
A mimo to... W miarę upływu czasu, w trwającej ciszy nie mógł się
powstrzymać od nasłuchiwania. Miał ochotę odwrócić głowę, by się
upewnić, czy jakieś podejrzane osoby nie skradają się ku niemu. Ale nie
śmiał przeszkadzać towarzyszowi w modlitwie.
Ku swemu zawstydzeniu zaczął się zastanawiać, co by było, gdyby drzwi
kościoła otworzyły się nagle i stanęli w nich dwaj lub trzej uzbrojeni
mężczyźni. Nie miał wprawdzie sztyletu, ale ksiądz był dość lekki. Czy
mógłby go podnieść i użyć jako tarczy? Właśnie nad tym dumał, gdy
usłyszał głos staruszka:
- Odmówmy razem Ojcze nasz, synu.
Pater Noster, qui es in caelis, sanctificetur nomen tuum... - słowa
odwiecznej modlitwy rozległy się w ciszy kościoła.
Kiedy skończyli, wrócili do domu księdza i zaryglowali drzwi, Roland
położył się na przygotowanym dla niego sienniku, z rulonem pergaminu pod
ręką, i zasnął snem sprawiedliwego.
Gdy się obudził, słońce było już wysoko. Na stole czekało na niego
śniadanie. Ksiądz wyszedł wcześniej, lecz zostawił wiadomość u gospodyni, że oczekuje Rolanda na kolacji tego wieczoru i zaprasza go
znów na nocleg.
Idąc przez rzekę do Dzielnicy Łacińskiej, Roland czuł się lepiej.
Jakiekolwiek niebezpieczeństwa czyhałyby na niego, musi istnieć jakieś
rozwiązanie. Jeśli okaże prawdziwą skruchę, Bóg otoczy go opieką. Być
może tego wieczoru wyspowiada się księdzu i poprosi go o radę.
Szedł rue Saint-Jacques. Wokół było pełno studentów. Rozglądał się na
wszystkie strony, ale nie dostrzegł nic niepokojącego.
Znajdował się tylko pięćdziesiąt metrów od swego mieszkania, gdy nagle
podszedł do niego pewien student.
- Ktoś cię szukał - powiedział.
Roland zesztywniał.
- Mężczyzna? Jak wyglądał?
- Nie wiem. Nigdy przedtem go nie widziałem.
- Tylko jeden? - Serce zaczęło mu bić jak szalone. - Na pewno nie było
ich więcej?
- Ja widziałem tylko jednego - odparł student.
Właśnie chciał rzucić się do ucieczki, gdy student zamachał do jakiegoś
biedaka na ulicy i powiedział:
- A oto i on.
Roland zatrzymał się w pół kroku.
Nie, nie będzie uciekał, dłużej tak nie można. Zresztą to był tylko
jeden młody człowiek, pewnie wysłany na zwiady, żeby potem ściągnąć całą
bandę zbirów. Gdybym mógł go obezwładnić, pomyślał, zmusić go do
przyznania się... zgłosić to oficjalnie... wtedy wujowi Martine byłoby
trudno się mścić.
Sięgnął do zwoju pergaminu i wydobył sztylet.
Z gniewnym okrzykiem rzucił się na nieznajomego, przewracając go na
ziemię. Przygniótł go całym ciężarem swego ciała i przyłożył nieborakowi
ostrze sztyletu do gardła.
- Kto cię przysłał?! - krzyknął.
Oczy młodzieńca rozszerzył strach.
- Wicehrabia de Cygne - odparł chrapliwie. - Twój ojciec, panie.
- Mój ojciec?
- Jestem Pierre, syn młynarza z waszej wioski.
Roland gapił się na niego. Może to i prawda. Twarz chłopaka wydawała mu
się znajoma. Na wszelki wypadek nadal jednak trzymał sztylet przy jego
grdyce.
- Dlaczego tu jesteś?
- Twój brat, panie. Miał wypadek. Nie żyje. Ojciec chce, żebyś
natychmiast wracał do domu. Mam przy sobie list od księdza.
- Mój brat nie żyje? - To mogło oznaczać tylko jedno. Będzie musiał
zająć jego miejsce jako przyszły wicehrabia de Cygne.
- Tak, panie, przykro mi.
Wówczas bez zastanowienia - wbrew swojej woli, bo przecież naprawdę
kochał brata - z czystej ulgi z powodu tak niespodziewanego rozwiązania
problemów Roland wypowiedział słowa, które sprawiły, że mieszkańcy jego
wioski do końca życia nazywali go Czarnym hrabią de Cygne.
- Bogu dzięki! - zakrzyknął.
List od księdza wyjaśniał okoliczności śmierci. Brat spadł z konia
prosto na sztachetę ogrodzenia, przebił sobie płuco i zmarł w ciągu
godziny. Ksiądz wzywał Rolanda, by jak najprędzej usłuchał ojca i wrócił
do domu, gdyż jego obecność jest konieczna.
Ksiądz pisał, że wie, jak wielkim poświęceniem będzie dla niego
porzucenie studiów uniwersyteckich i życia religijnego. Rzeczywiście,
Roland prawdopodobnie niechętnie wyjeżdżałby z Paryża, gdyby nie kłopoty
z Martine i jej wujem. Jednak, ciągnął ksiądz, nie powinniśmy
kwestionować wyroków boskich. Trzeba z pokorą wykonywać swoje obowiązki.
Był to znak, wyjaśnił ksiądz, że Bóg postanowił dać Rolandowi inne
powołanie.
Jeszcze tego samego dnia Roland pozałatwiał wszystkie sprawy. Powiedział
swoim nauczycielom, że ojciec pilnie wzywa go do Normandii, ma jednak
nadzieję wkrótce powrócić. Przyjaciołom wyznał w tajemnicy, że liczy na
wyjazd na studia do Włoch, na uniwersytet w Bolonii. Do Martine nie
wysłał żadnej wiadomości. Przekonany, że wystarczająco zagmatwał ślady,
aby wuj Martine go nie wyśledził, ostatnią noc spędził u miłego księdza.
Następnego ranka, dziękując z całego serca gospodarzowi, wyruszył do
domu w dolinie Loary.
Nigdy więcej nie wracał do tych przeżyć, nie wiedział więc, że pół roku
później Martine wyszła za mąż za pewnego kupca o imieniu Renard. Gdyby o tym słyszał, byłby rad z takiego obrotu spraw.
