NOWY BUDŻET JEST GOTOWY o wpół do jedenastej. Z powodu szybko zmieniających się warunków zostałem zmuszony do jeszcze większego ograniczenia wydatków i odwołania już ogłoszonych inwestycji, ale dokonałem selekcji sprawiedliwej dla wszystkich stron i działów. Własne wynagrodzenie obniżyłem do zera. Sporządziłem także osobny plan w celu stworzenia bufora zabezpieczającego na wypadek kryzysu, żeby podobna sytuacja - nie mówiąc o bankructwie, które jeszcze niedawno nam groziło - się nie powtórzyła. Konstruowanie bufora wymaga cierpliwości i ostrożnych prognoz na wiele lat, lecz istnieje duże prawdopodobieństwo, że pewnego dnia się to opłaci. To samo mówią obliczenia: jeżeli będziemy postępowali konsekwentnie i zaufamy faktom, poradzimy sobie. Ja mam w tym zakresie osobiste doświadczenia.
Matematyka uratowała mi życie i zdrowie psychiczne, dosłownie. Bo matematyka tak właśnie działa: ratuje ludzi. Daje nam równowagę, jasność i spokój; pomaga widzieć sprawy takimi, jakimi naprawdę są, podpowiada, jak należy działać, żeby osiągnąć to, czego się chce. Chociaż sytuacja w parku przygody jest teraz trudna, to przyszłość maluje się w jasnych barwach: wszystko dzięki matematyce i za sprawą niewielkiego wysiłku. Moje poglądy i odczucia zmieniły się również dlatego, że w spokoju mogłem skupić się na wyliczeniach.
Ostatni klienci wyszli dawno temu i zgodnie z harmonogramem czasu pracy Kristian zamknął halę. Panujący w niej za dnia hałas przypomina grzmot wydawany przez morze. Teraz fale się uspokoiły, jest zupełnie cicho.
Jeszcze raz sprawdzam tabelę zrobioną w Excelu. Okienka wydają się spójne, końcowe wyniki się zgadzają. Zauważam, że w zasadzie nie weryfikuję szczegółów, tylko sprawdzam je dla własnej przyjemności. Może właśnie tego potrzebowałem po tych wszystkich niespodziankach i zawirowaniach, jakie spotkały mnie ostatnimi czasy: starego dobrego liczenia, porządkowania i wyjaśniania spraw i powiązań. Nagle uzmysławiam sobie, że Schopenhauer czeka na podwieczorek i być może na towarzysza rozmów (co statystycznie zdarza się rzadziej, ale jednak się zdarza), i zamykam tabelę. Wstaję z fotela i mrugam. Oczy mam suche i - jak podejrzewam - zaczerwienione.
Drzwi na korytarz są otwarte, nie słyszę niczego, nawet dźwięków z pokoju Minttu K: jej niskiego, ochrypłego głosu, kiedy rozmawia przez telefon, radia ani nawet cichego chrapania po wypitym drinku i wypalonych papierosach. Bolą mnie plecy i znów myślę, że dobrze by było zacząć ćwiczyć, ale przecież wiem, że nie znajdę na to czasu. Właściciel parku przygody nigdy nie odpoczywa. Tak to, niestety, wygląda.
Patrzę przez chwilę na zewnątrz, ale nie widzę niczego poza pustym w ten listopadowy wieczór parkingiem. Nagle moją uwagę przykuwa jego lewy brzeg. Mija kilka sekund, zanim cały obraz pojawia się w mojej głowie.
Miejsce to znajduje się między dwoma latarniami; ich światła ledwie sięgają metalowych i gumowych elementów, dlatego dopiero po pewnym czasie dociera do mnie, na co właściwie patrzę.
To rower.
Jest oparty o stojak i właściwie wygląda jak każdy zwykły rower. Moje zdziwienie budzi jednak jego lokalizacja. Pod każdym względem bezsensowna: daleko stamtąd zarówno do drogi, jak i wejścia do parku. Daleko do wszystkiego. Przyglądam się rowerowi przez chwilę, ale nie wiem, czego się spodziewam. Jest pogrążony w półmroku. W końcu dochodzę do oczywistego wniosku: ktoś go tutaj po prostu zostawił.
Zamykam komputer, biorę szalik i kurtkę z wieszaka i ubieram się. Gaszę światło w pokoju. Idę przez ciemną halę do tylnych drzwi. Nie chcę korzystać z głównych, bo ich ponowne zamknięcie zawsze wymaga kilkukrotnego sprawdzenia i upewnienia się, że wszystko w porządku. Wyjście tyłem jest łatwiejsze i szybsze.
Staję na rampie załadunkowej, schodzę po metalowych stopniach na tylny dziedziniec i okrążam budynek. Z dala dochodzi do mnie szum samochodów, moje kroki rozlegają się wzmożonym echem.
Noc pachnie końcem jesieni, powietrze jest ostre, ziemia mokra nawet pomimo braku deszczu. Podchodzę do rogu budynku i widzę jego cały lewy bok, a dalej kawałek parkingu. W tym miejscu działka jest najwęższa. Odległość od ściany budynku do końca wyasfaltowanego placu wynosi może pięć metrów, a dalej teren opada ostro w stronę rowu i znów wznosi się stromo, aż do granicy małego, rzadkiego lasu. Idę wzdłuż ściany i parking przypomina mi coraz bardziej zwężający się korytarz. Jakby las zbliżał się do budynku jednolitym frontem, małymi, nieuniknionymi krokami. Tak oczywiście się nie dzieje, to tylko moja wyobraźnia. Natomiast jak najbardziej rzeczywiste jest to, że rower zniknął, chociaż najpierw wydaje mi się, że źle widzę.
Może ktoś miał jakąś sprawę do załatwienia nocą w lesie. Każdy z nas jest inny, jak wielokrotnie miałem okazję się przekonać. Jeżeli jakiś człowiek chce zrobić coś wśród rosnących w Vantaa świerków, coś takiego, czego nie mógłby zrobić gdzie indziej, to dlaczego miałby sobie tego odmawiać i nie spędzić upragnionej chwili w wybranych przez siebie zaroślach, a potem kontynuować podróż, bogatszy o jedno doświadczenie? Ale moje myśli przypominają słabo zapalające się zapałki - rozbłyskują i w tej samej chwili gasną. To są myśli życzeniowe, wiem o tym.
Nagle kogoś widzę.
Mężczyznę, który biegnie prosto na mnie.
Przypomina kulę do kręgli, która ma nogi.
Wygląda to tak, jakbyśmy obaj znajdowali się na torze w kręgielni. Wyasfaltowany teren jest wąski i długi. Kula toczy się pośrodku z szaloną prędkością, a ja jestem kręglem stojącym na końcu. Na dodatek Kula nabiera rozpędu. Odwracam się natychmiast, gdy tylko uświadamiam sobie, co się dzieje. Zaczynam biec i widzę, że róg budynku i tylny dziedziniec są zdecydowanie dalej, niż sądziłem.
Nadal czuję się zesztywniały po godzinach spędzonych w fotelu nad pracą. Już po pierwszym kroku zdaję sobie sprawę, że Kula jest ode mnie szybszy. Ale nic innego mi nie pozostaje, muszę biec. Jednocześnie oglądam się za siebie.
Kula do Kręgli jest ubrany w granatowe dresowe spodnie, czarną albo niebieską bluzę i czarną czapkę nasuniętą na twarz. Jego krótkie nogi poruszają się jak na filmie rysunkowym i w pewnym momencie zamieniają się w błyskawicznie obracający się wiatrak. Ręce machają do taktu podczas wytężonego biegu niczym cylindry pracujące na wysokich obrotach. W każdej innej sytuacji obserwowałbym to z czystej ciekawości. Biegnę tak prędko, jak tylko mogę, a mimo to słyszę zbliżającą się maszynę.
Róg budynku jest już przede mną.
Za nim znajduje się rampa załadunkowa, a na jej końcu stoi drabina prowadząca na dach. Nie mogę wymyślić nic innego. Jeżeli tylko uda mi się dotrzeć do drabiny, a po niej na dach, stanę na nim i skopię dłonie wspinającego się człowieka. Oczywiście jest to rozwiązanie awaryjne. Trudno mi nakreślić kilka alternatywnych scenariuszy, nie mówiąc o zastanawianiu się nad najlepszym, gdy Kula się toczy, a ja jestem kręglem.
Zbliżam się do oddalonego o piętnaście metrów rogu budynku i w ostatniej chwili zmieniam kurs.
Biegnę ku rampie załadunkowej, mam tylko kilka kroków do stalowych schodów. Staję pod nimi i wchodzę po skrzypiących stopniach na pomost. Znów biegnę. Widząc przed sobą drabinę, myślę, że jednak do niej dotrę, a potem wejdę na dach. W tym momencie...
Kula do Kręgli uderza mnie w plecy.
Pod wpływem uderzenia lecę do przodu, jakby ktoś wyrzucił mnie w powietrze. Padam na brzuch i leżę na stalowej kracie. Próbuję wstać, ale nie mogę. Na moich plecach siedzi koń. Właśnie takie wrażenie odnoszę. Jakby role jeźdźca i rumaka się odwróciły.
Kula do Kręgli przygniata mi plecy, chwyta moją głowę - czuję na skroniach krótkie, ale mocne, zimne palce - i podrywa ją do góry, a potem... wbija w dół.
Moje czoło uderza o stalową kratę, raz, drugi, trzeci. Słyszę głuchy metaliczny dźwięk zarówno w uszach, jak i we wnętrzu ciała. Chwytam mężczyznę za nadgarstki, ale są jak rurki cieplne wkopane w ziemię, grube i solidne. Co oznacza, że nie będę mógł ich powstrzymać. Napastnik wali moim czołem w kratę, a potem, gdy podnosi mi głowę, a raczej ją podrywa, widzę przed sobą po lewej połamane kawałki deski, które wykorzystałem do naprawiania Truskawkowego Labiryntu.
Wyciągam tułów i ramię. Chwytam za koniec dwuczęściowej deski w kształcie litery L i przysuwam ją do siebie centymetr po centymetrze, aż udaje mi się zacisnąć na niej dłoń. Mężczyzna nadal młóci moim czołem o kratę, a ja podejrzewam, że stal niedługo pęknie. Mam mało czasu. Chwytam deskę tak mocno, jak tylko potrafię, obliczam szybko wysokość pleców Kuli i lokalizuję jego głowę, a potem uderzam ze wszystkich sił, które mi jeszcze pozostały.
Słyszę nieoczekiwany dźwięk. Miękki i mokry.
Palce odrywają się ode mnie, a koń na moich plecach się kołysze. Unoszę się na rękach. Kula znów się chwieje, tym razem mocniej, więc wydostaję się spod niego. Przesuwam nogi, wstaję i próbuję zerwać się do biegu. Ale nic z tego. Uderzenia czołem o kratę spowodowały u mnie silne zawroty głowy, więc idę tylko do przodu, stawiając ostrożne, chwiejne kroki. Zerkam za siebie. Kula do Kręgli ogląda coś na swojej dłoni, potem patrzy na mnie i podnosi to, żebym i ja zobaczył. Szybko uzmysławiam sobie, w co trafiłem młotem z deski.
Właśnie. W usta. To ząb.
Kula do Kręgli wyrzuca go. Ząb leci łukiem i znika w ciemności. Napastnik ociera zakrwawione wargi rękawem kurtki. I znów rusza przed siebie. Odwracam się i zaczynam biec. Nie przeżyję następnych wolnych zapasów, to wiem. Biegnę dalej, a od drabiny dzieli mnie tylko kilkanaście metrów. Każdy mój ruch wymaga skupienia. Może dlatego nie zauważyłem, że na rampie załadunkowej pojawił się ktoś trzeci.
