Park Marconiego. Komisarz Erik Winter. Tom XII - Ake Edwardson

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

KOMI­SARZ POLI­CJI KRY­MI­NAL­NEJ ERIK WIN­TER poczuł zapach wio­sny. Znów nad­cho­dzi, chwała na wyso­ko­ści. Nagle odczuł radość, jak ktoś, kto już myślał, że zapo­mniał, jak to jest. Szedł przez Kung­stor­get i zro­bił nawet kilka tanecz­nych kro­ków. Cho­ciaż nie, nie zro­bił, miał zamiar, ale coś go powstrzy­mało. Może paczka, którą niósł pod pachą. Miał w niej łopatkę jagnięcą, kilka cobur­ge­rów i puszkę sar­deli. Szedł do domu. Miał być sam, cho­ciaż czło­wiek sto­jący przy kuchni ni­gdy nie jest sam. Będzie nacie­rał jagnię­cinę zio­łami i czosn­kiem i popi­jał whi­sky, ale tylko szkla­neczkę. Czło­wiek mający pod ręką szkla­neczkę whi­sky rów­nież ni­gdy nie jest sam.

Była już szó­sta po połu­dniu, ale wciąż widno. Samo w sobie było to powo­dem do rado­ści. Pomy­ślał o Angeli, Elsie i Lilly. Jesz­cze trzy mie­siące i ich rodzina będzie już na zawsze razem.

W gór­nej kie­szonce jego mary­narki zawi­bro­wał tele­fon. Wyjął go, spoj­rzał na wyświe­tlacz i przy­ło­żył do ucha. Head­set to nie dla niego, słu­chawki nie byłyby dobre na szumy uszne se?ora Win­tera. Na to nic nie jest dobre, nawet naj­lep­sza whi­sky, nawet Col­trane.

- Hola! - powie­dział.

- Jak wesoło to powie­dzia­łeś! - zauwa­żyła.

- Bo mi wesoło.

- Bar­dzo mnie to cie­szy.

- Mnie też.

- Tak cię sły­chać, jak­byś był na dwo­rze.

- Zgad­nij gdzie.

- Kung­stor­get?

- Zga­dłaś.

- Szkar­ła­cica?

- Nie.

- Wątro­bianka?

- Bli­sko, ale to nie to.

- Jagnię­cina.

- To nawet nie było pyta­nie - zauwa­żył.

- A u nas pada - powie­działa.

- Do Göteborga przy­szła wio­sna.

- To się ciesz.

- Nie powie­dzia­łaś tego tak, jak­byś się cie­szyła.

- A kto powie­dział, że ja się cie­szę?

- Ty, dopiero co.

- To było chwi­lowe.

- Angelo, co się dzieje?

- Sama nie wiem.

- Prze­cież nie­długo się zoba­czymy.

- Za trzy mie­siące - powie­działa.

- No co ty opo­wia­dasz, zoba­czymy się wcze­śniej.

- Prze­ko­namy się.

- To zabrzmiało naprawdę nie­po­ko­jąco.

- Coś się sta­nie, Eriku, a ty znik­niesz.

- Zniknę?

- Zapad­niesz się w sie­bie.

Jeśli rze­czy­wi­ście stało się to tu, w tym miej­scu, musiało to być w nocy. Do tego mniej wię­cej spro­wa­dzała się opi­nia leka­rza sądo­wego. Pia E:son Fröberg powie­działa to Eri­kowi Win­te­rowi na krótko przed świ­tem. Stała w krza­kach na małym skwerku przed domem kul­tury w dziel­nicy Frölunda. Po dru­giej stro­nie, w otwar­tym tunelu, znaj­do­wał się przy­sta­nek tram­wa­jowy. Wła­śnie wyje­chały pierw­sze tram­waje. Wszę­dzie dookoła beton i szkło, stary beton i nowy.

Win­ter przy­glą­dał się postaci leżą­cej na ziemi. Ofie­rze. Męż­czyź­nie, to aku­rat było widać, bo spodnie i kale­sony miał ścią­gnięte poni­żej kolan, a geni­ta­lia odsło­nięte. Ręce zwią­zane na ple­cach, kostki nóg zwią­zane sznur­kiem. Na gło­wie foliowa torba, zaci­śnięta na szyi. Nachy­lił się, żeby przez nie­bie­ską folię spoj­rzeć na pro­fil zmar­łego. Jego twarz wyglą­dała tak, jakby była pod wodą. Pamięć Win­tera wyko­nała skok w cza­sie. W dwie sekundy wró­cił do wyda­rzeń sprzed dwóch lat i do zama­za­nego obrazu, który miał przed oczami, gdy jego ciało opa­dało na dno, ku śmierci. Ale nie umarł wtedy, stoi tu, a jedyną pamiątką po tym, że otarł się o śmierć, jest nie­ustanny szum w uszach, jak szum wzbu­rzo­nego morza. Ten męż­czy­zna na ziemi jest już bar­dzo daleko od życia. Lekarka chyba powie­działa coś o trau­mie i jesz­cze coś, czego nie dosły­szał. Pod folią była krew, na pewno krew, cho­ciaż w nija­kim świe­tle pada­ją­cym z nija­kiego nieba wyda­wała się raczej czarna niż czer­wona. Spoj­rzał w górę. Nic tam nie było. Znów spoj­rzał w dół.

- Musiał chyba być nie­przy­tomny, kiedy mu nacią­gano torbę na głowę - powie­dział.

Pia Fröberg nie odpo­wie­działa.

- Ina­czej jed­nej oso­bie byłoby chyba trudno - cią­gnął.

- Chcesz powie­dzieć, że sam to zro­bił? - powie­działa, odwra­ca­jąc się do niego. Nie uśmie­chała się. Czarny humor.

- To bar­dzo wąt­pliwe - odparł. Ze znaj­du­ją­cego się poni­żej tunelu powiało chło­dem.

Wpa­try­wał się w literę leżącą na zwło­kach: wiel­kie czarne R. Napi­sano je ręcz­nie na bia­łym, pośpiesz­nie i krzywo oddar­tym kawałku pudełka, chyba od tortu. Wyglą­dało, jakby zostało zapi­sane ze zło­ścią, gniew­nym pocią­gnię­ciem gru­bego pędzla. Kon­tury tro­chę się roz­lały, jak to czarne na twa­rzy nie­bosz­czyka pod folią. Ta folia wygląda jak szyba, pomy­ślał, jak szyba, przez którą teraz może patrzeć, jakby to był jakiś przy­wi­lej. Naszło go zna­jome paskudne prze­czu­cie, że jesz­cze będzie to oglą­dał. Wiatr zawi­ro­wał w tunelu i wró­cił do niego. Zgi­nie w tym wie­trze.

- Facet naj­wy­raź­niej lubi torty - ode­zwał się komi­sarz Fre­drik Hal­ders. Zespół docho­dze­niowy zebrał się na pierw­szej odpra­wie.

- Który facet? - spy­tał komi­sarz Ber­til Ring­mar.

- To nie jest zabawne - powie­działa inspek­tor Aneta Dja­nali. - Ani tro­chę.

- Taki czarny humor - odparł Hal­ders.

- To chyba rze­czy­wi­ście było pudełko po tor­cie - ode­zwał się Win­ter. - Öberg już spraw­dza.

- No pro­szę - odparł Hal­ders.

- Ile takich pude­łek może krą­żyć po mie­ście? - zasta­na­wiała się inspek­tor Gerda Hof­f­ner.

- Tyle samo co tor­tów - odparł Hal­ders. - Nawia­sem mówiąc, mój stary był cukier­ni­kiem.

- No to prze­słu­chasz cukier­ni­ków - stwier­dził Win­ter.

- Żar­tu­jesz?

- Taki czarny humor.

Gerda Hof­f­ner się zaśmiała.

- Widzę, że ktoś tu ma poczu­cie humoru - zauwa­żył Hal­ders.

- To nie jest zabawne - powtó­rzyła Aneta.

- Fakt. To mor­der­stwo rze­czy­wi­ście nie jest zabawne - powie­dział Win­ter.

Niebo za oknem było błę­kitne, błę­kitne jak nie­skoń­czo­ność i tak samo odwieczne. Była w nim odpo­wiedź, samotny, roz­pacz­liwy krzyk z prze­szło­ści. Prze­szłość to bar­dzo długa wyprawa do pie­kła, pomy­ślał Win­ter. Odwró­cił się od okna, kiedy Ring­mar zapu­kał w otwarte drzwi.

- Per­messo?

- Oczy­wi­ście, wejdź, Ber­tilu.

Ring­mar wszedł do pokoju i usiadł w fotelu naprze­ciw biurka. Win­ter na­dal stał przy oknie. Słońce świe­ciło mu w plecy, ale było tak samo zimne jak wiatr na dwo­rze.

- Co my tu mamy? - spy­tał Ring­mar.

- Zemstę - odparł Win­ter.

- Za co?

Win­ter nie odpo­wie­dział. Zza okna dobiegł jakiś odgłos. Poli­cjant się odwró­cił. Prze­le­ciały trzy czarne ptaki, krzy­czały coś w niebo.

- Zemstę za co? - powtó­rzył Ring­mar.

- Za coś, co się stało w prze­szło­ści - odpo­wie­dział Win­ter. Już był gotów do tej roz­mowy. To była ich metoda. Wymiana luź­nych myśli i sko­ja­rzeń, które mogłyby ich popro­wa­dzić wstecz, a potem do przodu.

- W odle­głej prze­szło­ści? - spy­tał Ring­mar.

- Nie­zbyt odle­głej.

- Dzie­sięć lat?

- Mniej - powie­dział Win­ter.

- Zemsty za coś, co się stało nie­dawno?

- Tak.

- Zemsty za prze­moc?

- Tak.

- Na kobie­cie innego męż­czy­zny?

- Tak.

- Na męż­czyź­nie innego męż­czy­zny?

- Nie.

- Mogło tak być.

- Ow­szem.

- Mogło też być cał­kiem co innego.

- Tak - odparł Win­ter. - I to jesz­cze daw­niej.

- Wię­cej niż dzie­sięć lat temu - powie­dział Ring­mar. - Co się wtedy stało?

- Coś, czego nie da się zapo­mnieć - odparł Win­ter.

- Zamor­do­wany miał goły tyłek - przy­po­mniał Ring­mar. Zamor­do­wanym był nie­jaki Robert Hall, pobity do nie­przy­tom­no­ści, a potem udu­szony foliową torbą, co może nale­ża­łoby uznać za akt miło­sier­dzia.

- Został powa­lony jakąś pałką, bo to był jedyny spo­sób - zauwa­żył Ring­mar.

Win­ter przy­tak­nął.

- Hall nie nale­żał do męż­czyzn drob­nej postury - dodał Ring­mar.

- A my szu­kamy gościa drob­nej postury? - spy­tał Win­ter.

- Może kobiety?

- Nie.

- Nie?

- Nie, nie szu­kamy kobiety, w każ­dym razie nie jako sprawcy.

- Cher­chez la femme - powie­dział Ring­mar. - Tak czy ina­czej.

- Myśla­łem, że trzeba raczej iść za pie­niędzmi.

- Też.

- Nie cho­dzi o pie­nią­dze - zaopo­no­wał Win­ter.

- Tylko o gniew.

- Wielki gniew.

- Dla­czego wła­śnie tam?

- Bo to jedyne miej­sce, gdzie nie było ich widać - stwier­dził Win­ter.

- To była zapla­no­wana zbrod­nia?

- Odpo­wiedź brzmi: tak.

- W takim razie zabójca mieszka nie­da­leko - powie­dział Ring­mar.

- Nie­ko­niecz­nie - uznał Win­ter.

- Mieszka nie­da­leko - powtó­rzył Ring­mar.

- Pocze­kamy, zoba­czymy.

- Na co?

- Na następną ofiarę.

Win­ter poje­chał z powro­tem na Mar­co­ni­ga­tan i zapar­ko­wał na połu­dnie od torów tram­wa­jo­wych. Zmierz­chało, beton wyglą­dał jak pokryty matową błoną. Wysiadł z samo­chodu. Grupa uczniów, gim­na­zja­li­stów, zeszła po scho­dach domu kul­tury i zatrzy­mała się przy poli­cyj­nej taśmie. Nie widział dokład­nie ich twa­rzy, ale i tak wie­dział, że są zafa­scy­no­wani tym, że to nie film ani powieść kry­mi­nalna. Nauczy­ciel pró­bo­wał ich pogo­nić, może do szkoły, ale dzie­ciaki nie prze­sta­wały się wpa­try­wać w funk­cjo­na­riu­szy w faj­nych czar­nych skó­rach. Może któ­ryś się zgo­dzi dać auto­graf. Tech­nicy kry­mi­na­li­styki, ryjący z tyłu jak śmie­cia­rze, nie byli już tak szy­kowni.

Tor­sten Öberg pod­niósł wzrok. Spoj­rzał na sto­ją­cego nad nim Win­tera.

- Cał­kiem przy­zwo­ite ślady.

- Czego? - spy­tał Win­ter.

- Butów.

- Aha.

Öberg wstał. Nie­dawno dostał ofi­cjalny awans na szefa wydziału tech­nicz­nego, któ­rym nie­ofi­cjal­nie kie­ro­wał od wielu lat. Jakby urósł. Zro­bił się pra­wie tak wysoki jak Win­ter.

- Cią­gnął go kilka metrów po ziemi, w krzaki.

- Aha.

- Ude­rze­nie w poty­licę.

- Pia powie­działa, że tylko jedno.

- A potem nacią­gnął mu ten kap­tur.

- Przed­tem ścią­gnął Hal­lowi spodnie.

- Powie­dzia­łeś to tak, jak­byś miał do tego oso­bi­sty sto­su­nek.

- Co takiego?

- Ścią­gnął Hal­lowi spodnie.

- No to ścią­gnął ofie­rze spodnie - powie­dział Win­ter.

- Nie. Wydaje mi się, że naj­pierw wło­żył mu torbę na głowę. Zresztą nie wiem. Trzeba będzie zro­bić wizję lokalną, odtwo­rzyć to cho­ler­stwo. Ale myślę, że chciał się upew­nić, że facet nie żyje.

Win­ter nic nie powie­dział.

- O czym myślisz, Eriku?

- O sza­leń­stwie - odparł Win­ter.

- W jego piśmie jest agre­sja - stwier­dził Öberg.

- Co jesz­cze da się o tym powie­dzieć?

- To litera R.

- Znam alfa­bet - powie­dział Win­ter.

- Została nama­lo­wana ener­gicz­nie - dodał Öberg. - To jedyne, co mogę powie­dzieć.

- Potrzeba nam wię­cej liter - stwier­dził Win­ter.

- To życze­nie?

- Nie, sza­leń­stwo.

Rozdział 2

2

ROBERT HALL MIESZ­KAŁ w dziel­nicy Järnbrott, nie­zbyt daleko od miej­sca, gdzie zna­le­ziono jego ciało i gdzie praw­do­po­dob­nie został zamor­do­wany.

Miesz­ka­nie skła­dało się z dwóch pokoi z kuch­nią. Okna i prze­szklone drzwi w kuchni i dużym pokoju wpusz­czały mnó­stwo świa­tła. Padało od pół­nocy. Win­ter wyszedł na bal­kon i spoj­rzał na dwa stare korty teni­sowe, nie­wiel­kie boisko do piłki noż­nej i budynki, które wyglą­dały na szkołę. No oczy­wi­ście, to Frölundaskolan. Boisko ma znik­nąć, tak sły­sza­łem. Mają zagę­ścić. Za dużo prze­strzeni i świa­tła, no i trawy, oczy­wi­ście z wyjąt­kiem boiska.

Robert Hall był roz­wie­dziony, jego była żona miesz­kała z dziećmi w Bor?s. Nie­da­leko ucie­kła, pomy­ślał Win­ter, wcią­ga­jąc do płuc powie­trze pełne wio­sny i życia. Sąd powie­rzył Lin­nei Hall wła­dzę rodzi­ciel­ską nad dwoj­giem ich wcho­dzą­cych w wiek doj­rze­wa­nia dzieci, synem i córką. W tam­tej chwili nie pamię­tał ich imion. Matka jako jedyna opie­kunka, to oczy­wi­ście coś zna­czy. Aneta już wyru­szyła do Bor?s. Ni­gdy tam nie byłam, powie­działa na poran­nej odpra­wie. Boże, ode­zwał się Hal­ders, jak to moż­liwe? Mają tam zoo i inne rze­czy.

Win­ter usły­szał, że w szkole dzwoni dzwo­nek. Ni­gdy nie lubił tego dźwięku. Koja­rzył mu się z bra­kiem wol­no­ści - jak wszystko, co się wią­zało ze szkołą. Nawet dzwo­nek na prze­rwę nie dawał mu poczu­cia wol­no­ści, nawet ten pod koniec dnia, bo wie­dział, że jutro znów zadzwoni na lek­cje. Nie było wyj­ścia, tak miało wyglą­dać całe jego dzie­ciń­stwo i mło­dość, a potem doro­słość i sta­rość. Zro­zu­miał to wcze­śnie, aż za wcze­śnie. Cza­sem zadzwoni na prze­rwę, dzwo­nek cho­lerny, ale zawsze zadzwoni na lek­cję. Może nawet jego decy­zja, żeby zostać poli­cjan­tem, wzięła się stąd, że wtedy była szansa, iż nie będzie tkwił w czte­rech ścia­nach.

Ale tak naprawdę był tylko jeden spo­sób, żeby osią­gnąć spo­kój ducha. Spo­sób Roberta Halla. W dodatku Hall był nauczy­cie­lem. Może jest w tym nawet jakaś sym­bo­lika, pomy­ślał Win­ter, patrząc na dzieci wybie­ga­jące ze szkoły, szybko jak cho­lera. Za dużo prze­kli­nam, pomy­ślał, ale skoro to robię w myślach, to może wcale nie jest prze­kli­na­nie. Prze­cież zostaje mię­dzy mną a mną.

Sły­szał tech­ni­ków Öberga. Krę­cili się po miesz­ka­niu. Szu­kali zarówno rze­czy waż­nych dla śledz­twa, jak i nieważ­nych, przy czym te dru­gie mogły się oka­zać roz­strzy­ga­jące. Miesz­ka­nie wyglą­dało cał­kiem schlud­nie, gdy weszli z For­dem i Brat­tlin­giem. Posprzą­tane i uła­dzone, jakby Hall spo­dzie­wał się nie­długo wró­cić, ale wszystko pouty­kał na miej­sca, na wypa­dek gdyby ktoś przy­szedł przed nim. Nic podej­rza­nego, przy­naj­mniej jak do tej pory, ale wystar­czy włą­czyć kom­pu­ter i czło­wiek prze­staje się dzi­wić. Zakon­nice mają ścią­gnięte por­nosy z księżmi, a biskupi z zakon­ni­cami. Można tam zna­leźć nie­wy­obra­żalne wręcz paskudz­twa, choćby nagra­nia z festi­wali tańca ludo­wego i dys­ku­sji lite­rac­kich. Kie­dyś natra­fił na kom­plet dwu­dzie­stu dorocz­nych festi­wali szwedz­kiej pio­senki plus eli­mi­na­cji do nich z ostat­nich lat.

Było to dość szo­ku­jące prze­ży­cie.

Wszedł z powro­tem do miesz­ka­nia.

Ring­mar wyszedł z kuchni.

- Facet lubił porzą­dek - zauwa­żył.

- Nauczy­ciel - powie­dział Win­ter.

- A co to ma do rze­czy?

Win­ter nie odpo­wie­dział. Na sto­liku przed kanapą leżał sto­sik ksią­żek. Spoj­rzał na leżące na wierz­chu pięk­nie wydane dzieło o Göteborgu - daw­niej i dziś.

- Mam ją - powie­dział Ring­mar.

- Jesteś tam? - spy­tał Win­ter.

- Co?

- Wymie­nili cię w tej książce?

- Wyko­pa­li­ska nie się­gnęły jesz­cze tak głę­boko - odparł Ring­mar.

- Więc będzie wię­cej.

- Na razie kopiemy płytko - powie­dział Ring­mar.

- Czyli koło mnie - zauwa­żył Win­ter.

- Jesteś przy­gnę­biony?

- Tro­chę. Naszło mnie, kiedy sta­łem na bal­ko­nie.

Ring­mar wyj­rzał przez okno. Słońce świe­ciło ośle­pia­jąco.

- Szkoła, już rozu­miem.

- Chyba każ­dego ogar­nia melan­cho­lia, kiedy prze­cho­dzi koło szkoły - powie­dział Win­ter. - Zwłasz­cza jeśli to jego dawna szkoła.

- Nie melan­cho­lia, tylko nie­na­wiść - odparł Ring­mar.

- To cie­kawe.

- Bar­dzo nor­malna reak­cja.

- A więc ktoś nie­na­wi­dził Roberta Halla.

- Nauczy­ciele bywają nara­żeni na wiele rze­czy, ale nie­czę­sto są mor­do­wani.

- A on został zamor­do­wany za coś.

- Nie­wła­ściwy czło­wiek w nie­wła­ści­wym miej­scu.

- Nie, to on miał być ofiarą - powie­dział Win­ter.

- Za co?

- Za coś, co zro­bił kie­dyś.

- W mło­do­ści.

- Co to zna­czy mło­dość?

- Dwa­dzie­ścia parę lat.

Ring­mar prze­szedł przez pokój i wyj­rzał przez okno. Win­ter podą­żył za jego spoj­rze­niem. Teraz było tam pusto: żwir, trawa i szkoła.

- To boisko do piłki ma znik­nąć - ode­zwał się Ring­mar.

- Wiem, sły­sza­łem.

- Tak jak boisko na Mar­co­niego.

- Tak?

- Już go nie ma. Zbu­do­wali tam halę ze sztucz­nym lodo­wi­skiem. Cał­kiem nie­da­leko stąd. Kurde, o tam! Widać stąd.

- Gra­łem na tym boisku - powie­dział Win­ter.

- Coś ty?

- Fin­ter BK. Pod­ją­łem wtedy ostat­nią próbę. Mia­łem trzy­dzie­ści pięć, może trzy­dzie­ści sześć lat. Kolana nie wytrzy­mały.

- Ja się wcze­śnie wyco­fa­łem - powie­dział Ring­mar. - Zro­zu­mia­łem, że nie mam dość talentu. Nie mia­łem nawet wielu kon­tu­zji.

- No tak, lepiej skoń­czyć wcze­śniej.

- Czego uczył Hall?

- Gim­na­styki. I szwedz­kiego.

- Wszystko, czego czło­wie­kowi potrzeba - zauwa­żył Ring­mar.

- Ale nie pozwo­liło mu to prze­żyć. Nie sądzę, żebym dał radę prze­słu­chać wszyst­kich jego kole­gów.

- No to nie rób tego. Eriku, odpuść. Nie wszy­scy nauczy­ciele są łaj­da­kami. Powi­nie­neś o tym z kimś poga­dać. O innych spra­wach też.

- To jest na końcu mojej listy.

- A co jest na początku? - spy­tał Ring­mar.

- Wolał­byś nie wie­dzieć.

- Ty ni­gdy nie pój­dziesz na żadną tera­pię, prawda?

- Ależ pójdę.

- Jak mi to udo­wod­nisz?

- Spo­so­bem bycia.

- Trzeba wielu lat, żeby się stać innym czło­wie­kiem - powie­dział Ring­mar.

- No to udo­wod­nię ci, przed­sta­wia­jąc rachunki. Wystar­czy.

- Prawda, że to cho­ler­nie kosz­towne - odparł Ring­mar.

- Droż­sze od naprawdę dobrej sło­do­wej whi­sky.

- Nie­moż­liwe.

- Ja cho­dzi­łem do tera­peuty aż do chwili, kiedy już mnie nie było stać. Bir­gitta ode­szła, a Mar­tin zaczął świ­ro­wać. To było wtedy.

- Przy­kro mi - powie­dział Win­ter.

- Że co?

- Że nie było cię stać na kon­ty­nu­owa­nie tera­pii.

- Może byłem bli­ski prze­łomu.

- Może ten prze­łom nawet nastą­pił.

Ring­mar nie odpo­wie­dział. Odwró­cił się do Win­tera.

- Dla­czego Hall? - spy­tał.

- I to jest pyta­nie - odparł Win­ter. - Na któ­rym był miej­scu?

- Wła­śnie.

- To samo z literą.

- Tak.

- Tu nie ma żad­nej chro­no­lo­gii.

- Nie ma.

- Wia­do­mość nie zaczyna się na R.

- Nie zaczyna.

- Ale może się tak zaczy­nać.

- Może.

- Hall został zamor­do­wany jako pierw­szy, bo miał być pierw­szy. To coś zna­czy.

- Tak.

- Albo i nie.

- Nie ma zna­cze­nia.

- Ale ma.

- Tak.

- Ma zwią­zek z Hal­lem.

- Tak.

- Nie będzie jedyny. Jaką mamy pew­ność, że tak będzie?

- Dość sporą.

- A skąd?

- Przez tę literę.

- Ona może zna­czyć cokol­wiek.

- To począ­tek jakiejś wia­do­mo­ści albo śro­dek, albo koniec, ale to jest wia­do­mość.

- Zabójca nie chciał, żeby wiatr ją zwiał - przy­po­mniał Win­ter. - Przy­piął mu agrafką do koszuli.

- Chyba prze­sa­dził - zauwa­żył Ring­mar.

- Nie, dopil­no­wał, żeby litera nie znik­nęła, cho­ciaż sam wolał zna­leźć się jak naj­da­lej od tego miej­sca.

Aneta minęła zjazd na lot­ni­sko Lan­dvet­ter. Przez chwilę nawet się zasta­na­wiała, czy nie skrę­cić, nie wsu­nąć się na prawy pas, a potem poje­chać dłu­uugim skrę­tem w górę i na pro­stą pro­wa­dzącą do ter­mi­nali, potem zapar­ko­wać, wejść do hali odlo­tów i kupić bilet na pierw­szy z brzegu lot. Ilu ludziom prze­mknęła przez głowę taka myśl? Można tak zro­bić? Są bilety do kupie­nia? Jeśli tak, to zna­czy, że świat stoi otwo­rem. A w nim Afryka. Od lat nie była w Waga­dugu. Tata wciąż tam jest, w swoim bia­łym domku. Dru­żyna z Bur­kina Faso doszła w zeszłym roku do finału afry­kań­skich mistrzostw w piłce noż­nej. Tata na pewno wrzesz­czał wtedy jak wariat, z butelką dôlo1 w ręce. W każ­dym razie Fre­drik darł się jak opę­tany, kiedy w ćwierć­fi­nale Bur­kina Faso strze­liła gola dru­ży­nie Togo.

Nie­prawda, że ni­gdy nie była w Bor?s. Prze­jeż­dżała tędy wiele razy, cho­ciaż ni­gdy się nie zatrzy­mała. Auto­strada prze­cięła mia­sto na pół. Kie­dyś myślała, że coś takiego może się zda­rzyć w jakimś afry­kań­skim mie­ście, tu ni­gdy.

Zatrzy­mała się przy sta­cji ben­zy­no­wej pod auto­stradą i spoj­rzała na mapę. Lin­nea Hall miesz­kała na połu­dniu. Trzeba prze­je­chać przez mia­sto. Ruszyła ostroż­nie. Tam mogą być nie­wi­domi kie­rowcy, jakiś Ray Char­les za kie­row­nicą auto­busu. Szwedz­kie mia­sto śred­niej wiel­ko­ści to nie fraszka. Prze­jeż­dża­jąc albo, jak teraz, wjeż­dża­jąc, zawsze była przy­gnę­biona, jakby przy­po­mi­nało jej to o śmierci, o bez­sen­sow­nej wędrówce przez ziem­skie kra­iny prze­cięt­no­ści. Ja nie jestem prze­ciętna, pomy­ślała, ja jestem inna. Nikt nie jest prze­ciętny. Może w dro­dze do domu wsiądę do samo­lotu, który zabie­rze mnie w wielki świat. Wszy­scy mogli­by­śmy to zro­bić.

Zapar­ko­wała przed jed­no­ro­dzin­nym domem z lat pięć­dzie­sią­tych, na swój prze­ciętny spo­sób nawet dość wdzięcz­nym.

Kobieta otwo­rzyła drzwi, zanim zdą­żyła wejść na schodki pro­wa­dzące do domu. Ubrana w dżinsy i swe­te­rek robiony na dru­tach, chyba wła­sno­ręcz­nie. Miło. Jasne włosy, kar­na­cja w pro­mie­niach słońca biała jak śnieg. Aneta czuła, że słońce pada jej na plecy. Było cie­pło, naj­cie­plej­szy jak dotąd dzień roku.

- Pani Agneta? To pani?

- Tak, Aneta.

- Słu­cham?

- Wła­ści­wie Aneta.

- Ach tak?

- Na poro­dówce pomy­lili się w pisowni - powie­działa. Lin­nea Hall się nie uśmiech­nęła.

- Można wejść? - spy­tała Aneta.

- Jak to się stało? - spy­tała Lin­nea Hall.

Nie zabrzmiało to jak pyta­nie. Zresztą nie patrzyła na Anetę, tylko na znaj­du­jący się tro­chę dalej sta­dion pił­kar­ski. Aneta nie mogła sobie przy­po­mnieć nazwy dru­żyny z Bor?s. Fre­drik jej mówił, że nie­dawno coś wygrała.

- Można wejść? - powtó­rzyła.

- Co on zro­bił? - spy­tała Lin­nea Hall. Aneta zatrzy­mała się w pół kroku.

- Co pani ma na myśli?

- To, co mu się stało. Musiał coś zro­bić, żeby na to zasłu­żyć.

Rozdział 3

3

USIA­DŁY NAPRZE­CIWKO SIE­BIE w wyjąt­kowo jasnym salo­nie. Aneta w głę­bo­kim, aż za głę­bo­kim fotelu. Dzieci były w szkole. Ze wszyst­kich stron napie­rała wio­sna. Tak to odczu­wała Aneta. Napie­rała, jakby to było coś nie­wła­ści­wego. Albo ozna­czało koniec cze­goś. Jasne świa­tło dnia przy­nio­sło coś nowego, zwłasz­cza do tego domu. Mąż nie był jego czę­ścią. Nie był czę­ścią niczego, bo prze­szedł już na tamtą stronę, a na całym świe­cie nie ma nikogo, kto by wie­dział, gdzie to jest. Ja nawet nie chcę wie­dzieć, pomy­ślała.

Robert Hall musiał zro­bić coś złego, żeby zasłu­żyć na śmierć. Tak powie­działa od razu na wstę­pie jego była żona. Co on jej zro­bił?

W jej oczach było coś, czego Aneta nie widy­wała u osób będą­cych w żało­bie, wła­ści­wie ni­gdy nie widziała. To na pewno nie żałoba. Doj­dziemy do tego, może nawet pod­czas prze­słu­cha­nia. To ważne. Bar­dzo ważne.

- Mówiła pani, że widocz­nie zro­bił coś takiego, że zasłu­żył na śmierć - powie­działa Aneta.

- Musiał coś takiego zro­bić - odparła Lin­nea Hall.

Z jej twa­rzy nie dało się wyczy­tać, co się kryje za tymi zaska­ku­ją­cymi sło­wami.

- Pro­szę mi to wyja­śnić.

- Robert nie był miłym czło­wie­kiem - powie­działa Lin­nea Hall.

- Pro­szę mówić.

- Od czego zacząć?

- Jak pani uważa.

- Od jego naro­dzin?

- Aż tak źle? - spy­tała Aneta.

- Nie pyta pani, dla­czego w takim razie wyszłam za niego? Dla­czego mie­li­śmy ze sobą dzieci?

- Była pani zako­chana.

- To ma być pyta­nie?

- Co on pani zro­bił?

Lin­nea Hall mil­czała. Jej spoj­rze­nie powę­dro­wało na dwór. Było tam prze­raź­li­wie jasno, jaśniej niż kie­dy­kol­wiek w tym roku. Potem popa­trzyła na Anetę.

- Gdyby nie dzieci, nie poszła­bym na pogrzeb.

- Pro­szę mówić - powtó­rzyła Aneta. Jak długo można, trzeba zada­wać otwarte pyta­nia.

- O czym?

- Dla­czego pani uważa, że musiał zasłu­żyć na śmierć.

- Czy to aż tak nie­zwy­kłe?

Aneta kiw­nęła głową. Mogło to zna­czyć tak albo nie, albo może. Zasłu­żyć na śmierć? To tak jakby zasłu­żyć na to, żeby się nie uro­dzić. Wła­śnie tak. Dla nie­któ­rych cały sens życia polega na tym, żeby się ni­gdy nie uro­dzić. Ludz­kość pono­si­łaby wtedy mniej­sze koszty. Miliony ludzi mogłyby się wła­ści­wie nie uro­dzić. Doty­czyło to rów­nież złych czar­nu­chów z kraju, z któ­rego pocho­dziła. Tata czę­sto tak mówił, a mimo to tam wró­cił. Tu rzą­dzą biali, zło jest rów­nie jaskrawe, a skrzy się tak samo pięk­nie.

- Musiał coś zro­bić - powtó­rzyła Lin­nea Hall.

- Na przy­kład?

- Nie wiem.

- Co mógł zro­bić?

- Skrzyw­dzić kogoś - odparła.

- Jak?

Pani Hall mil­czała. Zasta­na­wiała się, a może roz­pa­mię­ty­wała. Coś prze­mknęło po jej twa­rzy, i nie był to pro­mień słońca.

- Muszę się dowie­dzieć cze­goś wię­cej - powie­działa Aneta. - Zacznijmy od waszego mał­żeń­stwa. Dla­czego się roz­wie­dli­ście?

- On... Robert... był czło­wie­kiem gwał­tow­nym. Gro­ził mi. Dzie­ciom też.

- W jaki spo­sób?

- Gwał­towny - odpo­wie­działa.

- Bił was?

- Nie...

- W jaki spo­sób wam gro­ził?

- Jesz­cze gorzej.

- Nie rozu­miem.

- Nie bił... ale był straszny. - Spoj­rzała na Anetę. - Nie wiem, jak to wytłu­ma­czyć.

- Niech pani spró­buje.

- Sta­wał się... nie tyle kimś innym... był taki, jaki był od początku.

- Jaki był od początku?

- Straszny.

- W mło­do­ści też?

- Myślę, że tak.

- Wie pani na ten temat coś wię­cej?

- Wła­ści­wie nie.

- A jed­nak coś pani wie.

- Wydaje mi się, że coś zro­bił i nie mógł się od tego uwol­nić. Nosił to w sobie, a to coś nie odpusz­czało, i wyła­do­wy­wał się na innych. Nic o tym nie wie­dzia­łam. W każ­dym razie nie wtedy, kiedy się pozna­li­śmy. Był... pełen uroku, chyba tak to trzeba nazwać. Jak każdy psy­cho­pata.

- Chce pani powie­dzieć, że był psy­cho­patą?

- Może to złe słowo. Ale nie dało się z nim żyć.

- Kiedy się roz­wie­dli­ście?

- Cztery lata temu.

- A kiedy się ostat­nio widzie­li­ście?

- Nie widzie­li­śmy się od roz­wodu.

- A dzieci?

- Raz w ciągu czte­rech lat - odparła, wykrzy­wia­jąc usta, niby w uśmie­chu, ale ten uśmiech wyglą­dał jak gry­mas. - Ale chcą iść na pogrzeb. Dzieci bywają zabawne.

Zabawne, pomy­ślała Aneta. Dziwne szwedz­kie słowo. W zasa­dzie może zna­czyć wszystko i odno­sić się do każ­dej sytu­acji. W szwedz­kim jest wiele dziw­nych słów. Jak­by­śmy się nie umieli zde­cy­do­wać, co chcemy powie­dzieć.

- Kon­tak­to­wa­li­ście się przez tele­fon?

- Nie.

- A w jaki spo­sób?

- Prze­cież mówię, że się nie kon­tak­to­wa­li­śmy!

Lin­nea Hall powie­działa to pod­nie­sio­nym gło­sem. Aneta się zdzi­wiła, bo do tej pory była spo­kojna, chłodna, opa­no­wana. Może to prze­jaw despe­ra­cji. Albo lęku.

To lęk, pomy­ślała Aneta. Wła­śnie to ma w oczach. Lęk. Czują go zarówno kobiety, jak i męż­czyźni. Wszy­scy odczu­wają strach.

- Kiedy odszedł z pracy?

- Poli­cja nie wie?

- A pani wie?

- To się nie mogło udać - powie­działa Lin­nea Hall. - On nie potra­fił utrzy­mać żad­nej pracy.

- Pani też jest nauczy­cielką - powie­działa Aneta.

- Tak, tak się pozna­li­śmy.

- Ach tak?

- Nie ma nic do doda­nia. Wyle­ciał z pracy, ze szkoły.

- Co się stało?

- Ni­gdy się tego nie dowie­dzia­łam.

Lin­nea Hall wstała. Aneta na­dal sie­działa. Zro­biła błąd, sia­da­jąc w tym fotelu. Poczuła się ocię­żała, jakby nie mogła jasno myśleć.

- Muszę iść do szkoły po Tyrę - wyja­śniła Lin­nea Hall. - Zawsze ją odbie­ram po lek­cjach.

- Czy byłaby pani w sta­nie zabić byłego męża? - spy­tała Aneta.

- Nie.

- Dla­czego?

- Nie zna­la­zła­bym w sobie tyle siły. Zresztą nie rozu­muję w ten spo­sób. Ni­gdy.

- Odczuwa pani żal?

- Po nim?

- Tak.

- Żal mi, że stało się, jak się stało. Z nim, ze mną, z nami. Z naszą rodziną. Ale nie bra­kuje mi go. Od bar­dzo dawna nie było mię­dzy nami nic, do czego można by tęsk­nić.

- Czy mąż miał jakie­goś bli­skiego kolegę?

- On się nie chciał z nikim zada­wać - odparła. - Trzy­mał się z dala od innych ludzi, a w naszym zawo­dzie tak nie można. Mia­łam wra­że­nie, że stara się trzy­mać z dala od sie­bie samego.

- Od sie­bie samego?

- Od sie­bie daw­nego i od tego, kim się stał.

W tym się zawiera wszystko, pomy­ślała Aneta. W końcu go dopa­dło.

- Jak... co się stało? - spy­tała Lin­nea Hall.

- Co takiego?

- Jak, w jaki spo­sób... został zamor­do­wany?

- Dla­czego chce pani wie­dzieć?

- Co w tym dziw­nego?

- Dla­czego chce pani to wie­dzieć?

- To była gwał­towna śmierć?

- Tak.

- Już samo to wiele mówi, prawda?

- Co pani ma na myśli?

- W jaki spo­sób ludzie giną. Jakie życie, taka śmierć. Uła­twi wam to śledz­two, prawda? I dotar­cie do sprawcy.

Win­ter otwo­rzył drzwi miesz­ka­nia Roberta Halla. Na pod­ło­dze leżały gazety i koperty, ale niczego nie ruszał. Zosta­wił to ludziom Öberga.

W dużym pokoju spoj­rzał w okno, nie było w nim żalu­zji. Zoba­czył tram­waj, kawa­łek domu kul­tury, wiel­kie par­kingi wokół placu, nowe domy i stare domy. Krzaki pod domem kul­tury. Miej­sce zbrodni.

Ile razy Hall mógł stać przy tym oknie i patrzeć na to samo? Coś mu kazało pójść w to miej­sce, ostat­nie w jego życiu.

Odwró­cił się. W pokoju stały tan­detna kanapa, fotel i sto­lik. Odniósł wra­że­nie, że Hall kupił je uży­wane. Całość wyglą­dała bied­nie. Na znisz­czo­nym par­kie­cie leżał szma­ciany chod­nik. Szma­ciany chod­nik to dobre słowa. Chyba oglą­dał film pod tym tytu­łem, a może czy­tał książkę? Szma­ciany chod­nik. Szma­ciana lalka. Nie można powie­dzieć, żeby dużo czy­tał. To zbyt męczące, wymaga wewnętrz­nego spo­koju. W książ­kach jest za dużo odpo­wie­dzi, które by go tylko roz­draż­niły. I tak wszystko go draż­niło. Na przy­kład to, że Angela nie zadzwo­niła rano. Musiał usły­szeć jej głos, głosy dzieci. Źle spał. Poprzed­niego wie­czoru nie pił whi­sky. Sie­dział z lap­to­pem na kola­nach i robił pro­jekty ze szkła i betonu. Ład­nie wyszło. Wresz­cie coś stwo­rzył.

W kie­szeni na piersi zawi­bro­wała komórka. Zwró­cił uwagę, że jest wyjąt­kowo zimno, jakby po śmierci Halla jego miesz­ka­nie zwol­niło obroty. Spoj­rzał na wyświe­tlacz. Naresz­cie.

- Cześć - powie­dział.

- Gdzie jesteś?

- W domu ofiary mor­der­stwa. Jeśli można to jesz­cze nazwać domem.

- Zna­leź­li­ście już coś?

- Nic nie usta­li­li­śmy - powie­dział. - Poza tym, że facet żył bar­dzo zwy­czaj­nie i bied­nie.

- Jak więk­szość ludzi - zauwa­żyła.

- A co ty o tym wiesz?

- Mam rzu­cić słu­chawką?

- Już nie ma słu­chawki - powie­dział. - Dzi­siaj są inne czasy.

Roz­łą­czyła się. Roz­legł się sygnał wyłą­czo­nej, nie, rzu­co­nej słu­chawki. Jak zwy­kle szu­miało mu w uszach, w prze­strzeni mię­dzy uszami, mię­dzy Oce­anem Lodo­wa­tym a Oce­anem Sło­necz­nym. Wybrał numer i cze­kał, wsłu­chu­jąc się w tin­ni­tusa2 zmie­sza­nego z zakłó­ce­niami sfe­rycz­nymi. Jedno i dru­gie to samo gówno. W tym sen­sie był czę­ścią wszech­świata, cho­ciaż cho­ler­nie małą.

W końcu ode­brała.

- Prze­pra­szam - powie­dział.

- Ty w ogóle nie wiesz, jak to jest - powie­działa.

- Ale co?

- Widzisz? Nie wiesz nawet, o czym mówię.

Zasta­no­wił się. Porząd­nie.

- No, Eriku, o czym ja mówię?

- O sobie i o mnie.

- Mówię o naszej rodzi­nie.

- Latem będziemy już razem. Na zawsze, na wieki wie­ków.

- Jeśli masz zamiar iro­ni­zo­wać, to zaraz znów rzucę tak zwaną słu­chawką.

- Ja nie iro­ni­zuję.

- Elsa powie­działa dziś, że nie chce się stąd wypro­wa­dzać, bo nie chce zosta­wić babci Siv.

Ale Siv nie żyje. Jego matka nie żyje od ponad mie­siąca. Jak to się mówi, spo­częła w pokoju obok Bengta, na pięk­nym cmen­ta­rzu, z jed­nej strony osło­nię­tym przez białe góry, z dru­giej zaś, niżej, przez lśniące zło­tem i sre­brem morze. Piękne miej­sce.

- Rozu­miem - powie­dział.

- Nie, to ja rozu­miem - odparła.

- Co takiego?

- Pró­buję cię rozu­mieć. Zawsze sta­ram się cie­bie rozu­mieć.

- Ty jedyna rozu­miesz - powie­dział.

- Mówisz to wszyst­kim kobie­tom?

- Chcesz się pokłó­cić? - spy­tał. - Prze­cież my się nie kłó­cimy. Uni­kamy tego. Kłó­ce­nie się z part­ne­rem jest drob­no­miesz­czań­skie. My nie robimy takich rze­czy, my nale­żymy do wyż­szej klasy śred­niej.

- Zawsze musisz robić uniki - powie­działa. - A ja znów mam paskudne prze­czu­cie.

Wie­dział, co ma na myśli. To poważna sprawa. Nie można tego lek­ce­wa­żyć.

- Nie zro­bię nic głu­piego - zapew­nił ją.

- Mówisz to za każ­dym razem, co rok i co mie­siąc.

- Nie pójdę ni­gdzie sam i nie zro­bię nic głu­piego - powtó­rzył.

- Mie­siąc temu o mało nie zgi­ną­łeś - przy­po­mniała mu.

- Gdyby nie jeden z two­ich podej­rza­nych, już byś nie żył.

- Wiem.

- Stąd nie mam nad tobą żad­nej kon­troli - powie­działa.

- Nie­długo będziemy razem - odparł.

- A jeśli nie wró­cimy do domu?

- Angelo, ja tego nie sły­sza­łem.

- Sły­sza­łeś.

Musi się z tego jakoś wymi­gać. Ni­gdy mu się nie uda jej prze­ko­nać. To dla­tego nie­któ­rzy męż­czyźni ucie­kają się do pię­ści, skraj­nej formy komu­ni­ka­cji, gdy słowa oka­zują się nie­wy­star­cza­jące, a ni­gdy nie są wystar­cza­jące.

- Mógł­bym poroz­ma­wiać z Elsą?

- Poszła do mer­cado z Marią i Lilly.

- Poroz­ma­wiamy wie­czo­rem - powie­dział. - Muszę poga­wę­dzić z dziew­czyn­kami.

- Zanim się napi­jesz whi­sky - odparła i się roz­łą­czyła.

Wpa­try­wał się w wyświe­tlacz, jakby ocze­ki­wał, że tele­fon ożyje, ale w uszach miał syczącą ciszę. Wło­żył iPhone'a do wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki i znów spoj­rzał na pokój. Pod ścianą stał wielki ponury tele­wi­zor. Pilot leżał na sto­liku. Odtwa­rzacz DVD stał na pod­ło­dze obok tele­wi­zora. Żad­nego zawra­ca­nia głowy jakimś sto­łem czy rega­łem. Gene­ral­nie żad­nych tego rodzaju nie­po­trzeb­nych rze­czy. Wszedł do sypialni. Poje­dyn­cze łóżko i nie­wiele wię­cej. Cho­dził ostroż­nie w folio­wych ochra­nia­czach na buty, niczego nie doty­kał.

Na chy­bo­tli­wym sto­liku przy łóżku stał stary kom­pu­ter. W powie­trzu uno­sił się kurz. Mie­nił się w świe­tle wpa­da­ją­cego przez niczym nie­osło­nięte okna słońca.

Kuch­nia była duża, solidna, z prze­sta­rzałą kuchenką elek­tryczną, ogromną zamra­żarką i lodówką. Nikt już nie zapeł­nia zamra­ża­rek. Ludzie nie kupują pół krowy, całego pro­siaka ani jagnię­cia, nie robią prze­two­rów, nie pichcą z wypie­kami na twa­rzy.

Kuchenny stół pocho­dził zapewne z tego samego źró­dła co pozo­stałe meble w miesz­ka­niu. Krze­sła też. Całe miesz­ka­nie wyglą­dało jak to życie, które na dobre się nie zaczęło, a już się skoń­czyło. Zawsze w takich sytu­acjach nacho­dziły go te myśli.

Komórka drgnęła, zaczęła go dra­pać w pierś. Wyjął ją. Była rów­nie zimna jak jego dłoń w tym wyzię­bio­nym miesz­ka­niu.

- Słu­cham cię, Ber­tilu.

- Gdzie jesteś?

- W miesz­ka­niu Halla.

- To się znów stało - powie­dział Ring­mar.

Od pierw­szego mor­der­stwa upły­nęło pięć dni.

Rozdział 4

4

NASTĘPNĄ OFIARĄ oka­zał się Jona­tan Bersér, lat czter­dzie­ści jeden. Port­fel z dowo­dem oso­bi­stym miał w wewnętrz­nej kie­szeni kurtki. Miał roz­bitą czaszkę, na gło­wie foliową torbę. I ścią­gnięte spodnie. Jego tyłek bie­lał w nagim świe­tle.

Pia E:son Fröberg pod­nio­sła się i pode­szła do Win­tera i Ring­mara.

- To się stało dzi­siej­szej nocy - powie­działa. - Na razie nie mogę okre­ślić dokład­niej, ale przy­pusz­czal­nie we wcze­snych godzi­nach noc­nych.

- Zgi­nął od ciosu w głowę? - spy­tał Win­ter.

- Jesz­cze nie umiem powie­dzieć.

- Więc mógł zostać udu­szony?

Nie odpo­wie­działa. Win­ter po pro­stu gło­śno myślał. Nie­praw­do­po­dobne, żeby się otwo­rzyło nowe pole, z innym sprawcą. Zresztą Bersér miał na ple­cach kawa­łek kar­tonu z nama­lo­waną czarną farbą literą O. Win­terowi przy­po­mniało się, jak kie­dyś grali z Angelą w Alfa­pet3. Byli wtedy bar­dzo mło­dzi, w każ­dym razie Angela, bar­dzo szczę­śliwi i bar­dzo biedni, w każ­dym razie Angela. Prze­stali gry­wać, gdy przy­ła­pała go na oszu­ki­wa­niu.

- Dwie litery, dwóch zmar­łych - powie­dział Ring­mar.

- Dwóch męż­czyzn - dopre­cy­zo­wał Win­ter.

- Hall miał czter­dzie­ści lat, czyli pra­wie rówie­śnicy.

- To też ich łączy.

- Tyle na począ­tek - pod­su­mo­wał Ring­mar.

- Cał­kiem nie­źle.

- Bar­dzo dobrze - odparł Ring­mar.

Pia Fröberg zdą­żyła sobie pójść. Roz­ma­wiała teraz z Tor­ste­nem Öbergiem.

Szef wydziału tech­nicz­nego kiw­nął głową, kiedy ich zoba­czył.

- Tor­sten jest wyraź­nie wście­kły - zauwa­żył Ring­mar.

- Nie lubi, jak ktoś z nami pogrywa.

- A ty lubisz?

- To nie jest gra - odparł Win­ter.

- Przy­naj­mniej dla tego gościa - dodał Ring­mar.

- On mieszka nie­da­leko stąd - powie­dział Win­ter.

- Jung­fru­plat­sen.

- Ładna nazwa4.

Byli za szpi­ta­lem w Mölndal, na zachód od szpi­tal­nych budyn­ków. Rosło tam wystar­cza­jąco dużo krza­ków, żeby się dało jako tako ukryć ciało Berséra.

Zna­la­zła je kobieta z psem, a wła­ści­wie pies. Czę­sto tak jest, kobieta z psem. Win­ter jesz­cze ich nie widział. Naj­pierw miał się spo­tkać z rodziną denata. O ile mu było wia­domo, Bersér miał żonę i nasto­let­nią córkę. Cze­kały na Jung­fru­plat­sen.

- Da się coś zro­bić z tymi cho­ler­nymi lite­rami? - spy­tał Ring­mar. - R i O.

- Nic. Ale może da się pójść tro­pem kar­to­nów.

- Uwa­żasz, że dopro­wa­dzi nas do kon­kret­nej cukierni?

- Wszystko jest moż­liwe.

- Może do Ahlströms? Tyle zain­we­sto­wa­li­śmy w ich napo­le­onki, że byłoby to nawet wła­ściwe. W imie­niu Napo­leon są dwa o.

- Bystry jesteś, Ber­tilu.

- Poga­dam z Tor­ste­nem.

- O czym?

- O tych kar­to­nach, rzecz jasna.

- Mam nadzieję, że nie żar­tu­jesz.

- To nie miej­sce ani pora na żarty - odparł Ring­mar.

- Po co on tu przy­szedł, ten Bersér?

- Umó­wił się z kimś - zasu­ge­ro­wał Ring­mar.

- Tak.

- Ktoś do niego zadzwo­nił.

- Spraw­dzimy.

- Nie miał przy sobie komórki.

- Fakt.

- Mor­derca ją zabrał.

- Robert Hall też miał nie­da­leko do miej­sca, gdzie zgi­nął - zauwa­żył Win­ter.

- Mor­derca woli, żeby to się stało w odle­gło­ści spa­ceru od domu.

- Czy­jego?

- Dobre pyta­nie, Eriku.

- Mölndal jest kawa­łek drogi od Frölundy.

- Jest w tym jakiś sens.

- W czym?

- Mówię o ofia­rach. Musi być jakiś zwią­zek - powie­dział Ring­mar. - Trzeba tylko tro­chę pogrze­bać. Zresztą nie pierw­szy raz. - Mach­nął ręką w stronę połu­dnia i dodał: - Nie­na­wi­dzę prze­szło­ści. - Jakby ta prze­szłość przy­szła z połu­dnia.

- Geni­ta­lia miał nie­usz­ko­dzone - powie­dział Win­ter. - W każ­dym razie Pia do tej pory nic takiego nie stwier­dziła.

- Ale obaj mieli ścią­gnięte gacie.

- To dość wyraźny komu­ni­kat. Wła­ści­wie dwa.

- Facet jest potwor­nie wście­kły.

- Może zabrało mu to dużo czasu.

- Żeby się wściec? Nie­któ­rzy potrze­bują dużo czasu.

- Może będziemy mu jesz­cze współ­czuć - powie­dział Win­ter.

- W naj­lep­szym razie - odparł Ring­mar.

- Dobre serce. Powi­nien się nim kie­ro­wać myśliwy - zauwa­żył Win­ter.

- Dobre serce to coś dla kobiet - powie­dział Ring­mar.

- Teraz mówisz zupeł­nie jak Hal­ders.

- Czy ta sprawa doty­czy wyłącz­nie męż­czyzn? - spy­tał Ring­mar.

- Prze­ko­namy się przy następ­nej lite­rze.

- Nie mów tak.

Win­ter nic nie dodał. Poczuł na twa­rzy wiatr. Zaczęło wiać. Prze­cież to wio­sna, nade­szła od połu­dnia.

- Jesz­cze nie mie­li­śmy do czy­nie­nia z seryj­nym zabójcą - powie­dział Ring­mar.

- Do tego trzeba trzech mor­derstw - odparł Win­ter.

- Prze­cież powie­dzia­łem.

- Ale to nie jest seryjny mor­derca, choćby było nie wia­domo ile ofiar - stwier­dził Win­ter.

- Czyżby prze­ma­wiało przez cie­bie współ­czu­cie dla mor­dercy?

Win­ter spoj­rzał na pod­da­jące się wia­trowi gałę­zie dwóch klo­nów po dru­giej stro­nie ulicy. Po wielu latach nauczył się roz­róż­niać drzewa nawet wtedy, gdy były pozba­wione liści. Te wyglą­dały mar­two, ale za jakiś mie­siąc wstąpi w nie nowe życie. Wcale nie miał ochoty spo­ty­kać się z pozo­sta­łymi człon­kami rodziny Bersérów. Wolałby być w Mar­belli i iść brze­giem plaży, i czuć na twa­rzy wiatr wie­jący z połu­dnia. Usiąść przy kie­liszku w Café Ancha i dopóki jesz­cze żyje, mieć obok sie­bie rodzinę. To tutaj to nie jest życie.

- Idziemy? - spy­tał Ring­mar.

Rodzinę Bersérów two­rzyła jesz­cze tylko jedna osoba. Amanda Bersér miała trzy­dzie­ści osiem lat. Mał­żeń­stwo było bez­dzietne. Łaska boska, pomy­ślał. Żałoba nie jest przez to lżej­sza, ale tym razem nie musi jej prze­ży­wać nikt wię­cej.

Zresztą Amanda Bersér wolała zostać ze swoją żałobą sam na sam.

Poin­for­mo­wali ją, co rano zna­leźli, ale nie powie­dzieli jej o wszyst­kim, ze względu na wyjąt­kowo dra­styczne szcze­góły.

- Czy jest ktoś, po kogo chcia­łaby pani zadzwo­nić? - spy­tał Ring­mar.

- Nie chcę nikogo - odparła. I powtó­rzyła to. Zapro­siła ich do kuchni. Widać było stam­tąd sąsied­nie domy i krzaki, i nie­zde­cy­do­wane tego dnia niebo.

- Gdzie wyście byli? - spy­tała twardo.

- Słu­cham? - zdzi­wił się Win­ter.

- Zadzwo­ni­łam w nocy na poli­cję, bo Jona­tan nie wró­cił do domu.

Win­ter spoj­rzał na Ring­mara. Nie sły­szeli o żad­nym donie­sie­niu, ale to pew­nie prawda. Nie wró­cił do domu. Skąd, od kogo?

- Boże - powie­działa, pochy­la­jąc się i cho­wa­jąc twarz w dło­niach. Nie pła­kała.

- O któ­rej mąż wyszedł z domu? - spy­tał Win­ter. Wymam­ro­tała coś, nie odry­wa­jąc dłoni od twa­rzy.

- Co pani powie­działa?

Pod­nio­sła wzrok.

- Nie było mnie w domu - odparła. - Nie było mnie w domu!

Spra­wiała wra­że­nie win­nej wszel­kich moż­li­wych grze­chów tego świata.

Ale nie tego. Nie mogła być w nocy koło szpi­tala. Nawet Win­ter w to nie wie­rzył, jeśli w ogóle wie­rzył w cokol­wiek. Pró­bo­wał czy­tać z jej twa­rzy, oczu, mowy ciała, wyczy­tać, co się kryje za jej sło­wami. Słowa to tylko wierzch­nia war­stwa, osłona, cza­sem osłona przed nim.

Jak długo jesz­cze będą drę­czyć Amandę Bersér?

- Co pani robiła wczo­raj wie­czo­rem? - spy­tał Ring­mar.

- O któ­rej?

- Pro­szę opo­wie­dzieć o tym wie­czo­rze.

- Byłam w pew­nym... barze. Z przy­ja­ciółką.

Ring­mar kiw­nął głową.

- W barze Tara. W cen­trum, na Linnégatan.

- Znam to miej­sce.

- Tam były­śmy.

- Jak długo?

- Czy ja wiem... od wpół do ósmej do dwu­na­stej, coś takiego. Dziś mam wolne... - powie­działa i twarz jej się ścią­gnęła, zasznu­ro­wała od tych słów. Jed­nak nie, od rze­czy­wi­sto­ści.

- O któ­rej wró­ciła pani do domu? - spy­tał Win­ter.

- Za kwa­drans pierw­sza. Spraw­dzi­łam na zegarku.

- Mąż był w domu?

Spoj­rzała na niego wiel­kimi oczami, jakby powie­dział coś głu­piego albo jakby pró­bo­wał ją spro­wo­ko­wać.

- Jak mógł być w domu?

- Więc nie było go? - spy­tał Ring­mar.

- Nie było!

- A był, kiedy pani wycho­dziła?

- Tak. - Zro­biła ruch, jakby chciała wstać, ale w końcu tego nie zro­biła. - Tak!

- Pró­bu­jemy zro­zu­mieć, co się stało - wyja­śnił Win­ter. Zro­zu­mieć. Źle się wyra­ził, ale ona nie zare­ago­wała. - Dowie­dzieć się, co się stało. Po to tu jeste­śmy. Trzeba dzia­łać szybko. Czas jest bar­dzo ważny.

- Jakie mąż miał plany na wczo­raj­szy wie­czór? - spy­tał Ring­mar.

- O ile wiem, nie miał żad­nych.

- Mówił, co będzie robić?

- Czy­tać, oglą­dać tele­wi­zję, nie wiem!

- Wycho­dził wie­czo­rami z domu? - spy­tał Win­ter. - Na spa­cer, pobie­gać, jakieś regu­larne zaję­cia?

- No... ow­szem, bie­gał - odparła. - Tre­no­wał w stoczni. Ale nie tego wie­czoru. W chwili gdy został zamor­do­wany, nie był ubrany jak na tre­ning. W ogóle był ledwo ubrany.

- Czy on był... czy miał...

- Co takiego? - spy­tał Win­ter.

- Tre­no­wał? - spy­tała.

W jej pyta­niu sły­chać było nadzieję, że jej mąż poszedł pobie­gać.

- Wczo­raj nie. W każ­dym razie nie wska­zy­wał na to jego ubiór - odparł Win­ter.

Spoj­rzała na niego tak, jakby to on był mor­dercą.

- Dzwo­ni­łam do niego na komórkę - powie­działa. - Ale nie ode­brał.

- Komórka była wyłą­czona?

Nie zro­zu­miała.

- Był sygnał?

- Tak, ale zaraz włą­czyła się poczta gło­sowa. Wysła­łam też SMS-a.

- O któ­rej to było?

- Od razu jak przy­szłam do domu, kiedy zoba­czy­łam, że go nie ma. Odcze­ka­łam kilka sygna­łów.

Win­ter kiw­nął głową.

- Może­cie spraw­dzić moją komórkę - powie­działa.

- A o któ­rej zadzwo­niła pani na poli­cję? - spy­tał Ring­mar.

- Zaraz potem. Była może druga. Może­cie... mogę spraw­dzić w komórce. Dzwo­ni­łam z niej.

- Co pani powie­dzieli na poli­cji? - spy­tał Ring­mar.

- Przy­jęli zgło­sze­nie. To była kobieta. Odnio­słam wra­że­nie, że w ogóle jej to nie obe­szło.

- Bar­dzo mi przy­kro - powie­dział Win­ter.

Za oknem bie­gła ścieżka. Amanda Bersér zatrzy­mała na niej wzrok, jakby jej mąż miał tam­tędy przy­biec i jakby znów miało być jak daw­niej.

Win­ter patrzył na nią. Wciąż wyda­wała się tkwić za oknem. Jak to wyglą­dało daw­niej? - spy­tał w myślach. W tej kobie­cie jest coś zasta­na­wia­ją­cego. W jej mężu też. Tyle razy sty­kał się z rodzi­nami zmar­łych, że umiał dostrze­gać w tym, co mówili, różne odcie­nie, poza sło­wami, rów­nież w tym, co mówiły ich ciała. Cza­sem nie było tam nic, tylko ciem­ność i otchłań. Innym razem zimne świa­tło albo nie­skoń­czone cie­pło. Tego cie­pła nie było jed­nak ani w niej, ani w tej kuchni.

Miał bar­dzo wyraźne prze­czu­cie. To jego prawda.

- Mogłaby nam pani podać nazwi­ska jego przy­ja­ciół i zna­jo­mych? - spy­tał Ring­mar, zwra­ca­jąc się do wdowy.

Weso­łej wdówki, pomy­ślał Win­ter. O to cho­dzi, ona się cie­szy.

Na Jung­fru­plat­sen życie znów zamie­niło się w zabawę.

Jechali na pół­noc. Ring­mar pokrę­cił głową.

- Co jest, Ber­tilu?

- Paskudna histo­ria.

- Masz na myśli tę sprawę czy obie?

- Obie. To jedna i ta sama sprawa, prawda? Czy­ta­łem pro­to­kół Anety z prze­słu­cha­nia.

- Tak.

- Żona nie kochała Roberta Halla. Czy odnio­słeś wra­że­nie, że żona Jona­tana Berséra go kocha?

- Tak, po śmierci - odparł Win­ter.

- Aż tak źle?

- Amanda robiła wszystko, żeby nie oka­zać smutku. A może rado­ści.

- To dla­czego się nie roz­wio­dła?

- Pyta­nie za dzie­sięć tysięcy koron, Ber­tilu.

- Póki co są jesz­cze roz­wody.

Win­ter zamilkł. Ber­til nie był for­mal­nie roz­wie­dziony. Żona ode­szła od niego i już. Cza­sem przy­po­mi­nało to życie na bez­lud­nej wyspie, gdzie samot­ność była długa i osta­teczna. Chwi­lami jed­nak Ber­til o tym zapo­mi­nał i po pro­stu żył.

- Co mówią nam o ofia­rach te dwie kobiety? - spy­tał Win­ter.

- Że może byli do sie­bie podobni - odparł Ring­mar.

- Trzeba to będzie spraw­dzić.

Na auto­ma­tycz­nej sekre­tarce cze­kała wia­do­mość od Tor­stena Öberga. Win­ter zszedł do wydziału tech­nicz­nego. Zastał Tor­stena przy stole, pochy­lo­nego nad mikro­sko­pem.

Chrząk­nął dys­kret­nie. Öberg pod­niósł wzrok.

- Powi­nie­nem to obej­rzeć? - spy­tał Win­ter.

- Tak, pro­szę.

Win­ter spoj­rzał przez oku­lar. Zoba­czył to, co na ogół widać przez mikro­skop. Mogło to być cokol­wiek: kre­seczki, kro­peczki, pęche­rzyki.

Pod­niósł wzrok.

- Tor­sten, nie widzę tego, co chcesz, żebym zoba­czył.

- Włos - odparł Öberg.

- Włos?

Öberg wyjął cie­niut­kie szkiełko i podał je Win­te­rowi.

- Masz tu jakieś oku­lary do czy­ta­nia?

- Tylko takie kupione na sta­cji ben­zy­no­wej.

- Mogą być.

Podał je Win­te­rowi. Swoje Win­ter zosta­wił w pokoju. Zawsze nosił je przy sobie, ale coraz czę­ściej zda­rzało mu się zapo­mi­nać róż­nych rze­czy. Wia­domo, szumy uszne to wstęp do alzhe­imera.

Teraz już widział. Włos, jak z bar­dzo czar­nej głowy.

- Co to jest?

- Włos z pędzla - powie­dział Öberg. - Został w lite­rze O. W R nic nie było.

- Okej. Dobrze.

- Dzięki, co za entu­zjazm!

- Tor­sten, świetna robota. Praw­dziwy prze­łom, i to na tak wcze­snym eta­pie.

- Wiem.

- A więc to była praw­dziwa farba.

- Lada chwila powin­ni­śmy usta­lić jej nazwę. Jestem pewien, że to naj­zwy­klej­sza farba do malo­wa­nia pło­tów.

- Pozo­staje odna­leźć pędzel - powie­dział Win­ter.

- To już twoje zada­nie, Eriku.

Mate­riał porów­naw­czy, do tego się to spro­wa­dza. Pędzel, w któ­rym brak jed­nego włosa. Pędzel i puszka w jakiejś piw­nicy, garażu, skła­dziku, szo­pie. Na dnie śmiet­nika. Na dnie Ska­ger­raku.

- Może uda­łoby się okre­ślić, jaki to pędzel - powie­dział Win­ter. - Tani czy drogi. Spraw­dzić u hur­tow­ni­ków od pędzli.

- Na przy­kład - odparł Öberg.

- Dla­czego użył praw­dzi­wej farby i pędzla? - zapy­tał Win­ter.

- Dobre pyta­nie.

- Pisa­kiem byłoby pro­ściej.

- Nie dla niego. Albo dla niej.

- Dla niego.

- Okej, nie dla niego.

- Przez to też chce nam coś powie­dzieć?

- Może farbę miał pod ręką. A pisaka nie.

Czarna farba, czarny płot, pomy­ślał Win­ter, idąc po scho­dach na górę, do swo­jego wydziału. Czy kie­dy­kol­wiek widział czarny płot? Czy kto­kol­wiek widział taki płot?