Partita
Allemanda
Edgar
był młodym, zdolnym sukinsynem i byłam w stanie co do sekundy
zlokalizować ten moment, w którym nabrałam absolutnej pewności,
że nigdy go nie polubię. Było to wtedy, gdy po raz pierwszy
otworzyłam teczkę z jego CV i zobaczyłam zdjęcie wdrukowane w lewy górny róg kartki. Otwierałam tę teczkę jeszcze wielokrotnie
i za każdym razem doznawałam tego samego uczucia, takiej dziwnej
mieszanki niechęci i odrazy, co gorsza, doprawionej sporą szczyptą
zazdrości, do czego jednak nie byłabym się w stanie przyznać
nawet sama przed sobą.
CV
Edgara sprawiało wrażenie, jakby jego autor bardzo chciał coś
ukryć przed czytelnikiem. Tak to przynajmniej wyglądało w moich
oczach, a przecież pochlebiałam sobie nieustannie, że czytam
między wierszami z powodzeniem równym temu, z jakim na sali rozpraw
słyszałam niewypowiedziane słowa, które świadkom i podsądnym
dzwoniły w głowach niczym dzwony na mszę. To trochę dziwne, że
nigdy nie zadałam sobie trudu, żeby sprawdzić, czemu ten świetnie
zapowiadający się absolwent prawa przerwał aplikację w niezłej
kancelarii i złożył papiery do konkursu na stanowisko asystenta
sędziego. Stanowisko, które w zamian za buńczuczną i napuszoną
nazwę nie dawało nic oprócz pracy po dwanaście godzin na dobę i pensji grubo poniżej tego, co miejscowy uniwersytet oferował swoim
doktorantom w ramach niewygórowanego stypendium. Próbowałam
przepytać go na tę okoliczność, ale zbywał mnie umiejętnie i bezczelnie, na chwilę nie zdejmując z twarzy tego swojego
aroganckiego uśmieszku. Za ten uśmiech nie lubiłam go chyba
najbardziej.
Według
zgodnej opinii wszystkich bez wyjątków referendarek i protokolantek, takiego ciacha jak Edgar tutejsze sądowe korytarze
jeszcze nie widziały. Co ciekawe, ku mojej wielkiej uciesze, Edgar
ostentacyjnie ignorował niedwuznaczne nagabywania swoich koleżanek,
co już po dwóch miesiącach stażu ugruntowało mu opinię geja.
Ponieważ nikt nigdy nie widział, aby Edgar śpieszył się
dokądkolwiek po pracy, opinia ta mocno zyskiwała na sile, chociaż
w rozumowaniu tym był tak gruby błąd logiczny. Po prostu nie
mieściło mi się w głowie, że można takie bzdury kolportować
bez narażenia się na miano skończonego głąba.
Nie
lubię Edgara za wiele rzeczy, a najbardziej za to, że jest moim
absolutnym przeciwieństwem. Zauważyłam też, że zawsze, kiedy
zrobię mu jakieś grubsze świństwo, zaczynam nie lubić go jeszcze
bardziej i któregoś dnia przyłapałam się na niebezpiecznych
rozważaniach, jak daleko może mnie to w końcu zaprowadzić. Być
może to błędne koło brało się wprost stąd, że na wszelkie
czynione mu afronty Edgar był doskonale uodporniony i zamiast
wybuchać gniewem i wściekłością, uśmiechał się jak zwykle i skwapliwie potakiwał. W takich sytuacjach byłam pewna, że co jak
co, ale nazywanie go w myślach sukinsynem leży po prostu w moim
najlepiej pojętym obowiązku, od którego nie sposób się uchylić.