Ma na głowie kominiarkę i zbliża się do mnie od zacienionej strony. Biegnie w moim kierunku, potem odbija nieco w bok i widzę, że zamierza mnie ominąć.
W ciągu następnych dwóch i pół sekundy dzieje się dużo.
Kula do Kręgli znów mnie dogania, jest już ode mnie na wyciągnięcie ręki. Kominiarka zbliża się z naprzeciwka, porusza się w ciemności, więc Kula pewnie go nie widzi, a potem pochyla się w biegu, chwyta truskawkę i dociera tam, gdzie się znajduję.
Truskawka w ręce Kominiarki pochodzi z Truskawkowego Labiryntu, to ozdoba, ta sama, którą wyniosłem, żeby ją rozebrać i posegregować jej części, plastik do pojemnika na plastik, metal do pojemnika na metale. Miała średnicę około sześćdziesięciu centymetrów, a usunąłem ją, ponieważ się zepsuła i ostre krawędzie zagrażały bezpieczeństwu dzieci.
Próbuję zmienić kurs, ale tracę przez to równowagę i częściowo się odwracam. Widzę, co się dzieje.
Kominiarka i Kula do Kręgli wpadają na siebie z całym pędem. A właściwie powinienem powiedzieć, że Kominiarka uderza Kulę do Kręgli truskawką. A właściwie trzeba by uściślić i powiedzieć, że Kula do Kręgli uderza w truskawkę. Plastik trzeszczy, głowa Kuli znika we wnętrzu truskawki, która klinuje się na ramionach mężczyzny i wygląda jak wielka czerwona czapa z zielonymi włosami. Mocne stalowe druty o ostrych końcach szarpią szyję Kuli, między innymi aortę, tak że ta pęka. W efekcie tego wszystkiego...
Człowiek z truskawką na ramionach zatacza się na rampie załadunkowej, a z jego szyi tryska krew.
Kręci mi się w głowie, w uszach szumi, utrzymuję się na nogach tylko dlatego, że opieram się dłońmi o kolana. Przychodzi mi na myśl, że jest wiele powodów zawrotów głowy i szumu w uszach: niedostatek tlenu, uderzenia czołem o pomost i widok przede mną. Mam wrażenie, jakbym oglądał nieudany fragment skomplikowanej magicznej sztuczki albo próbę pobicia rekordu.
Mężczyzna jest wyraźnie zdezorientowany, ogłupiały - kto by nie był, gdyby utknął w plastikowej truskawce z głęboką raną na szyi? - i nie zachowuje się rozsądnie. Wymachuje rękami na wszystkie strony, podskakuje kilka razy w miejscu, chociaż powinien...
Kominiarka zbliża się do niego na kilka kroków, mówi coś, czego nie słyszę, podchodzi z wyciągniętymi ramionami, żeby pomóc, jak mi się wydaje... Może ten z truskawką słyszy tylko kroki i źle rozumie sytuację? Albo coś innego wprawia go w popłoch, bo robi półobrót i rzuca się do ucieczki.
Z truskawką na głowie pędzi przez rampę, plując krwią i wywijając nogami jak propeller.
Kominiarka biegnie za nim i znów coś krzyczy. Ale Kula tylko zwiększa prędkość. Wreszcie, zaledwie kilka kroków dalej, zaczyna się kołysać i za każdym razem zatacza coraz większy łuk. Kominiarka niemal go dopada, lecz ostatni ruch tego z truskawką uniemożliwia jakąkolwiek pomoc. Mężczyzna spada z rampy w ciemność.
Leci w strumieniach światła, truskawka się błyszczy, krew tryska w powietrzu, nogi młócą...
Zmienione równania ulegają zachwianiu.
Grawitacja chwyta mężczyznę w objęcia.