15 czerwca 2022 roku, godzina 4.00
Lotnisko Chopina w Warszawie
Wczesna pora wylotów samolotów czarterowych wynajmowanych przez biura
podróży bywa prawdziwą udręką dla pasażerów. Wobec konieczności wyjazdu
na lotnisko o trzeciej nad ranem często w ogóle nie warto kłaść się
spać. Z drugiej strony wylot na wakacje o takiej porze przekłada się na
prawie cały dzień do wykorzystania w miejscu docelowym, co niektórzy,
pomimo niewyspania, doceniają.
Basia Szymańska, zwana przez kolegów z Agencji Wywiadu "Baszką" -?tak
jak popularna na jej rodzinnych Kaszubach gra karciana, pół nocy nie
spała, zastanawiając się, czy zadanie, którego się podjęła, nie zakończy
się kompletnym fiaskiem, zarówno w sferze operacyjnej, jak i w konsekwencji w odniesieniu do jej znajomości z Piotrem Adamskim.
No właśnie, Piotr... -?pomyślała o mężczyźnie, do którego mocno się
zbliżyła za sprawą ich wspólnych dramatycznych przeżyć. Ale czy na czymś
takim można w ogóle budować przyszłość? To mniej więcej tak, jakby w oparciu o syndrom sztokholmski planować szczęśliwe życie rodzinne.
Śmieszne, prychnęła w duchu. Zaraz też wróciło do niej niechciane i znacznie bardziej niepokojące pytanie. Czy ludzie, którzy zamierzają
zwerbować do współpracy członka polskiego rządu, będą tak niefrasobliwi,
że pozwolą się podejść oficerom wywiadu znajdującym się na obcym
terenie, a w dodatku niedysponującym żadnym wsparciem? W sumie
zaplanowała wielką improwizację, ale czy to ma szansę się udać? Trochę
zawadiacko uznała, że skoro niedawno poradziła sobie ze ścigającymi ją
funkcjonariuszami Służby Wywiadu Zagranicznego (SWR) i Federalnej Służby
Bezpieczeństwa (FSB), i to na ich terenie, to musi dać radę Hiszpanom,
nawet jeśli działają na rzecz Rosjan. Poza tym i tak było już za późno
na tego typu wątpliwości -?za kilka godzin wyląduje na Wyspach
Kanaryjskich, a razem z nią figurant, którym ma się zająć. Ta
konstatacja sprawiła, że ostatecznie przed pierwszą zapadła w lekki sen.
Gdy po przebudzeniu z chwilowej -?jak jej się wydawało -?drzemki zaczęła
się zbierać do wyjścia, działała w tak automatyczny sposób, jakby
codziennie wstawała przed trzecią nad ranem. "Baszka" była nieodrodną
córką swoich rodziców, co oznaczało, że docierała z wyprzedzeniem na
wszelkie spotkania. Dawało jej to pewność, choć czasami złudną, że nawet
w razie niesprzyjających okoliczności jak korki czy wypadek na trasie
zawsze zdąży. Zasada ta doskonale sprawdzała się również w pracy
operacyjnej. Pojawienie się przed czasem w miejscu spotkania z agentem
dawało sporą szansę dostrzeżenia czegoś, co będzie sygnałem, że służby
przeciwnika szykują pułapkę. Oznaczało również możliwość obserwowania,
jak agent się zbliża, i wychwycenia, że ciągnie za sobą tak zwany ogon.
Choć musiała szczerze przyznać sama przed sobą, że jej zwyczaj nie
zawsze gwarantował pozytywny rezultat, co potwierdziło się w końcu
lutego w Oleniwce, w obwodzie donieckim. Przybycie znacznie przed czasem
i długotrwałe monitorowanie rodzinnego domu agenta o kryptonimie "Zadar"
nie pozwoliły na wykrycie zasadzki precyzyjnie przygotowanej przez FSB,
rosyjską służbę bezpieczeństwa.
Wystarczy tych przykrych wspomnień, uznała, otrząsając się z zamyślenia.
W końcu właśnie zaczynała długo wyczekiwane wakacje. Dzisiaj miała
podwójny wentyl bezpieczeństwa, jeśli chodzi o punktualne dotarcie na
lotnisko. Nie dość, że nie spała prawie całą noc, to jeszcze na Okęcie
odwoziła ją jej zdyscyplinowana mama. Umówiły się, że Bożena podjedzie
pod blok Basi na Ursynowie o trzeciej trzydzieści, ale oczywiście była
na dole już kwadrans po trzeciej, a "Baszka" zeszła na dół dwie minuty
później. Korzystając z tras szybkiego ruchu S2 i S79, znalazły się przed
terminalem odlotów za dwadzieścia czwarta. Zasady panujące w strefie
Kiss & Fly wymusiły krótkie pożegnanie, zwieńczone zwyczajową
matczyną prośbą: "Zadzwoń, jak tylko dolecicie".
Wchodząc do budynku, Basia naiwnie myślała, że znajdzie się w wyludnionej o tej porze hali, tymczasem tłum podróżnych zajmował
praktycznie wszystkie miejsca siedzące. Miała wrażenie, że wkroczyła w sam środek mrowiska, a ludzie krążą wokół niej w jakimś sennym widzie.
Przemaszerowała wzdłuż najbliższego rzędu siedzeń, rozglądając się
uważnie, ale nigdzie nie dostrzegła Piotra.
Usiadła na niewygodnym krzesełku w pobliżu wejścia A do hali odlotów,
wodząc wzrokiem dookoła. Wyjazd w połowie czerwca, czyli jeszcze przed
typowym sezonem, powinien być atrakcyjny dla związków bez dzieci i osób
starszych, tymczasem było tu tak dużo dzieci i młodzieży, jakby
kontrowersyjny minister edukacji i nauki w obecnym rządzie łaskawie
zdecydował o skróceniu roku szkolnego. Obserwując podróżnych, napotkała
wzrok jakiegoś mężczyzny, co specjalnie jej nie zdziwiło. Kłębiący się
wszędzie ludzie wpatrywali się z niecierpliwością w rozkład odlotów,
szukali znajomych albo po prostu najbliższej toalety. Tablica
informacyjna szczególnie zwracała uwagę, gdyż przy dziesięciu
najbliższych odlotach poza zaplanowanymi godzinami startu, portem
docelowym oraz nazwą linii lotniczej wciąż nie podano numerów stanowisk
odprawy. Dla niej to lepiej, bo wiadomo, że gdy tylko zostaną
wyświetlone te informacje, natychmiast ustawi się tam długa kolejka.
Swoim zwyczajem Basia wolała znaleźć się na jej początku.
Nudząc się coraz bardziej, zerkała na przemian na wejście A i położone
niedaleko wejście B. Głowa kręciła się jej jak światło latarni morskiej.
Była pewna, że Piotr zaraz się pojawi. Skoro nawet postrzelony przez
rosyjskiego snajpera w Mariupolu zmartwychwstał, dotarcie na Okęcie nie
powinno stanowić dla niego poważnego wyzwania. Jej niepokój budził
natomiast fakt, że nigdzie nie widziała "Ostera" z rodziną. Dobrze
zapamiętała jego twarz, a zdjęcie na wszelki wypadek miała zapisane w komórce. Według zapewnień Darka Kowalskiego z kontrwywiadu Agencji
Bezpieczeństwa Wewnętrznego figurant miał potwierdzoną rezerwację na
wyjazd z TUI oraz umówione ważne spotkania kilka dni po przylocie na
Fuerteventurę. A może odwołał wszystko wczoraj wieczorem? -?pomyślała.
Spojrzała na ścienny zegar: do odlotu pozostały ponad dwie godziny.
Wkrótce się okaże, czy jej wyjazd na Wyspy Kanaryjskie nie stanie się
wyłącznie wycieczką turystyczną. Tak naprawdę nadal było jej trochę
szkoda, że musiała zamienić wcześniej zarezerwowany wymarzony pobyt na
Dominikanie na tę wycieczkę. Ale co zrobić, służba nie drużba, jak mówi
stare porzekadło. A że z natury była optymistką -?nie zmieniły tego
nawet niedawne smutne przeżycia -?wolała myśleć, że wakacje to wakacje,
to samo słońce i ocean ten sam.
Ponownie zwróciła uwagę na dostrzeżonego wcześniej mężczyznę. Właściwie
dlaczego ją zainteresował? Może coś w jego wyglądzie przyciągnęło jej
spojrzenie? Na oko miał około pięćdziesiątki, mocno przerzedzone włosy i zupełnie zwyczajną, wręcz pospolitą twarz. Jego ubranie było
pogniecione, jakby nie zmieniał go od wielu godzin, a może nawet w nim
spał. Widziała, że patrzył w jej stronę, ale kiedy ich spojrzenia się
spotkały, szybko odwrócił wzrok, dzięki czemu mogła lepiej mu się
przyjrzeć. Już po chwili wiedziała, co jest w nim nietypowe. Po pierwsze
był sam, co w hali przylotów nie byłoby dziwne, ale tutaj jednak
stanowiło rzadkość. A po drugie nie miał żadnego bagażu. Oczywiście mógł
kogoś odprowadzać, tylko dlaczego kolejny raz patrzył właśnie na nią?
Przypadek? Gdyby była w misji za granicą, już założyłaby, że jest
obserwowana. W ojczyźnie czuła się zdecydowanie bezpieczniej, choć
wydarzenia z początku marca przekonały ją, że agenci rosyjskiej SWR mogą
prowadzić operacje także w stolicy Polski. Nie dawały jej spokoju
również wykryte przez nią w maju przypadki, kiedy jeździły za nią
zagadkowe taksówki. Wydarzenia te nie miały żadnych konsekwencji i nie
powtórzyły się w ciągu ostatniego miesiąca, co wydawało się podważać
trafność jej wcześniejszych ocen. Spokojnie, kobieto, jesteś
przeczulona, pomyślała. Lecisz na wakacje, więc przestań szukać duchów
przynajmniej do przylotu do Puerto del Rosario.
Pięć po czwartej zaczęła być zła na swojego faceta, że naraża ją na
zdenerwowanie. Nie była już taka pewna, że Piotr zdąży. Może zaspał po
prawie całodobowej podróży samochodem z Kijowa albo czegoś zapomniał,
albo nadal przemierza zaczynającą dzień Warszawę... Kiedy sięgnęła po
telefon, chcąc zweryfikować prawdziwość swoich ponurych wizji, w wejściu
A zobaczyła znajomą wysoką sylwetkę, ciągnącą dużą ciemnozieloną walizkę
na kółkach. Uniosła wysoko rękę. Piotr rozglądał się po zatłoczonej
hali. Co z ciebie za oficer wywiadu, skoro nie potrafisz mnie dostrzec?
-?pomyślała uszczypliwie. W końcu albo ją rozpoznał, albo jego uwagę
zwróciła jej wyciągnięta do góry ręka, bo uśmiechnął się i energicznie
ruszył w stronę Basi. Niepokój od razu wyparował, gdy obserwowała
zbliżającego się przystojnego młodego mężczyznę o wzroście metr
dziewięćdziesiąt i całkiem imponującej muskulaturze. Przez ostatnie trzy
miesiące nic nie stracił ze swojej samczej atrakcyjności, uznała.
-?Boże, ale tłum -?stwierdził odkrywczo, zerkając na zebranych dookoła
ludzi.
-?A może by tak "dzień dobry, najdroższa"? Albo "jak dobrze cię widzieć,
tęskniłem"? -?zaproponowała ironicznie.
Popatrzył na nią lekko zdziwiony.
-?Przecież widzieliśmy się zaledwie parę godzin temu -?odpowiedział
rzeczowo. -?I jak pamiętam, wczoraj wieczorem kilka razy mówiłem, że
tęskniłem i cały czas o tobie myślałem w Kijowie. Zresztą powtarzałem to
podczas każdej naszej rozmowy telefonicznej. Jeśli ruscy mnie
podsłuchiwali, mają już kompletną teczkę dotyczącą naszych spraw
uczuciowych. -?Puścił do niej oko, szeroko się uśmiechając. -?Ale
faktycznie: dzień dobry, Basiu. -?Ostatnie zadanie okrasił kolejnym
uśmiechem.
-?Wystarczy tego gadania. Po prostu mnie pocałuj. -?Postanowiła być
łaskawa, tym bardziej że cieszyła się z perspektywy dwutygodniowych
wymarzonych wspólnych wakacji. Choć to nie tylko wakacje, przypomniała
sobie. Jednocześnie spodobało się jej, że Piotr sam wspomniał o kwestiach uczuciowych.
Adamskiemu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Pociągnął ją za rękę,
zmuszając do wstania, złapał w objęcia i mocno pocałował w usta. Potem w męskim zapale uniósł Basię i okręcił dookoła, wzbudzając zainteresowanie
zaspanych pasażerów.
-?Chyba niektórzy nam zazdroszczą takiego powitania -?stwierdziła, choć
taka spontaniczna reakcja Piotra jej pasowała. Ona też przez ostatnie
miesiące stęskniła się za nim, za ich długimi rozmowami, jego dotykiem.
Faktycznie chciała z nim być.
Akurat zwolniło się miejsce na ławce i mogli usiąść obok siebie. Dopiero
wtedy zauważyła zasinienia i wybroczyny na jego prawej ręce.
-?Boże, co ci się stało? -?Nie dostrzegła tego podczas ich rozmowy
poprzedniego wieczoru, ale wtedy Piotr miał na sobie cienką kurtkę. -
Czemu nic nie powiedziałeś?
-?Nie chciałem cię martwić, wiadomo, jak reagują kobiety... Więc było tak:
wsiadałem w Kijowie do samochodu, jakiś szalony motocyklista przejechał
zbyt blisko, no i dostałem kierownicą w rękę. Pojechałem do szpitala,
powiedzieli, że wszystko jest w porządku, a te ślady na pewno niedługo
znikną.
-?Piotruś, mieliśmy mówić sobie wszystko. -?Basia energicznie pogroziła
mu palcem. -?Powinnam wiedzieć, co się dzieje z moim partnerem... -
przerwała, uprzytamniając sobie, że sama nie zastosowała się do tej
reguły. Musiała zmienić temat. -?A niby skąd ty masz takie doświadczenie
z kobietami, mój miły? "Wiadomo, jak reagują"? W Ukrainie mówiłeś, że
żadnych kobiet w twoim życiu dotąd nie było, tylko praca i praca.
-?Tak tylko mi się powiedziało. A poza tym jakieś kobiety były, mama,
babcie... -?Sam nie chciał ciągnąć tematu, który był zbyt blisko zdarzenia
w Kijowie, rozejrzał się więc, szukając pomysłu, jak zmienić wątek. -
Czyli lecimy? -?Popatrzył na Basię z tym swoim charakterystycznym,
słodkim uśmiechem.
Pomyślała, że ta sama radosna mina podtrzymywała ją na duchu w trudnych
chwilach przedzierania się przez front rosyjsko-ukraiński, gdy bała się,
że wpadną w łapy rosyjskich oprawców. To zamknięty rozdział, a my musimy
szybko zapomnieć o tym koszmarze, stwierdziła w duchu, choć wiedziała,
że obrazy tragedii, z którymi się zetknęli, jeszcze długo będą do nich
wracać.
-?Wyobraź sobie, że lecimy! Chociaż stanowiska odpraw na nasz odlot
jeszcze nie zostały wyznaczone. -?Odruchowo spojrzała na tablicę
informacyjną.
-?Basiu, a czy mogłabyś mi wytłumaczyć w sposób zrozumiały dla
przeciętnego faceta, dlaczego właściwie lecimy na Fuerteventurę, mimo że
jeszcze trzy tygodnie temu mieliśmy zarezerwowane wakacje na
Dominikanie?
Wróciła wzrokiem do jego uśmiechniętej twarzy. Cholernie jej się
podobał. Ale musiała być rzeczowa i na razie unikać drażliwego tematu.
-?Mój ty przeciętniaku, już ci przecież mówiłam, że bardziej przypadł mi
do gustu hotel w Playa de Jandia, przy samej plaży, w pięknym ogrodzie
palmowym, i jego cudowna okolica. A drinki w tamtejszych barach to
podobno czysta poezja. No i nie jest tak gorąco i wilgotno jak na
Dominikanie. Na Kanarach zawsze czuć przyjemną bryzę od oceanu.
-?Od dwóch miesięcy podobnie piałaś z zachwytu nad hotelem na
Dominikanie. Nie chcę być małostkowy, ale skąd ta nagła zamiana?
Dobry wykręt, aby nie kontynuować tego tematu, pojawił się jak na
zawołanie. Na tablicy wyświetliły się właśnie numery stanowisk odprawy
samolotu linii Enter Air do Puerto del Rosario.
-?O, jest sygnał do odprawy! -?ogłosiła Basia podekscytowanym głosem i wstała, ciągnąc Piotra za rękę. -?Stanowiska dwieście czternaście do
dwieście szesnaście. Idziemy, nie chcę być na końcu.
Piotr o nic już nie dopytywał. Oboje chwycili za rączki swoich walizek i ruszyli w głąb terminala.
Godzina 4.10
Salon VIP, Lotnisko Chopina w Warszawie
Kremowo-niebieska kolorystyka wnętrza salonów strefy VIP współgrała z eleganckimi obiciami wygodnych mebli i ciemnym odcieniem drewnianych
regałów na książki. O tak wczesnej porze pomieszczenia były niemal
puste, jeśli nie liczyć dwóch osób z personelu.
