Paranoja - Joseph Finder

Kup ebooka

27.90 zł
22.32 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3

Kie­dy pra­cu­jesz w wiel­kiej kor­po­ra­cji, nig­dy nie wiesz, w co wie­rzyć. Wo­kół cią­gle sły­szysz groź­ne gad­ki w sty­lu ma­cho. Mó­wią ci o wy­gry­za­niu kon­ku­ren­cji, wbi­ja­niu jej koł­ka w ser­ce, każą za­bi­jać albo gi­nąć, po­że­rać albo zo­stać po­żar­tym, pod­rzy­nać gar­dła, ła­mać nogi, mor­do­wać wła­sne mło­de.

Nie­za­leż­nie od tego, czy je­steś pro­gra­mi­stą, kie­row­ni­kiem pro­duk­cji czy przed­sta­wi­cie­lem han­dlo­wym, po ja­kimś cza­sie za­czy­nasz się czuć tak, jak­byś pod­czas po­dró­ży tra­fił do ple­mie­nia Pa­pu­asów, któ­rzy prze­kłu­wa­ją noz­drza kła­mi dzi­ków, a na fiu­tach no­szą ty­kwy. Tym­cza­sem praw­da jest taka, że wy­star­czy po­słać e-ma­ilem je­den ry­zy­kow­ny, po­li­tycz­nie nie­po­praw­ny dow­cip kum­plo­wi z dzia­łu, któ­ry prze­ka­że go ko­le­dze kil­ka bok­sów da­lej - i lada chwi­la tra­fisz do cuch­ną­cej po­tem sali w dzia­le kadr, gdzie przej­dziesz ty­go­dnio­we roz­pacz­li­wie nud­ne szko­le­nie na te­mat róż­no­rod­no­ści kul­tu­ro­wej. Każ­dy, kto zwę­dzi kil­ka spi­na­czy, do­sta­nie po ła­pach znisz­czo­ną li­nij­ką ży­cia.

Oczy­wi­ście ja zro­bi­łem coś znacz­nie po­waż­niej­sze­go niż na­jazd na szaf­kę ze sprzę­tem biu­ro­wym.

Prze­trzy­ma­li mnie w po­cze­kal­ni pół go­dzi­ny, może czter­dzie­ści pięć mi­nut, lecz zda­wa­ło mi się, że znacz­nie dłu­żej. Nie było tam nic do czy­ta­nia poza pi­smem dla pra­cow­ni­ków ochro­ny. Re­cep­cjo­nist­ka, po­pie­la­ta blon­dyn­ka ucze­sa­na w kok, o pod­krą­żo­nych oczach pa­lacz­ki, od­bie­ra­ła te­le­fo­ny, stu­ka­ła w kla­wia­tu­rę i od cza­su do cza­su zer­ka­ła na mnie prze­lot­nie ni­czym ktoś, kto pró­bu­je do­strzec ofia­ry wy­pad­ku, a jed­no­cze­śnie sta­ra się sku­pić wzrok na dro­dze.

Sie­dzia­łem tam tak dłu­go, że za­czą­łem po­wo­li tra­cić pew­ność sie­bie. I my­ślę, że wła­śnie o to cho­dzi­ło. Re­gu­lar­ne mie­sięcz­ne wy­pła­ty wy­da­wa­ły się co­raz atrak­cyj­niej­sze. Może bez­czel­ność to nie naj­lep­sze wyj­ście, może po­wi­nie­nem tro­chę po­wła­zić im w dupę - a może czas na to już mi­nął?

Kie­dy re­cep­cjo­nist­ka wpro­wa­dzi­ła mnie do środ­ka, Ar­nold Me­acham nie wstał. Sie­dział za ol­brzy­mim czar­nym biur­kiem, jak­by z po­le­ro­wa­ne­go gra­ni­tu. Sam Me­acham miał oko­ło czter­dziest­ki, był szczu­pły, lecz sil­nej po­stu­ry. Miał dłu­gą kan­cia­stą gło­wę, dłu­gi cien­ki nos, usta tak wą­skie, jak­by wca­le ich nie było. Si­wie­ją­ce brą­zo­we wło­sy, wy­so­kie za­ko­la. Był ubra­ny w gra­na­to­wą dwu­rzę­do­wą ma­ry­nar­kę i gra­na­to­wy kra­wat w pa­ski, wy­glą­dał ni­czym pre­zes jacht­klu­bu. Po­słał mi gniew­ne spoj­rze­nie zza wiel­kich lot­ni­czych oku­la­rów w sta­lo­wych opraw­kach. Od razu do­strze­głem, że to czło­wiek cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ny po­czu­cia hu­mo­ru. Na krze­śle po pra­wej stro­nie biur­ka sie­dzia­ła ko­bie­ta kil­ka lat star­sza ode mnie i spo­rzą­dza­ła no­tat­ki. W wiel­kim, prze­stron­nym ga­bi­ne­cie na ścia­nach wi­sia­ło mnó­stwo opra­wio­nych w ram­ki dy­plo­mów. Na wpół otwar­te drzwi wio­dły do ciem­nej sali kon­fe­ren­cyj­nej.

- Więc ty je­steś Adam Cas­si­dy - rzekł. Spo­sób mó­wie­nia miał sztyw­ny i rze­czo­wy. - Im­pre­zo­wicz, co? - Za­ci­snął usta, wy­krzy­wia­jąc je wzgar­dli­wie.

O Boże, nie wy­glą­da­ło to do­brze.

- Czym mogę słu­żyć? - spy­ta­łem, sta­ra­jąc się przy­brać zdu­mio­ną minę.

- Czym mo­żesz mi słu­żyć? Za­cznij­my od mó­wie­nia praw­dy. To wy­star­czy.

Za­zwy­czaj lu­dzie mnie lu­bią, po­tra­fię zdo­by­wać ich sym­pa­tię - nie­waż­ne, czy cho­dzi o wku­rzo­ne­go na­uczy­cie­la ma­te­ma­ty­ki, klien­ta, któ­re­go za­mó­wie­nie spóź­nia się już pół­to­ra mie­sią­ca, czy ko­goś w tym sty­lu. Jed­nak szyb­ko się zo­rien­to­wa­łem, że tym ra­zem nie za­bły­snę. Szan­se oca­le­nia mo­jej ża­ło­snej po­sa­dy ma­la­ły z każ­dą se­kun­dą.

- Ja­sne - od­par­łem. - Praw­dy o czym?

Prych­nął z roz­ba­wie­niem.

- Co po­wiesz o wczo­raj­szej im­pre­zie z peł­nym ca­te­rin­giem?

Od­cze­ka­łem chwi­lę.

- Mówi pan o na­szym ma­łym przy­ję­ciu po­że­gnal­nym?

Nie mia­łem po­ję­cia, jak dużo wie. Sta­ra­łem się za­trzeć wszyst­kie śla­dy prze­pły­wu go­tów­ki. Mu­sia­łem uwa­żać na każ­de sło­wo. Ko­bie­ta z no­te­sem, drob­na, ru­do­wło­sa i zie­lo­no­oka, pew­nie wy­stę­po­wa­ła w roli świad­ka.

- Ma­łym? Może we­dług stan­dar­dów Do­nal­da Trum­pa. - W jego gło­sie do­sły­sza­łem cień ak­cen­tu z Po­łu­dnia.

- Wspa­nia­le pod­re­pe­ru­je mo­ra­le - oznaj­mi­łem. - Pro­szę mi wie­rzyć, coś ta­kie­go zdzia­ła cuda, pod­nie­sie wy­daj­ność ca­łe­go dzia­łu.

Jego wą­skie usta się wy­gię­ły.

- Mo­ra­le. Wie­my, kto pod­pro­wa­dził fun­du­sze na tę re­pe­ra­cję mo­ra­le.

- Fun­du­sze?

- Daj so­bie spo­kój, Cas­si­dy.

- Nie je­stem pe­wien, czy do­brze ro­zu­miem...

- Uwa­żasz mnie za głup­ca? - Od­dzie­la­ły nas pra­wie dwa me­try sztucz­ne­go gra­ni­tu, lecz po­czu­łem na twa­rzy kro­pel­ki jego śli­ny.

- Chy­ba... nie, pro­szę pana. - Uśmiech­ną­łem się pół­gęb­kiem. Nie mo­głem się po­wstrzy­mać. Duma za­wo­do­wa. Wiel­ki błąd.

Bla­dą twarz Me­acha­ma ob­lał ru­mie­niec.

- My­ślisz, że to za­baw­ne? Wła­ma­nie się do taj­nej bazy da­nych, żeby zdo­być nu­me­ry au­to­ry­za­cyj­ne? Są­dzisz, że to spryt­ne, że to roz­ryw­ka, że to się nie li­czy?

- Nie, pro­szę pana...

- Ty kłam­li­wy dup­ku, ty fiu­cie, to tak samo jak­byś ukradł sta­rusz­ce to­reb­kę w pie­przo­nym me­trze!

Sta­ra­łem się przy­brać po­kor­ną minę, wie­dzia­łem jed­nak, do­kąd pro­wa­dzi ta roz­mo­wa, i uzna­łem, że mój wy­si­łek jest bez­ce­lo­wy.

- Ukra­dłeś sie­dem­dzie­siąt osiem ty­się­cy do­la­rów z fir­mo­we­go fun­du­szu re­pre­zen­ta­cyj­ne­go po to, żeby urzą­dzić pie­przo­ne przy­ję­cie dla kum­pli z ma­ga­zy­nu?

Gło­śno prze­łkną­łem śli­nę. Cho­le­ra. Sie­dem­dzie­siąt osiem ty­się­cy do­la­rów? Wie­dzia­łem, że za­sza­la­łem, ale nie mia­łem po­ję­cia, jak bar­dzo.

- Tam­ten gość w tym uczest­ni­czył?

- Kogo pan ma na my­śli? Chy­ba pan nie ro­zu­mie...

- "Jo­ne­sie", ten eme­ryt, na­zwi­sko na tor­cie.

- Jo­ne­sie nie miał z tym nic wspól­ne­go - oświad­czy­łem gwał­tow­nie.

Me­acham od­chy­lił się z trium­fal­nym uśmie­chem. W koń­cu zna­lazł punkt za­cze­pie­nia.

- Je­śli chce­cie mnie wy­wa­lić, pro­szę bar­dzo. Ale Jo­ne­sie jest nie­win­ny.

- Wy­wa­lić? - Me­acham zro­bił minę, jak­bym po­wie­dział coś po serb­sku lub chor­wac­ku. - My­ślisz, że roz­ma­wia­my tu o zwol­nie­niu? Zdol­ny z cie­bie fa­cet, ra­dzisz so­bie z kom­pu­te­ra­mi i ma­te­ma­ty­ką, więc umiesz do­da­wać, praw­da? No to za­cznij do­da­wać. Mal­wer­sa­cja fun­du­szy, pięć lat wię­zie­nia i dwie­ście pięć­dzie­siąt ty­się­cy do­la­rów grzyw­ny. Oszu­stwo elek­tro­nicz­ne i pocz­to­we, ko­lej­nych pięć lat wię­zie­nia. Ale chwi­lecz­kę. Je­śli do­ty­czy in­sty­tu­cji fi­nan­so­wej... co za szczę­ściarz z cie­bie, na­sra­łeś w na­szym ban­ku i w ban­ku tam­tej fir­my! To twój szczę­śli­wy dzień, dup­ku, do­sta­niesz za to trzy­dzie­ści lat wię­zie­nia i mi­lion do­la­rów grzyw­ny. Słu­chasz mnie? Ile już mamy? Trzy­dzie­ści pięć lat wię­zie­nia? I nie za­po­mi­naj­my o fał­szer­stwie i prze­stęp­stwach kom­pu­te­ro­wych, kra­dzie­ży da­nych z chro­nio­ne­go kom­pu­te­ra. To wy­rok od roku do dwu­dzie­stu lat wię­zie­nia i ko­lej­ne grzyw­ny. Ile mamy w su­mie? Czter­dzie­ści, pięć­dzie­siąt, pięć­dzie­siąt pięć lat wię­zie­nia? Masz w tej chwi­li dwa­dzie­ścia sześć lat. Jak wyj­dziesz, po­licz­my, bę­dziesz miał osiem­dzie­siąt je­den.

W prze­po­co­nej ko­szul­ce czu­łem lep­kość i chłód. Trzę­sły mi się nogi.

- Ale - za­czą­łem ochry­ple, od­chrzą­ku­jąc ci­cho - dla kor­po­ra­cji, któ­ra ob­ra­ca trzy­dzie­sto­ma mi­liar­da­mi do­la­rów, sie­dem­dzie­siąt osiem ty­się­cy to dro­biazg.

- Pro­po­nu­ję, że­byś za­mknął cho­ler­ną ja­dacz­kę - po­wie­dział ci­cho Me­acham. - Zwró­ci­li­śmy się do na­szych praw­ni­ków. Są prze­ko­na­ni, że mają dość do­wo­dów, by przed­sta­wić oskar­że­nie o mal­wer­sa­cję. Co wię­cej, mo­głeś spo­koj­nie ukraść wię­cej i uwa­ża­my, że to za­le­d­wie ele­ment ukła­dan­ki. Frag­ment spi­sku zmie­rza­ją­ce­go do de­frau­da­cji fun­du­szy Wy­att Te­le­com­mu­ni­ca­tions. Wierz­cho­łek góry lo­do­wej.

Po raz pierw­szy od­wró­cił się do my­szo­wa­tej ko­bie­ty spo­rzą­dza­ją­cej no­tat­ki.

- Tego pro­szę nie no­to­wać - oświad­czył i znów spoj­rzał na mnie. - Pro­ku­ra­tor ge­ne­ral­ny to ko­le­ga ze stu­diów na­sze­go rad­cy praw­ne­go, Cas­si­dy. Za­pew­nił nas, że nie bę­dzie się z tobą pa­tycz­ko­wał. Poza tym, o czym pew­nie nie wiesz, biu­ro pro­ku­ra­to­ra za­mie­rza do­brać się do bia­łych koł­nie­rzy­ków. Szu­ka­ją sztan­da­ro­wej spra­wy, wzor­co­wej ofia­ry, Cas­si­dy.

Pa­trzy­łem na nie­go. Znów roz­bo­la­ła mnie gło­wa. Czu­łem, jak struż­ka potu spły­wa mi spod pa­chy aż do pasa.

- Po na­szej stro­nie są praw­ni­cy i fe­de­ral­ni. Mamy cię, ro­zu­miesz? Po­zo­sta­je tyl­ko py­ta­nie, jak moc­no chce­my cię przy­ci­snąć. Jak wiel­kich znisz­czeń za­mie­rza­my do­ko­nać. I nie wy­obra­żaj so­bie, że tra­fisz do ośrod­ka wy­po­czyn­ko­we­go. Taki przy­stoj­niak jak ty szyb­ko bę­dzie mu­siał za­cząć nad­sta­wiać ty­łek w ja­kiejś celi fe­de­ral­ne­go wię­zie­nia. Wyj­dziesz stam­tąd jako bez­zęb­ny sta­rzec. A gdy­byś nie śle­dził zmian w pra­wie kar­nym, na po­zio­mie fe­de­ral­nym nie ma już zwol­nień wa­run­ko­wych. W tej chwi­li two­je ży­cie cał­ko­wi­cie się zmie­ni­ło. Masz prze­rą­ba­ne, ko­leś.

Zer­k­nął na ko­bie­tę z no­te­sem.

- Pro­szę no­to­wać. Po­słu­chaj­my, co masz do po­wie­dze­nia, i le­piej, żeby to było prze­ko­nu­ją­ce.

Prze­łkną­łem gło­śno, ale w ustach mia­łem su­cho. Ką­tem oka wi­dzia­łem prze­bły­ski bie­li. Fa­cet mó­wił po­waż­nie.

W cza­sach li­ceum i stu­diów czę­sto za­trzy­my­wa­no mnie za prze­kro­cze­nie pręd­ko­ści i zy­ska­łem sła­wę wir­tu­oza w wy­krę­ca­niu się od man­da­tów. Cała sztu­ka po­le­ga na tym, by po­li­cjant po­czuł twój ból. To woj­na psy­cho­lo­gicz­na. Wła­śnie dla­te­go no­szą lu­strza­ne oku­la­ry, że­by­śmy nie mo­gli pa­trzeć im w oczy. Po­li­cjan­ci to też lu­dzie. Zwy­kle mia­łem na przed­nim sie­dze­niu kil­ka pod­ręcz­ni­ków na te­mat ochro­ny po­rząd­ku pu­blicz­ne­go i mó­wi­łem, że uczę się w szko­le po­li­cyj­nej i mam na­dzie­ję, iż man­dat mi nie za­szko­dzi. Albo po­ka­zy­wa­łem pu­stą fiol­kę po le­kar­stwie, twier­dząc, że się śpie­szę, bo mu­szę jak naj­szyb­ciej ku­pić mat­ce le­kar­stwo na epi­lep­sję. Bar­dzo szyb­ko zro­zu­mia­łem, że jak już za­cznę, to mu­szę przeć do przo­du bez za­ha­mo­wań i cał­ko­wi­cie wło­żyć w to ser­ce.

Te­raz nie cho­dzi­ło już tyl­ko o oca­le­nie po­sa­dy. Nie po­tra­fi­łem uwol­nić się od upior­nej wi­zji pry­czy w wię­zie­niu fe­de­ral­nym. Śmier­tel­nie się ba­łem.

Nie je­stem dum­ny z tego, co za­mie­rza­łem zro­bić, ale nie mia­łem wy­bo­ru. Wie­dzia­łem, że albo się­gnę w głąb ser­ca i za­ser­wu­ję temu psy­cho­lo­go­wi naj­lep­szą hi­sto­ryj­kę mo­je­go ży­cia, albo wy­lą­du­ję w pu­dle jako czyjś ko­chaś.

Ode­tchną­łem głę­bo­ko.

- Pro­szę po­słu­chać - oznaj­mi­łem. - Będę z pa­nem szcze­ry.

- Naj­wyż­szy czas.

- Cho­dzi o to, że Jo­ne­sie... no cóż, Jo­ne­sie ma raka.

Me­acham uśmiech­nął się iro­nicz­nie i od­chy­lił na krze­śle, jak­by mó­wił: no do­bra, za­baw mnie.

Wes­tchną­łem i przy­gry­złem wnę­trze po­licz­ka, jak­bym zdra­dzał ta­jem­ni­cę wbrew swo­jej woli.

- Raka ne­rek, nie­ope­ra­cyj­ne­go.

Me­acham pa­trzył na mnie z ka­mien­ną miną.

- Zdia­gno­zo­wa­li go trzy ty­go­dnie temu. Nic nie mogą zro­bić, fa­cet umie­ra. A Jo­ne­sie, no wie pan. Nie zna go pan, ale on za­wsze robi do­brą minę do złej gry. Po­wie­dział do on­ko­lo­ga: "To zna­czy, że mogę prze­stać myć zęby?" - Uśmiech­ną­łem się ze smut­kiem. - Cały Jo­ne­sie.

Ko­bie­ta na mo­ment prze­sta­ła pi­sać, spoj­rza­ła na mnie wstrzą­śnię­ta, po czym wró­ci­ła do no­ta­tek.

Me­acham ob­li­zał war­gi. Do­cie­ra­łem do nie­go? Nie by­łem pe­wien. Mu­sia­łem pod­krę­cić hi­sto­rię, pójść na ca­łość.

- Niby dla­cze­go miał­by pan o tym wie­dzieć - pod­ją­łem. - W koń­cu Jo­ne­sie nie jest tu ni­kim waż­nym, żad­nym VIP-em, tyl­ko zwy­kłym fa­ce­tem z ram­py wy­ła­dow­czej. Ale dla mnie jest waż­ny, bo... - Przy­mkną­łem oczy na kil­ka se­kund, ode­tchną­łem głę­bo­ko. - Cho­dzi o to... nig­dy nie chcia­łem tego ni­ko­mu mó­wić, to na­sza ta­jem­ni­ca, ale Jo­ne­sie to mój oj­ciec.

Me­acham po­chy­lił się w moją stro­nę. Te­raz słu­chał mnie bar­dzo uważ­nie.

- Mamy róż­ne na­zwi­ska i tak da­lej, mama zmie­ni­ła mi na­zwi­sko na swo­je, kie­dy ode­szła dwa­dzie­ścia lat temu i za­bra­ła mnie ze sobą. By­łem dzie­cia­kiem, nic nie wie­dzia­łem. Ale tato... - Przy­gry­złem dol­ną war­gę, w oczach mia­łem łzy. - Cały czas nas wspie­rał, pra­co­wał na dwóch, cza­sem trzech po­sa­dach i nig­dy o nic nie pro­sił. Mama nie chcia­ła, żeby mnie wi­dy­wał, ale w każ­de świę­ta... - Gwał­tow­ny od­dech, nie­mal za­chły­śnię­cie. - Tato przy­cho­dził w każ­de świę­ta, cza­sa­mi go­dzi­nę dzwo­nił do drzwi i stał na mro­zie, nim mama go wpu­ści­ła. Za­wsze miał dla mnie pre­zent, coś du­że­go i kosz­tow­ne­go, na co nie było go stać. Póź­niej, kie­dy mama oświad­czy­ła, że nie stać jej na mój col­le­ge, nie z pen­sji pie­lę­gniar­ki, tato za­czął przy­sy­łać pie­nią­dze. Po­wie­dział, że chce dla mnie ży­cia, ja­kie­go sam nie miał. Mama nig­dy nie oka­zy­wa­ła mu sza­cun­ku i na­sta­wia­ła mnie prze­ciw nie­mu. I wie pan... nig­dy mu na­wet nie po­dzię­ko­wa­łem. Nie za­pro­si­łem go na roz­da­nie dy­plo­mów. Wie­dzia­łem, że mama nie czu­ła­by się z tym do­brze. Ale i tak przy­szedł. Za­uwa­ży­łem, jak trzy­mał się z boku, ubra­ny w pa­skud­ny sta­ry gar­ni­tur. Nig­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łem, żeby no­sił gar­ni­tur albo kra­wat.

Pew­nie ku­pił go w Ar­mii Zba­wie­nia, bo chciał zo­ba­czyć, jak koń­czę stu­dia, i nie na­ro­bić mi wsty­du.

Oczy Me­acha­ma lek­ko zwil­got­nia­ły. Ko­bie­ta prze­sta­ła no­to­wać. Ob­ser­wo­wa­ła mnie, mru­ga­jąc gwał­tow­nie, by po­wstrzy­mać łzy.

By­łem na fali. Me­acham za­słu­żył na naj­lep­sze i wła­śnie to do­sta­wał.

- Kie­dy za­czą­łem pra­co­wać w Wy­at­cie, nie mia­łem po­ję­cia, że zo­ba­czę tu tatę, za­trud­nio­ne­go na pie­przo­nej ram­pie. To naj­więk­szy zbieg oko­licz­no­ści na świe­cie. Mama umar­ła parę lat temu. A ja na­gle zna­la­złem się tu­taj i na­wią­za­łem kon­takt z oj­cem, cu­dow­nym, uro­czym fa­ce­tem, któ­ry nig­dy mnie o nic nie pro­sił, nig­dy ni­cze­go nie żą­dał. Ha­ro­wał jak wół, żeby utrzy­my­wać cho­ler­ne­go nie­wdzięcz­ni­ka, któ­re­go na­wet nie wi­dy­wał. Zu­peł­nie jak­by za­dzia­łał los, prze­zna­cze­nie. A po­tem do­wie­dział się, że ma nie­ope­ra­cyj­ne­go raka ne­rek, i za­czął mó­wić, że się za­bi­je, nim rak go do­pad­nie i...

Ko­bie­ta od no­ta­tek się­gnę­ła po chu­s­tecz­kę i wy­tar­ła nos. Po­sła­ła Ar­nol­do­wi Me­acha­mo­wi wro­gie, oskar­ży­ciel­skie spoj­rze­nie. Me­acham się wzdry­gnął.

- Po pro­stu - szep­ną­łem - mu­sia­łem mu po­ka­zać, ile dla mnie zna­czy. Ile zna­czy dla nas wszyst­kich. Chcia­łem za­ba­wić się w zło­tą ryb­kę. Po­wie­dzia­łem mu... że tra­fi­łem try­plę na wy­ści­gach. Nie chcia­łem, żeby się mar­twił. Pro­szę mi uwie­rzyć, wiem, że po­stą­pi­łem źle. Ab­so­lut­nie źle. Mój czyn był zły ze stu róż­nych po­wo­dów. Nie będę pana oszu­ki­wać. Ale może z jed­ne­go drob­ne­go po­wo­du był też słusz­ny.

Ko­bie­ta się­gnę­ła po ko­lej­ną chu­s­tecz­kę. Pa­trzy­ła na Me­acha­ma jak na naj­gor­sze­go zbi­ra. Me­acham spu­ścił wzrok, za­ru­mie­nio­ny, nie­zdol­ny po­pa­trzeć mi w oczy. Na­wet ja sam po­czu­łem dreszcz.

I wte­dy w ciem­nym ką­cie ga­bi­ne­tu szczęk­nę­ła klam­ka. Usły­sza­łem kla­ska­nie. Po­wol­ne, gło­śne kla­ska­nie.

To był Ni­cho­las Wy­att, za­ło­ży­ciel i pre­zes Wy­att Te­le­com­mu­ni­ca­tions. Pod­szedł do nas, wciąż klasz­cząc i uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko.

- Wspa­nia­łe przed­sta­wie­nie - oznaj­mił. - Re­we­la­cyj­ne.

Za­sko­czo­ny unio­słem wzrok i ze smut­kiem po­krę­ci­łem gło­wą.

Wy­att był wy­so­kim męż­czy­zną, wzro­stu oko­ło me­tra dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu, zbu­do­wa­nym ni­czym za­pa­śnik. Gdy się zbli­żał, sta­wał się co­raz więk­szy i więk­szy, aż w koń­cu kom­plet­nie mnie przy­tło­czył. Sły­nął z wy­czu­cia sty­lu. Miał na so­bie gar­ni­tur, pew­nie od Ar­ma­nie­go, sza­ry w de­li­kat­ne prąż­ki. Nie tyl­ko był po­tęż­ny, on ema­no­wał po­tę­gą.

- Pa­nie Cas­si­dy, za­dam panu jed­no py­ta­nie.

Nie wie­dzia­łem, co ro­bić, wsta­łem więc i wy­cią­gną­łem rękę na po­wi­ta­nie.

Wy­att zi­gno­ro­wał mój gest.

- Jak ma na imię Jo­ne­sie?

Wa­ha­łem się uła­mek se­kun­dy za dłu­go.

- Al - od­par­łem w koń­cu.

- Al? To zna­czy...?

- Al. Alan - od­par­łem. - Al­bert. Cho­le­ra.

Me­acham spoj­rzał na mnie za­sko­czo­ny.

- Szcze­gó­ły, Cas­si­dy - mruk­nął Wy­att. - Za­wsze cię za­ła­twią. Ale mu­szę przy­znać, że mnie wzru­szy­łeś. Na­praw­dę mnie wzru­szy­łeś. Ten ka­wa­łek o gar­ni­tu­rze z Ar­mii Zba­wie­nia tra­fił mnie w samo ser­ce. - Po­kle­pał się pię­ścią w pierś. - Nad­zwy­czaj­ne.

Uśmiech­ną­łem się głu­pa­wo. Na­praw­dę czu­łem się jak kre­tyn.

- Mó­wił, że ma brzmieć prze­ko­nu­ją­co. - Ru­chem gło­wy wska­za­łem Me­acha­ma.

Wy­att się uśmiech­nął.

- Je­steś nie­zwy­kle uzdol­nio­nym mło­dym czło­wie­kiem, Cas­si­dy. Pie­przo­ną Sze­he­re­za­dą. My­ślę, że po­win­ni­śmy po­roz­ma­wiać.

8

Wie­czo­rem przed pierw­szą roz­mo­wą w Trio­nie po­sze­dłem od­wie­dzić ojca. Ro­bi­łem to co naj­mniej raz w ty­go­dniu, cza­sa­mi kil­ka razy, je­śli za­dzwo­nił i po­pro­sił, że­bym zaj­rzał. Dzwo­nił czę­sto, po tro­sze dla­te­go, że czuł się sa­mot­ny (mama zmar­ła sześć lat temu), a po tro­sze z po­wo­du pa­ra­noi, w któ­rą po­pa­dał od za­ży­wa­nych ste­ry­dów - świę­cie wie­rzył, że opie­kun­ki pró­bu­ją go za­bić. Nig­dy nie dzwo­nił po to, żeby po­żar­to­wać czy po­ga­dać, lecz za­wsze na­rze­kał, krzy­czał, oskar­żał. Twier­dził, że zni­ka­ją mu środ­ki prze­ciw­bó­lo­we i z pew­no­ścią pod­kra­da je sio­stra Ca­ryn. Tlen do­star­cza­ny przez fir­mę me­dycz­ną ma gów­nia­ną ja­kość. Sio­stra Rhon­da wciąż po­ty­ka się o prze­wód tle­no­wy i wy­ry­wa mu z nosa cien­kie ka­niu­le, omal nie od­ry­wa­jąc uszu.

Stwier­dze­nie, że trud­no było zna­leźć lu­dzi, któ­rzy ze­chcie­li­by się nim za­opie­ko­wać, to nie­do­po­wie­dze­nie na ska­lę ko­smicz­ną. Mało kto wy­trzy­my­wał dłu­żej niż kil­ka ty­go­dni. Fran­cis X. Cas­si­dy, od­kąd pa­mię­tam, miał pa­skud­ny cha­rak­ter i sta­wał się jesz­cze gor­szy, im był star­szy i bar­dziej cho­ry. Za­wsze pa­lił parę pa­czek dzien­nie, nie­ustan­nie gło­śno ka­słał, wciąż za­pa­dał na za­pa­le­nie oskrze­li, więc ni­ko­go nie zdzi­wi­ło, gdy zdia­gno­zo­wa­no u nie­go ro­ze­dmę płuc. Cze­go wła­ści­wie się spo­dzie­wał? Od lat nie mógł na­wet zdmuch­nąć świe­czek na tor­cie uro­dzi­no­wym. Te­raz cho­ro­ba wkro­czy­ła w koń­co­wą fazę i mógł umrzeć za kil­ka ty­go­dni, mie­się­cy, a może za dzie­sięć lat. Nikt nie po­tra­fił orzec, ile to po­trwa.

Nie­ste­ty, na moje bar­ki, jako je­dy­ne­go po­tom­ka, spa­dło or­ga­ni­zo­wa­nie po­mo­cy i opie­ki. Oj­ciec wciąż miesz­kał w tym sa­mym miesz­ka­niu na par­te­rze, w któ­rym się wy­cho­wa­łem. Od śmier­ci mamy ni­cze­go nie zmie­nił. W kuch­ni cią­gle sta­ła ta sama zło­ta lo­dów­ka, któ­ra źle dzia­ła­ła, ka­na­pa w sa­lo­nie za­pa­da­ła się z boku, w oknach wi­sia­ły po­żół­kłe ze sta­ro­ści fi­ran­ki. Oj­ciec nie miał żad­nych oszczęd­no­ści. Ża­ło­sna eme­ry­tu­ra le­d­wie wy­star­czy­ła na po­kry­cie wy­dat­ków me­dycz­nych, więc część mo­jej pen­sji szła na czynsz i wy­na­gro­dze­nie opie­kun­ki. Nie ocze­ki­wa­łem po­dzię­ko­wań, i słusz­nie. Oj­ciec nig­dy w ży­ciu nie po­pro­sił­by mnie o pie­nią­dze. Obaj uda­wa­li­śmy, że żyje z fun­du­szu po­wier­ni­cze­go albo cze­goś w tym sty­lu.

Gdy się zja­wi­łem, sie­dział w swo­im ulu­bio­nym skła­da­nym fo­te­lu przed wiel­kim te­le­wi­zo­rem. To było jego pod­sta­wo­we za­ję­cie i da­wa­ło sta­le świe­że po­wo­dy do na­rze­ka­nia. Pół­le­żał z rur­ka­mi w no­sie (na tym eta­pie sta­le po­da­wa­no mu tlen) i oglą­dał ka­nał re­kla­mo­wy.

- Cześć, tato - po­wie­dzia­łem.

Na­wet nie uniósł wzro­ku. Re­kla­ma za­hip­no­ty­zo­wa­ła go ni­czym sce­na pod prysz­ni­cem w Psy­cho­zie. Bar­dzo schudł, choć wciąż miał po­tęż­ną pierś. Ostrzy­żo­ne na jeża wło­sy kom­plet­nie po­si­wia­ły. W koń­cu spoj­rzał na mnie.

- Wiesz, że ta suka od­cho­dzi?

Rze­czo­na suka była jego ostat­nią opie­kun­ką, po­nu­rą Ir­land­ką po pięć­dzie­siąt­ce, o chu­dej twa­rzy i ogni­ście ru­dych far­bo­wa­nych wło­sach. Na imię mia­ła Mau­re­en. Jak na za­wo­ła­nie przy­kuś­ty­ka­ła przez po­kój - mia­ła cho­re bio­dro - dźwi­ga­jąc pla­sti­ko­wy kosz z pra­niem, wy­peł­nio­ny sta­ran­nie zło­żo­ny­mi bia­ły­mi pod­ko­szul­ka­mi i bok­ser­ka­mi, sta­no­wią­cy­mi ca­łość gar­de­ro­by ojca. Za­ska­ku­ją­ce było tyl­ko to, że tak dłu­go wy­trzy­ma­ła. Oj­ciec miał na sto­li­ku obok fo­te­la mały dzwo­nek. Na­ci­skał go, gdy tyl­ko cze­goś po­trze­bo­wał, czy­li wła­ści­wie bez­u­stan­nie. Apa­rat tle­no­wy nie dzia­łał, rur­ki wy­su­sza­ły mu nos, po­trze­bo­wał po­mo­cy, żeby pójść do to­a­le­ty. Od cza­su do cza­su Mau­re­en za­bie­ra­ła go na "spa­cer" wóz­kiem elek­trycz­nym, by mógł prze­je­chać się po cen­trum han­dlo­wym, po­na­rze­kać na "smar­ka­czy" i znów ją po­wy­zy­wać. Twier­dził, że krad­nie mu środ­ki prze­ciw­bó­lo­we. Do­pro­wa­dził­by do sza­łu każ­de­go, a Mau­re­en od po­cząt­ku wy­da­wa­ła się dość spię­ta.

- Może mu po­wiesz, jak mnie na­zwa­łeś - rze­kła, kła­dąc pra­nie na ka­na­pie.

- Och, na mi­łość bo­ską! - Mó­wił krót­ki­mi, ury­wa­ny­mi zda­nia­mi, bo sta­le bra­ko­wa­ło mu tchu. - Do­le­wasz mi od­mra­żacz do kawy. Czu­ję ten smak. To mor­der­stwo sta­re­go czło­wie­ka.

- Gdy­bym chcia­ła cię za­bić, uży­ła­bym cze­goś moc­niej­sze­go niż od­mra­żacz - od­gry­zła się. Cho­ciaż od dwu­dzie­stu paru lat miesz­ka­ła w Sta­nach, wciąż mia­ła sil­ny ir­landz­ki ak­cent. Oj­ciec za­wsze oskar­żał opie­kun­ki o to, że pró­bu­ją go za­bić. Praw­dę mó­wiąc, trud­no by­ło­by im się dzi­wić. - Na­zwał mnie... sło­wem, któ­re­go na­wet nie po­wtó­rzę.

- Do kur­wy nę­dzy, na­zwa­łem ją cipą. To uprzej­me okre­śle­nie jak dla niej. Na­pa­sto­wa­ła mnie. Sie­dzę tu pod­pię­ty do pie­przo­ne­go apa­ra­tu, a ona mnie bije.

- Wy­rwa­łam mu z ręki pa­pie­ro­sa - wy­ja­śni­ła Mau­re­en. - Pró­bo­wał ukrad­kiem za­pa­lić, kie­dy ro­bi­łam na dole pra­nie. Jak­bym nie czu­ła za­pa­chu dymu. - Spoj­rza­ła na mnie, jed­no oko ucie­kło jej w bok. - Nie wol­no mu pa­lić! Nie wiem na­wet, gdzie ma pa­pie­ro­sy, a gdzieś je cho­wa. To pew­ne. Prze­cież nie wol­no mu pa­lić!

Oj­ciec uśmiech­nął się trium­fal­nie, mil­czał jed­nak.

- A zresz­tą co mnie to ob­cho­dzi - do­da­ła z go­ry­czą. - To mój ostat­ni dzień. Dłu­żej tego nie znio­sę.

Na ekra­nie płat­na wi­dow­nia w stu­diu jęk­nę­ła z za­chwy­tu i za­czę­ła gło­śno kla­skać.

- I niby mam się tym prze­jąć? - od­pa­lił oj­ciec. - I tak nic nie robi. Zo­bacz, wszę­dzie leży kurz. To le­ni­wa suka, i tyle.

Mau­re­en pod­nio­sła kosz z pra­niem.

- Trze­ba było odejść mie­siąc temu. W ogó­le nie po­win­nam brać tej ro­bo­ty. - Wy­szła z po­ko­ju, uty­ka­jąc jak ku­cyk.

- Że też od razu jej nie wy­wa­li­łem - wy­mam­ro­tał oj­ciec. - Ja­sne, że to ko­lej­na mor­der­czy­ni.

Od­dy­chał przez ścią­gnię­te usta, jak­by wsy­sał po­wie­trze przez rur­kę.

Nie wie­dzia­łem, co ro­bić. Nie mógł miesz­kać sam. Bez po­mo­cy nie zdo­łał­by na­wet sko­rzy­stać z ła­zien­ki. Ka­te­go­rycz­nie nie zga­dzał się na prze­pro­wadz­kę do domu opie­ki. Twier­dził, że prę­dzej się za­bi­je.

Po­ło­ży­łem rękę na jego le­wej dło­ni, tej, do któ­rej pal­ca wska­zu­ją­ce­go pod­łą­czo­no mi­ga­ją­cy czer­wo­ny wskaź­nik. Pul­sok­sy­metr, tak go chy­ba na­zy­wa­ją. Cy­fer­ki na ekra­nie wska­zy­wa­ły osiem­dzie­siąt osiem pro­cent.

- Znaj­dzie­my ko­goś, tato - po­wie­dzia­łem. - Nie martw się.

Uniósł rękę i strzą­snął moją.

- Co to w ogó­le za pie­lę­gniar­ka? Nic jej nie ob­cho­dzi. - Roz­ka­słał się gwał­tow­nie, za­krztu­sił i splu­nął do zwi­nię­tej chu­s­tecz­ki, któ­rą wy­cią­gnął z za­ka­mar­ków fo­te­la. - Cze­mu wła­ści­wie nie wró­cisz do domu? Prze­cież i tak nie masz nic do ro­bo­ty. Ta pra­ca nie ma sen­su.

Po­krę­ci­łem gło­wą.

- Nie mogę, tato - rze­kłem ci­cho. - Mu­szę spła­cić kre­dyt stu­denc­ki. - Nie chcia­łem do­da­wać, że ktoś musi za­ra­biać na opie­kun­ki, któ­re sta­le zwal­nia.

- Ten dur­ny col­le­ge na nic ci się nie przy­dał. Po­twor­na stra­ta pie­nię­dzy, i tyle. A ty mar­no­wa­łeś czas na za­ba­wach z la­lu­sio­wa­ty­mi przy­ja­ciół­mi. Nie mu­sia­łem wy­da­wać dwu­dzie­stu ty­się­cy rocz­nie na two­je im­pre­zy. Mo­głeś im­pre­zo­wać tu­taj.

Uśmiech­ną­łem się, żeby wie­dział, że mnie nie ob­ra­ził. Nie mia­łem po­ję­cia, czy to ste­ry­dy, pred­ni­son, któ­ry roz­sze­rzał oskrze­la i umoż­li­wiał mu od­dy­cha­nie, czy­nią z nie­go ta­kie­go dup­ka, czy to jego na­tu­ra.

- Two­ja mat­ka, niech spo­czy­wa w spo­ko­ju, strasz­nie cię roz­pu­ści­ła. Zro­bi­ła z cie­bie mię­cza­ka i ma­zga­ja. - Ze świ­stem wcią­gnął po­wie­trze. - A te­raz mar­nu­jesz ży­cie. Kie­dy wresz­cie znaj­dziesz praw­dzi­wą pra­cę?

Oj­ciec świet­nie umiał tra­fiać w czu­łe punk­ty. Po­czu­łem, jak ogar­nia mnie fala iry­ta­cji. Nie moż­na było trak­to­wać go po­waż­nie i nie wpaść w szał. Cza­sa­mi przy­po­mi­nał mi wście­kłe­go psa. Za­wsze uwa­ża­łem, że jego gniew ma coś z wście­kli­zny. Nie kon­tro­lo­wał go, więc trud­no go wi­nić. Nig­dy nie umiał opa­no­wać zło­ści. Kie­dy by­łem mały, na tyle mały, że nie po­tra­fi­łem się od­gryźć, wy­star­czył naj­mniej­szy pre­tekst, by oj­ciec wy­cią­gnął pas i zlał mnie na kwa­śne jabł­ko. Za­raz po­tem nie­odmien­nie mru­czał pod no­sem: "Wi­dzisz, do cze­go mnie do­pro­wa­dzi­łeś?".

- Sta­ram się - od­par­łem.

- Za­wsze po­tra­fią wy­wę­szyć fra­je­ra.

- Kto?

- Te fir­my. Nikt nie chce u sie­bie fra­je­rów, wszy­scy pra­gną zwy­cięz­ców. Przy­nieś mi colę, do­brze?

To była jego man­tra jesz­cze z cza­sów tre­ner­skich - je­stem fra­je­rem, a je­dy­na rzecz, jaka się li­czy, to zwy­cię­stwo, dru­gie miej­sce ozna­cza prze­gra­ną. Kie­dyś te sło­wa strasz­nie mnie wku­rza­ły, ale zdą­ży­łem już przy­wyk­nąć. Te­raz pra­wie ich nie sły­sza­łem.

Po­sze­dłem do kuch­ni, za­sta­na­wia­jąc się, co ro­bić. Oj­ciec po­trze­bo­wał sta­łej opie­ki, bez dwóch zdań. Ale żad­na agen­cja już nie przy­sy­ła­ła tu swo­ich lu­dzi. Z po­cząt­ku miał praw­dzi­we pie­lę­gniar­ki ze szpi­ta­li, do­ra­bia­ją­ce po go­dzi­nach. Gdy je wszyst­kie wy­rzu­cił, za­czę­li­śmy za­trud­niać le­d­wie wy­kwa­li­fi­ko­wa­ne opie­kun­ki po dwu­ty­go­dnio­wych kur­sach przy­go­to­waw­czych. Po­tem każ­de­go, kto od­po­wie­dział na ogło­sze­nie w ga­ze­cie.

Mau­re­en tak upo­rząd­ko­wa­ła wnę­trze zło­ci­stej lo­dów­ki Ken­mo­re, że mo­gło­by jej po­zaz­dro­ścić naj­lep­sze rzą­do­we la­bo­ra­to­rium. Pusz­ki coli sta­ły w rów­nym rzę­dzie na me­ta­lo­wej pół­ce, za­mo­co­wa­nej na ide­al­nej wy­so­ko­ści. Na­wet szklan­ki w szaf­ce, zwy­kle po­kry­te tłu­sty­mi pla­ma­mi, lśni­ły czy­sto­ścią. Na­peł­ni­łem dwie lo­dem, do każ­dej wla­łem po jed­nej pusz­ce.

Będę mu­siał usiąść z Mau­re­en, uspo­ko­ić ją, prze­pro­sić w imie­niu ojca i bła­gać, może na­wet prze­ku­pić, by zo­sta­ła, przy­najm­niej do chwi­li, aż znaj­dę ko­goś na jej miej­sce. Może od­wo­łam się do od­po­wie­dzial­no­ści wo­bec star­szych lu­dzi, choć po­dej­rze­wa­łem, że żółć ojca w znacz­nej mie­rze osła­bi­ła te uczu­cia. By­łem zde­spe­ro­wa­ny. Je­śli ju­tro schrza­nię roz­mo­wę, będę miał mnó­stwo cza­su, tyl­ko że spę­dzę go za kra­ta­mi gdzieś w Il­li­no­is. A to w ni­czym nie po­mo­że.

Wró­ci­łem do po­ko­ju ze szklan­ka­mi, po­brzę­ku­jąc lo­dem. Re­kla­ma jesz­cze się nie skoń­czy­ła. Ile one trwa­ją i kto je oglą­da, oczy­wi­ście oprócz mo­je­go ojca?

- Nie martw się, tato - po­wie­dzia­łem, do­strze­głem jed­nak, że śpi.

Sta­łem bez ru­chu kil­ka se­kund, spraw­dza­jąc, czy od­dy­cha. Od­dy­chał. Bro­da opa­dła mu na pierś, gło­wę prze­krzy­wił pod dziw­nym ką­tem. Tlen ze świ­stem ula­ty­wał z jego ust. Gdzieś w piw­ni­cy Mau­re­en trza­ska­ła szaf­ka­mi. W du­chu pew­nie ćwi­czy­ła mowę po­że­gnal­ną. Po­sta­wi­łem obie szklan­ki na ma­łym sto­li­ku, na któ­rym peł­no było le­ków i pi­lo­tów.

A po­tem po­chy­li­łem się i uca­ło­wa­łem czo­ło po­kry­te czer­wo­ny­mi pla­ma­mi.

- Ko­goś znaj­dzie­my - do­da­łem szep­tem.

9

Głów­na kwa­te­ra fir­my Trion Sys­tems wy­glą­da­ła jak pod­ra­so­wa­ny Pen­ta­gon. Każ­dy z pię­ciu bo­ków bu­dyn­ku był wy­so­ki na sześć pię­ter. Za­pro­jek­to­wał go ja­kiś słyn­ny ar­chi­tekt. W pod­zie­miach mie­ścił się par­king pe­łen bmw, ran­ge­ro­ve­rów i volks­wa­ge­nów gar­bu­sów. Nie do­strze­głem jed­nak żad­nych za­re­zer­wo­wa­nych miejsc.

Po­da­łem na­zwi­sko "fir­mo­wej am­ba­sa­dor­ce" ze skrzy­dła B. Za tym na­pu­szo­nym okre­śle­niem kry­ła się zwy­kła re­cep­cjo­nist­ka. Dziew­czy­na wy­dru­ko­wa­ła mi iden­ty­fi­ka­tor z na­pi­sem "Gość". Przy­kle­iłem go do kie­sze­ni na pier­si sza­re­go gar­ni­tu­ru od Ar­ma­nie­go i za­cze­ka­łem w holu na ko­bie­tę imie­niem Ste­pha­nie.

Ste­pha­nie była asy­stent­ką wi­ce­dy­rek­to­ra do spraw per­so­nal­nych, Toma Lund­gre­na. Sta­ra­łem się od­prę­żyć, roz­luź­nić, me­dy­to­wać. W du­chu przy­po­mnia­łem so­bie, że nie mo­głem ma­rzyć o lep­szych oko­licz­no­ściach. Trion szu­kał kan­dy­da­ta na sta­no­wi­sko sze­fa mar­ke­tin­gu no­we­go pro­duk­tu. Pra­cow­nik od­szedł od nich na­gle, a mnie ide­al­nie przy­go­to­wa­no do tej po­sa­dy. Sta­no­wi­łem owoc in­ży­nie­rii ge­ne­tycz­nej po­łą­czo­nej z cy­fro­wym pod­ra­so­wa­niem. W ostat­nich ty­go­dniach paru łow­ców głów po­in­for­mo­wa­no o sma­ko­wi­tym ką­sku, wspa­nia­łym mło­dym wil­ku z Wy­at­ta, któ­ry aż się pro­si, żeby go pod­ku­pić. Wie­ści roz­cho­dzi­ły się nie­ofi­cjal­ny­mi ka­na­ła­mi pod­czas spo­tkań służ­bo­wych. Wkrót­ce na se­kre­tar­ce za­czą­łem znaj­do­wać te­le­fo­ny od firm re­kru­ta­cyj­nych.

W do­dat­ku od­ro­bi­łem za­da­nie do­mo­we, je­śli cho­dzi o Trion Sys­tems. Do­wie­dzia­łem się, że to gi­gant elek­tro­ni­ki użyt­ko­wej, za­ło­żo­ny na po­cząt­ku lat sie­dem­dzie­sią­tych przez le­gen­dar­ne­go Au­gu­sti­ne'a God­dar­da, na­zy­wa­ne­go nie Gus, lecz Jock. God­dard był po­sta­cią nie­mal kul­to­wą. Ukoń­czył Cal Tech, słu­żył w ma­ry­nar­ce, pra­co­wał w Fa­ir­child Se­mi­con­duc­tor, a po­tem u Loc­khe­eda i opra­co­wał prze­ło­mo­wy spo­sób pro­duk­cji ki­ne­sko­pów ko­lo­ro­wych. Po­wszech­nie uwa­ża­no go za ge­niu­sza, lecz w od­róż­nie­niu od ge­nial­nych ty­ra­nów, twór­ców ol­brzy­mich mię­dzy­na­ro­do­wych kor­po­ra­cji, God­dard nie był dup­kiem. Lu­dzie go lu­bi­li, byli wo­bec nie­go lo­jal­ni. Był kimś w ro­dza­ju od­le­głe­go, przy­ja­zne­go ojca. Rzad­kie spo­tka­nia z Joc­kiem God­dar­dem na­zy­wa­no "kon­tak­ta­mi", jak­by był UFO.

Trion nie pro­du­ko­wał już ko­lo­ro­wych ki­ne­sko­pów te­le­wi­zyj­nych, a li­cen­cje na ki­ne­skop God­dar­da sprze­da­no Sony, Mit­su­bi­shi i wszyst­kim in­nym Ja­poń­czy­kom pro­du­ku­ją­cym ame­ry­kań­skie te­le­wi­zo­ry. Póź­niej Trion wy­spe­cja­li­zo­wał się w łącz­no­ści elek­tro­nicz­nej. Za­czę­li od słyn­ne­go mo­de­mu God­dar­da. Te­raz pro­du­ko­wa­li te­le­fo­ny ko­mór­ko­we i pa­ge­ry, ele­men­ty kom­pu­te­rów, ko­lo­ro­we dru­kar­ki la­se­ro­we, oso­bi­ste no­te­sy elek­tro­nicz­ne i tym po­dob­ne.

W drzwiach holu po­ja­wi­ła się so­lid­nie zbu­do­wa­na ko­bie­ta o krę­co­nych brą­zo­wych wło­sach.

- Adam?

Moc­no uści­sną­łem jej dłoń.

- Miło mi pa­nią po­znać.

- Je­stem Ste­pha­nie - oznaj­mi­ła. - Asy­stent­ka Toma Lund­gre­na.

Po­pro­wa­dzi­ła mnie do win­dy i za­wio­zła na pią­te pię­tro. Po dro­dze ga­wę­dzi­li­śmy nie­zo­bo­wią­zu­ją­co. Sta­ra­łem się spra­wiać wra­że­nie na­sta­wio­ne­go en­tu­zja­stycz­nie, ale nie ma­nia­ka, a ona wy­da­wa­ła się nie­co zde­kon­cen­tro­wa­na. Na pią­tym pię­trze uj­rza­łem ty­po­wy la­bi­rynt bok­sów, cią­gną­cych się, jak okiem się­gnąć, wy­so­kich, bez­oso­bo­wych. Ste­pha­nie po­pro­wa­dzi­ła mnie szla­kiem przez ów la­bi­rynt. Nie zdo­łał­bym sa­mo­dziel­nie od­na­leźć dro­gi, na­wet gdy­bym sy­pał za sobą okrusz­ki. Wszyst­ko tu było stan­dar­do­we i kor­po­ra­cyj­ne, poza mo­ni­to­rem kom­pu­te­ra, któ­ry do­strze­głem ką­tem oka. Za wy­ga­szacz ekra­nu słu­ży­ła po­do­bi­zna Joc­ka God­dar­da. Jego gło­wa uśmie­cha­ła się sze­ro­ko i wi­ro­wa­ła ni­czym gło­wa Lin­dy Bla­ir w Eg­zor­cy­ście. Gdy­by ktoś wy­ciął taki nu­mer w Wy­at­cie - z gło­wą Nic­ka Wy­at­ta - jego przy­du­pa­sy pew­nie po­ła­ma­ły­by mu nogi.

W koń­cu do­tar­li­śmy do sali kon­fe­ren­cyj­nej. Na drzwiach wi­sia­ła ta­blicz­ka: STU­DE­BA­KER.

- Stu­de­ba­ker? - mruk­ną­łem.

- Tak, wszyst­kie sale kon­fe­ren­cyj­ne ochrzczo­no na­zwa­mi kla­sycz­nych ame­ry­kań­skich sa­mo­cho­dów. Mu­stang, thun­der­bird, co­rvet­te, ca­ma­ro. Jock uwiel­bia ame­ry­kań­skie wozy. - Wy­mó­wi­ła jego imię z lek­kim na­ci­skiem, nie­mal w cu­dzy­sło­wie, jak­by chcia­ła pod­kre­ślić, że w rze­czy­wi­sto­ści nie jest z pre­ze­sem po imie­niu, ale wszy­scy go tak na­zy­wa­ją. - Chciał­byś coś do pi­cia?

Ju­dith Bol­ton mó­wi­ła, że za­wsze po­wi­nie­nem od­po­wia­dać twier­dzą­co, bo lu­dzie lu­bią ro­bić in­nym grzecz­ność, a po spo­tka­niu może się li­czyć zda­nie każ­de­go, na­wet se­kre­tar­ki.

- Colę, pep­si, co­kol­wiek - od­par­łem. - Dzię­ki.

Usia­dłem po jed­nej stro­nie sto­łu, na­prze­ciw drzwi. Nie u szczy­tu. Kil­ka mi­nut póź­niej do środ­ka wma­sze­ro­wał szyb­kim i sprę­ży­stym kro­kiem przy­sa­dzi­sty męż­czy­zna w spodniach kha­ki i gra­na­to­wej ko­szul­ce polo z logo Trio­nu. Roz­po­zna­łem go na­tych­miast z ma­te­ria­łów przy­go­to­wa­nych przez dok­tor Bol­ton. Tom Lund­gren, wi­ce­dy­rek­tor do spraw per­so­nal­nych. Czter­dzie­ści trzy lata, pię­cio­ro dzie­ci, za­pa­lo­ny gol­fi­sta. Tuż za nim drep­ta­ła Ste­pha­nie, trzy­ma­jąc w rę­kach pusz­kę coli i bu­tel­kę wody Aqu­afi­na.

Lund­gren moc­no uści­snął mi dłoń.

- Ada­mie, je­stem Tom Lund­gren.

- Miło mi pana po­znać.

- Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie. Sły­sza­łem o to­bie mnó­stwo do­bre­go.

2

Kie­dy jak zwy­kle spóź­nio­ny zja­wi­łem się w pra­cy, cze­ka­ły już na mnie wia­do­mo­ści na po­czcie gło­so­wej.

Przy­zna­ję, tym ra­zem spóź­ni­łem się bar­dziej niż zwy­kle. Czu­łem się kiep­sko, w gło­wie pul­so­wał mi ból, ser­ce ko­ła­ta­ło po ol­brzy­mim kub­ku ta­niej kawy, któ­rą wy­pi­łem w me­trze. Żo­łą­dek za­la­ła fala kwa­su. Za­sta­na­wia­łem się, czy wziąć wol­ne, lecz ci­chut­ki głos roz­sąd­ku w mo­jej gło­wie szep­tał, że po wy­da­rze­niach ze­szłe­go wie­czo­ru naj­roz­sąd­niej bę­dzie zja­wić się w pra­cy i sta­wić czo­ło bu­rzy.

Przy­zna­ję, spo­dzie­wa­łem się, że mnie wy­le­ją - nie­mal nie mo­głem się tego do­cze­kać, tak jak z prze­ra­że­niem i nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka się na bo­ro­wa­nie bo­lą­ce­go zęba. Kie­dy wy­sia­dłem z win­dy i ru­szy­łem w pół­ki­lo­me­tro­wy marsz mię­dzy bok­sa­mi, do­strze­głem gło­wy wy­nu­rza­ją­ce się znad ścia­nek dzia­ło­wych ni­czym pie­ski pre­rio­we z nor i od­pro­wa­dza­ją­ce mnie cie­kaw­skie spoj­rze­nia. Sta­łem się sław­ny, wie­ści już się ro­ze­szły. Bez wąt­pie­nia po fir­mie krą­ży­ły dzie­siąt­ki e-ma­ili.

Oczy mia­łem prze­krwio­ne, wło­sy roz­czo­chra­ne. Wy­glą­da­łem jak cho­dzą­ca re­kla­ma kam­pa­nii an­ty­al­ko­ho­lo­wej.

Mały świe­cą­cy ekra­nik mo­je­go te­le­fo­nu po­in­for­mo­wał mnie: masz je­de­na­ście wia­do­mo­ści. Włą­czy­łem gło­śnik i prze­słu­cha­łem wszyst­kie. Słu­cha­nie tych na­grań - ner­wo­wych, spo­koj­nych, li­zu­sow­skich - wy­star­czy­ło, by sko­czy­ło mi ci­śnie­nie. Z dol­nej szu­fla­dy biur­ka wy­ją­łem fiol­kę z ad­vi­lem i prze­łkną­łem bez po­pi­ja­nia dwie pa­styl­ki. To było już sześć ad­vi­li od rana, wię­cej niż za­le­ca­na mak­sy­mal­na daw­ka. I co z tego? Co niby może mnie spo­tkać? Śmierć z przedaw­ko­wa­nia ibu­pro­fe­nu tuż przed wy­la­niem z pra­cy?

By­łem asy­sten­tem sze­fa pro­duk­cji ro­ute­rów w dzia­le pro­duk­cji kor­po­ra­cyj­nej. Nie war­to, że­bym tłu­ma­czył to wam na ludz­ki ję­zyk, to zbyt ogłu­pia­ją­ce i nud­ne. Ca­ły­mi dnia­mi wy­słu­chi­wa­łem tek­stów w sty­lu "emu­la­cja łą­cza z dy­na­micz­nym przy­dzia­łem pa­sma", "zin­te­gro­wa­ne urzą­dze­nia do­stę­po­we", "urzą­dze­nia dzia­ła­ją­ce pod kon­tro­lą IOS", "sieć szkie­le­to­wa ATM" czy "pro­to­kół tu­ne­lo­wa­nia IP Se­cu­ri­ty". Przy­się­gam, że nie mia­łem po­ję­cia, co zna­czy po­ło­wa tych bzdur.

Oto wia­do­mość od go­ścia z dzia­łu sprze­da­ży, nie­ja­kie­go Grif­fi­na, któ­ry na­zy­wał mnie twar­dzie­lem i prze­chwa­lał się, jak to sprze­dał kil­ka­dzie­siąt ro­ute­rów z mo­jej dział­ki, za­pew­nia­jąc klien­ta, że mają spe­cjal­ny pro­to­kół mul­ti­ca­sto­wy do trans­mi­sji wi­deo na żywo - któ­re­go, jak do­sko­na­le wie­dział, aku­rat nie mają. By­ło­by jed­nak miło, gdy­by uda­ło nam się do­dać tę funk­cję do pro­duk­tu. Naj­le­piej w cią­gu naj­bliż­szych dwóch ty­go­dni, nim zre­ali­zu­je­my za­mó­wie­nie. Ja­sne, śnij da­lej.

Pięć mi­nut póź­niej za­dzwo­nił kie­row­nik Grif­fi­na, któ­ry chciał "spraw­dzić na­sze po­stę­py przy im­ple­men­ta­cji pro­to­ko­łu mul­ti­ca­sto­we­go, nad któ­rym po­dob­no pra­cu­je­my", zu­peł­nie jak­bym oso­bi­ście zaj­mo­wał się tech­nicz­ną ro­bo­tą.

A po­tem usły­sza­łem spo­koj­ny, sta­now­czy głos Ar­nol­da Me­acha­ma, któ­ry przed­sta­wił się jako dy­rek­tor ochro­ny i po­pro­sił, abym "od­wie­dził jego biu­ro, gdy tyl­ko się zja­wię".

Nie mia­łem po­ję­cia, kim jest Ar­nold Me­acham, nig­dy wcze­śniej nie sły­sza­łem jego na­zwi­ska. Nie orien­to­wa­łem się na­wet, gdzie są biu­ra ochro­ny.

To za­baw­ne. Kie­dy usły­sza­łem tę wia­do­mość, moje ser­ce nie wy­star­to­wa­ło do bie­gu, jak moż­na by się spo­dzie­wać. Wręcz prze­ciw­nie, zwol­ni­ło. Zu­peł­nie jak­by cia­ło zda­wa­ło so­bie spra­wę, że to ko­niec. Coś jak­by zen: we­wnętrz­ny spo­kój i świa­do­mość, że i tak nic nie mogę zro­bić. Nie­mal na­pa­wa­łem się tą chwi­lą.

Przez kil­ka mi­nut wpa­try­wa­łem się w ścia­ny bok­su, po­kry­te gru­zeł­ko­wa­tą gra­fi­to­wą tka­ni­ną, przy­po­mi­na­ją­cą ta­pe­ty w miesz­ka­niu mo­je­go ojca. Ścia­ny mo­je­go bok­su nie no­si­ły żad­ne­go śla­du ludz­kiej obec­no­ści. Nie było na nich zdjęć żony i dzie­ci (to ła­twe, nie mia­łem żony ani dzie­ci), ko­mik­sów z Dil­ber­tem, żad­nych bły­sko­tli­wych, iro­nicz­nych cy­ta­tów świad­czą­cych o tym, że w du­chu pro­te­stu­ję prze­ciw swo­jej obec­no­ści tu­taj, bo tak na­praw­dę je­stem po­nad to. Mia­łem jed­ną pół­kę z książ­ka­mi, a na niej prze­wod­nik po pro­to­ko­łach ro­utin­gu i czte­ry gru­be czar­ne sko­ro­szy­ty, peł­ne do­ku­men­ta­cji ro­ute­ra MG-50K. Nie będę za nimi tę­sk­nił.

W koń­cu nie cze­ka­ło mnie roz­strze­la­nie. Wie­dzia­łem, że i tak już nie żyję. Po­zo­sta­wa­ło po­zbyć się cia­ła i zmyć krew. Pa­mię­tam, że kie­dyś w col­le­ge'u czy­ta­łem o roli gi­lo­ty­ny w hi­sto­rii Fran­cji. Pe­wien kat, le­karz me­dy­cy­ny, prze­pro­wa­dził upior­ne do­świad­cze­nie (cóż, dla każ­de­go coś mi­łe­go): kil­ka se­kund po od­cię­ciu gło­wy pa­trzył, jak po­ru­sza­ją się war­gi i po­wie­ki. W koń­cu po­wie­ki opa­dły i twarz znie­ru­cho­mia­ła. Wte­dy wy­krzyk­nął na­zwi­sko nie­bosz­czy­ka. Oczy w od­cię­tej gło­wie otwar­ły się i spoj­rza­ły wprost na nie­go. Po kil­ku se­kun­dach, gdy zno­wu się za­mknę­ły, po­now­nie wy­krzyk­nął gło­śno na­zwi­sko i oczy jesz­cze się otwo­rzy­ły. Słod­kie. Trzy­dzie­ści se­kund po de­ka­pi­ta­cji gło­wa wciąż re­agu­je. Tak wła­śnie się czu­łem - ostrze już opa­dło, a oni wy­krzy­ki­wa­li moje na­zwi­sko.

Pod­nio­słem słu­chaw­kę i za­dzwo­ni­łem do biu­ra Ar­nol­da Me­acha­ma. Po­in­for­mo­wa­łem jego asy­stent­kę, że już idę. Spy­ta­łem też, jak tam tra­fić.

Za­schło mi w gar­dle, więc po dro­dze za­trzy­ma­łem się w po­ko­ju re­kre­acyj­nym, by wziąć na­pój - kie­dyś były dar­mo­we, a te­raz kosz­to­wa­ły po pięć­dzie­siąt cen­tów. Po­kój ów mie­ścił się na ty­łach, po­środ­ku pię­tra, w po­bli­żu wind. Kie­dy sze­dłem w jego stro­nę, po­grą­żo­ny w dzi­wacz­nym tran­sie, ko­lej­ni ko­le­dzy do­strze­ga­li mnie i za­kło­po­ta­ni szyb­ko od­wra­ca­li wzrok.

Przej­rza­łem za­pa­ro­wa­ną szkla­ną sza­fę peł­ną pu­szek. Uzna­łem, że nie mam ocho­ty na moją zwy­cza­jo­wą die­te­tycz­ną pep­si - w tej chwi­li nie po­trze­bo­wa­łem ko­lej­nej daw­ki ko­fe­iny - i za­miast tego wy­bra­łem spri­te'a. W przy­pły­wie bun­tu nie wrzu­ci­łem do sło­ika pie­nię­dzy. Do­pie­ro pój­dzie im w pię­ty. Otwo­rzy­łem pusz­kę i ru­szy­łem do win­dy.

Nie­na­wi­dzi­łem swo­jej pra­cy, szcze­rze nią gar­dzi­łem, dla­te­go myśl o jej utra­cie nie­spe­cjal­nie mnie wzru­sza­ła. Z dru­giej stro­ny nie mia­łem też fun­du­szu po­wier­ni­cze­go i zde­cy­do­wa­nie po­trze­bo­wa­łem pie­nię­dzy. Dla­te­go prze­cież się tu zna­la­złem. Wró­ci­łem, aby po­móc w le­cze­niu mo­je­go ojca. Tego sa­me­go, któ­ry uwa­żał mnie za po­pa­prań­ca. Na Man­hat­ta­nie, gdzie pra­co­wa­łem jako bar­man, za­ra­bia­łem po­ło­wę tego, co tu­taj, ale ży­łem le­piej. Mó­wi­my prze­cież o Man­hat­ta­nie! Te­raz miesz­ka­łem w za­py­zia­łej, cuch­ną­cej spa­li­na­mi ka­wa­ler­ce na par­te­rze przy Pe­arl Stre­et. Od pią­tej rano szy­by w oknach drża­ły, gdy po uli­cy prze­jeż­dża­ły ko­lej­ne cię­ża­rów­ki. Owszem, kil­ka razy w ty­go­dniu spo­ty­ka­łem się z przy­ja­ciół­mi, ale za­zwy­czaj koń­czy­ło się to de­be­tem na kon­cie ty­dzień przed wy­pła­tą. A po­tem, pięt­na­ste­go każ­de­go mie­sią­ca, jak za do­tknię­ciem różdż­ki na kon­cie po­ja­wiał się prze­lew z kadr, po­da­ru­nek od kor­po­ra­cyj­ne­go Świę­te­go Mi­ko­ła­ja.

No do­bra, nie pła­ci­li mi su­per, ale spe­cjal­nie się nie prze­pra­co­wy­wa­łem. Po pro­stu utrzy­my­wa­łem się na po­wierzch­ni. Spę­dza­łem w pra­cy mi­ni­mum wy­ma­ga­nych go­dzin, przy­cho­dzi­łem póź­no, wy­cho­dzi­łem wcze­śnie, ale ro­bi­łem, co do mnie na­le­ża­ło. Nie zbie­ra­łem naj­lep­szych ocen, to praw­da. Uzna­wa­no mnie za pra­cow­ni­ka dru­giej kla­sy, za­le­d­wie o po­ziom po­nad naj­niż­szą kla­są, któ­rej przed­sta­wi­cie­le mo­gli od razu pa­ko­wać ma­nat­ki.

Wsia­dłem do win­dy i spoj­rza­łem po so­bie. Czar­ne dżin­sy, sza­ra ko­szul­ka polo, adi­da­sy. Po­ża­ło­wa­łem, że nie za­ło­ży­łem kra­wa­ta.

4

Ni­cho­las Wy­att był na­praw­dę prze­ra­ża­ją­cym go­ściem. Nig­dy wcze­śniej z nim nie roz­ma­wia­łem, ale po­ja­wiał się w te­le­wi­zji, w CNBC i na stro­nie fir­mo­wej, na któ­rej umiesz­czał krót­kie fil­mi­ki. Pod­czas trzech lat pra­cy w jego fir­mie kil­ka razy wi­dzia­łem go na­wet na żywo - z da­le­ka. Z bli­ska wy­da­wał się jesz­cze groź­niej­szy. Jego skó­rę po­kry­wa­ła moc­na opa­le­ni­zna. Czar­ne jak smo­ła na­że­lo­wa­ne wło­sy za­cze­sy­wał do tyłu. Zęby miał ide­al­nie rów­ne i bia­łe jak u hol­ly­wo­odz­kiej gwiaz­dy.

Nie wy­glą­dał na swo­je pięć­dzie­siąt sześć lat, choć w su­mie nie wiem, jak po­wi­nien wy­glą­dać pięć­dzie­się­cio­sze­ścio­la­tek. Z całą pew­no­ścią nie przy­po­mi­nał mo­je­go ojca w tym wie­ku - brzu­cha­te­go, ły­sie­ją­ce­go fa­ce­ta w tak zwa­nej peł­ni sił. Wi­dać było, że prze­szedł ope­ra­cję pla­stycz­ną. Skó­rę na twa­rzy miał na­pię­tą, oczy lek­ko sko­śne jak u Eski­mo­sa.

Co wła­ści­wie tu ro­bił? Czym mógł mi za­gro­zić pre­zes fir­my? Me­acham wy­czer­pał już ar­se­nał gróźb. Co jesz­cze mnie cze­ka­ło? Śmierć od ty­sią­ca ska­le­czeń pa­pie­rem biu­ro­wym? Po­żar­cie żyw­cem przez dzi­kie świ­nie?

W skry­to­ści du­cha fan­ta­zjo­wa­łem, że przy­bi­je mi piąt­kę, po­gra­tu­lu­je świet­ne­go nu­me­ru i po­wie, że po­do­ba mu się moja od­wa­ga i hart du­cha. Ale to ża­ło­sne ma­rze­nie ob­umar­ło tak szyb­ko, jak się po­ja­wi­ło. Ni­cho­las Wy­att nie był księ­dzem gra­ją­cym w ko­szy­ków­kę, lecz mści­wym, pa­mię­tli­wym su­kin­sy­nem.

Sły­sza­łem o nim mnó­stwo hi­sto­rii. Wie­dzia­łem, że roz­sąd­ni lu­dzie sta­ra­ją się go uni­kać. Le­piej się nie wy­chy­lać, nie przy­cią­gać jego uwa­gi. Sły­nął z ata­ków fu­rii, wrza­sków i awan­tur. Miał zwy­czaj zwal­niać lu­dzi w try­bie na­tych­mia­sto­wym, ka­zał ochro­nie pa­ko­wać ich ma­nat­ki i eskor­to­wać do wyj­ścia. Na na­ra­dach kie­row­nic­twa za­wsze wy­bie­rał so­bie ofia­rę i po­ni­żał pod­czas ca­łe­go spo­tka­nia. Nikt nie śmiał prze­ka­zy­wać mu złych wie­ści ani mar­no­wać choć­by se­kun­dy jego cza­su. Pe­cho­wiec, któ­ry miał przed­sta­wić mu pre­zen­ta­cję w Po­wer­Po­in­cie, ćwi­czył do upa­dłe­go, póki nie osią­gnął per­fek­cji, a na wi­dok naj­drob­niej­sze­go błę­du Wy­att prze­ry­wał, krzy­cząc: "Nie­wia­ry­god­ne!".

Lu­dzie twier­dzi­li, że bar­dzo zmiękł od cza­sów mło­do­ści, więc jaki mu­siał być wcze­śniej? Był prze­cież wście­kle am­bit­ny. Ćwi­czył pod­no­sze­nie cię­ża­rów i tria­tlon. Pra­cow­ni­cy fir­mo­we­go cen­trum fit­nes­su mó­wi­li, że ma w zwy­cza­ju rzu­cać wy­zwa­nia ro­słym mię­śnia­kom, kto zdo­ła wię­cej razy pod­cią­gnąć się na drąż­ku. Nig­dy nie prze­gry­wał. A kie­dy prze­ciw­nik re­zy­gno­wał, Wy­att drwił: "Mam kon­ty­nu­ować?". Mó­wio­no, że po­stu­rą przy­po­mi­na Ar­nol­da Schwa­rze­neg­ge­ra - był jak brą­zo­wy kon­dom wy­pcha­ny orze­cha­mi.

Za­wsze mu­siał wy­gry­wać, ale to mu nie wy­star­cza­ło. Zwy­cię­stwo na­bie­ra­ło sło­dy­czy do­pie­ro wte­dy, gdy wy­kpił prze­gra­ne­go. Kie­dyś na fir­mo­wym przy­ję­ciu świą­tecz­nym na­pi­sał na bu­tel­ce wina na­zwę głów­ne­go kon­ku­ren­ta, Trion Sys­tems, i roz­bił ją o ścia­nę do wtó­ru pi­jac­kich śmie­chów i wi­wa­tów.

Kie­ro­wał fir­mą bar­dzo ostro. Jego dy­rek­to­rzy ubie­ra­li się tak jak on, w gar­ni­tu­ry za sie­dem ty­się­cy do­la­rów od Ar­ma­nie­go, Pra­dy, Brio­nie­go, Ki­to­na czy in­nych pro­jek­tan­tów, o któ­rych na­wet nie sły­sza­łem, i zno­si­li wy­bry­ki sze­fa, bo za­ra­bia­li nie­przy­zwo­icie dużo. Wśród lu­dzi krą­żył o nim dow­cip, wszy­scy już go zna­ją. Jaka jest róż­ni­ca mię­dzy Bo­giem i Ni­cho­la­sem Wy­at­tem? Bóg nie uwa­ża się za Ni­cho­la­sa Wy­at­ta.

Nick Wy­att sy­piał trzy go­dzi­ny na dobę, na śnia­da­nie i lunch ja­dał ba­to­ny ener­ge­tycz­ne, był re­ak­to­rem ki­pią­cym ner­wo­wą ener­gią i moc­no się po­cił. Lu­dzie na­zy­wa­li go Eks­ter­mi­na­to­rem. Rzą­dził w at­mos­fe­rze stra­chu, nig­dy nie za­po­mi­nał ura­zy. Gdy jego eks­przy­ja­ciel zo­stał zwol­nio­ny z po­zy­cji pre­ze­sa wiel­kiej fir­my tech­no­lo­gicz­nej, Wy­att po­słał mu wie­niec czar­nych róż - asy­stent­ki Wy­at­ta za­wsze wie­dzia­ły, gdzie do­stać czar­ne róże. Jego słyn­ne mot­to ży­cio­we, któ­re po­wta­rzał tak czę­sto, że po­win­no się je wy­ryć w gra­ni­cie nad głów­nym wej­ściem i zro­bić z nie­go wy­ga­szacz ekra­nu we wszyst­kich kom­pu­te­rach, brzmia­ło: "Oczy­wi­ście, że je­stem pa­ra­no­ikiem. Chcę, żeby wszy­scy moi lu­dzie byli pa­ra­no­ika­mi. Suk­ces wy­ma­ga pa­ra­noi".

? ? ?

W ślad za Wy­at­tem wy­sze­dłem z biur ochro­ny i uda­łem się do jego ga­bi­ne­tu. Z tru­dem do­trzy­my­wa­łem mu kro­ku - cho­dził jak lek­ko­atle­ta, mu­sia­łem nie­mal biec. Za nami po­dą­żał Me­acham, wy­ma­chu­jąc czar­ną skó­rza­ną tecz­ką ni­czym pał­ką. Wi­dzia­łem, że zbli­ża­my się do sie­dzib kie­row­nic­twa. Bia­ły tynk na ścia­nach za­stą­pił ma­hoń, wy­kła­dzi­na sta­ła się mięk­ka i gru­ba. W koń­cu zna­leź­li­śmy się w ga­bi­ne­cie Wy­at­ta, jego smo­czej ja­mie.

Gdy we­szli­śmy do po­cze­kal­ni, dwie se­kre­tar­ki jed­no­cze­śnie unio­sły gło­wy i uśmiech­nę­ły się pro­mien­nie. Pa­so­wa­ły do sie­bie: jed­na blon­dyn­ka, jed­na czar­na.

- Lin­da, Yvet­te - po­wie­dział, jak­by je pod­pi­sy­wał. Nie za­sko­czy­ło mnie, że przy­po­mi­na­ły mo­del­ki. Tu wszyst­ko było naj­wyż­szej pró­by: ścia­ny, wy­kła­dzi­na, me­ble. Za­sta­na­wia­łem się, czy w umo­wach o pra­cę mają obo­wiąz­ki po­za­urzę­do­we, na przy­kład ob­cią­ga­nie. Tak przy­najm­niej gło­si­ła fama.

Ga­bi­net Wy­at­ta był ol­brzy­mi; spo­koj­nie zmie­ści­ła­by się w nim cała bo­śniac­ka wio­ska. Za dwie­ma szkla­ny­mi ścia­na­mi roz­ta­czał się nie­sa­mo­wi­ty wi­dok na mia­sto. Po­zo­sta­łe dwie ścia­ny po­kry­wa­ła bo­aze­ria z ele­ganc­kie­go ciem­ne­go drew­na. Wi­sia­ło na nich mnó­stwo zdjęć, dy­plo­mów, okła­dek pism, a wszyst­kie z jego gębą: "For­tu­ne", "For­bes", "Bu­si­ness Week".

Roz­glą­da­łem się oszo­ło­mio­ny, pół idąc, pół bie­gnąc. Zdję­cie Wy­at­ta i paru in­nych fa­ce­tów ze świę­tej pa­mię­ci księż­ną Dia­ną. On sam z jed­nym i dru­gim Geo­r­ge'em Bu­shem. Po­pro­wa­dził mnie do ką­ci­ka roz­mów: dwóch wy­ście­ła­nych fo­te­li z czar­nej skó­ry i ka­na­py. Me­ble wy­glą­da­ły jak żyw­cem wy­ję­te z mu­zeum sztu­ki współ­cze­snej. Wy­att za­jął miej­sce po jed­nej stro­nie ol­brzy­miej ka­na­py.

Krę­ci­ło mi się w gło­wie. By­łem zdez­o­rien­to­wa­ny, zna­la­złem się w ob­cym świe­cie. Nie mia­łem po­ję­cia, cze­mu tu je­stem, cze­mu tra­fi­łem do ga­bi­ne­tu Ni­cho­la­sa Wy­at­ta. Może nie­gdyś na­le­żał do chłop­ców, któ­rzy pin­ce­tą od­ry­wa­ją owa­dom nóż­ki, a po­tem palą je za po­mo­cą szkła po­więk­sza­ją­ce­go?

- Wy­krę­ci­łeś nam im­po­nu­ją­cy nu­mer - oznaj­mił. - Robi wra­że­nie.

Uśmiech­ną­łem się i skrom­nie skło­ni­łem gło­wę. Nie było sen­su za­prze­czać. Dzię­ki Bogu, po­my­śla­łem. Wy­glą­da­ło na to, że jed­nak przy­bi­je mi piąt­kę.

- Ale nikt nie ko­pie mnie w jaja i nie od­cho­dzi bez­kar­nie. Po­wi­nie­neś już to wie­dzieć. Nikt, kur­wa, nikt.

Wła­śnie wy­jął pin­ce­tę i szkło po­więk­sza­ją­ce.

- Jak to wła­ści­wie z tobą jest? Pra­cu­jesz tu od trzech lat, zbie­rasz mier­ne oce­ny, od po­cząt­ku nie do­sta­łeś ani awan­su, ani pod­wyż­ki, dzia­łasz na au­to­pi­lo­cie, nie prze­mę­czasz się. Trud­no cię na­zwać am­bit­nym, co?

Mó­wił szyb­ko, co za­nie­po­ko­iło mnie jesz­cze bar­dziej.

Znów się uśmiech­ną­łem.

- Chy­ba nie. Jak by to po­wie­dzieć... inne prio­ry­te­ty.

- To zna­czy?

Za­wa­ha­łem się. Miał mnie. Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

- Każ­de­mu na czymś za­le­ży - rzekł Wy­att. - In­a­czej nic nie jest wart. Bez wąt­pie­nia nie za­le­ży ci na pra­cy. Więc na czym?

Pra­wie nig­dy nie od­bie­ra mi mowy, ale tym ra­zem nie wie­dzia­łem, co mą­dre­go mógł­bym po­wie­dzieć. Me­acham mnie ob­ser­wo­wał. Jego ostrą, twar­dą twarz roz­ja­śniał pa­skud­ny sa­dy­stycz­ny uśmie­szek. Zna­łem go­ści w na­szej fir­mie, w moim dzia­le, któ­rzy cały czas kom­bi­no­wa­li, jak spo­tkać się z Wy­at­tem choć­by na pół mi­nu­ty. W win­dzie, na lun­chu, gdzie­kol­wiek. Przy­go­to­wy­wa­li so­bie prze­mo­wy do win­dy. A ja sie­dzia­łem w ga­bi­ne­cie wiel­kie­go sze­fa i mil­cza­łem jak głu­pek.

- Masz ja­kieś hob­by, może je­steś ak­to­rem ama­to­rem? - na­ci­skał.

Po­krę­ci­łem gło­wą.

- Cóż, je­steś do­bry. Pie­przo­ny Mar­lon Bran­do. Sprze­da­wa­nie ro­ute­rów idzie ci do dupy, ale we wci­ska­niu kitu je­steś cho­ler­nym ge­niu­szem.

- Je­śli to kom­ple­ment, to dzię­ku­ję.

- Sły­sza­łem, że świet­nie na­śla­du­jesz Nic­ka Wy­at­ta. To praw­da? Po­każ.

Za­ru­mie­ni­łem się i po­krę­ci­łem gło­wą.

- Cała spra­wa spro­wa­dza się do jed­ne­go. Orżną­łeś mnie i naj­wy­raź­niej uwa­żasz, że ci się upie­cze.

Spoj­rza­łem na nie­go ze zgro­zą.

- Nie, pro­szę pana. Nie uwa­żam, że mi się upie­cze.

- Oszczędź so­bie. Nie po­trze­bu­ję ko­lej­nej de­mon­stra­cji. Za­ła­twi­li­śmy to na po­cząt­ku. - Pstryk­nął pal­ca­mi ni­czym ce­sarz rzym­ski i Me­acham wrę­czył mu tecz­kę. Wy­att zaj­rzał do środ­ka. - Two­je wy­ni­ki te­stów miesz­czą się w gór­nym prze­dzia­le. W col­le­ge'u spe­cja­li­zo­wa­łeś się w in­ży­nie­rii. Ja­kiej?

- Elek­trycz­nej.

- Chcia­łeś być in­ży­nie­rem, gdy do­ro­śniesz?

- Mój oj­ciec ży­czył so­bie, że­bym skoń­czył stu­dia, któ­re po­zwo­lą mi zna­leźć pra­cę. Ja chcia­łem grać na gi­ta­rze w Pe­arl Jam.

- Do­bry je­steś?

- Nie - przy­zna­łem.

Uśmiech­nął się lek­ko.

- Na­uka w col­le­ge'u za­bra­ła ci pięć lat. Co się sta­ło?

- Na rok mnie wy­rzu­ci­li.

- Do­ce­niam szcze­rość. Przy­najm­niej nie pró­bu­jesz wci­skać mi kitu z wy­jaz­dem za gra­ni­cę. Co się sta­ło?

- Głu­pi wy­bryk. Mia­łem kiep­ski se­mestr, więc wła­ma­łem się do sys­te­mu i zmie­ni­łem stop­nie. So­bie i współ­lo­ka­to­ro­wi.

- Więc to twój sta­ły nu­mer. - Zer­k­nął na ze­ga­rek, spoj­rzał na Me­acha­ma i z po­wro­tem na mnie.

- Mam pe­wien plan co do cie­bie, Ada­mie. - Nie spodo­bał mi się spo­sób, w jaki wy­mó­wił moje imię. Za­brzmia­ło upior­nie. - Bar­dzo do­bry plan. Nie­zwy­kle hoj­ną ofer­tę.

- Dzię­ku­ję panu. - Nie mia­łem po­ję­cia, o czym mówi, ale z pew­no­ścią o ni­czym do­brym.

- To, co te­raz po­wiem, musi po­zo­stać mię­dzy nami. Za­prze­czę, że kie­dy­kol­wiek coś ta­kie­go mó­wi­łem. Nie tyl­ko temu za­prze­czę. Je­śli ko­mu­kol­wiek pi­śniesz sło­wo, oskar­żę cię o znie­sła­wie­nie. Ja­sne? Zmiaż­dżę cię jak ro­ba­ka.

Co­kol­wiek miał na my­śli, dys­po­no­wał nie­zbęd­ny­mi środ­ka­mi. Był mi­liar­de­rem, trze­cim czy czwar­tym naj­bo­gat­szym czło­wie­kiem w Ame­ry­ce. Kie­dyś zaj­mo­wał dru­gie miej­sce, ale po­tem cena na­szych ak­cji spa­dła. Chciał być naj­bo­gat­szy, za­mie­rzał wy­prze­dzić Bil­la Ga­te­sa, ale nie wy­da­wa­ło się to praw­do­po­dob­ne.

Ser­ce za­trze­po­ta­ło mi w pier­si.

- Ja­sne.

- Do­brze ro­zu­miesz swo­ją sy­tu­ację? Za bram­ką nu­mer je­den masz pew­ne, ab­so­lut­nie pew­ne dwa­dzie­ścia lat wię­zie­nia. Mo­żesz wy­bie­rać: to albo na­gro­da ukry­ta za za­sło­ną. Za­gra­my?

Prze­łkną­łem śli­nę.

- Ja­sne.

- Po­zwól więc, że po­wiem ci, co jest za za­sło­ną, Ada­mie. Świe­tla­na przy­szłość dla in­te­li­gent­ne­go in­ży­nie­ra. Tyle że mu­sisz grać we­dług za­sad. Mo­ich za­sad.

Pa­li­ła mnie twarz.

- Chcę, że­byś za­jął się spe­cjal­nym pro­jek­tem.

Przy­tak­ną­łem.

- Po­dej­miesz pra­cę w Trio­nie.

- W... Trion Sys­tems? - Nie ro­zu­mia­łem.

- Przy mar­ke­tin­gu no­we­go pro­duk­tu. Mają kil­ka wol­nych po­sad w stra­te­gicz­nych miej­scach.

- Nig­dy mnie nie za­trud­nią.

- Masz ra­cję. Nig­dy cię nie za­trud­nią. Nie ta­kie­go le­ni­we­go nie­udacz­ni­ka. Ale su­per­gwiaz­do­ra z Wy­at­ta, mło­de­go ge­niu­sza, któ­ry nie­dłu­go roz­bły­śnie peł­nym bla­skiem... jego za­trud­nią, w ułam­ku se­kun­dy.

- Nie ro­zu­miem.

- Taki spry­ciarz jak ty? Wła­śnie stra­ci­łeś kil­ka punk­tów IQ. Za­sta­nów się, ku­rzy móżdż­ku. Lu­cid to prze­cież two­je dziec­ko, praw­da?

Miał na my­śli fla­go­wy pro­dukt Wy­att Te­le­com, oso­bi­sty or­ga­ni­zer, coś jak palm­top na ste­ry­dach. Nie­sa­mo­wi­ta za­baw­ka. Nie przy­ło­ży­łem ręki do jego pro­duk­cji, na­wet ta­kie­go nie mia­łem.

- Nig­dy w to nie uwie­rzą.

- Po­słu­chaj mnie, Ada­mie. Naj­więk­sze de­cy­zje biz­ne­so­we po­dej­mu­ję, kie­ru­jąc się in­stynk­tem. I in­stynkt pod­po­wia­da mi, że masz dość spry­tu, tu­pe­tu i ta­len­tu, by ci się uda­ło. Wcho­dzisz w to czy nie?

- Mam nadal pra­co­wać dla pana, tak?

Czu­łem na so­bie jego świ­dru­ją­cy sta­lo­wy wzrok.

- Coś wię­cej. Chcę, że­byś zdo­był dla mnie in­for­ma­cje.

- Jak szpieg, kret? Coś w tym sty­lu?

Otwo­rzył dło­nie, jak­by chciał po­wie­dzieć: nie uda­waj kre­ty­na.

- Na­zy­waj to, jak ze­chcesz. Trion ma cen­ne in­for­ma­cje, któ­re chcę zdo­być, a ich ochro­na jest wła­ści­wie nie do przej­ścia. Tyl­ko ktoś we­wnątrz może zdo­być to, cze­go po­trze­bu­ję. I to nie zwy­kły pra­cow­nik, ale pierw­szo­li­go­wy. Moż­na ta­kie­go zre­kru­to­wać, pod­ku­pić albo zwy­czaj­nie za­trud­nić. Tak się skła­da, że mamy na po­do­rę­dziu mło­de­go, in­te­li­gent­ne­go, re­pre­zen­ta­cyj­ne­go czło­wie­ka ze wspa­nia­ły­mi re­fe­ren­cja­mi. My­ślę, że szan­se są spo­re.

- A je­śli mnie zła­pią?

- Nie zła­pią - od­parł Wy­att.

- A je­śli...?

- Je­że­li spi­szesz się, jak na­le­ży - wtrą­cił Me­acham - nie przy­ła­pią cię. A je­śli coś spie­przysz i wpad­niesz, mo­żesz li­czyć na na­szą po­moc.

Nie­spe­cjal­nie mu uwie­rzy­łem.

- Będą strasz­nie po­dejrz­li­wi.

- Dla­cze­go? W tym biz­ne­sie lu­dzie cały czas prze­cho­dzą z fir­my do fir­my. Łow­cy głów sta­le pod­kra­da­ją naj­lep­szych. To dla nich sma­ko­wi­te ką­ski. Nie­daw­no za­punk­to­wa­łeś w Wy­at­cie. Może czu­jesz się nie­do­ce­nia­ny, pra­gniesz więk­szej od­po­wie­dzial­no­ści, więk­szej go­tów­ki i tak da­lej.

- Od razu mnie przej­rzą.

- Nie, je­śli do­brze to ro­ze­grasz. Bę­dziesz mu­siał na­uczyć się mar­ke­tin­gu. Stać się mi­strzem świa­ta. Pra­co­wać cię­żej niż kie­dy­kol­wiek w ca­łym two­im ża­ło­snym ży­ciu. Wziąć się w kar­by. Tyl­ko po­waż­ny gracz zdo­ła zdo­być to, cze­go chcę. Spró­buj ole­wac­twa w Trio­nie, to albo cię ze­strze­lą, albo od­su­ną na bok. A wów­czas nasz eks­pe­ry­ment do­bie­gnie koń­ca i po­zo­sta­nie ci bram­ka nu­mer je­den.

- My­śla­łem, że fa­ce­ci od no­wych pro­duk­tów mu­szą mieć MBA.

- Nie, God­dard uwa­ża, że MBA to bzdu­ra. Co do tego aku­rat się zga­dza­my. On sam nie ma dy­plo­mu. Twier­dzi, że to czło­wie­ka ogra­ni­cza. A sko­ro mowa o ogra­ni­cze­niach... - Pstryk­nął i Me­acham wrę­czył mu nie­wiel­kie me­ta­lo­we pu­deł­ko, któ­re wy­glą­da­ło zna­jo­mo. Pu­deł­ko po mię­tów­kach. Otwo­rzył je. We­wnątrz le­ża­ło kil­ka bia­łych pi­gu­łek przy­po­mi­na­ją­cych aspi­ry­nę. Ale to nie była aspi­ry­na. Wy­glą­da­ły zde­cy­do­wa­nie zna­jo­mo. - Mu­sisz skoń­czyć z tym gów­nem. Z tą ec­sta­sy czy co­kol­wiek to jest. - Pu­deł­ko trzy­ma­łem na sto­li­ku w domu. Za­sta­na­wia­łem się, jak i kie­dy je za­bra­li. By­łem jed­nak zbyt oszo­ło­mio­ny, by się wku­rzyć. Wy­att wrzu­cił je do nie­wiel­kie­go czar­ne­go skó­rza­ne­go ko­sza na śmie­ci obok ka­na­py. Wy­lą­do­wa­ło w środ­ku z ci­chym brzę­kiem. - To samo do­ty­czy traw­ki, wód­ki i tak da­lej. Masz być czy­sty i zmie­rzać wprost do celu, mój chłop­cze.

Uzna­łem, że to naj­mniej­szy z mo­ich pro­ble­mów.

- A jak mnie nie za­trud­nią?

- Bram­ka nu­mer je­den. - Uśmiech­nął się pa­skud­nie. - Tyl­ko wte­dy nie za­bie­raj bu­tów do gry w gol­fa. Ra­czej lu­bry­kant.

- Na­wet je­śli do­ło­żę wszel­kich sta­rań?

- Two­je za­da­nie to nie spie­przyć spra­wy. Ofe­ru­je­my ci kwa­li­fi­ka­cje i po­moc ta­kie­go tre­ne­ra jak ja, mu­sisz dać radę.

- O ja­kich pie­nią­dzach wła­ści­wie mó­wi­my?

- Pie­nią­dzach? Skąd mam, kur­wa, wie­dzieć? Wierz mi, znacz­nie więk­szych, niż za­ra­biasz tu­taj. Mó­wi­my o sze­ścio­cy­fro­wej su­mie.

Sta­ra­łem się nie prze­łknąć śli­ny zbyt gło­śno.

- Plus moja pen­sja tu­taj.

Wy­att spoj­rzał na mnie ostro. Jego oczy były po­zba­wio­ne wy­ra­zu. Za­sta­na­wia­łem się, czy to bo­toks.

- Żar­tu­jesz?

- Po­dej­mu­ję ogrom­ne ry­zy­ko.

- Słu­cham? To ja po­dej­mu­ję ry­zy­ko. Ty je­steś cho­ler­ną czar­ną skrzyn­ką, jed­nym wiel­kim zna­kiem za­py­ta­nia.

- Gdy­by na­praw­dę pan tak są­dził, nie po­wie­rzał­by mi pan tego za­da­nia.

Wy­att od­wró­cił się do Me­acha­ma.

- Wła­snym uszom nie wie­rzę.

Me­acham wy­glą­dał, jak­by po­łknął łaj­no.

- Ty mały fiu­cie - rzekł. - Po­wi­nie­nem od razu za­dzwo­nić...

Wy­att wy­nio­słym ge­stem uniósł dłoń.

- W po­rząd­ku. Ma jaja. To mi się po­do­ba. Je­śli cię za­trud­nią i do­brze się spi­szesz, do­sta­niesz po­dwój­ną staw­kę. Ale je­śli spie­przysz spra­wę...

- Wiem - wtrą­ci­łem. - Bram­ka nu­mer je­den. Pro­szę po­zwo­lić mi to prze­my­śleć. Ju­tro dam od­po­wiedź.

Szczę­ka Wy­at­ta opa­dła. Jego oczy pa­trzy­ły obo­jęt­nie. Po krót­kiej chwi­li rzekł lo­do­wa­to:

- Daję ci czas do dzie­wią­tej rano. O tej po­rze pro­ku­ra­tor ge­ne­ral­ny za­czy­na pra­cę.

- I ra­dzę ci nie wspo­mi­nać o ni­czym swo­im kum­plom, ojcu, ni­ko­mu - do­dał Me­acham. - Albo obe­rwiesz tak, że się nie po­zbie­rasz.

- Ro­zu­miem - po­wtó­rzy­łem. - Nie mu­si­cie mi gro­zić.

- Och, to nie groź­ba - od­parł Ni­cho­las Wy­att. - To obiet­ni­ca.

5

Nie wi­dzia­łem po­wo­du, żeby wra­cać do pra­cy, to­też po­sze­dłem do domu. Dziw­nie się czu­łem, sie­dząc w me­trze o pierw­szej po po­łu­dniu w oto­cze­niu sta­rusz­ków, stu­den­tów i ma­tek z dzieć­mi. Od tego wszyst­kie­go wciąż krę­ci­ło mi się w gło­wie. Za­czy­na­ło mnie mdlić.

Ze sta­cji me­tra do miesz­ka­nia mia­łem dzie­sięć mi­nut spa­cer­kiem. Był pięk­ny dzień. Kre­tyń­sko po­god­ny.

Moja wil­got­na ko­szu­la pach­nia­ła słod­ka­wo po­tem. Kil­ka mło­dych dziew­cząt w far­tu­chach, z mnó­stwem kol­czy­ków, cią­gnę­ło za sobą na dłu­giej li­nie grup­kę ma­łych dzie­ci, któ­re pisz­cza­ły ra­do­śnie. Garst­ka Mu­rzy­nów gra­ła w ko­sza na as­fal­to­wym bo­isku oto­czo­nym me­ta­lo­wą siat­ką. Po­tkną­łem się o wy­sta­ją­cą pły­tę chod­ni­ko­wą i o mało nie upa­dłem. Na­gle po­czu­łem pod bu­tem coś obrzy­dli­wie śli­skie­go. Wdep­ną­łem w psie gów­no. Do­sko­na­łe pod­su­mo­wa­nie dnia.

Bra­ma mo­je­go domu cuch­nę­ła mo­czem - nie wia­do­mo, ko­cim czy ludz­kim. Pocz­ta jesz­cze nie przy­szła. Za­brzę­cza­ły klu­cze; otwo­rzy­łem trzy zam­ki w drzwiach do miesz­ka­nia. Sta­rusz­ka z na­prze­ciw­ka uchy­li­ła wła­sne na dłu­gość łań­cu­cha i gło­śno trza­snę­ła. Była za ni­ska, by się­gnąć wi­zje­ra. Po­ma­cha­łem jej przy­ja­ciel­sko.

W po­ko­ju pa­no­wał mrok, mimo że ro­le­ty były pod­nie­sio­ne. W po­wie­trzu uno­si­ła się woń za­sta­łe­go dymu. Miesz­ka­łem na par­te­rze i nie mo­głem zo­sta­wiać otwar­tych okien, żeby się wy­wie­trzy­ło.

Po­wio­dłem wzro­kiem po ża­ło­snej ko­lek­cji me­bli. Na środ­ku po­ko­ju sta­ła zie­lon­ka­wa kra­cia­sta ka­na­pa, roz­kła­da­na, z wy­so­kim opar­ciem, po­kry­ta pla­ma­mi z piwa. Wśród zie­le­ni po­ły­ski­wa­ły zło­te nit­ki. Na­prze­ciw­ko usta­wi­łem dzie­więt­na­sto­ca­lo­wy te­le­wi­zor Sa­nyo, już daw­no po­zba­wio­ny pi­lo­ta. W ką­cie przy­cup­nę­ła wy­so­ka wą­ska pół­ka z su­ro­wych so­sno­wych de­sek. Usia­dłem na ka­na­pie, w po­wie­trze wzbił się ob­łok ku­rzu. Me­ta­lo­wy pręt pod po­dusz­ka­mi wbi­jał mi się w ty­łek. Po­my­śla­łem o czar­nej skó­rza­nej so­fie Ni­cho­la­sa Wy­at­ta. Cie­ka­we, czy kie­dy­kol­wiek żył w ta­kiej no­rze. Po­dob­no po­cho­dził z ubo­giej ro­dzi­ny, ale nie mo­głem w to uwie­rzyć. Nie po­tra­fi­łem go so­bie wy­obra­zić miesz­ka­ją­ce­go w po­dob­nej dziu­rze. Pod szkla­nym sto­li­kiem zna­la­złem za­pal­nicz­kę. Za­pa­li­łem pa­pie­ro­sa i spoj­rza­łem na stos ra­chun­ków na bla­cie. Już na­wet nie otwie­ra­łem ko­pert. Mia­łem dwie kar­ty Ma­ster­Card i trzy Visy, wszyst­kie z cał­kiem spo­ry­mi li­mi­ta­mi, a le­d­wie było mnie stać na opła­ce­nie pod­sta­wo­wych ra­chun­ków.

Oczy­wi­ście pod­ją­łem już de­cy­zję. Nie mia­łem prze­cież wy­bo­ru.

7

Po dzie­się­ciu dniach ha­rów­ki, na­uki i in­dok­try­na­cji pro­wa­dzo­nej przez in­ży­nie­rów i spe­ców od mar­ke­tin­gu, zaj­mu­ją­cych się Lu­ci­dem, gło­wa do­słow­nie pu­chła mi od bez­u­ży­tecz­nych in­for­ma­cji. Przy­dzie­lo­no mi nie­wiel­kie "biu­ro" na pię­trze dy­rek­tor­skim, nie­gdyś pod­ręcz­ny skła­dzik. Jed­nak rzad­ko tam by­wa­łem. Przy­cho­dzi­łem co rano na czas, nie spra­wia­łem żad­nych kło­po­tów. Nie wie­dzia­łem, jak dłu­go wy­trzy­mam, nim mi od­bi­je, lecz wi­zja wię­zien­nej pry­czy sku­tecz­nie mnie mo­ty­wo­wa­ła.

Pew­ne­go po­ran­ka we­zwa­no mnie do ga­bi­ne­tu od­da­lo­ne­go o dwo­je drzwi od ga­bi­ne­tu sa­me­go Ni­cho­la­sa Wy­at­ta. Na mo­sięż­nej ta­blicz­ce wy­gra­we­ro­wa­no na­zwi­sko: Ju­dith Bol­ton. We­wnątrz nie­po­dziel­nie kró­lo­wa­ła biel - bia­ły dy­wan, bia­łe wy­ście­ła­ne me­ble, bia­ły mar­mu­ro­wy blat biur­ka. Na­wet kwia­ty były bia­łe.

Na bia­łej skó­rza­nej ka­na­pie sie­dział Ni­cho­las Wy­att, a obok nie­go atrak­cyj­na ko­bie­ta oko­ło czter­dziest­ki, któ­ra ga­wę­dzi­ła z nim przy­ja­ciel­sko i śmie­jąc się, do­ty­ka­ła jego ra­mie­nia. Mia­ła mie­dzia­no­ru­de wło­sy, dłu­gie nogi i smu­kłe cia­ło. Mu­sia­ła cięż­ko pra­co­wać nad syl­wet­ką. Była ubra­na w gra­na­to­wy ko­stium, pa­su­ją­cy do jej nie­bie­skich oczu; mia­ła błysz­czą­ce usta w kształ­cie ser­ca i pro­wo­ka­cyj­nie wy­gię­te brwi. Kie­dyś mu­sia­ła być praw­dzi­wą pięk­no­ścią, cho­ciaż z wie­kiem jej uro­da jak­by stward­nia­ła.

Uświa­do­mi­łem so­bie, że już ją wi­dzia­łem. W ostat­nim ty­go­dniu to­wa­rzy­szy­ła Wy­at­to­wi, gdy wpa­dał na krót­ko na moje se­sje szko­le­nio­we z mar­ke­tin­gow­ca­mi i in­ży­nie­ra­mi. Sta­le szep­ta­ła mu coś do ucha, ob­ser­wo­wa­ła mnie, ale nig­dy nas so­bie nie przed­sta­wio­no. A ja sta­le za­sta­na­wia­łem się, kim jest.

Nie wsta­jąc z ka­na­py, wy­cią­gnę­ła rękę - mia­ła dłu­gie pal­ce i czer­wo­ne pa­znok­cie - i moc­no uści­snę­ła moją dłoń.

- Ju­dith Bol­ton.

- Adam Cas­si­dy.

- Spóź­ni­łeś się - za­uwa­ży­ła.

- Za­błą­dzi­łem - od­par­łem, sta­ra­jąc się roz­luź­nić at­mos­fe­rę.

Ju­dith Bol­ton po­krę­ci­ła gło­wą, uśmiech­nę­ła się i za­ci­snę­ła war­gi.

- Masz pro­blem z punk­tu­al­no­ścią. Od tej pory ko­niec ze spóź­nie­nia­mi, czy to ja­sne?

Od­po­wie­dzia­łem uśmie­chem, tym sa­mym, jaki zwy­kle re­zer­wo­wa­łem dla gli­nia­rzy, któ­rzy py­ta­li, czy wiem, jak szyb­ko je­cha­łem. Twar­da za­wod­nicz­ka.

- Oczy­wi­ście - od­par­łem i usia­dłem.

Wy­att ob­ser­wo­wał nas z roz­ba­wie­niem.

- Ju­dith to je­den z mo­ich naj­cen­niej­szych gra­czy. Moja tre­ner­ka dy­rek­to­rów. Moja con­si­glie­re i two­ja Sven­ga­li. Ra­dzę, abyś słu­chał każ­de­go jej pie­przo­ne­go sło­wa. Ja słu­cham. - Wstał i prze­pro­sił. Ju­dith po­że­gna­ła go ski­nie­niem dło­ni.

Ja sam zmie­ni­łem się nie do po­zna­nia. By­łem no­wym czło­wie­kiem. Ko­niec z bon­do­mo­bi­lem. Te­raz jeź­dzi­łem srebr­nym audi A6, na­le­żą­cym do fir­my. Mia­łem też nowe ciu­chy. Se­kre­tar­ka Wy­at­ta, ta czar­na, jak się oka­za­ło, daw­na mo­del­ka z Ka­ra­ibów, za­bra­ła mnie na za­ku­py do bar­dzo dro­gie­go skle­pu - do­tąd oglą­da­łem ta­kie tyl­ko z ze­wnątrz. Wy­ja­śni­ła, że tam ku­pu­je ubra­nia dla Nic­ka Wy­at­ta. Wy­bra­ła mi kil­ka gar­ni­tu­rów, ko­szu­le, kra­wa­ty i buty, wszyst­ko na koszt fir­my. Ku­pi­ła na­wet "wy­ro­by poń­czosz­ni­cze", to zna­czy skar­pet­ki. I nie były to zwy­kłe ba­weł­nia­ne śmie­ci, ja­kie do tej pory no­si­łem, ale tak­że od Ar­ma­nie­go czy Er­me­ne­gil­da Ze­gny. Coś w so­bie mia­ły, czu­ło się, że zo­sta­ły uszy­te ręcz­nie przez wło­skie wdo­wy słu­cha­ją­ce Ver­die­go.

Zde­cy­do­wa­ła, że moje baki - któ­re uzna­ła za fa­jan­siar­skie - mu­szą znik­nąć. I ko­niec z ar­ty­stycz­nie po­tar­ga­ny­mi wło­sa­mi. Za­bra­ła mnie do ele­ganc­kie­go sa­lo­nu fry­zjer­skie­go. Gdy z nie­go wy­sze­dłem, wy­glą­da­łem jak mo­del Ral­pha Lau­re­na, tyle że nie tak cio­to­wa­to. Z prze­ra­że­niem po­my­śla­łem o na­stęp­nym spo­tka­niu z Se­them. Ale się na­słu­cham.

Opra­co­wa­no też dla mnie przy­kryw­kę. Współ­pra­cow­ni­cy i sze­fo­wie z dzia­łu ro­ute­rów zo­sta­li po­in­for­mo­wa­ni, że mnie "prze­nie­sio­no". Krą­ży­ły plot­ki, że ze­sła­no mnie na Sy­be­rię, bo kie­row­ni­ka znu­dzi­ło moje lek­ce­wa­żą­ce po­dej­ście do pra­cy. Inni mó­wi­li, że za­stęp­cy Wy­at­ta spodo­bał się mój ra­port i ogól­ne po­dej­ście, i przy­dzie­lo­no mi nowe obo­wiąz­ki. Nikt nie znał praw­dy. Wszy­scy wie­dzie­li tyl­ko, że pew­ne­go dnia na­gle znik­ną­łem ze swo­je­go bok­su.

Gdy­by ktoś za­dał so­bie trud i przyj­rzał się bli­żej struk­tu­rze służ­bo­wej na fir­mo­wej stro­nie, za­uwa­żył­by, że przy moim na­zwi­sku po­ja­wił się ty­tuł sze­fa pro­jek­tów spe­cjal­nych przy biu­rze pre­ze­sa.

In­for­ma­cje za­czy­na­ły krą­żyć.

Ju­dith od­wró­ci­ła się do mnie i mó­wi­ła da­lej, jak­by Wy­at­ta nig­dy tam nie było.

- Je­śli za­trud­nią cię w Trio­nie, masz się zja­wiać w swo­im bok­sie trzy kwa­dran­se przed cza­sem. Pod żad­nym po­zo­rem nie mo­żesz po­zwo­lić so­bie na drin­ka pod­czas lun­chu czy po pra­cy. Żad­nych wy­pa­dów do baru, przy­jęć, "spo­tkań in­te­gra­cyj­nych" z "przy­ja­ciół­mi" z biu­ra. Zero im­prez. Je­śli bę­dziesz mu­siał po­ja­wić się na przy­ję­ciu fir­mo­wym, pij colę.

- Mó­wisz, jak­bym na­le­żał do Ano­ni­mo­wych Al­ko­ho­li­ków.

- Pi­jań­stwo to ozna­ka sła­bo­ści.

- Za­kła­dam, że pa­le­nie tak­że nie wcho­dzi w ra­chu­bę.

- Nie­słusz­nie - od­par­ła. - To obrzy­dli­wy, pa­skud­ny na­łóg, ozna­ka bra­ku sa­mo­kon­tro­li. Ist­nie­ją jed­nak inne wzglę­dy, któ­re mu­si­my wziąć pod uwa­gę. Wi­zy­ty w pa­lar­ni dają zna­ko­mi­tą spo­sob­ność po­zna­wa­nia lu­dzi z in­nych dzia­łów. Na­wią­zy­wa­nia kon­tak­tów, zdo­by­wa­nia uży­tecz­nych in­for­ma­cji. A co do two­je­go uści­sku dło­ni... - Po­krę­ci­ła gło­wą. - Jest do chrza­nu. De­cy­zję o za­trud­nie­niu po­dej­mu­je się w cią­gu pierw­szych pię­ciu se­kund: pod­czas uści­sku dło­ni. Je­śli ktoś po­wie ci coś in­ne­go, to skła­mie. Pra­cę zdo­by­wasz uści­skiem dło­ni, pod­czas roz­mo­wy wal­czysz o to, by jej nie stra­cić. Po­nie­waż je­stem ko­bie­tą, od­pu­ści­łeś mi. Nie rób tego. Bądź sta­now­czy, twar­dy i...

Uśmiech­ną­łem się prze­kor­nie.

- Ostat­nia ko­bie­ta, któ­ra mi to po­wie­dzia­ła... - Za­uwa­ży­łem, że Ju­dith umil­kła w po­ło­wie zda­nia. - Prze­pra­szam.

Te­raz to ona się uśmiech­nę­ła, ko­kie­te­ryj­nie prze­chy­la­jąc na bok gło­wę.

- Dzię­ku­ję. - Na chwi­lę za­pa­dła ci­sza. - Przy­trzy­maj moją dłoń se­kun­dę czy dwie dłu­żej. Spójrz mi pro­sto w oczy i się uśmiech­nij. Otwórz dla mnie ser­ce. Spró­buj­my jesz­cze raz.

Wsta­łem i po­now­nie uści­sną­łem dłoń Ju­dith Bol­ton.

- Le­piej - przy­zna­ła. - Masz wro­dzo­ny ta­lent. Lu­dzie spo­ty­ka­ją cię i my­ślą so­bie: w tym fa­ce­cie jest coś, co mi się po­do­ba. Sam nie wiem co. Po­tra­fisz za­uro­czyć. - Zmie­rzy­ła mnie uważ­nym spoj­rze­niem. - Zła­ma­łeś kie­dyś nos?

Przy­tak­ną­łem.

- Niech zgad­nę. Gra­jąc w fut­bol?

- W ho­ke­ja.

- Ład­nie. Je­steś spor­tow­cem, Ada­mie?

- By­łem.

Usia­dłem. Ju­dith po­chy­li­ła się ku mnie, opie­ra­jąc gło­wę na ręce, ba­da­jąc moje re­ak­cje.

- To wi­dać po tym, jak cho­dzisz, po two­jej po­sta­wie. Po­do­ba mi się. Ale brak ci syn­chro­ni­za­cji.

- Słu­cham?

- Mu­sisz pa­mię­tać o syn­chro­ni­za­cji. Na­śla­duj. Kie­dy ja się po­chy­lam, ty tak­że. Od­chy­lam się w tył, ty od­chy­lasz się w tył. Krzy­żu­ję nogi, ty krzy­żu­jesz nogi. Ob­ser­wuj, jak prze­krzy­wiam gło­wę, i na­śla­duj mnie, a na­wet syn­chro­ni­zuj ze mną swój od­dech. Tyl­ko sub­tel­nie, nie bądź zbyt na­chal­ny. W ten spo­sób na­wią­zu­jesz kon­takt z ludź­mi na po­zio­mie pod­świa­do­mo­ści. Spra­wiasz, że czu­ją się z tobą do­brze. Lu­dzie lu­bią lu­dzi, któ­rzy przy­po­mi­na­ją im ich sa­mych. Zro­zu­mia­łeś?

Uśmiech­ną­łem się roz­bra­ja­ją­co, a przy­najm­niej tak są­dzi­łem.

- I jesz­cze jed­no. - Po­chy­li­ła się ni­żej. Jej twarz zna­la­zła się tuż przy mo­jej. - Uży­waj mniej wody ko­loń­skiej - szep­nę­ła.

Za­ru­mie­ni­łem się ze wsty­du.

- Niech zgad­nę. Drak­kar Noir? - Nie cze­ka­ła na od­po­wiedź, wie­dzia­ła, że ma ra­cję. - W sam raz dla szkol­ne­go po­że­ra­cza serc. Za­ło­żę się, że che­er­le­ader­kom mię­kły ko­la­na od tego za­pa­chu.

Póź­niej do­wie­dzia­łem się, kim jest Ju­dith Bol­ton - wi­ce­pre­ze­sem fir­my. Zja­wi­ła się w Wy­att Te­le­com kil­ka lat wcze­śniej jako kon­sul­tant­ka McKin­sey & Com­pa­ny, mia­ła oso­bi­ście do­ra­dzać Ni­cho­la­so­wi Wy­at­to­wi w de­li­kat­nych spra­wach per­so­nal­nych, po­ma­gać w roz­wią­zy­wa­niu kon­flik­tów na naj­wyż­szych szcze­blach, zaj­mo­wać się psy­cho­lo­gicz­nym aspek­tem kon­trak­tów, ne­go­cja­cji i za­ku­pów. Mia­ła dok­to­rat z psy­cho­lo­gii be­ha­wio­ral­nej, więc na­zy­wa­no ją dok­tor Bol­ton, a tak­że "do­rad­cą dy­rek­tor­skim" i "głów­nym stra­te­giem per­so­nal­nym". W isto­cie była oso­bi­stą olim­pij­ską tre­ner­ką Wy­at­ta, jego pry­wat­ną na­uczy­ciel­ką. Pod­po­wia­da­ła mu, kto na­da­je się na sta­no­wi­sko kie­row­ni­cze, a kto nie, kto po­wi­nien zo­stać zwol­nio­ny, kto knu­je za jego ple­ca­mi. Po­tra­fi­ła na ki­lo­metr wy­wę­szyć nie­lo­jal­ność. Bez wąt­pie­nia pod­ku­pił ją od McKin­seya za nie­wia­ry­god­nie wy­so­ką sumę. Była dość pew­na sie­bie i wy­star­cza­ją­co po­tęż­na, by mu się sprze­ci­wić i mó­wić pro­sto w oczy rze­czy, któ­rych nie wy­słu­chał­by od ni­ko­go in­ne­go.

- Na­sze pierw­sze za­da­nie to na­uka pro­wa­dze­nia roz­mów kwa­li­fi­ka­cyj­nych - oznaj­mi­ła.

- Prze­cież do­sta­łem tu pra­cę - od­par­łem sła­bo.

- Te­raz grasz w no­wej li­dze, Ada­mie - rze­kła z uśmie­chem. - Je­steś wscho­dzą­cą gwiaz­dą i tak wła­śnie mu­sisz się za­cho­wy­wać. Je­steś kimś, kogo Trion ko­niecz­nie chce nam ukraść. Jak ci się po­do­ba pra­ca w Wy­at­cie?

Spoj­rza­łem na nią. Po­czu­łem się głu­pio.

- Prze­cież pró­bu­ję stąd odejść, praw­da?

Ju­dith wy­wró­ci­ła ocza­mi i wes­tchnę­ła cięż­ko.

- Nie. Mu­sisz po­dejść do tego po­zy­tyw­nie.

Prze­krzy­wi­ła gło­wę, po czym ode­zwa­ła się, wspa­nia­le na­śla­du­jąc mój głos.

- Jest cu­dow­nie! Fan­ta­stycz­ne, in­spi­ru­ją­ce oto­cze­nie! Moi współ­pra­cow­ni­cy są świet­ni! - Na­śla­do­wa­ła mnie tak do­brze, że po­czu­łem się dziw­nie. Zu­peł­nie jak­bym sły­szał wła­sny głos w au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ce.

- Więc cze­mu roz­ma­wiam z Trio­nem?

- Nowe moż­li­wo­ści, Ada­mie. Pra­ca u Wy­at­ta bar­dzo ci od­po­wia­da. Nie je­steś nie­za­do­wo­lo­ny. Po pro­stu chcesz uczy­nić ko­lej­ny lo­gicz­ny krok na dro­dze swo­jej ka­rie­ry. Trion ofe­ru­je ci spo­sob­ność roz­wo­ju, two­rze­nia no­wych, wspa­nial­szych rze­czy. Jaka jest two­ja naj­więk­sza sła­bość, Ada­mie?

Za­sta­na­wia­łem się se­kun­dę.

- Tak na­praw­dę nie mam sła­bo­ści - od­par­łem. - Do sła­bo­ści le­piej się nie przy­zna­wać.

Ju­dith się skrzy­wi­ła.

- Och, na mi­łość bo­ską, po­my­ślą, że je­steś głup­cem albo mi­to­ma­nem.

- To pod­chwy­tli­we py­ta­nie.

- Oczy­wi­ście, że pod­chwy­tli­we. Roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­ne są jak pola mi­no­we, przy­ja­cie­lu. Mu­sisz "przy­znać się" do sła­bo­ści, ale nie wol­no ci po­wie­dzieć ni­cze­go, co mo­gło­by ci za­szko­dzić. Przy­zna­jesz, że je­steś zbyt wier­nym mę­żem, zbyt ko­cha­ją­cym oj­cem. - Znów ode­zwa­ła się moim gło­sem: - "Cza­sa­mi tak bar­dzo sku­piam się na jed­nym za­sto­so­wa­niu opro­gra­mo­wa­nia, że za­nie­dbu­ję inne... " albo "Cza­sa­mi, gdy prze­szka­dza­ją mi róż­ne dro­bia­zgi, nie mó­wię o tym, bo mam na­dzie­ję, że pro­blem sam się roz­wią­że". Za mało na­rze­kasz! Albo co po­wiesz na to? "Zwy­kle tak bar­dzo an­ga­żu­ję się w pro­jekt, że za dłu­go prze­sia­du­ję w pra­cy. Na­praw­dę ko­cham tę ro­bo­tę. Może pra­cu­ję wię­cej niż to ko­niecz­ne". Ro­zu­miesz? Do­sta­ną śli­no­to­ku, Ada­mie.

Uśmiech­ną­łem się i przy­tak­ną­łem. Rany bo­skie, w co ja się wpa­ko­wa­łem?

- A naj­więk­szy błąd, jaki kie­dy­kol­wiek po­peł­ni­łeś w pra­cy?

- Oczy­wi­ście mu­szę się do cze­goś przy­znać - po­wie­dzia­łem ner­wo­wo.

- Szyb­ko się uczysz - za­uwa­ży­ła cierp­ko.

- Może kie­dyś wzią­łem na sie­bie zbyt wie­le obo­wiąz­ków i...

- ...i spie­przy­łeś spra­wę? Nie znasz wła­snych moż­li­wo­ści? Ra­czej nie. Mó­wisz: "Och, nic wiel­kie­go. Kie­dyś pra­co­wa­łem nad waż­nym ra­por­tem dla sze­fa i za­po­mnia­łem zro­bić ko­pię. Ze­psuł mi się kom­pu­ter i wszyst­ko stra­ci­łem. Mu­sia­łem sie­dzieć do trze­ciej rano, żeby cał­ko­wi­cie od­two­rzyć ra­port. Przy­najm­niej cze­goś się na­uczy­łem: za­wsze ro­bię ko­pie". Ro­zu­miesz? Naj­więk­szy błąd, jaki po­peł­ni­łeś, nie wy­ni­kał z two­jej winy. A do tego wszyst­ko na­pra­wi­łeś.

- Ro­zu­miem.

Mia­łem wra­że­nie, że koł­nie­rzyk ko­szu­li za­czy­na mnie du­sić. De­spe­rac­ko pra­gną­łem stam­tąd wyjść.

- Masz ta­lent, Ada­mie - oznaj­mi­ła Ju­dith. - Na pew­no so­bie po­ra­dzisz.

1

Za­nim to wszyst­ko się zda­rzy­ło, nie wie­rzy­łem w mą­dro­ści gło­szą­ce, że le­piej uwa­żać, o czym się ma­rzy, bo a nuż się speł­ni. Te­raz już wie­rzę.

Wie­rzę we wszyst­kie ostrze­gaw­cze przy­sło­wia. Wie­rzę, że duma ro­dzi upa­dek, że nie­da­le­ko pada jabł­ko od ja­bło­ni, nie­szczę­ścia cho­dzą pa­ra­mi, nie wszyst­ko zło­to, co się świe­ci, a kłam­stwo ma krót­kie nogi. Co tyl­ko chce­cie - ja w to wie­rzę.

? ? ?

Mógł­bym pró­bo­wać wam wmó­wić, że cała spra­wa za­czę­ła się od ge­stu hoj­no­ści. Ale to nie do koń­ca praw­da. Prę­dzej był to prze­jaw głu­po­ty. Wo­ła­nie o po­moc. A może na­wet wy­sta­wio­ny wul­gar­nie pa­lec. Tak czy in­a­czej, wina le­ża­ła po mo­jej stro­nie. Po czę­ści mia­łem na­dzie­ję, że mi się upie­cze, po czę­ści przy­pusz­cza­łem, że mnie wy­le­ją.

Przy­znam, że kie­dy się­gam pa­mię­cią do po­cząt­ków ca­łej spra­wy, za­dzi­wia mnie, ja­kim by­łem aro­ganc­kim dup­kiem. Nie za­prze­czam, do­sta­łem, na co za­słu­ży­łem. Tyle że nie spo­dzie­wa­łem się aku­rat tego. Ale kto mógł­by się cze­goś ta­kie­go spo­dzie­wać?

Nie zro­bi­łem nic wiel­kie­go. Wy­ko­na­łem je­dy­nie kil­ka te­le­fo­nów. Uda­jąc wi­ce­dy­rek­to­ra dzia­łu HR, za­dzwo­ni­łem do dro­giej fir­my ca­te­rin­go­wej, zaj­mu­ją­cej się ob­słu­gą przy­jęć

Wy­att Te­le­com. Ka­za­łem zro­bić wszyst­ko do­kład­nie tak, jak wcze­śniej pod­czas im­pre­zy na cześć naj­lep­sze­go sprze­daw­cy roku (oczy­wi­ście nie wie­dzia­łem, jak bar­dzo była wy­staw­na), po­da­łem wła­ści­we nu­me­ry, z góry au­to­ry­zo­wa­łem prze­lew fun­du­szy. Wszyst­ko oka­za­ło się zdu­mie­wa­ją­co ła­twe.

Wła­ści­ciel Przy­jęć z Kla­są oznaj­mił, że nig­dy nie or­ga­ni­zo­wał im­pre­zy na ram­pie za­ła­dow­czej fir­my. Że wią­że się to z pro­ble­ma­mi na­tu­ry es­te­tycz­nej. Ale wie­dzia­łem, że nie zre­zy­gnu­je z tłu­ściut­kie­go cze­ku z Wy­att Te­le­com.

Wąt­pię też, by Przy­ję­cia z Kla­są or­ga­ni­zo­wa­ły kie­dy­kol­wiek po­że­gna­nie od­cho­dzą­ce­go na eme­ry­tu­rę za­stęp­cy ma­ga­zy­nie­ra.

Chy­ba to naj­bar­dziej wku­rzy­ło Wy­at­ta. Opła­ce­nie przy­ję­cia po­że­gnal­ne­go Jo­ne­sie­go - zwy­kłe­go ma­ga­zy­nie­ra! - było po­gwał­ce­niem na­tu­ral­ne­go po­rząd­ku rze­czy. Gdy­bym za te pie­nią­dze ku­pił ka­brio­let Fer­ra­ri 360 Mo­de­na, Ni­co­las Wy­att może by to zro­zu­miał, uznał moją za­chłan­ność za do­wód czło­wie­czeń­stwa, po­dob­nie jak sła­bość do wód­ki czy la­sek, jak na­zy­wał ko­bie­ty.

Czy gdy­bym wie­dział, jak to się skoń­czy, i tak bym to zro­bił? Do dia­bła, nie.

Mu­szę jed­nak przy­znać, że było su­per. Spodo­bał mi się fakt, że całe przy­ję­cie zo­sta­ło opła­co­ne z fun­du­szu prze­zna­czo­ne­go, mię­dzy in­ny­mi, na ośro­dek wy­po­czyn­ko­wy dla dy­rek­to­ra i naj­waż­niej­szych wi­ce­dy­rek­to­rów w Gu­ana­ha­ni na Wy­spie Świę­te­go Bar­tło­mie­ja.

Mia­łem też sa­tys­fak­cję, że pra­cow­ni­cy ma­ga­zy­nów i ram­py w koń­cu po­sma­ko­wa­li ży­cia sze­fów. Dla więk­szo­ści roz­rzut­ność ozna­cza­ła do­tąd kre­wet­ko­wą ucztę w sie­ciów­ce albo że­ber­ka z gril­la. Nie mie­li po­ję­cia, co po­cząć z dzi­wacz­ny­mi po­tra­wa­mi, ta­ki­mi jak ka­wior z je­sio­tra czy com­ber cie­lę­cy po pro­wan­sal­sku, po­chła­nia­li za to po­lę­dwi­cę pie­czo­ną w cie­ście fran­cu­skim, że­ber­ka ja­gnię­ce i ra­vio­li z ho­ma­rem. Wiel­kim prze­bo­jem oka­za­ły się rzeź­by lo­do­we. Dom pe­ri­gnon lał się stru­mie­nia­mi, choć nie tak ob­fi­cie jak bu­dwe­iser (tak zresz­tą po­dej­rze­wa­łem; w piąt­ki czę­sto wpa­da­łem na pa­pie­ro­sa na ram­pę wy­ła­dow­czą, a wte­dy ktoś, zwy­kle Jo­ne­sie albo Jim­my Con­nol­ly, ma­ga­zy­nier, przy­cho­dził z prze­no­śną lo­dów­ką peł­ną piwa, aby uczcić ko­niec ko­lej­ne­go ty­go­dnia).

Jo­ne­sie, star­szy fa­cet o po­bruż­dżo­nej twa­rzy smut­ne­go psia­ka, któ­ra na­tych­miast bu­dzi sym­pa­tię, cały wie­czór pro­mie­niał ra­do­ścią. Es­ther, jego żona od czter­dzie­stu dwóch lat, z po­cząt­ku nie­co się bo­czy­ła, ale póź­niej oka­za­ła się wspa­nia­łą tan­cer­ką. Wy­na­ją­łem świet­ny ja­maj­ski ze­spół reg­gae i mu­zy­ka po­rwa­ła wszyst­kich, na­wet fa­ce­tów, któ­rych nig­dy nie spo­dzie­wa­li­by­ście się zo­ba­czyć na par­kie­cie.

Wszyst­ko to rzecz ja­sna dzia­ło się po wiel­kim za­ła­ma­niu ryn­ku elek­tro­nicz­ne­go. Na­oko­ło fir­my zwal­nia­ły lu­dzi i wpro­wa­dza­ły po­li­ty­kę oszczęd­no­ści, zgod­nie z któ­rą pra­cow­ni­cy mu­sie­li pła­cić za kiep­ską kawę i mo­gli się po­że­gnać z dar­mo­wą colą. Jo­ne­sie miał po pro­stu skoń­czyć w pią­tek pra­cę, spę­dzić kil­ka go­dzin w dzia­le kadr, pod­pi­su­jąc do­ku­men­ty, i iść do domu na resz­tę ży­cia bez żad­ne­go po­że­gna­nia, przy­ję­cia, bez ni­cze­go. Tym­cza­sem sze­fo­stwo Wy­att Te­le­com jak zwy­kle wy­bra­ło się na wy­spę w swo­ich od­rzu­tow­cach, by tam w pry­wat­nych wil­lach po­su­wać żony albo przy­ja­ciół­ki, wma­so­wy­wać w ro­sną­ce brzu­chy olej ko­ko­so­wy i oma­wiać po­li­ty­kę oszczęd­no­ści przy ob­sce­nicz­nych śnia­da­niach, zło­żo­nych z pa­pai i ję­zycz­ków ko­li­brów. Jo­ne­sie i jego kum­ple nie za­sta­na­wia­li się, kto pła­ci za całą za­ba­wę, ale ja ob­ser­wo­wa­łem wszyst­ko ze skry­wa­ną, dzi­wacz­ną roz­ko­szą.

Aż do wpół do dru­giej rano, gdy dźwięk elek­trycz­nych gi­tar i krzy­ki młod­szych, spi­tych do nie­przy­tom­no­ści fa­ce­tów zwró­ci­ły w koń­cu uwa­gę straż­ni­ka, no­we­go na­byt­ku (przy kiep­skich pen­sjach lu­dzie cały czas od­cho­dzą), któ­ry nie znał ni­ko­go z nas i nie za­mie­rzał nam po­pusz­czać.

Pulch­ny fa­cet o ru­mia­nej, świń­skiej twa­rzy, le­d­wo do­bie­ga­ją­cy trzy­dziest­ki, po­ja­wił się zni­kąd i uno­sząc krót­ko­fa­lów­kę ni­czym na­ła­do­wa­ną broń, po­wie­dział:

- Co się tu dzie­je, do dia­bła?

I moje do­tych­cza­so­we ży­cie do­bie­gło koń­ca.

6

- Udu­pi­li cię? - Seth Mar­cus, mój naj­lep­szy kum­pel od cza­sów li­ceum, przez trzy dni w ty­go­dniu stał za ba­rem w ja­pi­szoń­skiej knaj­pie Pod Ko­tem. Za dnia pra­co­wał jako apli­kant w fir­mie praw­ni­czej w cen­trum. Twier­dził, że po­trze­bu­je kasy, ale po­dej­rze­wa­łem, że tak na­praw­dę chce za­cho­wać reszt­kę od­lo­to­wo­ści, nie stać się jed­nym z kor­po­ra­cyj­nych pa­ja­ców, z któ­rych obaj lu­bi­li­śmy się na­bi­jać.

- Udu­pi­li mnie? Za co? - Ile mu opo­wie­dzia­łem? Czy mó­wi­łem o te­le­fo­nie Me­acha­ma, sze­fa ochro­ny? Mia­łem na­dzie­ję, że nie. Te­raz nie mo­głem mu już po­wie­dzieć, w ja­kie klesz­cze mnie schwy­ta­li.

- Za two­ją wiel­ką im­pre­zę. - Był ha­łas, źle go sły­sza­łem. Ja­kiś gość po dru­giej stro­nie baru gwiz­dał gło­śno i prze­ni­kli­wie, wkła­da­jąc pal­ce w usta. - Na mnie gwiż­dże? Kim ja je­stem, pie­przo­nym psem? - Seth zi­gno­ro­wał go cał­ko­wi­cie.

Po­krę­ci­łem gło­wą.

- Upie­kło ci się? Cho­ciaż wy­cią­łeś taki nu­mer? Nie­wia­ry­god­ne. Czym chcesz to uczcić?

- Bro­oklyn brown?

Po­krę­cił gło­wą.

- Nie.

- New­ca­stle, może gu­in­ness?

- Może ja­sne z kija? Nie po­ła­pią się.

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

- Spo­ko.

Na­lał mi piwa, żół­te­go, z dużą pia­ną. Naj­wy­raź­niej nie miał wpra­wy. Odro­bi­na chlup­nę­ła na po­dra­pa­ny drew­nia­ny bar. Seth był wy­so­ki, ciem­no­wło­sy, przy­stoj­ny. La­ski go uwiel­bia­ły. Miał idio­tycz­ną ko­zią bród­kę i kol­czyk w uchu. Był w po­ło­wie Ży­dem, ale chciał być czar­ny. Grał i śpie­wał w ka­pe­li zwa­nej Sli­ther. Sły­sza­łem ich parę razy, byli kiep­scy. Seth wciąż ga­dał o kontr­ak­cie. Pró­bo­wał też prze­bić się w biz­ne­sie śpie­wa­nia dżin­gli re­kla­mo­wych. Oka­za­ło się to jed­nak rów­nie trud­ne jak pod­pi­sa­nie kon­trak­tu z dużą wy­twór­nią pły­to­wą. Cały czas kom­bi­no­wał kil­ka spraw na boku, a wszyst­ko po to, by nie przy­zna­wać się, że w isto­cie jest zwy­kłym biu­ro­wym eta­tow­cem.

Ze wszyst­kich mo­ich zna­jo­mych tyl­ko on był bar­dziej cy­nicz­ny ode mnie. Pew­nie dla­te­go zo­sta­li­śmy przy­ja­ciół­mi. A tak­że dla­te­go, że nie miał do mnie pre­ten­sji o ojca, choć grał w li­ce­al­nej dru­ży­nie, tre­no­wa­nej (i ty­ra­ni­zo­wa­nej) przez Fran­ka Cas­si­dy'ego. W siód­mej kla­sie wy­lą­do­wa­li­śmy na tych sa­mych za­ję­ciach i na­tych­miast się po­lu­bi­li­śmy, bo obaj sta­no­wi­li­śmy obiek­ty drwin na­uczy­cie­la ma­te­ma­ty­ki, pana Pa­squ­ale. W dzie­wią­tej kla­sie prze­sze­dłem ze szko­ły pu­blicz­nej do Bar­tho­lo­mew Brow­nin­ga & Kni­gh­tleya, ele­ganc­kiej pry­wat­nej szko­ły, w któ­rej ojca za­trud­nio­no jako tre­ne­ra dru­żyn fut­bo­lo­wej i ho­ke­jo­wej, a mnie za­pew­nio­no dar­mo­wą na­ukę. Przez dwa lata rzad­ko wi­dy­wa­łem Se­tha, a po­tem ojca wy­wa­lo­no za to, że zła­mał ja­kie­muś smar­ka­czo­wi ko­ści przed­ra­mie­nia w obu rę­kach. Mat­ka dzie­cia­ka była sze­fo­wą rady szkol­nej Bar­tho­lo­mew Brow­nin­ga. Dar­mo­we cze­sne prze­pa­dło i wró­ci­łem do szko­ły pu­blicz­nej. Tato tak­że za­czął tam pra­co­wać, prze­sta­łem więc grać w fut­bol.

Pod ko­niec li­ceum obaj z Se­them do­ra­bia­li­śmy na tej sa­mej sta­cji ben­zy­no­wej Gulf. Po­tem Seth znu­dził się prze­sto­ja­mi i za­trud­nił w Dun­kin' Do­nuts na noc­ną zmia­nę. Kil­ka lat z rzę­du la­tem my­li­śmy okna dla fir­my ob­słu­gu­ją­cej wie­żow­ce w cen­trum. W koń­cu Seth uznał, że wi­sze­nie na li­nie na wy­so­ko­ści dwu­dzie­ste­go szó­ste­go pię­tra tyl­ko brzmi su­per.

Gwiz­dy sta­ły się gło­śniej­sze. Lu­dzie pa­trzy­li na gwiż­dżą­ce­go, pulch­ne­go ły­sie­ją­ce­go fa­ce­ta w gar­ni­tu­rze. Kil­ka osób za­chi­cho­ta­ło.

- Za­raz wyj­dę z sie­bie - po­wie­dział Seth.

- Spo­koj­nie - rzu­ci­łem, ale spóź­ni­łem się, bo Seth zdą­żał już w tam­tą stro­nę.

Wy­ją­łem pa­pie­ro­sa i za­pa­li­łem, ob­ser­wu­jąc, jak na­chy­la się nad ba­rem z gniew­ną miną. Wy­glą­dał, jak­by chciał zła­pać go­ścia za kla­py, ale się po­wstrzy­mał. Coś po­wie­dział. Lu­dzie wo­kół wy­buch­nę­li śmie­chem. Seth, spo­koj­ny i od­prę­żo­ny, wró­cił do mnie. Po dro­dze za­trzy­mał się, za­mie­nił kil­ka słów z dwie­ma pięk­ny­mi ko­bie­ta­mi, blon­dyn­ką i bru­net­ką. Bły­snął olśnie­wa­ją­cym uśmie­chem.

- Nie do wia­ry, że wciąż pa­lisz - stwier­dził. - Po tym, jak twój oj­ciec za­cho­ro­wał? To­tal­na głu­po­ta. - Po­czę­sto­wał się moim pa­pie­ro­sem, za­pa­lił, za­cią­gnął się i odło­żył na po­piel­nicz­kę.

- Dzię­ki, że nie po­dzię­ko­wa­łeś za nie­pa­le­nie - od­par­łem. - A ty jaką masz wy­mów­kę?

Wy­dmuch­nął dym no­sem.

- Lu­bię ro­bić kil­ka rze­czy na­raz. Poza tym w mo­jej ro­dzi­nie nikt nie cho­ro­wał na raka. Co naj­wy­żej na gło­wę.

- Oj­ciec nie ma raka.

- Rak, ro­ze­dma, je­den chuj. Co z two­im sta­rym?

- W po­rząd­ku. - Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi, nie chcia­łem o tym mó­wić, Seth tak­że.

- Czło­wie­ku, jed­na z tych la­sek chce co­smo­po­li­ta­na, dru­ga mro­żo­ne­go drin­ka. Nie zno­szę tego.

- Cze­mu?

- To zbyt pra­co­chłon­ne, a po­tem zo­sta­wią mi ćwierć do­la­ra na­piw­ku. Ko­bie­ty nig­dy nie dają na­piw­ków, tego się na­uczy­łem... fa­ce­to­wi otwo­rzysz dwa piwa i za­ra­biasz parę do­lców. Mro­żo­ne drin­ki. - Po­krę­cił gło­wą i prych­nął. - Czło­wie­ku.

Znik­nął na kil­ka mi­nut. Sły­sza­łem, j ak po­brzę­kuj e na­czy­nia­mi, po­tem za­wył mik­ser. Seth po­dał dziew­czy­nom drin­ki, ob­da­rza­jąc je do­dat­ko­wo za­bój­czym uśmie­chem. Nie za­mie­rza­ły mu da­wać na­piw­ku. Obie od­wró­ci­ły się do mnie i uśmiech­nę­ły.

- Co ro­bisz póź­niej? - spy­tał, pod­cho­dząc do mnie.

- Póź­niej? - Do­cho­dzi­ła już dzie­sią­ta, a o wpół do ósmej rano mia­łem spo­tka­nie z jed­nym z in­ży­nie­rów w Wy­at­cie, spe­cja­li­stą od pro­jek­tu Lu­cid. Kil­ka dni szko­le­nia u nie­go, po­tem ko­lej­ne z sze­fem mar­ke­tin­gu no­wych pro­duk­tów, i sta­łe se­sje z "tre­ne­rem dy­rek­to­rów". Przy­go­to­wa­li mi bar­dzo in­ten­syw­ny plan za­jęć. Ist­ny obóz szko­le­nio­wy dla wa­ze­li­nia­rzy. Ko­niec opie­prza­nia się, przy­cho­dze­nia o dzie­wią­tej czy dzie­sią­tej. Ale nie mo­głem po­wie­dzieć o tym Se­tho­wi ani ni­ko­mu in­ne­mu.

- Koń­czę o pierw­szej - oznaj­mił. - Te dwie la­ski spy­ta­ły, czy wy­bie­rze­my się z nimi do Ni­ght­craw­le­ra. Po­wie­dzia­łem, że je­stem z przy­ja­cie­lem. Wła­śnie cię ob­cza­ja­ły. Wcho­dzą w to.

- Nie mogę - od­par­łem.

- Hę?

- Rano mu­szę być w pra­cy, i to punk­tu­al­nie.

Seth spoj­rzał na mnie z nie­do­wie­rza­niem.

- Co się dzie­je?

- W pra­cy robi się po­waż­nie. Ju­tro mam dłu­gi dzień, waż­ny pro­jekt.

- To ja­kiś żart, praw­da?

- Nie­ste­ty, nie. A ty nie pra­cu­jesz rano?

- Sta­jesz się jed­nym z nich? Mar­ke­to­idów?

Uśmiech­ną­łem się sze­ro­ko.

- Czas do­ro­snąć. Ko­niec dzie­cin­nych za­baw.

Seth skrzy­wił się z nie­sma­kiem.

- Chło­pie, nig­dy nie jest za póź­no na szczę­śli­we dzie­ciń­stwo.