Godzina 11.40. Warszawa, Kancelaria Prezesa Rady Ministrów
Stefan Sarnecki po raz kolejny czytał meldunek o wczorajszym ataku
rakietowym na konwój pomocy wojskowej dla Ukrainy. Nadal nie mógł
zrozumieć, jakim cudem, dysponując precyzyjnymi informacjami o terminie
transportu i jego trasie, mając podobno doskonały sprzęt bojowy, taka
potęga wojskowa jak Rosja nie może zniszczyć groźnych dla siebie dostaw.
Mocno się naraził, żeby zdobyć harmonogram najbliższych przerzutów
zachodniego sprzętu dla Ukrainy, tym bardziej że na jego stanowisku taka
wiedza była mu kompletnie zbędna. A zdobycie planu tras, którymi
zazwyczaj poruszały się polskie i ukraińskie transporty, było już
prawdziwym majstersztykiem. Przekazał aktualne informacje do Moskwy i dupa! Ktoś po tamtej stronie nawalił. Czyli jak zwykle -?przynajmniej w ramach operacji przeciwko Ukrainie -?nic nie szło zgodnie z planem.
Przecież nawet głupi za moment się zorientuje, że ktoś ujawnił Rosjanom
szczegóły dotyczące transportów i najbliższy harmonogram zostanie
zmieniony, a kolejne dostawy będą realizowane w jeszcze większej
konspiracji. Nawet jeśli nie polski MON, to z całą pewnością albo
koordynatorzy transportu z Niemiec, albo dowództwo amerykańskie na
poważnie zajmie się tą sprawą. Już nigdy nie będzie mógł poprosić o dane
kolejnych transportów -?musi przecież zadbać o własne bezpieczeństwo. Z niechęcią pomyślał, że mógł zostać w sejmie. Przynajmniej wszelkie
informacje, które wysyłał do Jasieniewa, trafiały tam, gdzie trzeba, i nikt nie popełniał błędów przy ich wykorzystaniu.
Przyszło mu do głowy, że powinien przedyskutować te kwestie z Karolem.
Ale co to da, że znowu wspólnie ponarzekają na nieudolność machiny
militarnej swoich mocodawców. W sumie kasa płynie na jego konto -?i z pewnością również na konto mecenasa Miecznikowskiego -?więc wszystko
jest w porządku, przynajmniej dla nich. A jeśli Rosjanie nie potrafią
wykorzystać cennych informacji, to już ich problem. Szkoda tylko, że
musiał się narażać, żeby ktoś inny coś spieprzył.
Dopiero po dłuższej chwili zorientował się, że jego komórka cały czas
dzwoni. Najwyższy czas odebrać połączenie od premiera.
Godzina 12.00. Warszawa, Agencja Wywiadu
-?Bardzo mi zależy na efektach tego spotkania. -?Pułkownik Stanisław
Krauze patrzył na dwójkę oficerów. -?Jak wiecie, ta sprawa to moje
dziecko, tym bardziej liczę na wartościowe informacje prosto z jaskini
lwa.
Przy stole połączonym z biurkiem dyrektora Departamentu Operacyjnego
obok siebie siedzieli major Karol Popławski i porucznik Barbara
Szymańska. Po drugiej stronie miejsce zajął podpułkownik Andrzej
Kołecki, naczelnik Wydziału Rosyjskiego.
-?Staszku, mamy wszystko przygotowane, zarówno jeśli chodzi o samo
spotkanie, jak i techniczne detale dotyczące naszej delegacji -?zapewnił
Popławski. -?Z Basią działaliśmy już w kilku niełatwych sytuacjach, więc
i teraz wszystko musi być w porządku. Pomijam fakt, że "Baszka" jest w czepku urodzona, a skoro ona wychodzi obronną ręką z największych
tarapatów, może jej szczęście spłynie też na mnie.
-?Cieszę się, że humor cię nie opuszcza, ale w Kopenhadze nie fart
będzie najważniejszy, tylko dbałość o detale -?podsumował dyrektor.
-?Szefie, zrobimy swoje, tego możesz być pewien. -?Basia bez wahania
potwierdziła słowa Karola.
-?Tego jestem pewien -?stwierdził Krauze. -?"Vest" jest niezwykłym
człowiekiem, nie spotkałem nikogo takiego po wrogiej stronie. Jak
wiecie, to ja go zwerbowałem, ale doszło do tego po długim czasie
wzajemnych kontaktów. Gdyby nie czuł, że Putin ze swoimi ludźmi zagraża
jego ojczyźnie i całemu światu, z pewnością nigdy nie zdradziłby Rosji.
Niech was nie zmyli, że bierze pieniądze za przekazywane informacje. To
jest dodatek dla niego, rodzaj zabezpieczenia na przyszłość. Zresztą
zapewne sam nie wie, czy kiedykolwiek z niego skorzysta. Z tonu jego
meldunków odnoszę niejasne wrażenie, że coś się z nim dzieje. Czy to
rodzaj depresji, czy jakiś inny stan umysłu, tego nie wiem. Ale
uważajcie w rozmowach z nim na każdy drobiazg, słowo, reakcję, bo to
może być ważne.
-?Ale chyba nie podejrzewasz, że mógł nas sprzedać? -?zapytała Basia.
-?Nie, jestem pewien, że nie; o ile w naszej pracy możemy być czegoś
pewni -?ocenił dyrektor. -?Bardziej obawiam się jakiegoś załamania,
desperackiej próby osiągnięcia ważnego celu. W takiej sytuacji mógłby
zlekceważyć zawodowe kanony, a to stworzyłoby niebezpieczną sytuację
także dla naszej służby czy dla was osobiście. W każdym razie
obserwujcie go bardzo uważnie i bądźcie przygotowani na wszystko.
-?Możesz na nas liczyć -?zadeklarował Karol.
-?Zróbcie, co do was należy, i wracajcie bezpiecznie.
Krauze wstał zza biurka, a gdy pozostali oficerowie poszli w jego ślady,
podał rękę Popławskiemu i życzył mu powodzenia. Dłoń "Baszki"
przytrzymał nieco dłużej, ale w końcu ją puścił i z poważnym uśmiechem
skinął im głową na pożegnanie.
Godzina 18.00. Warszawa, Centrum Westfield Mokotów, La Fragola
-?Więc nic dotąd nie ustaliliście? -?Pułkownik Krauze nie krył
zdziwienia.
-?Nie ustaliliśmy, ponieważ poseł Troicki nic złego nie robi -
zareagował impulsywnie Starewicz. -?A przynajmniej na to wygląda. Darek
cały czas pilnuje aplikacji i uważnie analizuje wszystkie nagrania. Może
jednak powiedział prawdę, że odrzucił propozycję werbunku.
-?Józek, wierzę w opinię moich ludzi -?zapewnił Stanisław. -?Może i są
młodzi, ale mają nosa operacyjnego. "Baszka" na pewno się nie myli.
Zresztą ja również przesłuchałem te nagrania i nie wierzę, że facet,
któremu tak zależy na kasie jak "Osterowi", może nagle całkowicie
zmienić front. Gdyby nie drobny błąd Piotra na Isla Peque?a, który
pozwolił Hiszpanom wykryć obecność naszych oficerów, tamta rozmowa nie
zakończyłaby się protestami narodowca. Jeszcze kilka minut wcześniej był
cały szczęśliwy, mając perspektywę dużej kasy za nic.
-?Nie wątpię w umiejętności twoich ludzi, ale od długiego czasu nie
wydarzyło się nic, co potwierdziłoby współpracę "Ostera" z SWR. Nie chce
mi się wierzyć, że zwerbowali go, a potem dali mu spokój. Szczególnie
biorąc pod uwagę możliwości operacyjne, jakie ma poseł. Jesteśmy
wdzięczni za to, że przekazaliście nam SpyPhone'a i poprzednie nagrania,
jednak ewidentnie coś jest nie tak. Gdybym mógł uruchomić normalną
kontrolę operacyjną narodowca, to pewnie coś byśmy już mieli. Ale
niestety, obserwujemy go wyrywkowo i na odległość.
-?Wiesz, może podeślę ci kilku ludzi -?powiedział Krauze po chwili
namysłu. -?Nie mogę tego zrobić oficjalnie, bo szef urwałby mi głowę.
Wybiorę czterech, pięciu młodych, świeżo po OKKW. Będą to doszkalające
zajęcia pod hasłem zabezpieczenia naszego sejmu. Ci młodzi aż się palą
do aktywności poza Miłobędzką. Zobaczymy, może uda się coś ustalić.
-?Stasiu, jesteś pewien, że to dobry pomysł? -?Józef spojrzał na
przyjaciela z powątpiewaniem.
