Partita - Sławomir Wernikowski

Kup ebooka

30.00 zł
24.00 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Partita

Allemanda

Edgar był młodym, zdolnym sukinsynem i byłam w stanie co do sekundy zlokalizować ten moment, w którym nabrałam absolutnej pewności, że nigdy go nie polubię. Było to wtedy, gdy po raz pierwszy otworzyłam teczkę z jego CV i zobaczyłam zdjęcie wdrukowane w lewy górny róg kartki. Otwierałam tę teczkę jeszcze wielokrotnie i za każdym razem doznawałam tego samego uczucia, takiej dziwnej mieszanki niechęci i odrazy, co gorsza, doprawionej sporą szczyptą zazdrości, do czego jednak nie byłabym się w stanie przyznać nawet sama przed sobą.

CV Edgara sprawiało wrażenie, jakby jego autor bardzo chciał coś ukryć przed czytelnikiem. Tak to przynajmniej wyglądało w moich oczach, a przecież pochlebiałam sobie nieustannie, że czytam między wierszami z powodzeniem równym temu, z jakim na sali rozpraw słyszałam niewypowiedziane słowa, które świadkom i podsądnym dzwoniły w głowach niczym dzwony na mszę. To trochę dziwne, że nigdy nie zadałam sobie trudu, żeby sprawdzić, czemu ten świetnie zapowiadający się absolwent prawa przerwał aplikację w niezłej kancelarii i złożył papiery do konkursu na stanowisko asystenta sędziego. Stanowisko, które w zamian za buńczuczną i napuszoną nazwę nie dawało nic oprócz pracy po dwanaście godzin na dobę i pensji grubo poniżej tego, co miejscowy uniwersytet oferował swoim doktorantom w ramach niewygórowanego stypendium. Próbowałam przepytać go na tę okoliczność, ale zbywał mnie umiejętnie i bezczelnie, na chwilę nie zdejmując z twarzy tego swojego aroganckiego uśmieszku. Za ten uśmiech nie lubiłam go chyba najbardziej.

Według zgodnej opinii wszystkich bez wyjątków referendarek i protokolantek, takiego ciacha jak Edgar tutejsze sądowe korytarze jeszcze nie widziały. Co ciekawe, ku mojej wielkiej uciesze, Edgar ostentacyjnie ignorował niedwuznaczne nagabywania swoich koleżanek, co już po dwóch miesiącach stażu ugruntowało mu opinię geja. Ponieważ nikt nigdy nie widział, aby Edgar śpieszył się dokądkolwiek po pracy, opinia ta mocno zyskiwała na sile, chociaż w rozumowaniu tym był tak gruby błąd logiczny. Po prostu nie mieściło mi się w głowie, że można takie bzdury kolportować bez narażenia się na miano skończonego głąba.

Nie lubię Edgara za wiele rzeczy, a najbardziej za to, że jest moim absolutnym przeciwieństwem. Zauważyłam też, że zawsze, kiedy zrobię mu jakieś grubsze świństwo, zaczynam nie lubić go jeszcze bardziej i któregoś dnia przyłapałam się na niebezpiecznych rozważaniach, jak daleko może mnie to w końcu zaprowadzić. Być może to błędne koło brało się wprost stąd, że na wszelkie czynione mu afronty Edgar był doskonale uodporniony i zamiast wybuchać gniewem i wściekłością, uśmiechał się jak zwykle i skwapliwie potakiwał. W takich sytuacjach byłam pewna, że co jak co, ale nazywanie go w myślach sukinsynem leży po prostu w moim najlepiej pojętym obowiązku, od którego nie sposób się uchylić.

Na imię mam Maryla i nie cierpię swojego imienia, które zbyt romantyczni rodzice wzięli wprost z uwielbianego przez nich Mickiewicza. Kiedy urodziła się moja o pięć lat młodsza siostra, dostała w prezencie absolutnie oczywistą i w pełni przewidywalną Grażynę. W sumie ta cholerna "Maryla" doskonale cementowała mój image zdziwaczałej, starej panny, co kiedyś mnie gryzło i bolało, a teraz tylko lekko swędziało. To, że w moim otoczeniu pojawił się ktoś, kto swego imienia nie cierpi jeszcze bardziej niż ja, poprawiało mój nastrój przez jakiś tydzień, tym bardziej że "Edgara" nie było ani czym zastąpić, ani jak zdrobnić - ja chociaż miałam w odwodzie Marylkę, Marylcię i Marysię. Próbowałam przez jakiś czas, czy uda mi się wyprowadzić go z równowagi formą "Edgardziunio", ale oprócz przyklejonego uśmiechu nie dostałam żadnego sygnału zwrotnego. Za karę zaczęłam nazywać go "Edziem", co sądowe korytarze podchwyciły z wielkim upodobaniem.

Czego bym jednak o Edgarze nie pomyślała i jakich intryg bym nie snuła w czasie nudnych rozpraw, jedno pozostawało poza dyskusją - w sferze zawodowej nie miałam ani jak, ani do czego się przyczepić. Wszystkie swoje obowiązki wypełniał sumiennie i wkładał w nie tyle serca i bezinteresownego zaangażowania, że bardzo często wydawało mi się to po prostu nienormalne. Za te pieniądze nie miałam prawa wymagać niczego więcej, niż - jak to zwykłam mawiać - "rutynowej obowiązkowości", ale Edgar w tych ramkach zupełnie się nie mieścił. Czego się nie tknął i za co nie zabrał, było skazane na bycie perfekcyjnym w każdym calu, co nadal nie chciało mi się zmieścić w głowie. Kiedy zorientowałam się, że mogę obarczać Edgara obowiązkami bardzo dalekimi od asystenckiej rutyny, a on nie dość, ze nie protestował, ale wręcz podwajał swoje zaangażowanie, zaczęłam to robić bez skrupułów. Pamiętałam dokładnie, od czego to wszystko się zaczęło - od jakiegoś rutynowego do obrzydzenia uzasadnienia, które każdy inny asystent przekopiowałby z dowolnego z wcześniejszych wyroków, jakich w tym sądzie zapadały dziesiątki rocznie.

No właśnie. Zwykłym śmiertelnikom wydaje się, że gdy dostają poleconym do domu opasłą kopertę z pieczątką sądu i wyjmują z niej plik zszytych kartek, zaczynających się od ciężkich jak ołów słów "Wyrok w imieniu...", to czytając zdania długie na pół strony, obcują z emanacją myśli jakże Wysokiego Sądu.

Figa z makiem.

Te uzasadnienia pisze Edgar wraz z licznymi kolegami i koleżankami. Piszą je po nocach, kiepsko opłacani i traktowani nieco lepiej niż mięso armatnie. Tak, kochani podsądni, oto cała prawda. Czytacie te sążniste pisma, flaki się wam skręcają w malownicze esy-floresy i macie ochotę nawtykać trochę bluzgów nadętym postaciom w czarnych togach. Źle adresujecie swoje zniechęcenie. Inna rzecz, że zwyzywanie edgaropodobnych nieszczęśników byłoby pastwieniem się nad ofiarą tego samego systemu, który waży wasz los, nie przymykając oczu ani na chwilę.

I w ogóle, jeśli kiedykolwiek nachodzi was pokusa, żeby widzieć w składach sędziowskich coś więcej niż zbiorowisko sfrustrowanych swoją pracą najzwyklejszych pod słońcem ludzi, to czym prędzej zajmijcie się czym innym, a jeśli nie potraficie, to chętnie zapoznam was z panią sędzią Krysią G., która od lata orzeka w sprawach dotyczących ruchu drogowego, chociaż sama nie ma prawa jazdy i nigdy nie siedziała za kierownicą czegokolwiek. A jak tego będzie mało, to zapraszam do pana sędziego Tadzia R., który z reguły orzeka na strasznym kacu. Kac ów pewnego razu był tak monstrualny, że Tadzik poszedł na rozprawę w T-shircie z logo Metalliki i napisem kill 'em all, na śmierć zapominając o todze i żabocie. Panowie pełnomocnicy mieli z tego taki ubaw, że nawet gestem nie dali po sobie poznać, że coś jest nie tak, a protokolantka była zbyt onieśmielona, żeby puścić parę z gęby. Słodkie focie z tej rozprawy, do autorstwa których nikt się nie przyznał, obiegły galopem kilka grup w internecie, o czym Tadziu do dziś nie ma zielonego pojęcia.

Dla Edgara skompilowanie uzasadnienia z kilku czy kilkunastu gotowców były, nie wiedzieć czemu, nie do przyjęcia i wypytawszy mnie o główne tezy, wysmarował dokument tak olśniewający, że czytałam go raz za razem z narastającym zdumieniem. Nigdy wcześniej nie widziałam tekstu, który będąc do cna prawniczym i w żadnym kawałku nie uciekającym w potoczność, wyrażał wolę sądu tak prosto, tak rzetelnie i tak zaskakująco. Przez kilka godzin bawiłam się myślą, że uroda tej pisaniny musiała pochodzić w prostej linii od błyskotliwości moich ustnych uwag, które Edgar skrzętnie spisywał w swoim notesie, ale dobrze wiedziałam, że to nieprawda i że moje burkliwe monosylaby nie mogły być podglebiem dla tak krystalicznie czystego tekstu. Mówiąc wprost, to uzasadnienie było lepsze niż wyrok i uświadomienie sobie tego faktu było dla mnie gorzką pigułką.

Przeczuwałam doskonale, co będzie dalej i nie pomyliłam się. Nie mogłam się mylić, bo bieg wydarzeń częściowo sama wyreżyserowałam. Kiedy pochwaliłam się uzasadnieniem Edgara zaprzyjaźnionemu sędziemu K. z bliźniaczego wydziału sąsiedniego sądu, wywołałam reakcje tak burzliwe, że pozostało tylko czekać. A czekałam niedługo. Najpierw K., a potem również prezes R., zaczęli podsyłać mi swoje wyroki z prośbą o przepuszczenie ich przez redakcję Edgara. Miałam z tego wielką radość, chociaż wcale nie byłam pewna, z czego właściwie się cieszę. No bo przecież nie mogło mnie kręcić to, że aby podołać kolejnym obowiązkom, Edgar musiał pojawiać się w sądzie przed szóstą rano. Nie, aż tak cyniczna nie byłam. No, w każdym razie nie byłam taka z reguły. Pewnie chciałam pokazać wszem i wobec, jaki to diament wyłowiłam spośród kandydackiej mierzwy. Jeśli tak właśnie było, to nie pomyliłam się w swoich rachubach.

Inna rzecz, że uzasadnienia postanowień Sądu Rodzinnego to nie jest szczególnie pasjonująca lektura. Dziennikarze śledczy nie będą ich studiować, do pitawali trafić mogą tylko przypadkiem, a jeśli miałby to być materiał do jakichś pozasądowych rozważań, to chyba tylko dla przewrażliwionych społecznie publicystów, których nagle najdzie ochota na moralizowanie ex cathedra w przydługich i łzawych tekstach, pisanych w takt wieczornego sączenia trzydziestoletniego ballantinesa. Nie wiem jak inni, ale ja czytając takie teksty, jestem w stanie określić w każdym akapicie ilość wypitego trunku. Może to dlatego właśnie te smętne pierdy są zwykle rzeczowe na początku, a niespójne i rozlazłe pod koniec.

Nie cierpię whisky. Nie znoszę nawet jej zapachu, który jakimś niezrozumiałym trafem kojarzy mi się ze stacją benzynową. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy dokładnie to samo i to słowo w słowo powiedział mi Edgar, z tym że on miał na poparcie swoich tez jeszcze silniejsze argumenty niż moje, jemu bowiem zdarzyło się kiedyś przełknąć kilka łyków wysokooktanowego paliwa i ręczył swoimi nerkami za to, że smaki tych dwóch cieczy są absolutnie nieodróżnialne.

Rutyna Sądu Rodzinnego, a właściwie, jeśli mam być dokładna i po prawniczemu precyzyjna, Wydziału Cywilnego Rodzinnego Sądu Okręgowego, nikomu, oprócz podsądnych, adrenaliny nie podnosi. To nie to, co w błyskotliwych sprawach karnych, gdzie trup ściele się gęsto, a krew bryzga z każdego słowa Bogu ducha winnych świadków. Nie przeszkadza mi to. Dla odmiany, sprawy cywilne nie kręcą mnie kompletnie. Zaciekłość, z jaką dożywotnio skazani na siebie sąsiedzi potrafią kłócić się o ćwierć metra kwadratowego gruntu, śmierdzi mi z daleka psychiatrykiem, więc jeśli już nie da się uniknąć rozstrzygania sporów między wariatami, to chociaż niech będą to wariaci z krwi i kości, zdiagnozowani, udokumentowani i szczerzy.

Przyłapałam kiedyś Edgara na skrupulatnym wertowaniu akt moich spraw sprzed dekady. Siedział sobie cichutko w archiwum, czytał i robił notatki. Nie wiedział, że go podglądam, bo nie mógł wiedzieć, że mocno zaniepokojona archiwistka dała mi dyskretny cynk. Sprawdziłam rejestr wypożyczeń - metodycznie i chronologicznie czytał wszystko jak leci, chociaż, zauważyłam dopiero po chwili, niektóre roczniki zaliczał w godzinę, a nad innymi ślęczał po kilka dni. Szukałam w tym jakiejś prawidłowości, ale na pierwszy rzut oka nie widziałam żadnej. Pewnie, gdyby mi się chciało pogrzebać we wnętrznościach segregatorów, dowiedziałabym się więcej, albo z treści akt, albo ze stopnia zmiętolenia papieru, ale nie miałam na to najmniejszej nawet ochoty.

Nie wiedziałam po co Edgar to robi, a że nie chciałam dekonspirować ani archiwistki, ani siebie, to cała ta sprawa wisiała w powietrzu, czekając na dogodną okazję. Pamiętałam o niej, bo coś mówiło mi, że ta asystencka dociekliwość musi kiedyś wypłynąć na powierzchnię. Wolałam być na to przygotowana. Nowsze roczniki Edgar mógł sobie czytać wprost z systemu komputerowego sądu i nad tym już nie miałam żadnej kontroli. Chyba nie żałowałam tego jakoś szczególnie boleśnie, w każdym razie cała ta historia przekonała mnie, że po pierwsze, Edgar naprawdę jest sukinsynem, a po drugie, że nie można mu ufać. Punkt drugi był w sumie bez znaczenia, bo dokładnie tak samo brzmiącą diagnozę rozciągałam na cały rodzaj ludzki, bez oporów wliczając w to siebie. Zaczęłam mu patrzeć na ręce dokładniej niż dotąd i dokładniej też wczytywałam się w pisane przez niego uzasadnienia, trochę paranoicznie podejrzewając, że ma ochotę zmalować mi jakiś grubszy numer. W zamian ja malowałam mu raz po raz cienkie numery, które znosił tak dzielnie, że nie pozostawało mi nic innego, jak tylko gnębić go jeszcze bardziej.

Corrente

Tamtego pamiętnego dnia Edgar jak zwykle pojawił się w moim gabinecie kwadrans po ósmej, przynosząc świeżą dostawę wypchanych segregatorów oraz plik papierzysk do podpisania. Ponieważ to był wtorek, w programie było również referowanie spraw, które maszyna losująca, lokalnie zwana także totolotkiem albo temidotombolą, łaskawie przydzieliła mi do orzekania. I od tego to wszystko się zaczęło.

Do sądu wpłynęło pismo. Pismo dziwne, i w formie, i w treści. Napisane odręcznie, charakterem pisma, który kiedyś musiał być krągły, zamaszysty i urzekający rozmachem krzywizn, ale teraz był już tylko rozedrgany i chwiejny. Cała treść zajmowała sześć stron zapisanego obustronnie papieru kancelaryjnego w linie. Zapisanego drobnym maczkiem - bez poprawek, skreśleń czy zamazywanek. Jeszcze większym szokiem, w każdym razie dla Edgara, który głosem pełnym bezbrzeżnego zdumienia z pięć razy zwracał mi na to uwagę, było to, że pismo napisano atramentem, a więc piórem, zapewne wiecznym. Dla Edgara to była tylko ciekawostka, fanaberia jakiegoś freaka, ale dla mnie znaczyło to coś więcej. Uważnie przepatrzyłam pierwszy akapit, ale nie po to, żeby go czytać, tylko po to, żeby zabawić się w grafologa, czym chyba lekko Edzia zirytowałam, bo tak bardzo palił się do tego, żeby mi wszystko i z własnym komentarzem opowiedzieć.

W głębi duszy nie wierzyłam w grafologiczne bzdurzenia i nie miałam najmniejszego zamiaru wtajemniczać Edgara w swoje czary, ale przyglądanie się temu, jak kompletnie nieznana osoba buduje kształty liter fascynowało mnie od zawsze. Komputery zabiły to hobby w niecałe dwie dekady, pozbawiając mnie nie tylko ulubionej zabawki, ale swoistej loterii, w której obstawiałam sama przeciw sobie. Ileż to razy próbowałam z takiej pisaniny odgadnąć nie tylko wykształcenie i zawód autora, ale także jego wygląd, posturę i zachowanie. Nie, na tym etapie wcale nie wczytywałam się w treść, nie analizowałam składni, doboru słów czy stopnia skomplikowania zdań. Szkoda było mi na to czasu, od treści, jej kondensowania, a ostatecznie od komentowania paragrafami kodeksów miałam w końcu asystentów. Pieniądze podatników nie szły w tym przypadku na marne, wręcz przeciwnie, pilnowałam rzetelnie, żeby praca moich przybocznych dawała jak najlepsze wyniki, a kiedy nie dawała, wymieniałam swoich adiutantów na egzemplarze bardziej godne zaufania.

A że z ufaniem Edgarowi miałam już pewien problem, to choć sam o tym nie wiedział, każde jego staranie i każde zaniechanie księgowałam sobie w głowie bardzo starannie.

To pismo, a w każdym razie jego charakter, przemówiło do mnie gromko i jednoznacznie. Gestem dłoni kazałam Edgarowi się zamknąć i składałam sobie cały obraz, niczym z rozsypanych puzzli. Kobieta. Na pewno. Wyższe wykształcenie, zapewne magisterskie. Na pewno nie inżynier - bazgranina inżynierów zawsze miała w sobie zunifikowaną tępotę pisma technicznego. Nie lekarz - za czytelne, zbyt wypielęgnowane. Atrament dodany to stylu pisania dawał wiek siedemdziesięciu lat albo więcej. Tak, po chwili zobaczyłam to wyraźniej, na pewno więcej i to znacznie więcej. Ten wiek to jednak było za mało, żeby wytłumaczyć nierówne krawędzie i poszarpane brzegi. Tu musiało być coś więcej. Może parkinson, może problemy ze stawami, a może po prostu źle dobrane okulary. Właśnie. Okulary. Teraz dopiero wpadło mi w oko coś najzupełniej oczywistego, że początki i końce sąsiednich kreseczek nie zgrywają się ze sobą, że są tam zawsze jakieś irytujące przerwy albo wręcz przeciwnie, niepotrzebne krzyżówki.

Przez zupełnie niewyjaśnialne pół sekundy widziałam tę kobietę pod powiekami. Była stara, zwyczajnie stara. Zmęczona, niewyspana, schorowana i sterana życiem. Zaniedbana, zniszczona przeciwnościami losu i własną słabością.

Edgar czekał, ale było widać, że ledwo daje radę opanować narastające zniecierpliwienie. Uznałam to za wystarczający powód, żeby kontynuować swoje dociekania przez kilkanaście kolejnych, wkurzających go do białości sekund, w sumie zupełnie bez potrzeby, bo niczego więcej już nie mogłam wypatrzyć. Oddałam mu kartki i okrasiwszy słowa gestem odprawiania kelnera w hotelu Grand, powiedziałam:

- Referuj.

Tego mu było trzeba. Wystartował jak z katapulty.

w serii piętnastka ukazały się:

Andrzej Ballo "Albowiem", "Bodajże"

Henryk Bereza "Względy", "Zgłoski", "Zgrzyty"

Kazimierz Brakoniecki "Dziennik berliński"

Zbigniew Chojnowski "Tarcze z pajęczyny"

Maciej Cisło "Błędnik"

Wojciech Czaplewski "Książeczka rodzaju", "Książeczka wyjścia"

Marek Czuku "Róbta, co chceta", "Stany zjednoczone"

Jan Drzeżdżon "Łąka wiecznego istnienia"

Anna Frajlich "Czesław Miłosz. Lekcje", "Laboratorium"

Paweł Gorszewski "Niecierpiące zwłoki"

Małgorzata Gwiazda-Elmerych "Czy Bóg tutaj"

Tomasz Hrynacz "Noc czerwi"

Lech M. Jakób "Ćwiczenia z nieobecności", "Do góry nogami", "Poradnik grafomana", "Poradnik złych manier", "Rzeczy",

Paweł Jakubowski "Kopuła"

Zbigniew Jasina "Drzewo oliwne", "Inaczej przemijam"

Jolanta Jonaszko "Bez dziadka. Pamiętnik żałoby", "Portrety"

Gabriel Leonard Kamiński "Pan Swen (albo wrocławska abrakadabra)"

Piotr Kępiński "Po Rzymie. Szkice włoskie"

Bogusław Kierc "Cię-mność", "Płomiennie obojętny (o chłopcu, który chciał być Bogiem)"

Kazimierz Kyrcz Jr "Punk Ogito"

Artur Daniel Liskowacki "Brzuch Niny Conti", "Capcarap", "Cukiernica pani Kirsch", "Kronika powrotu", "Ulice Szczecina", "Ulice Szczecina (ciąg bliższy)"

Krzysztof Lisowski "Czarne notesy (o niekonieczności)", "Motyl Wisławy. I inne podróże"

Krzysztof Maciejewski "Dziewięćdziesiąt dziewięć", "Osiem"

Tomasz Majzel "Opowiadania w liczbie pojedynczej", "Treny Echa Tropy"

Piotr Michałowski "Cisza na planie"

Mirosław Mrozek "Odpowiedź retoryczna"

Ewa Elżbieta Nowakowska "Merton Linneusz Artaud"

Halszka Olsińska "Bliskie spotkania", "Małostki", "Złota żyła"

Paweł Orzeł "Cudzesłowa"

Mirosława Piaskowska-Majzel "(Po)między"

Karol Samsel "Jonestown", "Prawdziwie noc", "Więdnice"

Bartosz Sawicki "Krucha wieczność"

Eugeniusz Sobol "Killer"

Ewa Sonnenberg "Wiersze dla jednego człowieka"

Wojciech Stamm "Pieśni i dramaty patriotyczne i osobiste"

Grzegorz Strumyk "Re _ le rutki"

Leszek Szaruga "Kanibale lubią ludzi"

Wiesław Szymański "Skrawki"

Michał Tabaczyński "Legendy ludu polskiego. Eseje ojczyźniane"

Paweł Tański "Glinna", "Kreska"

Maria Towiańska-Michalska "Akrazja", "Engram", "Z Ameryką w tle"

Andrzej Turczyński "Źródła. Fragmenty, uwagi i komentarze"

Miłosz Waligórski "Długopis"

Henryk Waniek "Notatnik i modlitewnik drogowy (1984-1994)", "Notatnik i modlitewnik drogowy II (1994-2004)"

Alex Wieseltier "Krzywe zwierciadło"

Sławomir Wernikowski "Passacaglia"

Leszek Żuliński "Suche łany"