Wiceminister Andrzej Troicki wraz z rodziną szedł za stewardem aż do
zatoczki wyznaczonej przez dwie kanapy i kilka foteli. Syn i córka bez
wahania rzucili się na miękkie meble, szukając okazji, żeby jeszcze
chwilę podrzemać. Aż do odlotu rodzice mieli z nimi spokój, zamówili
więc po filiżance cappuccino.
-?Fajnie tak się żyje. -?Anna Troicka z zainteresowaniem rozglądała się
po wnętrzu. Była tu pierwszy raz. -?Mogę tak zawsze... -?Ziewnięcie
przeszkodziło jej w kontynuowaniu myśli, ale mąż doskonale ją rozumiał.
Oboje pochodzili z Rudnik, małej wioski w powiecie łosickim, gdzie
luksusów nie było. Dla dwustu mieszkańców nawet pobliskie Łosice ze
swoim zaludnieniem na poziomie niecałych siedmiu tysięcy osób wydawały
się metropolią, nie wspominając o jeszcze większych Siedlcach położonych
trochę dalej.
Andrzej po ogólniaku wyjechał na studia do stolicy i szybko złapał
bakcyla życia w wielkim mieście. Rodzice go finansowali, bo mieli z czego. Gdy ukończył studia z zakresu finansów i rachunkowości w Szkole
Głównej Handlowej, ojciec i matka z dumą pokazywali jego dyplom sąsiadom
w Rudnikach. Szybko znalazł pracę w jednej z największych firm
consultingowych. Wstąpił do Polskiego Stronnictwa Narodowego, ponieważ
idee nacjonalistyczne zawsze były mu bliskie. Nie zapomniał o swojej
pierwszej miłości, Annie, która chętnie zgodziła się na wspólne życie z nim i przeprowadzkę do stolicy. Urodziło im się dwoje dzieci -
czternastoletni dziś Stanisław i o cztery lata młodsza Justyna. W audycie nie zrobił oszałamiającej kariery, co nieoczekiwanie
zrekompensowało mu członkostwo w partii. Przed ostatnimi wyborami
parlamentarnymi wszedł do zarządu. PSN dołączyło do szerokiej koalicji
ugrupowań narodowych i nieoczekiwanie dla siebie samego Troicki zdobył
mandat. W sejmie się nie wyróżniał, podobnie jak pozostali trzej
członkowie partii, z którymi stworzył koło poselskie. Wkrótce został
wiceprzewodniczącym stronnictwa, co przyniosło mu korzyść, kiedy partia
rządząca zaczęła mieć problemy z większością w parlamencie.
Zorganizowała "łapankę" na potencjalnych sojuszników, która spotkała się
z pozytywną odpowiedzią PSN. Jego władze nie należały do ideowców, a stanowiska i kasa zdecydowały. Zaczęli wspierać partię rządzącą w głosowaniach. Jako wicelider stronnictwa szybko dostał propozycję
objęcia stanowiska w rządzie, którą z radością przyjął. Został
sekretarzem stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, zastępcą ministra
cyfryzacji. Był szczęśliwy i dumny, nadzorował kluczowe departamenty:
cyberbezpieczeństwa, zarządzania danymi i zarządzania systemami. Kupili
na kredyt nowe czteropokojowe mieszkanie i stali się "elitą władzy", jak
po cichu żartował z Anią. Choć tak naprawdę stanowisko ministerialne
bardzo mu imponowało, a jego żonie nawet jeszcze bardziej. Mieszkańcom
Rudnik odebrało mowę na wieść o karierze, jaką zrobił syn sąsiadów.
Dzisiaj wybierali się na wspaniale zapowiadający się urlop, który przy
okazji miał zagwarantować Troickiemu nowe osiągnięcia i -?jak oczekiwał
-?przynieść solidny zastrzyk pieniędzy, który bardzo by mu się przydał.
Nasłuchał się od aktywnych na arenie międzynarodowej kolegów, jakich
korzyści można oczekiwać ze strony majętnych organizacji pozarządowych,
zainteresowanych współpracą z ważnymi politykami z obcych krajów. W końcu pomijając satysfakcję z budowania pozycji w zagranicznych
organizacjach, kwestia spłaty kredytu pochłaniającego znaczną część jego
ministerialno-poselskich dochodów stanowiła stałą przyczynę jego
niepokoju. Kadencja obecnego sejmu kiedyś się zakończy, a on może nie
zostać ponownie wybrany. Często zadawał sobie pytanie, co wtedy? I zazwyczaj nie znajdował na nie żadnej optymistycznej odpowiedzi.
Godzina 4.30
Lotnisko Chopina w Warszawie
Samotny mężczyzna w pogniecionym ubraniu wstał z metalowej ławki i powoli ruszył za podróżnymi kierującymi się do stanowisk odprawy
samolotu odlatującego na Fuerteventurę. W znacznej odległości przed sobą
widział młodą kobietę i wysokiego mężczyznę ciągnącego od pewnej chwili
dwie walizki. Nie musiał się spieszyć -?wiedział, dokąd zmierzają, a jego zadanie nie wymagało dogonienia ich. Kiedy zobaczył długą kolejkę
do stanowisk dwieście czternaście do dwieście szesnaście, zatrzymał się
obok słupa podtrzymującego dach hali i spokojnie obserwował interesującą
go parę. Musiał tylko dopilnować, by odlecieli, a potem przekazać
informację na ten temat.
TRZY MIESIĄCE WCZEŚNIEJ
11 marca 2022 roku, godzina 11.10
Ural, prezydencki bunkier
Prezydent Federacji Rosyjskiej Władimir Putin delikatnie odstawił na
blat stolika filiżankę z porcelany miśnieńskiej. Uniósł podstawkę i z lubością spojrzał na sygnaturę na jej spodzie. Dwa skrzyżowane miecze -
element z tarczy herbowej elektorów saskich -?potwierdzały autentyczność
wyrobu. Litery FA wskazywały, że ten rzadki egzemplarz był przeznaczony
na stół polskiego monarchy Augusta III Sasa. Przynajmniej w siedemnastym
wieku mogło powstać coś ważnego i pięknego pod rządami polskiego króla,
pomyślał Putin. W dzisiejszych czasach we własnym kraju Polacy nie są w stanie nawet normalnie żyć. Uśmiechnął się złośliwie i wrócił myślami do
porcelany i Augusta. Bez udziału Rosji nawet tego władcy by nie było, w końcu to pod osłoną rosyjskiego korpusu ogłoszono go królem. Następnie
przyjął wygodną pozycję na fotelu, by kontynuować rozmowę.
-?Czy mówiłem ci, Arkadiju Wisarjonowiczu, że proces produkcji porcelany
w Miśni został odkryty podczas prac nad sztuką wytworzenia złota z metali nieszlachetnych? -?zagaił.
-?Nie, panie prezydencie.
-?Dokonał tego w tysiąc siedemset ósmym roku Ehrenfried Walther von
Tschirnhaus, choć niektórzy badacze twierdzą, że ojcem porcelany był
alchemik Johann Friedrich Böttger. W szystko jedno, faktem jest, że
pracowali wspólnie w laboratorium w zamku Albrechtsburg w Miśni. Prawda, że to czyste
piękno? -?Putin wyciągnął rękę z filiżanką w stronę swojego rozmówcy.
-?Faktycznie, okaz godny podziwu. -?Generał Arkadij Duchow pokiwał z uznaniem głową, choć o sztuce, a tym bardziej o porcelanie miśnieńskiej
nie miał bladego pojęcia. Wiedział natomiast, że Władimir Władimirowicz
uwielbia przedmioty drogie i rzadkie, a od czasu swojego pięcioletniego
pobytu w NRD, jako oficer KGB, był zakochany w porcelanie wyprodukowanej
w Miśni. Kiedyś tylko podziwiał, teraz było go stać na takie zabytki.
Miał nawet specjalnego asystenta wyszukującego unikatowe egzemplarze
porcelany pojawiające się na światowych aukcjach.
Duchow sięgnął po stojącą przed nim filiżankę. Wyglądała identycznie jak
ta, z której kawę pił prezydent, ale tajemnicą poliszynela było, że
tylko Putin pija z oryginalnych naczyń, a jego gościom podawane są
doskonale podrobione falsyfikaty. Gdyby Duchowa zapytano, w czym woli
pić kawę, świadomie wybrałby podróbkę w obawie o możliwość przypadkowego
stłuczenia zabytkowego egzemplarza i negatywne konsekwencje takiej
nieostrożności. Pomijając kwestię zastawy, był zadowolony, że prezydent
nie stosował już środków ostrożności z niedawnego okresu pandemii, gdy
wzywani do niego oficjele musieli przechodzić długą kwarantannę, a kiedy
w końcu dochodziło do spotkania z władcą, rozmówcy siedzieli w odległości około piętnastu metrów od siebie. Taka sytuacja negatywnie
wpływała na przebieg rozmów i całkowicie wykluczała nawet pozory
poufności.
Putin wrócił do podsumowania ich spotkania:
-?Arkadiju Wisarjonowiczu, omówiliśmy już najważniejsze zadania dla
ciebie i naszej ukochanej służby. -?Prezydent często starał się
podkreślać swoje nieprzerwane związki z wywiadem. Podobnie zachowywał
się już wcześniej, podczas ich rozmowy trwającej ponad dwie godziny,
która prawdopodobnie zbliżała się do wyczekiwanego przez Duchowa finału.
Tego momentu spotkania z prezydentem szczególnie się obawiał, ponieważ
Putin często na koniec zostawiał najtrudniejsze tematy. -?W obliczu
prowadzonej przez nas operacji w Ukrainie, a szczególnie zmasowanych
działań USA i innych zachodnich wywiadów, wasza praca ma ogromne
znaczenie. Służba Wywiadu Zagranicznego, nawet bardziej niż dawna KGB,
jest i musi być nienaruszalną podstawą istnienia Rosji. Wiem, że to
rozumiesz i w pełni podzielasz moje zdanie. Znamy się już ponad
czterdzieści lat, niejedne koleje losu dzieliliśmy. Dlatego postawiłem
na ciebie w roli dyrektora SWR. Jestem pewien, że nie popełnisz takich
błędów jak twoi poprzednicy. Nie zawiedź mnie.
Ostatnie zdanie, wypowiedziane z pozoru serdecznym tonem, zawierało w sobie jednoznaczną groźbę. Duchow zdawał sobie z tego sprawę, w końcu
funkcjonował w rosyjskim wywiadzie od wielu lat i widział już upadek
niejednej kariery. Szczęśliwie nie były to czasy, gdy dymisja z rządowego stanowiska oznaczała spotkanie twarzą w twarz z plutonem
egzekucyjnym, ale zemsta dyktatora w postaci odebrania emerytury i zgromadzonego majątku była perspektywą mrożącą krew w żyłach,
szczególnie gdy ukarany miał na karku sześćdziesiątkę i brak
jakichkolwiek możliwości zarobkowania. Kiedy został nieoficjalnie
powiadomiony, że prezydent wybrał go na nowego szefa wywiadu, nie
wiedział, czy ma się cieszyć, czy bardziej obawiać o swój los w razie
fiaska którejś z operacji, o co nie było tak trudno. Właściwie przyjął
stanowisko dyrektora, bo odmowa była dla niego nie mniej groźna niż
ewentualna porażka na stanowisku.
-?Władimirze Władimirowiczu, zapewniam cię, że tak jak kiedyś określano
naszą KGB, będę "tarczą i mieczem" dla was. -?Celowo nawiązał do symbolu
rozwiązanej w 1991 roku służby, licząc, że taka dumna deklaracja spodoba
się Putinowi. -?Bez wahania wykonam wszystkie powierzone mi zadania.
Martwa mina prezydenta nie pozwalała na ocenę, czy łyknął zapewnienia
nowego dyrektora wywiadu. Od jakiegoś czasu miewał takie dziwne
zachowania, jakby nagle się wyłączał. Pojawiły się nawet plotki, że to
objawy jakiegoś neurologicznego schorzenia, choć nikt nie był na tyle
odważny, aby zasugerować przywódcy badanie u specjalisty.
Duchow zaczął powoli wstawać z fotela, gdy nagle zauważył zmianę na
twarzy Putina.
-?Nie tak szybko, przyjacielu. -?Władcy albo coś się przypomniało, albo
celowo zwlekał. -?Poza ważnymi strategicznymi i taktycznymi zadaniami
jest jeszcze jedna sprawa, którą musisz dla mnie załatwić. Przyznaję, że
to wstyd, iż przywódca mocarstwa ma podobne problemy. Pamiętasz
oczywiście tę aferę, za którą poleciał twój poprzednik? -?Pytanie było
retoryczne. Nie tylko oficerowie rosyjskiego wywiadu, ale widzowie na
całym świecie mieli okazję oglądać na ekranach swoich telewizorów
kompromitację SWR, do której doszło na początku interwencji Rosji w Ukrainie. Misterna zasadzka FSB na oficerów polskiego wywiadu, mająca
dostarczyć ważnych propagandowo argumentów uzasadniających atak na
Ukrainę, zakończyła się fiaskiem i zabójstwem funkcjonariuszy tej służby
przez ludzi SWR, na czele których stał niesławnej pamięci pułkownik
Michaił Sawin. Nieudany pościg za Polakami na terenie obwodu
donieckiego, a potem w rejonach frontowych i ostatecznie w Mariupolu,
spowodował, że wywiad rosyjski stał się powszechnym pośmiewiskiem. W konsekwencji uzyskanych przez polskich szpiegów zeznań Sawina
dekonspirujących tajne działania na terenie Polski doszło do ujawnienia
rosyjskiej siatki w Warszawie. W efekcie Putin zdymisjonował całe
kierownictwo SWR, a nieszczęsny Sawin trafił do kolonii karnej na
Dalekiej Północy. Koledzy uważali, że miał wielkie szczęście, iż
zachował życie.
-?Pamiętam, choć wolałbym zapomnieć, że takie zdarzenia w ogóle miały
miejsce -?odparł Duchow.
-?Niestety, nasza służba została zhańbiona. -?Grymas ust prezydenta
podkreślił znaczenie jego wypowiedzi. -?Nie możemy pozwolić, żeby ktoś
pluł nam w twarz. My nie zapominamy takich zniewag. Nieudacznicy już
odeszli i ponieśli karę. Sprawca jest na północy i mam nadzieję, że
bardzo cierpi. Pozostaje kwestia wyrównania rachunków z Polakami. Ich
władze puszą się swoim zaangażowaniem w pomoc Ukrainie i za to też
kiedyś nam zapłacą. Ale w tej chwili myślę o tej dwójce, która
upokorzyła SWR. Szczególnie chodzi mi o tę młodą bladź.
Duchow się domyślał, czego zażąda prezydent, ale postanowił nie być zbyt
wyrywny.
-?Pamiętasz kodeks Hammurabiego? -?zapytał nieoczekiwanie Putin.
-?Nie jestem specjalistą od prawa starożytnego... -?stwierdził ostrożnie
dyrektor.
-?Nie trzeba być żadnym specjalistą! -?Irytacja pobrzmiewała w słowach i była widoczna na twarzy Władimira Władimirowicza. -?Każdy uczeń słyszał
o prawie talionu: kara powinna być równa winie. Oko za oko, ząb za ząb.
-?A, to! -?Duchow klepnął się w czoło. -?Oczywiście, że pamiętam. Każdy
to zna.
-?I właśnie o to mi chodzi -?zadeklarował spokojnie Putin. -?Czas
przypomnieć tę zasadę sobie i innym. Wina tej bladzi i jej przydupasa
jest ogromna i jednoznaczna. Za to musi ich spotkać zasłużona kara.
-?Bezdyskusyjnie, zlikwidujemy ich. Zaraz się za to zabierzemy.
-?Macie to zrobić, ale na spokojnie i po cichu. Najpierw rozpoznać
wszystkie możliwe szczegóły ich życia, przygotować operację i skutecznie
ją zrealizować. Tak jak pracuje wywiad, jak działaliśmy w naszej KGB. I macie to załatwić w taki sposób, żeby światowe media nie miały nawet
cienia podejrzenia, że to nasza robota. Wypadki często się zdarzają i trudno im zapobiec. Rozumiesz?
-?Oczywiście, Władimirze Władimirowiczu.
-?A teraz cię żegnam. Wracaj do Jasieniewa i bierz się do pracy. Czekam
na dobre informacje. I pamiętaj, oko za oko, ząb za ząb. Ta zasada
dotyczy obcych, ale odnosi się też do swoich.
21 marca 2022 roku, godzina 10.00
Warszawa, Ambasada Federacji Rosyjskiej
Jewgienij Kryłow, rezydent SWR w Warszawie, usłyszał pukanie do drzwi
swojego gabinetu. Troskliwie złożył czytany raport jednego z oficerów,
wsunął go do teczki i zawołał:
-?Proszę.
W progu stanął niepewnie pierwszy sekretarz Paweł Jakuszyn. Kryłow
wiedział, że jego podwładny jedynie pozoruje pokorę. Tak naprawdę
Jakuszyn był wyrachowanym oficerem dążącym do osiągnięcia sukcesu. Syn
wysokiego urzędnika administracji prezydenckiej, bardzo dobrze oceniany
w trakcie szkolenia wywiadowczego i z pozytywną opinią za przebieg
pierwszej pracy na placówce w Wilnie, kilka dni temu zastąpił w składzie
rezydentury Andrieja Archipowa. O nim i jego szaleńczych wyczynach
Kryłow starał się zapomnieć. Prowadząc ważnego agenta o pseudonimie
"Spring", Archipow dał się wciągnąć w pułapkę zorganizowaną przez polski
kontrwywiad wspólnie z oficerami Agencji Wywiadu Barbarą Szymańską i Piotrem Adamskim. Gdy wymawiał w myślach te nazwiska, miał ochotę
splunąć ze wstrętem, pomny tego, jak ci dwoje ujawnili działania SWR w okolicach Doniecka i kierowanej przez Kryłowa siatki w Polsce. Byli jego
osobistymi wrogami, bo to przez ich prowokację zginął "Spring", Archipow
został ranny i musiał być awaryjnie ewakuowany do Rosji, a dalsza
kariera samego Kryłowa stanęła pod dużym znakiem zapytania. Do tej
chwili nie mógł uwierzyć, że nie został karnie odwołany do centrali.
Paweł Jakuszyn brał udział w operacjach likwidacji politycznych
przeciwników Rosji oraz osób, które naraziły się kierownictwu SWR.
Rezydent podejrzewał, że te doświadczenia mogły być ważnym powodem
delegowania go do Warszawy. Przemawiał za tym również bardzo krótki
okres przygotowań Jakuszyna przed wyjazdem. Dwa tygodnie nie pozwalały
na zebranie kompletnej wiedzy -?normalnie wymagało to trzech do czterech
miesięcy. Jego ocenę potwierdzała depesza, którą dzisiaj dostał.
-?Otrzymaliśmy właśnie depeszę z centrali. Zakładam, że nie będziesz nią
zaskoczony. To bardzo ważne zadanie dla ciebie, ale też dla naszej
służby. Masz, czytaj.
Gdy Kryłow podał mu odszyfrowaną depeszę, Jakuszyn spojrzał na kartkę.
Polecamy podjąć natychmiastowe rozpracowanie figurantów "Rosa" i "Donkey" (dane szyfrem rezydenckim -?Barbara Szymańska -?"Rosa"; Piotr
Adamski -?"Donkey"). Oboje objąć ścisłą obserwacją i gromadzić wszelkie
możliwe informacje na ich temat. Zadaniem rezydentury jest wypracowanie
sytuacji pozwalającej na likwidację "R" i "D" w sposób uniemożliwiający
połączenie tego działania z naszą służbą. Oczekujemy na informacje i wnioski, dzięki którym centrala podejmie decyzję co do miejsca i sposobu
realizacji operacji. Zakładamy, że powinna się ona odbyć poza Polską,
choć w razie zaistnienia dogodnej sytuacji dopuszczamy jej
przeprowadzenie w kraju waszego urzędowania. Za prowadzenie
rozpracowania odpowiedzialny będzie "Chart". Rezydent oraz pozostali
oficerowie powinni udzielić mu wszelkiej pomocy. Sprawę należy traktować
jako priorytetową.
Pierwszy sekretarz odłożył dokument na biurko. Uniósł głowę, patrząc na
przełożonego. "Chart" był pseudonimem właśnie Pawła Jakuszyna. Kryłow
nie miał zamiaru zaakceptować roli pomocnika względem młodszego oficera.
Nawet jeżeli w rezultacie miałby ponieść konsekwencje ze strony
kierownictwa SWR.
-?Jeżeli uczestniczyłeś w jakichś ustaleniach w Jasieniewie, to chcę,
żebyś mnie o nich natychmiast poinformował. A wszystko, co będziesz
robił w tej sprawie, masz szczegółowo uzgadniać ze mną. Słucham. -?Wbił
wzrok w twarz podwładnego.
-?Towarzyszu pułkowniku, tuż przed moim wyjazdem do Polski zostałem
wezwany do szefa Zarządu Kontrwywiadu Zagranicznego. Otrzymałem całość
materiałów zgromadzonych w związku ze sprawą przeciwko obojgu polskim
szpiegom: szczegółowe raporty Federalnej Służby Bezpieczeństwa oraz
relacje z działań pułkownika Michaiła Sawina i towarzyszących mu
funkcjonariuszy. Także wasze raporty z tego, co wydarzyło się w Warszawie. Załącznikami były zapisy relacji telewizyjnych dotyczących
działań zarówno na terenach rosyjskich, jak i w Polsce. Szef Zarządu
poinformował mnie, że eliminacja "Rosy" i "Donkeya" jest kluczowa dla
naszej służby, a moje zaangażowanie w sprawę stanowi podstawę dla
delegowania mnie do Warszawy. Miałem zapoznać się z materiałami i być
gotowy do działania na terenie Polski. Poinformowano mnie, że polecenie
dla rezydentury dopiero zostanie wysłane. I jeszcze jedno. Zostałem "po
cichu" powiadomiony, że podobno realizacją operacji jest osobiście
zainteresowany nasz prezydent. To wszystko.
-?Zrozumiałem. -?Rezydent ważył słowa. Nie wiedział, czy usłyszał całą
prawdę, ale prędzej czy później dowie się o tym. Miał zaufanych kolegów
w centrali. Postanowił udać, że wierzy w słowa Jakuszyna. -?Liczę, że
będziesz postępował zgodnie z zasadami hierarchii w rezydenturze. Jeśli
wydaje ci się, że samodzielnie możesz odnieść sukces, to jest to mrzonka
młodego oficera. Przypomnij sobie wpadkę Archipowa. Tylko w zespole
możesz zrealizować to zadanie.
-?Tak jest, panie pułkowniku. -?Powaga w głosie oficera była
jednoznaczna. Na ile grał swoją rolę wobec przełożonego, miało się
dopiero okazać.
Przynajmniej nie próbował powoływać się na korzystne dla siebie
sformułowania zawarte w depeszy, stwierdził z zadowoleniem rezydent, po
czym wyjął z sejfu teczkę z dokumentami i podał ją Pawłowi.
-?Tu masz robocze notatki swojego poprzednika Archipowa. Zwracam twoją
uwagę na możliwość korzystania z Wywiadowni Handlowej TROP, znajdującej
się w Raszynie. Jej właściciel Janusz Kruk, policjant zmuszony do
odejścia na emeryturę za pijaństwo, czego swoją drogą nie mógł wybaczyć
przełożonym, władzy i "temu gównianemu krajowi", jak często mówił,
oczywiście nie wie, kto zleca mu zadania. TROP znalazł jeden z oficerów
rezydentury występujący pod legendą biznesmena z RPA. Policjant
zaakceptował wszystkie postawione warunki poufności współpracy i o nic
nie pytał, a za swoją robotę dostaje sporą kasę. Która, jak oceniamy,
jest zazwyczaj jedynym dochodem detektywa. Mamy na niego haki, gdyby
postanowił być niegrzeczny. Wprawdzie dostaje tyle forsy, że jest na
naszej smyczy, ale nie zaszkodzi, żebyś go na wstępie jeszcze sprawdził.
-?Dziękuję za pomoc, panie pułkowniku.
-?Mam nadzieję, że nie zlecono ci dokonania zabójstw obojga Polaków? -
Kryłow uważnie obserwował reakcję "Charta".
-?Nie. I nigdy dotąd samodzielnie nie realizowałem likwidacji
figurantów. -?Paweł patrzył mu w oczy, co miało stanowić wymowną
deklarację jego szczerości. -?Uczestniczyłem w przygotowaniach do
podobnych przedsięwzięć, ale wyłącznie na etapie zbierania informacji o celach i planowaniu samych operacji.
-?Dobrze, zapoznaj się z tym, co ci dałem, i działaj. Centrala nie
wyznaczyła żadnych terminów, co moim zdaniem oznacza, że operacja ma być
przygotowana spokojnie i oczywiście perfekcyjnie. Osobiście wolałbym,
aby została przeprowadzona poza Polską, bo w przeciwnym razie czekają
nas sądne dni.
-?Ja też jestem tego zdania -?zadeklarował gorliwie Jakuszyn. -
Odmeldowuję się.
22 marca 2022 roku, godzina 11.30
Warszawa, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego
Pułkownik Józef Starewicz, naczelnik Wydziału Rosyjskiego w Departamencie Kontrwywiadu, wszedł do sekretariatu dyrektora. Na jego
widok asystentka Dorota Wiślińska uśmiechnęła się serdecznie. Wiedział,
że jego klasyczny savoir-vivre, stosowany konsekwentnie wobec
funkcjonariuszy wszystkich rang, przysparza mu sympatii. To często
bardziej ułatwiało funkcjonowanie w Agencji niż próba wyegzekwowania
swojej pozycji w hierarchii służbowej.
-?Dzień dobry, pani Doroto.
-?Dzień dobry, panie pułkowniku. Szef czeka na pana.
Zapukał i wszedł do gabinetu. Pułkownik Maksymilian Kopeć, dyrektor
Departamentu Kontrwywiadu, podniósł głowę znad przeglądanych papierów.
-?Melduję się, dyrektorze.
-?Tylko nie trzaskaj mi tu obcasami, bo od rana łeb mi pęka -?poprosił
przełożony. Zamknął teczkę z papierami i podniósł plik dokumentów
leżących po prawej stronie szerokiego blatu. -?Mam dla ciebie delikatny
temat -?zaczął, zerknąwszy na trzymane w ręku kartki. -?W sumie ciekawy
zbieg okoliczności. Dostaliśmy analizę z sekcji do spraw kontaktów i równolegle pismo od ministra koordynatora.
-?Ho, ho, to prawdziwy zaszczyt. I wszystko dla mnie?
-?Józek, nie czas na żarty. A poza tym widzisz kogoś innego w tym
pomieszczeniu? -?Kopeć sprawiał wrażenie, jakby znalazł się w niekomfortowej sytuacji. -?Materiały przejrzysz już u siebie, ale
chciałbym, żebyś miał na uwadze pewne kwestie.
-?Zamieniam się w słuch.
-?Pismo od ministra ma pozostać w twojej szafie, a ze sprawą zapoznaj
tylko wybranego oficera. Przed podjęciem jakichkolwiek czynności musisz
mnie poinformować, co i jak zamierzacie zrobić. Ja sam otrzymałem
podobne polecenie od szefa. Mamy pilnować, aby nie doszło do jakiegoś
przecieku, bo wtedy cała afera skupi się na nas.
-?Maks, a coś w ogóle możemy zrobić? Bo z tego, co mówisz, wygląda, że
zachowanie sprawy w tajemnicy jest ważniejsze niż ustalenie
czegokolwiek.
-?Nie przesadzaj. To ważne wytyczne, sam zrozumiesz po przeczytaniu
dokumentów. W skrócie: nasza wpadka może rozbić koalicję rządzącą w kraju, a przynajmniej jej zdolność do uchwalania ustaw.
-?Nie chcesz chyba powiedzieć, że mamy rozpoznawać związki z Rosjanami
któregoś z liderów partii sprawującej władzę?
Kopeć popatrzył na naczelnika z niejednoznaczną miną.
-?Jesteś blisko.
-?Ja pierdolę... -?wymamrotał Starewicz. -?Już kiedyś minister spraw
wewnętrznych oskarżył premiera, że ten był rosyjskim agentem. Co prawda
tamte zarzuty nie zostały potwierdzone, ale jeszcze długo był smród w kraju i nie tylko. Mam nadzieję, że nie przejdę do historii w roli
podobnej do współpracowników Andrzeja Milczanowskiego. Choć, jak zapewne
pamiętasz, udało mi się wspólnie z Agencją Wywiadu wyeliminować zastępcę
dyrektora Biura Departamentu Bezpieczeństwa Narodowego, wolałbym się nie
przekonywać, że nasz rząd jest naszpikowany mniej lub bardziej
świadomymi współpracownikami SWR.
-?Józek, spokojnie. -?Dyrektor podał mu teczkę z dokumentami. -?Z tego,
co tu przeczytasz, aż tak daleko idących wniosków nie można wyciągnąć,
ale sprawa jest poważna i trzeba ją zbadać. Taka nasza rola. I choć nie
mówimy o polityku z pierwszych stron gazet, to wciąż delikatny temat.
Przeanalizuj materiały i czekam na wnioski.
23 marca 2022 roku, godzina 5.00
Warszawa, ulica Miłobędzka
Wyględów leży w północno-zachodniej części warszawskiego Mokotowa.
Otoczony jest przez Stary Mokotów i Wierzbno, graniczy ze Służewcem,
Okęciem oraz częściowo z Ochotą. Miłobędzka stanowi jakby lekko
pochyloną górnym końcem w prawo oś tego obszaru. Po wybudowaniu szpitala
MSWiA ta niepozorna ulica nabrała znaczenia, gdyż przez tylną bramę
szpitala można wyjechać właśnie na Miłobędzką. Przez lata pomiędzy
szpitalem a stadionem Gwardii znajdował się jeden ważny obiekt w postaci
Biura Ochrony Rządu przemianowanego niedawno na Służbę Ochrony Państwa.
Potem vis-a-vis bramy do lecznicy MSWiA, do nowoczesnego budynku z numerem 55 z Rakowieckiej przeniósł się polski wywiad noszący od 2002
roku nazwę Agencja Wywiadu.
W założeniu osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo AW i SOP wąska ulica
pozbawiona zatoczek do parkowania miała uniemożliwiać ustawienie
jakiegokolwiek samochodu, który zagrażałby przechodzącym osobom lub
umożliwiał inwigilację samych obiektów czy ruchu ulicznego. I spełniłaby
te wymagania, gdyby nie sąsiadujący teren szpitala, gdzie od strony
Miłobędzkiej wygospodarowano duży parking. Dawniej wjazd samochodem na
ten plac wiązał się z koniecznością posiadania przepustki lub
przekonania pracownika ochrony, że przewozi się osobę chorą, która nie
jest w stanie dojść o własnych siłach do budynków szpitalnych. Od kilku
lat szpital -?ku zadowoleniu pacjentów i ich opiekunów -?postawił na
komercjalizację terenu parkingu, co w jednej chwili zniweczyło plany
ochrony siedziby Agencji Wywiadu oraz obiektu Służby Ochrony Państwa.
Teren szpitala MSWiA skąpany w porannym słońcu wyglądał tak idyllicznie,
jakby dookoła miały miejsce wyłącznie miłe zdarzenia, a ciężkie choroby
i śmierć były wręcz niewiarygodnym wymysłem. Biała toyota corolla kombi
z oznaczeniami prywatnej taksówki zatrzymała się przed szlabanem.
Automat wypluł pierwszy tego dnia bilet i uruchomił szlaban. Po jego
podniesieniu samochód wolno wjechał na teren parkingu. Zgodnie z planem
miejsce parkingowe tuż przy ogrodzeniu było jeszcze wolne, podobnie jak
ponad setka innych. Kierowca miał jednak zaparkować właśnie na tym
konkretnym. Wzdłuż ogrodzenia szpitala kilka lat temu posadzono gęsty
rząd krzewów, natomiast niewielka ich część uschła i w rezultacie tylko
z tego jednego miejsca był idealny widok na przejeżdżające Miłobędzką
samochody oraz przechodniów. Gdyby ktoś chciał obserwować także okna w budynku Agencji Wywiadu, to prawie wszystkie stanowiska w pierwszym
rzędzie dawały taką możliwość.
Kierowca toyoty nie wiedział, że już lata temu w trakcie jednej z narad
w gabinecie rezydenta wywiadu w Ambasadzie Federacji Rosyjskiej
znajdującej się w odległości niewiele ponad czterech kilometrów od
siedziby polskiego wywiadu rozważano z astosowanie doraźnego podsłuchu
laserowego. Rosyjscy specjaliści po dokładnej analizie rozkładu okien w budynku Agencji Wywiadu potwierdzili możliwość podsłuchiwania
odbywających się wewnątrz rozmów. Byli zdziwieni, że w nowej siedzibie
nie zastosowano szyb chroniących przed podsłuchem laserowym.
Najciekawszym miejscem było ostatnie, siódme piętro, gdzie mieściły się
gabinety szefów polskiego wywiadu. Niestety od strony szpitala ulokowany
był jedynie gabinet zastępcy szefa do spraw administracyjnych, które
choć ciekawe, nie stanowiły kluczowego obszaru zainteresowania
rosyjskich szpiegów. Ostatecznie zastosowano inny specjalistyczny
podsłuch.
Taksówkarz opuścił obie osłony przeciwsłoneczne, tak jak go
poinstruowano. Wcisnął również przycisk uruchamiający nieznany mu bliżej
system i na tym jego zadanie się skończyło. Nie wiedział, o co chodzi z tymi urządzeniami, ale niewiele go to obchodziło. Dwa dni temu musiał
zostawić toyotę w warsztacie w Bobrowcu koło Piaseczna, aby
zainstalowano co trzeba. Odebrał auto po południu, umyte i dodatkowo
wyposażone. Dostał zapewnienie, że w sposobie prowadzenia samochodu i jego trwałości nie nastąpiły żadne zmiany, a dodatkowo Kruk wypłacił mu
wynagrodzenie, jakby cały dzień non stop woził klientów.
Od ubiegłego roku wraz z kilkoma kolegami taksówkarzami współpracował z Wywiadownią Handlową TROP w Raszynie. Jej właściciel, Janusz Kruk, miał
ciekawe kontakty z jakimiś biznesmenami. Realizując ich często dziwne
zlecenia, zarabiali tak dobrą kasę, że klasyczne wożenie pasażerów
przypominało działalność charytatywną. Kruk, zmuszony do odejścia na
emeryturę za pijaństwo, czego nie mógł wybaczyć przełożonym, czasami
przy wódce chwalił się, że dzięki zadaniom od biznesmenów żyje mu się
lepiej, niż gdy był w służbie i otrzymywał tradycyjne sorty, premie i łapówki. W sumie wszyscy byli zadowoleni, a nie musieli zbytnio się
narobić. Cała ta praca wyglądała wprawdzie podejrzanie, któryś wspomniał
nawet coś o szpiegach, ale dopóki przynosiła zyski, trzymali język za
zębami i o nic nie pytali.
Postanowił posiedzieć w samochodzie jeszcze z godzinę albo dwie, bo co
miał robić o świcie, daleko od domu w Raszynie. Po siódmej wsiądzie w autobus i pojedzie do rodziców na Ursynów. Od dawna obiecywał im pomoc
przy remoncie starego mieszkania. Na parking planował wrócić dopiero
późnym wieczorem, więc miał mnóstwo wolnego czasu.
Godzina 8.30
Warszawa, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego
Rozmowa Starewicza z majorem Dariuszem Kowalskim była krótka. Przełożony
wręczył Kowalskiemu materiały, po czym kazał mu zamknąć się w pokoju i uważnie je przestudiować. Nie był nawet ciekaw, co podwładny ustalił
poprzedniego dnia, działając w okolicach Bydgoszczy.
Kowalski dobrze znał szefa i wiedział, że ten nie zwykł przesadzać,
dlatego sprawę potraktował poważnie. Postawił na biurku pierwszą z licznych każdego dnia herbat i zasiadł do lektury.
Przewrotnie zaczął od dokumentu otrzymanego z sekcji do spraw kontaktów
z partnerskimi służbami specjalnymi. Materiał przesłany z Centrum
Wywiadu i Sytuacji Unii Europejskiej (EU INTCENT) stanowił obszerną
analizę działalności wywiadu rosyjskiego na terenie krajów Wspólnoty w ostatnich miesiącach. Jak zwykle słabością opartego na informacjach
przekazanych przez służby państw członkowskich dokumentu był fakt, że
służby, chroniąc własne źródła osobowe, nie przekazywały najbardziej
wartościowych informacji. Podobnie postępowały polskie agencje. Tym
niemniej analiza miała sporą wartość, odzwierciedlała różne obszary
aktywności rosyjskiej, również w kontekście przygotowań do ataku na
Ukrainę i pierwszego okresu działań wojennych. Autorzy dokumentu
wskazywali na lawinowo rosnącą ilość hybrydowych przedsięwzięć Rosjan,
co oznaczało zastąpienie operacji prowadzonych przez kadrowych oficerów
służb działalnością różnorodnych dziennikarzy, biznesmenów, ekspertów i aktywistów organizacji pozarządowych.
Major Kowalski pamiętał niedawny przykład takiego działania na terenie
Polski, zakończony wydaleniem z kraju historyka pracującego w prywatnej
uczelni w Pułtusku. Naukowiec, poza propagowaniem poglądów zbliżonych do
Kremla, zajmował się rekrutacją pracowników uczelni o prorosyjskim
profilu. Darek wiedział, że mężczyzna powiązany był z Rosyjskim
Instytutem Studiów Strategicznych w Moskwie (RISS). Instytucja ta
wielokrotnie występowała w tekście dokumentu EU INTCENT jako odgrywająca
ważną rolę w przedsięwzięciach wywiadowczych realizowanych na terenie
państw UE. Nie dziwiło go to, biorąc pod uwagę rodowód instytutu, który
powstał dzięki decyzji prezydenta Jelcyna w 1992 roku w wyniku
przekształcenia zaplecza naukowego byłego KGB znanego jako
Naukowo-Badawczy Instytut Problemów Wywiadowczych Pierwszego Głównego
Zarządu KGB.
Analiza EU INTCENT wskazywała liczne fundacje, think tanki, organizacje
charytatywne czy religijne oraz firmy powiązane w sposób zakonspirowany
z Rosją i jej funduszami oraz realizujące rozmaite zadania wywiadowcze.
Duży nacisk położono na rzesze rosyjskich uchodźców (głównie z Krymu,
Donbasu i innych zajętych terenów Ukrainy) docierających do UE.
Wskazywano na liczne ujawnione przypadki Rosjan uciekających z ojczyzny,
już po wybuchu wojny z Ukrainą, którzy byli powiązani z wywiadem i przygotowani do wykonywania zadań operacyjnych. Podobnie pomoc dla
uchodźców z Ukrainy prowadzona przez fikcyjne organizacje charytatywne
była ukierunkowana na zbieranie informacji o Ukraińcach, szczegółach
pomocy cywilnej i wojskowej dla Ukrainy oraz na osłabianie poparcia
krajów Unii dla tego kraju. Aktywność Rosji ułatwiał rozwój mediów
społecznościowych umożliwiających systematyczne zbieranie informacji,
których tajność nie była zbyt dokładnie przestrzegana, ale również
ułatwiających propagandowe docieranie do obywateli Unii z ukrytymi
tezami zbieżnymi z polityką Kremla. Wszystko to miało pomagać w długofalowym tworzeniu zaplecza intelektualnego, politycznego i społecznego dla realizacji celów Rosji. Przykładami wskazującymi na
skuteczność tego typu działań były oddziaływania dezinformacyjne mające
miejsce podczas wyborów, referendów czy różnych wydarzeń wewnętrznych.
Doprowadzały one do poważnych konfliktów w poszczególnych
społeczeństwach oraz wpływały na dezintegrację tych krajów.
Ważną rolę w rosyjskiej aktywności odgrywali oligarchowie, których
interesy zostały ograniczone w efekcie zachodnich sankcji, ale
dysponując siecią zależnych podmiotów gospodarczych, zajmowali się oni
wspieraniem oraz finansowaniem różnego typu organizacji. Ich związki,
głównie finansowe, z francuskim Zjednoczeniem Narodowym Marie Le Pen,
Fideszem Viktora Orbána, formacją Vox Santiago Abascala, Ligą Matteo
Salviniego spowodowały wzrost popularności tych ugrupowań oraz
propagowanie ich poglądów. Wnioski płynące z analizy sugerowały, że
operacje realizowane przez cywilny i wojskowy wywiad rosyjski świadczą o faktycznej "cichej" wojnie prowadzonej przeciwko krajom zachodnim.
Gdy major skończył lekturę, zorientował się, że w kubku nie ma już ani
kropli herbaty. Zaparzył kolejną i przeczytał pismo od ministra
koordynatora. Z ulgą stwierdził, że dokument nie wiąże się z koniecznością potwierdzenia powiązań z rosyjskimi służbami specjalnymi
żadnego z najważniejszych polskich polityków. Minister oczekiwał
sprawdzenia przez ABW wszystkich czterech posłów tworzących koło
Polskiego Stronnictwa Narodowego. Polecenie nie zawierało żadnego
uzasadnienia, nakazywało rutynową weryfikację profili i kontaktów
narodowców. Podkreślono przy tym absolutną konieczność zachowania w tajemnicy realizowanych przedsięwzięć operacyjnych. Dlaczego pismo
ministra koordynatora zostało skierowane do Wydziału Rosyjskiego?
Odpowiedź, której Dariusz udzielił sobie sam, skupiała się na dwóch
kwestiach: Polska ma obecnie jednego najważniejszego wroga i jedynie
służby rosyjskie mogły być zainteresowane współpracą z politykami
rekrutującymi się ze środowisk narodowych. Oczywiście nie mógł
wykluczyć, że do ministra koordynatora dotarły jakieś informacje
dotyczące wskazanych polityków, których jednak postanowiono nie ujawniać
funkcjonariuszom ABW. Wszystko jedno, każdy styk z politykami
sprawującymi władzę w kraju bardzo komplikował podejmowane czynności
operacyjne i nakazywał wzmożoną ostrożność.
Sięgnął po telefon i wybrał numer naczelnika.
-?Skończyłem, ale wolałbym na spokojnie popracować nad koncepcjami -
oznajmił.
-?Melduj się z raportem jutro o dziewiątej.
-?Załatwione.
28 marca 2022 roku, godzina 9.00
Warszawa, Ambasada Federacji Rosyjskiej
Rezydent patrzył z uwagą na Jakuszyna relacjonującego ustalenia z ostatnich dni.
-?Ludzie Kruka zlokalizowali "Rosę" już pierwszego dnia. Nasz system
obserwacji ulicznej potwierdził, że codziennie rano pojawia się w siedzibie Agencji Wywiadu na Miłobędzkiej. Taksówkarze dyskretnie
towarzyszyli jej po godzinach pracy. Po kilku dniach poznaliśmy typowe
schematy jej przemieszczania się i zachowania. Ustaliliśmy adres jej
mieszkania na Ursynowie oraz adres jej matki, znanej zresztą z kilku
pobytów wraz z mężem na placówkach w Rosji i byłych republikach
radzieckich. Znamy jej samochód i wiemy, gdzie zawsze parkuje. W zachowaniu "Rosy" nie zauważono nic, co świadczyłoby, że ustaliła
obserwację prowadzoną przez taksówkarzy. Sam nie włączałem się do tych
działań, żeby nie spalić sprawy, w razie gdyby kontrwywiad mnie
kontrolował. Zgromadziliśmy znaczący zbiór dokumentacji fotograficznej i wideo. Oto kopie dla was.
Paweł położył na biurku grubą teczkę.
-?Dobrze się spisałeś. A co z "Donkeyem"?
-?Figurant nie został dotychczas ustalony. -?Pokręcił głową zakłopotany.
-?Nie pojawił się w prowadzonej przez nasz system rejestracji. Nie
spotkał się również z "Rosą". Nic nie ustaliliśmy na jego temat. Kamień
w wodę.
-?Niedobrze -?skwitował rezydent. -?Co proponujecie?
-?Sugerowałbym poinformowanie centrali, że pomimo podjętych działań
"Donkeya" nie udało się zlokalizować. Możemy spróbować popytać naszą
agenturę, ale to wy znacie ich możliwości. Czy w ogóle mogą mieć wiedzę
na temat tak niskiej rangi funkcjonariusza AW?
-?Agentury nie uruchamiamy, przynajmniej dopóki nie stanie się to
niezbędne. Może wysłali go za granicę? Do końca lutego był pracownikiem
ich ambasady w Kijowie. Mógł przecież tam wrócić.
-?Też o tym myślałem, choć obecnie w Ukrainie nie mamy dużych
możliwości, żeby to ustalić.
-?Napiszę do centrali w tej sprawie. A ty działaj dalej, tylko jeszcze
dyskretniej. Skoro wiemy już, co i kiedy robi "Rosa", łatwiej będzie ją
wyrywkowo kontrolować. Cały czas mam obawy, że w końcu się zorientuje,
iż ją obserwujemy.
-?Poinstruuję Kruka. Oczywiście pod legendą.
29 marca 2022 roku, godzina 12.00
Ural, prezydencki bunkier
Spotkanie dla elity rosyjskiego biznesu zwołane w gabinecie prezydenta
Putina było jednym z kolejnych posiedzeń, podczas których Władimir
Władimirowicz dyscyplinował oligarchów. Kiedy otrzymali zakaz
opuszczania Rosji, krótko przed rozpoczęciem operacji przeciwko
Ukrainie, wiedzieli już, że muszą być przygotowani na różne zaskakujące
posunięcia ze strony dyktatora.
Dzisiaj niewielkie grono najbogatszych wysłuchiwało wykładu wodza, który
instruował, jak powinni wspierać działania Federacji Rosyjskiej w ramach
prowadzonych przez siebie biznesów. Wszyscy byli świadomi, że jak zawsze
chodzi o kasę. Skarb państwa był obciążony finansowaniem wojny, a wydatki gwałtownie rosły. Poza problemem z wolnymi środkami znacznie
poważniejsze trudności powodowały zachodnie sankcje. W związku z nimi
transfer większych kwot do odbiorców w Europie Zachodniej, w Stanach i Azji został zamrożony. Firmy, które reprezentowali obecni w sali
konferencyjnej bunkra, również borykały się z trudnościami, ale
dysponowały funduszami pochowanymi na takie sytuacje w różnych krajach.
I właśnie po tę kasę wyciągał ręce ich przywódca. Nie dla siebie,
chociaż może z radością by to zrobił. Domagał się, aby po cichu
wspierali współpracujące z Rosją partie polityczne, fundacje, instytuty,
organizacje charytatywne oraz wiele podobnych podmiotów. Działali w nich
albo funkcjonariusze rosyjskich służb, albo agenci czy po prostu ludzie
przychylni Federacji i jej aktywności na świecie.
Sekretarz prezydenta obszedł stół, przy którym siedzieli, wręczając
każdemu teczkę z inną listą. Po ich otwarciu oligarchowie już wiedzieli,
komu i ile powinni w najbliższych tygodniach przelać. Wobec majątków,
jakimi dysponowali, oczekiwania władcy były skromne. Zresztą nawet gdyby
były wyższe, i tak każdy miał świadomość, że musi je spełnić.
Jewgienij Lebiediew odebrał przeznaczoną dla niego teczkę i gorliwie
zagłębił się w studiowanie dokumentów. Nie był zaskoczony ani
beneficjentami, ani wskazanymi kwotami. Udając, że czyta, przeniósł się
w myślach do jednej ze swoich posiadłości. Rezydencja na Lazurowym
Wybrzeżu, na wzgórzach nad Menton, choć nie największa i położona poza
prestiżową okolicą, zawsze była jego ulubionym domem. Kochał widok na
bezkres Morza Śródziemnego z ogromnego wyłożonego marmurem tarasu. Z jednej strony miał odległe o kilkanaście kilometrów Monako, a po drugiej
bliską granicę z Włochami. Jakże odległe były jego myśli od bunkra, w którym obecnie się znajdował. Mierziła go ta sytuacja, gdy z powodu
szalonych ambicji prezydenta podburzonego przez Jurija Kowalczuka,
któremu Ukraińcy zamknęli należące do niego prorosyjskie media na
Ukrainie, nie mógł prowadzić normalnych interesów. Jego majątek,
wyceniony przez "Forbesa" na dwadzieścia siedem miliardów dolarów,
potrzebował spokoju, aby mógł dalej rosnąć. Należący do Lebiediewa
koncern Astra miał duże udziały w rosyjskim przemyśle metalurgicznym,
górnictwie, energetyce i instytucjach finansowych. Był tak bogaty, a musiał znosić przebywanie w salonie bunkra, gdzie architekt wnętrz
wymyślił umieszczenie na ścianach substytutów okien w postaci kilku
prowizorycznych wnęk. Elektroniczne urządzenia umieszczone pod ramami
tychże stale wyświetlały rozległe krajobrazy. Czasami nawet przelotny
wiatr poruszał pobliskimi drzewami. Co za kicz, pomyślał z odrazą.
Wiedział jednak, że musi cierpliwie odsiedzieć do końca tego
przedstawienia. I tak dobrze, że tym razem Putin nie kazał im wszystkim
towarzyszyć sobie w podróży swoim pociągiem pancernym do kolejnej
rezydencji. Już raz Lebiediew zasmakował tej wątpliwej atrakcji i miał
potem poważny problem z szybkim powrotem do Moskwy. Po dzisiejszej
"odsiadce" czekał go jeszcze lot do stolicy, gdzie między innymi spotka
się z nowym dyrektorem SWR Arkadijem Duchowem. Rozmowa będzie dotyczyła
tego samego, o czym od dłuższego czasu gadał Putin. Będzie bardziej
konkretna i da dowód, że Lebiediew nie lekceważy poleceń "cara". A potem
wreszcie ruszy w świat. Swobodne przemieszczanie się zapewniały mu
posiadane obywatelstwa Monako i Księstwa Andory.
Za kilka dni gdzieś na Riwierze Francuskiej musi dyskretnie spotkać się
z Francisco Hernandezem, jednym ze swoich licznych wpływowych znajomych
na południu Europy. To na niego i kierowaną przez Hernandeza fundację
Europa Narodów przerzuci część zadań, które właśnie otrzymał. Francisco
był jego sprawdzonym człowiekiem, choć unikali częstych bezpośrednich
spotkań, przynajmniej w Europie. Ich rozmowa nie powinna wzbudzić
podejrzeń służb, w końcu fundacja cały czas szukała bogatych sponsorów w Europie, Azji czy na Bliskim Wschodzie. I tak nigdy nie angażował się w szczegóły realizacji zadań zlecanych przez SWR takim "wyrobnikom" jak
Francisco -?detale bezpośrednio przekazywali mu oficerowie wywiadu.
30 marca 2022 roku, godzina 17.20
Warszawa, Ursynów
Biały fiat 500 skręcił z ulicy Karola Małcużyńskiego do garażu
podziemnego. Kiedy brama się otworzyła, samochód pojechał głównym
korytarzem, ponownie skręcił w lewo i zatrzymał się na miejscu
parkingowym. Silnik zgasł, ale radio jeszcze grało. Piosenka musiała
wybrzmieć do końca, bo była to Lemon Tree niemieckiej grupy Fools
Garden. Basia nie wiedziała, co o tym zdecydowało, ale na jakimś etapie
jej nastoletniego życia piosenka stała się ulubionym kawałkiem jej i jej
taty. Szybko nauczyli się angielskich słów piosenki na pamięć i wiele
razy wspólnie wtórowali muzykom zespołu. Teraz, gdy od dwóch lat ojciec
już nie żył, Lemon Tree miała wyjątkowe znaczenie, pozostając pamiątką
po szczęśliwych czasach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki