Paranoia - Piotr Adach

-
Proszę czekać

I. MUR RUNĄŁ

Zapomniane Równiny były ciche jak zwykle. Wiatr wzbijał w powietrze kolejne drobinki piasku, podrywając je do tańca. Wirowały one w rytm bezgłośnej muzyki widmowego grajka. Jego występom przysłuchiwała się martwa publiczność, którą stanowiły spróchniałe kości i milczące głazy. Częściowo zakopane w piasku czaszki raz podziwiały dyrygenta, innym razem wyśmiewały go. Ich pusty wzrok, skierowany był w stronę milczących skał opierających się sile wiatru. Te od wieków stały niewzruszone, przyglądając się blademu księżycowi i rozjarzonemu słońcu, kończącemu panowanie nocy. W tej martwej krainie, w królestwie milczenia i bezkresnych pustyń, tylko one będą wspominać dzieje rodu szkieletów o zwierzęcych czaszkach. Dumnej rasy Ankharów, panów pustkowi i łowców Zapomnianych Równin.

Słońce powoli chyliło się już ku zachodowi, otulając otoczenie delikatnym, pomarańczowym blaskiem. Gęstą ciszę przerwał cichy odgłos stawianych kroków. Brakath szedł przed siebie, zanurzając stopy w złocistym piachu. Koścista postać omiotła wzrokiem spokojny, martwy krajobraz. Wytężyła słuch, aby usłyszeć dźwięki niesłyszalne dla innych stworzeń, jednak niczego nie wychwyciła. Niczego poza delikatnym śpiewem wiatru.

Brakath musiał przyznać, iż Zapomniane Równiny wydawały się jeszcze bardziej martwe niż zwykle. Jeleń marzył o usłyszeniu jakiegokolwiek dźwięku. Nawet upiorne wycie kościstych kojotów poprawiłoby mu nastrój. Wszystkie stworzenia zamieszkujące te opuszczone przez Boga ziemie jakby nagle znikły. Pochowały się do swoich ciemnych kryjówek, obawiając się blasku zachodzącego słońca. Brakath miał wrażenie, jakby sam anioł śmierci odwiedził dziś Zapomniane Równiny. Królowała tu gęsta, przytłaczająca cisza.

Ten dzień nie był taki jak inne. Coś złego wisiało w powietrzu. Uczucie niepewności i niepokoju opanowało umysł Brakatha, zamieniając każdy rzucany przez surowe skały cień w upiora.

Jeleń jednak nie poddał się kuszącej perspektywie odwrotu, tylko wytrwale maszerował przed siebie. Nie mógł powrócić do rodzinnego plemienia. Musiał odnaleźć innych myśliwych. Każdy z nich złożył bowiem braterską przysięgę. Do plemienia mogła wrócić tylko cała trójka. Można by rzec, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Myśliwi nigdy nie zostawiali swoich kompanów w potrzebie. To była sprawa honoru, ważniejsza niż wszystko inne.

Dzień zaczął się zupełnie normalnie. O ile jakikolwiek dzień w Paranoi możnaby uznać za normalny. Wczesnym rankiem, razem ze swymi dwoma kompanami Brakath opuścił plemię Jeleni. W blasku wschodzącego słońca udali się na Bezdroża. Zapowiadał się naprawdę dobry dzień na polowanie. Niebawem trójka myśliwych stanęła w kręgu, patrząc sobie prosto w oczy. Wyciągnęli ręce przed siebie, po czym położyli swe dłonie, jedna na drugiej. Trwali w ciszy, spoglądając w puste oczodoły czaszek swoich kompanów. Po chwili unieśli ręce ku niebu, wykrzykując słowo: "Ahjin". Każdy udał się w inną stronę Bezdroży. Polowanie rozpoczęło się.

Ahjin było niezwykle ważnym słowem, używanym przez Ankharów w różnych sytuacjach. Znaczyło ono mniej więcej: "niech Wielki Ankh uchroni cię przed śmiercią". Wyrażenie to niekiedy służyło jako okrzyk bojowy, czasem jako zgoda na czyjąś propozycję. Było to pozdrowienie, przekazywane każdemu Jeleniowi opuszczającemu obóz, ale też potwierdzenie zawarcia braterskiej umowy przez myśliwych.

Kiedy niebo przybrało bordową barwę, a słońce powoli zaczęło chylić się ku zachodowi, Brakath powrócił na wyznaczone miejsca spotkania. Po pozostałych myśliwych nie było jednak ani śladu. Jeleń usiadł na szarej skale, wpatrując się w złocisty piasek. Czekał, a sekundy ciągnęły się wolno, jedna za drugą. Z każdą kolejną minutą, cienie robiły się coraz dłuższe. W wyobraźni Brakatha, przybierały coraz to bardziej przerażające formy i kształty. Siedział tak w całkowitej ciszy przez dłuższy czas. To wystarczyło, aby zmotywować go do działania. Przełamał strach pętający jego myśli i ruszył przed siebie. Postanowił odnaleźć innych myśliwych, dotrzymać braterskiej przysięgi. Choćby za cenę własnego życia.

On, jak i pozostali dwaj myśliwi należeli do rasy Ankharów, panujących na Zapomnianych Równinach. Były to w istocie duchy, zamieszkujące osobliwe szkielety. Dzięki nieznanej innym istotom energii, potrafiły zespolić ze sobą spróchniałe kości, tworząc coś na kształt ciała. Przypominali oni ludzkie szkielety, których kręgosłupy zwieńczały zwierzęce czaszki. Ankharom nie doskwierał głód ani pragnienie, natomiast doświadczali takich zmysłów jak słuch czy dotyk. Śmierć była dla nich czymś zupełnie naturalnym. Po zniszczeniu czaszki, w której mieściła się esencja ich życia, opuszczali Paranoię raz na zawsze. Duch zamieszkujący stare kości ulatniał się z wiatrem, odchodząc do Krainy Wiecznych Łowów. Byli oni nieudanym, jeszcze niedoskonałym dziełem Stwórcy, ale też pierwszymi stworzeniami, którym podarował duszę i wolną wolę.

Istniały trzy różne plemiona kościstych stworzeń: plemię Jeleni, Słoni i Wilków. Nazywano ich zgodnie z gatunkiem zwierzęcia przypisanego do danej osady. Tak więc, na Ankharów z zachodniego plemienia mówiono Słonie, na szkielety o wilczych czaszkach mówiono Wilki, a na tych, których czaszki zdobiły wielkie poroża, mówiono Jelenie. Każde plemię cechowało się własnymi zasadami, ale też innym charakterem. Rozważne Jelenie upodobały sobie myślistwo, Słonie znane były ze swojego uporu i sumienności, natomiast Wilki odnajdywały się w walce i zabijaniu. Plemiona nie zawsze żyły ze sobą w zgodzie. Niekiedy wybuchały między nimi wojny dzielące Ankharów. To spędzało sen z powiek Wielkiego Ankha, który uważany był za ojca kościstych stworzeń i boga Zapomnianych Równin. Prawie wszystkie plemiona modliły się do niego i czciły jego oblicze. Wyjątek stanowiły Wilki, z których część wysławiała Przeklętych, zamieszkujących Spopielone Ziemie.

Brakath miał coraz mniej czasu. Dzień powoli ustępował już miejsca nocy. Niebawem słońce odda panowanie na nieboskłonie w ręce bladego księżyca. Jego biała poświata rozjaśni nocne niebo, ogłaszając czas nieprzeniknionych ciemności. Zbudzi tym samym ze snu bestie zrodzone z dzikiego okrucieństwa. Wieczór bowiem nie należał do Ankharów. To był czas stworzeń miłujących mrok nocy. Czas Kościożerców.

Były to bezlitosne stworzenia, kierujące się swym niepohamowanym głodem. Ich dom stanowiła Organiczna Dżungla, granicząca z Zapomnianymi Równinami - niekończący się gąszcz stworzonych z mięsa roślin i ociekających krwią kończyn. Dżungla stanowiła jedno wielkie ciało, dające życie coraz to nowym plugastwom. Jednak najstraszniejszymi dziećmi organicznego gąszczu byli właśnie Kościożercy - stworzenia lubujące się w kościach. Z ich powodu, wojna pomiędzy Zapomnianymi Równinami a Organiczną Dżunglą trwała od zawsze. Te dwa zupełnie przeciwstawne światy, nie mogły egzystować w pokoju. Jedną krainę zamieszkiwały organiczne bestie, drugą stworzenia składające się z samych kości. Ankharowie nie chcieli walczyć z Organiczną Dżunglą, lecz byli do tego zmuszeni. Kościożercy stanowili dla nich zagrożenie, którego nie mogli zlekceważyć. Na szczęście, krainy oddzielał święty Mur Kości, zapobiegający przedostaniu się plugawych stworzeń z Organicznej Dżungli na teren Zapomnianych Równin. Powstał on kilka wieków temu, za czasów Pradawnej Wojny.

Pomimo, że dzieci Organicznej Dżungli trzymały się z dala od Muru, poruszanie się po Zapomnianych Równinach nocą było wciąż bardzo niebezpieczne. Nie wszyscy Kościożercy opuścili te ziemie od czasów Pradawnej Wojny. Niektóre bestie skrywały się w ciemnych jaskiniach Zapomnianych Równin, czekając na czas, kiedy blady księżyc rozjaśni granatowe niebo. Kościożercy uwielbiali żerować pod osłoną nocy. W objęciach mroku, ich zmysły wyostrzały się. Ciemność była sojusznikiem Kościożerców, zapewniała im ochronę. Ankharzy z kolei nie czuli się dobrze w mrokach nocy. Dlatego też, kiedy słońce powoli ustępowało księżycowi, pośpiesznie wracali do swoich plemion. Pozostawienie samotnego Ankhara, pośród wydłużających się cieni i czerniejącego nieba, było niemalże równoznaczne z wydaniem na niego wyroku śmierci. Kościożercy potrafili wyczuć zapach kości z ogromnych odległości, ich ofiara zwykle nie miała najmniejszych szans na przetrwanie nocy.

Kiedy słońce gasło, a blady księżyc ogłaszał swe panowanie, role tych dwóch ras błyskawicznie się odwracały. Kościożercy stawali się myśliwymi, a Ankharzy zwierzyną. Brakath nie chciał jednak o tym teraz myśleć. Był szanowanym, honorowym Jeleniem i doświadczonym myśliwym. Wywiązanie się z przysięgi stanowiło jego obowiązek.

Wkrótce jednak, resztki pokrzepiających myśli całkowicie go opuściły. Zauważył fioletową poświatę majaczącą na horyzoncie. To właśnie tam się kierował. Do miejsca, stanowiącego kwintesencję strachu każdego Ankhara. Organiczna Dżungla była już niedaleko.

Jeśli dwójka myśliwych już nie żyła, to właśnie tam Brakath mógł ostatni raz spojrzeć w puste oczodoły ich czaszek. Miał coraz gorsze przeczucie. Zwykle myśliwi nie ginęli bez śladu. Nie bez powodu Ankharów nazywano "łowcami Zapomnianych Równin". Ten świat należał do nich. Jasne szkielety Ankharów doskonale wtapiały się w otoczenie, ich kroki były bezszelestne, a słowa niesłyszalne dla innych stworzeń. Zwykle gra toczyła się na ich zasadach. Co więc zdarzyło się tym razem?

Jesteś za daleko, o wiele za daleko.

Brakath wiedział, iż coś strasznego stało się dzisiaj na Zapomnianych Równinach. Mówiło mu to jego wewnętrzne przeczucie, nakłaniające go przy każdym kroku do ucieczki. Te pustkowia nie były takie jak zawsze. Upiorna, wszechobecna cisza doprowadzała Jelenia do szaleństwa. Cienie wydłużały się, a na niebie zaczęły pokazywać się już pierwsze, ledwo widoczne gwiazdy.

Brakath przystanął. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa, szkielet w jednej chwili znieruchomiał. Organiczna Dżungla rozpościerała się niecałe sto kroków przed nim. Jeszcze nigdy nie zapuszczał się tak daleko. W tym momencie ujrzał wielkie, powykręcane ręce, sięgające ku niebu. Wijące się mięśnie ociekały krwią, skapującą na złocisty piasek. One, jak i cały gąszcz mięsistych organów pulsowały w tym samym, jednostajnym tempie. To był właśnie koszmar każdego Ankhara. Horror, zlepiony z kawałków najstraszniejszych snów. Organiczna Dżungla w całej swej okazałości.

Już niedługo nie będziesz miał drogi ucieczki. Myśliwi nie żyją, a ty niebawem również do nich dołączysz.

Brakath szybko odgonił upiorne głosy, obijające się echem o wnętrze jego czaszki. Uczucie dojmującego niepokoju i strachu powróciło, całkowicie zniewalając myśli Jelenia. Jednak nie poddawał się i ciągle brnął przed siebie, przedzierając się przez głuchą ciszę. Po chwili dotarł do celu. Organiczna Dżungla znajdowała się tuż przed nim.

Nagle zatrzymał się. To co zobaczył, wprawiło go w osłupienie. Mur Kości... zniknął. Ustąpił sięgającym ku niebu, powykręcanym kończynom. Organiczna Dżungla była wolna. Mury jej odwiecznego więzienia w końcu runęły. Nic już nie stało na jej drodze. Całe Zapomniane Równiny zostały podane jak na tacy Organicznej Dżungli.

To co zobaczył, wstrząsnęło całym kościstym ciałem Brakatha, jakby nagle przeszyła je błyskawica. W końcu strach przejął kontrolę nad jego szkieletem. Już miał uciekać, oddalić się jak najdalej od tego miejsca, ale... właśnie w tym momencie coś dostrzegł. Kątem oka zauważył słaby blask odbijającego się światła. Coś, czemu się przypatrywał, wydało mu się jakoś dziwnie znajome. Nagle znieruchomiał. Spoglądał na czaszkę Jelenia zakopaną w piachu. Jedyną pozostałość po martwym myśliwym.

Brakath błyskawicznie odwrócił się, lecz w tym samym momencie coś chwyciło go za nogę. Bezwładnie runął na ziemię, zanurzając swe kości w złocistym piasku. Trzymała go wyrastająca z podłoża ręka. Jeleń szybko chwycił za włócznię, podparł się na łokciu, po czym wymierzył cios w kończynę, przebijając ją. Z rozciętych mięśni wypłynęła wściekle czerwona krew.

Wtedy usłyszał to. Setki jęków rozdzierających przestworza, wyjących do zachodzącego słońca. Brakath nie zamierzał czekać ani chwili dłużej. Zerwał się na równe nogi i rzucił do ucieczki. Nagle zauważył cień ogromnego stworzenia stojącego tuż za nim. Poczuł silne uderzenie gruchoczące całe jego ciało. Szkielet Brakatha wylądował na mięsistym dywanie wyścielającym Organiczną Dżunglę. Przerażonym wzrokiem zobaczył wielką, przypominającą goryla bestię, która wolnym krokiem zmierzała w jego stronę. Oszołomiony Jeleń szybko podniósł się z przesiąkniętego krwią podłoża, po czym popędził przed siebie, zagłębiając się coraz bardziej organicznym gąszczu.

Biegł najszybciej jak tylko mógł, nieświadomie kierując się prosto do paszczy bestii. Przedzierał się przez wnętrzności zagradzające mu przejście, przez niekończący się gąszcz organicznych roślin. Krew skapująca z pulsujących mięśni obryzgiwała jego szkielet, nadając mu czerwony odcień.

Brakath przystanął. Cofnął się o kilka kroków, zaciskając swą włócznię tak mocno, jak tylko potrafił. Poczuł na sobie wzrok setek dzikich, wiecznie głodnych oczu. Ślepia wyłaniały się z ciemności organicznego gąszczu, obserwując jego każdy, choćby najmniejszy ruch. Wtedy zauważył nienaturalne, powykręcane ciała Kościożerców. Powykrzywiane tułowia stworzeń, ich zdeformowane pyski i wynaturzone kończyny. Kościożercy wpatrywali się w niego, pozostając w całkowitym bezruchu. Żaden z nich go jednak nie zaatakował. Jakby na coś czekali.

Wtem Jeleń usłyszał szelest za swoimi plecami. To coś było tutaj. Zmierzało w jego stronę. Brakath spojrzał w ciemne niebo. Tylko ono oddzielało go od koszmaru, w którym się znajdował. Przyglądając się jasno migoczącym gwiazdom, zebrał się w sobie. W jego sercu znowu roziskrzył się słaby płomyk nadziei, pokonujący swoim blaskiem strach. Chwycił włócznię obiema dłońmi, po czym szybko obrócił się za siebie. Jeśli miał odejść, to przynajmniej z honorem. Nie widział jednak niczego, prócz wiecznie nienasyconych ślepi, czyhających w ciemności. Był sam. Sam przeciwko Organicznej Dżungli, będącej jednym wielkim ciałem. Nie miał szans na zranienie wroga, ani tym bardziej na przeżycie, lecz mimo to nie zamierzał się poddać.

Nie masz już drogi ucieczki. Pochłonę ciebie, a potem całe Zapomniane Równiny.

- Pokaż się! - wrzasnął Brakath zwracając się do upiornego głosu goszczącego w jego czaszce.

Powoli obracał się dookoła własnej osi, starając się zlokalizować swojego przeciwnika. Jego prawa dłoń pewnie zaciskała się na włóczni. Był ciągle gotowy do walki. Wypatrywał ogromnego stworzenia, przemykającego gdzieś w cieniach organicznych drzew. Jego kości dygotały ze strachu, mimo, iż próbował zachować spokój za wszelką cenę.

Jesteś za daleko. O wiele za daleko. Khihhihieh - dotarł do niego upiorny głos przedrzeźniający jego własne myśli. Ale czy te myśli na pewno należały do niego?

A więc myślisz, że mnie pokonasz?

Myślisz, że zabijesz Organiczną Dżunglę?

Tak więc, broń się!

Brakath usłyszał chlupot krwi. Czerwona kałuża nieopodal zadygotała. Ankhar chwycił oburącz włócznię i wymierzył cios za siebie. Broń zanurzyła się w ramieniu stworzenia. Potwór, z początku zaskoczony nagłą reakcją Jelenia, pchnął jego szkielet przed siebie. Brakath zaparł się mocno na nogach, aby nie stracić równowagi, po czym wydobył włócznię z ciała stworzenia szykując się do zadania kolejnego ciosu. Bestia zaryczała, widząc krew tryskającą z głębokiej rany. Stworzenie miało muskularny tułów, dwie pary trójpalczastych rąk i masywne kopyta. Jego dwie gorylo-podobne głowy sterczały obok siebie, wpatrując się w Jelenia beznamiętnym wzrokiem.

Brakath zadał kolejny cios. Wbił włócznię w jedną z głów Kościożercy, przebijając ją na wylot. Ten jednak zdawał się nie zwracać na to najmniejszej uwagi. Uderzył swą mocarną pięścią w klatkę piersiową Jelenia, gruchocząc jego kręgosłup. Kości wzbiły się ku niebu, by po chwili zanurzyć się w krwistym podłożu. Kościożercy zaczęli powoli zmierzać w kierunku szkieletu Brakatha. Ich szkaradne oblicza wyłaniały się z ciemności, a dzikie oczy wpatrywały się beznamiętnie w szare kości Jelenia. - Dosyć - powiedział upiorny głos, przedtem goszczący w głowie Ankhara.

Bestia w jednej chwili znieruchomiała. Posłusznie posłuchała polecenia i skryła się w ciemnościach organicznego gąszczu. Do czaszki Brakatha zbliżyła się tajemnicza postać. Na jej widok Kościożercy pośpiesznie schowali się w mrokach. Budziła w nich strach i pewnego rodzaju... szacunek. Postać z wyglądu przypominała wysokiego, dosyć chudego człowieka. Podniosła czaszkę Brakatha, chwytając ją swymi długimi palcami. Na jej twarzy wykwitł szeroki uśmiech, rozciągający się od ucha do ucha.

- To ja zniszczyłem Mur Kości - powiedział Bezimienny. - Mur runął, a wraz z nim runie cała Paranoia. To tylko kwestia czasu.

Po tych słowach, jednym ruchem ręki zmiażdżył czaszkę Brakatha. Kawałki jego kości wpadły do kałuży krwi. Wysoka postać wyprostowała się, kierując wzrok ku gwiazdom. Niebo pokryło się nieprzeniknioną czernią.

- Na co czekacie? - wykrzyknął Bezimienny. - To jest wasz czas, dzieci nocy. Idźcie! Całe Zapomniane Równiny stoją przed wami otworem! Czy nie za długo głodowaliście, ukryci za murami swojego kościstego więzienia?! Noc przecież nie trwa wiecznie. Dalej! Naprzód!!!

Kościożercy podnieśli się. Ich ślepia zaiskrzyły się dzikim blaskiem. Do uszu Bezimiennego dobiegł dźwięk tysięcy połączonych głosów. Kościożercy wyli na jego cześć. Ich jęki rozdzierały powietrze, tworząc jeden donośny krzyk tysięcy stworzeń. Wieczne Serce zaczęło bić szybciej. Tej nocy, Organiczna Dżungla świętowała.