Rozdział 4
1885
Thomas Gascon odnalazł prawdziwą miłość 1 lipca o poranku. Poprzedniego
dnia padało i szare chmury nadal ciągnęły po niebie nad Łukiem
Triumfalnym. Wszędzie kwitły białe kwiaty kasztanowców, a w powietrzu
czuć było obietnicę lata. Na pogrzeb przybyły nieprzebrane tłumy.
Pisarze byli we Francji bardzo szanowani. Gdy w wieku osiemdziesięciu
trzech lat zmarł Wiktor Hugo - ukochany autor Nędzników, Dzwonnika z Notre Dame i wielu innych opowieści - Francja wyprawiła mu państwowy
pogrzeb.
Wszyscy członkowie parlamentu, senatorowie, posłowie, sędziowie,
wysokiej rangi urzędnicy państwowi, przedstawiciele uniwersytetów,
akademii i szkół plastycznych przybyli pod Łuk Triumfalny, gdzie
wystawiono otwartą trumnę z pisarzem. Ponad dwa miliony ludzi wyległo na
ulice wzdłuż trasy konduktu pogrzebowego, wiodącej Polami Elizejskimi do
placu Zgody, przez most na Lewy Brzeg i wzdłuż bulwaru Saint-Germain aż
na szczyt starego rzymskiego wzgórza w Dzielnicy Łacińskiej, gdzie teraz
stał Panteon, gotów na przyjęcie najwybitniejszych synów Francji.
Paryż jeszcze nigdy nie widział takich tłumów - nawet za czasów Króla
Słońce ani w czasie rewolucji czy za rządów Napoleona.
A wszystko to z powodu śmierci pisarza.
Thomas przybył na miejsce o świcie, aby zapewnić sobie dobry widok.
Niektórzy spali na ulicy, żeby zająć lepsze miejsca, ale Thomas miał
sprytniejszy pomysł. Wcześniej dokładnie obejrzał trasę i wybrał miejsce
w najwyższym punkcie Pól Elizejskich, po południowej stronie, pod ścianą
budynku.
Podczas gdy szeroka aleja wypełniała się szybko tłumem ludzi, Thomas
widział coraz mniej, ale nie miał nic przeciwko temu. Czekał cierpliwie,
aż wszyscy zajmą miejsca; policjanci i wojskowi stali wzdłuż ulicy, a tłum zgęstniał tak, że nie można było się ruszyć.
Najpierw chwycił linę, którą miał przytwierdzoną do pasa, i do jej końca
przyczepił niewielki hak. Tuż za nim, na wysokości ramienia, na
kamiennej fasadzie budynku znajdował się wąski parapet, a nad nim wąskie
okno okratowane kutym żelazem.
W pewnym momencie wsparł się na ramionach dwóch gapiów stojących z przodu i wywindował się szybko do góry. Zanim mieli szansę
zaprotestować, wspiął się po ich plecach i chwilę później, opierając
stopę na głowie jednego z nich, postawił pewnie piętę drugiej stopy na
parapecie, sięgnął do kraty, zaczepił o nią hak i obwiązał się liną.
Dwaj mężczyźni w dole zaczęli głośno kląć, a jeden usiłował go dosięgnąć
pięścią, ale tłok był tak wielki, że nawet nie mógł się porządnie
zamierzyć. Thomas zamarkował kopnięcie nogą obutą w robociarski kamasz i wtedy mężczyzna zrezygnował, zadowalając się pogardliwym przekleństwem:
- Cochon! - Odwrócił się.
Dzięki temu zabezpieczeniu, zawieszony na linie zawiązanej w pasie,
Thomas mógł wychylać się na prawo i lewo wedle uznania i widzieć
wszystko ponad głowami tłumu.
Po drugiej stronie alei balkony pełne były ludzi. W każdym oknie widać
było głowy widzów. Niektórzy zapłacili za te znakomite miejsca mnóstwo
pieniędzy. A on miał równie dobry punkt obserwacyjny za darmo.
Po lewej stronie, wokół Łuku Triumfalnego, rozlokowali się dygnitarze w żałobnych strojach lub uniformach. Sam Łuk stanowił nie lada widok. Trzy
lata temu umieszczono na samej górze olbrzymią rzeźbę bogini zwycięstwa
w rydwanie, co przydawało budowli efekt dramatyzmu. Jedną stronę pomnika
okrywał gigantyczny całun niczym draperia, z jego rogów zwisały długie
chorągwie. W osi Łuku stał masywny katafalk z trumną Wiktora Hugo,
wznoszący się na wysokość prawie dwudziestu metrów.
To było coś więcej niż pogrzeb, to była apoteoza.
Ludzie poubierali się na czarno. Zamożniejsi mieli cylindry. Thomas
włożył krótką ciemną marynarkę, na głowie miał niebieską robociarską
czapkę. Sądził, że Wiktor Hugo nie miałby nic przeciwko temu.
Patrzył właśnie w stronę Łuku, bo zaczynały się przemówienia, gdy
zauważył dziewczynę.
Stała piętnaście metrów dalej, przy samej ulicy. Widział tylko tył jej
głowy i w tym widoku nie było nic szczególnego. Właściwie dlaczego
zwrócił uwagę właśnie na tę głowę w morzu innych? A jednak nieodparcie
przyciągała jego wzrok.
Widział, że jest brunetką z kręconymi włosami. Skóra na karku wyglądała
blado. Nie potrafił dostrzec, co ma na sobie, ale zgadywał, że
prawdopodobnie jest z ludu, jak on. Zastanawiał się, czy się odwróci.
Mówcy wygłaszali przemówienia, a on, choć nie słyszał ich zbyt dobrze,
cieszył się, że znajduje się w centrum wydarzeń, że jest świadkiem
historii.
Wszyscy zresztą dobrze wiedzieli, co należy powiedzieć. Wiktor Hugo był
nie tylko wielkim romantycznym poetą i powieściopisarzem. Słowa
"wolność, równość, braterstwo" były jego mottem, wedle którego żył. Gdy
Napoleon III uczynił się dyktatorem, Hugo zawstydził go przed całym
światem, wybierając dobrowolne wygnanie na wyspę Guernsey i odmawiając
powrotu, dopóki nie zostanie przywrócona demokracja. Kiedy Niemcy
najechali Francję, natychmiast wrócił i dzielił z paryżanami dni głodu w czasie oblężenia. Odbył służbę publiczną jako poseł i senator, a mieszkał przy jednej ze wspaniałych alei rozchodzących się gwiaździście
od Łuku Triumfalnego. Był wielkim francuskim patriotą, sumieniem narodu,
najdoskonalszym uosobieniem tych czasów.
Kilka lat temu miasto w rocznicę jego urodzin postanowiło nazwać jego
imieniem aleję, przy której mieszkał: avenue Victor Hugo.
Od czasu do czasu, gdy kończyło się przemówienie, rozlegał się pogłos
aplauzu, potem zaczynało się kolejne. Za każdym razem Thomas przyglądał
się uważnie młodej kobiecie, czekając, aż odwróci głowę. Chociaż
zmieniła nieco pozycję, wciąż nie mógł zobaczyć jej twarzy. Tymczasem
chmury rozproszyły się i nad Łukiem Triumfalnym rozbłysło słońce.
Uroczystości miały się ku końcowi. Usłyszał, jak dzwonią w kościele na
godzinę dwunastą. W tym momencie niebem nad Paryżem wstrząsnął potężny
grzmot salw armatnich. Jedna armata po drugiej oddawała hołd pisarzowi,
wprawiając w drżenie budynki. Trudno było powiedzieć, skąd dobiegają
salwy.
Zobaczył, że dziewczyna wchodzi na ulicę i rozgląda się, próbując
zgadnąć, gdzie stoją baterie dział. Odwróciła się w jego stronę,
zauważyła go i popatrzyła - co nie było wcale takie niezwykłe, bo wisiał
w powietrzu ponad głowami ludzi. Thomas wpatrywał się w nią, jakby
zobaczył zjawę.
Miała na sobie zwykłą sukienkę prostej dziewczyny. Jej twarz zdobiły
delikatne piegi, mały nos i wydatne, choć niezbyt duże usta. O ile
dobrze widział, jej oczy miały orzechowy kolor. Przyglądała mu się z zainteresowaniem, a potem się uśmiechnęła.
Ku swemu zaskoczeniu nie doznał w tym momencie gwałtownego przypływu
uczuć. Był dziwnie spokojny, jakby wszystko na tym świecie nareszcie
znalazło swoje miejsce.
To była ona. Nie miał pojęcia, skąd to wie, ale wiedział. Właśnie ona
będzie jego żoną. Ona była jego przeznaczeniem i nic nie mogło tego
zmienić. Wypełniło go uczucie lekkości, ciepła i spokoju. Uśmiechnął się
do niej. Czy ona też to czuje? Miał nadzieję, że tak.
Wielki kondukt już ruszał. Jakiś żołnierz kazał jej się cofnąć.
Odwróciła głowę, tłum zafalował i wtedy stracił ją z oczu.
Musi do niej podejść! Sięgnął do węzła i zaczął go rozwiązywać. Lecz
wisiał już długo i węzeł zacisnął się mocno. Choć Thomas miał silne
dłonie, nie mógł go rozwiązać. Spróbował więc rozsupłać węzeł w pasie,
ale i ten był zaciśnięty. Nie poddawał się, po chwili jednak dał za
wygraną.
- Czy ktoś ma nóż?
Przed nimi sunął czarny powóz z trumną. Wszyscy mężczyźni pozdejmowali
nakrycia głowy. Nikt nawet na niego nie spojrzał. W ostatniej chwili
Thomas przypomniał sobie, że powinien zdjąć robociarską czapkę. Powóz
minął go. Za nim podążały najwybitniejsze osobistości Francji.
- Na miłość boską, czy ktoś ma nóż?! - zawołał znowu.
Na ten krzyk odwrócił się powoli ten sam mężczyzna, który wcześniej
wygrażał mu pięścią. Thomas uśmiechnął się do niego przepraszająco.
- Proszę mi wybaczyć - zagaił grzecznie. - Ale jak pan widzi, zostałem
tu uwięziony na linie.
Mężczyzna przyglądał mu się dłuższą chwilę. Następnie sięgnął do
kieszeni płaszcza, wyjął scyzoryk i mu go pokazał.
- Mam nóż - powiedział.
- Czy byłby pan tak miły... - poprosił Thomas najuprzejmiej, jak umiał.
- Szkoda, że lina nie jest okręcona wokół twojej szyi - odparł grzecznym
tonem nieznajomy, schował nóż i odwrócił się w stronę konduktu
pogrzebowego.
Thomas namyślał się przez chwilę.
- Proszę pana! - zawołał. - Panie z nożem! - Człowiek ów nie zwracał na
niego uwagi. - Chce mi się siku, mam nasikać panu na głowę?
Mężczyzna obejrzał się z wściekłością. Thomas wzruszył ramionami i zaczął rozpinać rozporek. Właściciel scyzoryka próbował się odsunąć, ale
tłum był tak zbity, że mu się to nie udało. Z przekleństwem na ustach
sięgnął znów do kieszeni po scyzoryk.
- Obetnij sobie fiutka - powiedział, podając mu nóż.
Scyzoryk był całkiem ostry. Przecięcie liny zajęło Thomasowi tylko kilka
sekund. Złożył ostrze.
- Dziękuję panu! - krzyknął. - Bardzo pan miły.
Następnie rzucił nóż tuż za plecy właściciela, aby ten nie mógł go
podnieść.
Stąpając po wąskim gzymsie, a w razie potrzeby po głowach gapiów,
przeszedł wzdłuż budynku do rogu ulicy, a tam znalazł dość miejsca, aby
zeskoczyć na chodnik. Przeciskając się i rozpychając łokciami i kopniakami, posuwał się w stronę jezdni.
- Pardon, madame. Pardon, monsieur. Muszę się wysikać.
Niektórzy go przepuszczali. Inni zagradzali mu drogę.
- Sikaj w spodnie, cwaniaku - powiedział jakiś mężczyzna.
W końcu jednak Thomas dotarł do jezdni.
Przemykając wzdłuż kordonu żołnierzy, przepchnął się do miejsca, w którym wcześniej stała dziewczyna.
Nie było jej jednak. Patrzył w lewo i w prawo. Wyparowała! Przecież to
niemożliwe, pomyślał. Nikt nie był w stanie oddalić się zbytnio w tym
tłumie - no, chyba że imał się podobnych sztuczek jak Thomas.
Zniknęła bez śladu.
Udało mu się przemieścić jeszcze kawałek wzdłuż kordonu, ale wreszcie
jeden z żołnierzy zatrzymał go i kazał mu stać w miejscu. Przedefilowały
oddziały kawalerii, ważni oficjele w cylindrach i szarfach. Kondukt
zdawał się nie mieć końca. I choć cały czas Thomas rozglądał się na
boki, dziewczyny nigdzie nie było.
Wczesnym popołudniem Thomas znalazł się na Montmartrze. Rano pan Gascon
stwierdził, że najlepiej odda cześć Wiktorowi Hugo, spełniając toast
szklaneczką wina w Moulin de la Galette, a jego żona, której ostatnio
dokuczał żylak w łydce, z chęcią poszła tam razem z nim. Co się tyczy
małego Luca, oświadczył, że czuje się w obowiązku dotrzymać towarzystwa
rodzicom, ale Thomas uznał to za zwykłe lenistwo.
Thomas dołączył więc do nich w Moulin i opowiedział im o uroczystościach
pogrzebowych. Dopiero później, gdy został sam z Lukiem, wspomniał mu o dziewczynie.
Choć Luc miał dopiero dwanaście lat, Thomas czasem odnosił wrażenie, że
znacznie lepiej się na tym zna. Być może zawdzięczał to spędzaniu czasu
w takich miejscach jak Moulin albo po prostu taki już miał charakter.
Thomasowi łatwiej przyszło zwierzyć się w takiej sprawie Lucowi niż
któremuś z dorosłych.
- Toż to touché - zawyrokował Luc. - Wzajemne przyciąganie.
- Nie - zaoponował Thomas. - Coś więcej. Coup de foudre. Piorun z jasnego nieba. Miłość od pierwszego wejrzenia.
- Jak zamierzasz ją odnaleźć?
- Nie mam pojęcia. Ale spotkamy się.
- Myślisz, że to przeznaczenie?
- Tak.
- Imponujące.
Nie znalazł jej jednak. Nie miał o niej żadnych informacji, od których
mógłby zacząć poszukiwania. W Paryżu i na przedmieściach mieszkało teraz
ponad trzy miliony ludzi, a ona mogła być gdziekolwiek. Mogła nawet
przyjechać z innego miasta.
Początkowo, gdy miał wolne, chodził w to samo miejsce, gdzie się
spotkali. Dokładnie o tej samej porze, kiedy spotkały się ich spojrzenia
- o dwunastej w południe. Czy to możliwe, że ona też go szuka? A jeśli
tak, to może wpadnie na ten sam pomysł i się odnajdą? Było to mało
prawdopodobne, ale nic innego nie przychodziło mu do głowy.
W miarę jak mijały tygodnie i miesiące, chodził na spacery wciąż w inne
rejony miasta, chcąc znów ją przypadkowo spotkać. Nauczył się Paryża o wiele lepiej, ale dziewczyny nie odnalazł. O tych wyprawach wiedział
tylko Luc.
- Jesteś jak rycerz poszukujący świętego Graala - powiedział starszemu
bratu. Za każdym razem, gdy tamten wracał, Luc pytał go cicho: -
Znalazłeś Graala?
Choć nie znalazł świętego Graala, wyprawy miały głęboki wpływ na niego i jego przyszłość. Tej wiosny dużo pracował w firmie Gaget, Gauthier et
Cie. Choć Statua Wolności została ukończona przed 4 lipca zeszłego roku,
postument, na którym miała stanąć w Nowym Jorku, nie był jeszcze gotowy.
Thomas pomagał rozebrać olbrzymi pomnik dopiero na początku 1885 roku.
Zapakowano go w dwieście czternaście wielkich skrzyń, które popłynęły
przez Atlantyk. W dniu pogrzebu Wiktora Hugo były w drodze.
Pojawiło się więc pytanie, czym będzie się teraz zajmował.
Ku radości matki Gaget, Gauthier et Cie chcieli go zatrudnić.
Najwyraźniej jego pracowitość i zmysł obserwacji zrobiły na nich
wrażenie.
- Mówią, że za kilka lat mógłbym zostać jednym z wykwalifikowanych
robotników, którzy zajmują się zdobnictwem i rzeźbą - pochwalił się.
Wykwalifikowany robotnik. Pewna praca. Matka zawsze o tym marzyła.
Kłopot w tym, że on wcale jej nie pragnął.
Czy to przez te długie spacery w poszukiwaniu dziewczyny, czy też
wskutek klaustrofobicznego poczucia uwięzienia, gdy przebywał w warsztacie? A może to perspektywa tkwienia przy jednym z długich stołów,
obok innych wykwalifikowanych rzemieślników, bez swobody manewru?
Jakakolwiek była przyczyna, jego młode ciało buntowało się przeciwko
temu. Wolał spędzać czas na zewnątrz. Chciał czuć siłę swoich mięśni.
Nie zważał na pogodę, nawet gdy było zimno czy deszczowo, lubił pracę
fizyczną.
Był młody, silny. Poczucie sprawności dawało mu satysfakcję.
Uwielbiał obserwować robotników wznoszących mosty i inne żelazne
konstrukcje. Pewnego dnia, nie mówiąc nic rodzicom, poinformował majstra
na rue de Chazelles, że odchodzi. Tydzień później przystąpił do brygady
jako najmłodszy monter kolejowy.
Matka była niepocieszona, gdy się o tym dowiedziała.
- Nic nie rozumiesz - lamentowała. - Przecież robotnicy fizyczni ciągle
chorują. Ulegają wypadkom. Nie zawsze będziesz młody i silny. A fach w ręku oznacza stałą pracę i dach nad głową.
Ale Thomas jej nie słuchał.
Dworzec Saint-Lazare znajdował się w niewielkiej odległości od podnóża
Montmartre'u. Jego rozwijające się połączenia z miastami Normandii wciąż
wymagały napraw lub modernizacji.
W drugiej połowie 1885 roku i na wiosnę 1886 Thomas Gascon codziennie
rano przemierzał drogę z domu na Montmartrze do dworca Saint-Lazare. W dni wolne nadal błąkał się po różnych dzielnicach Paryża w nadziei na
spotkanie z dziewczyną. Wiosną doszedł do wniosku, że jego poszukiwania
nie mają sensu, i tylko z przyzwyczajenia chodził po mieście parę razy w miesiącu.
- Czas znaleźć inną kobietę - powiedział któregoś dnia Luc. - Jesteś
zbyt lojalny.
- Trzeba być wiernym - odparł Thomas z uśmiechem.
Luc wzruszył ramionami w milczeniu.
Konkurs ogłoszono w maju 1886 roku. Czasu nie było zbyt wiele. Do setnej
rocznicy rewolucji francuskiej - która w oczach wszystkich Francuzów
uchodziła za najważniejsze wydarzenie w historii ludzkości obok, być
może, narodzin Chrystusa - zostały tylko trzy lata. Paryż musiał
koniecznie zorganizować kolejną wystawę światową. Władze republiki
chciały, by przy wejściu znalazło się coś naprawdę imponującego. Nikt
nie wiedział co, ale miała to być konstrukcja, która sprawi, że cały
świat wstrzyma oddech. Pierwszego maja miasto rozpisało konkurs.
Zgłoszenia trzeba było nadsyłać szybko.
Wkrótce nadeszły. Było sporo banalnych pomysłów. Niektóre absurdalne.
Jeszcze inne niemożliwe do zrealizowania. Jeden, trzeba przyznać, był
bardzo szokujący. Ktoś zaproponował olbrzymią replikę gilotyny. Uznano
jednak, że budziłoby to nazbyt ponure skojarzenia. Czy goście z całego
świata rzeczywiście chcieliby przechodzić pod gigantycznym zwisającym
ostrzem? Chyba nie.
Własną propozycję przysłał monsieur Eiffel.
Już wcześniej zgłaszał ten projekt, lecz władze miasta nie bardzo
wiedziały, co o nim myśleć. Wielka żelazna wieża, którą zaprojektował, z pewnością była pomysłem śmiałym. Bardzo nowoczesnym. Może niezbyt
pięknym. Teraz, gdy analizowano zgłoszenia konkursowe, jedna zaleta tego
projektu była bezdyskusyjna. Po realizacji Statui Wolności stało się
jasne, że Gustave Eiffel wie, co robi. Skoro mówi, że można to zbudować,
z pewnością ma rację.
Cały Paryż emocjonował się konkursem. Kiedy ogłoszono zwycięzcę,
posypały się protesty. Gdy Thomas Gascon przeczytał o tym w gazecie, od
razu wiedział, co ma robić.
- Będę pracował u monsieur Eiffela przy budowie tej wieży - oświadczył
rodzinie.
- A co z twoją pracą na kolei? - spytała matka.
- Nie zależy mi na niej - odparł.
Będą potrzebowali wielu monterów konstrukcji stalowych. Miał zamiar być
pierwszy w kolejce.
Czasami Thomas martwił się charakterem Luca. Czy otaczał go zbyt wielką
opieką jako starszy brat?
Luc brał sobie do serca jego rady. W szkole zawsze rozśmieszał kolegów.
Ostatnio jego twarz stała się pełniejsza. Z ciemną czupryną wyglądał
jeszcze bardziej na Włocha niż dawniej. Był sprytny i obrotny. Thomasowi
wydawało się jednak, że Luc może łatwo stać się leniwym mięczakiem.
Postanowił jakoś temu zaradzić. W ramach tego sekretnego planu wziął go
pewnej niedzieli w październiku na długi, męczący spacer.
Prawdę mówiąc, gdy się obudził tego dnia, czuł, jakby atakowało go
przeziębienie, ale nie miał zamiaru pozwolić, by taki drobiazg
przeszkodził mu w pracy nad kształtowaniem charakteru brata.
- Zaprowadzę cię dziś do miejsca, w którym jeszcze nigdy nie byłeś -
obiecał.
Gdy schodzili z Montmartre'u, skierowali się na wschód i po drodze
przecięli ładny szeroki kanał, którym woda z Szampanii płynęła do
Paryża. Wkrótce zaczęli się wspinać długim zboczem w stronę celu
wędrówki. Spacer dobrze mu zrobił; zanim dotarli na miejsce, Thomas
poczuł, że pozbył się przeziębienia.
Choć baron Haussmann zbudował wiele pięknych bulwarów, jego
najwspanialszym projektem był romantyczny park na wschodnich krańcach
miasta. Skały Buttes-Chaumont wznosiły się wysoko mniej więcej o półtora
kilometra na północ od cmentarza P?re-Lachaise. Dawniej były tu
kamieniołomy, podobnie jak na Montmartrze, lecz Haussmann ze swoim
zespołem przekształcili je w romantyczny wiejski zakątek, zgodnie z duchem czasów.
O ile w czasach oświecenia formalne ogrody z epoki Ludwika XIV ustąpiły
miejsca bardziej swobodnym aranżacjom zieleni, o tyle XIX wiek cieszył
się dwoistym podejściem do architektury ogrodów. Z jednej strony był to
wiek pary, żelaznych mostów i industrializacji. W sztukach plastycznych
panowała jednak moda na romantyzm. I podczas gdy Niemcy dały światu
kosmiczne motywy Wagnerowskie, romantyczna Francja wolała nastroje
bardziej intymne i malownicze.
Weszli przez jedną z zachodnich bram. Kręte ścieżki prowadziły pośród
polanek obsadzonych różnymi kolorowymi drzewami i krzewami. W środku
parku niewielkie sztuczne jezioro otaczało skałę, na której zbudowano
małą okrągłą świątynkę. Scena przypominała jakiś włoski landszaft.
Przynieśli ze sobą południowy posiłek - chleb, ser i butelkę piwa. Lecz
zanim rozpoczęli piknik, postanowili obejrzeć najbardziej znane atrakcje
tutejszego parku. Odnaleźli długą podwieszoną kładkę, którą można było
przejść na wyspę.
Grota robiła magiczne wrażenie. Znajdowała się w skale. Jej wysokie
sklepienie zdobiły stalaktyty. Jeszcze bardziej podobał im się wodospad.
Kaskady wody spadały z niemal dwudziestometrowej wysokości, po skałach,
do małego jeziorka, z którego woda wypływała dalej po kamieniach. Gdyby
zza któregoś nawisu wyłoniła się nagle nimfa z mitologii klasycznej i zaczęła tańczyć ze swoimi towarzyszkami, wcale by się nie zdziwili.
A najwspanialsze było to, że cały ten zakątek był sztucznie stworzony.
Jaskinia znajdowała się w miejscu dawnego wejścia do kamieniołomu.
Stalaktyty zostały wyrzeźbione w skale. Wodospad był dziełem inżynierii
wodnej. Z pewnością wszystko to było bardzo romantyczne. Lecz romantyzm
nie pochodził z lasu, skał czy majestatu góry. Był to romantyzm
teatralny.
- Być może dziewczę, którego szukasz, mieszka w tej oto grocie -
powiedział Luc złośliwie. - Poczekaj chwilę, a wyłoni się z wodospadu.
- Zróbmy sobie lepiej piknik.
Przeszli z powrotem kładką na ląd i inną ścieżką dotarli do zielonego
trawnika, na którym usiedli z jedzeniem. Wysoko nad wyspą widzieli skałę
poszarpaną na szczycie, gdzie stała świątynka. Wokół drzewa złociły się
liśćmi. Zjedli chleb i ser i wypili piwo. Thomas położył się na trawie i popatrzył w niebo.
Pojawiło się na nim więcej ciemnych chmur. Przyglądał się, jak płyną,
przykrywając słońce najpierw szarą mgłą, a potem grubym płaszczem.
Czekał, by chmury przemknęły i ukazało się słońce, ale robiło się coraz
zimniej, powietrze stało się wilgotne, a liście na drzewach coraz
głośniej szumiały. Ich kolor zmienił się, nie były już miękko złociste,
lecz nabrały tego jaskrawego żółtego odcienia, który pojawiał się, gdy
powietrze było naelektryzowane. Thomas wstał.
- Będzie lało. Lepiej chodźmy do domu - powiedział Luc.
- Jeszcze nie. Musimy najpierw wspiąć się do świątynki.
Brat spojrzał w stronę wysokiego urwiska.
- To nam zabierze sporo czasu - zaprotestował.
- Nie tak dużo - odparł Thomas. - Chodźmy - zarządził.
Znów przeszli przez kładkę na wyspę i ruszyli stromą ścieżką. Widoki po
drodze do złudzenia przypominały wspinaczkę górską i w przeciwieństwie
do Luca Thomas czuł się szczęśliwy.
Byli w połowie drogi, gdy od zachodniej strony dobiegł ich daleki pomruk
grzmotu.
- Wracajmy - zaproponował Luc.
- Dlaczego? - zaprotestował Thomas.
- Chcesz, żeby nas złapała burza?
- Czemu nie? No chodź.
Pięli się więc dalej stromą ścieżką, aż doszli do małej okrągłej
świątynki. W tym momencie znów usłyszeli grzmot, ale tym razem odbił się
potężnym echem w szerokiej dolinie nad całym Paryżem i gdyby Thomas nie
wiedział, że wiatr wieje z zachodu, nie umiałby powiedzieć, skąd
nadchodzi burza.
Niewielka świątynka, wzorowana na rzymskiej świątyni Westy, stanowiła
element ogrodowej scenerii. Z wysoka widać było szczyt Montmartre'u, a po lewej stronie, pomiędzy wysokimi drzewami, odległe wieże Notre Dame.
Wiedział, że na ich szczycie znajduje się wiele dziwnych postaci:
gotyckie gargulce i różne kamienne potwory patrzące z góry na Paryż.
Cieszył się, że stojąc na urwisku, znajduje się na tej samej wysokości
co one.
Ołowiane niebo sunęło nad nimi, a parę kilometrów na zachód widać było
gruby pas jeszcze ciemniejszych chmur, spod których zwisała nad całym
miastem kurtyna deszczu. Gdy Thomas przyglądał się czarnym chmurom,
zobaczył, jak od środka przeszywa je błyskawica, i usłyszał grzmot.
Kurtyna deszczu zakrywała właśnie Montmartre. Na szczycie wzgórza widać
było wysokie rusztowania budowy Sacré-Coeur, które wyglądały jak
szubienice. Na oczach Thomasa cała konstrukcja, razem ze wzgórzem,
rozpuściła się we mgle i pochłonęła ją ulewa.
Potem znowu błysnęło. Tym razem z rozdzierającym trzaskiem. Olbrzymi
rozdwojony wąż błyskawicy przemknął przez niebo i uderzył gdzieś w sąsiedztwie Notre Dame. Thomas wyobraził sobie kamienne figurki
wpatrzone w burzę nieruchomymi oczami, podczas gdy pioruny walą wokół
nich. Uśmiechnął się do siebie.
Nawałnica szybko się zbliżała. Ponad dachami i kanałami. Luc krzyknął,
że powinni się schować, ale Thomas nie chciał. Od dzieciństwa uwielbiał
wyładowania elektryczne w czasie burzy. Nie miał pojęcia dlaczego.
Lunęło. Luc schował się pod kolumnadą świątynki, na próżno próbując
uniknąć deszczu, ale Thomas pozostał w tym samym miejscu, stojąc na
skale, wystawiając głowę na strugi wody. Padało tak mocno, że nie widać
było parku. Burza znalazła się wprost nad nimi. Potężny huk wstrząsnął
powietrzem, a piorun trafił w drzewo opodal. Luc skulił się, lecz Thomas
ani drgnął, próbował swoich sił, chcąc udowodnić, że ubogi młody
człowiek w robociarskich butach może rzucić wyzwanie bogom burzy i nie
bać się piorunów - jak romantyczny bohater.
Minęło całe dziesięć minut, nim deszcz nieco zelżał, a Thomas i Luc
mogli wreszcie zejść na dół i skierować się w stronę domu. Przez całą
drogę padało, Luc narzekał, a Thomas szedł dziarsko przed siebie, chcąc
zrobić ze swego brata mężczyznę.
Zirytował się następnego ranka, bo obudził się z bólem gardła. Do
południa zaczęły nim wstrząsać dreszcze.
Choroba Thomasa Gascona trwała wiele tygodni. Początkowo myśleli, że to
grypa. Potem zaczęły się obawy, czy aby nie gruźlica.
W końcu okazało się, że to zapalenie płuc; gorączka trawiła jego
organizm, chwilami tracił poczucie rzeczywistości. Lekarz powiedział
rodzicom, że Thomas może zdoła zwalczyć chorobę, bo jest młody i silny.
W listopadzie najgorsze miał już za sobą. W grudniu jeszcze odpoczywał,
a w styczniu lekarz ostrzegł rodziców, że w płucach na zawsze zostaną
ślady infekcji.
Ojciec wymyślił wówczas rozwiązanie: sklep z wędlinami u podnóża
Montmartre'u prowadzony przez jego znajomą, wdowę madame Michel, która
miała córkę. Miejsce nie było takie złe. Chcąc nie chcąc, Thomas
pracował tam przez pierwsze miesiące 1887 roku.
Wciąż jednak marzył o pracy dla monsieur Eiffela przy wznoszeniu wieży.
Pewnego lutowego dnia, gdy pogoda się nieco poprawiła i miał wolne
popołudnie, postanowił przyjrzeć się z bliska budowie.
Wielki prostokąt Pola Marsowego jest położony ponad kilometr na południe
od Łuku Triumfalnego, po drugiej stronie rzeki na Lewym Brzegu. Do XVIII
wieku były tu ogródki działkowe. Potem w jego południowej części
wzniesiono dużą szkołę wojskową, a ogrody pomiędzy nią a Sekwaną zaczęły
po rewolucji odgrywać rolę placu defilad i wielkich zgromadzeń. Pole
zyskało jeszcze więcej splendoru, gdy Napoleon kazał zbudować w tym
miejscu na Sekwanie most Jeny. Pole Marsowe zatem było znakomitym
wyborem na lokalizację wystawy światowej w 1889 roku. Zwiedzający będą
mogli przejść przez most Jeny na Lewy Brzeg, a następnie od razu znaleźć
się pod zdumiewającą wieżą monsieur Eiffela, której cztery szeroko
rozstawione nogi staną się zarazem kolosalną bramą wystawy.
Wszystko zostało zaplanowane. Poza jednym.
Thomas pamiętał, jak ojciec przyszedł któregoś dnia do domu z tą nowiną.
- Miasto kazało mu zbudować wieżę, ale dało mu tylko jedną czwartą
potrzebnych funduszy.
- Kto więc za to zapłaci?
- Eiffel. Musi sam znaleźć pieniądze.
Była to przedziwna sytuacja. Aby uczcić stulecie rewolucji francuskiej,
miasto zamówiło wieżę i odmówiło jej sfinansowania.
Eiffel jednak był wybitnym i pomysłowym człowiekiem i udowodnił teraz,
że jest także przedsiębiorcą, którego cechują odwaga i wizja.
- Dajcie mi prawa do pierwszych dwudziestu lat zysków z wieży - rzekł -
to znajdę fundusze.
Zbliżając się do opustoszałej budowy, Thomas wiedział więc, że ma przed
sobą nie tylko dumę całej Francji, lecz także finansowy triumf lub
porażkę monsieur Eiffela.
Przed nim znajdowało się wielkie pole pełne błota. Olbrzymi kwadrat o ponadstumetrowych bokach, który stanowił podstawę wieży, wyznaczały
potężne wykopy w jej czterech rogach - północnym, południowym, wschodnim
i zachodnim - w których uwijali się robotnicy.
Ruszył w stronę wykopów, by im się bliżej przyjrzeć. Natychmiast
podszedł do niego mężczyzna w meloniku i surducie, aby poprosić go o opuszczenie terenu budowy. Gdy Thomas wyjaśnił, że pracował dla monsieur
Eiffela przy budowie Statui Wolności, a potem długo chorował, człowiek
ten odniósł się do niego przyjaźnie i zaoferował, że oprowadzi go po
terenie.
Najpierw obejrzeli dwa wielkie wykopy po południowej i wschodniej
stronie, na których dnie było już widać suche podłoże umożliwiające
wylanie betonowego fundamentu. Następnie podeszli do jednego z wykopów
po stronie rzeki. Thomas aż zamarł z wrażenia.
Wielki wykop przed nimi wyglądał jak kopalniany szyb. Na samym dnie
widać było olbrzymią metalową obręcz - taką, jakich używa się przy
wznoszeniu konstrukcji mostów, by nie dopuścić do zalania budowy przez
wodę. Wewnątrz robotnicy z kilofami i łopatami pogłębiali dół.
- Są już poniżej poziomu Sekwany - wyjaśnił przewodnik. - Lokalizację
wybrała komisja, ale gdy monsieur Eiffel ją sprawdził, okazało się, że
grunt jest tak podmokły, że nie utrzymałby zwykłych fundamentów. -
Uśmiechnął się pod nosem. - Paryż miałby swoją własną krzywą wieżę, jak
Piza, tyle że pięć razy wyższą.
- Czy mimo to można ją zbudować?
- O tak. Będzie miała dwa zwykłe fundamenty i dwa głębokie, takie jak
ten. - Znów się uśmiechnął. - Mamy szczęście, że Eiffel wie, jak budować
na rzece.
Thomas pracował w sklepie jeszcze przez prawie trzy miesiące. Madame
Michel była dla niego bardzo miła. Zauważył coś jeszcze.
Jej córka, dziewczyna mniej więcej w jego wieku, o żółtych włosach i ziemistej cerze, miała na imię Berthe. Prawie nigdy się nie odzywała i ruszała się za ladą jak mucha w smole, co doprowadzało Thomasa do szału.
Był więc bardzo zdziwiony, gdy w maju ojciec zaczął z nim rozmowę:
- Wdowa cię lubi.
- Bardzo się cieszę.
- Berthe też. - Ojciec się uśmiechnął. - Ona bardzo cię lubi.
- Jesteś pewien?
A gdy ojciec pokiwał głową z porozumiewawczym spojrzeniem, Thomas był
zmuszony powiedzieć:
- Niestety, bez wzajemności.
- Dobrze by ci tam było - ciągnął ojciec, jakby syn nie zareagował. -
Ona odziedziczy ten sklep... To całkiem niezły interes. Ożeń się z nią,
a będziesz ustawiony na całe życie.
- Wolałbym umrzeć.
- Człowiek musi coś jeść. Matka uważa, że to dobry pomysł.
Była ostatnia niedziela maja. Wyszedł po południu na spacer po
Montmartrze. Świeciło słońce, a na kameralnym placu Tertre kilku malarzy
rozstawiło sztalugi.
Zachęceni niskimi czynszami i malowniczą okolicą, artyści zaczęli się
osiedlać na Montmartrze mniej więcej w czasie, gdy Thomas się urodził.
Słyszał anegdoty o monsieur Renoirze w Moulin i przy ładnej pogodzie
często widywał w plenerze malarzy ze sztalugami. Przeszedł przez skwer,
spoglądając po drodze na płótna, lecz bez zbytniego zainteresowania.
Większość artystów malowała widok z placu wzdłuż ulicy w stronę budowy
Sacré-Coeur, której rusztowania stanowiły dramatyczny akcent na tle
nieba. Gdy przechodził obok jednego z obrazów, zauważył jednak coś
zupełnie innego.
Malarz był przystojnym mężczyzną w wieku trzydziestu kilku lat, z fajką
i niewielką ciemną bródką. Miał dwie sztalugi, które stały obok siebie.
Na jednej wsparty był szkicownik, a na drugiej zagruntowane płótno, na
którym dopiero powstawał szkic. Thomas zatrzymał się i patrzył.
- Przepraszam bardzo - zapytał uprzejmie. - Czy to nie jest dworzec
Saint-Lazare?
- Owszem - odparł z miłym uśmiechem malarz. - Szkic, który zrobiłem
zeszłej zimy. To wprawdzie pejzaż zimowy, ale miałem dziś ochotę nad nim
popracować. - Wzruszył ramionami. - Przyjemnie posiedzieć sobie na
słońcu.
- W zeszłym roku tam pracowałem - powiedział Thomas, przyglądając się
szkicowi. - Widzę tory, parę buchającą z pociągów. Dokładnie tak to
wygląda.
- Dziękuję.
- Ale czemu maluje pan dworzec?
- A czemu nie? Monet namalował kilka obrazów dworca Saint-Lazare.
- Czy jest pan więc tak zwanym impresjonistą?
- Może mnie pan tak nazywać. - Artysta się uśmiechnął. - Ten termin był
początkowo obraźliwy. Nikt właściwie nie wie, co oznacza. Połowa
malarzy, których tak nazywają, wcale o sobie nie mówi w ten sposób.
- Mieszka pan tutaj?
- Przeważnie. Mieszkałem w Holandii, w Rotterdamie. Może jeszcze tam
wrócę.
- Jak pan się nazywa?
- Norbert Goeneutte.
- Zna pan monsieur Renoira?
- Bardzo dobrze. Byłem nawet jego modelem.
- Ja nazywam się Thomas Gascon. Jestem stąd. Pracuję jako monter.
Budowałem Statuę Wolności.
Podali sobie ręce. Thomas nadal przyglądał się rysunkowi.
- Wciąż nie mogę uwierzyć, że namalował pan stację kolejową.
- A pan uważa, że artyści powinni malować bogów i boginie w pięknych
włoskich krajobrazach?
- Nie wiem.
- Wiele osób tego właśnie oczekuje. Lecz ja, Monet i wielu innych
próbujemy malować to, co nas otacza. To, co naprawdę widzimy wokół
siebie.
- Ale stacja kolejowa nie jest piękna...
- Czy zna pan jakichś pisarzy?
- Byłem na pogrzebie Wiktora Hugo.
- Ja też. Jak to się stało, żeśmy się nie spotkali? - Malarz zamilkł na
chwilę. - Hugo był z pewnością wielkim człowiekiem, ale ja wolę innego
pisarza tego pokolenia - Balzaca. Próbował oddać rzeczywistość dokładnie
taką, jaką widział. Od najbogatszych arystokratów po biedaków na ulicy i wszystkie kobiety i mężczyzn po drodze, prawników, sklepikarzy,
prostytutki, żebraków. Nazywamy to realizmem. To właśnie próbują robić
niektórzy tak zwani impresjoniści. Renoir malował ludzi z Moulin de la
Galette. Ja maluję różne rzeczy, w tym i kolej. Co to właściwie znaczy
"piękno"? Dla mnie linia kolejowa jest piękna. Nie żyjemy w świecie
nimf, faunów ani bogów z mitologii. Żyjemy w świecie kolei, silników
parowych i żelaznych mostów. Wszystko to jest nowe i ekscytujące. To
wielka przygoda. Duch naszych czasów. - Uśmiechnął się do Thomasa. - Ty,
przyjacielu, buduj mosty, a ja je będę malował.
Thomas przyglądał mu się. Nikt jeszcze nie mówił do niego w ten sposób.
Zrozumiał wszystko. Ten malarz ma rację. Kolej i żelazne mosty stały się
symbolem epoki. On, zwykły robotnik, powinien mieć w tym swój udział. A największa żelazna konstrukcja w historii miał stanąć właśnie tu, w Paryżu.
- Będę budował wieżę monsieur Eiffela - oświadczył nagle.
Norbert Goeneutte patrzył przez chwilę w zamyśleniu na swoje płótno, a potem podniósł wzrok i powiedział:
- Gratuluję, przyjacielu, to wspaniała przygoda.
Była środa, pierwszy czerwca. Luc zdziwił się, gdy Thomas uparł się, by
poszedł z nim rano do sklepu madame Michel, ale zgodził się towarzyszyć
bratu. Dopiero gdy znaleźli się w połowie Montmatre'u, Thomas zdradził
mu swój plan.
- Chyba postradałeś zmysły - zaoponował Luc. - Co na to powie matka? A ojciec?
- I tak mam zamiar to zrobić.
Thomas czekał na zewnątrz, podczas gdy Luc przeszedł przez plac Clichy
do sklepu wdowy i powiedział:
- Mój brat jest dzisiaj chory. Prosił, żebym panią zawiadomił i przeprosił.
Madame bardzo się zmartwiła i pozwoliła mu odejść dopiero, gdy zapewnił
ją, że bratu nic poważnego nie jest, że to tylko niedyspozycja żołądkowa
i następnego dnia z pewnością pojawi się w pracy.
Ponad godzinę szli do warsztatów Eiffela w północno-zachodniej dzielnicy
podmiejskiej Levallois-Perret. Na miejscu zastali gorączkową krzątaninę.
Szkielet olbrzymiej wieży miał powstać z cztero-, pięciometrowych
kawałków poukładanych już w wielkie sterty gotowe do transportu z warsztatów na plac budowy. Ponad stu monterów brało udział w tej
skomplikowanej operacji. Gdy Thomas zapytał o monsieur Eiffela,
powiedziano mu, że dziś jest na Polu Marsowym.
Bracia wyruszyli więc znów w długą drogę, tym razem na południe, minęli
Łuk Triumfalny i w końcu około jedenastej dotarli do mostu Jeny i weszli
na budowę.
Fundamenty były już na ukończeniu. Wyglądały jak cztery olbrzymie łoża
dział gotowe wystrzelić na cztery strony świata. Na środku tej ogromnej
platformy inżynierowie i inni dżentelmeni zebrali się wokół jednego
człowieka, który wyglądał jak generał ze swoim sztabem.
- To on - powiedział Thomas. - To jest monsieur Eiffel. - Nabrał
powietrza w płuca. - Chodźmy.
Eiffel pogrążony był w rozmowie, czekali więc opodal, aż skończy. Grupa
rozeszła się dopiero po pół godzinie, a Eiffel z dwoma tylko
towarzyszami ruszył w stronę rzeki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki