Parrot i Olivier w Ameryce - Peter Carey

-
Proszę czekać

Dla Frances Coady

Dacie wiarę, że demokracja, która obaliła system feudalny i królów, wróci na sztandarach kupców i kapitalistów?

Nie należy obwieszczać wszystkich prawd.

Alexis de Tocqueville

OLIVIER

I

Wiedziałem, że zanim przyszedłem na świat, nastąpiła jakaś okrutna katastrofa, chociaż hrabia i hrabina, moi rodzice, nie mówili mi o niej. Podsycało to tylko moją wrodzoną ciekawość i w rezultacie wyrosłem na najbardziej niespokojne, a co za tym idzie - niezdrowe stworzenie, jakie tylko można sobie wyobrazić: drobny, blady, zawsze wdrapywałem się gdzieś, zaglądałem do każdej dziury i penetrowałem strychy château de Barfleur.

Pomyślcie jednakowoż: czy to nie dziwne, zważywszy na intensywność moich poszukiwań, że nie natknąłem się podczas nich na célérif?re mojego wuja?

Możliwe, że w waszej rodzinie célérif?re był czymś zwyczajnym. W mojej, jak wszystko, stanowił tajemnicę. Ten niezgrabny drewniany welocyped, skonstruowany przez wuja Astolphe'a de Barfleur, ujrzał światło dzienne, gdy dwóch wędrownych dekarzy odkryło go na krokwi. Dlaczego był do niej przywiązany, nie miałem pojęcia i równie trudno mi było zrozumieć, dlaczego wuj - ponieważ była to chyba jego robota - użył do tego celu dwóch skórzanych obroży dla psów. W typowy dla siebie sposób od razu wyobraziłem sobie jakąś tragedię - na przykład, że wierne psy musiały oddać życie - ale niewykluczone, że wuj po prostu nie miał niczego innego pod ręką.

W każdym razie było to kolejną zagadką château de Barfleur. Ale przynajmniej to nie ja się na niego natknąłem i nawet teraz serce bije mi szybciej na myśl, jak zareagowałaby matka, gdyby tak się stało. Nigdy bowiem nie można było przewidzieć, co ją wytrąci z równowagi. Jeżeli chodzi o uczucia macierzyńskie, dawała im wyraz w sposób niekonwencjonalny i zawsze radowałem się przy tych okazjach, nieczęstych, gdy bała się, że umrę. Z zapisków wynika, że w roku 1809 wzywała do mnie medyka aż pięćdziesiąt trzy razy. Dwadzieścia pięć lat później wciąż będzie przedsiębrała dziwaczne środki, by mnie ratować z opresji.

Ceiérif?re nie rzucił się cieniem na moje dzieciństwo ani też nie opromienił go żadnym blaskiem i nie wspomniałbym o nim, gdyby nie... Ale oto on.

Oczywiście, austriacki rysownik nie oddał trzeciego wymiaru.

Jednakże:

Czy istnieje welocyped stosowniejszy do celu, który niefrasobliwie sobie wyznaczyłem i który notabene wspieracie, biorąc ten wolumin do rąk? Tym samym zgadzacie się bowiem przenieść wraz ze mną w moje dzieciństwo, by się przekonać - albo jeśli nie przekonać, to przynajmniej spróbować zrozumieć - że na stan mojego umysłu, moją szczególną frenologię, a także kondycję płuc wpłynęły nieznane czynniki jeszcze z czasów, zanim się urodziłem.

Wyobraźmy więc sobie, że dysponujemy takim groteskowym, staroświeckim bicyklem, z drewnianą ramą przypominającą konia; jeśli mamy tym wynalazkiem wuja dotrzeć do mojego domu, to oczywiście musimy być przygotowani, że będziemy przedzierać się przez zagajniki, wśród połamanych gałęzi. Ten pojazd jest niemal bezużyteczny na wybojach w lesie, w którym ja i abbe de La Londe, mój ukochany Bebe, ustrzeliliśmy tyle setek skowronków i wróbli, że moje małe ramię pokrywało się siniakami.

"Uważaj, Olivierze drogi, tylko uważaj".

Możemy na razie pominąć rozbity nos, choć, bądźmy realistami, wkrótce należy spodziewać się krwi - spektakularnych tryśnięć, obfitych potoków - bo moje ciało zawsze stanowiło wątłą powłokę dla namiętności krążących w żyłach. Tymczasem jednak na potrzeby tej opowieści przyjmijmy, że nie ma żadnych krwotoków, okładów, przystawiania pijawek, dzikich galopów, by oderwać medyka od śniadania.

Możemy więc, drodzy czytelnicy, spokojnie oddalić się od zdradliwej wstęgi Sekwany, przebyć na welocypedzie wyboiste lasy i wjechać w aleję porośniętą lipami, a ja, Olivier-Jean-Baptiste de Clarel de Barfleur de Garmont, arystokrata z krainy Myopii, popędzę jak na skrzydłach, niczym Merkury, wskazując po lewej stronie niewyraźny, zamglony ogród warzywny, a po prawej zamazany akwarelowy sad. Oto obrzydliwa wiejska droga, po której jadę, wpadając w poślizg, i ślepy jak nietoperz przebywam otwartą bramę château de Barfleur.

Witaj, Jacques, witaj, Gustave, Odile. Jestem w domu.

Po prawej stronie, tuż za bramą, znajduje się budynek sądu, w którym Papa udziela ślubu młodym chłopom, w ten sposób wybawiając ich od służby wojskowej i niechybnej śmierci w armii Napoleona. Nie trzeba mówić, że nie jesteśmy za Bonapartem, ale Papa innym zostawia intrygowanie przeciwko niemu. Wiedziemy spokojne życie - mawia. W Normandii, na wygnaniu - dodaje. Matka mówi to samo, ale z większą goryczą. Choćby w architekturze zamku można dostrzec ślady przeżytego przez rodzinę urazu. Wprawdzie wiedziemy spokojne życie, ale dziedziniec przypomina pole walki; obrazę dla jego starodawnej prostoty stanowi zatrzęsienie okopów, umocnień, rude błoto, biały piach, szary bruk i pięćdziesiąt cztery krzewy forsycji z korzeniami w kłębach juty. Żeby przywrócić dziedzińcowi świetność, w Błękitnym Pokoju zainstalowano austriackiego architekta, z jego rysownicą i ołówkami. Po drodze zauważycie tego pyszałka.

Zapomniałem wspomnieć o poważnym defekcie welocypedu wuja - braku układu kierowniczego. To nie jedyna wada tego pojazdu, ale kto by się tym przejmował? Dwukołowy celerifere był jedną z tych wspaniałych maszyn, które, początkowo wyśmiewane jako rzekomo niepraktyczne, potem, niczym włoski lokaj spadający ze schodów, objawiają się nam jako ze wszech miar realne i niezwykle użyteczne.

Okres przed 1805 rokiem, kiedy pierwszy raz przystawiono mnie do piersi matki, stanowił epokę wynalazków zarazem bardzo pięknych i bardzo przerażających, co uświadomiłem sobie niebawem, nie wiedząc dokładnie, na czym konkretnie polega ich uroda i to, że budzą strach. Docierała do mnie jedynie symboliczna summa: ciągłe sekrety w domu, niepokojący smak matczynego mleka, mój własny oddech, naprawdę straszliwe, nieustające, szczególnie w zimowe popołudnia, ryczenie przeklętego bydła, który to odgłos, zwłaszcza w porze, gdy służba znowu zapomniała zapalić latarnie, bardzo mnie niepokoił.

Jednakże padło już mnóstwo słów i czas wreszcie dotrzeć do zamku, przejechać powoli na naszych dwóch kołach przez wielkie niebieskie dwuskrzydłowe drzwi, za którymi, ostro skręciwszy w prawo, zostaniemy katapultowani na koniec długiej, wysokiej galerii, i to z taką prędkością, że zaczynamy krzyczeć i ledwie zauważamy, po lewej, tego zarozumiałego architekta i jego szczupłego, jasnowłosego pomocnika. Po prawej - patrzcie szybko - mijamy sześć wysokich okien, z których widać dziedziniec z jego denerwującą krzątaniną i bramy, a za nimi woły i chłopów rozrzucających gnój.

Pomiędzy kolejnymi oknami możecie także zobaczyć portrety Garmontów, Barfleurów i Clarelów, przedstawicieli rodu, który sięga korzeniami tak daleko w przeszłość, że gdyby mój ojciec w najmroczniejszych dniach rewolucji próbował spalić wszystkie listy i dokumenty łączące go niezbicie z tymi uprzywilejowanymi i groźnymi arystokratami, papiery owe wzleciałyby z płomieni ogniska na dziedzińcu i poszybowały w górę; czterysta lat historii zamieniłoby się w płonące kruki, niesione na skrzydłach ognia, całe ich stado ulatujące w zimne, turkusowe niebo, którego nie dane mi było zobaczyć.

Ale dziś jest słonecznie i pogodnie. Długa galeria to tor wyścigowy wyłożony marmurem, a my pędzimy ku niskim ciemnym drzwiom małej kaplicy, gdzie Maman często modli się przedpołudniami.

Tym razem jednak matki tam nie ma, musimy więc przenieść nasz pojazd, by ją odwiedzić. Wprost trudno uwierzyć, że ktoś mógł użyć dębu do jego budowy; wuj zapewne był artystą. Dysząc ciężko na niekończących się schodach, czuję, jakbym miał w gardle szczurzy ogon. To wcale nie jest śmieszne, proszę państwa, ale nie ma powodu do niepokoju. Może i jestem drobnym chłopcem o wąskich ramionach i delikatnych dłoniach, lecz mam siłę. Potrafię przepłynąć rzekę, ustrzelić ptaka i zanieść célérif?re na piętro, gdzie zaprezentuję wam leżącą na szezlongu, przykrytą pledem osobę z zasłoniętymi oczami - moją matkę, comtesse de Garmont.

Biedna Maman. Zobaczcie, jak cierpi, w mroku widać jej wymizerowaną twarz. Nigdy w młodości nie chorowała. W Paryżu była pięknością, ale odebrano jej to miasto. Ma własny okazały dom przy rue Saint-Dominique, lecz ojciec jest ostrożny, więc udaliśmy się na wieś, na wygnanie. Matka opłakuje Paryż, chociaż czasami można odnieść wrażenie, że odbywa pokutę. Czyżby zgrzeszyła? Kto to może wiedzieć? Nosi ciemne, luźne stroje, jak przystało na pobożną niewiastę. Jej życie to święte cierpienie w sferach niebieskich, wysoko ponad dzieckiem, które nie spełnia oczekiwań.

Ja również jestem chory, lecz to zupełnie nie to samo. Bo wstrętne ze mnie stworzenie, jak często sam o sobie mówię.

Spójrzcie na tę okropną małą istotę - z głową pod ręcznikiem, w obłokach pary. Kochany Bebe, który często był nie tylko moim guwernerem i spowiednikiem, lecz i pielęgniarzem, siedział przy mnie cierpliwie, trzymając swoją dużą dłoń na moich wątłych plecach, gdy tak długo i z takim trudem łapałem powietrze, że - choć walcząc o życie - zasypiałem i budziłem się, dotknąwszy nosem wrzątku, a moje płuca, niby ryby w cebrzyku, usiłowały zaczerpnąć tchu.

Ileż razy, po nocach takiego duszenia się, widziałem, jak blade światło jutrzenki wydobywa zroszone liście topoli z atramentowych wód nocy, słyszałem krakanie kruków, starodawne gargulcowate odgłosy wiejskiego życia?

Wiedziałem, że w Paryżu bym wyzdrowiał. W Paryżu byłbym szczęśliwy.

Abbe de La Londe był przeciwnego zdania, uważał, że Paryż to źródło szkodliwych miazmatów i że wiejskie powietrze mi służy. Powinien kazać mi studiować Katullusa i Cycerona, lecz zamiast tego wyciągał mnie z muszkietem do tak zwanej Dolnej Setki, gdzie zabawialiśmy się strzelaniem do gołębi i drozdów, a Bebe pełnił rolę naganiacza, gospodarza terenu sportowego i księdza. "Jesteś doskonałym małym strzelcem" - mawiał, biegnąc, by zabrać naszą zdobycz. "Quam sagaciter puer telum conicit!" - tłumaczyłem za nim. Nigdy się nie zorientował, że jestem krótkowzroczny. Tak bardzo chciałem go zadowolić, że trafiałem w to, czego nie widziałem.

Matka życzyła sobie, żebym zwracał się do niego per vous albo L'Abbe, ale on do swojej śmierci pozostał dla mnie Bebe.

Dziwne, że darzył uczuciem taką małą istotę jak ja. Sam był silnym, przystojnym mężczyzną o śnieżnobiałych włosach i bystrych oczach, w których często pojawiało się współczucie. Wychował mojego ojca i z całą ufnością oddałem mu się pod opiekę. Miał duże dłonie pokryte plamami wątrobianymi, wykazywał wielką cierpliwość i pachniał tytoniem z Wirginii, od którego miał plamy na sutannie. I zaraził mnie Ameryką dwadzieścia lat wcześniej, niż sam odetchnąłem jej powietrzem. "Chodź, młody człowieku - mawiał. - Chodź, jest taki piękny dzień... Decorus est dies". Z nieba nieraz leciał grad, który tłukł po plecach, a Bebe się zachwycał, nie tym bombardowaniem, lecz cudowną naturą lodu. A jeżeli nie lodu, to wiatru - tak porywistego, że wydawać się mogło, iż do Sekwany wedrze się Morze Północne, które zmyje ścianę ziemi oddzielającą rzekę od bain.

Słabeusz by nie pływał, lecz Bebe się postarał, bym nie był słabeuszem. Pluskał się w głębszym końcu bain, goły jak obalony posąg. "Chodź, wielki Olivierze" - nawoływał.

Jeżeli stałem się - wbrew woli boskiej - świetnym pływakiem, to nie za sprawą zgubnych nauk Jeana-Jacques'a Rousseau, ale dzięki temu poczciwemu księdzu i własnemu pragnieniu, by mu się przypodobać. Uczyniłbym dla niego wszystko, gotów byłem się nawet utopić. To z jego powodu w dzieciństwie stale uciekałem z domu, od jego atmosfery, i jeśli nawet spędziłem wiele nocy w towarzystwie lekarzy i pijawek, to znałem, wbrew sobie, wszystkie zmysłowe przyjemności, jakie niosą z sobą pory roku, choćby uczucie zasychania poczciwego rudego błota na delikatnych dłoniach.

Oczywiście przesadzam. Mieszkałem w chateau de Barfleur przez szesnaście lat i matka nie zawsze leżała w swoim pokoju z mokrym ręcznikiem na oczach. Nad zamykanym na klucz biurkiem ojca wisiał duży, piękny ołówkowy portret mojej Maman, lekki jak sen dziecka, które nie miało się narodzić. Nos był może trochę za wąski, odrobinę za ostry, lecz jej postać tchnęła życiem. Miała czyste czoło, szczery wyraz twarzy, pytające spojrzenie, które przykuwało uwagę widza, i to nie tylko na portrecie, lecz także w rzeczywistości, bo wiele było w moim dzieciństwie takich wieczorów, kiedy wstawała z łóżka, ubierała się pięknie i przyjmowała starych przyjaciół, nie tylko tych świeżo wyniesionych, lecz arystokratów z dziada pradziada, noblesse de robenoblesse d'epee. Stać na dziedzińcu w takie dnie, gdy wszystkie wspaniałe powozy znikały z widoku za stajniami, widzieć zamglony księżyc i deszczowe chmury sunące po niebie nad Normandią - to było tak, jakby przenieść się w dawne czasy. Człowiek zbliżał się do wielkich drzwi frontowych, nie mknąc na welocypedzie, ale idąc dostojnym krokiem w wieczorowym obuwiu, i po wejściu do środka czuł nie zapach ziemi ani pajęczyn, lecz dobrego pudru z męskich peruk czy pięknych perfum z dekoltów dam i widział całą niezwykłą galerię strojów ancien regime'u, róże i zielenie, cudowne jedwabie i satyny, których barwy nasilały się albo nikły w fałdach materiału i zlewały się z nocą rozświetloną blaskiem świec. Przy takich okazjach moja matka była najpiękniejsza z pięknych. Jednakże jej prawdziwa uroda - ulotna, migotliwa, głębsza i subtelniejsza niż na ołówkowym portrecie - ujawniała się dopiero, gdy odprawiano publikę złożoną ze służby w liberii. Wtedy zaciągano zasłony, ojciec osobiście parzył kawę i z atencją obsługiwał gości, wszystkich po kolei, a matka, której głos na łożu boleści był cienki jak papier, zaczynała śpiewać:

Trubadur z Bearn,

Ze łzami w oczach...

W takich chwilach zachowywała się nie mniej oficjalnie niż zazwyczaj. Składała smukłe dłonie na podołku i swoim silnym kontraltem śpiewała dla samego Boga. Dość często, co teraz wydaje mi się niedyskrecją, opowiadałem publicznie, jak moja matka zaśpiewała Troubadour Béarnais, i w rezultacie historia ta powlekła się matową warstwą ochronną niczym ceramiczny jeniec w muzeum, przesłuchiwany nazbyt często przez nazbyt poufałych. Tak więc teraz każdy bourgeois i jego żona mogą opowiadać z amikoszonerią, że hrabina de Garmont śpiewała o zmarłym królu i płakała, choć nigdy się nie dowiedzą, jakież bolesne zdumienie ogarnęło Oliviera de Garmont z powodu tych emocji matki. Boże, wybacz mi, byłem bowiem zazdrosny o namiętność, jaką zdradzała tak nieprzyzwoicie, o te pokłady patriotyzmu, których przede mną nie ujawniała. Jednakże stojąc grzecznie przy fotelu ojca, ukrywałem te uczucia, gdy matka dzieliła się przyjemnością, która należała się mnie. Nasi goście płakali, a ja czułem gwałtowną odrazę wobec tego intymnego aktu, odbywającego się na oczach publiczności.

Jego oczy, pełne łez,

Śpiewały poddanym z gór

Ten przerażający refren:

Ludwik, syn Henryka,

Pojmany został w Paryżu.

Kiedy skończyła, a nasi przyjaciele siedzieli w milczeniu pełnym powagi, przeszedłem przez szeroki dywan, stanąłem przy jej krześle i znienacka, jak skorpion, uszczypnąłem ją w ramię.

Oczywiście, była zaskoczona, ale szczególnie dobrze pamiętam dziką występną przyjemność, jaką sprawił mi ten podły postępek. Matka spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami, lecz nie krzyknęła. Odrzuciła głowę do tyłu i choć w oczach wezbrały jej łzy, uśmiechnęła się do mnie z wyższością.

Wtedy spokojnie udałem się spać. Myślałem, że wybuchnę płaczem, gdy tylko zamknę za sobą drzwi, i nawet próbowałem się rozpłakać, ale daremnie. Targały mną dziwne uczucia, lecz widocznie nie należały do tych, które wywołują łzy. To były uczucia innego rodzaju, zupełnie nowe, być może takie, jakich należy się spodziewać u starszego chłopca, w którym zaczynają krążyć soki witalne, a on nie zdaje sobie z tego sprawy. Przypominały emocje, jakie rodzą grzeszne myśli, ale nimi nie były. Jakiż to zapach wywąchałem w owej pieśni, w sali pełnej arystokracji? Otóż destylat samego chateau de Barfleur, czyli plugastwa i potworności rewolucji francuskiej, które dotknęły moją rodzinę. Choć w mojej obecności nie padło ani jedno słowo o tej strasznej historii.

Matka miała mnie ukarać za to, że ją uszczypnąłem. Była dla mnie zimna, i dobrze. Potem odkryłem, co było źródłem owego odoru. Gdy się modliła, przeszukałem szuflady jej biurka. Wziąłem klucz do biblioteki. Przejrzałem dokumenty w szufladach ojca. Wspiąłem się po schodach. Przeniknąłem mrok, to, co zakazane, zajrzałem we wszystkie kąty chateau, w których atmosfera wydawała się najgroźniejsza i najbardziej zatruta, zapuściłem się poza granice przyzwoitości w bibliotece, za suchą piwnicę z winami, za ciemny, niewysoki portal, w niską bezkresną, mroczną i brudną przestrzeń, gdzie od płomienia świecy zapalały się pajęczyny. Nic nie znalazłem, czy też nic oprócz strachu, który w połączeniu z kurzem na rękach sprawił, że zebrało mi się na mdłości.

Jednakże nie ma wątpliwości, że silices si levas scorpiones tandem invenies: jeśli poruszysz kamienie, trafisz w końcu na gniazdo skorpionów czy jakieś inne przezroczyste albo blade stworzenie, które zostało powołane do życia w dole kloacznym albo w ogniu kuźni. I nie mam na myśli listów, które pewien monsieur pisał do mojej matki i których wolałbym nigdy nie widzieć. Odkryłem prawdę nie w kuźni, tylko obok, w niepozornych małych paczkach. Czekały na mnie w mętnym mroku i mogłem je otworzyć, gdybym tylko zechciał. Dosięgnąłby ich bowiem nawet czteroletni Olivier, półka znajdowała się tak nisko, że nasz kowal składał na niej swoje narzędzia. W pierwszej chwili można było pomyśleć, że paczki należały do dawno zmarłego ogrodnika, że zawierały nasiona, na przykład szałwii albo tymianku, starannie zapakowane w oczekiwaniu na wysiew, którego jakiś Jacques czy Claude nawet nie rozpoczął. Lecz gdy przytknąłem do nich mój wścibski nos, a było to długo po tym, jak uszczypnąłem matkę, wyczułem wyraźny, choć dziwny zapach. Czy był przyjemny? Czy raczej przykry? Nie potrafiłem powiedzieć. Nawet Montaigne, który interesował się zapachem kobiet i jedzenia, nie umiałby go określić. Pomija on bowiem niższe rzędy pleśni i grzybów, śmierć i krew, z których wszystkie przyniosłyby mu większą korzyść niż śmieszne stwierdzenie, że pot wielkich ludzi - na przykład Aleksandra Wielkiego - ma słodką woń.

Stary kowal zmarł poprzedniej zimy. Nowym został Gustave, a jego uczniem - Jacques. Ostatnio odrestaurowali zniszczoną bramę, umieszczając na niej ostre szpikulce, i właśnie ją wieszali. Gdy Gustave powarkiwał na Jacques'a, cicho wyciągnąłem pierwszą z tych zalatujących piżmem paczek. Z całą pewnością nie wyglądały niepokojąco. Pożółkłe opakowanie z gazety, bardzo stare, rozpadło się jak ciasto, które jedliśmy z okazji Epifanii, chociaż nie zawierało pysznego kremu migdałowego zwanego frangipane, lecz - bo na cóż patrzyłem? - jedynie wyschłe zwłoki ptaka, gołębia, którego szczątki zostały oblezione przez małe czarne mrówki, i to one najbardziej przysporzyły mi utrapienia, gdyż przelazły na moje ręce, wspięły się na szyję i zaczęły mnie kąsać. Niebawem więc biegałem po dziedzińcu, krzycząc wniebogłosy, aż Gustave ściągnął ze mnie tunikę i byłem uratowany.

Darłem się tak, że ojciec wybiegł z budynku sądu w todze sędziowskiej i peruce. Za nim pospieszyła krzepka panna młoda i oblubieniec o wielkim nosie, którzy spojrzeli na moje znalezisko. Gustave i Jacques tymczasem wynieśli pozostałych kilkanaście paczek i zaczęli układać je starannie, zgodnie z poleceniem ojca, w szeregu pod murem. Kiedy już wszystkie spoczęły na wyznaczonym miejscu, ojciec kazał je zniszczyć, a ja naturalnie uznałem, że to dlatego, iż pełno w nich było tych ohydnych mrówek.

Moje krzyki zwabiły też na dziedziniec Odile, podobnie jak Bebe. Zebrał się więc całkiem spory tłumek. Wtedy przez otwartą bramę nadjechała w Dręczycielu matka - Dręczycielem nazywaliśmy jej kołyszący się powóz - i chwilę później, ku niezadowoleniu ojca, wysiadła, by być świadkiem sceny.

- Nie, Henriette-Lucie, nie powinnaś. - To właśnie powiedział ojciec.

Matka wyrwała mu z dłoni rozpadający się papier.

- Moje gołębie! - wykrzyknęła.

Nie miałem pojęcia - ani przez sekundę - że odkryłem tajemnicę, która zdeterminowała moje życie.

Matka przytknęła chusteczkę do ust. Wyglądała, jakby zebrało jej się na wymioty. Nie widziała mnie nawet, zmartwiała i przejęta szlachetnym zgorszeniem. Nie chciała, by zajęli się nią służący, więc Bebe, jako arystokrata, odprowadził ją do chateau. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, więc zostałem z tyłu, podczas gdy ojciec polecił narzeczonym, by wrócili do budynku sądu. Zaczekałem na miejscu, chcąc być świadkiem kremacji gołębi, lecz przez cały ten czas nie zdawałem sobie sprawy, że każda paczka zawierała ofiarę rewolucji.

Ukryty za murem, bez trudu uratowałem jedną z kruchych kart i ostrożnie, jakby to była śliczna ćma, zabrałem do lasu, by ją przeczytać.

II

Ten okropny rysunek prześladował mnie, gdy uciekałem do kaplicy, w której drzwi waliłem bez wytchnienia, dopóki nie odskoczyła zasuwka. Z krwią cieknącą z nosa rzuciłem się przed ołtarz. Czyż Bóg mnie nie obroni przed tą szkaradną rzeczą, którą trzymałem w ręku?

Obok uklęknął Bebe. Chwycił moją dłoń, jakby chcąc mnie pocieszyć, a potem siłą ją otworzył. Mocno ujął za nadgarstek i delikatnie strzepnął skrawki papieru z moich palców.

- Co to jest, moje dziecko? - zapytał.

Był to rysunek ze starej gazety, w którą owinięto gołębia.

Przedstawiał machinę, straszliwe ostrze, ślady kroków, linę i ludzką głowę, odciętą od ciała. Była to głowa króla; znałem jego szlachetne oblicze. Spoczywała w czyjejś ręce, odrąbana od szyi, z której tryskała krew. Ozdobny podpis głosił: Que le roi soit damne.

Bebe podał mi zmiętą chustkę. Przestraszyła mnie nie niedorzeczność tego gestu, lecz to, że mój opiekun patrzył na mnie, swojego Oliviera, chmurnym, zmęczonym wzrokiem.

- To się wydarzyło naprawdę? - zapytałem.

Z rezygnacją rozłożył swoje wielkie ręce. Już samo to było dość przerażające, jednak potem zrobił jeszcze coś gorszego, o wiele gorszego - wzruszył ramionami.

Pode mną rozwarła się otchłań, bez dna, bez ścian, i moją wyobraźnią zawładnęła potworna wizja dekapitacji. Królewska głowa była jak najbardziej żywą głową, która może się uśmiechnąć i przemówić, oczy jak najbardziej oczami, włosy włosami uczesanymi jak na króla przystało; wszystko w nim było szlachetne i dobre, z wyjątkiem tej strasznej machiny i tryskającej krwi, tego odrażającego strumienia.

- To dlatego matka płacze? Wie o tym? - Chciałem zapytać, czy to właśnie widzi, kiedy kładzie sobie wilgotne ręczniki na oczy.

- Tak, mój drogi, niestety.

- Kto stworzył tak przerażające narzędzie, Bebe? Kto mógł sobie wyobrazić coś tak makabrycznego?

- To miało być humanitarne - wyjaśnił.

- To dzieło Napoleona? Dlatego tak go nienawidzimy?

- Nie, ojca Napoleona.

Nie zrozumiałem, co miał na myśli, mówiąc "ojciec".

- Bebe, kto zabił te wszystkie gołębie?

- Chłopi postawili je przed sądem za to, że kradły ziarno. Uznali je za winne i ukręcili im szyje.

- Ależ my nie mamy gołębi, Bebe. Gołębnik jest pusty. Nigdy nie mieliśmy.

- Twój dziadek je trzymał. Ale przeszkadzały chłopom, bo wyjadały wysiane ziarno.

Możecie sobie wyobrazić, jakie to było wstrząsające dla chłopca? Lecz cóż, w wieku sześciu lat dostałem pierwszą lekcję na temat terroru, który skaził mleko mojej matki. Rodziców wtrącono do więzienia Porte Libre, gdzie co dzień jeden z ich towarzyszy niedoli, arystokratów, był wzywany,,do biura" i już nie wracał do celi. W tych miesiącach ojciec zupełnie osiwiał, a matka załamała się w roku 1793, kiedy drogą z Paryża nadeszli sankiuloci.

Moja rodzina siedziała wtedy przy stole, jak opowiedział mi Bebe, "wyprowadziwszy chłopca", czyli mnie, na zewnątrz, za kuźnię, pod lipy. Jedli obiad - moja matka, ojciec i dziadek - kiedy do jadalni wpadł ogrodnik i stanął przed nimi z sekatorem w obleczonych rękawicami dłoniach.

- Obywatelu Barfleur - zwrócił się do ojca matki. - Przed zamkiem są pewni obywatele z Paryża, którzy o was pytają. - Mimo że, wbrew rewolucyjnemu prawu, z szacunkiem użył formy "wy", dziadek nie przywykł, by tak zwracał się do niego służący.

- Czy nikt nie ukarał ich za zuchwałość? - zapytałem.

Gdy szliśmy polami wzdłuż rzeki, w powietrzu słodko pachniało świeżo skoszoną trawą. W sadzie unosiła się woń sfermentowanych brzoskwiń - dlaczego nie? - a przy każdym owocu uwijała się cyrkowa trupa pszczół, os i komarów, które wspinały się na miąższ i spadały z niego. Podczas tej wesołej owadziej uczty poznałem sekret, tak stary i stęchły jak orzech laskowy w zdrewniałej skorupce.

- Dlaczego nikt ich nie wychłostał?

Moim dziadkiem był Armand-Jean-Louis de Clarel Barfleur. Jego nazwisko nosiły miasteczko i rzeka. On sam w prostej linii wywodził się od Normanów oraz wcześniejszych Clovisów, i jeszcze wcześniejszego Childerika, króla Franków Salickich, stacjonującego ze swoimi wojownikami w lasach Toksandrii. I ktoś taki miał pozwolić, aby życie odebrali mu pijani san-kiuloci?

- Trudno to wytłumaczyć - odparł Bebe.

W rzeczy samej. Nie mieściło się to w głowie. Z tego, co zrozumiałem, z Paryża przybyło tylko dwóch ludzi. Moja rodzina była tchórzliwa jak gołębie - pomyślałem. Pozwolili, by ukręcono im szyje.