Parafianka. Powieść współczesna - Wincenty Łoś

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

Działo się to w Ujazdowie.

A Ujazdów należał do najbardziej wziętych miejscowości w kraju. Jego położenie tak urodą swej natury, jak i sytuacją geograficzną, ściągało nie tylko chorych, ale i tych, którzy o każdej porze roku, a więc i wśród upałów lata, szukają zabawy w tłumach i zgiełku.

Działo się to w roku 189...

A rok ten miał być szczególnie dla Ujazdowa życzliwy. Doktorzy obiecywali sobie zjazd niebywały. Akcjonariusze zacierali ręce, bo nadzieje ich, że Ujazdów zajmie poważne miejsce w kraju wśród zakładów leczniczych, wydawały się coraz bardziej uzasadnione.

Ujazdów był świetny, ale ci, co szukają dna rzeczy, malkontenci, szperający zawsze w przyczynach i skutkach, twierdzili, iż w tym roku świetności Ujazdowa nie należy przypisywać innym okolicznościom, jak tym, że w poprzednim saisonie zaszły w nim wypadki, robiące nazwiska zakładów leczniczych głośniejszymi, niż sława ich doktorów i cyfry uleczonych.

To, że w Ujazdowie w poprzednim sezonie umarł sławny skrzypek, u którego doktorzy raka brali za katar żołądkowy, jak i to, że pan X, który do Ujazdowa przyjechał w łóżku, a z Ujazdowa wyjechał konno, pozostało tylko w pamięci leczących ich doktorów.

Ale za to inne zdarzenia szeroko po kraju rozbrzmiewały. W poprzednim sezonie trzy śliczne, ale niebogate panny wyszły w Ujazdowie za mąż, dwóch odwiecznych posagołowców zerwało ze starokawalerstwem, jedna pani zbiegła z kochankiem w świat, a jednego męża przydybała a flagranti żona.

Że bohaterowie tych wypadków szczęśliwym trafem dla akcjonariuszy i doktorów Ujazdowa, należeli do sfer szerzej w kraju znanych i zamieszkujących różne prowincje, mnóstwo osób dowiedziało się nie tylko o Ujazdowie, ale i o tym, że w Ujazdowie zbiera się towarzystwo zdolne nie tylko do flirtów, lecz i do romansów, do ołtarza lub ucieczki.

I to jeszcze może by nie było wyrobiło w pojęciach pewnych sfer i ludzi tak pochlebnego o Ujazdowie wyobrażenia.

Ale zaszedł jeszcze jeden wypadek w tym pamiętnym roku 189..., w którym zakład dał swym akcjonariuszom jedną drugą procent dywidendy.

Hrabianka Pilawska, panna lat przeszło trzydziestu, niebogata, nieładna, znana w całym kraju z tego, że od lat piętnastu obiegała w zimie wszystkie miasta, a wszystkie wody w lecie, w swych poszukiwaniach za mężem, zjechała w tym pamiętnym roku do Ujazdowa.

Zjechała do zakładu leczniczego pierwszy raz w życiu, by się w nim leczyć, bo staropanieństwo zaczynało się w niej objawiać symptomatami histerii - i wyjechała nie tylko uzdrowiona, ale z narzeczonym, i to takim, którego do ołtarza doprowadziła.

Te to okoliczności, zdaniem pana Joachima, który od początku założenia Ujazdowa stale w nim szukał uzdrowienia, byty przyczyną, dla której należało się w tym roku spodziewać niebywałego zjazdu.

I właśnie o tym, siedząc na ławce pod lipą, w miejscu, będącym najlepszym punktem obserwacyjnym w Ujazdowie, rozmawiał pan Joachim ze swym znacznie młodszym towarzyszem.

Informował, objaśniał, wtajemniczał w różne właściwości Ujazdowa pan Joachim, jedna z tych figur, specjalnych zakładom leczniczym, pana Bonara, dopiero co na kurację przybyłego.

Pan Joachim liczył lat sześćdziesiąt, a fizjonomia jego, nie pozbawiona inteligencji, choć pospolita, mówiła każdemu wszystko, co by w niej wyczytać był ciekawym. Mówiła, że właściciel jej, po różnych burzach, a raczej zawiejach losowych uznał, że najtaniej, najwygodniej i najzabawniej było pod schyłek schorowanego żywota, osiąść w takim Ujazdowie i zajmować się, między dwoma prysznicami, coraz nowymi ludźmi i nowymi ich stosunków plotkami, czy skandalami.

Oddał się też temu con amore i doszedł do takiej w tym względzie doskonałości, iż sprawy Ujazdowa poślubił goręcej, niż najbardziej zaangażowany nim akcjonariusz. W swej pieczołowitości ogarnął i bliższą okolicę, a w swej drobiazgowości lubił dociekać do dna każdą plotkę, która się o jego uszy obiła, a dotykała rayonu raz obranego, a równą linią w trzymilowym dystansie Ujazdów obejmującego.

Wiedziano o tym w zakładzie i stary doktor, dyrektor lecznicy, pan Staromiejski, każdego nowego kuracjusza, zasięgającego odeń jakiejś informacji, odsyłał tymi słowy:

- Serce! Jest tutaj niejaki pan Joachim, stary poczciwiec, człowiek niegłupi, niegdyś bywalec, który wszystko wie, czego byś tylko mógł być w Ujazdowie ciekawy. On cię, serce, we wszystko wtajemniczy. On ci powie, gdzie lepszy kotlet barani, "na górce", czy "pod wystawką", on ci opowie historię każdego gościa, który kiedy o Ujazdów zawadził, on cię objaśni nawet, ile na hipotece ma długu którykolwiek z okolicznych obywateli "w trzymilowym obrębie".

Te ostatnie słowa doktor mówił z naciskiem, bo i pan Joachim na ten szczegół nacisk szczególny kładł, zapewne wychodząc z zasady, że lepiej wiedzieć mniej, a dobrze.

Tak też odesłany i Bonar, czym prędzej odszukał i poznał pana Joachima. A że saison dopiero się zaczynał, że Ujazdów jeszcze pustkami świecił a dnie były najdłuższe w roku i najpiękniejsze, obaj więc je spędzali wciąż ze sobą, pan Joachim czekając, aż nowa mu się nawinie do wybadania ofiara, pan Bonar zaś, nie mając nic lepszego do roboty. Trzy dni dopiero bawił w Ujazdowie, a onegdaj, gdy się kładł spać, zdawało mu się, że w nim się urodził, że w nim życie spędził, tak wszystko znał i wiedział, z takim talentem mu to wszystko do głowy pan Joachim pakował. A każdy prawie człowiek ma to do siebie, że go interesują w swych szczegółach, i te rzeczy, wokoło których wypadkowo los mu się każe raz na cale życie obrócić, tak, jak gdyby w nich żywot, a przynajmniej kwiat jego miał spędzić.

Siedzieli obaj pod lipą. Pan Joachim, biorący asumpt z każdej okoliczności, by mówić, Bonar, słuchający z tym charakterystycznym poddaniem się, z tą obiektywnością ludzi, ze swych kątów przerzuconych na jakiś czas w oddzielny, obcy im element.

Nie interesowało go to wszystko, ale miał dobrą pamięć i lubił znać stosunki swego kraju, tym więcej jeżeli sposób, w jaki je poznawał, nie kosztował nic a nic, a raczej bawił go, niż nużył. Cóż miał zresztą lepszego robić, jak słuchać pana Joachima? On, Bonar, wyzwany ze swej Bonarki z powodu nerwowej choroby, objawiającej się różnymi symptomatami, jak n. p. rodzajem furii, w jaką wpadał czasami na swoją najukochańszą żonę, poślubioną lat temu osiem z szalonej miłości. Zresztą pan Joachim bardzo dobrze go w Ujazdowie aklimatyzował, tego wieśniaka, zakochanego w swej niwie, zaskorupiałego w swych stosunkach. Słuchając go, jego wywodów i opisów, mniej myślał nad tym, co się tam w Bonarce dzieje, czy Janina daje sobie rady, pozostawiona na czele dużego gospodarstwa, czy pługi dobrze chodzą w niwie, pod pszenicę przeznaczonej, czy ekonom obchodzi się, czy żyje w ogóle bez jego codziennej wieczornej specjalnej dyspozycji.

Nie myślał o tym, gdy pan Joachim mu nad uszami bębnił; było to dla niego tym lepiej, że myślenie to sprawiało mu ból, którego doktor Staromiejski szczególnie unikać polecał.

A ten Bonar, był to sympatyczny typ, nietrudny do odgadnięcia, nie wywijający się skalpelowi obserwatora, nie zadający mu żadnej zagadki, typ, jeden z sympatyczniejszych tej dużej warstwy społecznej, u nas jeszcze tylko istniejącej, "obywatelami" zwanej.

Był to obywatel, "dobry obywatel", widziało się to z pierwszego rzutu oka i to wystarczało.

Od chwili już milczeli pan Joachim i pan Bonar, zapatrzeni przed siebie jakby w punkt, jaki tworzyła altana, umieszczona w środku dużego stawu, na wysepce ad hoc usypanej, w której właśnie w tej chwili, widać było z dala, rozlokowywała się orkiestra miejscowa, zaczynająca zwykle o tej godzinie swe symfonie.

- Ale, paniemdzieju - zagadnął, jakby się budząc, pan Joachim - ja już gadam trzeci dzień... Opowiedziałem panu, panie Tadeuszu, wszystko o sobie, o Ujazdowie, o wszystkim, ale pan, paniemdzieju, nic żeś mi nie powiedział. Siedzimy z sobą cały dzień trzeci... ale ja nic o panu nie wiem, prócz tego, że majątek twój się nazywa Bonarka i że leży w Kaliskiej guberni.

- Ha, ha! - zaśmiał się Bonar, pokazując szereg zdrowych zębów w młodym uśmiechu - cóż to, pan być może myślał, że moje życie tak ciekawe, jak tej pani w żółtej budzie, lub tego starego oryginała w dżokejce? Ciekawy pan mojego życia? Ha, ha! Myślisz, że to może podobne do tych, co tutaj ci się nawijają od czasu do czasu. Posłuchaj że wiec, nie długie, choć liczę lat trzydzieści i sześć...

- Trzydzieści i sześć - przerwał pan Joachim - hm, hm... nie wyglądasz pan na tyle!

- Z górą, z górą...

- Ale nie zbaczajmy...

- I owszem, nie zbaczajmy - podchwycił Tadeusz Bonar, opanowując jakby ironiczny, ale na jego twarzy tylko dobroduszny i naiwnością swoją u mężczyzny podejrzany uśmiech. - Urodziłem się i wychowałem w Bonarce, szkoły skończyłem w Warszawie, kilka lat bawiłem się i jarmarkowałem po kraju. W dwudziestym piątym roku objąłem Bonarówkę, gdzie założyłem chmielarnię, w dwudziestym ósmym objąłem Bonarkę skoro mi ojciec umarł. Postawiłem tam dom, bo się stary walił. Na balu w sąsiedztwie poznałem moją żonę, zakochałem się na śmierć i ożeniłem. Nie żałuję, choć swoją drogą i głupstwo zrobiłem, powiedziałbyś pan, panie Joachimie, bo nie wziąłem złamanego szeląga posagu, a miałem na Bonarówce brata i siostrę do spłacenia. Ale jakoś się gospodarzyło, pracowało i już ich pospychałem.

Zamyślił się i dodał:

- Nie całkiem, nie zupełnie. Siostra jeszcze siedzi, ale spłaciło się tyle, to się spłaci i resztę. Ciężko bywało czasami, ale to ciotka umarła i zostawiła fundusik, to rozparcelowałem folwark "na wydmuchu"... Ciężko było, ale wesoło. Bo Janinka...

Urwał tutaj i zadumał się, by podchwycić:

- Pozna ją pan, moją żonę. Przyjedzie tu mnie odwiedzić. Osiem lat żyjemy ze sobą, mamy dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę; a wygląda... za panienkę ją biorą!

- Pańską żonę?

- Janinkę.

Zamyślił się, jakby nad tym, co by jeszcze więcej powiedzieć, co by jeszcze jego życie zawierało. Nie znalazł nic i dodał:

- Oto całe moje życie od a do z. Trzydzieści i siedem lat, jakby z bicza trzasło. Tak to sobie żyjemy. Czasem, po żniwach, lub w zimie, gdy pszenica dopisała, wyjedziemy na tydzień, dwa, do Warszawy, ja się ostrzygę, wypiję kilka szampanek ze znajomymi, Janinka się wyhula u krewnych i - jazda do domu. A w domu, jak w domu - gospodarstwo, imieniny w sąsiedztwie, polowanie i wint w zimie. Konna jazda...

- Żona pańska jeździ konno? - podchwycił pan Joachim.

- Broń że Boże; życzyła sobie. Gwałtownie się napraszała, ale ani chciałem słyszeć.

- Bo tu u nas hrabina... - zaczął cedzić pan Joachim, gdy go wtem coś zastanowiło, i to samo wrażenie udzieliło się Bonarowi Wielką aleją wjazdową, widoczną przez porozrzucane po piasku klomby, pędził niezwykły ekwipaż, lśniący i dzwoniący. Zanim zobaczyli, poznali i rozejrzeli się, break angielski, zaprzężony czterema gniadymi końmi, ubranymi w greloty, cały świecący się od nowych lakierów, brązów, niklów i barw, mieszczący w sobie kilka osób obojga płci, podjeżdżał na plac, tuż naprzeciwko lipy, pod którą siedzieli.

Pan Joachim wytężył wzrok; Bonar, jako obowiązkowy amator koni pochłaniał przyjemne dlań widowisko.

Czwórką powoził dżentelmen, widocznie właściciel tego ekwipażu. Osadził konie. Liberia z tylnego wyniesionego kozła rzuciła się, by pomagać schodzić damom. Wszystko to się działo pośpiesznie, z precyzją i wprawą, właściwą tylko służbie wytresowanej w wielkim domu. Z pojazdu wyszły trzy strojne damy, w jasnych letnich sukniach, zarumienione, wesołe i rozbawione. Jedna z nich, o czarnych, wyrazistych oczach, uderzyła swą pięknością Bonara.

- Kto to? - spytał z tą właściwą sobie naiwną, odbijającą się w głosie ciekawością.

- Zaczekaj pan - szepnął, jakby skupiony, pan Joachim.

Obaj więc dalej obserwowali.

Damom nadskakiwał jakiś młodzieniec, niezmiernie elegancki w ubraniu i ruchach. Całe to towarzystwo przeszło tuż pod lipą, nie rzucając nawet spojrzenia w stronę pana Joachima i Bonara i podążyło ścieżką, prowadzącą ku środkowi parku, ku grającej orkiestrze.

- Kto to? - powtórzył jeszcze ciekawiej Bonar, zaintrygowany pierwszorzędnym wyglądem tego ekwipażu, jakby przeniesionego z Bolońskiego lasku w dzień du grand prix i tym strojnym towarzystwem.

- Zaczekaj pan - odparł znów pan Joachim, z wytężonym wzrokiem, skierowanym w stronę kozła break'u.

Bonar za nim potoczył oczami.

Teraz z kozła schodził ów poważny mężczyzna. Bonar zrozumiał ciekawość wytrzeszczonego spojrzenia pana Joachima.

Mężczyzna ten był niepospolitą i nie częstą do spotkania figurą.

Bardzo wysoki, wysmukły, niemal sztywny w sposobie trzymania się, przykuwał wzrok, pierwszy raz na nim się zatrzymujący, arystokratycznością swego wyglądu, wyrazistością swego typu, arogancją swej fizjonomii.

- Objeżdżać krokiem! - rozkazał woźnicy, jakby z trwogą czekającemu na ten rozkaz, i ruszył za daleko już odbiegłem towarzystwem. Musiał przejść teraz około Bonara. Ten też go pochłaniał. Nieznajomy ten o obliczu poważnym, niemal smutnym i znudzonym, zaciekawiał go. Jakieś ściągnięcie dużych brwi łukowatych, zmarszczenie pionowe czoła, przymrużenie małych, ale bystrych siwych oczu, jakieś pogardliwe wykrzywienie ust pod małym i młodzieńczym wąsem, robiły jego fizjonomię niesympatyczną, ale wielce interesującą.

Bonar byłby mu się długo przypatrywał, ale nieznajomy, rzuciwszy nań wyzywające swą pogardliwością, pochodzącą z indywidualnego układu twarzy, spojrzenie, przeszedł.

- Kto to? Powtórzył Tadeusz.

- To hrabia Homel - odparł jeszcze cicho, jakby tonem przejętym, pan Joachim.

- Ale dalej? Skąd? Co? Taka bestia?

- Z najbliższej okolicy... Bywają tu często na muzyce...

- I pan mi nic o nich nie mówiłeś? Pan Joachim się zastanowił.

- A prawda. Nic panu o nich nie mówiłem. A ciekawa figura, paniemdzieju, ten hrabia Homel...

Bonar był tak ciekawy, iż go to samego zastanowiło

- Nie wiem, dlaczego - zagadnął - ale mnie ten hrabia zaciekawił. Oryginalna bestia! Przystojny mężczyzna, ale...

- Niesympatyczny?

- Bardzo niesympatyczny Oczy przymrużone... gęba skrzywiona... opowiadaj pan.

Był ciekawy, co mu się rzadko zdarzało. Ale trafiało się czasem. - Przypominał sobie, iż go już nieraz tak zaciekawiły niektóre spotkane w życiu figury. - A zwykle bywali to jacyś arystokraci, jak nazywał utytułowanych, lub wysoko się noszących. Ten hrabia zdawał mu się do nich należeć.

- Ciekawy pan - zaczął pan Joachim swym tonem rezonującego opowiadania. - Dopiero byłbyś ciekawy, gdybyś był widział epizod, który ja, tu, z tej ławki, dni temu kilka widziałem. Siedziałem sobie tak, jak dzisiaj. I tak, jak dzisiaj podjechał hrabia Homel. Zwykle sam powozi. Tym razem powoził amerykanem. Zszedł i stanął, by się przyjrzeć koniom. Wtem coś u stangreta zauważył. Zmienił się, pobladł, coś ryknął i rzucił się ku niemu z taką furią, iż myślałem, że zabije tego człowieka, który z trwogi słowa wymówić nie mógł. W ostatniej chwili zapanował nad sobą i oddalił się, blady, pomieszany. Ja tu siedziałem, on tu przechodził. Nie widział mnie, bo on ludzi nie widzi. Może hrabiów widzi... Ale przechodząc około mnie, uśmiechnął się sam do siebie. Dziwny to był człowiek, dziwny uśmiech, ten jego uśmiech, ironiczny, pogardliwy. Czy wiesz pan, z kogo się śmiał?

- Z kogo? - zapytał Tadeusz

- Z siebie - odparł pan Joachim, i ciągnął. - Odtąd zmieniłem zdanie o tym hrabim. Miałem go za koronnego durnia. Wtedy spostrzegłem dopiero, że się myliłem.

- Ten uśmiech zmienił pańskie przekonanie - zapytał Bonar, teraz już więcej zaintrygowany psychologią pana Joachima, niż hrabią.

- Tak! Ten uśmiech - odparł stanowczo stary. - Ten uśmiech w sekundę po takiej furii - mówił z naciskiem na słowach, właściwym ludziom, wyjawiającym owoce pracy swego mózgu - po furii, w której, myślałem, że zabije człowieka, tu... publicznie...

- Ależ o co on się tak rozwściekł?

- O to - czym prędzej podchwycił pan Joachim - że wąsy furmana były niedostatecznie dogolone, były niegolone dnia tego...

- Żartujesz pan!

- Tak. Pytałem się furmana...

- I to zmieniło pańskie o nim przekonanie? - pytał ze zdziwieniem Bonar.

- Tak, panie.

- Mnie by to było utwierdziło w przekonaniu - rozśmiał się Bonar - że to koronny dureń.

Nastało długie milczenie, które znów przerwał pan Joachim:

- Dziwny to człowiek, oryginał. Nie znam go, bo on, zdaje się, znać nikogo, przynajmniej takich jak ja, nie chce. Bywają tu często w swoim kółku. Z okolicą nie żyją. On, podobno, mówią jedni, bardzo wykształcony, pisze nawet... artysta, kupuje obrazy. Ich dom, to ma być muzeum. Z drugiej strony, gdybyś pan słyszał, co za herezje o nim wygadują.

- Nie żyją z nikim? - podchwycił Bonar, którego, jako rdzennego obywatela, ten rys wielce zastanowił.

- W okolicy prawie z nikim. Wszyscy są śmiertelnie na niego poobrażani. Każdemu zajechał.

- Jakże więc? To jakiś dziki człowiek? Ale że pan nie miał ochoty go poznać? Pan?

- Owszem! Gdy tu przybyłem, przedstawiłem mu się, ale na trzeci dzień mi się nie odkłonił. Dobrze... Siedem lat nie znamy się. Ale teraz, teraz zdaje mi się, że hrabia nie odkłonił mi się wtedy przez dystrakcję tylko...

Bonar w swej naiwności ironicznie się zaśmiał.

- Już to trzeba przyznać - zawołał - że ci nasi hrabiowie, to po większej części narwańcy, to pół-diabły weneckie!

- Z opowiadania i Homel takim mi się wydawał, z roku na rok jednak zmieniam nieco zdanie. Oryginał, nie ulega wątpliwości, ale czy nie człowiek przy tym? Nie wiem, ale chciałbym wiedzieć.

- Ręczę panu, że człowiek, zaglądający pod nos furmanowi, i wpadający o to, co pod nosem u niego, w furię, nie jest człowiekiem, nad którym by się warto było zastanawiać.

- Hm... - Bąknął pan Joachim - paniemdzieju, ten uśmiech...

Wstał. - Wstał i Bonar.

- Mówię panu, on się śmiał sam z siebie. A człowiek, który rzadko się śmieje, a jeżeli się śmieje, to z siebie? No, chodźmy zobaczyć, co robią.

- Kto?

- No! To hrabstwo!

- Żartujesz pan! Cóż to mnie obchodzić może?

Hola! - zawołał pan Joachim - zaczekaj pan. Będzie cię to obchodzić, jak mnie obchodzi. Nas tu wszystkich on obchodzi, począwszy od doktora, a skończywszy na stróżu. A w pięknym saisonie nie słychać nic, tylko o nich. A jaką miała toaletę hrabina? A jaki ostatni ekwipaż hrabiego? Są ludzie, co przechodzą niepostrzeżeni, cicho, bokiem, w cieniu. Są inni, którzy idąc, zatrzymują się i zatrzymują przechodniów i zmuszają ich do zajmowania się nimi. Ten hrabia do nich należy. Nic mnie nie obchodzi, ale teraz idę, wstaję zobaczyć, co on tutaj robi. Ciekawym podchwycić coś, co by mi rozjaśniło tego człowieka: którego tu nikt nie zna, a któremu każdy czuje się w obowiązku coś przypiąć. Życie, panie Tadeuszu, w moim wieku, to tylko coś warte, jeżeli się je bierze jako studium. Ten hrabia mnie intryguje.

Szli ku orkiestrze, a zarazem zbliżali się do najgwarniejszej części Ujazdowa.

Pan Joachim jeszcze prawił:

- Człowiek to, zdawałoby się, pyszny, dumny, z podniesioną i przewróconą głową, zacofany w pojęciach, odludek i dziwoląg, a swoją drogą zapewnił mnie człowiek tak znakomity, jak nasz głośny powieściopisarz, że hrabia jest najmilszym towarzyszem, wybitną inteligencją, dużym talentem Kontrastów huk. Kontrast na kontraście. Co to?

- Pół-diabeł wenecki! Mówię panu! - Szli dalej, a pan Joachim wciąż prawił. - Dzieci nie mają. A jedni twierdzą, że hrabina jest szczęśliwą, inni, że jest najnieszczęśliwszą. A są i tacy, paniemdzieju - tu się nachylił do Bonara i szeptał - którzy twierdzą, że hrabia i kobiet nie znosi!

- Fin de si?cle, panie! - zaśmiał się Bonar i urwał, choć chciał dalej mówić.

Szeroką ścieżką w parku naprzeciw nich szło właśnie całe to towarzystwo, o którego członku mówili. Kobiety śmiejące się, hrabia za niemi w zadumie.

- Jak Boga kocham - zawołał Bonar - jeżeli mnie oczy nie oszukują, to ta niska na lewo, to moja kuzynka, jak Boga kocham! Mańcia?

Pan Joachim jeszcze się nie połapał, a owa kuzynka Bonara już go poznawała, już się doń uśmiechała, już witała.

- Tadeusz! - wołała szczebiotliwym, pełnym, grubawym starszej panny głosem, malutka, pulchniutka kobieta - skądże tutaj? Czyżbym się była spodziewała! A Janinka? A...

Urwała i dopiero się spostrzegła, że całe towarzystwo przystanęło i czeka. Nie pytając, zawołała z dziwną przytomnością umysłu i płynnością głosu.

- Przedstawiam wam mojego najdroższego kuzyna, Tadeusza Bonara!

Nastąpiły uściski dłoni. W końcu dopiero poznali się hrabia i Bonar. Hrabia sztywny, zimny, pełen kurtuazji, która się tak nie podobała Bonarowi, iż sam stracił swą naiwną i swojską naturalność.

Odwrócił się za panem Joachimem - już go nie było.

A gdy się znalazł z kuzynką Mańcią na chwilę odosobniony, szepnął jej:

- Niepotrzebnie mnie zapoznawałaś z tymi hrabiami. Wiesz, że...

- Głupyś! - odparła panna Kolońska nie wymawiając "i". - Strasznie głupyś z twymy parafiańskymy przesądamy. Poznaj ich, a potem pomówymy. Hrrabina jest moją przyjaciółką - ciągnęła z niezwykłym naciskiem na "r".

- Hrabina pal diabli, ale hrabia...

- A Homel jest najmylszym człowekem. Zaprzyjaźnycie się...

Tadeusz parsknął śmiechem. On by się miał zaprzyjaźnić z tym panem w żółtych butach, spadających z czarnych, jedwabnych skarpetek, z tym panem o uśmiechu wyzywająco impertynenckim, kroczącym prościej od tyczki od chmielu, z tym panem, który zaglądał furmanom pod nosy!

Ta Mańcia była wyborną, zawsze taką samą panną-urwańcem, jak ją nazywał. Była wyborną ze swoją hipotezą, że on mógłby mieć co wspólnego z takim hrabią. Cóż ich mogło łączyć? Co? Co u licha? Chyba powożenie. Ale on i w takie powożenie nieprzyzwoicie wygolonych furmanów po prostu nie wierzył.

Spojrzał z ukosa na hrabiego i spotkał się z jego już od chwili na nim się zatrzymującym wzrokiem.

Dreszcz go przeszedł, jakby mu kto świdrował po duszy, po wnętrzach, po głębiach. Ten hrabia był arcyantypatycznym!