Paryż - Edward Rutherfurd

Kup ebooka

59.99 zł
46.19 zł (46,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1875

Paryż. Mia­sto miło­ści. Mia­sto marzeń. Mia­sto prze­py­chu. Mia­sto świę­tych i mędr­ców. Mia­sto zabawy.

Ściek nie­go­dzi­wo­ści.

Przez dwa tysiące lat Paryż widział już wszystko.

Pierw­szy zwró­cił uwagę na poten­cjał miej­sca, w któ­rym osie­dlili się skromni Pary­zjo­wie, Juliusz Cezar. Śród­ziem­no­mor­skie rejony połu­dnio­wej Galii były już wów­czas od wielu poko­leń rzym­skimi pro­win­cjami. Cezar zde­cy­do­wał, że włą­czy do impe­rium rów­nież nie­sforne cel­tyc­kie ple­miona pół­noc­nej Galii, i nie zajęło mu to zbyt wiele czasu.

Rzy­mia­nie od razu dostrze­gli zalety tego miej­sca dla roz­woju ośrodka miej­skiego. Poło­żone nad zdatną do żeglugi Sekwaną, stało się ośrod­kiem skupu pło­dów rol­nych z roz­le­głych, żyznych rów­nin pół­noc­nej Galii. Jej gór­nymi wodami na połu­dniu można było łatwo dotrzeć w pobliże wiel­kiego Renu, który sta­no­wił połą­cze­nie z tęt­nią­cymi życiem śród­ziem­no­mor­skimi por­tami w połu­dnio­wej Euro­pie. Żeglu­jąc na pół­noc, w dół Sekwany, można było dotrzeć do wąskiego morza, za któ­rym leżała wyspa Bry­ta­nia. Pół­nocną i połu­dniową Europę łączył wspa­niały sys­tem komu­ni­ka­cji wod­nej. Przed Rzy­mia­nami korzy­stali z niego greccy i feniccy kupcy. Loka­li­za­cja mia­sta zatem była dosko­nała. Serce kra­iny Pary­zjów sta­no­wiła sze­roka, płytka dolina, którą wiła się z wdzię­kiem Sekwana. Na samym jej środku, na wschod­nio-zachod­nim zakolu, rzeka roz­lała się i utwo­rzyła kilka wysp i pod­mo­kłych łach, zako­twi­czo­nych tu niczym w por­cie. Na pół­noc­nym brzegu roz­le­głe łąki i mokra­dła oko­lone były grzbie­tem nie­wy­so­kiego wznie­sie­nia, z któ­rego wyra­stały wzgó­rza i urwi­ska, tu i ówdzie pokryte win­ni­cami.

Ale to połu­dniowy brzeg - lewy, patrząc ku ujściu rzeki - wypię­trzył się ponad wodę w nie­wielki pła­sko­wyż przy­po­mi­na­jący kształ­tem stół. Wła­śnie tu Rzy­mia­nie zbu­do­wali swoje mia­sto. Na szczy­cie pła­sko­wyżu - wiel­kie forum i główną świą­ty­nię z amfi­te­atrem, siatką ulic wokół nich oraz główną arte­rią bie­gnącą z połu­dnia na pół­noc przez samo cen­trum, przez rzekę, ku naj­więk­szej z wysp, gdzie wyro­sły domy przed­mieść i świą­ty­nia Jowi­sza; ta sama ulica wio­dła dalej na pół­nocny brzeg. Począt­kowo nazwano mia­sto Lute­cją, ale było też znane jako mia­sto Pary­zjów.

W śre­dnio­wie­czu, po upadku cesar­stwa rzym­skiego, ger­mań­skie ple­mię Fran­ków pod­biło tery­to­ria zwane odtąd Zie­mią Fran­ków lub Fran­cją. Jej żyzne i bogate zie­mie były wciąż łupione przez Hunów i wikin­gów ze Skan­dy­na­wii. Jed­nak wyspa na rzece, ze swo­imi drew­nia­nymi umoc­nie­niami for­tecz­nymi, niczym stary dobry okręt, jakoś prze­trwała te najazdy. W śre­dnio­wie­czu uro­sła do roz­mia­rów wiel­kiego mia­sta, jej gotyc­kie kościoły, wyso­kie drew­niane domy w labi­ryn­cie uli­czek, nie­bez­piecz­nych zauł­ków i cuch­ną­cych piw­nic roz­cią­gały się na obu brze­gach Sekwany oto­czone wyso­kim murem. Wyspę zdo­biła maje­sta­tyczna kate­dra Notre Dame. Tutej­szy uni­wer­sy­tet cie­szył się renomą w całej Euro­pie. Ale i tak Paryż pod­bili Anglicy. Mia­sto mogłoby paść ich łupem, gdyby nie cudowna dzie­wica Joanna d'Arc, która zdo­łała ich prze­go­nić.

Stary Paryż: kolo­rowe mia­sto wąskich uli­czek, kar­na­wału i dżumy.

No a potem naro­dził się nowy Paryż.

Zmiany nastę­po­wały stop­niowo. Od cza­sów rene­sansu zaczęły się poja­wiać lżej­sze kla­sy­cy­styczne prze­strze­nie w stło­czo­nej masie śre­dnio­wiecz­nego mia­sta. Nowego splen­doru dodały mu kró­lew­skie pałace i ele­ganc­kie place. Przez stę­chłą, cia­sną starą zabu­dowę zaczęły się prze­dzie­rać nowe, sze­ro­kie bul­wary. Ambitni władcy two­rzyli zało­że­nia archi­tek­to­niczne na miarę sta­ro­żyt­nego Rzymu.

Paryż zmie­niał się, by dorów­nać maje­sta­towi Ludwika XIV i ele­gan­cji Ludwika XV. Epoka oświe­ce­nia i nowa repu­blika rewo­lu­cji fran­cu­skiej przy­nio­sły modę na kla­syczną pro­stotę, a epoka Napo­le­ona zosta­wiła po sobie cesar­ski splen­dor.

W ostat­nich dzie­się­cio­le­ciach pro­ces zmian przy­śpie­szył dzięki nowemu pla­ni­ście. Wspa­niała siatka wiel­kich bul­wa­rów barona Haus­smanna i dłu­gich, pro­stych alei, przy któ­rych powstają ele­ganc­kie biura i kamie­nice, jest już tak gęsta, że w niektó­rych dziel­ni­cach pra­wie nie widać śla­dów śre­dnio­wiecz­nego natłoku i bała­ganu.

Stary Paryż można jed­nak wciąż zna­leźć za rogiem każ­dej ulicy, z jego wspo­mnie­niami o daw­nych wie­kach i nie­gdy­siej­szych loka­to­rach. Wspo­mnie­niami rów­nie upo­rczy­wymi jak na wpół zapo­mniana melo­dia, która wraca, gdy ją znowu zagrać - w innym stu­le­ciu, w innej tona­cji, na innym instru­men­cie - ale wciąż ta sama. Oto odwieczny czar Paryża.

Czy mia­sto żyje teraz w zgo­dzie z sobą? Cier­piało i prze­trwało, widziało, jak powstają i upa­dają impe­ria. Widziało chaos i dyk­ta­turę, monar­chię i repu­blikę. Paryż pró­bo­wał już wszyst­kiego. Czy coś mu przy­pa­dło do gustu? Dobre pyta­nie... Choć tak wie­kowy i wspa­niały, chyba sam tego nie wie.

Ostat­nio znów był świad­kiem wiel­kiego kry­zysu. Cztery lata temu pary­ża­nie zmu­szeni byli jeść szczury. Naj­pierw upo­ko­rzeni, potem gło­dzeni, zwró­cili się nawza­jem prze­ciwko sobie. Wkrótce jed­nak ciała pocho­wano, fetor śmierci ule­ciał z wia­trem, a echa strze­la­niny uci­chły.

Dziś, w roku 1875, Paryż jest na dro­dze do rekon­wa­le­scen­cji, choć wiele bole­snych ran wciąż pozo­staje zaognio­nych.

Chłop­czyk miał zale­d­wie trzy latka. Jasno­włosy i nie­bie­sko­oki. Nie­które rze­czy już wie­dział. Inne wciąż przed nim ukry­wano. Świat miał jesz­cze wiele tajem­nic.

Ksiądz Xavier przy­glą­dał mu się. Był taki podobny do matki. Ksiądz Xavier, choć stanu duchow­nego, kochał nie­wia­stę, matkę małego. Przy­zna­wał się przed sobą do tego uczu­cia, lecz jego samo­dy­scy­plina była abso­lutna, nikt inny się tego nie domy­ślał. Co do chłopca, Bóg z pew­no­ścią miał wobec niego jakieś plany.

Może będzie wyświę­cony.

Był sło­neczny dzień w mod­nym ogro­dzie Tuile­ries przed Luw­rem, w któ­rych nia­nie doglą­dały bawią­cych się dzieci i dokąd ksiądz Xavier zabrał chłopca na spa­cer. Ksiądz Xavier: rodzinny spo­wied­nik, przy­ja­ciel w potrze­bie, duchowny.

- Jak się nazy­wasz? - spy­tał żar­to­bli­wie.

- Roland, D'Arta­gnan, Dieudonné de Cygne. - Mały znał wszyst­kie swoje imiona na pamięć.

- Brawo, młody czło­wieku. - Ksiądz Xavier Parle-Doux był drob­nym, żyla­stym czter­dzie­sto­lat­kiem. Kie­dyś był żoł­nie­rzem. Pamiątką po upadku z konia pozo­stał doj­mu­jący ból w ple­cach, choć mało kto o tym wie­dział.

Jego wojenne doświad­cze­nia nazna­czyły go też w inny spo­sób. Wypeł­nił swój obo­wią­zek. Widział, jak ludzie umie­rali. Widział też gor­sze rze­czy od samej śmierci. W końcu doszedł do wnio­sku, że musi być coś lep­szego, coś bar­dziej świę­tego, nie­śmier­telny pło­mień świa­tła i miło­ści w potwor­nej ciem­no­ści świata. Odna­lazł go w Kościele Świę­tym.

Był też monar­chi­stą.

Całe życie znał rodzinę chłopca i patrzył dziś na niego z miło­ścią, ale i ze współ­czu­ciem. Roland nie miał braci ani sióstr. Jego matka, piękna kobieta, którą sam by chęt­nie poślu­bił, gdyby nie to, że odna­lazł swoje powo­ła­nie gdzie indziej, była bar­dzo deli­kat­nego zdro­wia. Odpo­wie­dzial­ność za przy­szłość rodu spo­czy­wała na małych bar­kach Rolanda: cięż­kie brze­mię dla mło­dego chłopca.

Wie­dział jed­nak, że jako osoba duchowna powi­nien mieć szer­sze spoj­rze­nie. Jak to mawiali jezu­ici? "Daj­cie nam chłopca przed siód­mym rokiem życia, a będzie nasz na zawsze". Jakie­kol­wiek Bóg miał plany w sto­sunku do tego małego i czy miały mu dać szczę­ście, czy też nie, ksiądz Xavier pomoże w ich reali­za­cji.

- A kim był Roland?

- Roland był boha­te­rem. - Mały pod­niósł wzrok w ocze­ki­wa­niu pochwały. - Matka mi o nim czy­tała. Był moim przod­kiem - dodał z powagą.

Ksiądz się uśmiech­nął. Słynna Pieśń o Rolan­dzie była nastro­jową, roman­tyczną opo­wie­ścią sprzed tysiąca lat o tym, jak przy­ja­ciel cesa­rza Karola Wiel­kiego został odcięty przez wroga od armii prze­pra­wia­ją­cej się przez góry. Jak grał na rogu, wzy­wa­jąc bez­sku­tecz­nie pomocy. Jak Sara­ceni go zabili, a cesarz pła­kał po stra­cie przy­ja­ciela. Uzur­pa­cja tej postaci przez rodzinę de Cygne'ów była uro­czym wytwo­rem roman­tycz­nej wyobraźni.

- Inni twoi przod­ko­wie byli ryce­rzami kru­cjat. - Ksiądz Xavier poki­wał z uzna­niem głową. - Ale to nor­malne, jesteś prze­cież szla­chet­nie uro­dzony. - Prze­rwał na chwilę. - A kim był D'Arta­gnan?

- Słyn­nym musz­kie­te­rem i moim przod­kiem.

Rze­czy­wi­ście, boha­ter Trzech musz­kie­te­rów wzo­ro­wany był na histo­rycz­nej postaci. A przo­dek Rolanda w cza­sach Ludwika XIV poślu­bił szlach­ciankę o tym samym nazwi­sku, choć ksiądz Xavier wąt­pił raczej, by rodzina zwró­ciła na nie uwagę, nim powieść uczy­niła je sław­nym.

- Masz w żyłach krew D'Arta­gna­nów. Byli wier­nymi ryce­rzami swego króla.

- A Dieudonné? - spy­tał chło­piec.

Ksiądz Xavier już miał odpo­wie­dzieć, ale ugryzł się w język. Musi zacho­wać więk­szą ostroż­ność. Czy dzie­ciak mógł mieć jakie­kol­wiek poję­cie o ter­ro­rze gilo­tyny, który kładł się cie­niem na ostat­nim z jego imion?

- Imię two­jego dziadka jest bar­dzo piękne - odparł. - Ozna­cza "dar Boży". - Zasta­no­wił się przez chwilę. - Naro­dziny twego dziadka były może nie cudem, ale zna­kiem. Ale pamię­taj o jed­nym, Rolan­dzie. Czy znasz motto swo­jej rodziny? To bar­dzo ważne. Selon la volonté de Dieu - Bądź wola Boża.

Ksiądz Xavier pod­niósł wzrok, roz­glą­da­jąc się po oko­licy. Na pół­nocy wzno­siło się wzgó­rze Mont­mar­tre, gdzie szes­na­ście wie­ków temu święty Dio­nizy zgi­nął męczeń­ską śmier­cią z rąk pogań­skich Rzy­mian. Na połu­dniowy zachód, za wie­żami kate­dry Notre Dame, widać było wznie­sie­nie ponad Lewym Brze­giem, na któ­rym nie­stru­dzona święta Geno­wefa modliła się o wyba­wie­nie mia­sta przed najaz­dem Hunów pod wodzą Attyli - a jej modli­twy zostały wysłu­chane.

Wiele razy Bóg chro­nił Fran­cję w godzi­nie potrzeby. Gdy muzuł­ma­nie po raz pierw­szy przy­szli z Afryki przez Hisz­pa­nię i byli o włos od zala­nia całej Europy, czyż Pan nie zesłał wspa­nia­łego gene­rała, dziadka Karola Wiel­kiego, który ich poko­nał? Gdy zaś Anglicy, wsku­tek dłu­go­trwa­łych wojen z fran­cu­skimi kró­lami w śre­dnio­wie­czu, zdo­byli Paryż, czyż miło­sierny Bóg nie zesłał Fran­cji Joanny d'Arc, by popro­wa­dziła jej armię ku zwy­cię­stwu?

Przede wszyst­kim jed­nak Pan dał Fran­cji kró­lów, dyna­stie Kape­tyn­gów, Wale­zju­szy i Bur­bo­nów, któ­rzy przez trzy­dzie­ści poko­leń rzą­dzili kra­jem, jed­no­czyli go i roz­sła­wiali tę wspa­niałą, świętą zie­mię.

I przez wszyst­kie te wieki rodzina de Cygne'ów wier­nie słu­żyła kró­lom namasz­czo­nym przez Boga.

Oto spu­ści­zna chłopca. W swoim cza­sie sam to zro­zu­mie.

Przy­szła pora, aby wra­cać do domu. Za nimi na skraju ogrodu Tuile­ries roz­cią­gała się olbrzy­mia otwarta prze­strzeń placu Zgody. Dalej wspa­niała, trzy­ki­lo­me­trowa per­spek­tywa Pól Eli­zej­skich cią­gną­cych się aż do Łuku Trium­fal­nego.

Chłop­czyk był jesz­cze za mały, by znać rolę placu Zgody w histo­rii wła­snej rodziny. Łuk Trium­falny robił wpraw­dzie impo­nu­jące wra­że­nie, ale ksiądz Xavier nie prze­pa­dał za repu­bli­kań­skimi pomni­kami.

Obej­rzał się za to ponow­nie na wzgó­rze Mont­mar­tre'u - miej­sce, gdzie nie­gdyś stała pogań­ska świą­ty­nia; gdzie święty Dio­nizy poniósł męczeń­ską śmierć; gdzie miały miej­sce straszne wyda­rze­nia w cza­sie ostat­niej rewo­lu­cji w mie­ście. Na szczę­ście wła­śnie w tym roku obok wia­tra­ków zaczęto wzno­sić świą­ty­nię kato­lic­kiej Fran­cji, jej biała czy­sta kopuła lśniła nad mia­stem jak pierś gołę­bicy. Bazy­lika Sacré-Coeur - Naj­święt­szego Serca.

Wła­śnie w tym kościele powi­nien słu­żyć mały. Bóg nie bez powodu prze­cież oszczę­dził jego rodzinę. Trzeba było odku­pić hańbę, przy­wró­cić wiarę.

- Pój­dziesz kawa­łek sam, dobrze? - zapy­tał ksiądz.

Roland kiw­nął głową. Ksiądz posta­wił go więc na ziemi i z ulgą wypro­sto­wał plecy. - Zaśpie­wamy pio­senkę? - zapy­tał. - Może Fr?re Jacques?

Trzy­ma­jąc się za ręce, ksiądz i chło­piec, obser­wo­wani przez nia­nie i ich pod­opiecz­nych, wyszli z ogro­dów z pio­senką na ustach.

Jules Blan­chard szedł Polami Eli­zej­skimi w stronę Luwru i wła­śnie zna­lazł się na wyso­ko­ści kościoła Świę­tej Mag­da­leny. Miał wszel­kie powody, by czuć się szczę­śli­wym czło­wie­kiem. Miał dwóch uda­nych synów, ale zawsze marzył o córce - a dziś o ósmej rano żona uro­dziła mu dziew­czynkę.

Pozo­stał tylko jeden pro­blem do roz­wią­za­nia. Wyma­gał wpraw­dzie pew­nej deli­kat­no­ści - ale wła­śnie dla­tego Jules podą­żał na spo­tka­nie z pewną kobietą, która wcale nie była jego żoną.

Blan­chard był postaw­nym, peł­nym wigoru męż­czy­zną, wła­ści­cie­lem pokaź­nej rodzin­nej for­tuny. W poprzed­nim stu­le­ciu, gdy uro­cza, roko­kowa epoka Ludwika XV sze­rzyła wiel­kie idee oświe­ce­nia, a potem Wielka Rewo­lu­cja Fran­cu­ska prze­wró­ciła świat do góry nogami, jego przo­dek był księ­ga­rzem o rady­kal­nych poglą­dach. Syn księ­ga­rza, dzia­dek Jules'a, został leka­rzem. Zwró­cił na sie­bie uwagę mło­dego gene­rała, pną­cego się po szcze­blach kariery w cza­sie rewo­lu­cji, Napo­le­ona Bona­parte. Od tego czasu już nie oglą­dał się wstecz. Stał się medy­kiem mod­nym w krę­gach dwor­skich Napo­le­ona, a potem w śro­do­wi­sku przy­wró­co­nych na tron Fran­cji Bur­bo­nów. Na eme­ry­turę prze­niósł się do domu w Fon­ta­ine­bleau, który na­dal nale­żał do rodu. Jego żona pocho­dziła z rodziny kupiec­kiej i kolejne poko­le­nie Blan­chardów w oso­bie ojca Jules'a posta­wiło na przed­się­bior­czość. Ojciec wyspe­cja­li­zo­wał się w hur­to­wym obro­cie zbo­żem i w poło­wie XIX wieku udało mu się zgro­ma­dzić pokaźny mają­tek. Jules pra­co­wał z ojcem i dziś, w wieku trzy­dzie­stu pię­ciu lat, był gotów prze­jąć firmę, gdy ojciec zde­cy­duje się przejść na eme­ry­turę.

Na placu Made­le­ine skrę­cił lekko w prawo. Lubił cho­dzić tym bul­wa­rem, bo stał przy nim nowy olbrzymi gmach Opery, zapro­jek­to­wany przez Gar­niera. Choć ukoń­czono go zale­d­wie na początku roku, już stał się jedną z wizy­tó­wek mia­sta. Opera - obok wielu nie­wi­docz­nych z zewnątrz cudów tech­niki, takich jak sztuczne pod­ziemne jezioro mające ure­gu­lo­wać wody tego pod­mo­kłego terenu - miała tyle wspa­nia­łych orna­men­tów, że jej impo­nu­jąca kopuła przy­po­mi­nała Jules'owi olbrzymi, bogato zdo­biony tort. Gmach był pełen prze­py­chu, eks­tra­wa­gancki, wier­nie odda­wał ducha epoki - przy­naj­mniej z punktu widze­nia jemu podob­nych szczę­śliw­ców.

Jego oczom uka­zało się już miej­sce dzi­siej­szego spo­tka­nia. Zaraz za Operą, na rogu, znaj­do­wała się Café Anglais. W prze­ci­wień­stwie do gma­chu Opery była z zewnątrz dość skromna, ale w środku - to już zupeł­nie inna histo­ria. Jej wystrój był godny kró­lów. Kilka lat temu car Rosji i cesarz Nie­miec zje­dli tam wspól­nie słynną, trwa­jącą osiem godzin kola­cję.

Czyż było bar­dziej odpo­wied­nie miej­sce na lunch z Joséphine?

Dziś udo­stęp­niono na obiad wielką, ozdo­bioną malo­wi­dłami ścien­nymi salę zwaną Le Grand Seize. Gdy wcho­dził pośród kła­nia­ją­cych się w pas kel­ne­rów, zło­co­nych luster i palm w doni­cach, od razu ją spo­strzegł.

Joséphine Tes­sier była ele­gantką z rodzaju tych, które kel­ne­rzy natych­miast kie­ro­wali do naj­bar­dziej widocz­nego, cen­tral­nego sto­lika - no chyba że dama życzyła sobie dys­kre­cji. Ubrana kosz­tow­nie i wytwor­nie, miała na sobie jasno­szarą jedwabną suk­nię z koron­kową krezą pod szyją i zawa­diacki mały kape­lu­sik z piór­kiem.

Powi­tał go sze­lest jedwa­biu i upojny zapach. Musnął ustami jej dłoń, usiadł i popro­sił kel­nera o szam­pana.

- Świę­tu­jemy? - zapy­tała dama. - Masz pomyślne wie­ści?

- Dziew­czynka.

- Gra­tu­la­cje. - Uśmiech­nęła się. - Tak się cie­szę ze względu na cie­bie, mój drogi Jules'u. Speł­niło się twoje marze­nie.

Miał wiel­kie szczę­ście, że został kochan­kiem Joséphine, gdy oboje byli jesz­cze mło­dzi. Choć nale­żał do ludzi majęt­nych, praw­do­po­dob­nie dziś nie byłoby go na nią stać. Obec­nie utrzy­my­wał ją pewien bogaty ban­kier. Mimo to uwa­żał ten zwią­zek za naj­cen­niej­szy, jakim może pochwa­lić się męż­czy­zna. Była jego eks­ko­chanką, zausz­niczką i przy­ja­ciółką.

Przy­nie­siono szam­pana. Wznie­śli toast za dziecko. Następ­nie zamó­wili potrawy i gawę­dzili o tym i o owym. Dopiero gdy na stole poja­wił się lekki rosół, Jules odwa­żył się poru­szyć temat, który go drę­czył.

- Jest pewien pro­blem - powie­dział. Joséphine mil­czała wycze­ku­jąco. Jego twarz posmut­niała. - Moja żona chce dać jej na imię Marie - wykrztu­sił w końcu.

- Marie... - Zasta­no­wiła się. - To cał­kiem nie­złe imię.

- Zawsze obie­cy­wa­łem ci, że jeśli będę miał córkę, dosta­nie imię po tobie.

Pod­nio­sła wzrok zasko­czona.

- To było dawno temu, chéri. Nie przej­muj się.

- Ale to dla mnie ważne. Chciał­bym dać jej na imię Joséphine.

- A co będzie, jeśli twoja żona sko­ja­rzy imię ze mną?

- Nie ma o nas poję­cia. Jestem tego pewien. Będę nale­gał - powie­dział, sącząc szam­pana w zamy­śle­niu. - Naprawdę sądzisz, że to może być nie­roz­sądne?

- Ja, rzecz jasna, jej nie powiem. Tego możesz być pewien - odparła Joséphine. - Ale inni mogą... - Pokrę­ciła głową. - Igrasz z ogniem.

- Pomy­śla­łem, że mógł­bym jej powie­dzieć, że chcę jej dać imię cesa­rzo­wej.

Pięk­nej żony Napo­le­ona, miło­ści jego życia. Roman­tycz­nej legendy - do pew­nego momentu.

- Ależ ona była noto­rycz­nie nie­wierna cesa­rzowi - przy­po­mniała Joséphine. - Może to nie­zbyt dobry przy­kład dla two­jej córki.

- Mia­łem nadzieję, że coś wymy­ślisz.

- Nie. - Pokrę­ciła głową. - To nie jest naj­lep­szy pomysł, drogi przy­ja­cielu. Daj córce na imię Marie i uszczę­śliw swą żonę. To wszystko, co mam na ten temat do powie­dze­nia.

Wje­chało następne danie, kolejna spe­cjal­ność lokalu, homar w gala­re­cie. Roz­ma­wiali jesz­cze o sta­rych przy­ja­cio­łach, o ope­rze. Dopiero przy dese­rze, sałatce owo­co­wej, Joséphine wró­ciła do tematu mał­żeń­stwa, spo­glą­da­jąc na Jules'a w zamy­śle­niu.

- Czy chcesz uniesz­czę­śli­wić swoją żonę, chéri? Co złego ci zro­biła?

- W żad­nym razie.

- Czy jesteś jej wierny?

- Tak.

- Czy daje ci satys­fak­cję?

Wzru­szył ramio­nami.

- Jest w porządku.

- Musisz nauczyć się być szczę­śliwy, Jules'u - wes­tchnęła Joséphine. - Masz wszystko, czego chcesz, w tym żonę.

Nie prze­żyła szoku, gdy Jules Blan­chard się oże­nił. Nie była nawet zasko­czona. Jego żona była jego kuzynką ze strony matki i wnio­sła do mał­żeń­stwa pokaźny posag. Jak to wów­czas ujął Jules: "Dwie czę­ści rodzin­nej for­tuny znów się połą­czyły".

Ale wciąż miał mar­sową minę.

Joséphine Tes­sier znała wielu męż­czyzn w swoim życiu. Taki miała zawód. Jej zda­niem męż­czyźni czę­sto byli nie­za­do­wo­leni, bo nie lubili swo­jej pracy. O innych można było powie­dzieć, że uro­dzili się w nie­wła­ści­wej epoce - zda­rzali się na przy­kład śre­dnio­wieczni ryce­rze uwię­zieni w pułapce współ­cze­sno­ści. Lecz Jules Blan­chard dosko­nale paso­wał do XIX-wiecz­nej Fran­cji.

Gdy rewo­lu­cja fran­cu­ska oba­liła pano­wa­nie króla i ary­sto­kra­cji - ancien régime'u - zwol­niła miej­sce na szczy­tach dra­biny spo­łecz­nej boga­czom, zamoż­nej bur­żu­azji. Napo­leon stwo­rzył wła­sną wer­sję cesar­stwa rzym­skiego, z jego łukami trium­fal­nymi i pra­gnie­niem chwały, ale jed­no­cze­śnie nie zapo­mi­nał o umac­nia­niu klasy śred­niej. Jej siła prze­trwała jego rządy.

To prawda, że nie­któ­rzy kon­ser­wa­ty­ści chcieli wów­czas znów widzieć u wła­dzy ancien régime, ale gdy przy­wró­cona na tron dyna­stia Bur­bo­nów pod­jęła jedyną próbę zre­ali­zo­wa­nia tego celu w 1830 roku, pary­ża­nie wyrzu­cili panu­ją­cego Bur­bona i posa­dzili na tro­nie Ludwika Filipa, kuzyna króla z gałęzi orle­ań­skiej, jako swego kon­sty­tu­cyj­nego i bar­dzo bur­żu­azyj­nego monar­chę.

Z dru­giej strony byli też rady­ka­ło­wie, a nawet socja­li­ści, któ­rzy nie­na­wi­dzili nowej bur­żu­azyj­nej Fran­cji i pra­gnęli kolej­nej rewo­lu­cji. Gdy jed­nak zdo­byli ulice w 1848 roku, sądząc, że nad­szedł ich czas, w rezul­ta­cie powstało pań­stwo wcale nie socja­li­styczne, lecz kon­ser­wa­tywna repu­blika, a po niej bur­żu­azyjne impe­rium Napo­le­ona III - bra­tanka wiel­kiego cesa­rza - który fawo­ry­zo­wał ban­kie­rów, makle­rów gieł­do­wych, wła­ści­cieli nie­ru­cho­mo­ści i boga­tych kup­ców. Czyli ludzi pokroju Jules'a Blan­charda.

Wła­śnie ich można było spo­tkać w powo­zach, z pięk­nie ubra­nymi kobie­tami, w Lasku Buloń­skim, na zachod­nim skraju mia­sta lub w kulu­arach wiel­kiej, nowej Opery, gdzie Jules z żoną tak lubili się poka­zy­wać. Nie ma co do tego wąt­pli­wo­ści, pomy­ślała Joséphine, że Jules Blan­chard czer­pie ze swej epoki to, co naj­lep­sze.

Ba, miał prze­cież nawet ją.

- Co się stało, przy­ja­cielu? - zapy­tała łagod­nie.

Jules się zamy­ślił. Wie­dział, że ma szczę­ście. I cenił to, co mu przy­pa­dło w udziale. Kochał stary dom rodzinny w Fon­ta­ine­bleau, z jego wewnętrz­nym dzie­dziń­cem, meblami dziadka z okresu Pierw­szego Cesar­stwa i opra­wio­nymi w skórę książ­kami. Kochał ele­gancki pałac kró­lew­ski w mie­ście, star­szy i skrom­niej­szy niż olbrzymi pałac w Wer­salu. W nie­dziele cha­dzał na dłu­gie spa­cery w sąsied­nim lesie Fon­ta­ine­bleau lub jeź­dził konno do wio­ski Bar­bi­zon, gdzie Corot nama­lo­wał swoje kra­jo­brazy prze­peł­nione nie­sa­mo­wi­tym świa­tłem odbi­tym przez Sekwanę. W Paryżu lubił han­del hur­towy w śre­dnio­wiecz­nych wnę­trzach Les Hal­les, z kolo­ro­wymi stra­ga­nami, zgieł­kiem, zapa­chem serów, ziół i owo­ców z każ­dego regionu Fran­cji. Był dumny ze swo­jej świet­nej zna­jo­mo­ści sta­rych kościo­łów w mie­ście i gospód z głę­bo­kimi piw­ni­cami peł­nymi win.

Ale to nie wystar­czało.

- Jestem znu­dzony - poskar­żył się. - Chciał­bym robić coś innego.

- Ale co, mój drogi Jules'u?

- Mam pewien plan - zwie­rzył się. - Zdzi­wisz się. - Wyko­nał zama­szy­sty ruch ręką. - Nowy biz­nes dla nowego Paryża.

Gdy Jules Blan­chard mówił o nowym Paryżu, nie miał na myśli jedy­nie sze­ro­kich bul­wa­rów barona Haus­smanna. Nawet jesz­cze za cza­sów budowy wiel­kich gotyc­kich kościo­łów Paryż mie­nił się sto­licą mody, przy­naj­mniej pół­noc­nej Europy. Pary­ża­nie nie byli zachwy­ceni, gdy ćwierć wieku wcze­śniej to Lon­dyn przy­cią­gnął uwagę prasy mię­dzy­na­ro­do­wej dzięki pała­cowi zbu­do­wa­nemu ze szkła na Wielką Wystawę gro­ma­dzącą wszystko, co nowe i eks­cy­tu­jące na świe­cie. Wkrótce w ślady Lon­dynu poszedł Nowy Jork. Ale w 1855 roku Paryż był gotów na rewanż, a jego nowy cesarz Napo­leon III doko­nał otwar­cia świa­twej wystawy prze­my­słu i sztuki we wspa­nia­łej hali z żelaza, szkła i kamie­nia na Polach Eli­zej­skich. Po jede­na­stu latach Paryż ponow­nie zor­ga­ni­zo­wał wystawę, tym razem na olbrzy­mim placu parad­nym Lewego Brzegu, zwa­nym Polem Mar­so­wym. Impreza z 1867 roku była naj­więk­szą wystawą, jaką oglą­dał świat, i zapre­zen­to­wała wiele nad­zwy­czaj­nych eks­po­na­tów, w tym pierw­sze dynamo elek­tryczne Sie­mensa.

- Chcę otwo­rzyć dom towa­rowy - oświad­czył Jules. Nowy Jork miał domy towa­rowe: Macy's świet­nie prze­cież pro­spe­ro­wał. Miał je Lon­dyn: Whi­te­leys na przed­mie­ściach i kilka spół­dzielni han­dlo­wych, ale na razie nic nad­zwy­czaj­nego. Paryż zna­lazł się w lep­szej pozy­cji zarówno jeśli cho­dzi o styl, jak i wiel­kość maga­zy­nów, bo miał Bon Marché i Prin­temps.

- To jest przy­szłość - stwier­dził Jules i zaczął opi­sy­wać swój wyma­rzony dom towa­rowy. Wielki pałac, w któ­rym każdy może kupić co dusza zapra­gnie. - Sty­lowy, dobre ceny, w samym środku mia­sta - wyli­czał z rosną­cym entu­zja­zmem, a Joséphine patrzyła na niego zafa­scy­no­wana.

- Nie wie­dzia­łam, że masz w sobie tyle pasji - zauwa­żyła.

- Och.

- Mam na myśli pasję inte­lek­tu­alną. - Uśmiech­nęła się.

- Aha.

- A co na to twój ojciec?

- On się o tym nie dowie.

- Jak to?

- Będę musiał pocze­kać - wes­tchnął. - Cóż innego mogę zro­bić?

- Nie zro­bisz tego sam?

- To by było trudne. On prze­cież kon­tro­luje pie­nią­dze. Nie mogę podzie­lić rodziny...

- Kochasz ojca, prawda?

- Oczy­wi­ście.

- Bądź dla niego dobry i dla swo­jej żony też, mój drogi. Miej cier­pli­wość.

- Chyba masz rację. - Umilkł na chwilę, ale się roz­po­go­dził. - Ale i tak chcę jej dać na imię Joséphine.

Następ­nie wstał, wyja­śnia­jąc, że musi wra­cać do żony. Poło­żyła dłoń na jego ręce.

- Nie rób tego, przy­ja­cielu. Także ze względu na mnie. Nie rób tego.

Przy­wo­łał kel­nera, zapła­cił i wyszedł, nie podej­mu­jąc tematu.

Po jego odej­ściu Joséphine zamy­śliła się. Czy naprawdę zamie­rza nazwać córkę jej imie­niem? Czy też, przy­po­mniaw­szy sobie dawną obiet­nicę, ode­grał piękną scenę, mając pew­ność, że ona zwolni go z przy­rze­cze­nia? Uśmiech­nęła się do sie­bie. Jakie to ma zna­cze­nie? Jeśli nawet tak było, to świad­czy jedy­nie o jego uprzej­mo­ści i inte­li­gen­cji.

Lubiła inte­li­gent­nych męż­czyzn. Bawiło ją, że wciąż musi zga­dy­wać, co on w końcu zrobi.

Wysoka kobieta zatrzy­mała się. Była wychu­dzona. Obok niej stał dzie­wię­cio­letni ciem­no­włosy chło­piec, krótko ostrzy­żony, o sze­roko roz­sta­wio­nych oczach. Wyglą­dał na bystrego.

Wdowa Le Sourd miała czter­dzie­ści lat, ale czy to za sprawą spło­wia­łego odzie­nia, które wisiało luźno na jej kości­stym ciele, czy też dłu­gich, zanie­dba­nych siwych wło­sów, czy może dla­tego, że patrzyła na świat kamien­nym spoj­rze­niem, wyglą­dała na dużo star­szą. Jeśli spra­wiała ponure wra­że­nie, to nie bez powodu.

Poprzed­niego wie­czoru syn znów ją o to spy­tał. Uznała, że przy­szedł czas, aby wresz­cie powie­dzieć mu prawdę.

- Wejdźmy - powie­działa.

Wspa­niały cmen­tarz P?re-Lacha­ise zaj­mo­wał zbo­cze wzgó­rza, które znaj­do­wało się nie­całe pięć kilo­me­trów na wschód od ogrodu Tuile­ries, skąd godzinę temu wyszli ksiądz Xavier z małym Rolan­dem. Cmen­tarz był bar­dzo stary, ale sławny stał się ostat­nio. Cho­wano tu wiel­kich ludzi - poli­ty­ków, gene­ra­łów, arty­stów i kom­po­zy­to­rów - wiele osób odwie­dzało i podzi­wiało ich groby. Lecz wdowa Le Sourd nie przy­szła tu po to, by poka­zać synowi grób.

Weszli przez jedną z bram od strony mia­sta, u stóp wzgó­rza. Przed nimi pomię­dzy gro­bow­cami cią­gnęły się wysa­dzane drze­wami bru­ko­wane alejki, podobne do rzym­skich dróg. Było cicho. Poza straż­ni­kiem przy bra­mie jak okiem się­gnąć nikogo nie było widać. Wdowa dokład­nie wie­działa, dokąd zmie­rzają. Chło­piec - nie.

Zatrzy­mali się naj­pierw na prawo od wej­ścia, by popa­trzeć na pomnik, który roz­sła­wił cmen­tarz, wysoki gro­bo­wiec śre­dnio­wiecz­nych kochan­ków - Helo­izy i Abe­larda. Ale nie zaba­wili tam długo. Wdowa nie zatrzy­mała się przy miej­scach pochówku żad­nego ze słyn­nych napo­le­oń­skich mar­szał­ków ani przy świe­żej mogile mala­rza Corota, ani nawet przy pięk­nym gro­bie Cho­pina. Nie chciała roz­pra­szać uwagi syna. Musiała go przy­go­to­wać na prawdę.

- Jean Le Sourd był bar­dzo dziel­nym czło­wie­kiem.

- Wiem, mamo.

Jego ojciec był boha­te­rem. Każ­dego wie­czoru przed snem przy­po­mi­nał sobie szcze­gó­łowo tego wyso­kiego, ser­decz­nego czło­wieka, który opo­wia­dał mu różne histo­rie i grał z nim w piłkę. Czło­wieka, który zawsze przy­no­sił do domu chleb, nawet wów­czas, gdy cały Paryż gło­do­wał. Jeśli te wspo­mnie­nia cza­sami wyda­wały się nieco zamglone, zawsze mógł spoj­rzeć na foto­gra­fię przed­sta­wia­jącą przy­stoj­nego męż­czy­znę o ciem­nych wło­sach, z sze­roko roz­sta­wio­nymi oczami, takimi jak jego wła­sne. Od czasu do czasu śnił mu się. Razem wyru­szali na zew przy­gody. Kie­dyś śniło mu się nawet, że wal­czą ramię w ramię na ulicz­nej bary­ka­dzie.

Matka pro­wa­dziła go kilka minut pod górę w mil­cze­niu, aż przed szczy­tem wzgó­rza skrę­ciła w prawo w długą alejkę. Wtedy pod­jęła opo­wieść.

- Twój ojciec był szla­chet­nym czło­wie­kiem. - Spoj­rzała na syna. - Jak myślisz, Jacques, co zna­czy był szla­chet­nym?

- Myślę, że... - zasta­no­wił się - to zna­czy być odważ­nym jak ryce­rze, któ­rzy wal­czyli o honor.

- Nie - rzu­ciła ostro. - Ci wszy­scy ryce­rze w zbro­jach wcale nie byli szla­chetni. Byli zło­dzie­jami i tyra­nami zagar­nia­ją­cymi tyle bogactw i wła­dzy, ile tylko mogli. Mówili o sobie, że są szla­chetni, by rosnąć w pychę i uda­wać, że ich krew jest lep­sza od naszej, by robić, co im się żyw­nie podoba. Ary­sto­kraci! - Skrzy­wiła się. - Fał­szywi szlach­cice. A naj­gor­szy z nich wszyst­kich był król. Brudny spi­sek, który trwał przez wieki.

Młody Jacques wie­dział, że matka jest zwo­len­niczką rewo­lu­cji fran­cu­skiej. Po śmierci ojca uni­kała jed­nak tego tematu, jakby nale­żał do jakiejś sfery cie­nia, gdzie nie chciała się zapusz­czać.

- Dla­czego to tak długo trwało, maman?

- Bo była jesz­cze jedna prze­stęp­cza wła­dza, jesz­cze gor­sza niż kró­lew­ska. Wiesz jaka?

- Nie wiem, mamo.

- To był Kościół, Jacques. Król i jego ary­sto­kraci wspie­rali Kościół, a księża naka­zy­wali ludziom posłu­szeń­stwo. Na tym pole­gał układ ancien régime'u. Jedno wiel­kie kłam­stwo.

- A rewo­lu­cji nie udało się tego zmie­nić?

- Rok 1789 był czymś wię­cej niż rewo­lu­cją. Ozna­czał naro­dziny wol­no­ści. Wol­ność, rów­ność, bra­ter­stwo: to są naj­szczyt­niej­sze idee, jakie może mieć czło­wiek. Ancien régime zwal­czał je, więc rewo­lu­cja ścięła mu głowę. To było abso­lut­nie nie­odzowne. Ale to jesz­cze nie koniec. Rewo­lu­cja wyzwo­liła nas z wię­zie­nia wznie­sio­nego przez Kościół. Zała­mała się wła­dza księży. Ludzie mogli otwar­cie prze­czyć ist­nie­niu Boga, uwol­nić się od prze­są­dów, iść za rozu­mem. To był kamień milowy dla ludz­ko­ści.

- A co się stało z księżmi, maman? Czy ich też stra­cono?

- Nie­któ­rych. - Wzru­szyła ramio­nami. - Nie­do­sta­tecz­nie wielu.

- Ale księża wciąż tu są.

- Nie­stety.

- Czy wszy­scy rewo­lu­cjo­ni­ści byli ate­istami?

- Nie. Ale ci naj­więksi tak.

- Nie wie­rzysz w Boga, mamo? - zapy­tał Jacques. Matka pokrę­ciła głową. - A ojciec wie­rzył? - cią­gnął.

- Też nie.

Chło­piec przez chwilę się zasta­na­wiał.

- To ja też nie wie­rzę.

Alejka wiła się na wschód, coraz bli­żej muru cmen­ta­rza.

- A co się stało z rewo­lu­cją, maman? Dla­czego nie prze­trwała?

Matka wzru­szyła ramio­nami.

- Było zamie­sza­nie. Do wła­dzy doszedł Napo­leon. On był pół rewo­lu­cjo­ni­stą, pół cesa­rzem rzym­skim. Pod­bił pra­wie całą Europę, zanim został poko­nany.

- On też był ate­istą?

- Kto to wie. Kościół w każ­dym razie ni­gdy już nie odzy­skał utra­co­nej wła­dzy, ale Napo­leon zro­zu­miał, podob­nie jak więk­szość wład­ców, że księża mogą być poży­teczni.

- A po nim wszystko wró­ciło do daw­nego stanu?

- Nie­zu­peł­nie. Wszy­scy monar­cho­wie Europy byli prze­ra­żeni, że przyj­dzie kolejna rewo­lu­cja. Przez trzy­dzie­ści lat uda­wało im się tłu­mić rewo­lu­cyjne zapędy. Kon­ser­wa­ty­ści we Fran­cji - dawni monar­chi­ści, bogata bur­żu­azja, każdy, kto bał się zmian - wspie­rali kon­ser­wa­tywne rządy. Lud nie miał dostępu do wła­dzy, biedni jesz­cze bar­dziej ubo­żeli. Lecz duch wol­no­ści nie zgi­nął. W 1848 roku w Euro­pie zaczęły wybu­chać rewo­lu­cje, rów­nież u nas. Stary tłu­sty Ludwik Filip, król bur­żu­azji, był tak prze­ra­żony, że wsiadł do powozu i wyje­chał do Anglii. Sta­li­śmy się znowu repu­bliką i wybra­li­śmy bra­tanka Napo­le­ona, by sta­nął na jej czele.

- Ale on koro­no­wał się na cesa­rza.

- Chciał być jak jego wuj. Po dwóch latach rzą­dów nadał sobie tytuł cesa­rza i nazwał się Napo­le­onem III, gdyż wielki cesarz miał jesz­cze syna, który zmarł. - Pokrę­ciła głową. - O tak, on potra­fił się podo­bać. Baron Haus­smann odbu­do­wał Paryż. Mia­sto dostało nową, wspa­niałą Operę. Wiel­kie wystawy, na które zjeż­dżał się cały świat. Ale bie­da­kom nie żyło się lepiej. A potem, po dzie­się­ciu latach rzą­dów, popeł­nił głupi błąd. Roz­po­czął wojnę z Niem­cami. A że żaden był z niego gene­rał, to ją prze­grał.

- Pamię­tam, jak Niemcy przy­szli do Paryża.

- Roz­nie­śli naszą armię i okrą­żyli mia­sto. Oblę­że­nie trwało mie­sią­cami. Nie było co jeść. Nie mówi­łam ci, ale pod koniec robi­łam ci potrawki ze szczu­rów. Mia­łeś tylko pięć lat, ale na szczę­ście byłeś silny. W końcu gdy zaczęli nas ostrze­li­wać z cięż­kiej arty­le­rii, nie było wyj­ścia. Paryż się pod­dał. - Wzru­szyła ramio­nami. - Niemcy wró­cili do Nie­miec, ale zmu­sili nas do odda­nia Alza­cji i Lota­ryn­gii, pięk­nych regio­nów po naszej stro­nie Renu z win­ni­cami i górami. Fran­cja została upo­ko­rzona.

- To wtedy zgi­nął mój ojciec. Zawsze mi mówi­łaś, że zgi­nął, wal­cząc, ale nie do końca rozu­mia­łem... nauczy­ciel w szkole mówił...

- Nie­ważne, co mówił - wtrą­ciła ostro matka. - Opo­wiem ci, co naprawdę się zda­rzyło.

Zamil­kła na chwilę. Na jej twa­rzy poja­wił się cień czu­łego uśmie­chu.

- Wiesz - zaczęła - gdy chcia­łam wyjść za mąż, moja rodzina nie wpa­dła w zachwyt. Byli­śmy biedni, ale mój ojciec był nauczy­cie­lem i chciał, żebym poślu­biła czło­wieka wykształ­co­nego. Jean Le Sourd był synem robot­nika i szkol­nej edu­ka­cji liznął nie­wiele. Pra­co­wał w dru­karni, przy­go­to­wu­jąc skład. Miał jed­nak w sobie wielką cie­ka­wość świata.

- I co się stało?

- Mój ojciec posta­no­wił wykształ­cić mego przy­szłego męża. A twój ojciec nie miał nic prze­ciwko temu. Mało tego, był pil­nym uczniem i wkrótce czy­tał już wszystko. Wydaje mi się, że przeczy­tał naj­wię­cej ze wszyst­kich zna­nych mi ludzi. I wła­śnie dzięki tym stu­diom doszedł do prze­ko­nań, za które oddał życie.

- Wie­rzył w rewo­lu­cję.

- Twój ojciec zro­zu­miał, że nawet rewo­lu­cja fran­cu­ska to za mało. Nim się uro­dzi­łeś, wie­dział, że jedyną drogą naprzód jest abso­lutna wła­dza ludu i koniec wła­sno­ści pry­wat­nej. I wielu odważ­nych ludzi myślało tak samo.

Za drze­wami po pra­wej stro­nie widać teraz było mur cmen­ta­rza. Dotarli pra­wie do celu.

- Cztery lata temu - cią­gnęła - wyda­wało się, że nade­szła odpo­wied­nia chwila. Napo­leon III został poko­nany. Rządy spra­wo­wało Zgro­ma­dze­nie Naro­dowe, które obra­do­wało w pałacu kró­lew­skim w Wer­salu. Depu­to­wani byli tak kon­ser­wa­tywni, że spo­dzie­wa­li­śmy się decy­zji o kolej­nej monar­chii. Zgro­ma­dze­nie bało się Paryża, bo mie­li­śmy wła­sne siły porząd­kowe i dużo armat na Mont­mar­trze. Wysłało więc woj­ska, które miały prze­jąć naszą arty­le­rię. Woj­sko jed­nak przy­łą­czyło się do nas. I nagle stało się: Paryż zde­cy­do­wał rzą­dzić się sam. To była Komuna.

- Moi nauczy­ciele twier­dzą, że to się nie bar­dzo udało.

- Kła­mią. To był cudowny czas, wcze­sna wio­sna. Wszystko spraw­nie dzia­łało. Komuna prze­jęła nie­ru­cho­mo­ści kościelne. Zaczęto przy­zna­wać kobie­tom równe prawa. Nad wszyst­kim powie­wała czer­wona flaga ludu. Męż­czyźni tacy jak twój ojciec orga­ni­zo­wali życie całych dziel­nic, jakby były robot­ni­czymi pań­stwami. Zgro­ma­dze­nie w Wer­salu było prze­ra­żone.

- I wtedy Zgro­ma­dze­nie zaata­ko­wało Paryż?

- Do tego czasu mieli więk­szą siłę. Woj­sko. Niemcy zwró­cili im jeń­ców wojen­nych, by wzmoc­nić ich w kon­fron­ta­cji z ludem. To było ohydne. Bro­ni­li­śmy bram Paryża. Na uli­cach wzno­si­li­śmy bary­kady. Miej­ska bie­dota boha­ter­sko wal­czyła. Ale w końcu oka­zali się dla nas za mocni. Ostatni tydzień maja - krwawy tydzień - był naj­gor­szy...

Wdowa Le Sourd zamil­kła na parę chwil. Dotarli do połu­dniowo-wschod­niego naroż­nika cmen­ta­rza, gdzie alejka wspi­nała się stromo po lewej stro­nie zbo­cza środ­ko­wego wzgó­rza. Po pra­wej stro­nie bru­ko­wa­nej ścieżki, nieco niżej na stoku, widać było frag­ment kamien­nego muru cmen­tar­nego pozba­wio­nego jakich­kol­wiek napi­sów, a przed nim pusty kawa­łek ziemi w kształ­cie trój­kąta. Było to nie­po­zorne miej­sce, któ­remu nikt dotąd nie nadał żad­nej god­no­ści ani imie­nia.

- W końcu - cią­gnęła wdowa - ostat­nim szań­cem, który się nie pod­dał, była biedna dziel­nica Bel­le­ville nie­da­leko stąd. Nie­któ­rzy z naszych ludzi tam wal­czyli. - Wska­zała ręką groby na szczy­cie wzgó­rza. - Wresz­cie wszystko się skoń­czyło. Ostat­nia setka komu­nar­dów została osa­czona. Jed­nym z nich był twój ojciec.

- Czy to zna­czy, że wzięli go do wię­zie­nia?

- Nie. Dowódcą oddziału był pewien ofi­cer. Pole­cił żoł­nie­rzom zapro­wa­dzić więź­niów tam. - Wska­zała ręką kawa­łek nagiego muru. - Następ­nie roz­ka­zał im sta­nąć w sze­regu i roz­strze­lać więź­niów. Po pro­stu. Wła­śnie tu i wła­śnie w taki spo­sób zgi­nął twój ojciec. Teraz już wiesz.

W tym momen­cie wysoka, chuda wdowa Le Sourd zaczęła pła­kać. Syn jej się przy­glą­dał. Szybko jed­nak się otrzą­snęła i zapa­trzyła kamien­nym wzro­kiem w mur, przy któ­rym dobie­gło końca jej mał­żeń­stwo.

- Chodźmy - powie­działa cicho. Zaczęli scho­dzić w dół.

Byli już pra­wie przy bra­mie wej­ścio­wej, gdy Jacques prze­rwał mil­cze­nie.

- Co się stało z ofi­ce­rem, który kazał ich roz­strze­lać? - zapy­tał.

- Nic.

- Wiesz na pewno? Wiesz, kim był?

- Dowie­dzia­łam się. To ary­sto­krata, można było się tego spo­dzie­wać. Wciąż jesz­cze jest ich pełno w woj­sku. Nazywa się wiceh­ra­bia de Cygne. - Wzdry­gnęła się. - Ma syna, młod­szego od cie­bie, o imie­niu Roland.

Jacques Le Sourd mil­czał przez chwilę.

- Przyj­dzie dzień, że zabiję jego syna.

Powie­dział to cicho i kate­go­rycz­nie.

Matka nie odpo­wie­działa. Prze­szli kil­ka­na­ście kro­ków. Czy powie mu, by powstrzy­mał się od zemsty? Ani myśli to zro­bić. Jej miłość była gorąca, a miłość nie bie­rze zakład­ni­ków. Pra­wo­myślni zabi­jają swo­ich wro­gów. Takie jest ich prze­zna­cze­nie.

- Miej cier­pli­wość, Jacques - rze­kła. - Pocze­kaj, aż nadej­dzie wła­ściwy moment.

- Pocze­kam - odparł chło­piec. - Ale Roland de Cygne zgi­nie.

Rozdział 2

1883

Dzień zaczął się nie­do­brze. Znik­nął jego młod­szy bra­ci­szek Luc.

Tho­mas Gascon kochał swoją rodzinę. Jego star­sza sio­stra Ad?le wyszła za mąż i wypro­wa­dziła się z domu. Młod­sza z kolei spę­dzała cały czas z przy­ja­ciółką, Yvette; ich roz­mowy nudziły go. Za to Luc to cał­kiem inna histo­ria. Piesz­czoch całej rodziny. Śmieszny mały chłop­czyk, któ­rego wszy­scy uwiel­biali. Gdy się uro­dził, Tho­mas miał pra­wie dzie­sięć lat. Stał się jego prze­wod­ni­kiem, filo­zo­fem i przy­ja­cie­lem.

Luca nie było już poprzed­niego wie­czoru. Ojciec jed­nak zapew­nił ich, że poszedł do ciotki, która mieszka kilo­metr dalej, więc nikt się nie mar­twił. Dopiero gdy Tho­mas wycho­dził do pracy, usły­szał płacz matki.

- To zna­czy, że nie jesteś pewien, czy poszedł do two­jej sio­stry?

- Na pewno tam jest - dobiegł z sypialni ojca głos. - Wczo­raj się tam wybie­rał. To niby gdzie miałby być?

Gascon na ogół niczym się nie przej­mo­wał. Zara­biał na życie, nosząc wodę, ale nie można było na nim zbyt­nio pole­gać. "Pra­cuje dokład­nie tyle, ile musi - mawiała jego żona - i ani sekundy dłu­żej". Pew­nie by się z nią zgo­dził, bo uwa­żał, że to jedyna sen­sowna rzecz, jaką można robić. "Życie jest po to, żeby żyć - powta­rzał. - Skoro nie można usiąść i napić się wina...". Tu wyko­ny­wał gest mający uka­zać bez­sens wszel­kich innych zajęć. Nie pił dużo. Pozy­cja sie­dząca była jed­nak dla niego ważna.

Wyło­nił się teraz nie­ogo­lony i bosy, wcią­ga­jąc na grzbiet ubra­nie, gotów do kłótni. Lecz żona poło­żyła temu kres.

- Nicole - pole­ciła - bie­gnij natych­miast do ciotki i sprawdź, czy jest tam Luc. - Następ­nie odwró­ciła się do męża. - Popy­taj sąsia­dów, czy widzieli twego syna. Wstydź się! - dodała z wście­kło­ścią.

- A co ja mam robić? - zapy­tał Tho­mas.

- Iść do pracy, oczy­wi­ście.

- Ale... - Nie chciał wycho­dzić, nie zna­jąc losu brata.

- Chcesz się spóź­nić i stra­cić pracę? - rzu­ciła ostro matka i dodała łagod­niej: - Dobry z cie­bie chło­pak, Tho­mas, ojciec pew­nie ma rację, że Luc poszedł do ciotki. - Widząc jed­nak, że syn na­dal się waha, dorzu­ciła: - Nie martw się. Jeśli go nie znaj­dziemy, przy­ślę do cie­bie Nicole.

Tho­mas pobiegł więc w dół Mont­mar­tre'u. Choć mar­twił się o brata, nie chciał stra­cić pracy. Nim jego ojciec został dostar­czy­cie­lem wody, imał się róż­nych prac fizycz­nych, z mniej­szym lub więk­szym powo­dze­niem. Matka jed­nak chciała, by Tho­mas miał fach w ręku. Został więc ślu­sa­rzem. Nieco poni­żej śred­niego wzro­stu, miał mocne ciało, dużo siły i odzna­czał się spo­strze­gaw­czo­ścią. Uczył się szybko i choć nie miał jesz­cze dwu­dzie­stu lat, starsi robot­nicy zawsze chęt­nie brali go do bry­gady i przy­uczali.

Był piękny wio­senny pora­nek. Tho­mas miał na sobie roz­piętą pod szyją koszulę i krótką kurtkę. Luźne spodnie przy­trzy­my­wał sze­roki skó­rzany pas. Jego robo­ciar­skie buty szu­rały lekko po powierzchni pyli­stej drogi. Miał do przej­ścia tylko nie­całe cztery kilo­me­try.

Topo­gra­fia Paryża była bar­dzo pro­sta. Mia­sto roz­ro­sło się wokół naj­star­szego owal­nego osie­dla na brze­gach Sekwany, oka­la­ją­cego cen­tralną wyspę, a jego posze­rza­jące się z cza­sem gra­nice zna­czyły kolejne kon­cen­tryczne mury. Pod koniec XVIII wieku, tuż przed rewo­lu­cją fran­cu­ską, Paryż oka­lały mury gra­nicy cel­nej, odle­głe od rzeki o jakieś trzy kilo­me­try. W wio­dą­cych do mia­sta wielu bra­mach znie­na­wi­dzeni poborcy podat­kowi pobie­rali na rogat­kach cło. Wielki owal Paryża oka­lał wia­nu­szek przed­mieść i wio­sek, w tym na wscho­dzie P?re-Lacha­ise, a na pół­nocy wzgó­rze Mont­mar­tre'u. Po rewo­lu­cji znie­na­wi­dzony mur gra­nicy cel­nej został roze­brany, a tuż przed nie­dawną wojną z Niem­cami powstała potężna linia for­ty­fi­ka­cji zewnętrz­nych, które objęły rów­nież naj­dal­sze przed­mie­ścia. Wiele z nich jed­nak, zwłasz­cza Mont­mar­tre, wciąż wyglą­dało jak pra­dawne wio­ski, któ­rymi w grun­cie rze­czy były.

U stóp Mont­mar­tre'u Tho­mas prze­szedł na drugą stronę sta­rego i cha­otycz­nego placu Cli­chy, by skie­ro­wać się na połu­dniowy zachód dłu­gim bul­wa­rem bie­gną­cym wzdłuż daw­nego muru gra­nicy cel­nej. Po lewej stro­nie miał ulice mia­sta, a po pra­wej roz­le­głe przed­mie­ście Bati­gnol­les. Od czasu do czasu mijał go tram­waj konny, ale jak więk­szość robot­ni­ków raczej nie jeź­dził tram­wajami i omni­bu­sami, bo nie stać go było na bilet, a poza tym idąc żwa­wym kro­kiem, nie zosta­wał za nimi w tyle.

Po pół godzi­nie po jego lewej stro­nie poja­wiło się ele­ganc­kie kute ogro­dze­nie zie­lo­nego parku Mon­ceau. Daw­niej posia­dłość ksią­żęca, teraz ele­gancki teren miej­ski sta­no­wił bramę do eks­klu­zyw­nej dziel­nicy. Po jego połu­dnio­wej stro­nie sku­piły się impo­nu­jące pry­watne rezy­den­cje naj­bo­gat­szej bur­żu­azji. Ale jego naj­bar­dziej cza­ru­jący zaką­tek znaj­do­wał się tutaj, w poło­wie dłu­go­ści ogro­dze­nia od strony pół­noc­nej.

Wyglą­dał jak mała rzym­ska świą­tynka. Tak naprawdę była to stara rogatka. Aby się dosto­so­wać do ary­sto­kra­tycz­nego oto­cze­nia, otrzy­mała formę kla­sy­cy­stycz­nej rotundy z kolum­nami. Tho­mas lubił tę budowlę. Jej widok ozna­czał też, że jest już u celu.

Prze­szedł na drugą stronę bul­waru i wkrótce skrę­cił w lewo w rue de Cha­zel­les.

Kil­ka­dzie­siąt lat temu była to skromna oko­lica warsz­ta­tów i warzyw­ni­ków. Potem poja­wiły się nie­wiel­kie dwu­pię­trowe wille z man­sar­dami na pod­da­szu. A od czasu gdy baron Haus­smann zaczął prze­bi­jać przez dziel­nicę swoje wiel­kie arte­rie, wyro­sło rów­nież kilka sze­ścio­pię­tro­wych kamie­nic. Budowa, na któ­rej pra­co­wał Tho­mas Gascon, znaj­do­wała się przy rue de Cha­zel­les 25, po pół­noc­nej stro­nie ulicy. Nad sąsied­nimi wil­lami góro­wał gigan­tyczny kształt przy­po­mi­na­jący pie­niek, okryty arku­szami metalu i rusz­to­wa­niami. Był tak duży, że widać go było już z parku Mon­ceau.

Była to Sta­tua Wol­no­ści.

Warsz­taty firmy Gaget, Gau­thier et Cie znaj­do­wały się na tyłach budowli na dużej par­celi, się­ga­ją­cej aż do następ­nej prze­cznicy. Mie­ściło się tam kilka wiel­kich szop, odlew­nia i ruchomy dźwig. Na środku placu stało olbrzy­mie popier­sie.

Tho­mas skie­ro­wał się naj­pierw do szopy po lewej stro­nie. Była to pra­cow­nia, gdzie przy dłu­gich sto­łach rze­mieśl­nicy wyko­ny­wali ozdobne fryzy głowy i pochodni. Uwiel­biał przy­glą­dać się, jak pra­cują, ale przy­szedł przede wszyst­kim dla­tego, że rano można było tu zastać łysego, kor­pu­lent­nego maj­stra, któ­remu chciał powie­dzieć uprzejme: Bon­jour, mon­sieur, by przy­po­mnieć wszech­wład­nemu zwierzch­ni­kowi o swoim ist­nie­niu.

Tego ranka jed­nak maj­ster był zajęty. W pra­cowni zja­wił się bowiem mon­sieur Bar­tholdi. Przy­stojny pro­jek­tant sta­tui, o deli­kat­nych rysach twa­rzy, z fula­rem zawią­za­nym pod szyją na kokardę, wyglą­dał w każ­dym calu jak modny arty­sta, któ­rym był. Od lat już pra­co­wał nad tym pro­jek­tem. Począt­kowo chciał posta­wić podobną sta­tuę u wrót Orientu - przy wej­ściu do Kanału Sueskiego. I choć tam­ten pro­jekt upadł, poja­wiła się nowa wspa­niała spo­sob­ność. Naród fran­cu­ski zbie­rał datki na poda­ru­nek dla Ame­ryki - sta­tuę, która sta­nie u wrót Zachodu, obok portu w Nowym Jorku. Dzięki temu mon­sieur Bar­tholdi zyska świa­tową sławę.

Nie śmiąc im prze­szka­dzać, Tho­mas szybko opu­ścił pra­cow­nię i wszedł do sąsied­niej szopy.

Bar­tholdi zapro­jek­to­wał wspa­niałą sta­tuę, ale pro­blemy kon­struk­cyjne sta­no­wiły nie­małe wyzwa­nie. Począt­kowo, idąc za radą wiel­kiego fran­cu­skiego archi­tekta Viol­let-le-Duca, pla­no­wano wznieść ją wokół gigan­tycz­nej kamien­nej kolumny. Autor pomy­słu zmarł jed­nak, nie pozo­sta­wia­jąc szcze­gó­ło­wych instruk­cji, i nikt nie miał poję­cia, co dalej robić. W końcu zna­lazł się inży­nier od budowy mostów, który zapro­po­no­wał, że zrobi kon­struk­cję pod­trzy­mu­jącą sta­tuę od środka. Został więc zatrud­niony na budo­wie.

Zaczął tak, jakby budo­wał kolejny most. Sta­tua miała być pusta w środku. Zamiast kamien­nej kolumny jej kon­struk­cyj­nym ser­cem uczy­niono pylon z żela­znymi bel­kami. War­stwę zewnętrzną miał two­rzyć żela­zny szkie­let pokryty cienką mie­dzianą bla­chą przy­mo­co­waną nitami. Spi­ralne schody wewnętrzne udo­stęp­nia­łyby przy­szłym zwie­dza­ją­cym plat­formę wido­kową umiesz­czoną w dia­de­mie sta­tui.

Inży­nier zapla­no­wał jed­no­cze­sną pracę nad kil­koma czę­ściami pomnika. Wol­ność miała trzy­mać we wznie­sio­nej ku niebu pra­wej ręce wielką pochod­nię, a w lewej tablicę z wyrytą datą pod­pi­sa­nia Dekla­ra­cji nie­pod­le­gło­ści Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Wła­śnie nad tą dło­nią pra­co­wał Tho­mas i jego zespół.

Tego dnia zja­wiło się oprócz niego jesz­cze dwóch kole­gów, poważ­nych bro­da­tych czter­dzie­sto­lat­ków. Obaj przy­wi­tali się z nim uprzej­mie, a jeden zapy­tał o zdro­wie jego rodziny.

Tho­ma­sowi wyda­wało się, że nie powi­nien opo­wia­dać o zagi­nię­ciu młod­szego brata. Był prze­ko­nany, że lepiej o tym nie mówić, aby nie zape­szyć. Jak się o czymś gło­śno powie, to się może naprawdę wyda­rzyć.

- Mają się dobrze - odparł więc. Teraz skupi się na pracy.

Ręka była ogromna. Na otwar­tej dłoni zmie­ści­łoby się kil­ku­na­stu męż­czyzn. Wewnątrz znaj­do­wała się solidna kon­struk­cja z gru­bych żela­znych belek. Jej powierzch­nię pokry­wało kil­ka­dzie­siąt arku­szy cien­kiego metalu nało­żo­nych pre­cy­zyj­nie pasek obok paska. Sze­ro­ko­ści zale­d­wie dwóch cali, uło­żone były gęsto wzdłuż kon­tu­rów modelu Bar­thol­diego i przy­po­mi­nały sploty wikliny.

Umiesz­cza­nie ich we wła­ści­wym miej­scu wyma­gało dokład­no­ści i cier­pli­wo­ści. Przez ponad godzinę trzej męż­czyźni pra­co­wali w sku­pie­niu, rzadko się odzy­wa­jąc. Dopiero poranna wizyta maj­stra wytrą­ciła ich z rytmu. Przy­szedł w towa­rzy­stwie mon­sieur Bar­thol­diego. Towa­rzy­szył im także trzeci męż­czy­zna.

Na ogół pracę w warsz­ta­tach nad­zo­ro­wał młod­szy wspól­nik kon­struk­tora. Dziś jed­nak zło­żył tu wizytę sam kon­struk­tor.

Bar­tholdi wyglą­dał w każ­dym calu na arty­stę, inży­nier rów­nież sta­no­wił ucie­le­śnie­nie wyobra­żeń o przed­sta­wi­cie­lach swo­jego zawodu. Pod­czas gdy twarz Bar­tholdiego była pocią­gła i odzna­czała się poetyc­kim wyra­zem, głowa inży­niera zda­wała się pocho­dzić z kowal­skiego ima­dła samego Wul­kana. Na pierw­szy rzut oka całą jego nie­wielką postać cha­rak­te­ry­zo­wał ład - jego krótko przy­strzy­żone włosy i brodę, ubra­nie, a nawet ruchy. Ema­no­wał jed­no­cze­śnie pozy­tywną ener­gią. W świe­tli­stym spoj­rze­niu odro­binę wyłu­pia­stych oczu widać było, że on także potrafi marzyć.

Przez kilka minut obaj z Bar­thol­dim oglą­dali olbrzy­mią dłoń, puka­jąc w cien­kie paski żelaza, doko­nu­jąc tu i ówdzie pomia­rów, by w końcu poki­wać z uzna­niem gło­wami, zwra­ca­jąc się w stronę maj­stra.

- Zna­ko­mi­cie, pano­wie.

Już mieli opu­ścić warsz­tat, gdy inży­nier spoj­rzał na Tho­masa i zagaił:

- Jesteś tu nowy, prawda?

- Tak, pro­szę pana.

- A jak ci na imię?

- Tho­mas Gascon, pro­szę pana.

- Gascon? Twoi przod­ko­wie zapewne pocho­dzą z Gasko­nii?

- Nie wiem, pro­szę pana. Pew­nie tak.

- Gasko­nia - powtó­rzył inży­nier i się uśmiech­nął. - Dawna rzym­ska pro­win­cja Akwi­ta­nii. Cie­pły, połu­dniowy region wina. A także koniaku: jest prze­cież arma­niak.

- Nie zapo­mi­najmy o Trzech musz­kie­te­rach - włą­czył się Bar­tholdi. - D'Arta­gnan był prze­cież Gaskoń­czy­kiem.

- Voila. A cóż możemy powie­dzieć o pań­skich kra­ja­nach, panie Gascon? - kon­ty­nu­ował żar­to­bli­wie inży­nier. - Czyż nie słyną z rycer­sko­ści i honoru?

- Podobno lubią się prze­chwa­lać - wtrą­cił maj­ster, by nie zostać w tyle.

- Czy pan lubi się prze­chwa­lać, panie Gascon? - spy­tał inży­nier.

- Nie mam czym - odparł Tho­mas.

- Ach, to może ci pomogę. Jak sądzisz, chłop­cze, dla­czego wła­śnie w ten spo­sób budu­jemy tę sta­tuę?

- Myślę, że po to, by ją ponow­nie roz­ło­żyć na kawałki i prze­trans­por­to­wać do Nowego Jorku.

Wie­dział, że gdy tu, na rue de Cha­zel­les, sta­tua będzie ukoń­czona, a jej mie­dziana skóra tym­cza­sowo przy­twier­dzona, zosta­nie roze­brana i ponow­nie zło­żona w Nowym Jorku.

- To prawda - potwier­dził inży­nier. - Ale jest jesz­cze jeden powód. Sta­tua będzie stała na otwar­tych wodach u wej­ścia do portu w Nowym Jorku, wysta­wiona na wia­try niczym żagiel. Gdyby była cał­kiem sztywna, zna­la­złaby się pod wiel­kim napo­rem. Także zmiany tem­pe­ra­tur będą powo­do­wały roz­sze­rza­nie się i kur­cze­nie metalu. Wów­czas jej mie­dziana skóra mogłaby zacząć pękać. Więc po pierw­sze, zbu­do­wa­łem jej wnę­trze tak, jak­bym budo­wał most, aby mogło się nie­znacz­nie poru­szać i reago­wać na nad­mierne prze­cią­że­nia. A po dru­gie, każdy arkusz mie­dzia­nej bla­chy będzie przy­ni­to­wany osobno do meta­lo­wych pasków sta­no­wią­cych ich pod­łoże. Nie będą połą­czone ze sobą nawza­jem. Każdy arkusz będzie mógł się poru­szać wzglę­dem sąsied­niego. Dzięki temu skóra ni­gdy nie popęka. Sta­tua Wol­no­ści będzie się stale poru­szać, choć nikt nie doj­rzy tego gołym okiem. Oto kunszt inży­nierii. Rozu­miesz teraz?

Tho­mas kiw­nął głową.

- To dobrze - cią­gnął inży­nier. - A teraz powiem ci, czym będziesz mógł się chwa­lić. Dzięki tej kon­struk­cji i two­jej pre­cy­zyj­nej pracy pod­czas mon­tażu nasza sta­tua prze­trwa całe wieki. Obej­rzą ją nie­prze­brane miliony ludzi. Będzie to z pew­no­ścią naj­słyn­niej­sza budowla, do któ­rej obaj kie­dy­kol­wiek przy­ło­żymy rękę. Nie uwa­żasz, że jest się czym cheł­pić?

- Ow­szem, panie Eif­fel - zgo­dził się Tho­mas.

Eif­fel uśmiech­nął się do niego. Bar­tholdi także. Nawet maj­ster się do niego uśmiech­nął. Tho­mas poczuł się bar­dzo szczę­śliwy.

Wła­śnie w tym momen­cie zauwa­żył w drzwiach sio­strę.

Pró­bo­wała ścią­gnąć na sie­bie jego spoj­rze­nie, bo bała się wejść. Jak wiele dziew­czy­nek w jej wieku, nogi miała chude jak patyki, a jej blada twa­rzyczka i wiel­kie oczy nada­wały jej wątły wygląd. Skoro matka przy­słała ją aż tutaj, mogło to ozna­czać tylko jedno: że Luc się nie odna­lazł. Albo coś jesz­cze gor­szego.

Czy musiała poja­wić się wła­śnie teraz? Gdyby choć pocze­kała, aż maj­ster i zna­ko­mici goście wyjdą. Widział, jak patrzy na niego bła­gal­nie, pod­czas gdy on pró­bo­wał uda­wać, że jej nie dostrzega.

Przed maj­strem trudno jed­nak było cokol­wiek ukryć. Widząc chwi­lowe roz­ko­ja­rze­nie Tho­masa, natych­miast odwró­cił się i przyj­rzał Nicole.

- A któż to?

- Moja sio­stra, pro­szę pana. - Nie było sensu nic ukry­wać.

- Dla­czego prze­szka­dza ci w pracy?

- Mój młod­szy brat znik­nął dziś rano. Pew­nie poszedł... sam nie wiem gdzie.

Maj­ster nie był zachwy­cony. Nie spusz­cza­jąc oka z Nicole, przy­wo­łał ją gestem ręki.

- A więc? - zapy­tał. - O co cho­dzi?

- Matka przy­syła mnie po Tho­masa. Nasz brat Luc zagi­nął. Powia­do­miono poli­cję.

- Tho­mas na nic wam się więc nie przyda. - Mach­nął dło­nią w stronę drzwi.

Dziew­czynka z wra­że­nia otwo­rzyła usta. Tho­mas ruszył ku niej, ale zaraz się zre­flek­to­wał.

Nie mógł prze­cież stra­cić pracy. Maj­ster może i był nieco szorstki, ale rozumny. Może gdyby opo­wie­dzieć mu całą histo­rię na stro­nie... Ale jak to zro­bić w obec­no­ści panów Bar­thol­diego i Eif­fela? Musiał powścią­gnąć emo­cje.

Gdyby choć ona sobie już poszła. Jak naj­szyb­ciej. Ale nie. Wciąż tam stała. Miała coraz bar­dziej nabur­mu­szoną minę. Będzie pła­kać? Odwró­ciła się ku niemu.

- Co mam powie­dzieć mamie? - zapy­tała.

Już miał jej naka­zać: "Idź już do domu, Nicole", gdy usły­szał głos pana Eif­fela.

- Uwa­żam, że w tym wypadku, zupeł­nie wyjąt­kowo, nasz młody przy­ja­ciel powi­nien pójść i pomóc szu­kać swego brata. Jutro rano spo­dzie­wamy się tu pana, panie Gascon, by mógł pan dokoń­czyć pracę nad tym wspa­nia­łym dzie­łem. - Odwró­cił się do maj­stra. - Zga­dza się pan ze mną?

Ten wzru­szył ramio­nami i ski­nął głową.

- Możesz iść - powie­dział do Tho­masa, który nie zdą­żył mu podzię­ko­wać, bo pobiegł za sio­strą, która już zni­kła za drzwiami.

Mont­mar­tre, widziany z oddali, od cza­sów rzym­skich nie­wiele się zmie­nił. Rosnące tam przez wieki win­nice, pie­lę­gno­wane w śre­dnio­wie­czu przez sio­stry zakonne, popa­dły w zanie­dba­nie lub zostały wykar­czo­wane pod zabu­dowę. Zaszła wszak jedna pomyślna zmiana. Pod szczy­tem wzgó­rza wyro­sło kilka drew­nia­nych wia­tra­ków. Ich wiel­kie skrzy­dła obra­cały się ciężko na wie­trze, doda­jąc wido­kowi uroku.

Dopiero gdy pode­szło się bli­żej, widać było, że na Mont­mar­trze zapa­no­wał bała­gan. Wzgó­rze, zbyt strome, by pod­dać się porząd­ku­ją­cym kon­cep­cjom barona Haus­smanna, wciąż pozo­sta­wało czę­ściowo wiej­ską enklawą. W nie­któ­rych oko­li­cach widać było jakby porzu­coną w pół kroku aspi­ra­cję do ele­gan­cji - krzywe uliczki i strome zaułki koń­czyły się nagle, by prze­obra­zić się w zwy­kłe ścieżki pro­wa­dzące do drew­nia­nych dom­ków i chat roz­rzu­co­nych byle jak na stoku.

Pośród tego cha­osu naj­gor­szą opi­nią cie­szyła się oko­lica po dru­giej stro­nie wznie­sie­nia, na jego pół­nocno-zachod­nim zbo­czu. Nazy­wano ją Maquis, czyli zaro­śla, krzaki, zaka­zana dziel­nica. Dom, w któ­rym miesz­kali Gasco­no­wie, nale­żał do przy­zwo­it­szych: pro­sta rama wykoń­czona drew­nia­nymi deskami, z bal­ko­ni­kiem na pierw­szym pię­trze, który upo­dab­niał go do ubo­giej wer­sji alpej­skiej willi. Zewnętrzne schody pro­wa­dziły na pię­tro zaj­mo­wane przez rodzinę.

- Gdzie go szu­ka­li­ście? - spy­tał Tho­mas, gdy tylko wszedł.

- Par­tout - wszę­dzie - odparła matka. - Była nawet poli­cja. - Wzru­szyła ramio­nami, dając wyraz swo­jemu powąt­pie­wa­niu w jej sku­tecz­ność.

W kącie sie­dział pan Gascon. Na pod­ło­dze obok niego leżało nosi­dło, któ­rego uży­wał do trans­por­to­wa­nia wody ze studni. Gapił się na niego w mil­cze­niu cięż­kim od poczu­cia winy.

- Powi­nie­neś już iść do pracy - napo­mniała go cicho żona.

- Obejdą się bez wody - odparł buń­czucz­nie. - Dopóki nie znaj­dzie się mój syn.

Tho­mas domy­ślał się, że ojciec stra­cił nadzieję na zna­le­zie­nie Luca żywego.

- Ciotka dała mu wczo­raj po połu­dniu balo­nik i wysłała go do domu - opo­wia­dała Tho­ma­sowi matka. - Ale tu nie dotarł. Żaden ze szkol­nych kole­gów go nie widział. Jeden mówił, że tak, ale zmie­nił zda­nie. Jeśli kto­kol­wiek coś wie, nie chcą nic powie­dzieć.

- Pójdę go poszu­kać - powie­dział Tho­mas. - A jakiego koloru był balo­nik?

- Nie­bie­ski.

Tho­mas zatrzy­mał się za pro­giem. Czy uda mu się zna­leźć brata? Powta­rzał sobie, że go znaj­dzie. Wyda­wało mu się, że nie ma sensu prze­szu­ki­wać ponow­nie Maquis. Wzgó­rze opa­dało ku pół­noc­nym przed­mie­ściom Paryża - Saint-Denis. Jeśli Tho­mas się nie mylił, jego bra­ci­szek ni­gdy się tam nie zapusz­czał. Nie­wielka dar­mowa szkoła, do któ­rej posy­łała go matka, podob­nie jak więk­szość zna­nych małemu miejsc, znaj­do­wała się powy­żej domu. Tho­mas zaczął się wspi­nać.

Moulin de la Galette stał na skraju urwi­ska tuż nad Maquis. Był to jeden z dwóch wia­tra­ków nale­żą­cych do przed­się­bior­czej rodziny, która otwo­rzyła tam guin­gu­ette z barem i nie­wiel­kim par­kie­tem do tańca. Ludzie z mia­sta przy­cho­dzili tu na wycieczki, by cie­szyć się uro­kami wsi i tanich napit­ków. Luc bez prze­rwy się tam plą­tał. Śpie­wał klien­tom pio­senki, a oni dawali mu napiwki.

Bar­man zamia­tał wła­śnie pod­łogę.

- Poli­cja już tu była - powie­dział. - Luc się wczo­raj nie poja­wił.

- Mógł mieć przy sobie nie­bie­ski balo­nik.

- Balo­nika też nie widzia­łem.

Tho­mas prze­szedł następ­nych kilka ulic, zatrzy­mu­jąc się tu i ówdzie, by spy­tać, czy poprzed­niego dnia ktoś nie widział chłopca z balo­ni­kiem. Odpo­wia­dano prze­cząco. Nie­po­koił się coraz bar­dziej, ale nie usta­wał w wysił­kach. Pół godziny póź­niej zna­lazł się na dużym wypłasz­cze­niu z roz­le­głym wido­kiem na mia­sto. Tam, za wyso­kim drew­nia­nym ogro­dze­niem, trwała budowa bazy­liki Sacré-Coeur.

W cza­sie nie­miec­kiego oblę­że­nia mia­sta Tho­mas miał zale­d­wie sie­dem lat. Pamię­tał wielką armatę i walki na wzgó­rzu nad domem, i strasz­liwe egze­ku­cje komu­nar­dów, gdy z Wer­salu dotarły woj­ska rzą­dowe. Ojciec sta­rał się do niczego nie mie­szać - być może był po pro­stu zbyt leniwy - ale podob­nie jak więk­szość ludzi pra­cu­ją­cych nie prze­pa­dał za tym olbrzy­mim pomni­kiem triumfu kato­lic­kiego porządku spo­łecz­nego, który nowe kon­ser­wa­tywne wła­dze posta­no­wiły wznieść ponad mia­stem. Tho­mas zaś był zafa­scy­no­wany budową: nie tyle sym­bo­liką budynku, ile tym, jak powstaje.

Wzgó­rze Mont­mar­tre posta­wiło przed kon­struk­to­rami poważne wyzwa­nia tech­niczne zwią­zane z jego nie­ty­pową budową geo­lo­giczną. Skła­dało się głów­nie z mięk­kiej skały zwa­nej gip­sem. Odzna­czała się ona dwiema wła­ści­wo­ściami. Po pierw­sze, roz­pusz­czała się w wodzie, sta­no­wiąc lichy mate­riał na fun­da­ment jakiej­kol­wiek dużej budowli, a po dru­gie, po pod­grza­niu wydzie­lała parę wodną, zamie­nia­jąc się w sprosz­ko­wany gips, uży­wany do tyn­ko­wa­nia. Stąd też ludzie od wie­ków dłu­bali w skale Mont­mar­tre'u, wydo­by­wa­jąc ten suro­wiec. Wła­śnie dla­tego biały tynk znany był w świe­cie jako tynk pary­ski.

Budow­ni­czo­wie Sacré-Coeur prze­ko­nali się więc, że wzgó­rze jest nie tylko mięk­kie, ale i podziu­ra­wione jak pla­ster miodu. Gdyby wielka bazy­lika sta­nęła bez­po­śred­nio na takim pod­łożu, całe wzgó­rze zapa­dłoby się, grze­biąc świą­ty­nię.

Pro­blem roz­wią­zano w typowo fran­cu­ski spo­sób, posłu­gu­jąc się ele­gancką logiką w imię nie­po­skro­mio­nej ambi­cji. Wyko­pano osiem­dzie­siąt trzy gigan­tyczne szyby, każdy o głę­bo­ko­ści ponad trzy­dzie­stu metrów, i wypeł­niono je beto­nem. Na tych potęż­nych kolum­nach sta­nęła pudeł­ko­wata krypta o wyso­ko­ści pra­wie takiej samej jak świą­ty­nia powy­żej. Ten etap budowy zajął pra­wie dzie­sięć lat, a pod koniec tego okresu nawet naj­więksi wro­go­wie pro­jektu mówili z roz­ba­wie­niem, że to nie Mont­mar­tre wspiera bazy­likę, lecz bazy­lika Mont­mar­tre.

Tho­mas cho­dził co tydzień na budowę, by się jej przyj­rzeć. Cza­sami jakiś miło uspo­so­biony robot­nik wpusz­czał go do środka, by z bli­ska popa­trzył sobie na olbrzy­mie wykopy i gigan­tyczne ściany. Nawet teraz, gdy roz­po­częto już prace nad samą świą­ty­nią, budowa pełna była błot­nych kra­te­rów i oko­pów. Gdy tak przy­glą­dał się wyso­kiemu ogro­dze­niu, przy­szła mu do głowy straszna myśl. Może ciało jego bra­ciszka zostało wcią­gnięte do labi­ryntu ziem­nych kory­ta­rzy? Miną tygo­dnie, zanim zosta­nie zauwa­żone, o ile już nie przy­kryła go war­stwa ziemi. Można było tam wejść, ale o wiele trud­niej było zna­leźć drogę do wyj­ścia. Czy tam wła­śnie był Luc, w tajem­ni­czych i groź­nych pie­cza­rach Mont­mar­tre'u?

Nie, powie­dział sobie w duchu, co to to nie. Nie powi­nien nawet tak myśleć. Luc żyje. Czeka, aż ktoś go znaj­dzie. Trzeba po pro­stu pomy­śleć. Gdzież on może być?

Tho­mas prze­szedł jesz­cze kawa­łek w dół do rogu ulicy. U jego stóp leżał Paryż. Gdzie­nie­gdzie widać było pozła­cane kopuły i wysta­jące ponad dachami wieże kościo­łów. Na głów­nej wyspie Sekwany góro­wały nad całym oto­cze­niem wieże kate­dry Notre Dame. Nad nimi wisiał nie­zmą­cony błę­kit. Nic mu nie mówił.

Tho­mas zaczął się modlić. Bóg i jego anio­ło­wie także mil­czeli.

Po chwili ruszył więc ulicą wio­dącą wokół wzgó­rza na zachód. Domy były tu nieco zamoż­niej­sze, z nie­wiel­kimi ogród­kami. Szedł w dół, a po jego pra­wej stro­nie poja­wiła się stroma skarpa, nad nią zaś mur ogrodu. Zbo­cze poro­śnięte było krza­kami.

- Pst, Tho­mas - dobie­gło z góry. Zatrzy­mał się. Serce zabiło mu mocno.

Spoj­rzał ku zaro­ślom. Nikogo nie widział, ale wie­dział, że to Luc.

- Jesteś sam? Nie ma nikogo na ulicy?

- Jestem sam.

- Scho­dzę.

Po chwili Luc sta­nął u jego boku. Mieli te same piwne oczy. Tho­mas Gascon był jed­nak mocno zbu­do­wany i silny, a jego brat Luc, w wieku dzie­wię­ciu lat, wyglą­dał jak mały drobny chło­piec. Rysy opa­lo­nej twa­rzy mło­dego robot­nika były pro­sto wycio­sane, a jego krótko przy­strzy­żone brą­zowe włosy zaczy­nały już deli­kat­nie rzed­nąć. Brat cerę miał jaśniej­szą, włosy ciemne i dłu­gie, a nos orli. Przy­po­mi­nał mło­dego Wło­cha - odzie­dzi­czył urodę po babce ze strony ojca, która przy­była do Paryża z Tulonu.

Był umo­ru­sany, włosy miał splą­tane, ale poza tym wyglą­dał nie­źle.

- Jestem głodny - powie­dział. Musiał się tu ukry­wać całą noc. - Mia­łem zamiar pocze­kać do popo­łu­dnia i zejść, by wyjść ci naprze­ciw, jak będziesz wra­cał z pracy - wyja­śnił.

- Czemu nie wró­ci­łeś do domu? Matka i ojciec zamar­twiają się o cie­bie.

Luc pokrę­cił głową.

- Powie­dzieli, że będą na mnie cze­kać. Że mnie zabiją.

- Kto?

- Bra­cia Dalou.

- Hm.

To nie były prze­lewki. W Maquis dzia­łało kilka band chło­pa­ków, ale bra­cia Dalou nale­żeli do naj­groź­niej­szych. Skoro powie­dzieli Lucowi, że go zabiją, mógł się spo­dzie­wać, że mocno go potur­bują. Potra­fili też cze­kać na niego całą noc.

- Co im takiego zro­bi­łeś?

- Cio­cia Lilly dała mi balon. Spo­tka­łem ich na ulicy i Anto­ine Dalou chciał mi go zabrać. Ale ja nie chcia­łem oddać. Wtedy Jean Dalou prze­wró­cił mnie i zabrał balon.

- I co dalej?

- Pła­ka­łem.

- I?

- Gdy już odcho­dzili, rzu­ci­łem w balo­nik szkłem z potłu­czo­nej butelki i pękł.

- Dla­czego to zro­bi­łeś?

- Żeby oni też go nie mieli.

Tho­mas pokrę­cił głową.

- To nie było zbyt mądre.

- Zaczęli mnie gonić, a Anto­ine Dalou rzu­cał we mnie kamie­niami. Raz tra­fił mnie w plecy. Udało mi się uciec. Ale oni nie zre­zy­gno­wali. Jean Dalou krzyk­nął za mną, że mnie zabiją i ni­gdy nie wrócę do domu żywy. Więc wola­łem się scho­wać. Ale cie­bie nie zaata­kują. Będą się cie­bie bali.

- Odpro­wa­dzę cię do domu - powie­dział Tho­mas. - Ale co dalej?

- Nie wiem. Może mógł­bym poje­chać do Ame­ryki?

- Nie. - Tho­mas wziął brata za rękę. - Chodźmy.

Gdy Luc był już bez­pieczny w domu, Tho­mas znowu wyszedł.

Nie musiał długo szu­kać braci Dalou. Włó­czyli się w oko­licy swej chaty po dru­giej stro­nie Maquis. Zastał tam pra­wie całą bandę: Anto­ine'a, rówie­śnika Luca, z wąską twa­rzą łasicy, Jeana Dalou, nieco przy­stoj­niej­szego i kilka lat star­szego, który był sze­fem bandy, jed­nego z Noirów, ich kuzyna, chłopca o smut­nym wyra­zie twa­rzy i złych zamia­rach, oraz dwóch czy trzech innych. Tho­mas od razu prze­szedł do rze­czy.

- Mój brat źle zro­bił, że znisz­czył wam balon - zwró­cił się do Jeana Dalou. - Ale nie trzeba było mu go zabie­rać.

Zapa­dła cisza.

- W każ­dym razie sprawę uznaję za zakoń­czoną - cią­gnął Tho­mas. - Zostaw­cie mojego brata w spo­koju, chyba że chce­cie mieć ze mną do czy­nie­nia.

Jean nie odpo­wie­dział. Ode­zwał się za to Anto­ine:

- Scho­wa­łem ten kawa­łek butelki, któ­rym rzu­cił. Obe­rwie nim w gębę.

Tho­mas bez namy­słu ruszył w jego kie­runku. W tej chwili Jean krzyk­nął:

- Ber­trand!

Drzwi chaty otwo­rzyły się z impe­tem i w progu sta­nął młody męż­czy­zna. Tho­mas zaklął pod nosem. Zapo­mniał o star­szym bra­cie Jeana.

Ber­trand Dalou był mniej wię­cej rówie­śni­kiem Tho­masa. Pra­co­wał doryw­czo na budo­wach. Miał wielką szopę ciem­nych wło­sów, prze­tłusz­czo­nych i przy­ku­rzo­nych jed­no­cze­śnie, bo rzadko się mył. Spoj­rzał z wście­kło­ścią na Tho­masa.

- Jego brat rzu­cił stłu­czoną butelką w Anto­ine'a, a ten teraz przy­lazł, żeby go jesz­cze pobić! - wrza­snął Jean.

- Nie kłam! Mój brat przez całą noc się cho­wał, bo gro­zi­li­ście mu śmier­cią. Szuka go poli­cja. Przy­sze­dłem was ostrzec, żeby­ście zosta­wili go w spo­koju. Woli­cie, żeby poli­cja o tym z wami poga­dała?

Ber­trand Dalou splu­nął. Prawda nie miała zna­cze­nia - obaj o tym wie­dzieli. Cho­dziło o honor. W Maquis ist­niał tylko jeden spo­sób roz­strzy­gnię­cia tego sporu. Ber­trand zaczął krą­żyć dokoła, zmu­sza­jąc Tho­masa do naśla­do­wa­nia jego ruchów. Tho­mas ni­gdy z nim nie wal­czył, wie­dział jed­nak, że skoro musi sta­wić czoło jed­nemu z braci Dalou, wszyst­kie chwyty są dozwo­lone. Pozo­sta­wało pyta­nie, czego spo­dziewa się prze­ciw­nik.

Pierw­szy atak oka­zał się mało sub­telny. Ber­trand rzu­cił się do przodu, uda­jąc, że zamie­rza ude­rzyć Tho­masa w twarz, chcąc, aby ten odchy­lił głowę, a wtedy kop­nąłby go z całej siły w kro­cze. Zamiast blo­ko­wać mar­ko­wany atak, Tho­mas odsko­czył, chwy­cił rywala za stopę i szarp­nął nią mocno, prze­wra­ca­jąc go na zie­mię. Dalou był jed­nak szybki - zerwał się na nogi tak bły­ska­wicz­nie, że Tho­mas zdo­łał kop­nąć go tylko raz.

Po chwili zwarli się w uści­sku. Ber­trand pró­bo­wał prze­wró­cić Tho­masa, lecz ten zdo­łał utrzy­mać rów­no­wagę i zadał mocny cios w splot sło­neczny. Dalou zachwiał się, a wtedy Tho­mas chwy­cił go za szyję i zaczął dusić. Ści­skał z całej siły, zapo­mi­na­jąc o ostroż­no­ści, wsku­tek czego otrzy­mał tak potężne ude­rze­nie pię­ścią w oko, że był zmu­szony poluź­nić ucisk.

Znów zaczęli krą­żyć wokół sie­bie. Tho­mas czuł pul­su­jący ból w oczo­dole. Zda­wał sobie sprawę, że opu­chli­zna za chwilę ogra­ni­czy mu pole widze­nia. Nale­żało jak naj­szyb­ciej roz­strzy­gnąć walkę.

Kolejny atak prze­ciw­nika był spryt­niej­szy. Dalou schy­lił kudłatą głowę i ruszył do przodu, jakby zamie­rzał ude­rzyć Tho­masa tara­nem w brzuch i go prze­wró­cić. W ostat­niej chwili Tho­mas zauwa­żył dłoń z dwoma wysta­wio­nymi pal­cami przy­go­to­wa­nymi do zada­nia ciosu w oczy. Bły­ska­wicz­nie zasło­nił twarz ręką i palce Ber­tranda natra­fiły na twarde kłyk­cie.

Obser­wo­wał cofa­ją­cego się Ber­tranda, zasta­na­wia­jąc się, co będzie dalej. Nie musiał długo cze­kać. Dłoń prze­ciw­nika wsu­nęła się do kie­szeni. Tho­mas już wie­dział, co to ozna­cza. Zapo­wia­dała się krwawa roz­prawa, miał led­wie sekundę i musiał być pre­cy­zyjny. Brzy­twa. Ber­trand zaczął ją otwie­rać.

Tho­mas kop­nął z całej siły. Ude­rze­nie było celne i szyb­kie. Uzbro­jona ręka pod­sko­czyła, a brzy­twa pofru­nęła w powie­trze. Dalou krzyk­nął z bólu, spo­glą­da­jąc za zni­ka­ją­cym ostrzem. Popeł­nił więc błąd.

Nale­żało koń­czyć, wymie­rzyć jesz­cze jed­nego kop­niaka, tak samo bły­ska­wicz­nego i cel­nego. Ciężki robo­ciar­ski but wylą­do­wał na kro­czu z taką siłą, że naj­star­szy z braci Dalou aż uniósł się do góry. Jakby zawisł na moment w powie­trzu, po czym runął na zie­mię bez­wład­nie niczym szma­ciana lalka.

Tho­mas zaczął krą­żyć dokoła, gotów zadać kolejny cios, ale nie było takiej potrzeby. Ber­trand Dalou nie zamie­rzał wstać.

Poje­dy­nek dobiegł końca. Ład, który pano­wał w Marquis, został przy­wró­cony. Banda Dalou nie będzie już prze­śla­do­wała Luca.

Rodzina Gasco­nów była tego wie­czoru szczę­śliwa. Gdy Tho­mas wró­cił po walce do domu, matka opa­trzyła mu pod­bite oko, które ciem­niało coraz bar­dziej. Ojciec od razu zro­zu­miał.

- Zała­twione? - zapy­tał.

Tho­mas kiw­nął głową i wię­cej o tym nie roz­ma­wiali. Matka powie­działa, że wie­czo­rem będzie duża kola­cja, i poszła z Nicole na targ. Luc zafun­do­wał sobie kil­ku­go­dzinną drzemkę.

Po połu­dniu dom wypeł­nił inten­sywny zapach rago?t, usie­dli więc do kola­cji na długo przed zacho­dem słońca. Matka podała prze­pyszną zupę cebu­lową, potrawę bie­da­ków, ze świeżą bagietką pro­sto od pie­ka­rza. Rago?t pani Gascon zwy­kle zro­bione było z golonki, warzyw i przy­praw. Potrawa ta, choć tania, wszyst­kim sma­ko­wała. Dziś jed­nak w gęstym sosie pły­wały kawałki woło­winy. Od dawna już tak nie jedli. Posi­łek koń­czyły sery: camem­bert, kozi i gruy?re, popi­jane tanim czer­wo­nym winem.

Luc doszedł już do sie­bie po swo­jej przy­go­dzie i zaczął mał­po­wać Anto­ine'a Dalou, aż wszy­scy pokła­dali się ze śmie­chu. Tho­mas opo­wie­dział im o swoim spo­tka­niu z panem Eif­fe­lem i o tym, czego dowie­dział się od niego o Sta­tui Wol­no­ści. I wów­czas Luc nie­spo­dzie­wa­nie znów się włą­czył.

- Chciał­bym miesz­kać w Ame­ryce - powie­dział.

Posy­pały się pro­te­sty.

- A nas byś tu zosta­wił? - zapy­tała matka.

- Chciał­bym, żeby­ście ze mną poje­chali - odparł. Nikt jed­nak nie chciał jechać.

- Ame­ryka to z pew­no­ścią wspa­niały kraj - zgo­dził się wspa­nia­ło­myśl­nie pan Gascon. - Wszystko tam mają. Wiel­kie mia­sta, no oczy­wi­ście nie takie jak Paryż. Ale też wiel­kie jeziora, góry i pre­rie jak okiem się­gnąć. Gdyby twój wła­sny kraj nie był taki wspa­niały, gdy­byś, dajmy na to, był Angli­kiem, Niem­cem albo Wło­chem, no chyba że był­byś bogaty... to wów­czas pew­nie lepiej by ci było w Ame­ryce. Ale tu we Fran­cji mamy prze­cież wszystko. Góry, Alpy i Pire­neje, wiel­kie rzeki jak Sekwana czy Ren. Mamy wspa­niałe pola uprawne i lasy. Mamy mia­sta, rzym­skie ruiny na połu­dniu. Róż­no­rodny kli­mat. Naj­wspa­nial­sze wina na świe­cie. Trzy­sta rodza­jów sera. Czego jesz­cze chcieć?

- Nie mamy pustyni - rzu­ciła Nicole.

- Mais oui, moja maleńka. Wła­śnie że mamy. - Pan Gascon wypiął pierś do przodu, jakby to jemu zawdzię­czali to wszystko. - Gdy byłem w twoim wieku, Fran­cja pod­biła Algie­rię. Mamy pustyni ile dusza zapra­gnie.

- To prawda - zaśmiał się Tho­mas.

- Ale w Ame­ryce ludzie ze sobą nie wal­czą - upie­rał się Luc.

- Jak to nie wal­czą? - zapro­te­sto­wał ojciec. - W Ame­ryce wciąż wal­czą. Naj­pierw z Angli­kami. Potem z India­nami. Następ­nie ze sobą nawza­jem. Są jesz­cze gorsi od nas.

- Zostań i ciesz się tym, co masz - wtrą­ciła matka z uśmie­chem.

- Pod warun­kiem, że Tho­mas będzie mnie chro­nił.

- No wła­śnie. - Pan Gascon popa­trzył z dumą na star­szego syna. - Wypijmy za to.

Speł­nili toast.

Następ­nego ranka Tho­mas wstał z łóżka i pod­szedł do brata.

- Wiesz - powie­dział - potra­fisz roz­śmie­szać ludzi. Powi­nie­neś to wyko­rzy­stać. Wtedy nawet bra­cia Dalou będą cię lubić.

Gdy dotarł do pracy, maj­ster już na niego cze­kał.

- Zna­la­złeś brata?

- Oui, mon­sieur.

Maj­ster przy­glą­dał się przez chwilę jego oku.

- Dobrze widzisz? Możesz pra­co­wać?

- Oui, mon­sieur.

Poki­wał głową. Miesz­kań­com Maquis nie zada­wało się nie­po­trzeb­nych pytań.

Tho­mas pra­co­wał spo­koj­nie cały dzień. Pan Eif­fel się nie poja­wił.

W sobotni pora­nek ciotka Élo?se stała przed kate­drą Notre Dame, przy­glą­da­jąc się trojgu rodzeń­stwa Blan­char­dów, i myślała, że jej bratu Jules'owi i jego żonie cał­kiem nie­źle się powio­dło. Ich naj­star­szy syn - szes­na­sto­letni Gérard - odzna­czał się solid­no­ścią i deter­mi­na­cją, miał sze­roką twarz o pew­nym sie­bie wyra­zie, a jego przy­szłość ryso­wała się jasno jako part­nera w ojcow­skiej spółce. Prawdę mówiąc, wolała jego młod­szego brata Marca. Zapo­wia­dało się, że będzie wysoki i przy­stojny jak ojciec, choć nieco deli­kat­niej­szej budowy. Jako chło­piec udu­cho­wiony i roz­bu­dzony inte­lek­tu­al­nie był jej bliż­szy.

- Nie martw się o niego - powie­działa nie­dawno bratu, gdy zasta­na­wiał się nad jego przy­szło­ścią. - Trzy­na­sto­letni chłopcy czę­sto bywają roz­ko­ja­rzeni. To prawda, że w szkole nie zawsze zbiera laury i czę­sto popada w stan roz­ma­rze­nia. Ale kto wie, może pew­nego dnia zosta­nie arty­stą albo pisa­rzem i roz­sławi nasze nazwi­sko?

Była jesz­cze mała Marie. Trudno oce­nić cha­rak­ter czło­wieka w wieku ośmiu lat. Ale widać było, że ma dobre serce i jest słod­kim stwo­rze­niem. Nie można było nie kochać tych nie­bie­skich oczu, masy zło­tych loków i uro­czych krą­gło­ści, które pew­nego dnia być może zmie­nią się we wspa­niałą figurę.

W jed­nym z rodzeń­stwa ciotka Élo?se dostrze­gła jed­nak pewną wadę cha­rak­teru. Nie­zbyt poważną, ale dającą powód do nie­po­koju. Na razie nikomu o tym nie powie­działa. Nawet jeśli się nie myli, będzie jesz­cze dość czasu, by się nią zająć. Poza tym, powta­rzała sobie, nikt nie jest prze­cież dosko­nały.

Tym­cza­sem uwa­żała za swój obo­wią­zek prze­ka­zy­wać bra­tan­kom jak naj­wię­cej darów ducho­wych. Dla­tego wła­śnie tego ranka wzięła ich na wycieczkę na Île de la Cité i do cudow­nej Sainte-Cha­pelle.

Marc lubił ele­gan­cję swo­jej smu­kłej ciotki, a także to, że tak wiele wie­działa. Stali w wyso­kiej kaplicy zdo­bio­nej malo­wi­dłami, ską­pa­nej w mięk­kim świe­tle sączą­cym się z ogrom­nych okien. Patrzyli na wyso­kie nie­bie­sko-złote gotyc­kie skle­pie­nia. Poru­szyło go piękno tego miej­sca.

- Wygląda jak zdo­biona klej­no­tami szka­tuła, prawda? - powie­działa cicho ciotka Élo?se. - A to dla­tego, że gdy król Ludwik IX, któ­rego nazy­wamy Ludwi­kiem Świę­tym, wyru­szył sześć­set lat temu na kru­cjatę, cesarz Bizan­cjum, który aku­rat potrze­bo­wał pie­nię­dzy, sprze­dał mu naj­waż­niej­sze chrze­ści­jań­skie reli­kwie, mię­dzy innymi kawa­łek Krzyża i nawet Koronę Cier­niową. Następ­nie król zbu­do­wał tę kaplicę jako reli­kwiarz do prze­cho­wy­wa­nia tych skar­bów. Takie kate­dry jak Notre Dame, jak wiesz, budo­wano cza­sami przez kil­ka­set lat, lecz Sainte-Cha­pelle została ukoń­czona w ciągu pię­ciu. W cało­ści utrzy­mana jest w jed­nym stylu, dla­tego robi tak per­fek­cyjne wra­że­nie.

- A jakie jesz­cze reli­kwie tu są? - zapy­tał Marc.

- Gwóźdź z Krzyża Świę­tego, cudowna szata Dzie­ciątka Jezus, ostrze, któ­rym prze­bito Jego bok, kilka kro­pel Jego krwi, odro­bina mleka Naj­święt­szej Panienki. A także berło Moj­że­sza.

- Myślisz, że to praw­dziwe?

- Tego nie wiem. Ale powstała naj­pięk­niej­sza kaplica na świe­cie.

Zamil­kła na chwilę.

- Nie­stety w cza­sie rewo­lu­cji to piękne miej­sce zostało cał­ko­wi­cie znisz­czone. Rewo­lu­cjo­ni­ści, któ­rzy nie byli ani tro­chę reli­gijni, odarli ją ze wszyst­kiego... Sainte-Cha­pelle została cał­ko­wi­cie zde­wa­sto­wana. Rewo­lu­cja przy­nio­sła wiele rze­czy god­nych pochwały, ale znisz­cze­nia do nich nie nale­żały.

Zwró­ciła się do Marca, uno­sząc palec.

- Dla­tego wła­śnie, Marcu, tak ważne jest, by w cza­sie wojny i zawie­ru­chy ludzie kul­tury i huma­ni­ści strze­gli naszego dzie­dzic­twa.

Czemu zawsze zwra­cała się z tymi uwa­gami do niego, a nie do jego brata? Widział, jak Gérard z nudów wznosi oczy ku niebu. Ale tak naprawdę nie był znu­dzony. Był po pro­stu zazdro­sny, że ciotka naj­wy­raź­niej ma wyż­sze mnie­ma­nie o Marcu niż o nim.

Ciotka Élo?se dała się porwać tema­towi.

- Na szczę­ście rze­czy piękne nie tak łatwo znisz­czyć. Archi­tekt Viol­let-le-Duc przy­wró­cił Sainte-Cha­pelle dawną świet­ność i możemy ją dziś oglą­dać. To praw­dziwy cud. - Spoj­rzała z apro­batą na Marca. - Widzisz więc, drogi chłop­cze, nawet jeśli jest bar­dzo źle, nie powin­ni­śmy się ni­gdy pod­da­wać. Jeśli nie zabrak­nie ludzi kul­tury strze­gą­cych naszego dzie­dzic­twa, można doko­nać cudów.

Stali teraz przed olbrzy­mimi wie­żami Notre Dame. Obok nich wzno­sił się pomnik cesa­rza Karola Wiel­kiego na koniu. Ciotka Élo?se, w prze­ko­na­niu, że poświę­ciła Gérardowi zbyt mało czasu w Sainte-Cha­pelle, zaczęła mu opo­wia­dać o tym, jak tuż przed jego uro­dze­niem wybu­rzono w tym miej­scu śre­dnio­wieczną zabu­dowę.

- Przed­tem, Gérardzie, Notre Dame była cia­sno oto­czona domami i ciem­nymi ulicz­kami, zupeł­nie jak w Dzwon­niku z Notre Dame.

- W takim razie cie­szę się, że je wybu­rzono - odparł chło­piec sucho.

Ciotka Élo?se zamy­śliła się. Czy w jego gło­sie było wyzwa­nie? Czy sądzi może, że jest zako­chana w malow­ni­czych pozo­sta­ło­ściach śre­dnio­wie­cza? Może daje jej do zro­zu­mie­nia, że chęt­nie roz­pra­wiłby się z jej wraż­li­wo­ścią este­tyczną, podob­nie jak baron Haus­smann i jego ekipy do roz­bió­rek?

- Cał­ko­wi­cie się z tobą zga­dzam, Gérardzie - rzu­ciła z cza­ru­ją­cym uśmie­chem. - Przede wszyst­kim przed kate­drą było za mało miej­sca, zaj­mo­wały je w dodatku byle jakie stra­gany. Poza tym do roz­biórki poszły roz­sy­pu­jące się domy, w któ­rych ludzie żyli niczym stado szczu­rów. Teraz zaś - zato­czyła dło­nią łuk wokół skweru - możemy się cie­szyć tą wspa­niałą prze­strze­nią.

Jest nadzieja, że to go uci­szy. Czas zająć się małą Marie. Ale gdy ciotka Élo?se odwró­ciła się do dziew­czynki, zauwa­żyła, że mała wygląda na nie­szczę­śliwą.

- Czy coś się stało, chérie? - zapy­tała.

- Nie, cio­ciu Élo?se.

Ta straszna rzecz wyda­rzyła się zaraz po śnia­da­niu. Marie uwa­żała, że sama zawi­niła, bo nie­roz­trop­nie zosta­wiła na sto­liku w swoim pokoju otwarty dzien­nik. Zwy­kle trzy­mała go w szu­fla­dzie pod klu­czem. Ale czy mimo to Gérard musiał tam wcho­dzić i czy­tać?

To jesz­cze nie byłoby takie straszne, gdyby aku­rat nie powie­rzyła pamięt­ni­kowi swo­jego naj­więk­szego sekretu, któ­rego nie zdra­dzi­łaby nikomu za żadne skarby. Jest zako­chana. W kole­dze Marca ze szkoły.

- Widzę, sio­strzyczko - powie­dział brat szy­der­czo - że masz swoje tajem­nice.

- To nie twój inte­res! - krzyk­nęła, czer­wie­niąc się ze wstydu.

- Każdy ma jakieś sekrety - oznaj­mił lek­ce­wa­żąco, zwra­ca­jąc jej dzien­nik. - Twoje nie należą do spe­cjal­nie inte­re­su­ją­cych. Może jak będziesz star­sza, znaj­dzie się tu coś cie­kaw­szego.

- Nie wolno ci o tym nikomu mówić - zaszlo­chała.

- A komu miał­bym powie­dzieć? - spy­tał chłodno. - Kogo to inte­re­suje?

- Nie­na­wi­dzę cię! Wynoś się!

Dopiero przed godziną prze­stała pła­kać z gniewu i udręki, aku­rat gdy ciotka Élo?se po nich przy­szła.

Ciotka Élo?se zasta­na­wiała się, czym mogłaby zain­te­re­so­wać Marie. Przy­szła jej do głowy histo­ria, nie do końca może odpo­wied­nia dla ośmio­let­niej dziew­czynki z dobrego domu, ale gdyby ją nieco okroić...

- Z tym miej­scem, Marie, zwią­zana jest wspa­niała opo­wieść o miło­ści. Znasz histo­rię Abe­larda i Helo­izy? - Marie pokrę­ciła głową. - A więc dobrze. - Ciotka Élo?se spoj­rzała ostrze­gaw­czo na obu chłop­ców. - Opo­wiem ci ją, a wy, Gérardzie i Marcu, nie będzie­cie mi prze­ry­wać ani niczego doda­wać, rozu­miemy się? Dawno temu, moja droga - zaczęła - jesz­cze w śre­dnio­wie­czu, zanim zbu­do­wano kate­drę Notre Dame, był w tym miej­scu wielki, stary kościół, nie tak piękny jak ten. Ale było tu jesz­cze coś bar­dzo waż­nego. Czy któ­reś z was wie, co to było?

- Uni­wer­sy­tet - powie­dział Marc.

- No wła­śnie. Zanim prze­niósł się na Lewy Brzeg, w oko­lice dzi­siej­szej Sor­bony, Uni­wer­sy­tet Pary­ski, czyli szkoła dla księży, zaj­mo­wał kilka budyn­ków tutaj, na Île de la Cité, obok sta­rej kate­dry. Na tym uni­wer­sy­te­cie wykła­dał filo­zof o imie­niu Abe­lard, któ­rego przy­by­wali słu­chać stu­denci z całej Europy.

- Ile on miał lat? - zapy­tała Marie.

- Nie był stary. - Ciotka się uśmiech­nęła. - Miesz­kał w domu bar­dzo powa­ża­nego duchow­nego Ful­berta. Miesz­kała tam rów­nież młoda sio­strze­nica Ful­berta Helo­iza.

- Czy ona była ładna? - zain­te­re­so­wała się Marie.

- Nie­wąt­pli­wie. Ale co naj­waż­niej­sze, Helo­iza była nie­zwy­kłą i bar­dzo inte­li­gentną dziew­czyną. Znała łacinę, grekę, a nawet hebraj­ski. Abe­lard dawał jej lek­cje. Trudno się więc dzi­wić, że tych dwoje nie­zwy­kłych ludzi zako­chało się w sobie. Pobrali się po kry­jomu i mieli syna o imie­niu Astro­labe.

- Astro­labe?

- To taki instru­ment do okre­śla­nia pozy­cji gwiazd. Imię jest rze­czy­wi­ście tro­chę dziwne, ale dowo­dzi, że ich miłość była czymś abso­lut­nie kosmicz­nym. Wuj Helo­izy, Ful­bert, bar­dzo się jed­nak roz­gnie­wał, uka­rał Abe­larda i kazał im się roz­stać. Abe­lard odszedł, choć na­dal był słyn­nym filo­zo­fem. Helo­iza zaś wstą­piła do zakonu i póź­niej została słynną prze­ory­szą. Kore­spon­do­wali ze sobą. Była jedną z naj­bar­dziej nie­zwy­kłych kobiet tam­tych cza­sów.

- I na­dal się kochali? - spy­tała Marie.

- Z cza­sem Abe­lard ochłódł nieco. Męż­czyźni nie zawsze są mili.

- Rze­czy­wi­ście - rzu­ciła skwa­pli­wie Marie, posy­ła­jąc wście­kłe spoj­rze­nie Gérardowi.

- Pocho­wano ich jed­nak razem. Grób jest na cmen­ta­rzu P?re-Lacha­ise.

- A ty, cio­ciu, masz imię po niej? Czy jesteś taka jak ona?

- Nie, ja mam imię po mojej babce Helo­izie - odparła ciotka z uśmie­chem. - Moje życie było cał­kiem inne. Ale to bar­dzo znana histo­ria i poka­zuje, że nawet jeśli nie możemy osią­gnąć tro­chę szczę­ścia, nasze życie może być bogate pod wie­loma wzglę­dami.

Marc przy­glą­dał się ciotce uważ­nie. Roz­ba­wiło go to, jak zmie­niła histo­rię. Kara wymie­rzona przez Ful­berta Abe­lar­dowi była o wiele strasz­niej­sza - wyna­jął zbi­rów, by wyka­stro­wali słyn­nego filo­zofa. Ale to się nie nada­wało dla uszu małej Marie.

Wie­dział też, że powie­działa coś jesz­cze, co nie do końca było prawdą. Rok temu dowie­dział się od ojca, że ciotka chciała poślu­bić męż­czy­znę, który dziś jest zna­nym pisa­rzem, ale nie­stety on wziął sobie inną za żonę. Mar­cowi nie wolno było zdra­dzić się przed nią, że o tym wie. Inni się o nią sta­rali, ale nikt nie zain­te­re­so­wał jej na tyle.

- To atrak­cyjna kobieta, ale zbyt nie­za­leżna - powie­dział ojciec.

Marc wie­dział, że wśród przy­ja­ciół ciotki są mala­rze i pisa­rze. Gdy w szkole oka­zało się, że ma talent do rysunku, zawsze zale­żało mu na jej opi­nii w tym wzglę­dzie. Mógł sobie bar­dzo łatwo wyobra­zić ciotkę Élo?se jako prze­ory­szę w śre­dnio­wie­czu lub jako jedną z tych kobiet epoki oświe­ce­nia, które pro­wa­dziły salony gro­ma­dzące wiel­kie umy­sły. Cie­kawe, czy miała kochan­ków? Jeśli tak, nikt z sza­nu­ją­cej się rodziny Blan­char­dów nie pisnął o tym słów­kiem.

Do mostu Petit Pont były dosłow­nie dwa kroki. Stam­tąd patrzyli w stronę Lewego Brzegu. Ciotka Élo?se znów pró­bo­wała wcią­gnąć Gérarda do roz­mowy.

- Île de la Cité jest jak łódź na wodzie, prawda?

- Pew­nie tak.

- Wiesz, Gérardzie, że w her­bie Paryża jest sta­tek? Pamię­tasz łaciń­skie motto z tego herbu? Sur­git nec mer­gi­tur - na prze­kór burzom sta­tek żegluje naprzód. Ni­gdy nie zato­nie. Wła­śnie taka jest histo­ria Paryża.

Gérard wzru­szył ramio­nami. Więk­szość pary­żan jest dumna ze swo­jego mia­sta i jego skar­bów. Ludzie przy­jeż­dżają z całego świata, by to obej­rzeć. Ale szcze­rze mówiąc, jemu było wszystko jedno. Wie­dział, że ciotka Élo?se i Marc pogar­dzają nim za to. Marie pew­nie będzie taka sama. A niech sobie myślą, co im się podoba. Wie­dział, czego chce od życia. Będzie pro­wa­dził rodzinny inte­res.

Nikt z krew­nych się do tego nie nada­wał. Dzia­dek od razu to zauwa­żył: "Gérard ma głowę na karku", mawiał, gdy ten miał zale­d­wie dzie­sięć lat. Marc był do niczego. Przy­po­mi­nał ciotkę Élo?se: głowę miał pełną bez­u­ży­tecz­nych idei i bzdur. Mała Marie, jako dziew­czynka, nie wcho­dziła w grę. Nawet jego ojciec, myślał w duchu Gérard, nie był naj­lep­szym straż­ni­kiem rodzin­nej for­tuny.

Jules Blan­chard zacze­kał, aż umrze jego ojciec, by zre­ali­zo­wać swoje marze­nie. Trzy lata temu otwo­rzył ele­gancki dom towa­rowy. Zuchwale wybrał nań miej­sce tuż za Operą na bul­wa­rze Haus­smanna, o rzut kamie­niem od wiel­kiego sklepu Prin­temps. Podob­nie jak Prin­temps, ofe­ro­wał zna­ko­mi­tej jako­ści gar­de­robę w sta­łych cenach, na które mogła sobie pozwo­lić klasa śred­nia. Nie­które kolek­cje zama­wiał spe­cjal­nie dla swo­jego domu towa­ro­wego. Sklep nazy­wał się "Joséphine".

Dla­czego "Joséphine"? - dopy­ty­wali się wszy­scy w rodzi­nie. Rzecz jasna, na cześć cesa­rzo­wej Józe­finy, wyja­śniał. Była egzo­tyczną żoną Napo­le­ona i nawet jeśli miała jakieś wady cha­rak­teru, to zawsze dbała o ele­gan­cję. To będzie ide­alna nazwa, powta­rzał.

Jules musiał się zapo­ży­czyć, by otwo­rzyć sklep. Prawdę mówiąc, miał wię­cej szczę­ścia niż rozumu. W rok po otwar­ciu "Joséphine" spło­nął dom towa­rowy Prin­temps, który wciąż jesz­cze nie sta­nął na nogi. Główny kon­ku­rent był tym­cza­sowo usu­nięty z rynku, więc obroty "Joséphine" nie­bo­tycz­nie wzro­sły. Jules wyko­rzy­stał nada­rza­jącą się oka­zję.

Gérard nie był jed­nak zachwy­cony. Nie zno­sił sprze­daży deta­licz­nej. Hurt, który na szczę­ście ojciec zacho­wał, był znacz­nie lep­szym źró­dłem docho­dów. Detal zaś zja­dał zyski z hurtu. To hur­tow­nicy poży­czali innym pie­nią­dze, deta­li­ści cho­dzili po proś­bie. Hur­tow­nia była pro­stym, funk­cjo­nal­nym budyn­kiem, który mógł słu­żyć przez całe życie. Dom towa­rowy zaś był jak deko­ra­cja teatralna. Jego brat Marc uwiel­biał ten ele­gancki sklep i Gérard oba­wiał się, że pew­nego dnia może zechcieć nim kie­ro­wać. Trzeba temu zapo­biec za wszelką cenę.

Plan Gérarda był pro­sty. Pew­nego dnia, gdy ojciec umrze lub przej­dzie na eme­ry­turę, Gérard pozbę­dzie się domu towa­ro­wego, chyba że wcze­śniej ten inte­res cał­ko­wi­cie wykoń­czy rodzinę finan­sowo. Po pro­stu go sprzeda, jeśli to będzie moż­liwe, a jeśli nie, zamknie.

Rozdział 3

1261

Była wio­sna roku Pań­skiego 1261, we Fran­cji pano­wał miło­ści­wie król Ludwik IX Święty. Wła­śnie wsta­wał dzień. Młoda kobieta pod­nio­sła się z posła­nia na pod­ło­dze.

Mar­tine dostrze­gła cienką strużkę świa­tła pomię­dzy drew­nia­nymi okien­ni­cami. Z podwó­rza nie dobie­gał żaden dźwięk. Z dru­giej strony domu sły­chać było gło­śne, ryt­miczne chra­pa­nie wuja, jak dźwięk opusz­cza­nej kraty w jed­nej z bram mia­sta.

Naga pode­szła do okna i popchnęła okien­nice. Otwo­rzyły się, skrzy­piąc. Chra­pa­nie ustało, wstrzy­mała oddech. Ale na szczę­ście po chwili odgłos znów się roz­legł.

Musiała być bar­dzo ostrożna. Nie może dać się przy­ła­pać.

Spoj­rzała w stronę posła­nia. Młody męż­czy­zna, który na nim leżał, pogrą­żony był we śnie.

Do ubie­głego roku Mar­tine była żoną syna boga­tego kupca. Gdy jej mąż zmarł na gorączkę, została wdową w wieku dwu­dzie­stu lat. Wkrótce pew­nie znów wyj­dzie za mąż. Ale dla­czego mia­łaby się nie zaba­wić, nim to nastąpi? Byle tylko nikt się o tym nie dowie­dział. Gdyby została przy­ła­pana, wuj pew­nie spra­wiłby jej cięgi, a nawet może wyrzu­cił ją na bruk - kto wie? A cho­dzi nie tylko o dach nad głową: jeśli ma bogato wyjść za mąż, musi zacho­wać dobrą repu­ta­cję.

Młody czło­wiek na mate­racu był biedny. Mało tego, był próżny. I musiał jesz­cze nie­jedno opa­no­wać w sztuce kocha­nia. Dla­czego wybrała wła­śnie jego?

Dzie­sięć dni temu to on pod­szedł do niej w Notre Dame. Po stu latach budowy kate­dra była naresz­cie pra­wie gotowa. Aby uczy­nić ją jesz­cze pięk­niej­szą, deko­ro­wano w naj­now­szym stylu skrzy­żo­wa­nie tran­sep­tów z nawą główną. Ściany zamie­niły się w olbrzy­mie kur­tyny z kolo­ro­wego szkła, zupeł­nie takie jak w nowej kaplicy kró­lew­skiej. Przy­glą­dała się wła­śnie wiel­kiej roze­cie w pół­noc­nym tran­sep­cie, gdy on się poja­wił. Miał na sobie stu­dencką togę, a na gło­wie wygo­lono mu wzo­rem księży ton­surę, podob­nie jak innym stu­den­tom.

- Czyż nie jest piękna? - zagaił przy­jaź­nie, jakby znał Mar­tine całe życie.

- Mon­sieur? - Rzu­ciła mu spoj­rze­nie pełne dez­apro­baty.

Był słusz­nego wzro­stu, szczu­pły, ciem­no­włosy. Jasna cera bez jakich­kol­wiek zna­mion, długi szczu­pły nos. Cał­kiem nie­brzydki. Rok, może dwa lata młod­szy od niej.

- Pro­szę mi wyba­czyć. Roland de Cygne, do usług. - Ukło­nił się grzecz­nie. - Chcia­łem powie­dzieć, że tak samo jak uro­dziwa kobieta Notre Dame pięk­nieje w doj­rza­łym wieku.

Czuła, że powinna coś powie­dzieć.

- A gdy się zesta­rzeje, to co wtedy, mon­sieur?

- Ach. - Zamilkł na chwilę. - Zdra­dzę pani tajem­nicę tej damy. We wschod­nim krańcu dostrze­głem wła­śnie nie­wiel­kie pęk­nię­cia, osia­da­nie ścian. Myślę, że z cza­sem ta dama będzie potrze­bo­wała pew­nego wspar­cia. Posta­wią jej tak zwane przy­pory wzmac­nia­jące.

- Pan, jak mnie­mam, jest eks­per­tem w dzie­dzi­nie kobie­cych potrzeb, mon­sieur?

Przez chwilę w jego oczach widać było pokusę, by się pochwa­lić, ale naj­wy­raź­niej się roz­my­ślił.

- Jestem skrom­nym stu­den­tem, madame.

Mar­tine musiała przy­znać, że w tej mie­sza­ni­nie flirtu i grzecz­nych for­mu­łek jest coś uwo­dzi­ciel­skiego. Młody męż­czy­zna z pew­no­ścią umiał ład­nie mówić. Była pod wra­że­niem.

Wujowi to by się nie spodo­bało. "Gada­nie - prych­nąłby z pogardą. - To wszystko, na co stać tych stu­den­tów, o ile nie są aku­rat pijani i się nie awan­tu­rują. Więk­szość z nich dosta­łaby już dawno cięgi, gdyby nie chro­nił ich król i Kościół".

Ponie­waż uni­wer­sy­tet był pro­wa­dzony przez Kościół, to gdy grupa stu­den­tów zde­mo­lo­wała tawernę, odpo­wia­dali przed sądem kościel­nym, który wyzna­czał im jedy­nie pokutę. Trudno było się dzi­wić pary­ża­nom, że bun­to­wali się wobec takich przy­wi­le­jów. Gdy zaś cho­dzi o poboż­nego króla Ludwika IX, choć cudowne reli­kwie we wspa­nia­łej nowej kaplicy doda­wały świę­to­ści mia­stu i jego dyna­stii, on sam wie­dział, że praw­dziwy pre­stiż Paryż zawdzię­cza swo­jej uczelni. Przed stu laty pozba­wiony męsko­ści Abe­lard miał wady, ale dziś był pamię­tany jako naj­wy­bit­niej­szy filo­zof epoki, a mło­dzi uczeni przy­jeż­dżali ze wszyst­kich stron Europy, by stu­dio­wać na jego uni­wer­sy­te­cie.

- A gdzież to się pani teraz wybiera? - zapy­tał.

- Do domu, pro­szę pana - odparła kate­go­rycz­nie. A to zuchwały stu­den­cina!

- Pro­szę mi pozwo­lić sobie towa­rzy­szyć. - Ukło­nił się. - Na uli­cach bywa nie­bez­piecz­nie.

Nie mogła się powstrzy­mać od śmie­chu, ponie­waż był śro­dek dnia i znaj­do­wali się w sercu dziel­nicy kró­lew­skiej.

- I tak nic panu po tym.

Prze­szli krótki odci­nek na pół­nocną część wyspy. Kawa­łek dalej w dole rzeki był most wio­dący na Prawy Brzeg. Gdy po nim szli, zapy­tała:

- Pań­skie nazwi­sko zaczyna się od "de", czy to zna­czy, że jesteś pan szlach­ci­cem?

- Ow­szem. Obok naszego małego zamku było jezioro, po któ­rym pły­wało wiele łabę­dzi. Dla­tego nazwano to miej­sce Lac des Cygnes. W mojej rodzi­nie mawia się, że zawdzię­czamy nazwi­sko łabę­dziemu wdzię­kowi i sile naszych przod­ków. Mam na imię Roland po moim przodku, który był boha­te­rem słyn­nej Pie­śni o Rolan­dzie.

- Och.

Histo­ria Rolanda znana była już od stu lat, ale Mar­tine ni­gdy nie sądziła, że spo­tka praw­dzi­wego Rolanda. Była pod wra­że­niem.

- A jed­nak przy­szedł tu pan jako skromny stu­dent?

- Mają­tek odzie­dzi­czy mój star­szy brat. Ja zaś muszę pil­nie stu­dio­wać z nadzieją na karierę w Kościele.

Gdy ruszyli znów w górę rzeki, opo­wie­dział jej o rodzin­nym majątku. Posia­dłość leżała na zachód od Paryża, poni­żej Bre­ta­nii, gdzie wdzięczne wody Loary wiją się w stronę Atlan­tyku. Mówił o tym z wiel­kim przy­wią­za­niem, co spodo­bało się Mar­tine. Wkrótce zna­leźli się w pobliżu przy­stani i targu zwa­nego Gr?ve.

Place Gr?ve na Pra­wym Brzegu były zawsze pełne życia. Roz­ła­do­wy­wano tu statki i barki z winem z Bur­gun­dii i zbo­żem ze wschod­nich nizin. Po dru­giej stro­nie targu znaj­do­wała się stara dziel­nica tka­czy, a kwar­tał dalej - pro­du­cen­tów szkła. Dom jej wuja stał przy rue du Tem­ple, która bie­gła na pół­noc, oddzie­la­jąc dziel­nice od sie­bie. Zbyt wiele osób na targu ją znało, nie chciała plo­tek. Nad­szedł czas, by pozbyć się mło­dego ary­sto­kraty.

- Do widze­nia, mon­sieur, bar­dzo panu dzię­kuję - powie­działa grzecz­nie.

- Jutro muszę się uczyć - odparł Roland. - Ale poju­trze o tej porze chcę odwie­dzić Sainte-Cha­pelle. Być może - zapro­po­no­wał uprzej­mie - znów się spo­tkamy.

- Wąt­pię, pro­szę pana - odparła i poszła w swoją stronę.

Jed­nak dwa dni póź­niej przy­szła na spo­tka­nie.

Król Ludwik IX cał­kiem nie­dawno ukoń­czył budowę bogato zdo­bio­nego sank­tu­arium dla świę­tych reli­kwii. Górna kaplica zare­zer­wo­wana była dla samego monar­chy, który wcho­dził tam bocz­nymi drzwiami, bez­po­śred­nio z pałacu kró­lew­skiego. Mniej dostojni wierni korzy­stali ze skrom­niej­szej dol­nej kaplicy. Ale i ta była bar­dzo piękna. W przy­po­mi­na­ją­cym kryptę pomiesz­cze­niu migo­tały pło­myki nie­zli­czo­nych świec. Gdy Mar­tine przy­glą­dała się deli­kat­nym czer­wo­nym i zło­tym kolum­nom, które wspie­rały sza­fi­rowe skle­pie­nie ozdo­bione zło­tymi fleurs-de-lys niczym gwiaz­dami, czuła się jak w magicz­nym sadzie. Przy­cho­dząc na spo­tka­nie z Rolan­dem, otwo­rzyła drogę ku cze­muś wię­cej niż przy­god­nej zna­jo­mo­ści. W migo­czą­cym świe­tle świec, wśród prze­ni­kli­wych woni kadzi­dła, wyda­wało jej się natu­ralne, żeby sta­nąć bli­sko niego.

I gdy raz czy drugi dotknęła ramie­niem jego boku, jej uwagę zwró­ciło coś jesz­cze. Obok zapa­chu kadzi­dła poczuła jego zapach: słabą, przy­jemną woń mło­dego potu na skó­rza­nych san­da­łach i jesz­cze cze­goś - mig­da­łów lub gałki musz­ka­to­ło­wej? - czym pach­niała jego skóra.

Spę­dzili w kaplicy kilka minut, podzi­wia­jąc jej piękno, gdy obok poja­wił się jakiś ksiądz. Ku jej zasko­cze­niu stu­dent zwró­cił się do niego:

- Zasta­na­wia­łem się, mon p?re, czy mógł­bym poka­zać tej damie górną kaplicę?

- Górna kaplica jest zamknięta, młody czło­wieku - odparł oschle ksiądz.

Mar­tine spo­dzie­wała się, że Roland na tym poprze­sta­nie.

- Pro­szę mi wyba­czyć, mon p?re, nazy­wam się Roland de Cygne. Mój ojciec to wiceh­ra­bia de Cygne z doliny Loary. Jestem jego dru­gim synem i pla­nuję wstą­pić do zakonu.

Ksiądz zatrzy­mał się i przyj­rzał mu się uważ­nie.

- Sły­sza­łem o pań­skiej rodzi­nie, mon­sieur - rzekł cicho. - Pro­szę iść za mną...

Parę minut póź­niej zna­leźli się w kaplicy kró­lew­skiej.

- Możemy tu zostać tylko krótką chwilę - powie­dział ksiądz.

Pro­mie­nie sło­neczne wpa­dały przez strze­li­ste okna, zale­wa­jąc wyso­kie nie­bie­sko-złote prze­strze­nie nie­biań­skim świa­tłem. O ile dolna kaplica przy­po­mi­nała magiczny las, o tyle ta wyglą­dała jak przed­sio­nek nieba.

Młody stu­dent, który tak ład­nie mówił i tak miło pach­niał, miał moc otwie­ra­nia drzwi do ziem­skich roz­ko­szy i kró­lew­skich sank­tu­ariów. W tym wła­śnie momen­cie zde­cy­do­wała, że wypró­buje go jako kochanka. W końcu ni­gdy jesz­cze nie miała ary­sto­kraty.

Gdy mu się teraz przy­glą­dała w świe­tle wcze­snego poranka, otwo­rzył nagle oczy. Były piwne.

- Czas już na cie­bie - szep­nęła.

- Nie­zu­peł­nie.

- Muszę uwa­żać, żeby nas ktoś nie przy­ła­pał.

- To posta­raj się być cicho. - Uśmiech­nął się.

- Mamy mało czasu - powie­działa, kła­dąc się obok niego.

Potem powie­dział jej, że następ­nego wie­czoru musi się uczyć, ale może ją odwie­dzić kolej­nego dnia. Zgo­dziła się i odpro­wa­dziła go na podwó­rze. Podob­nie jak więk­szość domów zamoż­niej­szych pary­skich kup­ców, dom jej wuja był wysoki. Fron­towe drzwi wycho­dziły bez­po­śred­nio na ulicę, ale za domem cią­gnęło się podwó­rze i maga­zyn, nad któ­rym miesz­kała, tam też znaj­do­wała się furtka pro­wa­dząca do zaułku na tyłach. Mar­tine odsu­nęła cicho zasuwę furtki, wypchnęła go na zewnątrz i szybko ją zary­glo­wała. Wciąż było sły­chać chra­pa­nie wuja.

Roland de Cygne szedł uliczką z poczu­ciem satys­fak­cji i dumy z doko­na­nego pod­boju. Dotąd mie­wał tylko krót­kie i nie­zdarne doświad­cze­nia z robot­ni­cami z pola i służ­kami. Uwa­żał więc Mar­tine za dobry począ­tek swo­jej wspa­niale zapo­wia­da­ją­cej się kariery kochanka. Oczy­wi­ście była tylko młodą kobietą z bur­żu­azji, klasy kup­ców, ale dawała mu dobrą oka­zję do prak­tyki. Podej­rze­wał, że ona też jest zado­wo­lona, że za kochanka ma mło­dzieńca z rodziny szla­chec­kiej.

Uwa­żał, że szcze­gól­nie dobrze pora­dził sobie na pierw­szym spo­tka­niu. Pod wpły­wem chwi­lo­wego natchnie­nia powie­dział jej, że pocho­dzi wprost od boha­tera Pie­śni o Rolan­dzie - było to tylko nie­wiel­kie ubar­wie­nie prawdy. Jako dziecko pytał ojca, dla­czego ma na imię Roland.

- Gdy twój dzia­dek poje­chał na kru­cjatę, miał wspa­nia­łego konia o imie­niu Roland, na cześć boha­tera słyn­nej pie­śni - odpo­wie­dział ojciec. - Koń prze­był z nim całą drogę do Ziemi Świę­tej i z powro­tem i warto o nim pamię­tać. Poza tym to piękne imię, dał­bym je two­jemu bratu, ale naj­star­szy w naszej rodzi­nie zawsze ma na imię Jean. Więc nada­łem je tobie.

- Mam imię po koniu?

- Po jed­nym z naj­wspa­nial­szych ruma­ków, jakie brały udział w kru­cja­tach. Czego chcieć wię­cej?

Roland wszystko rozu­miał, ale nie sądził, by udało mu się zro­bić wra­że­nie na jakiej­kol­wiek kobie­cie, mówiąc, że dostał imię po koniu.

Doszedł do rogu rue du Tem­ple. Niebo poja­śniało nad wyso­kimi wyku­szami domów. Bramy mia­sta były już otwarte, ale oko­lica świe­ciła jesz­cze pust­kami. Poranny chór pta­ków jak zwy­kle zmięk­czał mu serce. Roland wcią­gnął w płuca powie­trze. Jak zawsze w mie­ście: nieco uryny, koń­skiego nawozu, palo­nego drewna, ale przede wszyst­kim cudowny zapach świeżo upie­czo­nego chleba i nuta kwit­ną­cego gdzieś w oko­licy wicio­krzewu.

Nie chciał jechać na stu­dia do Paryża. Ale ojciec nale­gał:

- Nic tu po tobie, synu. Wydaje mi się, że jesteś bystrzej­szy niż twój brat i możesz w Paryżu przy­nieść chwałę rodzi­nie. Kto wie, może nawet zro­bisz więk­szą karierę niż dzia­dek.

To by było coś. Dzia­dek Rolanda miał szczę­ście, bo tra­fił na odpo­wiedni moment histo­ryczny. Po śmierci Karola Wiel­kiego cesar­stwo roz­pa­dło się na mniej­sze pro­win­cje i tery­to­ria ple­mienne powstałe na gru­zach sta­ro­żyt­nego Rzymu, a kró­lo­wie Fran­ków nie­jed­no­krot­nie wła­dali jedy­nie regio­nem Paryża, zwa­nym Île-de-France. Wokół zaś roz­cią­gały się olbrzy­mie wło­ści boga­tych i potęż­nych rodzin feu­dal­nych: Pro­wan­sja i Akwi­ta­nia na połu­dniu, cel­tycka Bre­ta­nia na pół­noc­nym wybrzeżu Atlan­tyku, Szam­pa­nia na wscho­dzie, a pod nią tery­to­ria ple­mienne Bur­gun­dii.

Gdy zabra­kło Karola Wiel­kiego, zaczęły się groźne najazdy wikin­gów. Był nawet haniebny epi­zod, gdy Paryż opła­cił najeźdź­ców i wysłał ich do Bur­gun­dii. Bur­gund­czycy wciąż nie mogą tego prze­bo­leć. Gdy w końcu wikin­go­wie osie­dli w Nor­man­dii, ich władcy nie usta­wali w pod­bo­jach. W 1066 roku Wil­helm Zdo­bywca naje­chał Anglię, a bogac­twa i wpływy jego rodziny były znacz­nie więk­sze niż fran­cu­skiego króla w Paryżu.

Naj­gorsi jed­nak - naj­bar­dziej chciwi, bez­względni i bru­talni - oka­zali się władcy mniej­szego obszaru u ujścia Loary: ksią­żęta Ande­ga­we­nii. Ambi­cja popchnęła Plan­ta­ge­ne­tów - jak ich nazy­wano - ku mał­żeń­stwom z rodzi­nami wła­da­ją­cymi Nor­man­dią i Akwi­ta­nią. Co gor­sze, łut dyna­stycz­nego szczę­ścia przy­niósł im prawo do dzie­dzi­cze­nia tronu Anglii.

- W cza­sach two­jego dziadka Plan­ta­ge­neci oto­czyli zewsząd Île-de-France i gotowi byli do ataku.

Fran­cję ura­to­wał nie­zwy­kły czło­wiek. Król Filip August z dyna­stii Kape­tyn­gów, dzia­dek obec­nego króla, odzna­czał się prze­bie­gło­ścią i odwagą. Odbył kru­cjatę z angiel­skim kró­lem z rodu Plan­ta­ge­ne­tów, Ryszar­dem Lwie Serce, ale ni­gdy nie prze­pusz­czał oka­zji, by jed­nego Plan­ta­ge­neta nasta­wić prze­ciwko dru­giemu. I gdy po sław­nym Ryszar­dzie Lwie Serce na tron wstą­pił jego nie­po­pu­larny brat Jan, sprytny król Fran­cji zdo­łał wyprzeć go z Nor­man­dii, a nawet z Ande­ga­we­nii. Kiedy angiel­scy baro­no­wie zbun­to­wali się prze­ciwko wła­snemu kró­lowi, przez chwilę wyda­wało się nawet, że fran­cu­scy kró­lowie wstą­pią na tron Anglii.

W ciągu tych trud­nych wojen­nych lat nikt nie odzna­czył się taką wier­no­ścią fran­cu­skiemu kró­lowi jak wiceh­ra­bia de Cygne. Był ubo­gim ryce­rzem. Jego naj­cen­niej­szym mająt­kiem był koń Roland. Wiceh­ra­bia poje­chał jed­nak z Fili­pem Augu­stem na kru­cjatę, a król uwa­żał go za swego przy­ja­ciela. I choć jego nie­wielki mają­tek leżał w gra­ni­cach Ande­ga­we­nii, a Plan­ta­ge­neci mogli go w każ­dej chwili skon­fi­sko­wać, trwał u boku króla. A gdy Filip August zaczął świę­cić triumfy, nagro­dził swego wier­nego przy­ja­ciela zie­mią, która wię­cej niż podwo­iła jego stan posia­da­nia.

Rodzina de Cygne'ów nie nale­żała jed­nak do zamoż­nych. Ojciec Rolanda musiał sprze­dać część ziemi. Może bratu uda się poślu­bić jakąś posażną pannę? Byłoby zna­ko­mi­cie. Ale Roland także mógłby się przy­słu­żyć rodzi­nie, robiąc karierę w Kościele.

Kościół dawał pocie­sze­nie, inspi­ra­cję, wie­dzę i marze­nia. Przed Rolan­dem, potom­kiem boha­tera kru­cjat, otwie­rał też inną życio­dajną per­spek­tywę. W Kościele były pie­nią­dze, i to nie­mało.

Ci, któ­rym udało się wspiąć po szcze­blach hie­rar­chii kościel­nej, cie­szyli się docho­dami z jego nie­zli­czo­nych dóbr. Biskupi byli potęż­nymi ludźmi i żyli niczym ksią­żęta. Dostoj­nicy kościelni mogli utrzy­my­wać swoje rodziny i poma­gać im na wiele spo­so­bów. Rolan­dowi nie podo­bał się celi­bat. Ale na szczę­ście nie prze­szka­dzał on wielu bisku­pom w pło­dze­niu bękar­tów. Z Kościoła pocho­dzili ludzie wykształ­ceni, zarzą­dza­jący kró­le­stwem. Dla obrot­nego czło­wieka Kościół był drogą do for­tuny.

Roland był gotów ją odbyć. Chciał odnieść suk­ces. Ale miał też pewne marze­nie, zako­rze­nione w rodzin­nej histo­rii kru­cjat - któ­rego pew­nie nie uda mu się zre­ali­zo­wać.

Spoj­rzał w głąb ulicy. Odda­lona o kil­ka­set metrów, na końcu wąskiego kanionu utwo­rzo­nego z domów o drew­nia­nych bel­kach kon­struk­cyj­nych, znaj­do­wała się brama mia­sta. Potężne kamienne mury, spi­na­jące owal­nym krę­giem oba brzegi Sekwany, zbu­do­wał Filip August. Brama była otwarta. Powi­nien pójść w prze­ciw­nym kie­runku, ale nie mógł się oprzeć i ruszył w jej stronę.

Minął bramę i poszedł pro­stą drogą przed sie­bie. Z lewej strony za sadami widać było klasz­tor Świę­tego Mar­cina wśród Pól. Do drogi, zarówno w obrę­bie mia­sta, jak i poza nim, przy­le­gały mury kilku zna­czą­cych klasz­torów. Ale wielka enklawa, która przy­cią­gnęła jego uwagę, leżała kawa­łek dalej po pra­wej stro­nie. Wyglą­dała jak for­teca. Dwie wieże zamczy­ska wzno­siły się zuchwale ku niebu. Olbrzy­mie wrota były zamknięte i zary­glo­wane. Roland stał na dro­dze i patrzył.

Oto sie­dziba tem­pla­riu­szy. Pań­stwo w pań­stwie.

Zako­nowi tem­pla­riu­szy począ­tek dały kru­cjaty. Naj­pierw peł­nili funk­cję ochrony, trans­por­tu­jąc przez nie­bez­pieczne tereny złoto dla armii. Byli więc depo­zy­ta­riu­szami bogactw wielu kra­jów. Tak też zna­leźli się o krok od świad­cze­nia usług ban­ko­wych. Jako mnisi nie pła­cili podat­ków. W cza­sie pano­wa­nia Filipa Augu­sta tem­pla­riu­sze stali się jedną z naj­po­tęż­niej­szych i naj­bo­gat­szych orga­ni­za­cji w świe­cie chrze­ści­jań­skim. Pod­le­gali jedy­nie papie­żowi i Bogu. A wśród nich byli ryce­rze sie­jący postrach w całym świe­cie. Szla­chetni tem­pla­riu­sze ni­gdy się nie pod­da­wali. Ni­gdy nie wzięto ich do nie­woli. Zawsze wal­czyli do ostat­niego tchu, nie bali się śmierci. Żeby ich poko­nać, trzeba było zabić wszyst­kich.

Aby wstą­pić do zakonu, nale­żało przejść tajną ini­cja­cję, któ­rej szcze­gó­łów nikt nie znał. Lecz gdy już ktoś ją prze­szedł, nale­żał do naj­ści­ślej­szego kręgu w świe­cie świę­tych kru­cjat.

Roland marzył o tym, żeby zostać tem­pla­riu­szem, odkąd był małym chłop­cem. Wyda­wało mu się, że to jedyny spo­sób, aby dorów­nać ojcu, który wal­czył w kru­cja­tach. Gdy przy­był do Paryża, marze­nie to wciąż było żywe, lecz ojciec nie chciał o tym sły­szeć z bar­dzo pro­stego powodu.

Tem­pla­riu­sze nie mieli pie­nię­dzy. Gdy rycerz zakonu tem­pla­riu­szy zobo­wią­zy­wał się do ubó­stwa, rze­czy­wi­ście wiódł życie bie­daka. Zakon dys­po­no­wał nie­prze­bra­nymi bogac­twami, ale jego człon­ko­wie nie mieli nic. Dla rodziny de Cygne'ów byłby to żaden poży­tek.

Roland patrzył przez chwilę, jak wieże zamku otula świa­tło wio­sen­nego poranka, a następ­nie zawró­cił do mia­sta. Tem­pla­riu­sze byli jego chło­pię­cym marze­niem, ale życie w Paryżu, musiał przy­znać, wcale nie było takie złe. Mógł choćby roz­ko­szo­wać się wdzię­kami Mar­tine.

Pomy­ślał o cze­ka­ją­cym go dniu i uśmiech­nął się do sie­bie. Mar­tine bar­dzo mu się podo­bała. A jed­nak skła­mał, gdy jej powie­dział, że tego wie­czoru musi się uczyć.

Zacho­dzące słońce poma­lo­wało dachy na czer­wono, a cie­nie się wydłu­żyły, gdy Roland wyru­szył ze swo­jego miesz­ka­nia na Lewym Brzegu. Znaj­do­wało się ono jakieś sto metrów na zachód od opac­twa Świę­tej Geno­wefy, wzdłuż grzbietu wzgó­rza, gdzie nie­gdyś stało Forum Roma­num. Od dawna było w ruinie; jego resztki wyrów­nały nachy­le­nie wzgó­rza, a wokół wyro­sły nowe świą­ty­nie. Rzym­ska droga pro­wa­dząca do rzeki na­dal słu­żyła miesz­kań­com, lecz pod innym mia­nem. Ponie­waż cią­gnęli tędy piel­grzymi do San­tiago de Com­po­stela, nazwano ją rue Saint-Jacques.

Roland szedł drogą pośród tłumu stu­den­tów. Ostat­nio uni­wer­sy­tet zaczął prze­no­sić się z oko­lic Notre Dame na Lewy Brzeg, a wzgó­rze pokryły domki, w któ­rych miesz­kali i uczyli się stu­denci. Pierw­szym było kole­gium kró­lew­skiego kape­lana Roberta de Sor­bona, które widział teraz z odle­gło­ści jakichś pięć­dzie­się­ciu metrów po lewej stro­nie. Wkrótce inne poszły w jego ślady.

Na­dal scho­dził z łagod­nego wzgó­rza, obok pałacu prze­ora Cluny i kościoła para­fial­nego Świę­tego Sewe­ryna, aż doszedł do rzeki i do mostu wio­dą­cego na wyspę, gdzie pro­mie­nie zacho­dzą­cego słońca zabar­wiły fasadę Notre Dame na zło­to­czer­wono.

Roland był pod­eks­cy­to­wany. Szedł na spo­tka­nie z inną kobietą.

Mar­tine bez trudu uwie­rzyła w jego histo­ryjkę. Stu­denci musieli się pil­nie uczyć na uni­wer­sy­te­cie. Rolan­dowi nauka przy­cho­dziła jed­nak łatwo. Jesz­cze zanim przy­był do Paryża, w wieku pięt­na­stu lat nauczył się - dzięki lek­cjom z księ­dzem - pisać i mówić po łaci­nie, gdyż w tym języku wykła­dano pra­wie wszyst­kie przed­mioty uni­wer­sy­tec­kie. Tra­dy­cyjne tri­vium, pro­gram naucza­nia gra­ma­tyki, reto­ryki, Pla­tona i Ary­sto­te­lesa - który pamię­tał jesz­cze czasy rzym­skie - ukoń­czył w cza­sie krót­szym niż zwy­kle i szybko prze­szedł do quadri­vium - aryt­me­tyki, geo­me­trii, astro­no­mii i muzyki. Uczył się tak szybko, że kole­dzy ze stu­diów nazy­wali go Abe­lard. Ale Roland nie zamie­rzał zostać filo­zo­fem. Miał giętki umysł i dobrą pamięć, to wszystko. Wkrótce ukoń­czy quadri­vium i zosta­nie magi­strem. Potem chciał stu­dio­wać prawo.

Ale dziś miał kochać się z dziew­czyną, którą pode­rwał na rue Saint-Honoré.

Poznali się trzy dni temu. Jeden z pro­fe­so­rów prawa na uni­wer­sy­te­cie, czło­wiek, któ­rego względy chciał sobie zaskar­bić, popro­sił go o zanie­sie­nie listu do pew­nego księ­dza na Pra­wym Brzegu.

Wielki Cmen­tarz Nie­wi­nią­tek leżał w zachod­niej czę­ści mia­sta, w odle­gło­ści trzy­stu metrów od rzeki, przy rue Saint-Denis. Gdyby pójść tą ulicą dalej, przez bramę i poza mia­sto, dopro­wa­dzi­łaby do opac­twa Saint-Denis, gdzie pocho­wani zostali kró­lo­wie Fran­cji. Miesz­kańcy nekro­po­lii Nie­wi­nią­tek byli o wiele skrom­niejsi. Ponad­trzy­me­trowe mury oka­lały groby bie­doty. Znaj­do­wał się tam jed­nak ładny kościół, w któ­rym Roland odna­lazł księ­dza, nie­wy­so­kiego czło­wieka o fizjo­no­mii uczo­nego. Duchowny bar­dzo ser­decz­nie podzię­ko­wał mu za fatygę.

Po zachod­niej stro­nie cmen­ta­rza znaj­do­wał się znacz­nie wesel­szy przy­by­tek. Otwarte tar­go­wi­sko Les Hal­les, naj­więk­sze w mie­ście. Rolan­dowi się nie śpie­szyło, posta­no­wił więc zaba­wić tam chwilę, podzi­wia­jąc kolo­rowe stra­gany. Wła­śnie oglą­dał wspa­niałe wło­skie skóry, gdy spoj­rzał w stronę kup­ców pro­wa­dzą­cych poga­wędkę w pod­cie­niach, z któ­rych jeden zda­wał się przy­glą­dać mu natar­czy­wie. Nie był zbyt wysoki, ale jego postawa zdra­dzała agre­sywne zamiary. Twarz zasła­niała mu krótka gęsta siwa broda. Nos miał gar­baty, a spoj­rze­nie twarde. Patrzył na Rolanda jak na kara­lu­cha, któ­rego musi zgnieść.

Był to wuj Mar­tine. Roland wie­dział, jak wygląda, bo któ­re­goś razu przy­czaił się z cie­ka­wo­ści opo­dal, aby mu się przyj­rzeć, jak wycho­dzi z domu. Ale prze­cież kupiec nie miał poję­cia o jego ist­nie­niu! Mimo to pró­bo­wał teraz zabić go spoj­rze­niem.

Czy go poznał? Co wie­dział? Roland odda­lił się powoli, pró­bu­jąc nie zwra­cać na niego uwagi. Scho­wał się za innym stra­ga­nem, skąd mógł nie­zau­wa­żony obser­wo­wać kupca. Spoj­rze­nie wuja Mar­tine prze­nio­sło się wów­czas na coś innego, ale pozo­stało tak samo wro­gie. Taką przy­naj­mniej Roland miał nadzieję. Na wszelki wypa­dek opu­ścił jed­nak teren Les Hal­les.

Chwilę póź­niej wszedł do tawerny za rogiem na rue Saint-Honoré. Ta dziew­czyna tam pra­co­wała. Nie była krewną wła­ści­ciela, lecz zwy­kłą słu­żącą. Śmiała dziew­czyna, z masą gęstych czar­nych wło­sów, ciem­nymi oczami i dużymi bia­łymi zębami. Zauwa­żył, że jeden czy dwóch klien­tów pró­buje z nią flir­to­wać, ale sta­now­czo to ukró­ciła. Gdy jed­nak spo­tkały się ich spoj­rze­nia, poczuł, że się jej spodo­bał. Został w tawer­nie dłu­żej. Powie­działa mu, że wie­czo­rem będzie wolna i ma na imię Louise.

Gdy popo­łu­dniowe słońce pra­żyło fasadę Notre Dame, Roland prze­szedł przez most na Île de la Cité. Zanim ruszył dalej w stronę Pra­wego Brzegu, zatrzy­mał się na chwilę. Po lewej stro­nie w dole rzeki widać było most z tuzi­nem mły­nów, a za nim przy­stań, gdzie roz­ła­do­wy­wano sól i śle­dzie z Nor­man­dii. Dalej wąski zachodni czu­bek wyspy roz­dzie­lał wody Sekwany, lśniąc w pro­mie­niach zacho­dzą­cego słońca. A jesz­cze dalej w dole rzeki wzno­sił się nie­wielki kwa­dra­towy fort z wyso­kimi wie­życz­kami zwany Luw­rem, który mógł odciąć wodną drogę do Paryża za pomocą prze­rzu­ca­nych na drugi brzeg masyw­nych łań­cu­chów. Jego zada­niem było pil­no­wa­nie świę­tego mia­sta przed najeźdź­cami, któ­rzy mogliby je złu­pić.

Roland patrzył ku zacho­dowi na cie­płe słońce i się uśmie­chał. Uznał to za bar­dzo dogodne, że Mar­tine mieszka po wschod­niej stro­nie Pra­wego Brzegu, a Louise po zachod­niej. Jeśli mu się poszczę­ści, będzie mógł przez dłuż­szy czas odwie­dzać obie kochanki.

Cze­ka­jąc na kochanka następ­nego wie­czoru, Mar­tine była bar­dzo pod­nie­cona. Na małym sto­liku w jej pokoju cze­kały sło­dy­cze i dzban wina. Poprzed­niego dnia była u spo­wie­dzi i po poku­cie i roz­grze­sze­niu jak zwy­kle czuła się świeżo, jakby świat został stwo­rzony na nowo. Mimo wszel­kich wad mło­dzieńca lekko drżała w ocze­ki­wa­niu na niego.

Cze­kała na zapad­nię­cie zmroku. Dwaj słu­żący spali na stry­chu w głów­nej czę­ści domu, a trzeci w kuchni. Drzwi do kuchni były już zary­glo­wane, a okien­nice zamknięte. Wuj wciąż jesz­cze sie­dział w kan­torku, ale jego okna wycho­dziły na ulicę od frontu.

Wło­żyła czarną pele­rynę i wyszła na podwó­rze. Księ­życ zasło­niły chmury. Była pra­wie nie­wi­dzialna. Pode­szła do furtki od strony zaułku i odsu­nęła rygiel.

Roland już cze­kał. Wma­sze­ro­wał szybko na podwó­rze. Chwilę póź­niej skra­dali się już po krę­tych scho­dach pro­wa­dzą­cych do jej sypialni.

Świeca roz­ta­czała cie­płe świa­tło. Pokój spra­wiał wra­że­nie przy­tul­nego. Roland był w dobrym nastroju. Zado­wo­lony z sie­bie. Zachwy­cił go nie­wielki poczę­stu­nek, który przy­go­to­wała.

- Byłam wczo­raj u spo­wie­dzi - powie­działa z uśmie­chem, nale­wa­jąc mu wina.

- Aż tak nagrze­szy­łaś?

- Tylko z tobą.

- Ach. To grzech śmier­telny. Dosta­łaś pokutę i roz­grze­sze­nie?

- Tak.

- Czy znów masz zamiar grze­szyć?

- Może. Jeśli będziesz dla mnie miły. - Spoj­rzała na niego zagad­kowo. - A ty? Też cho­dzisz do spo­wie­dzi?

- Od czasu do czasu.

- Mam nadzieję, Rolan­dzie. Nie zapo­mi­naj, że nosisz ton­surę. Masz zostać księ­dzem.

- Być może. - Wzru­szył ramio­nami. - Cie­le­sne grze­chy nie są takie ważne.

- Jestem więc grze­chem cie­le­snym?

- Według teo­lo­gii, tak. - Odwró­cił na chwilę głowę i cią­gnął: - Kobieta zamężna byłaby więk­szym grze­chem. Wdowa to co innego. Poza tym prze­cież nie uwio­dłem dziew­czyny ze szla­chec­kiego rodu.

- A więc nic nie szko­dzi, bo pocho­dzę tylko z kupiec­kiej rodziny, z bour­ge­oise?

- Wiesz, co mam na myśli.

O tak, wie­działa. Był szlach­ci­cem, uwa­żał się za lep­szego od reszty ludz­ko­ści. Ten zubo­żały, nie­do­świad­czony, zadziorny pani­czyk myśli, że zacią­gnie ją do łoża, bo jego przod­ko­wie byli przy­ja­ciółmi Karola Wiel­kiego. I ona ma się na to godzić! Tak po pro­stu. Naj­chęt­niej wyrzu­ci­łaby go za drzwi.

Ale nie zro­biła tego. Była dziś w nastroju do miło­ści. I skoro zaszli już tak daleko, to rów­nie dobrze może dostać to, na co ma ochotę. Oboje mogą trak­to­wać się instru­men­tal­nie.

Odsta­wił wino i się uśmiech­nął. Ruszył w jej stronę, lecz nagle przy­sta­nął.

- Nie mówi­łem ci, że widzia­łem twego wuja na targu. Gapił się na mnie, jakby mnie znał. Tro­chę mnie prze­stra­szył. Ale potem zda­łem sobie sprawę, że on ma taką minę przez cały czas. Myślisz, że może o mnie wie­dzieć?

- Nie ma o niczym poję­cia. Zaufaj mi.

- Bogu dzięki.

Wresz­cie pod­szedł. Zaczął ją cało­wać. Poło­żyli się na sło­mia­nym sien­niku. Mar­tine miała na sobie tylko halkę, on był ubrany. Oboje czuli pod­nie­ce­nie. Jego ręka powę­dro­wała po jej udzie, pomię­dzy nogi. Mar­tine wes­tchnęła cicho. Zaczął ścią­gać spodnie i jed­no­cze­śnie w nią wszedł.

- Zdej­mij koszulę - powie­działa, cią­gnąc za poły. Jak więk­szość ludzi Roland nosił koszulę przez tydzień albo i dłu­żej. Była prze­siąk­nięta wonią potu i ulicy. Mar­tine podo­bało się nato­miast, że mło­dzie­niec myje się czę­ściej niż inni męż­czyźni, któ­rych znała. Prawdę mówiąc, ochla­pa­nie się zimną wodą z miski to nie kąpiel, ale tak wyglą­dała higiena w Paryżu epoki kru­cjat.

- Mmm, to miłe - szep­nęła.

Czuła zapach jego potu i jesz­cze ten deli­katny aro­mat mig­da­łów na jego skó­rze. Był coraz bar­dziej pod­nie­cony, czuła, jak mocno w nią wcho­dzi. Wyprę­żyła się do tyłu. On mocno napie­rał.

W tym momen­cie zmarsz­czyła nos. Poczuła jesz­cze inny zapach. Pomy­ślała, że to złu­dze­nie. Ale nie, czuła wyraź­nie. Zapach per­fum, innych niż jej pach­ni­dła. To był ohydny zapach naj­tań­szych per­fum uży­wa­nych przez uliczne dziew­czyny, które w ten spo­sób masko­wały to, że nie myły się od mie­siąca.

Wytłu­ma­cze­nie mogło być tylko jedno. Zro­zu­miała to w mgnie­niu oka. A więc tak wyglą­dała jego nauka poprzed­niego wie­czoru!

Zesztyw­niała.

On skoń­czył. Przed­wcze­śnie.

Mar­tine leżała bez ruchu. Ogar­nęło ją jak fala poczu­cie wiel­kiej krzywdy. Ale szybko minęło. Prze­cież go nie kocha. Potem poczuła gniew. Jak on śmie? Ona ofia­ro­wała mu sie­bie, a on poszedł z jakąś pierw­szą lep­szą, którą pode­rwał Bóg wie gdzie. Czy nie ma dla niej ani odro­biny sza­cunku? Czy nie zdaje sobie sprawy, jak mu się poszczę­ściło? Miała ochotę gło­śno krzy­czeć. Chciała ude­rzyć go czymś twar­dym i cięż­kim. Chciała spra­wić, aby cier­piał.

Ale cały czas leżała bez ruchu. Nachy­lił się nad nią. Zmu­siła się do uśmie­chu. Następ­nie poło­żyła mu głowę na piersi i zaczęła go gła­skać, przy­my­ka­jąc oczy, jakby była śpiąca. Po jakimś cza­sie poczuła, że jego ciało się roz­luź­niło. Drze­mał. Odsu­nęła się od niego i leżała zato­piona w myślach.

Uśmiech­nęła się z satys­fak­cją. Zemsta to danie, które naj­le­piej sma­kuje na zimno. Była teraz zado­wo­lona, że nie dała niczego po sobie poznać. On niczego się nie spo­dziewa. Zamknęła oczy.

Świ­tało już, gdy się ock­nęła. W sła­bym świe­tle wpa­da­ją­cym mię­dzy okien­ni­cami widziała, że on leży na boku, z głową opartą na ramie­niu, i ją obser­wuje.

- Naresz­cie - powie­dział i wycią­gnął ręce w jej stronę.

Poca­ło­wał ją w szyję, a potem wędro­wał ustami po całym jej ciele, coraz niżej. Pozwo­liła mu na to. Było jej przy­jem­nie. Ni­gdzie mu się nie śpie­szy. Ani jej.

- Spać mi się chce - powie­działa.

Był już twardy, a tego wła­śnie chciała. Pozwo­liła mu wejść w sie­bie. Poru­szał się powoli i ryt­micz­nie, bez pośpie­chu.

- Wiesz - szep­nęła - co do tego, o czym mówi­li­śmy wczo­raj...

- Masz zwy­czaj roz­ma­wiać, kiedy się kochasz?

- Cza­sami. Mam na myśli mego wuja. Nie przej­muj się nim. Nie ma o niczym zie­lo­nego poję­cia.

- To dobrze.

- Gdyby wie­dział, od razu by mnie zbił.

- Och.

- Chce, żebym dobrze wyszła za mąż. A męż­czy­znę, któ­rego by tu przy­ła­pał... ech...

- Co takiego?

- Czeka los Abe­larda.

Zastygł.

- Nie mówisz poważ­nie.

- Nie znasz go.

- Wyka­stro­wałby mnie? Obciąłby mi przy­ro­dze­nie?

- Kazałby to zro­bić jakimś rze­zi­miesz­kom. To czło­wiek usto­sun­ko­wany.

- Ale prze­cież jestem szlach­ci­cem!

- Abe­lard też nim był.

Abe­lard rze­czy­wi­ście pocho­dził ze zubo­ża­łej rodziny szla­chec­kiej.

Poczuła, jak w niej wiot­czeje. Przy­tu­liła go.

- Nie martw się, mon amour, on nie ma o nas poję­cia.

Męskość Rolanda była jed­nak w peł­nym odwro­cie.

- Nie zosta­wiaj mnie teraz - wyszep­tała. - Dokończ to, co zaczą­łeś.

Odsu­nął się. Spoj­rzał na pasek świa­tła pomię­dzy okien­ni­cami.

- Lepiej już pójdę - mruk­nął.

- Wró­cisz dziś wie­czo­rem?

- Dziś muszę się uczyć.

- A jutro?

- Jeśli będę mógł.

Dzień minął spo­koj­nie, więc miała czas do namy­słu. W grun­cie rze­czy może dobrze, że sprawy przy­brały taki obrót. Romans z Rolan­dem - jak­kol­wiek krótki - wysta­wiał ją na ryzyko. Uświa­do­mił jej wszakże jedno: bra­ko­wało jej męż­czy­zny.

Przy­szedł czas na zamąż­pój­ście. Praw­do­po­dob­nie znaj­dzie boga­tego męża. Wuj by w tym pomógł. W Paryżu było wielu zacnych męż­czyzn, więc rów­nie dobrze można zna­leźć zamoż­nego kan­dy­data.

Z Rolan­dem koniec. Co nie zna­czy, że go nie uka­rze.

A może się myli? Może nie ma dru­giej kobiety? Wąt­pliwe. Instynkt mówił jej, że ma słusz­ność, ale chciała zyskać pew­ność. Po połu­dniu miała już gotowy plan.

Nastał wie­czór i słońce zacho­dziło za Sekwanę, gdy Mar­tine szła przez most z Lewego Brzegu na Île de la Cité. Moż­liwe, że ma dziew­czynę na Lewym Brzegu, ale wtedy trud­niej byłoby mu to ukryć. Bar­dziej praw­do­po­dobne, że ta druga mieszka po pół­noc­nej stro­nie rzeki. Mar­tine zna­la­zła wygodny punkt obser­wa­cyjny na rogu ulicy i cze­kała.

Nie musiała cze­kać długo. Nad­szedł sprę­ży­stym kro­kiem od strony mostu. To tak wygląda nauka dzi­siej­szego wie­czoru? Owi­nęła głowę sza­lem i ruszyła za nim. Na ulicy było dość ludzi, aby mogła śle­dzić go nie­zau­wa­żona. Nie­któ­rzy stali na moście, podzi­wia­jąc zachód słońca. Roland też się zatrzy­mał. Następ­nie prze­szedł na Prawy Brzeg i udał się dalej na pół­noc, po czym skrę­cił w lewo w rue Saint-Honoré. Szła za nim. Widziała, jak wcho­dzi do tawerny. Zawa­hała się. Jeśli tam wej­dzie, ludzie odwrócą głowy. On też ją zauważy, a to byłoby krę­pu­jące. Z dru­giej strony chciała wie­dzieć, co on tam robi. Stała na ulicy, zasta­na­wia­jąc się, co począć.

Oszczę­dził jej dyle­matu, poja­wia­jąc się z powro­tem w towa­rzy­stwie taniej dziew­czyny z masą czar­nych wło­sów, dokład­nie takiej, jaką wyobra­żała sobie Mar­tine. Widziała, jak ją obej­muje, a ona przy­ciąga jego głowę, żeby poca­ło­wać go w usta. Mar­tine odwró­ciła wzrok, aby nie została zauwa­żona, ale nawet nie zer­k­nęli w jej kie­runku.

Przez moment była w szoku, poczuła się zdra­dzona. Ale po chwili przy­szła satys­fak­cja. Miała rację. Jej zmy­sły i instynkt nie zawio­dły. Przy­szedł czas na doko­na­nie zemsty.

Tego wie­czoru, gdy w kuchni nie było nikogo, wykra­dła długi, rzadko uży­wany nóż kuchenny. Potem, gdy wuj sie­dział w kan­torku, weszła do pustego salonu. Stał tem wielki dębowy stół. Przy­glą­dała mu się z namy­słem, jakby chciała zapa­mię­tać usło­je­nie drewna.

Następ­nego ranka po śnia­da­niu wuj udał się na targ Gr?ve. Kucharka i dwie inne słu­żące pra­co­wały w kuchni.

Mar­tine weszła do salonu. Dobrze wie­działa, co ma robić. Liczyła się z tym, że okaże się to bole­sne. Wszystko prze­my­ślała w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach. Gdy wzięła głę­boki oddech, żeby się przy­go­to­wać, jej twarz wykrzy­wił ocze­ki­wany ból. Nie potra­fi­łaby się na to zdo­być, gdyby nie żądza zemsty.

Prze­że­gnała się bez­wied­nie, jesz­cze raz spoj­rzała na stół i odwró­ciła głowę, żeby nie zła­mać nosa. Upa­dła całym cię­ża­rem na twardy kant stołu.

Nie musiała uda­wać, zawyła z bólu. Słu­żące natych­miast przy­bie­gły.

- Potknę­łam się - zaszlo­chała. Na pod­ło­dze zauwa­żyła kro­ple krwi. Nie chciała prze­ciąć skóry, miała nadzieję, że rana nie zostawi trwa­łej bli­zny. Czuła pul­su­jący ból przy lewym oku.

Młod­sza ze słu­żą­cych pobie­gła na targ po wuja, a kucharka, drobna, ener­giczna kobieta, wzięła sprawy w swoje ręce. Roz­cię­cie nad okiem nie było zbyt głę­bo­kie. Oczy­ściła je i zata­mo­wała krwa­wie­nie kawał­kiem czy­stego płótna. Posma­ro­wała ranę tłusz­czem i owi­nęła Mar­tine głowę ban­da­żem. Zimny kom­pres miał pomóc na opu­chli­znę.

- Będzie pani miała dużą, błysz­czącą śliwę pod okiem - stwier­dziła z rado­ścią w gło­sie.

Gdy wuj dotarł do domu, Mar­tine sie­działa już spo­koj­nie w kuchni, popi­ja­jąc rosół. Jej twarz puchła w oczach. Upew­nił się, że bra­ta­nica nie doznała poważ­nych obra­żeń, i wró­cił na targ, a Mar­tine powie­działa służ­kom, że chce odpo­cząć w swoim pokoju i zej­dzie znów koło połu­dnia.

Wszystko szło zgod­nie z pla­nem.

Odcze­kała jakiś czas w pokoju, póki nie upew­niła się, że podwó­rze opu­sto­szało. Następ­nie scho­wała długi nóż w fał­dach spód­nicy i wyszła na tył domu przez furtkę, któ­rej Roland uży­wał w cza­sie noc­nych wizyt.

Szyb­kim kro­kiem udała się na połu­dnie, okrą­żyła targ Gr?ve i skie­ro­wała się w stronę rzeki. Podob­nie jak poprzed­niego wie­czoru owi­nęła głowę sza­lem, żeby ukryć ban­daż.

Most łączący Prawy Brzeg z Île de la Cité odda­lony był zale­d­wie o czte­ry­sta metrów. Gdy po nim szła, jej wzrok padł na wysoki dach Grand Châtelet, gdzie mer Paryża wymie­rzał spra­wie­dli­wość. Stu­denci uni­wer­sy­tetu, tacy jak Roland, któ­rzy odpo­wia­dali jedy­nie przed wła­dzą kościelną, nie pod­le­gali suro­wej jurys­dyk­cji wła­dzy świec­kiej. Mar­tine uśmiech­nęła się do sie­bie. Sama wymie­rzy Rolan­dowi de Cygne'owi spra­wie­dli­wość.

Weszła na wyspę. Ponad dachami po pra­wej stro­nie wzno­siła się wysoka syl­wetka Sainte-Cha­pelle, szara na tle nieba. Święte reli­kwie, które kryła, być może przy­no­siły kró­lowi radość, lecz w jej oczach kró­lew­ski reli­kwiarz wyglą­dał tego dnia jak wysoka wychło­dzona sto­doła. Wspo­mnie­nie o budzą­cym się pożą­da­niu do Rolanda, z któ­rym oglą­dała wnę­trze kaplicy, było teraz jak wysty­gły popiół. Jesz­cze raz prze­szła przez Sekwanę wąskim mostem wio­dą­cym na Lewy Brzeg i ruszyła pod górę długą pro­stą rue Saint-Jacques.

Rzadko bywała na Lewym Brzegu. W Dziel­nicy Łaciń­skiej, jak nie­któ­rzy ją teraz nazy­wali, roiło się od ludzi nauki. Zaklęła, gdy omal nie weszła w jesz­cze cie­płe ludz­kie odchody, które ktoś wyrzu­cił przez okno. Pomy­ślała ponuro: "No tak, uczeni mówią po łaci­nie i wygła­szają kaza­nia w kościele, a życie i tak spro­wa­dza ich do poziomu ulicz­nego fetoru".

Docho­dziła już do szczytu wzgó­rza. Nama­cała ręko­jeść noża pod paskiem. Z przodu znaj­do­wała się brama miej­ska, przez którą wycho­dzili piel­grzymi wędru­jący do San­tiago de Com­po­stela. Wie­działa, że miesz­ka­nie Rolanda znaj­duje się w tej oko­licy. Z bramy wyszedł jakiś stu­dent i już miała go zapy­tać o Rolanda, gdy ten poja­wił się we wła­snej oso­bie w bra­mie sąsied­niego domu. Zauwa­żył ją i zatrzy­mał się zasko­czony. Szybko do niego pode­szła.

- Musimy natych­miast poroz­ma­wiać - powie­działa gwał­tow­nie. - Na osob­no­ści.

Zmarsz­czył brwi. Popro­wa­dził ją ulicą i skrę­cił na kościelny dzie­dzi­niec. Było cicho. Nikt ich nie widział.

- Co się stało? - spy­tał. - Wybie­ra­łem się dziś do cie­bie.

- Broń Boże - rzu­ciła. - Spójrz.

Zdjęła szal. Patrzył zasko­czony na wielką czer­woną opu­chli­znę na jej twa­rzy.

- Mój Boże, co się stało?

- To mój wuj. Zbił mnie. Wie o nas. - Widziała, że pobladł. - Wymknę­łam się z domu, żeby cię ostrzec.

- Jak się dowie­dział? Spał, gdy wczo­raj wycho­dzi­łem. Sły­sza­łem, jak chra­pie.

- Kucharka cię widziała. Powie­działa mu.

- Wie, kim jestem?

- Jesz­cze nie. Nie zdra­dzi­łam mu twego nazwi­ska. Ale roze­słał ludzi, żeby się dowie­dzieli.

Roland się zamy­ślił.

- Nikt inny o nas nie wie. Czy kucharka dobrze mi się przyj­rzała?

- Podała mu ryso­pis.

- Do licha!

- Och, Rolan­dzie. - Zro­biła żało­sną minę. - On będzie mnie bił, aż zdra­dzę mu twoją toż­sa­mość. Nie wytrzy­mam długo.

Pod­niósł wzrok, prze­kli­na­jąc zapewne swój pech. Nama­cała nóż przy pasku, ale go nie wyjęła. Znów na nią spoj­rzał.

- Nie sądzisz chyba... - zaczął.

- Och, Rolan­dzie - zaszlo­chała. - Musisz opu­ścić Paryż. Natych­miast.

- Nie mogę.

- Nic nie rozu­miesz. Nie znasz go. Jak raz coś posta­nowi... On ma sto­sunki.

- Naprawdę kazałby mnie wyka­stro­wać? - Patrzył na nią z prze­ra­że­niem.

- Nic go nie powstrzyma. Nawet sam król.

Roland był prze­ra­żony. Obser­wo­wała go. Wszystko poszło zgod­nie z pla­nem.

- Nie mogę wyje­chać z Paryża - wymam­ro­tał. - Nie mam się gdzie podziać.

- Mogli­by­śmy uciec razem - zapro­po­no­wała. - Mam tro­chę pie­nię­dzy. Mogli­by­śmy uciec do Nor­man­dii albo do Anglii.

- Nie ma mowy - odparł, patrząc w zie­mię.

Spo­dzie­wała się tej reak­cji.

- Już mnie nie pra­gniesz - zaszlo­chała. - Jestem zgu­biona.

- Ależ nie - zapro­te­sto­wał. - Zależy mi na tobie.

Zamil­kli na chwilę.

- On nie ma zamiaru cię zabić. To już coś - dodała. - Mówią, że Abe­lard stał się wybit­nym filo­zo­fem po tym, jak go spo­tkało to nie­szczę­ście.

Wyraz twa­rzy Rolanda świad­czył o tym, że filo­zo­fia jest dla niego marną pocie­chą.

- Co ja pocznę?

Nad­szedł wła­ściwy moment. Się­gnęła pod pele­rynę i wyjęła nóż.

- Masz. To dla cie­bie.

- Dla mnie?

- Jeśli poja­wią się te zbiry, użyj go. Nie wahaj się. Nie będziesz miał zbyt wiele czasu. Oni się nie patycz­kują. Jeśli uda ci się zabić lub zra­nić napast­ni­ków, być może wuj się zasta­nowi, nim wyśle następ­nych. To twoja jedyna nadzieja.

Wziął nóż. Ważył go w dłoni, zaci­ska­jąc usta. Widziała, że roz­gląda się wokół.

Nagle poczuła, jakby czy­tała w jego myślach. Jedyna rzecz, któ­rej nie prze­wi­działa. Czy to moż­liwe? Zasta­na­wia się teraz, czy jej nie zabić? Czy nie pozbyć się w ten spo­sób kło­potu? Wszak nikt ich nie widział. Jeśli ją zabiję, pomy­ślał być może, jej wuj ni­gdy się nie dowie, kim jestem.

Jak mogła być tak głu­pia? Przy­nio­sła mu nóż, żeby łatwiej jej uwie­rzył. Była tak pochło­nięta pla­no­wa­niem zemsty, że prze­oczyła ten słaby punkt całego przed­się­wzię­cia. Zasty­gła.

Ale on pokrę­cił głową i oddał jej nóż.

- Mam wła­sną broń - oświad­czył.

Ni­gdy się nie dowie, czy przed chwilą się myliła, czy też doszedł do wnio­sku, że zabi­cie jej byłoby zbyt nie­bez­pieczne. A może ode­zwało się w nim sumie­nie?

- Muszę wra­cać, nim ktoś się zorien­tuje, że mnie nie ma - powie­działa. - Uwa­żaj na sie­bie, Rolan­dzie. Boję się, że już ni­gdy się nie spo­tkamy. Bóg z tobą.

Wepchnęła ręko­jeść noża pod pasek, owi­nęła głowę sza­lem i szyb­kim kro­kiem opu­ściła dzie­dzi­niec.

Idąc z powro­tem w kie­runku rzeki, zasta­na­wiała się z satys­fak­cją, ile bez­sen­nych nocy i kosz­ma­rów sen­nych czeka Rolanda. I czy zde­cy­duje się wyje­chać z Paryża. Ach, jakie to przy­jemne widzieć tego pew­nego sie­bie świn­tu­cha, jak się skręca z nie­po­koju.

Zemsta jest słodka.

Roland do końca dnia nie mógł dojść do sie­bie. Pró­bo­wał zająć się wła­snymi spra­wami. Poszedł na wykład. Potem do tej samej tawerny co zwy­kle i spo­tkał się z przy­ja­ciółmi. Miał ochotę zwie­rzyć się komuś ze swo­ich kło­po­tów, ale nie mógł. Kupił chleb, tro­chę wędzo­nej wędliny, fasoli i wró­cił do sie­bie.

Do pokoju wcho­dziło się po skrzy­pią­cych drew­nia­nych scho­dach. W drzwiach był rygiel. Roland zasta­na­wiał się, czy nie zamon­to­wać dru­giego. Doszedł do wnio­sku, że nie ma sensu. Dwóch zde­ter­mi­no­wa­nych męż­czyzn bez pro­blemu wyła­mie drzwi. Miał jed­nak ciężką dębową komodę. Mógłby ją przy­su­nąć do drzwi. Jeśli położy sien­nik obok komody, od razu się obu­dzi, gdyby ktoś pró­bo­wał się wła­mać do środka.

Mar­twiło go okno. Znaj­do­wało się zale­d­wie trzy metry nad ulicą. Było za to wąskie, a okien­nice solidne. Miałby szansę stam­tąd ode­przeć atak.

Jeśli cho­dzi o broń, miał wła­sny szty­let. Wolałby miecz, ale stu­dent nie mógł cho­dzić z mie­czem po uli­cach. Szty­let był długi, prze­zna­czony do użytku na polu bitew­nym. Nale­żał kie­dyś do jego dziadka. Roland wypró­bo­wał ostrze. Jak brzy­twa. Nawet gdyby przy­szło po niego kilku zbi­rów, zdoła zabić jed­nego albo nawet dwóch.

Został w pokoju do wie­czora, zjadł posi­łek, przy­go­to­wał bary­kadę i posłał sobie łóżko w ocze­ki­wa­niu na nie­bez­pieczną noc.

Nie mógł spać. Każde skrzyp­nię­cie sta­wiało go na nogi. Około pół­nocy coś, pew­nie szczur, potrą­ciło stos drewna na opał i jedna szczapka upa­dła na kamienny dzie­dzi­niec. W mgnie­niu oka Roland zerwał się na nogi i przy­czaił za oknem, ze szty­le­tem w ręku. Nie śmiał otwie­rać okien­nic, by nie zdra­dzić swej obec­no­ści, ale nasłu­chi­wał długo, czy nikogo nie ma na podwó­rzu lub na scho­dach. Stał tak pra­wie pół godziny, nim poło­żył się z powro­tem, wciąż nasłu­chu­jąc.

Miał natłok myśli. Co mu przy­szło do głowy, żeby zwią­zać się z Mar­tine? Gdyby tylko zacho­wał czy­stość! Gdyby został ryce­rzem zakonu tem­pla­riu­szy! Co ma teraz począć? Wró­cić do domu? Jak wytłu­ma­czy to ojcu? Rodzina będzie na niego wście­kła. Miał im poma­gać, a tym­cza­sem ich zawiódł. Bał się tej kon­fron­ta­cji pra­wie tak samo jak oka­le­cze­nia.

Mijały godziny. Nawet się nie zdrzem­nął. O świ­cie znów sko­czył na równe nogi, bo ktoś wylał z okna pomyje. Gdy bramy mia­sta się otwarły i ludzie zaczęli się krzą­tać na uli­cach, wstał z pod­krą­żo­nymi oczami i zszedł chwiej­nie po scho­dach, by sta­wić czoło kolej­nym godzi­nom.

Wcze­śnie rano miał wykład. Nie chciał wyjść z domu bez­bronny. Lecz stu­dent nie mógł prze­cież cho­dzić ze szty­le­tem u pasa. Jak go ukryć, by był zawsze pod ręką? Przej­rzał swoje rze­czy i wpadł na roz­wią­za­nie. Miał rulon tanich per­ga­mi­nów, głów­nie ze skór kró­li­czych i wie­wiór­czych - takich, jakich uży­wali urzęd­nicy i kupcy do zapi­sy­wa­nia trans­ak­cji. Gdyby scho­wał szty­let do środka, miałby go przy sobie i łatwo wyjął w razie potrzeby. Tak uzbro­jony ruszył na ulicę, by dołą­czyć do innych stu­dentów śpie­szą­cych na uczel­nię.

Wszystko wyglą­dało jak zwy­kle. W tłu­mie czuł się bez­piecz­niej, ale wciąż się zasta­na­wiał, czy gdyby został znie­nacka zaata­ko­wany, inni stu­denci sta­nę­liby w jego obro­nie. Gdyby to był jeden wście­kły zabi­jaka, pew­nie tak. Ale trzej uzbro­jeni męż­czyźni? Wtedy raczej nie. Wra­ca­jąc z wykła­dów do domu w towa­rzy­stwie innych stu­den­tów, mimo wszystko oglą­dał się co jakiś czas za sie­bie, by spraw­dzić, czy nikt go nie śle­dzi.

Przy­szła mu do głowy jesz­cze jedna myśl. Czy nie powi­nien jakoś chro­nić swego ciała przed uszko­dze­niem? Mógłby na przy­kład nosić pod odzie­niem kle­ryka skó­rzaną kami­zelkę, jak żoł­nie­rze. Nie­które z nich miały meta­lowe ćwieki. Może uda­łoby mu się jakoś połą­czyć końce kami­zelki mię­dzy nogami, czy wtedy byłoby to odpo­wied­nie zabez­pie­cze­nie? Czy jego oprawcy i tak by się do niego dobrali?

Po zachod­niej stro­nie Dziel­nicy Łaciń­skiej znaj­do­wała się brama miej­ska, przez którą pro­wa­dziła droga do kościoła na przed­mie­ściach zwa­nego Saint-Ger­main-des-Pr?s. Tuż przed bramą w warsz­ta­cie płat­ner­skim można było kupić ele­menty uzbro­je­nia. Ni­gdy tam nie był, ale sły­szał, że to jeden z naj­lep­szych płat­ne­rzy w mie­ście. Po połu­dniu wybrał się do niego.

W warsz­ta­cie pano­wał ruch. Były tam kowa­dła jak u kowala, wszę­dzie wisiały mie­cze, hełmy, kol­czugi i wszel­kiego rodzaju ubiór ochronny dla ryce­rzy. Nie bra­ko­wało ele­men­tów osła­nia­ją­cych głowę, ramiona, pierś i nogi. Nie było jed­nak spe­cjal­nego odzie­nia, które chro­ni­łoby kro­cze męż­czy­zny. Prze­cież nie będę cho­dził w zbroi, pomy­ślał Roland.

Popro­sił o słówko z wła­ści­cie­lem. Wska­zano mu niskiego męż­czy­znę o ener­gicz­nych ruchach i krótko przy­strzy­żo­nej siwej bro­dzie. Męż­czy­zna uważ­nie wysłu­chał, o jakie zabez­pie­cze­nie cho­dzi.

- Tego jesz­cze ni­gdy nie robi­łem - przy­znał. - Czy przy­ła­pano pana z cudzą żoną?

- Coś w tym rodzaju.

- No cóż, zawsze powta­rzam, że możemy zro­bić wszystko. Potrze­buje pan cze­goś w rodzaju pasa cnoty, tyle że więk­szego. Trudno to będzie zro­bić z metalu. Miałby pan kło­poty z sia­da­niem. - Płat­nerz się zamy­ślił. - Aby pan miał swo­bodę ruchów, musiał­bym obsta­lo­wać krót­kie spodnie z kol­czugi na skó­rze. To będzie dość cięż­kie, wie pan, no i kosz­towne.

- Mógłby pan to zro­bić?

- Tak, ale dopiero za mie­siąc albo póź­niej. Mam zamó­wie­nia od naj­god­niej­szej szlachty w kraju. - Przyj­rzał się znę­ka­nemu mło­dzień­cowi. - Czy to może pocze­kać?

- Raczej nie.

- To niech pan uważa na sie­bie - odparł płat­nerz z uśmie­chem.

Zasmu­cony Roland odszedł z kwit­kiem. I tak nie stać go chyba było na takie zabez­pie­cze­nie, nawet gdyby płat­nerz się zgo­dził.

Nie spał od pół­to­rej doby i krę­ciło mu się w gło­wie. Nie wie­dział, co ma ze sobą zro­bić. Ruszył z powro­tem na rue Saint-Jacques i skrę­cił w stronę rzeki. Wkrótce po lewej stro­nie minął kościół Świę­tego Sewe­ryna. Wszedł do środka w nadziei, że nieco uspo­koi zszar­gane nerwy.

Dziwne, stare, wąskie nawy stwa­rzały poczu­cie intym­no­ści. Parę razy prze­bu­do­wy­wany, kościół stał tu już od sied­miu­set lat, od cza­sów pierw­szych kró­lów Fran­ków. Sie­dząc na kamien­nej ławce, oparty ple­cami o ścianę, z oczami utkwio­nymi w drzwiach i szty­le­tem ukry­tym w per­ga­mi­nie na kola­nach, Roland zaczął się zasta­na­wiać nad swoją sytu­acją.

Trudno było prze­czyć fak­tom. Zgrze­szył, a Pan Bóg go uka­rał. Zasłu­żył sobie na to. To było jasne jak słońce. Co powi­nien uczy­nić? Musi żało­wać za grze­chy. Musi całym ser­cem bła­gać o prze­ba­cze­nie. Czy je otrzyma, to już inna sprawa.

Przy­szła mu do głowy straszna myśl. A może Bóg chce, żeby został wyka­stro­wany? Może nie tylko go karze, ale chroni przed dal­szą pokusą? Czyżby Bóg pra­gnął, by Roland poświę­cił życie Kościo­łowi jako ksiądz albo mnich żyjący w celi­ba­cie? To chyba nie­moż­liwe. Czyż wolą Boga nie było raczej to, żeby sam zwal­czał pokusy, a nie został ich pozba­wiony? Wpraw­dzie Abe­lar­dowi przy­padł w udziale taki los, ale on był wiel­kim uczo­nym i filo­zo­fem. Miej­sce Rolanda w świe­cie było o wiele skrom­niej­sze. Nie­wart był aż tyle uwagi. Wielu duchow­nych robiło to samo i ucho­dziło im to na sucho. Jeśli poświęci życie służ­bie Kościo­łowi, powta­rzał sobie, to wystar­czy. Jeśli będzie naprawdę żało­wał za grze­chy, otrzyma roz­grze­sze­nie.

Pró­bo­wał się pomo­dlić. Pró­bo­wał bar­dzo sumien­nie przez ponad godzinę. Pod koniec poczuł się odro­binę spo­koj­niej­szy. Przy­naj­mniej zro­bi­łem dobry począ­tek, pomy­ślał. To już coś. Wstał i ostroż­nie wyszedł na ulicę.

Gdyby tylko nie czuł się taki wykoń­czony. Musi się prze­spać. Nie chciał jed­nak noco­wać u sie­bie. Trzeba było zna­leźć inne miej­sce. Takie, o któ­rym jego oprawcy nie wie­dzą. Dokąd mógłby się udać?

Przy­szła mu do głowy zna­ko­mita myśl. Dziew­czyna na rue Saint-Honoré. Może u Louise? Ani Mar­tine, ani jej wuj nie wie­dzieli o niej!

Louise miała mały pokoik obok tawerny. Na pewno pozwoli mu się tam prze­spać. Aby poka­zać, że jego skru­cha jest praw­dziwa, nie będzie się z nią kochał. To jest myśl! Pój­dzie do tawerny i z nią poroz­ma­wia.

Z tą nową nadzieją w sercu ruszył przez rzekę na pół­noc.

Tylko jedna rzecz go mar­twiła. Gdy już położą się do łóżka, to czy będzie w sta­nie oprzeć się poku­sie? Czy ona mu na to pozwoli? Zasta­na­wia­jąc się nad tym pro­ble­mem, doszedł do rue Saint-Honoré i wła­śnie zamie­rzał skrę­cić za róg.

Ktoś zła­pał go za łokieć. Roland pod­sko­czył do góry, a ręka odru­chowo powę­dro­wała ku szty­le­towi. Odwró­cił się prze­ra­żony do napast­nika.

- Drogi mło­dzień­cze, chyba cię nie prze­stra­szy­łem?

Był to ksiądz z kościoła przy Cmen­ta­rzu Nie­wi­nią­tek, któ­remu w zeszłym tygo­dniu dostar­czył list.

- Ach, to ksiądz! - wykrzyk­nął.

- Prze­pra­szam, że cię prze­stra­szy­łem - sumi­to­wał się duchowny. - Zda­wało mi się, że cię roz­po­znaję. Nie­dawno byłeś u mnie w domu. Czy wszystko w porządku? - Błę­kitne oczy spo­glą­dały dobro­tli­wie na mło­dzieńca. - Wyglą­dasz mizer­nie.

- Tak, mon p?re, czuję się dobrze. - Roland spo­glą­dał na księ­dza z mie­sza­niną ulgi i zaże­no­wa­nia. - Dzię­kuję... szcze­rze mówiąc... nie­zbyt dobrze spa­łem zeszłej nocy.

- Dla­czego, synu?

- Widzi ksiądz... - Roland myślał gorącz­kowo. - W moim domu był pożar. Nie­wielki. Został uga­szony, ale mój pokój to pogo­rze­li­sko. Wszę­dzie czarna sadza...

Beł­ko­tał coś jesz­cze, a star­szy duchowny przy­glą­dał mu się dobro­tli­wie.

- A gdzie będziesz dziś spał, mój synu?

- No wła­śnie... mia­łem zamiar pro­sić kolegę...

- Możesz prze­no­co­wać u mnie. Mam mnó­stwo miej­sca.

- U księ­dza?

- Dziwne byłoby, gdyby ksiądz od Nie­wi­nią­tek nie pomógł czło­wie­kowi w potrze­bie.

Rolan­dowi wydało się, że zro­zu­miał. To był palec boży. Bóg zesłał mu tego księ­dza w godzi­nie potrzeby, żeby uchro­nić go od pokusy. Nie musi spać u Louise. Będzie bez­pieczny.

- Dzię­kuję, ojcze - powie­dział. - Z wielką chę­cią.

Dom księ­dza przy­le­gał do kościoła. Choć nie­duży, miał przy­tulny salon z komin­kiem, oknem i czę­ścią oddzie­loną ciężką kotarą, za którą można było poło­żyć mate­rac dla gościa. Gospo­dy­nią księ­dza była sio­stra zakonna w pode­szłym wieku, która przy­cho­dziła codzien­nie z pobli­skiego klasz­toru. Przy­go­to­wała dla nich obu kola­cję. Roland zjadł pożywną potrawkę, tro­chę sera, wypił kie­lich wina i od razu poczuł się znacz­nie lepiej.

Miło roz­ma­wiali. Ksiądz pytał go o rodzinę i stu­dia; sam oka­zał się wybit­nym uczo­nym. Opo­wie­dział gościowi o swo­jej para­fii i o ubo­gich. Dopiero pod koniec posiłku spy­tał łagod­nie:

- Synu, czy masz jakieś kło­poty?

Roland zawa­hał się. Miał wielką ochotę wyja­wić całą prawdę temu miłemu czło­wie­kowi. Czy powi­nien się wyspo­wia­dać i popro­sić o pomoc? Może ksiądz mógłby go ochro­nić przed nie­bez­pie­czeń­stwem? Wszak Kościół był potężny. Zapra­gnął się wyspo­wia­dać.

Ale nie potra­fił.

- Nie, mon p?re - skła­mał.

Ksiądz nie nale­gał. Gdy słońce zaczęło zacho­dzić, powie­dział jed­nak, że pod koniec każ­dego dnia idzie zwy­kle do kościoła, by się pomo­dlić, i zapro­po­no­wał Rolan­dowi, aby dotrzy­mał mu towa­rzy­stwa.

- Dobrze by mi to zro­biło - odparł z zapa­łem mło­dzie­niec. A następ­nie poszedł po zwój per­ga­minu, by na wszelki wypa­dek mieć ze sobą szty­let.

- Nie ma potrzeby brać tego ze sobą - zaopo­no­wał sta­ru­szek. - Tu w domu będzie zupeł­nie bez­pieczne.

Cóż miał począć? Wbrew swo­jej woli poszedł nie­uzbro­jony.

W kościele Nie­wi­nią­tek pano­wała cisza. Byli sami.

- Za każ­dym razem, jak się tu modlę - zauwa­żył ksiądz - sta­ram się pamię­tać o obec­no­ści tych wszyst­kich duszy­czek, któ­rych nawet nie możemy wspo­mnieć z imie­nia, pro­stych pary­żan, któ­rzy leżą tu obok na cmen­ta­rzu. - Uśmiech­nął się. - Wów­czas zawsze mi się wydaje, że moje pro­blemy maleją.

Prze­szedł do małego bocz­nego ołta­rza, ukląkł i zaczął się modlić.

Roland ukląkł obok niego i z całych sił sta­rał się sku­pić na modli­twie. Obec­ność sta­ruszka przy­no­siła mu uko­je­nie. Poczuł spo­kój. W tym cichym przy­bytku, pomy­ślał, na pewno jestem pod opieką Boga.

A mimo to... W miarę upływu czasu, w trwa­ją­cej ciszy nie mógł się powstrzy­mać od nasłu­chi­wa­nia. Miał ochotę odwró­cić głowę, by się upew­nić, czy jakieś podej­rzane osoby nie skra­dają się ku niemu. Ale nie śmiał prze­szka­dzać towa­rzy­szowi w modli­twie.

Ku swemu zawsty­dze­niu zaczął się zasta­na­wiać, co by było, gdyby drzwi kościoła otwo­rzyły się nagle i sta­nęli w nich dwaj lub trzej uzbro­jeni męż­czyźni. Nie miał wpraw­dzie szty­letu, ale ksiądz był dość lekki. Czy mógłby go pod­nieść i użyć jako tar­czy? Wła­śnie nad tym dumał, gdy usły­szał głos sta­ruszka:

- Odmówmy razem Ojcze nasz, synu.

Pater Noster, qui es in caelis, sanc­ti­fi­ce­tur nomen tuum... - słowa odwiecz­nej modli­twy roz­le­gły się w ciszy kościoła.

Kiedy skoń­czyli, wró­cili do domu księ­dza i zary­glo­wali drzwi, Roland poło­żył się na przy­go­to­wa­nym dla niego sien­niku, z rulo­nem per­ga­minu pod ręką, i zasnął snem spra­wie­dli­wego.

Gdy się obu­dził, słońce było już wysoko. Na stole cze­kało na niego śnia­da­nie. Ksiądz wyszedł wcze­śniej, lecz zosta­wił wia­do­mość u gospo­dyni, że ocze­kuje Rolanda na kola­cji tego wie­czoru i zapra­sza go znów na noc­leg.

Idąc przez rzekę do Dziel­nicy Łaciń­skiej, Roland czuł się lepiej. Jakie­kol­wiek nie­bez­pie­czeń­stwa czy­ha­łyby na niego, musi ist­nieć jakieś roz­wią­za­nie. Jeśli okaże praw­dziwą skru­chę, Bóg oto­czy go opieką. Być może tego wie­czoru wyspo­wiada się księ­dzu i poprosi go o radę.

Szedł rue Saint-Jacques. Wokół było pełno stu­den­tów. Roz­glą­dał się na wszyst­kie strony, ale nie dostrzegł nic nie­po­ko­ją­cego.

Znaj­do­wał się tylko pięć­dzie­siąt metrów od swego miesz­ka­nia, gdy nagle pod­szedł do niego pewien stu­dent.

- Ktoś cię szu­kał - powie­dział.

Roland zesztyw­niał.

- Męż­czy­zna? Jak wyglą­dał?

- Nie wiem. Ni­gdy przed­tem go nie widzia­łem.

- Tylko jeden? - Serce zaczęło mu bić jak sza­lone. - Na pewno nie było ich wię­cej?

- Ja widzia­łem tylko jed­nego - odparł stu­dent.

Wła­śnie chciał rzu­cić się do ucieczki, gdy stu­dent zama­chał do jakie­goś bie­daka na ulicy i powie­dział:

- A oto i on.

Roland zatrzy­mał się w pół kroku.

Nie, nie będzie ucie­kał, dłu­żej tak nie można. Zresztą to był tylko jeden młody czło­wiek, pew­nie wysłany na zwiady, żeby potem ścią­gnąć całą bandę zbi­rów. Gdy­bym mógł go obez­wład­nić, pomy­ślał, zmu­sić go do przy­zna­nia się... zgło­sić to ofi­cjal­nie... wtedy wujowi Mar­tine byłoby trudno się mścić.

Się­gnął do zwoju per­ga­minu i wydo­był szty­let.

Z gniew­nym okrzy­kiem rzu­cił się na nie­zna­jo­mego, prze­wra­ca­jąc go na zie­mię. Przy­gniótł go całym cię­ża­rem swego ciała i przy­ło­żył nie­bo­ra­kowi ostrze szty­letu do gar­dła.

- Kto cię przy­słał?! - krzyk­nął.

Oczy mło­dzieńca roz­sze­rzył strach.

- Wiceh­ra­bia de Cygne - odparł chra­pli­wie. - Twój ojciec, panie.

- Mój ojciec?

- Jestem Pierre, syn mły­na­rza z waszej wio­ski.

Roland gapił się na niego. Może to i prawda. Twarz chło­paka wyda­wała mu się zna­joma. Na wszelki wypa­dek na­dal jed­nak trzy­mał szty­let przy jego grdyce.

- Dla­czego tu jesteś?

- Twój brat, panie. Miał wypa­dek. Nie żyje. Ojciec chce, żebyś natych­miast wra­cał do domu. Mam przy sobie list od księ­dza.

- Mój brat nie żyje? - To mogło ozna­czać tylko jedno. Będzie musiał zająć jego miej­sce jako przy­szły wiceh­ra­bia de Cygne.

- Tak, panie, przy­kro mi.

Wów­czas bez zasta­no­wie­nia - wbrew swo­jej woli, bo prze­cież naprawdę kochał brata - z czy­stej ulgi z powodu tak nie­spo­dzie­wa­nego roz­wią­za­nia pro­ble­mów Roland wypo­wie­dział słowa, które spra­wiły, że miesz­kańcy jego wio­ski do końca życia nazy­wali go Czar­nym hra­bią de Cygne.

- Bogu dzięki! - zakrzyk­nął.

List od księ­dza wyja­śniał oko­licz­no­ści śmierci. Brat spadł z konia pro­sto na szta­chetę ogro­dze­nia, prze­bił sobie płuco i zmarł w ciągu godziny. Ksiądz wzy­wał Rolanda, by jak naj­prę­dzej usłu­chał ojca i wró­cił do domu, gdyż jego obec­ność jest konieczna.

Ksiądz pisał, że wie, jak wiel­kim poświę­ce­niem będzie dla niego porzu­ce­nie stu­diów uni­wer­sy­tec­kich i życia reli­gij­nego. Rze­czy­wi­ście, Roland praw­do­po­dob­nie nie­chęt­nie wyjeż­dżałby z Paryża, gdyby nie kło­poty z Mar­tine i jej wujem. Jed­nak, cią­gnął ksiądz, nie powin­ni­śmy kwe­stio­no­wać wyro­ków boskich. Trzeba z pokorą wyko­ny­wać swoje obo­wiązki. Był to znak, wyja­śnił ksiądz, że Bóg posta­no­wił dać Rolan­dowi inne powo­ła­nie.

Jesz­cze tego samego dnia Roland poza­ła­twiał wszyst­kie sprawy. Powie­dział swoim nauczy­cie­lom, że ojciec pil­nie wzywa go do Nor­man­dii, ma jed­nak nadzieję wkrótce powró­cić. Przy­ja­cio­łom wyznał w tajem­nicy, że liczy na wyjazd na stu­dia do Włoch, na uni­wer­sy­tet w Bolo­nii. Do Mar­tine nie wysłał żad­nej wia­do­mo­ści. Prze­ko­nany, że wystar­cza­jąco zagma­twał ślady, aby wuj Mar­tine go nie wyśle­dził, ostat­nią noc spę­dził u miłego księ­dza. Następ­nego ranka, dzię­ku­jąc z całego serca gospo­da­rzowi, wyru­szył do domu w doli­nie Loary.

Ni­gdy wię­cej nie wra­cał do tych prze­żyć, nie wie­dział więc, że pół roku póź­niej Mar­tine wyszła za mąż za pew­nego kupca o imie­niu Renard. Gdyby o tym sły­szał, byłby rad z takiego obrotu spraw.

Rozdział 4

1885

Tho­mas Gascon odna­lazł praw­dziwą miłość 1 lipca o poranku. Poprzed­niego dnia padało i szare chmury na­dal cią­gnęły po nie­bie nad Łukiem Trium­fal­nym. Wszę­dzie kwi­tły białe kwiaty kasz­ta­now­ców, a w powie­trzu czuć było obiet­nicę lata. Na pogrzeb przy­były nie­prze­brane tłumy.

Pisa­rze byli we Fran­cji bar­dzo sza­no­wani. Gdy w wieku osiem­dzie­się­ciu trzech lat zmarł Wik­tor Hugo - uko­chany autor Nędz­ni­ków, Dzwon­nika z Notre Dame i wielu innych opo­wie­ści - Fran­cja wypra­wiła mu pań­stwowy pogrzeb.

Wszy­scy człon­ko­wie par­la­mentu, sena­to­ro­wie, posło­wie, sędzio­wie, wyso­kiej rangi urzęd­nicy pań­stwowi, przed­sta­wi­ciele uni­wer­sy­te­tów, aka­de­mii i szkół pla­stycz­nych przy­byli pod Łuk Trium­falny, gdzie wysta­wiono otwartą trumnę z pisa­rzem. Ponad dwa miliony ludzi wyle­gło na ulice wzdłuż trasy kon­duktu pogrze­bo­wego, wio­dą­cej Polami Eli­zej­skimi do placu Zgody, przez most na Lewy Brzeg i wzdłuż bul­waru Saint-Ger­main aż na szczyt sta­rego rzym­skiego wzgó­rza w Dziel­nicy Łaciń­skiej, gdzie teraz stał Pan­teon, gotów na przy­ję­cie naj­wy­bit­niej­szych synów Fran­cji.

Paryż jesz­cze ni­gdy nie widział takich tłu­mów - nawet za cza­sów Króla Słońce ani w cza­sie rewo­lu­cji czy za rzą­dów Napo­le­ona.

A wszystko to z powodu śmierci pisa­rza.

Tho­mas przy­był na miej­sce o świ­cie, aby zapew­nić sobie dobry widok. Nie­któ­rzy spali na ulicy, żeby zająć lep­sze miej­sca, ale Tho­mas miał spryt­niej­szy pomysł. Wcze­śniej dokład­nie obej­rzał trasę i wybrał miej­sce w naj­wyż­szym punk­cie Pól Eli­zej­skich, po połu­dnio­wej stro­nie, pod ścianą budynku.

Pod­czas gdy sze­roka aleja wypeł­niała się szybko tłu­mem ludzi, Tho­mas widział coraz mniej, ale nie miał nic prze­ciwko temu. Cze­kał cier­pli­wie, aż wszy­scy zajmą miej­sca; poli­cjanci i woj­skowi stali wzdłuż ulicy, a tłum zgęst­niał tak, że nie można było się ruszyć.

Naj­pierw chwy­cił linę, którą miał przy­twier­dzoną do pasa, i do jej końca przy­cze­pił nie­wielki hak. Tuż za nim, na wyso­ko­ści ramie­nia, na kamien­nej fasa­dzie budynku znaj­do­wał się wąski para­pet, a nad nim wąskie okno okra­to­wane kutym żela­zem.

W pew­nym momen­cie wsparł się na ramio­nach dwóch gapiów sto­ją­cych z przodu i wywin­do­wał się szybko do góry. Zanim mieli szansę zapro­te­sto­wać, wspiął się po ich ple­cach i chwilę póź­niej, opie­ra­jąc stopę na gło­wie jed­nego z nich, posta­wił pew­nie piętę dru­giej stopy na para­pe­cie, się­gnął do kraty, zacze­pił o nią hak i obwią­zał się liną. Dwaj męż­czyźni w dole zaczęli gło­śno kląć, a jeden usi­ło­wał go dosię­gnąć pię­ścią, ale tłok był tak wielki, że nawet nie mógł się porząd­nie zamie­rzyć. Tho­mas zamar­ko­wał kop­nię­cie nogą obutą w robo­ciar­ski kamasz i wtedy męż­czy­zna zre­zy­gno­wał, zado­wa­la­jąc się pogar­dli­wym prze­kleń­stwem:

- Cochon! - Odwró­cił się.

Dzięki temu zabez­pie­cze­niu, zawie­szony na linie zawią­za­nej w pasie, Tho­mas mógł wychy­lać się na prawo i lewo wedle uzna­nia i widzieć wszystko ponad gło­wami tłumu.

Po dru­giej stro­nie alei bal­kony pełne były ludzi. W każ­dym oknie widać było głowy widzów. Nie­któ­rzy zapła­cili za te zna­ko­mite miej­sca mnó­stwo pie­nię­dzy. A on miał rów­nie dobry punkt obser­wa­cyjny za darmo.

Po lewej stro­nie, wokół Łuku Trium­fal­nego, roz­lo­ko­wali się dygni­ta­rze w żałob­nych stro­jach lub uni­for­mach. Sam Łuk sta­no­wił nie lada widok. Trzy lata temu umiesz­czono na samej górze olbrzy­mią rzeźbę bogini zwy­cię­stwa w rydwa­nie, co przy­da­wało budowli efekt dra­ma­ty­zmu. Jedną stronę pomnika okry­wał gigan­tyczny całun niczym dra­pe­ria, z jego rogów zwi­sały dłu­gie cho­rą­gwie. W osi Łuku stał masywny kata­falk z trumną Wik­tora Hugo, wzno­szący się na wyso­kość pra­wie dwu­dzie­stu metrów.

To było coś wię­cej niż pogrzeb, to była apo­te­oza.

Ludzie poubie­rali się na czarno. Zamoż­niejsi mieli cylin­dry. Tho­mas wło­żył krótką ciemną mary­narkę, na gło­wie miał nie­bie­ską robo­ciar­ską czapkę. Sądził, że Wik­tor Hugo nie miałby nic prze­ciwko temu.

Patrzył wła­śnie w stronę Łuku, bo zaczy­nały się prze­mó­wie­nia, gdy zauwa­żył dziew­czynę.

Stała pięt­na­ście metrów dalej, przy samej ulicy. Widział tylko tył jej głowy i w tym widoku nie było nic szcze­gól­nego. Wła­ści­wie dla­czego zwró­cił uwagę wła­śnie na tę głowę w morzu innych? A jed­nak nie­od­par­cie przy­cią­gała jego wzrok.

Widział, że jest bru­netką z krę­co­nymi wło­sami. Skóra na karku wyglą­dała blado. Nie potra­fił dostrzec, co ma na sobie, ale zga­dy­wał, że praw­do­po­dob­nie jest z ludu, jak on. Zasta­na­wiał się, czy się odwróci.

Mówcy wygła­szali prze­mó­wie­nia, a on, choć nie sły­szał ich zbyt dobrze, cie­szył się, że znaj­duje się w cen­trum wyda­rzeń, że jest świad­kiem histo­rii.

Wszy­scy zresztą dobrze wie­dzieli, co należy powie­dzieć. Wik­tor Hugo był nie tylko wiel­kim roman­tycz­nym poetą i powie­ścio­pi­sa­rzem. Słowa "wol­ność, rów­ność, bra­ter­stwo" były jego mot­tem, wedle któ­rego żył. Gdy Napo­leon III uczy­nił się dyk­ta­to­rem, Hugo zawsty­dził go przed całym świa­tem, wybie­ra­jąc dobro­wolne wygna­nie na wyspę Guern­sey i odma­wia­jąc powrotu, dopóki nie zosta­nie przy­wró­cona demo­kra­cja. Kiedy Niemcy naje­chali Fran­cję, natych­miast wró­cił i dzie­lił z pary­ża­nami dni głodu w cza­sie oblę­że­nia. Odbył służbę publiczną jako poseł i sena­tor, a miesz­kał przy jed­nej ze wspa­nia­łych alei roz­cho­dzą­cych się gwiaź­dzi­ście od Łuku Trium­fal­nego. Był wiel­kim fran­cu­skim patriotą, sumie­niem narodu, naj­do­sko­nal­szym uoso­bie­niem tych cza­sów.

Kilka lat temu mia­sto w rocz­nicę jego uro­dzin posta­no­wiło nazwać jego imie­niem aleję, przy któ­rej miesz­kał: ave­nue Vic­tor Hugo.

Od czasu do czasu, gdy koń­czyło się prze­mó­wie­nie, roz­le­gał się pogłos aplauzu, potem zaczy­nało się kolejne. Za każ­dym razem Tho­mas przy­glą­dał się uważ­nie mło­dej kobie­cie, cze­ka­jąc, aż odwróci głowę. Cho­ciaż zmie­niła nieco pozy­cję, wciąż nie mógł zoba­czyć jej twa­rzy. Tym­cza­sem chmury roz­pro­szyły się i nad Łukiem Trium­fal­nym roz­bły­sło słońce.

Uro­czy­sto­ści miały się ku koń­cowi. Usły­szał, jak dzwo­nią w kościele na godzinę dwu­na­stą. W tym momen­cie nie­bem nad Pary­żem wstrzą­snął potężny grzmot salw armat­nich. Jedna armata po dru­giej odda­wała hołd pisa­rzowi, wpra­wia­jąc w drże­nie budynki. Trudno było powie­dzieć, skąd dobie­gają salwy.

Zoba­czył, że dziew­czyna wcho­dzi na ulicę i roz­gląda się, pró­bu­jąc zgad­nąć, gdzie stoją bate­rie dział. Odwró­ciła się w jego stronę, zauwa­żyła go i popa­trzyła - co nie było wcale takie nie­zwy­kłe, bo wisiał w powie­trzu ponad gło­wami ludzi. Tho­mas wpa­try­wał się w nią, jakby zoba­czył zjawę.

Miała na sobie zwy­kłą sukienkę pro­stej dziew­czyny. Jej twarz zdo­biły deli­katne piegi, mały nos i wydatne, choć nie­zbyt duże usta. O ile dobrze widział, jej oczy miały orze­chowy kolor. Przy­glą­dała mu się z zain­te­re­so­wa­niem, a potem się uśmiech­nęła.

Ku swemu zasko­cze­niu nie doznał w tym momen­cie gwał­tow­nego przy­pływu uczuć. Był dziw­nie spo­kojny, jakby wszystko na tym świe­cie naresz­cie zna­la­zło swoje miej­sce.

To była ona. Nie miał poję­cia, skąd to wie, ale wie­dział. Wła­śnie ona będzie jego żoną. Ona była jego prze­zna­cze­niem i nic nie mogło tego zmie­nić. Wypeł­niło go uczu­cie lek­ko­ści, cie­pła i spo­koju. Uśmiech­nął się do niej. Czy ona też to czuje? Miał nadzieję, że tak.

Wielki kon­dukt już ruszał. Jakiś żoł­nierz kazał jej się cof­nąć. Odwró­ciła głowę, tłum zafa­lo­wał i wtedy stra­cił ją z oczu.

Musi do niej podejść! Się­gnął do węzła i zaczął go roz­wią­zy­wać. Lecz wisiał już długo i węzeł zaci­snął się mocno. Choć Tho­mas miał silne dło­nie, nie mógł go roz­wią­zać. Spró­bo­wał więc roz­su­płać węzeł w pasie, ale i ten był zaci­śnięty. Nie pod­da­wał się, po chwili jed­nak dał za wygraną.

- Czy ktoś ma nóż?

Przed nimi sunął czarny powóz z trumną. Wszy­scy męż­czyźni pozdej­mo­wali nakry­cia głowy. Nikt nawet na niego nie spoj­rzał. W ostat­niej chwili Tho­mas przy­po­mniał sobie, że powi­nien zdjąć robo­ciar­ską czapkę. Powóz minął go. Za nim podą­żały naj­wy­bit­niej­sze oso­bi­sto­ści Fran­cji.

- Na miłość boską, czy ktoś ma nóż?! - zawo­łał znowu.

Na ten krzyk odwró­cił się powoli ten sam męż­czy­zna, który wcze­śniej wygra­żał mu pię­ścią. Tho­mas uśmiech­nął się do niego prze­pra­sza­jąco.

- Pro­szę mi wyba­czyć - zagaił grzecz­nie. - Ale jak pan widzi, zosta­łem tu uwię­ziony na linie.

Męż­czy­zna przy­glą­dał mu się dłuż­szą chwilę. Następ­nie się­gnął do kie­szeni płasz­cza, wyjął scy­zo­ryk i mu go poka­zał.

- Mam nóż - powie­dział.

- Czy byłby pan tak miły... - popro­sił Tho­mas naj­uprzej­miej, jak umiał.

- Szkoda, że lina nie jest okrę­cona wokół two­jej szyi - odparł grzecz­nym tonem nie­zna­jomy, scho­wał nóż i odwró­cił się w stronę kon­duktu pogrze­bo­wego.

Tho­mas namy­ślał się przez chwilę.

- Pro­szę pana! - zawo­łał. - Panie z nożem! - Czło­wiek ów nie zwra­cał na niego uwagi. - Chce mi się siku, mam nasi­kać panu na głowę?

Męż­czy­zna obej­rzał się z wście­kło­ścią. Tho­mas wzru­szył ramio­nami i zaczął roz­pi­nać roz­po­rek. Wła­ści­ciel scy­zo­ryka pró­bo­wał się odsu­nąć, ale tłum był tak zbity, że mu się to nie udało. Z prze­kleń­stwem na ustach się­gnął znów do kie­szeni po scy­zo­ryk.

- Obe­tnij sobie fiutka - powie­dział, poda­jąc mu nóż.

Scy­zo­ryk był cał­kiem ostry. Prze­cię­cie liny zajęło Tho­ma­sowi tylko kilka sekund. Zło­żył ostrze.

- Dzię­kuję panu! - krzyk­nął. - Bar­dzo pan miły.

Następ­nie rzu­cił nóż tuż za plecy wła­ści­ciela, aby ten nie mógł go pod­nieść.

Stą­pa­jąc po wąskim gzym­sie, a w razie potrzeby po gło­wach gapiów, prze­szedł wzdłuż budynku do rogu ulicy, a tam zna­lazł dość miej­sca, aby zesko­czyć na chod­nik. Prze­ci­ska­jąc się i roz­py­cha­jąc łok­ciami i kop­nia­kami, posu­wał się w stronę jezdni.

- Par­don, madame. Par­don, mon­sieur. Muszę się wysi­kać.

Nie­któ­rzy go prze­pusz­czali. Inni zagra­dzali mu drogę.

- Sikaj w spodnie, cwa­niaku - powie­dział jakiś męż­czy­zna.

W końcu jed­nak Tho­mas dotarł do jezdni.

Prze­my­ka­jąc wzdłuż kor­donu żoł­nie­rzy, prze­pchnął się do miej­sca, w któ­rym wcze­śniej stała dziew­czyna.

Nie było jej jed­nak. Patrzył w lewo i w prawo. Wypa­ro­wała! Prze­cież to nie­moż­liwe, pomy­ślał. Nikt nie był w sta­nie odda­lić się zbyt­nio w tym tłu­mie - no, chyba że imał się podob­nych sztu­czek jak Tho­mas.

Znik­nęła bez śladu.

Udało mu się prze­mie­ścić jesz­cze kawa­łek wzdłuż kor­donu, ale wresz­cie jeden z żoł­nie­rzy zatrzy­mał go i kazał mu stać w miej­scu. Przede­fi­lo­wały oddziały kawa­le­rii, ważni ofi­cjele w cylin­drach i szar­fach. Kon­dukt zda­wał się nie mieć końca. I choć cały czas Tho­mas roz­glą­dał się na boki, dziew­czyny ni­gdzie nie było.

Wcze­snym popo­łu­dniem Tho­mas zna­lazł się na Mont­mar­trze. Rano pan Gascon stwier­dził, że naj­le­piej odda cześć Wik­to­rowi Hugo, speł­nia­jąc toast szkla­neczką wina w Moulin de la Galette, a jego żona, któ­rej ostat­nio doku­czał żylak w łydce, z chę­cią poszła tam razem z nim. Co się tyczy małego Luca, oświad­czył, że czuje się w obo­wiązku dotrzy­mać towa­rzy­stwa rodzi­com, ale Tho­mas uznał to za zwy­kłe leni­stwo.

Tho­mas dołą­czył więc do nich w Moulin i opo­wie­dział im o uro­czy­sto­ściach pogrze­bo­wych. Dopiero póź­niej, gdy został sam z Lukiem, wspo­mniał mu o dziew­czy­nie.

Choć Luc miał dopiero dwa­na­ście lat, Tho­mas cza­sem odno­sił wra­że­nie, że znacz­nie lepiej się na tym zna. Być może zawdzię­czał to spę­dza­niu czasu w takich miej­scach jak Moulin albo po pro­stu taki już miał cha­rak­ter. Tho­masowi łatwiej przy­szło zwie­rzyć się w takiej spra­wie Lucowi niż któ­re­muś z doro­słych.

- Toż to touché - zawy­ro­ko­wał Luc. - Wza­jemne przy­cią­ga­nie.

- Nie - zaopo­no­wał Tho­mas. - Coś wię­cej. Coup de foudre. Pio­run z jasnego nieba. Miłość od pierw­szego wej­rze­nia.

- Jak zamie­rzasz ją odna­leźć?

- Nie mam poję­cia. Ale spo­tkamy się.

- Myślisz, że to prze­zna­cze­nie?

- Tak.

- Impo­nu­jące.

Nie zna­lazł jej jed­nak. Nie miał o niej żad­nych infor­ma­cji, od któ­rych mógłby zacząć poszu­ki­wa­nia. W Paryżu i na przed­mie­ściach miesz­kało teraz ponad trzy miliony ludzi, a ona mogła być gdzie­kol­wiek. Mogła nawet przy­je­chać z innego mia­sta.

Począt­kowo, gdy miał wolne, cho­dził w to samo miej­sce, gdzie się spo­tkali. Dokład­nie o tej samej porze, kiedy spo­tkały się ich spoj­rze­nia - o dwu­na­stej w połu­dnie. Czy to moż­liwe, że ona też go szuka? A jeśli tak, to może wpad­nie na ten sam pomysł i się odnajdą? Było to mało praw­do­po­dobne, ale nic innego nie przycho­dziło mu do głowy.

W miarę jak mijały tygo­dnie i mie­siące, cho­dził na spa­cery wciąż w inne rejony mia­sta, chcąc znów ją przy­pad­kowo spo­tkać. Nauczył się Paryża o wiele lepiej, ale dziew­czyny nie odna­lazł. O tych wypra­wach wie­dział tylko Luc.

- Jesteś jak rycerz poszu­ku­jący świę­tego Gra­ala - powie­dział star­szemu bratu. Za każ­dym razem, gdy tam­ten wra­cał, Luc pytał go cicho: - Zna­la­złeś Gra­ala?

Choć nie zna­lazł świę­tego Gra­ala, wyprawy miały głę­boki wpływ na niego i jego przy­szłość. Tej wio­sny dużo pra­co­wał w fir­mie Gaget, Gau­thier et Cie. Choć Sta­tua Wol­no­ści została ukoń­czona przed 4 lipca zeszłego roku, postu­ment, na któ­rym miała sta­nąć w Nowym Jorku, nie był jesz­cze gotowy. Tho­mas poma­gał roze­brać olbrzymi pomnik dopiero na początku 1885 roku. Zapa­ko­wano go w dwie­ście czter­na­ście wiel­kich skrzyń, które popły­nęły przez Atlan­tyk. W dniu pogrzebu Wik­tora Hugo były w dro­dze.

Poja­wiło się więc pyta­nie, czym będzie się teraz zaj­mo­wał.

Ku rado­ści matki Gaget, Gau­thier et Cie chcieli go zatrud­nić. Naj­wy­raź­niej jego pra­co­wi­tość i zmysł obser­wa­cji zro­biły na nich wra­że­nie.

- Mówią, że za kilka lat mógł­bym zostać jed­nym z wykwa­li­fi­ko­wa­nych robot­ni­ków, któ­rzy zaj­mują się zdob­nic­twem i rzeźbą - pochwa­lił się.

Wykwa­li­fi­ko­wany robot­nik. Pewna praca. Matka zawsze o tym marzyła.

Kło­pot w tym, że on wcale jej nie pra­gnął.

Czy to przez te dłu­gie spa­cery w poszu­ki­wa­niu dziew­czyny, czy też wsku­tek klau­stro­fo­bicz­nego poczu­cia uwię­zie­nia, gdy prze­by­wał w warsz­ta­cie? A może to per­spek­tywa tkwie­nia przy jed­nym z dłu­gich sto­łów, obok innych wykwa­li­fi­ko­wa­nych rze­mieśl­ni­ków, bez swo­body manewru? Jaka­kol­wiek była przy­czyna, jego młode ciało bun­to­wało się prze­ciwko temu. Wolał spę­dzać czas na zewnątrz. Chciał czuć siłę swo­ich mię­śni. Nie zwa­żał na pogodę, nawet gdy było zimno czy desz­czowo, lubił pracę fizyczną.

Był młody, silny. Poczu­cie spraw­no­ści dawało mu satys­fak­cję.

Uwiel­biał obser­wo­wać robot­ni­ków wzno­szą­cych mosty i inne żela­zne kon­struk­cje. Pew­nego dnia, nie mówiąc nic rodzi­com, poin­for­mo­wał maj­stra na rue de Cha­zel­les, że odcho­dzi. Tydzień póź­niej przy­stą­pił do bry­gady jako naj­młod­szy mon­ter kole­jowy.

Matka była nie­po­cie­szona, gdy się o tym dowie­działa.

- Nic nie rozu­miesz - lamen­to­wała. - Prze­cież robot­nicy fizyczni cią­gle cho­rują. Ule­gają wypad­kom. Nie zawsze będziesz młody i silny. A fach w ręku ozna­cza stałą pracę i dach nad głową.

Ale Tho­mas jej nie słu­chał.

Dwo­rzec Saint-Lazare znaj­do­wał się w nie­wiel­kiej odle­gło­ści od pod­nóża Mont­mar­tre'u. Jego roz­wi­ja­jące się połą­cze­nia z mia­stami Nor­man­dii wciąż wyma­gały napraw lub moder­ni­za­cji.

W dru­giej poło­wie 1885 roku i na wio­snę 1886 Tho­mas Gascon codzien­nie rano prze­mie­rzał drogę z domu na Mont­mar­trze do dworca Saint-Lazare. W dni wolne na­dal błą­kał się po róż­nych dziel­ni­cach Paryża w nadziei na spo­tka­nie z dziew­czyną. Wio­sną doszedł do wnio­sku, że jego poszu­ki­wa­nia nie mają sensu, i tylko z przy­zwy­cza­je­nia cho­dził po mie­ście parę razy w mie­siącu.

- Czas zna­leźć inną kobietę - powie­dział któ­re­goś dnia Luc. - Jesteś zbyt lojalny.

- Trzeba być wier­nym - odparł Tho­mas z uśmie­chem.

Luc wzru­szył ramio­nami w mil­cze­niu.

Kon­kurs ogło­szono w maju 1886 roku. Czasu nie było zbyt wiele. Do set­nej rocz­nicy rewo­lu­cji fran­cu­skiej - która w oczach wszyst­kich Fran­cu­zów ucho­dziła za naj­waż­niej­sze wyda­rze­nie w histo­rii ludz­ko­ści obok, być może, naro­dzin Chry­stusa - zostały tylko trzy lata. Paryż musiał koniecz­nie zor­ga­ni­zo­wać kolejną wystawę świa­tową. Wła­dze repu­bliki chciały, by przy wej­ściu zna­la­zło się coś naprawdę impo­nu­ją­cego. Nikt nie wie­dział co, ale miała to być kon­struk­cja, która sprawi, że cały świat wstrzyma oddech. Pierw­szego maja mia­sto roz­pi­sało kon­kurs. Zgło­sze­nia trzeba było nad­sy­łać szybko.

Wkrótce nade­szły. Było sporo banal­nych pomy­słów. Nie­które absur­dalne. Jesz­cze inne nie­moż­liwe do zre­ali­zo­wa­nia. Jeden, trzeba przy­znać, był bar­dzo szo­ku­jący. Ktoś zapro­po­no­wał olbrzy­mią replikę gilo­tyny. Uznano jed­nak, że budzi­łoby to nazbyt ponure sko­ja­rze­nia. Czy goście z całego świata rze­czy­wi­ście chcie­liby prze­cho­dzić pod gigan­tycz­nym zwi­sa­ją­cym ostrzem? Chyba nie.

Wła­sną pro­po­zy­cję przy­słał mon­sieur Eif­fel.

Już wcze­śniej zgła­szał ten pro­jekt, lecz wła­dze mia­sta nie bar­dzo wie­działy, co o nim myśleć. Wielka żela­zna wieża, którą zapro­jektował, z pew­no­ścią była pomy­słem śmia­łym. Bar­dzo nowo­cze­snym. Może nie­zbyt pięk­nym. Teraz, gdy ana­li­zo­wano zgło­sze­nia kon­kur­sowe, jedna zaleta tego pro­jektu była bez­dy­sku­syjna. Po reali­za­cji Sta­tui Wol­no­ści stało się jasne, że Gustave Eif­fel wie, co robi. Skoro mówi, że można to zbu­do­wać, z pew­no­ścią ma rację.

Cały Paryż emo­cjo­no­wał się kon­kur­sem. Kiedy ogło­szono zwy­cięzcę, posy­pały się pro­te­sty. Gdy Tho­mas Gascon prze­czy­tał o tym w gaze­cie, od razu wie­dział, co ma robić.

- Będę pra­co­wał u mon­sieur Eif­fela przy budo­wie tej wieży - oświad­czył rodzi­nie.

- A co z twoją pracą na kolei? - spy­tała matka.

- Nie zależy mi na niej - odparł.

Będą potrze­bo­wali wielu mon­te­rów kon­struk­cji sta­lo­wych. Miał zamiar być pierw­szy w kolejce.

Cza­sami Tho­mas mar­twił się cha­rak­te­rem Luca. Czy ota­czał go zbyt wielką opieką jako star­szy brat?

Luc brał sobie do serca jego rady. W szkole zawsze roz­śmie­szał kole­gów. Ostat­nio jego twarz stała się peł­niej­sza. Z ciemną czu­pryną wyglą­dał jesz­cze bar­dziej na Wło­cha niż daw­niej. Był sprytny i obrotny. Tho­ma­sowi wyda­wało się jed­nak, że Luc może łatwo stać się leni­wym mię­cza­kiem. Posta­no­wił jakoś temu zara­dzić. W ramach tego sekret­nego planu wziął go pew­nej nie­dzieli w paź­dzier­niku na długi, męczący spa­cer.

Prawdę mówiąc, gdy się obu­dził tego dnia, czuł, jakby ata­ko­wało go prze­zię­bie­nie, ale nie miał zamiaru pozwo­lić, by taki dro­biazg prze­szko­dził mu w pracy nad kształ­to­wa­niem cha­rak­teru brata.

- Zapro­wa­dzę cię dziś do miej­sca, w któ­rym jesz­cze ni­gdy nie byłeś - obie­cał.

Gdy scho­dzili z Mont­mar­tre'u, skie­ro­wali się na wschód i po dro­dze prze­cięli ładny sze­roki kanał, któ­rym woda z Szam­pa­nii pły­nęła do Paryża. Wkrótce zaczęli się wspi­nać dłu­gim zbo­czem w stronę celu wędrówki. Spa­cer dobrze mu zro­bił; zanim dotarli na miej­sce, Tho­mas poczuł, że pozbył się prze­zię­bie­nia.

Choć baron Haus­smann zbu­do­wał wiele pięk­nych bul­wa­rów, jego naj­wspa­nial­szym pro­jek­tem był roman­tyczny park na wschod­nich krań­cach mia­sta. Skały But­tes-Chau­mont wzno­siły się wysoko mniej wię­cej o pół­tora kilo­me­tra na pół­noc od cmen­ta­rza P?re-Lacha­ise. Daw­niej były tu kamie­nio­łomy, podob­nie jak na Mont­mar­trze, lecz Haus­smann ze swoim zespo­łem prze­kształ­cili je w roman­tyczny wiej­ski zaką­tek, zgod­nie z duchem cza­sów.

O ile w cza­sach oświe­ce­nia for­malne ogrody z epoki Ludwika XIV ustą­piły miej­sca bar­dziej swo­bod­nym aran­ża­cjom zie­leni, o tyle XIX wiek cie­szył się dwo­istym podej­ściem do archi­tek­tury ogro­dów. Z jed­nej strony był to wiek pary, żela­znych mostów i indu­stria­li­za­cji. W sztu­kach pla­stycz­nych pano­wała jed­nak moda na roman­tyzm. I pod­czas gdy Niemcy dały światu kosmiczne motywy Wagne­row­skie, roman­tyczna Fran­cja wolała nastroje bar­dziej intymne i malow­ni­cze.

Weszli przez jedną z zachod­nich bram. Kręte ścieżki pro­wa­dziły pośród pola­nek obsa­dzo­nych róż­nymi kolo­ro­wymi drze­wami i krze­wami. W środku parku nie­wiel­kie sztuczne jezioro ota­czało skałę, na któ­rej zbu­do­wano małą okrą­głą świą­tynkę. Scena przy­po­mi­nała jakiś wło­ski land­szaft.

Przy­nie­śli ze sobą połu­dniowy posi­łek - chleb, ser i butelkę piwa. Lecz zanim roz­po­częli pik­nik, posta­no­wili obej­rzeć naj­bar­dziej znane atrak­cje tutej­szego parku. Odna­leźli długą pod­wie­szoną kładkę, którą można było przejść na wyspę.

Grota robiła magiczne wra­że­nie. Znaj­do­wała się w skale. Jej wyso­kie skle­pie­nie zdo­biły sta­lak­tyty. Jesz­cze bar­dziej podo­bał im się wodo­spad. Kaskady wody spa­dały z nie­mal dwu­dzie­sto­me­tro­wej wyso­ko­ści, po ska­łach, do małego jeziorka, z któ­rego woda wypły­wała dalej po kamie­niach. Gdyby zza któ­regoś nawisu wyło­niła się nagle nimfa z mito­lo­gii kla­sycz­nej i zaczęła tań­czyć ze swo­imi towa­rzysz­kami, wcale by się nie zdzi­wili.

A naj­wspa­nial­sze było to, że cały ten zaką­tek był sztucz­nie stwo­rzony. Jaski­nia znaj­do­wała się w miej­scu daw­nego wej­ścia do kamie­nio­łomu. Sta­lak­tyty zostały wyrzeź­bione w skale. Wodo­spad był dzie­łem inży­nie­rii wod­nej. Z pew­no­ścią wszystko to było bar­dzo roman­tyczne. Lecz roman­tyzm nie pocho­dził z lasu, skał czy maje­statu góry. Był to roman­tyzm teatralny.

- Być może dziew­czę, któ­rego szu­kasz, mieszka w tej oto gro­cie - powie­dział Luc zło­śli­wie. - Pocze­kaj chwilę, a wyłoni się z wodo­spadu.

- Zróbmy sobie lepiej pik­nik.

Prze­szli z powro­tem kładką na ląd i inną ścieżką dotarli do zie­lo­nego traw­nika, na któ­rym usie­dli z jedze­niem. Wysoko nad wyspą widzieli skałę poszar­paną na szczy­cie, gdzie stała świą­tynka. Wokół drzewa zło­ciły się liśćmi. Zje­dli chleb i ser i wypili piwo. Tho­mas poło­żył się na tra­wie i popa­trzył w niebo.

Poja­wiło się na nim wię­cej ciem­nych chmur. Przy­glą­dał się, jak płyną, przy­kry­wa­jąc słońce naj­pierw szarą mgłą, a potem gru­bym płasz­czem. Cze­kał, by chmury prze­mknęły i uka­zało się słońce, ale robiło się coraz zim­niej, powie­trze stało się wil­gotne, a liście na drze­wach coraz gło­śniej szu­miały. Ich kolor zmie­nił się, nie były już miękko zło­ci­ste, lecz nabrały tego jaskra­wego żół­tego odcie­nia, który poja­wiał się, gdy powie­trze było naelek­try­zo­wane. Tho­mas wstał.

- Będzie lało. Lepiej chodźmy do domu - powie­dział Luc.

- Jesz­cze nie. Musimy naj­pierw wspiąć się do świą­tynki.

Brat spoj­rzał w stronę wyso­kiego urwi­ska.

- To nam zabie­rze sporo czasu - zapro­te­sto­wał.

- Nie tak dużo - odparł Tho­mas. - Chodźmy - zarzą­dził.

Znów prze­szli przez kładkę na wyspę i ruszyli stromą ścieżką. Widoki po dro­dze do złu­dze­nia przy­po­mi­nały wspi­naczkę gór­ską i w prze­ci­wień­stwie do Luca Tho­mas czuł się szczę­śliwy.

Byli w poło­wie drogi, gdy od zachod­niej strony dobiegł ich daleki pomruk grzmotu.

- Wra­cajmy - zapro­po­no­wał Luc.

- Dla­czego? - zapro­te­sto­wał Tho­mas.

- Chcesz, żeby nas zła­pała burza?

- Czemu nie? No chodź.

Pięli się więc dalej stromą ścieżką, aż doszli do małej okrą­głej świą­tynki. W tym momen­cie znów usły­szeli grzmot, ale tym razem odbił się potęż­nym echem w sze­ro­kiej doli­nie nad całym Pary­żem i gdyby Tho­mas nie wie­dział, że wiatr wieje z zachodu, nie umiałby powie­dzieć, skąd nad­cho­dzi burza.

Nie­wielka świą­tynka, wzo­ro­wana na rzym­skiej świą­tyni Westy, sta­no­wiła ele­ment ogro­do­wej sce­ne­rii. Z wysoka widać było szczyt Mont­mar­tre'u, a po lewej stro­nie, pomię­dzy wyso­kimi drze­wami, odle­głe wieże Notre Dame. Wie­dział, że na ich szczy­cie znaj­duje się wiele dziw­nych postaci: gotyc­kie gar­gulce i różne kamienne potwory patrzące z góry na Paryż. Cie­szył się, że sto­jąc na urwi­sku, znaj­duje się na tej samej wyso­ko­ści co one.

Oło­wiane niebo sunęło nad nimi, a parę kilo­me­trów na zachód widać było gruby pas jesz­cze ciem­niej­szych chmur, spod któ­rych zwi­sała nad całym mia­stem kur­tyna desz­czu. Gdy Tho­mas przy­glą­dał się czar­nym chmu­rom, zoba­czył, jak od środka prze­szywa je bły­ska­wica, i usły­szał grzmot.

Kur­tyna desz­czu zakry­wała wła­śnie Mont­mar­tre. Na szczy­cie wzgó­rza widać było wyso­kie rusz­to­wa­nia budowy Sacré-Coeur, które wyglą­dały jak szu­bie­nice. Na oczach Tho­masa cała kon­struk­cja, razem ze wzgó­rzem, roz­pu­ściła się we mgle i pochło­nęła ją ulewa.

Potem znowu bły­snęło. Tym razem z roz­dzie­ra­ją­cym trza­skiem. Olbrzymi roz­dwo­jony wąż bły­ska­wicy prze­mknął przez niebo i ude­rzył gdzieś w sąsiedz­twie Notre Dame. Tho­mas wyobra­ził sobie kamienne figurki wpa­trzone w burzę nie­ru­cho­mymi oczami, pod­czas gdy pio­runy walą wokół nich. Uśmiech­nął się do sie­bie.

Nawał­nica szybko się zbli­żała. Ponad dachami i kana­łami. Luc krzyk­nął, że powinni się scho­wać, ale Tho­mas nie chciał. Od dzie­ciń­stwa uwiel­biał wyła­do­wa­nia elek­tryczne w cza­sie burzy. Nie miał poję­cia dla­czego. Lunęło. Luc scho­wał się pod kolum­nadą świą­tynki, na próżno pró­bu­jąc unik­nąć desz­czu, ale Tho­mas pozo­stał w tym samym miej­scu, sto­jąc na skale, wysta­wia­jąc głowę na strugi wody. Padało tak mocno, że nie widać było parku. Burza zna­la­zła się wprost nad nimi. Potężny huk wstrzą­snął powie­trzem, a pio­run tra­fił w drzewo opo­dal. Luc sku­lił się, lecz Tho­mas ani drgnął, pró­bo­wał swo­ich sił, chcąc udo­wod­nić, że ubogi młody czło­wiek w robo­ciar­skich butach może rzu­cić wyzwa­nie bogom burzy i nie bać się pio­runów - jak roman­tyczny boha­ter.

Minęło całe dzie­sięć minut, nim deszcz nieco zelżał, a Tho­mas i Luc mogli wresz­cie zejść na dół i skie­ro­wać się w stronę domu. Przez całą drogę padało, Luc narze­kał, a Tho­mas szedł dziar­sko przed sie­bie, chcąc zro­bić ze swego brata męż­czy­znę.

Ziry­to­wał się następ­nego ranka, bo obu­dził się z bólem gar­dła. Do połu­dnia zaczęły nim wstrzą­sać dresz­cze.

Cho­roba Tho­masa Gascona trwała wiele tygo­dni. Począt­kowo myśleli, że to grypa. Potem zaczęły się obawy, czy aby nie gruź­lica.

W końcu oka­zało się, że to zapa­le­nie płuc; gorączka tra­wiła jego orga­nizm, chwi­lami tra­cił poczu­cie rze­czy­wi­sto­ści. Lekarz powie­dział rodzi­com, że Tho­mas może zdoła zwal­czyć cho­robę, bo jest młody i silny.

W listo­pa­dzie naj­gor­sze miał już za sobą. W grud­niu jesz­cze odpo­czy­wał, a w stycz­niu lekarz ostrzegł rodzi­ców, że w płu­cach na zawsze zostaną ślady infek­cji.

Ojciec wymy­ślił wów­czas roz­wią­za­nie: sklep z wędli­nami u pod­nóża Mont­mar­tre'u pro­wa­dzony przez jego zna­jomą, wdowę madame Michel, która miała córkę. Miej­sce nie było takie złe. Chcąc nie chcąc, Tho­mas pra­co­wał tam przez pierw­sze mie­siące 1887 roku.

Wciąż jed­nak marzył o pracy dla mon­sieur Eif­fela przy wzno­sze­niu wieży. Pew­nego luto­wego dnia, gdy pogoda się nieco popra­wiła i miał wolne popo­łu­dnie, posta­no­wił przyj­rzeć się z bli­ska budo­wie.

Wielki pro­sto­kąt Pola Mar­so­wego jest poło­żony ponad kilo­metr na połu­dnie od Łuku Trium­fal­nego, po dru­giej stro­nie rzeki na Lewym Brzegu. Do XVIII wieku były tu ogródki dział­kowe. Potem w jego połu­dnio­wej czę­ści wznie­siono dużą szkołę woj­skową, a ogrody pomię­dzy nią a Sekwaną zaczęły po rewo­lu­cji odgry­wać rolę placu defi­lad i wiel­kich zgro­ma­dzeń. Pole zyskało jesz­cze wię­cej splen­doru, gdy Napo­leon kazał zbu­do­wać w tym miej­scu na Sekwa­nie most Jeny. Pole Mar­sowe zatem było zna­ko­mi­tym wybo­rem na loka­li­za­cję wystawy świa­to­wej w 1889 roku. Zwie­dza­jący będą mogli przejść przez most Jeny na Lewy Brzeg, a następ­nie od razu zna­leźć się pod zdu­mie­wa­jącą wieżą mon­sieur Eif­fela, któ­rej cztery sze­roko roz­sta­wione nogi staną się zara­zem kolo­salną bramą wystawy.

Wszystko zostało zapla­no­wane. Poza jed­nym.

Tho­mas pamię­tał, jak ojciec przy­szedł któ­re­goś dnia do domu z tą nowiną.

- Mia­sto kazało mu zbu­do­wać wieżę, ale dało mu tylko jedną czwartą potrzeb­nych fun­du­szy.

- Kto więc za to zapłaci?

- Eif­fel. Musi sam zna­leźć pie­nią­dze.

Była to prze­dziwna sytu­acja. Aby uczcić stu­le­cie rewo­lu­cji fran­cu­skiej, mia­sto zamó­wiło wieżę i odmó­wiło jej sfi­nan­so­wa­nia.

Eif­fel jed­nak był wybit­nym i pomy­sło­wym czło­wie­kiem i udo­wod­nił teraz, że jest także przed­się­biorcą, któ­rego cechują odwaga i wizja.

- Daj­cie mi prawa do pierw­szych dwu­dzie­stu lat zysków z wieży - rzekł - to znajdę fun­du­sze.

Zbli­ża­jąc się do opu­sto­sza­łej budowy, Tho­mas wie­dział więc, że ma przed sobą nie tylko dumę całej Fran­cji, lecz także finan­sowy triumf lub porażkę mon­sieur Eif­fela.

Przed nim znaj­do­wało się wiel­kie pole pełne błota. Olbrzymi kwa­drat o ponad­stu­me­tro­wych bokach, który sta­no­wił pod­stawę wieży, wyzna­czały potężne wykopy w jej czte­rech rogach - pół­noc­nym, połu­dnio­wym, wschod­nim i zachod­nim - w któ­rych uwi­jali się robot­nicy.

Ruszył w stronę wyko­pów, by im się bli­żej przyj­rzeć. Natych­miast pod­szedł do niego męż­czy­zna w melo­niku i sur­du­cie, aby popro­sić go o opusz­cze­nie terenu budowy. Gdy Tho­mas wyja­śnił, że pra­co­wał dla mon­sieur Eif­fela przy budo­wie Sta­tui Wol­no­ści, a potem długo cho­ro­wał, czło­wiek ten odniósł się do niego przy­jaź­nie i zaofe­ro­wał, że opro­wa­dzi go po tere­nie.

Naj­pierw obej­rzeli dwa wiel­kie wykopy po połu­dnio­wej i wschod­niej stro­nie, na któ­rych dnie było już widać suche pod­łoże umoż­li­wia­jące wyla­nie beto­no­wego fun­da­mentu. Następ­nie pode­szli do jed­nego z wyko­pów po stro­nie rzeki. Tho­mas aż zamarł z wra­że­nia.

Wielki wykop przed nimi wyglą­dał jak kopal­niany szyb. Na samym dnie widać było olbrzy­mią meta­lową obręcz - taką, jakich używa się przy wzno­sze­niu kon­struk­cji mostów, by nie dopu­ścić do zala­nia budowy przez wodę. Wewnątrz robot­nicy z kilo­fami i łopa­tami pogłę­biali dół.

- Są już poni­żej poziomu Sekwany - wyja­śnił prze­wod­nik. - Loka­li­za­cję wybrała komi­sja, ale gdy mon­sieur Eif­fel ją spraw­dził, oka­zało się, że grunt jest tak pod­mo­kły, że nie utrzy­małby zwy­kłych fun­da­men­tów. - Uśmiech­nął się pod nosem. - Paryż miałby swoją wła­sną krzywą wieżę, jak Piza, tyle że pięć razy wyż­szą.

- Czy mimo to można ją zbu­do­wać?

- O tak. Będzie miała dwa zwy­kłe fun­da­menty i dwa głę­bo­kie, takie jak ten. - Znów się uśmiech­nął. - Mamy szczę­ście, że Eif­fel wie, jak budo­wać na rzece.

Tho­mas pra­co­wał w skle­pie jesz­cze przez pra­wie trzy mie­siące. Madame Michel była dla niego bar­dzo miła. Zauwa­żył coś jesz­cze.

Jej córka, dziew­czyna mniej wię­cej w jego wieku, o żół­tych wło­sach i zie­mi­stej cerze, miała na imię Ber­the. Pra­wie ni­gdy się nie odzy­wała i ruszała się za ladą jak mucha w smole, co dopro­wa­dzało Tho­masa do szału.

Był więc bar­dzo zdzi­wiony, gdy w maju ojciec zaczął z nim roz­mowę:

- Wdowa cię lubi.

- Bar­dzo się cie­szę.

- Ber­the też. - Ojciec się uśmiech­nął. - Ona bar­dzo cię lubi.

- Jesteś pewien?

A gdy ojciec poki­wał głową z poro­zu­mie­waw­czym spoj­rze­niem, Tho­mas był zmu­szony powie­dzieć:

- Nie­stety, bez wza­jem­no­ści.

- Dobrze by ci tam było - cią­gnął ojciec, jakby syn nie zare­ago­wał. - Ona odzie­dzi­czy ten sklep... To cał­kiem nie­zły inte­res. Ożeń się z nią, a będziesz usta­wiony na całe życie.

- Wolał­bym umrzeć.

- Czło­wiek musi coś jeść. Matka uważa, że to dobry pomysł.

Była ostat­nia nie­dziela maja. Wyszedł po połu­dniu na spa­cer po Mont­mar­trze. Świe­ciło słońce, a na kame­ral­nym placu Ter­tre kilku mala­rzy roz­sta­wiło szta­lugi.

Zachę­ceni niskimi czyn­szami i malow­ni­czą oko­licą, arty­ści zaczęli się osie­dlać na Mont­mar­trze mniej wię­cej w cza­sie, gdy Tho­mas się uro­dził. Sły­szał aneg­doty o mon­sieur Reno­irze w Moulin i przy ład­nej pogo­dzie czę­sto widy­wał w ple­ne­rze mala­rzy ze szta­lu­gami. Prze­szedł przez skwer, spo­glą­da­jąc po dro­dze na płótna, lecz bez zbyt­niego zain­te­re­so­wa­nia. Więk­szość arty­stów malo­wała widok z placu wzdłuż ulicy w stronę budowy Sacré-Coeur, któ­rej rusz­to­wa­nia sta­no­wiły dra­ma­tyczny akcent na tle nieba. Gdy prze­cho­dził obok jed­nego z obra­zów, zauwa­żył jed­nak coś zupeł­nie innego.

Malarz był przy­stoj­nym męż­czy­zną w wieku trzy­dzie­stu kilku lat, z fajką i nie­wielką ciemną bródką. Miał dwie szta­lugi, które stały obok sie­bie. Na jed­nej wsparty był szki­cow­nik, a na dru­giej zagrun­to­wane płótno, na któ­rym dopiero powsta­wał szkic. Tho­mas zatrzy­mał się i patrzył.

- Prze­pra­szam bar­dzo - zapy­tał uprzej­mie. - Czy to nie jest dwo­rzec Saint-Lazare?

- Ow­szem - odparł z miłym uśmie­chem malarz. - Szkic, który zro­bi­łem zeszłej zimy. To wpraw­dzie pej­zaż zimowy, ale mia­łem dziś ochotę nad nim popra­co­wać. - Wzru­szył ramio­nami. - Przy­jem­nie posie­dzieć sobie na słońcu.

- W zeszłym roku tam pra­co­wa­łem - powie­dział Tho­mas, przy­glą­da­jąc się szki­cowi. - Widzę tory, parę bucha­jącą z pocią­gów. Dokład­nie tak to wygląda.

- Dzię­kuję.

- Ale czemu maluje pan dwo­rzec?

- A czemu nie? Monet nama­lo­wał kilka obra­zów dworca Saint-Lazare.

- Czy jest pan więc tak zwa­nym impre­sjo­ni­stą?

- Może mnie pan tak nazy­wać. - Arty­sta się uśmiech­nął. - Ten ter­min był począt­kowo obraź­liwy. Nikt wła­ści­wie nie wie, co ozna­cza. Połowa mala­rzy, któ­rych tak nazy­wają, wcale o sobie nie mówi w ten spo­sób.

- Mieszka pan tutaj?

- Prze­waż­nie. Miesz­ka­łem w Holan­dii, w Rot­ter­da­mie. Może jesz­cze tam wrócę.

- Jak pan się nazywa?

- Nor­bert Goeneutte.

- Zna pan mon­sieur Reno­ira?

- Bar­dzo dobrze. Byłem nawet jego mode­lem.

- Ja nazy­wam się Tho­mas Gascon. Jestem stąd. Pra­cuję jako mon­ter. Budo­wa­łem Sta­tuę Wol­no­ści.

Podali sobie ręce. Tho­mas na­dal przy­glą­dał się rysun­kowi.

- Wciąż nie mogę uwie­rzyć, że nama­lo­wał pan sta­cję kole­jową.

- A pan uważa, że arty­ści powinni malo­wać bogów i bogi­nie w pięk­nych wło­skich kra­jo­bra­zach?

- Nie wiem.

- Wiele osób tego wła­śnie ocze­kuje. Lecz ja, Monet i wielu innych pró­bu­jemy malo­wać to, co nas ota­cza. To, co naprawdę widzimy wokół sie­bie.

- Ale sta­cja kole­jowa nie jest piękna...

- Czy zna pan jakichś pisa­rzy?

- Byłem na pogrze­bie Wik­tora Hugo.

- Ja też. Jak to się stało, żeśmy się nie spo­tkali? - Malarz zamilkł na chwilę. - Hugo był z pew­no­ścią wiel­kim czło­wie­kiem, ale ja wolę innego pisa­rza tego poko­le­nia - Bal­zaca. Pró­bo­wał oddać rze­czy­wi­stość dokład­nie taką, jaką widział. Od naj­bo­gat­szych ary­sto­kra­tów po bie­da­ków na ulicy i wszyst­kie kobiety i męż­czyzn po dro­dze, praw­ni­ków, skle­pi­ka­rzy, pro­sty­tutki, żebra­ków. Nazy­wamy to reali­zmem. To wła­śnie pró­bują robić nie­któ­rzy tak zwani impre­sjo­ni­ści. Renoir malo­wał ludzi z Moulin de la Galette. Ja maluję różne rze­czy, w tym i kolej. Co to wła­ści­wie zna­czy "piękno"? Dla mnie linia kole­jowa jest piękna. Nie żyjemy w świe­cie nimf, fau­nów ani bogów z mito­lo­gii. Żyjemy w świe­cie kolei, sil­ni­ków paro­wych i żela­znych mostów. Wszystko to jest nowe i eks­cy­tu­jące. To wielka przy­goda. Duch naszych cza­sów. - Uśmiech­nął się do Tho­masa. - Ty, przy­ja­cielu, buduj mosty, a ja je będę malo­wał.

Tho­mas przy­glą­dał mu się. Nikt jesz­cze nie mówił do niego w ten spo­sób. Zro­zu­miał wszystko. Ten malarz ma rację. Kolej i żela­zne mosty stały się sym­bo­lem epoki. On, zwy­kły robot­nik, powi­nien mieć w tym swój udział. A naj­więk­sza żela­zna kon­struk­cja w histo­rii miał sta­nąć wła­śnie tu, w Paryżu.

- Będę budo­wał wieżę mon­sieur Eif­fela - oświad­czył nagle.

Nor­bert Goeneutte patrzył przez chwilę w zamy­śle­niu na swoje płótno, a potem pod­niósł wzrok i powie­dział:

- Gra­tu­luję, przy­ja­cielu, to wspa­niała przy­goda.

Była środa, pierw­szy czerwca. Luc zdzi­wił się, gdy Tho­mas uparł się, by poszedł z nim rano do sklepu madame Michel, ale zgo­dził się towa­rzy­szyć bratu. Dopiero gdy zna­leźli się w poło­wie Mont­ma­tre'u, Tho­mas zdra­dził mu swój plan.

- Chyba postra­da­łeś zmy­sły - zaopo­no­wał Luc. - Co na to powie matka? A ojciec?

- I tak mam zamiar to zro­bić.

Tho­mas cze­kał na zewnątrz, pod­czas gdy Luc prze­szedł przez plac Cli­chy do sklepu wdowy i powie­dział:

- Mój brat jest dzi­siaj chory. Pro­sił, żebym panią zawia­do­mił i prze­pro­sił.

Madame bar­dzo się zmar­twiła i pozwo­liła mu odejść dopiero, gdy zapew­nił ją, że bratu nic poważ­nego nie jest, że to tylko nie­dy­spo­zy­cja żołąd­kowa i następ­nego dnia z pew­no­ścią pojawi się w pracy.

Ponad godzinę szli do warsz­ta­tów Eif­fela w pół­nocno-zachod­niej dziel­nicy pod­miej­skiej Leval­lois-Per­ret. Na miej­scu zastali gorącz­kową krzą­ta­ninę. Szkie­let olbrzy­miej wieży miał powstać z cztero-, pię­cio­me­tro­wych kawał­ków poukła­da­nych już w wiel­kie sterty gotowe do trans­portu z warsz­ta­tów na plac budowy. Ponad stu mon­te­rów brało udział w tej skom­pli­ko­wa­nej ope­ra­cji. Gdy Tho­mas zapy­tał o mon­sieur Eif­fela, powie­dziano mu, że dziś jest na Polu Mar­so­wym.

Bra­cia wyru­szyli więc znów w długą drogę, tym razem na połu­dnie, minęli Łuk Trium­falny i w końcu około jede­na­stej dotarli do mostu Jeny i weszli na budowę.

Fun­da­menty były już na ukoń­cze­niu. Wyglą­dały jak cztery olbrzy­mie łoża dział gotowe wystrze­lić na cztery strony świata. Na środku tej ogrom­nej plat­formy inży­nie­ro­wie i inni dżen­tel­meni zebrali się wokół jed­nego czło­wieka, który wyglą­dał jak gene­rał ze swoim szta­bem.

- To on - powie­dział Tho­mas. - To jest mon­sieur Eif­fel. - Nabrał powie­trza w płuca. - Chodźmy.

Eif­fel pogrą­żony był w roz­mo­wie, cze­kali więc opo­dal, aż skoń­czy. Grupa roze­szła się dopiero po pół godzi­nie, a Eif­fel z dwoma tylko towa­rzy­szami ruszył w stronę rzeki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki