21 lutego 2022 roku, godzina 9.00
Moskwa. Kreml. Centrum Operacyjne
Niedawno przebudowane pomieszczenie Centrum Operacyjnego zlokalizowane
jest w piwnicach Pałacu Senackiego na Kremlu. Grube wzmocnione stropy
mają zapewniać bezpieczeństwo nawet podczas bombardowania ciężkimi
bombami burzącymi. Wcześniej jego główną częścią był duży stół z miejscami dla kilkunastu wybranych członków kierownictwa Federacji
Rosyjskiej. Po wybuchu pandemii COVID-19 prezydent zażądał szybkiej
modernizacji Centrum. Jego narastająca paranoiczna obawa o możliwość
zakażenia SARS-CoV-2 zmusiła sztab wodza do modyfikacji systemu spotkań
najwyższego kierownictwa państwa. Obecnie prezydent zasiadał samotnie
przy wielkim stole wyposażonym we wszelkie możliwe systemy komunikacji,
mając przed sobą ścianę ekranów. Ekrany QLED w specjalnej zmodyfikowanej
wersji dostarczone przez firmę Samsung zapewniały możliwość
wideokonferencji z dowolnymi osobami na terenie Federacji Rosyjskiej
oraz innych krajów świata.
Siergiej Kużugietowicz Szojgu, minister obrony Rosji, coraz bardziej
zaniepokojony patrzył na drzwi, którymi powinien wejść prezydent. Był
dumny z tego, że jako jedyny miał prawo przebywać obecnie w Centrum
Operacyjnym. Narada zwołana w trybie pilnym przez Władimira Putina
powinna dać ostateczne zielone światło dla ataku na Ukrainę. Minister,
od dziesięciu lat sprawujący funkcję szefa resortu obrony, był
przekonany, że w najdrobniejszych szczegółach dopracował plany inwazji.
Wiedział, jak wiele zależy od powodzenia tej operacji wojskowej, o której realizacji jego mentor marzył od czasu, gdy Ukraina
nieoczekiwanie wyrwała się z więzów zależności od Federacji Rosyjskiej.
Prezydent, akceptując polityczne i gospodarcze próby nacisków na Kijów,
nie mógł znieść szczególnie ewidentnego zbliżenia Ukrainy z USA oraz z Unią Europejską i NATO. Przyjęcie dawnej republiki do tych organizacji
stanowiłoby fiasko dotychczasowej polityki Rosji, ośmieszając
jednocześnie samego Władimira Putina. Na coś takiego Szojgu nie mógł
pozwolić. Tym bardziej że jego prezydent, szukając winnych tej
katastrofy, mógłby obciążyć odpowiedzialnością również ministra obrony.
Na wszelki wypadek kolejny raz sprawdził, czy wszystkie ekrany działają
oraz czy wezwani oficjele są obecni.
Drzwi do Centrum otworzyły się szeroko. Szojgu zobaczył dwóch
wyprężonych na baczność żołnierzy Pułku Prezydenckiego w galowych
mundurach, którzy przytrzymywali oba skrzydła. Do pomieszczenia weszło
trzech funkcjonariuszy Federalnej Służby Ochrony, żeby sprawdzić stan
bezpieczeństwa Centrum. Kiedy opuścili pomieszczenie, przez drzwi
przeszedł szybkim krokiem prezydent Federacji Rosyjskiej. Podchodząc do
swojego fotela, zerknął na stojącego na baczność ministra obrony.
Machnął niedbale dłonią, nakazując zajęcie miejsca.
- Panie prezydencie, wszyscy uczestnicy odprawy czekają w gotowości -
zameldował Szojgu.
- Witam panów. - Putin skierował wzrok na ścianę wypełnioną monitorami.
- Witamy i pozdrawiamy, panie prezydencie - rozległy się nierówne
pozdrowienia z głośników.
- Oczekuję jednoznacznej odpowiedzi, czy jesteśmy gotowi do natarcia na
Ukrainę?
Chwilę ciszy natychmiast wykorzystał minister obrony:
- Panie prezydencie, osobiście sprawdziłem przed odprawą gotowość
rozlokowanych jednostek lądowych, lotnictwa oraz marynarki wojennej i pragnę zapewnić, że nasze siły są w pełnej gotowości do wykonania
wszystkich pana rozkazów. Plany operacji na Ukrainie, już zatwierdzone
przez pana, zostaną w pełni zrealizowane.
- Siergieju Kużugietowiczu, wierzę w pana zaangażowanie i oddanie. -
Putin miał kamienną minę, patrząc na ministra. - Stawiam sprawę jasno.
Założone terminy realizacji poszczególnych etapów ataku mają zostać
ściśle wykonane. Tak jak mnie wcześniej zapewniliście, Kijów będzie pod
naszą kontrolą po trzech dniach, a inne kluczowe miasta najpóźniej w ciągu tygodnia. To jest imperatyw. Moim celem jest skuteczna operacja,
która swoim tempem zaskoczy Zachód i zniechęci Amerykę oraz NATO do
wsparcia Zełenskiego. Zanim skończą protestować przeciwko naszemu
natarciu, my będziemy już kontrolować Ukrainę. Tego od was oczekuję.
W Centrum Operacyjnym zapadła ponownie cisza. Nikt z dygnitarzy i dowódców wolał się nie wyrywać z deklaracjami, które mogłyby zostać
zapamiętane, a w przyszłości stanowić podstawy do oskarżeń. Szojgu z gniewną miną popatrzył na ekrany. Wtedy rozległy się najpierw
pojedyncze, a w końcu zbiorowe okrzyki:
- Na chwałę wielkiej Rosji!
Prezydent Putin chwilę wsłuchiwał się w głosy marszałków i generałów, w końcu uniósł prawą dłoń do góry. Okrzyki natychmiast umilkły.
- Zarządzam rozpoczęcie ataku dwudziestego czwartego lutego o godzinie
szóstej naszego czasu. Parę minut wcześniej wystąpię z oświadczeniem o rozpoczęciu specjalnej operacji wojskowej, której celem będzie
demilitaryzacja i denazyfikacja Ukrainy. Wezwę Ukraińców do złożenia
broni oraz powrotu do domów. To tyle. Ruszajcie bronić naszej ojczyzny
przed faszystami i zdrajcami wielkiej Rosji! Koniec odprawy.
Na jego znak minister Szojgu nacisnął przycisk wyłączający łączność z poszczególnymi stanowiskami dowodzenia.
- Teraz połącz mnie z szefami służb. Mam nadzieję, że czekają.
Po chwili na ekranach pojawili się szefowie Federalnej Służby
Bezpieczeństwa (FSB), Służby Wywiadu Zagranicznego (SWR) oraz Głównego
Zarządu Wywiadowczego (GRU).
- Witaj, moja wierna gwardio.
Mężczyźni na ekranach pozdrowili prezydenta i w skupieniu czekali na
dyspozycje.
- Dwudziestego czwartego lutego o godzinie szóstej zaczynamy operację
przeciwko Ukrainie. Rozumiem, że jesteście do tego przygotowani, bo już
kilkakrotnie omawialiśmy ten temat. Dzisiaj chciałbym, abyście
rozpuścili swoich ludzi po kraju tak szeroko, jak to będzie możliwe.
Musimy pokazać, że Ukraina i jej zachodni sojusznicy prowadzą cały czas
brudną grę przeciwko nam. Macie szukać zachodnich szpiegów, ale w szczególności z Polski i krajów bałtyckich. Informowaliście już
wcześniej, że takie operacje prowadzicie. Teraz macie je zakończyć i złapać agentów, abym mógł ich pokazać światu. Nie zależy mi na mocnych
dowodach ich działalności. Wystarczy uprawdopodobnienie, że mogli
działać na szkodę Rosji, i konkretni ludzie do ukarania. Rozumiemy się?
Szefowie służb z powagą pokiwali głowami.
- Pogońcie ludzi do roboty. Macie dwa-trzy dni na dostarczenie mi
winnych. Koniec narady.
Monitory zgasły. Putin dotknął klawisza na konsoli łączności i polecił:
- Łączyć z prezydentem Łukaszenką.
Szojgu uniósł się z fotela i pytająco spojrzał na prezydenta. Putin
skinął ręką, pozwalając mu zostać. Z interkomu rozległ się głos jednego
z adiutantów prezydenta:
- Panie prezydencie, na gorącej linii ponownie czeka prezydent Emmanuel
Macron, a otrzymaliśmy też prośbę o rozmowę od kanclerza Olafa Scholza.
- Odpowiedzcie, że nie mam teraz czasu. Łączcie z prezydentem Białorusi.
Putin odwrócił się do ministra obrony:
- Wszyscy teraz dzwonią i skamlą, aby wycofać nasze wojska. Sobaki,
myślą, że ja żartuję. Tym razem przekonają się, z kim mają do czynienia
i że skończyła się polityka słabości czy dialogu. W kółko powtarzają
frazesy o wzajemnej współpracy i pokojowym współistnieniu, a potem
przesuwają swoje wojska i rakiety coraz bliżej Rosji. Koniec z tym!
Adiutant zameldował, że prezydent Białorusi czeka na linii.
- Witaj, Alaksandrze Ryhorawiczu.
- Pozdrawiam prezydenta bratniej Rosji.
- Alaksandr, powiedziałem ci, abyś do dzisiaj zastanowił się, czy
idziesz z nami na Ukrainę czy jesteś przeciwko nam. Jak brzmi twoja
odpowiedź?
- Przyjacielu, wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. Stoimy ramię w ramię z wami przeciwko wrogom otaczającym nasze ojczyzny. Ale wiesz, w jakiej jestem sytuacji. Ledwie spacyfikowałem opór wichrzycieli po
wyborach. Zachód odcina mnie od wszystkiego. Gospodarczo jesteśmy w czarnej dziurze. A dodatkowo, według mojej służby bezpieczeństwa jest
tylu przeciwników ataku na Ukrainę, że aż trudno w to uwierzyć. Mam
raporty dotyczące sytuacji wśród oficerów i żołnierzy sugerujące, że
rozkaz natarcia na Ukrainę nie zostanie wykonany. Wiesz, co by to
oznaczało?
- Nie przesadzaj. Stłumisz wszelki opór. Tyle razy już to robiłeś. Bierz
wzór z Matki Rosji.
- Łatwo ci powiedzieć. W twoim kraju opozycja nie istnieje. Ci, którzy
się stawiali, są w łagrach. Na Białorusi mamy taki opór społeczny, że
jeśli wojsko odmówi wykonania rozkazu natarcia, to siłą rozpędu włączy
się w to opozycja i będzie po mnie. Nie mogę ryzykować, Władimirze
Władimirowiczu.
- To twoja ostateczna decyzja? - W głosie Putina pojawiły się groźne
nuty.
- Na tę chwilę ostateczna. Ale jak wasze natarcie się powiedzie i moi
zobaczą korzyści wynikające z tej operacji, to pewnie łatwiej będzie
dołączyć do twojej armii. Oczywiście możecie korzystać z terytorium
Białorusi w niezbędnym zakresie. To będzie nasza pomoc dla twojej
walecznej armii.
- Nie podoba mi się twoje stanowisko. Pamiętaj, że masz w Rosji jedynego
przyjaciela, a bez naszej pomocy ekonomicznej i surowcowej czeka cię
trudny czas. Zastanów się jeszcze nad zmianą decyzji. Liczę na ciebie.
- Władimirze Władimirowiczu, jestem twoim przyjacielem i sojusznikiem.
Możesz na mnie liczyć. Jeszcze się zastanowię.
- Pospiesz się, Alaksandr, abyś później nie żałował. Zaczynamy ofensywę
za trzy dni. Potem nadejdzie czas nagradzania i karania.
Godzina 11.40
Warszawa. Agencja Wywiadu
- Pani Danusiu, proszę jeszcze raz sprawdzić, czy szef Marecki pamięta o naszym spotkaniu. - Podpułkownik Andrzej Kołecki, naczelnik Wydziału
Rosyjskiego, przymilnie uśmiechnął się do kobiety w średnim wieku
siedzącej za dużym biurkiem ulokowanym pod oknem. Danuta Styś,
wszechwładna asystentka prowadząca sekretariat szefa AW, czyli Agencji
Wywiadu i jego zastępcy do spraw operacyjnych, na korytarzu nazywana
była "sierżantem grupy spadochroniarzy", którzy pół roku wcześniej
wylądowali na Miłobędzkiej w związku z kolejną zmianą kierownictwa
Agencji. Według plotek Styś towarzyszyła obecnemu szefowi AW od 2006
roku, kiedy ściągnął ją z administracji jednej z warszawskich
spółdzielni mieszkaniowych do Straży Miejskiej, gdzie Henryk Gliniecki
został nowym zastępcą komendanta. Poznała różne służby specjalne, gdy
Gliniecki pełnił obowiązki w ABW, to jest Agencji Bezpieczeństwa
Wewnętrznego, oraz w Służbie Kontrwywiadu Wojskowego, i po krótkiej
przerwie w jednej z firm energetycznych w końcu został przeniesiony do
Agencji Wywiadu.
- Szanowny panie, chyba nie wątpi pan w pamięć pułkownika Mareckiego? -
Krytyczne spojrzenie asystentki spowodowało, że Kołecki zajął poprzednią
wyczekującą pozycję na krześle. Cicho wypuszczone powietrze świadczyło o tym, że zrezygnował z ciętej riposty.
Towarzysząca swojemu przełożonemu porucznik Barbara Szymańska, zwana
przez kolegów "Baszką" - tak jak popularna na jej rodzinnych Kaszubach
gra karciana - ukryła grymas zdenerwowania za szybko podniesioną teczką
z materiałami. "Matko Boska, pomóż nam", pomyślała. Już czterdzieści
minut siedzieli w sekretariacie w oczekiwaniu na spotkanie z zastępcą
szefa do spraw operacyjnych. Gdy zameldowali się o jedenastej,
usłyszeli, że zaraz zostaną przyjęci.
Szymańska z niepokojem analizowała w pamięci czynności, jakie powinna
jeszcze wykonać przed wylotem do Kijowa. Wiedziała, że musi zdążyć ze
wszystkim, bo od tego będzie zależeć sukces operacji, a może i jej
życie. W sumie powinna być dumna, że przełożeni wysyłali ją na pierwsze
samodzielne spotkanie z ważnym agentem. Oczywiście miała trochę
szczęścia, gdyż sprawę agenta prowadził tak naprawdę major Karol
Popławski. "Baszka" współpracowała z Popławskim w jednym zespole już dwa
lata. Po ukończeniu szkolenia w Ośrodku Kształcenia Kadr Wywiadowczych
(OKKW) w Kiejkutach, zwanym przez wtajemniczonych Lasem, od razu trafiła
do Wydziału Rosyjskiego. Spodziewała się tego, gdyż z rodzicami spędziła
dzieciństwo i młodość na placówkach dyplomatycznych, najpierw w Łotwie,
następnie w Ukrainie i w końcu w Rosji. Ukończenie Wydziału
Filologicznego Uniwersytetu Moskiewskiego potwierdziło jej zdolności
językowe. Opanowała główne języki funkcjonujące w krajach powstałych po
rozpadzie ZSRR. Trafiła również na fakultet języka arabskiego, którego
opanowanie potraktowała jako wyzwanie osobiste. Tę rywalizację
zakończyła pełnym sukcesem. W zakresie poznawania języków obcych była
nienasycona, dlatego bez problemu posiadła także znajomość angielskiego
i francuskiego. Właśnie biegłość w zakresie dwóch ostatnich języków
trochę ją niepokoiła, gdyż decyzje kierownictwa Agencji były często
niezrozumiałe. Znała przykłady oficerów władających językami wschodnimi,
wysyłanych na placówki do Niemiec czy Hiszpanii. Szczęśliwie jej to nie
spotkało. Współpraca z Karolem Popławskim, po trudnym okresie docierania
się doświadczonego oficera operacyjnego i początkującej w zawodzie
szpiega ambitnej dziewczyny, dała w końcu satysfakcjonujące rezultaty.
Popławski przekonał się, że "Baszka" nie zamierza "wozić się na jego
plecach" i jest gotowa wykonać wszelkie trudne lub nudne zadania. Kilka
wyjazdów na spotkania z agenturą ugruntowało wzajemne zaufanie. Kluczowa
okazała się udana ucieczka z zasadzki w Helsinkach przygotowanej przez
czterech oficerów rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego. Gdy
bezpiecznie wylądowali w Warszawie, Karol w podzięce zaprosił Szymańską
na kolację do Szwejka, gdzie oblali powrót znaczną ilością czarnej
żubrówki.
Obecną operację realizowaliby wspólnie, gdyby nie nieszczęsny covid.
Popławski, pomimo jednej dawki szczepienia, miał pecha i jednak złapał
koronawirusa. Od tygodnia leżał na Wołoskiej, w sąsiadującym z siedzibą
AW szpitalu MSWiA. Telefonicznie poinformował o lekkim zapaleniu płuc.
Mocniej przyciśnięty, przyznał się do komplikacji kardiologicznych,
które zdaniem lekarzy wymagały dalszej obserwacji w warunkach
szpitalnych. Wywołanie pilnego spotkania przez agenta o kryptonimie
"Zadar" wprawiło kierownictwo Agencji w mocne zakłopotanie. Siódme
piętro, czyli szefowie, domagali się wysłania na spotkanie
doświadczonego oficera. Nawet typowali "eksperta" niedawno ściągniętego
z Rakowieckiej, gdzie zajmował się zwalczaniem terroryzmu. Według
plotki, która dotarła do "Baszki" od Kołeckiego, "ekspert" poległ, gdy
podczas spotkania u szefa Mareckiego miał problemy ze zrozumieniem
języka rosyjskiego w wykonaniu naczelnika Wydziału Rosyjskiego.
Ostatecznie szalę decyzji przeważyła opinia Karola Popławskiego
przekazana telefonicznie pułkownikowi Aleksandrowi Zielińskiemu,
dyrektorowi Departamentu Operacyjnego. Popławski dał głowę, że porucznik
Szymańska świetnie sobie poradzi. W rezultacie wspólnie z naczelnikiem
Kołeckim została wezwana do pułkownika Mareckiego, który miał
zatwierdzić raport w sprawie operacji.
Cisza panująca w sekretariacie została nagle przerwana. Oczekujący
oficerowie podskoczyli na krzesłach, gdy raptownie otwarte drzwi do
gabinetu Mareckiego uderzyły o ścianę. Wypadł z nich sam pułkownik.
- Jestem u szefa - rzucił, przebiegając przez sekretariat. Bez pukania
wszedł do gabinetu szefa Agencji.
Pułkownik Marecki pojawił się w sekretariacie po kwadransie. Zerknął
zdziwiony na Kołeckiego i Szymańską.
- Czy czasem nie mieliście się zameldować o jedenastej? - zapytał,
zatrzymując się przed wyprężonymi podwładnymi.
- Panie ministrze, byliśmy zgodnie z pana poleceniem. - Kamienna twarz
naczelnika Wydziału Rosyjskiego świadczyła o z trudem powstrzymywanej
irytacji.
- Pani Danusiu, trzeba było mnie poinformować.
- Przecież mówiłam, ale był pan zajęty. Łączyłam dwie rozmowy z Kancelarii Premiera.
- A, faktycznie, był KPRM. Musiało mi wylecieć z pamięci. Rozumiecie,
teraz wszyscy chcą informacji o sytuacji w Ukrainie. - Marecki spojrzał
na Kołeckiego i Szymańską, jakby oczekując podziwu z ich strony.
- Mamy pilny raport do zatwierdzenia - przypomniał Kołecki.
- No tak, tak. Ale ja muszę zaraz jechać do ministra koordynatora.
- Panie ministrze, bez pana podpisu nie możemy podjąć realizacji
operacji.
- No dobrze. To wchodźcie, tylko streszczajcie się. - Marecki otworzył
drzwi do gabinetu i wspaniałomyślnym gestem zaprosił oboje do środka.
Podpułkownik Kołecki położył raport na biurku. On i Szymańska nie
usiedli. Oboje mieli świadomość absurdalności tej sytuacji. Marecki
unikał podpisywania dokumentów w sprawach operacyjnych. Nikt nie
wiedział, czy wynikało to z chęci uniknięcia odpowiedzialności, czy ze
zwykłego strachu. Czasami, gdy nie mógł uniknąć zostawienia śladu, pisał
po prostu "vide". Krążyły plotki, że gdy operacja kończyła się fiaskiem,
potrafił powiedzieć, iż właściwie nie wyraził zgody na działanie, o czym
świadczył brak formalnego zatwierdzenia.
Teraz też patrzył na dokument, obracał w dłoni długopis i ciężko dyszał.
Ostatecznie zaskoczył obecnych oficerów i w pozycji "zatwierdzam" złożył
zamaszysty podpis.
- Bierzcie się do roboty - polecił, zwracając raport. Popatrzył na
porucznik Szymańską. - Teraz wszystko w pani rękach. Nie była pani moją
faworytką w tej operacji, ale pani szefowie mnie przekonali. Oby się
pani udało.
"Baszka", wychodząc z gabinetu szefa, myślała, że mając do wyboru
bezpośrednią walkę ze służbami rosyjskimi i ponowną wizytę u Mareckiego,
wybrałaby pierwszy wariant.
Nie przeczuwała nawet, jak szybko może zmienić zdanie.
Godzina 13.15
Warszawa. Departament Bezpieczeństwa Narodowego
- Wszyscy chodzimy na rzęsach, aby dostarczyć aktualne informacje
kierownictwu państwa - nie krył zdenerwowania Patryk Tur, zastępca
dyrektora DBN. - Tak na co dzień to możecie nam podsyłać ten rutynowy
bełkot. Minister koordynator czasami tylko się wkurza, że ciekawsze
informacje można zobaczyć w mediach. Ale w obliczu niebezpieczeństwa
wojny za naszą granicą powinniście, do cholery, dostarczać coś
wartościowego.
- Staramy się. - Zastępca szefa AW nie mógł uwierzyć, jak go traktuje
bliski kolega. - Wiesz, ciągle pracujemy z oficerami przyjętymi przez
ekipę Platformy. Nie mogliśmy wszystkich wymienić. A ich szkolili
jeszcze ci ze Służby Bezpieczeństwa.
- Antoni, nie pierdol mi tu takich smutków. Te bzdety o winie Tuska i jego ekipy to my powtarzamy w mediach, aby wzmacniać nasz elektorat.
Chyba nie oczekujesz, że minister pójdzie do premiera i powie mu taką
bzdurę.
- Patryk, ale przecież to prawda.
- Wiesz co, czasami nie wierzę, że mogłem popierać mianowanie cię na
stanowisko zastępcy szefa AW. Kolega czy kumpel to jedno, ale nie
sądziłem, że jesteś taki głupi. Słabość naszego wywiadu wynika wyłącznie
z błędów kierownictwa Agencji. W zaufaniu powiem ci, że zbierają się
coraz ciemniejsze chmury nad generałem Glinieckim i nad tobą. Zaczynają
się przymiarki, aby was wymienić. Więc bierzcie się do poważnej roboty.
Musisz mi dać coś, z czym minister pójdzie do premiera oraz prezydenta i nie naje się wstydu. Mamy wywiad czy nie mamy?
- My cały czas pracujemy. Musisz mi uwierzyć, ale zdobycie wartościowych
informacji jest bardzo trudne i niebezpieczne.
- I pewnie oczekujesz, że prezydent ze współczuciem pochyli się nad
waszą ciężką dolą - zakpił Tur. - Może nawet cała Rada Bezpieczeństwa
Narodowego będzie was żałować i chwalić. Robicie coś czy nie?!
- No jasne. Oczywiście, że działamy. Zdradzę ci, że pół godziny temu
zatwierdziłem operację, dzięki której powinniśmy zdobyć źródłowe i ważne
informacje od agenta w kierownictwie Federacji Rosyjskiej. Oficer
Agencji jutro leci do Kijowa, a potem rusza na granicę Ukrainy z obwodem
donieckim. Tam dojdzie do spotkania z agentem i odbioru informacji.
Najdalej za dwa-trzy dni będziemy je mieli. Mówię ci to w zaufaniu.
Pamiętaj.
- Kurwa, ja z tobą zwariuję. - Tur zerwał się z fotela i zaczął szybkim
krokiem chodzić po gabinecie. W końcu zatrzymał się przed Mareckim i ryknął:
- Antoni, za dwa-trzy dni to Rosjanie mogą być już w Kijowie. Na chuj mi
wtedy twoje źródłowe informacje. Będą spóźnione o te dwa dni. Gdzie są
bieżące informacje? Czy macie, do cholery, tylko jednego agenta? A gdzie
informacje od innych źródeł? Na co idzie wasz prawie trzystumilionowy
budżet?
- Przesłaliśmy rano serwis wiadomości z nocy. Niedługo dostaniecie też
informację dzienną.
- Czytałeś dzisiaj "Wyborczą"? Nie? A ja tak i powiem ci, że ich
korespondenci zamieścili lepsze informacje niż te, które dostaliśmy od
was. Oczywiście nie mówię tu o przeglądzie informacji od służb
partnerskich, które nas ratują. Dobrze, że nasi szefowie nie mają zbyt
wysokich oczekiwań wobec AW czy Służby Wywiadu Wojskowego, bo wtedy
dymisje posypałyby się jak z rękawa. Tylko nadal byłby problem, na kogo
was wymienić.
- Stary, ale rozumiesz, że nie wyczaruję ci superinformacji, skoro od
kilku lat jest podobnie. Co ci mam powiedzieć, że od czasu, kiedy
zwolniliśmy tych sprzed dziewięćdziesiątego roku, to robota idzie jak po
grudzie. Myślisz, że ja tego nie widzę. Ale taka była potrzeba
polityczna i sprawa zamknięta.
- Antek, wracaj na Miłobędzką i powiedz generałowi Glinieckiemu, że
wieczorem ma się stawić u premiera z nowymi informacjami i analizami.
Nie obchodzi mnie, co przyniesie. To wasze tyłki są zagrożone.
Godzina 19.30
Warszawa. Restauracja Belvedere w Łazienkach
Belvedere położona w środku parku Łazienkowskiego oferuje wspaniałe
otoczenie zarówno w dzień, jak i w tajemniczym wieczornym mroku. Wielkie
szyby dają możliwość dostrzegania bogatej roślinności tego
najładniejszego warszawskiego parku.
Patryk Tur nie skorzystał z możliwości spaceru zimowymi alejkami
Łazienek i jego służbowy samochód podjechał pod samo wejście do
restauracji. Zadowolony, że kontakt z niską temperaturą był krótki,
wszedł do głównej sali. Recepcjonista poznał go i zaprowadził do stolika
na końcu restauracji otoczonego mnóstwem roślin. Tur z przyjemnością
stwierdził, że jego towarzysz już czeka.
Krzysztof Pieliński, warszawski przedstawiciel Tradexu mającego siedzibę
na Cyprze, wstał na widok Tura. Pieliński,
ponadsześćdziesięciopięcioletni niewysoki mężczyzna, imponował gęstą
grzywą siwych włosów. Ubrany jak zawsze w elegancki, drogi garnitur
dysponował umiejętnościami zachowania się w każdej sytuacji nabytymi
podczas ponad trzydziestu lat pracy w MSZ. Panowie poznali się kilka lat
wcześniej na kortach Warszawianki, gdzie obaj starali się dbać o kondycję. Patryk Tur pomimo usilnych starań nie był w stanie wygrać ze
starszym o dwadzieścia pięć lat znajomym. Rekompensatą za brak wyników
sportowych była szybko rozwijająca się przyjaźń, co imponowało Turowi.
Pomimo osiągnięcia wysokiej pozycji w administracji państwowej nadal był
zahukanym chłopakiem z małego miasteczka.
- Witaj, Patryku. Jak zwykle zagoniony i zapewne bez szans na spokojny
lunch w trakcie pracy. Mam nadzieję, że nasza kolacja choć trochę
zrekompensuje ci ten męczący dzień.
- Cieszę się, że udało nam się zobaczyć. - Tur usiadł na wskazanym
miejscu. - Jest tak gorący czas, jak się domyślasz, że do końca nie
wierzyłem w realność tej kolacji. Na szczęście ministrowi podczas
wieczornych spotkań towarzyszy mój przełożony i udało mi się wyrwać z kancelarii. Ale dosyć o pracy, pogadajmy o przyjemnościach. Weźmiesz
udział w weekendowym turnieju na Legii?
- Miałem taki zamiar, ale niestety w czwartek dwudziestego czwartego
muszę być w mojej centrali na Cyprze. Więc turniej odbędzie się beze
mnie. Wracam w niedzielę. A ty masz zamiar zagrać? Myślę, że miałbyś
duże szanse.
Podszedł kelner, któremu szybko złożyli zamówienie, a Pieliński wybrał
jak zwykle doskonale pasujące wino. Tur zauważył, że było jednym z najdroższych. Wiedział, że towarzysz nie pozwoli mu partycypować w kosztach rachunku, co miał zamiar zaakceptować dopiero po dłuższych
przepychankach.
- Moja centrala bardzo niepokoi się sytuacją wokół Ukrainy - stwierdził
biznesmen. Przerwał, próbując przyniesionego wina. Z uznaniem
zaaprobował. - Jak wiesz, mamy duże kontrakty na dostawy węgla z Rosji.
Także inne surowce są w naszym portfelu. Choć oczywiście staramy się
poszerzać ofertę.
- Doskonale cię rozumiem. Wszyscy w tych dniach martwimy się o to, co
się wydarzy.
- Patryku, nie wiem, czy mogę o to pytać, ale byłbym wdzięczny za
szczerość na temat ocen sytuacji. Mógłbym błysnąć przed moimi szefami.
- Krzysiu, znamy się już sporo czasu i chyba sobie ufamy. Dlatego nie
musisz się zastrzegać. Chętnie wzbogacę twoją wiedzę.
Podczas kolacji Tur obszernie przedstawił zarówno analizy ośrodków
rządowych, jak i informacje uzyskane od zagranicznych partnerów. W sumie
sprawiało mu dużą przyjemność to, z jaką uwagą był słuchany. Pieliński
przerywał mu pytaniami, które świadczyły o uważnym analizowaniu
informacji Tura. W miarę spożywania doskonałego wina dyrektor Tur,
oczywiście w zaufaniu, zaczął cytować informacje otrzymane od służb
zachodnich, w szczególności z CIA. Teraz towarzysz nie odrywał wręcz od
niego wzroku. Poprosił o pogłębienie kilku zagadnień. W końcu delikatnie
zapytał o rozeznanie polskich służb. Patryk Tur początkowo się obruszył
bezpośredniością pytania, ale uznał, że ma do czynienia z osobą, która
sama poznała wiele tajemnic państwowych podczas pracy w MSZ.
Nie mógł powstrzymać się od krytycznego przedstawienia dokonań Agencji
Wywiadu. Bardziej pozytywnie ocenił aktywność ABW monitorującej
działania rosyjskiej agentury. Po kolejnym kieliszku wspomniał o dwóch
rosyjskich dziennikarzach, którzy starają się uzyskiwać nielegalne
informacje. Pieliński w tej części rozmowy podzielił się z kolegą swoimi
obserwacjami dziwnych zachowań pracowników zagranicznych firm
działających w Polsce. Tur, chcąc zaimponować towarzyszowi tym, że
polskie służby są skuteczne w działaniu, szeptem opowiedział, iż
następnego dnia oficer AW leci do Kijowa. Na pograniczu
ukraińsko-rosyjskim ma tajne spotkanie, podczas którego dojdzie do
uzyskania bardzo ważnych informacji z kierowniczych kręgów władzy
Federacji Rosyjskiej.
Pieliński wysłuchał tych rewelacji pochylony w stronę Tura. W końcu
zasugerował, że lepiej, by na tym zakończyli rozmowę, zanim ktoś
niepowołany ich podsłucha. Patryk był zachwycony ostrożnością partnera i z uznaniem przyjął jego propozycję.
Przy kawie i koniaku rozmowa toczyła się na luźne tematy. Tura bardzo
zainteresowała propozycja Pielińskiego dotycząca możliwości
zorganizowania wakacyjnego pobytu na Cyprze, w willi położonej nad samym
morzem. Biznesmen stwierdził, że nieruchomość należy do firmy, którą
reprezentuje. Dlatego pobyt wiązałby się jedynie z symboliczną
odpłatnością. Przymrużył oko, wyjaśniając, że taka odpłatność spowoduje,
iż nikt nie będzie mógł zarzucić korupcyjnego charakteru takim wakacjom.
Stanęło na tym, że biznesmen podczas zbliżającego się pobytu na Cyprze
ustali możliwy termin wakacyjnego pobytu Patryka Tura wraz z rodziną.
Jak zakładał Patryk, jego towarzysz nie dał się przekonać co do
podzielenia kosztów rachunku. Był tak miły, że nawet pomógł znajomemu
dotrzeć do samochodu oczekującego przed Belvedere.
Godzina 23.30
Warszawa. Łazienki
Odjazd służbowego samochodu z zastępcą dyrektora DBN, a następnie
przyjazd taksówki, która zabrała Krzysztofa Pielińskiego, bardzo
zainteresowały dwóch mężczyzn siedzących od wpół do ósmej w niepozornej
kii, która stała w parkowej alejce sąsiadującej z restauracją Belvedere.
Ruch samochodów na terenie Łazienek był zabroniony, ale legitymacja ABW
stanowiła odpowiednie zabezpieczenie w razie spotkania pracownika
ochrony parku.
Jeden z mężczyzn około dwudziestej pierwszej wszedł do lokalu za parą
klientów i korzystając z faktu, że recepcjonista był zajęty gośćmi,
obszedł całą salę. Dotarł do stolika zajętego przez Tura i Pielińskiego.
Minął go, pozornie nie zwracając na nich uwagi. W końcu stanął przed
wielkimi oknami ukazującymi wieczorny krajobraz. Dyskretnie zrobił kilka
zdjęć obu panów. Był tak zafascynowany widokiem na nocny park, że
recepcjonista zorganizował dla niego dodatkowy stolik ustawiony tuż za
roślinami zasłaniającymi obu rozmówców. Mężczyzna zjadł skromny
dietetyczny posiłek. Zadowolił się herbatą. Cały czas podziwiał widok za
oknem oraz bawił się jakimś elektronicznym urządzeniem, nie do
rozpoznania dla osób niemających styczności ze sprzętem techniki
operacyjnej. Mężczyzna opuścił restaurację Belvedere tuż przed
Pielińskim i Turem.
Kiedy wsiadł do samochodu, jego towarzysz popatrzył z zazdrością.
- Ty wchodzisz następnym razem - zapewnił pierwszy mężczyzna, doskonale
rozpoznając spojrzenie kolegi.
Kia pojechała za taksówką wiozącą przedstawiciela cypryjskiej firmy
Tradex aż do jego domu w Józefosławiu koło Piaseczna. Na małych
uliczkach trzymali spory dystans, ale doskonale wiedzieli, dokąd jadą.
Kiedy Pieliński wszedł do domu, kia zawróciła i odjechała w stronę
warszawskiego Mokotowa.
22 lutego 2022 roku, godzina 8.00
Moskwa. Służba Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej
- Czytaj.
Formularz depeszy wylądował przez nosem pułkownika Michaiła Sawina. Już
poranne wezwanie do zastępcy dyrektora SWR było zaskakujące, szczególnie
dla człowieka, który nie pojawiał się w biurze przed dziewiątą. Dokument
przekazany mu przez generała musiał mieć niebywałą wartość. Sawin
skoncentrował się na treści. Była to informacja z Warszawy od agenta
prowadzonego przez Wydział Terytorialny. Zawartość faktycznie
zaskakiwała. Agent meldował, że 22 lutego do Kijowa przybędzie oficer
polskiego wywiadu, który udaje się na spotkanie z wysoko umocowanym
agentem w rosyjskich kręgach władzy. Do kontaktu ma dojść na pograniczu
obwodu donieckiego z Ukrainą. Wydział Terytorialny ocenił informację
jako wiarygodną i pochodzącą bezpośrednio od źródła.
Sawin dwa razy przeczytał depeszę.
- Ciekawe, ale mało szczegółów - podsumował.
- Durak, ta informacja jest warta awansu na generała. Daję ci tę
sprawę, bo cię szanuję. Ale jak nie chcesz, to mam dziesięciu innych,
którzy będą mnie całować po rękach za taką możliwość.
- No nie, oczywiście, zaraz się tym zajmę. Tylko powiedziałem, że mało
informacji. Poza tym, jeśli Polacy rzeczywiście mają u nas takiego
agenta, to plany spotkania z nim powinny być dostępne wyłącznie ścisłemu
gronu funkcjonariuszy. To, że dotarły do naszego człowieka w Warszawie,
to może być prowokacja.
- Wczoraj Władimir Władimirowicz polecił szefom służb uruchomić
wszystkie sprawy związane z Ukrainą. Szukać zaczepek, które ujawnią
wrogie działania wywiadów sąsiednich krajów. Masz przed sobą gotowca,
którym możesz zrobić wrażenie na prezydencie. Musisz stanąć na głowie i tego Polaka upolować. Także tego agenta. Pamiętam, że z Polakami masz na
pieńku od kilku lat. Teraz się odegrasz. To jest dla ciebie priorytet. A jeśli zamierzasz dalej krytykować i szukać prowokacji, to lepiej od razu
zrezygnuj. Jak brzmi twoja decyzja?
- W ciągu kwadransa uruchomię naszych ludzi w Kijowie i zaczniemy
polowanie. Zaalarmuję wszystkich w rejonach pogranicznych i zaczną
szukać szpiega. Generale, obiecuję, że zgotuję im piekło.
- Na to liczę. Ale zaskakuje mnie, że zupełnie nie zwróciłeś uwagi na
pseudonim agenta, który uzyskał tę informację. Powinieneś od razu to
zauważyć. Albo się starzejesz, albo zatraciłeś spostrzegawczość, co w naszym fachu jest zgubne.
Sawin przeklął w duchu. Nie cierpiał wcześnie wstawać i faktycznie o poranku jego szare komórki funkcjonowały najwyżej na biegu jałowym.
Współpracownicy unikali absorbowania go przed dziesiątą, ale przełożony
nie miał o tym pojęcia. Uwaga generała, który traktował go zazwyczaj po
przyjacielsku, mając zapewne w pamięci kilka udanych operacji,
zabrzmiała jak kpina. Podniósł depeszę. Teraz zauważył. Czy to ten sam
człowiek?
- Proszę o wybaczenie, miałem kiepską noc. Powinienem od razu się
zorientować. W sumie nie sądziłem, że "Spring" nadal dla nas pracuje.
Wiem, że jakiś czas temu przeszedł na emeryturę. I myślałem, że kontakt
został zakończony. Co on może jako emeryt?
- I tu się bardzo mylisz, przyjacielu. Sprawdzony agent zawsze może się
przydać. Polityczne czystki w polskim MSZ zamknęły jego karierę, ale
mądra centrala myśli. Zaaranżowaliśmy podjęcie przez niego pracy w spółce handlowej. Przez dłuższy czas był tam konsultantem. Jak myszka
zajmował się papierkową robotą i niewielkimi kontraktami. Potem powoli
zaczął bywać u różnych ludzi w Warszawie. Stopniowo zbudował sobie
niezłą pozycję. I teraz zbieramy tego rezultaty.
- Jestem pod wrażeniem. W końcu to ja go zwerbowałem.
- Między innymi dlatego dostajesz tę operację. Dotrzymaj obietnicy,
zgotuj Polakom piekło, a jak będzie trzeba, obedrzyj ich ze skóry i wyciągnij to, czego potrzebujemy.
Godzina 9.20
Przestrzeń powietrzna nad Ukrainą
Boeing 737-800 PLL LOT od godziny leciał w kierunku Kijowa. Pomimo
ciężkich ciemnych chmur wiszących od świtu nad Warszawą start nastąpił
planowo. Maszyną trochę rzucało przy wchodzeniu w chmury, ale po kilku
minutach lot stał się już spokojny. "Baszka" nie była miłośniczką
podróży samolotami, ale jako rozsądna kobieta nie wpadała w histerię na
myśl o konieczności oderwania się od ziemi. Natomiast całkowicie
zgadzała się ze swoją ukochaną mamą, która widząc lecący samolot, często
stawiała zwyczajowe pytanie: jakim cudem takie metalowe ciężkie pudło
może unosić się w powietrzu? Dzisiaj Szymańska była zbyt podniecona
swoją misją, aby wracać do maminego dylematu, ale gdy boeing mocno się
trząsł, przechodząc przez grubą warstwę chmur, czuła lekki niepokój.
Rozejrzała się po kabinie wypełnionej w jednej trzeciej. Realne
zagrożenie atakiem Rosji na Ukrainę skutecznie zniechęcało zarówno
biznesmenów, jak i osoby prywatne do odwiedzania ukraińskiej stolicy.
Obserwując pasażerów na Okęciu, oceniła, że większość z nich stanowią
obywatele Ukrainy. "Gdy wybuchnie wojna, ruszą zapewne masowo w odwrotnym kierunku", pomyślała. Po latach spędzonych wraz z rodzicami na
placówkach w krajach byłego ZSRR czuła sympatię do ludzi mieszkających
na wschód od Polski. W samolocie panował spokój typowy dla etapu lotu,
gdy stewardesy zakończyły wszystkie manewry po starcie, a nie zaczęły
jeszcze przygotowań do pożegnania pasażerów u celu podróży.
Była pewna, że to, co niezbędne, zostało przygotowane. Lubiła taki
wstępny moment operacji, gdy klamka już zapadła, ale jeszcze wszystko
było przed nią. Przez moment zatęskniła za obecnością Karola
Popławskiego. Zawsze emanował opanowaniem i zdolnością szybkiego
podjęcia decyzji właściwej w danej chwili. Basia była przekonana, że po
kolejnych kilku latach służby w wywiadzie dorówna Karolowi i innym
bardziej doświadczonym kolegom. W tym momencie uświadomiła sobie, że
przychodzą jej do głowy bzdurne myśli. Zaczynała właśnie pierwszą
poważną samodzielną operację wywiadowczą i musi wykazać się
umiejętnościami już teraz, a nie za kilka lat. Spotkanie z agentem nie
było dla niej żadnym problemem. Samodzielnie realizowała już kontakty z tajnymi informatorami. Miała też za sobą werbunek agenta. Pamiętała ten
dzień, kiedy realizując w Krakowie rozmowę operacyjną z rosyjskim
dziennikarzem, nagle zdała sobie sprawę, że to doskonały moment do
postawienia propozycji współpracy. Rosjanin, który miał jednoznaczne
antyputinowskie poglądy, wyraził zgodę, a sporządzona szybko deklaracja
o współpracy potwierdziła werbunek. Za tę akcję dostała mocny opieprz od
przełożonych, którzy chcieli trzymać się formalnych zasad pracy
wywiadowczej. Ponieważ nowy agent dostarczył odręczne wartościowe
notatki, szefowie w końcu dali spokój, a werbunek został zatwierdzony.
Podczas oblewania tego pierwszego agenta chwalono jej instynkt rasowego
oficera wywiadu.
Poczuła lekki ruch samolotu zwiastujący obniżanie pułapu lotu. Spojrzała
na zegarek. Do końca podróży pozostało niewiele ponad dwadzieścia minut,
zaczęło się podejście do lądowania. Stewardesy poderwały się ze swoich
miejsc i z gracją zaczęły poruszać się po kabinie, a głos pilota
powiadomił pasażerów o zbliżaniu się do Kijowa.
Spojrzała przez okno. Widziała tylko gęstą warstwę chmur pod boeingiem.
Czy gdy chmury się rozstąpią, na ziemi będzie jeszcze pokój? Rano w wiadomościach TVN24 sygnalizowano kolejne ruchy Rosjan. Była przekonana,
że atak wojsk rosyjskich jest tym razem kwestią już nie tygodni lub dni,
ale godzin. Tym bardziej że koncentracja dużych sił trwała od dłuższego
czasu. Jako oficer wywiadu musiała być przygotowana na każdy rozwój
wydarzeń, ale po siedemdziesięciu siedmiu latach pokoju w Europie trudno
przychodziło pogodzić się z taką możliwością. Tym bardziej z wojną u granic Polski. Dotąd żyła w przeświadczeniu o nienaruszalności pokoju.
Samolot powoli wchodził w chmury, zaczęły się turbulencje. Pomyślała, że
postara się zrobić wszystko, co w jej mocy, aby wykonać zadanie, pomimo
tak niebezpiecznej sytuacji. Byłaby szczęśliwa, gdyby mogła choć w najmniejszym stopniu wpłynąć na zachowanie pokoju. Niestety, takie myśli
stanowiły jedynie nierealne życzenia.
Nie wiedziała jeszcze, że zbliżająca się nieuchronnie wojna była tylko
jednym z jej problemów. A ponad siedemset kilometrów od niej zrodziło
się śmiertelne zagrożenie, w którego urzeczywistnieniu pomagał jeden z jej rodaków.
Godzina 9.25
Kijów. Ambasada Federacji Rosyjskiej
Rezydent wywiadu wstrzymał przygotowania do ewakuacji związanej z decyzją Moskwy nakazującej personelowi placówki pilny powrót do
ojczyzny. Wojna była pewna, dlatego władze nie chciały narażać swoich
ludzi na niebezpieczeństwo związane z nawałą rosyjskich rakiet czy
bombardowań, które lada moment dotkną mieszkańców stolicy Ukrainy.
Faktycznie, głupio byłoby zginąć od własnej broni.
Po otrzymaniu rozkazów z centrali wszyscy oficerowie rezydentury zostali
wysłani w rejon polskiej ambasady. Mieli zająć się ścisłą obserwacją
zidentyfikowanych funkcjonariuszy polskiego wywiadu. Główny wysiłek
skoncentrowano wokół rezydenta Stanisława Krauzego, drugiego sekretarza
ambasady Piotra Adamskiego oraz dwóch innych dyplomatów, co do których
istniały poważne podejrzenia o działanie na rzecz wrogiej służby. By
uniknąć wymknięcia się wspomnianych osób spod obserwacji, do ich
samochodów miały zostać podrzucone mikronadajniki pozwalające na
monitorowanie przemieszczania się. Rezydent mocno postraszył
podwładnych, grożąc wszelkimi możliwymi sankcjami w razie spartolenia
akcji. Jego groźby były również wynikiem obaw o własną skórę. Miał
nadzieję, że uda się zakończyć zadanie przed rozpoczęciem wojny. On i jego ludzie mieli swoje rzeczy już spakowane.
Pozostało tylko czekać - czas pokaże, czy informacje z Moskwy były
prawdziwe i kto z polskiej rezydentury spotka się z oficerem przybyłym z Warszawy.
Godzina 9.30
Kijów. Ambasada RP
Piotr Adamski, drugi sekretarz Ambasady RP w Kijowie, kolejny raz
sprawdził godzinę na zegarku. Oczekiwana przez niego koleżanka z centrali powinna właśnie lądować w Kijowie. Miał już za sobą chwile
zaskoczenia i frustracji, gdy dowiedział się od rezydenta Stanisława
Krauzego, że przez kilka dni będzie wspierał operację w rejonie
pogranicznym realizowaną przez młodego oficera. I do tego koleżankę z tego samego rocznika OKKW w Kiejkutach. Dotychczas Adamski czuł się
szczęściarzem, ponieważ jako pierwszy spośród rówieśników został
delegowany na placówkę. Inni jeszcze uczyli się fachu w Warszawie, a on
był już dyplomatą i szpiegiem pełną gębą. Kariera stała przed nim
otworem. Dlatego starał się jak najwięcej pracować, budując swoją
pozycję w Agencji. Tym bardziej że niedługo czekała go ocena po dwóch
latach pracy, od której od której mogło dużo zależeć. Aż tu nagle został
sprowadzony na ziemię. Polecenie centrali przydzieliło mu rolę chłopca
na posyłki dla Baśki Szymańskiej, która wykonywała samodzielne zadanie w terenie. Pamiętał ją doskonale z Kiejkut. Od początku rywalizowali ze
sobą na polu naukowym. Tam Szymańska okazała się lepsza i zajęła drugą
lokatę w ich roczniku. On był "tylko" trzeci na liście prymusów. No i do
tego ona znała biegle tyle języków, że jego doskonała znajomość zaledwie
dwóch wypadała zupełnie blado. Był lepszy tylko w zajęciach sportowych i strzeleckich, co jednak pocieszyło go w niewielkim stopniu. W grę
wchodziły też sprawy pozazawodowe. Basia od pierwszego dnia w Kiejkutach
bardzo mu się podobała, ale ona, zajęta szkoleniem, kompletnie nie
zwracała na niego uwagi. Trochę go podniecała, a trochę niepokoiła myśl
o tych dwóch-trzech dniach wspólnej pracy w terenie. Czy ona będzie się
wywyższać jako oficer realizujący operację? Chciałby uniknąć
nieprzyjemnej konfrontacji, lecz jednocześnie nie mógł dopuścić do tego,
by poczuł się kimś gorszym.
Drzwi do pokoju otworzyły się gwałtownie. Radca Stanisław Krauze
wyglądał na znacznie starszego niż pięćdziesiąt pięć lat. "Ma szczęście,
że przyszedł do służby w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym
roku, a nie kilka miesięcy wcześniej, bo już by został zwolniony jak
wielu oficerów urodzonych za wcześnie", pomyślał Adamski. Pamiętał
jesiennego grilla przy piwie, podczas którego rezydent przybliżył mu
realia zmian przepisów emerytalnych i pozbywania się starych
funkcjonariuszy przez obecne władze. Piotr w pełni zgadzał się z oceną,
że polityczne decyzje zazwyczaj odbywają się ze szkodą dla służby
wywiadu. Zmiany pokoleniowe powinny przebiegać w naturalny sposób.
Pominął problem krzywdy ludzi, którzy po poświęceniu całego życia
zawodowego ryzykownej służbie nagle dowiadywali się, że ojczyzna ma ich
gdzieś i zrywa umowę zawartą przed laty.
- Wszystko masz przygotowane? - zapytał Krauze. W centrali znany był ze
swojego "ojcowskiego" stosunku do podległych oficerów. - Basia już
pewnie wylądowała.
- Melduję, że już szósty raz sprawdziłem listę spraw, które miałem
załatwić - zażartował Piotr, uśmiechając się do przełożonego. Praca ze
Staszkiem, który ze wszystkimi był na "ty", była często bardziej
przyjemnością niż obowiązkiem. - Samochód zatankowany, kanistry
zapakowane, tak jak było ustalone.
- Broń przygotowana?
- Staszku, giwery wyczyszczone i przesmarowane. Zapasowe magazynki
schowane.
- Dokumenty legalizacyjne, telefon satelitarny, zapasowa kasa?
- Szefie, wszystko jest spakowane. Spełniłem nawet te zaskakujące
życzenia Basi.
- Obawiam się, że traficie w sam środek rosyjskiej inwazji. - Przełożony
myślał o poważniejszych sprawach niż zabranie dłuta, taśmy klejącej i kleju montażowego. - Wtedy od tych giwer, jak je nazwałeś, może dużo
zależeć. O której znikasz?
- Wyjdę przed dwunastą. Tak jak ustalaliśmy, zrobię pieszą trasę
sprawdzeniową, a potem zabieram wóz z parkingu i jadę po Barbarę.
- Pozdrów ode mnie Basię. Przekaż jej wyrazy współczucia, w końcu
Tadeusz to był mój przyjaciel. I pamiętaj, możecie liczyć na mnie w każdej sytuacji. Nie muszę ci tego mówić, ale chroń ją w razie potrzeby.
Uważajcie na siebie i powodzenia.
Rezydent uścisnął dłoń Adamskiego i wyszedł z pokoju.
"Każdy ma swoje dylematy. Staszek martwi się o nasze bezpieczeństwo, a ja mam problem, jak nie czuć się gorszy od koleżanki z mojego rocznika",
myślał. Nie przypuszczał, że życie zweryfikuje na swój sposób te
założenia.
Godzina 10.00
Moskwa. Służba Wywiadu Zagranicznego
Michaił Sawin odłożył na biurko meldunek z rezydentury w Kijowie.
Depesza stanowiła zwieńczenie jego aktywności w ciągu dzisiejszego
poranka. Obserwatorzy zostali rozstawieni, pozostawało tylko czekać.
Również wszystkie placówki SWR w rejonie pogranicza z Ukrainą postawiono
w stan gotowość. "Psy zostały spuszczone z łańcucha", pomyślał z przyjemnością. Wierzył, że namierzą Polaka, a przy okazji także agenta.
Wtedy on wsiądzie w czekający już śmigłowiec i dopadnie szpiega.
Nienawidził Polaków, którzy już kilka razy mu umknęli i wręcz go
ośmieszyli. Ale teraz on będzie się śmiał, trzymając za gardło polskiego
oficera. Chęć wyżycia się była mocniejsza niż nadzieja na generalski
awans. Jednocześnie nadal nie mógł wyzbyć się obaw, że polski wywiad
przygotował jakąś prowokację. Trudno mu było uwierzyć, że Wydział
Terytorialny dysponował agentem mającym bezpośrednie dojście do AW. W sumie nie powinien nawet tak myśleć. Przecież to był jego człowiek. On
go zwerbował i tak naprawdę był to największy sukces operacyjny w jego
karierze. Karierze, która wiązała się z Polską i jego osobistym piekłem.
Godzina 10.30
Kijów. Lotnisko Boryspol. Terminal B
Szymańska szybko odebrała bagaż z taśmy. Potwierdziła się prosta zasada:
jeśli odprawiasz się na końcu, twoje bagaże pojawią się jako pierwsze.
Poczekała, aż większa grupa podróżnych pójdzie w stronę wyjścia ze
strefy przylotów. Starała się wmieszać w tłum. Była ostrożna i od
momentu wylądowania w Kijowie postanowiła stosować samokontrolę. W hali
przylotów odnalazła punkt wynajmu samochodów AVIS. Pomimo niewielkiej
kolejki już po kwadransie trzymała w ręku kluczyki do forda fiesty.
Poszła na parking zgodnie ze wskazówkami urzędniczki AVISA. Były
precyzyjne. Ford stał wśród innych aut do wynajęcia i wyróżniał się
wściekle czerwonym kolorem. "Gdyby miał jeszcze koguta na dachu, to
byłby komplet", pomyślała.
Spokojnie pokonała drogi wyjazdowe z lotniska. Pamiętała je z wcześniejszych pobytów w Kijowie. Choć wtedy zazwyczaj prowadził jej
tata lub kierowca z placówki. Po chwili jechała już w stronę stolicy
Ukrainy drogą E40. Miała przed sobą zaledwie dwadzieścia dziewięć
kilometrów. Po południu czekała ją znacznie dłuższa trasa. Rozpędziła
fiestę, jadąc skrajnym lewym pasem. Przez chwilę obserwowała, czy jej
manewr sprawi, że jakiś samochód pojedzie za nią. Nic jednak nie
zauważyła. Jej uwagę zwróciła za to znaczna liczba wojskowych pojazdów
na jezdniach w obie strony. Choć to akurat nie powinno dziwić. Spokojnie
zjechała na środkowy pas. Po kilku kilometrach skręciła na stację
benzynową. Skorzystała z toalety i kupiła batonika. Kiedy znalazła się
ponownie na E40, po kilku minutach oceniła, że raczej nie ma obserwacji.
Jej działanie było na wyrost, w końcu była w zaprzyjaźnionym kraju, ale
wolała panować nad sytuacją.
Pensjonat U Ludmiły odnalazła bez problemów. Nowoczesny piętrowy budynek
kontrastował z tradycyjną zabudową tej dzielnicy. Młoda kobieta w recepcji długo szukała rezerwacji dokonanej przez kancelarię adwokacką
Stevens & Brown z Wiednia. Oczekiwanie potwierdziło, że zapewne nikt
nie interesował się rezerwacją dla Barbary Szymańskiej, w przeciwnym
razie recepcjonistka inaczej zareagowałaby na jej pojawienie się. Basia
zapłaciła firmową kartą kredytową.
Zaniosła torbę do pokoju. Wyjęła z niej zwinięty plecak, niezbędny przy
nocnym marszu w terenie. Po chwili kelnerka przyniosła zamówiony duży
kubek mocnej kawy z mlekiem. "Baszka" rozpakowała rzeczy i przygotowała
te, które chciała zabrać w dalszą drogę. Włożyła je do mniejszej torby.
Do spotkania z Piotrem miała jeszcze dwie godziny. Wyjrzała przez okno.
Z grubej warstwy chmur widocznej podczas lądowania w Kijowie zaczął
padać śnieg. Sięgnęła po kawę i batonik. Wiadomości w ukraińskiej
telewizji cały czas przekazywały informacje na temat możliwej rosyjskiej
inwazji. Zmieniający się co kilkanaście minut komentatorzy właściwie nie
pozostawiali wątpliwości co do bliskiego wybuchu wojny. Znalazła
rosyjskie programy informacyjne. Tutaj przekaz sugerował poważne
zagrożenie ze strony sił zbrojnych Ukrainy wspieranych przez złe kraje
Zachodu. Moskwa jednoznacznie stwierdzała, że NATO szykuje atak na
Rosję. Armia musi podjąć wszelkie kroki, aby odeprzeć agresję i uratować
kraj. Prezydent i generalicja już nad tym pracują. "Boże, co za
propagandowe bzdury", pomyślała. Gorzej, że znając Rosjan, wiedziała, iż
większość z nich bezkrytycznie wierzy w to, co mówi państwowa telewizja.
U części co prawda wiara ta osłabnie, kiedy okaże się, że ich synowie,
mężowie, ojcowie lub bracia zostają zmobilizowani i muszą ginąć za
Rosję. Pozostali jednak są odporni na inne poglądy niż oficjalne.
Godzina 11.00
Warszawa. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego
Kapitan Dariusz Kowalski, usiłując ukryć satysfakcję, zajrzał do
gabinetu naczelnika Wydziału I Departamentu Kontrwywiadu pułkownika
Józefa Starewicza. Przełożony oderwał wzrok od pliku dokumentów i jednym
spojrzeniem rozpoznał jego nastrój.
- Najpierw zamknij drzwi, potem siadaj i opowiadaj.
Kowalski uwielbiał swojego szefa. Starewicz, gdy przekonał się do kogoś,
był przyjacielem dla równolatków, a dobrym wujkiem dla młodszych
oficerów. Wieloletnie doświadczenie w pracy oraz niespotykana intuicja
czyniły z niego mądrego przełożonego i błyskotliwego doradcę. Czasami
był tylko zbyt ostrożny. Kowalski nie potrafił ocenić, czy to wada, czy
zaleta.
- Mamy wreszcie coś w sprawie Pielińskiego i Tradexu - oznajmił
triumfalnie.
- Kapitanie Kowalski, w tym budynku dbamy o zasady konspiracji i używamy
kryptonimów spraw. Rozumiem, że mówisz o rozpracowaniu "Zula".
- Tak jest, panie naczelniku.
- Gadaj i nie tytułuj mnie po próżnicy.
- Wczoraj wieczorem towarzyszyliśmy z Radkiem "Zuli" podczas spotkania w Belvedere.
- Nieźle sobie dogadza emerytowany urzędnik służby zagranicznej. A i wy
pewnie wykorzystaliście ten pretekst. Mam nadzieję, że nie przedstawisz
wysokiego rachunku.
- Nawet bardzo nieźle. Mówię oczywiście o "Zuli", bo ja skromne danko
wege i herbata. A teraz wiadomość na pierwszą stronę. Spotkał się z Patrykiem Turem.
- Tym Turem z DBN od premiera?
- Ty to masz pamięć! Tym samym.
Krótkie spojrzenie Starewicza przywołało podwładnego do porządku.
- Dobre jedzenie, wyselekcjonowane drogie wina tworzyły miłą atmosferę
do szczerej rozmowy. Tur tak się zaangażował, że podzielił się z "Zulą"
niejawnymi analizami i informacjami dotyczącymi sytuacji wokół Ukrainy.
Nie tylko nie krył, ale wręcz podkreślał, że pochodzą od CIA i innych
służb oraz od rządów sojuszniczych krajów. Nie uwierzysz, ale w pewnym
momencie zaczął informować rozmówcę o szczegółach operacji aktualnie
realizowanej przez AW! Spotkanie z agentem, na które właśnie udaje się
oficer z Agencji, ma pozwolić na uzyskanie informacji bezpośrednio
pochodzących z kierownictwa imperium zła.
Pułkownik z niedowierzaniem wpatrywał się w Kowalskiego.
- Piłeś już coś dzisiaj?
- Ani dzisiaj, ani wczoraj. Chociaż już mi się należy.
- Darek, czy wiesz, co ty mówisz? Dyrektor z otoczenia ministra
koordynatora opowiada zewnętrznemu kontaktowi o ściśle tajnych
szczegółach sprawy operacyjnej? Albo on oszalał, albo coś ci się
przywidziało. I skąd on znał takie szczegóły?
- Szefie, ja też nie mogłem uwierzyć w to, co słyszałem. Ale miałem przy
sobie sprzęt operacyjny i wszystko nagrałem. Sam posłuchaj.
Kapitan wyciągnął z kieszeni miniaturowy odtwarzacz i po krótkich
poszukiwaniach właściwego momentu rozmowy puścił nagranie. W pokoju
rozległ się lekko zacinający się głos męski. W tle słychać było odgłosy
typowe dla restauracji. Nie przeszkadzały w swobodnym zrozumieniu
wypowiadanych słów. Po odsłuchaniu kilku minut nagrania Starewicz
sięgnął dłonią do krawata i energicznie poluzował węzeł. To nie
wystarczyło, bo raptownie wstał i szeroko otworzył okno. Do
pomieszczenia wpadło zimne powietrze. Kilkakrotnie głęboko odetchnął.
- Chcieli mnie wypchnąć na emeryturę, a ja głupi się broniłem.
Powinienem był się zgodzić. Choć w końcu sami prosili, żebym jeszcze
został. Miałem uczyć młodych. Ale to, co usłyszałem, to nie na moje
zdrowie. Rozumiem, że ktoś za dużo wypije. Wtedy plotkuje o kobietach,
gada na swoich szefów czy staje się agresywny. Ale żeby facet o najwyższych dopuszczeniach do tajemnicy i mający faktyczny dostęp do
źródłowych informacji ujawniał takie szczegóły, to jakiś obłęd. Wiem,
wiem, gadaliśmy już kilka razy o poziomie tych szych z politycznego
nadania, ale to?! Powinno mu się za samą tę rozmowę cofnąć certyfikat
tajności i wyrzucić na zbity pysk.
- Idziemy z tym do dyrekcji? - spytał, a właściwie zaproponował z uśmiechem Kowalski.
- Spokojnie, młody człowieku. - Pułkownik zamknął okno i wrócił do
biurka. - Chcesz się stać wrogiem kierownictwa resortu i ich jeszcze
wyżej usytuowanych kolegów? Podoba ci się twoja robota? To pomyśl
chwilę. Nie takim sprawom ukręcano łeb w tym budynku. A nawet jeśli nie
zagrają tak bezczelnie, to zawsze znajdzie się ekspert, który zbada
taśmę i stwierdzi, że albo nie są to głosy tych, których wczoraj
podsłuchałeś, albo taśma została zmontowana. I wtedy nakopią nam do d...
Darek patrzył wyczekująco na Starewicza.
- Przede wszystkim zrób ze trzy dodatkowe kopie tego nagrania. Masz je
tak ukryć, żeby przy ewentualnym przeszukaniu w wydziale nie zostały
znalezione. Gdzie, to już twoja sprawa, ja nic nie wiem. Jedno nagranie
z twoim raportem ma być w teczce rozpracowania. Jeśli odbiorą nam
sprawę, to nadal będziemy mieli dowody. Do dyrekcji nie idziemy.
Prowadzimy sprawę dalej. Zrób zaraz zlecenie na pełną obserwację i podsłuch "Zuli". Pójdę do naczelnika obserwacji i poproszę o jakichś
łebskich chłopaków, aby nam nie spieprzyli sprawy. Miałeś spróbować
kogoś "stuknąć" w biurze Tradexu?
- To mały zespół, ale "Zula" zatrudnił córkę jednego z kumpli z MSZ. Już
z nią delikatnie rozmawiałem i rozumie potrzebę pomocy naszej służbie.
Raport z pozyskania powinien być u ciebie.
Pułkownik z zakłopotaniem obejrzał dwa stosy dokumentów leżących na
blacie.
- Wczoraj znowu opiniowałem nowe zarządzenie, które ma lada moment wyjść
z MSW. Według urzędników dzięki niemu rozwiążemy wszystkie problemy i z nim nawet Rosjanie nam nie groźni. Przed chwilą wypchnąłem nasze
stanowisko do dyrekcji, więc mogę zająć się tym, co ważne. No, znikaj
już.
- Odmeldowuję się. - Szelmowski uśmiech pojawił się na twarzy
Kowalskiego, kiedy szedł do drzwi.
- Darek, jeszcze jedno.
Puścił klamkę i wrócił do biurka przełożonego.
- Dostaliśmy jakąś informację na temat Tradexu od służb partnerskich?
Jeśli już jest w teczce, to przypadkiem nie śmiej się z mojej dziurawej
pamięci.
- Składaliśmy takie pytanie w sekcji do spraw kontaktów, ale dotąd nie
było odpowiedzi.
- To na co czekamy? Potrzebujemy pilnie tych informacji.
- Zajmę się tym.
- I jeszcze jedno. Jakoś nam umknęło, skąd Tur znał takie szczegóły
dotyczące wyjazdu oficera AW do Kijowa. To może być ważny temat.
- Myślisz, że gadka "Zuli" z Turem nie była przypadkowym wykorzystaniem
słabej głowy pana dyrektora? Że coś poważnego może się wiązać z tą
rozmową? "Zula" jest podejrzany, ale Tur?
- A według ciebie to ja jestem jasnowidzem? Nie jestem. Ale musimy badać
każdy temat do końca. Ty powinieneś stawiać takie pytania. Dzisiaj
jeszcze potraktuję cię ulgowo, ale za to zajmij się ustaleniem, z kim
Tur mógł rozmawiać przed spotkaniem z "Zulą". Dla ułatwienia podpowiem.
Raz: informacje musiały pochodzić z AW, bo nikt inny nimi nie dysponuje.
Dwa: moim zdaniem były świeże, czyli z maksimum ostatnich trzech dni. I na tym moje wsparcie dla ciebie się kończy. Niestety, nie mam już
żadnych koleżeńskich kontaktów w Służbie Ochrony Państwa. Miałem w Biurze Ochrony Rządu, ale wszyscy są już na zielonej trawce. Dlatego
musisz sprawę załatwić sam.
- Mam tam kolegę i wiem, że ostatnio zajmował się ochroną Kancelarii
Premiera.
- No i super. Podsumowując: Darek, prowadzimy kompleksowe rozpoznanie
"Zuli". Powinniśmy również powiadomić kolegów z Miłobędzkiej o przecieku
w sprawie ich operacji. Może mylimy się co do związków "Zuli" z ruskimi.
Jeśli mamy rację, to niech Bóg ma w swojej opiece tego oficera, który
pojechał na Ukrainę. Jak znam FSB i SWR, to nie robią błędów, gdy mają
takiego gotowca podanego na tacy. Tym bardziej w czasie przygotowań do
wojny. Za dzień, dwa ruscy zrobią wielki news w swojej telewizji ze
złapania polskiego szpiega na gorącym uczynku. A dojdzie do tego przez
głupotę wysokiego urzędnika państwowego. Oby nie. Za godzinę pismo z informacją dla AW ma być w drodze na Mokotów. Tylko bez żadnych nazwisk.
Godzina 13.50
Kijów. Pensjonat U Ludmiły
- Cześć, "Baszka". - Uśmiechnięty Piotr stał w drzwiach pokoju.
- Czekasz na zaproszenie? - zażartowała, choć miała świadomość, że
wypadło to sztywno.
Adamski szybko wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi, które głośno
uderzyły o framugę. "Ale początek", pomyślał.
- Pozdrowienia od Staszka Krauzego i wyrazy współczucia z powodu śmierci
twojego taty.
Podniosła się z fotela przed telewizorem. Zrobiła krok w stronę kolegi i wyciągnęła przed siebie rękę. Uścisnął ją delikatnie.
- Nic się nie zmieniłaś od Kiejkut. - Patrzył na nią uważnie.
- To formalności mamy za sobą. Dziękuję za dobre słowo. - Basia wróciła
na fotel. - Siadaj, proszę. - Wskazała na drugi. - Czy wszystko u ciebie
zgodnie z planem?
- Jasne, że tak. - Miał wrażenie jakiejś sztuczności ich rozmowy. Nie do
końca wiedział, jak się zachować. Postanowił trzymać się tematów
służbowych, w końcu realizują wspólnie sprawę operacyjną. - Zgodnie z ustaleniami po wyjściu z placówki odbyłem trasę sprawdzeniową. Pieszo.
Nic nie stwierdziłem. Jakiś facet mi się raz powtórzył, ale potem z pewnością już go nie było. Poszedłem na parking przed Dworcem Głównym i zabrałem toyotę. Jadąc przez miasto, nie miałem dobrych warunków, aby
się sprawdzić, ale nic szczególnego nie zwróciło mojej uwagi.
- Super. To możemy zaraz się zbierać. Przyznam ci się, że trochę dziwnie
się czuję od momentu, kiedy wszedłeś do pokoju. Choć właściwie nie wiem
dlaczego.
- Ja mam podobne wrażenie i też nie wiem dlaczego.
- W jednej kwestii chcę cię zapewnić: nie mam zamiaru udawać szefa,
ważnego oficera z centrali. Jesteśmy kolegami i tego musimy się trzymać.
- Trochę się obawiałem takiej sytuacji. W końcu ja mam ci tylko pomagać.
- Piotr, przede wszystkim skoncentrujmy się na naszej wspólnej pracy.
Mnie zależy, żeby zrobić to, co muszę. Ale patrzę na to jak na naszą
akcję. Jak będzie sukces, to nasz wspólny. Jak kicha, to oboje
poniesiemy konsekwencje. Lecz w takim przypadku ja poważniejsze, bo w końcu prowadzę tę sprawę.
- Pełna zgoda, Basiu, i sztama. Faktycznie, jak damy ciała, to oboje.
Jesteśmy partnerami. A w kontekście tego, co szykują ruscy dookoła
granicy ukraińskiej, każdy błąd może mieć przykre skutki. Sytuacja jest
bardzo napięta. Ale to z pewnością wiesz. To co, zbieramy się?
- Zaraz będę gotowa. - Szymańska zgarnęła kilka drobiazgów ze stolika
przed telewizorem i wrzuciła je do plecaka. Przy okazji zerknęła przez
okno. Znieruchomiała, wpatrzona w otoczenie pensjonatu.
- Co tam widzisz? - Piotr zbliżył się do okna.
"Baszka" zatrzymała go ręką. Sama cofnęła się za zasłonę, ciągnąc
Adamskiego za sobą.
- Co jest? - zapytał zaskoczony.
- Na ulicy jest dwóch mężczyzn. Szli oddzielnie po obu stronach ulicy.
Teraz jeden zatrzymał się za drzewem i zdaje się, że obserwuje
pensjonat. Spróbuj ostrożnie popatrzeć.
Piotr delikatnie wychylił się zza zasłony. Początkowo widział wjazd do
pensjonatu i dalej ulicę zastawioną zaparkowanymi samochodami. Po chwili
dostrzegł nieruchomą sylwetkę mężczyzny obok drzewa rosnącego w pobliżu
wejścia na posesję. Drugiego nie zauważył.
- Widzę tylko jednego. To nie musi być nic ważnego.
- Ten drugi faktycznie zniknął. Nie twierdzę, że ktoś nas obserwuje. W szkole wyśmiewaliśmy się z tych, którzy widzieli duchy, gdy faktycznie
nie mieli obserwacji. Ale ten pierwszy dziwnie się zachowuje. Uważam, że
ostrożności nigdy nie za wiele.
- Ja będę dalej obserwował ulicę, a ty dokończ zbierać rzeczy. Jak
wyjedziemy na trasę, będzie nam łatwiej sprawdzić twoje podejrzenia.
Basia zamknęła plecak i wyszli z pokoju. W recepcji nikogo nie było. "To
nawet lepiej", pomyślała. Pokój wynajęty został na tydzień, a gdyby ktoś
pytał, recepcjonistka nie udzieli żadnej informacji.
Wsiedli do czarnej toyoty RAV4. Szymańska z powątpiewaniem popatrzyła na
samochód.
- Nie miej takiej miny. - Piotr czuł się w obowiązku wyjaśnić stan wozu.
- To druga generacja tego modelu, z dwa tysiące szóstego roku. Jak na
Ukrainę, to i tak limuzyna, oczywiście poza zgrają najnowszych modeli
audi, bmw czy merców, którymi jeżdżą bogacze. W sumie tak jak u nas. Za
to nie będzie zwracał uwagi. Zapewniam cię, że jego stan został
sprawdzony przez zaufanego mechanika. Jest okej. Silnik dwa litry i sto
pięćdziesiąt koni.
- Piotrek, daj już spokój z tą prezentacją. - "Baszka" nie mogła
powstrzymać uśmiechu. - Wierzę, że to supermaszyna i dowiezie nas tam,
gdzie potrzebujemy. Raczej nie przewiduję udziału w wyścigach czy
rajdach. A teraz, chłopie, ruszaj wreszcie, bo sporo kilometrów przed
nami.
Adamski uruchomił silnik i wyjechał z parkingu pensjonatu. Na ulicy nie
zauważyli nic podejrzanego. Widziani przez nią mężczyźni zniknęli.
Podobnie w trakcie dojazdu do trasy E40 nic nie zwróciło ich uwagi.
- To dzisiaj moja ulubiona droga - poinformowała.
- Jechałaś nią z Boryspola? - upewnił się.
Pokiwała głową, zerkając jednocześnie w boczne lusterko. Jechali w ciszy
dłuższy czas. Gdy opuścili aglomerację kijowską, liczba pojazdów
wyraźnie się zmniejszyła.
- Do Pokrowska mamy niecałe sześćset siedemdziesiąt kilometrów -
poinformował. - Będziemy na miejscu około dwudziestej trzeciej. Teraz,
gdy zapowiadają wojnę, ruch na drogach jest znacznie mniejszy.
- Postaraj się obserwować ten ciemnoszary samochód, który jest jakieś
sto metrów za nami. To zdaje się bmw.
Adamski wbił wzrok we wsteczne lusterko. Potem sprawdził obraz również w bocznym.
- To faktycznie chyba bmw. Ale dlaczego cię zainteresowało?
- Ten samochód zauważyłam, gdy wyjeżdżaliśmy z rejonu pensjonatu. Potem
widziałam go stojącego za nami na światłach w Kijowie. Na E40 początkowo
go nie było i już myślałam, że złapałam ducha. Jednak potem dogonił nas
i teraz trzyma się w stałej odległości.
- Basiu, zawstydzasz mnie. - Piotr zerknął na koleżankę, nie kryjąc
uznania. - Ja mam dwa lusterka i nic nie zauważyłem. Zrobimy mu jakiś
numer?
- Nie szalej. Doskonale wiesz, że najważniejsze, aby śledzący, jeśli
ktoś nas faktycznie obserwuje, nie wiedzieli, że my o nich wiemy.
- Dobrze, szefie.
- Jesteśmy partnerami - zwróciła mu uwagę. - Jeżeli jest obserwacja, to
mamy kłopot. A najważniejsze, kto to jest? Na razie jedź. Potem
zobaczymy, czy to nie fałszywy alarm.
Godzina 13.55
Warszawa. Agencja Wywiadu
Pismo z ABW zgodnie z drogą służbową trafiło do pułkownika Mareckiego.
Ten od dawna krytycznie patrzył na działania operacyjne ABW przeciwko
SWR. Sygnał o możliwym przecieku dotyczącym misji na pograniczu Ukrainy
i obwodu donieckiego zaskoczył go. Gdyby nie fakt, że operacja była
faktycznie realizowana, wyśmiałby sugestie Rakowieckiej. Jednak w tym
przypadku ujawnione zostały tajne informacje. Jakim cudem? Grono osób
znających temat spotkania z agentem było wąskie. Ktoś z Agencji?
Wątpliwe. W tym momencie przypomniała mu się rozmowa z Patrykiem. W przeciek na tym poziomie już kompletnie nie mógł uwierzyć. Z drugiej
strony autor pisma, nie chcąc ujawnić danych osób uczestniczących w rozmowie, relacjonował fakty na zasadzie "jedna pani opowiadała drugiej
pani". To dawało mu dobry argument, aby postawić ich pod murem.
Wezwał Danusię Styś i podyktował jej odpowiedź do ABW, domagając się
bliższych szczegółów na temat źródeł ich wiedzy. Pismo dotrze na
Rakowiecką jutro. Poczeka na odpowiedź i wtedy zdecyduje, co dalej.
Godzina 14.00
Warszawa. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego
Pracownicy sekcji do spraw kontaktów sprawiali wrażenie kooperatywnych;
w rzeczywistości byli tak dumni ze swojej współpracy z najważniejszymi
zachodnimi służbami specjalnymi, że nie należało podchodzić do nich bez
przysłowiowego kija. Na szczęście poza oficerami w komórce pracowała
sekretarka Iwona. Nawet jeśli była podatna na ten sam nastrój dumy, co
jej koledzy, to do kapitana Dariusza Kowalskiego pałała ukrywanym
afektem. Jej wydawało się, że nikt nic nie dostrzega, ale Darek wyczuwał
to na odległość.
Dwa spacery po piętrze, gdzie znajdowały się biura sekcji, przyniosły
efekt. Już z daleka zobaczył Iwonę niosącą tacę z brudnymi filiżankami i szklankami. Przyspieszył kroku, co pozwoliło mu dogonić kobietę tuż
przed drzwiami do kuchenki. Ukłonił się i szarmanckim gestem otworzył
drzwi do pomieszczenia. Iwona uśmiechnęła się, zadowolona ze spotkania i z pomocy. Kowalski odwzajemnił uśmiech.
- Jak miło cię, Iwonko, zobaczyć w ten ponury dzień.
- Nie żartuj sobie ze mnie. Teraz wszyscy mówią tylko o wojnie. A ty się
zalecasz.
- Każda okazja jest dobra, aby powiedzieć koleżance miłe słowo. Tym
bardziej że szczere.
- Szkoda, że inni nie są tak sympatyczni jak ty, Dareczku. No i zbyt
rzadko mamy okazję do współpracy. Nieczęsto pokazujesz się u nas.
- Praca, praca, praca. Ale mam pewien problem, i to pilny. Może mogłabyś
mi pomóc. Bo z twoimi chłopakami rozmowa bywa ciężka.
- Bardzo chętnie, a w czym miałabym ci pomóc?
- Kilka tygodni temu składaliśmy pytanie do MI6 i CIA. Dotąd nie
dostaliśmy odpowiedzi.
- Moi koledzy mają ostatnio tyle na głowie, że zdarza im się zapominać o prostych sprawach. Wiesz co, te naczynia mogą poczekać. Chodź ze mną,
zaraz wszystko sprawdzimy.
- Z przyjemnością.
Sekretariat sekcji okazał się pusty. Iwona poprosiła Darka, żeby usiadł
na krześle, a sama zaczęła sprawdzać coś w komputerze. Już po chwili
uśmiechnęła się triumfalnie.
- Jest twoja zguba. Oczywiście u Radka. To najbardziej zajęty człowiek w naszym zespole. Poczekaj spokojnie.
Iwona otworzyła szafę pancerną. Wzięła z półki jedną z grubych teczek.
Wyjęła dwie kartki i schowała teczkę do szafy. Usiadła przy komputerze.
- Musisz jeszcze wytrzymać ze mną parę minut - stwierdziła
kokieteryjnie.
- Liczę, że kiedyś uda nam się jakąś kawkę wspólnie wypić i porozmawiać
- wyznał obłudnie.
- Jak się trochę uspokoi, to z przyjemnością, bo teraz to siedzę
codziennie do nocy.
Mówiąc, stukała w klawiaturę. Wyciągnęła z drukarki pismo i położyła
przed Kowalskim.
- Podpisz, że odebrałeś.
- Tak szybko? Praca z tobą to czysta przyjemność.
Pokwitował odbiór dokumentów i sięgnął po podane przez Iwonę papiery.
Zabrał je lewą ręką, a prawą wyciągnął do kobiety, a potem delikatnie
ucałował jej dłoń. Iwona, zaskoczona tym, zabrała rękę.
- Ależ Darku, jeszcze ktoś zobaczy.
- Całowanie dłoni pięknych kobiet nikogo nie dziwi. Najwyżej budzi
zazdrość. Bardzo ci dziękuję za pomoc. Liczę na więcej.
- Polecam się - pożegnała go miłym uśmiechem.
"Ale ze mnie świnia", pomyślał, "Iwona pewnie liczy na więcej, a to
zaloty wyłącznie w interesach. Jednak w końcu flirt to flirt. Nie musi z niego coś wynikać".
Gdy znalazł się w swoim gabinecie, usiadł przy biurku i zaczął czytać
przyniesione dokumenty. Pierwszym była notatka od CIA. Poza szeregiem
informacji korporacyjnych i finansowych o Tradeksie wskazywała jedynie
możliwość powiązań firmy z rosyjskimi służbami. Ciekawsza była
informacja MI6, która prawdopodobnie lepiej odnajdywała się w cypryjskich realiach. Było to oczywiste, gdy znało się historię wyspy.
Wywiad brytyjski stwierdzał jednoznacznie, że firma działająca na
rynkach zaledwie od dwóch lat była ściśle powiązana z SWR. Nie
potwierdzono dotąd zaangażowania Tradexu w którąś z operacji Rosjan, ale
MI6 dysponowało informacjami o finansowych i kadrowych związkach firmy z wywiadem. Tradex był zakonspirowaną komórką wywiadu zajmującą się
rozpoznaniem potrzeb surowcowych i kapitałowych państw Unii Europejskiej
oraz czołowych firm z regionu. Zatrudniał sporą grupę przedstawicieli i konsultantów, zazwyczaj pochodzących z krajów, które rozpracowywano. MI6
dosyć ostrożnie wypowiadało się na temat sposobu rekrutacji
zagranicznych pracowników firmy. Autor notatki delikatnie dawał do
zrozumienia, że możliwe są agenturalne powiązania tych specjalistów ze
służbami rosyjskimi. Podkreślał wielkość funduszy angażowanych w promocję firmy na poszczególnych rynkach oraz częste próby pozyskania
przychylności kontaktów interesujących Tradex różnymi szczodrymi
podarunkami lub przysługami. MI6 deklarowała gotowość dalszej współpracy
z ABW w kwestii rozpracowania aktywności firmy na europejskim i polskim
rynku.
Kowalski odłożył notatkę. Służby, dopóki nie dysponowały mocnymi
dowodami, nie podawały jednoznacznych ocen danego obiektu. Informacje
zawarte w notatce były aż nadto wymowne. Tradex to przykrycie dla
działalności operacyjnej Rosjan, co widać po aktywności polskiego
przedstawicielstwa. Osoba "Zuli" nie odbiegała od typowego profilu
pracownika firmy tego charakteru. Zebrane dotąd informacje zbliżały
polski kontrwywiad do jednoznacznej oceny działalności figuranta.
Nagrana rozmowa w Belvedere była kolejnym potwierdzeniem wcześniejszych
podejrzeń.
Godzina 15.20
Moskwa. Służba Wywiadu Zagranicznego
Michaił Sawin nie mógł usiedzieć spokojnie. Aż sam się sobie dziwił.
Miał przecież za sobą prawie trzydzieści lat tej roboty... I sporo
niebezpiecznych operacji za granicą, gdzie nie mógł liczyć na żadną
pomoc. Nerwowo bywało również podczas pracy na placówkach. Zazwyczaj
miejscowe służby starannie pilnowały rosyjskich dyplomatów, w tym
oficerów wywiadu. W takich warunkach każde poważniejsze zadanie, rozmowa
werbunkowa czy odbiór materiałów wiązały się z nerwami.
Dzisiaj nic mu nie groziło. Był u siebie i miał do dyspozycji duże grono
podległych oficerów oraz współpracowników. W razie potrzeby mógł liczyć
na funkcjonariuszy innych rosyjskich służb czy żołnierzy. Oczywiście
jeśli nie dojdzie do konfliktów, typowych dla rywalizacji w najważniejszych sprawach. Wielkim ułatwieniem w jego operacji była
obecna sytuacja w rejonie granic z Ukrainą. Rozlokowane tam jednostki
wojskowe mogły teoretycznie wesprzeć działania Sawina, gdy powstanie
taka konieczność. Właściwie trzymał w rękach wszystkie atuty. Wiedział o planie przeciwnika, przygotował zasadzkę, a wróg był kompletnie
nieświadomy, że jego plany zostały zdekonspirowane. Sawin miał pewność
powodzenia operacji ujęcia Polaka i samego agenta. Chyba to, że chodziło
o walkę z polskim wywiadem, tak go tu niepokoiło i zarazem podniecało.
Pukanie do drzwi zakłóciło jego myśli. Podoficer przyniósł oczekiwany
meldunek. Rzucił się na ten dokument, jakby w ten sposób mógł złapać
poszukiwanego. Było dobrze. Ludzie z kijowskiej rezydentury obserwujący
polskich dyplomatów ustalili, że drugi sekretarz Piotr Adamski opuścił
placówkę około południa i udał się do pensjonatu U Ludmiły. Ocenili, że
wcześniej odbył trasę sprawdzeniową. To, że był prowadzony przez sześciu
ludzi i trzy samochody, pozwoliło uniknąć wykrycia obserwacji.
Informacja, że odebrał z parkingu samochód na ukraińskich tablicach
rejestracyjnych, była jakby gwarancją, że zamierza podjąć działania
nietypowe dla dyplomaty. Gdy zaparkował auto przed pensjonatem, udało
się podłączyć mikronadajnik gwarantujący stały monitoring pozycji
Polaka. Adamski po kilkunastu minutach wyjechał z pensjonatu w towarzystwie młodej kobiety. Jeżeli nie była to romantyczna randka
przystojnego Polaka, to bardzo prawdopodobne, że doszło do kontaktu z poszukiwaną osobą. Wyjechali z Kijowa drogą E40. Kierunek ich podróży z grubsza pasował do zakładanego celu - dotarcia w rejon wschodniej
granicy Ukrainy. Rezydent informował, że inne obserwowane osoby nie
opuściły dotąd Kijowa. Przebywają nadal w placówce. Ich obserwacja była
prowadzona.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki