Ale dlaczego trzeba zawsze zaczynać od początku?... Nie, ja zacznę opowiadać od końca.
Tego popołudnia zadzwonił telefon - ostry dźwięk, obcy w moim cichym mieszkaniu. Łagodny głos zapytał:
- Pani Dora Maar?
- Tak - powiedziałam zaciekawiona.
- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. Dostałem pani numer od Marcela Fleissa. Dzwonię, bo bardzo chciałbym kupić obraz.
Wiedziałam, o co mu chodziło, ale oznajmiłam niewinnie:
- Pracuję właśnie nad cyklem pejzaży. A może chce pan obejrzeć moje fotografie?
Zapadła cisza. Czekałam na jakąś reakcję, tak jak i mężczyzna po drugiej stronie. Żeby jednak urozmaicić sobie ten czas milczenia, oglądałam podarunki od Picassa - jego obrazy i rzeźby: ptasią i zwierzęcą menażerię z blachy, gipsu, papieru i drewna; przypadkowe rozbryzgi farby na ścianie, które paroma drapnięciami ołówka przekształcił w pająki i żuki tak pełne życia, że goście nabierali się na to złudzenie. Nie umiał przestać tworzyć. Umarł przed dwoma laty, a ja nadal nie przyjmowałam tego do wiadomości. Wolałam myśleć, że wybrał się na wycieczkę; że jest, tylko gdzie indziej.
W końcu mężczyzna przerwał milczenie.
- Obawiam się, że zaszło nieporozumienie. Chodzi mi o Picassa, nie o Dorę Maar, a dokładniej o którąś Płaczącą kobietę. - Odkaszlnął. - Czy to nie pani jest jego "płaczącą kobietą"? Dzięki pani powstały jego najlepsze dzieła.
Zaiskrzył we mnie gniew. Uznałam, że nie dostanie tego obrazu. Jednak faktem było, że aby przeżyć, od czasu do czasu musiałam sprzedać jakiegoś Picassa. A że pieniądze mi się kończyły, poszłam ze sobą na kompromis.
- Nie mam obrazu na sprzedaż - oznajmiłam - ale mogę panu zaproponować szkice mojej postaci jako ptaka i portret wykonany kredkami - niezwykle uderzający i unikatowy.
Usłyszałam głośne wciągnięcie powietrza.
- Naprawdę nic więcej pani nie ma? Nie o to mi chodziło.
- Naprawdę - oświadczyłam twardo.
Jeszcze przez chwilę odbijaliśmy piłeczkę, aż w końcu mężczyzna zgodził się mnie odwiedzić i obejrzeć szkice.
Odłożyłam słuchawkę i długo siedziałam pogrążona w myślach. To ostatni wredny numer Pabla - ten przeklęty przydomek: Płacząca kobieta. Byłam artystką, nie muzą.
Światło dnia zmieniło się w wieczorny spopielały róż, przedmioty przestawały być widoczne, moja szara pręgowana kotka przedefilowała wyniośle przez pokój, pozwalając się przelotnie pogłaskać. Wtedy dotarło do mnie, że muszę opowiedzieć swoją historię, zanim skończy się mój czas.