Partnerzy. Początek - Robert Michniewicz

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

21 lutego 2022 roku, godzina 9.00 Moskwa. Kreml. Centrum Operacyjne

Nie­dawno prze­bu­do­wane pomiesz­cze­nie Cen­trum Ope­ra­cyj­nego zlo­ka­li­zo­wane jest w piw­ni­cach Pałacu Senac­kiego na Kremlu. Grube wzmoc­nione stropy mają zapew­niać bez­pie­czeń­stwo nawet pod­czas bom­bar­do­wa­nia cięż­kimi bom­bami burzą­cymi. Wcze­śniej jego główną czę­ścią był duży stół z miej­scami dla kil­ku­na­stu wybra­nych człon­ków kie­row­nic­twa Fede­ra­cji Rosyj­skiej. Po wybu­chu pan­de­mii COVID-19 pre­zy­dent zażą­dał szyb­kiej moder­ni­za­cji Cen­trum. Jego nara­sta­jąca para­no­iczna obawa o moż­li­wość zaka­że­nia SARS-CoV-2 zmu­siła sztab wodza do mody­fi­ka­cji sys­temu spo­tkań naj­wyż­szego kie­row­nic­twa pań­stwa. Obec­nie pre­zy­dent zasia­dał samot­nie przy wiel­kim stole wypo­sa­żo­nym we wszel­kie moż­liwe sys­temy komu­ni­ka­cji, mając przed sobą ścianę ekra­nów. Ekrany QLED w spe­cjal­nej zmo­dy­fi­ko­wa­nej wer­sji dostar­czone przez firmę Sam­sung zapew­niały moż­li­wość wide­okon­fe­ren­cji z dowol­nymi oso­bami na tere­nie Fede­ra­cji Rosyj­skiej oraz innych kra­jów świata.

Sier­giej Kużu­gie­to­wicz Szojgu, mini­ster obrony Rosji, coraz bar­dziej zanie­po­ko­jony patrzył na drzwi, któ­rymi powi­nien wejść pre­zy­dent. Był dumny z tego, że jako jedyny miał prawo prze­by­wać obec­nie w Cen­trum Ope­ra­cyj­nym. Narada zwo­łana w try­bie pil­nym przez Wła­di­mira Putina powinna dać osta­teczne zie­lone świa­tło dla ataku na Ukra­inę. Mini­ster, od dzie­się­ciu lat spra­wu­jący funk­cję szefa resortu obrony, był prze­ko­nany, że w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach dopra­co­wał plany inwa­zji. Wie­dział, jak wiele zależy od powo­dze­nia tej ope­ra­cji woj­sko­wej, o któ­rej reali­za­cji jego men­tor marzył od czasu, gdy Ukra­ina nie­ocze­ki­wa­nie wyrwała się z wię­zów zależ­no­ści od Fede­ra­cji Rosyj­skiej. Pre­zy­dent, akcep­tu­jąc poli­tyczne i gospo­dar­cze próby naci­sków na Kijów, nie mógł znieść szcze­gól­nie ewi­dent­nego zbli­że­nia Ukra­iny z USA oraz z Unią Euro­pej­ską i NATO. Przy­ję­cie daw­nej repu­bliki do tych orga­ni­za­cji sta­no­wi­łoby fia­sko dotych­cza­so­wej poli­tyki Rosji, ośmie­sza­jąc jed­no­cze­śnie samego Wła­di­mira Putina. Na coś takiego Szojgu nie mógł pozwo­lić. Tym bar­dziej że jego pre­zy­dent, szu­ka­jąc win­nych tej kata­strofy, mógłby obcią­żyć odpo­wie­dzial­no­ścią rów­nież mini­stra obrony. Na wszelki wypa­dek kolejny raz spraw­dził, czy wszyst­kie ekrany dzia­łają oraz czy wezwani ofi­cjele są obecni.

Drzwi do Cen­trum otwo­rzyły się sze­roko. Szojgu zoba­czył dwóch wyprę­żo­nych na bacz­ność żoł­nie­rzy Pułku Pre­zy­denc­kiego w galo­wych mun­du­rach, któ­rzy przy­trzy­my­wali oba skrzy­dła. Do pomiesz­cze­nia weszło trzech funk­cjo­na­riu­szy Fede­ral­nej Służby Ochrony, żeby spraw­dzić stan bez­pie­czeń­stwa Cen­trum. Kiedy opu­ścili pomiesz­cze­nie, przez drzwi prze­szedł szyb­kim kro­kiem pre­zy­dent Fede­ra­cji Rosyj­skiej. Pod­cho­dząc do swo­jego fotela, zer­k­nął na sto­ją­cego na bacz­ność mini­stra obrony. Mach­nął nie­dbale dło­nią, naka­zu­jąc zaję­cie miej­sca.

- Panie pre­zy­den­cie, wszy­scy uczest­nicy odprawy cze­kają w goto­wo­ści - zamel­do­wał Szojgu.

- Witam panów. - Putin skie­ro­wał wzrok na ścianę wypeł­nioną moni­to­rami.

- Witamy i pozdra­wiamy, panie pre­zy­den­cie - roz­le­gły się nie­równe pozdro­wie­nia z gło­śni­ków.

- Ocze­kuję jed­no­znacz­nej odpo­wie­dzi, czy jeste­śmy gotowi do natar­cia na Ukra­inę?

Chwilę ciszy natych­miast wyko­rzy­stał mini­ster obrony:

- Panie pre­zy­den­cie, oso­bi­ście spraw­dzi­łem przed odprawą goto­wość roz­lo­ko­wa­nych jed­no­stek lądo­wych, lot­nic­twa oraz mary­narki wojen­nej i pra­gnę zapew­nić, że nasze siły są w peł­nej goto­wo­ści do wyko­na­nia wszyst­kich pana roz­ka­zów. Plany ope­ra­cji na Ukra­inie, już zatwier­dzone przez pana, zostaną w pełni zre­ali­zo­wane.

- Sier­gieju Kużu­gie­to­wi­czu, wie­rzę w pana zaan­ga­żo­wa­nie i odda­nie. - Putin miał kamienną minę, patrząc na mini­stra. - Sta­wiam sprawę jasno. Zało­żone ter­miny reali­za­cji poszcze­gól­nych eta­pów ataku mają zostać ści­śle wyko­nane. Tak jak mnie wcze­śniej zapew­ni­li­ście, Kijów będzie pod naszą kon­trolą po trzech dniach, a inne klu­czowe mia­sta naj­póź­niej w ciągu tygo­dnia. To jest impe­ra­tyw. Moim celem jest sku­teczna ope­ra­cja, która swoim tem­pem zasko­czy Zachód i znie­chęci Ame­rykę oraz NATO do wspar­cia Zełen­skiego. Zanim skoń­czą pro­te­sto­wać prze­ciwko naszemu natar­ciu, my będziemy już kon­tro­lo­wać Ukra­inę. Tego od was ocze­kuję.

W Cen­trum Ope­ra­cyj­nym zapa­dła ponow­nie cisza. Nikt z dygni­ta­rzy i dowód­ców wolał się nie wyry­wać z dekla­ra­cjami, które mogłyby zostać zapa­mię­tane, a w przy­szło­ści sta­no­wić pod­stawy do oskar­żeń. Szojgu z gniewną miną popa­trzył na ekrany. Wtedy roz­le­gły się naj­pierw poje­dyn­cze, a w końcu zbio­rowe okrzyki:

- Na chwałę wiel­kiej Rosji!

Pre­zy­dent Putin chwilę wsłu­chi­wał się w głosy mar­szał­ków i gene­ra­łów, w końcu uniósł prawą dłoń do góry. Okrzyki natych­miast umil­kły.

- Zarzą­dzam roz­po­czę­cie ataku dwu­dzie­stego czwar­tego lutego o godzi­nie szó­stej naszego czasu. Parę minut wcze­śniej wystą­pię z oświad­cze­niem o roz­po­czę­ciu spe­cjal­nej ope­ra­cji woj­sko­wej, któ­rej celem będzie demi­li­ta­ry­za­cja i dena­zy­fi­ka­cja Ukra­iny. Wezwę Ukra­iń­ców do zło­że­nia broni oraz powrotu do domów. To tyle. Ruszaj­cie bro­nić naszej ojczy­zny przed faszy­stami i zdraj­cami wiel­kiej Rosji! Koniec odprawy.

Na jego znak mini­ster Szojgu naci­snął przy­cisk wyłą­cza­jący łącz­ność z poszcze­gól­nymi sta­no­wi­skami dowo­dze­nia.

- Teraz połącz mnie z sze­fami służb. Mam nadzieję, że cze­kają.

Po chwili na ekra­nach poja­wili się sze­fo­wie Fede­ral­nej Służby Bez­pie­czeń­stwa (FSB), Służby Wywiadu Zagra­nicz­nego (SWR) oraz Głów­nego Zarządu Wywia­dow­czego (GRU).

- Witaj, moja wierna gwar­dio.

Męż­czyźni na ekra­nach pozdro­wili pre­zy­denta i w sku­pie­niu cze­kali na dys­po­zy­cje.

- Dwu­dzie­stego czwar­tego lutego o godzi­nie szó­stej zaczy­namy ope­ra­cję prze­ciwko Ukra­inie. Rozu­miem, że jeste­ście do tego przy­go­to­wani, bo już kil­ka­krot­nie oma­wia­li­śmy ten temat. Dzi­siaj chciał­bym, aby­ście roz­pu­ścili swo­ich ludzi po kraju tak sze­roko, jak to będzie moż­liwe. Musimy poka­zać, że Ukra­ina i jej zachodni sojusz­nicy pro­wa­dzą cały czas brudną grę prze­ciwko nam. Macie szu­kać zachod­nich szpie­gów, ale w szcze­gól­no­ści z Pol­ski i kra­jów bał­tyc­kich. Infor­mo­wa­li­ście już wcze­śniej, że takie ope­ra­cje pro­wa­dzi­cie. Teraz macie je zakoń­czyć i zła­pać agen­tów, abym mógł ich poka­zać światu. Nie zależy mi na moc­nych dowo­dach ich dzia­łal­no­ści. Wystar­czy upraw­do­po­dob­nie­nie, że mogli dzia­łać na szkodę Rosji, i kon­kretni ludzie do uka­ra­nia. Rozu­miemy się?

Sze­fo­wie służb z powagą poki­wali gło­wami.

- Pogoń­cie ludzi do roboty. Macie dwa-trzy dni na dostar­cze­nie mi win­nych. Koniec narady.

Moni­tory zga­sły. Putin dotknął kla­wi­sza na kon­soli łącz­no­ści i pole­cił:

- Łączyć z pre­zy­den­tem Łuka­szenką.

Szojgu uniósł się z fotela i pyta­jąco spoj­rzał na pre­zy­denta. Putin ski­nął ręką, pozwa­la­jąc mu zostać. Z inter­komu roz­legł się głos jed­nego z adiu­tan­tów pre­zy­denta:

- Panie pre­zy­den­cie, na gorą­cej linii ponow­nie czeka pre­zy­dent Emma­nuel Macron, a otrzy­ma­li­śmy też prośbę o roz­mowę od kanc­le­rza Olafa Scholza.

- Odpo­wiedz­cie, że nie mam teraz czasu. Łącz­cie z pre­zy­den­tem Bia­ło­rusi.

Putin odwró­cił się do mini­stra obrony:

- Wszy­scy teraz dzwo­nią i skamlą, aby wyco­fać nasze woj­ska. Sobaki, myślą, że ja żar­tuję. Tym razem prze­ko­nają się, z kim mają do czy­nie­nia i że skoń­czyła się poli­tyka sła­bo­ści czy dia­logu. W kółko powta­rzają fra­zesy o wza­jem­nej współ­pracy i poko­jo­wym współ­ist­nie­niu, a potem prze­su­wają swoje woj­ska i rakiety coraz bli­żej Rosji. Koniec z tym!

Adiu­tant zamel­do­wał, że pre­zy­dent Bia­ło­rusi czeka na linii.

- Witaj, Alak­san­drze Ryho­ra­wi­czu.

- Pozdra­wiam pre­zy­denta brat­niej Rosji.

- Alak­sandr, powie­dzia­łem ci, abyś do dzi­siaj zasta­no­wił się, czy idziesz z nami na Ukra­inę czy jesteś prze­ciwko nam. Jak brzmi twoja odpo­wiedź?

- Przy­ja­cielu, wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. Sto­imy ramię w ramię z wami prze­ciwko wro­gom ota­cza­ją­cym nasze ojczy­zny. Ale wiesz, w jakiej jestem sytu­acji. Led­wie spa­cy­fi­ko­wa­łem opór wichrzy­cieli po wybo­rach. Zachód odcina mnie od wszyst­kiego. Gospo­dar­czo jeste­śmy w czar­nej dziu­rze. A dodat­kowo, według mojej służby bez­pie­czeń­stwa jest tylu prze­ciw­ni­ków ataku na Ukra­inę, że aż trudno w to uwie­rzyć. Mam raporty doty­czące sytu­acji wśród ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy suge­ru­jące, że roz­kaz natar­cia na Ukra­inę nie zosta­nie wyko­nany. Wiesz, co by to ozna­czało?

- Nie prze­sa­dzaj. Stłu­misz wszelki opór. Tyle razy już to robi­łeś. Bierz wzór z Matki Rosji.

- Łatwo ci powie­dzieć. W twoim kraju opo­zy­cja nie ist­nieje. Ci, któ­rzy się sta­wiali, są w łagrach. Na Bia­ło­rusi mamy taki opór spo­łeczny, że jeśli woj­sko odmówi wyko­na­nia roz­kazu natar­cia, to siłą roz­pędu włą­czy się w to opo­zy­cja i będzie po mnie. Nie mogę ryzy­ko­wać, Wła­di­mi­rze Wła­di­mi­ro­wi­czu.

- To twoja osta­teczna decy­zja? - W gło­sie Putina poja­wiły się groźne nuty.

- Na tę chwilę osta­teczna. Ale jak wasze natar­cie się powie­dzie i moi zoba­czą korzy­ści wyni­ka­jące z tej ope­ra­cji, to pew­nie łatwiej będzie dołą­czyć do two­jej armii. Oczy­wi­ście może­cie korzy­stać z tery­to­rium Bia­ło­rusi w nie­zbęd­nym zakre­sie. To będzie nasza pomoc dla two­jej walecz­nej armii.

- Nie podoba mi się twoje sta­no­wi­sko. Pamię­taj, że masz w Rosji jedy­nego przy­ja­ciela, a bez naszej pomocy eko­no­micz­nej i surow­co­wej czeka cię trudny czas. Zasta­nów się jesz­cze nad zmianą decy­zji. Liczę na cie­bie.

- Wła­di­mi­rze Wła­di­mi­ro­wi­czu, jestem twoim przy­ja­cie­lem i sojusz­ni­kiem. Możesz na mnie liczyć. Jesz­cze się zasta­no­wię.

- Pospiesz się, Alak­sandr, abyś póź­niej nie żało­wał. Zaczy­namy ofen­sywę za trzy dni. Potem nadej­dzie czas nagra­dza­nia i kara­nia.

Godzina 11.40 Warszawa. Agencja Wywiadu

- Pani Danu­siu, pro­szę jesz­cze raz spraw­dzić, czy szef Marecki pamięta o naszym spo­tka­niu. - Pod­puł­kow­nik Andrzej Kołecki, naczel­nik Wydziału Rosyj­skiego, przy­mil­nie uśmiech­nął się do kobiety w śred­nim wieku sie­dzą­cej za dużym biur­kiem ulo­ko­wa­nym pod oknem. Danuta Styś, wszech­władna asy­stentka pro­wa­dząca sekre­ta­riat szefa AW, czyli Agen­cji Wywiadu i jego zastępcy do spraw ope­ra­cyj­nych, na kory­ta­rzu nazy­wana była "sier­żan­tem grupy spa­do­chro­nia­rzy", któ­rzy pół roku wcze­śniej wylą­do­wali na Miło­będz­kiej w związku z kolejną zmianą kie­row­nic­twa Agen­cji. Według plo­tek Styś towa­rzy­szyła obec­nemu sze­fowi AW od 2006 roku, kiedy ścią­gnął ją z admi­ni­stra­cji jed­nej z war­szaw­skich spół­dzielni miesz­ka­nio­wych do Straży Miej­skiej, gdzie Hen­ryk Gli­niecki został nowym zastępcą komen­danta. Poznała różne służby spe­cjalne, gdy Gli­niecki peł­nił obo­wiązki w ABW, to jest Agen­cji Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego, oraz w Służ­bie Kontr­wy­wiadu Woj­sko­wego, i po krót­kiej prze­rwie w jed­nej z firm ener­ge­tycz­nych w końcu został prze­nie­siony do Agen­cji Wywiadu.

- Sza­nowny panie, chyba nie wątpi pan w pamięć puł­kow­nika Marec­kiego? - Kry­tyczne spoj­rze­nie asy­stentki spo­wo­do­wało, że Kołecki zajął poprzed­nią wycze­ku­jącą pozy­cję na krze­śle. Cicho wypusz­czone powie­trze świad­czyło o tym, że zre­zy­gno­wał z cię­tej ripo­sty.

Towa­rzy­sząca swo­jemu prze­ło­żo­nemu porucz­nik Bar­bara Szy­mań­ska, zwana przez kole­gów "Baszką" - tak jak popu­larna na jej rodzin­nych Kaszu­bach gra kar­ciana - ukryła gry­mas zde­ner­wo­wa­nia za szybko pod­nie­sioną teczką z mate­ria­łami. "Matko Boska, pomóż nam", pomy­ślała. Już czter­dzie­ści minut sie­dzieli w sekre­ta­ria­cie w ocze­ki­wa­niu na spo­tka­nie z zastępcą szefa do spraw ope­ra­cyj­nych. Gdy zamel­do­wali się o jede­na­stej, usły­szeli, że zaraz zostaną przy­jęci.

Szy­mań­ska z nie­po­ko­jem ana­li­zo­wała w pamięci czyn­no­ści, jakie powinna jesz­cze wyko­nać przed wylo­tem do Kijowa. Wie­działa, że musi zdą­żyć ze wszyst­kim, bo od tego będzie zale­żeć suk­ces ope­ra­cji, a może i jej życie. W sumie powinna być dumna, że prze­ło­żeni wysy­łali ją na pierw­sze samo­dzielne spo­tka­nie z waż­nym agen­tem. Oczy­wi­ście miała tro­chę szczę­ścia, gdyż sprawę agenta pro­wa­dził tak naprawdę major Karol Popław­ski. "Baszka" współ­pra­co­wała z Popław­skim w jed­nym zespole już dwa lata. Po ukoń­cze­niu szko­le­nia w Ośrodku Kształ­ce­nia Kadr Wywia­dow­czych (OKKW) w Kiej­ku­tach, zwa­nym przez wta­jem­ni­czo­nych Lasem, od razu tra­fiła do Wydziału Rosyj­skiego. Spo­dzie­wała się tego, gdyż z rodzi­cami spę­dziła dzie­ciń­stwo i mło­dość na pla­ców­kach dyplo­ma­tycz­nych, naj­pierw w Łotwie, następ­nie w Ukra­inie i w końcu w Rosji. Ukoń­cze­nie Wydziału Filo­lo­gicz­nego Uni­wer­sy­tetu Moskiew­skiego potwier­dziło jej zdol­no­ści języ­kowe. Opa­no­wała główne języki funk­cjo­nu­jące w kra­jach powsta­łych po roz­pa­dzie ZSRR. Tra­fiła rów­nież na fakul­tet języka arab­skiego, któ­rego opa­no­wa­nie potrak­to­wała jako wyzwa­nie oso­bi­ste. Tę rywa­li­za­cję zakoń­czyła peł­nym suk­cesem. W zakre­sie pozna­wa­nia języ­ków obcych była nie­na­sy­cona, dla­tego bez pro­blemu posia­dła także zna­jo­mość angiel­skiego i fran­cu­skiego. Wła­śnie bie­głość w zakre­sie dwóch ostat­nich języ­ków tro­chę ją nie­po­ko­iła, gdyż decy­zje kie­row­nic­twa Agen­cji były czę­sto nie­zro­zu­miałe. Znała przy­kłady ofi­ce­rów wła­da­ją­cych języ­kami wschod­nimi, wysy­ła­nych na pla­cówki do Nie­miec czy Hisz­pa­nii. Szczę­śli­wie jej to nie spo­tkało. Współ­praca z Karo­lem Popław­skim, po trud­nym okre­sie docie­ra­nia się doświad­czo­nego ofi­cera ope­ra­cyj­nego i począt­ku­ją­cej w zawo­dzie szpiega ambit­nej dziew­czyny, dała w końcu satys­fak­cjo­nu­jące rezul­taty. Popław­ski prze­ko­nał się, że "Baszka" nie zamie­rza "wozić się na jego ple­cach" i jest gotowa wyko­nać wszel­kie trudne lub nudne zada­nia. Kilka wyjaz­dów na spo­tka­nia z agen­turą ugrun­to­wało wza­jemne zaufa­nie. Klu­czowa oka­zała się udana ucieczka z zasadzki w Hel­sin­kach przy­go­to­wa­nej przez czte­rech ofi­ce­rów rosyj­skiej Służby Wywiadu Zagra­nicz­nego. Gdy bez­piecz­nie wylą­do­wali w War­sza­wie, Karol w podzięce zapro­sił Szy­mań­ską na kola­cję do Szwejka, gdzie oblali powrót znaczną ilo­ścią czar­nej żubrówki.

Obecną ope­ra­cję reali­zo­wa­liby wspól­nie, gdyby nie nie­szczę­sny covid. Popław­ski, pomimo jed­nej dawki szcze­pie­nia, miał pecha i jed­nak zła­pał koro­na­wi­rusa. Od tygo­dnia leżał na Woło­skiej, w sąsia­du­ją­cym z sie­dzibą AW szpi­talu MSWiA. Tele­fo­nicz­nie poin­for­mo­wał o lek­kim zapa­le­niu płuc. Moc­niej przy­ci­śnięty, przy­znał się do kom­pli­ka­cji kar­dio­lo­gicz­nych, które zda­niem leka­rzy wyma­gały dal­szej obser­wa­cji w warun­kach szpi­tal­nych. Wywo­ła­nie pil­nego spo­tka­nia przez agenta o kryp­to­ni­mie "Zadar" wpra­wiło kie­row­nic­two Agen­cji w mocne zakło­po­ta­nie. Siódme pię­tro, czyli sze­fo­wie, doma­gali się wysła­nia na spo­tka­nie doświad­czo­nego ofi­cera. Nawet typo­wali "eks­perta" nie­dawno ścią­gnię­tego z Rako­wiec­kiej, gdzie zaj­mo­wał się zwal­cza­niem ter­ro­ry­zmu. Według plotki, która dotarła do "Baszki" od Kołec­kiego, "eks­pert" poległ, gdy pod­czas spo­tka­nia u szefa Marec­kiego miał pro­blemy ze zro­zu­mie­niem języka rosyj­skiego w wyko­na­niu naczel­nika Wydziału Rosyj­skiego. Osta­tecz­nie szalę decy­zji prze­wa­żyła opi­nia Karola Popław­skiego prze­ka­zana tele­fo­nicz­nie puł­kow­ni­kowi Alek­san­drowi Zie­liń­skiemu, dyrek­to­rowi Depar­ta­mentu Ope­ra­cyj­nego. Popław­ski dał głowę, że porucz­nik Szy­mań­ska świet­nie sobie pora­dzi. W rezul­ta­cie wspól­nie z naczel­ni­kiem Kołec­kim została wezwana do puł­kow­nika Marec­kiego, który miał zatwier­dzić raport w spra­wie ope­ra­cji.

Cisza panu­jąca w sekre­ta­ria­cie została nagle prze­rwana. Ocze­ku­jący ofi­ce­ro­wie pod­sko­czyli na krze­słach, gdy rap­tow­nie otwarte drzwi do gabi­netu Marec­kiego ude­rzyły o ścianę. Wypadł z nich sam puł­kow­nik.

- Jestem u szefa - rzu­cił, prze­bie­ga­jąc przez sekre­ta­riat. Bez puka­nia wszedł do gabi­netu szefa Agen­cji.

Puł­kow­nik Marecki poja­wił się w sekre­ta­ria­cie po kwa­dran­sie. Zer­k­nął zdzi­wiony na Kołec­kiego i Szy­mań­ską.

- Czy cza­sem nie mie­li­ście się zamel­do­wać o jede­na­stej? - zapy­tał, zatrzy­mu­jąc się przed wyprę­żo­nymi pod­wład­nymi.

- Panie mini­strze, byli­śmy zgod­nie z pana pole­ce­niem. - Kamienna twarz naczel­nika Wydziału Rosyj­skiego świad­czyła o z tru­dem powstrzy­my­wa­nej iry­ta­cji.

- Pani Danu­siu, trzeba było mnie poin­for­mo­wać.

- Prze­cież mówi­łam, ale był pan zajęty. Łączy­łam dwie roz­mowy z Kan­ce­la­rii Pre­miera.

- A, fak­tycz­nie, był KPRM. Musiało mi wyle­cieć z pamięci. Rozu­mie­cie, teraz wszy­scy chcą infor­ma­cji o sytu­acji w Ukra­inie. - Marecki spoj­rzał na Kołec­kiego i Szy­mań­ską, jakby ocze­ku­jąc podziwu z ich strony.

- Mamy pilny raport do zatwier­dze­nia - przy­po­mniał Kołecki.

- No tak, tak. Ale ja muszę zaraz jechać do mini­stra koor­dy­na­tora.

- Panie mini­strze, bez pana pod­pisu nie możemy pod­jąć reali­za­cji ope­ra­cji.

- No dobrze. To wchodź­cie, tylko stresz­czaj­cie się. - Marecki otwo­rzył drzwi do gabi­netu i wspa­nia­ło­myśl­nym gestem zapro­sił oboje do środka.

Pod­puł­kow­nik Kołecki poło­żył raport na biurku. On i Szy­mań­ska nie usie­dli. Oboje mieli świa­do­mość absur­dal­no­ści tej sytu­acji. Marecki uni­kał pod­pi­sy­wa­nia doku­men­tów w spra­wach ope­ra­cyj­nych. Nikt nie wie­dział, czy wyni­kało to z chęci unik­nię­cia odpo­wie­dzial­no­ści, czy ze zwy­kłego stra­chu. Cza­sami, gdy nie mógł unik­nąć zosta­wie­nia śladu, pisał po pro­stu "vide". Krą­żyły plotki, że gdy ope­ra­cja koń­czyła się fia­skiem, potra­fił powie­dzieć, iż wła­ści­wie nie wyra­ził zgody na dzia­ła­nie, o czym świad­czył brak for­mal­nego zatwier­dze­nia.

Teraz też patrzył na doku­ment, obra­cał w dłoni dłu­go­pis i ciężko dyszał. Osta­tecz­nie zasko­czył obec­nych ofi­ce­rów i w pozy­cji "zatwier­dzam" zło­żył zama­szy­sty pod­pis.

- Bierz­cie się do roboty - pole­cił, zwra­ca­jąc raport. Popa­trzył na porucz­nik Szy­mań­ską. - Teraz wszystko w pani rękach. Nie była pani moją fawo­rytką w tej ope­ra­cji, ale pani sze­fo­wie mnie prze­ko­nali. Oby się pani udało.

"Baszka", wycho­dząc z gabi­netu szefa, myślała, że mając do wyboru bez­po­śred­nią walkę ze służ­bami rosyj­skimi i ponowną wizytę u Marec­kiego, wybra­łaby pierw­szy wariant.

Nie prze­czu­wała nawet, jak szybko może zmie­nić zda­nie.

Godzina 13.15 Warszawa. Departament Bezpieczeństwa Narodowego

- Wszy­scy cho­dzimy na rzę­sach, aby dostar­czyć aktu­alne infor­ma­cje kie­row­nic­twu pań­stwa - nie krył zde­ner­wo­wa­nia Patryk Tur, zastępca dyrek­tora DBN. - Tak na co dzień to może­cie nam pod­sy­łać ten ruty­nowy beł­kot. Mini­ster koor­dy­na­tor cza­sami tylko się wku­rza, że cie­kaw­sze infor­ma­cje można zoba­czyć w mediach. Ale w obli­czu nie­bez­pie­czeń­stwa wojny za naszą gra­nicą powin­ni­ście, do cho­lery, dostar­czać coś war­to­ścio­wego.

- Sta­ramy się. - Zastępca szefa AW nie mógł uwie­rzyć, jak go trak­tuje bli­ski kolega. - Wiesz, cią­gle pra­cu­jemy z ofi­ce­rami przy­ję­tymi przez ekipę Plat­formy. Nie mogli­śmy wszyst­kich wymie­nić. A ich szko­lili jesz­cze ci ze Służby Bez­pie­czeń­stwa.

- Antoni, nie pier­dol mi tu takich smut­ków. Te bzdety o winie Tuska i jego ekipy to my powta­rzamy w mediach, aby wzmac­niać nasz elek­to­rat. Chyba nie ocze­ku­jesz, że mini­ster pój­dzie do pre­miera i powie mu taką bzdurę.

- Patryk, ale prze­cież to prawda.

- Wiesz co, cza­sami nie wie­rzę, że mogłem popie­rać mia­no­wa­nie cię na sta­no­wi­sko zastępcy szefa AW. Kolega czy kum­pel to jedno, ale nie sądzi­łem, że jesteś taki głupi. Sła­bość naszego wywiadu wynika wyłącz­nie z błę­dów kie­row­nic­twa Agen­cji. W zaufa­niu powiem ci, że zbie­rają się coraz ciem­niej­sze chmury nad gene­ra­łem Gli­niec­kim i nad tobą. Zaczy­nają się przy­miarki, aby was wymie­nić. Więc bierz­cie się do poważ­nej roboty. Musisz mi dać coś, z czym mini­ster pój­dzie do pre­miera oraz pre­zy­denta i nie naje się wstydu. Mamy wywiad czy nie mamy?

- My cały czas pra­cu­jemy. Musisz mi uwie­rzyć, ale zdo­by­cie war­to­ścio­wych infor­ma­cji jest bar­dzo trudne i nie­bez­pieczne.

- I pew­nie ocze­ku­jesz, że pre­zy­dent ze współ­czu­ciem pochyli się nad waszą ciężką dolą - zakpił Tur. - Może nawet cała Rada Bez­pie­czeń­stwa Naro­do­wego będzie was żało­wać i chwa­lić. Robi­cie coś czy nie?!

- No jasne. Oczy­wi­ście, że dzia­łamy. Zdra­dzę ci, że pół godziny temu zatwier­dzi­łem ope­ra­cję, dzięki któ­rej powin­ni­śmy zdo­być źró­dłowe i ważne infor­ma­cje od agenta w kie­row­nic­twie Fede­ra­cji Rosyj­skiej. Ofi­cer Agen­cji jutro leci do Kijowa, a potem rusza na gra­nicę Ukra­iny z obwo­dem doniec­kim. Tam doj­dzie do spo­tka­nia z agen­tem i odbioru infor­ma­cji. Naj­da­lej za dwa-trzy dni będziemy je mieli. Mówię ci to w zaufa­niu. Pamię­taj.

- Kurwa, ja z tobą zwa­riuję. - Tur zerwał się z fotela i zaczął szyb­kim kro­kiem cho­dzić po gabi­ne­cie. W końcu zatrzy­mał się przed Marec­kim i ryk­nął:

- Antoni, za dwa-trzy dni to Rosja­nie mogą być już w Kijo­wie. Na chuj mi wtedy twoje źró­dłowe infor­ma­cje. Będą spóź­nione o te dwa dni. Gdzie są bie­żące infor­ma­cje? Czy macie, do cho­lery, tylko jed­nego agenta? A gdzie infor­ma­cje od innych źró­deł? Na co idzie wasz pra­wie trzy­stu­mi­lio­nowy budżet?

- Prze­sła­li­śmy rano ser­wis wia­do­mo­ści z nocy. Nie­długo dosta­nie­cie też infor­ma­cję dzienną.

- Czy­ta­łeś dzi­siaj "Wybor­czą"? Nie? A ja tak i powiem ci, że ich kore­spon­denci zamie­ścili lep­sze infor­ma­cje niż te, które dosta­li­śmy od was. Oczy­wi­ście nie mówię tu o prze­glą­dzie infor­ma­cji od służb part­ner­skich, które nas ratują. Dobrze, że nasi sze­fo­wie nie mają zbyt wyso­kich ocze­ki­wań wobec AW czy Służby Wywiadu Woj­sko­wego, bo wtedy dymi­sje posy­pa­łyby się jak z rękawa. Tylko na­dal byłby pro­blem, na kogo was wymie­nić.

- Stary, ale rozu­miesz, że nie wycza­ruję ci super­in­for­ma­cji, skoro od kilku lat jest podob­nie. Co ci mam powie­dzieć, że od czasu, kiedy zwol­ni­li­śmy tych sprzed dzie­więć­dzie­sią­tego roku, to robota idzie jak po gru­dzie. Myślisz, że ja tego nie widzę. Ale taka była potrzeba poli­tyczna i sprawa zamknięta.

- Antek, wra­caj na Miło­będzką i powiedz gene­ra­łowi Gli­niec­kiemu, że wie­czo­rem ma się sta­wić u pre­miera z nowymi infor­ma­cjami i ana­li­zami. Nie obcho­dzi mnie, co przy­nie­sie. To wasze tyłki są zagro­żone.

Godzina 19.30 Warszawa. Restauracja Belvedere w Łazienkach

Belve­dere poło­żona w środku parku Łazien­kow­skiego ofe­ruje wspa­niałe oto­cze­nie zarówno w dzień, jak i w tajem­ni­czym wie­czor­nym mroku. Wiel­kie szyby dają moż­li­wość dostrze­ga­nia boga­tej roślin­no­ści tego naj­ład­niej­szego war­szaw­skiego parku.

Patryk Tur nie sko­rzy­stał z moż­li­wo­ści spa­ceru zimo­wymi alej­kami Łazie­nek i jego służ­bowy samo­chód pod­je­chał pod samo wej­ście do restau­ra­cji. Zado­wo­lony, że kon­takt z niską tem­pe­ra­turą był krótki, wszedł do głów­nej sali. Recep­cjo­ni­sta poznał go i zapro­wa­dził do sto­lika na końcu restau­ra­cji oto­czo­nego mnó­stwem roślin. Tur z przy­jem­no­ścią stwier­dził, że jego towa­rzysz już czeka.

Krzysz­tof Pie­liń­ski, war­szaw­ski przed­sta­wi­ciel Tra­dexu mają­cego sie­dzibę na Cyprze, wstał na widok Tura. Pie­liń­ski, ponad­sześć­dzie­się­cio­pię­cio­letni nie­wy­soki męż­czy­zna, impo­no­wał gęstą grzywą siwych wło­sów. Ubrany jak zawsze w ele­gancki, drogi gar­ni­tur dys­po­no­wał umie­jęt­no­ściami zacho­wa­nia się w każ­dej sytu­acji naby­tymi pod­czas ponad trzy­dzie­stu lat pracy w MSZ. Pano­wie poznali się kilka lat wcze­śniej na kor­tach War­sza­wianki, gdzie obaj sta­rali się dbać o kon­dy­cję. Patryk Tur pomimo usil­nych sta­rań nie był w sta­nie wygrać ze star­szym o dwa­dzie­ścia pięć lat zna­jo­mym. Rekom­pen­satą za brak wyni­ków spor­to­wych była szybko roz­wi­ja­jąca się przy­jaźń, co impo­no­wało Turowi. Pomimo osią­gnię­cia wyso­kiej pozy­cji w admi­ni­stra­cji pań­stwo­wej na­dal był zahu­ka­nym chło­pa­kiem z małego mia­steczka.

- Witaj, Patryku. Jak zwy­kle zago­niony i zapewne bez szans na spo­kojny lunch w trak­cie pracy. Mam nadzieję, że nasza kola­cja choć tro­chę zre­kom­pen­suje ci ten męczący dzień.

- Cie­szę się, że udało nam się zoba­czyć. - Tur usiadł na wska­za­nym miej­scu. - Jest tak gorący czas, jak się domy­ślasz, że do końca nie wie­rzy­łem w real­ność tej kola­cji. Na szczę­ście mini­strowi pod­czas wie­czor­nych spo­tkań towa­rzy­szy mój prze­ło­żony i udało mi się wyrwać z kan­ce­la­rii. Ale dosyć o pracy, poga­dajmy o przy­jem­no­ściach. Weź­miesz udział w week­en­do­wym tur­nieju na Legii?

- Mia­łem taki zamiar, ale nie­stety w czwar­tek dwu­dzie­stego czwar­tego muszę być w mojej cen­trali na Cyprze. Więc tur­niej odbę­dzie się beze mnie. Wra­cam w nie­dzielę. A ty masz zamiar zagrać? Myślę, że miał­byś duże szanse.

Pod­szedł kel­ner, któ­remu szybko zło­żyli zamó­wie­nie, a Pie­liń­ski wybrał jak zwy­kle dosko­nale pasu­jące wino. Tur zauwa­żył, że było jed­nym z naj­droż­szych. Wie­dział, że towa­rzysz nie pozwoli mu par­ty­cy­po­wać w kosz­tach rachunku, co miał zamiar zaak­cep­to­wać dopiero po dłuż­szych prze­py­chan­kach.

- Moja cen­trala bar­dzo nie­po­koi się sytu­acją wokół Ukra­iny - stwier­dził biz­nes­men. Prze­rwał, pró­bu­jąc przy­nie­sio­nego wina. Z uzna­niem zaapro­bo­wał. - Jak wiesz, mamy duże kon­trakty na dostawy węgla z Rosji. Także inne surowce są w naszym port­felu. Choć oczy­wi­ście sta­ramy się posze­rzać ofertę.

- Dosko­nale cię rozu­miem. Wszy­scy w tych dniach mar­twimy się o to, co się wyda­rzy.

- Patryku, nie wiem, czy mogę o to pytać, ale był­bym wdzięczny za szcze­rość na temat ocen sytu­acji. Mógł­bym bły­snąć przed moimi sze­fami.

- Krzy­siu, znamy się już sporo czasu i chyba sobie ufamy. Dla­tego nie musisz się zastrze­gać. Chęt­nie wzbo­gacę twoją wie­dzę.

Pod­czas kola­cji Tur obszer­nie przed­sta­wił zarówno ana­lizy ośrod­ków rzą­do­wych, jak i infor­ma­cje uzy­skane od zagra­nicz­nych part­ne­rów. W sumie spra­wiało mu dużą przy­jem­ność to, z jaką uwagą był słu­chany. Pie­liń­ski prze­ry­wał mu pyta­niami, które świad­czyły o uważ­nym ana­li­zo­wa­niu infor­ma­cji Tura. W miarę spo­ży­wa­nia dosko­na­łego wina dyrek­tor Tur, oczy­wi­ście w zaufa­niu, zaczął cyto­wać infor­ma­cje otrzy­mane od służb zachod­nich, w szcze­gól­no­ści z CIA. Teraz towa­rzysz nie odry­wał wręcz od niego wzroku. Popro­sił o pogłę­bie­nie kilku zagad­nień. W końcu deli­kat­nie zapy­tał o roze­zna­nie pol­skich służb. Patryk Tur począt­kowo się obru­szył bez­po­śred­nio­ścią pyta­nia, ale uznał, że ma do czy­nie­nia z osobą, która sama poznała wiele tajem­nic pań­stwo­wych pod­czas pracy w MSZ.

Nie mógł powstrzy­mać się od kry­tycz­nego przed­sta­wie­nia doko­nań Agen­cji Wywiadu. Bar­dziej pozy­tyw­nie oce­nił aktyw­ność ABW moni­to­ru­ją­cej dzia­ła­nia rosyj­skiej agen­tury. Po kolej­nym kie­liszku wspo­mniał o dwóch rosyj­skich dzien­ni­ka­rzach, któ­rzy sta­rają się uzy­ski­wać nie­le­galne infor­ma­cje. Pie­liń­ski w tej czę­ści roz­mowy podzie­lił się z kolegą swo­imi obser­wa­cjami dziw­nych zacho­wań pra­cow­ni­ków zagra­nicz­nych firm dzia­ła­ją­cych w Pol­sce. Tur, chcąc zaim­po­no­wać towa­rzy­szowi tym, że pol­skie służby są sku­teczne w dzia­ła­niu, szep­tem opo­wie­dział, iż następ­nego dnia ofi­cer AW leci do Kijowa. Na pogra­ni­czu ukra­iń­sko-rosyj­skim ma tajne spo­tka­nie, pod­czas któ­rego doj­dzie do uzy­ska­nia bar­dzo waż­nych infor­ma­cji z kie­row­ni­czych krę­gów wła­dzy Fede­ra­cji Rosyj­skiej.

Pie­liń­ski wysłu­chał tych rewe­la­cji pochy­lony w stronę Tura. W końcu zasu­ge­ro­wał, że lepiej, by na tym zakoń­czyli roz­mowę, zanim ktoś nie­po­wo­łany ich pod­słu­cha. Patryk był zachwy­cony ostroż­no­ścią part­nera i z uzna­niem przy­jął jego pro­po­zy­cję.

Przy kawie i koniaku roz­mowa toczyła się na luźne tematy. Tura bar­dzo zain­te­re­so­wała pro­po­zy­cja Pie­liń­skiego doty­cząca moż­li­wo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nia waka­cyj­nego pobytu na Cyprze, w willi poło­żo­nej nad samym morzem. Biz­nes­men stwier­dził, że nie­ru­cho­mość należy do firmy, którą repre­zen­tuje. Dla­tego pobyt wią­załby się jedy­nie z sym­bo­liczną odpłat­no­ścią. Przy­mru­żył oko, wyja­śnia­jąc, że taka odpłat­ność spo­wo­duje, iż nikt nie będzie mógł zarzu­cić korup­cyj­nego cha­rak­teru takim waka­cjom. Sta­nęło na tym, że biz­nes­men pod­czas zbli­ża­ją­cego się pobytu na Cyprze ustali moż­liwy ter­min waka­cyj­nego pobytu Patryka Tura wraz z rodziną.

Jak zakła­dał Patryk, jego towa­rzysz nie dał się prze­ko­nać co do podzie­le­nia kosz­tów rachunku. Był tak miły, że nawet pomógł zna­jo­memu dotrzeć do samo­chodu ocze­ku­ją­cego przed Belve­dere.

Godzina 23.30 Warszawa. Łazienki

Odjazd służ­bo­wego samo­chodu z zastępcą dyrek­tora DBN, a następ­nie przy­jazd tak­sówki, która zabrała Krzysz­tofa Pie­liń­skiego, bar­dzo zain­te­re­so­wały dwóch męż­czyzn sie­dzą­cych od wpół do ósmej w nie­po­zor­nej kii, która stała w par­ko­wej alejce sąsia­du­ją­cej z restau­ra­cją Belve­dere. Ruch samo­cho­dów na tere­nie Łazie­nek był zabro­niony, ale legi­ty­ma­cja ABW sta­no­wiła odpo­wied­nie zabez­pie­cze­nie w razie spo­tka­nia pra­cow­nika ochrony parku.

Jeden z męż­czyzn około dwu­dzie­stej pierw­szej wszedł do lokalu za parą klien­tów i korzy­sta­jąc z faktu, że recep­cjo­ni­sta był zajęty gośćmi, obszedł całą salę. Dotarł do sto­lika zaję­tego przez Tura i Pie­liń­skiego. Minął go, pozor­nie nie zwra­ca­jąc na nich uwagi. W końcu sta­nął przed wiel­kimi oknami uka­zu­ją­cymi wie­czorny kra­jo­braz. Dys­kret­nie zro­bił kilka zdjęć obu panów. Był tak zafa­scy­no­wany wido­kiem na nocny park, że recep­cjo­ni­sta zor­ga­ni­zo­wał dla niego dodat­kowy sto­lik usta­wiony tuż za rośli­nami zasła­nia­ją­cymi obu roz­mów­ców. Męż­czy­zna zjadł skromny die­te­tyczny posi­łek. Zado­wo­lił się her­batą. Cały czas podzi­wiał widok za oknem oraz bawił się jakimś elek­tro­nicz­nym urzą­dze­niem, nie do roz­po­zna­nia dla osób nie­ma­ją­cych stycz­no­ści ze sprzę­tem tech­niki ope­ra­cyj­nej. Męż­czy­zna opu­ścił restau­ra­cję Belve­dere tuż przed Pie­liń­skim i Turem.

Kiedy wsiadł do samo­chodu, jego towa­rzysz popa­trzył z zazdro­ścią.

- Ty wcho­dzisz następ­nym razem - zapew­nił pierw­szy męż­czy­zna, dosko­nale roz­po­zna­jąc spoj­rze­nie kolegi.

Kia poje­chała za tak­sówką wio­zącą przed­sta­wi­ciela cypryj­skiej firmy Tra­dex aż do jego domu w Józe­fo­sła­wiu koło Pia­seczna. Na małych ulicz­kach trzy­mali spory dystans, ale dosko­nale wie­dzieli, dokąd jadą. Kiedy Pie­liń­ski wszedł do domu, kia zawró­ciła i odje­chała w stronę war­szaw­skiego Moko­towa.

22 lutego 2022 roku, godzina 8.00 Moskwa. Służba Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej

- Czy­taj.

For­mu­larz depe­szy wylą­do­wał przez nosem puł­kow­nika Micha­iła Sawina. Już poranne wezwa­nie do zastępcy dyrek­tora SWR było zaska­ku­jące, szcze­gól­nie dla czło­wieka, który nie poja­wiał się w biu­rze przed dzie­wiątą. Doku­ment prze­ka­zany mu przez gene­rała musiał mieć nie­by­wałą war­tość. Sawin skon­cen­tro­wał się na tre­ści. Była to infor­ma­cja z War­szawy od agenta pro­wa­dzo­nego przez Wydział Tery­to­rialny. Zawar­tość fak­tycz­nie zaska­ki­wała. Agent mel­do­wał, że 22 lutego do Kijowa przy­bę­dzie ofi­cer pol­skiego wywiadu, który udaje się na spo­tka­nie z wysoko umo­co­wa­nym agen­tem w rosyj­skich krę­gach wła­dzy. Do kon­taktu ma dojść na pogra­ni­czu obwodu doniec­kiego z Ukra­iną. Wydział Tery­to­rialny oce­nił infor­ma­cję jako wia­ry­godną i pocho­dzącą bez­po­śred­nio od źró­dła.

Sawin dwa razy prze­czy­tał depe­szę.

- Cie­kawe, ale mało szcze­gó­łów - pod­su­mo­wał.

- Durak, ta infor­ma­cja jest warta awansu na gene­rała. Daję ci tę sprawę, bo cię sza­nuję. Ale jak nie chcesz, to mam dzie­się­ciu innych, któ­rzy będą mnie cało­wać po rękach za taką moż­li­wość.

- No nie, oczy­wi­ście, zaraz się tym zajmę. Tylko powie­dzia­łem, że mało infor­ma­cji. Poza tym, jeśli Polacy rze­czy­wi­ście mają u nas takiego agenta, to plany spo­tka­nia z nim powinny być dostępne wyłącz­nie ści­słemu gronu funk­cjo­na­riu­szy. To, że dotarły do naszego czło­wieka w War­sza­wie, to może być pro­wo­ka­cja.

- Wczo­raj Wła­di­mir Wła­di­mirowicz pole­cił sze­fom służb uru­cho­mić wszyst­kie sprawy zwią­zane z Ukra­iną. Szu­kać zacze­pek, które ujaw­nią wro­gie dzia­ła­nia wywia­dów sąsied­nich kra­jów. Masz przed sobą gotowca, któ­rym możesz zro­bić wra­że­nie na pre­zy­den­cie. Musisz sta­nąć na gło­wie i tego Polaka upo­lo­wać. Także tego agenta. Pamię­tam, że z Pola­kami masz na pieńku od kilku lat. Teraz się ode­grasz. To jest dla cie­bie prio­ry­tet. A jeśli zamie­rzasz dalej kry­ty­ko­wać i szu­kać pro­wo­ka­cji, to lepiej od razu zre­zy­gnuj. Jak brzmi twoja decy­zja?

- W ciągu kwa­dransa uru­cho­mię naszych ludzi w Kijo­wie i zaczniemy polo­wa­nie. Zaalar­muję wszyst­kich w rejo­nach pogra­nicz­nych i zaczną szu­kać szpiega. Gene­rale, obie­cuję, że zgo­tuję im pie­kło.

- Na to liczę. Ale zaska­kuje mnie, że zupeł­nie nie zwró­ci­łeś uwagi na pseu­do­nim agenta, który uzy­skał tę infor­ma­cję. Powi­nie­neś od razu to zauwa­żyć. Albo się sta­rze­jesz, albo zatra­ci­łeś spo­strze­gaw­czość, co w naszym fachu jest zgubne.

Sawin prze­klął w duchu. Nie cier­piał wcze­śnie wsta­wać i fak­tycz­nie o poranku jego szare komórki funk­cjo­no­wały naj­wy­żej na biegu jało­wym. Współ­pra­cow­nicy uni­kali absor­bo­wa­nia go przed dzie­siątą, ale prze­ło­żony nie miał o tym poję­cia. Uwaga gene­rała, który trak­to­wał go zazwy­czaj po przy­ja­ciel­sku, mając zapewne w pamięci kilka uda­nych ope­ra­cji, zabrzmiała jak kpina. Pod­niósł depe­szę. Teraz zauwa­żył. Czy to ten sam czło­wiek?

- Pro­szę o wyba­cze­nie, mia­łem kiep­ską noc. Powi­nie­nem od razu się zorien­to­wać. W sumie nie sądzi­łem, że "Spring" na­dal dla nas pra­cuje. Wiem, że jakiś czas temu prze­szedł na eme­ry­turę. I myśla­łem, że kon­takt został zakoń­czony. Co on może jako eme­ryt?

- I tu się bar­dzo mylisz, przy­ja­cielu. Spraw­dzony agent zawsze może się przy­dać. Poli­tyczne czystki w pol­skim MSZ zamknęły jego karierę, ale mądra cen­trala myśli. Zaaran­żo­wa­li­śmy pod­ję­cie przez niego pracy w spółce han­dlo­wej. Przez dłuż­szy czas był tam kon­sul­tan­tem. Jak myszka zaj­mo­wał się papier­kową robotą i nie­wiel­kimi kon­trak­tami. Potem powoli zaczął bywać u róż­nych ludzi w War­sza­wie. Stop­niowo zbu­do­wał sobie nie­złą pozy­cję. I teraz zbie­ramy tego rezul­taty.

- Jestem pod wra­że­niem. W końcu to ja go zwer­bo­wa­łem.

- Mię­dzy innymi dla­tego dosta­jesz tę ope­ra­cję. Dotrzy­maj obiet­nicy, zgo­tuj Pola­kom pie­kło, a jak będzie trzeba, obe­drzyj ich ze skóry i wycią­gnij to, czego potrze­bu­jemy.

Godzina 9.20 Przestrzeń powietrzna nad Ukrainą

Boeing 737-800 PLL LOT od godziny leciał w kie­runku Kijowa. Pomimo cięż­kich ciem­nych chmur wiszą­cych od świtu nad War­szawą start nastą­pił pla­nowo. Maszyną tro­chę rzu­cało przy wcho­dze­niu w chmury, ale po kilku minu­tach lot stał się już spo­kojny. "Baszka" nie była miło­śniczką podróży samo­lo­tami, ale jako roz­sądna kobieta nie wpa­dała w histe­rię na myśl o koniecz­no­ści ode­rwa­nia się od ziemi. Nato­miast cał­ko­wi­cie zga­dzała się ze swoją uko­chaną mamą, która widząc lecący samo­lot, czę­sto sta­wiała zwy­cza­jowe pyta­nie: jakim cudem takie meta­lowe cięż­kie pudło może uno­sić się w powie­trzu? Dzi­siaj Szy­mań­ska była zbyt pod­nie­cona swoją misją, aby wra­cać do mami­nego dyle­matu, ale gdy boeing mocno się trząsł, prze­cho­dząc przez grubą war­stwę chmur, czuła lekki nie­po­kój.

Rozej­rzała się po kabi­nie wypeł­nio­nej w jed­nej trze­ciej. Realne zagro­że­nie ata­kiem Rosji na Ukra­inę sku­tecz­nie znie­chę­cało zarówno biz­nes­me­nów, jak i osoby pry­watne do odwie­dza­nia ukra­iń­skiej sto­licy. Obser­wu­jąc pasa­że­rów na Okę­ciu, oce­niła, że więk­szość z nich sta­no­wią oby­wa­tele Ukra­iny. "Gdy wybuch­nie wojna, ruszą zapewne masowo w odwrot­nym kie­runku", pomy­ślała. Po latach spę­dzo­nych wraz z rodzi­cami na pla­ców­kach w kra­jach byłego ZSRR czuła sym­pa­tię do ludzi miesz­ka­ją­cych na wschód od Pol­ski. W samo­lo­cie pano­wał spo­kój typowy dla etapu lotu, gdy ste­war­desy zakoń­czyły wszyst­kie manewry po star­cie, a nie zaczęły jesz­cze przy­go­to­wań do poże­gna­nia pasa­że­rów u celu podróży.

Była pewna, że to, co nie­zbędne, zostało przy­go­to­wane. Lubiła taki wstępny moment ope­ra­cji, gdy klamka już zapa­dła, ale jesz­cze wszystko było przed nią. Przez moment zatę­sk­niła za obec­no­ścią Karola Popław­skiego. Zawsze ema­no­wał opa­no­wa­niem i zdol­no­ścią szyb­kiego pod­ję­cia decy­zji wła­ści­wej w danej chwili. Basia była prze­ko­nana, że po kolej­nych kilku latach służby w wywia­dzie dorówna Karo­lowi i innym bar­dziej doświad­czo­nym kole­gom. W tym momen­cie uświa­do­miła sobie, że przy­cho­dzą jej do głowy bzdurne myśli. Zaczy­nała wła­śnie pierw­szą poważną samo­dzielną ope­ra­cję wywia­dow­czą i musi wyka­zać się umie­jęt­no­ściami już teraz, a nie za kilka lat. Spo­tka­nie z agen­tem nie było dla niej żad­nym pro­ble­mem. Samo­dziel­nie reali­zo­wała już kon­takty z taj­nymi infor­ma­to­rami. Miała też za sobą wer­bu­nek agenta. Pamię­tała ten dzień, kiedy reali­zu­jąc w Kra­ko­wie roz­mowę ope­ra­cyjną z rosyj­skim dzien­ni­ka­rzem, nagle zdała sobie sprawę, że to dosko­nały moment do posta­wie­nia pro­po­zy­cji współ­pracy. Rosja­nin, który miał jed­no­znaczne anty­pu­ti­now­skie poglądy, wyra­ził zgodę, a spo­rzą­dzona szybko dekla­ra­cja o współ­pracy potwier­dziła wer­bu­nek. Za tę akcję dostała mocny opieprz od prze­ło­żo­nych, któ­rzy chcieli trzy­mać się for­mal­nych zasad pracy wywia­dow­czej. Ponie­waż nowy agent dostar­czył odręczne war­to­ściowe notatki, sze­fo­wie w końcu dali spo­kój, a wer­bu­nek został zatwier­dzony. Pod­czas oble­wa­nia tego pierw­szego agenta chwa­lono jej instynkt raso­wego ofi­cera wywiadu.

Poczuła lekki ruch samo­lotu zwia­stu­jący obni­ża­nie pułapu lotu. Spoj­rzała na zega­rek. Do końca podróży pozo­stało nie­wiele ponad dwa­dzie­ścia minut, zaczęło się podej­ście do lądo­wa­nia. Ste­war­desy pode­rwały się ze swo­ich miejsc i z gra­cją zaczęły poru­szać się po kabi­nie, a głos pilota powia­do­mił pasa­że­rów o zbli­ża­niu się do Kijowa.

Spoj­rzała przez okno. Widziała tylko gęstą war­stwę chmur pod boein­giem. Czy gdy chmury się roz­stą­pią, na ziemi będzie jesz­cze pokój? Rano w wia­do­mo­ściach TVN24 sygna­li­zo­wano kolejne ruchy Rosjan. Była prze­ko­nana, że atak wojsk rosyj­skich jest tym razem kwe­stią już nie tygo­dni lub dni, ale godzin. Tym bar­dziej że kon­cen­tra­cja dużych sił trwała od dłuż­szego czasu. Jako ofi­cer wywiadu musiała być przy­go­to­wana na każdy roz­wój wyda­rzeń, ale po sie­dem­dzie­się­ciu sied­miu latach pokoju w Euro­pie trudno przy­cho­dziło pogo­dzić się z taką moż­li­wo­ścią. Tym bar­dziej z wojną u gra­nic Pol­ski. Dotąd żyła w prze­świad­cze­niu o nie­na­ru­szal­no­ści pokoju. Samo­lot powoli wcho­dził w chmury, zaczęły się tur­bu­len­cje. Pomy­ślała, że postara się zro­bić wszystko, co w jej mocy, aby wyko­nać zada­nie, pomimo tak nie­bez­piecz­nej sytu­acji. Byłaby szczę­śliwa, gdyby mogła choć w naj­mniej­szym stop­niu wpły­nąć na zacho­wa­nie pokoju. Nie­stety, takie myśli sta­no­wiły jedy­nie nie­re­alne życze­nia.

Nie wie­działa jesz­cze, że zbli­ża­jąca się nie­uchron­nie wojna była tylko jed­nym z jej pro­ble­mów. A ponad sie­dem­set kilo­me­trów od niej zro­dziło się śmier­telne zagro­że­nie, w któ­rego urze­czy­wist­nie­niu poma­gał jeden z jej roda­ków.

Godzina 9.25 Kijów. Ambasada Federacji Rosyjskiej

Rezy­dent wywiadu wstrzy­mał przy­go­to­wa­nia do ewa­ku­acji zwią­za­nej z decy­zją Moskwy naka­zu­ją­cej per­so­ne­lowi pla­cówki pilny powrót do ojczy­zny. Wojna była pewna, dla­tego wła­dze nie chciały nara­żać swo­ich ludzi na nie­bez­pie­czeń­stwo zwią­zane z nawałą rosyj­skich rakiet czy bom­bar­do­wań, które lada moment dotkną miesz­kań­ców sto­licy Ukra­iny. Fak­tycz­nie, głu­pio byłoby zgi­nąć od wła­snej broni.

Po otrzy­ma­niu roz­ka­zów z cen­trali wszy­scy ofi­ce­ro­wie rezy­den­tury zostali wysłani w rejon pol­skiej amba­sady. Mieli zająć się ści­słą obser­wa­cją ziden­ty­fi­ko­wa­nych funk­cjo­na­riu­szy pol­skiego wywiadu. Główny wysi­łek skon­cen­tro­wano wokół rezy­denta Sta­ni­sława Krau­zego, dru­giego sekre­ta­rza amba­sady Pio­tra Adam­skiego oraz dwóch innych dyplo­ma­tów, co do któ­rych ist­niały poważne podej­rze­nia o dzia­ła­nie na rzecz wro­giej służby. By unik­nąć wymknię­cia się wspo­mnia­nych osób spod obser­wa­cji, do ich samo­cho­dów miały zostać pod­rzu­cone mikro­na­daj­niki pozwa­la­jące na moni­to­ro­wa­nie prze­miesz­cza­nia się. Rezy­dent mocno postra­szył pod­wład­nych, gro­żąc wszel­kimi moż­li­wymi sank­cjami w razie spar­to­le­nia akcji. Jego groźby były rów­nież wyni­kiem obaw o wła­sną skórę. Miał nadzieję, że uda się zakoń­czyć zada­nie przed roz­po­czę­ciem wojny. On i jego ludzie mieli swoje rze­czy już spa­ko­wane.

Pozo­stało tylko cze­kać - czas pokaże, czy infor­ma­cje z Moskwy były praw­dziwe i kto z pol­skiej rezy­den­tury spo­tka się z ofi­ce­rem przy­by­łym z War­szawy.

Godzina 9.30 Kijów. Ambasada RP

Piotr Adam­ski, drugi sekre­tarz Amba­sady RP w Kijo­wie, kolejny raz spraw­dził godzinę na zegarku. Ocze­ki­wana przez niego kole­żanka z cen­trali powinna wła­śnie lądo­wać w Kijo­wie. Miał już za sobą chwile zasko­cze­nia i fru­stra­cji, gdy dowie­dział się od rezy­denta Sta­ni­sława Krau­zego, że przez kilka dni będzie wspie­rał ope­ra­cję w rejo­nie pogra­nicz­nym reali­zo­waną przez mło­dego ofi­cera. I do tego kole­żankę z tego samego rocz­nika OKKW w Kiej­ku­tach. Dotych­czas Adam­ski czuł się szczę­ścia­rzem, ponie­waż jako pierw­szy spo­śród rówie­śni­ków został dele­go­wany na pla­cówkę. Inni jesz­cze uczyli się fachu w War­sza­wie, a on był już dyplo­matą i szpie­giem pełną gębą. Kariera stała przed nim otwo­rem. Dla­tego sta­rał się jak naj­wię­cej pra­co­wać, budu­jąc swoją pozy­cję w Agen­cji. Tym bar­dziej że nie­długo cze­kała go ocena po dwóch latach pracy, od któ­rej od któ­rej mogło dużo zale­żeć. Aż tu nagle został spro­wa­dzony na zie­mię. Pole­ce­nie cen­trali przy­dzie­liło mu rolę chłopca na posyłki dla Baśki Szy­mań­skiej, która wyko­ny­wała samo­dzielne zada­nie w tere­nie. Pamię­tał ją dosko­nale z Kiej­kut. Od początku rywa­li­zo­wali ze sobą na polu nauko­wym. Tam Szy­mań­ska oka­zała się lep­sza i zajęła drugą lokatę w ich rocz­niku. On był "tylko" trzeci na liście pry­mu­sów. No i do tego ona znała bie­gle tyle języ­ków, że jego dosko­nała zna­jo­mość zale­d­wie dwóch wypa­dała zupeł­nie blado. Był lep­szy tylko w zaję­ciach spor­to­wych i strze­lec­kich, co jed­nak pocie­szyło go w nie­wiel­kim stop­niu. W grę wcho­dziły też sprawy poza­za­wo­dowe. Basia od pierw­szego dnia w Kiej­ku­tach bar­dzo mu się podo­bała, ale ona, zajęta szko­le­niem, kom­plet­nie nie zwra­cała na niego uwagi. Tro­chę go pod­nie­cała, a tro­chę nie­po­ko­iła myśl o tych dwóch-trzech dniach wspól­nej pracy w tere­nie. Czy ona będzie się wywyż­szać jako ofi­cer reali­zu­jący ope­ra­cję? Chciałby unik­nąć nie­przy­jem­nej kon­fron­ta­cji, lecz jed­no­cze­śnie nie mógł dopu­ścić do tego, by poczuł się kimś gor­szym.

Drzwi do pokoju otwo­rzyły się gwał­tow­nie. Radca Sta­ni­sław Krauze wyglą­dał na znacz­nie star­szego niż pięć­dzie­siąt pięć lat. "Ma szczę­ście, że przy­szedł do służby w tysiąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tym pierw­szym roku, a nie kilka mie­sięcy wcze­śniej, bo już by został zwol­niony jak wielu ofi­ce­rów uro­dzo­nych za wcze­śnie", pomy­ślał Adam­ski. Pamię­tał jesien­nego grilla przy piwie, pod­czas któ­rego rezy­dent przy­bli­żył mu realia zmian prze­pi­sów eme­ry­tal­nych i pozby­wa­nia się sta­rych funk­cjo­na­riu­szy przez obecne wła­dze. Piotr w pełni zga­dzał się z oceną, że poli­tyczne decy­zje zazwy­czaj odby­wają się ze szkodą dla służby wywiadu. Zmiany poko­le­niowe powinny prze­bie­gać w natu­ralny spo­sób. Pomi­nął pro­blem krzywdy ludzi, któ­rzy po poświę­ce­niu całego życia zawo­do­wego ryzy­kow­nej służ­bie nagle dowia­dy­wali się, że ojczy­zna ma ich gdzieś i zrywa umowę zawartą przed laty.

- Wszystko masz przy­go­to­wane? - zapy­tał Krauze. W cen­trali znany był ze swo­jego "ojcow­skiego" sto­sunku do pod­le­głych ofi­ce­rów. - Basia już pew­nie wylą­do­wała.

- Mel­duję, że już szó­sty raz spraw­dzi­łem listę spraw, które mia­łem zała­twić - zażar­to­wał Piotr, uśmie­cha­jąc się do prze­ło­żo­nego. Praca ze Stasz­kiem, który ze wszyst­kimi był na "ty", była czę­sto bar­dziej przy­jem­no­ścią niż obo­wiąz­kiem. - Samo­chód zatan­ko­wany, kani­stry zapa­ko­wane, tak jak było usta­lone.

- Broń przy­go­to­wana?

- Staszku, giwery wyczysz­czone i prze­sma­ro­wane. Zapa­sowe maga­zynki scho­wane.

- Doku­menty lega­li­za­cyjne, tele­fon sate­li­tarny, zapa­sowa kasa?

- Sze­fie, wszystko jest spa­ko­wane. Speł­ni­łem nawet te zaska­ku­jące życze­nia Basi.

- Oba­wiam się, że tra­fi­cie w sam śro­dek rosyj­skiej inwa­zji. - Prze­ło­żony myślał o poważ­niej­szych spra­wach niż zabra­nie dłuta, taśmy kle­ją­cej i kleju mon­ta­żo­wego. - Wtedy od tych giwer, jak je nazwa­łeś, może dużo zale­żeć. O któ­rej zni­kasz?

- Wyjdę przed dwu­na­stą. Tak jak usta­la­li­śmy, zro­bię pie­szą trasę spraw­dze­niową, a potem zabie­ram wóz z par­kingu i jadę po Bar­barę.

- Pozdrów ode mnie Basię. Prze­każ jej wyrazy współ­czu­cia, w końcu Tade­usz to był mój przy­ja­ciel. I pamię­taj, może­cie liczyć na mnie w każ­dej sytu­acji. Nie muszę ci tego mówić, ale chroń ją w razie potrzeby. Uwa­żaj­cie na sie­bie i powo­dze­nia.

Rezy­dent uści­snął dłoń Adam­skiego i wyszedł z pokoju.

"Każdy ma swoje dyle­maty. Sta­szek mar­twi się o nasze bez­pie­czeń­stwo, a ja mam pro­blem, jak nie czuć się gor­szy od kole­żanki z mojego rocz­nika", myślał. Nie przy­pusz­czał, że życie zwe­ry­fi­kuje na swój spo­sób te zało­że­nia.

Godzina 10.00 Moskwa. Służba Wywiadu Zagranicznego

Michaił Sawin odło­żył na biurko mel­du­nek z rezy­den­tury w Kijo­wie. Depe­sza sta­no­wiła zwień­cze­nie jego aktyw­no­ści w ciągu dzi­siej­szego poranka. Obser­wa­to­rzy zostali roz­sta­wieni, pozo­sta­wało tylko cze­kać. Rów­nież wszyst­kie pla­cówki SWR w rejo­nie pogra­ni­cza z Ukra­iną posta­wiono w stan goto­wość. "Psy zostały spusz­czone z łań­cu­cha", pomy­ślał z przy­jem­no­ścią. Wie­rzył, że namie­rzą Polaka, a przy oka­zji także agenta. Wtedy on wsią­dzie w cze­ka­jący już śmi­gło­wiec i dopad­nie szpiega. Nie­na­wi­dził Pola­ków, któ­rzy już kilka razy mu umknęli i wręcz go ośmie­szyli. Ale teraz on będzie się śmiał, trzy­ma­jąc za gar­dło pol­skiego ofi­cera. Chęć wyży­cia się była moc­niej­sza niż nadzieja na gene­ral­ski awans. Jed­no­cze­śnie na­dal nie mógł wyzbyć się obaw, że pol­ski wywiad przy­go­to­wał jakąś pro­wo­ka­cję. Trudno mu było uwie­rzyć, że Wydział Tery­to­rialny dys­po­no­wał agen­tem mają­cym bez­po­śred­nie doj­ście do AW. W sumie nie powi­nien nawet tak myśleć. Prze­cież to był jego czło­wiek. On go zwer­bo­wał i tak naprawdę był to naj­więk­szy suk­ces ope­ra­cyjny w jego karie­rze. Karie­rze, która wią­zała się z Pol­ską i jego oso­bi­stym pie­kłem.

Godzina 10.30 Kijów. Lotnisko Boryspol. Terminal B

Szy­mań­ska szybko ode­brała bagaż z taśmy. Potwier­dziła się pro­sta zasada: jeśli odpra­wiasz się na końcu, twoje bagaże poja­wią się jako pierw­sze. Pocze­kała, aż więk­sza grupa podróż­nych pój­dzie w stronę wyj­ścia ze strefy przy­lo­tów. Sta­rała się wmie­szać w tłum. Była ostrożna i od momentu wylą­do­wa­nia w Kijo­wie posta­no­wiła sto­so­wać samo­kon­trolę. W hali przy­lo­tów odna­la­zła punkt wynajmu samo­cho­dów AVIS. Pomimo nie­wiel­kiej kolejki już po kwa­dran­sie trzy­mała w ręku klu­czyki do forda fie­sty. Poszła na par­king zgod­nie ze wska­zów­kami urzęd­niczki AVISA. Były pre­cy­zyjne. Ford stał wśród innych aut do wyna­ję­cia i wyróż­niał się wście­kle czer­wo­nym kolo­rem. "Gdyby miał jesz­cze koguta na dachu, to byłby kom­plet", pomy­ślała.

Spo­koj­nie poko­nała drogi wyjaz­dowe z lot­ni­ska. Pamię­tała je z wcze­śniej­szych poby­tów w Kijo­wie. Choć wtedy zazwy­czaj pro­wa­dził jej tata lub kie­rowca z pla­cówki. Po chwili jechała już w stronę sto­licy Ukra­iny drogą E40. Miała przed sobą zale­d­wie dwa­dzie­ścia dzie­więć kilo­me­trów. Po połu­dniu cze­kała ją znacz­nie dłuż­sza trasa. Roz­pę­dziła fie­stę, jadąc skraj­nym lewym pasem. Przez chwilę obser­wo­wała, czy jej manewr sprawi, że jakiś samo­chód poje­dzie za nią. Nic jed­nak nie zauwa­żyła. Jej uwagę zwró­ciła za to znaczna liczba woj­sko­wych pojaz­dów na jezd­niach w obie strony. Choć to aku­rat nie powinno dzi­wić. Spo­koj­nie zje­chała na środ­kowy pas. Po kilku kilo­me­trach skrę­ciła na sta­cję ben­zy­nową. Sko­rzy­stała z toa­lety i kupiła bato­nika. Kiedy zna­la­zła się ponow­nie na E40, po kilku minu­tach oce­niła, że raczej nie ma obser­wa­cji. Jej dzia­ła­nie było na wyrost, w końcu była w zaprzy­jaź­nio­nym kraju, ale wolała pano­wać nad sytu­acją.

Pen­sjo­nat U Lud­miły odna­la­zła bez pro­ble­mów. Nowo­cze­sny pię­trowy budy­nek kon­tra­sto­wał z tra­dy­cyjną zabu­dową tej dziel­nicy. Młoda kobieta w recep­cji długo szu­kała rezer­wa­cji doko­na­nej przez kan­ce­la­rię adwo­kacką Ste­vens & Brown z Wied­nia. Ocze­ki­wa­nie potwier­dziło, że zapewne nikt nie inte­re­so­wał się rezer­wa­cją dla Bar­bary Szy­mań­skiej, w prze­ciw­nym razie recep­cjo­nistka ina­czej zare­ago­wa­łaby na jej poja­wie­nie się. Basia zapła­ciła fir­mową kartą kre­dy­tową.

Zanio­sła torbę do pokoju. Wyjęła z niej zwi­nięty ple­cak, nie­zbędny przy noc­nym mar­szu w tere­nie. Po chwili kel­nerka przy­nio­sła zamó­wiony duży kubek moc­nej kawy z mle­kiem. "Baszka" roz­pa­ko­wała rze­czy i przy­go­to­wała te, które chciała zabrać w dal­szą drogę. Wło­żyła je do mniej­szej torby. Do spo­tka­nia z Pio­trem miała jesz­cze dwie godziny. Wyj­rzała przez okno. Z gru­bej war­stwy chmur widocz­nej pod­czas lądo­wa­nia w Kijo­wie zaczął padać śnieg. Się­gnęła po kawę i bato­nik. Wia­do­mo­ści w ukra­iń­skiej tele­wi­zji cały czas prze­ka­zy­wały infor­ma­cje na temat moż­li­wej rosyj­skiej inwa­zji. Zmie­nia­jący się co kil­ka­na­ście minut komen­ta­to­rzy wła­ści­wie nie pozo­sta­wiali wąt­pli­wo­ści co do bli­skiego wybu­chu wojny. Zna­la­zła rosyj­skie pro­gramy infor­ma­cyjne. Tutaj prze­kaz suge­ro­wał poważne zagro­że­nie ze strony sił zbroj­nych Ukra­iny wspie­ra­nych przez złe kraje Zachodu. Moskwa jed­no­znacz­nie stwier­dzała, że NATO szy­kuje atak na Rosję. Armia musi pod­jąć wszel­kie kroki, aby ode­przeć agre­sję i ura­to­wać kraj. Pre­zy­dent i gene­ra­li­cja już nad tym pra­cują. "Boże, co za pro­pa­gan­dowe bzdury", pomy­ślała. Gorzej, że zna­jąc Rosjan, wie­działa, iż więk­szość z nich bez­kry­tycz­nie wie­rzy w to, co mówi pań­stwowa tele­wi­zja. U czę­ści co prawda wiara ta osłab­nie, kiedy okaże się, że ich syno­wie, mężo­wie, ojco­wie lub bra­cia zostają zmo­bi­li­zo­wani i muszą ginąć za Rosję. Pozo­stali jed­nak są odporni na inne poglądy niż ofi­cjalne.

Godzina 11.00 Warszawa. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego

Kapi­tan Dariusz Kowal­ski, usi­łu­jąc ukryć satys­fak­cję, zaj­rzał do gabi­netu naczel­nika Wydziału I Depar­ta­mentu Kontr­wy­wiadu puł­kow­nika Józefa Sta­re­wi­cza. Prze­ło­żony ode­rwał wzrok od pliku doku­men­tów i jed­nym spoj­rze­niem roz­po­znał jego nastrój.

- Naj­pierw zamknij drzwi, potem sia­daj i opo­wia­daj.

Kowal­ski uwiel­biał swo­jego szefa. Sta­re­wicz, gdy prze­ko­nał się do kogoś, był przy­ja­cie­lem dla rów­no­lat­ków, a dobrym wuj­kiem dla młod­szych ofi­ce­rów. Wie­lo­let­nie doświad­cze­nie w pracy oraz nie­spo­ty­kana intu­icja czy­niły z niego mądrego prze­ło­żo­nego i bły­sko­tli­wego doradcę. Cza­sami był tylko zbyt ostrożny. Kowal­ski nie potra­fił oce­nić, czy to wada, czy zaleta.

- Mamy wresz­cie coś w spra­wie Pie­liń­skiego i Tra­dexu - oznaj­mił trium­fal­nie.

- Kapi­ta­nie Kowal­ski, w tym budynku dbamy o zasady kon­spi­ra­cji i uży­wamy kryp­to­ni­mów spraw. Rozu­miem, że mówisz o roz­pra­co­wa­niu "Zula".

- Tak jest, panie naczel­niku.

- Gadaj i nie tytu­łuj mnie po próż­nicy.

- Wczo­raj wie­czo­rem towa­rzy­szy­li­śmy z Rad­kiem "Zuli" pod­czas spo­tka­nia w Belve­dere.

- Nie­źle sobie doga­dza eme­ry­to­wany urzęd­nik służby zagra­nicz­nej. A i wy pew­nie wyko­rzy­sta­li­ście ten pre­tekst. Mam nadzieję, że nie przed­sta­wisz wyso­kiego rachunku.

- Nawet bar­dzo nie­źle. Mówię oczy­wi­ście o "Zuli", bo ja skromne danko wege i her­bata. A teraz wia­do­mość na pierw­szą stronę. Spo­tkał się z Patry­kiem Turem.

- Tym Turem z DBN od pre­miera?

- Ty to masz pamięć! Tym samym.

Krót­kie spoj­rze­nie Sta­re­wi­cza przy­wo­łało pod­wład­nego do porządku.

- Dobre jedze­nie, wyse­lek­cjo­no­wane dro­gie wina two­rzyły miłą atmos­ferę do szcze­rej roz­mowy. Tur tak się zaan­ga­żo­wał, że podzie­lił się z "Zulą" nie­jaw­nymi ana­li­zami i infor­ma­cjami doty­czą­cymi sytu­acji wokół Ukra­iny. Nie tylko nie krył, ale wręcz pod­kre­ślał, że pocho­dzą od CIA i innych służb oraz od rzą­dów sojusz­ni­czych kra­jów. Nie uwie­rzysz, ale w pew­nym momen­cie zaczął infor­mo­wać roz­mówcę o szcze­gó­łach ope­ra­cji aktu­al­nie reali­zo­wa­nej przez AW! Spo­tka­nie z agen­tem, na które wła­śnie udaje się ofi­cer z Agen­cji, ma pozwo­lić na uzy­ska­nie infor­ma­cji bez­po­śred­nio pocho­dzących z kie­row­nic­twa impe­rium zła.

Puł­kow­nik z nie­do­wie­rza­niem wpa­try­wał się w Kowal­skiego.

- Piłeś już coś dzi­siaj?

- Ani dzi­siaj, ani wczo­raj. Cho­ciaż już mi się należy.

- Darek, czy wiesz, co ty mówisz? Dyrek­tor z oto­cze­nia mini­stra koor­dy­na­tora opo­wiada zewnętrz­nemu kon­tak­towi o ści­śle taj­nych szcze­gó­łach sprawy ope­ra­cyj­nej? Albo on osza­lał, albo coś ci się przy­wi­działo. I skąd on znał takie szcze­góły?

- Sze­fie, ja też nie mogłem uwie­rzyć w to, co sły­sza­łem. Ale mia­łem przy sobie sprzęt ope­ra­cyjny i wszystko nagra­łem. Sam posłu­chaj.

Kapi­tan wycią­gnął z kie­szeni minia­tu­rowy odtwa­rzacz i po krót­kich poszu­ki­wa­niach wła­ści­wego momentu roz­mowy puścił nagra­nie. W pokoju roz­legł się lekko zaci­na­jący się głos męski. W tle sły­chać było odgłosy typowe dla restau­ra­cji. Nie prze­szka­dzały w swo­bod­nym zro­zu­mie­niu wypo­wia­da­nych słów. Po odsłu­cha­niu kilku minut nagra­nia Sta­re­wicz się­gnął dło­nią do kra­wata i ener­gicz­nie polu­zo­wał węzeł. To nie wystar­czyło, bo rap­tow­nie wstał i sze­roko otwo­rzył okno. Do pomiesz­cze­nia wpa­dło zimne powie­trze. Kil­ka­krot­nie głę­boko ode­tchnął.

- Chcieli mnie wypchnąć na eme­ry­turę, a ja głupi się bro­ni­łem. Powi­nie­nem był się zgo­dzić. Choć w końcu sami pro­sili, żebym jesz­cze został. Mia­łem uczyć mło­dych. Ale to, co usły­sza­łem, to nie na moje zdro­wie. Rozu­miem, że ktoś za dużo wypije. Wtedy plot­kuje o kobie­tach, gada na swo­ich sze­fów czy staje się agre­sywny. Ale żeby facet o naj­wyż­szych dopusz­cze­niach do tajem­nicy i mający fak­tyczny dostęp do źró­dło­wych infor­ma­cji ujaw­niał takie szcze­góły, to jakiś obłęd. Wiem, wiem, gada­li­śmy już kilka razy o pozio­mie tych szych z poli­tycz­nego nada­nia, ale to?! Powinno mu się za samą tę roz­mowę cof­nąć cer­ty­fi­kat taj­no­ści i wyrzu­cić na zbity pysk.

- Idziemy z tym do dyrek­cji? - spy­tał, a wła­ści­wie zapro­po­no­wał z uśmie­chem Kowal­ski.

- Spo­koj­nie, młody czło­wieku. - Puł­kow­nik zamknął okno i wró­cił do biurka. - Chcesz się stać wro­giem kie­row­nic­twa resortu i ich jesz­cze wyżej usy­tu­owa­nych kole­gów? Podoba ci się twoja robota? To pomyśl chwilę. Nie takim spra­wom ukrę­cano łeb w tym budynku. A nawet jeśli nie zagrają tak bez­czel­nie, to zawsze znaj­dzie się eks­pert, który zbada taśmę i stwier­dzi, że albo nie są to głosy tych, któ­rych wczo­raj pod­słu­cha­łeś, albo taśma została zmon­to­wana. I wtedy nako­pią nam do d...

Darek patrzył wycze­ku­jąco na Sta­re­wi­cza.

- Przede wszyst­kim zrób ze trzy dodat­kowe kopie tego nagra­nia. Masz je tak ukryć, żeby przy ewen­tu­al­nym prze­szu­ka­niu w wydziale nie zostały zna­le­zione. Gdzie, to już twoja sprawa, ja nic nie wiem. Jedno nagra­nie z twoim rapor­tem ma być w teczce roz­pra­co­wa­nia. Jeśli odbiorą nam sprawę, to na­dal będziemy mieli dowody. Do dyrek­cji nie idziemy. Pro­wa­dzimy sprawę dalej. Zrób zaraz zle­ce­nie na pełną obser­wa­cję i pod­słuch "Zuli". Pójdę do naczel­nika obser­wa­cji i popro­szę o jakichś łeb­skich chło­pa­ków, aby nam nie spie­przyli sprawy. Mia­łeś spró­bo­wać kogoś "stuk­nąć" w biu­rze Tra­dexu?

- To mały zespół, ale "Zula" zatrud­nił córkę jed­nego z kum­pli z MSZ. Już z nią deli­kat­nie roz­ma­wia­łem i rozu­mie potrzebę pomocy naszej służ­bie. Raport z pozy­ska­nia powi­nien być u cie­bie.

Puł­kow­nik z zakło­po­ta­niem obej­rzał dwa stosy doku­men­tów leżą­cych na bla­cie.

- Wczo­raj znowu opi­nio­wa­łem nowe zarzą­dze­nie, które ma lada moment wyjść z MSW. Według urzęd­ni­ków dzięki niemu roz­wią­żemy wszyst­kie pro­blemy i z nim nawet Rosja­nie nam nie groźni. Przed chwilą wypchną­łem nasze sta­no­wi­sko do dyrek­cji, więc mogę zająć się tym, co ważne. No, zni­kaj już.

- Odmel­do­wuję się. - Szel­mow­ski uśmiech poja­wił się na twa­rzy Kowal­skiego, kiedy szedł do drzwi.

- Darek, jesz­cze jedno.

Puścił klamkę i wró­cił do biurka prze­ło­żo­nego.

- Dosta­li­śmy jakąś infor­ma­cję na temat Tra­dexu od służb part­ner­skich? Jeśli już jest w teczce, to przy­pad­kiem nie śmiej się z mojej dziu­ra­wej pamięci.

- Skła­da­li­śmy takie pyta­nie w sek­cji do spraw kon­tak­tów, ale dotąd nie było odpo­wie­dzi.

- To na co cze­kamy? Potrze­bu­jemy pil­nie tych infor­ma­cji.

- Zajmę się tym.

- I jesz­cze jedno. Jakoś nam umknęło, skąd Tur znał takie szcze­góły doty­czące wyjazdu ofi­cera AW do Kijowa. To może być ważny temat.

- Myślisz, że gadka "Zuli" z Turem nie była przy­pad­ko­wym wyko­rzy­sta­niem sła­bej głowy pana dyrek­tora? Że coś poważ­nego może się wią­zać z tą roz­mową? "Zula" jest podej­rzany, ale Tur?

- A według cie­bie to ja jestem jasno­wi­dzem? Nie jestem. Ale musimy badać każdy temat do końca. Ty powi­nie­neś sta­wiać takie pyta­nia. Dzi­siaj jesz­cze potrak­tuję cię ulgowo, ale za to zaj­mij się usta­le­niem, z kim Tur mógł roz­ma­wiać przed spo­tka­niem z "Zulą". Dla uła­twie­nia pod­po­wiem. Raz: infor­ma­cje musiały pocho­dzić z AW, bo nikt inny nimi nie dys­po­nuje. Dwa: moim zda­niem były świeże, czyli z mak­si­mum ostat­nich trzech dni. I na tym moje wspar­cie dla cie­bie się koń­czy. Nie­stety, nie mam już żad­nych kole­żeń­skich kon­tak­tów w Służ­bie Ochrony Pań­stwa. Mia­łem w Biu­rze Ochrony Rządu, ale wszy­scy są już na zie­lo­nej trawce. Dla­tego musisz sprawę zała­twić sam.

- Mam tam kolegę i wiem, że ostat­nio zaj­mo­wał się ochroną Kan­ce­la­rii Pre­miera.

- No i super. Pod­su­mo­wu­jąc: Darek, pro­wa­dzimy kom­plek­sowe roz­po­zna­nie "Zuli". Powin­ni­śmy rów­nież powia­do­mić kole­gów z Miło­będz­kiej o prze­cieku w spra­wie ich ope­ra­cji. Może mylimy się co do związ­ków "Zuli" z ruskimi. Jeśli mamy rację, to niech Bóg ma w swo­jej opiece tego ofi­cera, który poje­chał na Ukra­inę. Jak znam FSB i SWR, to nie robią błę­dów, gdy mają takiego gotowca poda­nego na tacy. Tym bar­dziej w cza­sie przy­go­to­wań do wojny. Za dzień, dwa ruscy zro­bią wielki news w swo­jej tele­wi­zji ze zła­pa­nia pol­skiego szpiega na gorą­cym uczynku. A doj­dzie do tego przez głu­potę wyso­kiego urzęd­nika pań­stwo­wego. Oby nie. Za godzinę pismo z infor­ma­cją dla AW ma być w dro­dze na Moko­tów. Tylko bez żad­nych nazwisk.

Godzina 13.50 Kijów. Pensjonat U Ludmiły

- Cześć, "Baszka". - Uśmiech­nięty Piotr stał w drzwiach pokoju.

- Cze­kasz na zapro­sze­nie? - zażar­to­wała, choć miała świa­do­mość, że wypa­dło to sztywno.

Adam­ski szybko wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi, które gło­śno ude­rzyły o fra­mugę. "Ale począ­tek", pomy­ślał.

- Pozdro­wie­nia od Staszka Krau­zego i wyrazy współ­czu­cia z powodu śmierci two­jego taty.

Pod­nio­sła się z fotela przed tele­wi­zo­rem. Zro­biła krok w stronę kolegi i wycią­gnęła przed sie­bie rękę. Uści­snął ją deli­kat­nie.

- Nic się nie zmie­ni­łaś od Kiej­kut. - Patrzył na nią uważ­nie.

- To for­mal­no­ści mamy za sobą. Dzię­kuję za dobre słowo. - Basia wró­ciła na fotel. - Sia­daj, pro­szę. - Wska­zała na drugi. - Czy wszystko u cie­bie zgod­nie z pla­nem?

- Jasne, że tak. - Miał wra­że­nie jakiejś sztucz­no­ści ich roz­mowy. Nie do końca wie­dział, jak się zacho­wać. Posta­no­wił trzy­mać się tema­tów służ­bo­wych, w końcu reali­zują wspól­nie sprawę ope­ra­cyjną. - Zgod­nie z usta­le­niami po wyj­ściu z pla­cówki odby­łem trasę spraw­dze­niową. Pie­szo. Nic nie stwier­dzi­łem. Jakiś facet mi się raz powtó­rzył, ale potem z pew­no­ścią już go nie było. Posze­dłem na par­king przed Dwor­cem Głów­nym i zabra­łem toyotę. Jadąc przez mia­sto, nie mia­łem dobrych warun­ków, aby się spraw­dzić, ale nic szcze­gól­nego nie zwró­ciło mojej uwagi.

- Super. To możemy zaraz się zbie­rać. Przy­znam ci się, że tro­chę dziw­nie się czuję od momentu, kiedy wsze­dłeś do pokoju. Choć wła­ści­wie nie wiem dla­czego.

- Ja mam podobne wra­że­nie i też nie wiem dla­czego.

- W jed­nej kwe­stii chcę cię zapew­nić: nie mam zamiaru uda­wać szefa, waż­nego ofi­cera z cen­trali. Jeste­śmy kole­gami i tego musimy się trzy­mać.

- Tro­chę się oba­wia­łem takiej sytu­acji. W końcu ja mam ci tylko poma­gać.

- Piotr, przede wszyst­kim skon­cen­trujmy się na naszej wspól­nej pracy. Mnie zależy, żeby zro­bić to, co muszę. Ale patrzę na to jak na naszą akcję. Jak będzie suk­ces, to nasz wspólny. Jak kicha, to oboje ponie­siemy kon­se­kwen­cje. Lecz w takim przy­padku ja poważ­niej­sze, bo w końcu pro­wa­dzę tę sprawę.

- Pełna zgoda, Basiu, i sztama. Fak­tycz­nie, jak damy ciała, to oboje. Jeste­śmy part­ne­rami. A w kon­tek­ście tego, co szy­kują ruscy dookoła gra­nicy ukra­iń­skiej, każdy błąd może mieć przy­kre skutki. Sytu­acja jest bar­dzo napięta. Ale to z pew­no­ścią wiesz. To co, zbie­ramy się?

- Zaraz będę gotowa. - Szy­mań­ska zgar­nęła kilka dro­bia­zgów ze sto­lika przed tele­wi­zo­rem i wrzu­ciła je do ple­caka. Przy oka­zji zer­k­nęła przez okno. Znie­ru­cho­miała, wpa­trzona w oto­cze­nie pen­sjo­natu.

- Co tam widzisz? - Piotr zbli­żył się do okna.

"Baszka" zatrzy­mała go ręką. Sama cof­nęła się za zasłonę, cią­gnąc Adam­skiego za sobą.

- Co jest? - zapy­tał zasko­czony.

- Na ulicy jest dwóch męż­czyzn. Szli oddziel­nie po obu stro­nach ulicy. Teraz jeden zatrzy­mał się za drze­wem i zdaje się, że obser­wuje pen­sjo­nat. Spró­buj ostroż­nie popa­trzeć.

Piotr deli­kat­nie wychy­lił się zza zasłony. Począt­kowo widział wjazd do pen­sjo­natu i dalej ulicę zasta­wioną zapar­ko­wa­nymi samo­cho­dami. Po chwili dostrzegł nie­ru­chomą syl­wetkę męż­czy­zny obok drzewa rosną­cego w pobliżu wej­ścia na pose­sję. Dru­giego nie zauwa­żył.

- Widzę tylko jed­nego. To nie musi być nic waż­nego.

- Ten drugi fak­tycz­nie znik­nął. Nie twier­dzę, że ktoś nas obser­wuje. W szkole wyśmie­wa­li­śmy się z tych, któ­rzy widzieli duchy, gdy fak­tycz­nie nie mieli obser­wa­cji. Ale ten pierw­szy dziw­nie się zacho­wuje. Uwa­żam, że ostroż­no­ści ni­gdy nie za wiele.

- Ja będę dalej obser­wo­wał ulicę, a ty dokończ zbie­rać rze­czy. Jak wyje­dziemy na trasę, będzie nam łatwiej spraw­dzić twoje podej­rze­nia.

Basia zamknęła ple­cak i wyszli z pokoju. W recep­cji nikogo nie było. "To nawet lepiej", pomy­ślała. Pokój wyna­jęty został na tydzień, a gdyby ktoś pytał, recep­cjo­nistka nie udzieli żad­nej infor­ma­cji.

Wsie­dli do czar­nej toyoty RAV4. Szy­mań­ska z powąt­pie­wa­niem popa­trzyła na samo­chód.

- Nie miej takiej miny. - Piotr czuł się w obo­wiązku wyja­śnić stan wozu. - To druga gene­ra­cja tego modelu, z dwa tysiące szó­stego roku. Jak na Ukra­inę, to i tak limu­zyna, oczy­wi­ście poza zgrają naj­now­szych modeli audi, bmw czy mer­ców, któ­rymi jeż­dżą boga­cze. W sumie tak jak u nas. Za to nie będzie zwra­cał uwagi. Zapew­niam cię, że jego stan został spraw­dzony przez zaufa­nego mecha­nika. Jest okej. Sil­nik dwa litry i sto pięć­dzie­siąt koni.

- Pio­trek, daj już spo­kój z tą pre­zen­ta­cją. - "Baszka" nie mogła powstrzy­mać uśmie­chu. - Wie­rzę, że to super­ma­szyna i dowie­zie nas tam, gdzie potrze­bu­jemy. Raczej nie prze­wi­duję udziału w wyści­gach czy raj­dach. A teraz, chło­pie, ruszaj wresz­cie, bo sporo kilo­me­trów przed nami.

Adam­ski uru­cho­mił sil­nik i wyje­chał z par­kingu pen­sjo­natu. Na ulicy nie zauwa­żyli nic podej­rza­nego. Widziani przez nią męż­czyźni znik­nęli. Podob­nie w trak­cie dojazdu do trasy E40 nic nie zwró­ciło ich uwagi.

- To dzi­siaj moja ulu­biona droga - poin­for­mo­wała.

- Jecha­łaś nią z Bory­spola? - upew­nił się.

Poki­wała głową, zer­ka­jąc jed­no­cze­śnie w boczne lusterko. Jechali w ciszy dłuż­szy czas. Gdy opu­ścili aglo­me­ra­cję kijow­ską, liczba pojaz­dów wyraź­nie się zmniej­szyła.

- Do Pokrow­ska mamy nie­całe sześć­set sie­dem­dzie­siąt kilo­me­trów - poin­for­mo­wał. - Będziemy na miej­scu około dwu­dzie­stej trze­ciej. Teraz, gdy zapo­wia­dają wojnę, ruch na dro­gach jest znacz­nie mniej­szy.

- Posta­raj się obser­wo­wać ten ciem­no­szary samo­chód, który jest jakieś sto metrów za nami. To zdaje się bmw.

Adam­ski wbił wzrok we wsteczne lusterko. Potem spraw­dził obraz rów­nież w bocz­nym.

- To fak­tycz­nie chyba bmw. Ale dla­czego cię zain­te­re­so­wało?

- Ten samo­chód zauwa­ży­łam, gdy wyjeż­dża­li­śmy z rejonu pen­sjo­natu. Potem widzia­łam go sto­ją­cego za nami na świa­tłach w Kijo­wie. Na E40 począt­kowo go nie było i już myśla­łam, że zła­pa­łam ducha. Jed­nak potem dogo­nił nas i teraz trzyma się w sta­łej odle­gło­ści.

- Basiu, zawsty­dzasz mnie. - Piotr zer­k­nął na kole­żankę, nie kry­jąc uzna­nia. - Ja mam dwa lusterka i nic nie zauwa­ży­łem. Zro­bimy mu jakiś numer?

- Nie sza­lej. Dosko­nale wiesz, że naj­waż­niej­sze, aby śle­dzący, jeśli ktoś nas fak­tycz­nie obser­wuje, nie wie­dzieli, że my o nich wiemy.

- Dobrze, sze­fie.

- Jeste­śmy part­ne­rami - zwró­ciła mu uwagę. - Jeżeli jest obser­wa­cja, to mamy kło­pot. A naj­waż­niej­sze, kto to jest? Na razie jedź. Potem zoba­czymy, czy to nie fał­szywy alarm.

Godzina 13.55 Warszawa. Agencja Wywiadu

Pismo z ABW zgod­nie z drogą służ­bową tra­fiło do puł­kow­nika Marec­kiego. Ten od dawna kry­tycz­nie patrzył na dzia­ła­nia ope­ra­cyjne ABW prze­ciwko SWR. Sygnał o moż­li­wym prze­cieku doty­czą­cym misji na pogra­ni­czu Ukra­iny i obwodu doniec­kiego zasko­czył go. Gdyby nie fakt, że ope­ra­cja była fak­tycz­nie reali­zo­wana, wyśmiałby suge­stie Rako­wiec­kiej. Jed­nak w tym przy­padku ujaw­nione zostały tajne infor­ma­cje. Jakim cudem? Grono osób zna­ją­cych temat spo­tka­nia z agen­tem było wąskie. Ktoś z Agen­cji? Wąt­pliwe. W tym momen­cie przy­po­mniała mu się roz­mowa z Patry­kiem. W prze­ciek na tym pozio­mie już kom­plet­nie nie mógł uwie­rzyć. Z dru­giej strony autor pisma, nie chcąc ujaw­nić danych osób uczest­ni­czą­cych w roz­mo­wie, rela­cjo­no­wał fakty na zasa­dzie "jedna pani opo­wia­dała dru­giej pani". To dawało mu dobry argu­ment, aby posta­wić ich pod murem.

Wezwał Danu­się Styś i podyk­to­wał jej odpo­wiedź do ABW, doma­ga­jąc się bliż­szych szcze­gó­łów na temat źró­deł ich wie­dzy. Pismo dotrze na Rako­wiecką jutro. Poczeka na odpo­wiedź i wtedy zde­cy­duje, co dalej.

Godzina 14.00 Warszawa. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego

Pra­cow­nicy sek­cji do spraw kon­tak­tów spra­wiali wra­że­nie koope­ra­tyw­nych; w rze­czy­wi­sto­ści byli tak dumni ze swo­jej współ­pracy z naj­waż­niej­szymi zachod­nimi służ­bami spe­cjal­nymi, że nie nale­żało pod­cho­dzić do nich bez przy­sło­wio­wego kija. Na szczę­ście poza ofi­ce­rami w komórce pra­co­wała sekre­tarka Iwona. Nawet jeśli była podatna na ten sam nastrój dumy, co jej kole­dzy, to do kapi­tana Dariu­sza Kowal­skiego pałała ukry­wa­nym afek­tem. Jej wyda­wało się, że nikt nic nie dostrzega, ale Darek wyczu­wał to na odle­głość.

Dwa spa­cery po pię­trze, gdzie znaj­do­wały się biura sek­cji, przy­nio­sły efekt. Już z daleka zoba­czył Iwonę nio­sącą tacę z brud­nymi fili­żan­kami i szklan­kami. Przy­spie­szył kroku, co pozwo­liło mu dogo­nić kobietę tuż przed drzwiami do kuchenki. Ukło­nił się i szar­manc­kim gestem otwo­rzył drzwi do pomiesz­cze­nia. Iwona uśmiech­nęła się, zado­wo­lona ze spo­tka­nia i z pomocy. Kowal­ski odwza­jem­nił uśmiech.

- Jak miło cię, Iwonko, zoba­czyć w ten ponury dzień.

- Nie żar­tuj sobie ze mnie. Teraz wszy­scy mówią tylko o woj­nie. A ty się zale­casz.

- Każda oka­zja jest dobra, aby powie­dzieć kole­żance miłe słowo. Tym bar­dziej że szczere.

- Szkoda, że inni nie są tak sym­pa­tyczni jak ty, Dareczku. No i zbyt rzadko mamy oka­zję do współ­pracy. Nie­czę­sto poka­zu­jesz się u nas.

- Praca, praca, praca. Ale mam pewien pro­blem, i to pilny. Może mogła­byś mi pomóc. Bo z two­imi chło­pa­kami roz­mowa bywa ciężka.

- Bar­dzo chęt­nie, a w czym mia­ła­bym ci pomóc?

- Kilka tygo­dni temu skła­da­li­śmy pyta­nie do MI6 i CIA. Dotąd nie dosta­li­śmy odpo­wie­dzi.

- Moi kole­dzy mają ostat­nio tyle na gło­wie, że zda­rza im się zapo­mi­nać o pro­stych spra­wach. Wiesz co, te naczy­nia mogą pocze­kać. Chodź ze mną, zaraz wszystko spraw­dzimy.

- Z przy­jem­no­ścią.

Sekre­ta­riat sek­cji oka­zał się pusty. Iwona popro­siła Darka, żeby usiadł na krze­śle, a sama zaczęła spraw­dzać coś w kom­pu­te­rze. Już po chwili uśmiech­nęła się trium­fal­nie.

- Jest twoja zguba. Oczy­wi­ście u Radka. To naj­bar­dziej zajęty czło­wiek w naszym zespole. Pocze­kaj spo­koj­nie.

Iwona otwo­rzyła szafę pan­cerną. Wzięła z półki jedną z gru­bych teczek. Wyjęła dwie kartki i scho­wała teczkę do szafy. Usia­dła przy kom­pu­te­rze.

- Musisz jesz­cze wytrzy­mać ze mną parę minut - stwier­dziła kokie­te­ryj­nie.

- Liczę, że kie­dyś uda nam się jakąś kawkę wspól­nie wypić i poroz­ma­wiać - wyznał obłud­nie.

- Jak się tro­chę uspo­koi, to z przy­jem­no­ścią, bo teraz to sie­dzę codzien­nie do nocy.

Mówiąc, stu­kała w kla­wia­turę. Wycią­gnęła z dru­karki pismo i poło­żyła przed Kowal­skim.

- Pod­pisz, że ode­bra­łeś.

- Tak szybko? Praca z tobą to czy­sta przy­jem­ność.

Pokwi­to­wał odbiór doku­men­tów i się­gnął po podane przez Iwonę papiery. Zabrał je lewą ręką, a prawą wycią­gnął do kobiety, a potem deli­kat­nie uca­ło­wał jej dłoń. Iwona, zasko­czona tym, zabrała rękę.

- Ależ Darku, jesz­cze ktoś zoba­czy.

- Cało­wa­nie dłoni pięk­nych kobiet nikogo nie dziwi. Naj­wy­żej budzi zazdrość. Bar­dzo ci dzię­kuję za pomoc. Liczę na wię­cej.

- Pole­cam się - poże­gnała go miłym uśmie­chem.

"Ale ze mnie świ­nia", pomy­ślał, "Iwona pew­nie liczy na wię­cej, a to zaloty wyłącz­nie w inte­re­sach. Jed­nak w końcu flirt to flirt. Nie musi z niego coś wyni­kać".

Gdy zna­lazł się w swoim gabi­ne­cie, usiadł przy biurku i zaczął czy­tać przy­nie­sione doku­menty. Pierw­szym była notatka od CIA. Poza sze­re­giem infor­ma­cji kor­po­ra­cyj­nych i finan­so­wych o Tra­dek­sie wska­zy­wała jedy­nie moż­li­wość powią­zań firmy z rosyj­skimi służ­bami. Cie­kaw­sza była infor­ma­cja MI6, która praw­do­po­dob­nie lepiej odnaj­dy­wała się w cypryj­skich realiach. Było to oczy­wi­ste, gdy znało się histo­rię wyspy. Wywiad bry­tyj­ski stwier­dzał jed­no­znacz­nie, że firma dzia­ła­jąca na ryn­kach zale­d­wie od dwóch lat była ści­śle powią­zana z SWR. Nie potwier­dzono dotąd zaan­ga­żo­wa­nia Tra­dexu w któ­rąś z ope­ra­cji Rosjan, ale MI6 dys­po­no­wało infor­ma­cjami o finan­so­wych i kadro­wych związ­kach firmy z wywia­dem. Tra­dex był zakon­spi­ro­waną komórką wywiadu zaj­mu­jącą się roz­po­zna­niem potrzeb surow­co­wych i kapi­ta­ło­wych państw Unii Euro­pej­skiej oraz czo­ło­wych firm z regionu. Zatrud­niał sporą grupę przed­sta­wi­cieli i kon­sul­tan­tów, zazwy­czaj pocho­dzą­cych z kra­jów, które roz­pra­co­wy­wano. MI6 dosyć ostroż­nie wypo­wia­dało się na temat spo­sobu rekru­ta­cji zagra­nicz­nych pra­cow­ni­ków firmy. Autor notatki deli­kat­nie dawał do zro­zu­mie­nia, że moż­liwe są agen­tu­ralne powią­za­nia tych spe­cja­li­stów ze służ­bami rosyj­skimi. Pod­kre­ślał wiel­kość fun­du­szy anga­żo­wa­nych w pro­mo­cję firmy na poszcze­gól­nych ryn­kach oraz czę­ste próby pozy­ska­nia przy­chyl­no­ści kon­tak­tów inte­re­su­ją­cych Tra­dex róż­nymi szczo­drymi poda­run­kami lub przy­słu­gami. MI6 dekla­ro­wała goto­wość dal­szej współ­pracy z ABW w kwe­stii roz­pra­co­wa­nia aktyw­no­ści firmy na euro­pej­skim i pol­skim rynku.

Kowal­ski odło­żył notatkę. Służby, dopóki nie dys­po­no­wały moc­nymi dowo­dami, nie poda­wały jed­no­znacz­nych ocen danego obiektu. Infor­ma­cje zawarte w notatce były aż nadto wymowne. Tra­dex to przy­kry­cie dla dzia­łal­no­ści ope­ra­cyj­nej Rosjan, co widać po aktyw­no­ści pol­skiego przed­sta­wi­ciel­stwa. Osoba "Zuli" nie odbie­gała od typo­wego pro­filu pra­cow­nika firmy tego cha­rak­teru. Zebrane dotąd infor­ma­cje zbli­żały pol­ski kontr­wy­wiad do jed­no­znacz­nej oceny dzia­łal­no­ści figu­ranta. Nagrana roz­mowa w Belve­dere była kolej­nym potwier­dze­niem wcze­śniej­szych podej­rzeń.

Godzina 15.20 Moskwa. Służba Wywiadu Zagranicznego

Michaił Sawin nie mógł usie­dzieć spo­koj­nie. Aż sam się sobie dzi­wił. Miał prze­cież za sobą pra­wie trzy­dzie­ści lat tej roboty... I sporo nie­bez­piecz­nych ope­ra­cji za gra­nicą, gdzie nie mógł liczyć na żadną pomoc. Ner­wowo bywało rów­nież pod­czas pracy na pla­ców­kach. Zazwy­czaj miej­scowe służby sta­ran­nie pil­no­wały rosyj­skich dyplo­ma­tów, w tym ofi­ce­rów wywiadu. W takich warun­kach każde poważ­niej­sze zada­nie, roz­mowa wer­bun­kowa czy odbiór mate­ria­łów wią­zały się z ner­wami.

Dzi­siaj nic mu nie gro­ziło. Był u sie­bie i miał do dys­po­zy­cji duże grono pod­le­głych ofi­ce­rów oraz współ­pra­cow­ni­ków. W razie potrzeby mógł liczyć na funk­cjo­na­riu­szy innych rosyj­skich służb czy żoł­nie­rzy. Oczy­wi­ście jeśli nie doj­dzie do kon­flik­tów, typo­wych dla rywa­li­za­cji w naj­waż­niej­szych spra­wach. Wiel­kim uła­twie­niem w jego ope­ra­cji była obecna sytu­acja w rejo­nie gra­nic z Ukra­iną. Roz­lo­ko­wane tam jed­nostki woj­skowe mogły teo­re­tycz­nie wes­przeć dzia­ła­nia Sawina, gdy powsta­nie taka koniecz­ność. Wła­ści­wie trzy­mał w rękach wszyst­kie atuty. Wie­dział o pla­nie prze­ciw­nika, przy­go­to­wał zasadzkę, a wróg był kom­plet­nie nie­świa­domy, że jego plany zostały zde­kon­spi­ro­wane. Sawin miał pew­ność powo­dze­nia ope­ra­cji uję­cia Polaka i samego agenta. Chyba to, że cho­dziło o walkę z pol­skim wywia­dem, tak go tu nie­po­ko­iło i zara­zem pod­nie­cało.

Puka­nie do drzwi zakłó­ciło jego myśli. Pod­ofi­cer przy­niósł ocze­ki­wany mel­du­nek. Rzu­cił się na ten doku­ment, jakby w ten spo­sób mógł zła­pać poszu­ki­wa­nego. Było dobrze. Ludzie z kijow­skiej rezy­den­tury obser­wu­jący pol­skich dyplo­ma­tów usta­lili, że drugi sekre­tarz Piotr Adam­ski opu­ścił pla­cówkę około połu­dnia i udał się do pen­sjo­natu U Lud­miły. Oce­nili, że wcze­śniej odbył trasę spraw­dze­niową. To, że był pro­wa­dzony przez sze­ściu ludzi i trzy samo­chody, pozwo­liło unik­nąć wykry­cia obser­wa­cji. Infor­ma­cja, że ode­brał z par­kingu samo­chód na ukra­iń­skich tabli­cach reje­stra­cyj­nych, była jakby gwa­ran­cją, że zamie­rza pod­jąć dzia­ła­nia nie­ty­powe dla dyplo­maty. Gdy zapar­ko­wał auto przed pen­sjo­na­tem, udało się pod­łą­czyć mikro­na­daj­nik gwa­ran­tu­jący stały moni­to­ring pozy­cji Polaka. Adam­ski po kil­ku­na­stu minu­tach wyje­chał z pen­sjo­natu w towa­rzy­stwie mło­dej kobiety. Jeżeli nie była to roman­tyczna randka przy­stoj­nego Polaka, to bar­dzo praw­do­po­dobne, że doszło do kon­taktu z poszu­ki­waną osobą. Wyje­chali z Kijowa drogą E40. Kie­ru­nek ich podróży z grub­sza paso­wał do zakła­da­nego celu - dotar­cia w rejon wschod­niej gra­nicy Ukra­iny. Rezy­dent infor­mo­wał, że inne obser­wo­wane osoby nie opu­ściły dotąd Kijowa. Prze­by­wają na­dal w pla­cówce. Ich obser­wa­cja była pro­wa­dzona.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki