Paranoja - Joseph Finder
27.90 zł
22.32 zł
(16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Kiedy pracujesz w wielkiej korporacji, nigdy nie wiesz, w co wierzyć. Wokół ciągle słyszysz groźne gadki w stylu macho. Mówią ci o wygryzaniu konkurencji, wbijaniu jej kołka w serce, każą zabijać albo ginąć, pożerać albo zostać pożartym, podrzynać gardła, łamać nogi, mordować własne młode.
Niezależnie od tego, czy jesteś programistą, kierownikiem produkcji czy przedstawicielem handlowym, po jakimś czasie zaczynasz się czuć tak, jakbyś podczas podróży trafił do plemienia Papuasów, którzy przekłuwają nozdrza kłami dzików, a na fiutach noszą tykwy. Tymczasem prawda jest taka, że wystarczy posłać e-mailem jeden ryzykowny, politycznie niepoprawny dowcip kumplowi z działu, który przekaże go koledze kilka boksów dalej - i lada chwila trafisz do cuchnącej potem sali w dziale kadr, gdzie przejdziesz tygodniowe rozpaczliwie nudne szkolenie na temat różnorodności kulturowej. Każdy, kto zwędzi kilka spinaczy, dostanie po łapach zniszczoną linijką życia.
Oczywiście ja zrobiłem coś znacznie poważniejszego niż najazd na szafkę ze sprzętem biurowym.
Przetrzymali mnie w poczekalni pół godziny, może czterdzieści pięć minut, lecz zdawało mi się, że znacznie dłużej. Nie było tam nic do czytania poza pismem dla pracowników ochrony. Recepcjonistka, popielata blondynka uczesana w kok, o podkrążonych oczach palaczki, odbierała telefony, stukała w klawiaturę i od czasu do czasu zerkała na mnie przelotnie niczym ktoś, kto próbuje dostrzec ofiary wypadku, a jednocześnie stara się skupić wzrok na drodze.
Siedziałem tam tak długo, że zacząłem powoli tracić pewność siebie. I myślę, że właśnie o to chodziło. Regularne miesięczne wypłaty wydawały się coraz atrakcyjniejsze. Może bezczelność to nie najlepsze wyjście, może powinienem trochę powłazić im w dupę - a może czas na to już minął?
Kiedy recepcjonistka wprowadziła mnie do środka, Arnold Meacham nie wstał. Siedział za olbrzymim czarnym biurkiem, jakby z polerowanego granitu. Sam Meacham miał około czterdziestki, był szczupły, lecz silnej postury. Miał długą kanciastą głowę, długi cienki nos, usta tak wąskie, jakby wcale ich nie było. Siwiejące brązowe włosy, wysokie zakola. Był ubrany w granatową dwurzędową marynarkę i granatowy krawat w paski, wyglądał niczym prezes jachtklubu. Posłał mi gniewne spojrzenie zza wielkich lotniczych okularów w stalowych oprawkach. Od razu dostrzegłem, że to człowiek całkowicie pozbawiony poczucia humoru. Na krześle po prawej stronie biurka siedziała kobieta kilka lat starsza ode mnie i sporządzała notatki. W wielkim, przestronnym gabinecie na ścianach wisiało mnóstwo oprawionych w ramki dyplomów. Na wpół otwarte drzwi wiodły do ciemnej sali konferencyjnej.
- Więc ty jesteś Adam Cassidy - rzekł. Sposób mówienia miał sztywny i rzeczowy. - Imprezowicz, co? - Zacisnął usta, wykrzywiając je wzgardliwie.
O Boże, nie wyglądało to dobrze.
- Czym mogę służyć? - spytałem, starając się przybrać zdumioną minę.
- Czym możesz mi służyć? Zacznijmy od mówienia prawdy. To wystarczy.
Zazwyczaj ludzie mnie lubią, potrafię zdobywać ich sympatię - nieważne, czy chodzi o wkurzonego nauczyciela matematyki, klienta, którego zamówienie spóźnia się już półtora miesiąca, czy kogoś w tym stylu. Jednak szybko się zorientowałem, że tym razem nie zabłysnę. Szanse ocalenia mojej żałosnej posady malały z każdą sekundą.
- Jasne - odparłem. - Prawdy o czym?
Prychnął z rozbawieniem.
- Co powiesz o wczorajszej imprezie z pełnym cateringiem?
Odczekałem chwilę.
- Mówi pan o naszym małym przyjęciu pożegnalnym?
Nie miałem pojęcia, jak dużo wie. Starałem się zatrzeć wszystkie ślady przepływu gotówki. Musiałem uważać na każde słowo. Kobieta z notesem, drobna, rudowłosa i zielonooka, pewnie występowała w roli świadka.
- Małym? Może według standardów Donalda Trumpa. - W jego głosie dosłyszałem cień akcentu z Południa.
- Wspaniale podreperuje morale - oznajmiłem. - Proszę mi wierzyć, coś takiego zdziała cuda, podniesie wydajność całego działu.
Jego wąskie usta się wygięły.
- Morale. Wiemy, kto podprowadził fundusze na tę reperację morale.
- Fundusze?
- Daj sobie spokój, Cassidy.
- Nie jestem pewien, czy dobrze rozumiem...
- Uważasz mnie za głupca? - Oddzielały nas prawie dwa metry sztucznego granitu, lecz poczułem na twarzy kropelki jego śliny.
- Chyba... nie, proszę pana. - Uśmiechnąłem się półgębkiem. Nie mogłem się powstrzymać. Duma zawodowa. Wielki błąd.
Bladą twarz Meachama oblał rumieniec.
- Myślisz, że to zabawne? Włamanie się do tajnej bazy danych, żeby zdobyć numery autoryzacyjne? Sądzisz, że to sprytne, że to rozrywka, że to się nie liczy?
- Nie, proszę pana...
- Ty kłamliwy dupku, ty fiucie, to tak samo jakbyś ukradł staruszce torebkę w pieprzonym metrze!
Starałem się przybrać pokorną minę, wiedziałem jednak, dokąd prowadzi ta rozmowa, i uznałem, że mój wysiłek jest bezcelowy.
- Ukradłeś siedemdziesiąt osiem tysięcy dolarów z firmowego funduszu reprezentacyjnego po to, żeby urządzić pieprzone przyjęcie dla kumpli z magazynu?
Głośno przełknąłem ślinę. Cholera. Siedemdziesiąt osiem tysięcy dolarów? Wiedziałem, że zaszalałem, ale nie miałem pojęcia, jak bardzo.
- Tamten gość w tym uczestniczył?
- Kogo pan ma na myśli? Chyba pan nie rozumie...
- "Jonesie", ten emeryt, nazwisko na torcie.
- Jonesie nie miał z tym nic wspólnego - oświadczyłem gwałtownie.
Meacham odchylił się z triumfalnym uśmiechem. W końcu znalazł punkt zaczepienia.
- Jeśli chcecie mnie wywalić, proszę bardzo. Ale Jonesie jest niewinny.
- Wywalić? - Meacham zrobił minę, jakbym powiedział coś po serbsku lub chorwacku. - Myślisz, że rozmawiamy tu o zwolnieniu? Zdolny z ciebie facet, radzisz sobie z komputerami i matematyką, więc umiesz dodawać, prawda? No to zacznij dodawać. Malwersacja funduszy, pięć lat więzienia i dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów grzywny. Oszustwo elektroniczne i pocztowe, kolejnych pięć lat więzienia. Ale chwileczkę. Jeśli dotyczy instytucji finansowej... co za szczęściarz z ciebie, nasrałeś w naszym banku i w banku tamtej firmy! To twój szczęśliwy dzień, dupku, dostaniesz za to trzydzieści lat więzienia i milion dolarów grzywny. Słuchasz mnie? Ile już mamy? Trzydzieści pięć lat więzienia? I nie zapominajmy o fałszerstwie i przestępstwach komputerowych, kradzieży danych z chronionego komputera. To wyrok od roku do dwudziestu lat więzienia i kolejne grzywny. Ile mamy w sumie? Czterdzieści, pięćdziesiąt, pięćdziesiąt pięć lat więzienia? Masz w tej chwili dwadzieścia sześć lat. Jak wyjdziesz, policzmy, będziesz miał osiemdziesiąt jeden.
W przepoconej koszulce czułem lepkość i chłód. Trzęsły mi się nogi.
- Ale - zacząłem ochryple, odchrząkując cicho - dla korporacji, która obraca trzydziestoma miliardami dolarów, siedemdziesiąt osiem tysięcy to drobiazg.
- Proponuję, żebyś zamknął cholerną jadaczkę - powiedział cicho Meacham. - Zwróciliśmy się do naszych prawników. Są przekonani, że mają dość dowodów, by przedstawić oskarżenie o malwersację. Co więcej, mogłeś spokojnie ukraść więcej i uważamy, że to zaledwie element układanki. Fragment spisku zmierzającego do defraudacji funduszy Wyatt Telecommunications. Wierzchołek góry lodowej.
Po raz pierwszy odwrócił się do myszowatej kobiety sporządzającej notatki.
- Tego proszę nie notować - oświadczył i znów spojrzał na mnie. - Prokurator generalny to kolega ze studiów naszego radcy prawnego, Cassidy. Zapewnił nas, że nie będzie się z tobą patyczkował. Poza tym, o czym pewnie nie wiesz, biuro prokuratora zamierza dobrać się do białych kołnierzyków. Szukają sztandarowej sprawy, wzorcowej ofiary, Cassidy.
Patrzyłem na niego. Znów rozbolała mnie głowa. Czułem, jak strużka potu spływa mi spod pachy aż do pasa.
- Po naszej stronie są prawnicy i federalni. Mamy cię, rozumiesz? Pozostaje tylko pytanie, jak mocno chcemy cię przycisnąć. Jak wielkich zniszczeń zamierzamy dokonać. I nie wyobrażaj sobie, że trafisz do ośrodka wypoczynkowego. Taki przystojniak jak ty szybko będzie musiał zacząć nadstawiać tyłek w jakiejś celi federalnego więzienia. Wyjdziesz stamtąd jako bezzębny starzec. A gdybyś nie śledził zmian w prawie karnym, na poziomie federalnym nie ma już zwolnień warunkowych. W tej chwili twoje życie całkowicie się zmieniło. Masz przerąbane, koleś.
Zerknął na kobietę z notesem.
- Proszę notować. Posłuchajmy, co masz do powiedzenia, i lepiej, żeby to było przekonujące.
Przełknąłem głośno, ale w ustach miałem sucho. Kątem oka widziałem przebłyski bieli. Facet mówił poważnie.
W czasach liceum i studiów często zatrzymywano mnie za przekroczenie prędkości i zyskałem sławę wirtuoza w wykręcaniu się od mandatów. Cała sztuka polega na tym, by policjant poczuł twój ból. To wojna psychologiczna. Właśnie dlatego noszą lustrzane okulary, żebyśmy nie mogli patrzeć im w oczy. Policjanci to też ludzie. Zwykle miałem na przednim siedzeniu kilka podręczników na temat ochrony porządku publicznego i mówiłem, że uczę się w szkole policyjnej i mam nadzieję, iż mandat mi nie zaszkodzi. Albo pokazywałem pustą fiolkę po lekarstwie, twierdząc, że się śpieszę, bo muszę jak najszybciej kupić matce lekarstwo na epilepsję. Bardzo szybko zrozumiałem, że jak już zacznę, to muszę przeć do przodu bez zahamowań i całkowicie włożyć w to serce.
Teraz nie chodziło już tylko o ocalenie posady. Nie potrafiłem uwolnić się od upiornej wizji pryczy w więzieniu federalnym. Śmiertelnie się bałem.
Nie jestem dumny z tego, co zamierzałem zrobić, ale nie miałem wyboru. Wiedziałem, że albo sięgnę w głąb serca i zaserwuję temu psychologowi najlepszą historyjkę mojego życia, albo wyląduję w pudle jako czyjś kochaś.
Odetchnąłem głęboko.
- Proszę posłuchać - oznajmiłem. - Będę z panem szczery.
- Najwyższy czas.
- Chodzi o to, że Jonesie... no cóż, Jonesie ma raka.
Meacham uśmiechnął się ironicznie i odchylił na krześle, jakby mówił: no dobra, zabaw mnie.
Westchnąłem i przygryzłem wnętrze policzka, jakbym zdradzał tajemnicę wbrew swojej woli.
- Raka nerek, nieoperacyjnego.
Meacham patrzył na mnie z kamienną miną.
- Zdiagnozowali go trzy tygodnie temu. Nic nie mogą zrobić, facet umiera. A Jonesie, no wie pan. Nie zna go pan, ale on zawsze robi dobrą minę do złej gry. Powiedział do onkologa: "To znaczy, że mogę przestać myć zęby?" - Uśmiechnąłem się ze smutkiem. - Cały Jonesie.
Kobieta na moment przestała pisać, spojrzała na mnie wstrząśnięta, po czym wróciła do notatek.
Meacham oblizał wargi. Docierałem do niego? Nie byłem pewien. Musiałem podkręcić historię, pójść na całość.
- Niby dlaczego miałby pan o tym wiedzieć - podjąłem. - W końcu Jonesie nie jest tu nikim ważnym, żadnym VIP-em, tylko zwykłym facetem z rampy wyładowczej. Ale dla mnie jest ważny, bo... - Przymknąłem oczy na kilka sekund, odetchnąłem głęboko. - Chodzi o to... nigdy nie chciałem tego nikomu mówić, to nasza tajemnica, ale Jonesie to mój ojciec.
Meacham pochylił się w moją stronę. Teraz słuchał mnie bardzo uważnie.
- Mamy różne nazwiska i tak dalej, mama zmieniła mi nazwisko na swoje, kiedy odeszła dwadzieścia lat temu i zabrała mnie ze sobą. Byłem dzieciakiem, nic nie wiedziałem. Ale tato... - Przygryzłem dolną wargę, w oczach miałem łzy. - Cały czas nas wspierał, pracował na dwóch, czasem trzech posadach i nigdy o nic nie prosił. Mama nie chciała, żeby mnie widywał, ale w każde święta... - Gwałtowny oddech, niemal zachłyśnięcie. - Tato przychodził w każde święta, czasami godzinę dzwonił do drzwi i stał na mrozie, nim mama go wpuściła. Zawsze miał dla mnie prezent, coś dużego i kosztownego, na co nie było go stać. Później, kiedy mama oświadczyła, że nie stać jej na mój college, nie z pensji pielęgniarki, tato zaczął przysyłać pieniądze. Powiedział, że chce dla mnie życia, jakiego sam nie miał. Mama nigdy nie okazywała mu szacunku i nastawiała mnie przeciw niemu. I wie pan... nigdy mu nawet nie podziękowałem. Nie zaprosiłem go na rozdanie dyplomów. Wiedziałem, że mama nie czułaby się z tym dobrze. Ale i tak przyszedł. Zauważyłem, jak trzymał się z boku, ubrany w paskudny stary garnitur. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby nosił garnitur albo krawat.
Pewnie kupił go w Armii Zbawienia, bo chciał zobaczyć, jak kończę studia, i nie narobić mi wstydu.
Oczy Meachama lekko zwilgotniały. Kobieta przestała notować. Obserwowała mnie, mrugając gwałtownie, by powstrzymać łzy.
Byłem na fali. Meacham zasłużył na najlepsze i właśnie to dostawał.
- Kiedy zacząłem pracować w Wyatcie, nie miałem pojęcia, że zobaczę tu tatę, zatrudnionego na pieprzonej rampie. To największy zbieg okoliczności na świecie. Mama umarła parę lat temu. A ja nagle znalazłem się tutaj i nawiązałem kontakt z ojcem, cudownym, uroczym facetem, który nigdy mnie o nic nie prosił, nigdy niczego nie żądał. Harował jak wół, żeby utrzymywać cholernego niewdzięcznika, którego nawet nie widywał. Zupełnie jakby zadziałał los, przeznaczenie. A potem dowiedział się, że ma nieoperacyjnego raka nerek, i zaczął mówić, że się zabije, nim rak go dopadnie i...
Kobieta od notatek sięgnęła po chusteczkę i wytarła nos. Posłała Arnoldowi Meachamowi wrogie, oskarżycielskie spojrzenie. Meacham się wzdrygnął.
- Po prostu - szepnąłem - musiałem mu pokazać, ile dla mnie znaczy. Ile znaczy dla nas wszystkich. Chciałem zabawić się w złotą rybkę. Powiedziałem mu... że trafiłem tryplę na wyścigach. Nie chciałem, żeby się martwił. Proszę mi uwierzyć, wiem, że postąpiłem źle. Absolutnie źle. Mój czyn był zły ze stu różnych powodów. Nie będę pana oszukiwać. Ale może z jednego drobnego powodu był też słuszny.
Kobieta sięgnęła po kolejną chusteczkę. Patrzyła na Meachama jak na najgorszego zbira. Meacham spuścił wzrok, zarumieniony, niezdolny popatrzeć mi w oczy. Nawet ja sam poczułem dreszcz.
I wtedy w ciemnym kącie gabinetu szczęknęła klamka. Usłyszałem klaskanie. Powolne, głośne klaskanie.
To był Nicholas Wyatt, założyciel i prezes Wyatt Telecommunications. Podszedł do nas, wciąż klaszcząc i uśmiechając się szeroko.
- Wspaniałe przedstawienie - oznajmił. - Rewelacyjne.
Zaskoczony uniosłem wzrok i ze smutkiem pokręciłem głową.
Wyatt był wysokim mężczyzną, wzrostu około metra dziewięćdziesięciu pięciu, zbudowanym niczym zapaśnik. Gdy się zbliżał, stawał się coraz większy i większy, aż w końcu kompletnie mnie przytłoczył. Słynął z wyczucia stylu. Miał na sobie garnitur, pewnie od Armaniego, szary w delikatne prążki. Nie tylko był potężny, on emanował potęgą.
- Panie Cassidy, zadam panu jedno pytanie.
Nie wiedziałem, co robić, wstałem więc i wyciągnąłem rękę na powitanie.
Wyatt zignorował mój gest.
- Jak ma na imię Jonesie?
Wahałem się ułamek sekundy za długo.
- Al - odparłem w końcu.
- Al? To znaczy...?
- Al. Alan - odparłem. - Albert. Cholera.
Meacham spojrzał na mnie zaskoczony.
- Szczegóły, Cassidy - mruknął Wyatt. - Zawsze cię załatwią. Ale muszę przyznać, że mnie wzruszyłeś. Naprawdę mnie wzruszyłeś. Ten kawałek o garniturze z Armii Zbawienia trafił mnie w samo serce. - Poklepał się pięścią w pierś. - Nadzwyczajne.
Uśmiechnąłem się głupawo. Naprawdę czułem się jak kretyn.
- Mówił, że ma brzmieć przekonująco. - Ruchem głowy wskazałem Meachama.
Wyatt się uśmiechnął.
- Jesteś niezwykle uzdolnionym młodym człowiekiem, Cassidy. Pieprzoną Szeherezadą. Myślę, że powinniśmy porozmawiać.
Wieczorem przed pierwszą rozmową w Trionie poszedłem odwiedzić ojca. Robiłem to co najmniej raz w tygodniu, czasami kilka razy, jeśli zadzwonił i poprosił, żebym zajrzał. Dzwonił często, po trosze dlatego, że czuł się samotny (mama zmarła sześć lat temu), a po trosze z powodu paranoi, w którą popadał od zażywanych sterydów - święcie wierzył, że opiekunki próbują go zabić. Nigdy nie dzwonił po to, żeby pożartować czy pogadać, lecz zawsze narzekał, krzyczał, oskarżał. Twierdził, że znikają mu środki przeciwbólowe i z pewnością podkrada je siostra Caryn. Tlen dostarczany przez firmę medyczną ma gównianą jakość. Siostra Rhonda wciąż potyka się o przewód tlenowy i wyrywa mu z nosa cienkie kaniule, omal nie odrywając uszu.
Stwierdzenie, że trudno było znaleźć ludzi, którzy zechcieliby się nim zaopiekować, to niedopowiedzenie na skalę kosmiczną. Mało kto wytrzymywał dłużej niż kilka tygodni. Francis X. Cassidy, odkąd pamiętam, miał paskudny charakter i stawał się jeszcze gorszy, im był starszy i bardziej chory. Zawsze palił parę paczek dziennie, nieustannie głośno kasłał, wciąż zapadał na zapalenie oskrzeli, więc nikogo nie zdziwiło, gdy zdiagnozowano u niego rozedmę płuc. Czego właściwie się spodziewał? Od lat nie mógł nawet zdmuchnąć świeczek na torcie urodzinowym. Teraz choroba wkroczyła w końcową fazę i mógł umrzeć za kilka tygodni, miesięcy, a może za dziesięć lat. Nikt nie potrafił orzec, ile to potrwa.
Niestety, na moje barki, jako jedynego potomka, spadło organizowanie pomocy i opieki. Ojciec wciąż mieszkał w tym samym mieszkaniu na parterze, w którym się wychowałem. Od śmierci mamy niczego nie zmienił. W kuchni ciągle stała ta sama złota lodówka, która źle działała, kanapa w salonie zapadała się z boku, w oknach wisiały pożółkłe ze starości firanki. Ojciec nie miał żadnych oszczędności. Żałosna emerytura ledwie wystarczyła na pokrycie wydatków medycznych, więc część mojej pensji szła na czynsz i wynagrodzenie opiekunki. Nie oczekiwałem podziękowań, i słusznie. Ojciec nigdy w życiu nie poprosiłby mnie o pieniądze. Obaj udawaliśmy, że żyje z funduszu powierniczego albo czegoś w tym stylu.
Gdy się zjawiłem, siedział w swoim ulubionym składanym fotelu przed wielkim telewizorem. To było jego podstawowe zajęcie i dawało stale świeże powody do narzekania. Półleżał z rurkami w nosie (na tym etapie stale podawano mu tlen) i oglądał kanał reklamowy.
- Cześć, tato - powiedziałem.
Nawet nie uniósł wzroku. Reklama zahipnotyzowała go niczym scena pod prysznicem w Psychozie. Bardzo schudł, choć wciąż miał potężną pierś. Ostrzyżone na jeża włosy kompletnie posiwiały. W końcu spojrzał na mnie.
- Wiesz, że ta suka odchodzi?
Rzeczona suka była jego ostatnią opiekunką, ponurą Irlandką po pięćdziesiątce, o chudej twarzy i ogniście rudych farbowanych włosach. Na imię miała Maureen. Jak na zawołanie przykuśtykała przez pokój - miała chore biodro - dźwigając plastikowy kosz z praniem, wypełniony starannie złożonymi białymi podkoszulkami i bokserkami, stanowiącymi całość garderoby ojca. Zaskakujące było tylko to, że tak długo wytrzymała. Ojciec miał na stoliku obok fotela mały dzwonek. Naciskał go, gdy tylko czegoś potrzebował, czyli właściwie bezustannie. Aparat tlenowy nie działał, rurki wysuszały mu nos, potrzebował pomocy, żeby pójść do toalety. Od czasu do czasu Maureen zabierała go na "spacer" wózkiem elektrycznym, by mógł przejechać się po centrum handlowym, ponarzekać na "smarkaczy" i znów ją powyzywać. Twierdził, że kradnie mu środki przeciwbólowe. Doprowadziłby do szału każdego, a Maureen od początku wydawała się dość spięta.
- Może mu powiesz, jak mnie nazwałeś - rzekła, kładąc pranie na kanapie.
- Och, na miłość boską! - Mówił krótkimi, urywanymi zdaniami, bo stale brakowało mu tchu. - Dolewasz mi odmrażacz do kawy. Czuję ten smak. To morderstwo starego człowieka.
- Gdybym chciała cię zabić, użyłabym czegoś mocniejszego niż odmrażacz - odgryzła się. Chociaż od dwudziestu paru lat mieszkała w Stanach, wciąż miała silny irlandzki akcent. Ojciec zawsze oskarżał opiekunki o to, że próbują go zabić. Prawdę mówiąc, trudno byłoby im się dziwić. - Nazwał mnie... słowem, którego nawet nie powtórzę.
- Do kurwy nędzy, nazwałem ją cipą. To uprzejme określenie jak dla niej. Napastowała mnie. Siedzę tu podpięty do pieprzonego aparatu, a ona mnie bije.
- Wyrwałam mu z ręki papierosa - wyjaśniła Maureen. - Próbował ukradkiem zapalić, kiedy robiłam na dole pranie. Jakbym nie czuła zapachu dymu. - Spojrzała na mnie, jedno oko uciekło jej w bok. - Nie wolno mu palić! Nie wiem nawet, gdzie ma papierosy, a gdzieś je chowa. To pewne. Przecież nie wolno mu palić!
Ojciec uśmiechnął się triumfalnie, milczał jednak.
- A zresztą co mnie to obchodzi - dodała z goryczą. - To mój ostatni dzień. Dłużej tego nie zniosę.
Na ekranie płatna widownia w studiu jęknęła z zachwytu i zaczęła głośno klaskać.
- I niby mam się tym przejąć? - odpalił ojciec. - I tak nic nie robi. Zobacz, wszędzie leży kurz. To leniwa suka, i tyle.
Maureen podniosła kosz z praniem.
- Trzeba było odejść miesiąc temu. W ogóle nie powinnam brać tej roboty. - Wyszła z pokoju, utykając jak kucyk.
- Że też od razu jej nie wywaliłem - wymamrotał ojciec. - Jasne, że to kolejna morderczyni.
Oddychał przez ściągnięte usta, jakby wsysał powietrze przez rurkę.
Nie wiedziałem, co robić. Nie mógł mieszkać sam. Bez pomocy nie zdołałby nawet skorzystać z łazienki. Kategorycznie nie zgadzał się na przeprowadzkę do domu opieki. Twierdził, że prędzej się zabije.
Położyłem rękę na jego lewej dłoni, tej, do której palca wskazującego podłączono migający czerwony wskaźnik. Pulsoksymetr, tak go chyba nazywają. Cyferki na ekranie wskazywały osiemdziesiąt osiem procent.
- Znajdziemy kogoś, tato - powiedziałem. - Nie martw się.
Uniósł rękę i strząsnął moją.
- Co to w ogóle za pielęgniarka? Nic jej nie obchodzi. - Rozkasłał się gwałtownie, zakrztusił i splunął do zwiniętej chusteczki, którą wyciągnął z zakamarków fotela. - Czemu właściwie nie wrócisz do domu? Przecież i tak nie masz nic do roboty. Ta praca nie ma sensu.
Pokręciłem głową.
- Nie mogę, tato - rzekłem cicho. - Muszę spłacić kredyt studencki. - Nie chciałem dodawać, że ktoś musi zarabiać na opiekunki, które stale zwalnia.
- Ten durny college na nic ci się nie przydał. Potworna strata pieniędzy, i tyle. A ty marnowałeś czas na zabawach z lalusiowatymi przyjaciółmi. Nie musiałem wydawać dwudziestu tysięcy rocznie na twoje imprezy. Mogłeś imprezować tutaj.
Uśmiechnąłem się, żeby wiedział, że mnie nie obraził. Nie miałem pojęcia, czy to sterydy, prednison, który rozszerzał oskrzela i umożliwiał mu oddychanie, czynią z niego takiego dupka, czy to jego natura.
- Twoja matka, niech spoczywa w spokoju, strasznie cię rozpuściła. Zrobiła z ciebie mięczaka i mazgaja. - Ze świstem wciągnął powietrze. - A teraz marnujesz życie. Kiedy wreszcie znajdziesz prawdziwą pracę?
Ojciec świetnie umiał trafiać w czułe punkty. Poczułem, jak ogarnia mnie fala irytacji. Nie można było traktować go poważnie i nie wpaść w szał. Czasami przypominał mi wściekłego psa. Zawsze uważałem, że jego gniew ma coś z wścieklizny. Nie kontrolował go, więc trudno go winić. Nigdy nie umiał opanować złości. Kiedy byłem mały, na tyle mały, że nie potrafiłem się odgryźć, wystarczył najmniejszy pretekst, by ojciec wyciągnął pas i zlał mnie na kwaśne jabłko. Zaraz potem nieodmiennie mruczał pod nosem: "Widzisz, do czego mnie doprowadziłeś?".
- Staram się - odparłem.
- Zawsze potrafią wywęszyć frajera.
- Kto?
- Te firmy. Nikt nie chce u siebie frajerów, wszyscy pragną zwycięzców. Przynieś mi colę, dobrze?
To była jego mantra jeszcze z czasów trenerskich - jestem frajerem, a jedyna rzecz, jaka się liczy, to zwycięstwo, drugie miejsce oznacza przegraną. Kiedyś te słowa strasznie mnie wkurzały, ale zdążyłem już przywyknąć. Teraz prawie ich nie słyszałem.
Poszedłem do kuchni, zastanawiając się, co robić. Ojciec potrzebował stałej opieki, bez dwóch zdań. Ale żadna agencja już nie przysyłała tu swoich ludzi. Z początku miał prawdziwe pielęgniarki ze szpitali, dorabiające po godzinach. Gdy je wszystkie wyrzucił, zaczęliśmy zatrudniać ledwie wykwalifikowane opiekunki po dwutygodniowych kursach przygotowawczych. Potem każdego, kto odpowiedział na ogłoszenie w gazecie.
Maureen tak uporządkowała wnętrze złocistej lodówki Kenmore, że mogłoby jej pozazdrościć najlepsze rządowe laboratorium. Puszki coli stały w równym rzędzie na metalowej półce, zamocowanej na idealnej wysokości. Nawet szklanki w szafce, zwykle pokryte tłustymi plamami, lśniły czystością. Napełniłem dwie lodem, do każdej wlałem po jednej puszce.
Będę musiał usiąść z Maureen, uspokoić ją, przeprosić w imieniu ojca i błagać, może nawet przekupić, by została, przynajmniej do chwili, aż znajdę kogoś na jej miejsce. Może odwołam się do odpowiedzialności wobec starszych ludzi, choć podejrzewałem, że żółć ojca w znacznej mierze osłabiła te uczucia. Byłem zdesperowany. Jeśli jutro schrzanię rozmowę, będę miał mnóstwo czasu, tylko że spędzę go za kratami gdzieś w Illinois. A to w niczym nie pomoże.
Wróciłem do pokoju ze szklankami, pobrzękując lodem. Reklama jeszcze się nie skończyła. Ile one trwają i kto je ogląda, oczywiście oprócz mojego ojca?
- Nie martw się, tato - powiedziałem, dostrzegłem jednak, że śpi.
Stałem bez ruchu kilka sekund, sprawdzając, czy oddycha. Oddychał. Broda opadła mu na pierś, głowę przekrzywił pod dziwnym kątem. Tlen ze świstem ulatywał z jego ust. Gdzieś w piwnicy Maureen trzaskała szafkami. W duchu pewnie ćwiczyła mowę pożegnalną. Postawiłem obie szklanki na małym stoliku, na którym pełno było leków i pilotów.
A potem pochyliłem się i ucałowałem czoło pokryte czerwonymi plamami.
- Kogoś znajdziemy - dodałem szeptem.
Główna kwatera firmy Trion Systems wyglądała jak podrasowany Pentagon. Każdy z pięciu boków budynku był wysoki na sześć pięter. Zaprojektował go jakiś słynny architekt. W podziemiach mieścił się parking pełen bmw, rangeroverów i volkswagenów garbusów. Nie dostrzegłem jednak żadnych zarezerwowanych miejsc.
Podałem nazwisko "firmowej ambasadorce" ze skrzydła B. Za tym napuszonym określeniem kryła się zwykła recepcjonistka. Dziewczyna wydrukowała mi identyfikator z napisem "Gość". Przykleiłem go do kieszeni na piersi szarego garnituru od Armaniego i zaczekałem w holu na kobietę imieniem Stephanie.
Stephanie była asystentką wicedyrektora do spraw personalnych, Toma Lundgrena. Starałem się odprężyć, rozluźnić, medytować. W duchu przypomniałem sobie, że nie mogłem marzyć o lepszych okolicznościach. Trion szukał kandydata na stanowisko szefa marketingu nowego produktu. Pracownik odszedł od nich nagle, a mnie idealnie przygotowano do tej posady. Stanowiłem owoc inżynierii genetycznej połączonej z cyfrowym podrasowaniem. W ostatnich tygodniach paru łowców głów poinformowano o smakowitym kąsku, wspaniałym młodym wilku z Wyatta, który aż się prosi, żeby go podkupić. Wieści rozchodziły się nieoficjalnymi kanałami podczas spotkań służbowych. Wkrótce na sekretarce zacząłem znajdować telefony od firm rekrutacyjnych.
W dodatku odrobiłem zadanie domowe, jeśli chodzi o Trion Systems. Dowiedziałem się, że to gigant elektroniki użytkowej, założony na początku lat siedemdziesiątych przez legendarnego Augustine'a Goddarda, nazywanego nie Gus, lecz Jock. Goddard był postacią niemal kultową. Ukończył Cal Tech, służył w marynarce, pracował w Fairchild Semiconductor, a potem u Lockheeda i opracował przełomowy sposób produkcji kineskopów kolorowych. Powszechnie uważano go za geniusza, lecz w odróżnieniu od genialnych tyranów, twórców olbrzymich międzynarodowych korporacji, Goddard nie był dupkiem. Ludzie go lubili, byli wobec niego lojalni. Był kimś w rodzaju odległego, przyjaznego ojca. Rzadkie spotkania z Jockiem Goddardem nazywano "kontaktami", jakby był UFO.
Trion nie produkował już kolorowych kineskopów telewizyjnych, a licencje na kineskop Goddarda sprzedano Sony, Mitsubishi i wszystkim innym Japończykom produkującym amerykańskie telewizory. Później Trion wyspecjalizował się w łączności elektronicznej. Zaczęli od słynnego modemu Goddarda. Teraz produkowali telefony komórkowe i pagery, elementy komputerów, kolorowe drukarki laserowe, osobiste notesy elektroniczne i tym podobne.
W drzwiach holu pojawiła się solidnie zbudowana kobieta o kręconych brązowych włosach.
- Adam?
Mocno uścisnąłem jej dłoń.
- Miło mi panią poznać.
- Jestem Stephanie - oznajmiła. - Asystentka Toma Lundgrena.
Poprowadziła mnie do windy i zawiozła na piąte piętro. Po drodze gawędziliśmy niezobowiązująco. Starałem się sprawiać wrażenie nastawionego entuzjastycznie, ale nie maniaka, a ona wydawała się nieco zdekoncentrowana. Na piątym piętrze ujrzałem typowy labirynt boksów, ciągnących się, jak okiem sięgnąć, wysokich, bezosobowych. Stephanie poprowadziła mnie szlakiem przez ów labirynt. Nie zdołałbym samodzielnie odnaleźć drogi, nawet gdybym sypał za sobą okruszki. Wszystko tu było standardowe i korporacyjne, poza monitorem komputera, który dostrzegłem kątem oka. Za wygaszacz ekranu służyła podobizna Jocka Goddarda. Jego głowa uśmiechała się szeroko i wirowała niczym głowa Lindy Blair w Egzorcyście. Gdyby ktoś wyciął taki numer w Wyatcie - z głową Nicka Wyatta - jego przydupasy pewnie połamałyby mu nogi.
W końcu dotarliśmy do sali konferencyjnej. Na drzwiach wisiała tabliczka: STUDEBAKER.
- Studebaker? - mruknąłem.
- Tak, wszystkie sale konferencyjne ochrzczono nazwami klasycznych amerykańskich samochodów. Mustang, thunderbird, corvette, camaro. Jock uwielbia amerykańskie wozy. - Wymówiła jego imię z lekkim naciskiem, niemal w cudzysłowie, jakby chciała podkreślić, że w rzeczywistości nie jest z prezesem po imieniu, ale wszyscy go tak nazywają. - Chciałbyś coś do picia?
Judith Bolton mówiła, że zawsze powinienem odpowiadać twierdząco, bo ludzie lubią robić innym grzeczność, a po spotkaniu może się liczyć zdanie każdego, nawet sekretarki.
- Colę, pepsi, cokolwiek - odparłem. - Dzięki.
Usiadłem po jednej stronie stołu, naprzeciw drzwi. Nie u szczytu. Kilka minut później do środka wmaszerował szybkim i sprężystym krokiem przysadzisty mężczyzna w spodniach khaki i granatowej koszulce polo z logo Trionu. Rozpoznałem go natychmiast z materiałów przygotowanych przez doktor Bolton. Tom Lundgren, wicedyrektor do spraw personalnych. Czterdzieści trzy lata, pięcioro dzieci, zapalony golfista. Tuż za nim dreptała Stephanie, trzymając w rękach puszkę coli i butelkę wody Aquafina.
Lundgren mocno uścisnął mi dłoń.
- Adamie, jestem Tom Lundgren.
- Miło mi pana poznać.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Słyszałem o tobie mnóstwo dobrego.
Kiedy jak zwykle spóźniony zjawiłem się w pracy, czekały już na mnie wiadomości na poczcie głosowej.
Przyznaję, tym razem spóźniłem się bardziej niż zwykle. Czułem się kiepsko, w głowie pulsował mi ból, serce kołatało po olbrzymim kubku taniej kawy, którą wypiłem w metrze. Żołądek zalała fala kwasu. Zastanawiałem się, czy wziąć wolne, lecz cichutki głos rozsądku w mojej głowie szeptał, że po wydarzeniach zeszłego wieczoru najrozsądniej będzie zjawić się w pracy i stawić czoło burzy.
Przyznaję, spodziewałem się, że mnie wyleją - niemal nie mogłem się tego doczekać, tak jak z przerażeniem i niecierpliwością czeka się na borowanie bolącego zęba. Kiedy wysiadłem z windy i ruszyłem w półkilometrowy marsz między boksami, dostrzegłem głowy wynurzające się znad ścianek działowych niczym pieski preriowe z nor i odprowadzające mnie ciekawskie spojrzenia. Stałem się sławny, wieści już się rozeszły. Bez wątpienia po firmie krążyły dziesiątki e-maili.
Oczy miałem przekrwione, włosy rozczochrane. Wyglądałem jak chodząca reklama kampanii antyalkoholowej.
Mały świecący ekranik mojego telefonu poinformował mnie: masz jedenaście wiadomości. Włączyłem głośnik i przesłuchałem wszystkie. Słuchanie tych nagrań - nerwowych, spokojnych, lizusowskich - wystarczyło, by skoczyło mi ciśnienie. Z dolnej szuflady biurka wyjąłem fiolkę z advilem i przełknąłem bez popijania dwie pastylki. To było już sześć advili od rana, więcej niż zalecana maksymalna dawka. I co z tego? Co niby może mnie spotkać? Śmierć z przedawkowania ibuprofenu tuż przed wylaniem z pracy?
Byłem asystentem szefa produkcji routerów w dziale produkcji korporacyjnej. Nie warto, żebym tłumaczył to wam na ludzki język, to zbyt ogłupiające i nudne. Całymi dniami wysłuchiwałem tekstów w stylu "emulacja łącza z dynamicznym przydziałem pasma", "zintegrowane urządzenia dostępowe", "urządzenia działające pod kontrolą IOS", "sieć szkieletowa ATM" czy "protokół tunelowania IP Security". Przysięgam, że nie miałem pojęcia, co znaczy połowa tych bzdur.
Oto wiadomość od gościa z działu sprzedaży, niejakiego Griffina, który nazywał mnie twardzielem i przechwalał się, jak to sprzedał kilkadziesiąt routerów z mojej działki, zapewniając klienta, że mają specjalny protokół multicastowy do transmisji wideo na żywo - którego, jak doskonale wiedział, akurat nie mają. Byłoby jednak miło, gdyby udało nam się dodać tę funkcję do produktu. Najlepiej w ciągu najbliższych dwóch tygodni, nim zrealizujemy zamówienie. Jasne, śnij dalej.
Pięć minut później zadzwonił kierownik Griffina, który chciał "sprawdzić nasze postępy przy implementacji protokołu multicastowego, nad którym podobno pracujemy", zupełnie jakbym osobiście zajmował się techniczną robotą.
A potem usłyszałem spokojny, stanowczy głos Arnolda Meachama, który przedstawił się jako dyrektor ochrony i poprosił, abym "odwiedził jego biuro, gdy tylko się zjawię".
Nie miałem pojęcia, kim jest Arnold Meacham, nigdy wcześniej nie słyszałem jego nazwiska. Nie orientowałem się nawet, gdzie są biura ochrony.
To zabawne. Kiedy usłyszałem tę wiadomość, moje serce nie wystartowało do biegu, jak można by się spodziewać. Wręcz przeciwnie, zwolniło. Zupełnie jakby ciało zdawało sobie sprawę, że to koniec. Coś jakby zen: wewnętrzny spokój i świadomość, że i tak nic nie mogę zrobić. Niemal napawałem się tą chwilą.
Przez kilka minut wpatrywałem się w ściany boksu, pokryte gruzełkowatą grafitową tkaniną, przypominającą tapety w mieszkaniu mojego ojca. Ściany mojego boksu nie nosiły żadnego śladu ludzkiej obecności. Nie było na nich zdjęć żony i dzieci (to łatwe, nie miałem żony ani dzieci), komiksów z Dilbertem, żadnych błyskotliwych, ironicznych cytatów świadczących o tym, że w duchu protestuję przeciw swojej obecności tutaj, bo tak naprawdę jestem ponad to. Miałem jedną półkę z książkami, a na niej przewodnik po protokołach routingu i cztery grube czarne skoroszyty, pełne dokumentacji routera MG-50K. Nie będę za nimi tęsknił.
W końcu nie czekało mnie rozstrzelanie. Wiedziałem, że i tak już nie żyję. Pozostawało pozbyć się ciała i zmyć krew. Pamiętam, że kiedyś w college'u czytałem o roli gilotyny w historii Francji. Pewien kat, lekarz medycyny, przeprowadził upiorne doświadczenie (cóż, dla każdego coś miłego): kilka sekund po odcięciu głowy patrzył, jak poruszają się wargi i powieki. W końcu powieki opadły i twarz znieruchomiała. Wtedy wykrzyknął nazwisko nieboszczyka. Oczy w odciętej głowie otwarły się i spojrzały wprost na niego. Po kilku sekundach, gdy znowu się zamknęły, ponownie wykrzyknął głośno nazwisko i oczy jeszcze się otworzyły. Słodkie. Trzydzieści sekund po dekapitacji głowa wciąż reaguje. Tak właśnie się czułem - ostrze już opadło, a oni wykrzykiwali moje nazwisko.
Podniosłem słuchawkę i zadzwoniłem do biura Arnolda Meachama. Poinformowałem jego asystentkę, że już idę. Spytałem też, jak tam trafić.
Zaschło mi w gardle, więc po drodze zatrzymałem się w pokoju rekreacyjnym, by wziąć napój - kiedyś były darmowe, a teraz kosztowały po pięćdziesiąt centów. Pokój ów mieścił się na tyłach, pośrodku piętra, w pobliżu wind. Kiedy szedłem w jego stronę, pogrążony w dziwacznym transie, kolejni koledzy dostrzegali mnie i zakłopotani szybko odwracali wzrok.
Przejrzałem zaparowaną szklaną szafę pełną puszek. Uznałem, że nie mam ochoty na moją zwyczajową dietetyczną pepsi - w tej chwili nie potrzebowałem kolejnej dawki kofeiny - i zamiast tego wybrałem sprite'a. W przypływie buntu nie wrzuciłem do słoika pieniędzy. Dopiero pójdzie im w pięty. Otworzyłem puszkę i ruszyłem do windy.
Nienawidziłem swojej pracy, szczerze nią gardziłem, dlatego myśl o jej utracie niespecjalnie mnie wzruszała. Z drugiej strony nie miałem też funduszu powierniczego i zdecydowanie potrzebowałem pieniędzy. Dlatego przecież się tu znalazłem. Wróciłem, aby pomóc w leczeniu mojego ojca. Tego samego, który uważał mnie za popaprańca. Na Manhattanie, gdzie pracowałem jako barman, zarabiałem połowę tego, co tutaj, ale żyłem lepiej. Mówimy przecież o Manhattanie! Teraz mieszkałem w zapyziałej, cuchnącej spalinami kawalerce na parterze przy Pearl Street. Od piątej rano szyby w oknach drżały, gdy po ulicy przejeżdżały kolejne ciężarówki. Owszem, kilka razy w tygodniu spotykałem się z przyjaciółmi, ale zazwyczaj kończyło się to debetem na koncie tydzień przed wypłatą. A potem, piętnastego każdego miesiąca, jak za dotknięciem różdżki na koncie pojawiał się przelew z kadr, podarunek od korporacyjnego Świętego Mikołaja.
No dobra, nie płacili mi super, ale specjalnie się nie przepracowywałem. Po prostu utrzymywałem się na powierzchni. Spędzałem w pracy minimum wymaganych godzin, przychodziłem późno, wychodziłem wcześnie, ale robiłem, co do mnie należało. Nie zbierałem najlepszych ocen, to prawda. Uznawano mnie za pracownika drugiej klasy, zaledwie o poziom ponad najniższą klasą, której przedstawiciele mogli od razu pakować manatki.
Wsiadłem do windy i spojrzałem po sobie. Czarne dżinsy, szara koszulka polo, adidasy. Pożałowałem, że nie założyłem krawata.
Nicholas Wyatt był naprawdę przerażającym gościem. Nigdy wcześniej z nim nie rozmawiałem, ale pojawiał się w telewizji, w CNBC i na stronie firmowej, na której umieszczał krótkie filmiki. Podczas trzech lat pracy w jego firmie kilka razy widziałem go nawet na żywo - z daleka. Z bliska wydawał się jeszcze groźniejszy. Jego skórę pokrywała mocna opalenizna. Czarne jak smoła nażelowane włosy zaczesywał do tyłu. Zęby miał idealnie równe i białe jak u hollywoodzkiej gwiazdy.
Nie wyglądał na swoje pięćdziesiąt sześć lat, choć w sumie nie wiem, jak powinien wyglądać pięćdziesięciosześciolatek. Z całą pewnością nie przypominał mojego ojca w tym wieku - brzuchatego, łysiejącego faceta w tak zwanej pełni sił. Widać było, że przeszedł operację plastyczną. Skórę na twarzy miał napiętą, oczy lekko skośne jak u Eskimosa.
Co właściwie tu robił? Czym mógł mi zagrozić prezes firmy? Meacham wyczerpał już arsenał gróźb. Co jeszcze mnie czekało? Śmierć od tysiąca skaleczeń papierem biurowym? Pożarcie żywcem przez dzikie świnie?
W skrytości ducha fantazjowałem, że przybije mi piątkę, pogratuluje świetnego numeru i powie, że podoba mu się moja odwaga i hart ducha. Ale to żałosne marzenie obumarło tak szybko, jak się pojawiło. Nicholas Wyatt nie był księdzem grającym w koszykówkę, lecz mściwym, pamiętliwym sukinsynem.
Słyszałem o nim mnóstwo historii. Wiedziałem, że rozsądni ludzie starają się go unikać. Lepiej się nie wychylać, nie przyciągać jego uwagi. Słynął z ataków furii, wrzasków i awantur. Miał zwyczaj zwalniać ludzi w trybie natychmiastowym, kazał ochronie pakować ich manatki i eskortować do wyjścia. Na naradach kierownictwa zawsze wybierał sobie ofiarę i poniżał podczas całego spotkania. Nikt nie śmiał przekazywać mu złych wieści ani marnować choćby sekundy jego czasu. Pechowiec, który miał przedstawić mu prezentację w PowerPoincie, ćwiczył do upadłego, póki nie osiągnął perfekcji, a na widok najdrobniejszego błędu Wyatt przerywał, krzycząc: "Niewiarygodne!".
Ludzie twierdzili, że bardzo zmiękł od czasów młodości, więc jaki musiał być wcześniej? Był przecież wściekle ambitny. Ćwiczył podnoszenie ciężarów i triatlon. Pracownicy firmowego centrum fitnessu mówili, że ma w zwyczaju rzucać wyzwania rosłym mięśniakom, kto zdoła więcej razy podciągnąć się na drążku. Nigdy nie przegrywał. A kiedy przeciwnik rezygnował, Wyatt drwił: "Mam kontynuować?". Mówiono, że posturą przypomina Arnolda Schwarzeneggera - był jak brązowy kondom wypchany orzechami.
Zawsze musiał wygrywać, ale to mu nie wystarczało. Zwycięstwo nabierało słodyczy dopiero wtedy, gdy wykpił przegranego. Kiedyś na firmowym przyjęciu świątecznym napisał na butelce wina nazwę głównego konkurenta, Trion Systems, i rozbił ją o ścianę do wtóru pijackich śmiechów i wiwatów.
Kierował firmą bardzo ostro. Jego dyrektorzy ubierali się tak jak on, w garnitury za siedem tysięcy dolarów od Armaniego, Prady, Brioniego, Kitona czy innych projektantów, o których nawet nie słyszałem, i znosili wybryki szefa, bo zarabiali nieprzyzwoicie dużo. Wśród ludzi krążył o nim dowcip, wszyscy już go znają. Jaka jest różnica między Bogiem i Nicholasem Wyattem? Bóg nie uważa się za Nicholasa Wyatta.
Nick Wyatt sypiał trzy godziny na dobę, na śniadanie i lunch jadał batony energetyczne, był reaktorem kipiącym nerwową energią i mocno się pocił. Ludzie nazywali go Eksterminatorem. Rządził w atmosferze strachu, nigdy nie zapominał urazy. Gdy jego eksprzyjaciel został zwolniony z pozycji prezesa wielkiej firmy technologicznej, Wyatt posłał mu wieniec czarnych róż - asystentki Wyatta zawsze wiedziały, gdzie dostać czarne róże. Jego słynne motto życiowe, które powtarzał tak często, że powinno się je wyryć w granicie nad głównym wejściem i zrobić z niego wygaszacz ekranu we wszystkich komputerach, brzmiało: "Oczywiście, że jestem paranoikiem. Chcę, żeby wszyscy moi ludzie byli paranoikami. Sukces wymaga paranoi".
? ? ?
W ślad za Wyattem wyszedłem z biur ochrony i udałem się do jego gabinetu. Z trudem dotrzymywałem mu kroku - chodził jak lekkoatleta, musiałem niemal biec. Za nami podążał Meacham, wymachując czarną skórzaną teczką niczym pałką. Widziałem, że zbliżamy się do siedzib kierownictwa. Biały tynk na ścianach zastąpił mahoń, wykładzina stała się miękka i gruba. W końcu znaleźliśmy się w gabinecie Wyatta, jego smoczej jamie.
Gdy weszliśmy do poczekalni, dwie sekretarki jednocześnie uniosły głowy i uśmiechnęły się promiennie. Pasowały do siebie: jedna blondynka, jedna czarna.
- Linda, Yvette - powiedział, jakby je podpisywał. Nie zaskoczyło mnie, że przypominały modelki. Tu wszystko było najwyższej próby: ściany, wykładzina, meble. Zastanawiałem się, czy w umowach o pracę mają obowiązki pozaurzędowe, na przykład obciąganie. Tak przynajmniej głosiła fama.
Gabinet Wyatta był olbrzymi; spokojnie zmieściłaby się w nim cała bośniacka wioska. Za dwiema szklanymi ścianami roztaczał się niesamowity widok na miasto. Pozostałe dwie ściany pokrywała boazeria z eleganckiego ciemnego drewna. Wisiało na nich mnóstwo zdjęć, dyplomów, okładek pism, a wszystkie z jego gębą: "Fortune", "Forbes", "Business Week".
Rozglądałem się oszołomiony, pół idąc, pół biegnąc. Zdjęcie Wyatta i paru innych facetów ze świętej pamięci księżną Dianą. On sam z jednym i drugim George'em Bushem. Poprowadził mnie do kącika rozmów: dwóch wyściełanych foteli z czarnej skóry i kanapy. Meble wyglądały jak żywcem wyjęte z muzeum sztuki współczesnej. Wyatt zajął miejsce po jednej stronie olbrzymiej kanapy.
Kręciło mi się w głowie. Byłem zdezorientowany, znalazłem się w obcym świecie. Nie miałem pojęcia, czemu tu jestem, czemu trafiłem do gabinetu Nicholasa Wyatta. Może niegdyś należał do chłopców, którzy pincetą odrywają owadom nóżki, a potem palą je za pomocą szkła powiększającego?
- Wykręciłeś nam imponujący numer - oznajmił. - Robi wrażenie.
Uśmiechnąłem się i skromnie skłoniłem głowę. Nie było sensu zaprzeczać. Dzięki Bogu, pomyślałem. Wyglądało na to, że jednak przybije mi piątkę.
- Ale nikt nie kopie mnie w jaja i nie odchodzi bezkarnie. Powinieneś już to wiedzieć. Nikt, kurwa, nikt.
Właśnie wyjął pincetę i szkło powiększające.
- Jak to właściwie z tobą jest? Pracujesz tu od trzech lat, zbierasz mierne oceny, od początku nie dostałeś ani awansu, ani podwyżki, działasz na autopilocie, nie przemęczasz się. Trudno cię nazwać ambitnym, co?
Mówił szybko, co zaniepokoiło mnie jeszcze bardziej.
Znów się uśmiechnąłem.
- Chyba nie. Jak by to powiedzieć... inne priorytety.
- To znaczy?
Zawahałem się. Miał mnie. Wzruszyłem ramionami.
- Każdemu na czymś zależy - rzekł Wyatt. - Inaczej nic nie jest wart. Bez wątpienia nie zależy ci na pracy. Więc na czym?
Prawie nigdy nie odbiera mi mowy, ale tym razem nie wiedziałem, co mądrego mógłbym powiedzieć. Meacham mnie obserwował. Jego ostrą, twardą twarz rozjaśniał paskudny sadystyczny uśmieszek. Znałem gości w naszej firmie, w moim dziale, którzy cały czas kombinowali, jak spotkać się z Wyattem choćby na pół minuty. W windzie, na lunchu, gdziekolwiek. Przygotowywali sobie przemowy do windy. A ja siedziałem w gabinecie wielkiego szefa i milczałem jak głupek.
- Masz jakieś hobby, może jesteś aktorem amatorem? - naciskał.
Pokręciłem głową.
- Cóż, jesteś dobry. Pieprzony Marlon Brando. Sprzedawanie routerów idzie ci do dupy, ale we wciskaniu kitu jesteś cholernym geniuszem.
- Jeśli to komplement, to dziękuję.
- Słyszałem, że świetnie naśladujesz Nicka Wyatta. To prawda? Pokaż.
Zarumieniłem się i pokręciłem głową.
- Cała sprawa sprowadza się do jednego. Orżnąłeś mnie i najwyraźniej uważasz, że ci się upiecze.
Spojrzałem na niego ze zgrozą.
- Nie, proszę pana. Nie uważam, że mi się upiecze.
- Oszczędź sobie. Nie potrzebuję kolejnej demonstracji. Załatwiliśmy to na początku. - Pstryknął palcami niczym cesarz rzymski i Meacham wręczył mu teczkę. Wyatt zajrzał do środka. - Twoje wyniki testów mieszczą się w górnym przedziale. W college'u specjalizowałeś się w inżynierii. Jakiej?
- Elektrycznej.
- Chciałeś być inżynierem, gdy dorośniesz?
- Mój ojciec życzył sobie, żebym skończył studia, które pozwolą mi znaleźć pracę. Ja chciałem grać na gitarze w Pearl Jam.
- Dobry jesteś?
- Nie - przyznałem.
Uśmiechnął się lekko.
- Nauka w college'u zabrała ci pięć lat. Co się stało?
- Na rok mnie wyrzucili.
- Doceniam szczerość. Przynajmniej nie próbujesz wciskać mi kitu z wyjazdem za granicę. Co się stało?
- Głupi wybryk. Miałem kiepski semestr, więc włamałem się do systemu i zmieniłem stopnie. Sobie i współlokatorowi.
- Więc to twój stały numer. - Zerknął na zegarek, spojrzał na Meachama i z powrotem na mnie.
- Mam pewien plan co do ciebie, Adamie. - Nie spodobał mi się sposób, w jaki wymówił moje imię. Zabrzmiało upiornie. - Bardzo dobry plan. Niezwykle hojną ofertę.
- Dziękuję panu. - Nie miałem pojęcia, o czym mówi, ale z pewnością o niczym dobrym.
- To, co teraz powiem, musi pozostać między nami. Zaprzeczę, że kiedykolwiek coś takiego mówiłem. Nie tylko temu zaprzeczę. Jeśli komukolwiek piśniesz słowo, oskarżę cię o zniesławienie. Jasne? Zmiażdżę cię jak robaka.
Cokolwiek miał na myśli, dysponował niezbędnymi środkami. Był miliarderem, trzecim czy czwartym najbogatszym człowiekiem w Ameryce. Kiedyś zajmował drugie miejsce, ale potem cena naszych akcji spadła. Chciał być najbogatszy, zamierzał wyprzedzić Billa Gatesa, ale nie wydawało się to prawdopodobne.
Serce zatrzepotało mi w piersi.
- Jasne.
- Dobrze rozumiesz swoją sytuację? Za bramką numer jeden masz pewne, absolutnie pewne dwadzieścia lat więzienia. Możesz wybierać: to albo nagroda ukryta za zasłoną. Zagramy?
Przełknąłem ślinę.
- Jasne.
- Pozwól więc, że powiem ci, co jest za zasłoną, Adamie. Świetlana przyszłość dla inteligentnego inżyniera. Tyle że musisz grać według zasad. Moich zasad.
Paliła mnie twarz.
- Chcę, żebyś zajął się specjalnym projektem.
Przytaknąłem.
- Podejmiesz pracę w Trionie.
- W... Trion Systems? - Nie rozumiałem.
- Przy marketingu nowego produktu. Mają kilka wolnych posad w strategicznych miejscach.
- Nigdy mnie nie zatrudnią.
- Masz rację. Nigdy cię nie zatrudnią. Nie takiego leniwego nieudacznika. Ale supergwiazdora z Wyatta, młodego geniusza, który niedługo rozbłyśnie pełnym blaskiem... jego zatrudnią, w ułamku sekundy.
- Nie rozumiem.
- Taki spryciarz jak ty? Właśnie straciłeś kilka punktów IQ. Zastanów się, kurzy móżdżku. Lucid to przecież twoje dziecko, prawda?
Miał na myśli flagowy produkt Wyatt Telecom, osobisty organizer, coś jak palmtop na sterydach. Niesamowita zabawka. Nie przyłożyłem ręki do jego produkcji, nawet takiego nie miałem.
- Nigdy w to nie uwierzą.
- Posłuchaj mnie, Adamie. Największe decyzje biznesowe podejmuję, kierując się instynktem. I instynkt podpowiada mi, że masz dość sprytu, tupetu i talentu, by ci się udało. Wchodzisz w to czy nie?
- Mam nadal pracować dla pana, tak?
Czułem na sobie jego świdrujący stalowy wzrok.
- Coś więcej. Chcę, żebyś zdobył dla mnie informacje.
- Jak szpieg, kret? Coś w tym stylu?
Otworzył dłonie, jakby chciał powiedzieć: nie udawaj kretyna.
- Nazywaj to, jak zechcesz. Trion ma cenne informacje, które chcę zdobyć, a ich ochrona jest właściwie nie do przejścia. Tylko ktoś wewnątrz może zdobyć to, czego potrzebuję. I to nie zwykły pracownik, ale pierwszoligowy. Można takiego zrekrutować, podkupić albo zwyczajnie zatrudnić. Tak się składa, że mamy na podorędziu młodego, inteligentnego, reprezentacyjnego człowieka ze wspaniałymi referencjami. Myślę, że szanse są spore.
- A jeśli mnie złapią?
- Nie złapią - odparł Wyatt.
- A jeśli...?
- Jeżeli spiszesz się, jak należy - wtrącił Meacham - nie przyłapią cię. A jeśli coś spieprzysz i wpadniesz, możesz liczyć na naszą pomoc.
Niespecjalnie mu uwierzyłem.
- Będą strasznie podejrzliwi.
- Dlaczego? W tym biznesie ludzie cały czas przechodzą z firmy do firmy. Łowcy głów stale podkradają najlepszych. To dla nich smakowite kąski. Niedawno zapunktowałeś w Wyatcie. Może czujesz się niedoceniany, pragniesz większej odpowiedzialności, większej gotówki i tak dalej.
- Od razu mnie przejrzą.
- Nie, jeśli dobrze to rozegrasz. Będziesz musiał nauczyć się marketingu. Stać się mistrzem świata. Pracować ciężej niż kiedykolwiek w całym twoim żałosnym życiu. Wziąć się w karby. Tylko poważny gracz zdoła zdobyć to, czego chcę. Spróbuj olewactwa w Trionie, to albo cię zestrzelą, albo odsuną na bok. A wówczas nasz eksperyment dobiegnie końca i pozostanie ci bramka numer jeden.
- Myślałem, że faceci od nowych produktów muszą mieć MBA.
- Nie, Goddard uważa, że MBA to bzdura. Co do tego akurat się zgadzamy. On sam nie ma dyplomu. Twierdzi, że to człowieka ogranicza. A skoro mowa o ograniczeniach... - Pstryknął i Meacham wręczył mu niewielkie metalowe pudełko, które wyglądało znajomo. Pudełko po miętówkach. Otworzył je. Wewnątrz leżało kilka białych pigułek przypominających aspirynę. Ale to nie była aspiryna. Wyglądały zdecydowanie znajomo. - Musisz skończyć z tym gównem. Z tą ecstasy czy cokolwiek to jest. - Pudełko trzymałem na stoliku w domu. Zastanawiałem się, jak i kiedy je zabrali. Byłem jednak zbyt oszołomiony, by się wkurzyć. Wyatt wrzucił je do niewielkiego czarnego skórzanego kosza na śmieci obok kanapy. Wylądowało w środku z cichym brzękiem. - To samo dotyczy trawki, wódki i tak dalej. Masz być czysty i zmierzać wprost do celu, mój chłopcze.
Uznałem, że to najmniejszy z moich problemów.
- A jak mnie nie zatrudnią?
- Bramka numer jeden. - Uśmiechnął się paskudnie. - Tylko wtedy nie zabieraj butów do gry w golfa. Raczej lubrykant.
- Nawet jeśli dołożę wszelkich starań?
- Twoje zadanie to nie spieprzyć sprawy. Oferujemy ci kwalifikacje i pomoc takiego trenera jak ja, musisz dać radę.
- O jakich pieniądzach właściwie mówimy?
- Pieniądzach? Skąd mam, kurwa, wiedzieć? Wierz mi, znacznie większych, niż zarabiasz tutaj. Mówimy o sześciocyfrowej sumie.
Starałem się nie przełknąć śliny zbyt głośno.
- Plus moja pensja tutaj.
Wyatt spojrzał na mnie ostro. Jego oczy były pozbawione wyrazu. Zastanawiałem się, czy to botoks.
- Żartujesz?
- Podejmuję ogromne ryzyko.
- Słucham? To ja podejmuję ryzyko. Ty jesteś cholerną czarną skrzynką, jednym wielkim znakiem zapytania.
- Gdyby naprawdę pan tak sądził, nie powierzałby mi pan tego zadania.
Wyatt odwrócił się do Meachama.
- Własnym uszom nie wierzę.
Meacham wyglądał, jakby połknął łajno.
- Ty mały fiucie - rzekł. - Powinienem od razu zadzwonić...
Wyatt wyniosłym gestem uniósł dłoń.
- W porządku. Ma jaja. To mi się podoba. Jeśli cię zatrudnią i dobrze się spiszesz, dostaniesz podwójną stawkę. Ale jeśli spieprzysz sprawę...
- Wiem - wtrąciłem. - Bramka numer jeden. Proszę pozwolić mi to przemyśleć. Jutro dam odpowiedź.
Szczęka Wyatta opadła. Jego oczy patrzyły obojętnie. Po krótkiej chwili rzekł lodowato:
- Daję ci czas do dziewiątej rano. O tej porze prokurator generalny zaczyna pracę.
- I radzę ci nie wspominać o niczym swoim kumplom, ojcu, nikomu - dodał Meacham. - Albo oberwiesz tak, że się nie pozbierasz.
- Rozumiem - powtórzyłem. - Nie musicie mi grozić.
- Och, to nie groźba - odparł Nicholas Wyatt. - To obietnica.
Nie widziałem powodu, żeby wracać do pracy, toteż poszedłem do domu. Dziwnie się czułem, siedząc w metrze o pierwszej po południu w otoczeniu staruszków, studentów i matek z dziećmi. Od tego wszystkiego wciąż kręciło mi się w głowie. Zaczynało mnie mdlić.
Ze stacji metra do mieszkania miałem dziesięć minut spacerkiem. Był piękny dzień. Kretyńsko pogodny.
Moja wilgotna koszula pachniała słodkawo potem. Kilka młodych dziewcząt w fartuchach, z mnóstwem kolczyków, ciągnęło za sobą na długiej linie grupkę małych dzieci, które piszczały radośnie. Garstka Murzynów grała w kosza na asfaltowym boisku otoczonym metalową siatką. Potknąłem się o wystającą płytę chodnikową i o mało nie upadłem. Nagle poczułem pod butem coś obrzydliwie śliskiego. Wdepnąłem w psie gówno. Doskonałe podsumowanie dnia.
Brama mojego domu cuchnęła moczem - nie wiadomo, kocim czy ludzkim. Poczta jeszcze nie przyszła. Zabrzęczały klucze; otworzyłem trzy zamki w drzwiach do mieszkania. Staruszka z naprzeciwka uchyliła własne na długość łańcucha i głośno trzasnęła. Była za niska, by sięgnąć wizjera. Pomachałem jej przyjacielsko.
W pokoju panował mrok, mimo że rolety były podniesione. W powietrzu unosiła się woń zastałego dymu. Mieszkałem na parterze i nie mogłem zostawiać otwartych okien, żeby się wywietrzyło.
Powiodłem wzrokiem po żałosnej kolekcji mebli. Na środku pokoju stała zielonkawa kraciasta kanapa, rozkładana, z wysokim oparciem, pokryta plamami z piwa. Wśród zieleni połyskiwały złote nitki. Naprzeciwko ustawiłem dziewiętnastocalowy telewizor Sanyo, już dawno pozbawiony pilota. W kącie przycupnęła wysoka wąska półka z surowych sosnowych desek. Usiadłem na kanapie, w powietrze wzbił się obłok kurzu. Metalowy pręt pod poduszkami wbijał mi się w tyłek. Pomyślałem o czarnej skórzanej sofie Nicholasa Wyatta. Ciekawe, czy kiedykolwiek żył w takiej norze. Podobno pochodził z ubogiej rodziny, ale nie mogłem w to uwierzyć. Nie potrafiłem go sobie wyobrazić mieszkającego w podobnej dziurze. Pod szklanym stolikiem znalazłem zapalniczkę. Zapaliłem papierosa i spojrzałem na stos rachunków na blacie. Już nawet nie otwierałem kopert. Miałem dwie karty MasterCard i trzy Visy, wszystkie z całkiem sporymi limitami, a ledwie było mnie stać na opłacenie podstawowych rachunków.
Oczywiście podjąłem już decyzję. Nie miałem przecież wyboru.
Po dziesięciu dniach harówki, nauki i indoktrynacji prowadzonej przez inżynierów i speców od marketingu, zajmujących się Lucidem, głowa dosłownie puchła mi od bezużytecznych informacji. Przydzielono mi niewielkie "biuro" na piętrze dyrektorskim, niegdyś podręczny składzik. Jednak rzadko tam bywałem. Przychodziłem co rano na czas, nie sprawiałem żadnych kłopotów. Nie wiedziałem, jak długo wytrzymam, nim mi odbije, lecz wizja więziennej pryczy skutecznie mnie motywowała.
Pewnego poranka wezwano mnie do gabinetu oddalonego o dwoje drzwi od gabinetu samego Nicholasa Wyatta. Na mosiężnej tabliczce wygrawerowano nazwisko: Judith Bolton. Wewnątrz niepodzielnie królowała biel - biały dywan, białe wyściełane meble, biały marmurowy blat biurka. Nawet kwiaty były białe.
Na białej skórzanej kanapie siedział Nicholas Wyatt, a obok niego atrakcyjna kobieta około czterdziestki, która gawędziła z nim przyjacielsko i śmiejąc się, dotykała jego ramienia. Miała miedzianorude włosy, długie nogi i smukłe ciało. Musiała ciężko pracować nad sylwetką. Była ubrana w granatowy kostium, pasujący do jej niebieskich oczu; miała błyszczące usta w kształcie serca i prowokacyjnie wygięte brwi. Kiedyś musiała być prawdziwą pięknością, chociaż z wiekiem jej uroda jakby stwardniała.
Uświadomiłem sobie, że już ją widziałem. W ostatnim tygodniu towarzyszyła Wyattowi, gdy wpadał na krótko na moje sesje szkoleniowe z marketingowcami i inżynierami. Stale szeptała mu coś do ucha, obserwowała mnie, ale nigdy nas sobie nie przedstawiono. A ja stale zastanawiałem się, kim jest.
Nie wstając z kanapy, wyciągnęła rękę - miała długie palce i czerwone paznokcie - i mocno uścisnęła moją dłoń.
- Judith Bolton.
- Adam Cassidy.
- Spóźniłeś się - zauważyła.
- Zabłądziłem - odparłem, starając się rozluźnić atmosferę.
Judith Bolton pokręciła głową, uśmiechnęła się i zacisnęła wargi.
- Masz problem z punktualnością. Od tej pory koniec ze spóźnieniami, czy to jasne?
Odpowiedziałem uśmiechem, tym samym, jaki zwykle rezerwowałem dla gliniarzy, którzy pytali, czy wiem, jak szybko jechałem. Twarda zawodniczka.
- Oczywiście - odparłem i usiadłem.
Wyatt obserwował nas z rozbawieniem.
- Judith to jeden z moich najcenniejszych graczy. Moja trenerka dyrektorów. Moja consigliere i twoja Svengali. Radzę, abyś słuchał każdego jej pieprzonego słowa. Ja słucham. - Wstał i przeprosił. Judith pożegnała go skinieniem dłoni.
Ja sam zmieniłem się nie do poznania. Byłem nowym człowiekiem. Koniec z bondomobilem. Teraz jeździłem srebrnym audi A6, należącym do firmy. Miałem też nowe ciuchy. Sekretarka Wyatta, ta czarna, jak się okazało, dawna modelka z Karaibów, zabrała mnie na zakupy do bardzo drogiego sklepu - dotąd oglądałem takie tylko z zewnątrz. Wyjaśniła, że tam kupuje ubrania dla Nicka Wyatta. Wybrała mi kilka garniturów, koszule, krawaty i buty, wszystko na koszt firmy. Kupiła nawet "wyroby pończosznicze", to znaczy skarpetki. I nie były to zwykłe bawełniane śmieci, jakie do tej pory nosiłem, ale także od Armaniego czy Ermenegilda Zegny. Coś w sobie miały, czuło się, że zostały uszyte ręcznie przez włoskie wdowy słuchające Verdiego.
Zdecydowała, że moje baki - które uznała za fajansiarskie - muszą zniknąć. I koniec z artystycznie potarganymi włosami. Zabrała mnie do eleganckiego salonu fryzjerskiego. Gdy z niego wyszedłem, wyglądałem jak model Ralpha Laurena, tyle że nie tak ciotowato. Z przerażeniem pomyślałem o następnym spotkaniu z Sethem. Ale się nasłucham.
Opracowano też dla mnie przykrywkę. Współpracownicy i szefowie z działu routerów zostali poinformowani, że mnie "przeniesiono". Krążyły plotki, że zesłano mnie na Syberię, bo kierownika znudziło moje lekceważące podejście do pracy. Inni mówili, że zastępcy Wyatta spodobał się mój raport i ogólne podejście, i przydzielono mi nowe obowiązki. Nikt nie znał prawdy. Wszyscy wiedzieli tylko, że pewnego dnia nagle zniknąłem ze swojego boksu.
Gdyby ktoś zadał sobie trud i przyjrzał się bliżej strukturze służbowej na firmowej stronie, zauważyłby, że przy moim nazwisku pojawił się tytuł szefa projektów specjalnych przy biurze prezesa.
Informacje zaczynały krążyć.
Judith odwróciła się do mnie i mówiła dalej, jakby Wyatta nigdy tam nie było.
- Jeśli zatrudnią cię w Trionie, masz się zjawiać w swoim boksie trzy kwadranse przed czasem. Pod żadnym pozorem nie możesz pozwolić sobie na drinka podczas lunchu czy po pracy. Żadnych wypadów do baru, przyjęć, "spotkań integracyjnych" z "przyjaciółmi" z biura. Zero imprez. Jeśli będziesz musiał pojawić się na przyjęciu firmowym, pij colę.
- Mówisz, jakbym należał do Anonimowych Alkoholików.
- Pijaństwo to oznaka słabości.
- Zakładam, że palenie także nie wchodzi w rachubę.
- Niesłusznie - odparła. - To obrzydliwy, paskudny nałóg, oznaka braku samokontroli. Istnieją jednak inne względy, które musimy wziąć pod uwagę. Wizyty w palarni dają znakomitą sposobność poznawania ludzi z innych działów. Nawiązywania kontaktów, zdobywania użytecznych informacji. A co do twojego uścisku dłoni... - Pokręciła głową. - Jest do chrzanu. Decyzję o zatrudnieniu podejmuje się w ciągu pierwszych pięciu sekund: podczas uścisku dłoni. Jeśli ktoś powie ci coś innego, to skłamie. Pracę zdobywasz uściskiem dłoni, podczas rozmowy walczysz o to, by jej nie stracić. Ponieważ jestem kobietą, odpuściłeś mi. Nie rób tego. Bądź stanowczy, twardy i...
Uśmiechnąłem się przekornie.
- Ostatnia kobieta, która mi to powiedziała... - Zauważyłem, że Judith umilkła w połowie zdania. - Przepraszam.
Teraz to ona się uśmiechnęła, kokieteryjnie przechylając na bok głowę.
- Dziękuję. - Na chwilę zapadła cisza. - Przytrzymaj moją dłoń sekundę czy dwie dłużej. Spójrz mi prosto w oczy i się uśmiechnij. Otwórz dla mnie serce. Spróbujmy jeszcze raz.
Wstałem i ponownie uścisnąłem dłoń Judith Bolton.
- Lepiej - przyznała. - Masz wrodzony talent. Ludzie spotykają cię i myślą sobie: w tym facecie jest coś, co mi się podoba. Sam nie wiem co. Potrafisz zauroczyć. - Zmierzyła mnie uważnym spojrzeniem. - Złamałeś kiedyś nos?
Przytaknąłem.
- Niech zgadnę. Grając w futbol?
- W hokeja.
- Ładnie. Jesteś sportowcem, Adamie?
- Byłem.
Usiadłem. Judith pochyliła się ku mnie, opierając głowę na ręce, badając moje reakcje.
- To widać po tym, jak chodzisz, po twojej postawie. Podoba mi się. Ale brak ci synchronizacji.
- Słucham?
- Musisz pamiętać o synchronizacji. Naśladuj. Kiedy ja się pochylam, ty także. Odchylam się w tył, ty odchylasz się w tył. Krzyżuję nogi, ty krzyżujesz nogi. Obserwuj, jak przekrzywiam głowę, i naśladuj mnie, a nawet synchronizuj ze mną swój oddech. Tylko subtelnie, nie bądź zbyt nachalny. W ten sposób nawiązujesz kontakt z ludźmi na poziomie podświadomości. Sprawiasz, że czują się z tobą dobrze. Ludzie lubią ludzi, którzy przypominają im ich samych. Zrozumiałeś?
Uśmiechnąłem się rozbrajająco, a przynajmniej tak sądziłem.
- I jeszcze jedno. - Pochyliła się niżej. Jej twarz znalazła się tuż przy mojej. - Używaj mniej wody kolońskiej - szepnęła.
Zarumieniłem się ze wstydu.
- Niech zgadnę. Drakkar Noir? - Nie czekała na odpowiedź, wiedziała, że ma rację. - W sam raz dla szkolnego pożeracza serc. Założę się, że cheerleaderkom miękły kolana od tego zapachu.
Później dowiedziałem się, kim jest Judith Bolton - wiceprezesem firmy. Zjawiła się w Wyatt Telecom kilka lat wcześniej jako konsultantka McKinsey & Company, miała osobiście doradzać Nicholasowi Wyattowi w delikatnych sprawach personalnych, pomagać w rozwiązywaniu konfliktów na najwyższych szczeblach, zajmować się psychologicznym aspektem kontraktów, negocjacji i zakupów. Miała doktorat z psychologii behawioralnej, więc nazywano ją doktor Bolton, a także "doradcą dyrektorskim" i "głównym strategiem personalnym". W istocie była osobistą olimpijską trenerką Wyatta, jego prywatną nauczycielką. Podpowiadała mu, kto nadaje się na stanowisko kierownicze, a kto nie, kto powinien zostać zwolniony, kto knuje za jego plecami. Potrafiła na kilometr wywęszyć nielojalność. Bez wątpienia podkupił ją od McKinseya za niewiarygodnie wysoką sumę. Była dość pewna siebie i wystarczająco potężna, by mu się sprzeciwić i mówić prosto w oczy rzeczy, których nie wysłuchałby od nikogo innego.
- Nasze pierwsze zadanie to nauka prowadzenia rozmów kwalifikacyjnych - oznajmiła.
- Przecież dostałem tu pracę - odparłem słabo.
- Teraz grasz w nowej lidze, Adamie - rzekła z uśmiechem. - Jesteś wschodzącą gwiazdą i tak właśnie musisz się zachowywać. Jesteś kimś, kogo Trion koniecznie chce nam ukraść. Jak ci się podoba praca w Wyatcie?
Spojrzałem na nią. Poczułem się głupio.
- Przecież próbuję stąd odejść, prawda?
Judith wywróciła oczami i westchnęła ciężko.
- Nie. Musisz podejść do tego pozytywnie.
Przekrzywiła głowę, po czym odezwała się, wspaniale naśladując mój głos.
- Jest cudownie! Fantastyczne, inspirujące otoczenie! Moi współpracownicy są świetni! - Naśladowała mnie tak dobrze, że poczułem się dziwnie. Zupełnie jakbym słyszał własny głos w automatycznej sekretarce.
- Więc czemu rozmawiam z Trionem?
- Nowe możliwości, Adamie. Praca u Wyatta bardzo ci odpowiada. Nie jesteś niezadowolony. Po prostu chcesz uczynić kolejny logiczny krok na drodze swojej kariery. Trion oferuje ci sposobność rozwoju, tworzenia nowych, wspanialszych rzeczy. Jaka jest twoja największa słabość, Adamie?
Zastanawiałem się sekundę.
- Tak naprawdę nie mam słabości - odparłem. - Do słabości lepiej się nie przyznawać.
Judith się skrzywiła.
- Och, na miłość boską, pomyślą, że jesteś głupcem albo mitomanem.
- To podchwytliwe pytanie.
- Oczywiście, że podchwytliwe. Rozmowy kwalifikacyjne są jak pola minowe, przyjacielu. Musisz "przyznać się" do słabości, ale nie wolno ci powiedzieć niczego, co mogłoby ci zaszkodzić. Przyznajesz, że jesteś zbyt wiernym mężem, zbyt kochającym ojcem. - Znów odezwała się moim głosem: - "Czasami tak bardzo skupiam się na jednym zastosowaniu oprogramowania, że zaniedbuję inne... " albo "Czasami, gdy przeszkadzają mi różne drobiazgi, nie mówię o tym, bo mam nadzieję, że problem sam się rozwiąże". Za mało narzekasz! Albo co powiesz na to? "Zwykle tak bardzo angażuję się w projekt, że za długo przesiaduję w pracy. Naprawdę kocham tę robotę. Może pracuję więcej niż to konieczne". Rozumiesz? Dostaną ślinotoku, Adamie.
Uśmiechnąłem się i przytaknąłem. Rany boskie, w co ja się wpakowałem?
- A największy błąd, jaki kiedykolwiek popełniłeś w pracy?
- Oczywiście muszę się do czegoś przyznać - powiedziałem nerwowo.
- Szybko się uczysz - zauważyła cierpko.
- Może kiedyś wziąłem na siebie zbyt wiele obowiązków i...
- ...i spieprzyłeś sprawę? Nie znasz własnych możliwości? Raczej nie. Mówisz: "Och, nic wielkiego. Kiedyś pracowałem nad ważnym raportem dla szefa i zapomniałem zrobić kopię. Zepsuł mi się komputer i wszystko straciłem. Musiałem siedzieć do trzeciej rano, żeby całkowicie odtworzyć raport. Przynajmniej czegoś się nauczyłem: zawsze robię kopie". Rozumiesz? Największy błąd, jaki popełniłeś, nie wynikał z twojej winy. A do tego wszystko naprawiłeś.
- Rozumiem.
Miałem wrażenie, że kołnierzyk koszuli zaczyna mnie dusić. Desperacko pragnąłem stamtąd wyjść.
- Masz talent, Adamie - oznajmiła Judith. - Na pewno sobie poradzisz.
Zanim to wszystko się zdarzyło, nie wierzyłem w mądrości głoszące, że lepiej uważać, o czym się marzy, bo a nuż się spełni. Teraz już wierzę.
Wierzę we wszystkie ostrzegawcze przysłowia. Wierzę, że duma rodzi upadek, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, nieszczęścia chodzą parami, nie wszystko złoto, co się świeci, a kłamstwo ma krótkie nogi. Co tylko chcecie - ja w to wierzę.
? ? ?
Mógłbym próbować wam wmówić, że cała sprawa zaczęła się od gestu hojności. Ale to nie do końca prawda. Prędzej był to przejaw głupoty. Wołanie o pomoc. A może nawet wystawiony wulgarnie palec. Tak czy inaczej, wina leżała po mojej stronie. Po części miałem nadzieję, że mi się upiecze, po części przypuszczałem, że mnie wyleją.
Przyznam, że kiedy sięgam pamięcią do początków całej sprawy, zadziwia mnie, jakim byłem aroganckim dupkiem. Nie zaprzeczam, dostałem, na co zasłużyłem. Tyle że nie spodziewałem się akurat tego. Ale kto mógłby się czegoś takiego spodziewać?
Nie zrobiłem nic wielkiego. Wykonałem jedynie kilka telefonów. Udając wicedyrektora działu HR, zadzwoniłem do drogiej firmy cateringowej, zajmującej się obsługą przyjęć
Wyatt Telecom. Kazałem zrobić wszystko dokładnie tak, jak wcześniej podczas imprezy na cześć najlepszego sprzedawcy roku (oczywiście nie wiedziałem, jak bardzo była wystawna), podałem właściwe numery, z góry autoryzowałem przelew funduszy. Wszystko okazało się zdumiewająco łatwe.
Właściciel Przyjęć z Klasą oznajmił, że nigdy nie organizował imprezy na rampie załadowczej firmy. Że wiąże się to z problemami natury estetycznej. Ale wiedziałem, że nie zrezygnuje z tłuściutkiego czeku z Wyatt Telecom.
Wątpię też, by Przyjęcia z Klasą organizowały kiedykolwiek pożegnanie odchodzącego na emeryturę zastępcy magazyniera.
Chyba to najbardziej wkurzyło Wyatta. Opłacenie przyjęcia pożegnalnego Jonesiego - zwykłego magazyniera! - było pogwałceniem naturalnego porządku rzeczy. Gdybym za te pieniądze kupił kabriolet Ferrari 360 Modena, Nicolas Wyatt może by to zrozumiał, uznał moją zachłanność za dowód człowieczeństwa, podobnie jak słabość do wódki czy lasek, jak nazywał kobiety.
Czy gdybym wiedział, jak to się skończy, i tak bym to zrobił? Do diabła, nie.
Muszę jednak przyznać, że było super. Spodobał mi się fakt, że całe przyjęcie zostało opłacone z funduszu przeznaczonego, między innymi, na ośrodek wypoczynkowy dla dyrektora i najważniejszych wicedyrektorów w Guanahani na Wyspie Świętego Bartłomieja.
Miałem też satysfakcję, że pracownicy magazynów i rampy w końcu posmakowali życia szefów. Dla większości rozrzutność oznaczała dotąd krewetkową ucztę w sieciówce albo żeberka z grilla. Nie mieli pojęcia, co począć z dziwacznymi potrawami, takimi jak kawior z jesiotra czy comber cielęcy po prowansalsku, pochłaniali za to polędwicę pieczoną w cieście francuskim, żeberka jagnięce i ravioli z homarem. Wielkim przebojem okazały się rzeźby lodowe. Dom perignon lał się strumieniami, choć nie tak obficie jak budweiser (tak zresztą podejrzewałem; w piątki często wpadałem na papierosa na rampę wyładowczą, a wtedy ktoś, zwykle Jonesie albo Jimmy Connolly, magazynier, przychodził z przenośną lodówką pełną piwa, aby uczcić koniec kolejnego tygodnia).
Jonesie, starszy facet o pobrużdżonej twarzy smutnego psiaka, która natychmiast budzi sympatię, cały wieczór promieniał radością. Esther, jego żona od czterdziestu dwóch lat, z początku nieco się boczyła, ale później okazała się wspaniałą tancerką. Wynająłem świetny jamajski zespół reggae i muzyka porwała wszystkich, nawet facetów, których nigdy nie spodziewalibyście się zobaczyć na parkiecie.
Wszystko to rzecz jasna działo się po wielkim załamaniu rynku elektronicznego. Naokoło firmy zwalniały ludzi i wprowadzały politykę oszczędności, zgodnie z którą pracownicy musieli płacić za kiepską kawę i mogli się pożegnać z darmową colą. Jonesie miał po prostu skończyć w piątek pracę, spędzić kilka godzin w dziale kadr, podpisując dokumenty, i iść do domu na resztę życia bez żadnego pożegnania, przyjęcia, bez niczego. Tymczasem szefostwo Wyatt Telecom jak zwykle wybrało się na wyspę w swoich odrzutowcach, by tam w prywatnych willach posuwać żony albo przyjaciółki, wmasowywać w rosnące brzuchy olej kokosowy i omawiać politykę oszczędności przy obscenicznych śniadaniach, złożonych z papai i języczków kolibrów. Jonesie i jego kumple nie zastanawiali się, kto płaci za całą zabawę, ale ja obserwowałem wszystko ze skrywaną, dziwaczną rozkoszą.
Aż do wpół do drugiej rano, gdy dźwięk elektrycznych gitar i krzyki młodszych, spitych do nieprzytomności facetów zwróciły w końcu uwagę strażnika, nowego nabytku (przy kiepskich pensjach ludzie cały czas odchodzą), który nie znał nikogo z nas i nie zamierzał nam popuszczać.
Pulchny facet o rumianej, świńskiej twarzy, ledwo dobiegający trzydziestki, pojawił się znikąd i unosząc krótkofalówkę niczym naładowaną broń, powiedział:
- Co się tu dzieje, do diabła?
I moje dotychczasowe życie dobiegło końca.
- Udupili cię? - Seth Marcus, mój najlepszy kumpel od czasów liceum, przez trzy dni w tygodniu stał za barem w japiszońskiej knajpie Pod Kotem. Za dnia pracował jako aplikant w firmie prawniczej w centrum. Twierdził, że potrzebuje kasy, ale podejrzewałem, że tak naprawdę chce zachować resztkę odlotowości, nie stać się jednym z korporacyjnych pajaców, z których obaj lubiliśmy się nabijać.
- Udupili mnie? Za co? - Ile mu opowiedziałem? Czy mówiłem o telefonie Meachama, szefa ochrony? Miałem nadzieję, że nie. Teraz nie mogłem mu już powiedzieć, w jakie kleszcze mnie schwytali.
- Za twoją wielką imprezę. - Był hałas, źle go słyszałem. Jakiś gość po drugiej stronie baru gwizdał głośno i przenikliwie, wkładając palce w usta. - Na mnie gwiżdże? Kim ja jestem, pieprzonym psem? - Seth zignorował go całkowicie.
Pokręciłem głową.
- Upiekło ci się? Chociaż wyciąłeś taki numer? Niewiarygodne. Czym chcesz to uczcić?
- Brooklyn brown?
Pokręcił głową.
- Nie.
- Newcastle, może guinness?
- Może jasne z kija? Nie połapią się.
Wzruszyłem ramionami.
- Spoko.
Nalał mi piwa, żółtego, z dużą pianą. Najwyraźniej nie miał wprawy. Odrobina chlupnęła na podrapany drewniany bar. Seth był wysoki, ciemnowłosy, przystojny. Laski go uwielbiały. Miał idiotyczną kozią bródkę i kolczyk w uchu. Był w połowie Żydem, ale chciał być czarny. Grał i śpiewał w kapeli zwanej Slither. Słyszałem ich parę razy, byli kiepscy. Seth wciąż gadał o kontrakcie. Próbował też przebić się w biznesie śpiewania dżingli reklamowych. Okazało się to jednak równie trudne jak podpisanie kontraktu z dużą wytwórnią płytową. Cały czas kombinował kilka spraw na boku, a wszystko po to, by nie przyznawać się, że w istocie jest zwykłym biurowym etatowcem.
Ze wszystkich moich znajomych tylko on był bardziej cyniczny ode mnie. Pewnie dlatego zostaliśmy przyjaciółmi. A także dlatego, że nie miał do mnie pretensji o ojca, choć grał w licealnej drużynie, trenowanej (i tyranizowanej) przez Franka Cassidy'ego. W siódmej klasie wylądowaliśmy na tych samych zajęciach i natychmiast się polubiliśmy, bo obaj stanowiliśmy obiekty drwin nauczyciela matematyki, pana Pasquale. W dziewiątej klasie przeszedłem ze szkoły publicznej do Bartholomew Browninga & Knightleya, eleganckiej prywatnej szkoły, w której ojca zatrudniono jako trenera drużyn futbolowej i hokejowej, a mnie zapewniono darmową naukę. Przez dwa lata rzadko widywałem Setha, a potem ojca wywalono za to, że złamał jakiemuś smarkaczowi kości przedramienia w obu rękach. Matka dzieciaka była szefową rady szkolnej Bartholomew Browninga. Darmowe czesne przepadło i wróciłem do szkoły publicznej. Tato także zaczął tam pracować, przestałem więc grać w futbol.
Pod koniec liceum obaj z Sethem dorabialiśmy na tej samej stacji benzynowej Gulf. Potem Seth znudził się przestojami i zatrudnił w Dunkin' Donuts na nocną zmianę. Kilka lat z rzędu latem myliśmy okna dla firmy obsługującej wieżowce w centrum. W końcu Seth uznał, że wiszenie na linie na wysokości dwudziestego szóstego piętra tylko brzmi super.
Gwizdy stały się głośniejsze. Ludzie patrzyli na gwiżdżącego, pulchnego łysiejącego faceta w garniturze. Kilka osób zachichotało.
- Zaraz wyjdę z siebie - powiedział Seth.
- Spokojnie - rzuciłem, ale spóźniłem się, bo Seth zdążał już w tamtą stronę.
Wyjąłem papierosa i zapaliłem, obserwując, jak nachyla się nad barem z gniewną miną. Wyglądał, jakby chciał złapać gościa za klapy, ale się powstrzymał. Coś powiedział. Ludzie wokół wybuchnęli śmiechem. Seth, spokojny i odprężony, wrócił do mnie. Po drodze zatrzymał się, zamienił kilka słów z dwiema pięknymi kobietami, blondynką i brunetką. Błysnął olśniewającym uśmiechem.
- Nie do wiary, że wciąż palisz - stwierdził. - Po tym, jak twój ojciec zachorował? Totalna głupota. - Poczęstował się moim papierosem, zapalił, zaciągnął się i odłożył na popielniczkę.
- Dzięki, że nie podziękowałeś za niepalenie - odparłem. - A ty jaką masz wymówkę?
Wydmuchnął dym nosem.
- Lubię robić kilka rzeczy naraz. Poza tym w mojej rodzinie nikt nie chorował na raka. Co najwyżej na głowę.
- Ojciec nie ma raka.
- Rak, rozedma, jeden chuj. Co z twoim starym?
- W porządku. - Wzruszyłem ramionami, nie chciałem o tym mówić, Seth także.
- Człowieku, jedna z tych lasek chce cosmopolitana, druga mrożonego drinka. Nie znoszę tego.
- Czemu?
- To zbyt pracochłonne, a potem zostawią mi ćwierć dolara napiwku. Kobiety nigdy nie dają napiwków, tego się nauczyłem... facetowi otworzysz dwa piwa i zarabiasz parę dolców. Mrożone drinki. - Pokręcił głową i prychnął. - Człowieku.
Zniknął na kilka minut. Słyszałem, j ak pobrzękuj e naczyniami, potem zawył mikser. Seth podał dziewczynom drinki, obdarzając je dodatkowo zabójczym uśmiechem. Nie zamierzały mu dawać napiwku. Obie odwróciły się do mnie i uśmiechnęły.
- Co robisz później? - spytał, podchodząc do mnie.
- Później? - Dochodziła już dziesiąta, a o wpół do ósmej rano miałem spotkanie z jednym z inżynierów w Wyatcie, specjalistą od projektu Lucid. Kilka dni szkolenia u niego, potem kolejne z szefem marketingu nowych produktów, i stałe sesje z "trenerem dyrektorów". Przygotowali mi bardzo intensywny plan zajęć. Istny obóz szkoleniowy dla wazeliniarzy. Koniec opieprzania się, przychodzenia o dziewiątej czy dziesiątej. Ale nie mogłem powiedzieć o tym Sethowi ani nikomu innemu.
- Kończę o pierwszej - oznajmił. - Te dwie laski spytały, czy wybierzemy się z nimi do Nightcrawlera. Powiedziałem, że jestem z przyjacielem. Właśnie cię obczajały. Wchodzą w to.
- Nie mogę - odparłem.
- Hę?
- Rano muszę być w pracy, i to punktualnie.
Seth spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Co się dzieje?
- W pracy robi się poważnie. Jutro mam długi dzień, ważny projekt.
- To jakiś żart, prawda?
- Niestety, nie. A ty nie pracujesz rano?
- Stajesz się jednym z nich? Marketoidów?
Uśmiechnąłem się szeroko.
- Czas dorosnąć. Koniec dziecinnych zabaw.
Seth skrzywił się z niesmakiem.
- Chłopie, nigdy nie jest za późno na szczęśliwe dzieciństwo.