ROZDZIAŁ 1
Wczesnowiosenne słońce zaatakowało Poznań z całą mocą promieni, które oślepiały, ale i dodawały energii, jak to witamina D ma w zwyczaju. Złote refleksy prześwitywały przez ażurową firankę i kołysały się miarowo w rytmie delikatnych podmuchów wiatru. Światło załamywało się w szklance z koszyczkiem, do połowy wypełnionej wystygłą już herbatą, a Sabina Miodek, zastępca prokuratora okręgowego, wpatrywała się w nią i skupiona na własnym oddechu słuchała połajanek szefa.
Pomyślała, że nawet kwietniowa pogoda nie jest w połowie tak złośliwa i zaskakująca jak jej własny, Sabinowy los, kiedy niski baryton prokuratora okręgowego przywołał ją do rzeczywistości. Uniosła wzrok i otworzyła usta, żeby spróbować się bronić, ale Zygmunt Frojd sapał ciężko, więc odezwała się dopiero po chwili, dając mu szansę, by się opanował.
- Pracowałyśmy nad sprawą dwa lata - powiedziała. - Wpuszczenie kreta do mafii było genialnym pomysłem. Moim własnym, zaznaczę - dodała i uniosła palec wskazujący. - Szacun dla Anki, że zgodziła się zagrać tę niebezpieczną rolę.
- Pomysłem?! - wrzasnął prokurator, a przez jego twarz przesunęła się paleta kolorów od zielonego do buraczkowego. - Miała pani udowodnić, że nadaje się do tej pracy. Zapunktować, żeby pani nazwiska nie kojarzono z bogatym ojcem i układami, które, bądźmy szczerzy...
- Wiem, ile zawdzięczam ojcu - przerwała mu i skrzywiła się z niechęcią. Oddałaby królestwo, żeby szef kiedyś przyznał, że zapracowała na to sama.
- Opinia publiczna też zdaje sobie sprawę. - Trzasnął dłonią w blat biurka. - Już gdzieś wygrzebali, że jesteśmy kumplami ze studiów. Zaraz po tym, jak awansowała pani zbyt szybko, kilka razy...
- Ale, szefie! Akcja po części się udała - zaoponowała Sabina głośno i wyraźnie, bo mimo wszystko była dumna z tych dwóch lat pracy. - Rozmawiał pan z agentką Anką, opowiedziała panu o przekrętach, wskazała, skąd mafia bierze narkotyki. Mamy masę informacji, które po wielu latach naświetliły nieznane nam sposoby działania przestępców. Weźmy na przykład handel dziewczynami, pomyślałby pan, że ...
- Poszlaki - syknął prokurator, a płatki jego szerokich nozdrzy zadrżały. - Zwykłe plotki. Twardym dowodem miały być jej zeznania. Tej całej blond agentki z bożej łaski, prawda?
- Tak, Anki. - Kiwnęła głową, przygnieciona nieco próbą wybronienia się z tej patowej sytuacji. - Dokładnie.
- Czy dostaniemy te zeznania?
- Podobno nie - zająknęła się Sabina i przeniosła ciężar ciała z prawej nogi na lewą. Nie znosiła stać.
- Bo? - Frojd oparł łokcie na blacie i przemawiał do niej spoza dłoni, którymi energicznie pocierał czoło. W końcu oparł o nie twarz, wyraźnie zmęczony.
- Świadek zmieniła zdanie - wyjaśniła, choć oboje doskonale o tym wiedzieli. - Właściwie to zrezygnowała ze składania zeznań. Nie miała czego odwoływać, jako że nigdy nie zeznawała. Oficjalnie.
- Jakim cudem w ciągu tych miesięcy nie zabezpieczyła pani żadnych dowodów? - zapytał Zygmunt spokojniej, ale jego pulchne poliki drżały z wściekłości, a świdrujące ciemne oczy przewiercały podwładną na wskroś.
- Kilka nazwisk i miejsc zanotowałam, poza tym ufałam jej. - Sabina również czuła się zawiedziona, powiedziała to zresztą Ance dosadnie, ale nigdy nie stanęłaby na drodze miłości, bo tę uważała za sens życia, więc ostatecznie rozstały się w zgodzie.
- A ona zawiodła to zaufanie, zrezygnowała z pracy, olała nas i praworządność, bo?
- Kocha! - Sabina powtórzyła kolejny z faktów, które oboje już znali.
- Bynajmniej nie pracę ani nie panią!!! - wrzasnął Frojd, po czym całkiem schował twarz w dłoniach.
- Tego bandziora kocha - szepnęła Sabina i przesunęła się nieco w prawo, żeby szybko klapnąć na wolne krzesło, jeśli szef jeszcze przez chwilę nie będzie jej przewiercał tym morderczym spojrzeniem. - Z dwojga złego to niechże chociaż jej plan wypali. Będą mieli dziecko.
Zygmunt Frojd spojrzał na Sabinę ponownie, a ona wyczytała w jego wzroku rezygnację. Odpuściła pomysł siadania. Mimo trzydziestu pięciu lat na karku poczuła się jak uczennica, która czeka na karę. Rozumiała doskonale, że sprawa jest poważna. Za takie uchybienia zawsze lecą głowy, nawet jeśli dupy daje kto inny. Nie popisała się, a co gorsza, ogólnie nie miała się czym pochwalić, jako że jej dorobek zawodowy imponował jedynie rozmachem, z jakim pokazywały go media. Bądź co bądź, mocno wspierane przez jej ojca.
Na karę nie musiała długo czekać, szef trzymał ją w zanadrzu i rzucił jej w twarz bez skrupułów. Spotkało ją najgorsze: zsyłka na prowincję. Sabina rozumiała jednak, że dostała szansę na rehabilitację, i wspierana rangą stanowiska, którego utrata motywowała ją równie mocno, jak dbałość o wizerunek, postanowiła ową szansę wykorzystać do cna.
Podróż, umilana głosem Michaela Bublé, miała zająć najwyżej godzinę. Sabina przebyła większą część autostrady, zanim poddała się potrzebie i skręciła na stację paliw. Kobiecy radar wskazał jej trzy wolne miejsca obok siebie, szarpnęła więc kierownicą i wjechała w środkowe z rozmachem godnym kierowcy rajdowego. Dopiero kiedy zatrzymała samochód i przestała błądzić myślami pomiędzy swoim nieszczęściem a złośliwością losu i ludzkiej chuci, poczuła, że jej pęcherz za chwilę eksploduje. Wyłączyła silnik, odpięła pas i sięgnęła po torebkę, która podczas ostrego hamowania spadła z siedzenia pasażera. Zatrzymywanie auta w wykonaniu Sabiny zawsze było gwałtowne. Po prostu lubiła się sprężać, działać szybko i efektywnie. Przynajmniej takie miała o sobie wyobrażenie.
Jedną ręką podniosła torebkę, drugą szarpnęła za klamkę. Drzwi odskoczyły, Sabina poczuła, że musi się pospieszyć, bo za chwilę poniesie sromotną klęskę w walce z pęcherzem. Gdy tylko usłyszała kliknięcie zamka, pchnęła drzwi dłonią, za którą podążyła połowa jej ciała. Zamiast jednak wydostać się na zewnątrz, zdziwiona kobieta odnotowała, że jej kolano uderzyło w drzwi chwilę przed głową, która odbiła się od zimnej szyby z głuchym łoskotem. Pisnęła zdezorientowana, gdy zrozumiała, że drzwi zatrzymały się, opierając o bok innego samochodu.
Kierowca wyskoczył ze środka, okrążył oba pojazdy w mgnieniu oka i wziął się pod boki.
- Co pani?! - wrzasnął, wskazując ręką miejsce zadrapania.
- A pan co?! - odkrzyknęła pani prokurator i wygramoliła się ze środka, choć przy tych kilku kilogramach nadwagi nie było to łatwe. - Co się pan tak skrada? Nie można po ludzku podjechać?
- Znaczy? - Mężczyzna zmarszczył brwi wyraźnie skonfundowany. - Czy pani miała badany słuch? A wzrok do prawa jazdy sprawdzali? Jak można nie zauważyć i nie dosłyszeć, że ktoś parkuje obok?
- Radzę uważać na słowa. - Sabina spojrzała na kilkucentymetrową linię zadrapania, którą róg jej drzwi zostawił na lakierze sąsiada, i prychnęła: - Wielkie mi mecyje. Szminką bym to zamaskowała.
- Zniszczyła pani cudzą własność. - Pokrzywdzony wyglądał, jakby za chwilę miał się zagotować. - Należy ponosić konsekwencje swoich głupich decyzji.
Zerknęła na niego, ale pęcherz nie mógł dłużej czekać, więc odwróciła się i postukała obcasami do toalety, ignorując głośny sprzeciw mężczyzny. W drodze powrotnej kupiła kawę i pączka, bo nowa sytuacja życiowa wymagała, by Sabina była w jak najlepszej formie, a ona najlepiej czuła się właśnie po pączku. I niewielkiej torebce drażetek, którą chwyciła w ostatnim momencie ze stojaka obok kasy.
Wyszła na zewnątrz i zauważyła, że awanturujący się facet spisuje numer rejestracyjny jej samochodu. Prychnęła, ale musiała przyznać, że zirytował ją uporem. W końcu: o co tyle szumu?!
Odczekała chwilę za rogiem, a kiedy on zanurkował w bagażniku swojego samochodu, potruchtała i zdołała otworzyć drzwi, nim zorientował się, że wróciła. Zaczął coś mówić, ale Sabina, zajęta wsuwaniem się do auta przez wąską szczelinę, bo nie udało jej się szerzej otworzyć drzwi, zignorowała go kompletnie. Dosłyszała jedynie, że dokumenty, mandat i komenda.
Podbiegł do jej szyby, lecz sprytnie zdążyła zablokować zamki. Odpaliła silnik, a odjeżdżając, pokazała mu język. Zdawała sobie sprawę z faktu, że było to żałośnie dziecinne, ale nie umiała się powstrzymać.
Gniezno, oddalone od Poznania o niecałą godzinę drogi, wydało jej się tak inne od miasta rodzinnego. Pomyślała, że tak właśnie wygląda harmonia. Mieszkańcy nie biegają, tylko chodzą, ulice są tłoczne, ale nie zakorkowane. A z drugiej strony ludzie zdawali się zbyt ospali i powolni.
Rozejrzała się raz jeszcze. Wrażenie, że z każdej uliczki wyglądają tradycja i historia, rozgrzało na moment jej uczucia, lecz szybko sprowadziła się na ziemię. Sabina wychowała się w otoczeniu wieżowców i pomimo zachwytu małomiasteczkowym spokojem dobrym na urlop codzienne życie wolała wieść w dużych miastach.
Jechała wolno. Bardziej niż prowadzenia auta w obcych miejscach nie znosiła tylko zawracania, bo coś przegapiła. Skierowana przez przemądrzały GPS na ulicę Słomianka, pochyliła się w stronę kierownicy i obserwowała uważnie budynki. Stary dom, starszy dom i bum. Sabina prychnęła. Choćby chciała, nie mogłaby przegapić okazałego budynku prokuratury, który pysznił się na skrzyżowaniu. Tylko komu przyszło do głowy ustawianie frontu od ronda, gdzie nie wolno zaparkować? Pokiwała głową z niesmakiem nad brakiem logiki u nieznanych jej architektów, a potem zaparkowała dwoma kołami auta na chodniku i trzasnęła drzwiami. Niech spróbują dać jej mandat!
Zmiana miejsca zamieszkania na nieokreślony czas i awantura z bucem na stacji nastroiły ją tak, że nie pomógł nawet pączek. Obiecała sobie solidną kolację i pokrzepiona tą myślą pchnęła szklane drzwi.
Wnętrza budynku prokuratury przywitały ją chłodem marmuru i cieniem, bo podłużne okna przepuszczały niewiele światła. Poczuła się jak podczas zaciemnienia w czasie wojny. Nie żeby zdobyła takie doświadczenia, ale widziała w jakimś francuskim serialu, który akurat jej się przypomniał.
Podeszła do tablicy informacyjnej i odnalazła pokój prokuratora rejonowego. Skierowała się w stronę schodów, ale usłyszała za plecami głos zbliżającej się kobiety. Postanowiła zignorować wołanie, lecz tamta podeszła i chwyciła ją delikatnie za łokieć, kiedy Sabina stawiała pierwszy krok.
- Przepraszam. - Pannica, wystrojona w obcisłą garsonkę, szpilki i idealny makijaż, wskoczyła na schodek i stanęła tuż przed nią. - Czy mogę w czymś pomóc?
- Jeśli nie jest pani szefem tego przybytku, to wątpię. - Sabina rozumiała, że dziewczyna wykonuje swoje obowiązki, ale wkurzyła ją wąską talią, idealnie podkreśloną przez wcięcie w marynarce.
- Nie wolno sobie tak tutaj wchodzić. - Dziewczyna, zapewne stażystka, nie zrozumiała gry słownej. Wyglądała przy tym na skonfundowaną, zupełnie jakby ktoś kazał jej liczyć w pamięci.
- Do prokurator Korzeniowskiej - wycedziła Sabina przez zęby. - Jestem z Poznania.
- A! - Stażystka cofnęła się i wykonała gest, jakby zapraszała gościa na salony. - Czekamy na panią, proszę za mną, zaraz zapowiem, że już pani jest.
Sabina dałaby głowę, że młoda dopiero zaczynała karierę sekretarki, czy kim tam planowała zostać, i nikt nie zdążył wytłumaczyć jej, że nie wypada iść przed gościem. Zwłaszcza po schodach, gdzie kręci się zgrabnym tyłkiem, irytując przybyłego, który, choć nadal wygląda niezwykle korzystnie, może okazać się posiadaczem kilku zbędnych kilogramów. Gdy wreszcie dotarły do odpowiednich drzwi, dziewczyna zastukała lekko, uchyliła je, po czym wsunęła się do środka i usłużnie poinformowała, że "przyjechał Poznań", wzbudzając w Sabinie kilka prychnięć z rzędu.
- Dzień dobry. - Kobieta niewiele starsza od Sabiny, ale ubrana tak, że wyglądała jak babcia, podeszła i wyciągnęła dłoń. Szara spódnica nieokreślonej długości sprawiała wrażenie wykrochmalonej, bo nawet się nie zagięła, sweter w kolorze zgniłej zieleni zdobiły błyszczące guziki z plastiku, a szerokie, płaskie buty zdobiły ogromne klamry. Sabina wzdrygnęła się na ten widok. - Alfreda Korzeniowska, miło mi powitać przedstawicielkę okręgu.
- Sabina Miodek - przedstawiła się i przyjrzała brzydkiej twarzy koleżanki po fachu. Maleńkie, świdrujące oczka przyglądały się przybyłej wnikliwie spod opadających powiek, a ta starała się z całych sił nie skupiać na ogromnym, spiczastym nosie, który na myśl przywodził wiedźmy z dziecięcych bajek. - Zostałam oddelegowana do pomocy. Mam nadzieję na owocną współpracę.
- Ja również. - Alfreda wskazała jej fotel i podała szklankę wody. - Góra uważa, że nie poradzimy sobie ze zwykłym wiejskim morderstwem.
- Myślę, że nie o to chodzi. - Sabina rozumiała rozgoryczenie rejonowej, ale nim zastanowiła się nad współczuciem, zajęła się majtaniem szklanką z wodą, o którą nie prosiła. Wreszcie odstawiła ją na stolik i wytarła spocone dłonie w ołówkową modną spódnicę. - To dosyć głośna sprawa, a ja nie jestem tu, by przeszkadzać, ale by pomóc.
- Tak, oczywiście, to zrozumiałe. - Alfreda zaśmiała się krótko i bez wątpienia sztucznie. - Śledztwo prowadzi komenda przy ulicy Jana Pawła. Oczywiście informują mnie na bieżąco.
- Oczywiście! - Sabina uśmiechnęła się słodko i siorbnęła letniej wody, żeby się czymś zająć.
Wyrwanie się z towarzystwa Alfredy okazało się łatwe, jako że kobieta ewidentnie uważała się za pokrzywdzoną z powodu przyjazdu koleżanki o wyższej randze, przed którą będzie musiała odpowiadać. Zwyczajnie uścisnęła jej dłoń i wyjaśniła, gdzie należy się zgłosić. Sabina, zadowolona, że nowa znajoma nie chce jej towarzyszyć, zapoznawać i wyjaśniać, zapewniła, że sobie poradzi, i czym prędzej skierowała się do rzeczonej komendy.
W tym wypadku znalezienie właściwego budynku przysporzyło jej więcej problemu, a to z powodu jego wyglądu. Komenda wyglądała jak stary, byle jaki, zapuszczony dom wielorodzinny. Kolor elewacji skojarzył się Sabinie z szarością ptasich odchodów.
Stanęła przed drzwiami i złapała się pod boki. Frojd będzie musiał przeprosić ją za zesłanie do tego grajdołka. Pomimo wszystko. Ale najpierw pokaże mu, ile jest warta.
Otworzyła skrzypiące drzwi i weszła do dusznego korytarza. Oficer dyżurny, sądząc po dźwięku dochodzącym spod lady, oglądał mecz. Już wcześniej postanowiła, że od progu należy zaznaczyć, kto tu rządzi. Ci tutaj nie wiedzieli, że została zesłana. Dla nich była przedstawicielem szczebla wyższego niż lokalna prokuratura i jasnym było, że wszyscy przed nią odpowiadają. Mogła postawić na przyjazne i towarzyskie stosunki, ale z doświadczenia wiedziała, że ludzie wtedy mniej się starają, zwłaszcza jeśli mają do czynienia z kobietą. Sabina nie planowała zawierać głębszych znajomości, dlatego wybrała respekt. Policjanci to trudna do zdominowania grupa, dlatego pani prokurator zaatakowała od progu. Niech wiedzą, że należy się z nią liczyć!
Podeszła, przystawiła twarz do szyby, którą ogrodzona była dyżurka, i ryknęła na całe gardło:
- Tylu chłopów w jednej ruderze i nawet drzwi nie ma kto naoliwić?!!! Piszczą niczym bieda w moim portfelu.
Zaskoczony funkcjonariusz mrugnął raz i drugi, zanim pojął, co się właściwie wydarzyło.
- Żebym słyszał, kiedy ktoś wchodzi - odpowiedział przepraszającym tonem, jakby z rozmachu, wbrew woli.
- I słyszał?
- Kto? - odrzekł, całkiem już zagubiony - Co?
- Gdzie komendant? - zapytała wolno, bo odniosła wrażenie, że facet dostał pracę w ramach wspierania niedorozwiniętych.
- W biurze - odpowiedział, ale zaraz zreflektował się i zerwał ze stołka. - Pokażę.
Sabina rozejrzała się po wnętrzu. Ściany koloru wyżutej gumy balonowej zdawały się brudne przez kiepskie oświetlenie. Spojrzała w głąb ciemnego korytarza po prawej stronie i ku swemu przerażeniu dostrzegła brązową lamperię. Wszystkie drzwi w zasięgu wzroku pomalowano białą farbą olejną, pachniało kurzem i zupką chińską.
Funkcjonariusz wskazał wytarte schody, a potem ruszył krok za nią, sądząc po sapaniu, nieco zdenerwowany sytuacją. Wzięli dwa zakręty, a przed każdym z nich oficer wysuwał się do przodu na tyle, by jego dłoń, wskazująca kierunek, była widoczna dla gościa. A potem znów truchtał z tyłu. Wreszcie odchrząknął dwa razy, widocznie zbierając się na odwagę, i oznajmił:
- To tutaj.
Sabina zatrzymała się i spojrzała wymownie. Oficer dopiero po krótkiej pauzie zrozumiał ten komunikat i mruknął z niezadowoleniem. Podszedł do drzwi, uderzył w nie tak mocno, że Sabina podskoczyła, i otworzył, gdy dostał pozwolenie ze środka. Potem wsadził głowę w szczelinę, poruszył się dziwnie. Sabina zmrużyła oczy, bo zdawało się jej, że żółtodziób zasalutował jak w wojsku.
- Dyżurny Stec! - Z gabinetu dosłyszała ostry męski głos. - Czego mi dupę zawracacie? Telefonu nie ma?
- Panie komendancie, przyjechała. - Zamilkł na chwilę. - Kobieta... znaczy pani ...
Sabina wiedziała, że dopiero w tym momencie dotarło do niego, iż nie zapytał ani o nazwisko, ani o cel wizyty. Złapała go za łokieć ręki, którą nadal trzymał na klamce, i odciągnęła stanowczo, acz delikatnie. Żal jej się zrobiło gówniarza. W końcu nieładnie jest dokuczać chorym, a ten naprawdę się starał.
- Odejdź - szepnęła.
A potem wparowała do gabinetu niczym burza, aż żabot na jej bluzce zatańczył w rytm kroków. Pewna siebie, twarda profesjonalistka. Tak! Taką mieli ją poznać.
- Sabina Miodek - przedstawiła się głośno i rozpędzona od samych drzwi, ledwie wyhamowała przed biurkiem, które stało bliżej, niż zakładała. - Zastępca prokuratora okręgowego... - Spojrzała na komendanta i poczuła, jak krew odpływa jej z policzków. Na chwilę zgubiła rezon, więc dokończyła nieco ciszej: - Zygmunta Frojda z Poznania.
- To pani! - syknął mężczyzna i wstał, wsuwając przy tym koszulę pod służbowy pasek. - W Poznaniu skończyły się samochody do odrapywania?
- Pan sobie daruje te złośliwości. - Sabina odzyskała pewność siebie i postanowiła dalej walczyć o pozycję, niezbyt zadowolona, że widok mężczyzny, z którym pokłóciła się na stacji kilka godzin wcześniej, tak łatwo ją zastopował. W końcu miała być twarda. - Na służbie rozmawiamy o sprawach służbowych. Prywatę proszę sobie zostawić na "po godzinach", panie...?
- Komendancie - poprawił ją z naciskiem. - Komendant Janusz Psikuta. Mam rozumieć, że po pracy spotkamy się, aby zdecydować, w jaki sposób naprawi pani szkodę wyrządzoną mojemu mieniu?
- Proszę opowiedzieć o sprawie, zanim oskarżę pana o molestowanie - powiedziała i usiadła na wysłużonym krześle. - Propozycję spotkania po pracy jestem zmuszona odrzucić.
Komendant Psikuta zbladł, widocznie pojął, że propozycja rzeczywiście między wierszami wygląda niezręcznie. Na jego przystojnej twarzy odmalowało się zażenowanie. Strzepnął z munduru niewidzialny pyłek i zajął swoje krzesło.
- We wsi Kiszkowo, oddalonej od Gniezna o jakieś dwadzieścia kilometrów, z czwartku na piątek, trzeciego kwietnia, znaleziono ciało księdza - wyjaśnił grzeczniejszym już tonem, ale wyrzucał z siebie słowa niczym maszyna i podsunął jej teczkę. - Wszystko jest tutaj, ale nie znaleźliśmy zbyt wiele.
- Ma pan świadomość, komendancie, że ta sprawa już jest głośna, bo chodzi o osobę duchowną? - Sabina sięgnęła po dokumenty i zajrzała do środka. Trochę tego było.
- Jak najbardziej, siedzi nam na głowie kuria, opinia publiczna, prokuratura i wierni. - Komendant oparł się, próbując wyglądać na pewnego siebie, ale dłonie miał splecione, a zęby zaciśnięte.
- A wy w ciągu prawie dwóch tygodni nie znaleźliście zbyt wiele - zacytowała, podniosła się i podeszła do drzwi. - Zapoznam się z aktami. Proszę mi wyznaczyć kogoś do pomocy. Jutro zaczynamy poważne śledztwo.
- Stec - powiedział komendant, kiedy naciskała klamkę. Po jego ustach błądził szyderczy uśmiech. - Posterunkowy Stec, pełni obowiązki dyżurnego dzisiaj, poznaliście się już, jest jedynym, którego mogę pani oddać.
Sabina odwróciła się i spojrzała na Psikutę z nienawiścią godną kota, który obserwuje, jak pies wyjada mu karmę z miski. Na czole komendanta wyobraziła sobie tarczę do rzutek.
- Braki kadrowe. - Zdążył wyjaśnić i wzruszyć ramionami, nim trzasnęły drzwi.