Park Puggleton. Tom 1 - Deanna Kizis

Kup ebooka

29.90 zł
23.92 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Powszechnie znaną prawdą jest to, że każdy pies potrzebuje stałego domu.

Z mopsiczką Penelopą nie było inaczej. Penelopa była przybłędą w Parku Puggleton, ale nie była nią od zawsze. Nosiła obrożę ze swoim imieniem, co oznacza, że miała opiekuna. Ale choć bardzo tego chciała, Penelopa nie mogła odnaleźć swojej pani, do której należała.

Jeśli kiedykolwiek odwiedziliście Park Puggleton, to wiecie, że to cudowne miejsce w samym centrum Londynu. Są tam połacie trawy, na której można zrobić piknik, błękitne kwiaty dzwonków, które można powąc­hać, i spieniony strumyk, z którego można się napić. Jeśli stanie się w odpowiednim miejscu, można też zobaczyć pałac Buckingham, wyglądem przypominający duży weselny tort z polewą na górze.

Wszyscy w mieście uwielbiali odwiedzać Park Puggleton - w szczególności Penelopa. Była łagodnym, niemal jedenastomiesięcznym szczeniaczkiem, który lubił ogryzać kości, aportować oraz wcinać psie chrupki. Znano ją także z tego, że dawała ludziom całusy, szczególnie tym, których lubiła, a ona sama była łagodna - mimo że nie została odpowiednio wychowana. To nie była oczywiście wina Penelopy, ale jej pani - troskliwej kobiety, która po prostu nie mogła się oprzeć rozpieszczaniu swojej suczki.

W dniu, w którym Penelopa się zgubiła, wspaniale spędzała czas ze swoją panią. Bawiły się w aportowanie niedaleko lasku ze starymi dębowymi drzewami, zbierały dzwonki z łąki, schładzały stopy i łapki w spienionym strumyku, a na koniec znalazły idealne miejsce na zasłużony piknik.

Podczas gdy jej pani zajadała się jej ulubionymi malinowymi tartami, Penelopa leżała jej przy nogach i gryzła psi smakołyk, który dostawała zawsze jako wyjątkowy rarytas. Zadowolona Penelopa przyglądała się dwóm bawiącym się w pobliżu fox terierom, które przewracały się wzajemnie z coraz większą energią w udawanej walce.

- Chodź się z nami pobawić! - zawołał jeden z terierów w krótkiej przerwie w rywalizacji.

- Nie, dziękuję - odpowiedziała Penelopa i przewróciła się na bok, ziewając.

Słońce ogrzewało jej brzuszek i sprawiło, że poczuła senność. Poza tym wolę towarzystwo mojej pani od jakiegokolwiek innego - pomyślała sobie Penelopa. W tym momencie jej opiekunka wyciągnęła dłoń, by ją podrapać i pogłaskać. Nie mam powodu, by się stąd ruszać.

Nagle coś zwróciło jej uwagę. Och, to była przeokropna wiewiórka!

Powinnam tu wspomnieć, że Penelopa ogólnie nie przepadała za wiewiórkami, a ta akurat była nawet okropniejsza od innych, z tymi przebiegłymi oczkami, szczurkowatym ogonkiem i ogromnymi zębiskami na przedzie. To nie była wiewiórka, tylko wiewiór! Okropny Wiewiór!

Mopsiczka patrzyła z niepokojem, jak gryzoń podbiega do koszyka piknikowego jej pani, wyciąga z niego malinową tartę i z nią ucieka.

Tak się nie godzi! Więc, jak każdy grzeczny mops broniący własności swojej pani, Penelopa zaszczekała:

- Stój, złodzieju! - I pobiegła za swoją ofiarą.

Cóż to był za pościg!

Penelopa pogoniła za Okropnym Wiewiórem obok bawiących się terierów, przez łąkę dzwonków i spieniony strumyk. Minęła stare dęby i pobiegła przez zieloną łąkę, robiąc zygzaki w tę i w tamtą stronę. Prawie go złapała obok Łabędziego Stawu - od kłapiących zębów Penelopy jego ogon dzieliła tylko odległość wielkości żołędzia, ale w ostatnim momencie Okropny Wiewiór wbiegł na drzewo i powiedział kpiąco:

- Miło było panią poznać!

I tak po prostu złodziej i malinowa tarta zniknęli.

Penelopa była wściekła, bo naprawdę nie lubiła przegrywać. Była też jednak na tyle mądra, by wiedzieć, że to czas na zaakceptowanie porażki i powrót do miejsca, z którego przyszła.

Popatrzyła w prawo i zobaczyła tam tylko drzewa. Popatrzyła w lewo - tam tylko trawa. W tym momencie zdała sobie sprawę, że się zgubiła. I nie była tylko lekko zagubiona, a lekko mocno zagubiona.

Dalsza część w wersji pełnej