Na
imię mam Maryla i nie cierpię swojego imienia, które zbyt
romantyczni rodzice wzięli wprost z uwielbianego przez nich
Mickiewicza. Kiedy urodziła się moja o pięć lat młodsza siostra,
dostała w prezencie absolutnie oczywistą i w pełni przewidywalną
Grażynę. W sumie ta cholerna "Maryla" doskonale cementowała
mój image zdziwaczałej, starej panny, co kiedyś mnie gryzło i bolało, a teraz tylko lekko swędziało. To, że w moim otoczeniu
pojawił się ktoś, kto swego imienia nie cierpi jeszcze bardziej
niż ja, poprawiało mój nastrój przez jakiś tydzień, tym
bardziej że "Edgara" nie było ani czym zastąpić, ani jak
zdrobnić - ja chociaż miałam w odwodzie Marylkę, Marylcię i Marysię. Próbowałam przez jakiś czas, czy uda mi się wyprowadzić
go z równowagi formą "Edgardziunio", ale oprócz przyklejonego
uśmiechu nie dostałam żadnego sygnału zwrotnego. Za karę
zaczęłam nazywać go "Edziem", co sądowe korytarze podchwyciły
z wielkim upodobaniem.
Czego
bym jednak o Edgarze nie pomyślała i jakich intryg bym nie snuła w czasie nudnych rozpraw, jedno pozostawało poza dyskusją - w sferze zawodowej nie miałam ani jak, ani do czego się przyczepić.
Wszystkie swoje obowiązki wypełniał sumiennie i wkładał w nie
tyle serca i bezinteresownego zaangażowania, że bardzo często
wydawało mi się to po prostu nienormalne. Za te pieniądze nie
miałam prawa wymagać niczego więcej, niż - jak to zwykłam
mawiać - "rutynowej obowiązkowości", ale Edgar w tych
ramkach zupełnie się nie mieścił. Czego się nie tknął i za co
nie zabrał, było skazane na bycie perfekcyjnym w każdym calu, co
nadal nie chciało mi się zmieścić w głowie. Kiedy zorientowałam
się, że mogę obarczać Edgara obowiązkami bardzo dalekimi od
asystenckiej rutyny, a on nie dość, ze nie protestował, ale wręcz
podwajał swoje zaangażowanie, zaczęłam to robić bez skrupułów.
Pamiętałam dokładnie, od czego to wszystko się zaczęło - od
jakiegoś rutynowego do obrzydzenia uzasadnienia, które każdy inny
asystent przekopiowałby z dowolnego z wcześniejszych wyroków,
jakich w tym sądzie zapadały dziesiątki rocznie.
No
właśnie. Zwykłym śmiertelnikom wydaje się, że gdy dostają
poleconym do domu opasłą kopertę z pieczątką sądu i wyjmują z niej plik zszytych kartek, zaczynających się od ciężkich jak ołów
słów "Wyrok w imieniu...", to czytając zdania długie na pół
strony, obcują z emanacją myśli jakże Wysokiego Sądu.
Figa
z makiem.
Te
uzasadnienia pisze Edgar wraz z licznymi kolegami i koleżankami.
Piszą je po nocach, kiepsko opłacani i traktowani nieco lepiej niż
mięso armatnie. Tak, kochani podsądni, oto cała prawda. Czytacie
te sążniste pisma, flaki się wam skręcają w malownicze
esy-floresy i macie ochotę nawtykać trochę bluzgów nadętym
postaciom w czarnych togach. Źle adresujecie swoje zniechęcenie.
Inna rzecz, że zwyzywanie edgaropodobnych nieszczęśników byłoby
pastwieniem się nad ofiarą tego samego systemu, który waży wasz
los, nie przymykając oczu ani na chwilę.
I w ogóle, jeśli kiedykolwiek nachodzi was pokusa, żeby widzieć w składach sędziowskich coś więcej niż zbiorowisko sfrustrowanych
swoją pracą najzwyklejszych pod słońcem ludzi, to czym prędzej
zajmijcie się czym innym, a jeśli nie potraficie, to chętnie
zapoznam was z panią sędzią Krysią G., która od lata orzeka w sprawach dotyczących ruchu drogowego, chociaż sama nie ma prawa
jazdy i nigdy nie siedziała za kierownicą czegokolwiek. A jak tego
będzie mało, to zapraszam do pana sędziego Tadzia R., który z reguły orzeka na strasznym kacu. Kac ów pewnego razu był tak
monstrualny, że Tadzik poszedł na rozprawę w T-shircie z logo
Metalliki i napisem kill
'em all,
na śmierć zapominając o todze i żabocie. Panowie pełnomocnicy
mieli z tego taki ubaw, że nawet gestem nie dali po sobie poznać,
że coś jest nie tak, a protokolantka była zbyt onieśmielona, żeby
puścić parę z gęby. Słodkie focie z tej rozprawy, do autorstwa
których nikt się nie przyznał, obiegły galopem kilka grup w internecie, o czym Tadziu do dziś nie ma zielonego pojęcia.
Dla
Edgara skompilowanie uzasadnienia z kilku czy kilkunastu gotowców
były, nie wiedzieć czemu, nie do przyjęcia i wypytawszy mnie o główne tezy, wysmarował dokument tak olśniewający, że czytałam
go raz za razem z narastającym zdumieniem. Nigdy wcześniej nie
widziałam tekstu, który będąc do cna prawniczym i w żadnym
kawałku nie uciekającym w potoczność, wyrażał wolę sądu tak
prosto, tak rzetelnie i tak zaskakująco. Przez kilka godzin bawiłam
się myślą, że uroda tej pisaniny musiała pochodzić w prostej
linii od błyskotliwości moich ustnych uwag, które Edgar skrzętnie
spisywał w swoim notesie, ale dobrze wiedziałam, że to nieprawda i że moje burkliwe monosylaby nie mogły być podglebiem dla tak
krystalicznie czystego tekstu. Mówiąc wprost, to uzasadnienie było
lepsze niż wyrok i uświadomienie sobie tego faktu było dla mnie
gorzką pigułką.
Przeczuwałam
doskonale, co będzie dalej i nie pomyliłam się. Nie mogłam się
mylić, bo bieg wydarzeń częściowo sama wyreżyserowałam. Kiedy
pochwaliłam się uzasadnieniem Edgara zaprzyjaźnionemu sędziemu K.
z bliźniaczego wydziału sąsiedniego sądu, wywołałam reakcje tak
burzliwe, że pozostało tylko czekać. A czekałam niedługo.
Najpierw K., a potem również prezes R., zaczęli podsyłać mi
swoje wyroki z prośbą o przepuszczenie ich przez redakcję Edgara.
Miałam z tego wielką radość, chociaż wcale nie byłam pewna, z czego właściwie się cieszę. No bo przecież nie mogło mnie
kręcić to, że aby podołać kolejnym obowiązkom, Edgar musiał
pojawiać się w sądzie przed szóstą rano. Nie, aż tak cyniczna
nie byłam. No, w każdym razie nie byłam taka z reguły. Pewnie
chciałam pokazać wszem i wobec, jaki to diament wyłowiłam spośród
kandydackiej mierzwy. Jeśli tak właśnie było, to nie pomyliłam
się w swoich rachubach.
Inna
rzecz, że uzasadnienia postanowień Sądu Rodzinnego to nie jest
szczególnie pasjonująca lektura. Dziennikarze śledczy nie będą
ich studiować, do pitawali trafić mogą tylko przypadkiem, a jeśli
miałby to być materiał do jakichś pozasądowych rozważań, to
chyba tylko dla przewrażliwionych społecznie publicystów, których
nagle najdzie ochota na moralizowanie ex
cathedra
w przydługich i łzawych tekstach, pisanych w takt wieczornego
sączenia trzydziestoletniego ballantinesa. Nie wiem jak inni, ale ja
czytając takie teksty, jestem w stanie określić w każdym akapicie
ilość wypitego trunku. Może to dlatego właśnie te smętne pierdy
są zwykle rzeczowe na początku, a niespójne i rozlazłe pod
koniec.
Nie
cierpię whisky. Nie znoszę nawet jej zapachu, który jakimś
niezrozumiałym trafem kojarzy mi się ze stacją benzynową. Jakież
więc było moje zdziwienie, kiedy dokładnie to samo i to słowo w słowo powiedział mi Edgar, z tym że on miał na poparcie swoich
tez jeszcze silniejsze argumenty niż moje, jemu bowiem zdarzyło się
kiedyś przełknąć kilka łyków wysokooktanowego paliwa i ręczył
swoimi nerkami za to, że smaki tych dwóch cieczy są absolutnie
nieodróżnialne.
Rutyna
Sądu Rodzinnego, a właściwie, jeśli mam być dokładna i po
prawniczemu precyzyjna, Wydziału Cywilnego Rodzinnego Sądu
Okręgowego, nikomu, oprócz podsądnych, adrenaliny nie podnosi. To
nie to, co w błyskotliwych sprawach karnych, gdzie trup ściele się
gęsto, a krew bryzga z każdego słowa Bogu ducha winnych świadków.
Nie przeszkadza mi to. Dla odmiany, sprawy cywilne nie kręcą mnie
kompletnie. Zaciekłość, z jaką dożywotnio skazani na siebie
sąsiedzi potrafią kłócić się o ćwierć metra kwadratowego
gruntu, śmierdzi mi z daleka psychiatrykiem, więc jeśli już nie
da się uniknąć rozstrzygania sporów między wariatami, to chociaż
niech będą to wariaci z krwi i kości, zdiagnozowani,
udokumentowani i szczerzy.
Przyłapałam
kiedyś Edgara na skrupulatnym wertowaniu akt moich spraw sprzed
dekady. Siedział sobie cichutko w archiwum, czytał i robił
notatki. Nie wiedział, że go podglądam, bo nie mógł wiedzieć,
że mocno zaniepokojona archiwistka dała mi dyskretny cynk.
Sprawdziłam rejestr wypożyczeń - metodycznie i chronologicznie
czytał wszystko jak leci, chociaż, zauważyłam dopiero po chwili,
niektóre roczniki zaliczał w godzinę, a nad innymi ślęczał po
kilka dni. Szukałam w tym jakiejś prawidłowości, ale na pierwszy
rzut oka nie widziałam żadnej. Pewnie, gdyby mi się chciało
pogrzebać we wnętrznościach segregatorów, dowiedziałabym się
więcej, albo z treści akt, albo ze stopnia zmiętolenia papieru,
ale nie miałam na to najmniejszej nawet ochoty.
Nie
wiedziałam po co Edgar to robi, a że nie chciałam dekonspirować
ani archiwistki, ani siebie, to cała ta sprawa wisiała w powietrzu,
czekając na dogodną okazję. Pamiętałam o niej, bo coś mówiło
mi, że ta asystencka dociekliwość musi kiedyś wypłynąć na
powierzchnię. Wolałam być na to przygotowana. Nowsze roczniki
Edgar mógł sobie czytać wprost z systemu komputerowego sądu i nad
tym już nie miałam żadnej kontroli. Chyba nie żałowałam tego
jakoś szczególnie boleśnie, w każdym razie cała ta historia
przekonała mnie, że po pierwsze, Edgar naprawdę jest sukinsynem, a po drugie, że nie można mu ufać. Punkt drugi był w sumie bez
znaczenia, bo dokładnie tak samo brzmiącą diagnozę rozciągałam
na cały rodzaj ludzki, bez oporów wliczając w to siebie. Zaczęłam
mu patrzeć na ręce dokładniej niż dotąd i dokładniej też
wczytywałam się w pisane przez niego uzasadnienia, trochę
paranoicznie podejrzewając, że ma ochotę zmalować mi jakiś
grubszy numer. W zamian ja malowałam mu raz po raz cienkie numery,
które znosił tak dzielnie, że nie pozostawało mi nic innego, jak
tylko gnębić go jeszcze bardziej.
Corrente
Tamtego
pamiętnego dnia Edgar jak zwykle pojawił się w moim gabinecie
kwadrans po ósmej, przynosząc świeżą dostawę wypchanych
segregatorów oraz plik papierzysk do podpisania. Ponieważ to był
wtorek, w programie było również referowanie spraw, które maszyna
losująca, lokalnie zwana także totolotkiem albo temidotombolą,
łaskawie przydzieliła mi do orzekania. I od tego to wszystko się
zaczęło.
Do
sądu wpłynęło pismo. Pismo dziwne, i w formie, i w treści.
Napisane odręcznie, charakterem pisma, który kiedyś musiał być
krągły, zamaszysty i urzekający rozmachem krzywizn, ale teraz był
już tylko rozedrgany i chwiejny. Cała treść zajmowała sześć
stron zapisanego obustronnie papieru kancelaryjnego w linie.
Zapisanego drobnym maczkiem - bez poprawek, skreśleń czy
zamazywanek. Jeszcze większym szokiem, w każdym razie dla Edgara,
który głosem pełnym bezbrzeżnego zdumienia z pięć razy zwracał
mi na to uwagę, było to, że pismo napisano atramentem, a więc
piórem, zapewne wiecznym. Dla Edgara to była tylko ciekawostka,
fanaberia jakiegoś freaka, ale dla mnie znaczyło to coś więcej.
Uważnie przepatrzyłam pierwszy akapit, ale nie po to, żeby go
czytać, tylko po to, żeby zabawić się w grafologa, czym chyba
lekko Edzia zirytowałam, bo tak bardzo palił się do tego, żeby mi
wszystko i z własnym komentarzem opowiedzieć.
W głębi duszy nie wierzyłam w grafologiczne bzdurzenia i nie miałam
najmniejszego zamiaru wtajemniczać Edgara w swoje czary, ale
przyglądanie się temu, jak kompletnie nieznana osoba buduje
kształty liter fascynowało mnie od zawsze. Komputery zabiły to
hobby w niecałe dwie dekady, pozbawiając mnie nie tylko ulubionej
zabawki, ale swoistej loterii, w której obstawiałam sama przeciw
sobie. Ileż to razy próbowałam z takiej pisaniny odgadnąć nie
tylko wykształcenie i zawód autora, ale także jego wygląd,
posturę i zachowanie. Nie, na tym etapie wcale nie wczytywałam się
w treść, nie analizowałam składni, doboru słów czy stopnia
skomplikowania zdań. Szkoda było mi na to czasu, od treści, jej
kondensowania, a ostatecznie od komentowania paragrafami kodeksów
miałam w końcu asystentów. Pieniądze podatników nie szły w tym
przypadku na marne, wręcz przeciwnie, pilnowałam rzetelnie, żeby
praca moich przybocznych dawała jak najlepsze wyniki, a kiedy nie
dawała, wymieniałam swoich adiutantów na egzemplarze bardziej
godne zaufania.
A że z ufaniem Edgarowi miałam już pewien problem, to choć sam o tym nie wiedział, każde jego staranie i każde zaniechanie
księgowałam sobie w głowie bardzo starannie.
To
pismo, a w każdym razie jego charakter, przemówiło do mnie gromko
i jednoznacznie. Gestem dłoni kazałam Edgarowi się zamknąć i składałam sobie cały obraz, niczym z rozsypanych puzzli. Kobieta.
Na pewno. Wyższe wykształcenie, zapewne magisterskie. Na pewno nie
inżynier - bazgranina inżynierów zawsze miała w sobie
zunifikowaną tępotę pisma technicznego. Nie lekarz - za
czytelne, zbyt wypielęgnowane. Atrament dodany to stylu pisania
dawał wiek siedemdziesięciu lat albo więcej. Tak, po chwili
zobaczyłam to wyraźniej, na pewno więcej i to znacznie więcej.
Ten wiek to jednak było za mało, żeby wytłumaczyć nierówne
krawędzie i poszarpane brzegi. Tu musiało być coś więcej. Może
parkinson, może problemy ze stawami, a może po prostu źle dobrane
okulary. Właśnie. Okulary. Teraz dopiero wpadło mi w oko coś
najzupełniej oczywistego, że początki i końce sąsiednich
kreseczek nie zgrywają się ze sobą, że są tam zawsze jakieś
irytujące przerwy albo wręcz przeciwnie, niepotrzebne krzyżówki.
Przez
zupełnie niewyjaśnialne pół sekundy widziałam tę kobietę pod
powiekami. Była stara, zwyczajnie stara. Zmęczona, niewyspana,
schorowana i sterana życiem. Zaniedbana, zniszczona przeciwnościami
losu i własną słabością.
Edgar
czekał, ale było widać, że ledwo daje radę opanować narastające
zniecierpliwienie. Uznałam to za wystarczający powód, żeby
kontynuować swoje dociekania przez kilkanaście kolejnych,
wkurzających go do białości sekund, w sumie zupełnie bez
potrzeby, bo niczego więcej już nie mogłam wypatrzyć. Oddałam mu
kartki i okrasiwszy słowa gestem odprawiania kelnera w hotelu Grand,
powiedziałam:
- Referuj.
Tego
mu było trzeba. Wystartował jak z katapulty.
w
serii piętnastka
ukazały się:
Andrzej Ballo "Albowiem",
"Bodajże"
Henryk
Bereza
"Względy", "Zgłoski", "Zgrzyty"
Kazimierz
Brakoniecki
"Dziennik berliński"
Zbigniew
Chojnowski "Tarcze z pajęczyny"
Maciej
Cisło
"Błędnik"
Wojciech
Czaplewski
"Książeczka rodzaju", "Książeczka wyjścia"
Marek
Czuku
"Róbta, co chceta", "Stany zjednoczone"
Jan
Drzeżdżon
"Łąka wiecznego istnienia"
Anna
Frajlich
"Czesław Miłosz. Lekcje", "Laboratorium"
Paweł
Gorszewski
"Niecierpiące zwłoki"
Małgorzata
Gwiazda-Elmerych
"Czy Bóg tutaj"
Tomasz
Hrynacz
"Noc czerwi"
Lech
M. Jakób
"Ćwiczenia z nieobecności", "Do góry nogami", "Poradnik
grafomana", "Poradnik złych manier", "Rzeczy",
Paweł
Jakubowski
"Kopuła"
Zbigniew
Jasina
"Drzewo oliwne", "Inaczej przemijam"
Jolanta
Jonaszko
"Bez dziadka. Pamiętnik żałoby", "Portrety"
Gabriel
Leonard Kamiński
"Pan Swen (albo wrocławska abrakadabra)"
Piotr Kępiński "Po Rzymie.
Szkice włoskie"
Bogusław
Kierc
"Cię-mność", "Płomiennie obojętny (o chłopcu, który
chciał być Bogiem)"
Kazimierz
Kyrcz Jr
"Punk Ogito"
Artur
Daniel Liskowacki
"Brzuch Niny Conti", "Capcarap", "Cukiernica pani Kirsch",
"Kronika powrotu", "Ulice Szczecina", "Ulice Szczecina
(ciąg bliższy)"
Krzysztof
Lisowski
"Czarne
notesy (o niekonieczności)", "Motyl Wisławy. I inne podróże"
Krzysztof
Maciejewski
"Dziewięćdziesiąt dziewięć", "Osiem"
Tomasz
Majzel
"Opowiadania
w liczbie pojedynczej", "Treny Echa Tropy"
Piotr
Michałowski
"Cisza na planie"
Mirosław
Mrozek
"Odpowiedź retoryczna"
Ewa
Elżbieta Nowakowska
"Merton Linneusz Artaud"
Halszka
Olsińska
"Bliskie spotkania", "Małostki", "Złota żyła"
Paweł
Orzeł
"Cudzesłowa"
Mirosława
Piaskowska-Majzel
"(Po)między"
Karol
Samsel
"Jonestown", "Prawdziwie noc", "Więdnice"
Bartosz
Sawicki
"Krucha wieczność"
Eugeniusz
Sobol
"Killer"
Ewa
Sonnenberg
"Wiersze dla jednego człowieka"
Wojciech
Stamm
"Pieśni i dramaty patriotyczne i osobiste"
Grzegorz
Strumyk
"Re _ le rutki"
Leszek
Szaruga
"Kanibale lubią ludzi"
Wiesław
Szymański
"Skrawki"
Michał
Tabaczyński
"Legendy ludu polskiego. Eseje ojczyźniane"
Paweł
Tański
"Glinna", "Kreska"
Maria
Towiańska-Michalska
"Akrazja", "Engram", "Z Ameryką w tle"
Andrzej
Turczyński
"Źródła. Fragmenty, uwagi i komentarze"
Miłosz
Waligórski
"Długopis"
Henryk
Waniek
"Notatnik i modlitewnik drogowy (1984-1994)", "Notatnik i modlitewnik drogowy II (1994-2004)"
Alex
Wieseltier
"Krzywe zwierciadło"
Sławomir Wernikowski
"Passacaglia"
Leszek Żuliński "Suche łany"