-?A co, masz obawy, że "Oster" się zorientuje? Spokojnie, moi
oficerowie, nawet ci zaraz po szkole, wiele potrafią.
-?Nie, niepokoję się raczej, że kierownictwo się kapnie -?wyjaśnił
Starewicz. -?Gdyby o takiej akcji dowiedział się Sarnecki, z miejsca
wylatujesz. W obecnych realiach bezprawne śledzenie posła koalicji
rządzącej jest czymś gorszym niż szpiegowanie dla obcego wywiadu.
-?Damy radę, nie bój nic. -?Krauze wygiął usta w nikłym uśmiechu, a potem powtórzył, jakby sam chciał się upewnić: -?Damy radę.
Godzina 21.10 . Jasieniewo, siedziba SWR
Padający gęsto śnieg nie był niczym nadzwyczajnym w połowie listopada w stolicy Rosji. Zwłaszcza że w tym roku pierwsze opady pojawiły się pod
koniec września, choć dodatnia temperatura spowodowała, iż biały puch
szybko zmienił się w błoto, a po kilku godzinach nawet ono wyschło.
Teraz utrzymująca się od kilku dni minusowa temperatura gwarantowała, że
śnieg nieprędko zniknie. Ktoś patrzący przez okno w ciemnościach
otaczających rozległy zespół budynków zajmowanych przez Służbę Wywiadu
Zagranicznego tylko dzięki grubej jasnej pierzynce na gałęziach mógł
dostrzec wysokie drzewa bezkresnego, wydawałoby się, kompleksu leśnego.
Podpułkownik Wiktor Michajłow nie tracił jednak czasu na gapienie się w okno i rozmyślania na temat nocnych krajobrazów jednej z dzielnic
Moskwy. Nie po to siedział tak długo w biurze. Oficjalnie przygotowywał
się do wyjazdu na spotkanie z polskim agentem, jednak tylko on sam
wiedział, że wszystkie szczegóły misji już dawno opracował i dokładnie
sprawdził. Mógł spokojnie pojechać do domu już kilka godzin temu, żeby
się spakować i w końcu odpocząć przed jutrzejszą podróżą. Z przyjemnością zjadłby smaczną kolację przygotowaną przez Jelenę, jego
"kochającą" żonę, i wypił z nią tradycyjnego kielicha przed drogą. A może nie tylko kielicha? Miał świadomość, że Jelena od dawna nie była
tym, za kogo ją uważał jeszcze jakiś czas temu. Sam pewnie niczego by
nie zauważył, ale życzliwi sąsiedzi, dzięki obserwacjom swoich
wścibskich żon, donieśli mu, że pułkownik Sergiej Fiodorow, ważny oficer
ze Sztabu Generalnego, nie jest Jelenie zupełnie obcy. Więcej: był jej
bardzo bliski. Jako wdowiec z dużym czteropokojowym mieszkaniem mógł
czuć się samotny i potrzebował towarzystwa kobiet. Wiktor, oficer
wywiadu, był profesjonalistą uzyskującym bardzo wysokie oceny
przełożonych, natomiast w życiu osobistym okazał się człowiekiem ślepym
i naiwnym. Skutecznie rozpracowywał wrogów za granicami ojczyzny, a nie
podejrzewał, że zdradza go własna żona. Jego czujność mogło uśpić to, co
stanowiło treść jego drugiego życia. Tajne zajęcie. Od ponad dwóch lat
Wiktor Michajłow był bowiem agentem polskiego wywiadu -?a teraz właśnie
przygotowywał materiały dla Polaków.
Godzina 21.30. Warszawa, Agencja Wywiadu
Barbara Szymańska ponownie przejrzała swoje notatki. Który to już raz? -
pomyślała. Spotkanie z "Vestem", oficerem sekcji polskiej Wydziału II
SWR, będzie ogromnie ważne i cenne. Szczególnie obecnie, gdy już prawie
dziewięć miesięcy toczyła się regularna wojna tuż za wschodnią granicą
Polski, a analitycy wszystkich zachodnich służb wywiadowczych
sugerowali, że Ukraina jest tylko pierwszym krokiem na rosyjskiej drodze
w kierunku Europy. W tej sytuacji wywiad rosyjski, i tak od lat aktywnie
działający na terenie Polski, z pewnością dostał nowe zadania, groźne
dla ojczyzny Basi. Informacja od agenta, że leci do Kopenhagi realizować
regularne spotkanie ze swoim polskim źródłem, była jak dar z nieba.
Nareszcie pojawiła się szansa na bezpośrednią rozmowę -?coś więcej niż
skrótowe informacje przekazywane przez agenta. "Vest" zaproponował
spotkanie w stolicy Danii piętnastego i ewentualnie jeszcze szesnastego
listopada. Rosjanin przylatywał we wtorek około południa, a dopiero na
środę miał zaplanowaną rozmowę ze swoim polskim współpracownikiem, co
znaczyło, że dla oficerów Agencji Wywiadu miał wtorkowe popołudnie i wieczór, a w razie konieczności także późne popołudnie w środę, gdyż do
Moskwy odlatywał dopiero w czwartek.
"Baszka" i major Karol Popławski czekali na możliwość bezpośredniego
kontaktu z "Vestem" już ponad rok. Bieżący kontakt operacyjny
utrzymywali poprzez darknet. Łączność była opracowana w najmniejszych
detalach i zapewniała pełną konspirację. Na początku października, kiedy
agent pierwszy raz zasygnalizował możliwość wyjazdu na delegację
służbową do Danii, omówili wszystkie niezbędne szczegóły spotkania i sporządzili raporty. Od tamtej pory czekali, coraz bardziej frustrując
się brakiem ostatecznego sygnału -?oraz odpierając naciski przełożonych,
dociskanych z kolei przez otoczenie ministra koordynatora, łaknącego
informacji źródłowych. Oboje mieli świadomość, że szef agencji i jego
przełożeni z Alei Ujazdowskich chcieliby zameldować premierowi i prezydentowi, że efektywnie działają i mają dostęp do tajnych informacji
SWR. A jeszcze lepiej, gdyby te wiadomości zawierały plany działań
Moskwy wobec Polski i Europy. Tym bardziej nie dziwili się kierownictwu
agencji i politykom, bo w atmosferze zagrożenia ze strony Rosji każda
informacja o działaniach SWR była cenna. Tajemnicą poliszynela było, że
politycy partii rządzącej chcieli również zabłysnąć przed samym
prezesem, a potem może ujawnić jakieś detale zaufanym dziennikarzom, jak
to często robili. Uchylenie rąbka tajemnic operacyjnych wiernemu
elektoratowi podnosiło morale wyborców, co miało istotne znaczenie wobec
nieuchronnie zbliżających się wyborów parlamentarnych. Starania zastępcy
szefa AW pułkownika Aleksandra Zielińskiego czy dyrektora Departamentu
Operacyjnego pułkownika Stanisława Krauzego, aby informacje wypływały z Miłobędzkiej tylko w postaci przygotowanych tajnych meldunków dla
kierownictwa państwa, były często ignorowane. Zadaniem Popławskiego i Szymańskiej, a także innych oficerów agencji było zdobywanie informacji,
choć mieli wątpliwości, do kogo później one trafią -?i czy ich
ujawnienie nie doprowadzi do dekonspiracji źródeł AW.
Gdy w końcu otrzymali konkretny sygnał, że "Vest" piętnastego listopada
wyląduje w Kopenhadze, odetchnęli z ulgą i zajęli się ostatnimi
przygotowaniami do tego ważnego spotkania. Przede wszystkim
potwierdzili, oczywiście pod przykryciem, rezerwację apartamentu przy
Laksegade, w samym centrum stolicy Danii, gdzie miało się odbyć
spotkanie. Sami mieli się zatrzymać w hotelu Copenhagen Strand,
położonym w odległości dziesięciu minut spacerem od wynajętego
mieszkania. Dysponowali też kilkoma wariantami tras sprawdzeniowych,
przysłanymi przez łącznika działającego w krajach skandynawskich.
Pomimo starannego przygotowania, zamiast jechać na Ursynów, "Baszka"
jeszcze raz sprawdzała szczegóły zbliżającej się operacji. W końcu
uznała, że prochu nie wymyśli, a wszystkie detale ma w małym palcu.
Schowała dokumenty do sejfu, włożyła płaszcz i zgasiła światło.
Zazdroszczę Karolowi opanowania, pomyślała. Popławski pojechał do domu
przed osiemnastą, tłumacząc, że czeka na niego żona, która się martwi,
że przez kilka dni zostanie sama z przeziębioną córeczką. Karol zawsze
stawiał sprawy rodzinne na pierwszym miejscu.
Już po chwili "Baszka" jechała w stronę Ursynowa. Przemierzając ciemne i opustoszałe ulice Warszawy, nie zwróciła nawet uwagi na padający śnieg z deszczem. Martwiła się perspektywą kolejnej rozmowy z Piotrkiem.
Wczorajsza noc była piękna i rokowała pozytywnie, ale rano przy
śniadaniu partner znowu zaczął narzekać. Teraz z pewnością wróci do
irytującego kazania o zagrożeniach wiążących się z jej jutrzejszą
delegacją. Wjeżdżając w ursynowskie uliczki, poczuła narastające
zdenerwowanie. Kurczę, to jakiś absurd, pomyślała, gdy doszła do
wniosku, że bardziej się boi rozmowy z Piotrem niż planowanej
zagranicznej operacji.
Godzina 21.50. Warszawa, mieszkanie posła Andrzeja Troickiego
Skończył pisać informację na temat słabości zabezpieczeń państwowego
systemu informatycznego. W tekście wskazywał na wrażliwe miejsca
dostępu. Dysponując taką wiedzą, rosyjscy informatycy i hakerzy mogą
sparaliżować funkcjonowanie ważnych elementów polskiej infrastruktury.
Notatkę miał jutro przekazać w sejmie ministrowi koordynatorowi, który
od kilku miesięcy był jego prowadzącym z ramienia SWR.
Zamyślił się. W czerwcu na Wyspach Kanaryjskich zaakceptował współpracę
z wywiadem rosyjskim, obawiając się, że trafi w ręce kontrwywiadu ABW, a jego niedawno rozpoczęta kariera polityczna zakończy się na ławie
oskarżonych o szpiegostwo. Początkowo perspektywa dochodowej współpracy
z politycznym think tankiem z siedzibą w Stambule uspokoiła jego wyrzuty
sumienia. Pierwsze przelewy, oficjalnie zgłoszone premierowi i marszałek
sejmu, doprowadziły wręcz do euforii małżonkę Troickiego. Raty kredytu
za mieszkanie nagle stały się kompletnie nieistotne. Szybko jednak
nadeszła smutna refleksja: on, narodowiec, zdradzał własną ojczyznę. Za
judaszowe srebrniki przekazywał tajemnice mogące służyć ludziom Putina
do ataków na kluczowe systemy elektroniczne. Miał oczywiście świadomość,
że ta trzeźwa samoocena nastąpiła o wiele za późno. Dostarczył
Sarneckiemu już kilka porcji tajnych dokumentów, dodatkowo
umożliwiających szantażowanie go. Stopniowo popadał w coraz głębszą
depresję, ale jako człowiek dyspozycyjny dostosował się do sytuacji i czekał na rozwój wydarzeń. Jedyne, co go pocieszało w tej sytuacji bez
wyjścia, to bezpieczna formuła kontaktów ze Stefanem Sarneckim.
Spotykali się zazwyczaj w sejmie, co zapewniało ich krótkim rozmowom
poufność i naturalny charakter. Prowadzący zresztą dbał o to aż do
przesady. Wskazał nawet Troickiemu dwa miejsca w budynku parlamentu,
które umożliwiały błyskawiczne i dyskretne przekazanie materiałów
operacyjnych, bez ryzyka, że dostrzeże to osoba postronna.
Precyzyjnie złożył kartki zapełnione swoim drobnym pismem; musiały
mieścić się w dłoni, by można było szybko je przekazać. Następnie
sięgnął po szklankę z drinkiem i dokończył go jednym haustem. Ostatnio
pił coraz więcej -?nawet gdyby sam nie odnotował tego faktu, żona bez
przerwy mu o tym przypominała. Faktycznie była to dla niego pewna
nowość, ale jak sobie tłumaczył, drobne wsparcie pomagające opanować
nerwy przecież go nie zabije. Przynajmniej nie od razu.
Godzina 22.15. Jasieniewo, siedziba SWR
Musiał wykorzystać okazję, jaką stanowiła perspektywa bezpośredniego
spotkania z oficerami centrali. Ponieważ pełnił służbę w Wydziale II, w zespole polskim, miał bezpośredni dostęp do agentury działającej
przeciwko Polsce. Sam prowadził kilkoro agentów, w większości bardzo
ważnych. Postanowił przekazać Polakom trzy sprawy, którymi zajmował się
wspólnie ze swoimi ludźmi. Wyobrażał sobie zaskoczenie i satysfakcję
Stanisława Krauzego, którego bardzo szanował i któremu pozwolił się
zwerbować. Jeden z agentów został pozyskany zaledwie kilka miesięcy temu
-?i znając szczegóły werbunku, Michajłow zakładał, że Polacy uważają go
za prawdziwego patriotę, który dał odpór próbie wciągnięcia go do
współpracy w bardzo zagadkowych okolicznościach. Dwójka oficerów Agencji
Wywiadu, obserwująca kontakt polskiego polityka z hiszpańskimi
werbownikami, sama zapewniła agentowi najlepsze alibi. Ale po
przekazaniu materiałów, które szykuję, Polacy będą dysponować pełną
wiedzą na temat prawdziwej roli swojego polityka, pomyślał z satysfakcją.
Wiktor Michajłow wiedział, że może kopiować jedynie papierowe materiały.
Wszystkie komputery w SWR były zabezpieczone systemem kontroli i rejestracji, a kopiowanie dokumentów operacyjnych bez zgody przełożonych
było zabronione. Gdyby podjął takie ryzyko, od razu miałby na karku
ludzi z kontrwywiadu wewnętrznego. Tymczasem nikt nie mógł go o nic
podejrzewać, skoro zaglądał do własnych spraw operacyjnych. Zapisy w tajnym archiwum służyły mu jedynie do uzupełnienia meldunków dla
Polaków. Już dawno stwierdził, że najprostsze rozwiązania są najlepsze.
Zamknął od wewnątrz drzwi biura i wziął się do roboty. Z teczek spraw
operacyjnych wybierał najważniejsze dokumenty i fotografował je swoją
prywatną komórką. Następnie zgrał wszystko na pendrive, który nabył
kilka tygodni temu specjalnie w tym celu. Nośnik musiał być jak
najmniejszy, aby ograniczyć ryzyko przy jego przenoszeniu.
Wyjął z szafy walizkę lotniczą, którą pobrał z Departamentu Techniki
SWR. Zewnętrznie walizka nie różniła się od tych wykorzystywanych przez
przeciętnych turystów. Natomiast specjaliści z Jasieniewa przerobili ją
tak, że dysponowała trzema skrytkami do przewozu materiałów
operacyjnych. Żadna kontrola na lotnisku, żadne prześwietlanie nie
pozwalały na wykrycie schowków. Do przewozu pendrive'a wybrał skrytkę
umieszczoną w mocowaniu kółek walizki; schowek był w zasadzie
niewidzialny.
Gdy wykasował zdjęcia z telefonu i schował dokumenty do sejfu, wreszcie
mógł pojechać do domu. Zerknął na zegarek. Może po tym, jak się spakuje,
uda mu się jeszcze zdrzemnąć dwie, trzy godziny. Miał nadzieję, że żona
już śpi i nie będzie musiał z nią rozmawiać. Wstanie, zanim ona się
obudzi. O świcie musiał być na lotnisku, aby zdążyć na samolot do
Ankary. Potem jeszcze przesiadka na lot do Kopenhagi. Był pewien, że
zrobił wszystko, żeby dobrze się przygotować. Pozostawało mieć nadzieję,
że Polacy umiejętnie wykorzystają otrzymane materiały i nie sprowadzą na
Wiktora zagrożenia. Był przekonany, że szczególnie może ufać
pułkownikowi Krauzemu. Liczył, że może spotkają się w Kopenhadze.
15 listopada 2022, godzina 10.30. Warszawa, siedziba fundacji Regnum Legis
Major Dariusz Kowalski stanął przed furtką posesji przy ulicy Pilickiej
i nacisnął dzwonek. Nigdy wcześniej tu nie był, choć rejon Górnego
Mokotowa był mu dobrze znany. Przez chwilę podziwiał elegancką
jednopiętrową willę o kremowej elewacji. Wiedział, że fundacja dostała
tę siedzibę od państwa i po kilku latach budynek miał przejść na
własność organizacji. Wartość takiej willi z ogrodem w tej części
stolicy przekraczała jego wyobrażenia.
Po chwili otworzyła się dwuskrzydłowa brama i przejechało przez nią
granatowe bmw o przyciemnionych szybach. Patrząc na tablicę
rejestracyjną, Kowalski dałby głowę, że samochód należy do kolumny
Służby Ochrony Państwa. Zatem przyjechał ktoś o randze ministra.
Usłyszał brzęczyk i mógł otworzyć furtkę. Jednocześnie obserwował, jak
bmw wjeżdża na parking za budynkiem. Stały tam już dwa inne auta.
Pomyślał, że trzeba mieć specjalne przywileje, żeby móc tutaj parkować.
No i dodatkowe wejście, ponieważ pasażer bmw nie pojawił się w drzwiach.
W holu willi Kowalski dostrzegł ładną dwudziestokilkuletnią brunetkę w krótkiej spódniczce i białej bluzce. Uśmiechnęła się do niego grzecznie.
-?Pan na seminarium?
-?Tak. Zapisałem się przez państwa stronę internetową -?wyjaśnił. -
Jarosław Kluczyk.
Kobieta spojrzała na trzymaną listę.
-?Zgadza się. Pan z Otwocka. Zapraszam, zaraz zaczynamy.
Kowalski przeszedł przez hol i skierował się do wskazanej sali, już do
połowy wypełnionej gośćmi. Zajął miejsce w ostatnim rzędzie. Większości
osób nie kojarzył, ale rozpoznał kilku posłów, dziennikarzy z prawicowych mediów i aktywistów antyunijnych grup działających w sieci.
Wśród nich dostrzegł "Ostera", rozmawiającego z jakimś siwym mężczyzną.
Seminarium na temat "Partie prawicowe jako gwarant demokracji i tożsamości Polski w Europie" zainicjował mężczyzna, który wcześniej żywo
dyskutował z posłem Polskiego Stronnictwa Narodowego. Po kilkuminutowym
wprowadzeniu głos przekazano profesorowi znanemu z sympatii do skrajnej
prawicy i antypatii do Unii Europejskiej, potem zaś na mównicę wszedł
"Oster". Zaczął mówić, gdy do sali wbiegł spóźniony minister koordynator
Stefan Sarnecki. Skinieniem głowy przywitał się z kilkoma uczestnikami i usiadł w pierwszym rzędzie, obok prezesa Regnum Legis mecenasa Karola
Miecznikowskiego. Do końca seminarium wystąpiło jeszcze kilku mówców, a po krótkim podsumowaniu uczestnicy zostali zaproszeni na skromny
poczęstunek.
Dariusz Kowalski, trzymając w ręce kieliszek białego wina, podchodził do
kolejnych grup rozmawiających na temat sytuacji prawicy w Polsce i Europie oraz rosnącej popularności ugrupowań narodowych. Cały czas
starał się dyskretnie obserwować posła PSN, ale nic istotnego nie
rzuciło mu się w oczy. "Oster" zamienił kilka zdań z Sarneckim, poza tym
jednak rozmawiał głównie z dziennikarzami. Wkrótce towarzystwo zaczęło
się rozchodzić, a jednym z pierwszych ludzi, którzy opuścili salę, był
poseł narodowców. Kowalski odczekał kilka minut i również wyszedł. Za
"Osterem" miał pojechać inny oficer Wydziału Rosyjskiego.
Po powrocie na Rakowiecką zajrzał do gabinetu pułkownika Starewicza.
-?Bawiłeś się w obserwację? -?zapytał naczelnik.
-?Trafiłeś w sedno, Józek. Bawiłem się -?odparł zniechęcony major. -?Do
dupy takie rozpracowanie. Tylko patrzeć, jak facet się zorientuje, że za
nim chodzimy. Pojedynczy obserwator to może...
-?Dobra, nie kończ -?przerwał mu naczelnik. -?Sam wiesz, w jakiej
jesteśmy sytuacji. To, że "Oster" coś wyniucha, to jeszcze mały problem.
Gorzej, jak nasza dyrekcja się zorientuje, że prowadzimy nielegalne
działania wobec posła i ministra koalicji rządzącej.
-?Robimy to od przypadku do przypadku -?podsumował Dariusz. -?I nie mamy
żadnych efektów. Może lepiej dać sobie spokój.
-?Nie poddamy się, majorze -?stwierdził stanowczo Starewicz. -?Nasi
przyjaciele z Miłobędzkiej dostarczyli nam dowody, że poseł jest ruskim
agentem. I tego się trzymamy. A co z podsłuchem?
-?Poza nagraniami z Fuerty, które przekazała Basia, tu, w kraju, facet
jest krystaliczny -?poinformował Kowalski. -?Mija pięć miesięcy i nic.
Kompletnie nic! Tak jakby wiedział, że ma podłączonego SpyPhone'a.
Cholera mnie bierze na takie rozpracowanie szpiega.
-?Kolego, rób swoje, a efekty jeszcze przyjdą.
-?Albo nie przyjdą... -?mruknął pod nosem Darek, wychodząc z gabinetu
przełożonego.
Godzina 12.05. Kopenhaga, lotnisko Kastrup
Gdy rano Basia kończyła pakowanie, atmosfera w domu na szczęście była
równie miła jak poprzedniego wieczoru. Na lotnisko wyruszyli ze sporym
wyprzedzeniem. Piotr chciał zostawić fiata 500 na parkingu i odprowadzić
"Baszkę" do terminala, żeby towarzyszyć jej możliwie najdłużej, ale ta
stanęła okoniem.
-?Piotruś, naprawdę myślisz, że potrzebuję twojej eskorty nawet na
terenie lotniska? -?Starała się powiedzieć to łagodnym tonem, ale dla
przewrażliwionego partnera jej sprzeciw zapewne nie był czymś miłym.
-?Przecież tu nie chodzi o żadną eskortę -?zaprotestował Piotr,
wjeżdżając na rondo. -?Normalnie chciałem cię odprowadzić. -?W jego
głosie zabrzmiał żal.
-?Sam pomyśl: wysadzisz mnie w strefie kiss & fly i wejdę prosto do
terminala, a tam zapewne czeka już na mnie Karol. A jak wjedziesz na
parking, zacznie się szukanie wolnego miejsca, kupowanie biletu,
wędrówka z przylotów na odloty i tak dalej. I co, zaczniesz mnie czule
żegnać przy Karolu? Dajmy już spokój z tymi ceregielami, przecież za dwa
dni się zobaczymy.
Adamski się zawahał, widziała to, ale w końcu skręcił w kierunku hali
odlotów. Bez słowa wyciągnął bilet z parkometru, a potem zatrzymał się
przed wejściem do terminalu. Wiedziała, że nie jest zadowolony, ale
przyjął jej decyzję. Szybko jednak wziął się w garść, bo kiedy wyciągał
z bagażnika jej walizkę, miał już na twarzy swój normalny uśmiech.
Właśnie takiego chciała go widzieć i zapamiętać na krótki czas
rozstania. Jeszcze tylko szybki, ale gorący pocałunek...
-?Dziękuję ci za wczorajszą niespodziankę -?powiedziała. -?Kanapeczki
jak zawsze były przepyszne. O winie nie wspomnę. Postaraj się o kolejną
butelkę w lodówce na mój powrót.
Jeszcze raz pocałowała Piotrka na pożegnanie, po czym energicznie
ruszyła w stronę wejścia do budynku.
-?Basiu!
Odwróciła się. Adamski stał obok samochodu i patrzył na nią poważnym
wzrokiem.
-?Gdyby działo się coś złego, pamiętaj: "Dopóki walczysz, jesteś
zwycięzcą" -?powiedział.
-?Mocne -?oceniła z uśmiechem. -?Twoje?
-?Nie. Augustyna z Hippony.
-?Mądrych masz kumpli -?zażartowała i zniknęła w wypełnionej podróżnymi
hali odlotów. Z ulgą dostrzegła Karola Popławskiego siedzącego na
metalowym krzesełku.
Godzina 12.15. Kopenhaga, lotnisko Kastrup
Radca Ambasady Federacji Rosyjskiej Sergiej Biełow szedł energicznym
krokiem przez główny terminal lotniska. Właśnie pożegnał członka Dumy,
który przez Kair miał wrócić do Moskwy. Polityk działał w komisji służb
specjalnych i z tego tytułu opieka nad nim za granicą była ważna. Biełow
się spieszył, żeby zdążyć na lunch z duńskim dziennikarzem, którego
uważał za interesujący kontakt informacyjny, zwłaszcza po kilku
ostatnich pozytywnych wypowiedziach Duńczyka na temat bieżącej polityki
Rosji. Takie podejście do problematyki rosyjskiej nie było popularne
wśród pracowników lokalnych mediów. Jako rezydent SWR w Kopenhadze
musiał dbać o każdy potencjalnie rokujący kontakt, bo skąd miał
pozyskiwać informacje przy blokadzie, którą wprowadzono dla dyplomatów
rosyjskich po rozpoczęciu operacji wojskowej w Ukrainie.
Spojrzał na zegarek. Ocenił, że spokojnie zdąży dojechać do restauracji
w centrum miasta, gdzie byli umówieni na lunch. Na samą myśl o posiłku
zrobił się głodny. Planował zamówienie steka z pieczonym ziemniakiem.
Kufel piwa będzie idealnym dopełnieniem takiego zestawu.
Minął jakąś parę idącą z bagażami w kierunku wyjścia z terminala. Jak
przystało na rasowego mężczyznę, choć już w średnim wieku i z siwizną na
skroniach, zwrócił uwagę na atrakcyjną sylwetkę młodej kobiety. Krótka
zimowa kurtka odsłaniała krągłe biodra, a także długie nogi, podkreślone
dodatkowo przez buty na obcasach. Po chwili dotarło do niego, że skądś
zna tych ludzi, co go zaskoczyło, ponieważ właściwie nie patrzył na ich
twarze, a skoncentrował się na ocenie walorów ciała kobiety. Nie mógł
sobie przypomnieć, gdzie ich widział, a że nie zwykł lekceważyć takich
sytuacji, natychmiast zawrócił i na wszelki wypadek ruszył za nimi.
Kiedy zatrzymali się na postoju taksówek, już wiedział. Przed oczami
stanął mu dobrze zapamiętany obraz z programu telewizyjnego z marca tego
roku. Materiał dotyczył kompromitującej dla rosyjskiego wywiadu sprawy.
Nie chodziło o mężczyznę -?jego z pewnością nie znał, ale kobietą
stojącą obok niego była Polka, Barbara Szymańska, która na początku roku
udaremniła operację rosyjskich służb na pograniczu ukraińskim oraz
przyczyniła się do poważnej wpadki rezydentury SWR w Warszawie. Jeżeli
to rzeczywiście była Szymańska, jej starszy towarzysz, o ile nie był jej
facetem lub znajomym, musiał być związany z pracą operacyjną. Tak czy
inaczej, sytuacja była warta zainteresowania. Oni go nie znali, więc
mógł sporo ugrać.
Miał szczęście, że od parkingu dla dyplomatów, gdzie zostawił swoje bmw,
dzieliło go niecałe sto metrów. Pobiegł w tamtym kierunku, co jakiś czas
sprawdzając, czy obserwowane osoby nadal tkwią na postoju. Ich taksówka
podjechała, gdy Biełow wsiadał do samochodu. Ruszył z takim impetem, że
tylko refleksowi kierowcy miejskiego autobusu zawdzięczał fakt, że nie
wbił się w zderzak potężnego volvo. Ominął stojący autobus i dostrzegł
ruszającą z zatoczki taksówkę. Dogonienie jej zajęło mu najwyżej minutę.
Jadąc już spokojnie za taksówką, połączył się szyfrowanym smartfonem ze
swoim zastępcą i polecił wysłać dwa samochody do centrum miasta.
Oficerowie mieli czekać na instrukcje, dokąd mają się udać, a także
zabrać z rezydentury kodowany telefon do łączności specjalnej. Położenie
ambasady Federacji Rosyjskiej umożliwiało im dotarcie do celu w ciągu
pięciu minut.
Po kwadransie taksówka zatrzymała się przed hotelem Copenhagen Strand.
Biełow wjechał w pierwsze wolne miejsce, wyskoczył z wozu i ryzykując
mandat za parkowanie bez wykupionego biletu, wbiegł do lobby. Śledzona
przez niego para właśnie załatwiała formalności przy recepcji. Usiadł
spokojnie na jednym z foteli i udawał, że przegląda coś w swoim
telefonie. W rzeczywistości najpierw dyskretnie zrobił im kilka zdjęć, a potem ponownie połączył się z zastępcą i kazał obu oficerom podjechać do
hotelu. Był pewien, że wszystko ma pod kontrolą. Czekając na swoich
pracowników, zadzwonił do dziennikarza, z którym był umówiony, i przełożył spotkanie. Nie myślał już o jedzeniu -?miał ważniejsze sprawy
na głowie.
Gdy w hotelu pojawili się jego ludzie, kazał im obserwować parę Polaków.
Dla pewności wysłał na ich telefony zdjęcia obserwowanych osób. Sam
zabrał telefon do łączności specjalnej i poszedł do samochodu.
Godzina 13.00. Kopenhaga, hotel Copenhagen Strand
Basia wyszła z hotelu. Choć z pochmurnego nieba siąpił drobny deszcz,
rozpierały ją entuzjazm i chęć działania. Przed sobą zobaczyła jeden z kopenhaskich kanałów, od którego oddzielały ją jednokierunkowa Havnegade
i rząd nielicznych drzew. Była już wcześniej w stolicy Danii i zapamiętała urokliwe centrum miasta. Wówczas również padało.
Ruszyła w prawo, aby zgodnie z zasadami pójść w odwrotną stronę, niż
biegnie ruch uliczny, a potem skręciła w Peder Skrams Gade. Nie myślała
o duńskich służbach, ponieważ te prowadziłyby obserwację za pomocą
elektronicznych systemów monitoringu. Prawdziwym zagrożeniem, choć
teoretycznym, mogli być jedynie Rosjanie.
Skierowała się w stronę placu Kongens Nytorv, a potem twierdzy
Kastellet, otoczonej terenem zielonym. Spacer, uwzględniający wizyty w sklepach, zajął jej ponad dwie godziny i ostatecznie uznała, że pieszej
obserwacji z pewnością nie ma. Do Lyksegade, gdzie położony był wynajęty
apartament, dotarła od szerokiej Holmens Kanal. Tak jak było umówione,
klucze do położonego na pierwszym piętrze mieszkania czekały w kasetce
przy wejściu do budynku. Kod został przesłany po uiszczeniu opłaty za
wynajem.
W apartamencie wszystko wyglądało tak jak na zdjęciach -?sypialnia,
przestronny salon ze skórzanym kompletem wypoczynkowym i dużym stołem
otoczonym sześcioma krzesłami, oddzielającym tę przestrzeń od strefy
kuchennej, a do tego gustowna łazienka. Zajrzała do szafek -?zestaw
naczyń w pełni ją usatysfakcjonował. Znalazła też kilka rodzajów kawy i herbaty. W dużej lodówce czekała woda mineralna i parę butelek
Carlsberga, jasnego i ciemnego. "Baszka" dołożyła przywiezioną z kraju
butelkę polskiej wódki i czarnego johnnie walkera. Wyjrzała jeszcze
przez okno na spokojną ulicę. Widziała jedynie zaparkowane samochody i jakiegoś starszego mężczyznę idącego po drugiej stronie Lyksegade.
Opuściła mieszkanie zadowolona. Na parterze znalazła jeszcze tylne drzwi
na wewnętrzne podwórko, z którego można było wyjść na Dybensgade. To
było bardzo korzystne -?dysponowali dwiema różnymi drogami wejścia i wyjścia. Aby lepiej poznać okolicę, skorzystała z tylnego wyjścia.
Zmierzając Dybensgade, postanowiła jeszcze raz obejść kwartał budynków,
w którym mieścił się apartament. Dlatego skręciła w lewo w Nikolajgade.
Jej uwagę zwróciło volvo S60 z tablicami dyplomatycznymi, które
nadjechało od strony Laksegade. Wysiadł z niego mężczyzna w garniturze i rozpiętej kurtce, a samochód pojechał dalej. Mężczyzna wrócił na róg
ulicy i dyskretnie obserwował sytuację. "Baszka" przeszła na drugą
stronę, nie spuszczając go z oczu. Przecięła Laksegade i spojrzała na
wejście do budynku, w którym mieścił się apartament. Niczego
podejrzanego jednak nie zauważyła. W końcu poszła w stronę Holmens Kanal
i dalej, do hotelu. Chyba przypadkowo trafiłam na śledzenie kogoś
innego, stwierdziła. Postanowiła jednak poinformować Karola o swoim
spostrzeżeniu.
12 listopada 2022 roku, godzina 18.00. Warszawa, Białołęka, Marywilska 44
Wysoki mężczyzna w czapce bejsbolówce wyszedł głównymi drzwiami centrum
handlowego. Tego popołudnia jeszcze raz obszedł cały kompleks,
korzystając ze wzmożonego sobotniego ruchu, by się upewnić, że założenia
akcji oparte są na prawidłowym rozeznaniu. Wybrali obiekt przy
Marywilskiej -?przede wszystkim ze względu na fakt, że było to
największe centrum handlowe w Warszawie. Nie mniej ważnym argumentem
była jego stosunkowo słaba ochrona i mizerna sieć monitoringu oraz
innych systemów ostrzegawczych. Sprawdzili, że łatwo było wynająć tu
lokal ze względu na dużą liczbę pustych stanowisk. Za istotne uznali
również, że obok Polaków najemcami było wielu obcokrajowców, między
innymi Wietnamczyków, Ukraińców, Pakistańczyków oraz Chińczyków, co
utrudniało zawiązanie się zintegrowanej społeczności. W tym środowisku
na porządku dziennym były konflikty, a nawet bójki pomiędzy
konkurentami.
Idea zamachu na centrum powstała w Jasieniewie jeszcze latem, choć
potencjalni wykonawcy dowiedzieli się o decyzji centrali dopiero kilka
tygodni później. Polecenie otrzymało dwóch nielegałów, Jewgienij i Taras, korzystających z przykrycia majętnych uchodźców z Ukrainy.
Starannie wytypowali wśród swoich kontaktów na terenie Mazowsza "słupy",
na których wynajęli kilka stanowisk handlowych. W części z nich podjęto
niemrawe prace, mające stworzyć pozory zwykłego handlu. W ostatnich
dniach systematycznie dostarczano do magazynów lokali zapasy środków
chemicznych, głównie farb i rozpuszczalników. W każdym wynajętym punkcie
umieszczono również bańki wypełnione benzyną. W sumie środki może
staromodne, ale bardzo skuteczne, szczególnie w wielkiej hali,
mieszczącej tysiąc czterysta stoisk. W wielu z nich magazynowane były
materiały łatwopalne, takie jak tekstylia i ubrania, ale również
plastik.
Jewgienij był zadowolony z hali, którą wybrali jako cel. Właściwie nikt
niczym się tam nie interesował, a że on i Taras, jako inwestorzy, nie
pojawiali się tam osobiście, po zamachu służby co najwyżej dotrą do
niczego nieświadomych "słupów", którzy obu Rosjan widzieli wyłącznie
ucharakteryzowanych. Dodatkowo, żeby utrudnić policyjnym technikom
ustalenie, w których lokalach zaczął się pożar, zamierzali tuż przed
podpaleniem rozlać substancję inicjującą ogień po sąsiednich
stanowiskach, zwiększając powierzchnię pożogi.
Teraz wsiadł do toyoty, którą zaparkował z dala od nielicznych na
parkingu kamer, i spojrzał na zieloną ścianę z napisem "Marywilska 44".
Byli gotowi do działania, czekali jeszcze tylko na rozkaz z centrali,
który mógł nadejść lada dzień. Po podpaleniu mieli zniknąć z Polski. Nie
znał nowego przydziału, ale w sumie było mu wszystko jedno. Lubił swoją
robotę. Żeby zawsze było tak łatwo jak na Białołęce, pomyślał z satysfakcją. Słyszał o wpadce rosyjskiej siatki zajmującej się
rozpoznaniem polskich portów i linii kolejowych. Wiedział, że szykowali
wykolejenia transportów, ale widocznie nie zabezpieczyli się
odpowiednio, skoro dobrała się do nich polska ABW.
Uznał, że na razie czas ruszać. W wynajętym apartamencie czekali na
niego Taras i kilka fajnych dziewczyn. Wódeczka też już się mroziła. Żyć
nie umierać.
Godzina 0.55. Warszawa, Mokotów
"Solli" zwykł późno kłaść się spać. Uważał, że starzy ludzie powinni
korzystać z pozostałego im ograniczonego czasu i unikać wylegiwania się
w łóżku bez końca. Tym bardziej że po wyczerpującej pracy w sejmie i w partii, a od niedawna także w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, często
w ogóle nie mógł zasnąć. Decyzja prezesa partii o jego nowej misji jako
ministra koordynatora służb specjalnych zmusiła go do wyjątkowo
intensywnego wysiłku, aby w szybkim czasie stać się kompetentnym w tej
funkcji. Nie znosił dyletanctwa -?a taka postawa była popularna wśród
polityków. Udawali wszystkowiedzących i bezbłędnie wykonujących swoje
obowiązki, podczas gdy tak naprawdę nie mieli o nich zielonego pojęcia.
W ten sposób tylko sami stwarzali opozycji okazję do głośnej krytyki, a wyborcom do niepożądanych decyzji przy urnach wyborczych. On sam musiał
przyjąć polecenie dotyczące nowych obowiązków od prezesa, który coraz
bardziej pesymistycznie patrzył na przyszłoroczne wybory. Notowania
przeciwników rosły, a zbudowanie koalicji opozycyjnych ugrupowań, dotąd
mało realne, stało się prawie pewne. Prezes obawiał się między innymi
przykrych konsekwencji nowego sądowego wyroku dla dotychczasowego
koordynatora służb za przekroczenie uprawnień. Miał też wątpliwości, jak
zachowa się w tej sytuacji prezydent. Dlatego zamierzał zapobiec
kłopotom przynajmniej w tej sferze.
Dla Stefana Sarneckiego utrata stanowiska wicemarszałka okazała się
ciosem -?w końcu od dawna sejm był jego żywiołem. Zapewniał mu także
dobrą przykrywkę dla "drugiego życia". W parlamencie Sarnecki z łatwością zdobywał wartościowe informacje i nawiązywał kontakty z kandydatami na współpracowników, nie budząc niczyich podejrzeń. Już tyle
lat zajmował się polityką, że czuł się w niej jak ryba w wodzie. Z drugiej strony wiedział, że zmiana funkcji to wymarzona sytuacja z punktu widzenia jego mocodawców w Jasieniewie. Miał teraz pełny dostęp
do tajemnic polskich służb specjalnych. Nadzorując ich działalność, mógł
umiejętnie zaglądać do teczek spraw operacyjnych najbardziej
interesujących Moskwę. Faktycznie został, według swojej wiedzy,
najcenniejszym źródłem SWR w Polsce, choć jeżeli pesymistyczne oceny
przedwyborcze się potwierdzą, jego aktywność na tym polu potrwa niecały
rok. Moskiewska centrala niedawno zaczęła informować go o koncepcjach
działań hybrydowych w Polsce, oczekując fachowej oceny. Miał z tym
problemy, pomimo sporego doświadczenia w roli agenta SWR. Starał się być
wiarygodny, ale zbieranie informacji politycznych to jedno, a nadzorowanie aktywności operacyjnej grup agentów rosyjskiego wywiadu to
coś zupełnie innego.
Dzisiejszej nocy, zupełnie wbrew sobie, był podniecony tym, co może się
wydarzyć w rejonie granicy polsko-ukraińskiej. Od początku wojny
zdecydowana większość pomocy militarnej i cywilnej dla Ukrainy,
finansowana przez kraje NATO i UE, trafiała na podrzeszowskie lotnisko.
Doskonale wiedział, że przywożone uzbrojenie jest następnie dzielone na
niewielkie partie i transportowane ciężarówkami przez wschodnią granicę,
z zachowaniem maksymalnej konspiracji. Dotąd nie zdarzył się żaden atak
na te konwoje, ale Rosję coraz mocniej irytował strumień nowoczesnego
sprzętu dostarczanego Ukraińcom. Tym bardziej że potrafili zrobić z niego doskonały użytek. Sarneckiego natomiast jeszcze bardziej
niepokoiła realna perspektywa zamachów na terenie Polski, sygnalizowana
między wierszami w instrukcjach z centrali. Był pewien, że Moskwa w końcu nie wytrzyma i wyda polecenie rozpoczęcia w Polsce klasycznych
działań dywersyjnych. Wiedział, że szykuje się do tego rosyjski wywiad
wojskowy GRU, choć jego macierzysta SWR też to rozważa.
Godzina 2.35. Pogranicze polsko-ukraińskie, rejon przejścia Malhowice-Niżankowice
Konwój sześciu ciężarówek wraz z kilkoma samochodami z komandosami
dojechał do bramy jednostki Straży Granicznej. Transport musiał być
oczekiwany, ponieważ jego wjazd odbył się bez żadnej kontroli.
Samochody, nie zatrzymując się, przejechały przez drogę wyłożoną
betonowymi płytami i skierowały się w najdalszy kraniec terenu,
znajdujący się w gęstym lesie. Tam się zatrzymały -?w oczekiwaniu na
otwarcie bramy, umożliwiającej wjazd na terytorium Ukrainy. Po jej
przekroczeniu ciężarówki stanęły tuż przy czekającym na nie oddziale
żołnierzy. Z szoferek wyskoczyli polscy kierowcy, a pojazdy ochrony
zawróciły w kierunku placówki Straży Granicznej. Na miejscu pozostał
jeden samochód terenowy, z którego wysiadł pułkownik odpowiedzialny za
transport. W jego kierunku ruszył ukraiński oficer, za którym szła grupa
żołnierzy. Ukrainiec przywitał się z polskim kolegą i po krótkiej
rozmowie odebrał dokumenty transportu. W tym czasie żołnierze zajęli
miejsca w kabinach ciężarówek. Na sygnał ukraińskiego oficera kolumna
powoli ruszyła przez las. Po chwili dołączyły do niej pojazdy ochrony.
Była to kolejna grupa ciężarówek tej nocy, jednak każda z nich kierowała
się inną drogą niż poprzednie.
-?Alfa jeden. -?W radiostacji ukraińskiego dowódcy transportu rozległ
się głos polskiego odpowiednika, z którym ten niedawno się pożegnał. -?W waszą stronę kierują się cztery pociski manewrujące kh-101 wystrzelone z Syberii. Powiadomiliśmy już waszą obronę przeciwlotniczą, ale sugerujemy
rozdzielenie się konwoju, aby uniknąć wysokiego zagrożenia. Powodzenia.
-?Zrozumiałem. Rozdzielamy się.
W tym samym momencie informację potwierdziło ukraińskie dowództwo.
Stanowczy rozkaz dowódcy transportu spowodował, że ciężarówki pojedynczo
wybierały przecinki leśne i szybko oddalały się od głównej drogi. Jeden
z kierowców zareagował z opóźnieniem -?a może nie znalazł od razu
możliwości zjechania z trasy konwoju. W końcu i ten pojazd wolno skręcił
pomiędzy drzewa. Po chwili do kolumny dotarł meldunek z dowództwa obrony
przeciwlotniczej, że zestrzelono dwa z czterech nadlatujących pocisków.
Dowódca czuł rosnące napięcie. Jeżeli tym razem Rosjanie faktycznie
wysłali rakiety, których celem był jego konwój, to nie mieli wielkich
szans. Mógł tylko starać się ograniczyć straty. Po kilku minutach,
wydających się trwać bez końca, w dwóch miejscach w lesie doszło do
gwałtownych wybuchów. Słupy ognia wywołały lokalne pożary obszaru
leśnego, które wkrótce zgasły, gdyż drzewa, po długich opadach deszczu i śniegu, były mocno zawilgocone.
-?Meldować o stratach -?polecił dowódca transportu.
Otrzymał meldunki od czterech kierowców ciężarówek, po których odetchnął
z ulgą, i polecił powrót na drogę. Nie mógł połączyć się z dwoma
pojazdami, co wcale nie musiało oznaczać, że zostały zniszczone. Jednak
już po chwili jeden z kierowców poinformował, że w przecince obok drogi
płonie wrak samochodu. Podobny meldunek dostał z innego pojazdu konwoju.
A więc jednak, pomyślał dowódca, tym razem nie obyło się bez strat.
Natychmiast wysłał jeden z wozów ochrony, żeby sprawdzili sytuację dwóch
nieszczęsnych ciężarówek. Żałował nie tego, że atak nastąpił na jego
konwój, ale tego, że tak cenny i kosztowny sprzęt został zniszczony. No
i stracił ludzi. Jadąc dalej, nie mógł pozbyć się podejrzenia, że nalot
rosyjskich pocisków manewrujących na rozległy obszar lasów nie mógł być
przypadkowy. Tym bardziej że na trasie rakiet lecących z Syberii były
dziesiątki celów ważnych dla obrony Ukrainy.
Godzina 9.10. Warszawa, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego
Pułkownik Józef Starewicz obserwował beznamiętnie, jak major Dariusz
Kowalski czyta meldunek o rosyjskim ataku rakietowym na ukraiński konwój
wojskowy przy polskiej granicy. Właściwie każdy mógł już mieć podobną
wiedzę, ponieważ faktu tego nie udało się utrzymać w tajemnicy.
Irytowało go, że sprawy, którymi powinny zająć się służby wojskowe,
trafiały do jego wydziału. Swoją dezaprobatę wyraził już wobec
przełożonego, ale pułkownik Maksymilian Kopeć, dyrektor Departamentu
Kontrwywiadu, kompletnie nie przejął się jego pretensjami, polecając
przeanalizować meldunek pod kątem aktywności Rosjan w sferach
kierownictwa państwa i możliwego wycieku informacji kluczowych dla
kwestii bezpieczeństwa.
-?No i co ja mam z tym zrobić? -?Kowalski zakończył lekturę i spojrzał
na swojego naczelnika w oczekiwaniu na wskazówki.
-?A skąd ja, kurwa, mam to wiedzieć?! -?zareagował impulsywnie
Starewicz, choć wcale nie miał takiego zamiaru. -?Kwadrans temu, tak jak
ty teraz przede mną, siedziałem przed naszym dyrektorem, który też
czegoś ode mnie oczekiwał. Próbowałem przepchnąć sprawę w stronę
"wojaków", ale dowiedziałem się, że każda służba działa w zakresie
swoich zadań i możliwości. Słowem: mamy się brać do roboty.
-?Do jakiej roboty, naczelniku? Mam jechać za Jasionkę i zbierać ruskie
rakiety po lasach? Jak nasi szefowie są tacy mądrzy, to może przypomną
sobie sprawę rakiety, która spadła w rejonie Bydgoszczy. Jakoś przez pół
roku nikogo to nie interesowało, to skąd teraz ten pożar?
-?Darek, nie pierdol mi tutaj. -?Kolejna nerwowa wypowiedź wyszła z ust
Starewicza niemal automatycznie. -?Jak ci się nie podoba, zamelduj się u dyrektora i powiedz, że to nie twoja sprawa. Myślę, że szybko
pomaszerujesz do kadr po decyzję o zwolnieniu dyscyplinarnym.
Kowalski, zaskoczony impulsywną ripostą przełożonego, zamilkł i postanowił nie dolewać oliwy do ognia. Zrozumiał, że Józek myśli tak
samo jak on, ale jako naczelnik musi zachować twarz wobec poleceń
dyrekcji. A jako przełożony korzystał z możliwości przerzucenia
polecenia na podwładnego.
-?Bierz ten papier -?zadecydował Starewicz. -?Dołącz do innych
"zaczepek" i pomyśl, czy można coś na tym ugrać. Nie trzeba być
geniuszem, żeby stwierdzić, że Rosjanie, mając ograniczoną liczbę rakiet
manewrujących, nie walą nimi ot tak po pogranicznych lasach z nadzieją,
że w coś trafią. Nawet jeżeli chcieliby nas postraszyć swoimi
możliwościami, nie przypuszczam, żeby o to im chodziło.
-?No jasne, że nie -?potwierdził Darek. -?Nie trzeba być wynalazcą
prochu, żeby przyjąć, że dla ruskich przeładunek pomocy wojskowej dla
Ukrainy w Jasionce to świetna okazja do ataku na te transporty. Dziwię
się, że dotąd niczego nie zrobili w tej sprawie. Ale faktycznie, jak
trafnie wychwyciłeś, strzelanie z kosztownych rakiet do pojedynczych
ciężarówek jest bezsensowne. Wczorajszy przypadek chyba faktycznie
świadczy o tym, że musieli mieć dokładne informacje o czasie i trasie
transportu. Podejrzewam, że raczej ta wiedza nie pochodzi z ich lokalnej
agentury, bo w takim wypadku mieliby zbyt mało czasu, aby rakiety
nadleciały z Syberii. Czyli wiedzieli wcześniej.
-?No właśnie! I to jest temat dla ciebie! Szukamy przecieku informacji
tajnych! -?podsumował Starewicz i dodał: -?Bierz się do roboty.
W gabinecie zapadła cisza. Przez chwilę oficerowie tylko na siebie
patrzyli.
-?Na co ty jeszcze czekasz? -?zapytał w końcu naczelnik. Najchętniej
zapomniałby już o całej sprawie, przynajmniej na jakiś czas. Miał inne
pilne tematy na tapecie.
-?Sparaliżowała mnie obawa, że zaraz wydasz polecenie, żeby wnioski w tej sprawie pojawiły się na twoim biurku przed szesnastą -?zripostował
podwładny.
-?Darek, nie rób sobie jaj. -?Pułkownik zrobił srogą minę. -?Temat jest
naprawdę poważny. Mam wrażenie, że ktoś przekazuje ruskim cenne
informacje. Wojacy będą grzebać wśród mundurowych i to jest zapewne
kluczowy kierunek, ale my musimy zgłębić temat od strony cywilnej.
Panimajesz?
-?Panimaju. Skoro mówimy otwartym tekstem. -?Kowalski zabrał meldunek
i zaczął się zbierać do wyjścia.
-?A co tam u "Ostera"? -?zapytał jeszcze Starewicz.
-?Zdziwiłbyś się, jaki aktywny jest nasz narodowiec. -?Major stanął
przed biurkiem przełożonego.
-?Mówisz o działaniach operacyjnych? -?zapytał z nadzieją naczelnik.
-?Gdyby tak było, już dawno bym cię poinformował. W sejmie i KPRM kręci
się jak mróweczka. No i od czasu do czasu ma kontakt z mecenasem Karolem
Miecznikowskim i wpada do fundacji Regnum Legis. Pamiętasz podobne
informacje, które wyszły z podsłuchu Agencji Wywiadu podczas uroczych
wakacji na Fuerteventurze.
-?Czyli nadal nic -?ocenił smutno Starewicz. -?Dostaliśmy od Staszka
Krauzego i jego ludzi samograja i gówno. Albo nasz narodowiec tak dobrze
się konspiruje, albo koledzy z Miłobędzkiej mylą się co do zwerbowania
posła przez ruskich. Gdybyśmy tylko mogli zrobić coś więcej. To jakiś
absurd, żeby mając przekonanie, że polityk jest szpiegiem, nie móc
prowadzić formalnie rozpracowania. Boimy się, że przełożeni, zamiast nam
pomóc, mogą ukarać nas za nasze wysiłki.
-?Może ja za nim pochodzę? -?zaproponował Kowalski.
-?Oszalałeś? Ryzyko jest za duże, a jednoosobowa obserwacja to za mało.
-?Pułkownik pokręcił głową. -?Podsłuchuj go dalej, a ja pogadam ze
Staszkiem. Może wspólnie coś wymyślimy.
Major Kowalski szybko opuścił gabinet naczelnika. Idąc do swojego
pokoju, kompletnie nie miał pojęcia, jak zabrać się do tego zleconego
tematu. A sprawa "Ostera" mocno go irytowała.
Godzina 10.20. Jasieniewo, siedziba SWR
Naczelnik Wydziału II z nieskrywanym zainteresowaniem obserwował, jak do
jego gabinetu wchodzi szef Wydziału Operacyjnego. Wizyta była
poprzedzona jedynie krótką rozmową telefoniczną z prośbą o pilne
spotkanie. Uścisnęli sobie dłonie i usiedli w skórzanych fotelach.
-?Co się stało? -?zapytał gospodarz. -?Pokonaliśmy Ukrainę czy
dowiedziałeś się o jakiejś wpadce moich ludzi?
Gość, starszy od niego i wiekiem, i doświadczeniem, patrzył z zaskakująco przymilną miną. W końcu zaczął mówić:
-?Na pierwszą część twojego pytania odpowiedź brzmi: jeszcze nie, ale
zwycięstwo mamy w kieszeni. To, że żartujesz z naszej walki o wielką
Rosję, puszczam mimo uszu i z miejsca zapominam. Co do drugiej kwestii,
na szczęście również nie, ale coś jest na rzeczy.
-?Mówisz dosyć zagadkowo. Przejdź do szczegółów, jeśli możesz.
-?Mówisz i masz. Sekcja bezpieczeństwa wewnętrznego mojego wydziału w ramach rutynowych sprawdzeń od jakiegoś czasu zajmuje się jednym z twoich oficerów...
-?Kolejna dwuznaczna wypowiedź -?zirytował się gospodarz. -?Nie mam
czasu na głupie zagadki. Mów, o kogo chodzi.
-?O Michajłowa.
-?To jeden z moich najlepszych ludzi. I co z tymi waszymi sprawdzeniami?
-?Właściwie to nic poważnego. -?Gość przeczesał prawą ręką rzadkie
włosy. Widać było, że się waha. -?Wiesz, może nam się tylko wydaje, ale
Wiktor ostatnio dziwnie się zachowuje.
-?Kurwa, co wy znowu wymyśliliście? Jak to "dziwnie się zachowuje"?
Chodzi na dziwki, gra w kasynie czy łowi ryby w przeręblu? A może po
prostu punktualnie przychodzi do roboty i siedzi po godzinach? To na tle
wielu innych rzeczywiście wydaje się dziwne.
-?Rozumiem twoją ironię, ale tak naprawdę nie mam nic znaczącego.
Natomiast stwierdziliśmy, że Michajłow, poruszając się po mieście, jakby
się sprawdzał. Nie jedzie od razu do domu, a w wolne dni prosto po
zakupy czy na spacer z rodziną, tylko zachowuje się tak, jakby odbywał
fragmentaryczne trasy sprawdzeniowe. W punktach, gdzie może próbować
wykryć potencjalną obserwację, on jakby jej poszukiwał. I to nie jeden
czy dwa takie przypadki. Poza tym przesiaduje w biurze długo po wyjściu
innych twoich oficerów, jakby szukał okazji do pracy w samotności. W ostatnich dniach wiele razy przeglądał materiały kilku spraw
operacyjnych, szczególnie agenturalnych, często wracając do wybranych
dokumentów.
-?To, że siedzi do późna, akurat wcale mnie nie dziwi. On ma naprawdę
dużo roboty, tym bardziej w ostatnich miesiącach. Czy przegląda inne
materiały niż te dotyczące naszych spraw?
-?Nie.
-?To co w tym dziwnego? Mam wrażenie, że czepiacie się na siłę i niepotrzebnie szukacie sobie zajęć. Czy czasem z jakiegoś powodu nie
chcecie dokopać Wiktorowi? Nastąpił na odcisk któremuś z twoich ludzi?
-?No coś ty, takich rzeczy nie robimy -?obruszył się nerwowo gość. -
Pamiętaj, mam takie upoważnienia, że nawet nie musiałbym z tobą
rozmawiać na temat naszych podejrzeń. Ale przez wzgląd na starą przyjaźń
chcę, żebyś wiedział.
-?W porządku. Oczywiście doceniam, że mi o tym mówisz, choć tak naprawdę
poza odczuciami twoich oficerów, jak sam powiedziałeś, nie ma w tej
sprawie niczego podejrzanego.
-?Wiesz, jest jeszcze odnotowana spora ilość alkoholu, który kupuje
Michajłow. Zgodnie z naszymi procedurami to sytuacja wskazująca na
jakieś problemy. Może ma depresję, wynikającą z powodów zawodowych lub
osobistych. Te drugie są całkiem realne, bo według naszych ustaleń żona
przyprawia mu rogi z takim jednym wojskowym. Tak się przypadkiem składa,
że są sąsiadami z bloku.
-?To jeszcze nie powód, żeby go o coś podejrzewać. Sam wiesz, ilu z naszych ludzi ma niewierne żony albo sami szukają uciech poza rodziną. A pokaż mi takich, którzy nie piją. Chyba że czynnikiem ryzyka jest to, że
Wiktor da po mordzie temu wojakowi.
-?Mamy wzorce opracowane przez naszych psychologów, które mogą, choć nie
muszą, sugerować, że z Michajłowem dzieje się coś złego lub
podejrzanego. Sprawdzanie się na ulicy, penetrowanie zasobów
informatycznych, siedzenie regularnie po godzinach czy spożywanie dużych
ilości alkoholu może świadczyć o tym, że sekcja bezpieczeństwa
wewnętrznego powinna mu się uważniej przyjrzeć.
-?Jak sam powiedziałeś, nie mam prawa wam tego zabronić, choć uważam, że
to stracony czas i niepotrzebne koszty. Wiktor jest w porządku. Ale jak
chcecie, działajcie. Tylko dyskretnie, żeby to nie przeszkodziło mu w robocie. Tym bardziej że zaraz ma ważny wyjazd.
-?No właśnie, wyjazd... -?Gość wyraźnie się zasępił. -?Gdyby nie ta
delegacja, spokojnie moglibyśmy go obserwować tutaj, na miejscu. Wtedy
tym bardziej nie zawracałbym ci głowy. A tak będę musiał ruszyć naszych
nielegałów w Danii. Z drugiej strony, jeżeli coś jest na rzeczy w naszych podejrzeniach, to właśnie w misji zagranicznej można to
potwierdzić albo wykluczyć. To dobra weryfikacja jego zachowania. Dam mu
ogon.
-?Co racja, to racja. -?Naczelnik, wiedząc, o co chodzi koledze,
odzyskał spokój. -?Choć powtarzam: to śmieszne, co mówisz o Michajłowie.
I nie spieprzcie mi sprawy agenturalnej, w związku z którą leci do
Kopenhagi. Kierownictwu bardzo zależy na informacjach od źródła, z którym spotka się Wiktor.
-?Możesz być pewien, że wykonamy naszą robotę w białych rękawiczkach.
Jeżeli w Danii nic się nie wydarzy, powoli zaczniemy zamykać jego
okresowe sprawdzenie. Zadowolony?
-?A z czego tu być zadowolonym? -?mruknął gospodarz. -?Różne rzeczy już
widziałem w naszym wywiadzie, o niektórych wolałbym zapomnieć. Ty masz
do wykonania robotę i moje zadowolenie nie ma tu nic do rzeczy. Zrób
swoje, a przekonasz się, który z nas ma rację.