Paryskie pasaże - Krzysztof Rutkowski

Kup ebooka

33.00 zł
22.87 zł (22,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Sto pięćdzie­siąt lat temu działy się w Paryżu rze­czy niesłycha­ne. Na ko­lej­ny nu­mer "Le Jo­ur­nal des Débats" Fran­cu­zi cze­ka­li z napięciem prze­chodzącym w drżenie. Po­szczególne nu­mery pożycza­no so­bie na pół go­dzi­ny za 10 sous, czy­li za dzi­siej­sze 150 franków. Lud czy­hał na ko­lej­ne od­cin­ki Ta­jem­nic Paryża równie za­pal­czy­wie, jak Po­la­cy na ko­lej­ny od­ci­nek Dy­na­stii, a Żydzi na Me­sja­sza.

Ta­jem­ni­ce Paryża uka­zy­wały się re­gu­lar­nie od 19 czerw­ca 1842 roku do 15 paździer­ni­ka 1843 roku. Ich au­tor ob­ja­wił nie­by­wałą zręczność w dwóch dzie­dzi­nach jed­no­cześnie: w pi­sa­niu i w wy­zy­ski­wa­niu możliwości stwa­rza­nych przez go­spo­darkę ryn­kową.

Dzięki nie­mu wy­obraźnią Fran­cuzów zawładnęły po­dej­rza­ne typy, a ge­nial­ny re­kin pra­so­wy, Emi­le de Gi­rar­din, twórca pierw­sze­go we Fran­cji kon­cer­nu ga­ze­to­we­go, sprze­dającego prasę dosłownie za grosz, zbił for­tunę. Zresztą Eu­ge­niu­szo­wi Sue też zaczęło się po­wo­dzić nie naj­go­rzej.

Gwo­li spra­wie­dli­wości spieszę wyjaśnić, że Emi­le de Gi­rar­din wpadł nie tyl­ko na Eu­ge­niu­sza Sue, ale również na ge­nial­ny po­mysł. Zaczął za­miesz­czać ma­so­wo w swych ga­ze­tach re­kla­my. Oczy­wiście za pie­niądze. Na początku lat czter­dzie­stych zeszłego stu­le­cia Gi­rar­din mógł so­bie po­zwo­lić na obniżenie ceny po­je­dyn­cze­go nu­me­ru ga­ze­ty pod tytułem "La Pres­se" o połowę, po­nie­waż za­ro­bił na płat­nych ogłosze­niach ówcze­snych 150 tysięcy franków, czy­li - uwa­ga: po­nad 45 mi­lionów dzi­siej­szych franków. Gi­rar­din miał pie­niądze i am­bi­cje. Nakłady swo­ich ga­zet zwiększył wie­lo­krot­nie, wymyślając ga­zetową po­wieść w od­cin­kach.

Za­pro­po­no­wał współpracę Wik­to­ro­wi Hugo, Fry­de­ry­ko­wi So­ulié, Alek­san­dro­wi Du­mas oraz Eu­ge­niu­szo­wi Sue, który spraw­dził się naj­le­piej.

One­go cza­su cały Paryż przeżywał ta­jem­ni­ce, ob­ja­wio­ne piórem Eu­ge­niu­sza Sue. Mi­ni­stro­wie i pa­ro­wie króle­stwa, gry­zet­ki i ad­wo­ka­ci, po­li­cjan­ci i złodzie­je, pie­ka­rze i rzeźnicy, "mu­ra­rze, tka­cze, me­ta­low­cy i młodzież - patrz! Dziewczęta, chłopcy" rzu­ca­li się na "Le Jo­ur­nal des Débats" jak koty na spyrkę. Na kier­ma­szach, tar­gach i za ro­gat­ka­mi miast wędrow­ne tru­py od­gry­wały pan­to­mi­my według naj­now­szych od­cinków Ta­jem­nic.

Jak grzy­by po desz­czu wy­rosły Ta­jem­ni­ce Ber­li­na albo inne Ta­jem­ni­ce Mo­na­chium. Tyl­ko w sa­mych Niem­czech na­li­czo­no w roku 1844 aż trzy­dzieści sześć różnych gru­bych wer­sji roz­ma­itych Ta­jem­nic.

Jeśli zda­rzyło się, że "Le Jo­ur­nal des Débats" nie wy­dru­ko­wał przez je­den dzień Ta­jem­nic Paryża, do re­dak­cji napływały na­tych­miast tysiące rozżalo­nych listów, w których au­to­rzy gro­zi­li, że jeśli jesz­cze raz to się przy­tra­fi, to pod­palą lo­kal re­dak­cji. Inni wy­pi­sy­wa­li w li­stach dal­szy ciąg po­wieści. Wy­star­czy przej­rzeć w Bi­blio­te­ce Hi­sto­rycz­nej Paryża ogrom­ne pudła listów do Eu­ge­niu­sza Sue, by zdać so­bie sprawę z roz­miarów re­wo­lu­cji wywołanej przez po­wieść ga­ze­tową.

Potęga fik­cji czy­niła cuda. Pe­wien ksiądz otwo­rzył w de­par­ta­men­cie In­dre sie­ro­ci­niec, po­nie­waż sie­ro­ci­niec otwo­rzył na kar­tach po­wieści w od­cin­kach je­den z jej głównych bo­ha­terów - Ru­dolf.

Pew­na dama, Fan­ny De­no­ix z Be­au­va­is, na­pi­sała dla Eu­ge­niu­sza Sue po­emat, w którym wniosła, między in­ny­mi, następującą prośbę:

Świat cały, o Eu­ge­niu­szu, na cię li­czy,

Za­mień ból swój i tro­ski w słodki bi­czyk,

Uderz nim w swe dzieło i za­gnaj nas, gdzie trze­ba.

Do pie­kieł z tobą pójdziem, albo i do nie­ba.

Ogrod­nik z Jar­din des Plan­tes w Paryżu wy­ho­do­wał spe­cjal­nie dwie nowe od­mia­ny róż. Na­zwał je "Fleur-de-Ma­rie" i "Ri­go­let­te" na cześć bo­ha­te­rek Ta­jem­nic Paryża i błagał au­to­ra o łaska­we ze­zwo­le­nie na różane chrzci­ny.

W dzi­siej­szych, po­zio­mych cza­sach mój przy­ja­ciel tyl­ko kota na­zwał imie­niem Ale­xis.

2.

W pierw­szej połowie XIX wie­ku Paryż był mia­stem nie­sa­mo­wi­cie cia­snym, ciem­nym, brud­nym, błotnym i cuchnącym jak mar­twa ostry­ga. Umyślnych, którzy roz­no­si­li bi­le­ci­ki od ka­wa­lerów do ko­cha­nek i vice Wer­sal - słusznie prze­to na­zwa­no "cie­ko­skocz­ka­mi".

Paryż za pa­no­wa­nia Lu­dwi­ka XVI - i długo później - przy­po­mi­nał gi­gan­tycz­ne gno­jo­wi­sko z po­wo­du ob­fi­tości koni, krów i nie­ro­ga­ci­zny in­tra mu­ros. Lu­dwik Se­ba­stian Mer­cier, który w dwu­na­stu to­mach opi­sał mia­sto z de­ta­la­mi, nie za­po­mniał o zwy­cza­jach właści­cie­li pałaców, którzy roz­ka­zy­wa­li służbie - pod­czas słabo­wa­nia chle­bo­dawców, najczęściej z prze­pi­cia - roz­rzu­ca­nie gno­ju przed bra­ma­mi po uli­cy, żeby cier­piących mniej drażnił tur­kot prze­jeżdżających ka­roc. Uli­ca zmie­niała się tym spo­so­bem w nie­wy­mowną klo­akę, "a prze­cho­dzień bro­dzić mu­siał w płyn­nym i cuchnącym gno­ju po ko­la­na".

Mer­cier nie cier­piał Châte­let jako naj­bar­dziej smro­dli­we­go miej­sca na świe­cie. Tu kra­my, tar­go­wi­ska ugi­nały się od bru­du w sąsiedz­twie kost­ni­cy, wyłożonej war­stwo­wo to­piel­ca­mi z Se­kwa­ny. Châte­let prze­ci­nała Pied-de-Bo­euf, czy­li uli­ca Wo­lo­ko­pyt­na, wpa­dająca w zaułki wąskie, kręte i spływała krwią zwierząt, na wpół skrzepłą, na wpół płynną. "Trze­ba tu wstrzy­my­wać od­dech i prze­my­kać żwawo, bo cuch w tych duszących zaułkach ude­rza prze­chod­nia bez par­do­nu".

Po­nie­waż Mer­cier tak ape­tycz­nie opi­sał pa­ry­skie uli­ce, niech więc jesz­cze opo­wie nam o pa­ry­skich bra­mach: "Bra­my wjaz­do­we o tyle są nie­wy­god­ne, że wszy­scy prze­chodzący zra­szają je ob­fi­cie i wra­cając do domu często spo­tkasz u sie­bie, u podnóża schodów, szczającego, co choć w oczy ci pa­trzy, to lać nie prze­sta­je". Każdy tu­ry­sta zwie­dzający Paryż łacno za­uważy, jak głęboko mury świątyń i pałaców przeżarła wie­ko­wa ury­na.

Se­ba­stian Mer­cier skreślił fi­zjo­lo­gicz­ne ob­ra­zy z na­tu­ry w ostat­nich dzie­sięcio­le­ciach XVIII wie­ku. W pięćdzie­siąt lat później Paryż nie wyglądał schlud­niej i wca­le przy­jem­niej­szych nie wy­dzie­lał woni. Fan­ny Trol­lo­pe, wy­twor­na an­giel­ska podróżnicz­ka, skarżyła się, że w mieście, w którym wszyst­ko, co wi­dzial­ne, zo­stało zmie­nio­ne we wdzięczną ozdobę, w którym skle­py i ka­wiar­nie przy­po­mi­nają pałace z baj­ki, w którym na pla­cach tar­go­wych wznie­sio­no fon­tan­ny, gdzie naj­piękniej­sze naja­dy z roz­koszą zażyłyby kąpie­li, w którym ko­bie­ty zdają się tak de­li­kat­ne, jak­by nie całkiem z tego świa­ta, a mężczyźni tak dbają o apa­rycję i tak są ostrożni, że nie po­zwolą, by naj­mniej­szy po­dmuch wia­tru zmie­nił układ loku, "tym bar­dziej ude­rzają nas wszędzie i rażą wi­do­ki i wo­nie, których nie śmiem opi­sać (...). Z po­wo­du nie­dbałości lub bie­dy władz miej­skich słodycz pa­ry­skie­go życia w znacz­nym stop­niu sta­je się trująca, cho­ciaż władze po­win­ny naj­wy­twor­niej­sze­mu w świe­cie to­wa­rzy­stwu oszczędzić przy­krości z po­wo­du ciągłych za­machów na zmysł powo­nienia (...)".

Paryż li­czył w roku 1846 mi­lion miesz­kańców, w tym 200 tysięcy dzie­ci i 110 tysięcy starców. 650 tysięcy paryżan nie płaciło po­dat­ku z po­wo­du nędzy. Po­wieści Bal­za­ka i Sten­dha­la opi­sują tyl­ko nie­wielką, cienką - jak bie­da zup­ka - warstwę pa­ry­skie­go społeczeństwa.

W roku 1836 pra­wo głosu przysługi­wało tyl­ko mężczy­znom płacącym po­nad 200 franków rocz­ne­go po­dat­ku. Ta­kich bo­ga­czy na­li­czo­no w Paryżu 11 tysięcy i sto. Bier­ne pra­wo wy­bor­cze przysługi­wało zaś tyl­ko oso­bom płacącym co naj­mniej 500 franków rocz­ne­go po­dat­ku. Zna­lazło się ich aż czte­ry tysiące dzie­więćset.

Z ołówkiem w ręku da się po­ra­cho­wać, że tyl­ko około pięć pro­cent paryżan (łącznie z ro­dzi­na­mi) wy­pad­nie za­li­czyć do gru­py osób zamożnych. Do tego do­daj­my ze 160 tysięcy ad­wo­katów, no­ta­riu­szy, sędziów, urzędników i na­uczy­cie­li i jesz­cze ze stu­ty­sięczną grupę skle­pi­ka­rzy, han­dla­rzy i rze­mieślników, którym po­wo­dziło się - jak wie­my cho­ciażby z lek­tu­ry Bal­za­ka - bar­dzo roz­ma­icie, ale przyj­mij­my, że nie przy­mie­ra­li głodem.

I pod­licz­my: 50 tysięcy paryżan żyło so­bie w luk­su­sie lub w do­stat­ku, 250 tysięcy wiązało jakoś ko­niec z końcem, a 700 tysięcy kle­pało biedę z żałosnym dud­nie­niem pośród nie­po­wta­rzal­nych za­pachów po obu stro­nach Se­kwa­ny.

Wy­znam szcze­rze, że do ra­cho­wa­nia zmu­sił mnie fran­cu­ski zna­jo­my, który po­sta­no­wił wy­emi­gro­wać do Pol­ski z po­wodów eko­no­micz­nych na wieść, że w kra­ju tym lu­dzie wy­stają w noc­nych ko­lej­kach po sa­mo­cho­dy. Do­szedł do wnio­sku, że to Paryż jest cho­rym człowie­kiem Eu­ro­py, Kraków zaś jej sto­licą. Nie za­prze­czyłem, bom pa­trio­ta. Więc gdy przy­staję na pla­cu Châte­let, to chwy­tam w noz­drza wiatr od wscho­du.

3.

Prze­chod­niu, za­nim pogrążysz się w la­bi­ryn­cie uli­czek Le Ma­ra­is, po których snują się turyści za­ja­dający buły wypełnio­ne wołowiną, czer­woną ka­pustą, pa­pryką, sałatą i so­sem, czy­li tak zwa­ne "fa­la­fe­le" - buły w kształcie ma­ci­cy, uchodzące za żydow­ski przy­smak lu­do­wy, naj­pierw spójrz na la­tar­nię przy sta­cji me­tra Sa­int-Paul.

Tak, na zwykłą pa­ryską la­tar­nię. Na wy­so­kości oczu uj­rzysz kawałek tek­tu­ry przy­mo­co­wa­ny do słupa kawałkiem sznur­ka. A na tek­tu­rze na­pis: "Prze­wod­nik opro­wa­dza po Le Ma­ra­is. Następny wy­marsz spod la­tar­ni o go­dzi­nie czter­na­stej". Oto bez­ro­bot­ny ama­tor po­sta­no­wił za­ro­bić kil­ka­dzie­siąt franków na życie w tych strasz­li­wych cza­sach, kie­dy się wypełniają dni i sce­na­riu­sze Mad Maxa istoczą w co­dzien­ność.

Prze­wod­nik drew­nia­nym głosem powtórzy lekcję o cza­sach wiel­kości i o zagładzie po­szczególnych pałaców Le Ma­ra­is, wzno­szo­nych dla ko­cha­nek, ko­chanków i ulu­bieńców królew­skich dwo­rzan i mi­nistrów. Słyszałem, jak z za­zdrosną lubością ama­tor-prze­wod­nik za­sy­czał, że te­raz cena jed­ne­go me­tra kwa­dra­to­we­go po­wierzch­ni miesz­kal­nej w dziel­ni­cy Le Ma­ra­is wy­no­si 29 tysięcy franków, czy­li około sześć tysięcy do­larów. Wi­działem, jak prze­wod­nik wy­mie­niając sumę, ob­li­zy­wał się słodko i przy­po­mi­nał, że jesz­cze dwa­dzieścia lat temu Le Ma­ra­is leżało w ru­inie i uzna­wa­no je po­wszech­nie za get­to dla ubo­gich skle­pi­ka­rzy i wszel­kie­go pro­le­ta­ria­tu ciała oraz du­cha.

W cza­sach Lu­te­cji, czy­li w okre­sie przełamy­wa­nia się sta­rożytności w śre­dnio­wie­cze, roz­ciągało się tu praw­dzi­we ba­gno, z którego wy­sta­wały tyl­ko nie­licz­ne wy­sep­ki, na­zwa­ne później imio­na­mi Sa­int-Ge­rva­is, Sa­int-Mer­ri i Sa­int-Mar­tin. Bar­dziej na północ - wyłaniały się z ba­gna pagórki Bel­le­vil­le'u i Cha­ron­ne.

W początkach XIII stu­le­cia ba­gna pomału osu­sza­no, za­mie­niając je na pola upraw­ne, a później na ogro­dy. Ale jeżeli zakłada się ogro­dy, to zna­czy, że wokół nich roz­kwi­tają opac­twa lub wa­row­nie ry­cer­skich za­konów.

W XIII wie­ku naj­potężniejszą twierdzę w Le Ma­ra­is, z basz­ta­mi, mu­ra­mi obron­ny­mi, ze zwo­dzo­nym mo­stem i szczękami bla­nek, wznieśli tem­pla­riu­sze w oko­li­cach dzi­siej­sze­go pla­cu Re­pu­bli­ki. W twier­dzy tem­pla­riu­szy mieściło się do czte­rech tysięcy luda. Na południe od murów osie­dliła się ko­lo­nia Żydów. W XIV wie­ku Fi­lip Au­gust kazał wzno­sić nowe for­ty­fi­ka­cje, a Ka­rol V ota­czać mu­rem te­ren po obu stro­nach twier­dzy tem­pla­riu­szy. W ten sposób po­wstała dziel­ni­ca Paryża, zwa­na odtąd Ba­gnem.

W ciągu kil­ku dzie­sięcio­le­ci XIV wie­ku w Le Ma­ra­is wy­rosły aż dwie nowe sie­dzi­by królew­skie. Pałac Sa­int-Paul, położony pomiędzy ulicą Świętego An­to­nie­go i Se­kwaną, który do dnia dzi­siej­sze­go nie prze­trwał, oraz Hôtel des To­ur­nel­les, którego bu­dowę ukończo­no w roku 1417. Już go nie ma, za­miast pałacu z przy­tu­lo­nych do sie­bie dwor­skich pa­wi­lonów wyrósł czwo­rokątny plac Wo­gezów.

Bo sko­ro królew­ski ma­je­stat kazał bu­do­wać pałace i pa­wi­lo­ny w Le Ma­ra­is, to dwo­ra­cy nuże, za nim, haj­da, na cy­pocz­kach. I dla­te­go główny rach­mistrz dwo­ru, Oli­vier de Clis­son, wy­bu­do­wał rychło pałac najeżony wieżycz­ka­mi, który stoi cały i zdro­wy przy rue des Ar­chi­ves - i jak na­zwa uli­cy wska­zu­je, mieści w swych wnętrzach część ar­chiwów państwo­wych.

Nie­co da­lej kazał sta­wiać so­bie pałac główny po­bor­ca po­datków Lu­dwi­ka XII, nie­ja­ki Jean Héro­uet. Zresztą jego pałac stoi do dzi­siaj przy zbie­gu ulic Vie­il­le-du-Tem­ple i uli­cy Francs-Bo­ur­ge­ois, szczerząc w nie­bo przy­le­pioną do ozdob­nej ścia­ny wieżyczkę, rzeźbioną podłużnie w mo­ty­wy roślin­ne. Wieżycz­ka nie do­ty­ka zie­mi, lecz klei się do muru jak huba do pnia drze­wa i dla­te­go przy­po­mi­na bar­dziej po­cisk niż dzieło sztu­ki mu­ra­tor­skiej.

Król Hen­ryk IV wpadł na dwa po­mysły, które win­ny prze­mie­nić Le Ma­ra­is w raj ar­chi­tek­to­nicz­ny. Po pierw­sze, kazał su­szyć resztkę za­tru­wających dziel­nicę ba­gien. Po dru­gie, po­sta­no­wił wy­bu­do­wać półokrągły plac z ko­lum­nadą w oko­li­cach dzi­siej­sze­go bul­wa­ru Fil­les-du-Ca­lva­ire. Plac miał nosić imię pla­cu Fran­cji, ale na szczęście do jego bu­do­wy nie doszło. Cho­ciaż do dzi­siaj uli­ce, które miały pro­wa­dzić do pla­cu, noszą na­zwy po­szczególnych re­gionów króle­stwa.

Po­nad­to Hen­ryk IV wymyślił plac Królew­ski, później na­zwa­ny pla­cem Wo­gezów, Pla­ce des Vo­ges, naj­piękniej­szy w Eu­ro­pie kwa­dra­to­wy podwórzec z fran­cu­skim ogro­dem w środ­ku, ani nie za dużym, ani nie za małym, z okna­mi we­nec­ki­mi pa­wi­lonów, z pod­cie­nia­mi, ze stro­mizną dachów i przy­tul­nym swoj­skim ściśnięciem, jak­byś na­gle tra­fił, prze­chod­niu, na wiej­skie obejście, w którym cha­ta tuli się do chle­wa, a chlew do sto­doły i łacno spo­strzeżesz, że to wiej­skie obejście albo też ry­nek w Dro­ho­by­czu wi­dzia­ny w do­brym śnie, że dom­ki tu z baj­ki, a ścia­ny z mar­ce­pa­nu.

Wokół pla­cu Wo­gezów zaczęły wy­ra­stać ko­lej­ne pałace ary­sto­kratów, prześci­gające się wy­kwint­nością sty­lu, od­wagą ry­sun­ku, pro­por­cja­mi. I ty­pową dla bar­dzo bo­ga­tych Fran­cuzów mi­no­de­rią, teściową skąpstwa. Wszyst­kie piękności po­upy­cha­li bo­wiem właści­cie­le za wy­so­kim mu­rem i do­mknęli ciężką bramą.

W Le Ma­ra­is ogar­nie cię, prze­chod­niu, prze­rażenie: mury i mury, wro­ta i wro­ta. Czy­sta skry­tość. Za nimi do­pie­ro raj­skie ogro­dy, cu­dow­ne przejścia, fon­tan­ny i za­po­wiedź ziem­skich roz­ko­szy. Tyl­ko plac Wo­gezów po­zo­sta­je otwar­ty, choć za­mknięty w kwa­drat. Ota­cza cię gościn­nie i po­zwa­la po­dzi­wiać wdzięki ni­czym strip­ti­zer­ka. I tyle, na nic in­ne­go nie po­zwo­li. Do pałaco­wych wnętrz wstęp wzbro­nio­ny. W sa­lo­nach na pla­cu Wo­gezów i w pałacach po­cho­wa­nych w Le Ma­ra­is kwitło życie świa­to­we i to­wa­rzy­skie, li­te­rac­kie i te­atral­ne. Gwar­no bywało w ba­wial­niach i w ga­bi­ne­tach oso­bli­wości. Stroj­ne damy i cni ka­wa­le­ro­wie dys­ku­to­wa­li o no­wych dra­ma­tach pana Ra­ci­ne'a i uda­nym występie Mo­lie­ro­wej tru­py.

Na początku XVII wie­ku osiadły w Le Ma­ra­is wsze­la­kie za­ko­ny: ka­pu­cy­ni, córki kal­wa­ryj­skie, je­zu­ici, zgro­ma­dze­nie Świętej Elżbie­ty. Je­zu­ici założyli ko­le­gia dla bo­ga­tych synów z wyższych sfer.

W początkach XVIII stu­le­cia życie to­wa­rzy­skie i ar­ty­stycz­ne Paryża zaczęło się prze­no­sić w stronę Przed­mieścia Świętego Ger­ma­na oraz Przed­mieścia Świętego Ho­no­riu­sza. Co praw­da, w XVIII wie­ku po­wsta­wały jesz­cze w Le Ma­ra­is wspa­niałe pałace, cho­ciażby Hôtel de So­ubi­se, ale nad Ba­gnem za­wisła mgła królew­skiej niełaski. Pod ko­niec XX wie­ku Le Ma­ra­is wróciło do łask. Tu­rystów, karcz­ma­rzy, mniej­szości sek­su­al­nych i spe­ku­lantów nie­ru­cho­mościa­mi.

4.

Już w roku 1793 Kon­went zwołał ko­misję ar­tystów, którzy opra­co­wa­li pro­jekt prze­bu­do­wy Paryża: prze­bi­cia no­wych ar­te­rii ko­mu­ni­ka­cyj­nych, naj­le­piej przez do­pie­ro co skon­fi­sko­wa­ne nie­ru­cho­mości ary­sto­kratów.

Lek­tu­ra ra­por­tu ko­mi­sji ar­tystów po­wo­du­je, że włosy dęba stają na głowie: "Ko­mi­sja za­po­znała się ze sta­nem mia­sta Paryża w ogólności i uznała, że nade wszyst­ko układ ulic i traktów jest bezładny i bez­myślny, nie­wy­god­ny dla han­dlu oraz dla ru­chu, że wszędy bra­ku­je placów i pu­blicz­nych tar­go­wisk, że na­brzeża se­kwańskie są za­pcha­ne i nie­drożne, mno­gość uli­czek wąskich a krętych spra­wia, że z tru­dem po nich po­wie­trze prze­la­tu­je, a po­miesz­cze­nia w owych zaułkach tak po­nisz­czo­ne są i trud­ne, że żałość bie­rze, a człowie­czy ro­zum pod­po­wia­da, że win­no się nory owe daw­no już zrównać z zie­mią". Re­wo­lu­cyj­na ko­mi­sja ar­tystów przy­go­to­wała pro­jekt po­pra­wy losu paryżan, który na­tu­ral­nie tra­fił do ko­sza, ni­czym głowy wrogów wol­ności ści­na­ne na pu­blicz­nych pla­cach.

Na­po­le­on I po­sta­no­wił zająć się mia­stem, ale nie star­czyło mu ani cza­su, ani pie­niędzy. Owszem, za czasów Na­po­le­ona udało się prze­bić kil­ka większych ulic, po­wstał frag­ment uli­cy Ri­vo­li, ko­lum­na z fon­tanną dla uczcze­nia chwa­leb­nej kam­pa­nii w Egip­cie. Ko­lum­na stoi do dzi­siaj na pla­cu Châte­let i lud na­zy­wa ją "pa­lemką".

Na­po­le­on kazał też ściąć wzgórze Cha­il­lot, by na tak utwo­rzo­nym pla­cu Gwiaz­dy po­sta­wić wiel­ki Łuk Trium­fal­ny. Łuk w końcu wzgórze okra­czył, ale Na­po­le­on Łuku nie do­cze­kał. I jesz­cze kazał Na­po­le­on zbu­do­wać fa­sadę pałacu Bur­bonów, gdzie się mieści Zgro­ma­dze­nie Na­ro­do­we, na wzór fa­sady kościoła Świętej Mag­da­le­ny, a to dla za­cho­wa­nia pełni sy­me­trii, której oś prze­biegła przez Pola Eli­zej­skie i Tu­ile­ries.

Jak wyglądał Paryż w cza­sach pierw­sze­go ce­sar­stwa? Wy­obraźmy so­bie nie­wiel­kie mia­stecz­ko, składające się z sześciu wewnętrznych dziel­nic, oto­czo­ne mu­rem Fer­miers-Généraux, wy­sa­dza­ne ro­gat­ka­mi w sty­lu ba­bi­lońskim, które jesz­cze do dzi­siaj sterczą przy pla­cu d'En­fer.

Oto Paryż w mi­nia­tu­rze, który ury­wał się na północy przy dzi­siej­szych wiel­kich bul­wa­rach, czy­li w po­bliżu Ope­ry Gar­nier - wte­dy oczy­wiście jesz­cze nie zbu­do­wa­nej. Na za­cho­dzie kończył przy pla­cu Con­cor­de, a wznoszące się da­lej ku La­sko­wi Bulońskie­mu Pola Eli­zej­skie prze­cho­dziły nie­po­strzeżenie z par­ku w dzi­kie pra­wie chasz­cze, w które po zmro­ku le­piej się było nie za­pusz­czać. Na południu gra­ni­ce mia­sta wy­zna­czał Pałac Luk­sem­bur­ski, którego ogro­dy wta­piały się łagod­nie w pola ob­sia­ne zbożem roz­ma­item i kar­to­fla­mi. Na wscho­dzie mia­sto kończyło się za pla­cem Ba­sty­lii. I już.

Przed­mieścia roz­ciągały się wzdłuż gościńców sze­re­giem kośla­wych bud, wśród których przy­cupnęły karcz­my, zwa­ne gin­ge­ta­mi. Po­nie­waż gin­ge­ty znaj­do­wały się już poza ba­rierą ro­ga­tek i poza zasięgiem myta - więc ściągał do nich pa­ry­ski lu­dek, żeby napić się ta­niej niż w mieście. Stąd na przykład na­zwa uli­cy de La Gaîté, czy­li uli­cy Ucie­chy. Dziś znaj­du­je się ona w środ­ku mia­sta - w po­bliżu Mont­par­nas­se. W la­tach trzy­dzie­stych ubiegłego stu­le­cia była jeno pod­miej­skim gościńcem.

Przy ro­gat­kach mięto­si­li się rze­mieślni­cy z tak zwa­ny­mi ba­rierówka­mi, kosz­tującymi za mia­stem - po­dob­nie jak wino - zde­cy­do­wa­nie ta­niej.

One­go cza­su Paryż, z którego Na­po­le­on chciał uczy­nić sto­licę świa­ta, wyglądał jak za­nie­dba­ny fol­wark, składający się z masy ru­der, ob­si­ka­nych pałaców oraz kil­ku­na­stu go­tyc­kich kościołów od­zna­czających się pew­ny­mi war­tościa­mi ar­chi­tek­to­nicz­ny­mi.

Gra­ni­ce mia­sta wy­zna­cza­ne były nadal przez gra­ni­ce majątków ziem­skich, bo pałace zbu­do­wa­ne w XVII stu­le­ciu wy­rosły wszak po win­ni­cach i w sa­dach: pałac In­wa­lidów, Tu­ile­ries, Luk­sem­burg, Szkoła Woj­sko­wa - to prze­cież gi­gan­tycz­ne wiej­skie re­zy­den­cje szla­chec­kie z pre­ten­sja­mi.

A naród napływał do Paryża i napływał. Za­gnieżdżał się w naj­uboższych i naj­gor­szych sta­rych kwar­tałach: na wy­spie La Cité, w po­bliżu dzi­siej­sze­go Cen­tre Pom­pi­dou, koło Ra­tu­sza, w po­bliżu pla­cu Mau­bert, czy­li w Dziel­ni­cy Łacińskiej. Tam gdzie dzi­siaj naj­drożej. Dzi­siaj, bo wte­dy roz­siadło się w ser­cu mia­sta praw­dzi­we piekło. Wa­run­ki życia pa­no­wały tu naj­zu­pełniej zwierzęce.

Mniej więcej na początku lat czter­dzie­stych XIX wie­ku, pod wpływem ciśnie­nia lud­ności napływo­wej, obie wy­spy na Se­kwa­nie wypełniły się po brze­gi i Dziel­ni­ca Łacińska poczęła pękać w szwach. Od roku 1840 Paryż zaczął wy­le­wać się ku północy, ku wzgórzom Mont­mar­tre i wsi Bel­le­vil­le.

W cza­sach Re­stau­ra­cji pa­ry­skie uli­ce były tak samo brud­ne, cuchnące i błotne, jak w cza­sach An­cien Régime'u. Wspo­mi­na­ny już Lu­dwik Se­ba­stian Mer­cier - au­tor między in­ny­mi słyn­nych Scen pa­ry­skich, pu­bli­ko­wa­nych jesz­cze przed Re­wo­lucją Fran­cuską i ze­bra­nych w dwu­na­stu aż to­mach - wyjaśniał przy­czy­ny za­mia­ny Paryża w sta­jenkę Au­gia­sza następująco: "Brak chod­ników czy­ni wszyst­kie uli­ce wiel­ce ry­zy­kow­ny­mi. Jeśli woźnica roz­je­dzie was na środ­ku dro­gi, to ko­mi­sarz po­li­cji za­cznie spraw­dzać, czy po­zba­wiło was żywo­ta koło małe-przed­nie, czy duże-tyl­ne. Po­nie­waż woźnica od­po­wia­da tyl­ko i wyłącznie za małe koło, sko­ro więc wy­zio­nie­cie du­cha pod dużym, wa­sza ro­dzi­na nie otrzy­ma naj­mniej­sze­go od­szko­do­wa­nia".

Od roku 1823 władze miej­skie na­ka­zy­wały właści­cie­lom kładze­nie chod­ników przed świeżo bu­do­wa­ny­mi ka­mie­ni­ca­mi, ale jesz­cze w roku 1847 bar­dzo wie­le ulic przy­po­mi­nało grzęza­wi­ska. Na­po­le­on kazał bru­ko­wać uli­ce. Bruk oka­zał się jed­nak luk­su­sem rzad­kim i zgub­nym, po­nie­waż Fan­ny Trol­lo­pe, praw­dzi­wa lady i nie­zmor­do­wa­na podróżnicz­ka, skarżyła się w to­mie Paryż i paryżanie w roku 1835: "Prze­sad­ne hałasy w Paryżu biorą się albo z nierówne­go bru­ku, albo z wa­dli­wej bu­do­wy kół i re­sorów, a by­wają tak sil­ne i upo­rczy­we, iż zda­je się je wywoływać de­mon udręczy­ciel". A bru­dy strasz­li­we na uli­cach, a wszędzie wa­lające się nie­czy­stości! Mer­cier pisał ze zgrozą: "Wart­kie i sze­ro­kie po­to­ki dzielą nie­kie­dy pa­ry­skie uli­ce na dwo­je tak sku­tecz­nie, że przejście na drugą stronę sta­je się nie­możliwe. Po naj­lich­szej na­wet ule­wie trze­ba prze­rzu­cać chy­bo­tli­we kładki. (...) Pokłady błota, śli­skie bru­ki, tłuste osie po­wozów, ileż przeszkód do po­ko­na­nia! Oto jakiś prze­cho­dzień zma­ga się z żywiołem. Na każdym rogu ulic woła czyści­cie­la, by skro­bał mu trze­wi­ki ob­le­pio­ne od­cho­da­mi. Ja­kim cu­dem udało mu się prze­drzeć przez to naj­brud­niej­sze w świe­cie mia­sto aż tu­taj?"

W środ­ku mia­sta roz­siadły się rzeźnie: "Krew płynie uli­ca­mi, krzep­nie u stóp i wa­sze trze­wi­ki stają się czer­wo­ne".

Nie­da­le­ko daw­nej ro­gat­ki Sa­int-Mar­tin przy­cupnęła uli­ca de la Plan­che-Mi­bray. Jej na­zwa od­da­je esencję ówcze­snej pa­ry­skości: słowo la plan­che ozna­cza bo­wiem deskę prze­rzu­caną przez bryję, czy­li przez la bray. Uli­ca de la Plan­che-Mi­bray zniknęła po prze­bi­ciu bul­wa­ru Se­wa­sto­pol­skie­go, czy­li do­pie­ro w połowie XIX stu­le­cia.

5.

W roku 1840 nad pla­nem Paryża po­chy­li­li się urzędni­cy królew­scy Lu­dwi­ka Fi­li­pa. Po raz pierw­szy ode­zwały się głosy za prze­nie­sie­niem sto­li­cy Fran­cji gdzie in­dziej, po­nie­waż Paryż stał się mia­stem strasz­li­wie zabałaga­nio­nym ar­chi­tek­to­nicz­nie, ko­mu­ni­ka­cyj­nie, sa­ni­tar­nie. Praw­dzi­wy Ba­bi­lon. Ist­na So­do­ma. Paryż prze­rażał. Paryż był cho­rym człowie­kiem Eu­ro­py. Więc w ra­dzie miej­skiej La­nqu­etin spie­rał się z Ram­bu­te­au, czy po­zo­sta­wie­nie sto­li­cy w Paryżu jest dla na­ro­du ko­rzyst­ne, czy też szko­dli­we. Czas na­glił. Mnożyły się bun­ty pa­ry­skich nędzników. Wy­bu­chały je­den po dru­gim. W roku 1834 woj­sko zma­sa­kro­wało miesz­kańców uli­cy Trans­no­na­in. W roku 1839 bie­do­ta z uli­cy Bo­urg-l'Abbé, pro­wa­dzo­na przez Bla­nqu­ie­go i Barb?sa, złupiła skład bro­ni i wal­czyła z woj­skiem na uli­cy Gre­ne­ta. Nędza miesz­kająca w no­rach Paryża bul­go­tała bez­u­stan­nie. Lu­dwi­ka Fi­li­pa sta­ra­no się po­zba­wić życia sześcio­krot­nie.

W cza­sach mo­nar­chii lip­co­wej prze­bu­dową mia­sta zajęła się pre­fek­tu­ra de­par­ta­men­tu Se­kwa­ny. Ram­bu­te­au kazał prze­bi­jać kil­ka no­wych ulic, wier­cić nowe fon­tan­ny ze względów sa­ni­tar­nych, umac­niać na­brzeża. Nowy pre­fekt po­sta­wił też dwa mo­sty. Ram­bu­te­au prze­bił w la­tach 1838-1843 nową ulicę, noszącą do dziś jego imię.

Uli­ca za­dzi­wiała z kil­ku po­wodów. Po pierw­sze - sze­ro­kością. Roz­ciągała się w po­przek na trzy­naście metrów. Po dru­gie - od­wagą de­cy­zji po­dej­mo­wa­nych w cza­sie jej kon­stru­owa­nia. Po raz pierw­szy w dzie­jach mia­sta ka­za­no wy­bu­rzać sta­re ru­de­ry, za­miesz­ka­ne przez nędza­rzy brud­nych, złych i nie­bez­piecz­nych. Po raz pierw­szy wy­bu­rzo­no sta­re bu­dyn­ki, by prze­bić ar­te­rię ko­mu­ni­ka­cyjną łączącą sku­tecz­niej i wy­god­niej plac Ba­sty­lii z ha­la­mi, a do­pie­ro później, po obu stro­nach trak­tu, wznie­sio­no nowe ka­mie­ni­ce. Bu­do­wa pierw­szej względnie no­wo­cze­snej ar­te­rii ko­mu­ni­ka­cyjnej w Paryżu przez hra­bie­go Clau­de'a Phi­li­ber­ta Bar­te­lot de Ram­bu­te­au za­po­wia­dała nieśmiało wiel­kie prze­wie­trza­nie mia­sta przez ba­ro­na Haus­sman­na w cza­sach dru­giego ce­sar­stwa.

Władze miej­skie, za­nie­po­ko­jo­ne puch­nięciem Paryża i nie­kon­tro­lo­wa­nym przypływem lud­ności, utwo­rzyły spe­cjalną Ko­misję Mi­gra­cyjną pod kie­row­nic­twem Ja­cqu­es'a Se­ra­fi­na La­nqu­eti­na, który miał sprawę zba­dać i za­pro­po­no­wać sku­tecz­ne me­to­dy za­ra­dze­nia złu. La­nqu­etin opra­co­wał ra­port, którego pierw­sza część, wy­da­na w kwiet­niu 1840 roku, pro­po­no­wała roz­wiąza­nie ra­dy­kal­ne: żeby napływ i przepływ lud­ności przez Paryż zmniej­szył się wi­do­mie, należy usunąć z cen­trum mia­sta pa­ry­skie hale. Do zbu­rze­nia hal doszło do­pie­ro pod ko­niec siódme­go dzie­sięcio­le­cia XX wie­ku.

La­nqu­etin za­uważył, że trzy spośród ówcze­snych dwu­na­stu dziel­nic Paryża, to zna­czy kwar­tał pomiędzy pla­cem Zgo­dy i Chaussée-d'An­tin, tworzą cen­trum no­wo­cze­sne, za­bu­do­wa­ne so­lid­ny­mi ka­mie­ni­ca­mi. Dziel­nicę za­miesz­ki­wa­li lu­dzie sta­tecz­ni i zamożni. Dziel­nica rozłożona pomiędzy ha­la­mi, Ban­kiem Fran­cji i Tu­ile­ries wy­ma­gała szyb­kiej prze­bu­do­wy, oczysz­cze­nia i prze­bi­cia no­wych ulic, po­nie­waż sta­re są kręte i na­zbyt wąskie: czai się na nich występek i zbrod­nia. Prze­bu­do­wa po­pra­wiła za­tem hi­gienę i bez­pie­czeństwo w całym mieście. Ob­szar pomiędzy ulicą Lom­bar­dową, ro­gatką Świętego Dio­ni­ze­go, ulicą Mon­tor­gu­eil i ulicą Świątyni - to kwar­tał fa­bry­czek, warsz­tatów i ma­nu­fak­tur, dziel­nica tętniąca życiem i po­kry­ta bru­dem. Tak zo­stało do dzi­siaj.

Oko­li­ce uli­cy Świętego An­to­nie­go i dziel­ni­ca Le Ma­ra­is zo­stały opi­sa­ne w ra­por­cie La­nqu­eti­na jako po­dej­rza­ne, z wyjątkiem kil­ku po­siadłości na Ba­gnie, za­miesz­ka­nych przez bo­ga­tych i zdzi­wa­czałych ary­sto­kratów, którzy cu­dem oca­le­li przed nożem gi­lo­ty­ny.

Oko­li­ce ra­tu­sza oraz obie wy­spy - Świętego Lu­dwi­ka i La Cité - na­pa­wały La­nqu­eti­na praw­dzi­wym prze­rażeniem, po­dob­nie zresztą jak Dziel­ni­ca Łacińska, którą uznał za te­ren po­nu­ry, mar­twy, cho­ciaż za­miesz­ka­ny przez stu­dentów. Nędzą stra­szyły też oko­li­ce Ogro­du Luk­sem­bur­skie­go, Ob­ser­wa­to­rium, uli­ca Świętego Ja­ku­ba, czy­li całe oto­cze­nie Sor­bo­ny i Coll?ge de Fran­ce.

Miesz­kańców pla­cu Mau­bert, La­nqu­etin opi­sy­wał jako ostat­nich nędzników, nie­bez­piecz­nych złoczyńców, którzy "za majątek cały mają pryczę ro­ba­czywą albo zgoła tyl­ko sno­pek słomy rzu­co­ny na wstrętne kle­pi­sko".

Prze­paść pomiędzy rive gau­che i rive dro­ite powiększyła się do tego stop­nia, że należało ko­niecz­nie coś zro­bić. La­nqu­etin za­pro­po­no­wał, oprócz zrówna­nia pa­ry­skich hal z zie­mią, prze­su­nięcie cen­trum Paryża w stronę kościoła Świętej Mag­da­le­ny, znie­sie­nie myta na pa­ry­skich mo­stach.

Wik­tor Hugo ubo­le­wał nad upad­kiem rive gau­che i ronił łzy nad smut­nym lo­sem te­atru Odéon: "Odéon za­wsze świe­ci pust­ka­mi. To nie wina dy­rek­to­ra, to nie wina ak­torów, to nie wina ar­tystów, to po pro­stu wina Odéonu. Dziw­na rzecz - po­wie ktoś - na le­wym brze­gu Se­kwa­ny znaj­du­je się je­den je­dy­ny te­atr dla połowy Paryża i gro­zi mu rychły upa­dek. Tak się dzie­je dla­te­go, że po tej stro­nie Paryża nie ma Paryża. Paryż odpłynął na drugą stronę Se­kwa­ny albo w stronę Pa­la­is-Roy­al, w stronę Tu­ile­ries, albo Sa­int-Ger­ma­in. Czy za­tem dzi­wić się wy­pa­da, że rive gau­che wy­su­sza się jak pu­sty­nia, że przy­po­mi­na co­raz bar­dziej Teby lub Pom­peję. Czy można się dzi­wić, że w tej części Paryża po­zo­stał tyl­ko dom dla głucho­nie­mych, przy­tułek dla ślepców, In­sty­tut Fran­cu­ski, In­wa­li­dzi, Sor­bo­na i Coll?ge de Fran­ce?"

Czy można się za­tem dzi­wić Se­we­ry­no­wi Gosz­czyńskie­mu, że w swym Dzien­ni­ku Spra­wy Bożej na­pi­sał, iż An­drzej To­wiański za­wie­sił z Ada­mem Mic­kie­wi­czem ob­raz - kopię Mat­ki Bo­skiej Ostro­bram­skiej sporządzoną przez Wańko­wi­cza, którą To­wiański przy­wiózł z sobą z An­tosz­wińców do Paryża - w koście­le Świętego Se­we­ry­na, to zna­czy w świątyni znaj­dującej się w naj­uboższej dziel­ni­cy Paryża, bo pol­scy emi­gran­ci to wszak nędzni­cy nad nędzni­ka­mi. U Świętego Se­we­ry­na, czy­li obok Nôtre-Dame.

6.

Zgęszcze­nie lud­ności, stężenie bru­du oraz wsze­la­kie­go plu­ga­stwa osiągnęło w nie­pięknych dziel­ni­cach Paryża taki sto­pień, że na­wet miesz­kańcy no­wych lub bo­ga­tych części mia­sta zaczęli się nie­po­koić. W końcu wszy­scy pili wodę z jed­nych źródeł i wszy­scy mo­gli wy­je­chać - w wy­ni­ku ko­lej­nej epi­de­mii - no­ga­mi do przo­du na jed­nym wózku.

W roku 1850 spra­wa rychłego i porządne­go re­mon­tu Paryża sta­wała się bar­dzo, ale to bar­dzo pil­na. Sie­dzi­by ad­mi­ni­stra­cji państwo­wej znaj­do­wały się w miej­scach za­grożonych, pośród mo­rza nędzy. Należało więc, nie tyl­ko z tro­ski o lud, nie tyl­ko ze względów es­te­tycz­nych, ale nade wszyst­ko dla nieświętego spo­ko­ju opra­co­wać plan wy­bu­rze­nia ru­der, prze­bi­cia wiel­kich bul­warów. Dla wy­go­dy, ale też dla bez­pie­czeństwa. A poza tym wiel­kie bu­do­wy pu­blicz­ne za­wsze tworzą nowe miej­sca pra­cy. Pro­gram przebu­do­wy Paryża stwa­rzał nowe per­spek­ty­wy, ale też wywoływał nie­pokój.

Bo wiel­kie bu­do­wy przy­ciągną mu­ra­torów i rze­mieślników spo­za Paryża, którzy tu na pew­no zo­staną, a jak zo­staną, to na­ro­bią kłopotów. Wcześniej czy później. Może więc trze­ba po­bu­do­wać fa­bry­ki tuż pod mia­stem, żeby po­tem, jak już Paryż wy­bu­dują, mie­li ro­botę i zapłatę? Ale to też ry­zy­ko, bo ga­wiedź za­wsze się zbun­tu­je, a w Paryżu - wia­do­mo - wy­star­czy tyl­ko iskra, żeby lu­dek ru­szył na ce­sar­skich urzędników.

Na­po­le­on III działał z roz­ma­chem i miał po temu możliwości. Po pierw­sze - władzę. Po dru­gie - pie­niądze. Po trze­cie - zna­ko­mi­tych fa­chowców.

Już król epi­sjerów - Lu­dwik Fi­lip - pa­trzył z za­zdrością na Lon­dyn jako na mia­sto ze wszech miar god­ne naśla­do­wa­nia. Lon­dyn - za czasów mo­nar­chii lip­co­wej - to było mia­sto, to była sto­li­ca.

Za czasów dru­gie­go ce­sar­stwa fala an­glo­ma­nii ogarnęła do­brze myślących Fra­nuzów i Na­po­le­on III po­sta­no­wił za­mie­nić nad­se­kwańskie piekło, So­domę, Go­morę i cuchnący rynsz­tok na dru­gi Lon­dyn: czy­sty, bo­ga­ty, prze­stron­ny i wy­twor­ny. Za­tem ce­sar­skie oko spoczęło na czter­dzie­stocz­te­ro­let­nim Je­rzym Eu­ge­niu­szu Haus­sman­nie, przyszłym ba­ro­nie ce­sar­stwa, 23 czerw­ca 1853 roku mia­no­wa­nym pre­fek­tem de­par­ta­men­tu Se­kwa­ny.

Haus­smann otrzy­mał potężne upraw­nie­nia, ale też ro­bo­ta cze­kała go nie lada. Przez dwa­naście lat ciężkiej pra­cy Haus­smann mógł li­czyć na łaskę ce­sa­rza, cho­ciaż - jak to bywa w ta­kich ra­zach - inni za­zdrośni urzędni­cy ce­sar­scy rzu­ca­li mu tak zwa­ne kłody pod nogi, które prze­ska­ki­wał bez wdzięku, ale sku­tecz­nie, cho­ciaż nig­dy nie otrzy­mał teki mi­ni­stra, a o mi­ni­stro­wa­niu ma­rzył po no­cach. Pre­fek­turę opuścił w roku 1870, tuż przed klęską Fran­cji i ko­muną, z cze­go wy­ni­ka, że uro­dził się pod szczęśliwą gwiazdą.

Haus­smann uwiel­biał długie i pro­ste bul­wa­ry, cenił sy­me­trię bu­dynków roz­sta­wio­nych jak kar­ne pułki po obu stro­nach uli­cy i mi­strzow­sko rzeźbił per­spek­tywę za po­mocą dachów ka­mie­nic. Współpra­co­wał z naj­lep­szy­mi inżynie­ra­mi tam­tych czasów: Al­phand i Ba­ril­let-De­schamps zaj­mo­wa­li się kształtami miej­skich parków i ogrodów. Bel­grand za­pro­jek­to­wał sys­tem ka­na­li­za­cyj­ny i akwe­duk­ty, Da­vio­ux roz­sta­wiał posągi i często mo­de­lo­wał fa­sa­dy.

Cała eki­pa Haus­sman­na ceniła od­kry­cia Pa­steu­ra, więc otwie­rała drogę słonecz­nym pro­mie­niom, za­bi­jającym za­raz­ki, roz­bi­jała zaułki, bo czy­ste po­wie­trze wy­ga­nia za­razę z mia­sta. Dzięki Pa­steu­ro­wi wi­ceh­ra­bia Me­lun wydał na prośbę Haus­sman­na na­kaz obo­wiązko­we­go wy­bu­rza­nia ru­der, a de­kret z 25 mar­ca 1852 roku zobo­wiązywał radców miej­skich do opra­co­wy­wa­nia i wy­wie­sza­nia w każdej bra­mie re­gu­la­minów zdro­wia i hi­gie­ny. Władze za­bra­niały przede wszyst­kim od­da­wa­nia w bra­mach mo­czu i kału, wo­mi­to­wa­nia, wy­le­wa­nia za­war­tości noc­ników i wsze­la­kich ury­nałów przez okno. Na­ka­zy­wały zaś tępie­nie szczurów.

Bo­gat­si paryżanie myśleli o wy­go­dzie. Po­ja­wiły się pierw­sze kuch­nie węglo­we, z potężnymi żeliw­ny­mi pa­le­ni­ska­mi i fa­jer­ka­mi. Zaczęto je in­sta­lo­wać w cza­sach mo­nar­chii lip­co­wej, bo oka­zały się znacz­nie bar­dziej sku­tecz­ne i znacz­nie wy­god­niej­sze niż rusz­ty usta­wia­ne do­tych­czas w ko­min­kach. A poza tym na kuch­niach szyb­ciej go­to­wała się woda. Ogrze­wa­nie pa­ro­we, zna­ne z czasów rzym­skich i po­le­gające na wdmu­chi­wa­niu ciepłego po­wie­trza przez sys­tem rur lub kanałów, zwa­ny hi­po­kau­stycz­nym, po raz pierw­szy za­sto­so­wa­no we Fran­cji w roku 1750 w pałacu Cra­on. Skutków pa­ro­wego ogrze­wa­nia do­znałem na własnej skórze w małym dom­ku pod Lyonem, w połowie lat osiem­dzie­siątych. Kie­dy rury sys­tematycznie wdmu­chi­wały roz­grza­ne i nasiąknięte pyłem po­wie­trze, na­tych­miast do­stałem kasz­lu, bi­cia ser­ca, a po dwóch dniach za­padłem na ciężką an­ginę.

Albo gaz świetl­ny, który od czasów Lu­dwi­ka Fi­li­pa zaczęto wy­zy­ski­wać do wy­do­by­wa­nia z ciem­ności pa­ry­skich ulic oraz wnętrz. La­tar­nie ga­zo­we - szczególnie wewnętrzne - wpłynęły na kształt haus­sman­now­skich ka­mie­nic, bo dzięki nim można było ka­mie­nice po­gru­biać, wy­ty­czać ciem­ne za­ka­mar­ki, ko­ry­ta­rze i przejścia.

Poza tym cieśle zaczęli namiętnie ko­rzy­stać z gwoździ. Bar­dzo ścisły związek za­cho­dzi pomiędzy gwoździem, młotkiem i obec­nym kształtem Paryża: w cza­sach Na­po­le­ona III gwoździe zro­biły się ta­nie. Cieśle nie mu­sie­li spa­jać be­lek i stropów na zakładkę i na wcisk. Po­nie­waż bu­do­wa­nie na zakładkę i wcisk wy­ma­ga umiejętności, doświad­cze­nia i na­wet fan­ta­zji, a wbi­jać gwoździe młotkiem po­tra­fi byle hun­cwot, na pa­ry­skich bu­do­wach po­ja­wiły się sta­da wy­rob­ników bez wy­uczo­ne­go za­wo­du. Dla­te­go tak łatwo roz­wa­lić sta­re domy w Paryżu. Haus­sman­now­skie ka­mie­ni­ce też. Paryż łatwo ze­trzeć w proch. Ni­ko­mu to jed­nak nie wpadło do głowy.

7.

Od piętna­stu wieków ze wscho­du na zachód prze­ci­nała mia­sto oś wiodąca wzdłuż dzi­siej­szych ulic Ri­vo­li i Świętego An­to­nie­go, czy­li trakt w sta­rym ko­ry­cie Se­kwa­ny. Oś za­pchała się po upływie dwu­na­stu stu­le­ci i Na­po­le­on I po­sta­no­wił coś z ko­mu­ni­ka­cyjną nie­drożnością mia­sta począć. Kazał przedłużyć Ri­vo­li. Pociągnął ulicę do Luw­ru, ale później prze­grał wojnę i mu­siał z dal­szych planów zre­zy­gno­wać.

Na­po­le­on III za­raz po dojściu do władzy kazał prze­bić po dru­giej stro­nie Se­kwa­ny ulicę Szkolną, ale trakt oka­zał się jakoś nie­wy­raźny i nie­wy­da­rzo­ny, bo Szkol­na nig­dy nie stała się tak poważną ar­te­rią ko­mu­ni­ka­cyjną jak Ri­vo­li. Roz­po­czy­na się na­gle, by ugrząźć w gar­dle zaułka wąskie­go jak mie­siąc w no­wiu, czy­li w śre­dnio­wiecz­nej ulicz­ce Szkoły Me­dycz­nej.

Haus­smann wpadł na znacz­nie lep­szy po­mysł. Wy­ty­czył mia­no­wi­cie bul­war Sa­int-Ger­ma­in, a prawą stronę Se­kwa­ny po­zo­sta­wił w spo­ko­ju, po­nie­waż uli­cy Ri­vo­li po­sze­rzać się nie dało bez wy­bu­rze­nia Pa­la­is-Roy­al, co zresztą w roku 1909 su­ge­ro­wał am­bit­ny ar­chi­tekt Hénard.

W roku 1927 Le Cor­bu­sier wpadł na jesz­cze za­baw­niej­szy po­mysł, za­pro­po­no­wał mia­no­wi­cie, by wy­bu­rzyć do cna całe cen­trum Paryża: Pa­la­is Roy­al, Ri­vo­li, kawał Luw­ru - to zna­czy skrzydła wy­bu­do­wa­ne za Na­po­le­ona III właśnie, rze­czy­wiście wiel­kiej szpe­to­ty - i wy­ty­czyć ta­kie ar­te­rie ko­mu­ni­ka­cyj­ne, że ho, ho, ale na szczęście do re­ali­za­cji nie doszło.

Haus­smann miał pew­ne kłopo­ty z rive dro­ite. Chciał wy­bu­rzyć ary­sto­kra­tycz­ne pałace w Le Ma­ra­is, w większości porządnie znisz­czo­ne, jeśli wręcz nie zruj­no­wa­ne do imen­tu, ale - nie­ste­ty - za­miesz­ka­ne przez porządne ro­dzi­ny o zna­nych na­zwi­skach lub przejęte przez pra­co­wi­tych rze­mieślników, więc Haus­smann machnął ręką i nie wy­bu­rzył Le Ma­ra­is. Zo­sta­wił też w spo­ko­ju śre­dnio­wieczną ulicę Świętego An­to­nie­go, która łagod­nym łukiem wykręca na plac Ba­sty­lii.

Po­nie­waż Haus­smann na­po­tkał spo­re trud­ności w po­sze­rza­niu i po­pra­wia­niu ko­mu­ni­ka­cyj­nej osi wschód-zachód, po­sta­no­wił za­brać się naj­pierw za oś północ-południe. W la­tach 1855-1859 po­wstał pod jego czuj­nym okiem bul­war Sa­int-Mi­chel, czy­li bul­war Świętego Mi­chała, czy­li Bul­misz, i bul­war Se­wa­sto­pol­ski, uro­czyście otwar­ty 5 kwiet­nia 1858, dzięki któremu wiodła pro­sta dro­ga od i do dworców ko­lei żela­znej: Wschod­nie­go i Północ­ne­go.

Ale to jesz­cze nic. Haus­smann zda­wał so­bie świet­nie sprawę, że jed­na wiel­ka krzyżówka w Paryżu nie wy­star­czy. Więc wy­ty­czył i prze­bił dru­gi krąg, na ówcze­snych pe­ry­fe­riach Paryża, czy­li kazał prze­bić bul­war Port-Roy­al, Sa­int-Mar­cel, bul­war Wol­te­ra: "Dru­gi krąg łączy mia­sto ze wszyst­kich stron, by przy­bliżyć przed­mieścia do środ­ka Paryża" - pisał Emil Zola w szki­cu za­ty­tułowa­nym Pa­tro­chy.

Skut­ki tego przed­sięwzięcia nie za­chwy­ciły. Owszem, Dwo­rzec Wschod­ni zgrab­nie połączył się z Dwor­cem Północ­nym, a z dwor­ca Au­ster­litz porządna pro­wa­dziła dro­ga do dwor­ca Mont­par­nas­se, ale co z tego, kie­dy dwo­rzec Świętego Łaza­rza nadal po­zo­sta­wał na ubo­czu i do­je­chać na przykład z Au­ster­litz na dwo­rzec Sa­int-La­za­re to jesz­cze dzi­siaj wiel­ka sztu­ka, a dwo­rzec d'Or­say całko­wi­cie leżał na ubo­czu. W ogóle pa­ry­skie dwor­ce po­roz­rzu­ca­ne są po mieście jak bu­tel­ki po pi­wie po krza­kach nad Wisłą.

Haus­smann do­szedł do wnio­sku, że jeśli nie zbu­du­je w Paryżu sys­te­mu wo­do­ciągów i kanałów od­pro­wa­dzających ście­ki, to mia­sto się za­du­si w ciągu kil­ku lat. Więc zbu­do­wał 272 ki­lo­me­try wo­do­ciągów i po­nad 600 ki­lo­metrów kanałów od­pro­wa­dzających nie­czy­stości. Co praw­da, wprost do Se­kwa­ny wpa­dały, brudząc nie­co rzekę, ale bez Haus­smanna Paryża w ogóle by już nie było. Zasługa jego tym większa, że Na­po­le­on III in­te­re­so­wał się tyl­ko tym, co ster­czało nad zie­mią. Wo­do­ciągi i kanały ob­cho­dziły go znacz­nie mniej.

Haus­smann pamiętał też do­sko­na­le, że każdy umrzeć musi i że trze­ba go gdzieś za­ko­pać. Cia­sne cmen­ta­rze w obrębie Paryża nie wy­star­czały. Pro­po­no­wał za­tem wy­ty­cze­nie pięciu­se­thek­ta­ro­we­go cmen­ta­rza w miej­so­wości Mery-sur-Oise. Cmen­tarz połączyłaby z Paryżem spe­cjal­na li­nia ko­le­jo­wa długości dwu­dzie­stu dwóch ki­lo­metrów. Pro­jekt upadł, bo bu­do­wa cmen­ta­rza i ko­lei żela­znej dla nie­bosz­czyków oka­zała się nie­opłacal­na.

ATGET Pasaż Grand-Cerf, Rue Sa­int-De­nis, 1907

Więc Haus­smann zno­wu zaczął trosz­czyć się o żywych. Drew­nia­ne budy zwa­ne ha­la­mi pa­ry­ski­mi, roz­bu­do­wa­ne za Na­po­le­ona I, kazał zbu­rzyć i w tym sa­mym miej­scu wy­sta­wił nowe hale, ar­cy­no­wo­cze­sne - jak na ówcze­sne cza­sy - kon­struk­cje, po­li­czo­ne przez inżynie­ra Bal­tar­da. Pa­wi­lo­ny z żela­za i szkła, zbu­rzo­ne do­pie­ro w la­tach sie­dem­dzie­siątych na­sze­go stu­le­cia. Jedną z pa­ry­skich hal prze­nie­sio­no pod mia­sto do No­gent-sur-Mar­ne, gdzie góruje so­bie nad pra­do­liną Mar­ny i służy za ga­le­rię, salę kon­cer­tową lub te­le­wi­zyj­ne stu­dio.

Na­po­le­on III bór w oko­li­cach Bo­ulo­gne nad Se­kwaną za­mie­nił na La­sek Buloński - miej­sce świątecz­nych spa­cerów dla ele­ganc­kie­go to­wa­rzy­stwa. Na wscho­dzie Paryża te same funk­cje dla ga­wie­dzi pełnił La­sek Vin­ceński, ale żądni zy­sku ka­mie­nicz­ni­cy i spe­ku­lan­ci nad­gry­za­li Bois de Vin­cennes aż skur­czył się on do dzi­siej­szych wy­miarów wiel­kie­go par­ku pociętego uli­ca­mi. Na południu wyrósł park Mont­so­uris, a na północ­nym wscho­dzie park But­tes-Chau­mont, w którym w ame­ry­kańskim sty­lu ułożono z gruzów po ro­ze­bra­nych ru­de­rach sztucz­ne skały, ka­nio­ny i roz­pa­dli­ny. A po­nad­to Haus­smann wy­cze­sał Ogród Luk­sem­bur­ski i nadał mu dzi­siej­szy kształt, choć też sporą jego część roz­prze­dał ka­mie­nicz­ni­kom.

Haus­smann stwo­rzył Paryż. Z prochów.